Łączna liczba wyświetleń

piątek, 7 czerwca 2019

OPOWIADANIE BDSM - TYLKO DLA OSÓB DOROSŁYCH (18+!) - Cz. V

NIEDAWNO ODNALEZIONE, STARE

(CHOĆ NIE MOJEGO AUTORSTWA)

OPOWIADANIE BDSM

AUTOR NIEZNANY



DALSZA CZĘŚĆ OPOWIADANIA O TEMATYCE BDSM W KTÓREJ JEST SPORO SEKSUALNEGO WYUZDANIA, DLATEGO TEŻ:



 TEKST JEST PRZEZNACZONY TYLKO DLA OSÓB POWYŻEJ 18 ROKU ŻYCIA






 Adam szedł zadowolony do domu. Noc była ciepła i księżyc świecił bardzo jasno. Spotkanie z kolegą udało się. Przedstawił mu sytuację i wszystko co wie na temat Czarnego. Znajomy obiecał mu pomóc, rozejrzy się, porozmawia ze swoimi ludźmi i postara się pomóc Adamowi w uwolnieniu Moniki. Postanowili najpierw sprawdzić czy ona jest na tej wyspie. Adam wiedział, że to będzie kosztowna akcja, ale od tego zależało jej życie i jego szczęście. Wiedział, że Czarny będzie trudnym przeciwnikiem ale nie martwił się tym, nie to było ważne. 

Czarny skinął aby Monika szła za nim, posłusznie ruszyła w kierunku drzwi tuż za jego nogami. Przeszli długim korytarzem i zatrzymali się przed zamkniętymi drzwiami. Wcześniej Monika nie była w tym pomieszczeniu, Czarny pokazując jej dom ominął go. Wyjął klucz i otworzył zamek. Wszedł do środka a ona poczłapała na czworaka za nim. Pokój rozjaśniły jarzeniówki wiszące pod sufitem, było tam dziwnie jasno i czysto, sterylnie czysto. Pierwsze co wpadło Monice do głowy to że to gabinet lekarski. Rozejrzała się po pokoju lekko spłoszona. Miała rację, był to pokój urządzony jak gabinet. Ciężko było tylko określić jakiego lekarza to gabinet. Z jednej strony stał fotel ginekologiczny i stolik z różnymi przyrządami. Na drugim końcu pokoju łóżko, obok niego stojaki i jakieś butelki, w innej części stało inne łóżko z umocowanymi pasami. Stały tam też dziwne dyby i kilka innych urządzeń których Monika nigdy nie widziała. Troszkę ją to przeraziło. Kazał jej wstać a następnie jej ręce związał i doczepił do kółka które było w obroży na jej karku. Jej ręce były teraz skrępowane wysoko za plecami, dzięki temu jej piersi wysunęły się mocno do przodu. Poprowadził ją do dyb i tak ją umieścił, że w otworach znalazły się jej piersi. Nie wiedziała o co chodzi. Klęczała cierpliwie unieruchomiona w tym dziwnym urządzeniu i czekała na to co będzie dalej. Czarny założył czarny fartuch, wyglądał teraz jak lekarz tylko kolor jego ubioru był dziwny.

- Chciałaś abym ci zapiął kolczyki - powiedział prawie ze śmiechem. 

Podszedł do niej i pokazał jej ponownie małe świecidełka.  

- Nie wiem czy już zauważyłaś ale to nie są kolczyki do uszu - mówił patrząc bacznie na jej reakcję.  

Zadrżała, wiedziała już co on chce zrobić, wiedziała już gdzie zapnie te dwa klejnoty. Mimowolnie chciała się cofnąć ale dyby trzymały ją nieruchomo. Spojrzała tylko na niego błagalnym wzrokiem, nic nie mówiła bo wiedziała że to nie ma sensu, że on i tak zrobi co będzie chciał. W jej wystraszonych oczach pojawiły się łzy, myślała znów o Adamie o tym, że on nie pozwoliłby jej skrzywdzić. Czarny pokazał jej igłę. Była to igła do zastrzyków zakończona wenflonem.  

- Teraz przekłuję Ci sutki abyś miała na co założyć prezent ode mnie - powiedział dezynfekując jeden sutek spirytusem.

Potem powoli z rozmysłem wbił igłę, Monika krzyknęła. Czarny milimetr po milimetrze przechodził przez jej ciało. Napawał się jej bólem, podniecał się kroplą krwi która pojawiła się w miejscu wbijania igły. Po chwili jeden kolczyk był założony. Jej sutek był lekko siny a po piersi spływała mała stróżka krwi. Zlizał ją językiem. Monika płakała, czuła pieczenie i okropny ból. Cała pierś pulsowała nie dając zapomnieć o tym co się dzieje. Czarny odkaził drugi sutek i tak samo powoli go przebił. Po chwili z daleka podziwiał swoje dzieło, czuł smak jej krwi na języku. Był podniecony i miał ochotę zaspokoić to podniecenie. Miał ochotę je podsycić a potem gdy już będzie czół ból jąder, gdy nasienie będzie go wypełniało do granic zamierzał zaznaczyć swoją sukę tymi sokami, wypełnić po kolei jej otwory sobą. Z rozmysłem dotknął kolczyków, Monika jęknęła cicho. Wiedział że ją boli, cieszył go ten ból.  

- Podoba ci się prezent? - zapytał.

- Tak Panie, dziękuję - wypłakała.

- Dopóki jesteś moja będziesz nosić te kolczyki z dumą, niedługo pomyślę w jaki sposób ozdobić twoją cipkę - szepnął do jej ucha.

Monika zwiesiła tylko głowę, wiedziała że jest skazana na to co on zrobi i musi się z tym pogodzić. Czuła bolesne pulsowanie sutek. Czarny powoli podkręcił zacisk dyb. Patrzył jak piersi robią się czerwone, podkręcił jeszcze bardziej, patrzył na grymas bólu na jej twarzy. Teraz piersi zrobiły się sine a ze świeżych ran pociekły stróżki krwi. Wyjął swojego członka i począł dotykać umęczone ciało. Trącał kolczyki co powodowało cichy krzyk który mimo zaciśniętych zębów wydobywał się z ust Moniki.  

- Jesteś brudna suko - powiedział.

Uwolnił ją i poprowadził do łóżka, kazał się położyć na brzuchu. Zrobiła to ponownie urażając obolałe sutki, przycisnęła je teraz całym swoim ciężarem, skrępowane ręce utrudniały jej zadanie i aby ułożyć się tak jak on kazał, musiała się podczołgać na tym łóżku do przodu. Rozchylił jej szeroko nogi. W jej tyłeczek począł wciskać końcówkę od woreczka z płynem. Końcówka była o wiele za duża jak na prawdziwe narzędzie do lewatywy. Splunął na jej ciasny otworek i ponownie począł wciskać końcówkę, tym razem weszła kawałek w jej ciało. Monika nauczyła się przyjmować intruzów analnie i starała się jak najbardziej rozluźnić aby nie sprawiało jej to bólu, mimo to czuła jak mięśnie są na siłę rozciągane. Potem poczuła jak chłodny płyn wnika w jej wnętrze. Patrzył na nią jak zaczyna się wić, jak porusza się robiąc miejsce dla wody która w nią wnika. Wiedział, że wlewa w nią za dużo płynu, że to zacznie boleć. Gdy Monika zaczęła jęczeć wyjął z niej rurkę a na jej miejsce włożył dildo zapinane na paski. Była teraz jak balon z wodą który ma zaraz eksplodować ale został zatkany. Widział na jej twarzy cierpienie, przechodzące przez jej ciało bolesne skurcze. Ciągnąc ją za włosy zmusił do wstania i klęknięcia na kolana. Widział jak każdy ruch sprawia jej ból. Jak zły płyną po policzkach. Podniecało go to. Włożył swój sterczący członek w jej usta i gwałcił je aż poczuł pierwsze skurcze orgazmu. Dławiła się, dusiła ale on nie zwracał na to uwagi, właściwie zwracał i im bardziej się szarpała, tym głębiej w nią wchodził. Wycofał się drżącym organem i pozwolił jej pójść do łazienki. Uwolnił ją od knebla i patrzył jak zawstydzona z czerwoną twarzą opróżnia się do muszli. 

Monika czuła straszny wstyd ale nie mogła już dłużej wytrzymać, czuła że jej wnętrzności rozrywają się w środku, że woda szuka wyjścia. Pokonała wstyd i upokorzenie i z ulgą pozbyła się wszystkiego co miała w sobie. Czuła na swojej twarzy zaschnięte łzy i lepką ślinę która ciekła po jej brodzie. Gdy skończyła, on ponownie wypełnił ją wodą, tym razem zrobił to prysznicem i tym razem nie było tej wody dużo. Ponownie wydaliła z siebie wszystko. Potem bez słowa Czarny zmusił ją do stanięcia na czworaka, a w zasadzie do położenia głowy na zimnych kafelkach bo ręce miała nadal skrępowane i jednym szybkim ruchem wszedł w jej tyłeczek. Zaskomlała cicho. Brutalnie wchodził w nią bijąc co chwilę jej wypięte pośladki. Potem zmienił pozycję stając tak aby mogła ssać jego palce u stóp. Wpychał jej je w usta jednocześnie tryskając w jej wnętrze. Resztki spermy wytarł w czerwony pośladek poznaczony jego dłońmi. Potem wyszedł zostawiając ją w łazience. Bała się ruszyć, zmienić pozycję. Czuła drętwiejący kark, ból był wszędzie. Zmęczona przechyliła się na bok i tak upadła na zimne kafelki. Leżała z podkulonymi nogami i płakała. Była zła na Czarnego że to jej zrobił, była zła na siebie że mimo upokorzenia i bólu jej ciało nadal było podniecone. Nadal czuła pulsowanie miedzy nogami, nienawidziła się za to. 

Wrócił Czarny, bała się, że będzie zły za zmianę pozycji ale on nic nie powiedział, uwolnił jej ręce i pozwolił wziąć prysznic. Sam siedział na fotelu w rogu dużej łazienki i patrzył na nią jak namydla swoje ciało, jak delikatnie dotyka piersi aby nie sprawić sobie bólu. Podobała mu się, od początku jak szef mu pokazał tą dziewczynę wiedział że jest inna, że da mu więcej satysfakcji niż inne. Widział ogień w niej, widział jak się broni przed podnieceniem które ją ogarnia, widział że ból i poniżenie wzmaga to uczucie. Monika myła się zapominając o Czarnym, cieszyła się kontaktem z ciepłą wodą. Obfita piana spływała miedzy jej nogami, stróżki wody pobudzały. Specjalnie ominęła cipkę podczas mycia aby nie pogłębiać podniecenia, aby pozwolić mu odejść, rozpłynąć się. Nic to nie dało. Jej ciało reagowało na każdą myśl, każdą kroplę wody.

- Zrób to - powiedział Czarny - Chcę widzieć rozkosz w twoich oczach - dodał.

Jego głos wyrwał ją z zamyślenia. Znów wróciła do rzeczywistości, do jego domu i tego co ją tu czeka. Popatrzyła na niego i zaskoczyło ją to co zobaczyła, patrzył na nią łagodnie z uczuciem. Była zaskoczona jego słowami. Patrząc mu w oczy skierowała strumień prysznica miedzy swoje nogi.

Adam wstał wyspany. Zapowiadał się piękny dzień. Wiedział że zanim zacznie wyprawę po Monikę musi się starannie do tego przygotować. Wczoraj poczynił pierwsze kroki. Dziś uzupełni wiedzę na temat wyspy. Ale najpierw coś zje, wiedział że aby myśleć i działać rozsądnie musi być formie. Po śniadaniu planował iść na siłownię i tam rozładować trochę nerwy. Sprawdzi też czy szef wyniósł się już z miasta, obawiał się trochę jego zemsty za złamaną rękę. Był to niebezpieczny przestępca, Adam o tym wiedział, znał go od lat. Spojrzał na zdjęcie Moniki, patrzyła na niego tymi swoimi wielkimi oczami. Wybrał zdjęcie na którym była w czarnej bieliźnie, dał do wywołania i teraz miał ją na biurku w szklanej ramce. Ta myśl skojarzyła mu się z tym co się teraz z nią dzieje, że jest gdzieś uwięziona. Miał wyrzuty sumienia, że to on się przyczynił do tego co ją spotkało, że to on zabrał jej miesiące wolności, jej normalnego życia. Myślał co się dzieje z jej rodziną, że teraz nie ma kto do nich wysłać kartki aby się nie martwili. Pomysł szefa z wysyłaniem kartek i listów do domu był genialny, nikt nie szukał dziewczyn, nikt się nie domyślał co się dzieje. Cały plan z ich uprowadzaniem był szefa pomysłem. Kiedyś zatrudniali Rosjanki w swoich domach publicznych ale z czasem stało się to mało opłacalne, zniewolone dziewczyny były tańsze. Otrząsnął się z tych myśli. Postanowił odwiedzić rodzinę Moniki, nie powie im co się stało ale chciał ich poznać, przesłać pozdrowienia od córki. Poszedł pod prysznic. Stał w kabinie i myślał o niej, o jej kształtnych biodrach, długich nogach.







 Była noc. Monika leżała w swoim pokoju. Czuła się zmęczona ale i cieszyła się bo Czarny zapowiedział, że go nie będzie od rana. Ma wrócić na kolację. Postanowiła pomyszkować po domu, sprawdzić czy nie da się jakoś uciec, zawiadomić kogoś że jest więziona. Myślała nad tym i powoli zapadała w sen. Jej ciemne włosy rozsypały się na poduszce. Była naga, przykryta lekkim prześcieradłem. Spała, oddychając spokojnie. Taki widok podobał się Czarnemu, patrzył na monitor jednego z wielu monitorów. Zrobił zbliżenie jej twarzy. Widział ruchy powiek, niespokojnie drgały. Śniła, pomyślał. Zacisnął mocno pięści, śniła ale nie o nim, nie o swoim panu. Był zły, zły na siebie że ona budziła w nim takie emocje, że pragnął być dla niej kimś więcej niż strażnikiem wiezienia. Wiedział już dlaczego Adam się w niej zakochał, ale nie wiedział co powoduje, że on traci zmysły przy niej. Nigdy nie czuł takich emocji przy żadnej swojej zabawce. Ze złością wypił łyk drinka i cisnął szklanką w kont pokoju. Wychodząc zgasił światło. Mam dla ciebie niespodziankę suczko, wyszeptał.

Monika obudziła się wyspana i rozluźniona. Pamiętała co mówił Czarny, że jeśli go nie ma może swobodnie poruszać się po domu na dwóch nogach. Po szybkim prysznicu poszła do kuchni. Nigdy nie widziała służby w tym domu ale ktoś musiał tu bywać bo zawsze było posprzątane, ona tego nie robiła i nie przypuszczała aby robił to Czarny. Ktoś też musiał przygotowywać posiłki. W lodówce znalazła przygotowane śniadanie. Zrobiła sobie herbaty i usiadła przy stole. Poczuła się człowiekiem. Minęło sporo dni odkąd tu przybyła i pierwszy raz jadła jak człowiek, piła z kubka i siedziała na krześle. Potem ruszyła na obchód domu. Zaglądała do wszystkich pokoi, wyglądała przez okna. Znalazła gabinet Czarnego, gustownie urządzony pokój z dużym dębowym biurkiem i niezłą kolekcją książek ułożonych na półkach. Widziała że lubi porządek, książki stały według autorów. Przejrzała kilka tytułów, nie dotykała niczego, bała się że on zauważy jej obecność w tym pokoju. Na biurku stał telefon. Za proste pomyślała i mała rację. Telefon był zakodowany i należało podać hasło aby z niego skorzystać. Kilka pokoi było zamkniętych. Znalazła też garderobę pełną damskich ubrań. Popatrzyła na swoje odbicie w lustrze, stała z mokrymi włosami w szlafroku. Było to jedyne ubranie jakie posiadała. Przejrzała wiszące suknie, spódnice. Zdziwiła się widząc że są one w różnych rozmiarach. Czasem kilka takich samych fasonów ale różnej wielkości. Zastanawiała się po co mu te kobiece rzeczy. Były one nowe i przeważały ubrania z drogich sklepów. Wróciła do kuchni ale stanęła zaskoczona że drzwi kuchenne są zamknięte. Nie rozumiała co się stało. Poszła do salonu i zrezygnowana usiadła na kanapie włączając telewizor. Dzień mijał jej na lenistwie i odpoczynku. W południe usłyszała dzwonek, głos dochodził z kuchni. Poszła tam, drzwi bez problemu się otworzyły. Weszła i zaskoczona spojrzała na zastawiony stół. Było jedno nakrycie. Zrozumiała już dlaczego drzwi były zamknięte. Więc służba istniała tylko dla niej byli to ludzie duchy. Zjadła posiłek i na serwetce wykapała napis: "dziękuję". Nie było to łatwe zadanie ale nie posiadała nic do pisania. Pomyślała, że uda jej się nawiązać kontakt z tymi ludźmi i może oni jej jakoś pomogą. Wróciła na kanapę w salonie, usłyszała tylko szelest zamykanych drzwi kuchennych.
  
Czarny wracał ze swojej wyprawy. Obok niego w aucie siedziała lekko wystraszona młoda dziewczyna. Tym razem nie musiał jej porywać, chętnie sama zgodziła się pojechać do niego. Już dawno upatrzył ją sobie w małym burdelu na obrzeżach miasta. Była całkowitym przeciwieństwem Moniki. Filigranowa blondynka. Miła krótkie włosy i dwa tatuaże. Czarnemu spodobał się gryf którego miała wytatuowanego na łopatce. Drugim tatuażem była chińska litera znacząca odwagę. Mała tuliła się do ramienia swojego sponsora. Była szczęśliwa że ktoś wyciągnął ją z bagna, jakim było miejsce w którym pracowała. Znała upodobania Czarnego i były one bliskie jej naturze. Uprzedził ją na czym będzie polegała jej praca i co ją czeka. Cieszyła się i była wdzięczna. Zatrzymali się na podjeździe. Z trudem wyszła z auta w swoich długich butach na gigantycznym obcasie. Patrzyła spod spuszczonych powiek na swojego wybawcę i czekała co nastąpi dalej.

Monika słysząc podjeżdżające auto wróciła do swojego pokoju. Czekała tam aż Czarny ją wezwie albo po nią przyjdzie. Wielkie było jej zaskoczenie gdy w drzwiach zobaczyła młodą nagą dziewczynę. Stała ona na czworakach przy nodze Czarnego. Na szyi miała obrożę. Monika szybko klękła na kolana i spuściła głowę.  

- Witaj mój Panie - powiedziała.

- Witaj Moniko - odparł.

Wprowadził dziewczynę do pokoju i kazał klęknąć jej obok Moniki.  

- Poznajcie się - powiedział - Teraz będziecie mi służyły we dwie. Obie macie takie same obowiązki i przywileje. Będziecie mieszkały na zmianę w tym pokoju. Ta która zasłuży mieszka tu a która podpadnie siedzi w lochu. Zostawię was abyście się poznały a potem zjemy razem kolację - powiedział i wyszedł. 

Monika była zaskoczona ale i trochę zawiedziona. Poczuła lekką zazdrość, że będzie musiała dzielić się z kimś pokojem i tym co jej tu przysługiwało. Patrzyła nieufnie na swoją nową znajomą. 

- Jestem Mimi - rzekła dziewczyna.

- Monika - odparła.

Mimi szybko się zaaklimatyzowała w pokoju. Obejrzała wszystko, prawie się nie odzywała. Na pytania Moniki odpowiadała lakonicznie. Czarny ją ostrzegł że jeśli za dużo powie marnie skończy. Dokładnie zrozumiała co ma robić a czego ma nie robić i postanowiła się tego trzymać. Miała też przewagę nad Moniką bo na wstępie ją uprzedzono że cały dom jest monitorowany. Chciała jak najdłużej się tu utrzymać i postanowiła zrobić wszystko aby tak się stało. Wiedziała że Monika jest jej rywalką o względy Pana.

Weszły we dwie na czworaka do jadalni. Na podłodze były przygotowane dwa miejsca i dwie miseczki. Jedna po prawej stronie Czarnego druga po lewej. Mimi nie pytając o nic przycupnęła po prawej stronie. Monika patrząc na nią zawistnie podeszła do drugiej miski. Po smacznej kolacji Czarny zabrał je do salonu. Mimi cały czas starała się mu przypodobać, idąc kręciła ponętnie tyłeczkiem, gdy tylko miała okazję łasiła się o jego nogę. Monika była posłuszna ale zimna. Czarny usiadł na kanapie i kazał przygotować sobie drinka. Ruszyły we dwie ale Monika wiedziała co lubi pić Czarny i z jej rąk przyjął napój. Mimi cofnęła się przepraszająco.  

- Jak się bawiłaś podczas mojej nieobecności - zapytał.

- Dziękuje dobrze, pooglądałam sobie telewizję - odparła ze strachem. 

- Wiem że nie tylko telewizję - powiedział.

Monika zadrżała ale trzymała głowę wysoko.  

- Myszkowałaś po domu, prawda? - zapytał. 

- Tak Panie - odparła - Nie zabroniłeś mi chodzić po domu podczas Twojej nieobecności - dodała tłumacząc się.

- To fakt, ale też nie pozwoliłem ci wchodzić do mojego gabinetu, korzystać z telefonu i grzebać po garderobach - dodał.

Tym razem Monika spuściła wzrok. Zrozumiała, że był obserwowana i że nie pomyślała o tym wcześniej. Nie odparła już nic wiedząc że kara ją nie minie. Wiedziała też że właśnie przegrała pierwszą rundę z Mimi.  

- Nie zamierzasz mnie przeprosić? - spytał surowo Czarny. 

- Przepraszam - odparła szybko i bardzo gorliwie. 

- Przeprosisz jeszcze nie raz dziś - zaśmiał się - Ale to miłe że tyle w tym uczucia - powiedział patrząc na jej nisko spuszczoną głowę - Marsz do lochu, leżą tam kajdany, zapniesz się w nie i podczepisz rękami do haka w suficie, poczekasz aż do Ciebie przyjdę - rzucił ostro. 

Monika szybko wyszła z salonu kierując się w stronę dobrze znanego miejsca. Wykonała rozkaz i stojąc na czubkach palców czekała na niego.

Adam jechał swoim autem szybko, prowadził pewnie i ostrożnie. Zbliżał się do domu rodziców Moniki. Serce waliło mu mocno. Był pewien że dobrze postępuje. Gdy był już na miejscu, zaparkował auto pod bramą. W tym momencie na progu ukazała się postać tęgiej kobiety o ciemnych włosach przyprószonych siwizną. Była tak podobna do córki. Te same oczy, uśmiech. Przywitał się. Gdy siedzieli w pokoju gościnnym opowiadał zmyśloną bajkę jak poznał Monikę, że pracowali razem. Pozdrawiał ich od niej i obiecywał że następnym razem przyjadą razem. Nie powiedział wprost ale dał odczuć że jest kimś bliskim dla ich córki. Matka była wesoła dużo pytała, ale ojciec był pochmurny, powściągliwie odpowiadał na pytania i nerwowo przyglądał się Adamowi. Widząc że rodzice Moniki nic nie podejrzewają i nie martwią się o nią pożegnał się i pojechał do hotelu w którym miał nocować. 

Monika stała na obolałych palcach, ganiła się w duchu że była taka głupia, że nie pomyślała że ktoś ją obserwuje. Zastanawiała się też nad Mimi. Widziała ze dziewczyna za wszelką cenę chce się podobać Czarnemu, z rozmowy wiedziała że ona jest tu dobrowolnie. Do lochu wszedł Czarny. W rękach miał bat. Monika stała twarzą do drzwi i na ten widok jęknęła. Zanim padły pierwsze razy mężczyzna podczepił do jej kolczyków w sutkach dwa ciężarki. Zabolało, rany były prawie zagojone ale pod wpływem dotyku wróciło pieczenie. Znała taki sposób chłosty, wiedziała że jeśli będzie się szarpać ciężarki będą się kołysać boleśnie naciągając kolczyki. Bała się. Czarny dotykał jej napiętego ciała. Gładził brzuch. Dotknął ją między nogami, potarł łechtaczkę i zanurzył palec w jej wnętrzu. Podniecał ją powoli. Czuł na swojej dłoni pierwsze jej soki, uśmiechał się patrząc jak walczy z bólem i podnieceniem. Gdy była już mokra wcisnął w nią bat zakończony grubą skórzaną rączką. Ciało stawiało opór ale gdy wdarł się w jej wnętrze usłyszał jęk rozkoszy. Poruszała lekko biodrami, chłonąc doznania. Nagle wyrwał ją z tego transu mocnym klapsem w pośladek. Monika szarpnęła się poruszając ciężarkami. W jej oczach zalśniły łzy. Kolejnym przykrym zaskoczeniem był widok Mimi wchodzącej do lochu. Dziewczyna miała czerwone pośladki, jej plecy pokrywały pręgi. Zaróżowione policzki świadczyły o tym że nie tylko zadano jej ból. Czarny wyjął bat z ciała Moniki i podał go Mimi.

- Zobaczymy jak sobie poradzisz z tym mała - powiedział.

Mimi zaczęła chłostę, nie potrafiła tego robić i uderzenia były chaotyczne i mało precyzyjne. Jednak siła z jaką to robiła przysparzała Monice bólu. Po kilku uderzeniach prosiła aby przestał aby ona przestała. Gdy łzy bólu popłynęły cienką stróżką po jej policzkach, Czarny kazał Mimi przestać. Odczepił ciężarki ale nogi Moniki zablokował drewnianą poprzeczką. Stała teraz w dużym rozkroku. Monika była obolała ale jak zwykle podniecona, już się przyzwyczaiła i pogodziła z tym że ból ją podnieca, że w jakimś stopniu pragnie takiego traktowania. Bolało ją tylko że nie tego mężczyzny pragnie i nie od niego chce otrzymywać razy. Czarny kazał Mimi pieścić Monikę, kazał doprowadzić ją do orgazmu językiem i palcami. Chciał widzieć jak Mimi wkłada w nią dłoń. Monika słysząc to osłupiała. Jedyną kobietą z jaką miała kontakt była Eliza, ale ona nie sprawiała jej rozkoszy. Czuła się zawstydzona i onieśmielona tym co się zaczęło dziać. Czuła też niesmak bo nie lubiła tej dziewczyny. Tym razem Mimi wiedziała co robi, miała kontakty z kobietami i lubiła to. Monika podobała się jej i była ciekawa jej ciał, jej smaku. Czarny patrzył na te dwie kobiety i cieszył się że wpadł na ten pomysł. Zastanawiał się jak to się dalej potoczy.




 


  
 Mijały kolejne dni a Mimi nadal królowała w pokoju Moniki. To co się działo w ostatnim czasie było czystą rywalizacją o względy Czarnego. Monika walczyła o swoje przywileje ale wkładała w to za mało zapału i niestety pozostawała w lochu. Zdążyła także znienawidzić Mimi tak bardzo, że chętnie sama by ją wysmagała batem. Monika miała przed sobą kolejny dzień, kolejny dzień z obrożą na szyi po kolejnej nocy w chłodnym lochu. Postanowiła że dziś to się zmieni. Postara się przypodobać Czarnemu, chciała dziś być lepsza od tej blond wywłoki jak ją w duchu nazywała. Wiedziała, że na Czarnego działa jej podniecenie. Leżąc po ciemku dotykała się delikatnie aby wprowadzić się w ten stan. Jej dłonie wędrowały po całym ciele. Dotykała swoich piersi, sutki po chwili zrobiły się twarde, głaskała brzuch i delikatnie muskała cipkę. Nie chciała się całkowicie rozbudzić, chciała mieć kontrolę nad swoim ciałem. Bawiła się kolczykami w sutkach, przekręcała kółeczka i naciągała je lekko. Już dawno odkryła że przekłucie sutków dostarczyło jej dodatkowych bodźców. Czuła w nich mrowienie, łaskotanie i ogromną chęć uśmierzenia tego uczucia. Myślała o Adamie, zastanawiała się co on teraz robi, gdzie jest i czy wie już gdzie ją uprowadzono. Przypominała sobie chwile spędzone razem. Już ją nie dziwiło, że podnieca się wspominając okres gdy Adam łamał jej opór, gdy uczył ją bycia niewolnicą, dziwką. Postanowiła dziś zacząć wykorzystywać to, czego się nauczyła. Czuła, ogromną ochotę na sex, marzyła o silnych i twardych lędźwiach ukochanego. Prawie czuła jego zapach, smak. Uczucie było tak mocne, tak realne, że poczuła ból. Otrząsnęła się z tej mary. Była podniecona i chciała aby ją taką zobaczył Czarny. Wstała z posłania i poszła do łazienki. Staranie wygoliła wszystkie włoski na cipce. Wzięła prysznic i staranie ułożyła włosy. Natarła ciało balsamem. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze i podobał jej się ten widok, dawno nie włożyła tyle pracy w swój wygląd. Miała nadzieję, że Czarny ją obserwuje, już wiedziała o monitoringu. Zastanawiała się tylko w których miejscach są kamery. Wróciła do lochu i czekała aż przyjdzie pora śniadania, aż Czarny przyjdzie po nią.

Mimi leżała na łóżku i patrzyła w sufit. Podobała jej się ta praca i Czarny. Podobało jej się że ciągle wygrywa z Moniką i może się cieszyć wygodami i pokojem. Czuła że Czarny ją faworyzuje ale też widziała że tak naprawdę to Monika jest celem jego zabiegów. Widziała jak na nią patrzy. Była trochę rozczarowana bo myślała że uda jej się zdobyć serce Czarnego pozostać tu na długo, może na zawsze. Po kilku dniach obserwacji doszła jednak do wniosku, że to praca na krótką metę. Na razie postanowiła korzystać z tego co miała. Gdy Czarny wszedł do pokoju nadal leżała na łóżku. Zanim zdążyła zeskoczyć i paść na kolana on był już przy niej. Chwycił ją za włosy i zrzucił na podłogę. Padła mu do stóp. Zaczęła całować jego buty. Odepchnął ją nogą. Skuliła się i czekała na jego reakcje. Czarny był zły, dowiedział się, że jedna z jego inwestycji okazała się pomyłką. Stracił dużą sumę pieniędzy, to popsuło mu humor z rana. Nawet obserwowanie Moniki gdy brała rano prysznic nie wprawiło go w dobry nastrój. Był zły i zamierzał gdzieś tą złość wyładować. Zauważył też zmianę w zachowaniu Moniki i to go zaciekawiło. Czyżby chciała dziś wrócić do swojego pokoju. Czyżby chciała zawalczyć o swoją pozycję. Postanowił być dziś dla Moniki łagodny, dać jej szansę i sprawić aby poczuła, że warto się dla niego starać. Popatrzył na Mimi. Leżała cicho ale wyraz jej oczu był bezczelny. Była posłuszna i widać było że nie lubi Moniki. W duchu myślał, że kobiety się polubią ale po paru dniach wiedział, że to niemożliwe. Mimi korzystała ze swojej pozycji i brała jak najwięcej. Była złośliwa i uszczypliwa. Wiedziała o kamerach ale mimo tego będąc sama zachowywała się jak u siebie, swobodnie i nie przestrzegała zasad. Czarny przymykał na to oczy bo karanie jej nie było jego celem. Mimi wiedziała o tym i dlatego zachowywała się czasami bezczelnie. Dziś był zły i jej zachowanie było dobrym pretekstem do ukarania jej a zarazem do wyładowania złości.




Zabrał ją do parku, szła za nim na czworaka starając się dotrzymać mu kroku. Gdy znaleźli się na małej polance w zaniedbanej części parku, Czarny kazał jej zerwać pięćdziesiąt dużych pokrzyw i poukładać je na trawie na długości kilku metrów. Mimi miała poparzone dłonie ale z zaciśniętymi zębami robiła co jej kazał. Po drodze Czarny powoli wymienił jej co mu się nie podoba w jej zachowaniu, co według niego zrobiła nie tak. Spokojnie tłumaczył jej i przypominał kim jest i po co ją wynajął. Słuchała jego słów z trwogą, wyczuwała w jego głosie gniew i bała się tego. Gdy dywan z pokrzyw był gotowy Czarny stanął na jego końcu i kazał Mimi przeczołgać się w jego stronę. Popatrzyła na niego zdziwiona ale nie śmiała zakwestionować polecenia. Powoli położyła się na zerwanych roślinach, kontakt z nimi był bolesny. Jej nagie ciało powoli pokrywało się swędzącymi bąblami. Starała się szybko pokonać całą trasę. Gdy dotarła do jego butów była bliska łez.  

- Za szybko to zrobiłaś - powiedział, przechodząc w drugi koniec trasy - Jeszcze raz - rozkazał - Ale teraz zrób to wolniej.

- Proszę - szepnęła Mimi.

Nic nie mówiąc Czarny wyjął zza paska cienki bicz. Strzelił nim tak że końcówka boleśnie smagnęła piersi Mimi. Popatrzyła na niego prosząco ale tym razem nic nie mówiąc wykonała zadanie. Ponownie czołgała się po pokrzywach. Tym razem Czarny widząc czerwone bąble był zadowolony ale zarazem to pobudziło jego perwersyjne podniecenie. Myślał jak ją ukarać jak zadać jej więcej bólu, jak sprawić aby stała się mniej krnąbrna. Jego ciało reagowało na myśli dużym wzwodem. Kazał obolałej dziewczynie stanąć pod szorstkim murem okalającym jego posiadłość. W murze był przygotowany haki, unieruchomił ją w nim za ręce. Kazał jej stanąć w rozkroku. Sam ubrał skórzane rękawiczki. Były one delikatne z cielęcej skórki, ściśle przylegały do jego dłoni. Lubił je ubierać, lubił przez nie czuć ciało swoich ofiar. Tym razem do ręki wziął jedną z pokrzyw i nią począł dotykać Mimi. Delikatnie muskał te części i miejsca do których nie dotarł dywan z pokrzyw. Gdy parzące igiełki dotarły między jej nogi zaczęła skomleć. Muskał ją z rozmysłem, wiedział, że delikatny dotyk jest bardziej bolesny niż smaganie parzącą gałązką. Mimi czuła że jej całe ciało płonie, każde miejsce swędziało, paliło. Tortura była nieznośna. Potem Czarny stanął kilka kroków za nią i ponownie rozwijając bicz począł ją nim smagać. Końcówka precyzyjnie  trafiała tam gdzie chciał. Wkrótce ciało dziewczyny było pokryte nie tylko bąblami ale i paskami. Mimi płakała cicho, nie chciała go bardziej rozgniewać, wiedziała, że jeśli zacznie prosić, zacznie się odzywać to go tylko pobudzi. Miała już kontakt z takimi klientami i wiedziała jak się zachować aby bardziej ich nie podniecać. Wiedziała że Czarny jest bezwzględny i co może się z nią stać. Takiego końca swojej pracy nie chciała. Stała więc cierpiąc kolejne razy w milczeniu. Czarny patrzył na swoje dzieło i był zadowolony, zastanawiał się jak Monika zareaguje na widok umęczonej Mimi.

Monika czekała w lochu na Czarnego ale on nie przychodził, nie wiedziała która jest godzina ale czuła, że jest już przed południem, była głodna i niecierpliwiła się. Czekała jednak na kolanach w pobliżu drzwi na swojego pana bojąc się, że może celowo ją sprawdza, obserwuje jej zachowanie i czeka na jakiś błąd aby ją ukarać. Nie domyślała się nawet co w tym czasie działo się z jej rywalką. Nie widziała przez grube mury jak Czarny każe jej uklęknąć i jak wchodzi w jej usta, jak szybkimi ruchami zaspakaja się w jej gardle. Jak dziewczyna dławi się jego dużym członkiem, traci dech gdy on wkłada go w jej usta po nasadę i przytrzymuje jej głowę aby nie mogła się wyrwać. Nie widziała jak po brodzie Mimi cieknie lepka ślina pomieszana z jego nasieniem. Jak łzy mieszają się z resztkami jego soków które wytarł w jej twarz. Monika czekała na niego na obolałych kolanach zapewniając się w myślach, ze dziś będzie najlepsza, że dziś to ona będzie tą co śpi w pokoju, tą która będzie jadła z prawej miski u stóp Czarnego.

Czarny unieruchomił zmęczoną Mimi przy drzewie tak aby nie mogła się ruszyć i zostawił ją w takiej pozycji w parku. Sam zadowolony z porannej zabawy poszedł zabrać Monikę na śniadanie. Gdy wszedł do lochu ona czekała na niego posłusznie. Poprowadził ją do jadalni i obserwował jej zdziwienie gdy rozglądała się w poszukiwaniu swojej rywalki. Zjedli w ciszy śniadanie. Potem Czarny powiedział że zabiera ją na spacer po parku. Monika uśmiechnęła się i odparła: 

- Dziękuje mój Panie.

Czarny widział zmianę i podobała mu się taka Monika. Czuł, że to nie tylko gra, że tym razem wkłada w to coś więcej. Wiedział, że pomysł z drugą dziewczyną był dobry. Przypiął smycz do obroży na jej szyi i ruszyli w stronę drzwi. Zastanawiał się czy zabrać psy ale tym razem nie chciał aby Monika czuła się zagrożona, chciał ją wynagrodzić za starania, za zmianę. Szli niespiesznie alejką w stronę murów. Już z daleka Monika zobaczyła nagą postać przywiązaną do drzewa. Gdy podeszli bliżej oczy dziewczyn spotkały się. Mimi pałała nienawiścią i Monika to czuła. Patrzyła na jej czerwone ciało i zastanawiała się w jaki sposób on to zrobił, całe ciało Mimi krzyczało czerwienią bąbli i pręg. Czarny odwiązał Mimi od drzewa i podpiął do drugiej smyczy. Ścierpnięte nogi i ręce na chwilę odmówiły jej posłuszeństwa i upadła na ziemię. Szybko jednak podniosła się i stanęła gotowa aby mu służyć. Prowadził teraz dwie nagie kobiety po parku. Obie szły posłusznie przy jego nodze, obie starały się być jak najbardziej ponętne idąc w tych niewygodnych pozach. Widział ich zwinne ruchy, kręcenie biodrami. Poranna zabawa z Mimi poprawiła mu humor. Zaprowadził kobiety nad basen, usiadł na leżaku i pozwolił im popływać. Dla Mimi chłodna woda była ukojeniem swędzących ran. Dla Moniki relaksem. Czarny obserwował mokre kobiety i zastanawiał się co wymyślić na popołudnie. Jak się zabawić tymi tak różnymi ciałami, charakterami. W głowie układał mu się ciekawy plan.     

 




 CDN.
 

środa, 5 czerwca 2019

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. XVI

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII

ISTNIAŁ MATRIARCHAT?


IV

KOBIECY SENAT i

RZYMSKI MATRIARCHAT

(218-235)

Cz. VIII




RZĄDY JULII MAMEI

(226-235)

Cz. VI


 NADCIĄGA PERSKA APOKALIPSA

Cz. V


 ORFIZM

OD ORFICKIEJ RAPSODII KU MISTERIOM

OCZYSZCZENIA I WYZWOLENIA DUSZY

Cz. II 





 "A TU ŻEBRZĄCE KLECHY I WIESZCZBIARZE DO DRZWI BOGATYCH PUKAJĄ I WMAWIAJĄ, ŻE JEST U NICH MOC OD BOGÓW ZESŁANA (...) JEŚLI NA KIMŚ CIĄŻY ZMORA GRZECHU ALBO NA JEGO PRZODKACH (...) KSIĄG CAŁE STOSY PODAJĄ MUSAJOSA I ORFEUSZA, KTÓRZY MIELI POCHODZIĆ OD KSIĘŻYCA I OD MUZ (...) UMIEJĄ PRZEKONYWAĆ NIE TYLKO LUDZI PRYWATNYCH, ALE I CAŁE PAŃSTWA, ŻE NIBY MOŻLIWE SĄ ROZGRZESZENIA I OCZYSZCZENIA Z GRZECHÓW"

PLATON
"PAŃSTWO"


 Była droga "dla ludu" i droga "dla wybranych", obie opierały się w swych założeniach na koncepcji orfickiej Rapsodii, z tym że droga "dla wybranych" szła znacznie dalej. Można by rzec że orficy (których nazywano w antycznej Helladzie - Orpheotelestai - "wtajemniczonymi w orfizm"). Byli to mistycy pielgrzymujący od miasta do miasta i za ciepłą strawę (a często za znacznie więcej) głosili prawdy orfickiej Rapsodii. Nauczali oni w imieniu "Uzdrawiającego Światłem" (Aur-Rophae - fenicki wyraz który został przejęty przez Greków i zmieniony w imię Orfeusza). Nauki te płynęły z ksiąg orfickich i orfickich wierszy, które brzmiały mniej więcej tak: "Zeus Gromowładny jest Mężczyzną i Kobietą, Mężem i Żoną, Ojcem i Matką. On(a) nieustannie rodzi Ziemię i Wodę, Ogień i Eter, Dzień i Noc. Ogień jest nasieniem Zeusa, jest pierwiastkiem twórczym, pierwiastkiem męskim. Wytryska on z serca i mózgu Zeusa i napełnia wszystkie istoty żywe". Początek tego męsko-żeńskiego bytu nie jest dokładnie znany, ale orficcy kapłani (czy raczej wieszczowie), głosili że pochodzi z gwiazd tak dalekich, o jakich istnienia ludzka świadomość nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić. Z "Liry Jasnej" i "Błyszczącego Oriona". Są to (według orfików) ciała "Boskiej Oblubienicy" krążącej w harmonijnym wirze wokół "Oblubieńca" (swoją drogą nie sądzę aby ktokolwiek z niewtajemniczonych w misteria mógł cokolwiek z tego zrozumieć - ale to też nadawało "świętym ojcom" powagi i kształtowało ich autorytet). W każdym razie dla orfików Zeus był Bogiem Najwyższym (w jedności pierwiastka męskiego i żeńskiego), stworzycielem wszechrzeczy, Wielkim Demiurgiem Świata. Jego "Objawionym Słowem" był syn - Dionizos - "Duch Promienny", który "jaśnieje w siedzibach Ojca". 

Dionizos był też stworzycielem ludzi, gdyż ludzkie dusze powstały z jego ciała (które zostało rozszarpane i rozczłonkowane przez Tytanów i Tytanidy, a następnie ugotowane. Zeus za ten czyn, poraził ich swymi piorunami, a serce Dionizosa ocaliła Minerwa, unosząc je ku Niebu, gdzie rozpaliło się ono z bólu do takiej czerwoności, iż zamieniło się w Słońce). Z dymu spalanego ciała Dionizosa wyłoniły się zaś ludzkie dusze, które wzbiły się ku Niebu. Zeus jednak nakazał im powrócić na Ziemię i połączyć się z ciałem Dionizosa. Tak też ludzkie dusze zostały włożone w ciało ("soma"), które były rozczłonkowanymi członkami ciała Dionizosa. Ludzie są więc częścią Dionizosa, zarówno ciała jak i dusze są Jego częścią i ku niemu zmierzają, aby ostatecznie połączyć się z bogiem i odpocząć na "Empirejskich wyżynach". Ludzie są jednak zagubieni, nie znają drogi, nie wiedzą więc jak tam trafić. Są "Ciałem i Krwią" boga, więc szukają zarówno Zjednoczenia z Nim, jak i siebie nawzajem, a ponieważ rozczłonkowane ciało Dionizosa posiada wiele niepasujących do siebie elementów, więc nim każda kolejna część ciała zjednoczy się z inną, jej samej odpowiadającą - minie wiele czasu. Ludzie jednak są niecierpliwi, pragną Zjednoczenia natychmiast, a ponieważ nie jest to możliwe bez Wtajemniczenia, przeto tyle jest na świecie bólu i niesprawiedliwości, bowiem człowiek z żalu za utraconą boskością, błąka się niczym pijany po nieznanym świecie w poszukiwaniu reszty dionizyjskich członków. Ludzie muszą przejść więc tysiące istnień "w bólu i miłości" nim odnajdą ostateczny spokój.

I tutaj wkraczają właśnie orficy, którzy jako "Wtajemniczeni", uznają się z "zbawców dusz", gdyż wiedzą "co jest na górze i co jest na padole". Orficcy kapłani (a warto tutaj zauważyć że głoszone przez nich nauki nie tylko że nie pokrywały się z oficjalną mitologią i religią grecką, ale wręcz przeciwnie - zupełnie ją odwracały i wręcz anulowały, stąd orfizm należy postrzegać nie jako część panteonu hellenistycznych wierzeń, ale jako coś innego, można nawet pokusić się o stwierdzenie że. coś zupełnie... obcego), nauczali za pomocą ksiąg (jak już na początku wspomniałem), przy czym na księgi te składały się takie (dziś już nieistniejące) dzieła orfickich kapłanów, jak choćby: "Demetriada" (poemat o Demeter - matce Bogów), "Kosmogonia" (cykl dionizyjskich pieśni), "Teogonia" (opowieści o naturze Boga, ludzi i Wszechświata), którą uzupełniała "Zasłona, czyli sieć dusz" (księga dostępna już tylko dla Wtajemniczonych w misteria), następnie: "Korybanty" (nauki na temat wydarzeń przyrodniczych, dziejących się na świecie, ze szczególnym uwzględnieniem trzęsień ziemi), oraz "Księga przemian" (również niedostępna dla zwykłych ludzi, bowiem zawierająca opisy technik sporządzania odpowiednich naparów "magicznych" i leczniczych). Nauki "dla ludu" opierały się na prostych założeniach - "odpowiesz za to, co uczyniłeś za życia", jeżeli krzywdziłeś innych ludzi - bogowie skażą cię na odpowiednio ciężką pokutę (nawiązywano do kar w Tartarze, gdyż ówczesny Grek mógł sobie to wówczas łatwiej wyobrazić). Dusza jest nieśmiertelna, a cykl nieśmiertelności wymaga "wielu tunik" (czyli ciał, w które ponownie owa dusza będzie się wcielać). Nie wiadomo czy niewtajemniczonym mówiono również o wegetarianizmie, czyli nie zabijaniu zwierząt które również posiadają dusze, powstałe (tak jak ludzka z popiołów Dionizosa - choć istnieją też odniesienia że dusze zwierzęce powstały z popiołów spalonych przez Zeusa Tytanów). 




Podsumowując - po śmierci dusza udaje się do Hadesu. Lecz nim tam dotrze, musi przepłynąć Styks, rzekę graniczną pomiędzy światem żywych i umarłych. Tam opłaca się przewoźnikowi za przewiezienie na drugi brzeg (wręczając mu obola - stąd też rodziny zmarłych zawsze zaopatrywały swych bliskich w obola kładąc go do trumny, gdyż bez tego dusza nie będzie mogła przedostać się na drugi brzeg i zawieszona pomiędzy życiem a śmiercią, może przypominać o swojej obecności żyjącym członkom rodziny. Orficy jednak pomijają ten moment, tak jakby samo przewiezienie przez Styks nie miało dla nich większego znaczenia). Na drugim brzegu dusza mija wielkiego psa-strażnika zwanego Cerberem, którego zadaniem jest nie wypuścić duszy z Hadesu jak również nie wpuścić do Hadesu nikogo spośród żywych (orficy również pomijają obecność Cerbera, choć zapewne nie wykluczają jego istnienia). Następnie dusza przybywa na rozstajne drogi. Tam odbywa się sąd nad zmarłym. Sędziami jest trzech mędrców: Minos, Ajakos i Radamantys, których wyrok jest niepodważalny (występują u orfików, ale nie są eksponowani). Dusze niegodziwców, zbrodniarzy, morderców, zdrajców, oszustów i gwałcicieli, kierowane są na lewą stronę, na drogę wiodącą do Tartaru. Tam cierpią dusze wieczne męki (u orfików kary w Tartarze nie są wieczne i kończą się w zależności od rodzaju popełnionej zbrodni). Dusze ludzi, którzy nie dopuścili się żadnych niegodziwości, a jednocześnie nie byli nazbyt pobożni i wiedli zwykłe życie "niewtajemniczonych", kierowane są w prawą stronę, choć zawiłą i wiodącą ku Łąkom Asfodeli - które to było szarym, piaszczystym i nieprzyjemnym miejscem. Dusze błąkały się tam bez jakiegokolwiek celu, czekając aż żywi wesprą je ofiarami i będą mogły przybrać kolejną "tunikę" (czyli ponownie narodzić się na Ziemi). Dusze ludzi niewtajemniczonych gromadziły się wokół "Jeziora Zapomnienia" (zwanym również Lete - który ocieniały białe cyprysy) i piły z niego wodę w czasie swego pobytu tam (oraz przed każdymi kolejnymi narodzinami) - wszystko po to, aby nie pamiętać poprzednich żywotów i tego co robiły w Zaświatach.

Na prawo kierowane są również dusze "Wtajemniczonych" w misteria - ci idą prosto do Erebu, gdzie wita ich Hades i Persefona. Tam dusza wypowiada formułę: "Jestem dziecięciem Ziemi i gwiaździstego Nieba, usycham z pragnienia. Dajcie mi świeżej wody, tryskającej z jeziora Mnemozyny". Jezioro Mnemozyny - to "Jezioro Pamięci", po napiciu się z którego dusza nie traci pamięci swych poprzednich wcieleń i życia, jakie wiodła na Ziemi (jednak, jak twierdzi Platon, przed kolejnymi narodzinami, wszystkie dusze, bez względu na ich zasługi, muszą się napić wody z "Jeziora Niepamięci", aby otworzyć kolejny rozdział życia). Tutaj też powstaje pewien rezonans, bowiem według orfików dusze "Wtajemniczonych" nie powinny się ponownie rodzić, gdyż osiągnęły już dobrostan i trafiły na Pola Elizejskie - czyli dotarli do miejsca wiecznej szczęśliwości, słonecznego, pełnego kwiatów cudownego ogrodu - nie musiały więc już ponownie inkarnować na Ziemi. Nie musiały, ale... mogły. Jednak każde kolejne narodziny (wiązało się to również z wypiciem wody z Jeziora Lete po czym nawet Wtajemniczeni tracili pamięć o Zaświatach), były wielkim niebezpieczeństwem dla duszy, gdyż po śmierci wcale nie musiała ona ponownie trafić na Pola Elizejskie. A jeśli tak się nie stało, traciła ona możliwość przejścia dalej i znów zaplątywała się w cykl narodzin i śmierci. Jeśli zaś dusza Wtajemniczona trzykrotnie trafiła po śmierci na Pola Elizejskie, otrzymywała promocję ku Wyspom Błogosławionych. Jeśli Elizjum było miejscem wiecznej radości, to Wyspy Błogosławionych były o stokroć "szczęśliwszym" miejscem.

W "Państwie" jak i w "Fedonie" Platon prezentuje również opis cierpień dusz w Tartarze, w którym w zależności od popełnionych niegodziwości, dusze są albo biczowane rozpalonymi skórzanymi prętami, albo przypalane żywym ogniem, albo też zakopane po uszy w ziemię ("Zagrzebani w bagnie otrzymają karę stosowną do ich moralnego brudu, jak świnie lubujące walać się w błocie" - jak Platon pisze w "Państwie" 282d i "Fedonie" 69c). Poza tym są i inne kary, takie jak choćby: przenoszenie wody dziurawym sitkiem i napełnianie nią dziurawej beczki (ta woda ma być dla nich wodą oczyszczającą z ich grzechów, a napełnienie beczki jest warunkiem wydostania się z Tartaru). Opisy Tartaru w pismach orfickich są tak rozbudowane, że można wręcz stwierdzić że wśród Hellenów to właśnie orficy "wynaleźli piekło". Orfizm miał również wiele wspólnego z poszczególnymi bogami, najwięcej z Apollinem i Dionizosem (także z Zeusem, Hefajstosem, Posejdonem, Demeter, Persefoną, Artemidą i Herą - choć prócz Zeusa, wszyscy pozostali bogowie są tylko mniejszym lub większym dodatkiem dodatkiem).    



 APOLLON
NAJBARDZIEJ GRECKI - BÓG NIEGRECKI




 Apollon miał wiele twarzy. Zacząć należy jednak od stwierdzenia, że ten mega grecki bóg, który był uosobieniem prawa, porządku i harmonii - pierwotnie miał być... mściwym i zazdrosnym zabijaką! Nie był też bogiem Hellenów, a jego kult został inkorporowany do Grecji najprawdopodobniej z Fenicji (gdzie występował pod imieniem Ap Olena, lub po prostu Olena). Sprowadzony do Delf przez kapłanów uznających wpływ "doktryny zaklęcia słonecznego" (istniejącej wówczas zarówno w Egipcie jak i w Indiach - pogrążonych w swym mrocznym okresie Kali-Yuga, notabene zbieram się do napisania czegoś na temat buddyzmu i hinduizmu w celu wyjaśnienia pewnych pokutujących po dziś dzień dogmatów ludzi tzw.: Zachodu o tych religiach, jako "religiach pokoju", i mnichach palących kadzidełka i słuchających kojącej muzyki. Jak wyglądał buddyzm samego Buddy - i jaka była religia Indii i Tybetu przed Buddą - oraz jaki był buddyzm po pierwszej i kolejnych schizmach - ale jak na razie nie mam pomysłu jak zatytułować taką serię, więc ją pewnie odłożę na "lepsze czasy"). "Doktryna zaklęcia słonecznego" stała się jednym z elementów misteriów dionizyjskich i przeznaczona była dla elitarnego kręgu "Wtajemniczonych". Orficy mieli też swoją "Palestynę" - czyli "Ziemię Świętą" na której niegdyś miał żyć Orfeusz (syn Apollina). Ziemią tą była Rakhiwa (fenicka nazwa Tracji). Ta kraina pasterzy kóz stała się prawdziwą Mekką orfików (choć oczywiście nie w znaczeniu dosłownym - nie pielgrzymowano tam, a jedynie uznawano tę ziemię za pierwotną z której wyszła "Boska Doktryna", którą to strzegła - np. w świątyni delfickiej-  straż Tracydów, rekrutujących się spośród kapłanów pochodzących właśnie z Tracji).

Apollon był synem Zeusa i tytanki Leto. Hera, pragnąca zabić matkę w połogu, wysłała za nią w pościg wielkiego węża Pytona. Leto jednak ukryła się na wyspie Delos, gdzie powiła bliźniaki - chłopca i dziewczynkę - Apolla i Artemidę. Gdy Apollon dorastał, musiał się zmierzyć z wieloma przeciwnościami losu, jak choćby z olbrzymem Tytiosem, który napadł i próbował zgwałcić jego matkę - Apollo zabił go strzałem z łuku. Potem mordowanie weszło mu w krew i tak najpierw uśmiercił siedmiu synów Niobe (a jej siedem córek zabiła z łuku Artemida, jako kara dla matki, która ośmieliła chwalić się przed bogami swą płodnością). Potem pozbawił życia swoją oblubienicę - Koronis, która miała zdradzić go z człowiekiem. Apollo zabija również swego najlepszego przyjaciela - Hiacynta (tak więc Apollo nie był pierwotnie przykładem boga, którego atrybutami były: powaga, odpowiedzialność, godność, porządek, sprawiedliwość etc). Ostatecznie Apollon przybywa do Delf, siedziby straszliwego smoka Pytona, zabija go i... zajmuje jego miejsce. Od tej chwili Delfy stają się siedzibą apollońskiej amfiktionii, lecz aby do tego ostatecznie doszło, bóg musi przejść swoiste "oczyszczenie". Musi bowiem odpokutować za grzechy z czasów młodości i przejść "Wielką Zmianę". Odbyło się to za pomocą specjalnych rytuałów oczyszczenia (które praktykowane były przez Wtajemniczonych w świątyni delfickiej). Od tej chwili pierwotne - telludyczne moce węża Pytona - zostały podporządkowane Apollinowi, który przeszedł "Wielką Zmianę" i stał się bogiem odmienionym - bogiem sprawiedliwości i ładu moralnego (nie oznaczało to jednak końca zabijania). Na prośbę Apolla, jego syn - Asklepios (zrodzony z Koronis, z której łona Apollo wyjął dziecko), wskrzesza przyjaciela ojca - Hiacynta, lecz wkrótce potem  Zeus spala Asklepiosa swymi piorunami (za naruszenie równowagi między życiem a śmiercią). Opętany rządzą zemsty, morduje Apollon Cyklopów - twórców zeusowego pioruna. Za karę, musi udać się na Ziemię i przez rok żyć jak zwykły śmiertelnik, w niewoli u niejakiego Admeta - króla miasta Feraj w Tesalii.

Tak więc zamieszkał bóg w Delfach i był to jego jedyny i najważniejszy ośrodek w Grecji właściwej. Stał się tam znany jako proroczy bóg, zsyłający wizję na kapłankę - zwaną pytią, która w jego imieniu miała odczytywać przyszłość. Apollon Delficki (nazywany również Pytyjskim) był więc jednym z najpopularniejszych greckich bóstw i (wraz z Dionizosem) bodajże najsławniejszym bóstwem ludowym. Ale według mitów i pism orfickich, Apollo nie przebywał cały czas w swej świątyni, lubił bowiem udawać się na daleką północ, do mitycznej krainy szczęśliwości, zwanej Hyperboreą. Były to Wyspy Błogosławione dla żyjących, kraina gdzie nie było chorób ani zmartwień, a czas płynął na tańcach, zabawie i figlach. Apollo spędzać tam miał trzy zimowe miesiące (i przez ten czas pytia delficka nie wróżyła i nie przepowiadała przyszłości). Gdy kończyła się zima, z początkiem kwietnia bóg powracał do swojego królestwa i świątynia ponownie nabierała życia, a kolejki pątników ustawiały się od bram świątyni aż do bram samej amfiktionii (a biorąc pod uwagę że świątynia była ulokowana w północnej części miasta, a bramy w południowej, przeto można sobie wyobrazić ile pracy mieli tamtejsi kapłani delficcy i jak często musiały się zmieniać pytie. Te trzy miesiące "urlopu" były dla nich z pewnością prawdziwym wybawieniem). Oczywiście świątynia działała także w czasie zimy, gdyż pod nieobecność Apolla jego miejsce zajmował inny bóg kręgu orfickiego - Dionizos.     



DIONIZOS
CZYLI "PIJ, KOPULUJ, ŻYJ i... UMIERAJ"




To też nie jest grecki bóg, choć w późniejszych czasach (epoce hellenistycznej i rzymskiej) był wraz z Apollonem jednym z najbardziej greckich ze wszystkich bóstw panteonu olimpijskiego. Dionizos był bogiem winnej latorośli, wina i płodności, choć koleje jego losu związały go raczej z cierpieniem, prześladowaniem i śmiercią (stąd na równi z Apollinem był popularnym bogiem wśród greckiego ludu). Nigdy nie miał przyjść na świat, gdyż zazdrosna o kochanki swego męża Hera, stała się również wrogiem wszystkich jego dzieci, zrodzonych z innymi boginiami, tytankami lub śmiertelniczkami. Tropiła ich wszędzie, a nie mogąc osobiście wyrządzić im krzywdy, mordowała ich matki, jak choćby ową Semele - córkę króla Teb - Kadmosa, którą to uwiódł Zeus i która zaszła z nim w ciążę. Hera objawiła się Semele i namówiła ją, by poprosiła Zeusa o ukazanie się jej w jego boskim majestacie. Naiwna dziewczyna, nie przeczuwając podstępu, poprosiła o to Zeusa, niepomna iż tym samym wydała na siebie i swoje dziecię wyrok śmierci. Gdy Zeus to uczynił, zmienił się w rażące dokoła pioruny, które ją uśmierciły. Poroniła, lecz Zeus wyjął martwe dziecię z jej łona i wszył sobie w udo (przez co przywrócił mu życie). Z tego uda narodził się właśnie Dionizos, który początkowo (poprzez knowania Hery) nie był uważany za boga i nie mógł wejść na Olimp. Doświadczał upokorzenia i wielu cierpień, otoczył się więc dzikimi i oddanymi mu kompanami, z którymi oddawał się ucztom pełnym wina, na które to sprowadzano "kobiety morza" (również zasilające dionizyjski orszak). Porem Hestia zlitowała się nad ciężką dolą Dionizosa i zrezygnowała ze swego miejsca na Olimpie, oddając je właśnie jemu. Odtąd mógł on oficjalnie zasiąść wśród 12 Olimpijczyków i z czasem został zaakceptowany przez innych bogów. 

Swoją drogą ciekawe dlaczego pozostali bogowie tak długo oponowali przeciwko Dionizosowi? Czyżby raziła ich jego swobodna powierzchowność? Był bogiem radości, płodności i wina (co samo przez się prowokuje do swobody i "radości". Notabene przypomniał mi się dowcip, który słyszałem już jakiś czas temu: "Co najbardziej podoba ci się w kobietach?" - "U kobiet najbardziej lubię cycki" - "A wolisz blondynki czy brunetki?" - "Nie lubię jak kobiety mają włosy na cyckach"). Mimo to cały czas towarzyszy mu smutek i jakieś takie fatum - zły omen. Wielokrotnie bóg ten zachowuje się tak, jakby chciał popełnić samobójstwo (np. skacze do jeziora lerneńskiego, tonie w morzu, lub ukazuje się i znika niczym duch).  Przez co te jego "samobójcze" tendencje zostają przejęte do kultur misteryjnych w świątyniach tego boga. W Cheronei (gdzie była jedna z największych jego świątyń i gdzie odprawiano tajne kulty misteryjne), kobiety podczas święta Agrionia, szukają boga po mieście, gdyż okazuje się że nagle zniknął ze swej świątyni i nie wiadomo gdzie przebywa ani nawet... czy żyje. Ostatecznie okazuje się że bóg schronił się wśród muz, które go ukryły. Jego "samobójcze" tendencje mają związek z kultem przyrody, a szczególnie z kłosami winnej latorośli, która (aby dała szczęście w postaci wina) musi zostać ścięta, zerwana i wyciśnięta - czyli umiera, ale umiera tak, że jednocześnie rodzi nowe życie. I tak samo jest z prześladowanym Dionizosem, który chowa się, skacze do jeziora w celu popełnienia samobójstwa, ale potem i tak się pojawia, odradza się wciąż na nowo. Jest też bogiem męskiej witalności i kobiecej płodności, a jego atrybuty (prócz bluszczu i sosny oraz kwitnącej laski, zwanej - "tyrsos", którą dzierży w dłoni) to również naprężony fallus (szczególnie popularny na wsiach, wśród rolników - któremu oddawano cześć, budując przydrożne "falliczne kapliczki"), sperma i krew (a także woda - gdyż motyw życiodajnej wody w kulcie dionizyjskim jest równie częsty co motyw kopulacji i śmierci). 

Częsty jest też motyw zstąpienia Dionizosa do piekła, czyli do Hadesu, skąd wyprowadza do świata żywych swoją zmarłą matkę - Semele (notabene, to co nie udaje się Orfeuszowi z próbą wyprowadzenia jego żony - Eurydyki z otchłani Hadesu - udaje się Dionizosowi z jego matką. Następnie wprowadza ją na Olimp, gdzie ta może pozostać). Ale mimo to Dionizos często przybywa do świata żywych z Zaświatów - Kapłani Argiwów przywołują go jako topielca z głębi morza, Plutarch zaś opisuje jego przybycie z Hadesu (gdzie towarzyszy Persefonie). Ostatecznie Dionizosa nie czeka nic dobrego - ma zostać bowiem zabity, poćwiartowany i pożarty przez tytanów (jako Dionizos Zagreus - nie było to jednak przesłanie orfickie, o którym napisałem wyżej). Tyle same mity, teraz przejdźmy już bezpośrednio do poszczególnych orfickich kultów misteryjnych, kultów pitagorejskich (również odprawianych podczas misteriów delfickich), do apollońskiej "ekstazy" (o której jeszcze nawet nie wspomniałem słówem), do wróżbiarstwa delfickiego odprawianego przez kapłanki zwane pytiami, do pieśni ku czci Dionizosa, Apollona i Demeter, no i oczywiście ostatecznie do synkretyzmu hellenistycznego, z czasów po epoce Aleksandra Macedońskiego.    






CDN.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

SUŁTANAT KOBIET - Cz. VIII

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 

DO ABDUL HAMIDA II






 SERAJ MEHMEDA II ZDOBYWCY




 ELBISTAN

 (1449 r.)


 Do jednej z sal pałacu w Elbistanie weszła tajemnicza kobieca postać. Twarz miała zasłoniętą, jak przystało na dobrą muzułmankę i ubrana była w długą suknię. Gdy przekroczyła próg komnaty, służba pałacowa natychmiast zamknęła za nią drzwi. W pomieszczeniu wraz z nią znajdowało się pięć równie dostojnie ubranych kobiet, choć te nie miały już zasłoniętych twarzy. Tajemnicza kobieta również (będąc jedynie w damskim towarzystwie) odsłoniła woale z twarzy i podeszła do stojących przed nią dziewcząt. Każdą bardzo dokładnie obejrzała, sondując ich urodę a następnie kazała się im obnażyć, by sprawdzić czy przypadkiem nie miały jakichś skaz na ciele. Wreszcie podeszła do jednej z nich i całując ją w oczy, włożyła na palec zaręczynowy pierścień. Dokonała wyboru, dziewczyna której szukała stanie się teraz żoną księcia Mehmeda Czelebiego, młodego następcy osmańskiego tronu (który już w dzieciństwie zdążył przez pewien czas zasiadać na sułtańskim tronie, do czasu aż jego ojciec - Murad II postanowił opuścić swoją samotnię i miast czytania książek i pisania wierszy - ponownie objął władzę). Tajemnicza kobieta, która dokonała tego wyboru oblubienicy księcia, była żoną namiestnika Amasyi - Chyzyr paszy. Jej zaś wybranka nosiła imię Sitt hatun i była córką Sulejmana bega - władcy maleńkiego muzułmańskiego księstwa w południowo-wschodniej Anatolii - Dulkadiru. Sulejman beg był przyjacielem Murada II a rody Osmanów i Zulkayr-oglu od dawna się ze sobą łączyły. Państwo Sulejmana bega było co prawda niewielkie, ale za to bardzo bogate a władca posiadał na swe rozkazy oddziały bitnych Turkmenów. Sulejman miał też trzy radości w życiu. Pierwszą były jego konie, posiadał bowiem najwspanialszą stadninę w całej Anatolii i jedną z najlepszych w Europie. Drugą radością było... jedzenie, Sulejman przez tę swoją słabostkę, był jednym z najgrubszych ówczesnych władców. Trzecią zaś radością był jego harem. Sulejman beg należał bowiem do grona wielkich lubieżników i jeśli tylko mógł, spędzał wolny czas wśród swoich kobiet.

Natomiast Sitt hatun odznaczała się zarówno urodą, jak i dostojeństwem. Była córką znacznego beja, nic więc dziwnego że Murad II nakazał żonie Chyzyr paszy wręczyć jej zaręczynowy pierścień od swego 17-letniego syna (przebywającego wówczas w Manisie, w objęciach swojej niewolnicy, którą szczerze kochał) księcia Mehmeda. Było pewne że jedna z pięciu córek Sulejmana zostanie przyszłą żoną Mehmeda, lecz nie wiadomo było tylko która z nich jest najpiękniejsza i czy nie posiada jakichś ukrytych skaz na ciele. Dlatego też zadanie żony namiestnika Amasyi było tak ważne i delikatne. Wręczyła dziewczynie zaręczynowy pierścień i opuściła Elbistan, kierując się w stronę Adrianopola, by zdać władcy osmańskiemu relację. Wysłuchawszy jej opowieści, Murad II polecił by raz jeszcze udała się do pałacu Sulejmana bega i przywiozła stamtąd narzeczoną jego syna. Druga wyprawa została przygotowana z większym rozmachem, a orszak zmierzający do Elbistanu był niezwykle bogaty. Na jego czele stanął niejaki Sarudza pasza - faworyt sułtana i jego osobisty doradca w wielu sprawach haremu. Prócz niego w podróży uczestniczyli wysocy dostojnicy państwa. Sulejman powitał wszystkich radośnie i oddał im swoją córkę. Pieczę nad dziewczyną sprawowała cały czas żona namiestnika Amasyi. Podróż była długa i choć kobiety jechały w przeznaczonej dla nich karocy, należało dopilnować, aby nikt i nic nie uchybiło ich godności w czasie drogi lub podczas postojów (a trzeba pamiętać że droga była długa, tym bardziej wiodła przez tereny górzyste jak również przez Dardanele, więc co jakiś czas trzeba było robić postoje). Oto zadbał Sarudza pasza, który miał do dyspozycji swoich eunuchów do których zadań należało zabezpieczenie terenu przeznaczonego dla kobiet (oprócz oblubienicy Mehmeda i żony Chyzyr paszy, w podróży uczestniczyło również kilka niewolnic księżniczki Sitt hatun), tak aby najprostsze czynności, jak mycie się lub załatwianie potrzeb fizjologicznych, nie powodowały wśród nich dyskomfortu i by żadne męskie oko nie mogło w tę stronę wejrzeć. Po przybyciu do Adrianopola, sułtan powitał przyszłą synową, po czym rozpoczęły się przygotowania do ślubu. 




 MANISA-DIMOTIKA

(1449 r.)

       
A tymczasem po oddaniu tronu ponownie swemu ojcu (Mehmed II był po raz pierwszy sułtanem od sierpnia 1444 do września 1446 r. i wstąpił na tron w wieku zaledwie 12 lat), Mehmed Czelebi (tak zwano książąt), usunął się do Manisy. Tam młody książę zakochał się w jednej ze swoich niewolnic o imieniu Gulbahar, która najprawdopodobniej pochodziła z Albanii (potem jednak propaganda osmańska głosiła, iż była ona uprowadzoną w niewolę córką króla Francji - Karola VII). Uczynił z niej swą faworytę jeszcze nim zaszła z nim w ciążę i urodziła mu syna. Faworyta sułtana co prawda stała znacznie niżej w haremowej hierarchii o jego żony (o matce nie wspominając), ale już cieszyła się sporymi przywilejami. Posiadała np. własne pieniądze (przyznane przez księcia lub sułtana), a to znaczy że sama mogła kupować suknie i biżuterię. Mogła też decydować w co się będzie ubierała (haremowe niewolnice i konkubiny z reguły nosiły dość proste i lekkie suknie bez względu na porę roku, poza tym z reguły bardzo do siebie podobne. Nie mogły też zmieniać ani fasonów, ani kroju sukien ani też fryzur i nakryć głowy). Miała też prawo do wybrania sobie kilku niewolnic, które jej usługiwały. Gulbahar była jedyną faworytą księcia Mehmeda i nie miała żadnych innych konkurentek (przyciągnęła go do siebie swym śpiewem, tańcem i grą na instrumentach), do czasu, aż nie pojawiła się księżniczka Sitt hatun. 

W połowie 1447 r. Mehmed i Gulbahar wyjechali na zamek Dimotika (w dzisiejszej północno-wschodniej Grecji). Tam w grudniu 1447 r. powiła ona syna, który otrzymał imię - Bajazyd. Teraz, jako Gulbahar hatun stała się nie tylko faworytą, ale i matką przyszłego następcy osmańskiego tronu. Natomiast Bajazyd (który przejdzie do historii jako Bajazyd II) będzie dziadkiem sułtana Sulejmana Wspaniałego. Z Dimotyką los raz jeszcze zwiąże Mehmeda II, gdy w dwadzieścia lat później umieści w tym zamku, w prywatnym więzieniu - swoją siostrę, z którą mocno się poróżni - Hatice hatun. Hatice była bowiem okrutną sadystką i lubieżnicą, znęcała się nad swoimi niewolnicami w najbardziej barbarzyński sposób, a większość z nich i tak karała śmiercią tylko dla samej frajdy oglądania egzekucji (lubiła np. patrzeć, jak długo ciało może poruszać się bez głowy i aby to obejrzeć, skazywała kolejne niewolnice na ścięcie - opowiem jeszcze o tym w dalszej części). Teraz jednak sułtan Murad II polecił Mehmedowi przybyć do stolicy (którą wówczas jeszcze był Adrianopol), by poślubić księżniczkę Sitt hatun z Dulkadiru. Choć czynił to niechętnie, musiał opuścić Gulbahar i wziąć udział w zaaranżowanym przez ojca małżeństwie. 





 ADRIANOPOL

(1449 r.)

 
 Instytucja haremów została przejęta przez Turków od Arabów i... Chińczyków. Na dworach kalifów dynastii Abbasydów czy cesarzy chińskich z dynastii Tangów, Songów oraz Mongołów z rodu Czyngis-chana, istniała bardzo daleko posunięta instytucja wiążąca kobiety w obrębie jednego haremu. Szczególnie Chińczycy wymyślili niezwykle rozbudową tradycję cesarskich burdeli (zwanych dla niepoznaki "Zieloną altaną"), oraz bardzo hermetyczny świat mężczyzn i kobiet. Chiński minister z czasów dynastii Han - Yang Chen pisał np. tak: "Mężczyźnie nie wolno przyjmować niczego bezpośrednio z rąk kobiet, i odwrotnie - kobieta niech niczego nie bierze z rąk mężczyzny (...) Jeśli mężczyzna chce coś kobiecie podać, niech kobieta podsunie mu bambusową tacę". Dlaczego? Ponieważ jak twierdził Yan Chen kobieta to stworzenie puste i skupione jedynie na sobie (opisuje jak kobieta spędza długi czas przed lustrem czesząc włosy i upiększając ciało), oraz takie które: "narobi wyłącznie bałagan, wprowadzi zamęt". Nic wartościowego nie należy więc powierzać kobietom. Mąż (według Chena) nie powinien z żoną nawet rozmawiać z łożu, tylko ograniczyć się do miłości cielesnej, wydać polecenia odnoście spraw domowych i odesłać do pomieszczeń przeznaczonych dla kobiet. Zresztą stosunek z żoną należy ograniczyć do minimum i nim do niego dojdzie, "wzmocnić" swój męski potencjał yang - kilkoma konkubinami lub prostytutkami. Żona może raz, ewentualnie dwa razy w miesiącu obcować z mężem i to musi jej wystarczyć. Tak też funkcjonowały haremy cesarskie, gdy żona chińskiego władcy była mu sprowadzana tylko raz w miesiącu. Poza tym istniała specjalna funkcja "układających grafik", czyli tych kobiet, które wyznaczały innym nałożnicom cesarza czas i miejsce wizyt w jego alkowie (skrupulatnie wszystko zapisując w księdze). Nie było to wcale łatwe zadanie, bowiem trzeba było dobrać nałożnicę nie tylko według upodobania władcy, ale również według innych szczegółów - jak choćby czas menstruacji (która też była ściśle zaznaczana). Nie można było "zamienić" wizyty u cesarza (co próbowały czynić niektóre nałożnice), dlatego też po każdej wizycie u władcy dziewczęta były zaznaczane niejadalną (aby uniknąć zlizywania stempla) maścią z kory cynamonowej.   

Ani Arabowie, ani Turcy nie posuwali się zaś do takich ekstremów. Turcy np. przez bardzo długi czas nawet nie nakazywali swym żonom zakrywać twarzy (czego wymagał islam), a żony miały pełną władzę w domu i to one decydowały o jego kształcie. Mogły nawet opuszczać pałac i poruszać się po mieście (w otoczeniu kilku ludzi z osobistej ochrony). Wszystko zmieniło się jednak w czasach sułtana Bajazyda I Błyskawicy. Po jego klęsce w bitwie pod Ankarą (która o mało nie doprowadziła do upadku młodej monarchii osmańskiej) w 1402 r., zwycięski wódz Mongołów - Timur, wziął sobie na nałożnicę - żonę Bajazyda (który też dostał się do niewoli) sułtankę Despinę. To spowodowało że pokonany turecki sułtan został całkowicie upokorzony i stracił swój honor. Od tej chwili jego synowie polecili, by ich żony zostały całkowicie odosobnione w specjalnie dla nich przeznaczonych pomieszczeniach zwanych haremlikami (część domu lub pałacu przeznaczona tylko dla kobiet). Była ona odgrodzona od części publicznej, przeznaczonej dla mężczyzn (zwanej selamik) i od tej pory żony władców nie miały prawa opuszczać tych pomieszczeń bez zgody męża, ojca, brata lub syna. Mało tego została wydana ustawa, zabraniająca na przyszłość sułtanom osmańskim żenić się a pozwalająca jedynie brać sobie nałożnice ze sprowadzanych do ich haremlików niewolnic. Teraz jednak ta zasada miała zostać złamana i młody Mehmed poślubić miał księżniczkę Dulkadiru. Nie był jednak pierwszym, który złamał zakaz. Już jego ojciec - Murad II poślubił córkę beya Canicy - Yeni hatun, a potem córkę władcy beliku Jandaru - Halime hatun.




Uroczystość zaślubin i weselnych uroczystości trwała trzy miesiące. Młoda para nie przypadła jednak sobie do gustu, szczególnie niezadowolony z oblubienicy był Mehmed. Nie kochał jej i nie pragnął tego małżeństwa, kochał zaś Gulbahar, do której chciał czym prędzej wrócić. I tak też się stało, po zakończeniu trzymiesięcznego wesela, Mehmed zabrał nowo poślubioną żonę w drogę do Manisy. Młoda i odznaczająca się urodą Sitt przeżywała odtąd prawdziwe katusze, gdyż mąż praktycznie nie odwiedzał jej w alkowie, cały czas spędzając w towarzystwie Gulbahar lub Gulsah (innej swojej nałożnicy). Sitt hatun zaś dni i noce przebywała samotnie, otoczona jedynie swymi niewolnicami i haremowymi eunuchami. A gdy w lutym 1451 r. w wieku 47 lat zmarł sułtan Murad II i Mehmed (teraz już jako Mehmed II) objął władzę, przy jego boku stała nie Sitt hatun, ale właśnie Gulbahar. Zaś gdy w 1453 r. zdobył Konstantynopol (ostatecznie obalając dynastię Paleologów i niszcząc całą wielowiekową tradycję Imperium Rzymskiego i Cesarstwa Bizantyjskiego), zabrał ze sobą do nowego konstantynopolitańskiego haremu wszystkie nałożnice, oprócz... Sitt hatun, której nakazał pozostać w Adrianopolu. Zmarła tam w samotności (otoczona tylko służbą) w 1486 r. pięć lat po swoim okrutnym małżonku. 


 NA KONIEC ROMANTYCZNA BAJKA 
O SUŁTANIE ABDUL HAMIDZIE I 
(panował w latach 1774 - 1789) 
i JEGO ŻONIE NAKSIDIL





 CDN.

sobota, 1 czerwca 2019

AMERICAN STORY - Cz. III

DZIEJE

STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI

OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT 

KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





POKOLENIE I

WŁÓCZĘDZY I PIRACI

Cz. III


 PIERWSZE PRÓBY 
ANGIELSKIEJ KOLONIZACJI AMERYKI
Cz. II





"JAKIM SPOSOBEM ZIEMIA SUCHA WRAZ Z WODĄ JEDNĄ KULĘ TWORZY? POKARZE SIĘ TO WYRAŹNIEJ, JEŻELI DO TEGO PRZYŁĄCZYMY WYSPY ZA NASZYCH CZASÓW POD HISZPAŃSKIMI I PORTUGALSKIMI MONARCHIAMI ODKRYTE, A NADE WSZYSTKO AMERYKĘ (...) A DLA NIEZBADANEJ DOTYCHCZAS JEJ ROZLEGŁOŚCI ZA NOWY ŚWIAT UWAŻANĄ"

MIKOŁAJ KOPERNIK
"O OBROTACH SFER NIEBIESKICH"
(1543 r.)


 "Angielscy żeglarze są najlepsi na świecie" - te słowa zapisał w swej "Rozprawie" z 1576 r. Humprey Gilbert, posiadacz pierwszego w dziejach angielskiego patentu (nadanego mu przez królową Elżbietę I - 11 czerwca 1578 r.), czyniącą go de facto "władcą Ameryki" (czyli tych ziem, które zajmie w imieniu korony angielskiej). Swoją drogą należy pamiętać że Anglia dopiero stawiała swe pierwsze kroki w żegludze dalekomorskiej, gdyż w średniowieczu była po prostu... krajem lądowym. Brzmi to dość dziwnie, biorąc pod uwagę jej wyspiarskie położenie, ale tak właśnie było. Potęga brytyjskiej floty i mit jej niezwyciężoności (spod Abukiru i Trafalgaru, z wypraw dalekomorskich Cooka, Nelsona i Rodneya) w tym czasie, gdy Humprey Gilbert (zaopatrzony w królewski patent, na czele czterech okrętów wypływał z Plymouth ku nieznanym wodom Nowego Świata) jeszcze nie istniał. Na morzach i oceanach zaś królowała flota Hiszpanii. Wyładowane złotem galeony z podbitych ziem dzisiejszego Meksyku, Kolumbii, Wenezueli i Peru, zdążały najpierw na Hispaniolę (jak wówczas nazywano Haiti), a potem do kraju - do Hiszpanii. Teraz Gilbert pełen nadziei na założenie angielskich kolonii w Nowym Świecie, opuszczał port w Plymouth w ten wietrzny poranek 11 czerwca 1583 r. (w piątą rocznicę otrzymania królewskiego patentu, bowiem aż pięć lat zajęło mu kompletowanie złogi i przygotowanie okrętów). Los był jednak dla niego okrutny. Oto bowiem gdy eskadra statków pod jego dowództwem dotarła do Nowej Fundlandii, próbując założyć na brzegu jakąś osadę, akcja ta zakończyła się fiaskiem. Co prawda zbudowano prowizoryczną bazę nieopodal dzisiejszego Saint John's w Nowej Fundlandii, ale osadnicy zaczęli zapadać tam na zdrowiu. Część z nich z tego powodu umarła, część potopiła się po pijanemu (prawie 100 ludzi - podczas pijackiej balangi na statku, wpadli na skały i potopili się), część zbiegła na lad rabować rybaków i potem ukrywała się po lasach. Ostatecznie z 260 ludzi załogi na samym początku wyprawy, pozostało zaledwie 100. Trzeba było porzucić dwa z czterech okrętów i z pozostałą dwójką ("Wiewiórka" i "Złota Łania") wracać, niczego nie osiągnąwszy do kraju. 

W drodze powrotnej trafili jednak na gwałtowną burzę, silny wiatr i wzburzone fale, które rozdzielały od siebie oba okręty. Żeglarze robili co mogli aby utrzymać sterowność statków, lecz kapitan - ów Humprey Gilbert zdawał się tym nie przejmować. Siedział na mostku zaczytany pewną książką (była to "Utopia" Tomasza Morusa). Choć deszcz padał niemiłosiernie, on wciąż nie odrywał od niej wzroku. Aż wreszcie (okrętem flagowym była "Wiewiórka") gdy oba statki ponownie się do siebie zbliżyły, zerknął na "Złotą Łanię" i machając w ich kierunku rękoma, rzekł: "Przyjaciele, morzem jest równie blisko do nieba jak lądem!". Były to jedne z ostatnich jego słów, jako że w chwilę potem wypadł za burtę i... utopił się w morzu. Mimo to marynarze zapamiętali te jego słowa i powtarzali je potem, po dotarciu do Anglii, opowiadając o swych przygodach z podróży po tawernach i szynkach. Humprey Gilbert utopił się na Atlantyku w pobliżu Azorów, dnia 9 listopada 1583 r. Był on jednym z głównych angielskich zwolenników kolonizacji Nowego Świata i marzyło mu się założenie stałych kolonii zarówno w Nowej Fundlandii, jak i na Florydzie a także po drugiej stronie oceanu - w dzisiejszej Kalifornii. Nie dane mu było jednak tego dokonać. Pozostało po nim tylko to przesłanie: "Morzem jest równie blisko do nieba jak lądem", oraz ostatnie zdanie jego "Rozprawy", która definiowała Anglików jako naród pionierów i patriotów oddanych swemu krajowi (jakaż różnica w porównaniu ze współczesnymi Brytyjczykami, prawda?): "Nie jest godzien żywota, kto w bojaźni, w obliczu śmierci, porzuca honor i służbę swego kraju". Tak więc do Anglii ostatecznie powróciło niecałe 100 marynarzy. Zresztą, biorąc pod uwagę warunki panujące na XVI-wiecznych okrętach, trudno nie zrozumieć iż żeglarze bardzo rzadko z własnej woli godzili się na długie, dalekomorskie podróże. Gilbert przez pięć lat kompletował załogę, gdyż doprawdy było to jedno z najtrudniejszych zadań dla kapitana i powołanych przez niego do tego zadania ludzi. Trzeba było bowiem obejść wszystkie szynki, wszystkie gospody, zaproponować zaliczkę która miała być gwarantem zaokrętowania. A i tak często zdarzało się tak, jak pisał Richard Hawkins w 1593 r.: "Byli tacy, co przyjęli zaliczkę i uciekli". Wielkim problemem stali się też symulanci (którzy udawali chorych, gdy przychodził dzień wyprawy), a także pijacy, których trzeba było nieprzytomnych wnosić na okręt. Wielu się też zadłużało - trzeba więc było ich jeszcze wykupić. 

Marynarze nie garnęli się (poza nielicznymi miłośnikami przygód) do wypraw dalekomorskich, jako że na okręcie praktycznie... przestawali być ludźmi a stawali się wręcz własnością kapitana statku. Musieli znosić podłe jedzenie, stęchłe piwo, brak ognia oraz oczywiście przerywany sen i ciągłą czujność. Kary bowiem za np. zaśnięcie na wachcie były niezwykle okrutne. Taki delikwent był z reguły wystawiany w koszu na wystającej z dzioba belce. Do kosza wkładano mu chleb i wodę oraz dawano ostry nóż. Miał odtąd dwie możliwości, albo przeciąć linę, łączącą kosz z okrętem i tym samym utopić się w morzu, albo... umrzeć z głodu. Była to niezwykle sroga kara, dlatego też wielu po stokroć wolało chłostę lub nawet... przeciąganie pod kilem (czyniono to - z jednego boku okrętu na drugi pod wodą - opieszale lub niedbale, taki nieszczęśnik też nie miał większych szans i topił się). Nic dziwnego że na okrętach co jakiś czas dochodziło do buntów załogi przeciwko wszechwładzy kapitanów. Człowiek na morzu niewiele wówczas znaczył o czym świadczy skarga zbuntowanej załogi "Złotego Lwa" z 1587 r., w której zapisane jest: "Prosimy, żeby traktować nas jak ludzi i nie dać nam zginąć z braku pożywienia (...) Zaciągnięto nas do służby Królowej, abyśmy od niej dostawali żołd, a nie żeby nas tak traktowano. Czynicie z nas nie ludzi, ale bestie". Poza tym jedną z kar (za uderzenie kapitana) było także obcięcie lub przybicie dłoni gwoździem do masztu. Co się zaś tyczy środków bezpieczeństwa pożarowego to stosowano doprawdy ciekawą metodę. A mianowicie marynarze oddawali mocz do dwóch beczek, które stale przeznaczone były do gaszenia ewentualnego pożaru na okręcie. Od 1596 r. na angielskich okrętach wprowadzono też czyszczenie pokładu, aby zapobiec ewentualnym chorobom.




Nim dojdzie do kolejnych prób skolonizowania atlantyckiego wybrzeża dzisiejszych Stanów Zjednoczonych Ameryki, w listopadzie 1577 r. wyruszyła pierwsza w historii angielska wyprawa na dzisiejsze Zachodnie Wybrzeże, czyli na Ocean Spokojny. Wyprawa ta od samego początku była trzymana w ścisłej tajemnicy, gdyż obawiano się że Hiszpanie spróbują nie dopuścić by wyprawa  szczęśliwie dotarła na miejsce. Kontrolowali bowiem ogromne tereny począwszy od wysp Patagonii poprzez Andy w Ameryce Południowej, Panamę, dawne ziemie Zapoteków, Misteków i Azteków z portami takimi jak Acapulco, Las Blas czy Culiacan w kraju Zakateków. Wyprawy Franciszka Coronado (1540-1542) czy Bernala Diaza del Castillo (1540 r.) dotarły do dzisiejszego Kansas (który wówczas zasiedlały plemiona Kiwów, Kansa i Paunisów z Wielkich Prerii) oraz Półwyspu Kalifornijskiego (Koczymisi). Hiszpanie nie przekroczyli jednak ze swymi wyprawami gór Sierra Nevada, co dawało Anglikom okazję, aby jako pierwsi zjawić się na ziemiach dzisiejszej Kalifornii - zasiedlonej przez lud Miwoków. Królowa Elżbieta I wysłała nawet dla niepoznaki serdeczny list do króla Hiszpanii - Filipa II Habsburga, informujący go, iż bardzo pragnęłaby zgody pomiędzy królestwami Anglii i Hiszpanii i że jest ona możliwa, jednak szkodzą jej "ludzie zawistni", którzy: "pragną zniszczyć naszą przyjaźń". Elżbieta obawiała się bowiem potęgi hiszpańskiej, siły jej piechoty (uważanej za najlepszą w Europie) i siły jej floty wojennej. Po bitwie pod Lepanto (październik 1571 r.), w czasie której flota chrześcijańska (w tym w dużej większości okręty wystawione przez Hiszpanię), całkowicie rozbiła flotę muzułmańską Imperium Osmańskiego (co jednak nie przeszkodziło Osmanom w zajęciu Cypru 1571-1573. Potem sułtan Selim II śmiał się że tą bitwą chrześcijanie jedynie ścięli mu brodę, zaś on odciął im ramię. Broda szybko odrośnie - w znaczeniu zawsze można wystawić kolejne okręty, a odcięte ramię - nie), co budziło w Anglii duże obawy przed ewentualną próbą hiszpańskiej agresji na Wyspę. Mimo to Hiszpania była kolosem na glinianych nogach i rok, w którym angielska wyprawa pod wodzą Francisa Drake'a, opuszczała Plymouth (listopad 1577 r.) kierując się w stronę Oceanu Spokojnego, był rokiem w którym Hiszpania zdążyła już dwukrotnie ogłosić bankructwo kraju (po raz pierwszy w 1557 r. po raz drugi  - i nie ostatni - w 1576 r.). 

Tajemnica wyprawy Drake'a była tak wielka, że nie wiedzieli o niej nawet jego oficerowie i marynarze. Powiedziano im bowiem że wyprawa zmierza do Aleksandrii. Nic więc dziwnego, że gdy już w trakcie podróży poinformowano załogę o prawdziwym celu, jaki było dotarcie drogą morską na drugi koniec Ameryki, na pokładzie czterech okrętów Drake'a (z których składała się jego eskadra z czego tylko dwa były okrętami w pełnym tego słowa znaczeniu - "Pelican" i "Elisabeth", dwa pozostałe - "Marigold" i "Swan" przypominały raczej jachty), wybuchł bunt załogi. Ludzie nie godzili się na znacznie dłuższą podróż, wymagającą jeszcze więcej poświęceń. Drake spacyfikował bunt, wieszając jego przywódcę - Thomasa Doughty (swego przyjaciela, z którym jeszcze dzień przed egzekucją wspólnie spożywał obiad i z którym wspólnie przyjął Komunię Świętą). Wyprawa jednak obfitowała w kolejne przygody. Zatonął np. podczas burzy "Marigold". Potem "Elizabeth" zawrócił do kraju, a ostatecznie kolejna burza oddzieliła od siebie dwa pozostałe statki i tak Drake na okręcie flagowym ("Pelican") płynął już samotnie. Kończyły się jednak zapasy jedzenia i wody, należało więc zatrzymać się w jakimś porcie. Ale w którym, tym bardziej że wszystkie porty na Oceanie Spokojnym należały do Hiszpanów. A z Hiszpanami miał Francis Drake bardzo, ale to bardzo niemiłe spotkania. Niecałą dekadę wcześniej, gdy jeszcze handlował z nimi na karaibskich wodach "hebanowym złotem" (czyli czarnymi niewolnikami, których pozyskiwał lub porywał z Afryki i sprzedawał z zyskiem na wielkie plantacje do Ameryki Środkowej i Południowej. Popyt na czarnoskórych niewolników był bardzo duży, jako że uznano Indian za nie nadających się do ciężkiej i wyczerpującej pracy na plantacjach trzciny cukrowej czy w młynach i szybko podczas takich prac tracących życie. Sprowadzano więc sobie "hebanowe złoto" z Afryki, a szczególnie kobiety, jako że - głównie do połowy wieku XVI - wśród hiszpańskich i portugalskich kolonistów Ameryki Południowej, była wyraźna nadreprezentacja mężczyzn. Kobiety które przyjeżdżały tutaj z Europy były nieliczne - poza tym istnieją zapisy że ponoć traciły tam płodność i trzeba było albo deflorować Indianki, albo... sprowadzać sobie murzyńskie niewolnice z Afryki. Skutkowało to znów dużą liczbą Mulatów lub Metysów). Drake zajmował się handlem czarnymi niewolnikami od ok. 1563 r. (czyli od wieku 23 lat).




Jednak pewne wydarzenie z 1568 r. całkowicie zmieniło jego stosunek do Hiszpanów (którym wcześniej dostarczał niewolników) i uczyniło z niego śmiertelnego wroga Hiszpanii i katolików. Otóż jako dowódca okrętu "Judith" był dostawcą "żywego towaru" i płynął pod rozkazami kapitana Johna Hawkinsa (wcześniej kapitana Lovella). Jeden z okrętów Hawkinsa ("Jesus") uległ uszkodzeniu podczas burzy i musiał zakotwiczyć w hiszpańskim pocie w Meksyku o nazwie San Juan de Ulloa. Hawkins, Lovell, Drake i inni Anglicy byli tolerowani przez Hiszpanów, gdyż wymiana handlowa służyła i jednym i drugim. Co prawda król Hiszpanii kategorycznie zakazywał handlu z Anglią, ale na Karaibach i w Meksyku zakaz ten był notorycznie łamany, gdyż niewolnicy byli tam potrzebni do ciężkich prac fizycznych. Tak więc eskadra Hawkinsa wpłynęła do portu San Juan de Ulloa i lokalne władze zezwoliły Anglikom na naprawę uszkodzonego okrętu. Pech jednak chciał, że do San Juan wpłynął z wizytą hiszpański wicekról. Przybyli Hiszpanie, dowiedziawszy się że w porcie cumują okręty angielskie, wtargnęli na nie zbrojnie i większość z nich opanowali. Uciekły tylko dwa statki - "Minion" pod wodzą Hawkinsa i właśnie "Judith" którego kapitanem był Drake (notabene, to właśnie ci dwaj ludzie dwadzieścia lat później będą głównymi autorami angielskiego zwycięstwa nad niezwyciężoną hiszpańską Armadą, atakującą Anglię). Ci zaś z Anglików, którzy dostali się do niewoli, skończyli tragicznie. Poddano ich bowiem okrutnym torturom a następnie zesłano na galery. Część z nich spalono na stosie jako heretyków. Należał do nich kuzyn Drake'a - Robert Barret. Od tej chwili Francis Drake stał się śmiertelnym wrogiem Hiszpanii i katolicyzmu. Teraz zaś, wiedząc że musi gdzieś zakotwiczyć i że jedyne porty należą do Hiszpanów, postanowił uczynić to w sposób iście przebiegły. Oto bowiem nocą przycumował łódką do brzegu w pobliżu siedemnastu okrętów hiszpańskich, a sam (z kilku towarzyszami) zszedł na ląd i zakupił potrzebne towary, po czym spokojnie wrócił na statek i odpłynął (potem powtarzał ten manewr jeszcze parę razy). Poza tym rabowano napotkane kupieckie hiszpańskie statki. W rejonie Panamy zdobył najcenniejszy skarb, obładowany złotem i srebrem hiszpański galeon o nazwie "Plujący ogniem" ("Cacafuego"). Potem Drake napisał w dzienniku że statek ten powinien nosić nazwę: "Plujący srebrem", gdyż zdobycie tego jednego hiszpańskiego okrętu, w zasadzie zwracało cały koszt, poniesiony przez królową Elżbietę I na tę oceaniczną wyprawę. Być może to właśnie wówczas Drake zmienił nazwę swojego statku z "Pelicana" na "Złotą Łanię" ("Golden Hind").

W 1579 r. Drake dotarł do wybrzeży Kalifornii (nieopodal dzisiejszego San Francisco), gdzie powitał go lud Miwoków. Ci Indianie byli bardzo przyjaźni i chętni do wymiany handlowej, a Drake spędził u nich aż pięć tygodni. Odjeżdżając umieścił na jednej ze skał mosiężną plakietkę i 6-pensową monetę z herbem królowej Elżbiety I, mówiąc że bierze ten kraj we władanie Korony angielskiej i dodając że jeszcze tu wróci. Indianie Miwok, przypatrywali się tej scenie z zaciekawieniem i rozbawieniem, nie zdając sobie sprawy że oto właśnie Drake uczynił ich (przynajmniej w teorii, gdyż realnie Anglicy powrócą tam dopiero w dwieście lat później, w czasach Cooka) poddanymi Jej Królewskiej Mości - królowej Anglii. Następnie "Złota Łania" odpłynęła w drogę powrotną do Anglii (przez Pacyfik, Ocean Indyjski i Atlantyk), gdzie dotarła w listopadzie 1580 r. Tym samym Drake był drugim po Magellanie żeglarzem, który opłynął dokoła cały świat. Przybycie do Plymouth związane było również z zabawnym wydarzeniem. Oto bowiem, gdy na dwór królewski dotarła wiadomość o sukcesie wyprawy Drake'a i o tym że pod pokładem znajdują się ogromne ilości złota, srebra, drogich kamieni oraz biżuterii, Elżbieta postanowiła osobiście odwiedzić kapitana na jego statku. Niestety, w tamtych czasach wizyta kobiety na okręcie była praktycznie niemożliwa, gdyż istniało przekonanie że... przynosi pecha (jak czarny kot który przebiegnie drogę 😊). Na okręt mogła być zabrana tylko prostytutka, i to przed wypłynięciem okrętu w morze. Dlatego też gdy z oddali jeden z marynarzy ujrzał zbliżającą się do "Złotej Łani" kobietę, wziął ją za prostytutkę i krzyknął w stronę towarzyszy: "Hej! Jakaś kurwa tu idzie!" (😂). Jakież musiało być zdziwienie załogi, gdy okazało się że to królowa we własnej osobie, przyszła podziękować załodze i pasować Francisa Drake'a na rycerza. Od tej pory mógł on dumą nosić szlachecki tytuł.




Głównymi żeglarzami Korony angielskiej w owym czasie byli właśnie Gilbert, Hawkins, Drake i Frobisher (który podjął się odkrycia północno-zachodniego przejścia na Pacyfik), do nich dołączali potem kolejni angielscy podróżnicy i odkrywcy (choć Francuzi i Niemcy często pisywali że tak naprawdę to Anglicy nigdy i niczego nie odkryli i zawsze pozostawali tylko korsarzami, czyli drobnymi rabusiami. Np. niejaki Anton Ziska pisał w 1940 r. w swej "Englands Bündnisse" ("Sojuszach Anglii"): "Z całego swego wielkiego państwa Anglicy nie odkryli właściwie niczego. Portugalczycy zamknęli przed nimi Afrykę, Indie Wschodnie, Chiny,  Hiszpania - resztę (...) Anglia nie może się wykazać niczym, jak tylko piratami i rabusiami morskimi (...) angielska żegluga była wówczas tak nic nieznacząca, że Hiszpania nie zadała sobie nawet trudu, aby wydać wyspie wojnę (...) Dopiero wówczas, gdy Anglia otwarcie podjęła wrogie kroki, gdy zaczęła popierać walczących przeciw Madrytowi powstańców niderlandzkich i gdy Drake podjął swój atak na Kadyks (1587 r.), w czasie którego zatopił 18, a pojmał 6 okrętów - Filip II postanowił wysłać Armadę". Tak pisali Niemcy w czasie II Wojny Światowej, a jak rzeczywiście było? Anglia bez wątpienia weszła do kolonialnego wyścigu stosunkowo najpóźniej, ale mimo wszystko zdołała jeszcze odkryć i skolonizować nowe ziemie kontynentu amerykańskiego i (przy ogromnym wsparciu późniejszych kolonistów z katolickich krajów - takich jak Polacy, Irlandczycy czy Włosi - zbudowała swoją dzisiejsza potęgę ekonomiczną, która przez współczesne pokolenie wychowane już na marksistowskich uniwersytetach i nie znające etosu pracy na której zbudowano potęgę Ameryki - wkrótce zmieni się w kraj biedy i przemocy, co w konsekwencji spowoduje jej rozpad. Co prawda Donald Trump próbuje dziś odbudować ten zapomniany etos dawnej Ameryki - ale czy mu się to uda?). Przejdźmy zatem teraz do pierwszych angielskich prób założenia stałej bazy na atlantyckim wybrzeżu przyszłych Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.     


OTO PRAWDZIWA AMERYKA W OSOBACH:

WALT KOWALSKI Z "GRAN TORINO"



NOTABENE TAK NA MARGNIECIE, W KRAJACH AMERYKI POŁUDNIOWEJ PRAWDZIWI MACHO NIGDY NIE DADZĄ OBCINAĆ SOBIE WŁOSÓW INNEMU MĘŻCZYŹNIE. MUSI TO BYĆ ALBO KOBIETA, ALBO - STARUSZEK. WŁOSY TO SPECYFICZNA SPRAWA W KULTURZE MACHO (CHOĆ Z REGUŁY WSZYSCY STRZYGĄ SIĘ TAK SAMO - BARDZO KRÓTKO) I WŁOSÓW MĘŻCZYZNY NIE POWINIEN DOTYKAĆ INNY MĘŻCZYZNA. TAK PO PROSTU JEST


ppłk. HAROLD MOORE Z "WE WERE SOLDIERS"





PRACA I WALKA

(ROZUMIANA ZARÓWNO DOSŁOWNIE JAK I W PRZENOŚNI - JAKO CODZIENNA PRACA NAD SOBĄ I WALKA Z WŁASNYMI OGRANICZENIAMI, BOWIEM CAŁE ŻYCIE WALCZYMY, AŻ DO CZASU GDY PRZESTANIEMY WRESZCIE ODGRYWAĆ NASZE ROLE NA TYM ŚWIECIE)



CDN.