Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 9 lutego 2020

RAPORT GEHLENA - Cz. XXII

CZYLI JAK TO NIEMCY ZAMIERZALI

STWORZYĆ WŁASNY RUCH OPORU

WZORUJĄC SIĘ NA POLSKICH

DOŚWIADCZENIACH

KONSPIRACYJNYCH


RAPORT GEHLENA

Cz. XXII






B. Ponowna walka o naród polski


 4. ZE STRONY POLSKIEJ


 a. Droga narodowo-polska


bb. W KRAJU


b2. Armia Krajowa


Działania organizacyjne


Utrata najwyższego dowództwa oraz Korpusu Warszawskiego wywołały początkowo duże trudności organizacyjne, którym próbowano zaradzić przez określone kroki. Tendencja zaobserwowana już przed powstaniem, zgodnie z którą siły zbrojne w swojej strukturze i nazewnictwie były zbliżone do armii polskiej sprzed roku 1939, była realizowana w szybkim trybie. W dalszym ciągu próbowano podkreślać wojskowy charakter Armii Krajowej - analogicznie do uchwały Komitetu Lubelskiego z 21 lipca 1944 r. o utworzeniu Wojska Polskiego - poprzez stworzenie jednolitego pojęcia, które objąć miało wszystkie narodowo-polskie siły zbrojne. Była to Armia Polska. Dążenie do zastąpienia pojęcia Armia Krajowa pojęciem Armia Polska okazało się nieudane, prowadziło ono natomiast do pomyłek zarówno ze strony polskiej, jak i ze strony niemieckiej, ponieważ jednostki Armii Krajowej również określały się jako Wojsko Polskie (Błąd! Armia Krajowa nie określała się jako Wojsko Polskie, używając zupełnie innych, konspiracyjnych określeń. Natomiast oficerowie i żołnierze Armii Krajowej nawiązywali do przedwojennego Wojska Polskiego i to zarówno w heraldyce, jak i w odwzorowaniu jednostek w terenie, które to w końcowej fazie wojny miały wyjść z konspiracji, przyjmując nazwy przedwojennych polskich pułków i dywizji). W dalszym ciągu zaobserwowano próbę opartą na doświadczeniach warszawskich, polegającą na tym, że niezmobilizowane jednostki poddaje się energicznemu szkoleniu wojskowemu i takiemuż dowodzeniu. 

Ponieważ uznano za niecelowe, aby zmobilizowane z okazji powstania warszawskiego większe jednostki nadal utrzymywać w tej formie, Niedźwiadek (gen. Leopold Okulicki ps. "Niedźwiadek", ostatni komendant główny Armii Krajowej od 3 października 1944 r. do 17 stycznia 1945 r.) zdecydował się na szeroko zakrojoną demobilizację oraz powrót do konspiracji. W ten sposób dowództwo zamierzało zapobiec licznie występującym objawom rozprzężenia. Dowódcom jednostek wydano dokładne instrukcje dotyczące powrotu do konspiracji. Sztaby oraz te jednostki, które z jakiegoś powodu nie mogły już powrócić do konspiracji, pozostały zmobilizowane. Powrót do konspiracji miał być tak zorganizowany, aby podlegającym mu osobom nie stała się żadna krzywda, zwłaszcza ze strony niemieckiej, oraz aby zachować zdolność do ponownej, szybkiej mobilizacji. Ćwiczenia wojskowe oraz ogólnie szkolenia były przewidziane w trakcie konspiracji i miały być od początku prowadzone systematycznie. Prowadzenie działalności wywiadowczej miało być od tej pory zadaniem każdego AK-owca, a nawet każdego Polaka. Szczególną pozycję wewnątrz Armii Krajowej zajmowały formacje policyjne. Nie udało się pozyskać przejrzystego obrazu ich struktury, stanu liczebnego, uzbrojenia, zadań oraz miejsca w strukturze dowodzenia.


Opis sytuacji na przykładzie Radomia 


Z powodu braku odpowiedniej dokumentacji nie da się sporządzić przeglądu stanu całej Armii Krajowej. Dzięki zdobytemu materiałowi można przedstawić strukturę Armii Krajowej jedynie w okręgu radomskim. Ponieważ kierował nim wybitny organizator - być może najzdolniejszy z dowódców Armii Krajowej - stan i struktura Armii Krajowej w tym okręgu może być traktowana jako przykład wzorcowy. Brak jest danych dotyczących komendanta okręgu Kamilińskiego, pseudonim Ein (płk. Jan Zientarski - dowódca okręgu AK Kielce-Radom od maja 1944 r.). Zdobyte dokumenty pozwalają wszakże wysoko ocenić jego zdolności organizacyjne. Chociaż efektywna praca została dostrzeżona już przed powstaniem warszawskim, jego działalność zaczyna nabierać znaczenia dla całej Armii Krajowej dopiero po powstaniu. Wydaje się że struktura organizacyjna AK jest dwutorowa, a mianowicie terytorialna i militarna, przy czym każdej jednostce wojskowej przydzielony jest określony teren, z którego była rekrutowana i który był dla niej właściwym zapleczem również w kwestiach aprowizacyjnych. Komendant jednostki jest jednocześnie komendantem jej obszaru. W ten sposób siły znajdujące się w konspiracji oraz te już zmobilizowane dowodzone są przez jednego człowieka. Tylko w nielicznych wypadkach jednostki nie mają własnego obszaru, lecz rekrutowane są z osób pochodzących z różnych terenów. W strukturze tej obwód odpowiadał pułkowi, a inspektorat dywizji. Pięć inspektoratów okręgu jest połączonych w trzy grupy. Na temat faktycznego i etatowego stanu liczbowego poszczególnych jednostek brak dokumentów.

Szczególne znaczenie ma praca wywiadowcza Oddziału II. Dzięki szeroko zakrojonej aktywizacji zaangażowani do niej zostali nie tylko właściwi agenci wywiadu, lecz także wszyscy członkowie Armii Krajowej, a poza tym wszyscy Polacy. Szczególnym celem podjętej po powstaniu specjalnej akcji zbierania informacji było szpiegowanie niemieckiego Wehrmachtu. Ze zdobytego materiału okręgu Radom wynika, że w dużym stopniu udało się osiągnąć założone cele. Zgodnie ze zdobytym rozkazem radomskiego komendanta okręgu polska sieć telegraficzna otrzymała pod koniec września 1944 r. nowe oznaczenia, a mianowicie:

  • Dotychczasowa sieć O/P na: 
  1. Sieć B - sieć bojowa wewnątrz grup bojowych.
  2. Sieć K - sieć konspiracyjna na danym obszarze.
  • Dotychczasowa sieć I na:
  1. Sieć B1 - wewnętrzna sieć grup bojowych.
  2. Sieć K1 - wewnętrzna sieć poszczególnych inspektoratów.

Stacje nadawcze sieci B i K miały pracować za pośrednictwem Londynu i Bari. Ich liczba była ograniczona. Stacje sieci B1 i K1 miały pracować na falach przyziemnych. Ich liczba była nieograniczona. Zmian oznaczeń w komunikacji radiowej polskiej sieci nadawczej nie stwierdzono w innych rejonach. Można odnieść wrażenie, że chodziło tutaj o lokalne środki podjęte przez radomskiego komendanta okręgu, których nie zastosowano gdzie indziej.


Konflikty z Narodowymi Siłami Zbrojnymi i Armią Ludową


Dla Armii Krajowej po powstaniu znamienne stały się konflikty z Armią Ludową i Narodowymi Siłami Zbrojnymi. Umiejętności organizacyjne, które posiadał komendant okręgu Radom, nie mogły powstrzymać wewnętrznego kryzysu w Armii Krajowej, zwłaszcza że również i ten oficer nie sformułował wówczas nowych idei i nie wskazał nowych dróg. Dzięki surowej dyscyplinie i dobrej organizacji potrafił odpowiednio wcześnie przeciwdziałać symptomom rozpadu i zapobiec sytuacji, w której Armia Ludowa mogłaby zyskać poparcie w okręgu radomskim. Wobec tak zwartej postawy Armii Krajowej w okręgu radomskim Sowieci zareagowali wzmożoną propagandą oraz masowym zrzutem skoczków, wśród których po raz pierwszy były tzw. grupy Berlinga (gen. Zygmunt Berling - od marca 1944 r. dowódca 1 Armii Polskiej w Związku Sowieckim, agent NKWD. Zdrajca!). Do zbrojnych starć pomiędzy oddziałami Armii Krajowej a Armii Ludowej generalnie nie doszło. Stosunki pomiędzy spotykającymi się w terenie oddziałami AK i AL regulowali dowódcy jednostek między sobą, przy czym zgodnie z posiadanymi meldunkami rzadko dochodziło do poważniejszych konfliktów. Jednak Armia Krajowa nawet w tych miejscach, gdzie panowała surowa dyscyplina, zaczęła ulegać naciskowi liczebnie słabszej Armii Ludowej, ponieważ Armia Krajowa nie potrafiła przeciwstawić niczego równorzędnego czy lepszego ofensywie propagandowej i ideowej pro-sowiecko nastawionych Polaków. Z tego powodu miejscowa ludność podchodziła z rosnącą sympatią do polskich grup prosowieckich oraz sowieckich (jeśli jakaś sympatia ludności odnośnie Armii Czerwonej istniała, to trwała krótko i tylko do momentu pierwszego spotkania z krasnoarmiejcami, którzy nie tylko zaczęli od razu wszystko kraść, co im wpadło w ręce, ale przede wszystkim gwałcili kobiety, bili i mordowali. Istniało po wkroczeniu Sowietów takie powiedzenie: "Bierzcie czasy i rowery, idźcie sobie do cholery". Słowo "czasy" po rosyjsku znaczyło zegarek, a sołdaty wołały tylko: "Dawaj czasy". Na sławnym zdjęciu ze zdobycia Berlina, gdy żołnierz sowiecki zawiesza flagę na ruinach Reichstagu, stojący za nim drugi sowiecki sołdat ma na rękach... dwa zegarki. Wkrótce potem, to zdjęcie zostało wyretuszowane).




Nieliczne oddziały Narodowych Sił Zbrojnych, co do których sytuacji po powstaniu posiadamy dane wywiadowcze, operują całkowicie samodzielnie i wielokrotnie w użyciem broni przeciwdziałały rozprzestrzenianiu się polskich prosowieckich oraz sowieckich oddziałów. Starcia pomiędzy Narodowymi Siłami Zbrojnymi a Armią Krajową nie są znane. Nie wiadomo, czy wcielenie NSZ do AK z 7 marca 1944 r. może być traktowane jako ciągle aktualne lub czy doszło do jakiegoś oficjalnego rozwiązania tej kwestii. Narodowe Siły Zbrojne w dalszym ciągu stanowczo odrzucają polityczną drogę, jaką idzie Armia Krajowa.


Przeniesienie punktu ciężkości działań na Zachód


Całość ruchu oporu przed powstaniem miała swoją centralę w Warszawie. To tutaj zbiegały się wszystkie nici, to stąd też mógł wyjść impuls do zmiany i przekształceń. Wraz z upadkiem duchowej i geograficznej centrali konieczne stało się natychmiastowe przesunięcie punktów ciężkości działań ruchu oporu. Aż do sowieckiej ofensywy zimowej nie rozwinął się żaden centralny punkt, który dorównywałby Warszawie. Trzy miejsca rywalizowały o przywilej przejęcia dziedzictwa Warszawy. Są to: Radom-Kielce - najsilniejsze pod względem organizacyjnym; Częstochowa jako ośrodek religijny oraz Kraków z Wawelem, starym królewskim zamkiem, symbolem polskiej historii. Ze względu na liczebność oraz z powodów politycznych początkowo przewagę uzyskał rejon Kielce-Radom. Z tego powodu przesunięcie punktu ciężkości miało początkowo kierunek południowy. Inaczej rozwijała się sytuacja na obszarze Przedgórza Karpackiego, gdzie widoczne było przemieszczenie się struktur Armii Ludowej ze wschodu na zachód, połączone z penetracją w kierunku północno-zachodnim, czyli na tereny kontrolowane przez Armię Krajową. Ruch struktur Armii Krajowej w kierunku południowym nie zdołał się jeszcze utrwalić, gdy zmienił kierunek na zachodni z wyraźną tendencją do przelania się przez granicę Rzeszy początkowo na kierunku Łodzi, aby następnie przejść na kierunek Górnego Śląska. Na zwrot ten składa się wiele przyczyn.

Polska wschodnia znalazła się w posiadaniu Rosjan i bez względu na tęsknotę, z jaką Polacy spoglądają na swoje Kresy Wschodnie, wydarzenia rozgrywające się za linią frontu każdemu wpoiły przeczucie, pod ciężarek którego skapitulował Mikołajczyk (Stanisław Mikołajczyk - premier Rzeczpospolitej Polskiej na Uchodźstwie od lipca do listopada 1944 r.): Wschód jest utracony na zawsze i dlatego należy uratować na zachodzie to, co jest do uratowania. Polak nigdy nie uznał granicy Generalnego Gubernatorstwa jako granicy narodowej lub państwowej (Generalne Gubernatorstwo, była to utworzona przez Niemcy 26 października 1939 r. jednostka administracyjno-terytorialna, na której czele stanął Hans Frank - dotychczas Szef Zarządu Cywilnego przy Naczelnym Dowódcy Wschodu. Składała się z ziem środkowej i południowej Polski - po ataku Niemiec na Związek Sowiecki, przyłączono do Generalnego Gubernatorstwa jeszcze ziemie między Sanem z Zbruczem w tym również Lwów. Wszelką władzę w tym quasi państwie stanowili Niemcy, a Hans Frank - gubernator generalny rezydował na Zamku Królewskim na Wawelu w Krakowie, który nazywany był przez Niemców zamkiem gubernatora. Stolicą Generalnego Gubernatorstwa został Kraków, a Warszawę sprowadzono do roli miasta prowincjonalnego - po niemieckim zwycięstwie planowano uczynić z Warszawy niewielkie, kilkunastotysięczne miasteczko dla niemieckich kolonistów a plany "Die neue Deutsche Stadt Warschau" opracował jeszcze w 1940 r. sztab architektów niemieckich pod kierunkiem Friedricha Pabsta. W każdym razie w Generalnym Gubernatorstwie choć Polacy mogli używać języka polskiego, a ogłoszenia były zawsze dwujęzyczne - na górze po niemiecku a na dole po polsku, to jednak Polacy nie mieli tam nawet cienia władzy. Zresztą były też specjalne dzielnice tylko dla Niemców, specjalne miejsca w tramwaju tylko dla Niemców oraz publiczne ogłoszenia typu: "Polakom i psom wstęp wzbroniony". Pozostałe polskie ziemie zostały zaś bezpośrednio włączone do Rzeszy Niemieckiej i Wielkopolska otrzymała nazwę: "Kraj Warty" - zarządzana była przez Artura Greisera, Pomorze stało się "Gdańskiem-Prusami Zachodnimi" i zarządzane było przez Alberta Forstera, północną część Mazowsza i ziemi płockiej włączono do "Prus Wschodnich" i zarządzana była przez Ericha Kocha, zaś polski Górny Śląsk został włączony do niemieckiego Oberschlesien i zarządzany był przez Josefa Wagnera a potem Fritza Brachta. Na polskich ziemiach bezpośrednio włączonych do Niemiec był całkowity zakaz mówienia po polsku, nawet na ulicy. Poza tym Niemcy urządzili sobie na zajętych ziemiach polskich swoiste pole doświadczalne dla swych morderczych skłonności i zaczęli zakładać tutaj część obozów koncentracyjnych dla Polaków i dla Żydów. Teraz wymienię obozy zagłady, które zostały stworzone dla Polaków: Auschwitz-Birkenau 1940-1945, Majdanek 1941-1944, Bełżec 1941-1944, Chełmno 1941-1944 i Sztutowo 1939-1945. Dla Żydów: Auschwitz-Birkenau 1942-1945, Płaszów 1942-1945, Bełżec 1941-1943, Majdanek 1942-1944, Sobibór 1942-1943, Treblinka 1942-1943 i Chełmno 1941-1945. Żydzi na masową skalę byli zabijani dopiero od stycznia 1942 r. Polacy na masową skalę byli eksterminowani już od września 1939 r.). Wcielone obszary traktował jak ziemie zrabowane. (nie tylko ziemie, po dziś dzień w Niemczech jest wiele dzieł sztuki, kosztowności i arcydzieł zrabowanych z Polski podczas II Wojny Światowej).



 



Już przed 1939 r. linia Odry odgrywała ważną rolę w myśli polsko-szowinistycznej oraz w dorobionej do niej propagandzie. W następstwie obietnic trzech mocarstw, dotyczących rekompensaty na zachodzie jako zadośćuczynienia za straty terytorialne na wschodzie, linia Odry znalazła się jakby w zasięgu ręki. Wyobrażenia Polaków, które jakże chętnie wyprzedzają fakty, każą im już teraz patrzeć na ziemie aż po Odrę jako na własny kraj, toteż zaczynają nań wkraczać w ramach podjętych po powstaniu decyzji dotyczących przesunięcia punktu ciężkości działań. Czy i w jakim stopniu Polacy zamieszkujący we wschodnich okręgach Rzeszy tworzyli jeszcze przed rozpoczęciem ofensywy zimowej pomocny w tym celu wyłom, nie jest pewne; podobnie jak to, czy w sytuacji braku sowieckiej ofensywy pełniliby oni kiedykolwiek rolę takiego wyłomu. Fakty wyprzedziły w tym wypadku pytania. Co zrozumiałe, istniało szczególnie silne zainteresowanie Górnym Śląskiem. Na temat organizacji tamtejszej Armii Krajowej posiadamy wzajemnie sprzeczne meldunki. Jedne mówią o znakomitej, inne o zupełnie niewystarczającej, a nawet chaotycznej organizacji. Również tutaj sowiecka ofensywa uprzedziła ewentualne działania ruchu oporu. Reasumując, można powiedzieć, że zanim jeszcze operacja przeniesienia środka ciężkości działań polskiego ruchu oporu dobiegła końca, została zniweczona przez zaskakujące postępy sowieckiej ofensywy.       


Postawa wobec Niemiec


W zasadniczym oporze wobec Niemiec nie zmieniło się nic ani na emigracji, ani w kraju. Nie wiadomo, jakimi motywami kierował się nowy komendant Niedźwiadek, zakazując operacji oraz działań dywersyjnych przeciwko jednostkom Wehrmachtu (nie zakazując - ograniczając takie operacje, ze względu na nowe, sowieckie niebezpieczeństwo, które parło jak taran ze Wschodu). Zrobił to, jak już wspomniałem, wbrew rządowi londyńskiemu. Również będącą w toku akcję "Burza" ograniczył do przeciwdziałania ewakuacji ludności polskiej przez cofający się niemiecki Wehrmacht. Rozkaz Niedźwiadka nie był ściśle realizowany. Istnieją meldunki, zgodnie z którymi oddziały Armii Krajowej dokonywały działań dywersyjnych. Może to być spowodowane tym, że co prawda niektóre jednostki Armii Krajowej formalnie pozostawały jeszcze w obozie narodowo-polskim, lecz w rzeczywistości przeszył już do obozu prosowieckiego. 


Szkolenie

 Szczególnie ważną kwestią w strukturach całego ruchu oporu jest szkolenie. Zarówno w sektorze ogólnym, jak i w specjalistycznym obszarze wojskowym Polacy wykonali po 1939 r. nadzwyczajną pracę. Ponieważ nie mieli do dyspozycji żadnej oficjalnej oświaty, i to nawet w skromnym wymiarze (Niemcy wprowadzili dla Polaków tylko trzy klasy, w czasie których mieli się nauczyć przyjmować komendy w języku niemieckim i dobrze wykonywać pracę jako niewolnicy niemieckich zdobywców. Hans Frank 31 października 1939 r. wydał rozkaz: "Polakom należy pozostawić tylko takie możliwości kształcenia się, które okażą im beznadziejność ich położenia narodowego". Następnie dodawał: "polski język w żadnym razie nie będzie dozwolony". Polskie dzieci miały więc jedynie nauczyć się: "Prostego liczenia do 500, napisania własnego nazwiska, wiedzy, iż boskim przykazaniem jest być posłusznym Niemcom, być uczciwym, pracowitym i rzetelnym", gdyż jak pisał Himmler: "Kraj ten powołany jest do spełnienia roli rezerwuaru robotników na wielką skalę. Mamy tu jedynie gigantyczny obóz pracy, w którym wszystko, co oznacza siłę i samodzielność jest w rękach Niemców". Dlatego też bardzo szybko powstało tajne nauczanie. Utworzono szkoły, gdzie polskie dzieci uczyły się nie tylko pisania, czytania i rachowania, ale również wiedzy o własnej historii i języków obcych, w tym języka niemieckiego - gdyż jak powiedział to pewien profesor podczas okupacji do ucznia, który twierdził że języka wroga nie będzie się uczył: "Język wroga musisz poznać bezwzględnie! Właśnie dlatego aby wiedzieć co on o tobie mówi, a nawet to, co o tobie myśli". Otwarto również podziemne Politechniki i Uniwersytety, gdzie młodzież zdawała maturę, a poziom nauczania był tam o wiele wyższy niż w dzisiejszych szkołach. Nad wszystkim zaś pieczę sprawował Departament Oświaty i Kultury powołany przy Delegaturze Rządu na Kraj. Nieoficjalnym mottem tajnych kompletów były słowa: "Nas kształci przeszłość niedawna, życie dzisiejsze i walka". I spójrzcie dziś wiele dzieci i młodzieży nie chce się uczyć, a wtedy dzieci nie mogły się uczyć, a mimo to uczyły się, bo wiedziały że ktoś chce im tę wiedzę zabrać, sprowadzić ich do roli parobków, niewolników, którzy nie będą mieli żadnego pojęcia nie tylko o własnych korzeniach, ale i o własnych możliwościach jakie zdobyliby dzięki zdobytej wiedzy. Ot, taki paradoks historii), także na tym obszarze działali nielegalnie, w konspiracji. 

To, iż całe szkolnictwo nastawione było na walkę, rozumie się samo przez się. Dzięki temu tam, gdzie przekazywano wiedzę ogólną, w ostatecznym rezultacie wspierano również potencjał militarny. Wszak pozyskiwanie młodych oficerów i podoficerów jest powiązane z edukacją. Dokumentacja na temat treści nauczania jest znana tylko w jednym wypadku, a mianowicie przygotowania specjalistek w zakresie łączności. Stworzone przez polski ruch oporu nielegalne szkolnictwo jest jego niezmiernie ważną bronią i ma trudne do przecenienia znaczenie w dziedzinie militarnej i wywiadowczej.



b3. Narodowe Siły Zbrojne


Na temat Narodowych Sił Zbrojnych w okresie po powstaniu posiadamy jedynie pojedyncze meldunki, które nie tworzą klarownego obrazu ich dowodzenia, organizacji i stanu liczebnego. Wcielenie ich do Armii Krajowej nie wydaje się jeszcze oficjalnie zrealizowane, chociaż obie lepiej nam znane grupy (brygada "Bukownik" - 204. Pułk Narodowych Sił Zbrojnych w rejonie Częstochowy oraz grupa "Żbik" w rejonie Piotrkowa) operują całkowicie samodzielnie. Prowadzą one bezwzględną, wyniszczającą walkę przeciw sowieckim bandytom i jednostkom Armii Ludowej. Pod koniec 1944 r. istniało przypuszczalnie sześć grup bojowych Narodowych Sił Zbrojnych: trzy w Polsce centralnej, jedna w Polsce północnej, jedna w Polsce południowej i jedna w Polsce zachodniej. Na ich temat brak bliższych danych. 





 
CDN.
 

sobota, 8 lutego 2020

PRZYSZŁOŚĆ POLSKI I EUROPY WEDŁUG OBJAWIEŃ I PRZEPOWIEDNI - Cz. VI

STANY ZJEDNOCZONE CZASÓW

WOJNY SECESYJNEJ,

"WIELKIEJ REKONSTRUKCJI"

I "WIEKU POZŁACANEGO"





PROGNOZY I PRZEPOWIEDNIE

ABRAHAMA LINCOLNA

(1861 r.)

Cz. III






"CO BY SIĘ STAŁO, GDYBY PRZEZ TRZY LATA NIE DOSTARCZAĆ BAWEŁNY? ANGLIA WYWRÓCIŁABY SIĘ DO GÓRY NOGAMI I POCIĄGNĘŁA ZA SOBĄ CAŁY CYWILIZOWANY ŚWIAT Z WYJĄTKIEM POŁUDNIA. NIE, NIE WAŻCIE SIĘ WSZCZYNAĆ WOJNY PRZECIWKO BAWEŁNIE. ŻADNA SIŁA NA ZIEMI NIE POWAŻY SIĘ NA TO. BAWEŁNA JEST POTĘGĄ"

JAMES HENRY HAMMOND z KAROLINY POŁUDNIOWEJ
W CZASIE SWEGO WYSTĄPIENIA PRZED SENATEM USA
(1858 r.)

 
 6 listopada 1860 r. Abraham Lincoln wygrał wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Ten mało znany prawnik z Kentucky, pomimo tego iż zdobył tylko 40 procent głosów wyborczych w całym kraju, to jednak uzyskał przewagę w kolegium elektorskim (poparło go 180 z 303 elektorów) i pokonał takich politycznych wyjadaczy jak kandydat demokratów - John Cabell Breckinridge, kandydat Konstytucyjnej Partii Unii (poprzedniczki m.in.: Partii "Nic nie Wiedzących", która powstała początkowo jako organizacja broniąca "rodowitych" Amerykanów przed imigracją [głównie katolików - Irlandczyków, Włochów i Polaków] z Europy. Ponieważ jej charakter był wybitnie rasistowski. Partia ta działała częściowo w sposób tajny, a na pytania tyczące się jej organizacji, członkowie odpowiadali krótko: "I know nothing", stąd właśnie wzięła się nazwa "Nic nie Wiedzący") - John Bell, czy też doskonały mówca i dobry prawnik, kandydat Partii Północnych Demokratów - Stephen Arnold Douglas. Lincoln urodził się 12 lutego 1809 r. w Hodgenville w stanie Kentucky. Wychowywał się jednak na farmie swoich rodziców: Thomasa i Nancy Lincolnów w Indianie, dokąd jego rodzina się przeniosła w grudniu 1816 r. Tam pomagał ojcu w pracy na farmie, lub wynajmował się za pieniądze do pomocy okolicznym sąsiadom, stąd potem (gdy już rozpoczął karierą prawniczą i polityczną) uważano go za: "wieśniaka, który jedyne co potrafi, to rąbać drzewo". Z drugiej jednak strony, fakt, że w ogóle potrafił rąbać drzewo na opał, budził też i szacunek, gdyż wielu jego współpracowników czy kontrkandydatów po prostu nigdy tego nie robiła i stąd nie miała o tym pojęcia. Lincoln był człowiekiem bezpośrednim (niektórzy mogliby powiedzieć że wręcz prostackim), często opowiadał dowcipy i sam się z nich śmiał (co również budziło doń niechęć ze strony elit Wschodniego Wybrzeża). Swoją karierę polityczną rozpoczął w wieku 25 lat, kandydując do legislatury stanu Illinois. Był też dobrym mówcą wiecowym, co wykorzystywał również podczas swojej praktyki adwokackiej (wyrażał się np. w sposób prosty i zrozumiały dla wielu ludzi, nie tylko dla elit, co tworzyło też jego popularność). Jednak wybór na prezydenta kandydata Partii Republikańskiej (która opowiadała się np. za zniesieniem niewolnictwa) i człowieka, który opowiadał się za wyborem albo: "Stany Zjednoczone muszą się stać (...) narodem opartym na pracy niewolniczej, albo też wyłącznie na pracy wolnej" i twierdził że nie do przyjęcia jest istnienie zarówno stanów niewolniczych, jak i stanów wolnych - Ameryka musi się zdecydować czy przyjmie jeden, czy też drugi model społeczno-gospodarczy. To oczywiście mocno drażniło Południowców i prowokowało kolejne nieporozumienia i starcia.

Oczywiście Abraham Lincoln wcale nie był zwolennikiem całkowitego zniesienia niewolnictwa, a przynajmniej nie uważał Murzynów za równych sobie. Twierdził jednak: "Murzyn nie jest mi równy pod wielu względami, z pewnością nie pod względem koloru i może nie pod względem poziomu moralnego lub intelektualnego. Ale w prawie jedzenia chleba (...), na który zapracuje własnymi rękami, jest mi równy (...) oraz równy każdemu żyjącemu człowiekowi". Lincoln nie mógł jednak zaakceptować "podzielonego domu" i twierdził że istnienie dwóch systemów: północnego oraz południowego, jest na dłuższą metę zabójcze dla jedności kraju i stabilności Unii. To jednak budziło niechęć ze strony Południa, gdzie silne były tendencje decentralizacyjne (wolne i suwerenne stany, luźno zaledwie zespolone w tzw.: Unię Amerykańską). Pojawiły się także głosy sugerujące że stany południowe tworzą tak naprawdę odrębny naród, który natychmiast doszedłby do ekonomicznej i politycznej potęgi, gdyby tylko zdołał wyzwolić się spod nadzoru Północy. Dlatego też w tej konkurencji przedstawiciele stanów południowych i północnych w Kongresie USA, wzajemnie rzucali sobie najróżniejsze przeszkody pod nogi: jak choćby (co uczynili kongresmeni z Południa) blokując wprowadzenie taryf celnych, które miały chronić rynek amerykański przed zalewem towarów z Europy, oraz uniemożliwiając powstanie północnej linii transkontynentalnej, która miała dopomóc w eksporcie towarów przemysłowych (ze stanów północnych) na wciąż jeszcze słabo zaludnione (i zasiedlone przez Indian), stany północno-zachodnie. Jankesi odpłacili się za to Kawalerom ("Cavaliers" - tak o sobie mówiła elita Południa) zablokowaniem w Kongresie ustawy o nadaniu bezpłatnych parcel na farmy z gruntów państwowych, oraz wprowadzaniem w stanach północnych, tzw.: "praw wolności osobistej", zapewniających zbiegłym z Południa niewolnikom, bezpieczne schronienie na Północy - co było złamaniem "Kompromisu roku 1850", nakazującego odesłanie zbiegłego niewolnika do jego pana.




Duży ferment spowodowała też książka, wydana po raz pierwszy w 1857 r. (a po raz drugi w 1859 r.) niejakiego Hintona Helpera, pt.: "Grożący kryzys Południa", w której autor udowadniał że przyczyną ubóstwa białych plantatorów na Południu, są właśnie wielkie latyfundia lokalnych właścicieli ziemskich, posiadających na swe rozkazy tysiące czarnoskórych niewolników. Co ciekawe, według danych z 1850 r. jedynie 11 (dosłownie jedenastu) właścicieli ziemskich z Południa, posiadało więcej niż 500 niewolników, 56 od 300 do 499, a 187 od 100 do 299. Prawie 69 tysięcy Południowców miało tylko jednego niewolnika, zaś 105 683 od 2 do 4. Przeważająca zaś liczba farmerów nie miała żadnego niewolnika i musiała opierać się na pracy własnych rąk. To była właśnie prawdziwa siła Południa, choć oczywiście elita ziemska nadawała ton zupełnie inny, wyrabiając przekonanie o powszechnym gnębieniu Murzynów na Południu (co oczywiście też nie znaczy że ich praca była łatwa i przyjemna). Książka Helpera była oliwą która rozpaliła ogień, gdyż ukazywała ona elity Południa, jako "despotyczną oligarchię", której należy położyć ostateczny kres. Było to realne wypowiedzenie wojny, gdyż oficjalnie (pomimo tych wszystkich wzajemnych ataków) panowało porozumienie pomiędzy politykami z Północy, którzy co prawda krytykowali niewolnictwo, ale jedynie w dopiero tworzących się stanach południowych tzw.: "Dzikiego Zachodu", natomiast realnie nie podważali systemu niewolniczego, jaki już istniał na niewolniczym Południu. A książka przecież (co ciekawe, finansowana przez republikanów) wprost nawoływała do walki z południową oligarchią i zniesienia niewolnictwa w całym kraju. Spowodowała ona swoistą mobilizację Kawalerów na Południu, która nasiliła się szczególnie po ataku szalonego (może właściwszym słowem byłoby nazwanie go po prostu fanatycznym zjebem) Johna Browna na federalny arsenał w Harpers Ferry w Wirginii, w październiku 1859 r. Jego celem było bowiem wywołanie powszechnego powstania Murzynów na całym Południu, połączonego z... wymordowaniem wszystkich białych mieszkańców (to był taki współczesny aktywista lewacki. Swoją drogą wcale nie zdziwiłbym się, gdyby Brown przeczytał: "Manifest Komunistyczny" Karola Marksa. Ten sam fanatyzm i to samo dążenie do budowy nowego, wspaniałego świata na krwi mieszkańców "przeznaczonych do utylizacji", a takimi dla Browna byli bez wątpienia biali Południowcy). Ostatecznie po dwóch dniach swego "powstania", zawiadomiona przez okoliczną ludność, policja stanowa poradziła sobie z szaleńcem, który półtora miesiąca później - 2 grudnia 1859 r. został zgodnie z wyrokiem sądu powieszony w Charles Town w Wirginii (swoją drogą na Wikipedii piszą o nim że był "idealistą". Ja bym nawet dodał że zapewne również był wielkim humanistą, takim jak Karol Marks, Fryderyk Engels czy Alfred Kinsey. Cóż, totalitarni bandyci, degeneraci i zboczeńcy - to są właśnie prawdziwi humaniści). 

Nic więc dziwnego że takie działania powodowały wzmożenie obaw i mobilizacji ludności Południa, a gdy ostatecznie Lincoln wygrał wybory prezydenckie (6 listopada 1860 r.), czara goryczy została przepełniona i doszło do rozpadu Unii. "Unia zostaje rozwiązana" - jak głosił "Charleston Mercury" z 20 grudnia 1860 r. Tego bowiem dnia legislatura stanowa Karoliny Południowej przegłosowała wystąpienie stanu z Unii. Teraz dopiero nastąpił efekt kuli śnieżnej, który zmienił się w ogromną lawinę i wkrótce potem za Karoliną Południową podążyły stany: Missisipi - 9 stycznia 1861 r., Floryda - 10 stycznia, Alabama - 11 stycznia, Georgia - 19 stycznia, Luizjana - 26 stycznia i Teksas - 1 lutego (następne stany dołączały w kolejnych miesiącach, a jako ostatni z Unii wystąpił stan Tennessee w czerwcu 1861 r. jednocześnie przyłączając się do Skonfederowanych Stanów Ameryki - czyli nowego państwa, powstałego na Południu). To był efekt owej "głębszej od piekła" (jak wyraził się jeden z przedstawicieli Alabamy w Kongresie USA) wrogości pomiędzy Północą a Południem. Jak wówczas powinna postąpić Północ? A może inaczej, jak powinny postąpić władze Stanów Zjednoczonych? Swoją drogą zakrawa nieco na żart stwierdzenie, że przez ostatnie 72 lata zjednoczonego państwa amerykańskiego (licząc od zebrania pierwszego Kongresu: 4 marca 1789 r. w dniu wejścia w życie Konstytucji USA z 17 września 1787r., a nie od Deklaracji Niepodległości z 4 lipca 1776 r. czy zwycięstwa pod Yorktown z 17 października 1781 r., będącego realnym zakończeniem Wojny o Niepodległość i wyparciem z kraju Brytyjczyków) rządy w Waszyngtonie politycy Północy sprawowali jedynie przez zaledwie... dwanaście lat. Natomiast Południe rządziło krajem przez łącznie lat sześćdziesiąt. Teraz to wszystko przestało już mieć jakiekolwiek znaczenie, a przepaść pomiędzy Północą a Południem była już tak wielka, że nie dało się jej zakopać w inny, niż militarny sposób. Były jednak pomysły by pozwolić stanom, które ogłosiły secesję - "pójść swoją drogą". Problem tylko polegał na tym, że gdyby się na to zdecydowano, natychmiast narosłoby wiele nowych problemów, które musiały zostać szybko rozwiązane. A do podstawowych należały kwestie uregulowania wspólnych dróg (w tym dróg rzecznych), kolei oraz szlaków przepędzania bydła (np. szlak Szaunisów z Kansas i Missouri przez Oklahomę do Teksasu), jak również fortów i umocnień. Poza tym powstanie skonfederowanego państwa na południu Stanów Zjednoczonych stwarzało istotne zagrożenie zarówno dla bezpieczeństwa, jak również dla dalszego trwania Unii (wyobraźmy sobie taką sytuację, że Południe ulega wpływom mocarstw europejskich, np. Wielkiej Brytanii, Francji czy... Rosji. Czy Waszyngton zgodziłby się na utrzymywanie obcych wojsk nie tylko tuż przy swoich granicach, ale i w bliskiej odległości samej stolicy - Waszyngtonu? Byłoby to z pewnością złamanie Doktryny Monroe'a z 1823 r., zakazującej mocarstwom europejskim jakiejkolwiek dalszej kolonizacji na kontynencie amerykańskim i bezpośrednio zagrażałoby suwerenności całego kraju).




W tych dniach realnego rozpadu Unii, Abraham Lincoln przeżywał wewnętrzne rozterki. Wsiadając do pociągu jadącego ze Springfield (Illinois) do Waszyngtonu, powiedział: "Wyjeżdżam nie wiedząc, kiedy, i czy w ogóle, tu wrócę, i mając przed sobą zadanie donioślejsze niż to, które spoczywało na Waszyngtonie". Wkrótce potem miał też przedstawić swe katastroficzne wizje tyczące się dalszej przyszłości USA (nie ma pewności kiedy owe przepowiednie, lub też obawy Lincolna, były wygłoszone. Zapewne pod koniec wojny, a może nawet już po jej zakończeniu, w każdym razie jako datę ogólną przyjąłem rok 1861 - początek Wojny Secesyjnej) i tego, co dalej miało nastąpić w tym kraju. Stwierdził bowiem:


"Widzę w najbliższej przyszłości nadchodzący kryzys, który mnie drażni i powoduje, że drżę o bezpieczeństwo mojego kraju. W wyniku wojny korporacje zostały intronizowane i nadejdzie era korupcji na wysokich szczeblach, a potęga pieniądza w kraju będzie starała się przedłużyć swoje panowanie, pracując nad przesądami ludzi, aż całe bogactwo zostanie zebrane w kilku zaledwie rękach i wtedy Republika zostanie zniszczona. W tej chwili odczuwam większy niepokój o bezpieczeństwo mojego kraju niż kiedykolwiek wcześniej, nawet w trakcie wojny".              


Tak brzmiała przepowiednia Abrahama Lincolna odnośnie Stanów Zjednoczonych Ameryki i należy powiedzieć że sprawdziła się ona w 100 procentach. Rzeczywiście bogactwo USA zostało zebrane i skumulowane w rękach zaledwie kilku (kilkunastu) "możnych", których majątki są takie same, jak... całej pozostałej reszty ludności świata. Z chwilą zaś, gdy 22 grudnia 1913 r. Stany Zjednoczone przegrały "bitwę o pieniądz" i Kongres głosami 298 do 60, a następnie Senat (43 do 25, przy 27 nieobecnych senatorach) przegłosowuje "Federal Reserve Act" ("Akt Rezerwy Federalnej"), powołującej do życia Bank Rezerwy Federalnej, który przyznał całkowitą kontrolę nad prawem do emisji amerykańskiej waluty - kilku najpotężniejszym banksterskim rodzinom (Rockefeller, Rotschild, Morgan, Warburg i jeszcze kilku innym). Efekt był i jest taki, że USA nie mają obecnie żadnego wpływu na emisję własnego pieniądza, a co za tym idzie realnie nie mają kontroli nad własną gospodarką. Kto ma i kto zarządza pieniędzmi (oraz je produkuje, bo dziś pieniądze produkuje się z pieniędzy - jest to więc jedynie tzw." umowa" pomiędzy nami a "nimi", która pozwala nam sądzić że są one warte więcej, niż papier na którym zostały wydrukowane. Nie mają już bowiem żadnego pokrycia w złocie i gdyby doszło do jakiegoś większego kryzysu finansowego, moglibyśmy nimi spokojnie palić w piecu, bo ich wartość - bez względu na nominał - byłaby mniejsza od paczki zapałek lub kawałka bułki), ten ma wpływ na media, polityków, a co za tym idzie na stanowienie prawa i władzę nad światem. Bank Rezerwy Federalnej obecnie zarządzany jest w sumie przez 127 osób. Siedmiu członków Zarządu, dwunastu prezesów, ośmiu dyrektorów i dwunastu prezesów Banków Rezerw Federalnych. Realny wpływ jednak posiada zaledwie dwanaście osób i to oni rządzą dziś zarówno Stanami Zjednoczonymi, jak i poprzez nie - całym światem. 

Wszelkie górnolotne hasła, które możemy wypowiadać, pozostaną w formie niezrealizowanych planów i marzeń, jeśli nie będziemy w stanie wcielić ich w życie. Aby je zrealizować, potrzebne są oczywiście pieniądze. W obecnym więc systemie, po 1913 r., Stany Zjednoczone są bankrutem, który każdorazowo musi prosić o pieniądze prywatny bank, który to (co też ciekawe) zupełnie nie podlega amerykańskiemu prawodawstwu. Jest to swoiste państwo w państwie, narzucające swą wolę całemu amerykańskiemu narodowi i zmuszające go do podejmowania wyzwań, które nie zawsze są zgodne z interesami Ameryki. Można nawet pokusić się o takie stwierdzenie, że USA są obecnie pod całkowitą okupacją prywatnych rodzin banksterskich, które całkowicie cynicznie wykorzystują zarówno pracę, jak i poświęcenie amerykańskich obywateli na własną korzyść, niczym niewolników z czasów Abrahama Lincolna. Kto sfinansował bowiem powstanie komunizmu? Kto sfinansował niemiecki nazizm? Kto doprowadził do tego aby imperium zła, jakim w praktyce był Związek Sowiecki, przetrwał tyle dekad, a następnie przepoczwarzył się w sterowaną demokrację? Kto jest współwinny śmierci i cierpienia setek milionów ludzi, ofiar owych totalitaryzmów? Jeżeli powiedziałbym że wszystkie odpowiedzi wiodą do FED-u (Banku Rezerwy Federalnej) to w zasadzie tak, jakbym nic nie powiedział. Na pewno jeszcze powrócę do tych tematów, gdyż ich poznanie jest ważne dla zrozumienia wielu mechanizmów działań i decyzji, jakie już zostały podjęte w XX i XXI wieku.

Postanowiłem jednak na tym zakończyć temat Abrahama Lincolna i owych proroczych słów, jakie wypowiedział on (zapewne już pod koniec Wojny Secesyjnej). co prawda w podtytule umieściłem również odniesienie do czasów Wielkiej Rekonstrukcji i "Wieku Pozłacanego", ale darujmy sobie na razie te tematy, tym bardziej że temat główny skupiać się ma na przepowiedniach odnośnie przyszłości Polski i Europy, zaś Ameryka została dodana jako swoisty bonus (może dlatego że jestem wielkim miłośnikiem tej "starej" Ameryki, jeszcze nim całe to finansowane przez FED - i powiązanymi z nim bankami, jak i przez najróżniejsze NGO-sy - lewactwo nie zdobyło tak przemożnego wpływu na ten kraj). Nie należę też do optymistów co do przyszłości USA. Uważam że jeszcze w XXI wieku kraj ten się podzieli lub rozpadnie (pytanie tylko brzmi w jakich okolicznościach to nastapi). Cóż, imperia nie mogą przecież trwać wiecznie - prawda? Podobnie nie przewiduję przyszłości dla istnienia Rosji w obecnym kształcie i sądzę że za jakieś góra trzydzieści lat kraj ten rozpadnie się na (co najmniej) dwie, lub trzy części. O Niemczech, Francji i Szwecji nawet nie zamierzam się wypowiadać, gdyż to co wkrótce tam się będzie działo, odepchnie na dalszy plan wszelkie znane nam z historii informacje o ludobójstwie (w tym o Holokauście). Ale uważam że nie należy być pesymistą. Wręcz przeciwnie - dlatego kolejny raz napiszę to, co piszę, twierdzę (i o co się modlę) już od dawna i co w końcu się ziści (wcześniej czy później):



DAJ NAM BOŻE MIĘDZYMORZE!!!     



PS: Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę wprowadzającą reformę sądów. Powiem krótko - gdyby tego nie uczynił, straciłby zapewne nie tylko mój głos (gdyż postanowiłem już nie głosować) w majowych wyborach, ale i ogromnej liczby wyborców, którzy dotąd trwali w swoistym zawieszeniu, patrząc na ostatnie wybryki małpki fiki miki jaką stał się zarówno sam PiS, jak i prezydent. Ten podpis zapewnił Andrzejowi Dudzie drugą kadencję. Zobaczymy tylko jak dalej zdecydowany będzie PiS w kolejnych działaniach i to zarówno odnośnie sądownictwa, repolonizacji mediów, przekopu Mierzei Wiślanej i położenia tamy rozprzestrzenianiu się ideologii lgbt. Jedno zaś mnie cieszy (choć przyznam się szczerze, bliżej nie wgłębiałem się w ten temat). Otóż, jak pisał ostatnio w ostrzegawczym tonie niemiecki "Die Welt", już wkrótce: "Polska będzie dysponować liczbą nowoczesnych czołgów większą niż Niemcy i Francja razem wzięte". Polska bez wątpienia powraca na swój odwieczny mocarstwowy szlak (choć może z polskiej perspektywy jeszcze tego nie widać), przerwany ledwie trzysta lat temu. Teraz może i czas pomyśleć również o...  broni atomowej dla Polski? O matko i córko, co to się porobiło z tym światem?





 



CDN.
 

czwartek, 6 lutego 2020

DOMINATORKI - Cz. V

CZYLI RZECZ O ZNANYCH

I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII,

KTÓRE POTRAFIŁY

RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE

MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA






DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPTU

Cz. V


"DYNASTIA KRÓLOWYCH"


 

 

 V

HATSZEPSUT

"KOBIETA FARAON"



 Hatszepsut jako regentka panująca w imieniu swego (ok.) sześcioletniego bratanka - Mencheperre Totmesa III (należy jednak pamiętać że Egipcjanie nie używali liczb określających każdego kolejnego monarchę o danym imieniu, tylko dodawali mu do imienia prenomen - czyli imię tronowe. Po raz pierwszy to właśnie Grecy zaczęli stosować rozróżnienie monarchów egipskich, przypisując im do imion cyfry, ale na większą skalę zostało to wprowadzone dopiero przez nowożytną egiptologię), miała znacznie większe ambicje, niż być żoną, macochą a nawet regentką słabych władców lub dzieci. W chwili objęcia władzy regencyjnej (ok. 1479 r. p.n.e.) miała już prawie trzydzieści lat i zapewne czuła się równie powołana do objęcia władzy, jak jej bracia - którym nie dane było dożyć zdobycia tronu, lub też długo panować. Ktoś już kiedyś powiedział, że siła dobrego władcy nie polega wcale na tym, że dokona on wielkich czynów i szybko umrze - jak na przykład Aleksander Wielki - gdyż owoce jego zmagań mogą szybko się rozpaść i pójść w zapomnienie. Siła dobrego władcy tkwi w jego długowieczności i umiejętności zapewnienia państwu następcy. Oczywiście ta długowieczność też nie powinna trwać "zbyt długo", jak to choćby miało miejsce z faraonem Ramzesem II Wielkim, który panował przez ponad 65 lat (od ok. 1279 r. p.n.e. - do ok. 1213 r. p.n.e.), żył prawdopodobnie lat prawie dziewięćdziesiąt i spłodził ok. 100 synów i 50 córek. Taki władca na dobrą sprawę też nie przysłużył się krajowi, gdyż jego liczne potomstwo stało się takim samym problemem dla państwa, jakim byłby jego zupełny brak. W każdym razie Hatszepsut doszła do przekonania, że oto właśnie wybiła jej godzina i sam Amon-Re zsyła jej tron Egiptu, jako swej córce (w co zapewne wierzyła) i wybrance. Ale jak to mówią: bogowie wspierają tych, którzy sami potrafią zadbać o własne interesy i pomna tej zasady wzięła sprawy w swoje ręce. Cała administracja dworska (a przynajmniej ludzie na najwyższych stanowiskach) była mianowana z polecenia albo jej samej, albo jej matki - Ahmes. Szczególne wsparcie miała zaś w arcykapłanie Świątyni Amona-Re w Karnaku - Hapusenebie.

Ok. 18 miesięcy po objęciu regencji, Hatszepsut dokonała zamachu stanu, który wyniósł ją do pełni władzy królewskiej. Plan zamachu został z pewnością wcześniej uzgodniony z samym arcykapłanem (i zapewne nie tylko z nim), który właśnie doprowadził do jego realizacji. Otóż, podczas ceremonii religijnej w Świątyni Amona-Re w Karnaku (w Tebach królewskich), oczekiwała ona wyniesienia posążku boga podczas święta objawienia w Pałacu Królewskim po zachodniej stronie Nilu. Sama uroczystość odbywała się zaś po stronie wschodnie w Karnaku, a było to święto, podczas którego bóg ukazywał się oczom wiernych i przyjmował ich prośby oraz modlitwy. Były one oczywiście zróżnicowane w stosunku do pozycji społecznej (a co za tym idzie wykształcenia), tego który owe modły i prośby składał, ale warto jednak pochylić się na moment nad tekstem eposu religijnego, powstałego właśnie na chwałę Amona-Re, który dość dobrze pokazuje, w jaki sposób można było wówczas wychwalać boga. Otóż Amon-Re występował tam jako: "Wspaniały bóg, pan wszystkich bogów Amon-Re, pan Tronu Obu Krajów, wspaniała Dusza, która się stała na początku. (...) On jest Jedynym, który uczynił wszystko to, co istnieje, kiedy ziemia się zaczęła za pierwszym razem. (...) On jest wspaniałą Mocą, która wzbudza miłość i trwogę, potężną w swych widzialnych formach. (...) On jest świętym bogiem, który przekształca sam siebie, czyniąc niebo i ziemię w swoim sercu. (...) On jest Odwiecznym, który przemierza wieczność, jest Starcem, który się staje Młodzieńcem. (...) On jest stwórcą wieczności, królem Górnego i Dolnego Egiptu, Amonem-Re, Królem Bogów". I podczas tego właśnie święta "objawienia" - podczas którego kapłani wynosili sanktuarium, w którym znajdował się posąg boga - ten nie uczynił żadnego znaku, w żadnym z miejsc w którym znajdował się młody władca Totmes III, co oczywiście musiało wzbudzić wśród ludu niepokojące myśli, bowiem skoro bóg nie daje żadnych znaków ich władcy, to znaczy że go nie akceptuje, a to z kolei oznacza, że na kraj i lud z pewnością spadnie jakąś kara boża w postaci suszy, chorób lub innych plag (które notabene w Egipcie zdarzały się dość często). Jednak niepokoje zostały zażegnane, gdy okazało się że bóg "życzy sobie" aby przewieść go barką na zachodni brzeg Nilu, tuż na dziedziniec Pałacu Królewskiego, gdzie akurat oczekiwała Hatszepsut. Tam właśnie, przed jej osobą kapłani przyklęknęli, a wyrocznia oznajmiła że bóg zapragnął by to właśnie córka Acheperkare Totmesa I przejęła rządy nad krajem.

Czemu zawdzięczała Hatszepsut swoje królewskie wyniesienie i otwartą zgodę na to, nie tylko kleru tebańskiego, ale również innych (np. memfickiego czy heliopolitańskiego). Zapewne w dużej mierze swej rozwadze i przenikliwości, potrafiąc odpowiednio silnie zjednać sobie kler pokaźnymi datkami na utrzymanie czy budowę nowych świątyń, ale również osobistymi nadaniami ziemskimi dla wysokiej rangi kapłanów. Rzeczywiście, w okresie jej regencji odnowiono wiele świątyń i rozpoczęto budowę kilku innych (m.in.: świątyni życiodajnego boga Chnuma w Elefantynie). Otoczyła się też wiernymi sobie dworzanami, jak choćby zarządcą jej dworu - Senenmutem, oraz zarządcą Domu Złota (skarbca państwowego) - Ahmesem Pen-Nechbet (swoją drogą, ich kompetencje często się ze sobą pokrywały, zatem ciekawe jak mogła wyglądać ich wzajemna współpraca gdy każdy z nich uważał się za powołanego do tej funkcji przez królową). Być może byli oni też jej kochankami (o sposobach zapobiegania ciąży wśród Egipcjan, pisałem już nieco w innym temacie, w każdym razie było oczywiste że królowa nie może mieć dziecka z nikim, kto stoi niżej od niej samej. W konsekwencji, mogła mieć już tylko dziecko z samym... bogiem, bo nikt ze śmiertelników nie był jej godzien), w każdym razie żona Ahmesa Pen-Nechbet była również piastunką młodego Totmesa III. W tym okresie źródła milczą zupełnie o matce Hatszepsut - Ahmes. Prawdopodobnie zmarła ona jeszcze w czasie regencji córki, a tuż przed dokonanym przez nią zamachem stanu i odsunięciem od władzy jednego z największych faraonów w historii Egiptu - Mencheperre Totmesa III (który nigdy jej tego nie zapomniał, a gdy w dwadzieścia lat później ją obalił, zemścił się okrutnie - usuwając wszelkie odniesienia do Hatszepsut ze wszystkich świątyń, kartuszy i pomników. Kazał zrywać, wykuwać, rozbijać na proch jakiekolwiek jej wizerunki, miała na wieczność zniknąć z powierzchni ziemi i z ludzkiej pamięci). Totmes III zyskał spore grono zwolenników w armii, która właśnie w nim widziała prawdziwego wodza i odnowiciela czasów ekspansji militarnych, zapewniających łupy. Co prawda Hatszepsut nie spychała dowódców na dalszy plan i nie pozbawiała ich wpływów, ale też ich nie wywyższała, starając się zapewnić swoistą równowagę pomiędzy klerem, dworem i armią. Jednak brak wypraw wojennych (a tym bardziej w sytuacji upadku egipskich wpływów w Syro-Palestynie), doprowadził ostatecznie oficerów do buntu i obalenia tejże królowej.




Nie można jednak powiedzieć że Hatszepsut była obojętna np. na egipskie straty terytorialne, jak choćby utratę egipskiej kontroli w Nubii czy Syro-Palestynie, gdzie po śmierci Totmesa II wybuchły (tradycyjne już) bunty. Wówczas to królowa wyruszyła zbrojnie na czele wojska na południe, do Nubii i przybrana w męski strój wojskowy, występowała tam zarówno jako prawowity władca Egiptu, jak i wódz dowodzący armią. Powstanie nubijskie zostało stłumione (a kraj spacyfikowany), po czym dotarłszy do III katarakty Nilu, kazała Hatszepsut wystawić tam nową stelę graniczną (stara została obalona w czasie powstania), a następnie powróciła do stolicy w glorii zwycięstwa. Gdy jednak przyszła wiadomość że taki sam bunt ogarnął Palestynę i Syrię, Hatszepsut natychmiast wysłała tam wojsko (lecz sama już pozostała w kraju). Niestety, armia egipska wpadła w pułapkę w kraju Dżahy (w Syrii) i została zmuszona do odwrotu, co zaowocowało utratą wpływów w Syro-Palestynie do czasów ponownych wypraw Totmesa III (czyli na około dwadzieścia lat), gdyż Hatszepsut zrezygnowała z dalszych prób podboju tych ziem (należy jednak pamiętać że Egipcjanie w Azji zachowywali się nieco inaczej niż w Nubii. Na południu bowiem bezwzględnie podporządkowywali sobie i eksploatowali ten kraj, zmuszając lokalnych władców przemocą do uległości egipskim namiestnikom, natomiast na Bliskim Wschodzie utrzymywali swe wpływy dzięki daninom, płaconym przez lokalnych władców, ograniczając się jedynie do obsadzania portów lub nielicznych twierdz. Choć oczywiście tamtejsze kampanie wojenne wcale nie traciły nic ze swej bezwzględności). Królowa postawiła na pokój i eksploatację tych terenów, które jeszcze pozostały przy Egipcie (np. nubijskie kopalnie były wówczas eksploatowane znacznie więcej, niż za poprzednich faraonów, a na ludność nubijską zostały nałożone duże obciążenia fiskalne - płacone oczywiście w naturze, lub bezpośrednio w złotych czy srebrnych naczyniach lub kruszcem, gdyż Egipcjanie, Nubijczycy i inne ówczesne ludy, nie znały jeszcze pieniędzy). Czasy, gdy egipskie rydwany zetrą syryjską i mitannijską ziemię, miały dopiero nadejść za panowania Napoleona Egiptu - czyli Totmesa III Wielkiego.

Ok. 1475 r. p.n.e. królowa Hatszepsut dokonała swojej pierwszej, poważnej zmiany administracyjnej, mianując na stanowisko wezyra Górnego Egiptu niejakiego - Useramena i zaliczając go do grona swych osobistych stronników. Jego zadanie polegało bowiem (m.in.) na nadzorowaniu tego, co robili zarówno Senenmut jak i Achmes Pen-Nechbet z wydatkami i królewskim skarbem. Hatszepsut rozumnie powoływała na kluczowe stanowiska ludzi sobie osobiście oddanych, którzy jednocześnie mieli patrzeć na ręce innym oddanym jej urzędnikom w celu zapewnienia jej lojalności. A w tym samym czasie młody Totmes III został odesłany z dala od stolicy (być może do Memfis w Dolnym Egipcie - choć to są tylko moje przypuszczenia), gdzie pobierał nauki i był przygotowywany do swej przyszłej roli jako władcy. Zapewne Hatszepsut już wcześniej planowała małżeństwo pomiędzy Totmesem a swą córką Neferure, jednak doszło do niego dopiero, gdy ona miała ok. piętnastu lat, zaś on jakieś niecałe dziesięć (ok. 1475 r. p.n.e.). Małżeństwo to miało służyć Neferure, która dzięki temu zajęła takie samo miejsce w pozycji władzy, jakie przed nią sprawowała jej matka i babka, a wcześniej królowe Ahhotep i Tetiszeri. Dlatego w tym samym też czasie, Hatszepsut zrezygnowała z funkcji Boskiej Małżonki Amona-Re i przekazała ją swojej córce (notabene wówczas jeszcze funkcja ta nie była dożywotnia i gdy sprawująca ją kobieta osiągała odpowiedni wiek "starczy" - np. 30 lat - przestawała dysponować walorami, które wymuszały na Boskiej Małżonce odpowiedni wygląd, który miał pobudzać boga do codziennej erekcji. Młoda dziewczyna nadawała się do tego znacznie lepiej, niż kobieta w wieku królowej Hatszepsut). Była to też doskonała odskocznia do władzy nad krajem i Hatszepsut doskonale o tym wiedziała, przygotowując córkę do tej właśnie roli. Istnieje również przypuszczenie, że królowa Hatszepsut wcale nie koronowała się na króla Egiptu (bo ona koronowała się właśnie na króla, a nie królową) w tym samym roku, w którym dokonała zamachu stanu i przejęła realną władzę nad krajem. Ponoć miała koronować się dopiero w szóstym roku panowania Totmesa III (czyli mniej więcej ok. 1474 r. p.n.e.). Nie ma na ten temat jednak żadnej szczegółowej informacji, więc możemy założyć że tak też mogło się stać - tym bardziej że Hatszepsut musiała najpierw zdobyć sobie poparcie co do takiego kroku, który jawnie zamieniał ją z kobiety- królowej, w mężczyznę-króla.

Połowa lat siedemdziesiątych do połowy lat sześćdziesiątych XV wieku p.n.e., była więc okresem szczególnie intensywnym w działalności Hatszepsut jako króla (wówczas też przyjęła nowe imię, które każdy egipski monarcha dodawał sobie do własnej tytulatury i odtąd zwała się już Maatkare ["Prawdą jest Dusza Re"] Hatszepsut). Ale o koronacji i o sławnej egipskiej wyprawie do kraju Punt (droga to nie była uczęszczana od ponad 200 lat, aż na powrót odkryła ją dopiero wyprawa, wysłana właśnie przez królową Hatszepsut), która miała miejsce w dziesiątym roku panowania Totmesa III (czyli ok. 1470 r. p.n.e.), opowiem już w kolejnej części z tej serii.



 


 
CDN.

poniedziałek, 3 lutego 2020

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. XIV

NAJWAŻNIEJSZE I (NIEKIEDY)

NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI

GWAŁTÓW W HISTORII





 40 r.

GWAŁTY W CESARSKIM PAŁACU

Cz. XII (ostatnia)



 SZALONY "BUCIK"

Cz. VII

 



 
 CESARZE PRZEMIJAJĄ - SPICHRZE POZOSTAJĄ


 Gajusz Kaligula był powszechnie znienawidzonym władcą! Taki przynajmniej można wysnuć wniosek, czytając opinie o nim spisane przez rzymskich historyków i pisarzy. Seneka pisał na przykład: "Już ohydna bladość gajuszowego oblicza zdradzała jego obłęd, podobnie jak przerażająca dzikość oczu głęboko osadzonych, a jakaż szpetota łysiejącej głowy, jak śmieszna chudość goleni wobec stóp potwornych", Kasjusz Dion zaś dodawał: "Zesłał obie swe siostry na wyspę, najpierw je zniesławiwszy" lub "Kaligula dzień chciał uczynić z nocy, z morza ziemię". Bardzo negatywnie wypowiadali się o nim również Swetoniusz, Filon i Józef Flawiusz, pytanie brzmi (a ja lubię zadawać takie pytania i poszukiwać alternatywnych możliwości wytłumaczenia pewnych faktów. Swoją drogą ostatnio rozśmieszyło mnie pytanie, które zadała pewna dziewczyna, z jaką m.in. rozmawiałem, a mianowicie zapytała mnie: "Czy Cezar to było coś złego, czy dobrego?" - i doprawdy muszę przyznać że mnie zatkało, a dłuższy czas nie wiedziałem jak jej na to pytanie odpowiedzieć, gdyż nie sądziłem że tak można w ogóle formułować pytania) tylko czy ich przekaz nie jest obarczony pewną stronniczością? Wiadomo bowiem że należeli oni albo do rzymskiej arystokracji, albo też wyrażali opinie właśnie tej grupy społecznej wśród której najczęściej obcowali. I oczywiście właśnie arystokracja senatorska miała najmniej powodów, aby mieć dobrą opinię o Gajuszu Kaliguli. Uczynił on bowiem z senatorów swoich niewolników, którzy mieli całować go w stopy i żałośnie radować się z wszelkich, nawet najgłupszych i godzących w autorytet senatu praw (jak choćby ustawa wznawiająca oskarżenia o obrazę majestatu, na co senat zareagował specjalną uchwałą, ustanawiającą coroczne święto na pamiątkę tego wydarzenia. Innym tego typu przypadkiem, który również miał miejsce w 40 r., było mianowanie przez Kaligulę swego konia - Incitatusa - senatorem, czym cesarz jednocześnie wyraził swoją pogardę dla tej instytucji i całej rzymskiej nobilitas), jednak należy pamiętać że realnie władza senatu nie została prawnie obniżona (stanie się to dopiero w jakieś czterdzieści pięć lat później i dokona tego cesarz Domicjan). Ale czy taką samą niechęć (lub nienawiść) budził Gajusz Kaligula wśród innych grup społecznych ówczesnego Rzymu - ekwitów oraz plebsu?

Co do ekwitów (stan rycerski - rzymska klasa średnia) to nie wydaje się, aby jego rządy w jakiś negatywny sposób odbiły się na istnieniu i działalności tej właśnie grupy. Nie ma żadnych informacji iż cesarz starał się podporządkować sobie ekwitów i czyhał na ich finanse. Bardzo podobnie było z ludem, który mógł sobie pozwolić na znacznie więcej w odniesieniu do samego cesarza, niż członkowie arystokracji. Jako przykład posłużę się ciekawą anegdotą, opowiadającą jak to w czasie gdy Gajusz Kaligula, przybrany w złoty strój Jowisza, stał na trybunie i opowiadał ludowi przepowiednie. Wówczas podszedł do niego pewien Rzymianin z Galii, który niedawno co przybył do stolicy i zaciekawił się tym, co też na owej trybunie się dzieje. Stojąc w tłumie gapiów i przysłuchując się mowie cesarza, nagle ów Galijczyk wybuchnął śmiechem. Widząc to, Kaligula kazał mu do siebie podejść, po czym spytał go: "A ty, co o mnie sądzisz?". Mężczyzna (który był zwykłym szewcem) odparł bez wahania: "Że jesteś wielkim dziwakiem". Mimo wprowadzenia w życie ustawy o ochronie majestatu, za te słowa nie spotkała go żadna kara i spokojnie odszedł w swoją stronę. Cesarskie ostrze było bowiem wymierzone nie w każdego, który powiedział o władcy "co mu ślina na język przyniosła", ale jedynie w tych, którzy stanowili realne zagrożenie dla wpływów i pozycji imperatora. A lud rzymski - mówiąc kolokwialnie - miał gdzieś to, co się stanie z członkami arystokracji i jakie ich spotkają szykany, bądź kary. Krążyły pogłoski, że Kaligula osobiście przypatrywał się karaniu skazanych na mocy prawa senatorów, których na przykład poddawano karze chłosty, miażdżenia nóg, wbijania na pal etc. etc. Oczywiście nie wiadomo czy te pogłoski były prawdą, ale można przyjąć że w każdej plotce jest przynajmniej cień prawdy. Natomiast lud znosił tyranię Kaliguli (i innych władców) z całkowitą obojętnością, właśnie dlatego, że sam nigdy nie padł jego ofiarą. Aby więc zapewnić sobie - jeśli nawet nie przychylność (choć i tę można było zdobyć często organizując publiczne munera - czyli walki gladiatorów i ściągając na nie dzikie, egzotyczne zwierzęta), to przynajmniej neutralność ze strony plebsu, należało pamiętać o niepisanej zasadzie, która obowiązywała wśród ludu. A brzmiała ona następująco: "Cesarze przemijają - spichrze pozostają". Jakże to proste i oczywiste - prawda?


 W SERIALU "JA, KLAUDIUSZ", RÓWNIEŻ JEST POKAZANA SCENA, GDY OKTAWIAN AUGUST ROZMAWIA ZE SWYM WNUKIEM - AGRYPĄ POSTUMEM I TŁUMACZY MU: "POSŁUCHAJ POSTUMIE, NIE MOŻEMY, TAK JAK INNI LUDZIE TROSZCZYĆ SIĘ TYLKO O SWÓJ CHLEB. MUSIMY ICH NAKARMIĆ"




To, czy lud będzie głodował czy nie, zależy czy dany władca utrzyma się u władzy, czy też zostanie jej pozbawiony. Rzymscy cesarze nie byli królami - panującymi z woli Boga, lecz urzędnikami państwowymi, posiadającymi władzę zarówno dyktatora, trybuna ludowego, jak i konsula czy cenzora, ale cesarz nie rządził dla własnej przyjemności i chwały swego rodu, lecz dla dobra ludu (czego np. o królach już powiedzieć nie można). Dobro ludu było podstawą rządów każdego rzymskiego władcy i gwarancją nie tylko jego trwania u władzy, ale i bezpieczeństwa. Bo też władca oficjalnie jest wszechpotężny, jego władza jest absolutna, pełna i nieograniczona, a jednak osobiście cesarz jest niczym innym, jak zwykłym obywatelem podległym prawu (i jeśli to prawo chce złamać, musi najpierw zadbać o jego zmianę dla wszystkich obywateli). Jednocześnie imperator posiada prawo życia i śmierci w stosunku do reszty obywateli i może doprowadzić zarówno do ich publicznego skazania, jak i skazać daną osobę na tortury czy śmierć bez sądu - to akurat zależało od jego osobistego uznania i mieściło się w kanonie władzy przyznanej cesarzowi na podstawie imperium - czyli swoistego kompromisu pomiędzy elitą władzy (arystokracją senatorską) a samym władcą, która wyrażała się w przekonaniu że senat o niczym realnie nie decyduje, ale cesarz za to pozwala nobilom utrzymać ich dominującą pozycję w administracji, oraz realizuje politykę zgodną z interesem tej właśnie grupy społecznej. Oczywiście tzw.: "dobrzy cesarze" pytali się senatorów co sądzą na temat polityki i wojskowości - ale była to tylko kurtuazja, gdyż naprawdę dobry cesarz nie pytał się o nic senatu, tylko sam realizował postulaty zgodne z interesem nobilitas. Ten swoisty kompromis pomiędzy władcą a elitą władzy, został nieco zachwiany w przypadku (jak to miało miejsce właśnie w odniesieniu do Kaliguli), gdy ten pragnął uznać się za "żywego boga". To godziło już bezpośrednio w honor i dumę arystokratów. Kaligula dla swych współobywateli był niczym bóg - władca świata, czyli istota wyższa od całej reszty, a jednocześnie sam podlegał tym samym prawom co inni obywatele. Jednocześnie nikt z plebsu (nie mówiąc już o ekwitach czy nobilach) nie uważał żyjącego władcę za boga, gdyż jak pisał św. Augustyn w cztery wieki później: "Kult imperialny jest kultem pochlebstwa, a nie wiary". Nikt też nie modlił się do cesarza np. w intencji wyzdrowienia, szczęśliwego powrotu, narodzin dziecka czy też jakiejkolwiek innej kwestii, która zajmowała myśli ówczesnych ludzi. Modlono się do bogów, których boskość nie podlegała żadnej dyskusji, np. do Apollina, Jowisza, Ceres czy nawet egipskiej Izydy, zaś kult cesarski był jedynie kultem państwowym - kultem wierności obywateli wobec państwa i prawa. 

Zresztą pomimo faktu iż wielu cesarzy - na mocy sprawowanej władzy - było uważanych za bogów, to jednak wielu z nich niewiele sobie z tego robiło i wręcz zabraniało publicznego składania ofiar na ołtarzach w Rzymie i Italii przed swoim wizerunkiem (np. Oktawian August, Tyberiusz, Tytus), inni robili sobie żarty ze swojej boskości (np. Wespazjan, który tuż przed śmiercią w 79 r. stwierdził: "Biada mi. Chyba staję się bogiem!"). Tylko bardzo nieliczni traktowali swą boskość jako coś naturalnego i przypisanego właśnie ich osobie (do nich zaliczał się Gajusz Kaligula). Jednak pierwszym rzymskim władcą, który oficjalnie otrzymał od senatu tytuł: "Dominus et Deus" ("Pan i Bóg") był dopiero Domicjan (władał imperium w latach 81-96). Oczywiście to, że lud nie uważał cesarza za boga, nie znaczy iż nie traktował go jako istotę wielkiego formatu, znacznie większego niż reszta śmiertelników. Jednak bezpieczeństwo i stabilność jego władzy nie stanowiła oficjalnie obowiązująca (lecz całkowicie fikcyjna) tzw.: "suwerenność ludu" (lud rzymski od czasów Oktawiana Augusta był systematycznie odpolityczniany i pozbawiany wpływu nie tylko na realną, ale nawet symboliczną politykę państwa), a to, czy rzymskie spichlerze były pełne czy puste. Polityka społeczna Kaliguli była więc w tym przypadku niezwykle odpowiedzialna, a sam władca starał się nieco ulżyć ludowi w jego obciążeniach. W drugiej połowie 38 r. zniósł bowiem niezwykle uciążliwy podatek (wprowadzony jeszcze za Oktawiana) - zwany centesimą - płacony "od sprzedaży" dosłownie wszystkiego (od nieruchomości i niewolników, po błahostki). Nie oznacza to jednak że lud uważał Kaligulę za swego (podatkowego) zbawcę, wręcz przeciwnie, tym bardziej że już w połowie 40 r. wprowadził on nowy podatek "od zysków", którym objęci byli nie tylko kupcy, ale również tragarze oraz prostytutki. Kaligula nie spodziewał się jednak że jego wprowadzenie spowoduje wybuch buntu Rzymian. Najpierw bowiem domagano się od cesarza upowszechnienia tekstu ustawy, na mocy której wprowadzono nowe prawo podatkowe, a gdy już do tego doszło, okazało się że język tam użyty jest tak zawiły i niezrozumiały, że zwykły obywatel nie był w stanie nic z tego zrozumieć. Wówczas doszło do manifestacji i wzburzony lud zgromadził się w Cyrku Wielkim. Kaligula widząc że w żaden sposób nie jest w stanie zapanować nad tłumem, nakazał dowódcy swej gwardii pretoriańskiej Markowi Arrecinusowi Klemensowi uderzyć na zebranych w cyrku ludzi. Wykonania tego rozkazu sprzeciwił się jednak trybun czuwający nad przestrzeganiem prawa - Kasjusz Cherea (co też dobitnie świadczy o różnicy, jaką była władza rzymskich cezarów - żyjących bogów i jednocześnie zwykłych obywateli - nad hellenistyczną władzą monarchów absolutnych).



 KALIGULA ALFONSEM - CZYLI DOM PUBLICZNY NA CESARSKIM PALATYNIE



 
 Jak wyglądał pałac cesarski w czasach, gdy mieszkali w nim pierwsi imperatorzy? Jak wyglądało życie dworskie w owym pałacu i czy imperator "Pan i Bóg" był również bogiem we własnym domu? Pierwotnie "pałac cesarski" (jeśli można w ogóle go tak nazywać w czasach Oktawiana Augusta), składał się z rodzinnego domu rodu Oktawiuszy na Palatynie (Oktawian ponoć już jako August, wciąż sypiał i przebywał w swym skromnym pokoju z czasów dzieciństwa) i skonfiskowanego w 42 r. p.n.e. (po bitwie pod Filippi) domu Kwintusa Hortensjusza - zwolennika Brutusa i Kasjusza, który przekazał swoją willę dzieciom: synowi Kwintusowi Hortensjuszowi Hortulasowi oraz córce Hortensji (sławnej mówczyni ze stycznia 42 r. p.n.e. która wystąpiła w obronie rzymskich kobiet, które zostały obłożone przez Oktawiana i Antoniusza podatkiem na cele wojenne. Kobiety zgromadziły się wówczas na Forum Romanum i ostro protestowały a Hortensja była właśnie ich reprezentantką. To ona stwierdziła publicznie: "My kobiety nie bierzemy udziału w życiu politycznym, nie dla nas są honory, urzędy i triumfy. Dlatego to państwo nigdy nie obciążało podatkami własności kobiet. Owszem, w czasach wielkiego niebezpieczeństwa niewiasty same, dobrowolnie, składały na potrzeby Rzeczypospolitej co miały najcenniejszego. I my dziś gotowe byłybyśmy postąpić jak nasze prababki, gdyby naprawdę wezwała nas Ojczyzna. Ale na cele waszej wojny płacić nie chcemy i nie będziemy - panowie!". Kobiety te byłyby siłą usunięte przez wojsko wysłane z polecenia Antoniusza, ale żołnierze odpuścili, gdy na ratunek swym żonom przyszli ich mężowie. Prawo dotyczące podatku nałożonego na wszystkie rzymskie kobiety zostało wówczas wycofane, a obłożono nim jedynie najbogatsze Rzymianki. Pisałem już o tym w temacie o "Reformach Augusta"). Nie zdołała jednak ocalić swojej ojcowizny (brat jej zginął pod Filippi), która skonfiskowana została przez Oktawiana. Pałac cesarski znacznie się rozszerzył, gdy ok. 37 r. p.n.e. Oktawian zakupił również willę senatora Katullusa z przeznaczeniem na "dom dla Liwii". Ten zakup uczynił z Oktawiana właściciela największej posesji na Palatynie, mimo to dom był wciąż bardzo skromny. Swetoniusz, który przebywał w pałacu Liwii i Augusta w kilkadziesiąt lat po ich śmierci, pisał o owym domostwie: "Nie odznaczającym się ani przestronnością, ani zbytkiem: niezbyt rozbudowane krużganki o kolumnach z kamienia albańskiego, pokoje bez żadnych marmurów i bez wspaniałych mozaik. (...) Jak skromny był jego sprzęt domowy i umeblowanie, widać jeszcze i teraz z pozostałych łóżek i stołów, z których większość zaledwie  może być użyta do prywatnego przyzwoitego mieszkania". Przed wejściem do pałacu Augusta (również w czasach Kaliguli i Nerona) rosły jeszcze drzewa laurowe, pochodzące z sadzonek z letniej posiadłości Liwii w Prima Porta.

Pałac cesarski z czasów Tyberiusza znacznie się zmienił, gdyż ten władca kazał wybudować dla siebie inny pałac, stojący bliżej Forum Romanum, tuż przy ulicy Vicus Tuscus, wiodącej z Forum Romanum na Forum Boarium (Forum Byka - czyli rynek gdzie kupcy wystawiali swoje towary). Był to już typowy pałac cesarski, pełen wspaniałych mozaik na ścianach, bogato zdobionych sprzętów i wszelkich możliwych luksusów przynależnych władcy Imperium. Gajusz Kaligula jeszcze bardziej rozszerzył ten pałac, dobudowując do niego swoje komnaty od strony północnej. Władca imperium jednak w swoim domu nie żył jak bóg, za jakiego publicznie uchodził w Italii czy w prowincjach. Otoczony był co prawda służbą: niewolnikami, eunuchami, szambelanami, wyzwoleńcami czy przyjaciółmi, jednak zachował wiele elementów z dotychczasowej praktyki rzymskich polityków czasów Republiki, jak codzienne przyjmowanie w swym domu tłumu klientów (tzw.: "salutatio"), oraz spraszanie do siebie senatorów i ekwitów na swoje convivia (bankiety), to jednak nie był tam traktowany jak żywy bóg (za którego choćby Kaligula pragnął uchodzić). Lecz to właśnie w pałacu cesarskim - a nie w senacie - zapadały kluczowe decyzje o polityce państwa rzymskiego, nowych wyprawach wojennych czy traktatach pokojowych z obcymi krajami lub plemionami. To tam też zapadały ostateczne wyroki skazujące na śmierć, wygnanie, lub darowujące winę danemu nieszczęśnikowi. Tam też właśnie imperator Gajusz Kaligula postanowił uczynić dom publiczny, w którym jako prostytutki miałyby pracować żony i córki przedstawicieli rzymskiej arystokracji. Kaligula wychodził bowiem z założenia że stan senatorski jest przegniły panującą tam obłudą, głoszącą podtrzymywanie starorzymskich zasad moralnych, a jednocześnie oddawanie się rozpuście, zbytkowi i wszelkim tym cechom, które przybliżały ich do Greków z orientalnych, hellenistycznych królestw, niż do ich własnych przodków z czasów świetności Republiki. Dlatego też uznał że mogliby oni przyczynić się do zapełnienia państwowego skarbca - tak potrzebnymi w dalekosiężnych planach Imperium - pieniędzmi.




Wydał więc polecenie, aby wszystkie dostojne matrony przybyły do cesarskiego pałacu na Palatynie (przyprowadzić je mieli ich mężowie). Odmowa oznaczała poważne konsekwencje dla całej rodziny, łącznie z pozbawieniem majątku i karą śmierci. Na miejscu owe dostojne damy zostały oddane w ręce niewolnic, które miały ich odpowiednio przygotować do nowej roli (umalować i ubrać). Umieszczono je następnie na głównym dziedzińcu pałacu, a cesarscy gońce rozgłaszali po mieście że oto otworzył się nowy dom publiczny i zapraszali na rozpustę "młodzieńców oraz starców". Wstęp był wolny i każdy, nawet najpodlejszy plebejusz mógł sobie wówczas wybrać do łoża córkę lub żonę senatora (co musiało być wyjątkowym upokorzeniem dla tej elity władzy). Dla gości przeznaczone były osobne pokoiki, dokąd można było zabrać swą "wybrankę" - ale były one dodatkowo płatne. Senatorowie również mieli prawo (a nawet obowiązek) uczestniczyć w tym akcie publicznego upokorzenia, ale ceny dla nich były znacznie wyższe niż dla zwykłych ludzi. Aby więc wywiązać się z tego zadania, często oferowano im lichwiarskie pożyczki, tylko za możliwość spotkania się z własną żoną (niespłacenie groziło zaś konfiskatą całego majątku). Każdego uczestnika owej orgii, skrupulatnie odnotowywano, zapisując jego nazwisko jako: "pomnażającego dochody cezara". Tak oto dochodziło do gwałtów i upokorzeń tej oto klasy społecznej starożytnego Rzymu i choć wydaje się to niezwykle przerażające w swej wymowie, Gajusz Kaligula zapewne dobrze znał całe to środowisko i wiedział jak zepsute potrafią być owe dobrze urodzone damy, które publicznie deklarowały swą cnotę, a prywatnie oddawały się woźnicom i gladiatorom z cyrku. Może to zabrzmi dziwnie, ale tak już jest, że cywilizacje które trzymają krótko kobiety i powściągają ich seksualność - rozkwitają, natomiast te, gdzie ukazana jest kobieca seksualność w całej swej pełni i nie napotyka ona na żadne ograniczenia - wcześniej czy później pogrążają się w anarchii i cywilizacyjnym upadku.          



CZY BOGOWIE SĄ NIEŚMIERTELNI? - CZYLI KONIEC BALU

 


Wszelkie ekstrawagancje, dewiacje i zbrodnie Gajusza Kaliguli nie spotykały się z całkowitą akceptacją elit, wręcz przeciwnie. Pisałem już o jednym, poważnym spisku mającym pozbawić władcę życia podczas jego podróży do Galii i Germanii (Getulika i Lepidusa), ale takich większych prób zamachów na jego życie były trzy (nie licząc mniejszych i szybko zdekonspirowanych stowarzyszeń, lub tzw.: "wolnych strzelców" - jak się dziś przyjęło nazywać pojedynczych, głównie islamistycznych zamachowców). Czy można się zatem dziwić zarzutowi Kasjusza Diona, który pisał o Kaliguli: "Udawał iż boryka się z niebezpieczeństwem i że żyje w stanie ciągłego zagrożenia" - który to uważał obawy cesarza za co najmniej wyolbrzymione, jeśli nie za typową manię prześladowczą. Ale można też pokusić się o pytanie, czy przypadkiem postępujące szaleństwo władcy, nie było wynikiem właśnie owych doświadczeń? Czy zamachy na jego życie i to, że wciąż musiał obawiać się spisków lub buntów, nie wpłynęło również na postrzeganie przez niego rzeczywistości, z której wyrosła ogromna nienawiść do senatorskiej elity władzy, której to upokarzanie na każdym kroku (obowiązek całowania go w stopę, publicznego radowania się z ustaw godzących bezpośrednio w nobilitas, wyszukiwania szpiegów i spiskowców przez samych senatorów czy też uczynienie z dostojnych matron prostytutek dla ludu), stało się jego ulubionym zajęciem. Trzy udaremnione duże piski podczas jego krótkich, ponad trzyletnich rządów to mało? Najwidoczniej mało, gdyż czwarty spisek doprowadził dopiero do skutecznego zamachu na znienawidzonego cesarza. To, iż do tego sprzysiężenia weszli ludzie z naprawdę różnych środowisk (nawet z najbliższego otoczenia władcy, z ludzi do których miał zaufanie - jego sekretarzy i eunuchów) świadczy dobitnie o skali i determinacji spiskowców, którzy mieli jeden tylko cel - fizyczne pozbycie się Gajusza Kaliguli, syna uwielbianego Germanika, prawnuka Boskiego Augusta, który sam był stryjecznym wnukiem, oraz prawnie adoptowanym synem Boskiego Cezara - twórcy dynastii Julijsko-Klaudyjskiej. Śmierć Kaliguli miała być też ostatnim aktem, kończącym długie, prawie dziewięćdziesięcioletnie rządy tejże dynastii nad Imperium i powrotem do dawnej Republiki. Zawiązano więc spisek.

Spisek ten zawiązano początkowo w kręgach senatorskich i dworskich (pałacowych). Na jego czele stanęli (m.in.): senator Waleriusz Azjatyk (niezwykle majętny nobil, właściciel choćby sławnych ogrodów Lukullusa w Rzymie), który obawiał się że cesarz dybie na jego majątek, a co za tym idzie również i życie. Następnie Sekstus Pompejusz - przyjaciel Gajusza Kaliguli, który jednak został oskarżony o uczestnictwo we wcześniejszym spisku na jego życie i udało mu się uniknąć kary śmierci tylko i wyłącznie dzięki pewnej aktorce z którą sypiał, a która była w nim całkowicie zakochana. Wzięta na tortury, pomimo bólu, nie wydała go, czym zapłaciła karę najwyższą (po śmierci Kaliguli wystawił on jej za to bogaty nagrobek). Jeszcze innym spiskowcem był senator Lucjusz Anniusz Winicjanus - także uczestnik poprzedniego spisku, któremu jednak również nie udowodniono winy. Spiskowcy wciągnęli do tego jeszcze wyzwoleńca cesarza - niejakiego Kallista. Ten zaś dzięki władcy zbił ogromny majątek, lecz to co uzyskał stało się teraz powodem jego zmartwień, gdyż obawiał się że władca dybie na jego życie bo chce mu to wszystko odebrać. Zresztą już raz został oskarżony o udział w spisku, ale i jemu udało się wówczas skutecznie wykręcić z rąk kata i pozostać w otoczeniu cesarza. Ponoć do tego spisku należała również małżonka Kaliguli - Milonia Cezonia (która, jak jej zarzucano, przygotowywała dla cesarza specjalny napój, sporządzony z łba młodego źrebaka, który miał go w niej rozkochać. Takie bowiem krążyły plotki, tym bardziej że Cezonia nie należała wcale do pięknych i młodych kobiet, gdyż była nieco starsza od Kaliguli, a poza tym z poprzednich małżeństw miała już trzy córki). Jednak nie wydaje się to prawdą, gdyż Cezonia została zamordowana (wraz ze swą półtoraroczną córeczką - Julią Druzyllą), zaraz po zabójstwie Kaliguli. Do spisku wciągnięto również prefektów gwardii pretoriańskiej: Marka Arrecinusa Klemensa i Lucjusza Arrentiusa Stellę (którzy, co też ciekawe - zostali również oskarżeni o udział w spisku Getulika i Lepidusa z września 39 r., ale cesarz nie wyciągnął wobec nich żadnych konsekwencji), obiecali oni że gwardia w dniu zamachu nie zareaguje i pozostanie bierna.

Czy naprawdę można było liczyć na takie deklaracje? Gwardia pretoriańska (mam tutaj na myśli żołnierzy, nie oficerów), była raczej usposobiona pozytywnie do swego władcy, który przecież przyznawał im pieniądze, dawał nagrody, odznaczenia, nie mieli więc żadnego powodu by dopuszczać się zamachu na jego życie. Tym bardziej Kaligula był synem sławnego Germanika, wodza uwielbianego przez wojsko, to również nie gwarantowało poparcia zwykłych żołnierzy dla planów spiskowców. Co innego oficerowie, którym Gajusz Kaligula przekazywał dziwne, często bardzo upokarzające hasła dla straży nocnej np.: "dotknij mnie", lub "pocałuj mnie", zdając sobie doskonale sprawę że będą oni musieli taki rozkaz wydać żołnierzom. Jedyną pewną formą przeciągnięcia całej gwardii do obozu spiskowców, było granie na niechęci żołnierzy do osobistej "straży germańskiej" cesarza, złożonej z weteranów jego ojca Germanika, lub ich następców (pozyskanych podczas owej nieszczęsnej wyprawy na Germanię z poprzedniego roku). Straż germańska była wierna jedynie samemu władcy, zdając sobie sprawę że w przypadku jego zabicia, przestaną być komukolwiek potrzebni. To rodziło też wzajemne konflikty z pretorianami, bowiem jedni i drudzy uważali się za jedyną przyboczną straż cesarza. Żołnierze może byliby niechętni planom pozbycia się Kaliguli, ale za to oficerowie niższego szczebla z gwardii pretoriańskiej, również przyłączyli się do owego spisku. Trybun Kasjusz Cherea (który wcześniej odmówił wykonania cesarskiego rozkazu uderzenia na zebrany w cyrku niezadowolony tłum) i Papiniusz, zgodzili się osobiście przeprowadzić zamach. Cherea nienawidził Kaligulę za to, że ten często poddawał w wątpliwość jego męskość (a to dlatego, że Cherea, choć miał atletyczną posturę, posiadał jednocześnie piskliwy, nieco kobiecy głos, który budził konsternację i zdawał się sugerować iż jest on pozbawiony "męskich klejnotów". Cherea miał na tym punkcie prawdziwego fioła i starał się publicznie udowadniać każdemu jaki z niego ogier, często spraszając do siebie po kilka prostytutek na noc). Kaligula specjalnie prowokował go więc takimi hasłami jak wyżej wymienione, lub nazywał go "swoją Wenus". Nie wiadomo też czy to Cherea, czy ktoś inny zdołał przekonać dowódcę straży germańskiej (różniła się ona od pretorianów choćby tym, iż miała granatowe płaszcze i pióra na hełmach, w przeciwieństwie do szkarłatu w jaki przyobleczeni byli żołnierze gwardii), potężnego Sabinusa (który ponoć miał iście herkulesową siłę), do uczestnictwa w spisku. Miał on odciągnąć żołnierzy straży germańskiej od cesarza w chwili gdy miano zadać mu ostateczny cios.




Przez jakiś czas zastanawiano się też jaki moment przeprowadzenia zamachu, byłby najodpowiedniejszy i najbezpieczniejszy dla spiskowców. Ostatecznie wybór padł na uroczystości noworoczne, gdy cesarz będzie składał ofiary w Świątyni Jowisza Największego Najlepszego, ale szybko okazało się że wówczas nie będzie możliwości skutecznie odłączyć władcę od straży germańskiej, więc przełożono zamach na drugą połowę stycznia 41 r. 22 stycznia rozpoczęły się uroczystości igrzysk teatralnych i znów się okazało że nie ma jak oddzielić Kaligulę od żołnierzy i dokonać zamachu. Dopiero 24 stycznia - trzeciego dnia igrzysk - pojawiła się taka okazja. Rano cesarz obudził się w doskonałym nastroju, który potęgowały jeszcze późniejsze wydarzenia (np. Kaligulę rozbawiło to, jak jeden z senatorów składający ofiarę przed ołtarzem Jowisza - Asprenas, pobrudził sobie tunikę krwią zwierzęcia). Nim jeszcze rozpoczęły się igrzyska, rozdano wśród ludu cesarski przysmak - przepiórki. Właśnie pora obiadu miała być też okazją do przeprowadzenia zamachu, gdyż Kaligula opuszczał wtedy amfiteatr i udawał się do pałacu na posiłek. Cherea więc ustawił zamachowców, by ci byli przygotowani gdy cesarz będzie przechodził podziemiami amfiteatru (którymi wychodzono na zewnątrz) w stronę pałacu. Gdy jednak nadeszła pora posiłku, nie było widać aby cesarz planował opuścić uroczystości. Cherea zwrócił się więc do niego z zapytaniem czy nie zechce udać się na posiłek, ale ten odparł że nie jest głodny. Znów wydawało się że do zamachu nie dojdzie, lecz wówczas inny spiskowiec zaproponował władcy, by udał się do łaźni zażyć kąpieli. Kaligula zgodził się i razem skierowali się w kierunku wyjścia. Za cesarzem (jak wypadało) podążyli inni dostojnicy, w tym wuj Kaliguli - Klaudiusz. Po drodze jednak napotkano chór chłopców z Azji, którzy przyjechali specjalnie do Rzymu aby dać występ przed cesarzem. Kaligula przez jakiś czas z nimi rozmawiał, a nawet zaproponował im by wraz z nim powrócili do amfiteatru i od razu dali występ, jednak okazało się że jest jeszcze za zimno, a oni nie mają stosownych okryć, więc imperator polecił im się przygotować do występu i poszedł dalej. W tym czasie cały jego orszak już przeszedł, więc cesarz szedł teraz samotnie i tak się właśnie złożyło, że na jego drodze już czekali spiskowcy z obnażonymi sztyletami.

Pierwszy cios zadał Kasjusz Cherea, potem rzucili się inni i choć zadano mu kilkanaście ran, Kaligula wciąż krzyczał że jeszcze żyje, ale gdy ostatecznie legł na ziemi, tylko dało się słyszeć ciche: "Dobij!". Tak oto (w wieku 28 lat) zakończył swe życie jeden z najdziwniejszych i najbardziej okrutnych władców w historii Rzymu, syn sławnego Germanika i szlachetnej Agrypiny. Był zapewne ową "czarną owcą", która wedle opowieści miała co jakiś czas pojawiać się w rodzie Klaudiuszów ("ród ten rodzi głównie zdrowe i piękne owoce, ale czasem pojawia się tam owoc zgniły" - jak głosiła przepowiednia). Spiskowcy szybko powiadomili senat, by natychmiast się zebrał w celu "istotnym dla całej Rzeczypospolitej". Straż germańska, gdy tylko ujrzała ciało swego pana, w żalu i złości poczęła ciąć kogo popadnie, biorąc wszystkich za potencjalnych morderców. Zaczęły się też walki pomiędzy pretorianami a Germanami, jednocześnie straż pretoriańska zamknęła cały amfiteatr nie pozwalając nikomu wyjść ani wejść. Natomiast wśród ludu w amfiteatrze, bardzo szybko rozeszła się informacja o śmierci cesarza, choć mówiono też iż został on zaledwie ranny i nie pozwoliwszy sobie nawet opatrzyć ran, udał się natychmiast na Forum, gdzie przemówił do ludu. Wkrótce jednak oficjalnie ogłoszono śmierć władcy i lud wówczas zaczął się domagać ukarania morderców. Tłum przebił się też do wyjścia i udał na Forum Romanum, gdzie oczekiwano podjęcia jakichś zdecydowanych działań. Senat obradował całą noc nad przywróceniem Republiki (problem w tym, że choć samo hasło było chwytliwe i popularne, to jednak już wówczas nikt realnie nie wierzył w możliwość powrotu systemu politycznego, który obowiązywał nie tylko przed ogłoszeniem Oktawiana - Augustem i powierzeniem mu władzy nad Imperium w 27 r. p.n.e., ale również przed dyktaturą Cezara z 49 r. p.n.e. Nowy system polityczny, tzw.: "pryncypat", trwał już przecież od prawie dziewięćdziesięciu lat i nikt z obecnie żyjących nie pamiętał czasów dawnej Republiki, nikomu też tak naprawdę nie zależało na jej wskrzeszeniu, gdyż wielu z owych senatorów spodziewało się zająć miejsce zamordowanego Kaliguli i założyć własną dynastię. Republika była więc już tylko pustym hasłem, które realnie nic nie znaczyło. Była to też ostatnia w rzymskich dziejach, realna próba przywrócenia dawnego ustroju). I na tym może zakończmy, gdyż późniejsze wydarzenia nie powinny nas już interesować w tym temacie. Dziękuję za wytrwałość w czytaniu tego dość długiego cyklu, który wyjątkowo trwał aż dziesięć części.                 


TAK WŁAŚNIE ROZPOCZĘŁA SIĘ WIELKA KARIERA DYNASTII JULIUSZÓW - PRZEKROCZENIE RUBIKONU
(10 stycznia 49 r. p.n.e.) 





A ZAKOŃCZYŁA SIĘ WRAZ ZE ŚMIERCIĄ NERONA, OSTATNIEGO MĘSKIEGO PRZEDSTAWICIELA 
TEJ DYNASTII
(9 czerwca 68 r.)





CDN.