Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

MEMORIAM - Cz. XV

TAK PRZEMIJA SŁAWA ŚWIATA






SULLANUM REGNUM





  
 W latach 82-80 p.n.e. Lucjusz Korneliusz Sulla rozbił całą opozycję i opanował wszystkie ziemie, w których dotąd schronili się jego polityczni przeciwnicy. W pierwszej połowie roku (82 p.n.e). legat Sulli - Lucjusz Filip zajął Sardynię i pokonał tam zwolennika popularów, pretora - Kwintusa Antoniusza. Do Hiszpanii wysłany został Gajusz Anniusz, który dość szybko (jeszcze w tym samym 82 r. p.n.e.) zajął cały kraj i wypędził stamtąd jednego z najlepszych oficerów armii Gajusza Mariusza - Kwintusa Sertoriusza (wsławionego w wojnach z Cymbrami i z Italikami). W roku następnym zdobyta została Sycylia, stanowiąca dotąd największe centrum oparcia dla wygnanych popularów. Zarządca Sycylii, pretor Marek Perperna, utworzył tam centrum mobilizacyjne dla wojsk, które ponownie miały dokonać inwazji na Italię i odbić Rzym z rąk Sulli i jego stronników. Do Perperny dołączył zarówno zbiegły z Rzymu konsul Gnejusz Papiriusz Karbon, jak i Marek Juniusz Brutus (który jednak wpadł w pułapkę pod Lilibaeum w zachodniej Sycylii i aby uniknąć niewoli, popełnił samobójstwo). Sulla skierował na Sycylię Gnejusza Pompejusza, który z 30 000 armią, przeprawił się tam i bez walki opanował wyspę (gdyż Perperna pospiesznie wycofał się przed nim do Afryki). Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia i do niewoli Pompejusza wpadli zarówno Karbon, jak i Kwintus Waleriusz. Ten ostatni był znanym w Rzymie uczonym, historykiem i poetą - mimo to Pompejusz obu ich skazał na śmierć (ponoć Karbon rozpłakał się przed egzekucją, a Waleriusza do ostatka Pompejusz zwodził, wdając się z nim nawet w dysputy literackie, póki ostatecznie nie oddał go w ręce kata). Po zdobyciu Sycylii, pozostawała jeszcze Afryka, która teraz stanowiła ostatni już bastion oporu zbiegłych mariańczyków. Tam dowodził Gnejusz Domicjusz Ahenobarbus (odległy przodek cesarza Nerona). Zgromadził on tam znaczne siły (głównie dzięki weteranom Mariusza, z założonych przez niego w Afryce kolonii), wsparte jeszcze kontyngentami sycylijskimi Perperny i posiłkami przysłanymi przez króla Numidii - Hiarbasa, który wcześniej zdetronizował swego brata Hiempsala, zmuszając go do ucieczki z kraju. Pompejusz dokonał szybkiej inwazji na Afrykę (81 r. p.n.e.), dysponując 120 okrętami wojennymi i 800 statkami transportowymi, obładowanymi żywnością i bronią. Najpierw zajął Utykę, potem ruiny dawnej Kartaginy i tutaj na jakiś czas musiał się zatrzymać, ponieważ żołnierzy ogarnęła prawdziwa "gorączka złota".

Otóż okazało się, że w czasie obsadzania terenu, jacyś żołnierze natknęli się na zakopany w ziemi skarb, a wiadomość o tym bardzo szybko rozeszła się i wkrótce cała armia Pompejusza nie robiła niczego innego, jak tylko rozkopywała ziemię w poszukiwaniu zakopanych tam - jak sądzono - skarbów z płonącej Kartaginy. Niczego jednak więcej nie znaleziono i wojsko ruszyło w dalszą drogę. W jakiś czas potem doszło do bitwy (80 r. p.n.e.) z siłami Domicjusza Ahenobarbusa i Perperny, która to toczyła się w strugach rzęsistego deszczu i była ponoć niezwykle krwawa. Sam Pompejusz zmuszony został walczyć z bronią w ręku wśród swych żołnierzy (dla niepoznaki, aby nie można było rozpoznać że jest wodzem - ściągnął swój hełm i walczył z gołą głową). Bitwa zakończyła się całkowitym zwycięstwem armii Pompejusza i zdobyciem obozu popularów. Zginęło wielu żołnierzy przeciwnika, w tym sam Ahenobarbus (Perperna zdołał uciec). Następnie Pompejusz ukarał kilka miast i kolonii - wiernych dotąd popularom - i wkroczył do Numidii, gdzie obalił Hiarbasa i przywrócił na tron Hiempsala - zawierając z nim traktat korzystny dla Rzymu. W przeciągu 40 dni, od swego zwycięstwa nad Ahenobarbusem i Perperną, w wieku 25 lat, stał się Pompejusz panem ogromnych terenów, obejmujących zarówno całą prowincję Afrykę, zależną od Rzymu Numidię, oraz Sycylię (którą w czasie nieobecności Pompejusza, zarządzał Gajusz Memmiusz). Pompejusz uważał też, że przed potęgą Rzymu powinni drżeć nie tylko jego wrogowie, ale również okoliczne zwierzęta i po zakończeniu działań wojennych urządził wielkie polowania na lwy i słonie. Gdy zaś powrócił już do Utyki, otrzymał rozkaz Sulli, który nakazywał mu rozwiązanie wojska (prócz jednego legionu) i oczekiwanie na przyjazd swego zastępcy, który wkrótce miał przybyć z Rzymu. Sulla, który wielokrotnie bardzo cenił Pompejusza i wychwalał jego geniusz, nazywając (ku zazdrości innych wodzów) imperatorem, chyba ostatecznie zaczął obawiać się wzrastającej popularności tego młodego człowieka, a sam fakt, że Pompejusz w tak młodym wieku został przez wojsko okrzyknięty "Wielkim" - również dawało Sulli sporo do myślenia.

Rozkaz Sulli, osobiście bardzo dotknął Pompejusza, choć jednocześnie starał się tego nie okazywać i polecił żołnierzom podporządkować się rozkazom dyktatora. Wojsko jednak odmówiło wykonania rozkazu, a tyle przekleństw, jakie wówczas padały w kierunku Sulli, próżno było wcześniej szukać wśród wiernych mu wojsk.  Ostatecznie Pompejusz musiał zagrozić odebraniem sobie życia, jeśli żołnierze nie posłuchają rozkazu i wówczas dopiero wojsko podporządkowało się jego poleceniom. Gdy więc przybył kolejny namiestnik, Pompejusz zdał mu dowództwo i przez Sycylię powrócił do Rzymu, gdzie jednocześnie wystąpił przed senatem o prawo przyznania mu triumfu na zwycięstwa na Sycylii i w Afryce. Sulla co prawda powitał go z radością i nawet użył słowa "Magnus", nakazując też by stał się on odtąd oficjalnym przydomkiem Pompejusza (a wcześniej tylko dwóch Rzymian nosiło przydomek "Wielki". Pierwszym był Publiusz Waleriusz który w 449 r. p.n.e. ułagodził gniew ludu, zwany Drugą Secesją Plebejuszy na Świętą Górę - która miała miejsce w 45 lat po Pierwszej Secesji. Konflikt ten wybuchł z miłości pewnego patrycjusza - Appiusza Klaudiusza do plebejskiej dziewczyny o imieniu - Wirginia, a owocem tej tragicznie zakończonej, nieszczęśliwej miłości, było pierwsze spisanie rzymskiego prawa - przez specjalnie w tej kwestii wybraną komisję decemwirów- które to wcześniej obowiązywało jedynie w formie tradycji ustnej i przez to było wielokrotnie łamane na niekorzyść plebejuszy. Drugim zaś, któremu senat i lud nadali przydomek "Magnus", był niejaki Fabiusz Rullus. Pełniąc urząd cenzora w 304 r. p.n.e. oczyścił on senat z wyzwoleńców, którzy znacznie się wzbogaciwszy, kupowali sobie głosy wyborcze). Sulla jednak nie wyraził zgody na odbycie triumfu przez Pompejusza, tłumacząc to tym, że prawo do triumfu mają jedynie konsulowie lub pretorzy, natomiast Pompejusz nie sprawował wówczas żadnego z tych urzędów. Powoływał się też na przykład historyczny, mówiąc że przecież sam Korneliusz Scypion Afrykański po swych zwycięstwach w Hiszpanii nad braćmi Hannibala, nie mógł odbyć triumfu, choć osiągnięcia jego - jak twierdził Sulla - były bez porównania większe niźli Pompejusza w Afryce. Poza tym Pompejusz to jeszcze "szczeniak". Jakby więc to wyglądało, gdyby pozwolił takiemu młokosowi na prawo triumfu, podczas gdy wiek nie upoważniał go nawet do wejścia do senatu.




Takie postawienie sprawy, bardzo wzburzyło Pompejusza, który twierdził że w Afryce osobiście przelewał krew, walcząc dla swego wodza, a ten zupełnie tego nie docenia. Podczas jednego z oficjalnych przyjęć, pozwolił sobie nawet na pewne śmiałe porównanie, twierdząc że większa liczba ludzi czci słońce wschodzące, a nie zachodzące. Był to bezpośredni policzek wymierzony Sulli, gdyż to właśnie on miał być owym "zachodzącym słońcem". Gdy zaś dyktator usłyszał te słowa, wielce wzburzony krzyknął bezosobowo w kierunku Pompejusza: "Niech więc triumfuje, skoro taki śmiały!" Pompejusz postawił na szali wszystko co miał (zapewne także i swoje życie) i zwyciężył, Sulla ostatecznie przyznał mu prawo do triumfu, ale jednocześnie powstał kolejny problem. Zaczęły napływać skargi innych wodzów Sulli, którzy protestowali przeciwko przyznaniu Pompejuszowi takiego wyróżnienia - jako powód przytaczając właśnie jego młody wiek. Ten jednak nic sobie z tego nie robił, mając zgodę Sulli, zamierzał uczynić swój triumf jeszcze wspanialszym, ku własnej chwale i na pohybel wszelkim malkontentom. Prawdziwą furię wywołał, gdy stwierdził że jego rydwan będzie ciągnięty nie przez konie, jak to było dotychczas, a właśnie przez - sprowadzone z Afryki w sporych ilościach - słonie. Niestety, pojawił się problem natury technicznej. Oto bowiem brama wjazdowa do Rzymu, którą miał jechać Pompejusz, była zbyt wąska, aby pomieścić tak duże zwierzęta idące w parach. Musiano więc zarzucić koncepcję zaprzęgnięcia do rydwanu słoni i powrócono do koni. Triumf się odbył, a sława Pompejusza jaśniała coraz bardziej. Teraz, gdy całe Imperium było już w rękach Sulli i jego zwolenników (optymatów), a niedobitki popularów ukrywały się gdzieś po afrykańskich pustyniach (jak Sertoriusz czy Perperna), lub starały się przeżyć z dala od Rzymu po italskich wioskach - głodni, zarośnięci i pozbawieni nadziei - nie mieli szans w obecnych warunkach odbudować swych sił. Wielu też wpadało podczas ucieczki (jak choćby były konsul z roku 83 p.n.e. - Gajusz Norbanus, rozpoznany i schwytany na Rodos, który, aby uniknąć śmierci z rąk swych wrogów, sam popełnił samobójstwo. Inny zaś - Mutullus - przedostał się do Rzymu, pragnąc wrócić do rodziny, lecz jego żona - Bastia, kazała zaryglować wejście i tym samym uniemożliwiła mu powrót, obawiając się że kara śmierci dotknie za to całą rodzinę, a szczególnie dzieci. Zrozpaczony Mutullus popełnił samobójstwo u drzwi własnego domu). W rękach optymatów były teraz wszystkie prowincje: Sycylia, Korsyka i Sardynia, obie Hiszpanie (Bliższa i Dalsza), Afryka, Galia Zaalpejska i Galia Przedalpejska, oraz Macedonia, Azja i Cylicja - a Sulla jako dyktator, był panem życia i śmierci wszystkich obywateli Imperium.

Warto tutaj raz jeszcze podsumować nowy ustrój, jaki zaprowadził Sulla po zajęciu Rzymu (w 82 r. p.n.e.). Otóż, była to tzw.: "Druga Restauracja" rządów senatu, zwana również "dyktaturą nobilitas" (pierwsza restauracja miała miejsce tuż po obaleniu reform Gajusza Semproniusza Grakcha w 121 r. p.n.e. i trwała do 87 r. p.n.e.). Opierała się ona (szczególnie ta druga dyktatura senatu, trwająca aż dwanaście lat) na dominacji senatu, przy czym kolejni senatorowie (w liczbie 600) mieli zostać uzupełniani nie poprzez opinię cenzorów - jak dotychczas - lecz w wyniku samoistnej kooptacji. Urząd cenzora (choć nie został zniesiony), przestał realnie funkcjonować, podobnie jak urząd trybuna ludowego - który automatycznie zamykał wszelką dalszą karierę polityczną. Sądownictwo zostało odebrane ekwitom i ponownie powierzone nobilitas (tym samym naruszono zasadę rozdziału władzy prawodawczej i sądowniczej), a jednocześnie podzielono sądy na poszczególne komisje sądowe, odpowiedzialne za określone przestępstwa (np. o obrazę majestatu, o kradzież, o przekroczenie władzy, o okradanie państwa, o gwałt, o morderstwo, o mężobójstwo - które to było traktowane specjalnie i wydzielone z komisji zajmującej się sprawami morderstw - już zresztą Katon Starszy twierdził, że mężczyzna, jeśli tylko zastanie swą małżonkę na zdradzie, ma prawo zabić obu kochanków na miejscu, natomiast żona nie może tego uczynić mężowi, gdyż nie tylko nie jest do tego zdolna fizycznie, ale i nie ma też takiego prawa). Ekwitom odebrano jeszcze prawo dzierżawy dochodów z prowincji (na czym zarabiali krocie) i zastąpiono je normalnym podatkiem publicznym (co było prawdziwym fiskalnym błogosławieństwem dla brutalnie łupionych prowincji). Władza wojenna została oddzielona od cywilnej, a konsulowie zostali realnie pozbawieni prawa dowodzenia armią w prowincji. - zaś dopiero po zakończeniu swojej kadencji, gdy otrzymali swoje prowincje, to jako prokonsulowie lub propretorzy mogli dowodzić tamtejszymi wojskami. Konsulat można było ponownie piastować po upływie dziesięciu lat od ostatniego (czym wracano do pierwotnej tradycji, dawno już zresztą zapomnianej i często nie przestrzeganej). Wzrosła też liczba pretorów (urzędników sądowych) z dwóch do ośmiu, zaś trybunat ludowy stał się wydmuszką, pozbawioną realnej władzy i prawa wnoszenia jakichkolwiek ustaw pod głosowanie ludowe, bez zgody senatu. Była to więc całkowita dominacja arystokracji senatorskiej i nawet prawo darmowego przydziału zboża dla ludu zostało mu odebrane (Sulla twierdził że to karmienie "nierobów", kosztem ciężko pracującej ludności prowincji - która to właśnie składała się na chleb dla ubogich Rzymian, a ponieważ Sull sam doświadczył w młodości wiele biedy - uważał że tylko ciężka praca kształtuje charakter i wyrabia w człowieku męstwo), i tak to trwało przez lata (aż do roku 70 p.n.e.), do czasów konsulatu Pompejusza i Marka Licyniusza Krassusa, kiedy to wreszcie zniesiono "dyktaturę nobilitas", przywracając wcześniejszy ustrój grakchański.




Sulla był dyktatorem, którego jedno słowo mogło oznaczać czyjeś życie lub czyjąś śmierć. Miał wielką władzę i opływał w dostatki, ale... co ciekawe, nie zamierzał utrzymywać jej w nieskończoność. Był bowiem zwolennikiem legalizmu i wiedział że jego władza ma charakter jedynie tymczasowy, gdyż został on powołany dla potrzeby chwili - czyli przywrócenia porządku i bezpieczeństwa w Republice. Nie zawsze jednak bywał konsekwentny w tym co czynił. Wprowadził bowiem podatek od zbytku i zakazał urządzania wystawnych przyjęć, oraz noszenia kolorowych ubrań. Natomiast jego stronnicy opływali w bogactwa i majętności zagrabione (lub kupione za bezcen) w wyniku wojny domowej (sama żona Sulli - Cecylia Metella, była właścicielką kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu rzymskich kamienic), natomiast Sulla rzeczywiście żył dość skromnie. Wszystko co było mu potrzebne - miał przy sobie, więcej dla siebie nie pragnął. Ale łamał też swój zakaz urządzania wystawnych przyjęć, gdyż lubił się dobrze zabawić w otoczeniu przyjaciół i swoich zwolenników. Podczas jednego z takich bankietów (80 r. p.n.e.), urządzonego po złożeniu publicznej ofiary na cześć Herkulesa z dziesiątej cześci jego majątku - Sulla urządził dla rzymskiego ludu wspaniałe przyjęcie, podczas którego każdy mógł jeść i pić ile tylko zechciał (wielu zaś nie było w stanie przejeść tego, co tam serwowano i jeszcze kilka dni po uczcie, część pozostawionych potraw musiano wyrzucać do Tybru - bo nikt nie chciał już ich zabrać). Wina dla ludu serwowano najdostojniejsze i najwykwintniejsze jakie tylko były (ponoć nawet czterdziestoletnie i starsze). Sulla opływał w dostatek i szczęście (nie na darmo kazał sobie dodać przydomek "Felix" - "Szczęśliwy"). Sulla Szczęśliwy, jego żona i dzieci (jakie miał z Cecylią Metellą) także były szczęśliwe, co sugerowały ich imiona: Faustus i Fausta (oboje byli bliźniakami). Wojna domowa została wygrana, wrogowie rozbici i unieszkodliwieni, państwo wracało do stabilizacji, a rodzina Sulli - czując silne  poparcie wojska i 10 000 osobistych niewolników, jakich Sulla odebrał proskrybowanym popularom i uczynił z nich swoją osobistą ochronę - mogła spokojnie patrzeć w przyszłość, nawet po ewentualnym zrzeczeniu się dyktatorskiej władzy przez Sullę. Niestety - jak to w życiu - nie wszystko ułozyło się szczęśliwie.

W tym samym roku (80 p.n.e.) młoda Cecylia Metella poważnie zapadła na zdrowiu i wkrótce okazało się że jej dni życia są policzone. Sulla kochał żonę i chciał być przy jej łóżku, ale kapłani kategorycznie mu tego wzbraniali, twierdząc że uświęcony prawem dyktator, nie może splamić swego imienia żadną żałobą. Zabraniano mu więc wstępu do własnej sypialni i do możliwości pożegnania się z umierającą żoną, a zrozpaczony Sulla - słuchając podszeptów - wreszcie wysłał jej list rozwodowy (aby w chwili jej śmierci nie stać się żałobnikiem) i natychmiast wyniesiono ją z jego domu, przenosząc do innego. Wkrótce potem przyszła do niego wiadomość o śmierci Cecylii Metelli, co spowodowało że swój smutek topił w winie, upijając się do żywego. Gdzie się podziali bogowie, którym przez lata oddawał cześć i którzy czynili go zwycięzcą (a należy pamiętać że Korneliusz Sulla była bardzo zabobonny, nosił przy sobie różne talizmany oraz małe figurki bogów, których uważał za swych patronów). Teraz ci sami bogowie odebrali mu żonę, a on już nie wyglądał na szczęśliwego. Przez kolejne miesiące pił i oglądał występy aktorów lub błaznów, starając się zagłuszyć narastający ból. Aż pewnego razu, podczas igrzysk gladiatorskich, obok niego siadła młoda dziewczyna. W pewnym momencie sięgnęła ręką i wyciągnęła z jego togi nitkę, po czym - na pytanie, dlaczego to zrobiła - rzekła: "Bez powodu panie. Chciałam tylko zabrać ze sobą odrobinę twojego szczęścia", po czym odeszła. Miała na imię Waleria i była córką Marka Waleriusza Messalli Nigra, oraz rozwódką - niedawno rozstała się ze swym mężem. Sulla był pod wrażeniem tej kobiety i kazał się o niej wszystkiego dowiedzieć, po czym zaczął z nią korespondować listownie, wymieniając się miłosnymi wyznaniami. Ostatecznie pojął ją za żonę i Valeria - po śmierci Cecylii Metelli - zajęła miejsce nowej pierwszej damy Rzymu. Nie wiadomo jakie były powody, którymi kierowała się Waleria, aby wyjść za rzymskiego dyktatora (tym bardziej że mogłaby być nie tylko jego córką, ale jak niektórzy historycy twierdzą - również i wnuczką), wiadomo natomiast, co Sullę pchnęło ku niej. Jej uroda, gibkie, młode ciało i delikatność. Poza tym Waleria mówiła mu to, co pragnął usłyszeć i zachowywała się tak, jak przystało na cnotliwą i wierną żonę (natomiast Sulla, nawet po ślubie, nie zrezygnował ze swych miłostek z aktorkami i niewolnicami).




Takie życie coraz bardziej podobało się dyktatorowi i ostatecznie postanowił on zrezygnować z dyktatorskiej władzy (79 r. p.n.e.) i udać się na odpoczynek do swej wiejskiej posiadłości w Kampanii, gdzie delektował się słońcem, łowieniem ryb w słomkowym kapeluszu, miłością swej nowej żony, a od czasu do czasu występami aktorskimi. Czasami też urozmaicał sobie wiejskie życie przelotnymi miłostkami z tancerkami i sprowadzanymi specjalnie dla niego prostytutkami - ale czynił tak już znacznie rzadziej niż wcześniej. Składając dyktatorską władzę, stwierdził że pragnie żyć teraz jak zwykły obywatel i za takiego chce też być uważany, a to oznacza, że jeśli ktoś ma do niego żal, za decyzje podjęte w czasie jego rządów, może mu nawet wytoczyć sprawę przed sądem. Nikt się jednak nie ośmielił poważyć na taki krok, choć niejeden miał żal do Sulli za krwawe proskrypcje, wywłaszczenia, drakońskie podatki, zniesienie darmowego przydziału zboża dla najuboższych Rzymian czy też po prostu - za wprowadzane na jego polecenie prawa, których on sam często nie przestrzegał. Być może odstraszała ewentualnych oskarżycieli (jak również zamachowców) obawa konfrontacji z owymi 10 000 prywatnych ochroniarzy Sulli, który mimo że stał się teraz "zwykłym obywatelem", to jednak wciąż rządzili ludzie z jego nadania, weterani zaś, byli gotowi powstać na jedno jego skinienie ręki (co ciekawe, zaczęło im się już nudzić życie na wsi - na zagrabionej prawowitym właścicielom ziemi, którą ofiarował im Sulla w nagrodę - a wiele gospodarstw doprowadzili do ruiny, nie odnajdując się w wiejskim życiu rolnika i tylko czekali gdy ich wódz wezwie ich ponownie, by mogli w jakiś inny sposób zdobyć bogactwo). Nikt więc się nie odważył wystąpić przeciwko Sulli, ani nawet spróbować dokonać zamachu na jego życie. Pewnego jednak dnia, Sulla udał się w słomkowym kapleuszu na ryby, a gdy długo nie wracał, zaczęto go szukać. Znaleziono martwego (78 r. p.n.e.) choć nie było na ciele żadnych ran, zaczęto podejrzewać otrucie. Ale gdy okazało się że posiłki osobiście kontrolowała Waleria, przed podaniem ich mężowi, wykluczono i tę hipotezę (chyba że młodej kobiecie przestało się podobać życie u boku starca - ale to tylko spekulacje). 

Prawdopodobnie więc powodem jego śmierci były wrzody, które niemiłosiernie go trapiły, a szczególnie w ostatnich miesiącach życia. Jego szaty i włosy codziennie były pełne zgnilizny i cuchnących wydzielin, tak, iż służba nie nadążała z czyszczeniem łaźni (gorące kąpiele pomagały tylko na krótki czas). Robactwo wręcz się z niego wysypywało, szczególnie we włosach miał mnóstwo wszy i gnid, których ciążko było się pozbyć. Poza tym - zaczął cuchnąć i to tak bardzo, że trudno było przy nim wytrzymać (czyżby więc Waleria przyspieszyła nieco jego zgon?). W ostatnich tygodniach, a szczególnie w ostatnich dniach przed swoją śmiercią, Sulla skończył pisać "Wspomnienia", w których powiadał (na dwa dni przed śmiercią) że przyśnił mu się jego syn - zmarły jako chłopiec, jeszcze przed śmiercią swej matki Cecylii Metelli - który, przyodziany w nędzny strój, prosił ojca aby porzucił już to życie i poszedł z nim do matki, by odtąd wieść niezmącony spokój. Tak oto, w wieku 60 lat, zakończył życie człowiek, który gdyby zmarł cztery lata wcześniej (przed 82 r. p.n.e.) przeszedłby do historii jako jeden z największych rzymskich mężów stanu, polityków i wodzów. Krwawe proskrypcje, rabunek i nieszczęście, jakie sprowadził on na Rzym - kładą się niestety ujmą na jego życiorysie. Oby tylko bogowie potrafili przebaczyć mu jego zbrodnie, bo doprawdy, do dziś jeszcze żyją ludzie, którzy przeklinają czasy dyktatorskich rządów Lucjusza Korneliusza Sulli. 



 TUTAJ POKAZANA JEST SCENA ŚMIERCI SULLI - KTÓRA OCZYWIŚCIE NIGDY NIE MIAŁA MIEJSCA W TAKI SPOSÓB. ALE UKAZANY JEST TEŻ TUTAJ WĄTEK KONFLIKTU Z POMPEJUSZEM, GDYŻ SULLA ZMIENIŁ O NIM SWE ZDANIE I Z WCZEŚNIEJ STAWIANEGO ZA WZÓR, OSTATECZNIE - JAKO JEDYNY Z WODZÓW SULLI - ZOSTANIE POMPEJUSZ POZBAWIONY JAKIEGOKOLWIEK ZAPISU W TESTAMENCIE DYKTATORA





Trzydzieści lat później (49 r. p.n.e.) przekraczający Rubikon Cezar, stwierdził że Sulla był głupcem, skoro zrezygnował z władzy jaką zdobył, by odtąd żyć jak zwykły obywatel. Pięć lat później, ów Cezar leżał zamordowany w senacie, u stóp posągu Pompejusza Wielkiego. Tak oto przemija sława świata - można by dodać na zakończenie.                


 
CDN.
 

sobota, 4 kwietnia 2020

ZRESETOWALI NAS!

CZYLI JAK I CZY W OGÓLE 

OCZYSZCZA SIĘ SYSTEM?





 Przyznam się szczerze, że nie chce mi się pisać już na temat tego całego koronawirusa (znanego również jako Covid-19), ale ponieważ wszystkie media od rana do wieczora mówią tylko o tym, postanowiłem również zabrać głos i zaprezentować moje prywatne zdanie, na temat całej tej zarazy. Jak do tej pory, powstało już multum teorii spiskowych o Covid-19 (niektóre wręcz tak bzdurne, że aż szkoda tracić na nie czasu), choć teoria spiskowa sama w sobie, wcale nie musi być zabawna czy niedorzeczna (jeśli spojrzymy rozsądnie na dzieje świata, to cała historia ludzkości składa się wręcz z teorii spiskowych, gdyż w wielu kwestiach, nim cokolwiek zaistniało, pojawiała się najpierw myśl, a potem opracowywany był - często w tajemnicy - plan jej realizacji). Prawdziwym problemem jest jednak to, że my, jako społeczeństwo, nie jesteśmy rzetelnie informowani o prawdziwych powodach i realnych skutkach tej pandemii. Nie wiemy dokładnie (a możemy się tylko domyślać, lub spekulować) kiedy realnie rozpoczęto prace nad tym wirusem (gdyż fakt, iż jest to zaraza stworzona ręką człowieka, jest już dziś bezsporny), dlaczego wydostał się on z laboratorium i z jakiego powodu chińskie władze tak długo ukrywały informacje o Corona-chan? Jak to się stało, że Światowa Organizacja Zdrowia - informowana już wcześniej (w końcu grudnia 2019 r.) przez władze Tajwanu, o zaistnieniu takiej epidemii w prowincji Wuhan - nic z tym nie zrobiła, a wręcz celowo sprawę uciszyła, pozwalając by setki tysięcy turystów przybywało do Chin i tam się zarażało? (a Chińczycy wyjeżdżali do innych krajów świata). Komu (prócz oczywiście chińskiej Partii Komunistycznej) zależało również na tym, aby Covid-19 wydostał się za granicę i w przeciągu kilku-kilkunastu tygodni opanował praktycznie cały świat, oraz - jakie są prawdziwe (a nie znacznie zaniżane - może nie aż tak jak w Chinach, gdzie prognozuje się iż oficjalne statystyki zgonów, są... aż 40-krotnie wyższe) dane ofiar tej pandemii? Na te pytania próżno dziś jednak szukać odpowiedzi w mediach.

Należy jednak zadać sobie pytanie - komu mogło zależeć na wyprowadzeniu tego wirusa z Chin w taki sposób, aby objął on swym zasięgiem cały ziemski glob? Aby postarać się odpowiedzieć na tak postawione pytanie, należy przede wszystkim popatrzeć dokoła co się dzieje na świecie i jak Corona-chan wpływa nie tylko na politykę i gospodarkę, ale również na inne dziedziny naszego życia. Co też takiego się stało i dlaczego świat przechodzi swoisty reset systemu, który wręcz wali się na naszych oczach. Spójrzmy ile warte dziś były te wszystkie lewicowo-liberalne gadki o potrzebie zjednoczonej Europy, budowaniu jednego europejskiego państwa, tworzeniu jednej europejskiej armii itd. itp. Dziś, w tych dniach, gdy obywatele państw Unii Europejskiej najbardziej potrzebują jakiejś pomocy z jej strony, Unii nie ma, Unia nie istnieje, przestała realnie funkcjonować, zaś jedna z jej czołowych przedstawicielek - przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen - umywa ręce (i to dosłownie, gdyż jedyne co w tym momencie potrafi, to pokazywać jak powinno się prawidłowo myć ręce). To wszystko co owa "wspólnota" ma dziś do zaoferowania państwom takim jak Włochy, czy Hiszpania - gdzie odsetek zarażonych i odsetek zgonów jest jednym z najwyższych w skali całego globu (nie licząc USA - gdzie pandemia też przybiera niepokojące rozmiary i niektórzy twierdzą że to dopiero początek, a właśnie w Stanach Zjednoczonych dojdzie wkrótce do prawdziwej apokalipsy, gdzie zarażonych może być nawet kilka milionów ludzi). Unia przestała funkcjonować, liczą się tylko państwa narodowe, a przed laty wmawiano nam, że jedynym wyjściem dla przyszłości Europy, jest ścisła integracja, która uniemożliwi powstanie nacjonalizmów prących ku wojnie (swoją drogą to ciekawe że za nacjonalizmy uważa się najbardziej lewicowe reżimy jakie kiedykolwiek istniały - rosyjski komunizm i niemiecki nazizm - które to razem wzięte, doprowadziły do niewyobrażalnych zbrodni i śmierci setek milionów ludzi. To nie państwa narodowe, ani nawet nacjonalizm popychał te kraje do wojen i podbojów, ale właśnie chore, lewicowe ideologie, które miast Boga, zawsze stawiały sobie na cokołach swoich bożków - rasę czy też klasę społeczną, zaś dziś ich ideowi kontynuatorzy dodają do tego jeszcze płeć i orientację seksualną).




Niektórzy twierdzą, że Unia nie może działać sprawnie, gdyż traktaty europejskie (te podpisane w Lizbonie w 2007 r., które weszły w życie ostatecznie 13 listopada 2009 r. po ratyfikacji przez ostatni kraj członkowski - Czechy) nie przyznają Unii żadnych uprawnień w tej kwestii. A gdyby jednak przyznawały, to co? byłoby lepiej? Zresztą fakt, iż podpisane traktaty ograniczają Unię w jakiejś materii, nie ma większego znaczenia w sytuacji, w której sama Unia konsekwentnie dąży do pozatraktatowego zwiększenia swych uprawnień i przywilejów. Tak np. jest w kwestii tak zwanej: "praworządności", czyli brutalnemu wtrącaniu się Unii Europejskiej - wbrew podpisanym traktatom, nie przyznającym jej żadnych co do tego kompetencji - w wewnętrzny kształt systemu sądownictwa w krajach członkowskich. Widać to wyraźnie w próbie wymuszenia na Polsce zaprzestania wdrażania tych reform w sądownictwie, które (w jakiś ograniczony choćby sposób) eliminowałaby  wszechwładzę owej kasty sędziowskiej, która po 1989 r. uniknęła lustracji. Ci wszyscy wielcy "eksperci", jak choćby profesor Strzembosz - dziś tak bardzo krytykujący zmiany w sądownictwie - na progu transformacji ustrojowej sprzed trzydziestu lat mówili: "Nie dotykajmy sądownictwa, zostawmy je, sędziowie sami się oczyszczą". Dziś widać jak to "sędziowskie oczyszczenie" postępuje  a kasta ta (mam tutaj oczywiście na myśli niewielką, lecz bardzo wpływową grupę ludzi, którzy uważają się wręcz za żyjących bogów i zdolni są do wszelkich niegodziwości, byle tylko utrzymać swe wpływy) z biegiem lat jeszcze bardziej się zdegenerowała. Widać też jawną obłudę, gdy słyszy się że obecnie jest już za późno na przeprowadzenie reformy sądownictwa. Za późno? Ale przecież po 1989 r. sędziowie sami mieli się oczyścić i usunąć ze swojego grona osoby totalnie  skompromitowane w służbie komunistycznemu aparatowi przemocy (jak choćby takich sędziów jak Stefan Michnik - który w latach 50-tych skazywał na śmierć w sfingowanych procesach politycznych Żołnierzy Wyklętych, a potem uciekł do Szwecji w obawie przed karą i tam się zamelinował), wówczas to nie nastąpiło i gdy po roku 2000 wrócono do planów lustracji sądownictwa, to znów podniosły się głosy: "Zostawmy sądownictwo, sędziowie sami się oczyszczą". Dziś zaś, ci sami ludzi obłudnie twierdzą: "Teraz chcecie rozliczać sądownictwo, trzeba było zrobić to wcześniej" (zresztą żadne środowisko samo w sobie, przez nikogo nie przymuszone, nie ma ani osobistego interesu, ani chęci do przeprowadzania jakichkolwiek zmian - to powinno być oczywiste dla każdego, w miarę inteligentnego człowieka).

Ale wracając do tematu - Unia Europejska praktycznie przestała istnieć, a brukselscy eurokraci gdzieś się zadekowali w obawie przed zarazą. I oto nagle przestały być słyszalne te wszystkie lewicowe przesłania - stanowiące dotąd niepodważalny kanon lewicowej propagandy - jakoby istniało jakieś kilkadziesiąt płci, jakoby homoseksualizm był wrodzony, jakoby płeć można sobie wybrać w zależności od nastroju i jakoby dzieci były wrażliwe na bodźce seksualne już od urodzenia? Gdzie podziała się propaganda feministek, widzących wciąż największe zagrożenie dla świata w białych, heteroseksualnych mężczyznach, a jednocześnie twierdzących że kobieta i mężczyzna niczym się od siebie nie różnią? Dziś, gdy okazuje się że to właśnie mężczyźni są bardziej podatni na zarażenie Covid-19 i że prócz płuc, serca, przełyku oraz systemu nerwowego - wirus atakuje również jądra, okazuje się że nie ma już wymyślonych kilkudziesięciu płci, tylko są (i zawsze były, a wszelkie od tego odstępstwa, znane od starożytności - w postaci osób androgynicznych - są jedynie pewną anomalią, czyli odstępstwem od reguły) są dwie płcie i jeśli mężczyzna przebierze się za kobietę, oraz będzie myślał i twierdził że jest kobietą - to przecież realnie nie przestanie być mężczyzną, co najwyżej będzie facetem w damskich ciuchach i tyle. Zabawne w tym wszystkim jest to, że ci wszyscy ekolodzy, walczący o ograniczenie dwutlenku węgla pod tęczowo-feministycznym przywództwem Grety Thunberg (jakiś czas temu miała ona stwierdzić, że kryzys klimatyczny spowodowany jest przez "kolonializm, rasizm i patriarchalny system opresji"), nie są w stanie przyjąć i zaakceptować prawideł natury, która czyni nas od urodzenia mężczyznami i kobietami, i która powoduje że rodzimy się jako istoty płciowe, ale w żadnym razie nie seksualne.




Dziecko nie jest wrażliwe seksualnie dopóty, dopóki nie osiągnie dojrzałości seksualnej, a staje się tak dopiero w wieku dojrzewania - czyli mówimy tutaj już o nastolatku, a nie o dziecku. To też już zostało naukowo udowodnione (okazało się że nie ma ani żadnego "wrodzonego genu homoseksualizmu", ani też dzieci nie rodzą się jako istoty seksualne, natomiast lewica z WHO na czele - tym samym które nie kiwnęło palcem, aby przeciwdziałać chińskiej pandemii z Wuhan i na którego czele stoi zagorzały marksista Teodros Adhanom - zaleca rozpoczęcie seksualizacji dzieci od najmłodszych lat życia, zaś w matrycy dla grupy wiekowej dla dzieci lat 0-4, znajdują się takie zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia - "masturbacja w okresie wczesnego dzieciństwa, odkrywanie własnego ciała i własnych narządów płciowych (...), wyrażanie własnych potrzeb, życzeń i granic, na przykład w kontekście "zabawy w lekarza" (...). Pozytywne nastawienie w stosunku do własnej płci biologicznej i społeczno-kulturowej (...). Prawo do badania nagości i ciała, do bycia ciekawym. Pomóż dziecku rozwijać ciekawość dotyczącą własnego ciała i ciał innych osób". Cóż to innego jest, jak nie najzwyklejsza pedofilia, jak przygotowywanie dziecięcych haremików, dla zboczonych pedofilów?). Innymi słowy celem jest uczynienie z dzieci istot niestabilnych zarówno płciowo, jak i seksualnie, a służy temu również otaczająca nas popkultura i oczywiście media. Skąd bierze się w ostatnich latach nagły wzrost osób, które twierdzą że są homoseksualne lub biseksualne? (w takich krajach jak Szwecja, Wielka Brytania, Niemcy czy USA w przeciągu dekady, osobu z podejrzeniami zaburzeń tożsamości płciowej wzrosły o... 1000 %). A spowodowane to jest przede wszystkim kulturą masową, tymi wszystkimi serialami, filmami, muzyką w której homoseksualizm uważany jest za coś naturalnego i wrodzonego (żeby było jasne - ja nie mam nic przeciwko homoseksualistom, w żadnym razie, to są ludzie którzy żyją sobie w taki sposób, w jaki chcą sobie żyć i póki nie łamią prawa, to jest tylko i wyłącznie ich prywatna sprawa, mnie nic do tego. Ale zawsze będę się sprzeciwiał ekspansji ideologii homoseksualnej i ideologii gender, która robi sieczkę w mózgach naszych dzieci i tworzy z nich istoty nieprzystosowane ani do świata ani do życia, ani też do jakiejkolwiek odpowiedzialności za siebie samych, jak i za swoją rodzinę. Są to takie żywe, współczesne, chodzące zombi).

A przecież już samo Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatrów LGBTQ+ stwierdza iż: "Obecnie odnowiło się zainteresowanie poszukiwaniem biologicznych źródeł homoseksualizmu. Jakkolwiek jak dotąd nie znaleziono powtarzalnych naukowych badań wspierających tezę o decydującym wpływie jakiegoś czynnika biologicznego. (...) Niektórzy ludzie wierzą, że seksualna orientacja jest wrodzona lub niezmienna, ale seksualna orientacja zmienia się w ciągu życia. Niektóre osoby na poszczególnych etapach życia stają się świadome, że są heteroseksualne, homoseksualne lub biseksualne". Innymi słowy: nie ma czegoś takiego, jak gen homoseksualizmu, gdyż ludzie nie rodzą się jako istoty seksualne. Rodzimy się jako istoty płciowe (chłopcy-dziewczynki, mężczyźni-kobiety) i uczymy się naszej seksualności w trakcje całego procesu dojrzewania. Niekiedy ulegamy modzie, wpływom otoczenia, innym razem chcemy poeksperymentować, doświadczyć czegoś innego. Zdarza się też, że nasza orientacja seksualna zostaje zaburzona (np. poprzez homoseksualny gwałt) i wtedy dalej wkręcamy się w to środowisko, twierdząc że jesteśmy (co najmniej) biseksualni. Przyczyn wzrostu osób o orientacji homoseksualnej jest wiele, ale wszystkie sprowadzają się zarówno do wychowania, jak i do kultury masowej, którą dzieciaki chłoną niczym gąbka. I tutaj właśnie mamy poważny problem - ponieważ media są w rękach wielkiego kapitału, któremu bardzo zależy na tworzeniu "seksualnych zombi", niezdolnych nie tylko sprecyzować własnej orientacji seksualnej, ale nawet... wskazać własnej płci. Zastanówmy się, co może osiągnąć w życiu człowiek, który nie wie nawet czy jest mężczyzną czy kobietą? Jak ma zadbać o swoją przyszłość, o bezpieczeństwo swojej rodziny, jak ma stać się oparciem i ochroną dla swojej kobiety? Przecież taka istota, niestabilna uczuciowo (i rozedrgana psychicznie), zdana jest jedynie na pomoc innych, w tym przypadku pomoc władzy - która w jakiś "magiczny" sposób zapewni mu przetrwanie. Taka osoba będzie więc wspierała tych, którzy "dadzą mu jeść" i będą go wspierać w jego emocjonalnym rozedrganiu - czyli głównie wszelkie lewactwo. Ci wszyscy wielcy aktywiści (czy to lgbt, czy też pseudo-ekolodzy) istnieją dopóty, dopóki jest kasa. Jak się kasa kończy, nie ma żadnych aktywistów - gdyż oni sami nie są w stanie zarobić na swoje utrzymanie i muszą polegać na datkach od rządu lub organizacji pozarządowych (wspieranych przez wielkie koncerny i ludzi pozostających w cieniu światowej finansjery i polityki).

Podobnie jest z feministkami, które głośno krzyczą, widząc opresję jedynie w owym mitycznym patriarchacie, a nie dostrzegają że każda płeć ma swoje role do wypełnienia na tym świecie i nie jest to wcale żadna narzucona nam opresja kulturowa (choć kultura nieznacznie wzmacnia ten proces), tylko naturalny proces rozwoju. Spójrzmy tylko jak nasza planeta w sposób wręcz genialny potrafi układać świat. Jak zwierzęta z różnych gatunków wykształciły cechy, umożliwiające im kamuflaż i obronę przed drapieżnikami. I to wszystko w celu przetrwania, rozwoju gatunku. Tylko gatunek ludzki wydaje się być na tyle głupi, aby sądził że anomalie (które występują także i w świecie zwierząt) jak choćby homoseksualizm - można uważać za coś naturalnego i wrodzonego. Popatrzmy wokół siebie a następnie zamknijmy oczy i weźmy głęboki oddech - co czujemy? ŻYCIE! Otaczające nas zewsząd pragnienie i dążenie do życia. Prawdą jest bowiem, że wszystko zmierza ku życiu, każdy organizm, każda komórka pragnie przetrwać i przekazać dalej swoje geny. Taki jest cel trwania nie tylko tutaj na Ziemi, gdyż jeśli tylko mamy choć trochę rozsądku i nie jesteśmy całkowicie zaplątani w te wszystkie nasze "ziemskie sprawy", to uświadomimy sobie, że życie nie kończy się także po naszej fizycznej śmierci - że istniejemy dalej, że wokół nas otoczeni jesteśmy ciągłym i nieprzeniknionym, niekończącym się życiem. Natura jest genialna w swej prostocie i potrafi w cudowny sposób obalać ludzkie przesądy i mity (gdybyśmy bowiem porzucili Ziemię na jakiś czas, zauważylibyśmy że po kilkuset latach, nasze wspaniałe miasta, pokryłyby się zielenią, domy zarosły drzewami i trawą, a dzieła ludzkich rąk, w konfrontacji z siłami natury stałyby się niczym), także i te, związane z płcią i seksualnością (przypomniał mi się przypadek pewnego transwestyty, który trafił do szpitala i miał być operowany - chodziło o przerost prostaty. Tylko że on uważał się za kobietę i chciał być leczony jak kobieta - a jak wiadomo kobiety prostaty nie posiadają. Ponieważ lekarze nie chcieli się na to zgodzić, zawiadomił on jedną z organizacji NGO i wkrótce do szpitala przybyła przedstawicielka tejże organizacji, która starała się wymusić na lekarzach, by uszanowali wybór pacjenta i leczyli go jak kobietę. Ostatecznie lekarze wyrazili na to zgodę, ale najpierw zażądali, by owa przedstawicielka NGO, podpisała dokument, w którym brałaby na siebie prawną i finansową odpowiedzialność za wszelkie ewentualne powikłania takiego leczenia, łącznie ze śmiercią pacjenta. I co się stało? Owa kobieta bardzo szybko się ulotniła, zniknęła i nie został po niej ślad, a ów transwestyta musiał być leczony w naturalny sposób, czyli jak mężczyzna).


CIEKAWE PRZEMÓWIENIE DONALDA TRUMPA I JFK

 

Podsumowując - nie wiadomo dokładnie kto i dlaczego wypuścił Covid-19 z laboratorium w Wuhan, ale, jedno jest pewne. Ten mały, zabójczy (choć sam w sobie ponoć nie jest zabójczy, oddziałuje jednak na komórki, obniżając automatycznie odporność całego organizmu - co oznacza że jeśli ktoś choruje na inne choroby np. cukrzycę, ma większą możliwość wystąpienia poważniejszych skutków chorobowych) wirus, nagle zaczął nam resetować dotychczasowy system na naszej małej planecie. Już teraz ustąpili z zajmowanych stanowisk prezesi kilkudziesięciu międzynarodowych korporacji, a platformy takie jak Google czy YouTube nagle ograniczyły cenzurę internetu. Wielcy tego świata zadekowali się w swoich willach i pałacach, jakby obawiając się tego, co nadchodzi. Trwają też ponoć aresztowania najbardziej zaangażowanych zwolenników wdrażania planów NWO, zaś aby to umożliwić (i aby zginęło przy tym jak najmniej osób) wprowadzono nakaz "Zostań w domu" (swoją drogą, jest to bardzo dobra i przemyślana akcja, gdyż w najlepszy sposób ogranicza zarówno przyrost nowych zarażonych, jak i ewentualnych ofiar śmiertelnych). Czy tak jest naprawdę? Coś w tym musi być, gdyż wielcy tego świata nagle... zniknęli. Albo schowali się w swoich norach, albo też zostali w jakiś sposób wyeliminowani, co oznacza że światowy system oczyszcza się z dotychczasowych bredni i jawnych kłamstw, serwowanych nam w opakowaniu niezbywalnej i jedynej prawdy objawionej lewicy. Sai Baba - hinduski mistyk, właśnie na 2020 r. przewidywał nastanie radykalnego resetu dotychczasowego systemu, być może właśnie w celu pewnego przebudzenia się ludzkości i uświadomienia sobie, że dotąd żyliśmy w matriksie pełnym kłamstwa i obłudy. Sai Baba twierdził również (ok. roku 2000) że właśnie od 2020 r. nastąpi podniesienie się świadomości ludzi i wyjście z tej naszej "zwierzęcej" częstotliwości, ku częstotliwości ludzkiej - przygotowującej nas na to co nieubłaganie nadchodzi, czyli na uzmysłowienie sobie, że my, ludzie, nie jesteśmy jedyną formą życia, nie tylko w całym Wszechświecie, ale także i w naszej Galaktyce. Do wszystkiego tego ludzkość musi dojrzewać powoli, tak samo jak do swej seksualności dojrzewa powoli nastolatek, który dopiero uczy się poznawać damsko-męski świat. Obecnie posiadamy już taką wiedzę, że jesteśmy w stanie uświadomić sobie - lub jedynie przyjąć do wiadomości - że nasze istnienie nie jest wyjątkowe, a przecież, gdybyśmy cofnęli się do starożytności lub średniowiecza, lub nawet do XVI, XVII, XVIII wieku - to wszelkie niezrozumiałe dla nas zjawiska, tłumaczylibyśmy jedynie interwencją bogów (Boga). Spójrzcie więc jak daleko już doszliśmy, a ile jeszcze przed nami...?!


 




PS: Jak Covid-19 wpłynie na światową gospodarkę, zobaczymy dopiero za kilka miesięcy, choć już nastąpiło duże spowolnienie. Ja sam też musiałem ograniczyć aktywność zawodową, choć na razie nie jest tak źle i (jeszcze) nie muszę nikogo zwalniać. Wierzę też że my wszyscy jakoś wyjdziemy z tego doświadczenia obronną ręką, nawet jeśli obecnie trzeba nieco zacisnąć pasa. Pamiętajcie o jednym - Umysł to My! To co rodzi się w naszej głowie, urzeczywistnia się wcześniej czy później w naszej rzeczywistości, dlatego też, jeśli teraz będziemy rozmyślać tylko o naszych problemach finansowych - które bez wątpienia są ważne, ale nie najważniejsze - to one wciąż będą do nas powracać. Myślmy o tym co dobre, zajmijmy się odnową relacji z naszymi partnerami, z naszymi dziećmi, spędzajmy więcej czasu w gronie rodziny, jedzmy wspólnie posiłki. Odłóżmy telefony, smartfony, komputery, a wróćmy do naszych bliskich, gdyż każdy człowiek potrzebuje trochę uwagi i ciepła, a w naszym zabieganym dotychczasowym życiu, nie było na to dotąd zbyt wiele czasu. 


PS2: Wedle tego, co mówi Witold Gadowski - opierając się na już przeprowadzonych doświadczeniach naukowych - jedną z najlepszych metod na skuteczne ograniczenie zachorowania na koronawirusa, jest zakwaszenie organizmu... chininą, która zawarta jest chociażby w Tonicu. Pijmy więc Tonic, myślmy pozytywnie i z wiarą podchodźmy do tego, co przed nami. Bo to, co jest nam przeznaczone i tak musimy przeżyć - a życie trwa dalej i trwać będzie dalej, gdyż wszystko zmierza ku życiu!




 
DZIĘKUJĘ ZA UWAGĘ

 

piątek, 3 kwietnia 2020

AMERICAN STORY - Cz. V

DZIEJE

STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI

OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT

KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





POKOLENIE II

PIONIERSCY PIELGRZYMI

Cz. I



 "KTÓRY Z KRÓLÓW TEGO KRAJU PRZED JEJ KRÓLEWSKĄ MOŚCIĄ WIDZIAŁ KIEDYKOLWIEK SWE FLAGI NA MORZU KASPIJSKIM? KTÓRY Z NICH TRAKTOWAŁ Z CESARZEM PERSJI (...) KTO PRZED OBECNYM PANOWANIEM WIDZIAŁ KIEDY ANGIELSKIEGO AMBASADORA NA WSPANIAŁYM KRUŻGANKU WIELKIEGO WŁADCY KONSTANTYNOPOLA? KTO KIEDYKOLWIEK ZNAJDOWAŁ ANGIELSKICH KONSULÓW I AGENTÓW W TRYPOLISIE SYRYJSKIM, W ALEPPO, W BABILONIE, W BALSORZE, I - CO WIĘCEJ - KTO KIEDYKOLWIEK SŁYSZAŁ DAWNIEJ O ANGLII W GOA"

RICHARD HAKLUYT

"GŁÓWNE KIERUNKI NAWIGACJI, PODRÓŻE I ODKRYCIA NARODU ANGIELSKIEGO"

(1589 r.)



 

 
 Bez wątpienia Anglia przystąpiła do wielkiej ekspansji kolonialnej stosunkowo późno (można nawet rzec że jako jedno z ostatnich państw Zachodniej Europy). Od czasów średniowiecza, próbowała mała Anglia narzucić swoją wizję świata i polityki, a także swój język Europie kontynentalnej, ze szczególnym uwzględnieniem Niderlandów, Burgundii, Akwitanii i innych ziem dzisiejszej Francji. Pod panowaniem swych wielkich monarchów, takich jak: Henryk II, Ryszard I Lwie Serce, Henryk III, Edward I, Edward III, Henryk IV i Henryk V - przeżywała okres swej największej kontynentalnej świetności. Ale po Wojnie Stuletniej i Wojnie Dwóch Róż, dotychczasowa potęga Korony Anglii zaczęła blaknąć, a w czasach Henryka VII i pierwszych dziesięcioleciach panowania jego syna Henryka VIII, Anglia stała się jedynie przedmiotem ogólnoeuropejskiej polityki wielkich mocarstw. Skazani na wyspiarską egzystencję i obawiający się ekspansji na swą Wyspę potężnej Hiszpanii czy Francji, żyli Anglicy zamknięci - we własnych zamkach - wiodąc prowincjonalną egzystencję i rozpamiętując dawno minioną chwałę rycerską z czasów Edwarda Czarnego Księcia i Henryka V. Gdy Hiszpanie i Portugalczycy rozpoczęli, zakrojoną na wielką skalę kolonizację nowo odkrytych ziem w Nowym Świecie, Anglicy wciąż jeszcze pozostawali bierni. Jedynym pocieszeniem było dla nich to, że również i Francuzi - ich odwieczni konkurenci - zbytnio nie angażowali się w zamorską ekspansję kontynentalną, a to głównie z powodu trwających we Francji wojen religijnych. Dopiero właśnie od czasów Elżbiety I, a szczególnie po pokonaniu hiszpańskiej Armady w 1588 r., rozpoczął się coraz bardziej intensywny kurs ku Nowemu Światu i tamtejszym bogactwom. O pierwszych angielskich próbach kolonizatorskich pisałem już w poprzednich częściach tego tematu, w każdym razie początkowo jedynym udanym przedsięwzięciem Anglików, okazało się założenie w 1607 r. kolonii Jamestown w dzisiejszej Wirginii. Kolonia ta (o czym też już pisałem) nie przetrwałaby jednak, bez sprowadzonych tam przez Johna Smitha rzemieślników z Polski (1608 r.) i przez kilkanaście pierwszych lat, ta właśnie ekspansja włóczęgów, piratów i rzemieślników - stanowiła podstawę angielskiej kolonizacji Północnej Ameryki.

Jednak determinacja Anglików i zmiana ich myślenia o świecie, otworzyła im drogę do chwały i potęgi, jakiej nigdy wcześniej nie zdobyli na kontynencie europejskim, a podstawą owej zmiany myślenia, było postawienie na handel i żeglugę. To spowodowało, że ich konkurenci - Hiszpanie, Portugalczycy i Francuzi - bardzo szybko spadli na dalsze pozycje w owym europejskim "wyścigu szczurów" do Nowego Świata. W Anglii oczywiście wciąż panował feudalizm w epoce królowej Elżbiety I Tudor i Jakuba I Stuarta, ale był on znacznie mniejszy niż we Francji, a we Francji jeszcze mniejszy niż w Hiszpanii czy Portugalii. To powodowało, że co prawda Hiszpanie byli wspaniałymi żołnierzami i konkwistadorami, za to słabymi żeglarzami, a już w ogóle mało przedsiębiorczymi kupcami i beznadziejnymi politykami. Natomiast Anglicy postępowali inaczej. Przede wszystkim, od czasów wygnania z Anglii Żydów w 1290 r. (którzy to całkowicie - podobnie zresztą jak w Polsce - zdominowali angielską bankowość w średniowieczu), Anglicy - nie mając innego wyjścia, sami musieli przejąć dotychczasowe obowiązki, związane z bankowością i handlem i bardzo szybko zdominowali ten sektor. Gdy więc Żydzi powrócili do Anglii (w drugiej połowie XVII wieku), napotkali tutaj bardzo silną, angielską konkurencję i nie byli już w stanie ponownie zdominować tutejszego rynku usług finansowych. Inaczej było w Hiszpanii, gdzie Żydzi długo pełnili role pożyczkodawców i pełnomocników hiszpańskiej Korony, aż do czasów, gdy po zdobyciu Grenady w 1492 r. Ferdynand II Aragoński i Izabella I Kastylijska - wygnali ich z Hiszpanii. We Francji zaś przepędzano Żydów dwukrotnie w 1306 i 1394 r. (co powodowało że ci udawali się albo do muzułmańskich państw w Afryce Północnej, albo też do Polski. Pisał o tym w 1885 r. chociażby duński historyk Georg Brandes: "Żydów mieszka w Polsce bardzo dużo, bo Polacy dali im gościnę, kiedy cała Europa prześladowała ten naród. I Polska wolna jest od ksenofobii tak typowej u Niemców zwanej antysemityzmem"), ale silny w tych krajach feudalizm, nie sprzyjał rozwojowi handlu i bankowości na większą skalę (szlachcic bowiem, pod groźbą utraty szlachectwa - bez pośredników - nie mógł zajmować się tak niewdzięcznym zajęciem, jak np. udzielanie pożyczek na procent, czy też handel towarami). Szlachta uważała się za prawdziwych "wybrańców bogów", jedynych przeznaczonych do panowania nad całą resztą społeczeństwa (mieszczanami i chłopami), przez chwałę swego rodu i własne wielkie osiągnięcia.

To właśnie myślenie przenosili częstokroć szlachetnie urodzeni na morze, gdzie panowały zupełnie inne zasady niż te, obowiązujące na lądzie. Na przykład hiszpańscy caballeros, zaokrętowani na statkach, czuli głęboką pogardę do marynarzy, każąc im wykonywać wszelkie, najbardziej niewdzięczne i upokarzające zajęcia (podobnie postępowali hiszpańscy żołnierze, uważając się za znacznie lepszych i wartościowszych od zwykłych marynarzy). Zapędzali ich na przykład do wioseł jak niewolników, oraz zabraniali schodzić pod pokład w czasie deszczu lub na nocny odpoczynek. Angielscy gentlemani początkowo zachowywali się podobnie co ich francuscy i hiszpańscy "kuzyni krwi", ale szybko wybił im to z głowy sir Francis Drake, który stwierdził (w swej broszurze z 1578 r.) że na morzu nie ma już podziału na szlachtę i nie szlachtę, na gentlemanów i marynarzy od brudnej roboty. Na morzu wszyscy jesteśmy marynarzami i tak właśnie musimy się zachowywać. Nie można było bowiem doprowadzić do sytuacji, że liny okrętowe ciągną tylko marynarze, a szlachetnie urodzeni stoją i się przyglądają - jak pisał Drake: "Muszę mieć gentlemanów, którzy będą holować i ciągnąć z marynarzem" i tak właśnie postępował. Z czasem stało się to normą w angielskiej flocie i zaczęło powszechnie obowiązywać (co oczywiście nie znaczy, że oficerowie nie mieli nad żeglarzami władzy absolutnej, często prowadzącej do ich śmierci - np. za nieposłuszeństwo było przeciąganie pod kilem lub batożenie do omdlenia - co wcale też nie należało do wynalazków piratów, jak się dziś powszechnie uważa - były to bowiem "wynalazki"... Anglików, a raczej angielskich oficerów, którzy w ten właśnie sposób traktowali własną załogę. Często bunty angielskich marynarzy z końca XVIII i początku XIX wieku - może kiedyś jeszcze je opiszę - były spowodowane właśnie okrucieństwem oficerów Jego Królewskiej Mości).

 


Należy jednak stwierdzić, że Anglia była krajem prawa (podobnie jak Rzeczpospolita), gdzie bez wyroku sądowego, nawet monarcha nie mógł skazać na śmierć zwykłego rzezimieszka (a tak postąpił król Szkocji Jakub VI - który w 1603 r. obrany został królem Anglii i panował tam jako Jakub I - jadąc do Londynu, w Newark kazał stracić bez sądu pewnego drobnego złodziejaszka, złapanego na gorącym uczynku). Monarcha angielski panował w tym kraju nie na zasadzie despotyzmu (gdyż król Anglii - w zasadzie prócz straży pałacowej - nie posiadał wojska), lecz poważania i uwielbienia poddanych. Nie mogąc ich do niczego zmusić siłą, musiał bazować zarówno na swej religijnej pozycji "Bożego Pomazańca" i "Głowy Kościoła Anglii", jak i na autorytecie jaki miał wśród swych poddanych. Analogiczna sytuacja występowała w Rzeczpospolitej, gdzie jak pisał hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski: "W innych narodach pany swe kozikami kolą, a u nas z łaski Bożej nigdy nic takiego przeciw panu nie było zamyślone", zaś hetman wielki koronny Jan Zamojski dodawał: "Miłujemy i Ojczyznę, i pany swe miłujemy". Jednak, gdy na Sejmie (styczeń-marzec 1605 r.) poróżnił się z królem Zygmuntem III, rzekł do niego: "Na imię Boga, zaklinamy cię więc królu! Nie zapominaj, że Szwecyja cię zrodziła, Polska przyjęła i karmi; Polska twoją matką i blaskiem twoim; kochaj ją, kochaj twoich poddanych, jeżeli chcesz zestarzeć się pomiędzy nami", gdy zaś wzburzony król, chwycił rękojeść szabli, Zamojski dodał: "Królu! Nie rwij się do oręża aby potomność ciebie Cezarem, nas nie nazwała Brutusami. Jesteśmy wyborcami królów, a pognębicielami tyranów; króluj nam, nie panuj!" W Anglii co prawda nikt tak śmiele nie odważyłby się zwrócić do swego monarchy, ale miłość i szacunek ludu angielskiego była w stosunku do króla, powszechnie znana (W 1616 r. Andrzej Łubieniecki też pisał o stosunku narodu polskiego - Rzeczpospolitan - do króla: "Taką miłość ma u poddanych i tak im ufa, że głowę swoją na każdego łonie (może) położyć, a jednym uchyleniem czapki  może 100 000 wojska w Polszcze i na Litwie zebrać".

Pomimo tak powszechnego uwielbienia dla władcy, lud angielski pod koniec życia królowej Elżbiety I, był już w ogromnej większości wyznania protestanckiego (anglikańskiego), a ich życie opierało się na Biblii i Modlitewniku. Od 14 maja 1532 r. król Anglii stał się jednocześnie głową Kościoła. 23 marca 1534 r. wydano "Akt Zdrady" - nazywający zdrajcami tych wszystkich, którzy nie uznawali w królu przywódcy religijnego, zaś od 18 kwietnia 1534 r. - wszyscy poddani musieli złożyć publiczną przysięgę na wierność królowi, potwierdzając tym samym ostateczne zerwanie z katolicyzmem i Rzymem, choć sam "Akt Supremacji" został uchwalony przez Parlament dopiero 3 listopada 1534 r. W czasach krótkich, sześcioletnich rządów syna Henryka VIII - Edwarda VI, wydany został (1549 r.) Modlitewnik Powszechny arcybiskupa Canterbury - Thomasa Cranmera, który stał się (szczególnie jego drugie, poprawione wydanie z 1552 r.) wykładnią religii anglikańskiej w całym kraju. Ten pierwszy okres protestantyzmu, zakończył się w Anglii wraz z wstąpieniem na tron córki Henryka VIII i Katarzyny Aragońskiej - Marii Tudor, która rozpoczęła swe (też krótkie) panowanie, po śmierci jej piętnastoletniego brata Edwarda VI w lipcu 1553 r. Nowa królowa, żyjąc przez lata w strachu przed humorami swego ojca, który skazał na śmierć także i dwie ze swych sześciu żon (a ostatnią - Katarzynę Parr tak sterroryzował, że ta bała się czytać jakiekolwiek książki bez jego zgody, aby tylko nie zostać posądzoną o innowierstwo i uleganie katolicyzmowi). Została ona również zmuszona do złożenia przysięgi na wierność ojcu i uznała go głową Kościoła w Anglii (choć w sercu pozostała katoliczką). Uczyniła tak, aby ratować życie, gdyż ojciec mógł w każdej chwili przysłać jej wyrok śmierci (a znane były jego zmiany nastroju, gdy jednego dnia potrafił nadawać tytuły i posiadłości swym dworakom, by następnego dnia oddać ich w ręce kata. Nic więc dziwnego, że Katarzyna Parr przeraziła się nie na żarty, gdy Henryk specjalnie urządził prowokację, podczas której Lord Kanclerz miał aresztować królową wraz z dwórkami i odstawić je do Tower. Oczywiście Henryk do tego nie dopuścił i przepędził halabardników, ale było to jawne ostrzeżenie w stosunku do wykształconej i lubującej się w czytaniu Pisma Świętego oraz zgłębianiu jego tajemnic - królowej, która od tego momentu wyrzuciła wszystkie książki jakie miała, prócz Biblii zatwierdzonej przez samego króla).




Teraz, gdy została już królową, mogła wreszcie dać pomstę za cierpienia swej matki (która musiała znosić królewską kochankę - Annę Boleyn - u boku swego męża), jak również za swoje własne, spędzone w strachu i niepewności dni. Ów żal i nienawiść, jaka przez dziesięciolecia narastała w tej 36-letniej kobiecie, stała się jednakże przyczyną jej upadku i klęski misji ponownej rekatolizacji kraju. Maria - która przeszła do historii pod nazwą "Krwawej" (ze względu na skazywanie na śmierć zagorzałych protestantów i zwolenników Anny Boleyn), miała szansę ponownie przywrócić w Anglii katolicyzm, tylko że poprzez swój upór i dążenie do jak najszybszego doprowadzenia do tego celu, po prostu przedobrzyła. Maria odniosłaby znacznie większy sukces, gdyby powróciła do religijnego kompromisu z czasów jej ojca (jeszcze sprzed wydania Modlitewnika Cranmera), polegającego na przywróceniu łacińskiej mszy i stopniowym "likwidowaniu" opornych protestantów (tak czyniła na przykład Elżbieta I, paląc na stosie zaprzysięgłych katolików), ale poprzez swój upór i głupie polityczne decyzje (jak choćby plany małżeństwa z synem króla Hiszpanii Karola V - księciem Asturii i Girony oraz przyszłym królem Hiszpanii - Filipem II, do którego doszło w 1554 r., choć obaj małżonkowie nigdy się nie spotkali), utraciła poparcie swego ludu. Poza tym, konsekwentnie dążyła też do przywrócenia papieskiej jurysdykcji w Anglii (co stało się faktem w 1555 r.), oraz brutalnie rozprawiała się z wszelką opozycją, paląc na stosach w ciągu pięciu lat swego panowania - ponad 300 protestantów (wychodzi mniej więcej - jedna egzekucja na tydzień), czym pobiła prawdziwy rekord i bez wątpienia przydomek "Bloody Mary" jest jak najbardziej właściwy w jej przypadku. Anglia za jej rządów, realnie stała się hiszpańską kolonią, co w oczach angielskiego ludu było jawną zdradą, a ponieważ Maria upierała się jednocześnie przy katolicyzmie, zaczęto utożsamiać tę religię z Hiszpanią, a tym samym ze zdradą królowej. Zaczęto upatrywać w katolicyzmie religię obcą, wrogą, krwawą - stąd też takie problemy miał każdy kolejny król, który był choćby tylko podejrzewany o ciche sprzyjanie Rzymowi.




Po śmierci Marii, na tron wstąpiła jej młodsza siostra Elżbieta (listopad 1558 r.), która doprowadziła dzieło swego ojca do końca. Ta młoda, 25-letnia osoba, wstępując na tron oznajmiła: "Chociaż jestem tylko kobietą, posiadam odwagę odpowiednią memu stanowisku, równie dobrą jak miał mój ojciec" i rzeczywiście, konsekwentnie, a zarazem mądrze i przenikliwie dążyła do celu, doprowadzając 27 lutego 1559 r. do uchwalenia przez Parlament drugiego "Aktu Supremacji" - i to właśnie ta data jest uważana za narodziny protestanckiej, nowożytnej, współczesnej Anglii. Należy też dodać, że Elżbieta podchodziła z rozwagą do katolicyzmu i nie zamierzała zbytnio prześladować wyznawców tej religii (choć prawo - wprowadzające karę 12 pensów za nieobecność na mszy Kościoła Anglikańskiego - było bardzo uciążliwe), jednak, gdy w 1570 r., papież - Pius V - rzucił na Elżbietę klątwę, to wówczas ta zaczęła się okrutnie mścić na rodzimych katolikach, którzy nie uznawali jej władzy nad Kościołem. Papież zaczął również wysyłać do Anglii straceńcze misje zagorzałych zakonników, którzy wierzyli że z pomocą Boga, zdołają namówić angielski lud do opamiętania i powrotu na drogę religii katolickiej, oraz wystąpienia przeciwko swej królowej (większość z nich jednak, jeśli w porę stamtąd nie uciekła, kończyła na stosach). Jedną z takich samobójczych misji, była wyprawa Edmunda Campiona, który został złapany i skazany na okrutną śmierć wyprucia wnętrzności i ścięcia głowy (wcześniej jednak królowa, aby ośmieszyć Campiona i cały katolicyzm, urządziła ustawkę, polegającą na debacie teologicznej pomiędzy zakonnikiem, a specjalnie dobranymi znawcami Pisma Świętego. Odbyły się cztery takie debaty i wszystkie je wygrał Campion, jednocześnie ośmieszając tym samym monarchinię. Tego już było za wiele - został więc skazany na śmierć, a wyrok wykonano 1 grudnia 1581 r. Pisałem już o tym tutaj).

Lecz nie tylko z katolikami przyszło mierzyć się córce Henryka VIII. Powstał bowiem w łonie Kościoła Anglikańskiego bardzo silny nurt religijno-polityczny, zwany purytanizmem. Jego zwolennicy uważali, że reformacja idzie bardzo powoli, a w anglikanizmie wciąż jest jeszcze wiele katolickich pozostałości i przez to nawoływali do oczyszczenia religii z wszystkiego, co przypominało dawny kult katolicki, przy czym nie chodziło im tylko o doktrynę religijną czy obrzędy. Oni uważali, że samo istnienie na Ziemi katolików, jest obrazą Boga, a każdy dzień, w którym oni wyznają swoją religię - jest dniem bezpowrotnie straconym i oddalającym ludzi od Raju. Innymi słowy - purytanie dążyli do... fizycznej eliminacji wszystkich katolików na wszelkie możliwe sposoby. Byli to ludzie zarówno głęboko wierzący jak i totalnie sfanatyzowani (gdyby żyli w XX wieku, zapewne wrzucaliby Cyklon B do komór gazowych w obozach koncentracyjnych dla katolików) i właśnie ta zwłoka monarchii w masowym ludobójstwie katolików, bardzo ich oburzała, a to znów powodowało, że szybko stali się krytykami samej monarchii. Zresztą purytanie (wśród nich głównie zwolennicy Kalwina) uważali wszelkie ziemskie rozrywki, takie jak choćby: gra w karty, gra w szachy, oglądanie sztuk teatralnych, słuchanie muzyki, noszenie kolorowych strojów, czy uprawianie sportu - za rzeczy godne najwyższego potępienia. Uważali że ludzie nie powinni nie tylko żegnać się i klękać przy modlitwie, ale również cieszyć wzrok pięknymi rzeźbami i obrazami liturgicznymi, a jedynie cały tydzień pracować, zaś w niedziele czytać Biblię. Purytanie dzielili się na dwa odłamy: prezbiterian (wspólnota religijna, która sama wybierała członków własnej gminy jako kapłanów-seniorów, czyli prezbiterów kierujących całą gminą i niezależnych pod względem religijnym od Korony), oraz independentów (domagających się całkowitego uniezależnienia się od monarchii, również pod względem prawnym i politycznym). Od momentu wstąpienia na angielski tron króla Szkocji - Jakuba VI (koronowanego w Anglii jako Jakub I), powstała przedziwna sytuacja, a mianowicie jeden monarcha władał dwoma krajami, w których to panowała zupełnie inna religia.




Szkocja przyjęła bowiem kalwińskie wyznanie wiary (1560 r.) i stała się krajem purytańskim, podczas gdy w Anglii zwyciężyła religia państwowa, zwana anglikanizmem. Wzajemna niechęć tych dwóch narodów do siebie (i ich zazdrość o króla oraz niechęć do tego by Szkoci "panoszyli się po Londynie", przy czym czasem podawano tutaj przykład Polski i dużej obecności Szkotów w Rzeczypospolitej: "Jeśli przyznamy im nasze swobody, to zlecą się do nas jak bydło do zielonej paszy (...) czego świadectwem jest mnogość Szkotów w Polsce") została jeszcze wzmocniona różnicami religijnymi, które były niezwykle istotne dla ludzi żyjących w tamtym czasie. Król Jakub nie próbował niszczyć ani podporządkowywać sobie prezbiteriańskiej organizacji w parafiach szkockich, ale w Anglii postępował już zupełnie inaczej. Ów syn królowej Szkotów - Marii I Stuart, nigdy nie rozumiał i nigdy nie zrozumiał Anglii. Przyzwyczajony i wychowany w Szkocji, nie mógł zaakceptować pewnych form ograniczających królewską władzę (jak choćby podatki uchwalane przez Parlament) i nie rozumiał co też ci angielscy poddani do niego mówią o jakichś "przywilejach" i "precedensach" (tak samo monarchowie z dynastii francuskich Walezjuszy, węgierskich Batorych czy szwedzkich Wazów, nie pojmowali specyfiki ustroju Rzeczpospolitej, opartej na prawie wprowadzanym w życie przez naród - czyli szlachtę - na Sejmach Wielkich lub sejmikach ziemskich). Rozpoczął więc prześladowania angielskich purytan, usuwając w 1604 r. 300 prezbiteriańskich duchownych z ich parafii i zabraniając im odprawiania mszy. To otworzyło puszkę niezgody pomiędzy królem a angielskimi purytanami, którzy to ostatecznie znajdą się na statku Mayflower i w 1620 r. przybędą do Ameryki, stając się jednocześnie Ojcami Założycielami nowego kraju (potomkowie tych prezbiteriańskich kolonistów - którzy notabene okazali się niezwykle płodni - rządzili bezpośrednio USA, mniej więcej do lat 70-tych XIX wieku, a nawet i po dziś wciąż jeszcze odciskają na tym kraju swe piętno). 






CDN.

środa, 1 kwietnia 2020

DOMINATORKI - Cz. VI

CZYLI RZECZ O ZNANYCH

I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII,

KTÓRE POTRAFIŁY

RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE

MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA






 DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPTU

Cz. VI



"DYNASTIA KRÓLOWYCH"





V

HATSZEPSUT

"KOBIETA FARAON"

Cz. III



 Tak więc w szóstym roku panowania młodego Totmesa III (ok. 1474 r. p.n.e.), królowa-regentka Hatszepsut, postanowiła już oficjalnie uprawomocnić stosunki, które realnie trwały od pięciu lat, czyli koronować się na "króla" Egiptu. Była to sytuacja bez precedensu i to z dwóch powodów. Po pierwsze Hatszepsut zamierzała koronować się na faraona w sytuacji gdy tron Egiptu był już obsadzony, a zasiadał na nim ów Mencheperre Totmes, który co prawda był jeszcze 12-letnim chłopcem, ale nie miało to żadnego znaczenia, gdyż już panował uświęcony przez bogów monarcha. A należy pamiętać że w Egipcie faraonów, lata liczono od wstąpienia na tron każdego nowego króla - od tego czasu zaczynało się zarówno ponowne zjednoczenie Górnego i Dolnego Egiptu, jak i rozpoczynała się nowa historia. Nigdy też wcześniej w egipskich dziejach, nie było przypadku, że podczas panowania jednego władcy, inny monarcha ogłaszał swoją intronizację i przygotowywał się do uroczystości koronacji (choć zdarzało się że panujący faraon czynił swego syna współwładcą). To zakłócało w pewnym sensie porządek rzeczy, gdyż odtąd czas należało liczyć od wstąpienia na tron ostatniego z królów, a wówczas powstawało pytanie - co z tym pierwszym? Zaś władca był niezbędny aby wciąż cały ten świat mógł się kręcić wokół niezmierzonych prawideł boskich i ludzkich, dlatego też w wyobraźni przeciętnego Egipcjanina, gdyby zabrakło faraona - Nil przestałby wylewać, noc zamieniłaby się z dniem zatracając porządek czasu, a bogowie spuściliby na Ziemię wszelkie możliwe plagi. Osoba króla była więc pośrednikiem pomiędzy bogami a żyjącymi ludźmi, pomiędzy trwaniem a przemijaniem i pomiędzy bytem a niebytem i nawet jeśli w tym okresie faraon przestał być uważany za żyjącego boga, to wciąż był przecież ziemskim synem Boga  - "wcieleniem Atuma" (praboga ze świętego miasta Heliopolis, utożsamianego z władzą królewską), stąd też zarówno jego brak jak i nadmiar, zwiastował nastanie czasów chaosu (Egipcjanie wciąż przecież liczyli daty panowania władców którzy np. już umarli lub którzy przebywali poza Egiptem, aby wciąż zachować ciągłość i jeden władca płynnie zastępował drugiego, gdyż wszelkie bezkrólewie po prostu nie mogło się przydarzyć w kraju takim, jak Egipt).

Drugim powodem - niezwykle ważnym i wyjątkowym w planach koronacyjnych Hatszepsut - był fakt że... była ona kobietą. Kobiety w Egipcie miały bardzo silną pozycję i wiele z nich pełniło ważne i odpowiedzialne funkcje kapłanek, lub też miało równe z mężczyznami prawa w nabywaniu ziem oraz posiadłości (niektóre Egipcjanki były właścicielami majątków ziemskich w kilku nomach). Również rozwód był możliwy zarówno dla mężczyzny jak i dla kobiety, ale jeden tylko w tym wszystkim panował warunek, od którego wcześniej nie było precedensów. Otóż faraonem mógł zostać tylko i wyłącznie mężczyzna, zaś rola kobiet ograniczała się najwyżej do dam z jego haremu. Co prawda był wcześniej jeden, mały wyjątek od tej reguły, a chodzi tutaj o krótkie rządy niejakiej Neferusobek - panującej jakieś trzysta dwadzieścia lat przed Hatszepsut i będącej ostatnim faraonem XII Dynastii (Średnie Państwo). Ona właśnie - jako pierwsza - kazała portretować się w męskim stroju, nakryciu głowy i ze sztuczną brodą. Ale jej krótkie, czteroletnie rządy, oraz fakt że panowała w okresie zewnętrznej niestabilności politycznej i wewnętrznego rozbicia, a także długi czas ponad trzech wieków, który już upłynął powodował, że nikt z egipskiej elity raczej o niej nie pamiętał. Dlatego też sam fakt, że regentka Hatszepsut planuje własną koronację, wzbudził wiele poważnych kontrowersji. Ale Hatszepsut była kobietą która konsekwentnie dążyła do celu i stawiała na swoim, a ponieważ chciała zostać królem - to ostatecznie doprowadziła do swojej koronacji. Otoczyła się zresztą ludźmi, którzy mocno ją wspierali (zapewne widząc w tym własny interes) i to zarówno przedstawicielami elit, jak: Achmes Pen-Nechbet z Al-Kab niedaleko świętych Teb - królewski skarbnik, czy Useramen - wezyr Górnego Egiptu, także przedstawicielami ludu, jak: Senenmut - architekt i dostojnik, nadzorujący wydatki Pałacu, oraz przedstawicielami kleru, jak: Hapuseneb - arcykapłan Amona-Re w Tebach. To właśnie ci ludzie umożliwili królowej-regentce Hatszepsut, przywdzianie podwójnej (białej i czerwonej) korony Górnego oraz Dolnego Egiptu.

Uroczystości koronacyjne rozpoczynały się o porannej porze, wraz z przebudzeniem się ze snu przyszłego monarchy. Dzień ten był niezwykle ważny, gdyż od niego teraz rozpoczynała się rachuba czasu (którą potem co roku świętowano jako rocznicę wstąpienia faraona na tron). Po przebudzeniu i wstaniu z łoża, monarcha był uroczyście oczyszczany (puryfikacja) i ubierany. Następnie wchodził mistrz ceremonii, który odczytywał: "Ceremoniał Królewskiego Domu Poranka". Cały dwór, kapłani i przybyli z prowincji dostojnicy, udawali się następnie w uroczystym pochodzie do Świątyni Ipet-Sut w Karnaku, zaś wcześniej przybywał tam (niesiony w królewskiej lektyce) arcykapłan Amona-Re, który w "Kaplicy Wielkiej Siedziby" ofiarowywał sobowtórowi władcy (w tym przypadku musiała to być kobieta podobna do królowej Hatszepsut), talizman i magiczne ozdoby, mające chronić faraona przed gniewem bogini Sechmet (symbolizującej zemstę i niepewność losu), po czym sobowtór był namaszczany wonnymi olejami. Następnie arcykapłan przywdziewał królewskie insygnia (najpierw czerwoną i białą koronę Obu Krajów, potem kepresz - lekką niebieską koronę, a następnie nemesz - niebiesko-żółtą chustę, noszoną chociażby przez egipskiego Sfinksa. Potem zaś brał do ręki laskę oraz bicz), po czym sam był poddawany namaszczeniu dziewięcioma olejkami. Przez cały czas, wznosił on modły do bogów, aby byli przychylni nowemu królowi (w tym akurat przypadku - królowej) i aby zawsze go wspierali. Po modłach i śpiewach dziękczynnych, przynoszono naczynie z piaskiem ze Świątyni boga Re-Horechte, leżącej na wzgórzu w Heliopolis. Ów święty, pierwotny piasek dziejów - symbol odrodzenia i nowego czasu, był następnie rozsypywany wokół królewskiego sobowtóra. Po dokonaniu tych ceremonii "czystości i świętości", składano następnie ofiary przed kaplicami różnych bogów, po czym udawano się już bezpośrednio do Świątyni Ipet-Sut, gdzie oczekiwała na arcykapłana królowa Hatszepsut. Tam, wspólnie dokonywano uroczystości ofiarowania władczyni w opiekę bogów i składano ofiary oraz dokonywano kolejnych liturgicznych oczyszczeń przed wizerunkami takich bogów (opiekunów państwa i monarchii) jak: Horus - symbolizującego cały Egipt i (jego pomocnicami) boginiami Nechbet z Górnego Egiptu i Wadżet z Delty. Poza tym obowiązkowo musiały się tutaj znaleźć tacy bogowie jak Amon-Re, bóg początku i końca - Atum z Heliopolis (symbolizujący Dolny Egipt) oraz Montu z Hermontis (będący odpowiednikiem Atuma w Górnym Egipcie), jak również byczy bóg Chnum z Elefantyny - stworzyciel ludzi. Nie mogło zabraknąć również wielkich bogiń jak: Sechmet i Hathor - bogini nieba i bogini-matka. Wizerunki tych bóstw, były następnie wyprowadzane ze Świątyni, by w obecności królowej oraz arcykapłana, wzięły udział w dalszej części uroczystej procesji.




Wszystkie te uroczystości były niezwykle wyczerpujące i wymuszały na władcy zarówno dużą wytrzymałość fizyczną jak i psychiczną. Arcykapłan po wyjściu ze Świątyni, składał ofiarę z żywności dla owych wielkich bogów (przy czym żadnego boga nie można było pominąć, gdyż mógłby poczuć się obrażony i sprowadzić na władcę jakieś kary), a następnie procesja udawała się do "Domu Życia" gdzie już osobiście ofiary składała sama królowa. Następnie przechodzono z procesją do "Pawilonu Przekazywania Dziedzictwa", gdzie władczyni musiała się zjednoczyć z Horusem, tak aby zarówno kapłani jak i lud dostrzegli że "stali się jednym ciałem". Ceremonia zjednoczenia trwała kilka kolejnych dni i była niezwykle męcząca. Hatszepsut musiała przez cały ten czas co chwilę zmieniać korony, klękać, kłaść się na ziemi lub stawać przed obliczem bóstwa. Pod koniec tych uroczystości, królowa musiała położyć się na ziemi (u jej głowy kładziono cztery pieczęcie, symbolizujące bogów: Horusa, Geba, Neit oraz Maat) i w tej pozycji zasnąć (co symbolizowało śmierć), zaś rankiem budziła się i odradzała do życia i rządów z nową energią (co znów symbolizowało odrodzenie). Jeśli jednak Hatszepsut myślała że wszelkie niedogodności wreszcie się skończyły, to doprawdy była w wielkim błędzie, gdyż teraz sadzano ją na tronie, przystrajano podwójną koroną z ureuszem, do rąk wkładano laskę i bicz, a następnie musiała w takiej pozycji spędzić kilka kolejnych godzin, nie poruszywszy się nawet przez moment (była bacznie obserwowana przez kapłanów, którzy dodatkowo odprawiali modły). Gdyby nie wytrzymała i poruszyła się, oznaczałoby to że bogowie mają do niej jakiś żal (być może nawet jej nie uznają) i wówczas trzeba by było ponownie odprawić ceremonię przebłagalną w Świątyni Ipet-Sut a także w "Pawilonie Przekazywania Dziedzictwa", jednak taka powtórna uroczystość mogła znamionować wiele negatywnych czynników (np. można by było to zinterpretować jako fakt, że bogowie nie życzą sobie kobiety-faraona, która pozbawiła władzy swego małoletniego bratanka) i przeszkodzić jej w przejęciu pełni rządów (a że istniała wobec niej opozycja, świadczy fakt umieszczenia pewnego napisu, w którym królowa żądała uznania i twierdziła że tylko ci, którzy złożą jej pokłon przeżyją, pozostali umrą - nie wiadomo tylko czy była to realna groźba, czy też magiczna formułka religijna). Po wyrecytowaniu wszystkich przekleństw i symbolicznym ścięciu głów wrogom Horusa (poprzez spalenie siedmiu płacht papirusu), arcykapłan wypuszczał ze świątyni specjalnie tam sprowadzonego ptaka (z reguły był to sokół, choć nie zawsze), który potwierdzał że królowa dopełniła dzieła i została przyjęta przez Horusa i przezeń zaakceptowana (jeśli zaś ptak nie chciał wylecieć ze świątyni, to również był zły znak - wówczas kapłani byli zmuszeni "pomóc" mu  opuścić Świątynię, wymachując kijami). Dopiero wówczas królowa mogła wstać z tronu i rozprostować członki.

Następnie przystrajano monarchinię w szatę z czerwonego lnu (symbolu zwycięstwa), a na stopy wkładano białe sandały (symbol czystości), do ręki zaś wręczano jej "laskę obcych krajów" (symbol egipskiego panowania nad podbitymi ludami) i przystępowano do... kolejnych męczących ceremonii, których celem teraz było przepędzenie boga Seta (mordercy Ozyrysa - ojca Horusa) łodygą papirusu Horusa-Króla. Przez ten czas wypowiadano różne religijne formułki i śpiewano pieśni, mające dopomóc królowej w tym zadaniu (nie wiadomo jak to dokładnie wyglądało - ale mniej więcej polegało na tym, że władca musiał łodygą papirusu odpędzić "barkę Seta", prawdopodobnie pływającą po wodzie - zapewne jednak było to równie męczącym i długotrwałym zadaniem). Gdy i ono zostało spełnione, królowa, w towarzystwie arcykapłana, dołączała do oczekującej ją procesji i udawała się z "Pawilonu Przekazywania Dziedzictwa" do miejsca w którym musiała złożyć ofiarę wszystkim jej poprzednikom na egipskim tronie (była to tak zwana: "Ofiara Przodków"), żyjących w Zaświatach razem z bogami. Potem procesja powracała do "Domu Życia", gdzie odbywały się już uroczystości końcowe, zwane "prezentacją ptaków-zwiastunów". A odbywało się to w sposób następujący: do królowej, siedzącej na tronie, przynoszono dziewięć ptaków, których głowy namaszczone były olejkiem z olibanu, zaś każdy z tych ptaków był też traktowany nieco inaczej i co innego symbolizował. Pierwszego ptaka - sokoła, okadzano dymem i namaszczano, po czym kapłan pobierał z oka zwierzęcia jego łzę i umieszczano ją w klejnocie królewskim. Ów klejnot (zwany też "Łzą Horusa"), zawieszano następnie na królewskiej szyi. Pozostałe ptaki - sęp, kania, gęś nilowa i kilka innych - wypuszczano dookoła monarchy, aby były jej pośrednikami w kontaktach z bogami, jak też osobistymi opiekunami. Modlitwa do "ptaków Re" kończyła uroczystości koronacyjne i królowa nareszcie mogła się udać na zasłużony odpoczynek. Hatszepsut przyjęła też nowe imiona i to zarówno imię tronowe: Maat-Ka-Re ("Dusza Re jest Prawdą") jak i zmieniła osobiste: z Hatszepsut na Chenemet-Amon-Hatszepsut ("Zjednoczona z Amonem") i stała się już nie królową, a królem, gdyż jej żeńska płeć w tym momencie została przesłonięta przez boską formę Amona-Re (stąd też kazała się portretować w męskich strojach i bez biustu, aby dać wyraz jedności z bogiem, którego boskość całkowicie niweczy jej fizyczną, żeńską formę).




Nie posiadając jednak męskich atrybutów, nie przyjęła imienia Ka-nacht ("Potężny Byk"), symbolizującego męską potencję seksualną, ale za to dodała do swej tytulatury określenie: Useret-kau ("Potężna Siłami Życia"), co uznano za właściwy odpowiednik tego pierwszego. Aby podkreślić jednak że w jej osobie łączą się dwa czynniki - męski i żeński, przyjęła również dodatkowe imię tronowe, które brzmiało: Neczeret-kau ("Boska Pojawianiem się"), a symbolizowało ono zarówno kobiecą wyjątkowość i boskość ("neczeret"), oraz męską zdolność do regeneracji i "rozsiewania życia" ("kau"). Królowa Hatszepsut dążyła do oficjalnego ukazywania jej męskiej sylwetki na reliefach świątynnych, ale w tytulaturze nie rezygnowała z żeńskich końcówek. Nie chodziło jej bowiem o to, aby fizycznie stać się mężczyzną, a jedynie o oto aby zostać zaakceptowaną jako żeńskie wcielenie męskich bóstw. Wiedziała dobrze że nie jest w stanie zapłodnić swego haremu "Boskim Nasieniem" (a tym samym stworzyć swoje nowe "Boskie Ja"), więc nie rezygnowała z atrybutów kobiecości. Deklarowała jednak, że jako kobieta jest pod opieką potężnych bogiń, które są w stanie spalić każdego "ogniem swego żaru" (musiała tak mówić, aby odpędzić niechętne sobie szepty, widzące w niej nie faraona-władcę, "Boskiego Sprawcę Życia" - a jedynie kobietę, czyli: "tę którą napełnia się Życiem" i która sama nie jest w stanie przedłużyć owego życia. Utożsamienie się z ziejącymi ogniem boginiami, które okrutnie karzą za każde nieprzemyślane słowo i każdą nieprzemyślaną myśl - służyło więc umacnianiu jej pozycji i władzy, zarówno jako kobiety jak i jako faraona). Aby pokazać że teraz ona jest faraonem, "Horusem Żywym", królem wspieranym przez bogów - kazała zmienić kartusze na zamówionych wcześniej (zapewne dla Totmesa III) obeliskach (gdy Totmes osiągnie już pełnoletność i zdobędzie władzę, każe zerwać kartusze na pomnikach Hatszepsut i umieścić tam swoje imię, lub imiona swego ojca i dziada). Owe obeliski - jeden umieszczony w Tebach, drugi w Heliopolis - miały być przykładem jej potęgi - gdyż nieco falliczny kształt owych kolumn dowodził płodności, a to znów równało się z witalnością czyli możliwością "dawania życia" (owe obeliski przetrwały do dziś, jeden z nich - ten z Heliopolis, zwany "iglicą Kleopatry" - zdobi bulwary Tamizy, zaś drugi - ten z królewskich Teb - znajduje się w Central Parku w Nowym Jorku).

Hatszepsut jednak jako kobieta, nie była w stanie sprostać królewskim obowiązkom w haremie, przez co samo jego istnienie traciło rację bytu. Oczywiście ostentacyjna rezygnacja z haremu, mogła zostać odebrana jako wyrzeczenie się obowiązku przedłużania życia (który to należał do podstawowych zadań każdego egipskiego władcy), problem polegał jednak na tym, że nawet jeśliby królowa chciała "przedłużać życie", nie było to fizycznie możliwe ze względu na jej płeć. Dlatego też postanowiła wprowadzić pewne zmiany, które miały na celu praktyczną likwidację haremu, bez potrzeby jego rozwiązywania. Otóż wydała polecenie, aby wszystkie wolne kobiety w haremie (których była zdecydowana większość) wróciły do swych domów, gdyż "król nie będzie korzystał z ich usług", a ponieważ egipskie haremy w niczym (poza nazwą) nie przypominały późniejszych tego typu miejsc, znanych chociażby z Chin czy krajów islamu, a także współczesnej popkultury (egipskie kobiety mogły swobodnie przyjmować w haremach członków swych rodzin, a nawet wychodzić do miasta - w towarzystwie służącej - i spotykać się z ludźmi), pozbycie się owych haremowych dam było w tej sytuacji znacznie łatwiejsze. Oczywiście harem nie mógł zostać fizycznie zlikwidowany, gdyż po pierwsze - Hatszepsut nie rządziła sama, a wraz ze swym młodym bratankiem - Totmesem (którego jednak wysłała na północ, do Memfis albo nawet do Heliopolis, aby nie przeszkadzał jej we władaniu państwem z królewskich Teb), a to oznaczało że harem musiał istnieć, choćby po to, aby dorastający władca mógł wypełniać swoje obowiązki jako "Potężny Byk" i zapełniać pałacowe korytarze gromadką tak potrzebnych dla przetrwania dynastii dzieci. Dlatego też po pierwsze: w haremie pozostały (w wiekszości) same niewolnice, a po drugie: królowa odesłała je Totmesowi do Memfis. W ten sposób pozbyła się obecności innych kobiet ze swego dworu i konieczności odwiedzania ich nocą (choćby dla zasady, po to tylko aby życzyć im dobrego snu) i tym samym wypełnić swoje obowiązki. Sama jednak. jako personifikacja Króla-Horusa, potrzebowała kobiety która pełniłaby przy jej boku funkcję Wielkiej Małżonki Królewskiej (czyli spełniała te wszystkie zadania, którymi zajmowała się oficjalna małżonka władcy). Do tej jednak roli, Hatszepsut wybrała sobie własną córkę - Neferure, która już wcześniej otrzymała tytuł Boskiej Małżonki Amona-Re i przejęła poranne obowiązku "pobudzania" boga w jego świątyni.




Tak więc teraz matka i córka razem sprawowały rządy. Jedna była bogiem zamkniętym w swym żeńskim ciele, a druga (podczas publicznych uroczystości) jej żeńskim odpowiednikiem jako królewskiej żony. Jedna ubierała się po męsku, przywdziewała sztuczną brodę i obwiązywała się w talii pasami (aby nie było widać kobiecych piersi), druga zaś ubierała się jak żona króla. I tylko Totmes był konsekwentnie pozbawiany władzy i usuwany z dworu, żyjąc w dalekim Memfis pod ścisłym okiem wybranych przez królową dostojników i nauczycieli. Tam też uczył się zarówno dziejów dawnych władców, trudnej sztuki pisania i czytania hieroglifów, rachunków, jak i powożenia rydwanem oraz strzelania z łuku. I bardzo powoli, acz konsekwentnie zaczął w nim wzbierać gniew, gdy dowiadywał się że nigdy wcześniej żadna inna kobieta nie panowała razem z królem, nie kontrolowała jego życia i nie wyganiała go z dworu. Powoli zaczął sobie uświadamiać, że taka sytuacja, jaka go spotkała, jest ewenementem nie mającym wcześniej żadnego precedensu. Tym bardziej budziła gniew w tym młodym człowieku świadomość, że realnie został pozbawiony władzy i zepchnięty na prowincję, zaś kobieta która za tym wszystkim stoi jest uzurpatorką. Ten wzbierający gniew, wreszcie doprowadził do zamachu stanu i obalenia Hatszepsut, ale stało się tak dopiero w jakieś dwanaście lat później (ok. 1458 r. p.n.e.). A tymczasem obie panie - matka i córka - wpadły na genialny pomysł odnalezienia zapomnianej już wówczas drogi do kraju Punt, mitycznej krainy zamieszkałej przez czarny jak heban lud, do której ostatni raz wyprawiono się prawie 500 lat wcześniej, a która to ziemia obfitowała w wiele cennych i pożądanych w Egipcie produktów. Postanowiły więc odrodzić ten handel i wysłać pionierską ekspedycję na Południe (ok. 1470 r. p.n.e.), aby tym samym utrwalić w świadomości swych poddanych i potomnych pamięć o kobiecie-faraonie, która dokonała niemożliwego.                       



PS: Właśnie o owej zemście Totmesa III za utracone lata, opowiada moje (niedokończone jeszcze) opowiadanie, noszące tytuł: KSIĄŻĘ KRWI





 
 CDN.