Łączna liczba wyświetleń

środa, 5 sierpnia 2020

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. V

CZYLI CO SPOWODOWAŁO

ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA

ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?


 



PLANY I MARZENIA

Cz. IV


ENTENTE CORDIALE

CZYLI CAŁY W TYM AMBARAS, 

ABY DWOJE CHCIAŁO NARAZ 

Cz. I




 

"DUŻA NIEMIECKA FLOTA I ZŁE NIEMIECKIE MANIERY TO WIĘCEJ NIŻ MOŻEMY ZNIEŚĆ"

ANGIELSKIE POWIEDZENIE Z POCZĄTKU XX WIEKU



 Na początku nowego - XX stulecia, stosunki brytyjsko-francuskie były jak najgorsze. Wszędzie można było znaleźć tak silne punkty zapalne, które wówczas wydawały się nie do pogodzenia nawet dla największych optymistów i rzeczników sojuszu obu tych krajów. Konsekwentna polityka Otto von Bismarcka, który celowo popychał Francję na drogę ekspansji kolonialnej, zdając sobie sprawę że musi to (wcześniej czy później) spowodować konflikt z Wielką Brytanią (która posiadając najsilniejszą flotę globu i kontrolując 1/6 ziemskiego globu, uważała się za prawdziwe centrum świata). I rzeczywiście, osamotnieni w Europie po klęsce z 1870 r., przyblokowani przez Niemcy od wschodu i skonfliktowani z Włochami o podział Północnej Afryki, za swą jedyną drogę ekspansji uznali Francuzi zdobycie i rozbudowę nowych kolonii zamorskich, oraz utrzymanie tych już istniejących. Republikańsko-oportunistyczny rząd Juliusza Ferry'ego zdecydowanie postawił na ekspansję kolonialną i w 1881 r. wojska francuskie wylądowały w Tunezji, zajmując Tunis i wymuszając na tamtejszym beju - Muhammadzie as-Sadiqu, zawarcie traktatu, w którym Francuzi brali sobie Tunezję we władanie jako swój protektorat (traktat w Bardo pod Tunisem). W 1882 r. Włoch w służbie francuskiej - Piotr Brazza przyłączył do francuskiego imperium kolonialnego Gabon (wówczas zwany Kongiem Francuskim). W tym samym roku, Francuzi opanowali większość kluczowych osad Malgaszów na Madagaskarze, zmuszając tym samym ostatnią królową tego ludu - Ranavalonę III, do uznania francuskiego protektoratu (1885 r.). Podobnie było na Dalekim Wschodzie, gdzie do utworzonej w południowym Wietnamie w 1862 r. prowincji Kochinchina (Sajgon zajęli Francuzi już w 1859 r.), dołączyli prowincję Annam (Wietnam środkowy) i Tonking (Wietnam północny), zajmując w 1883 r. Hanoi (w tym samym czasie sprawowali już protektorat nad Kambodżą od 1863 r.). W 1885 r. wymusili zrzeczenie się przez Chińczyków zwierzchnictwa nad Wietnamem (traktat w Tien-tsin), a w 1886 r. połączyli Kochinchinę, Annam, Tonking i Kambodżę we francuską Unię Indochińską (do której w 1893 r. przyłączyli jeszcze Laos - jako swój protektorat).

Konfrontacja brytyjsko-francuska skumulowała się jednak w Egipcie oraz Sudanie, o które to kraje trwała dyplomatyczno-finansowa batalia Londynu i Paryża. W 1851 r. Brytyjczycy uzyskali od regenta Egiptu - Abbasa I (wnuka Mohammeda Alego - władającego Egiptem od 1805 r.), koncesję na remont linii kolejowej Aleksandria-Suez, ale w 1854 r. francuski przedsiębiorca i dyplomata - Ferdynand de Lesseps, zdołał przekonać wicekróla Mohammeda Saida, aby ten przydzielił mu koncesję na budowę i wykorzystanie Kanału Sueskiego. Prace przy przekopie tego kanału (to właśnie tam pracował jako inżynier, ojciec Stasia Tarkowskiego z powieści Henryka Sienkiewicza "W pustyni i w puszczy"), trwały piętnaście lat i ostatecznie zakończyły się hucznym otwarciem Kanału Sueskiego (w obecności cesarza Napoleona III i cesarzowej Eugenii) 27 listopada 1869 r., gdzie wśród strzelających w niebo sztucznych ogni, grających orkiestr i świetlnych iluminacji, przepłynęło tamtędy 51 okrętów (na czele z cesarskim jachtem, wiozącym na pokładzie Napoleona i Eugenię). Od chwili budowy do otwarcia, kanał był pod kontrolą Francuzów (choć władcy Egiptu posiadali 177 tys. z 400 tys. akcji Towarzystwa Kanału Sueskiego), zaś Brytyjczycy (dla których droga do Indii zależała właśnie od tego skrótu, gdyż skracała podróż od 18 do 24 dni, w zależności od trasy podróży. Było to tempo prawdziwie rewolucyjne i godne wręcz Juliusza Verne'a) starali się odkupić od Francuzów udziały i przejąć Kanał Sueski dla siebie. Rząd premiera Benjamina Disraelego podjął decyzję o natychmiastowym zakupie akcji Towarzystwa i gdy pewnego niedzielnego popołudnia 14 listopada 1875 r., który premier Disraeli spędził na przyjęciu w domu bankierów, przy kieliszku mocnej angielskiej brandy, przyszła doń propozycja od kolejnego wicekróla Egiptu - Isma'ila Paszy, sprzedaży jego 177 tys. akcji Kanału Sueskiego (wcześniej Disraeli złożył propozycję kupna francuskich udziałów, ale rząd francuski zabronił ich sprzedaży swym udziałowcom). Ism'ail był człowiekiem rozrzutnym. Rozmiłowany w przyjemnościach stołu i łoża, zajmował się głównie przebywaniem w swoim haremie, na który wciąż potrzebował pieniędzy. Za sprzedaż swych akcji, zażądał 4 milionów funtów, a takich pieniędzy nie było wówczas gotówką w Banku Anglii (poza tym Parlament miał przerwę w obradach, a istniał przepis że Bank Anglii może udzielić rządowi pożyczki jedynie podczas obrad Parlamentu). Nie było więc innego wyjścia i Disraeli skierował się prosto do... banku Rotschildów.

Baron Lionel de Rotschild tego dnia właśnie wypoczywał na werandzie swej willi i zajęty był jedzeniem winogron. Gdy Disraeli przybył i poprosił o 4 miliony funtów, usłyszał pytanie: "A co dostanę w zastaw?", na co brytyjski premier odparł bez zastanowienia: "Rząd Jej Królewskiej Mości". Rotschild się zgodził i dobili targu (oczywiście po wcześniejszym uzgodnieniu wysokości spłacanych odsetek). Dzięki tej inwestycji, Brytyjczycy zdominowali Towarzystwo Kanału Sueskiego, bo choć posiadali jedynie 44 proc. akcji, to jednak jako jeden podmiot (rząd Wielkiej Brytanii) zdobyli najwięcej udziałów (pozostały pakiet większościowy, choć oczywiście należał głównie do Francuzów, był rozproszony pomiędzy wielu poszczególnych udziałowców) i to oni teraz zdobyli decydujący głos w sprawie Kanału Sueskiego (co prawda jeszcze nie w 100 procentach). A tymczasem sprawy wokół Kanału Sueskiego i Egiptu zaczęły nabierać tempa, gdy już w roku następnym (1876) wicekról Isma'il ogłosił bankructwo swego kraju. W ciągu zaledwie roku zdołał stracić 4 miliony funtów i znów nie miał pieniędzy, co zmusiło go do podjęcia tak radykalnego kroku. Niestety, Egipt był zadłużony po uszy (głównie we francuskich i brytyjskich bankach) zaś ogłoszenie bankructwa automatycznie oznaczało wstrzymanie spłaty rat kredytów. A na to nie było zgody zarówno w Paryżu, jak i w Londynie. Francja oraz Wielka Brytania (przy akceptacji Niemiec, Austro-Węgier, Włoch i Imperium Osmańskiego) powołały do życia Międzynarodową Komisję (ds. egipskiego) Długu, która starała się wymusić na Isma'ilu spłatę pożyczek, a gdy to się nie powiodło, w 1879 r. przekonano sułtana Abdul Hamida II (który był zwierzchnikiem egipskiego wicekróla) by pozbawił go stanowiska i na jego miejsce powołał kogoś bardziej uległego. Tak też się stało i opróżnione miejsce po Isma'ilu, zajął jego syn - Taufik Pasza, który był już całkowicie uzależniony od swych europejskich wierzycieli i bezdyskusyjnie wykonywał ich polecenia. Ponowne uzależnienie Egiptu od Brytyjczyków i Francuzów nie spodobało się jednak egipskiej armii i imamom, którzy podburzyli lud do buntu przeciwko władzy wicekróla Taufika - jako zależnej od niewiernych marionetki. Doszło wówczas do rozruchów, w trakcie których zabito pewną liczbę Europejczyków (początek 1882 r.), oraz poturbowano dyplomatów z kilku europejskich krajów. Na czele zbuntowanego ludu stanął pułkownik Ahmed Arabi, który dokonał zamachu stanu, wtargnął do siedziby egipskiego rządu i oblawszy atramentem ministrów, kazał im skakać z okien (na szczęście dla nich był to parter). Od tej chwili przejął pełnię władzy, zamykając wicekróla w swoistym areszcie domowym.




Rozpoczął też przygotowania do nieuniknionej konfrontacji zbrojnej z Brytyjczykami i Francuzami, nakazując umocnienie fortyfikacji Aleksandrii. Wkrótce potem zjawiła się tam brytyjska eskadra okrętów wojennych, wycelowując działa na umocnione tereny fortu i wystosowując ultimatum do pułkownika Arabi o zakończenie prześladowań Europejczyków w Egipcie, oraz o podporządkowanie się wyrokom Międzynarodowej Komisji d/s Długu. Ultimatum to zostało odrzucone i 11 lipca 1882 r. brytyjskie działa okrętowe otworzyły ogień, dokonując ogromnych spustoszeń nie tylko wśród egipskich stanowisk ogniowych w forcie, ale również w samej Aleksandrii. Pod wieczór w aleksandryjskim porcie wylądowała brytyjska piechota morska, która zajęła miasto (po kilku godzinach intensywnej artyleryjskiej kanonady). W kilka tygodni później Brytyjczycy opanowali również sam Kanał Sueski (wbrew protestom Ferdynanda Lessepsa), zaś 13 września, w bitwie pod Tell el-Kebir z armią Arabiego, brytyjski generał - Garnet Wolseley - odniósł całkowite zwycięstwo i mógł z całą pewnością powtórzyć słowa, wypowiedziane wcześniej przez młodego francuskiego generała o nazwisku Bonaparte sprzed 84 lat: "Żołnierze! znad tych piramid spogląda na was czterdzieści wieków". Teraz jednak nie byli to żołnierze z przypiętymi do klapy granatowych mundurów "trikolorami" i w bikornach na głowach. Byli to przebrani w jaskrawo-krwiste uniformy "dżentelmeni z Eton College" w białych hełmach, którzy nadzwyczaj szybko podporządkowali sobie kraj nad Nilem. Wkrótce potem nowy brytyjski premier - William Gladstone (z Partii Liberalnej), ogłosił że Brytyjczycy nie zamierzają długo pozostawać w Egipcie, a ich obecność związana jest jedynie z "zapewnieniem ochrony istniejących praw, czy to dotyczących sułtana, chedywa (wicekróla), czy też narodu angielskiego i zagranicznych wierzycieli". Stwierdził również że siły brytyjskie opuszczą ten kraj: "tak szybko, jak tylko pozwoli na to stan kraju", dodając że Wielka Brytania nigdy nie miała i nie ma zamiaru okupować Egiptu: "Ze wszystkich rzeczy na świecie to właśnie jest ta jedna, której na pewno nigdy nie uczynimy". Brytyjska okupacja Egiptu zakończyła się dopiero w... 1936 r., zaś ostatnie brytyjskie oddziały wojskowe opuściły kraj nad Nilem w 1956 r. Rzeczywiście, dość "szybko" opuścili oni Egipt, biorąc pod uwagę że inne terytoria okupowali znacznie dłużej bez mrugnięcia okiem (jednocześnie niszcząc lokalne gospodarki i zmuszając pozostałych mieszkańców Imperium "Nad którym nigdy nie zachodzi Słońce", aby zaopatrywali się w najróżniejsze bibeloty właśnie w Anglii. Przecież już William Pitt Starszy grzmiał iż nie pozwoli angielskim kolonistom w Ameryce, wyprodukować "ani jednego gwoździa". Efektem takiej właśnie polityki, był bunt amerykańskich stanów i powstanie USA).




Gdy więc Brytyjczycy podporządkowali sobie Egipt i (jak rzekł premier Gladstone już w roku 1883) "stali się egipskim rządem", jednocześnie objęli kontrolę nad Sudanem (który od 1874 r. pozostawał pod kontrolą Egiptu). Powstała jednocześnie dość dziwna sytuacja, iż co prawda Brytyjczycy kontrolowali egipskie państwo (choć formalnie nie pokusili się o żadne uprawomocnienie swojej okupacji, a pierwszy brytyjski protektorat utworzono tam dopiero w 1914 r., dopiero po wybuchu I Wojny Światowej), to jednak Egipt kontrolował Sudan. Powstało więc pytanie: czy Brytyjczycy mają również prawa do Sudanu, skoro i tak okupują Egipt? Gladstone był przeciwny zajmowaniu Sudanu, twierdząc że jest to "bezużyteczna ziemia", pustynny i górzysty "kraj czarnych" barbarzyńców i łowców niewolników. Jednak dla wielu brytyjskich urzędników stało się jasne, że rozciągnięcie kontroli nad Sudanem może okazać się korzystne pod względem finansowym, gdyż tamtejsi łowcy niewolników (napadający na afrykańskie wioski i wystawiający uprowadzony "heban" w Chartumie, Omdurmanie czy Suakinie) musieli opłacać się egipskim gubernatorom, którzy przymykali oko na ich działalność, a ci zaś opłacali się brytyjskiemu gubernatorowi Egiptu. Powstała samonapędzająca się spirala łatwych pieniędzy, czerpana z ludzkiej rozpaczy, poniżenia i niegodziwości, której Anglicy nie zamierzali przeciwdziałać a wręcz ją wspomagali, mając jednocześnie w głębokiej pogardzie miejscowe ludy (podobnie jak i Egipcjan, zresztą angielskie kobiety, które przybyły do Egiptu lub Indii wraz ze swymi mężami, gdy tylko zachodziły w ciążę natychmiast pierwszym statkiem wracały do Anglii, aby dziecko nie musiało potem mieć przez całe życie wpisane jako miejsce urodzenia jakiś Wisakhapatnam, Srirampur, Rangun, Omdurman czy inny Bombaj. Znacznie lepiej w brytyjskich kręgach "dżentelmenów z Eton" widziane było miejsce urodzenia w Hertford, Reading, Aldershot czy Hull. Zresztą Brytyjczycy z początku XX wieku uważali siebie samych i swój kraj za prawdziwy pępek świata, powtarzając często że "Dzikusy zaczynają się już w Calais").


 

Wplątanie się Brytyjczyków w sprawy Egiptu, spowodowało wybuch kolejnego buntu (1881 r.), tym razem prowadzonego przez pustynnego ascetę z wyspy Aba na Białym Nilu (już za życia uważanego za "umiłowanego przez Allaha" czyli muzułmańskiego świętego) Mohammeda Ahmeda zwanego "Mahdim" (prorokiem). Tak oto rozpoczynało się krwawe powstanie, które trwało w Sudanie aż do 1899 r. i zakończyło się okupacją i podporządkowaniem sobie egipskiego Sudanu przez Brytyjczyków (pozwolę sobie już nie wchodzić w kluczowe momenty tych walk, gdyż nie mają one większego znaczenia dla tego tematu i przejdę bezpośrednio dalej). Ostatecznie po długotrwałej wojnie z derwiszami Mahdiego, a po jego śmierci w 1885 r. kalifa Abdullahiego (analfabety, który doskonale potrafił prowadzić działania partyzanckie i kierować uzbrojonymi w oszczepy i łuki zwolennikami świętości Mahdiego), Brytyjczycy (pod dowództwem gen. Horatio Kitchenera) zdobyli Dongolę (21 września 1896 r.), Abu Hamed (7 sierpnia 1897 r.) i rozbili mahdystów w bitwach nad rzeką Atbarą (8 kwietnia 1898 r.) i pod Omdurmanem nad Nilem (2 września 1898 r.), To właśnie po zakończeniu tej ostatniej bitwy o mało co nie doszło do wybuchu znacznie większego konfliktu, który z pewnością odmieniłby przyszłość Europy i Świata. Otóż w Faszodzie (obecnie Kodok) w południowym Sudanie, doszło do poważnej konfrontacji pomiędzy dwiema ekspedycjami: brytyjskiej flotylli kanonierek, płynącej pod dowództwem gen. Kitchenera w górę Nilu i francuskiej kolumny kapitana Jeana-Baptiste'a Marchanda, idącej drogą lądową z Dakaru do Dżibuti. Konflikt ten trwał prawie pół roku i choć obie kolumny nie otwierały do siebie ognia, to jednak żadna ze stron nie zamierzała się wycofać, co jedynie potęgowało wzajemny konflikt i w dłuższej perspektywie groziło wybuchem otwartej wojny brytyjsko-francuskiej (na co bez wątpienia liczył Berlin), tym bardziej że brytyjska Royal Navy już się szykowała do uderzenia na francuską Marine Nationale na Morzu Śródziemnym. Wówczas zadziałał jednak zdrowy rozsądek i za sprawą kilku polityków (przede wszystkim zaś Teofila Delcasse - francuskiego ministra spraw zagranicznych, który świadomy rosnących wpływów niemieckich, otwarcie dążył do zbliżenia Paryża z Londynem) udało się zakończyć ten konflikt (21 marca 1899 r. zawarto porozumienie uznające prawa Wielkiej Brytanii do całej doliny Nilu, a korpus kapitana Marchanda został wycofany z Faszody na polecenie ministra Delcasse'go).


Lord gen. HORATIO KITCHENER



KAPITAN JEAN-BAPTISTE MARCHAND

 

Był to pierwszy krok na drodze późniejszego zbliżenia Paryża i Londynu, choć kolejny krok ku temu wyszedł teraz ze strony Anglików (za czasów urzędowania przy Quai d'Orsay ministra Gabriela Hanotaux - poprzednika Delcasse'go i zwolennika zbliżenia zarówno z Rosją jak i z Niemcami, oraz stworzenia bloku kontynentalnego złożonego z tych trzech państw, a wymierzonego przeciw Brytyjczykom - Wielka Brytania znalazła się w izolacji i na gwałt poszukiwała sojuszników). Rozładowanie konfliktu z Faszody stwarzało doskonałą okazję pod wygaszenie narosłych przez wieki uprzedzeń oraz przezwyciężanie stereotypów narodowych (bardzo silnych w obu tych krajach), w celu realnego zbliżenia polityczno-militarnego Francji i Anglii. I w tym dziele znacznie wykazał się nowy król (od 22 stycznia 1901 r.) Wielkiej Brytanii (koronowany 9 sierpnia 1902 r.) - Edward VII. Po raz pierwszy od 64 lat, na tronie brytyjskim zasiadł mężczyzna, gdyż długoletnie rządy jego matki, królowej Wiktorii - zdążyły już przyzwyczaić Anglików że "Monarchia jest kobietą" (notabene podobnie jest dzisiaj z Elżbietą II). Anglicy rodzili się za panowania Wiktorii i umierali za panowania Wiktorii, która w pewnym momencie stała się dla nich już nie tyle żywą osobą, co wręcz pewnym symbolem czasów wielkiej brytyjskiej prosperity i rozwoju kolonialnego. To właśnie Wiktoria wprowadziła Anglię w wiek kolei, fotografii, pierwszych samochodów i samolotów, to wlaśnie za jej panowania powstały największe od czasów Tudorów arcydzieła brytyjskiej literatury. Królowa Wiktoria była więc symbolem nie tylko monarchii, ale wręcz brytyjskiego Imperium i wszystkich żyjących w nim ludów. Teraz zaś na tron wstępował sześćdziesięcioletni (skutecznie odsuwany przez matkę od spraw politycznych), nieco przysadzisty mężczyzna o skłonnościach do kleptomanii (nie jest do końca wiadome czy to prawda czy też plotka, ale istnieją przypuszczenia że książę Edward lubił dokonywać drobnych kradzieży w sklepach, a żeby sprawy te nie ujrzały nigdy światła dziennego, szedł za nim specjalny urzędnik dworu i na miejscu regulował ceny za skradzione przedmioty). Mimo to, jeśli chodzi o charakter, to nowy monarcha wcale nie przypominał swej nudnej (noszącej czarne suknie od śmierci swego męża w grudniu 1861 r.) matki, której niewiele rzeczy było w stanie zadowolić (szczególnie pod koniec swego długiego życia, stawała się nieco zgorzkniała i marudna) i która często powtarzała podczas publicznych przedstawień, organizowanych na królewskim dworze: "Nie jesteśmy zabawieni". O Edwardzie można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że był nudny.


KRÓL WIELKIEJ BRYTANII - EDWARD VII


 
Kochał życie i dawał się lubić (miał skłonność przyciągania do siebie ludzi). Gdy jeszcze jako młody mężczyzna (w wieku 19 lat) wyjechał do Stanów Zjednoczonych, był tam witany jak zwycięski amerykański prezydent, a tłumy kłębiły się, aby tylko, choć z oddali ujrzeć księcia. Jako pierwszy brytyjski przedstawiciel dynastii panującej, złożył kwiaty na grobie Jerzego Waszyngtona, czym od razu przekonał do siebie amerykańską prasę i elity ze Wschodniego Wybrzeża (tamte amerykańskie elity jeszcze był patriotyczne, nie to co dziś). Zaś podczas oficjalnego przyjęcia w Chicago, taki tłum gości oczekiwał przyjazdu księcia, że w budynku... zarwała się podłoga i 200 osób pospadało do znajdującej się niżej sali teatralnej, wprost na krzesła parteru. Nikt co prawda nie zginął, ale było wielu poważnie rannych. Amerykanie tak zakochali się w Edwardzie, że powstała nawet propozycja wysunięcia go jako kandydata w wyborach na prezydenta USA (to były te same wybory, które wygrał Abraham Lincoln i które pośrednio doprowadziły do rozpadu Unii i wybuchu Wojny Secesyjnej). Książę uwielbiał życie i zabawy, a przede wszystkim uwielbiał płeć piękną i wdawał się w liczne romanse (będąc na przykład w Paryżu, wprowadził swoje całkiem nagie kochanki - które notabene pochodziły z brytyjskiej elity arystokratycznej - okryte jedynie w wymyślne futra, na wieżę Eiffla). Spotykał się też (a potem długie lata korespondował) ze znaną kurtyzaną Katarzyną Walters. Książę był również bardzo inteligentnym człowiekiem i nawet swoją mowę tronową wygłosił własnymi słowami (a nie odczytywał jej z deklaracji Wilhelma IV z 1831 r.), czym wzbudził ogromną radość swych poddanych. Nowy król, na nowe czasy (wszyscy myśleli że nowe, XX stulecie, także będzie wiekiem Brytanii), monarcha władający Imperium złożonym z 400 milionów poddanych - to właśnie on (i może jeszcze sekretarz stanu do spraw kolonii w rządzie Artura Balfoura - Joe Chamberlain, ojciec Austena i Neville'a - tego który po powrocie z Monachium w 1938 r. twierdził że zgodą za oddanie Hitlerowi Czechosłowacji przywiózł: "Pokój naszych czasów") stał sie autorem zgody z Francją, która przeszła do historii jako "Entente Cordiale" ("Serdeczne Porozumienie"). Cóż się zresztą dziwić, skoro to właśnie we Francji książę Edward przeżył swe najlepsze, erotyczne doświadczenia.



 

CDN.

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

DOMINATORKI - Cz. IX

CZYLI RZECZ O ZNANYCH

I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII,

KTÓRE POTRAFIŁY

RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE

MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA






DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPTU

Cz. VIII


"DYNASTIA KRÓLOWYCH"




 

 V

HATSZEPSUT

"KOBIETA FARAON"

Cz. V



 Po ogromnym sukcesie jakim okazała się wyprawa do krainy Punt (z ok. 1470 r. p.n.e.), pozycja królowej Hatszepsut jako władającego krajem faraona, niepomiernie wzrosła. Miała ona już prawie lat 40 i władała najpotężniejszym imperium w całym regionie Morza Śródziemnego. Egipt był też krajem bogatym i co roku z kopalń w Nubii przybywało złoto oraz miedź, z kopalń Górnego Egiptu napływały kamienie półszlachetne (takie jak ametyst, jaspis, karneol, granat), zaś z ulokowanych na Pustyni Wschodniej (nieopodal Synaju) kopalni Dolnego Egiptu, wydobywano alabaster, bazalt, dolomit, porfir i serpentyn, a z Synaju sprowadzano turkusy. Kwitł handel z Syro-Palestyną (gdzie zaopatrywano się głównie w drewno - tak potrzebne do budowy okrętów, a także srebro, konie, wino, oleje, rodzynki i oczywiście niewolników), z Cyprem (gdzie pozyskiwano chociażby sok z maku, bardzo potrzebny do produkcji lekarstw), z wyspami greckimi (wino, srebro i wyroby rzemiosła, jak choćby wazy), oraz z wnętrzem Afryki (skąd sprowadzano heban, czarne drewno, kość słoniową, kadzidło, mirrę, dzikie zwierzęta i strusie pióra). Handlowano również z odleglejszymi krajami, jak Babilonia czy Azja Mniejsza (gdzie wówczas dominowały plemiona Luwitów i Nessejczyków, czyli Hetytów). Wiedząc że kraj się rozwija pod jej rządami i umiejętnie podsycając monarchiczną propagandę, która przedstawiała ją na świątynnych wyobrażeniach jako... młodego mężczyznę (z nieco bardziej widocznym kobiecym biustem - co oznacza że nie zamierzała do końca rezygnować ze swojej płciowości w publicznych kontaktach z ludem, a męski obraz był jej potrzebny do zademonstrowania własnej siły, skuteczności i odwagi, gdyż cechy te były utożsamiane jedynie z mężczyzną), ostatecznie królowa Hatszepsut ogłosiła wielkie przygotowania do obchodów święta Sed (ok. 1465 r. p.n.e.). Do dziś nie wiadomo dlaczego tak uczyniła, gdyż należy pamiętać że święto Sed (a właściwie Heb-Sed), było również królewskim egzaminem z męskiej siły i witalności, a odbywało się bardzo rzadko, z reguły w trzydziestym roku panowania władcy (kolejne święta Sed odbywały się w dziesięć lat później, potem w pięć lat później, a potem już co roku, z tym że w historii Egiptu niewielu było faraonów którzy na tyle długo, aby uczcić swoje trzydziestolecie, nie mówiąc już o kolejnych dekadach). Było to święto odrodzenia, sięgające jeszcze czasów Starego Państwa i skrupulatnie przestrzeganego co do kolejności obchodów.

Jak to się więc stało, że Hatszepsut, która przecież panowała od niecałych piętnastu lat (pięć lat jako regentka małoletniego Totmesa III i prawie dziesięć lat jak kobieta-faraon), ośmieliła się złamać tę tradycję i urządzić święto w czasie swego panowania? Z pewnością tu również zadziałała ta sama koncepcja, co w przypadku przedstawiania wizerunków królowej jako mężczyzny - czyli chęć podkreślenia że mimo swojej płci, jest tak samo godna sprawowania władzy jak mężczyzna i udowodni to właśnie podczas święta Heb-Sed. Było to konieczne, gdyż młody faraon Mencheperre Totmes (z którym dzieliła tron), jej bratanek, zdążył już osiągnąć wiek męski i był coraz bardziej uważany za jedynego i prawdziwego władcę, zaś samą Hatszepsut zaczęto postrzegać za swego rodzaju przeszkodę. Owszem, była potrzebna w czasach małoletności władcy, ale teraz, gdy przestał być już dzieckiem, jej rola dobiegła końca i powinna usunąć się w cień. Niestety, ambicja nie pozwalała jej tego uczynić i to właśnie ona pchnęła ją do udowodnienia swego znaczenia podczas święta Sed. Problem był tylko z datą, bowiem jak wytłumaczyć kapłanom tak wcześnie przeprowadzone święto odrodzenia? Królowa wpadła więc na ciekawy pomysł. Otóż zaliczyła do czasu swego panowania również i lata rządów swego męża - Aacheperenre Totmesa (II), który panował przez około piętnaście lat (prawdopodobnie w latach: 1493-1479 p.n.e.). Zliczając więc jego lata, lata swej regencji i lata swych rządów jako faraona, uzyskiwała Hatszepsut okres lat (około) trzydziestu, co dawało jej podstawę do zorganizowania święta. Było to też pierwsze święto Heb-Sed od bardzo długiego czasu (prawdopodobnie ostatnie takie święto zorganizowano za rządów faraona Nebkaure Amenemhata II, ok. 1900 r. p.n.e. czyli ponad 430 lat temu), nikt też z Egipcjan współczesnych królowej, nie pamiętał jak takie święto obchodzono, zatem kapłani musieli sięgać po bardzo stare zapiski na ten temat i uczyć się archaicznych inkantacji - wyśpiewywanych podczas tej uroczystości.

Oczywiście podczas święta Hatszepsut miał towarzyszyć w tych uroczystościach młody Totmes (III). Obaj obchodzili bowiem to święto, gdyż panowali wspólnie i nie godziło się aby kobieta mogła odbyć uroczystość bez wsparcia jej męskiego odpowiednika. Święto Sed było też niezwykle ważne dla trwania samej monarchii, więc informacje o jego przeprowadzeniu rozgłaszano na kilka miesięcy wcześniej, tak, aby wszyscy nomarchowie i wyżsi urzędnicy królestwa mogli tego dnia przybyć do Teb. Jak już wspomniałem, święto Heb-Sed było odrodzeniem władzy królewskiej, tak więc należało do grona świąt rodzinnych, podczas których Wielka Małżonka Królewska w otoczeniu dzieci i haremu, towarzyszyła swemu małżonkowi w jego królewskich zadaniach, które miały zaświadczyć o sile i witalności faraona, oraz uzyskać akceptację bogów co do dalszych rządów na kolejną dekadę. W tym jednak przypadku do wzajemnej konfrontacji mieli stanąć dwaj faraonowie: ciotka i jej bratanek, kobieta i młody mężczyzna. Samo święto wyglądało następująco: król i królowa pojawiali się w świątyni (Ipet-Sut) w Karnaku, przystrojeni w krótkie, białe szaty. Siadali wówczas na tronach, a ich głowy przystrajano koronami Górnego i Dolnego Egiptu (na zmianę), co miało symbolizować ponowne wzięcie we władanie owych Dwóch Krajów. Oddawali też cześć ich boginiom (Wadżet [kobra] uosabiająca Deltę i Nechbet [sęp] będąca patronką Górnego Egiptu). Wówczas odbierali hołdy od nomarchów i innych dostojników królestwa (a także przedstawicieli podbitych ludów). Następnie przypatrywali się rytualnym tańcom wykonywanym przez młode dziewczęta (damy haremowe), najprawdopodobniej pochodzące ze szkoły znajdującej się przy świątyni księżycowego boga Chonsu w Karnaku. Potem przychodził czas na zaprezentowanie rytualnej walki młodych mężczyzn, po której zakończeniu król i królowa udali się do pozostałych świątyń bogów (w świątyni boga płodności Mina dokonywano uroczystości puryfikacji, czyli oczyszczenia - a polegało to na "usunięciu ziemskiej niedoskonałości" i przekształceniu się władcy, przynajmniej na kilka minut, w żywe bóstwo. Rytuał ten polegał na oblaniu faraona wodą - lub tylko skropieniu jego twarzy, jest bowiem mało prawdopodobne że rzeczywiście polewano władców wodą tak jak to ukazują sceny świątynne w Karnaku - a następnie okadzeniu sanktuarium i przywołaniu Ozyrysa, Horusa i Amona-Re słowami: "Jestem tym, który się wznosi do bogów, ponieważ stałem się czysty").




Po zakończeniu tej ceremonii król i królowa przebierali się w bardziej wygodne stroje i brali udział w rytualnych biegach, trzymając przy tym w ręku różne przedmioty (np. bicz, wiosło, rolkę papirusu, figurkę ibisa, wazę), a następnie przechodzono do głównej atrakcji całego święta, czyli podniesienia słupa Dżed - uosabiającego zmartwychwstałego Ozyrysa. Podniesienie tego kolorowego słupa wbrew pozorom nie było wcale takie łatwe, gdyż była to najczęściej wymyślnie rzeźbiona, granitowa kolumna i choć oczywiście w ustawieniu go do pionu pomagali swemu władcy dworzanie, to jednak unieść w powietrze musiał go sam faraon (ciągnąc za liny). Oczywiście za każdym razem władca ów słup podnosił (gdyby nie podniósł, byłby to dla ludu znak iż bogowie nie są mu przychylni, a przecież nie po to organizowano owe święto, aby udowodnić wszem i wobec że panujący już od trzydziestu lat władca - który zdążył udowodnić przez tyle lat że jest żywym bogiem - nie nadaje się do dalszego sprawowania władzy), zatem władca otrzymywał wsparcie od dworzan (wystarczyło aby jedynie uniósł go lekko do góry) i ostatecznie słup Dżed stawał do pionu - dając ludowi dowód że ich król jest silny, witalny i ma całkowite wsparcie Niebios. Ostatnim elementem uroczystości było strzelanie z łuku w kierunku czterech stron świata (jako symbol potęgi Egiptu i zmiażdżenia jego wrogów). Uroczystości te z pewnością nie były znacznie trudniejsze dla kobiety, niż np. dla starca (który też musiał wykazać się witalnością i siłą jeśli chciał udowodnić że wciąż nadaje się na władcę) i Hatszepsut przeszła je tak, jak jej poprzednicy. Był to jednak dla niej ważny moment, bowiem tym samym udowadniała swą bliskość z bogami i oczywiście potwierdzała własne prawo do tronu. Nie ma też pewności czy dopiero po święcie Heb-Sed, czy też już znacznie wcześniej - kazała królowa rozgłaszać opowieść o swych boskich narodzinach, podczas których to sam bóg Amon-Re pod postacią jej ojca zbliżył się do jej matki i "uczynił z nią wszystko, co chciał". Ahmes następnie miała zajść w ciążę i urodzić "boskie dziecię" - przyszłego faraona Maatkare Hatszepsut. Oczywiście święto Sed było także okazją do wielkiego święta radości, które oczywiście było obficie skropione piwem i winem (ufundowanym przez samą królową). Radość poddanych (mimo że to nie oni decydowali o losach poszczególnych przedstawicieli panującej dynastii) zawsze była jak najbardziej pożądana przez egipskich władców.

Pragnieniem Hatszepsut było też, aby jej córka Neferure również objęła władzę królewską po jej śmierci (dlatego też wydała ją za mąż za młodego Totmesa III). Zapewne liczyła na to, że podobnie jak ona sama a wcześniej jej matka Ahmes, będzie Neferure realnie rządzić za plecami słabego faraona, który stanie się jedynie marionetką w jej rękach. Księżniczka piastowała już tytuły Boskiej Małżonki Amona-Re i Wielkiej Małżonki Królewskiej - co też dawało jej najwyższą pozycję wśród kobiet (wyłączając oczywiście samą Hatszepsut). Nie wiadomo jednak jaki stosunek miał Totmes do swej starszej o kilka lat małżonki? Nie wiadomo też czy darzył ją jakimś uczuciem i czy w ogóle odwiedzał ją w alkowie? Byli zresztą rodzeństwem (choć przez inne matki) i co prawda taki związek należał do egipskiej tradycji, to jednak pewnym jest że księżniczka Neferure nie została matką i nie urodziła Totmesowi żadnego potomka. Zresztą on częściej przebywał na północy kraju - w Memfis, w Heliopolis lub w twierdzy Perunefer (gdzie szkolił się na prawdziwego króla i wodza) i gdzie miał także swój harem. Natomiast Neferure przebywała u boku matki w królewskich Tebach, pełniąc odpowiedzialną funkcję Boskiej Małżonki Amona-Re w świątyni Ipet-Sut. Zatem owa królewska para zbyt często zapewne się nie spotykała i to też musiało niepokoić samą Hatszepsut (brak bowiem męskiego dziedzica zrodzonego z królewskiej krwi łączącej obie dynastie: Ahmesydów i Totmesydów - których ciągłość opierała się obecnie na linii żeńskiej - oznaczało zerwanie z tamtą tradycją i powołanie się jedynie na boczną linię władców zrodzonych z haremowych nałożnic). Rzeczywiście, jej obawy okazały się prawdziwe, go po dojściu Totmesa III do pełni władzy (ok. 1458 r. p.n.e.), nakazał on zetrzeć na proch nie tylko stele i kartusze z pomników oraz wizerunków samej Hatszepsut, ale również... jej córki a swej małżonki Neferure. To zapewne jest więc odpowiedzią jak w rzeczywistości układały się stosunki małżeńskie młodej pary (jednak w tym czasie księżniczka Neferure już nie żyła).




Oddająca się codziennym obrzędom "rozbudzenia boga" w świątyni Ipet-Sut (o czym pisałem w poprzednich częściach) i oddalona od swego małżonka, księżniczka Neferure musiała słuchać wieści nie tylko o jego wyczynach w powożeniu rydwanem i strzelaniu z łuku, ale również z wyczynów łóżkowych, jako że mniej więcej ok. 1465 r. p.n.e. narodził się pierwszy syn Totmesa III - Amenemhat, zrodzony z nałożnicy (należącej jednak do egipskiej elity) o imieniu Satiah. Wyglądało więc na to, że ród Hatszepsut nie przedłuży swego istnienia, tym bardziej że młody Totmes był coraz bardziej niezależny i królowa nie miała na niego już żadnego wpływu. Można jednak założyć, że ostatecznie Totmes dał się przekonać do spędzenia z Neferure trochę czasu, czego wynikiem była jej ciąża. Od tej ciąży zależała przyszłość dynastii, gdyż nawet narodziny córki dawałyby gwarancję przedłużenia rodu (oczywiście gdyby dziecko przeżyło okres niemowlęctwa - co wcale nie było wówczas takie pewne) i można by ją było w przyszłości wydać za maż za owego Amenemhata, tym samym oczekując kolejnego dziedzica. Niestety ciąża Neferure zakończyła się tragicznie (jest więcej niż pewne, choć nie ma na ten temat żadnych źródeł - ale też faraonowie nie umieszczali informacji o swych dzieciach, jeśli ci nie przeżyli okresu dzieciństwa - że księżniczka Neferure z jakiegoś względu poroniła tę ciążę lub urodziła martwe dziecko, a sama zmarła w jakiś czas potem). Neferure (którą już wówczas zwano: "Panią Obu Krajów" i "Panią Dolnego i Górnego Egiptu") zmarła w połogu (ok. 1465 r. p.n.e.). Nie wiadomo ile miała dokładnie lat w chwili śmierci, ale zapewne ok. 27/29. Był to olbrzymi cios dla Hatszepsut, ponieważ wraz z córką odchodziły w niebyt wszelkie jej dotychczasowe plany. Wszystko się rozpadało, gdyż całe jej dotychczasowe poświęcenie i próby udowodnienia swej "męskości" i "boskości" były przecież rozpisane również z myślą o przyszłość Neferure. Nie wiadomo też dlaczego królowa Hatszepsut po śmierci córki swą złość obróciła przeciw Senenmutowi (swemu dotychczasowemu kochankowi i budowniczemu jej świątyni grobowej - Dżeser Dżeseru w Deir el-Bahri). Być może wiedziała o czymś, o czym my nie mamy pojęcia (np. o romansie pomiędzy nimi - co wcale nie musiało być takie niedorzeczne, jako że Senenmut był przecież opiekunem księżniczki Neferure i również reprezentował jej interesy, a co ważniejsze - widywał ją znacznie częściej niż jej małżonke faraon Totmes III). W każdym razie ów ambitny i utalentowany architekt utracił w tym czasie królewskie względy (co się z nim dalej stało? - nie wiadomo, ale najprawdopodobniej królowa nie skazała go na śmierć a jedynie na wygnanie).

Hatszepsut panowała jeszcze ponad pięć lat, do czasu gdy faraon Mencheperre Totmes (III) wyruszył ze swej twierdzy Perunefer na czele armii, aby przejąć pełnię władzy (ok. 1458 r. p.n.e.). Nie wiadomo tylko czy to był rzeczywisty zamach stanu Totmesa, czy też objęcie pełnej władzy już po śmierci jego ciotki. W każdym razie królowa Hatszepsut przeszła do historii nie tylko jako kobieta-faraon, autorka planu podróży do Puntu i ta, która odrodziła kontakty z tym krajem po prawie 500 latach. Hatszepsut znana jest również ze swej imponującej świątyni grobowej (Dżeser Dżeseru) w Deir el-Bahri. Prócz tego wzniosła pierwszy pylon na ceremonialnej alei północ-południe w Tebach, łączącej świątynię Ipet-Sut ze świątynią bogini Mut i z Luksorem (aleja ta otrzymała potem nazwę "Alei Sfinksów"), oraz kilka obelisków w Karnaku i w Luksorze. W Medinet Habu (na zachodnim brzebu Nilu w tzw.: "Mieście Umarłych") kazała wznieść sanktuarium dla ośmiu bóstw (cztery pary bogów). Wzniosła też świątynię bogini Mut "Pani Iszeru" w Karnaku (prace te dokończył już Totmes III). Poza tym stawiała mnóstwo kapliczek dla bogów i bogiń, utworzyła klasyczną egipską kastę kapłańską (przyznając kapłanom wiele przywilejów których wcześniej nie posiadali), a także rozbudowała Teby (czyniąc z tego miasta prawdziwą królewską siedzibę). Wspierała też Heliopolis - miasto, które Egipcjanie uważali za pierwsze jakie powstało po stworzeniu świata - i tamtejszych kapłanów. Można więc powiedzieć że królowa Hatszepsut, potomkini dwóch dynastii (Ahmesydów i Totmesydów), uczyniła więcej, niż jej ojciec i mąż razem wzięci. Była też ostatnią przedstawicielką "Dynastii Królowych", a po jej śmierci nie znalazła się już żadna silna i energiczna kobieta u władzy, aż do czasu panowania królowej Teye - małżonki faraona Nebmaatre Amenhotepa (III) (prawnuka Totmesa III Wielkiego) - która to bedzie bohaterką kolejnej części naszej opowieści.


          






CDN.

sobota, 1 sierpnia 2020

WSPOMNIENIE!

HOŁD CHRYSTUSOWEMU MIASTU










 

Poznań to miasto jedynego zwycięskiego powstania w naszych dziejach, Kraków to prastary gród królewski, tętniący historią, Lwów "Zawsze Wierny" (Semper Fidelis), Wilno to "Miłe miasto, jedno z najpiękniejszych miast w świecie", Grodno to miasto-bohater z września 1939 r. który od dawna zasługuje na swój krzyż Virtuti Militari (i nie ma żadnego znaczenia że obecnie miasto to znajduje się w granicach Białorusi. Jest to bowiem gród Rzeczpospolitan i tak właśnie należy do tej sprawy podejść). Ale spośród tych wszystkich miast-symboli polskiej kultury, tradycji i historii, jedno szczególnie rzuca się w oczy. Jedno niezwykłe i wyjątkowe miasto w świecie, które nie ma sobie równego spośród wszystkich metropolii ziemskiego globu. To miasto zwie się - WARSZAWA. 63 dni walki mieszkańców polskiej stolicy z niemieckim okupantem, 63 dni nadziei i wiary w ostateczne zwycięstwo nad znienawidzonym wrogiem, który rozszarpał nam kraj w 1939 r. Ci wszyscy młodzi ludzie, którzy wówczas przystępowali do walki o swą wolność, o niepodległość swego kraju, o dziejową sprawiedliwość za niemieckie zbrodnie, gwałty i szykany - ci ludzie już stali się świętymi, a zniszczone doszczętnie przez Niemców miasto, bez wątpienia zasługuje na miano "Chrystusowego". Zniszczone bowiem doszczętnie, spalone do gołej ziemi, ludność wymordowana lub wysiedlona oto bilans niemieckiego zwycięstwa nad warszawskimi powstańcami, oto bilans zwycięstwa "bohaterskiego" Wehrmachtu nad chłopcami i dziewczętami, którzy chcieli jedynie na powrót poczuć się wolni. Miasto to, podobnie jak Chrystus zostało ukrzyżowane i umarło, a przynajmniej miało umrzeć na wieki. Jednak dzięki poświęceniu ocalałych mieszkańców, którzy po wojnie powrócili do tego "morza ruin", ponownie się odrodziło i ponownie jak Jezus Chrystus zmartwychwstało do nowego życia. Tamtej Warszawy już nie ma - spłonęła w ogniu niemieckich dział i miotaczy płomieni. Ale dzisiejsza Warszawa jest jej kontynuacją, jest odrodzoną, wyrwaną z objęć śmierci, zmartwychwstałą nową metropolią, której mieszkańcy (często będący Warszawiakami zaledwie od dwóch lub trzech pokoleń) pamiętają dziś tragedię tamtej Warszawy i ludzi wówczas w niej żyjących i walczących. I to jest właśnie powód do radości, to jest fundament, który daje ogromną nadzieję i powoduje że współczesnym kontynuatorom tradycji hitlerowskiego Wehrmachtu (podobnie jak i tamci lubujących się w jaskrawych barwach) nie uda się ponowne zgnębienie tego dumnego, wielkiego narodu, którego stolica - według słów szwedzkiego pisarza  Ture Nermana: "po wieczne czasy zdobyła honorowe miejsce w historii. Warszawa stanie się miastem świętym".




1 SIERPNIA 2020 r. 
 HASŁEM MARSZU POWSTANIA WARSZAWSKIEGO JEST:

"NIEMIECKIE ZBRODNIE 
NIE ROZLICZONE"






A OTO FRAGMENTÓW JEDNEGO FILMU O POWSTANIU WARSZAWSKIM, ZMONTOWANYM Z KILKU FILMÓW DOKUMENTALNYCH, ZREALIZOWANYCH PODCZAS TOCZĄCYCH SIĘ W STOLICY WALK
1 VIII - 2 X 1944 r.








RELACJA CNN O POWSTANIU WARSZAWSKIM z 2004 r.


 

 

GODZINA "W"
FILM O WYBUCHU POWSTANIA z 1979 r.






CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM!









GŁOSY ROZSĄDKU!

SAMI NIC NIE ZNACZYMY, 

RAZEM JESTEŚMY POTĘGĄ



PONIŻEJ PREZENTUJĘ DWA BARDZO INTERESUJĄCE OPINIE NA TEMAT OSTATNICH WYDARZEŃ, ZWIĄZANYCH Z PROWOKACJAMI GRUPKI IDEOLOGÓW lgbt. 

PIERWSZY GŁOS POCHODZI Z KANAŁU JAKUBOWSKI76, A JEGO AUTOR (KTÓRY JEST ZARÓWNO HOMOSEKSUALISTĄ, MUZUŁMANINEM I MIESZKA W WIELKIEJ BRYTANII) W SPOSÓB NIEZWYKLE DOBITNY MÓWI CO MYŚLI O OSTATNICH PROWOKACJACH Z TĘCZOWYMI SZMATAMI, ROZWIESZANYMI NA WARSZAWSKICH POMNIKACH, ORAZ DO CZEGO DĄŻĄ FANATYCY SPOD ZNAKU DUPY i TĘCZY (WIĘCEJ O TYM MÓWIŁ W SWOICH WCZEŚNIEJSZYCH FILMACH). WARTO TU JESZCZE DODAĆ ŻE, ŻE OGROMNA WIĘKSZOŚĆ HOMOSEKSUALISTÓW NIE POPIERA IDEOLOGII lgbt, GDYŻ MYŚLĄCY LUDZIE ZDAJĄ SOBIE SPRAWĘ, ŻE TO SŁUŻY JEDYNIE UCZYNIENIU Z NICH OFIAR I WYPCHNIĘCIU NA BARYKADY "WALKI O POSTĘP" W CHARAKTERZE... MIĘSA ARMATNIEGO. WARTO WYSŁUCHAĆ DO SAMEGO KOŃCA.



NAJLEPSZE (WEDŁUG MNIE) FRAGMENTY JEGO WYPOWIEDZI:



"JA NIE JESTEM KATOLIKIEM, NIE JESTEM NAWET CHRZEŚCIJANINEM. ALE JESTEM POLAKIEM..."

"MIESZKAM W ZLEWACZAŁEJ WIELKIEJ BRYTANII, W KTÓREJ AKCEPTACJA X-LAT TEMU TAKICH ZACHOWAŃ, JAKIE DZIEJĄ SIĘ DZISIAJ W POLSCE, SPOWODOWAŁO TO, ŻE DZIŚ W WIELKIEJ BRYTANII NAJBARDZIEJ ZAGROŻONĄ GRUPĄ ETNICZNO-RELIGIJNO-SPOŁECZNĄ SĄ BIALI, HETEROSEKSUALNI CHRZEŚCIJANIE, SZCZEGÓLNIE MĘŻCZYŹNI. I NIC NIE JEST NORMALNE"

"JEŻELI JA OCZEKUJĘ AKCEPTACJI I TOLERANCJI WOBEC MNIE, TO POWINIENEM SIĘ ODWZAJEMNIAĆ TYM SAMYM. JA NIE MUSZĘ ROZUMIEĆ IDEOLOGII KATOLICKIEJ, JA NIE MUSZĘ ROZUMIEĆ LUDZI CHODZĄCYCH DO KOŚCIOŁA, JA NIE MUSZĘ ROZUMIEĆ LUDZI ODMAWIAJĄCYCH RÓŻANIEC. NIE MUSZĘ ICH ROZUMIEĆ! ALE MOIM ZASRANYM OBOWIĄZKIEM JEST, USZANOWAĆ TO, ŻE ONI SIĘ TAK ZACHOWUJĄ, BO TAKĄ MAJĄ POTRZEBĘ"

"TO CO lgbt PRÓBUJE TERAZ ZROBIĆ OD KILKU LAT, TO JEST POSTAWIENIE NAS, HOMOSEKSUALISTÓW NA PIEDESTAŁ ZE SPECJALNYM TRAKTOWANIEM. NIE CHCĘ BYĆ SPECJALNIE TRAKTOWANY! ZA CZASÓW HITLERA, GDY BYŁ HOLOKAUST I NIE TYLKO, SPECJALNE TRAKTOWANIE OZNACZAŁO NIC WIĘCEJ, JAK TYLKO - ŚMIERĆ" 






A TERAZ WYPOWIEDŹ PANI WERONIKI KOSTRZEWY NA TEMAT KONIECZNOŚCI WYPOWIEDZENIA PRZEZ POLSKĘ KONWENCJI STAMBULSKIEJ, ZWANEJ DLA NIEPOZNAKI "ANTYPRZEMOCOWĄ":


"STEREOTYPOWY MODEL ROLI KOBIETY I MĘŻCZYZNY" TO OJCIEC, MATKA, MĄŻ, ŻONA - TO WSZYSTKO TO, W CZYM ŻYJEMY NA CO DZIEŃ. TO PRZEPUSZCZANIE KOBIETY W DRZWIACH, TO PIERWSZEŃSTWO PRZYPISANE KOBIECIE - TO SĄ TE STEREOTYPOWE ROLE. OCZYWIŚCIE TERAZ LEWICA ŚMIEJE SIĘ ŻE CHŁOPCÓW PRZEBIERZE SIĘ ZA DZIEWCZYNKI, DZIEWCZYNKI ZA CHŁOPCÓW. A DLACZEGO SIĘ ŚMIEJECIE? PRZECIEŻ W SZWECJI TAKIE RZECZY JUŻ SIĘ DZIEJĄ. PRZECIEŻ TO WŁAŚNIE W SZWECJI ODWOŁANO BAL PRZEBIERAŃCÓW W PRZEDSZKOLU, BO SIĘ OKAZAŁO ŻE ZBYT DUŻO DZIEWCZYNEK CHCIAŁO WEJŚĆ W "STEREOTYPOWY MODEL ROLI KOBIETY", CZYLI ZAŁOŻYĆ STRÓJ KSIĘŻNICZKI"

"WZORCE SPOŁECZNE I KULTUROWE SĄ NAM POTRZEBNE. MOŻECIE NARZEKAĆ NA PATRIARCHALNY MODEL RODZINY, ALE MODEL RODZINY, GDZIE MĘŻCZYZNA JEST GŁOWĄ RODZINY, GDZIE KOCHA SWOJĄ ŻONĘ I W TEN SPOSÓB POKAZUJE DZIECIOM JAK POWINNA RODZINA WYGLĄDAĆ, GDZIE TROSZCZY SIĘ O SWOJE DZIECI - TO NIE JEST MODEL, W KTÓRYM MĘŻCZYZNA BIJE KOBIETĘ. TAMTO TO JEST PATOLOGIA I ONA SKĄDŚ SIĘ BIERZE, A NA PEWNO NIE ZE STEREOTYPOWYCH WZORCÓW KOBIET I MĘŻCZYZN"


 


PAMIĘTAJMY ŻE SAMI NIC NIE ZNACZYMY, ALE ZJEDNOCZENI JESTEŚMY POTĘGĄ, KTÓRA PRAWDZIWIE ZDOLNA JEST PRZENOSIĆ GÓRY. POTRZEBA JEDYNIE PRZYKŁADU, TAK JAK W 1979 r. GDY ZE SWĄ PIERWSZĄ PIELGRZYMKĄ DO POLSKI PRZYBYŁ PAPIEŻ JAN PAWEŁ II. WÓWCZAS TEŻ WŁADZE TWIERDZIŁY ŻE PAPIEŻA WITAJĄ JEDYNIE ROZPROSZONE GRUPY FANATYCZNYCH KATOLIKÓW, A PRAWDA BYŁA TAKA, ŻE NA CAŁEJ TRASIE PRZEJAZDU "OJCA ŚWIĘTEGO", A SZCZEGÓLNIE W MIEJSCACH ODPRAWIANIA PRZEZ NIEGO MSZY ŚWIĘTYCH, GROMADZIŁY SIĘ PRAWDZIWE TŁUMY. DOPIERO WÓWCZAS CIEMIĘŻENI PRZEZ NIEWYDOLNY, KOMUNISTYCZNY USTRÓJ POLACY, UJRZELI ILU ICH JEST I JAKA JEST ICH PRAWDZIWA SIŁA. PAPIEŻ DAŁ NAM WÓWCZAS NADZIEJĘ, KTÓRA ZAOWOCOWAŁA POWSTANIEM JUŻ W SIERPNIU 1980 r. RUCHU "SOLIDARNOŚĆ" ZRZESZAJĄCEGO 10 MILIONÓW CZŁONKÓW, KTÓRY OSTATECZNIE W 1989/1990 DOPROWADZIŁ DO ROZBICIA SYSTEMU KOMUNISTYCZNEGO W EUROPIE ŚRODKOWO-WSCHODNIEJ.





TAK WIĘC SURSUM CORDA - W GÓRĘ SERCA




  

piątek, 31 lipca 2020

DZIENNIKI ZBRODNIARZA - Cz. X

CZYLI OPIS I KOMENTARZ DO

DZIENNIKÓW JOSEPHA GOEBBELSA






1925

 

DZIENNIKI DLA JOSEPHA GOEBBELSA

od 9 CZERWCA 1925 r.

do 8 LISTOPADA 1926 r.

Cz. II





 26 PAŹDZIERNIKA 1925 r.


 (...) Ciężarówką do Dortmundu. Bitwa na ulicach. Z całym tym podnieconym czerwonym motłochem. Mamy 49 rannych! Świetna zabawa. Hitlera nie ma. Podobno go zaaresztują. Sala wypełniona po brzegi. Streicher przemawia. Do niczego. Mimo to: nastrój dobry. Na ulicy znowu ostre starcia. Płynie krew, ale to nie szkodzi. Nocuję u jakiegoś towarzysza partyjnego. Rozmowy długo w nocy z kilkoma górnikami. 

Następnego ranka do Hamm. Hitler nie przybył, musiał zawrócić znad granicy pruskiej. Ta świnia Severing (Carl Severing - w latach 1920 -1926 i 1930-1932 minister spraw wewnętrznych Prus. Polityk SPD) chciał go aresztować. Przemawia (Gregor) Straßer. Znakomicie, takiego go nigdy nie słyszałem. Jędrnie, dowcipnie, ostro, sarkastycznie, ironicznie. Namiętności na bok. Fala wściekłości i oburzenia przechodzi przez salę. Pewien SA-man wstaje: "Zaprzysięgamy krwawą zemstę!". Starcia z policją. (...) Tymczasem Straßer opowiada o Monachium. 

Nasze stosunki z Hitlerem zostały oczyszczone. Hitler chce również mnie przyciągnąć. Oferuje mi się redakcję "Beobachtera". Mam przyjąć? Ale co się wtedy stanie tu na zachodzie? Jestem w dużej rozterce. (...)



6 LISTOPADA 1925 r.


(...) Rano do Brunszwiku. Z Rustem i Dincklagem (Bernhard Rust - członek NSDAP, w latach 1925-1940 gauleiter Hanoweru-Północy. Karl Dincklage - były volkista, członek NSDAP od 1925 r., na gauleitera awansował w latach późniejszych). Konferencja okręgowa (NSDAP). Na starym, utartym poziomie. Poznaję Essera. Picuś-glancuś. Mały Hitler. (...)

Jedziemy samochodem do Hitlera. Akurat je śniadanie. Już podnosi się od stołu i staje przed nami. Ściska mi dłoń. Jak stary przyjaciel. I te wielkie, niebieskie oczy. Jak gwiazdy. Cieszy się, że mnie widzi (było to już drugie spotkanie Goebbelsa z Hitlerem. Do pierwszego doszło 12 lipca 1925 r. na konferencji NSDAP w Weimarze). Nie posiadam się ze szczęścia. Wycofuje się na dziesięć minut, po czym ma już swoje wystąpienie przygotowane co do szczegółu. 

Jadę na zgromadzenie i przemawiam przez dwie godziny. Wielkie owacje, potem okrzyki "Niech żyje!" i oklaski. On jest obecny. Ściska mi dłoń. Jest jeszcze wyczerpany wygłoszeniem swojej wielkiej mowy. Potem znów przemawia przez pół godziny. Dowcipnie, ironicznie, z humorem, sarkazmem, na poważnie, żarliwie i namiętnie. Ten człowiek ma wszystko, aby być królem. Urodzony trybun ludowy. Przyszły dyktator. (...)



23 LISTOPADA 1925 r.


 (...) Mutschmann (Martin Mutschmann - członek NSDAP, od 1925 r. gauleiter Saksonii, znany żydożerca), kierownik krajowy (NSDAP) w Saksonii (prostacki, brutalny przywódca), zaprasza mnie do Plauen. Przyjeżdżam. Jest Hitler. Moja radość jest wielka. Wita mnie jak starego przyjaciela. I hołubi mnie. Jak ja go uwielbiam! Cóż to za facet! Opowiada cały wieczór. Nie mogę się go nasłuchać. Małe zgromadzenie. Na jego życzenie muszę przemawiać jako pierwszy. A potem mówi on. Jakiż jestem mały! Daje mi swoje zdjęcie. Z pozdrowieniem dla Nadrenii. Heil Hitler! (...)



18 GRUDNIA 1925 r.


 Znalazłem czas, aby przeczytać w spokoju książkę Moellera van den Brucka "Das dritte Reich" ("Trzecia Rzesza". Arthur Moeller van der Bruck opierał się na koncepcji "Raum und Volk" [Narodu i Przestrzeni], ale głównie pod względem jednolitej świadomości kulturowej wszystkich Niemców, nie zaś na zasadzie "krwi i rasy". Mimo to naziści właśnie od niego podchwycili hasło budowy Trzeciej Rzeszy). Wcześnie zmarły, pisze niczym w proroczej wizji. Tak jasno i spokojnie, a przy tym ogarnięty przecież wewnętrzną namiętnością, opisuje to wszystko, o czym wiedzieliśmy wiedzeni uczuciem i instynktem my, młodzi. Dlaczego Moeller van den Bruck (...)  nie wyciąga ostatnich konsekwencji i nie wzywa wraz z nami do walki! Duchowe wybawienie? Nie, walka na noże. Aby tylko nie chcieć uduchowienia tego wszystkiego, co najbardziej witalne w życiu, polityce i historii. Mieliśmy już po uszy tej całej politycznej estetyki, zanim ją poznaliśmy. Książka daje wgląd w różne rzeczy. Nauczę się wiele, poznając tę pełną burzy lekturę. 

Wszystko szykuje się na Boże Narodzenie! (...) Pracuję nad nowym projektem programu (NSDAP), dyktuję codziennie na maszynę 10 stron. Projekt Straßera ma braki. Chcę dotrzeć do sedna sprawy. (...)



8 STYCZNIA 1926 r.


 Nowy plan literacki: charakterystyka postaci politycznych. Stresemann, Wirth, Scheidemann, Ruth Fischer, Hergt etc. Galeria pięknych głów ludzkich. Jedna za drugą. Potem jako książka. Znowu wiele zmartwień z powodu mamony. 



20 STYCZNIA 1926 r.


 (...) Doczytany wczoraj do końca Ernst Jünger In Stahlgewittern ("Książę piechoty. W nawałnicy żelaza"). Błyskotliwa, wielka książka. Budząca grozę w swojej realistycznej wielkości. Polot, narodowa namiętność, uniesienie, niemiecka książka o wojnie. Przedstawiciel młodej generacji zabrał głos na temat głębokiego duchowego przeżycia, jakim jest wojna, i dokonał cudu przedstawienia od wewnątrz. (...) 

Rozmyślam długo o problemie polityki zagranicznej. Nie sposób pominąć Rosji. Rosja to alfa i omega każdej świadomej swojego celu polityki zagranicznej. (...) 

List od Hitlera. Sprawia mi wielką radość. (...)



25 STYCZNIA 1926 r.


 Hanower. Przyjazd. (...) Boże drogi, co też się będzie jutro działo (24 stycznia miał miejsce zjazd gauleiterów NSDAP z północnych Niemiec, w celu przedyskutowania linii programowej partii nazistowskiej. Doszło do ostrej debaty na temat polityki zagranicznej i odszkodowań dla królewskich i książęcych rodów niemieckich, za ich utracone po 1918 r. ojcowizny. Powołano do życia również nową gazetę partyjną o nazwie "Der nationale Sozialist"). Początek o godz. 8 rano. Sprawy drobne, prasa (już nazwa "nationaler Sozialist" bądź "Nationalsozialist" wywołała debatę), odszkodowanie dla książąt etc. (referendum ludowe w tej sprawie, zostało ogłoszone przez rząd Hansa Luthera, a potem Wilhelma Marxa na 20 czerwca 1926 r. Niewielka większość Niemców głosowała za odszkodowaniem dla książąt). Następnie program. Przemawia Feder. Mądrze, ale drętwo i dogmatycznie. I potem niekończąca się, bezładna debata. Mój Boże, co za rozgardiasz. (...) Potem Rosja. Niepohamowane ataki przeciwko mnie, kiedy ja na zewnątrz palę papierosa. I wtedy daję odpór. Rosja, Niemcy, kapitał zachodni, bolszewizm, mówię pół godziny, całą godzinę. Wszyscy słuchają, wstrzymując oddech. I zaraz burzliwa aprobata. Zwyciężyliśmy. (...) Koniec: Straßer ściska mi rękę. Feder mały i brzydki. (...)





11 LUTEGO 1926 r.


 (...) Tymczasem muszę do Bambergu (13 lutego odbyła się tam kolejna narada przywódców NSDAP). Wyjeżdżam w sobotę rano. Odegramy w Bambergu rolę nieprzystępnej piękności i zwabimy Hitlera na nasz teren. We wszystkich miastach zauważam z wielką radością, że nasz, tj. socjalistyczny, duch maszeruje. Nikt nie wierzy już w Monachium (Goebbels ma na myśli ów nieudany pucz monachijski z 8 i 9 listopada 1923 r., który na krótko doprowadził do rozpadu partii nazistowskiej i aresztowania jej głównych przywódców, w tym samego Hitlera). Elberfeld ma stać się mekką niemieckiego socjalizmu. (...)



15 LUTEGO 1926 r.


 Do Bambergu. (...) Niedzielny poranek. O wczesnej porze odbieram Straßera. Jest dobrej myśli. Plan bitwy przygotowany. (...) Przemawia Hitler. 2 godziny. Jestem jak uderzony obuchem. Jakiż to Hitler! Reakcjonista? Bajecznie niezręczny i niepewny swego. Kwestia rosyjska: całkowicie obok tematu. Włochy i Anglia to naturalni sojusznicy. Zgroza! Nasze zadanie to zmiażdżenie bolszewizmu. Bolszewizm to żydowska sprawka! Musimy przejąć dziedzictwo Rosji! 180 milionów (ludności)! Odszkodowanie dla książąt! Prawo musi pozostać prawem. Również w stosunku do książąt. Problemu własności prywatnej nie naruszać! Straszne! Program wystarczający! Zadowolony z niego. (...) Krótka dyskusja. Przemawia Straßer. Z przerwami, drżąc, niezręcznie, ten dobry, uczciwy Straßer, o Boże, jak niewiele wyrośliśmy ponad poziom tych świń z dołu (Goebbels ma na myśli południowe Niemcy, zresztą również i w NSDAP dał się odczuć konflikt na linii Północ-Południe)! Półgodzinna dyskusja po czterogodzinnej mowie (Straßera)! Bzduro, ty zwyciężasz! Nie mogę powiedzieć słowa! Jak by mi kto dał w łeb. (...)  Straßer całkowicie wytrącony z równowagi! (...) Chyba jedno z moich największych życiowych rozczarowań. Już nie wierzę bez reszty w Hitlera. Okropne jest to, że utraciłem wewnętrzne oparcie. Pozostała ze mnie jeszcze tylko połowa. (...)

W środę do Straßera. Propozycja: Kaufmann, Straßer i ja idziemy do Hitlera, aby jak najpilniej z nim pomówić. Nie powinien pozwolić, aby kierowały nim te lumpy z dołu. (...)



 22 LUTEGO 1926 r.


 (...) Do pociągu! Z Otto Straßerem! Przez całą noc. Polski korytarz! Polityczny obłęd! Jakim jesteśmy zasranym narodem! Spotykam w pociągu gauführera (NSDAP) w Prusach Wschodnich Scherwitza. W porządku. Razem z nim do Gierdawy. List do Hitlera! Skargi na Streichera. List do Streichera. Russig bezczelny.

Wieczorem zgromadzenie. Obywatele! Marnie! Do Królewca. Piękne miasto. Stary port! Katedra! Pokój Kanta (Immanuela Kanta - niemieckiego filozofa żyjącego w XVIII wieku). Nie mam do Kanta żadnego osobistego stosunku. Bezkrwisty! Tylko jedno! Imperatyw kategoryczny! Katedra! Stara i wypełniona historią! Czuje się ją na każdym kroku. Wieczorem ogromne zgromadzenie! W operze! Przemawiam przez 3 godziny. Cisza, wszyscy wstrzymują oddech. I potem wielka owacja. 

Następnego dnia! Cały oddział odprowadza mnie na dworzec. Scherwitz jedzie ze mną. Malbork! Zamek niemieckich rycerzy. Już zmierzcha. Idę przez wysokie komnaty. Jestem wstrząśnięty. Jak wielcy byli to ludzie. I jak wielkie były ich myśli. Sypialnia Wielkiego Mistrza. To jest komnata! Refektarz. Tu oblegali Polacy (w 1410 po bitwie pod Grunwaldem i potem w 1457, 1459 r. Ostatecznie Malbork został zdobyty w sierpniu 1460 r.). Jedna kolumna podtrzymuje sklepienie komnaty. Na zewnątrz rozpętała się burza. Historia wokół mnie. Jacyż my jesteśmy mali! (...)

W nocy dalej. Śpię! W którymś momencie na wpół rozbudzony. Korytarz, korytarz! Widzę Malbork, niemieckich rycerzy zakonnych, wielki cały ród. Jak trudno w to uwierzyć. (...)







 
CDN.
 

HISTORIA ANTYKULTURY - Cz. I

A WIĘC WOJNA...!



 

"Z KOMUNISTAMI SIĘ NIE ROZMAWIA, 
DO KOMUNISTÓW SIĘ STRZELA!"

JÓZEF MACKIEWICZ



 Uff, jak gorąco - upał leje się z nieba, więc taki czas najlepiej spędzić gdzieś nad wodą lub ewentualnie w górach (choć ja bezapelacyjnie preferuję morze). Niestety mnie nie uda się chyba w tym roku wyrwać na jakiś dłuższy wypad na urlop - nad czym boleję (czasem sobie myślę że naprawdę odpocznę dopiero po śmierci). Niestety, obecny upalny czas łączy się jeszcze nierozerwalnie z dwoma kolejnymi aspektami. Pierwszym jest (ogłaszany coraz stanowczo) nawrót epidemii Covid-19, a co za tym idzie odnawianie wcześniejszych obostrzeń. Rządy jakoś dziwnie zgodnie postępują w kierunku przywrócenia ograniczeń i ponownego odebrania nam pełni praw obywatelskich i społecznych (wiadomo, łatwiej się kieruje ludźmi, którzy czują strach przed jakimś - prawdziwym lub wykreowanym - zagrożeniem, i w imię własnego bezpieczeństwa gotowi są znacznie ograniczyć swoje prawa obywatelskie). Co prawda u nas, w Polsce rząd na razie nie mówi nic o przywracaniu obostrzeń (choć takie półgębki się pojawiają tu i ówdzie) to jednak wcale nie oznacza że tak nie nastąpi jesienią, gdy okaże się że epidemia narasta i każdy ponownie jest zagrożony niechybną śmiercią (😉), a jedynym ratunkiem będzie szczepionka - nad którą już pracują naukowcy finansowani przez Billa i Melindę Gates. Przerażeni ludzie zaczną więc masowo się szczepić, nie zaprzątając sobie nawet głowy tym, co w takich szczepionkach może się znajdować (i tu małe wyjaśnienie - ja nie jestem durnym przeciwnikiem szczepień i nie powielam anty-szczepionkowych haseł, ja jedynie pragnę zwrócić uwagę że szczepionka wyprodukowana przez laboratoria należące do człowieka który jawnie dąży do światowej depopulacji i który oficjalnie wspiera aborcję oraz utrzymuje przyjazne kontakty zarówno z międzynarodowymi marksistami - jak choćby dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia Teodros Adhanom - oraz z komunistami z Chin - nie zasługuje na zaufanie, i uważam że bez dokładnej znajomości składników które się w owej szczepionce znajdą - oraz jaki mają one wpływ na nasze zdrowie - ludzie nie powinni przyjmować tych szczepionek). A do tego właśnie próbuje się nas zmusić, poprzez - najpierw powracającą epidemię medialnego strachu przed powrotem pandemii koronawirusa, a następnie powrotem obostrzeń i wymuszeniem na społeczeństwach przymusowych szczepień (również poprzez najróżniejsze zachęty czy nagrody, np. zaszczepieni będą mieli prawo do pełnego korzystania z uciech życia, zaś ci niezaszczepieni będą stopniowo stygmatyzowani i będzie im się utrudniało nawet głupie zrobienie zakupów w sklepie, lub nakładało ogromne kary finansowe).

To jedna sprawa, a jest jeszcze druga strona tego "medalu" - czyli kolejna ofensywa marksizmu antykulturowego, jak zwykle wymierzona przede wszystkim w Polskę i Węgry. Ostatnie wydarzenia, związane z odrzuceniem przez Komisję Europejską wniosku o dofinansowanie kilku polskich samorządów z unijnego programu "Partnerstwo miast", z powodu rzekomego wprowadzenia tzw.: "stref wolnych od lgbt" - dobitnie pokazuje w jakiej fazie rewolucji neomarksistowskiej już się znajdujemy. Do tego doszło również wczorajsze (dokładnie popełnione w nocy 29/30 lipca) sprofanowanie kilku warszawskich pomników (w tym pomnik Chrystusa niosącego krzyż sprzed kościoła św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, oraz pomnik warszawskiej Syrenki, Kopernika i paru innych) poprzez umieszczenie na nich tęczowych szmat lgbt. Te dwa wydarzenia (i to zaledwie z ostatnich dni, bowiem praktyka taplania w błocie i kale polskości, chrześcijaństwa, wartości rodzinnych i normalności trwa już od dłuższego czasu) dobitnie pokazują że jesteśmy w przededniu krwawej, neomarksistowskiej rewolucji i tak naprawdę jesteśmy obecnie jedyną tak dużą (i w miarę silną) ostoją normalności w tej popapranej Europie, budowanej na kształt pomysłów Spinell'ego, Marcuse'a czy Horkheimera. To rewolucja - czyli wojna, a podczas wojny wszelkie sentymenty schodzą na plan dalszy i liczy się tylko to, jak bardzo można będzie pognębić wroga. Do tego dochodzi oczywiście kwestia wypowiedzenia przez Polskę (nie wyobrażam sobie aby to nie doszło do skutku, choć już widać w pisowskim obozie pewne "trzęsienie kuperkami") tzw.: "konwencji stambulskiej", która w teorii (jak zwykle - widział bowiem ktoś kiedyś aby marksiści kogoś nie chronili? Przecież całe jestestwo tej ideologii zbudowane jest na pasożytniczym poszukiwaniu ofiary, którą potem będzie można "wyzwalać" - nawet do końca świata i jeden dzień dłużej) ma chronić kobiety przed przemocą domową. W rzeczywistości jest to zwykły, neomarksistowski bełkot ideologiczny, który jedyne co powoduje, to tworzy większą biurokrację i wprowadza tylnymi drzwiami nowe pojęcia, będące skutecznymi wytrychami do walki politycznej ze społeczeństwem i państwem, rodziną i normalnością. Gdyby bowiem konwencja - zwana "antyprzemocową" -  powodowała spadek przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinach, to takie państwa jak Szwecja, Dania, Francja czy Niemcy byłyby oazami bezpieczeństwa, a przecież wcale tak nie jest (w rok po owych haniebnych gwałtach na kobietach w Kolonii w sylwestrową noc 2015 r., burmistrz tego miasta - Henriette Reker poleciła kobietom, aby odtąd... nosiły na ręku odblaskowe opaski, na których miało być napisane "nie gwałć mnie" 😂. Jakież to piękne - prawda? A jeśli dodam jeszcze że madame Reker jest feministką, to mamy już pełne spektrum owej bezgranicznej troski o kobiety ze strony feministycznych ideologów).



 RANKING AGENCJI PRAW PODSTAWOWYCH 
UNII EUROPEJSKIEJ, DOTYCZĄCY 
PRZEMOCY WOBEC KOBIET W EUROPIE




Natomiast - o zgrozo - gdzie jest najmniejszy odsetek przemocy wobec kobiet i w ogóle przemocy w rodzinie (gdyż mężczyźni także doświadczają przemocy ze strony swoich partnerek, choć jest to głównie przemoc psychiczna). Otóż okazuje się że najmniejszy odsetek aktów przemocy w Europie doświadczają kobiety właśnie w krajach katolickich, takich jak: Hiszpania, Austria, Chorwacja, Portugalia, Włochy i Węgry. Natomiast na ostatnim miejscu w rankingu - zamówionym przez Agencję Praw Podstawowych Unii Europejskiej - jest właśnie... Polska. U nas feministyczna "kultura gwałtu" praktycznie nie istnieje, a ranking odzwierciedla nie tylko skalę przemocy oficjalnej, ale przede wszystkim realnej, gdyż - co znów obala feministyczne teorie, mówiące że w Polsce ten odsetek jest tak mały, ponieważ Polki są tak totalnie zastraszone przez swych oprawców, że boją się zgłaszać takie akty przemocy na policję - otóż okazuje się że Polki należą do europejskiej czołówki kobiet, które są doskonale świadome zarówno swoich praw jak i aktów przemocy, którym zostałyby poddane (chodzi tutaj zarówno o przemoc fizyczną jak i psychiczną). Poza tym Polska charakteryzuje się najmniejszą liczbą przypadków molestowania seksualnego dziewczynek poniżej 15 roku życia, a także przemocy fizycznej wobec dziewcząt w ogóle. Natomiast (co ciekawe 😏) największy wskaźnik przemocy wobec kobiet, odnotowują te państwa, w który neomarksistowska rewolucja antykulturowa odniosła jak dotąd największe sukcesy, czyli właśnie: Dania, Finlandia, Szwecja, Holandia, Francja, Wielka Brytania i oczywiście Niemcy. Coś więc jest nie tak. Skoro bowiem "antyprzemocowa" konwencja stambulska tak skutecznie walczy z przemocą wobec kobiet, to dlaczego w tych krajach, w których już ona obowiązuje, są tak negatywne wskaźniki? Co się więc stało? Ano, auto muchę przejechało i na końcu dachowało 😉. Jak zwykle jeśli chodzi o marksistów, komunistów, bolszewików, nazistów, genderystów i innych lgbciarzy - jak czegoś nie ma, to należy to stworzyć i następnie deklarować że walczy się w jego obronie (a najlepiej do tego nadają się kobiety, imigranci, czarnoskórzy, homoseksualiści etc. etc.). Wyzwalana ofiara jest nieważna, ważne jedynie aby narracja o ciągłym "wyzwalaniu" owej ofiary była nieustannie powielana i aby na tym przykładzie skutecznie zamykać usta swym przeciwnikom politycznym (oskarżając ich np. o faszyzm, nietolerancję, rasizm lub o akceptację przemocy wobec kobiet), oraz zastraszać całą resztę (ile już firm, ile instytucji lub ile prywatnych osób ugięło się i zaczęło przepraszać za swe rzekome "zbrodnie", gdy lewicowa maszyna - wsparta ogromnymi pieniędzmi z korporacji lub ze wspierających rewolucję rządów - skierowała przeciw nim swój atak).

To jest wojna i jedynie osoby całkowicie ślepe i głuche nie dostrzegają że Polska już znalazła się w jej centrum. Jesteśmy i będziemy atakowani (mimo że rząd Morawieckiego bardziej przypomina  ugodowych technokratów, niż jakąkolwiek realną konserwatywną i chrześcijańską alternatywę dla tego postępującego i tworzonego z zimną kalkulacją oraz dokładnie przemyślanego, lewicowego szaleństwa), ponieważ dla marksistów jakikolwiek (nawet najmniejszy) wyłom od ich ideologii - która już stała się w Unii Europejskiej nową religią - jest nie do przyjęcia i eurokraci oraz cała banda feministek, genderystów i lgbtowców dostaje prawdziwej furii, gdy musi wciąż jeszcze tolerować w Europie tych podłych konserwatystów i chrześcijan. Przecież miało być tak pięknie, kolorowo i tęczowo, a tu jakieś polskie samorządy ośmielają się przyjmować Karty chroniące rodziny i deklarować swój sprzeciw wobec promocji (w szkołach, na uczelniach wyższych i w mediach) ideologii lgbt i ideologii gender. Należy czym prędzej skierować tam nasze "tęczowe" oddziały, które przykładnie nauczą (czytaj: wymordują) te nazistowskie świnie i ponownie zaprowadzą tam marksistowski porządek. Problem polega na tym, że Unia Europejska nie ma jeszcze swoich sił zbrojnych, więc - na razie - musi jedynie odebrać tym faszystom pieniądze, ale gdyby tylko była już armia europejska (najlepiej złożona w większości z brodatych "lekarzy" z Bliskiego Wschodu), to można by było zaprowadzić tam prawdziwie europejskie porządki - porządki grobowe (Niemcy mają już w tym wprawę). Obecna sytuacja ma wymusić na Polsce posłuszeństwo, gdyż w przeciwnym razie pojawi się straszak w postaci odebrania funduszy na programy lokalne (i nie tylko). Szkoda, że owi zagrzebani w swej ideologicznej papce eurokraci, nie dostrzegają że nasz kraj jest już płatnikiem netto w Unii Europejskiej, co oznacza że więcej pieniędzy wpłacamy, niż z niej dostajemy (oczywiście nie wspominam już o tym, że prawie 90 centów z 1 euro jakie "otrzymuje" Polska z Unii, z powrotem wraca do Niemiec, do Francji, czy do Holandii...). "A więc wojna!" - jak rzekł w swej sławnej przemowie przed sejmem (5 maja 1939 r.) minister Józef Beck - a na wojnie nie ma zgniłych kompromisów, tym bardziej że druga strona reprezentuje odhumanizowaną antykulturę, totalitarną ideologię i ogłupiający fanatyzm. Ta ideologia to marksizm, to komunizm a z komunistami - jak pisał Józef Mackiewicz - się nie rozmawia, do komunistów się strzela. Nie ma z nimi żadnego kompromisu. Wcześniej bolszewicy wywieszali swoje czerwone szmaty na naszych pomnikach (a potem je burzyli stawiając swoje własne), dziś zaś czynią to ich pogrobowcy - ideolodzy lgbt i gender, wieszając tam swoje tęczowe "chusteczki do nosa".




Ja sam przyznam się szczerze, nie potrafiłbym spojrzeć sobie w twarz, nie potrafiłbym zachować szacunku do samego siebie, jeślibym tylko uczynił jakikolwiek nawet gest uległości wobec tej marksistowskiej bandy i nie ma znaczenia czy byłoby to przyklęknięcie przed Black Lives Matter lub też cokolwiek innego (notabene ostatnio w trakcie zamieszek w Portland, jakiś biały pedofil z antify, próbował zamordować czarnoskórego youtubera o przezwisku "Black Rebel", który jednocześnie był zwolennikiem Donalda Trumpa. I co? Cisza, w mediach głównego nurtu zero informacji na ten temat. Dlaczego? Czyżby czarne życie jednak nie miało znaczenia dla tych suk...ów? Z przestępcy i narkomana George'a Floyda uczyniono wręcz nowego świętego, zaś tutaj zginąłby kolejny czarnoskóry człowiek - piszę "kolejny" ponieważ tych śmierci czarnoskórych obywateli USA było ostatnimi czasy dość sporo, a większość z nich spowodowana była atakiem na ich mienie. Nie chcieli oddać, to zostali zabici - i cisza. Jak widać, te czarne życia dla amerykańskiej lewicy nie mają już żadnego znaczenia, a to znów pokazuje jak marksistów obchodzą murzyni, kobiety czy homoseksualiści. Wszyscy oni są jedynie "mięsem armatnim", mającym przysłużyć się upadkowi kultury, tradycji, rodziny i historii, oraz stworzyć podstawy nowego totalitaryzmu, w którym ludzie będą całkowicie kontrolowani i hodowani - jak zwierzęta). Ja chcę żyć i umrzeć jako człowiek wolny. Pragnę również, aby moi siostrzeńcy i ewentualne dzieci żyły w wolnym kraju. Dlatego też nie jestem w stanie zaakceptować choćby promila tego, co ze sobą reprezentuje współczesna ideologia marksistowska. Życie przecież nie po to jest, aby jeść, kopulować i wydalać, tylko po to, aby rozwijać się intelektualnie i moralnie, aby zdobywać wiedzę i doświadczenie i aby bronić słabszych i chronić wartości drogie naszemu sercu. Rotmistrz Witold Pilecki nie namyślał się długo, gdy postanowił dać się złapać Niemcom i trafić do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, tylko po to, aby spróbować (gdyż gwarancji nie było żadnej) zorganizować tam ruch konspiracyjny, który doprowadziłby do buntu i wyzwolenia więźniów, połączonego z atakiem oddziałów Armii Krajowej i bombardowaniem obozu przez alianckie lotnictwo. Niestety, Amerykanie i Brytyjczycy mieli ważniejsze sprawy na głowie, niż ratowanie ludzi idących na śmierć w niemieckich obozach zagłady i do takiego ataku nie doszło. Pilecki musiał więc stamtąd czym prędzej uciekać i uciekł. A potem katowali go komuniści i to katowali w sposób nieludzki (jak wspominał syn Tadeusza Płużańskiego: Witold Pilecki "był torturowany wręcz barbarzyńsko: zdarto mu paznokcie, z nóg, miażdżono mu jądra, nadziewano go na nogę od stołka. Katowany był w sposób nieludzki"), sam potem przyznał swej małżonce: "Marysiu, Auschwitz to była igraszka". A mimo to nie dał się złamać. Tak samo do końca wierni swym ideałom, walczyli i ginęli za Wolną i Niepodległą Polskę Żołnierze Niezłomni - za co nieśmiertelna im Cześć i Chwała.





"BO CHCIAŁEM ŻYĆ INACZEJ, 
NIE MOGŁEM BYĆ JAK ONI. 
WOLAŁEM ZGINĄĆ W WALCE 
NIŻ SKUTY GDZIEŚ W NIEWOLI"    





Chciałbym jeszcze zamieścić fragment wywiadu, przeprowadzonego z europosłem - Ryszardem Legutko - na temat obecnych wydarzeń w Polsce, Europie i Unii Europejskiej:


Komisja Europejska odrzuciła sześć wniosków o środki na projekty w ramach unijnego programu "Partnerstwo miast". Uczyniła to nie z powodów merytorycznych, ale stricte ideologicznych, z powodu ochrony przez te samorządy rodziny i wprowadzenia tzw. stref wolnych od ideologii LGBT. Jest to co najmniej niepokojące, bo wygląda na to, że środowiska lewicowo-liberalne nie cofną się przed niczym, żeby wymusić na Polsce wprowadzenie ideologii gender.

To nie powinno być nic zaskakującego, ponieważ ideologia gender i LGBT jest bardzo mocno osadzona w Unii Europejskiej. Tam przecież co drugi dokument mówi o tym. To jest dla nich sprawa święta, więc można się było tego spodziewać. To oczywiście jest zupełnie bezprawne.  Tu nie chodzi o dyskryminację ludzi, tylko chodzi o to, żeby na przykład w szkołach nie prowadzić tej propagandy, chronić prawa rodziny i nauczać o kluczowej roli rodziny, żeby się sprzeciwiać eksperymentom moralnym i społecznym. Już nie mówiąc o tym, że LGBT, co ostatnio mogliśmy widzieć w Warszawie, to ideologia silnie antychrześcijańska, często uciekająca się do bluźnierstw i do rzeczy, które bardzo boleśnie gwałcą uczucia religijne Polaków, co zresztą widać na każdej paradzie homoseksualistów, gdzie te wątki bluźniercze są zawsze wyeksponowane. Mamy tu więc do czynienia z kwestią wolności słowa i wolności sumienia, zatem tak należy rozumieć te oświadczenia, te deklaracje niektórych samorządów.  Komisja Europejska to jest coraz bardziej instytucja monoideologiczna, lewicowa, która próbuje tę ideologię narzucić, uciekając się właśnie do takich ewidentnie bezprawnych zabiegów. Powtarzam raz jeszcze: bezprawie to jest drugie imię Unii Europejskiej.

Nie ma żadnej podstawy prawnej do podejmowania tego typu decyzji, jakie podjęła KE, czyli kierowania się kwestiami ideologicznymi a nie wykładnią prawa i procedurami obowiązującymi przy przyznawaniu i wypłacaniu pieniędzy. Pytanie, gdzie polskie samorządy mogą się teraz odwołać, żeby zaskarżyć tą decyzję?

Myślę, że w tej sprawie powinna być presja polityczna, bo mam bardzo poważne wątpliwości, czy jakakolwiek inna instytucja europejska jest zdolna do tego, żeby stanąć po stronie polskich samorządów i po stronie traktatów i prawa. Te wpływy ideologii gender są niesłychanie silne. Oni się nie odważą wystąpić przeciw temu. Nawet Trybunał Sprawiedliwości się nie odważy. Atmosfera w tej chwili w Europie jest taka, że ktoś kto występuje przeciw temu, to czeka go śmierć cywilna i staje się przedmiotem niezwykle brutalnych ataków - on i jego rodzina. Jest więc taka atmosfera zastraszenia, że jedyna rzecz, jaką można zrobić, to walczyć z tym. Na sprawiedliwość nie ma co liczyć. (...) Jak już wielokrotnie podkreślałem, w krajach zachodniej części Europy rozrasta się nowy despotyzm, który jest coraz groźniejszy i z którym trzeba walczyć. Ma on poparcie dużych instytucji a także niektórych rządów i tam są pieniądze. Popierają to też wielkie korporacje. Sytuacja jest bardzo groźna. Sprawa naszych samorządów to jest część większej całości. Chodzi po prostu o każdą organizację, grupę społeczną, która się nie chce podporządkować i która natychmiast bywa karana. Zresztą obserwujemy to w Polsce, jak rozmaite wydawałoby się silne grupy, korporacje się uginają, przepraszają, podlizują się, płaszczą, stosują cenzurę wobec swoich członków. Widzimy to nawet w Polsce, mimo że Polska jest jednym z niewielu krajów, gdzie jeszcze wolność jest, więc jeżeli tu nie obronimy, to może być źle i z pewnością instytucje europejskie nie będą nas chronić, bo one są po drugiej stronie. One są po stronie tego despotyzmu.

(...) Jak w tej sytuacji skutecznie bronić wartości? Jakie mamy narzędzia, jeżeli okazuje się, że prawo nie może zostać zastosowane, bo nikt go w Unii za bardzo nie przestrzega?

Musimy przede wszystkim bronić się tutaj, w Polsce, nie dać się zastraszyć. Musimy zwracać uwagę na niebezpieczeństwa. Musimy mówić o tym despotyzmie, który przychodzi walczyć przy pomocy cenzury. Jeśli chodzi o sposoby zewnętrzne, to szukać sojuszników. Są jednak grupy w Europie, one nie są liczne, są dość słabe i zastraszone, ale rozumieją, co się dzieje. To nie jest sprawa jakichś zmian kosmetycznych, to jest jakaś wielka inżynieria społeczna, która się dokonuje. To jest neokomunizm. Trzeba bić na alarm. Nie można ustępować. Nie można tu działać na zasadzie kompromisu. Ta druga strona nie chce kompromisu, ona chce nas całkowicie wyeliminować. Tu zatem nie ma mowy o jakiejkolwiek łagodności i perswazji. Albo my, albo oni.


CAŁOŚĆ: TUTAJ



Na zakończenie dodam jeszcze jedną rzecz. W tym temacie rozpocznę prezentowanie historii antykultury, tak, jak to zostało przedstawione w książce Krzysztofa Karonia pt.: "Historia Antykultury. Podstawy wiedzy społecznej". Oczywiście skupię się na kluczowych rozdziałach i fragmentach (postaram się jednak nie przepisywać tutaj całej książki, a to choćby z szacunku dla pracy intelektualnej autora). Jednak poznanie podstawowych pojęć marksizmu (czego nie naucza się w szkołach ani na uniwersytetach), jest bowiem kluczowe dla zrozumienia tego, co się dzieje wokół nas i do czego to wszystko prowadzi. Oczywiście odpowiedź jest jasna: prowadzi to do totalitaryzmu i do mordów, bowiem każdy lewicowy pomysł na "wyzwolenie ofiar" kończył tak samo: obozami zagłady i stosami pomordowanych w przemysłowy wręcz sposób. Ludzka istota ma bowiem silnie zakodowaną potrzebę wolności i sprawiedliwości (niektórzy tylko boją się do tego przyznać), zaś marksizm nie ma nic, totalnie NIC wspólnego z wolnością i sprawiedliwością, natomiast jest ich całkowitym zaprzeczeniem. I dlatego w kolejnej części zaczniemy od pojęć podstawowych, takich jak: Wolność, Zniewolenie, Własność, Dobrobyt, Autorytaryzm, Totalitaryzm czy Kultura. Potem zaś przejdziemy do piramidy ludzkich potrzeb i motywów, oraz do innych kwestii, które wyjaśnią nam obecny stan powszechnej rzeczywistości.



ŻOŁNIERZE WYKLĘCI/ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI
ZARÓWNO DLA POKOLEŃ: JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO
 I LEOPOLDA KULI-LISA




 CDN.