Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 8 czerwca 2021

HISTORYCZNA WĘDRÓWKA

 CZYLI JAK TO PO WOJNIE BYWAŁO?


DZIŚ CHCIAŁBYM ZAPREZENTOWAĆ JEDEN Z REPORTAŻY KANAŁU "HISTORY HIKING", PROWADZONEGO PRZEZ ŁUKASZA KAZKA - KTÓRY SZCZEGÓLNIE MNIE ZAINTERESOWAŁ. BARDZO LUBIĘ CZYTAĆ LUB SŁUCHAĆ REALCJI LUDZI, KTÓRZY PRZESZLI PRZEZ DZIEJOWE WSTRZĄSY, W JAKIE OBFITOWAŁ WIEK XX, SZCZEGÓLNIE ZAŚ INTERESUJE MNIE TEMATYKA ZASIEDLANIA "ZIEM ODZYSKANYCH" NA III RZESZY (CZYLI WŁAŚNIE CAŁEGO ŚLĄSKA, POMORZA ZACHODNIEGO, WARMI, MAZUR I ZIEMI ZAODRZAŃSKIEJ) PRZEZ POLAKÓW, ICH STOSUNKI Z MIESZKAJĄCYMI TAM JESZCZE PRZEZ JAKIŚ CZAS NIEMCAMI, ORAZ FORMOWANIEM SIĘ NA TYCH TERENACH OGNISK "WERWOLFU".

PRZYŁĄCZENIE TYCH ZIEM DO POLSKI, MIAŁO STANOWIĆ REKOMPENSATĘ ZE STRONY ZWIĄZKU SOWIECKIEGO, ZA ZAJĘCIE PRZEZ STALINA POLSKICH KRESÓW WSCHODNICH, ALE ŻADNĄ REKOMPENSATĄ NIE BYŁO. PRZEDWOJENNA POLSKA LICZYŁA BOWIEM 389 720 km. kw., ZAŚ POWOJENNA "POLSKA LUDOWA" JUŻ TYLKO 312 677 km. kw., Z TEGO WNIOSEK ŻE UTRACILIŚMY 77 043 km. kw. NIE BYŁY TO TEŻ ZIEMIE BOGATE - JAK GŁOSIŁA SOWIECKA PROPAGANDA - GDYŻ W OGROMNEJ WIĘKSZOŚCI ZOSTAŁY ZNISZCZONE PRZEZ DZIAŁANIA WOJENNE, A TEGO, CZEGO NIE ZNISZCZYŁ FRONT, DOPEŁNIŁY SOWIECKIE JEDNOSTKI RABUNKOWE, OGAŁACAJĄCE TE TERENY ZE WSZYSTKIEGO, CO TYLKO JESZCZE NADAWAŁO SIĘ DO WYWIEZIENIA.




TAKIE JEDNAK BYŁY POWOJENNE REALIA I TRZEBA BYŁO JAKOŚ SIĘ W NICH ODNALEŹĆ (NIE WSZYSCY POTRAFILI, WIELU NIE BYŁO W STANIE PRZYJĄĆ I ZAAKCEPTOWAĆ KOLEJNEGO, TYM RAZEM SOWIECKIEGO ZNIEWOLENIA KRAJU - ZRESZTĄ JA SAM, GDYBYM ŻYŁ W TAMTYM CZASIE, TEŻ BYM TEGO NIE UZNAŁ I SKOŃCZYŁBYM ZAPEWNE Z PRZESTRZELONĄ CZASZKĄ W JAKIMŚ BEZIMIENNYM GROBIE. ALE JA JUŻ TAKI JESTEM, BEZ WOLNOŚCI ŻYĆ NIE POTRAFIĘ. BYĆ MOŻE JEST TO DROGA ŁATWIEJSZA, DROGA NA SKRÓTY, GDYŻ ZNACZNIE CIĘŻEJ JEST ŻYĆ I PRACOWAĆ ZGODNIE ZE SWOIMI WARTOŚCIAMI - ZAPEWNE TAK JEST, ALE KAŻDY WYBIERA SWOJĄ DROGĘ, KTÓRĄ PRAGNIE PÓJŚĆ W ŻYCIU, A JA W BREI ZNIEWOLENIA I Z OBROŻĄ NA SZYI ŻYĆ BYM NIE POTRAFIŁ. ALE MNIEJSZA O MNIE...)




OTÓŻ NA OWYM KANALE HISTORY HIKING - ŁUKASZ KAZEK PRZEDSTAWIŁ CIEKAWĄ HISTORIĘ SWOJEGO DZIADKA, KTÓREMU PRZYSZŁO ŻYĆ PRZEZ PIERWSZE DWA LATA Z NIEMIECKĄ RODZINĄ NA ZIEMIACH ODZYSKANYCH W JUGOWICACH GÓRNYCH (OBER HAUSDORF). SMACZKU TEJ OPOWIEŚCI DODAJE JESZCZE FAKT, ŻE JEDEN Z CZŁONKÓW TEJ RODZINY, BYŁ... FANATYCZNYM HITLEROWCEM. ZAPRASZAM DO OBEJRZENIA. 




"MÓJ DZIADEK MIESZKAŁ Z FANATYKIEM ADOLFA HITLERA. GROZIŁ, ŻE JAK NIEMCY WRÓCĄ, TO..."






3 września 1945 r. Wojciech Szczeciniak trafia do Świdnicy. W Urzędzie do Spraw Repatriantów zgłasza się, aby zająć gospodarkę, którą mu urząd przydzieli, jako osadnikowi. Dostaje gospodarkę w Jugowicach Górnych (...) Jedzie z Ludowym Wojskiem Polskim (...) dziadek przyjeżdża (...) ogląda tę gospodarkę z perspektywy drogi. Murowane obejście, elegancki dom, to jest to, czego nigdy w życiu w swojej wsi nie miał, zresztą Polska była przeorana przez walec, zarówno niemiecki, a potem sowiecki. Wsie zniszczone, spalone, potężna bieda - a tu nie! Tu nie było działań wojennych, wszystko stało gotowe. Więc powiedział; "ta podoba mi się najbardziej, chciałbym tutaj mieszkać". Więc wyładowuje swój pakunek i okazuje się że wokół tej gospodarki znajduje się obóz, baraki i mnóstwo kolczastych drutów i wieżyczki, na których stali wachmani, którzy pilnowali. Dziadek był po obozie koncentracyjnym, więc miał z tym potężny problem. Więc powiedział temu porucznikowi że w życiu nie będzie tu mieszkał. Porucznik mówi: "Panie Szczeciniak, my to wszystko wyrównamy, Warszawa potrzebuje odbudowy, będziemy wywozić i wszystko rozwalać, więc tu nie będzie po tym śladu".

A z tego wejścia (...) wychodzi niemiecka rodzina. Około 70-letni, starszy mężczyzna, drugi, ok. 40-letni, kobieta i mała dziewczynka. Dziadek mówi do tego porucznika: "Kurwa jego mać, ja mam tu ze Szwabami mieszkać?" Porucznik mówi: "Panie, my ich stąd niedługo na zbity pysk wysiedlimy. Wszystko będzie pańskie, niech się pan uspokoi, wszystko co tutaj jest, należy teraz do pana". (...) Po zapoznaniu się z tymi, którzy tutaj przyjechali (...) dowiedziałem się z jakimi ja Szwabami mieszkam. Raynold Pasler, ok. 40, ręka sparaliżowana, wygięta - mówił że na: "frankreich front" ranny w 1940 r. Jego teść - Juliusz Kramer, 75 lat, szczupły, żylasty Szwab i oczywiście żona Raynolda - Klara i mała córeczka - Heidi - może miała 4 albo 5 lat. To ona jedna się do mnie uśmiechała karmiąc kury, cała reszta patrzyła na mnie spode łba, podejrzliwym wzrokiem.

Zaczęliśmy gospodarować - ja zająłem górne piętra domostwa, a oni dolne. Oczywiście kuchnia była po stronie niemieckiej. Nie miałem żadnych plonów, to oni mieli obowiązek dawać mi pierwsze jedzenie. Od razu poznałem, że Raynold to fanatyk hitlerowski. Zacięte zęby, wzrok cały czas sperzony, nienawidził mnie, nie mógł wytrzymać że mieszkam w jego domu. Po kilku dniach zapytał, czy mówię w języku niemieckim. Odpowiedziałem mu że nie rozumiem co mówi, kompletnie nie mam pojęcia, taką minę jeszcze zrobiłem wiejskiego niedojdy. Oczywiście Raynold szelmowsko się uśmiechnął i szepnął do swego teścia że jestem typowym, wiejskim, polskim niedojdą, pachołkiem, który gówno wie i gówno widział. Ale ja niemiecki dobrze znałem (...) Raynold był hitlerowcem i bardzo często szeptał do swojego teścia, że jak już skończy się to wszystko, to hak, który wisi w stodole, będzie przeznaczony dla "Wojty" i go na nim powiesi. Dziadek chciał sprowokować Raynolda do bójki, (...) Raynold był kaleką, więc sam dziadek nie mógł go uderzyć, ale chciał sprowokować, żeby Raynold skoczył do niego z pazurami (...) Bardzo często przy śniadaniu - opowiadał mi dziadek - gdy Klara szykowała śniadanie, jadłem kanapkę, piłem herbatę z filiżanki, otwierałem okno i tą filiżankę wyrzucałem, potem zjadłem kanapkę, brałem talerz i wyrzucałem przez okno. Raynold patrzył. Zaciskał zęby i patrzył, ani razu nie skoczył do mnie z pazurami - bał się, bo mimo że byłem chudy po obozie, ale byłem zwinny - myślę że się bał. (...) 

Raynold, wiedząc że nie znam języka niemieckiego, zaczął przy kolacji mówić do Kramra: "Niedługo my tu wrócimy - bo wtedy dowiedzieli się że będą wysiedlani. Że pierwszych jakich będą wysiedlać Niemców, to będą robotnicy niewykwalifikowani i rolnicy, a on był rolnikiem małorolnym, powiedział więc do Kramra - Musimy schować nasz dobytek, to nie będzie długo, tutaj Polacy sobie nie poradzą, my tu szybko wrócimy. Na pewno będzie jeszcze III wojna światowa, gdy Amerykanie przyjdą bić się z Rosjanami i na te tereny Niemcy wrócą. Więc musimy schować naszą porcelanę, nasze kosztowności, rodowe srebra i oczywiście garnitury, futro Klary i inny dobytek". Słuchałem co mówili. W klepisku, w stodole zrobili schowek, tam skrzynie schowali, zabili deskami, zabili gliną, udeptali i położyli się spać. Kiedy oni to wszystko schowali do godz. 1:00 w nocy, ja o 4:00 wstałem i wszystko otworzyłem. I kiedy Raynold wstał o 7:00, to ja już na podwórku kolegom - którzy tu byli pierwszymi osadnikami - otwierałem skrzynie i dzieliłem. Jednemu dałem tacę srebrną, garnitury dałem koledze, sam włożyłem sobie Raynolda i Kramra marynarkę i zacząłem wszystko rozdawać. Jak to Raynold zobaczył, to jak kobra syknął: "Wojty, ty dobrze mówisz po niemiecku!".

I okazja jego, aby się na mnie zemścić - bardzo szybko przyszła, bo Raynold było pamiętliwe bydle. Poszedł na skargę na Milicję Obywatelską do komendanta Kunickiego i dobrze wiedział co donieść, abym ja miał problemy właśnie na posterunku milicji w Walimiu. Reynold (...) powiedział że mam więcej broni niż powinienem mieć (...) na tych terenach była bardzo niebezpiecznie, mnóstwo różnego rodzaju band, maruderów, niedobitków niemieckich, ale także i polskich przyjeżdzających na te ziemie grabić, mordować, rabować. Było bardzo niebezpiecznie. Stąd milicja nakazywała tym pierwszym Polakom, aby mieli ze sobą broń i jedną sztukę na głowę można było mieć. Dziadek oczywiście miał jedną zarejestrowaną, a dwie ukryte (...) Raynold wybadał, że w stodole dziadek ma schowek i ma tam dwa ukryte mausery - zadenuncjował. Mało tego, powiedział że dziadek chodzi do lasu ze swoim bratem polować na zwierzynę - co było zakazane i oczywiście że grozi mu bronią, grozi że go zabije i spali całe gospodarstwo. Jak można było spalić gospodarstwo Polski Ludowej, która to gospodarstwo dała?! (...) Oczywiście Kunicki nie we wszystko uwierzył, ale powiedział do mnie że musi coś zrobić - bo się bał że Raynold pójdzie do UB i powiedział tak: "Słuchaj Wojtek, dam ci trzy dni aresztu, posiedzisz, drewna nam narąbiesz do pieca, a potem cię wypuszczę". (...) Posiedziałem, a gdy wychodziłem, powiedziałem do Kunickiego że Raynoldowi łeb roz...lę. On na to: "Jak go zabijesz, albo mu co zrobisz - to pójdziesz do kryminału. Oni mają takie samo prawo, jak my, nie możemy robić tak jak oni - nie możemy ich mordować. Oni będą wysiedleni, niedługo stąd wyjadą, ale nie możesz mu nic zrobić - pamiętaj!".

Okazja do wyrównania rachunków i do zemsty między mną, a Raynoldem, wydarzyła się bardzo szybko. Otóż przyjechali na jesień żołnierze polscy furmanką. Nie było zaopatrzenia, więc przyjechali i prosili kto co ma - ziemniaki, konfitury, peklowane mięso - kto co ma aby ładować i potem na koszary do Świdnicy zawieść. Przyszli do mnie, a ja mówię że ja tu niedługo jestem i nie mam swoich plonów, ale Raynold ma bardzo dobre plony, w piwnicy ma mnóstwo ziemniaków. Idę do Raynolda i mówię żeby dał klucz - "Po co?", "Jak "po co", wyjrzyj przez okno, będziesz wiedział "po co". Raynold patrzy Polskie Wojsko, splunął, nie da żadnego klucza. Pobiegłem do tych chłopaków i mówię że szwabisko tu się rzuca, jak wsza na grzebieniu, trzeba go trochę utemperować, to może klucz da. Podszedł ten barczysty i mówi: "To ja hitlerowskiego gada w Berlinie tłukłem, zaraz tu go naprawię", wszedł do mieszkania, Raynold go zawołał, poszedł na górę za Raynoldem, a tam Kramer podstawił mu nogę - tego mężczyznę przewrócili i zabrał mu Raynold karabin, więc on krzyczy do tego drugiego, aby mu pomógł. Ten drugi wskoczył na górę, kolbą karabinu Kramra jak pierdo..ł, to aż ten wskoczył pod szafę, a Raynold wystraszony karabin rzuca, otwiera takie małe okienko i ucieka w las. (...) Raynold to była ćwiczona, hitlerowska bestia - zygzakiem uciekał i ten żołnierz nie mógł trafić. (...)

Matka moja w płacz, że Raynold pójdzie w las, przyprowadzi bandy, które tutaj się wałęsają, SS-owców, jakichś "Wilkołaków", przyjdą i nas spalą i nie będzie po nas śladu. Powiedziałem matce żeby nie lamentowała, jak będzie, tak będzie - nie ma się czego obawiać, mamy karabiny - będziemy się bronić. (...) Gdzieś o 5:00 rano po trzech dniach, ktoś puka z tyłu do gospodarstwa. Matka mówi: "Nie otwieraj! To SS-owcy, przyszli nas wymordować!". Myślę sobie - co będę się bał - "belgijkę" w rękę i otwieram. Patrzę, a tu Raynold skurczony, zziębnięty, wyciąga rękę i mówi że przeprasza, żeby mu wybaczyć i że on już nie będzie szukał ze mną żadnych zwad. Uścisnąłem grabę Szwabowi. Ludzie! Od tej pory Raynold to był mój najlepszy fąfel we wsi, wszystko co chciałem mi pomagał, i narzędzia w gospodarstwie dawał i bardzo dobrze karmił, mało tego, nawet się mnie pytał: "Wojty, będziesz dzisiaj tutaj spacerował (...) wyszykowałem ci rower, popatrz stoi gotowy - możesz jechać". Mało tego, Raynold mnie nie zadenuncjował, gdy znalazłem w lesie cały mundur SS z odznaczeniami, ubrałem go i zszedłem do wsi - siejąc postrach i panikę. Wtedy to Urząd Bezpieczeństwa przyjechał szukać tego "członka werwolfu". Wtedy Raynold mnie nie wydał, a gdyby mnie wydał byłoby na prewno po mnie. Od tej pory był to swój chłop (...)

Tak naprawdę różniliśmy się bardzo mocno, ja i Raynold - powiedział dziadek, ale jedno mieliśmy wspólne. Kiedy nadszedł czas wysiedlenia, Kramer trzymał wielką płachtę - oni mogli wziąć tylko 50 kg. bagażu - Klara w czarnej chuście miała walizkę, Raynold stał z jakimś tobołkiem i ta mała Heidi, która trzymała ich za rękę. Nigdy w życiu ich więcej nie spotkałem, ale jedną rzecz mieliśmy wspólną - on szedł w nieznane, a ja na nieznanym zostałem.  






PLAYBOYE U WŁADZY - Cz. X

CZYLI JAK TO WŁADZA

DODAJE SEKSAPILU






NAPOLEON BONAPARTE

KRÓLOWA LUIZA

"POWIEDZ PAPIEŻOWI, ŻE JESTEM KAROLEM WIELKIM!"

Cz. IX






DZIŚ PRZEDE WSZYSTKIM GARŚĆ INFORMACJI ZACZERPNIĘTYCH Z PAMIĘTNIKÓW POLSKICH OFICERÓW I ŻOŁNIERZY, KTÓRZY OPISYWALI WKRACZAJĄCĄ NA ZIEMIE POLSKIE WIELKĄ ARMIĘ NAPOLEOŃSKĄ I KTÓRZY WYRAŻALI TYM SAMYM SWÓJ ENTUZJAZM WOBEC TEJ OTO DZIEJOWEJ CHWILI. DZIŚ RELACJA JEDNEGO Z NICH, W DALSZYCH CZĘŚCIACH POJAWIĄ SIĘ KOLEJNI 






RELACJA JÓZEFA SZYMANOWSKIEGO
(Oficera sztabu 3 Korpusu marszałka Davouta)
1806/1807


"Zamieszkały, w majątku moim dziedzicznym Grądy pod Błoniem, o mil 4 od Warszawy, gdy mię wieść doszła o zbliżaniu się armii francuskiej, pospieszyłem natychmiast do miasta dla zaciągnięcia dokładniejszych wiadomości. Jakoż przekonawszy się, że Francuzi już i Poznań zajęli, czyniłem w domu przygotowania, aby się do niej najspieszniej dostać, a wydając ludziom i do­mownikom moim różne polecenia, jakie uważałem za potrzebne, nie mogę zamilczeć o drobnym wypadku charakteryzującym tak ducha patriotycznego ludu naszego, jako też zdrowe jego pojęcie i rozsądne do ojczyzny oraz do dziedziców przywiązanie. Gdy bowiem mówiłem staremu hajdukowi ojca mego nieboszczyka, Kazimierzowi Krupińskiemu, trudniącemu się zarządem mego domu, oraz sołtysowi miejscowemu, Balcerowi, jak mają sobie postąpić, gdyby jakieś obce wojsko nadciągnęło, wówczas obaj ci ludzie w sekrecie wziąwszy mnie na stronę, powiedzieli mi te słowa:

- A my domyślamy się, dokąd wielmożny pan jedzie...

- A dokąd? - zapytałem.

- Oto do Napartego - odpowiedzieli mi obaj - Niechajże Bóg wszechmogący pana szczęśliwie prowadzi. Bogdaj by te Francuzy jak najprędzej do nas zawitali, a tych szołdrów - Niemców od nas wygnali! Jedź że pan spokojnie, bo my tu o jego dobrach mieć będziem większe staranie, jak o własnym naszym dobytku.
 
Wziąwszy w Sochaczewie pocztę, wyruszyłem na trakt ku Poznaniowi. Dość szczęśliwie odbywałem tę podróż nie spotykając wcale wojska pruskiego, którego niedobitki wprost z Berlina ku starym Prusom podążały. Wprawdzie w pobliżu Kutna spotkałem znanego mi porucznika Neumana, który ze swymi kirasjerami spędzał podwody chłopskie celem przewiezienia zapasów amunicji z Łęczycy do Warszawy. Spotkany jednak, chociaż domyślał się, dokąd dążę, okazał się o tyle delikatnym, iż mi żadnych nie czynił przeszkód w odbyciu dalszej podróży.

Już dobrze pod wieczór stanąłem pod Swarzędzem, gdzie pierwszy raz w życiu usłyszałem: "Quivive!" [Kto idzie?]. Co się w mym sercu i duszy działo, jak byłem cały wzruszony tego opisać nie jestem mocen. Zaprowadzono mnie do pułkownika strzelców konnych, Exelmansa, który zadawszy mi kilka pytań dotyczących pruskiego w Warszawie i w okolicy garnizonu, dozwolił jechać do Poznania. Tam pobywszy, udałem się w nocy do jenerała Dąbrowskiego, którego nie znałem jak z reputacji i poszedłem z nim razem do Wybickiego. Ten uradował się, iż mógł jak najspieszniej przez kogoś, komu od razu zaufał, przesłać do Warszawy proklamację o powstaniu narodowym, już w Poznaniu wydrukowaną [podpisanej przez Cesarza Napoleona w Berlinie - 3 listopada 1806 r., a wydrukowanej w Poznaniu]. Dał mnie, nie pomnę już, ile egzemplarzy, wymieniając niektóre osoby, którym ją szczególniej byłem winien wręczyć. Z tych, o ile sobie przypominam, byli Pociej, Kochanowski i Szaniawski, innych nie pamiętam. Wyraźnie przecież tak on, jak i jenerał Dąbrowski zastrzegli sobie, abym jej nie udzielał księciu Józefowi Poniatowskiemu, wobec którego nie żywili zaufania, choć ja je w nim zupełnie pokładałem. 

Odebrawszy więc odezwę od Wybickiego, pospieszyłem do Warszawy, gdzie dopełniwszy danego mi zlecenia, nie omieszkałem przecież doręczyć jeden egzemplarz proklamacji księciu Józefowi, a to w obecności Stasia Potockiego, którego właśnie w jego gabinecie zastałem. Co wykonawszy natychmiast opuściłem Warszawę i wróciłem do Grądów, gdzie nawet nie przenocowawszy udałem się do Sochaczewa. Tam wziąwszy ekstrapocztę, puściłem się głównym traktem na Kutno ku Poznaniowi. Tym razem spotkałem już armię francuską w Sąpólnie. Zaprowadzono mnie znów do pułkownika Exelmansa, dowódcy awangardy 3 korpusu Wielkiej Armii, pozostającej pod rozkazami marszałka Ludwika Davouta. Marszałek był mężczyzną okazałej postaci. Spojrzenie jego było ostre. Nawet i wtedy, gdy chciał się przypodobać komu, miał coś imponującego w swym wzroku. Poświęcenie jego dla osoby Napoleona nie znało granic, podobnie jak bezinteresowność, jaką wyróżniał się wśród marszałków Wielkiej Armii. Wszelki rabunek karcił surowo, winnych karał rozstrzelaniem. Ale też z drugiej strony marszałek jak największe miał staranie, aby wszelkie dystrybucje, a szczególniej żywności, jak najregularniej żołnierza docho­dziły nawet w miejscu i w czasie, gdzie dostarczanie prowiantu z największymi było połączone trudnościami. Zresztą umiał on nie tylko walczyć z przeciwnościami, ale też je przezwyciężać, a charakter jego i żelazna wola były silne oraz nieugięte.


[Marszałek Ludwik Mikołaj Davout wywodził się ze starej, burgundzkiej szlachty. Początkowo nie był zwolennikiem Napoleona, ale od Abukiru - lipiec 1799 r. - stał się jego najwierniejszym żołnierzem. Nigdy go też nie zdradził i jako jedyny spośród marszałków nigdy nie uznał powrotu Burbonów na tron Francji. Znany był z ogromnej dbałości o swoich żołnierzy - tam gdzie dowodził Davout, tam nigdy nie brakowało ani sanitariuszy, ani kucharzy, często też osobiście odwiedzał rannych i dopytywał się o ich stan oraz potrzeby - a jednocześnie słynął on z dużej surowości - za najmniejszy rabunek skazywał na karę śmierci. Zmarł w 1823 r. w wieku 53 lat].

 



Pod rozkazy takiego dowódcy dostałem się na samym początku mej służby wojskowej. Nie odgadnąłbym wprawdzie, jak się to stało, ale chociaż mój marszałek był nader nieufnym i podejrzliwym, to mimo to zdołałem od pierwszych zaraz dni pobytu w sztabie pozyskać jego zaufanie i wzajemnie podobaliśmy się sobie, czego trzyletnia bytność moja przy jego osobie, w wie­lorakich zdarzeniach, była mi niezaprzeczonym dowodem. Ogółem liczono do dwudziestu adiutantów marszałka. Wszyscy prawie okazali się dla mnie bardzo miłymi towarzyszami, dobrze wychowanymi i zgodnymi w pożyciu. Jakkolwiek sztaby marszałków dowodzących były bardzo liczne, to jednak po wkroczeniu do Polski, musiano je uzupełniać oficerami krajowymi władającymi francuskim językiem. Jakoż wkrótce po mnie przy sztabie Davouta zamianowani zostali: Kobylański, Rostworowski, Franciszek Potocki, Mierosławski tudzież dwaj kuzyni moi, Aleksander oraz Ignacy Szy­manowscy.

W ogóle wszyscy Francuzi byli mniej więcej życzliwi wskrzeszeniu królestwa polskiego, jako też wielce przychylni Polakom, nie szczędząc wszakże zabawnych, a miłość naszą niezbyt obrażających ucinków i żartów. I tak na przykład przypominam sobie, że wyrażenia: "kleba nie ma, woda zara", były na ustach każdego Francuza, a nawet samego cesarza. Gdy znów pod Gołyminem koło Pułtuska (którą to miejscowość zwali Francuzi Piulstuk) w jesiennej porze brnęliśmy maszerując w błocie po kolana, wszyscy prawie wołali: "Ach, co za przeklęte bagno i oni nazywają to ojczyzną!".

Inne i żywsze były życzenia samego marszałka dla naszej sprawy, która zdawała się go szczerze interesować. Z uczuciem tym zdradzał się nie jednokrotnie rojąc sobie, iż może zostanie kiedyś królem w Polsce, jak Murat w Neapolu lub Bernadotte w Szwecji. Ta to tajemna myśl marszałka, której nigdy nie wyjawiał, była zapewne powodem, iż przez długi czas nie tylko, iż nie był przychylnym księciu Józefowi Poniatowskiemu, w którym mógł upatrzyć jedynego prawdopodobnego współzawodnika do korony polskiej, lecz się do niego zbliżyć nie kwapił i rad słuchał plotek przeciw księciu rozsiewanych przez niektórych jenerałów, tudzież urzędników, osobiście księciu nieprzychylnych. W podobnych wypadkach jeden tylko czcigodny pułkownik Romeuf i ja, cośmy sobie pozwalali jawnie i wyraźnie występować w obronie księcia Józefa. Razu jednego poważyłem się powiedzieć marszałkowi, bo wszystko ode mnie przyjmował, te słowa, które mi on sam później we Wrocławiu powtórzył: 

- Pan, panie marszałku, chętnie dajesz posłuch wszelkim plotkom zniechęcającym pana do księcia Poniatowskiego. Drobnostki te jątrzą pana przeciwko niemu. Przyjdzie jednak czas, iż się pan wstydzić będziesz z powodu zapoznania zasług księcia, gdyż jest to prawdziwy polski Bayard, rycerz bez zmazy i bez trwogi!

Odparł mi wówczas Davout:

- Tak się tobie zdaje, gdyż jesteś do księcia szczerze przywiązany. Co do mnie, nie podzielam pańskiego dodatniego sądu, a zresztą zobaczymy, bo może sam później zmienisz przekonanie.

- Wybacz, marszałku - rzekłem - lecz nie przypuszczam czegoś podobnego. 

Marszałek przy całej otwartości charakteru, bardzo boleśnie odczuwał każde ubliżenie, jakim od czasu do czasu starano się mu dokuczyć. I tak korpus 3 w zamian za odznaczenie się pod Auerstedt otrzymał zaszczyt wnijścia w tryumfalnym pochodzie do Berlina i od tego czasu tworzył straż przednią całej armii napoleońskiej. Sądził przeto Davout, iż pierwszy również wnijdzie do Warszawy, gdy wtem niespodziewanie w pobliżu Błonia zajechał mu drogę książę Bergu, Joachim Murat, z upoważnieniem cesarskim do reprezentacji osoby monarchy jako jego zastępca (lieutenant de Vempereur). Fakt ten jeszcze bardziej zniechęcił marszałka do Murata, którego już dawniej nie cierpiał. Murat tedy stanął na Zamku Królewskim, zajmując apartament monar­szy, a my poprzestać musieliśmy na dość obszernym, co prawda, pałacu Bruhlowskim. Wkrótce po owym zainstalowaniu się Murata w Warszawie marszałek Davout z większą częścią swego korpusu przeszedł Wisłę i założył główną kwaterę w Jabłonnej, gdzie z powodu częstych skarg włościańskich, wymierzonych przeciw żołnierzom, a pochodzących zazwyczaj z nieporozumień językowych, zamianowany zostałem komendantem. Wielokrotnie odbierałem skargi i godziłem spory, ale nadużyć nie przebaczałem nigdy. W końcu jednak podzięko­wałem Bogu Wszechmogącemu, iż niedługo stojąc w Jabłonnej, wymaszerowaliśmy ku Pułtuskowi po owym pamiętnym błocie, o którym długi czas wspominali francuscy żołnierze. 

Pod Pułtuskiem mieliśmy dość żywe spotkanie z Moskalami, gdzie im kilka sztuk armat i kilkaset niewolnika zabraliśmy (dnia 26 grudnia 1806 r.). Aczkolwiek, co tu jeszcze wspomnieć zamierzam, dotyczy po części mej osoby, godziło by się może, abym o tym drobnym zdarzeniu z operacjami wo­jennymi pozostającym w niejakimż związku nie przemilczał, gdyż nawet "Ga­zeta Warszawska" wzmiankowała o nim, zanim jeszcze ogłosiła opis bitwy pod Pułtuskiem. Rzecz miała się jak następuje: Wkrótce po przyjeździe do Warszawy Napoleon, dawszy marszałkowi Davoutowi rozkaz posunięcia się ku Pułtuskowi, podążył za nim osobiście pod Pomiechów nad Wkrą. Stanąwszy na miejscu późnym wieczorem, zastał cesarz marszałka zajętego odbudową świeżo spalonego przez Rosjan mostu, którego część jeszcze trzymała się na palach. Po drugiej stronie rzeki obozował nieprzyjaciel. Napoleon naglił, by jak najrychlej przywrócono komunikację z przeciwnym brzegiem, a usłyszaw­szy raport komendanta inżynierów, iż dopiero po upływie kilkunastu godzin może most zrestaurować, zawołał zniecierpliwiony:

- Podajcież co prędzej łódkę. Niech w nią siada tylu ochotników, ilu się zmieści, i niech się przeprawią na drugą stronę! 

Co usłyszawszy kolega mój Ziemecki i ja, gdy czółno już stanęło u brzegu, przeżegnawszy się, wskoczyliśmy w nie wraz z pięcioma innymi Francuzami, gdyż więcej jak siedmiu ludzi nie mogło się w łodzi zmieścić, po czym prze­dostaliśmy się już w nocy na drugi brzeg Wkry, obsadzony przez Rosjan. Owe przeżegnanie się nasze nie uszło baczności Napoleona, stojącego tuż przy odpływającym czółenku, więc zapytał marszałka:

- Kto zacz są ci dwaj młodzi ludzie?

- Są to oficerowie polscy z mojego sztabu - odpowiedział Davout.

- To dobrze - zakonkludował cesarz - dobrzy chrześcijanie są dobrymi żołnierzami. 

Bolesno mi przecież było, że w "Gazecie Warszawskiej", która ten czyn i słowa Napoleona ogłosiła, tylko ja jeden wspomniany, a poczciwy i odważny mój kolega Ziemecki, który w tym zdarzeniu pryncypalnie był odznaczył się, nie był wymieniony. Gdyśmy się w ten sposób w szczupłej liczbie na drugi brzeg Wkry dostali, było nam, przyznam się, dosyć ciepło i kolega Ziemecki, który sługiwał w wojsku pruskim, był mi wielce użyteczny jako doświadczeńszy oficer. Po upływie kilkunastu godzin most naprawiono, a Rosjanie, nie­koniecznie gorliwie broniąc przeprawy, pociągnęli ku Pułtuskowi, ścigani przez naszych".



JÓZEF SZYMANOWSKI
"PAMIĘTNIKI"
Wydanie - Lwów 1898






 CDN.



VIVE L'EMPEREUR!

 

poniedziałek, 7 czerwca 2021

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. XX

NIM JESZCZE

NAD KONSTANTYNOPOLEM

ZAŁOPOTAŁ ZIELONY

SZTANDAR MAHOMETA






I

JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM

(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"

NA RZYMSKIM PALATYNIE)

Cz. XIX






"ŻEGLARZ STYKSOWYCH WÓD"



 W roku, w którym cesarz Marek Aureliusz Antoninus Karakalla ponownie opuszczał Rzym, by udać się nad Dunaj - gdzie granicę niepokoił tamtejszy lud Karpów, który przy wsparciu innych plemion: Kwadów, Markomanów i Hasdingów zrzucił rolę rzymskiego klienta i rozpoczął ataki na rzymskie terytoria za Dunajem (Dacja) - Imperium Rzymskie dysponowało 33 legionami. W najbardziej zagrożonych, naddunajskich prowincjach stacjonowało: Recja (dzisiejsza Szwajcaria i część południowych Niemiec) - 1 legion, Noricum (rejon Bawarii i zachodniej Austrii) - 1 legion, Pannonia Superior (Austria, zachodnia część Węgier) - 1 legion, Pannonia Inferior (Węgry, oraz północna część Słowenii i Chorwacji) - 3 legiony, Dacja (Rumunia) - 2 legiony, Mezja Superior (Serbia) - 2 legiony i Mezja Inferior (część Rumunii i Bułgarii) - 2 legiony. Tak więc cała Armia Dunaju za panowania Septymiusza Sewera i Antonina Karakalli liczyła 12 legionów (czyli ok. 70 000 żołnierzy). Jednak taka wojna związana była również z potwornymi wydatkami, dlatego też, aby zdobyć na nią fundusze, cesarz Karakalla postanowił przeprowadzić... reformę monetarną. Polegała ona na wprowadzeniu do obiegu podwójnych denarów, w których wartość srebra była mniejsza od wcześniejszych dwóch tego typu monet razem wziętych. Pozwoliło to zgromadzić fundusze potrzebne na prowadzenie wojny, ale jednocześnie była to kontynuacja procesu psucia rzymskiej monety na bieżące potrzeby polityczne, która potem przyczyni się do ruiny gospodarczej Imperium w połowie III wieku. Co prawda obywatele Imperium - niechętnie, bo niechętnie - ale zaakceptowali nowy pieniądz, który otrzymał nazwę "antoninianów", jednak większy problem był z ludami zza rzymskiego świata, a szczególnie tych, co posiadały status "sprzymierzeńców". Ci bowiem niezbyt chętnie przyjmowali antoniniany, zdając sobie sprawę że pieniądz ten jest znacznie gorszy od denarów, w których poprzednio otrzymywali zapłatę.

Tak więc po wprowadzeniu reformy w życie (realnie antoniniany wejdą do obiegu dopiero w 215 r.) Antonin Karakalla wyruszył nad Dunaj, na spotkanie z Karpami i ich sojusznikami. Najpierw zatrzymał się w mieście Novae nad Dunajem w Mezji Inferior, potem jednak przeniósł się do Tracji, do Filipopolis (Płowdiw), gdzie bardziej skupił się na urządzaniu igrzysk, niż toczeniu działań wojennych (które nad Dunajem realnie prowadził prefekt gwardii pretoriańskiej - Marek Opeliusz Makrynus - późniejszy cesarz). Imperator zaś zajmował się głównie zabawą: organizacją igrzysk w Filipopolis, a także stworzeniem dwóch nowych formacji - macedońskiej i spartańskiej falangi. Sam też ogłosił się nowym Aleksandrem Wielkim, zaś te dwie formacje, miały być jego łącznikiem pomiędzy tamtym, a obecnym światem. W trakcie tej wyprawy oczywiście towarzyszył mu cały jego dwór, oraz matka - Julia Domna, która jako "Venus Victrix" ("Wenus Zwycięska") ukazana została na monetach. Cesarz powierzył jej również prowadzenie swojej kancelarii (żadna inna Rzymianka przed nią nie zajmowała się nigdy przyjmowaniem cesarskiej korespondencji i choć np. Liwia używała pieczęci Augusta oraz czytała niektóre listy, a Pompeja Plotyna - żona Trajana - również miała dostęp do części cesarskiej korespondencji, to jednak aż do czasów Karakalli, nigdy żadnej kobiecie w rzymskich dziejach nie powierzono stanowiska oficjalnego cesarskiego sekretarza). Cesarz co prawda lubił się popisywać swoją wytrzymałością żołnierską i odpornością na trudy, pogodę i urazy, jednak ta wojna niewiele go już obchodziła i powierzywszy dowództwo Makrynusowi, opuścił Filipopolis i udał się na Chersones, z zamiarem dalszej przeprawy na azjatycki brzeg cieśniny. Mniej więcej w tym samym czasie postanowił też utworzyć kolejną prowincję, wydzielając z Hispania Tarraconensis niewielki skrawek terytorium i tworząc tam czwartą hiszpańską prowincję (do trzech już istniejących: Tarraconensis, Betyki i Luzytanii) o nazwie: Antoniniana (dzisiejsza hiszpańska Galicja). Miało to miejsce w 214 r. gdy cesarz przygotowywał się do przeprawy na drugi brzeg Chersonezu. Notabene okręt, którym podróżował, został uszkodzony, a Karakalla musiał się ratować, płynąc dalej na małej łódce.




Gdy dotarł do Azji, w Troadzie, na zgliszczach dawnego Ilionu, złożył ofiarę cieniom Priama, Hektora i Achillesa, a następnie wyprawił wspaniały pogrzeb jednemu ze swoich sług, który zmarł w czasie przeprawy (potem niektórzy historycy twierdzili, że celowo go uśmiercił, aby właśnie powtórzyć ową uroczystość, jaką Achilles odprawił nad grobem Patroklesa). Cesarz wówczas przebywał gównie w otoczeniu żołnierzy swej gwardii i z pozostałymi dworzanami spotykał się tylko oficjalnie. W jego otoczeniu nie było też zbyt wielu kobiet. Nie brał sobie na noc żadnej nałożnicy, co niestety rodziło komentarze nad postępującą impotencją władcy. Być może coś było na rzeczy, jako że Karakalla z Troady udał się do Pergamonu, gdzie nocował w sławnej świątyni Eskulapa (greckiego Asklepiosa), w której to bóg uzdrawiał właśnie nocą. A skoro tak uczynił, zapewne miał ku temu swoje potrzeby. Potem wycofał się na zimę do Nikomedii, gdzie spędzał czas głównie na organizowaniu igrzysk (sam brał w nich udział jako woźnica w wyścigach rydwanów, oraz jako gladiator w igrzyskach munera). Całą zimę (214/215 r.) szkolił też swoje dwie falangi, a wiosną szykował nową wojnę z Partami na Wschodzie (w tym celu kazał zatrzymać, przebywającego wraz z rodziną w Rzymie, króla - Chosroesa I, czym spowodował zrzucenie przez Armenię rzymskiego zwierzchnictwa w 214 r.). W tym właśnie celu przyłączył do Rzymu okręg Edessy w Mezopotamii (213 r.). Wiosną 215 r. cesarz wyruszył do Antiochii - jednego z największych miast starożytnego Wschodu. Zbudowana na wyspie, na Orontesie, Antiochia, od czasów rządów Antoninów i Sewerów znacznie się rozrosła. Obecnie zajmowała obszar podchodzący aż pod górę Silpion i posiadała wiele wspaniałych zabytków (jak na przykład przestronną Agorę, wiodącą od wyspy ku południowi, Nimfeum - czyli świątynię wszystkich nimf, leżącą na wschód od Agory, Teatr Wielki znajdujący się nieopodal tejże świątyni, ogromny posąg Apolla w gaju cyprysowym - temu bogu poświęconym, pełnym licznych źródeł, drzew i krzewów, a znajdującym się w dzielnicy Dafne - czyli na owej wyspie, oraz Koloseum - wzorowane na tym rzymskim). Piękne to było miasto, przestronne o szerokich, widnych i czystych ulicach, zapewniających w zimie jak najwięcej słońca, zaś latem orzeźwiającego chłodu (już Juliusz Cezar bardzo miło wspominał pobyt w Antiochii, szczególnie  w miesiącach letnich, właśnie ze względu na panującą tu przestrzeń i przyjemny wiatr, wiejący prosto od morza). Karakalla przybywszy tutaj, nadał Antiochii prawa kolonii rzymskiej i rozpoczął dalsze, zakrojone na szeroką skalę prace budowlane.

Następnie (jesienią 215 r.) udał się do Egiptu, do wymarzonej Aleksandrii, miasta noszącego nazwę najsławniejszego władcy, którego cesarz podziwiał i do którego starał się upodobnić. Zresztą Karakalla marzył też o odrodzeniu Imperium Aleksandra Wielkiego i połączeniu Rzymu z Partią (w tym celu wysłał do króla Wologazesa VI propozycję poślubienia jego córki, tak, aby zrodzone z tego małżeństwa potomstwo mogło władać tymi dwoma imperiami. Jednak Wologazes odrzucił tę propozycję, co tylko przekonało cesarza do planu wznowienia z Partami nowej wojny). Antonin Karakalla głosił, iż pragnie odwiedzić Aleksandrię, gdyż jego marzeniem jest ujrzeć miasto Aleksandra, a poza tym pragnie zadać pytanie bogu Serapisowi w jego tutejszej Świątyni, która pełniła również rolę wyroczni. Aleksandryjczycy bardzo się uradowali na zapowiedź przybycia cesarza do ich miasta i natychmiast poczęli przygotowywać wszystko na uroczystość powitania. Spodziewano się zapewne jakichś nowych przywilejów (np. zwolnień podatkowych) i dalszej rozbudowy miejskiej infrastruktury, podobnie jak cesarz uczynił to w Antiochii. Tym bardziej, że Aleksandria była miastem wyjątkowym, miastem poświęconym samemu wielkiemu Aleksandrowi (którego uważano przede wszystkim za boga), dlaczego więc cesarz miałby postąpić inaczej, niż uczynił to w Antiochii czy nawet w Nikomedii. Aleksandrię przyozdobiono więc na powitanie imperatora z niezwykłym przepychem, ozdobiono ją kwiatami i girlandami, rozsiewano wszędzie wonne zapachy i dym z kadzideł. Gdy Karakalla wkraczał do miasta, ludność obsypała go kwiatami, a muzycy i śpiewacy popisywali się swymi wokalnymi umiejętnościami. Wszędzie też czuć było miły zapach rozlanych wonności, co miało sugerować, jakoby sam bóg wkraczał w mury swego miasta. Cesarz udał się najpierw do Świątyni Serapisa, gdzie złożył liczne ofiary ze zwierząt (w tym z byków), następnie skierował się do grobowca Aleksandra Wielkiego, przy którym zdjął swój płaszcz, pas, pierścienie oraz wszystko inne, co tylko miał kosztownego - i złożył to jako ofiarę dla wielkiego króla. Nocą urządzono ucztę dla mieszkańców, gdzie nikomu nie szczędzono ni jadła, ni wina.


 

Na drugi dzień cesarz wydał polecenie, aby wszyscy młodzi mężczyźni w mieście zebrali się na pobliskiej równinie, gdyż pragnie on wybrać sobie żołnierzy, do projektowanej, trzeciej falangi - zwanej "aleksandryjską". Zebrano się więc - zgodnie z życzeniem władcy - na podmiejskiej równinie, gdzie młodzież męska, w towarzystwie swych rodzin, ustawiła się w szpaler, oczekując pojawienia się cesarza. Gdy ten się zjawił, podchodzi do każdego, witał się z nim i krótko rozmawiał, po czym szedł dalej, niektórym sprawdzał wzrost, innym badał mięśnie, dla każdego zaś miał miłe słowo. Rozradowana młodzież - będąca zapewne jeszcze na kacu po wczorajszej nocy - nie zauważyła jednak, że w tym samym czasie cały rejon został otoczony wojskiem, którego kohorty - wolnym, aczkolwiek stanowczym krokiem - podchodziły zbyt blisko zgromadzonej tam młodzieży. Gdy żołnierze znaleźli się w bezpośredniej odległości od stojących w szpalerze młodych mężczyzn, wówczas Karakalla wydał rozkaz... do ataku. Tak rozpoczęła się rzeź, która nie miała sobie równej w rzymskich dziejach. Pytanie brzmi, dlaczego cesarz skazał tych młodzieńców na śmierć? Odpowiedź jest prosta, choć powód ten może wydawać się nierozsądny, a mianowicie - władza (i to każda władza) wiele może znieść, opozycję, walkę polityczną, nawet bardzo krwawą, ale jednej rzeczy zaakceptować nie może. Nie może zaakceptować kpiny. Bowiem władza, z której śmieją się jej obywatele, przestaje budzić strach i poważanie a staje się komiczna, groteskowa, godna pożałowania. To niestety jest gorsze od utraty samej władzy w wyniku przegranej batalii politycznej. A na nieszczęście dla Aleksandryjczyków, mieli oni niewyparzony język, który stanowił specyfikę całego regionu. Mieszkańcy Aleksandrii zawsze bowiem uważali się za ludzi wolnych, a co za tym idzie, mogących swobodnie wyrażać się o rządzących, a nawet kpić z władzy. I tak postępowali od czasów rządów greckich Ptolemeuszy, co też weszło im w krew i nie zrozumieliby, dlaczego teraz mieliby się zmieniać?  Rzeczywiście, nie zmienili się - na własną zgubę - i wciąż opowiadali sobie dowcipy o wzroście cesarza, oraz pytali: "Jak taki karzeł pragnie dorównać Wielkiemu Aleksandrowi?", lub też: "Dlaczego w rodzinie cesarskiej było ostatnio tyle zgonów?", po czym odpowiadali: "Dzieje się tak, ponieważ matkę cesarza zwą Jokastą" (Jokasta była sławną trucicielką w Rzymie w czasach Klaudiusza i Nerona, zaś w mitologii była matką i żoną Edypa, zaś ich synowie - Eteokles i Polinejkes wszczęli ze sobą bratobójczą walkę, w której obaj polegli). Nic dziwnego, że słysząc takie porównania, cesarz ledwie trzymał swe nerwy na wodzy. Ale właśnie teraz dał upust wszystkim swym morderczym praktykom, gdyż żołnierze zabijali nie tylko zgromadzonych tam młodzieńców, ale również gapiów, którzy przyszli popatrzeć na to wspaniałe "wyniesienie" ich synów. Zaczęto też kopać wielkie, zbiorowe mogiły i wrzucano tam wszystkich pomordowanych, przysypując ich ziemią (przy czym nikt nie sprawdzał czy ktoś jeszcze żył, czy nie).

Ta ogromna masakra, pochłonęła też niektórych żołnierzy, jako że ci, których zrzucono do dołów, a jeszcze żyli - niektórzy nie mieli nawet ran - czepiali się stóp stojących najbliżej wojaków, ściągając ich do dołów, które natychmiast były zakopywane przez innych żołnierzy. Ponoć krew pomordowanych płynęła potokami i łączyła się u ujścia Nilu. Następnie żołdactwo ruszyło do miasta, mordując jak idzie, a cesarz wydawał rozkazy ze Świątyni Serapisa, gdzie urządził sobie punkt widokowy. W tej masakrze zginęło od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy ludzi, a samo miasto zostało pozbawione przez cesarza wszystkich dotychczasowych przywilejów. Po dokonaniu tej zbrodni, Karakalla powrócił na zimę do Antiochii, gdzie rozpoczął wielkie przygotowania do inwazji na kraj Partów, dryfując teraz, niczym Charon po styksowych wodach swej niepewnej przyszłości, prosto ku przepaści.






CDN.
 

sobota, 5 czerwca 2021

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XXVI

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY

DO ABDUL HAMIDA II

 
 

SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XV

 



 

 MATKA

SERAJ POD RZĄDAMI AYSE HAFSY

(1520 - 1534)

Cz. XIV

 



 
 KAMPANIA "DWÓCH IRAKÓW"
Cz. IV
 
 
 Na początku wojny z Osmanami, szach Tahmasp I był już na tyle dojrzały, aby samodzielnie władać państwem. Miał 19 lat i przez pierwsze lata swego panowania był jedynie maskotką w rękach ambitnych przywódców kyzyłbaskich plemion. Najpierw (od maja 1524 r.) regencję nad młodym władcą sprawował dowódca sił zbrojnych - Diw-soltan Rumlu. Decyzji tej (oficjalnie wyrażonej w testamencie szacha Esma'ila) nie zaakceptował przywódca plemienia Ostadżlu (kontrolujący rejon między Tebrizem a Azerbejdżanem) Kopak-soltan. Diw-soltan, na czele swego plemienia (Rumlu) odebrał Tebriz (ówczesną stolicę Safawidów) z rąk Ostadżlu i zmusił ich do zaakceptowania nowego rozdania na zasadzie triumwiratu. Odtąd (do czasu osiągnięcia przez młodego władcę pełnoletności) władzę mieli sprawować przywódcy trzech największych kyzyłbaskich plemion: Rumlu, Ostadżlu i Tekkelu, a na ich czele stali: Diw-soltan, Kopak-soltan i Czuha-soltan Tekkelu (1526 r.). Jednak wódz plemienia Ostadżlu zorientował się, że Rumlu i Tekkelu zawarli sojusz przeciw niemu i postanowił wycofać się z rządów, wyjechać z Tebrizu i osiąść w swych dobrach w Erewanie (gdzie też przygotowywał się do walki). W 1527 r. wybuchła wojna domowa, gdy Rumlu i Tekkelu postanowili ostatecznie wyeliminować plemię Ostadżlu i zająć jego ziemie. W bitwie pod Soltanije, Kopak-soltan musiał ratować się ucieczką, lecz jego siły nie zostały jeszcze zniszczone i wkrótce potem przeszedł do ofensywy, zajmując Ardebil - święte miasto Zakonu Derwiszów. Widząc że Kopak-soltan szykuje się do zajęcia Tebrizu, Diw-soltan i Czuha-soltan ruszyli przeciw niemu i w bitwie pod Szarur ostatecznie rozbili armię Ostadżlu a Kopak-soltan poległ w tej bitwie. Teraz pozostawało już tylko dwóch konkurentów do pełnej władzy, a zazdrosny o wpływy Diw-soltana u młodego szacha, począł Czuha-soltan knuć intrygę, w której za wybuch walk pomiędzy kyzyłbaszami oskarżył Diw-soltana, jako nazbyt ambitnego i dążącego do władzy nawet nad samym szachem. Młody władca uwierzył w te plotki i zawezwał przywódcę plemienia Rumlu przed swe oblicze, w celu złożenia przez niego wyjaśnień. Jednak gdy ten zjawił się na obradach Dywanu, 13-letni władca napiął łuk i wystrzelił prosto w pierś swego wychowawcy (którym Diw-soltan był na mocy testamentu szacha Esma'ila), reszty dopełnili już strażnicy, masakrując Diw-soltana u stóp władcy (5 lipca 1527 r.). Teraz jedynym regentem pozostał już tylko Czuha-soltan, który natychmiast przystąpił do konsolidacji swej władzy oraz wywyższania przedstawicieli swego plemienia.

Ale szybko też pojawił się nowy konkurent do władzy. Był nim Hosejn-chan, przywódca plemienia Szamlu i gubernator Heratu (zachodni Afganistan). Z powodzeniem odpierał on ataki Uzbeków, którzy wykorzystując niepokoje w "państwie kyzyłbaszów", postanowili zawładnąć prowincją Chorasan i zdobyć jej stolicę - Herat (1528 r.). Hosejn-chan bohatersko bronił Heratu, choć jednocześnie słał prośby do Tebrizu o natychmiastową pomoc. Czuha-soltan robił co mógł, aby opóźnić wysłanie odsieczy, twierdząc że jeśli Hosejn-chan rzeczywiście jest takim dobrym wodzem - jak o nim mawiają, to wytrzyma jeszcze te kilka miesięcy. Jednak w tym przypadku młody Tahmasp wykazał się dość dużą samodzielnością i nie tylko zebrał armię na odsiecz Heratu, ale osobiście stanął na jej czele. Do starcia z Uzbekami doszło w okolicach Dżamu (środkowy Afganistan), a bitwa o mało nie zamieniła się w totalną klęskę Safawidów. Wszystko przez Czuha-soltana, który wraz ze swoim plemieniem uciekł z pola bitwy po ataku Uzbeków. Widząc że jego prawe skrzydło poszło w rozsypkę i istnieje niebezpieczeństwo okrążenia pozostałych sił, młody szach przemówił do żołnierzy, mobilizując ich do dalszej walki w imię dwunastu "bezgrzesznych imamów". Dzięki temu, wróg został odparty i uciekł z pola bitwy. Zwycięstwo zawdzięczano dwóm plemionom: Zulgadir i Szamlu, które wytrwały do końca i nie ustąpiły pola nieprzyjacielowi. Władca jednak bardzo zawiódł się na Czuha-soltanie i coraz rzadziej słuchał teraz jego rad. Dwa lata później Uzbekowie ponowili atak na Herat i Hosejn-chan znów wysłał prośbę do szacha o natychmiastową pomoc. Jednak przez knowania Czuha-soltana, pomoc nie nadeszła w porę i Hosejn-chan (wyczerpawszy zapasy żywności i wody) musiał skapitulować. Jedyne co uzyskał, to bezpieczne opuszczenie miasta przez obrońców Heratu. Czuha-soltan natychmiast oskarżył Hosejn-chana o zdradę i oddanie największego miasta perskiego wschodu w ręce wroga. Szach zawezwał Hosejn-chana przed swe oblicze, co - znając doświadczenie Diw-soltana - nie napawało optymizmem. Wódz plemienia Szamlu przybył jednak na spotkanie z Tahmaspem (do jego obozu pod Isfahanem), a władca - miast kary śmierci - ofiarował mu swą przyjaźń. Zaprosił go do swego stołu i obdarował pięknym płaszczem. Plany Czuha-soltana, ostatecznego pozbycia się konkurenta do władzy rękoma samego szacha, ostatecznie spaliły na panewce.




Wówczas Czuha-soltan postanowił osobiście zamordować Hosejn-chana ("osobiście" znaczy nasyłając nań opłaconego mordercę), lecz ten wcześniej dowiedział się o jego planach i przygotował zasadzkę. Niedoszły morderca został schwytany i po okrutnych torturach (odcięto mu uszy, nos i ręce) wyjawił kto zlecił mu dokonanie tego zamachu. Mając w rękach tak silne dowody, ruszył więc Hosejn-chan z ludźmi ze swego plemienia, na namiot Czuha-soltana. Ten jednak zdołał uciec i schronić się w namiocie szacha, ale to w niczym nie przeszkodziło rozgniewanemu Hosejn-chanowi, który wpadł ze swymi współplemieńcami do jasnozłotego namiotu Tahmaspa i tam doszło do walki z ludźmi Czuha-soltana. Walka była tak zacięta, że nikt nie zwracał uwagi na samego szacha, który o mały włos by tam zginął (w jego stronę poleciały dwie strzały wypuszczone z łuku, które... utkwiły w jego koronie). Straż szacha przyłączyła się do Hosejn-chana, co spowodowało że obrońcy Czuha-soltana zostali spacyfikowani a on sam zginął w namiocie Tahmaspa (ponoć zabity osobiście przez Hosejn-chana, który przebić miał go swym mieczem). Współplemieńcy zabitego wakila (namiestnika szacha) postanowili się zemścić i jeden z nich jeszcze tej samej nocy spróbował porwać władcę i uprowadzić na ziemie plemienia Tekkelu, aby go ponownie odeń uzależnić. Ta próba jednak się nie powiodła, a szach szybko został uwolniony przez straż, złożoną z plemion Szamlu i Zulqadr. Będący pod ścisłym okiem doradców, których słowo było często ważniejsze od jego woli, kontrolowany niczym dziecko, którym już przestał być, a teraz porwany, wszystko to razem wzięte spowodowało że w młodym szachu wreszcie coś pękło. W wieku 16 lat przestał być dzieckiem, a obudziła się w nim... bestia, którą stanie się do końca swego długiego panowania. Najpierw kazał ściąć swego niedoszłego porywacza (tępym ostrzem, aby przedłużyć jego agonię), osobiście przypatrując się tej egzekucji. Następnie wydał wyrok na całe plemię Tekkelu. Ruszyły więc zastępy plemion Szamlu, Zulqadr i Ostadżlu (z którymi Tahmasp się pogodził), mordując wszystkich bez wyjątku: mężczyzn, kobiety, dzieci i starców. Całe plemię zostało skazane na fizyczną eksterminację. Ci co mogli, ratowali się ucieczką na zachód, do Bagdadu, którego gubernator także wywodził się z plemienia Tekkelu. Ten jednak, w obawie o własne życie, wyłapywał wszystkich zbiegów, ścinał ich, a głowy wysyłał Tahmaspowi. Pozostała już tylko ucieczka do Turcji i z tej możliwości skorzystała liczna grupa Turkmenów Tekkelu. U boku szacha do pozycji regenta doszedł teraz Hosejn-chan, który oczywiście rozdawał dobra i urzędy członkom swojego plemienia.

Niestety, jak to często bywa (szczególnie wśród tych, co zdobyli jakąś władzę) pycha zawsze kroczy tuż przed upadkiem i tak właśnie było w tym przypadku. Hosejn-chan, będąc jedynym regentem i najbliższym doradcą szacha, uważał się za prawdziwego władcę i wydawał rozkazy w imieniu Tahmaspa często w ogóle go o tym nie informując. Przyzwyczajenie była zwodnicze i gdy pewne praktyki wejdą człowiekowi w krew, uważa je potem za naturalne i nawet nie zastanawia się nad ewentualnymi konsekwencjami owych decyzji. Tak też było z Hosejn-chanem, który przez trzy lata sprawował praktycznie niepodzielną władzę u boku szacha, aż wreszcie w 1533 r. skazał na śmierć jednego z ministrów Tahmaspa... w ogóle go o tym nie informując. Szach był bardzo zdziwiony, gdy się okazało że minister którego powołał - stracił życie z rozkazu regenta. Lampka ostrzegawcza natychmiast zapaliła się w głowie władcy i doszedł on do wniosku, że skoro regent nie informuje go o tak ważnych sprawach, jak skazanie na śmierć jednego z ministrów, to co jeszcze przed nim ukrywa? A może szykuje zamach stanu i pragnie osadzić na tronie jednego z młodszych braci szacha, albo też samemu obwołać się władcą? Oczywistym było, że Tahmasp nie mógł tolerować takiej samowolki, gdyż godziła ona bezpośrednio w podstawy jego władzy. Hosejn-chan został więc aresztowany i stracony z rozkazu władcy. Czy więc od tej pory nadszedł już czas samodzielnych rządów młodego, 19-letniego szacha? Otóż... nie! Kolejnego regenta (choć ten nie nosił już takiej nazwy) znalazł Tahmasp w osobie szejka Nur al-din Ameli Mohaqqeq-e Karaki, urodzonego w Syrii szyickiego teologa, któremu już ojciec Tahmaspa wypłacał pensję 75 tys. dinarów rocznie. Karaki zdobył teraz władzę podobną do tej, którą posiadał Hosejn-chan, a jego rozkaz był niepodważalny (sam szach rozesłał po kraju wieści, iż wola Nur al-dina Karaki jest zawsze zgodna z jego wolą). To do niego zwracano się teraz, jeśli chciano cokolwiek osiągnąć na dworze w Tebrizie. Karaki określał wysokość podatków i zarządzał ich zbieranie, wygnał z kraju wszystkich teologów, którzy sprzeciwiali się jego władzy, a jednocześnie surowo przestrzegał zasad religii szyickiej (to właśnie on wprowadził zwyczaj używania modlitewnych klocków - zawierających glinę z miejsc spoczynku świętych imamów - które odtąd stanowić będą nieodzowny element szyickiej wiary.

Taki to kraj zaatakował teraz sułtan Sulejman, wysyłając na Wschód armię pod dowództwem swego seraskiera (głównodowodzącego), wielkiego wezyra, a prywatnie przyjaciela i męża jego siostry - Ibrahima Paszy. Głównym jednak powodem ataku, było wzięcie w obronę plemienia Tekkelu, które walcząc od początku u boku ojca Tahmaspa - szacha Esma'ila, jako "odrodzonego Mahdiego", teraz, z obawy o własne przetrwanie, zmieniło front i stało się wierne osmańskiemu sułtanowi. Na czele tego plemienia w Turcji, stał Olama-soltan Tekkelu, prawa ręka Czuha-soltana i wódz armii Azerbejdżanu przed 1530 r. To on teraz prowadził tureckie wojska Ibrahima Paszy najkrótszą drogą na Tebriz. 16 lipca 1534 r. (po wcześniejszym, prawie bezkrwawym opanowaniu Aleppo, Kirkuku i Mosulu) Osmanowie bez walki wkroczyli do Tebrizu, z którego wcześniej wycofał się Tahmasp. Miasto to Ibrahim umocnił i osadził w nim swą załogę. Przez kolejne dwa miesiące wielu lokalnych kyzyłbaskich wodzów poddało się Ibrahimowi, a ten już wszystko zorganizował, w oczekiwaniu na przyjazd sułtana (który to wyruszył z Konstantynopola niczym w pochodzie triumfalnym, przyjmując po drodze akty uwielbienia od swych poddanych). We wrześniu sułtan wjechał do Tebrizu. Wydawało się że ta wojna jest niekończącym się marszem triumfalnym, w czasie którego prawie nie dochodziło do starć, gdyż przeciwnik sam składał broń. Tak też się stało w Tebrizie, gdzie do stóp Sulejmana upadli: emir Szirwanu i emir Gilanu. Wydawało się, że dni Tahmaspa są już policzone a wszyscy jego stronnicy rychło go opuszczą. Teraz celem sułtana był Bagdad, duża metropolia, pamiętająca jeszcze czasy świetności arabskich Abbasydów. To miasto kalifów było zresztą rządzone przez gubernatora z plemienia Tekkelu i choć nie wsparł on wcześniej swoich współplemieńców, a nawet sam ich mordował, to jednak czynił tak z obawy o własne życie, przy braku jakiejkolwiek szansy na odsiecz. Teraz zaś sytuacja była już zupełnie inna. Teraz pod Bagdad podchodziła potężna osmańska armia, a dalszy los Tahmaspa i "państwa kyzyłbaszów" stał pod wielkim znakiem zapytania.




Ale szach nie był wcale w tak beznadziejnym położeniu, jak to by się wydawało jego wrogom. Ściągnął armie z Heratu (odbitego od Uzbeków), w tym najwierniejsze plemiona Szamlu i Zulqadr i ruszył na twierdzę Wan, w której zatrzymał się ze swymi zwolennikami Olama-soltan. Co prawda Tahmasp twierdzy tej nie zdobył, ale i tak jego szanse na powstrzymanie tureckiej inwazji wcale nie były małe. Szach dysponował bowiem liczną, lekką i mobilną jazdą, której osmańscy janczarzy ani też osmańska konnica nie byli w stanie podołać. A marsz z Tebrizu do Bagdadu nie był wcale łatwy, tym bardziej, że Tahmasp wszędzie stosował technikę spalonej ziemi, nie pozostawiając osmańskiej armii żadnej możliwości uzupełnienia zapasów żywności. Do tego dochodziły nieustannie padające deszcze, rozmiękłe drogi, zamieniające się miejscami w prawdziwe bagna (przez to właśnie trzeba było porzucić część dział, których nie było można wyciągnąć z tego błota - a potem zajęli je Persowie). Deszcz, błoto, pchły i nieustanny głód wciąż dokuczał żołnierzom Sulejmana Wspaniałego, idącym do Bagdadu. Nie przypominało to wcale triumfalnego pochodu, jakim armia sułtańska kroczyła od samego Konstantynopola. Teraz przypominało to raczej drogę przez mękę, a dla niektórych było wręcz prawdziwym piekłem (wielu żołnierzy, a nawet wyższych dowódców zmarło w czasie tego marszu z głodu i wycieńczenia). Persowie nawet nie zbliżali się do osmańskiej armii, czekając aż uporczywy marsz osłabi ich siły i będą bardziej podatni na ich uderzenia. Gdy przeszli góry Zagros i weszli na Równinę Mezopotamii, wielu wznosiło ręce w podzięce Allahowi, jakby ten wprowadził ich właśnie do Ziemi Obiecanej. Gubernator Bagdadu opuścił miasto i udał się do Tahmaspa, a wraz z nim jego załoga i wielu mieszkańców. Miasto było teraz bezbronne a 4 grudnia 1534 r. sułtan Sulejman uroczyście wjechał w jego mury. Bagdad był już wówczas cieniem swej dawnej świetności. Od czasu, gdy (15 lutego) 1258 r. Hulagu-chan, wnuk Czyngis-chana, zdobył to miasto i zamordował ostatniego kalifa dynastii Abbasydów: Al-Mustasima, dawny świat legł w gruzach. Bagdad bowiem był nie tylko miastem, ale był symbolem, spajającym całą muzułmańską cywilizację (podobnie jak Rzym dla starożytnych, a jego upadek w 410 r. był dla tamtego świata prawdziwą katastrofą, oznaczał bowiem rozwianie ostatnich nadziei i uświadomienie sobie że na tym świecie nigdy nie ma nic trwałego). Co prawda cywilizacja ta wciąż jeszcze istniała (gdy np. w 1382 r. arabski uczony i podróżnik Abd ar-Rahman Ibn Chaldun, opuszczał Tunis, udając się na pielgrzymkę do Mekki, mógł być pewien, że gdziekolwiek postawi swą stopę, czy to w Hiszpanii, czy w Maghrebie, czy w Egipcie, czy w Syrii, czy też w Anatolii, zawsze dogada się w języku arabskim, bez względu na poszczególne panujące tam dynastie i rody), ale jej blask po upadku Bagdadu znacznie przyblakł.

Zresztą sam Bagdad na długo przez zdobyciem go przez Mongołów, utracił lata swej świetności. Już w 1184 r. arabski podróżnik - Ibn Dżubajr pisał: "Większość budowli zniknęła, miastu pozostał jedynie prestiż nazwy. (...) Nie ma już w sobie piękna, które przykuwa spojrzenie i zaprasza niespokojne umysły do beztroski i przechadzek. Pozostała mu jego rzeka, Tygrys", natomiast w 1437 r. arabski pisarz - Al-Makrizi twierdził: "Bagdad jest w ruinie. Nie ma ani meczetów, ani wiernych (...) większość palm uschła. Nie można go nazwać miastem". Czy tak właśnie wyglądał Bagdad, gdy wkraczała w jego mury wyczerpana armia sułtana Sulejmana? Tego nie wiadomo, ale trzeba wiedzieć, że pomimo wyraźnych oznak upadku, Bagdad nadal mógł aspirować do jednego z największych miast muzułmańskiego (i nie tylko muzułmańskiego) świata. Wielki, majestatyczny Pałac kalifów, nie miał sobie równych na całym Bliskim Wschodzie, a ogrody zawsze pełne były mieszkańców, szukających tam cienia i odprężenia przed słońcem. Teraz panem Bagdadu był turecki sułtan, pod którego panowaniem znajdowało się już kilka wielkich, starożytnych i arabskich miast (Damaszek, Aleksandria, Kair, Mekka, Medyna i oczywiście Konstantynopol). Pierwszą decyzją nowego następcy kalifów, było odbudowanie zniszczonego z polecenia Safawidów - grobu Abu Hanify - założyciela sunnickiej szkoły prawnej, na której Turcy się wzorowali. Ciało owego męża mieli Safawidzi wykopać i spalić, ale okazało się (jakże by inaczej - w końcu nowe panowanie = nowe cuda) że nagle odnaleziono je... nietknięte przez ogień. Prawdziwy cud! 😉 Natychmiast przeniesiono je do odbudowanego grobowca i pochowano w wielką pompą. Obok grobowca, Sulejman kazał też wznieść meczet Al-Kazimajn i szkołę koraniczną (medresę). Miasto stało się na powrót sunnickie, choć jednocześnie sułtan odwiedził też szyickie miejsca święte, dając tym wyraźnie znak, iż pragnie być władcą wszystkich odłamów religii Mahometa i chce ponownie je ze sobą jednoczyć. W mieście powstały koszary janczarów i spahisów, a sułtan przebywał tutaj aż do kwietnia 1535 r. gdy wrócił do Tebrizu. 

Co prawda Ibrahim snuł jeszcze plany marszu na Wyżynę Irańską i podbój Isfahanu, Szirazu, Reja i Kaszanu - ale były to już tylko mrzonki. Ciężka przeprawa z Tebrizu na Nizinę Mezopotamską (która pochłonęła 30 000 ludzi i to bez żadnych wrogich działań ze strony Persów) ukazała wszystkim trudy tej wojny i jeśli armia Sulejmana weszłaby na góry i pustynie Persji... już by stamtąd nie wróciła. Sulejman doskonale o tym wiedział, dlatego też dalsza wojna była już niemożliwa do wygrania, zresztą i tak osiągnięto sporo, zdobyto Tebriz i Bagdad - dwie stolice "państwa kyzyłbaszów". I tak, z końcem 1535 r. sułtan nakazał wymarsz do domu, do Konstantynopola. A w międzyczasie wiele się zdarzyło - zmarła matka Sulejmana - Ayse Hafsa, a on sam poślubił Roksolanę/Hurrem, czyniąc ją swą oficjalną żoną (o czym będzie w następnej części). Kampania w Persji - "Wojna Dwóch Iraków" - była już skończona (choć pokój nie został zawarty), ale na Morzu Śródziemnym wciąż toczyły się zmagania z Wenecją i Hiszpanią, a chrześcijańska Europa nie ustawała w planach osłabienia Turków i wydarcia im przynajmniej europejskich zdobyczy. 

 




 CDN.
  

wtorek, 1 czerwca 2021

NIEWOLNICE - Cz. LIV

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI






HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. I






I wreszcie przechodzę do trzeciego tematu, który pierwotnie miał być drugim. Zajęło mi to bagatela, ponad... cztery lat 😄. Cała sejmowa kadencja upłynęła już na historii Tehminy z Pakistanu, żony Mustafy Khara, która zniewalana i upokarzana, potrafiła znaleźć w sobie dość dużo siły, aby ostatecznie zerwać z mężem, który - wydawało się - po prostu emocjonalnie na niej żerował. Teraz zaś zapraszam na trzecią część z czterech zapowiedzianych historii (mam nadzieję że ta opowieść nie potrwa już kolejnych czterech lat 😉) o kobietach, które zły los uczynił prawdziwymi niewolnicami. Ta opowieść będzie się tyczyła niejakiej Sarah Forsyth - dziewczyny z Wielkiej Brytanii podstępem zwabionej do Amsterdamu i tam zmuszonej w "Dzielnicy Czerwonych Latarni" do świadczenia usług seksualnych. Oto jak zaczęła i skończyła się jej historia:



WSTĘP


 Najważniejsze w tym wszystkim były psy. Były dwa, bulmastify. Siedziały pod drzwiami dzień i noc. I tak byłam zamknięta na klucz, ale gdybym próbowała nacisnąć klamkę, psy zaczęłyby szczekać jak oszalałe. Wiedziałam, że w ciągu kilku sekund zjawiłby się ktoś, żeby mnie sprawdzić. Byłam przerażona mężczyznami, którzy wbiegali do tego obskurnego, brudnego, żałosnego mieszkania, ale najbardziej bałam się psów. Wiedziałam, do czego są zdolne. I co mogą zrobić, jeżeli będą miały okazję. Jeżeli mężczyźni je do mnie wpuszczą. Tego właśnie chyba nikt nie potrafił pojąć.

- Czemu nie uciekłaś - pytali. - Na pewno miałaś jakąś okazję, żeby uciec.

Ale psy były zawsze. Psy i mężczyźni. I jeszcze narkotyki, którymi faszerowano mnie na okrągło, aż całkiem się pogubiłam i znalazłam się w potwornym miejscu, potrzebowałam ich tak samo jak ich nienawidziłam. Bardzo. Nie miałam żadnej nadziei. Oczywiście, oni o tym wiedzieli. Starali się z całych sił, żeby doprowadzić mnie do takiego stanu, żeby uzależnić mnie od działki kokainy. Na domiar złego, śmiertelnie mnie przerazili, strzelając w skroń młodej dziewczynie na moich oczach. Przebrnęłam przez tamte dni, tygodnie, miesiące, które niczym się od siebie nie różniły - mężczyźni i narkotyki, więcej narkotyków i więcej mężczyzn. Życie odpływało ze mnie powoli jak woda w brudnym brązowym kanale, zmierzająca w stronę Morza Północnego. Ilu mężczyzn płaciło po sto pięćdziesiąt guldenów za kilka minut surowej, egoistycznej przyjemności? Nie umiałabym powiedzieć. Zanim zdążyłam o tym pomyśleć, policzyć, nie byłam już wstanie tego zrobić.

Ile kryształów cracku, ile kresek koki wzięłam? Ile jointów mocnej, uspokajającej marihuany wypaliłam? Nie byłabym w stanie zliczyć. Rzecz jasna, ktoś to zrobił, w Amsterdamie nie ma nic za darmo, a już na pewno nie w Dzielnicy Czerwonych Latarni. I płaciłam rachunek - rachunek za narkotyki, które zamulały mi umysł, kiedy sprzedawałam swoje ciało w odrapanej witrynie oświetlonej neonem przy kanale - płaciłam go, znowu się sprzedając. Błędne koło. Zataczałam je dziesięć, piętnaście razy dziennie, siedem dni w tygodniu. Nie, z tego piekła nie było ucieczki. Aż do chwili, kiedy mimo mgły uzależnienia i rozpaczy dostrzegłam nikłą szansę i jakimś cudem znalazłam odwagę, by się jej uchwycić. Aż do dnia, kiedy moje nogi niosły mnie coraz dalej, kiedy mój umysł krzyczał ze strachu. Aż do chwili, kiedy - chyba po raz pierwszy w życiu - ktoś przyszedł mi z pomocą i stanął przy mnie, nie dlatego, że czegoś chciał, ale z ludzkiej przyzwoitości. To był początek mojego powrotu z piekła, ten pierwszy akt nieegoistycznej dobroci. Ale gdybym wtedy wiedziała, ile ta podróż potrwa i jak trudna to będzie droga, czy znalazłabym siłę, żeby ją rozpocząć? Szczerze mówiąc, nie wiem.






PONIEDZIAŁKOWE DZIECKO


 Urodziłam się w poniedziałek, 26 stycznia 1976 roku w Szpitalu Królowej Elżbiety w Gateshead. Poniedziałkowe dziecię urodą jaśnieje, mówi stary wierszyk, a ja miałam tyle szczęścia, że odziedziczyłam urodę po matce. Była - i nadal jest - drobną kobietą o gęstych ciemnych kręconych włosach i dużych brązowych oczach, z których bije łagodność i dobroć. Teraz ma pięćdziesiąt lat, ale wygląda tak młodo, że można by ją wziąć za moją starszą siostrę. Za to mój ojciec to całkiem inna historia. Jak powiedziałam, miałam szczęście. Byłam drugim dzieckiem w rodzinie. Brat był ode mnie starszy o osiemnaście miesięcy, a siostra o siedem lat młodsza. Mieszkaliśmy wszyscy w domku na jednej ze specyficznych tarasowych ulic, które wykorzystuje się dzisiaj do kręcenia dramatów z okresu I wojny światowej. Gateshead w 1976 roku było brudnym, zaniedbanym miasteczkiem, przyklejonym do południowego wybrzeża rzeki Tyne i raczej przyćmionym przez swojego większego brata, Newcastle, które leżało po drugiej stronie rzeki. Kiedy byłam mała, sprawdziłam historię miasteczka w książce. Było zamieszkane od czasów Rzymian, a nazwa Gateshead miała oznaczać "początek drogi (Rzymian)". Dalsza historia miasta nie jest szczególnie pociągająca. Urodziło się w nim kilka średniej sławy gwiazd piłkarskich, przemysłowiec dziwak z czasów wiktoriańskich i kobieta, która stała się gwiazdą filmów porno w Hollywood. Przez Gateshead przewinęły się dwie bez wątpienia sławne osoby, które publicznie podzieliły się później swoimi wrażeniami. W XVIII wieku doktor Johnson opisał miasteczko jako "brudną czarną uliczkę wychodzącą z Newcastle". Prawie dwieście lat później J.B. Priestley oznajmił, że "żadna prawdziwa cywilizacja nie mogłaby stworzyć takiego miasta", dodając, dla lepszego wyobrażenia, że wydawało się zaprojektowane przez "wroga rasy ludzkiej".

Większość życia spędziłam w Gateshead i w sąsiedztwie. Od tamtej pory niewiele się tam zmieniło i pewnie nigdy się nie zmieni. Mój tata był drobnym miejscowym przedsiębiorcą, właścicielem dwóch chłodni i restauracji. Ale pamiętam też, że był przedstawicielem handlowym i podróżował po całym północnym wschodzie. Nie mam pojęcia, co sprzedawał i niedane mi było wiele o niego pytać. Mama przez większość życia zajmowała się prowadzeniem domu i wychowywaniem naszej trójki, ale czasami pracowała na nocną zmianę w miejscowej fabryce. Tata zwykle zabierał nas i pakował do samochodu w środku nocy, żeby po nią jechać. Finansowo wiodło nam się nieźle. W odróżnieniu od wielu mieszkańców miasteczka, tata zawsze dbał o to, żeby domy w których mieszkaliśmy, były naszą własnością. Nie wynajmowaliśmy ich. Mieszkaliśmy w ładnych dzielnicach, zawsze mieliśmy mnóstwo jedzenia i nigdy nie brakowało nam zabawek ani ubrań. W Gateshead plasowaliśmy się dzięki temu w klasie średniej. Jako dzieci trzymaliśmy się razem i byliśmy bezgranicznie oddani mamie. Łączyła mnie z nią szczególnie bliska więź, przypuszczam, że po części dlatego, że byłam jej pierwszą córką, a jak wiadomo, matkę i jej pierwszą córeczkę łączy coś wyjątkowego. Uwielbiałam być tak blisko mamy i uwielbiałam to, że wobec obojga rodzeństwa odgrywałam rolę starszej siostry, chociaż brat w rzeczywistości był starszy ode mnie. Na pierwszy rzut oka musieliśmy sprawiać wrażenie szczęśliwej rodzinki. Troje żywych, rezolutnych dzieci, ładna, kochająca mama i ojciec pracujący na okrągło, żeby niczego nam nie brakowało.

Jednak w czterech ścianach naszego domu wyglądało to zupełnie inaczej. Tata, z pozoru dobry ojciec z klasy średniej, był brutalnym, złym człowiekiem, zwłaszcza po kieliszku. Okładał mamę pięściami, rzucał w nią przedmiotami, nawet ją ciął. Raz rzucił w nią butelką mleka, taką starą, szklaną, jaką każdy dostawał co rano na naszej ulicy. Rozcięła jej twarz tak paskudnie, że musiała jechać do szpitala, żeby założyli jej szwy. Tata uparł się, że sam ją tam zawiezie, chociaż był pijany jak bela, więc znowu wpakował nas, dzieciaki, do samochodu w środku nocy i zabrał ze sobą. Byliśmy przerażeni. Krzyczeliśmy, kiedy samochód jechał zygzakiem po ulicach Gateshead, ale tata był zbyt pijany, żeby nas usłyszeć. Kiedy nasze wrzaski w końcu przebiły się przez jego zamroczenie, jego reakcja była typowa.

- Do jasnej cholery, zamknijcie się! Zamknijcie się albo się tam do was przejdę i sam was uspokoję! 

Zamknęliśmy się. Widzieliśmy wystarczająco dużo przykładów brutalności ojca i wiedzieliśmy, że nie zawahałaby się. Zatrzymałby samochód na środku drogi i spełnił swoją groźbę. 

Dorastając, przekonywałam się, co tak naprawdę kryje się w moim ojcu pod maską odnoszącego sukcesy miejscowego biznesmena. Tak naprawdę był bydlakiem. Pieniądze, którymi cały czas obracał, nie zawsze należały do nas. Okradał ludzi i często w drzwiach naszego domu pojawiali się ludzie - wielcy faceci, nierzadko przerażający - którzy szukali taty i żądali pieniędzy, które podobno był im winien. My, dzieciaki, dobrze wiedzieliśmy, jak ich spławiać.

- Oj, tata jest teraz za granicą. Nie, nie mam pojęcia, kiedy wróci. Może mama wie, ale gdzieś wyskoczyła. 

I odchodzili, czasami mamrocząc coś pod nosem, czasem wygrażając. Aż do następnego razu. Niełatwo się dorastało, wiele razy jako dzieci obawialiśmy się zasnąć. Baliśmy się, że ktoś zacznie walić do drzwi, usiłując za wszelką cenę dostać się do środka i odzyskać pieniądze, które byliśmy mu winni. Miało to jednak jeden pozytywny skutek - cała nasza trójka była bardzo ze sobą zżyta, jak sądzę, zjednoczona przeciwko wspólnemu wrogowi. A w miarę jak dorastaliśmy, nasza więź z mamą stawała się coraz silniejsza, brała na siebie prawie wszystkie wybuchy złości ojca i musiała na co dzień radzić sobie ze skutkami jego oszustw i zdrad. Gateshead nie jest wielkim miastem, a plotkarze nie trzymają języka za zębami. Wychodzenie za próg ze świadomością, co ludzie gadają o tych "cholernych Forsythach" za jej plecami, musiało być dla niej piekłem. Zgadza się, summa summarum tata był w pewnym stopniu ryzykantem. Zawsze uchylał się, chował i balansował, na głowie mamy zostawiając to, żeby zrobić po nim porządek. I potrafił być niewiarygodnie gruboskórny. W któreś Boże Narodzenie miał składać domek dla lalek, który kupił pod choinkę mojej młodszej siostrze, ale nie można było liczyć na to, że zostanie w domu i to zrobi. Mamie zależało, poprosiła, żebyśmy poszli go szukać. I w końcu go znaleźliśmy. Siedział sobie przy piwie i patrzył na striptizerki, które zrzucały z siebie ubrania dla starych, obleśnych facetów takich jak on. Wesołych świąt, tato.

I zgadza się, był brutalny, zawsze gotowy wyskoczyć z pięściami i skrzywdzić tych ludzi, których powinien kochać. Ale nie to było najgorsze. Gdzie tam. Przypuszczam, że gdyby chodziło tylko o pieniądze albo przemoc i nieustające wrażenie, że żyjemy na zboczu wulkanu, który może w każdej chwili wybuchnąć i zalać nas, dzieci, gorącą lawą, nie pałałabym do niego taką nienawiścią. Bo nienawidzę taty i boję się go do dzisiaj. Był złodziejem i dręczycielem. I pedofilem. Odkąd skończyłam trzy lata, tata wykorzystywał mnie seksualnie. Kazał mi robić odrażające rzeczy, które - jak myślę - sprawiały mu ogromną przyjemność, a mnie potwornie raniły, przez całe dzieciństwo. Czasami działo się to w łóżku. Przychodził do mojego łóżka albo nawet kazał się zadowalać w tym, które dzielił z mamą. Czasami działo się to w wannie. Tata często wyrywał się, żeby wykąpać mnie przed snem, żeby - jak mówił - dać mamie trochę odsapnąć. Oj, jakim troskliwym człowiekiem był ten mój tata. Nie mogę sobie przypomnieć, jak ani kiedy to się właściwie zaczęło. Co może pamiętać trzylatka? Ale dobrze pamiętam potworne uczucie strachu - strachu, który ściskał mi pierś i brzuch, pozbawiał tchu, przyprawiał o mdłości i zawroty głowy - kiedy wiedziałam, że tata zaraz zacznie mnie dotykać. Nazywał to naszym małym sekretem. Coś, co robią wyjątkowe małe dziewczynki ze swoimi tatusiami, bo ich kochają. Jeszcze dzisiaj z trudem zmuszam się, żeby napisać to zdanie. Co za okropność i perwersja mówić dziecku w ten sposób o miłości. Co za potworna i egoistyczna metoda wynaturzania czegoś pięknego w coś brzydkiego i brutalnego.

Ile razy leżałam w nocy w łóżku i słyszałam, że wchodzi po schodach? Ile razy wiedziałam, że idzie do mnie? Ile razy chowałam się pod kołdrą i udawałam, że łóżko jest zamkiem z mocnymi, wielkimi murami, które będą przeszkodą dla zła, i próbowałam zapanować nad strachem, który we mnie wzbierał? Ile razy z całych sił zaciskałam powieki, leżałam nieruchomo, udając, że śpię, tak przerażona, że bałam się nawet oddychać? Oczywiście to nigdy niczego nie zmieniło. Jeżeli tata mnie chciał, nie miał zamiaru pozwolić mi spać. Więc czułam jego ciężar na brzegu łóżka, słyszałam jego oddech i czułam w nim alkohol i papierosy, kiedy się nade mną pochylał. A potem jego ręce wsuwały się pod kołdrę, naruszając bezpieczny teren mojego zamku, a ja czułam wielkie, szorstkie palce dorosłego w miejscach, w których dziecko nigdy nie powinno ich czuć. W miarę jak dorastałam, tata posuwał się coraz dalej, dostosowując się - tak mu się chyba wydawało - do mojego rozwoju. Już mnie nie dotykał, teraz to ja musiałam dotykać jego. Dotykanie zmieniło się w głaskanie z jego nieuniknionym kłopotliwym skutkiem. Przez cały czas był to nasz mały sekret. Coś tak wyjątkowego, że nikt inny nie byłby w stanie tego zrozumieć, więc lepiej nikomu nie mówić. 

Kiedy się zorientowałam, że to jest złe? Kiedy mnie olśniło, że tatusiowie z córeczkami tego nie robią - normalni tatusiowie i córeczki? Chyba kiedy włożył mi go do ust. Na pewno wiedziałam to, zanim wepchnął go we mnie. No dobrze, wiedziałam. Wiedziałam, że to po prostu kolejny sposób, w jaki mój kochany tata z radością mnie rani. Nie wpychał we mnie jedynie palców i penisa. Wkładał mi też do środka noże albo nożyczki. Czasami mnie raniły i krwawiłam. Ale oczywiście nikt nie widział ran, bo miałam je wewnątrz. Ze skaleczoną tkanką jest tak, że rośnie i rośnie, okalając uszkodzenie ochronną warstwą zrogowaciałej skóry. Na moich cielesnych ranach tworzyły się strupy, a ja znalazłam sposób na to, jak radzić sobie z psychicznym bólem. Z kochającego, beztroskiego dziecka, starszej siostry dla rodzeństwa, tak bardzo zżytej z matką, stałam się dziewczynką, która sprawia kłopoty i z którą ciężko wytrzymać. Dostawałam przerażających napadów histerii tak, że bano się do mnie podejść, a wszelkie próby uspokojenia mnie kończyły się fiaskiem. Wrzeszczałam, krzyczałam, a kiedy płomienie złości się wypalały, wycofywałam się do mojego małego świata milczenia i dąsów. 

Czy mama zorientowała się, czym spowodowane były te nagłe i brutalne zmiany? Zawsze wydawało mi się, że musiała wiedzieć. Pewnego razu znalazłam list, który zaczął do niej pisać tata o tym, jak bardzo mu przykro, że mi to wszystko robi. Ale mama twierdzi, że nie wiedziała i że bała się go tak samo, jak ja. Jestem w stanie w to wierzyć. Widziałam ślady przemocy na jej twarzy zbyt wiele razy, żeby w to wątpić. Ale nie chodziło tylko o fizyczne rany, jakie zadawał tata, takie jak siniaki, które pokrywały jej ciało. Nie chodziło też o potworne blizny na psychice wywołane tym, że dorastałam jako zabawka seksualna dorosłego. Najgorszym w tym wykorzystywaniu - czymś, czego nigdy mu nie wybaczę - jest to, że rozbił naszą rodzinę. Na zawsze. Każde seksualne wykorzystywanie powoduje w dziecku głębokie i długotrwałe szkody, ale do wyjątkowo okropnych należy wykorzystywanie przez kogoś, kto powinien się o ciebie troszczyć i cię kochać. Wywołuje to zjadliwie niszczące skutki dla każdego kolejnego związku. Poznałam setki kobiet, które były molestowane przez ojców i każda opowiada tę samą historię o tym, że w końcu zaczynają obwiniać matki za to, że nie zdołały ich ochronić. Powiedziałam mamie, że jej wierzę, kiedy zapewniała, że niemiała pojęcia, że tata mnie molestuje i zapewniłam ją, że to już przeszłość, że się nie liczy. Ale, jeżeli mam być szczera, to, co zrobił tata, rozdzieliło nas na większą część życia.

Dlaczego wybrał mnie? Nigdy nie tknął mojej młodszej siostry i - chociaż bił brata, czasami dość mocno - jego też nigdy seksualnie nie wykorzystywał. Co takiego w sobie miałam, że go do tego skłoniło? Zawsze chciałam wiedzieć. I pewnego dnia tata mi powiedział... oczywiście w typowy dla siebie, czarujący sposób.

- Nie jesteś moją córką! - wykrzyczał. - Jesteś kogoś innego, bękarcie! Od tamtego dnia to był powód seksualnego wykorzystywania, bicia, kopania... wszystkiego, czym mnie dręczył. Czy to prawda? Nie wiem i chyba nigdy się nie dowiem. Mama zaklina się, że to bzdura, że wszyscy troje jesteśmy jego dziećmi. Ale nawet gdyby to była prawda, to nie powód, żeby robić coś takiego małej dziewczynce. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla seksualnego wykorzystywania dziecka, własnego ani cudzego. Seks jest dla dorosłych, nie dla dzieci.

Wiele się dowiedziałam na temat tego, jaki wpływ na dzieci mają podobne przeżycia. O niektórych rzeczach przekonałam się w bolesny sposób na własnej skórze, reszty dowiedziałam się z książek albo z rozmów z ludźmi, którzy to rozumieją. Często dzieje się tak, że umysł stara się zablokować tyle bolesnych wspomnień, ile tylko jest wstanie. Może właśnie dlatego pamiętam tylko niektóre rzeczy, które robił tata. Może też właśnie dlatego nikt nie widział, co się działo. To wszystko zaczęło się na początku lat osiemdziesiątych. Wtedy o pedofilii nie mówiło się za dużo. Nawet kiedy wybuchła afera z wykorzystywaniem dzieci w Cleveland w Middlesbrough w 1987 roku. Dwoje lekarzy pediatrów wywołało falę protestów w całym kraju, kiedy w ciągu zaledwie trzech miesięcy zdiagnozowali skutki wykorzystywania seksualnego u stu trzydziestu jeden dzieci. Media oszalały, a politycy jeździli po całym północnym wschodzie. Gazety i telewizja podawały informacje o dzieciach siłą odbieranym niewinnym rodzicom i obwiniały pracowników opieki społecznej i lekarzy. Zaczęły nawet sugerować, że ze względów bezpieczeństwa lepiej, żeby rodzice nie przytulali dzieci i żeby mężczyźni nie kąpali synów i córek. Że "socjalni" mogą przyjść i odebrać dzieci, jeżeli się o tym dowiedzą. Lekarze i pracownicy opieki społecznej zapewniali, że to bzdury i że istnieją niepodważalne dowody na molestowanie. Ale ich głosy nie miały siły przebicia - wszyscy mówili tylko o niewinnych rodzicach.

Cleveland leży niecałe siedemdziesiąt kilometrów na południe od Gateshead. Miałam jedenaście lat, kiedy ta sprawa stała się głośna. Oczywiście o niczym nie miałam pojęcia. Ale tata robił mi te rzeczy już wtedy od wielu lat i dobrze wiedziałam, jak to jest być małą dziewczynką wykorzystywaną seksualnie przez dorosłego mężczyznę. Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego inni nie widzieli, jaką krzywdę mi wyrządza. Myślałam, że nauczyciele w szkole coś zauważą i że przyjdą do nas i powiedzą tacie, żeby przestał. Ale tak się nie stało. Może z powodu afery w Cleveland, dosłownie kilkadziesiąt kilometrów dalej, nauczyciele i pracownicy opieki społecznej bali się, że zaczną dostawać wrogie, pełne nienawiści listy, podobnie jak lekarze z Cleveland. Nie wiem, jaka była przyczyna. W każdym razie nikt się nie odezwał, a ja dalej byłam małą niewolnicą taty. 

W szkole podstawowej wydawałam się cichym, samotnym dzieckiem. Mama mówi, że miałam koleżanki, jak każda dziewczynka, że przychodziły na herbatę albo nocowały u nas w domu. Ale ja nie pamiętam, żebym miała koleżanki ani żebym z kimkolwiek rozmawiała. Już w wieku siedmiu lat wiedziałam, że jestem inna, przez to, co robił ze mną tata. Pamiętam, iż myślałam, że nie mogę pozwolić, żeby ktokolwiek spał w moim pokoju, bo to, co się tam działo, musiało pozostać tajemnicą. Nie wydaje mi się, żeby ktoś w szkole zwracał na mnie większą uwagę, mimo że zachowywałam się coraz gorzej, a moja zmienność nastrojów się pogłębiała. Nauczyciele czasami pytali mnie, co się ze mną dzieje, ale nigdy nie odezwałam się do nich słowem. I chyba nikt nie drążył tematu.

Nagle, kiedy miałam jedenaście lat, coś się stało. Przestałam chodzić. Było to zupełnie nagłe. Jednego dnia chodziłam jak wszyscy inni, następnego - moje nogi nie były w stanie się ruszyć. Mama od razu zabrała mnie do szpitala, temperatura zaczęła mi rosnąć i dostałam dreszczy. Kiedy badali mnie lekarze, zapadałam w śpiączkę i się z niej wybudzałam. W szpitalu spędziłam prawie cztery tygodnie. Schudłam przeraźliwie. Straciłam kilkanaście kilogramów w bardzo krótkim czasie i wyglądałam jak szkielet. Trzeba było wielkiego wysiłku pielęgniarek i lekarzy, żebym wyzdrowiała. Musieli nauczyć mnie chodzić od nowa, jakbym była dzieckiem. Musiałam ćwiczyć o kulach, potem tylko z jedną, wolną ręką, chwytając się wszystkiego, na co udało mi się trafić. Długo wracałam do siebie. I w dalszym ciągu nikt nie potrafił powiązać ze sobą faktów i nie zorientował się, co było przyczyną problemu. Nawet kiedy przyszedł mnie odwiedzić tata i - z tego, co opowiadała mi mama - wyraźnie się skrzywiłam, kiedy wszedł na salę. Nawet wtedy nikt nie wpadł na to, co było oczywiste jak dwa razy dwa, nie mówiąc już o tym, żeby doliczyć się, że to cztery. Spoglądając wstecz, mam ochotę krzyknąć do tych wszystkich lekarzy i pielęgniarek: "Patrzcie, nie widzicie?! Ta dziewczynka jest wykorzystywana! Robi jej to tata. To dlatego nie może chodzić, schudła i do nikogo się nie odzywa". Ale tak właśnie jest z perspektywą czasu -wszystko wydaje się oczywiste. W końcu wypisali mnie do domu. Do mamy i taty, do wszystkiego, co na mnie tam czekało.





Czy tata przestał? Choć na chwilę? Nie wiem. To jedno ze wspomnień, które mój umysł wymazał. Pamiętam za to, że na swój cudowny sposób powitał mnie w domu - kiedy kuśtykałam, cały czas niepewnie czując się na nogach, przestraszona, że upadnę, mój wspaniały tata kopał mnie po nogach, usiłując mnie przewrócić. A żebym czuła się zupełnie wyjątkowo, nazywał mnie bękartem. Znowu.



CDN.