Łączna liczba wyświetleń

sobota, 19 czerwca 2021

JEŃCY - Cz. I

 CZYLI WINNE I NIEWINNE 

OFIARY DWUDZIESTOWIECZNYCH 

KONFLIKTÓW ZBROJNYCH





  
 Ten temat chciałbym poświęcić uwadze jeńców konfliktów zbrojnych, toczących się w owym okrutnym XX wieku (który czasami nazywany jest też "wiekiem diabła") - począwszy od wybuchu I Wojny Światowej a skończywszy już na współczesnych konfliktach (niektórzy bowiem twierdzą, że wiek XX realnie się rozpoczął w roku 1914, a zakończył dopiero w... 2020 wraz z pojawieniem się chińskiego wirusa z Wuhan - wspieranego przez wielką amerykańską globalistyczną finansjerę w celu stworzenia nowego modelu kontroli ludzkości na sposób totalitarny). Dotarłem do wielu relacji jeńców wojennych, jak i oficjalnych historycznych dokumentów na temat ich przetrzymywania w obozach jenieckich i tego, w jaki sposób byli oni tam traktowani. Któż na przykład wiedział, że podczas II Wojny Światowej, Amerykanie "nie lubili antynazistów" - jak się miał wyrazić niemiecki jeniec - Karl Hans Edwin Gurn, z obozu jenieckiego w Oregonie? Choć oczywiście słowa te nie oddawały całej prawdy o USA, a jedynie tłumaczyły swoisty szacunek, jaki amerykańskie władze obozowe wyrażały dla niemiecko-nazistowskiego drylu wojskowego i porządku, który panował w tych barakach, gdzie nieoficjalną władzę nadal sprawowali naziści (Amerykanie bowiem pozwalali Niemcom nawet wieszać portrety z Adolfem Hitlerem nad łóżkiem, oraz pozdrawiać się hitlerowskim gestem, z wyciągniętą do góry ręką - co wydaje się nieprawdopodobne - a co z drugiej strony spowodowało, że nieoficjalną władzę w obozie bardzo szybko przejęli fanatyczni naziści, a ci brutalnie znęcali się nad wszystkimi, którzy w jakikolwiek sposób próbowali odejść od nazistowskiej ideologii. Byli oni bowiem bici, a nawet mordowani i to właśnie dlatego, że Amerykanie "nie lubili antynazistów", a ci nie mogli się nawet poskarżyć władzom obozowym, bo i tak skończyłoby się to dla nich bardzo przykro. Tak więc niemieccy antynaziści, w amerykańskich obozach jenieckich na terytorium USA, byli podwójnie wzięci w kleszcze - raz, że oficjalnie należeli do kategorii jeńców wojennych, a dwa, że nawet w obozach nie mogli zadeklarować swojej dezaprobaty dla Hitlera i nazizmu). A takich "smaczków" było o wiele więcej i to nie tylko w czasie II Wojny Światowej.

Ciekawe są również relacje ludzi, którym Brytyjczycy dali słowo honoru, że nie wydadzą ich w ręce Stalina i Sowietów. Mam tutaj oczywiście na myśli Kozaków, którzy podczas II Wojny walczyli na Froncie Wschodnim u boku Wehrmachtu. Ci ludzie nie byli ani fanatycznymi nazistami, ani też nie walczyli w interesie III Rzeszy, a jedynie z ogromnej nienawiści do Sowietów i komunizmu, czego dowodem był fakt, że byli oni dzielnymi żołnierzami w walkach toczonych na Wschodzie, ale gdy w 1944 r. Niemcy przerzucili ich na Front Zachodni, dla "załatania dziur" systemu obrony w Normandii, owi żołnierze realnie sabotowali walki z Amerykanami i Brytyjczykami, gdyż nie mieli żadnego celu ani interesu w tym, by z nimi walczyć. Gdy więc doszło do desantu na plażach Normandii - 6 czerwca 1944 r. - te stanowiska bunkrów, które osobiście obsadzali Kozacy... nie odpowiadały ogniem. Kozacy nie strzelali do Anglo-Sasów i dość łatwo im się poddawali. Oni bowiem tylko dlatego przyłączyli się do III Rzeszy, bo ta gwarantowała im wzięcie udziału w zemście na sowieckich zbrodniarzach, krwawo eksterminujących ich nację. Potem ci ludzie rzeczywiście zaufali słowom brytyjskich oficerów, którzy deklarowali im na "swój honor", że Wielka Brytania nie wyda ich w ręce Sowietów. Gdy się jednak okazało, że Churchill podpisał ze Stalinem układ, na mocy którego obywatele obu państw mieli zostać odesłani do swych krajów (żołnierze formacji kozackich posiadali narzucone im i niechciane obywatelstwo sowieckie) i gdy Kozacy się o tym dowiedzieli, dochodziło do prawdziwie dantejskich scen. My, Polacy, mamy pretensję do Brytyjczyków czy Amerykanów że w Jałcie i Poczdamie sprzedali nas Sowietom, że nie na życzenie Stalina nie pozwolili wziąć udziału w paradzie zwycięstwa zorganizowanej w Londynie w pierwszą rocznicę zakończenia II Wojny Światowej. Mamy pretensje, że nasi oficerowie byli po wojnie traktowani w sposób upokarzający (np. gen. Stanisław Maczek, który ze swoją 1 Dywizją Pancerną wyzwolił wiele miast w Belgii, Holandii i północnej Francji - po wojnie pracował w Edynburgu jako... barman, zaś gen. Stanisław Sosabowski, dowódca 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej - pracował jako magazynier w fabryce silników elektrycznych w Londynie), ale jednak zarówno oficerowie, jak i żołnierze - choć oczywiście była silna presja na to, aby wyjechali do Polski, gdyż Brytyjczycy mówili im: "Wracajcie do domu", choć przecież nie było już do czego wracać - mogli jednak pozostać na Zachodzie, czy to w Wielkiej Brytanii, czy w USA, natomiast Kozacy nie mieli nawet tyle szczęścia. Gdy więc dowiedzieli się, że brytyjskie władze zamierzają wydać ich w ręce Stalina, dochodziło do przerażających scen, a wielu brytyjskich żołnierzy nie było w stanie tego oglądać na własne oczy i odwracało głowy, aby tylko nie okazać słabości. Ludzie popełniali samobójstwa, klękali przed żołnierzami i prosili ich, aby przynajmniej zastrzelili ich tu, na miejscu, tylko nie wydawali w ręce Sowietów (taka miłość panowała do komunizmu). Nie było jednak litości - biciem i kopniakami zapędzono tych żołnierzy do ciężarówek i przekazano władzom sowieckim. Pisząc o tym, nie jest się w stanie oddać całej grozy tamtej sytuacji, ale gdyby można było to ujrzeć na własne oczy, niejedno najtwardsze serce zmiękczyłby ten widok. Najgorsze w tym wszystkim nie było to, że ci ludzie (wraz z rodzinami, bo przecież było tam też mnóstwo kobiet i dzieci) zostali z premedytacją wydani na okrutną śmierć, ale to, że Brytyjczycy ich okłamali. Dawali im przecież wcześniej "słowo honoru" że ich nie wydadzą, a potem kopniakami i biciem zapędzili na śmierć. Nieprawdopodobne - czy tyle tylko znaczy honor Albionu?




Te więc i inne przykłady chciałbym zaprezentować w owej serii, ale zacznę nie od I Wojny Światowej - co może wydawałoby się logiczne - ale od wojny, która ocaliła całą Europę od jarzma bolszewizmu, czyli - od Wojny polsko-bolszewickiej 1919-1921 (na pewnym anglojęzycznym forum historycznym z uporem maniaka próbowano mi wyjaśnić. że to nie prawda że jedynie Polacy powstrzymali Sowietów i że Niemcy oraz Francuzi również by sobie z tym poradzili - tak, iż w pewnym momencie miałem wrażenie iż mówię głównie do siebie samego, albo też do słupa, a słup stoi jak ta...), Jest to uważam o tyle ważne, ponieważ Rosjanie już od czasów Gorbaczowa i Jelcyna (ciekawe dlaczego wcześniej takie zarzuty się wśród nich nie pojawiały? może dlatego że Rosja oficjalnie przyznała się do mordu katyńskiego dopiero w kwietniu 1990 r., czyli pięćdziesiąt lat po dokonaniu tej zbrodni, a jednocześnie potrzebowano jakiejś przeciwwagi, jakiegoś wytłumaczenia tamtego mordu i tutaj przydatnym okazał się los jeńców sowieckich w polskiej niewoli) twierdzą, że jeńcy sowieccy po wojnie byli celowo i z premedytacją mordowani przez Polaków. Postaram się po kolei wytłumaczyć jak doszło do zwycięstwa w tej wojnie roku 1920, dlaczego ani Niemcy, ani Francuzi, ani Brytyjczycy, ani tym bardziej Amerykanie (których już wówczas w Europie nie było) nie powstrzymaliby sowieckiego walca, idącego na Europę, a także opowiem (na przykładzie zachowanych dokumentów) jak wyglądały warunki w obozach jenieckich i co było powodem śmierci sowieckich jeńców w tych obozach. O tym wszystkim powiem już w kolejnej części.



"PO BITWIE NIE MA WROGÓW,
SĄ TYLKO LUDZIE"

CESARZ NAPOLEON WIELKI






PS: Dziś niestety jedynie krótki wpis zapowiadający nową serię. Jutro postaram się zająć nieco dłuższym tematem, choć pogoda co prawda temu nie sprzyja (przyznam się szczerze, że nie przepadam za upałami), a do tego weekend się zaczyna, więc również należy się zrelaksować nad wodą w pięknych okolicznościach przyrody - gdzie akurat obecnie przebywam. A w dniu jutrzejszym czeka mnie też mała niespodzianka - odwiedziny starego kumpla - przyjaciela z lat młodości, z którym nie widziałem się jakieś dwadzieścia kilka lat. Wpadliśmy na siebie ostatnio i przyznam się szczerze, że miło jest wrócić do czasów, gdy byłeś nastolatkiem, nie miałeś na głowie tylu spraw a do tego miałeś przyjaciela, z którym wiele rzeczy robiliście razem (choć poznaliśmy się w dość nieprzyjemnych okolicznościach i na początku często się ze sobą biliśmy). Dziś mogę tylko stwierdzić - jak piękne są wspomnienia i jak to dobrze mieć w życiu przyjaciół.     

 
 
"I NADCHODZI PIĘKNA CHWILA - ROZPALAMY GRILLA!!!" 😎 
 
 



CDN.

czwartek, 17 czerwca 2021

PANOWIE I NIEWOLNICY - Cz. I

 CZYLI JAK TO NAPRAWDĘ BYŁO 

Z NIEWOLNICTWEM, PODDAŃSTWEM 

I PAŃSZCZYZNĄ?




 
 
 Tematem tym chciałem się zająć już od jakiegoś czasu ale nigdy nie było po temu odpowiedniej okazji. Teraz zaś, pod wpływem informacji o buntach jakie miały miejsce w Anatolii i na Bliskim Wschodzie w omawianym przeze mnie okresie (w serii "Historia Życia, Wszechświata, wszelkiej cywilizacji") postanowiłem wreszcie do tego tematu powrócić. Oczywiście nie mam zamiaru teraz sięgać tak daleko w przeszłość, gdyż wydaje mi się to - przynajmniej na razie - niepotrzebne. Tym bardziej, że są znacznie ciekawsze i bliższe nam historycznie okresy, które doskonale nadają się do zaprezentowania i omówienia dla tego tematu. Jest to pasjonujące również dlatego, że w dzisiejszych czasach mamy nawrót do tendencji absolutystyczno-poddańczych, jeśli w ogóle nie niewolniczych. Przecież wciąż istnieje "rasa" czy "klasa panów", którzy nie tylko uważają się za prawdziwych władców tej planety, ale wręcz za... bogów. To oni decydują co możemy, a czego nam nie wolno. Dla kaprysu wywołują wojny i rozpętują pandemie zagrażające całemu światu i to tylko dlatego, aby sprawdzić jak dany wirus będzie się rozprzestrzeniał. Można by na ten temat pisać bez końca, tym bardziej że niekiedy na widok publiczny wychodzą cele i praktyki podejmowane przez owych "możnych", którzy sami zapewne zwą się "kreatorami dziejów", a które to działania godzą przede wszystkim w ludzi nie należących do owej globalistycznej elity władzy (ostatnie wydarzenia z wydobyciem na światło dzienne maili Anthonego Fauci'ego jest tego dobitnym przykładem, a szczególnie fakt, że ten człowiek już w 2019 r. twierdził, że przydałaby się jakaś ogólnoświatowa pandemia, którą można by obserwować pod względem jej rozwoju i wpływu na organizm człowieka, co byłoby niezwykle korzystne z punku widzenia nauki i medycyny. Oczywiście ofiary, które wygenerowałaby ta pandemia nikogo z tzw." elity" nie interesują, gdyż one bezpośrednio nie dotykają ludzi dysponujących ogromnymi funduszami i możliwościami wielowektorowego oddziaływania politycznego i społecznego. Nie będę oryginalny, gdy napiszę że my wszyscy jesteśmy przez nich traktowani nie tylko jak króliczki doświadczalne, ale wręcz jak bydło, które można dowolnie zabić, zaczipować, założyć kaganiec - zwany powszechnie maseczką - uwięzić w domach i poddać całkowitej inwigilacji - to ostatnie jeszcze im się do końca nie udało, ale intensywnie nad tym pracują).

W tym temacie jednak chciałbym zająć się kwestią tego, co nazywamy kulturą dominującą - tworzoną przez elity - oraz kulturą poddańczą, czasem niewolniczą, pojawiającą się od czasu do czasu w społecznościach marginalizowanych i podporządkowanych. Oczywiście nie znaczy to, że kultura elit jest lepsza czy gorsza od tego, co wytwarzają społeczności marginalizowane (których często jest znacznie więcej), po prostu najczęściej jest to kultura "inna". Może ona być zarówno destrukcyjna, godząca w struktury społeczne, rodzinę i poszczególne państwa (jak to ma miejsce obecnie, gdzie promowane są powszechnie zachowania niszczące tkankę społeczną, takie jak: lgbt, gender, feminizm, ekologizm - wywodzące się z jednej marksistowskiej puli), a może być to kultura pozytywna, spajająca społeczeństwo (oczywiście również w interesie określonych elit, ale też byłoby dziwne sądzić, że kultura stworzona przez elity, nie miałaby przede wszystkim służyć samym elitom). I właśnie tą problematyką chciałbym się dzisiaj zająć. Weźmy choćby takie Stany Zjednoczone - kraj (przynajmniej teoretycznie) wielkich możliwości i ogromnych społecznych kontrastów. Kraj który przez długi czas miał problem z rasizmem (w południowych stanach np. wieszano Murzynów za stosunek z białą kobietą, ale Murzynki były do woli gwałcone przez swych białych panów), a teraz ma problem z odwróconym rasizmem, skierowanym przede wszystkim w białych obywateli USA (polityczna poprawność, panująca w przestrzeni publicznej, która nakazuje wręcz automatyczne korygowanie pewnych zwrotów lub postaw, tylko dlatego że mogą być przez kogoś uznane za rasistowskie, homofobiczne czy seksistowskie, poza tym istnieją również punkty za odpowiednie urodzenie - i jeśli urodziłeś się Murzynem lub kobietą, masz na amerykańskich uniwersytetach przyznawane dodatkowe punkty, podobnie jak u nas w czasach komuny przyznawano punkty za chłopskie lub robotnicze pochodzenie, oraz oczywiście to pozbawione jakiegokolwiek logicznego sensu, klękanie przed BLM - czyli formację którą powinno się zwalczać z całą bezwzględnością, jako organizację nawołującą do nienawiści, przemocy i terroryzmu). Stany Zjednoczone, to oczywiście kraj zbudowany na wielu kontrastach (w skład których wchodzą różne narodowości, kultury, języki ,wiary i tradycje) ale jednak pod dominacją protestanckich Anglików i to oni byli autorami tej kultury, na której rodziły się, rosły i dojrzewały Stany Zjednoczone. 





Ale nawet ta kultura nie była jednorodna, gdyż miała szereg własnych, mniejszych kontrastów. W XVIII i XIX wieku (a w dużej mierze również po dziś dzień) Północ USA oparta była na zupełnie innej tradycji, niż Południe - gdzie dominowała raczej stara, angielska szlachta, która właśnie w tamtych regionach znalazła wyśmienite warunki do dalszego rozwoju i budowy swej ekonomicznej potęgi. Niewielu jednak wie, jak naprawdę wyglądały relacje pomiędzy panami a ludnością zdominowaną (np. czarnoskórymi niewolnikami) na Południu USA. Na czym się one opierały, jak wyglądał dzień powszedni na takiej farmie lub jaki był stosunek panów do ludności zniewolonej (nie tylko czarnoskórych, gdyż w USA biały człowiek także mógł popaść w niewolę i zostać sprzedany na targu np. za długi lub celem odbycia kary za popełnione przestępstwo), oraz jak wyglądały relacje niewolników z ich panami i kto tu był tak naprawdę wykorzystywany. Między bajki można włożyć panującą dziś powszechnie opinię o tym, jak okrutnie traktowani byli czarnoskórzy niewolnicy na plantacjach i jakie kary na nich stosowano. Tak naprawdę niewolnik był inwestycją, która musiała się zwrócić. A ponieważ znaczny odsetek Południowców, którzy posiadali własnych niewolników (z reguły jednego lub co najwyżej dwóch) było średnio zamożnymi farmerami, dla których kupno nowego niewolnika związane było z ogromnymi kosztami, często przerastającymi dochody jakie mieli oni ze swojej farmy, dlatego też niewolnicy ci, nie byli traktowani źle - o jakichś poważniejszych karach cielesnych nawet nie wspominając - gdyż godziłoby to przede wszystkim w interesy samego farmera, który przecież musiał wyhodować swoje plony, potem je zebrać i sprzedać. Często więc pracował tak samo ciężko przy uprawie roli, jak jego niewolnik - który też najczęściej traktowany był jak domownik, a w niektórych sytuacjach nawet jak członek rodziny. Oczywiście przykłady znęcania się nad niewolnikami były, ale ograniczały się głównie do wielkich latyfundiów, ogromnych farm należących do majętnych producentów (np. bawełny lub trzciny cukrowej) z Południa USA. Ale to też nie zawsze było tak, że to ci panowie byli takimi okrutnikami. Trzeba bowiem pamiętać, że także i wśród samych niewolników istniała określona hierarchia osób, którym pan ufał bardziej i mniej i którzy mieli jego pozwolenie na zarządzanie innymi niewolnikami w jego imieniu. Często to właśnie sami niewolnicy - aby udowodnić swoje przywiązanie do pana i powierzoną im funkcję nadzorcy - mając w swych rękach odrobinę więcej władzy, zachowywali się bardzo brutalnie w stosunku do innych niewolników (takie zachowanie zostało naukowo udowodnione w 1971 r. przez Philipa Zimbardo w tzw.: "Stanfordzkim eksperymencie więziennym", gdzie grupa nieznających się wcześniej ludzi wzięła udział w eksperymencie, polegającym na zbadaniu wpływu władzy na ludzką psychikę. Eksperyment przerwano już po sześciu dniach, ponieważ ci spośród wybranych kandydatów, którym powierzono zadania strażników, zaczęli poniżać i brutalnie wymuszać polecenia na ludziach, którym powierzono rolę więźniów. Ów eksperyment pokazał więc dobitnie, że w człowieku funkcjonują dwie natury i każdy z nas może zarówno stać się dobroczyńcą jak i oprawcą. Ważne, aby to sobie uświadomić i zdecydować której stronie swej natury pozwolimy ostatecznie wziąć górę).

Zdarzały się jednak przypadki (i był one częste) gdy niewolnicy brali górę nad swymi panami, choć nie dochodziło przy tym do żadnych buntów czy gwałtów. Niewolnicy bowiem wyrobili w sobie spryt oraz przebiegłość. Dzięki tym cechom byli w stanie przede wszystkim uniknąć okrutnych kar od swych majętnych właścicieli. Panowie z reguły traktowali Murzynów jak bandę głupców, którzy nic nie widzieli, nic nie znają i niczego nie potrafią - więc nawet tę pracę którą mają do wykonania, też trzeba im osobiście wytłumaczyć i pokazać. Ale oni (jak i wszyscy zniewoleni) byli bardzo mądrzy, wiedzieli bowiem co panu się spodoba, a co nie, więc robili wszystko, aby się panu przypodobać i gdy ten zlecał im jakieś zadanie, czołobitnie potakiwali i mówili tylko: "Tak Panie", "Natychmiast Panie" etc. etc. A mimo to wiedzieli dobrze, że owoce pracy którą oni wykonywali, szły na konto ich właściciela, a oni nic z tego nie mieli. Dlatego też, aby uniknąć kary a jednocześnie nie napracować się zbytnio (w końcu za tę pracę i tak nie otrzymywali żadnego wynagrodzenia) często sabotowali powierzone im zadania. Jak do tego dochodziło? Bardzo prosto, wysłani na pole trzciny cukrowej lub kukurydzy, stali oparci o sprzęt, który powierzył im właściciel i... udawali że go naprawiają. Często też sami psuli sprzęt, gdyż mogli wówczas odpocząć i nie musieli pracować, a zawsze mogli się wytłumaczyć że naprawiają uszkodzony element. Panowie często orientowali się w zamiarach swych niewolników, ale tłumaczyli to sobie ich wrodzoną głupotą i bezmyślnością. Przecież gdyby uświadomili sobie, że niewolnicy robią z nich głupców, musieliby wpaść w gniew i wielu z nich ukarać (nic tak bowiem nie boli, jak urażona duma), ale gdy niewolnicy głupio się tłumacząc, dawali im jednocześnie dowody swojej bezmyślności, panowie ci kiwali głowami i machali ręką, po czym tłumaczyli to sobie niewolniczą bezmyślnością i prostactwem. Susan Dabney - córka jednego z plantatorów z Południa USA - podzieliła się taką oto refleksją na temat obserwacji niewolników pracujących na plantacjach: "Z czarnymi niewolnikami wydaje się niemożliwe, żeby jeden z nich zrobił cokolwiek, nieważne jak błahego, bez asysty innego niewolnika lub dwóch", zaś inny plantator stwierdził otwarcie: "Dowiedziałem się, że jeżeli chcę, żeby coś było zrobione, wpierw muszę poinstruować czarnych, później jeszcze im to pokazać, a na końcu i tak zrobić to samemu. Ich sposoby, by czegoś nie zrobić, były bardzo pomysłowe a jednocześnie zawsze byli doskonale usłużni (...) a później i tak jakoś ta robota była nie zrobiona". Na Południu istniało nawet takie powiedzenie: "Czarny potrzebuje jeszcze dwóch takich do pomocy, aby nie zrobić nic".




A jak ta sytuacja wyglądała w Polsce, Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech we Włoszech czy w Rosji? W tym właśnie temacie postaram się to wyjaśnić. Spójrzmy na przykład na nasz kraj. U nas, w Polsce dominuje świadomość tradycji szlacheckiej, jako naturalnej i niepodlegającej dyskusji. W zbiorowej świadomości (ogromnej większości) Polaków, ukształtował się obraz szlacheckiego dworku z zawieszonymi na kominku skrzyżowanymi ze sobą szablami, z powieszonym na ścianie ryngrafem Najświętszej Marii Panny, Białego Orła (lub z jeszcze innym wizerunkiem), którego używano w czasie bitew jako osłonę szyi i piersi. Przetrwała świadomość pobrzękującej muzyki (najczęściej damy grały na wiolonczeli lub chittarze - poprzedniczce dzisiejszej gitary - ewentualnie na klawesynie, w otoczeniu zasłuchanych domowników). Pan domu palący fajkę, pani zajmująca się wyszywaniem - taka swojska idylla. I ta świadomość kultury szlacheckiej dawnej Rzeczpospolitej jest obecnie dominująca wśród Polaków i to często też i wśród tych, którzy ze szlachtą nie mają nic wspólnego, a ich przodkowie wywodzili się z mieszczan lub (co bardzo częste) z chłopów. Kiedyś przeczytałem opinię pewnego pisarza (nie pamiętam już jego nazwiska), który nie mógł się nadziwić, gdy podczas oglądania w kinie "Potopu" w reżyserii Jerzego Hofmanna, siedzący tam potomkowie chłopów, utożsamiali się całkowicie z postacią Andrzeja Kmicica, szlachetki, który pod wpływem miłości do Oleńki Billewiczówny, zdrady hetmana Janusza i Bogusława Radziwiłłów oraz wydarzeń historycznych połowy XVII wieku (Potop szwedzki 1655-1660, a wcześniej wojna z Moskwą 1654-1667) przechodzi swoistą metamorfozę i z warchoła oraz bandyty, który pali wsie i morduje niewinnych, przeistacza się w obrońcę Klasztoru Jasnogórskiego w Częstochowie, ratuje życie królowi Janowi Kazimierzowi, gdy ten powraca ze Śląska, próbuje porwać zdrajcę, księcia Bogusława Radziwiłła, jest też torturowany (przypalony ma cały bok) przez zdrajcę Kuklinowskiego (powieść "Potop" druga część Trylogii, została napisana na podstawie historycznych wydarzeń w 1886 r. przez Henryka Sienkiewicza ku "pokrzepieniu serc" dla Polaków, w czasach zaborów i braku szans na odzyskanie przez Polskę niepodległości). Można zatem podsumować ten film słowami barda Kaczmarskiego, który śpiewał w swoim "Panu Kmicicu": "Jest nagroda za cierpienie, kto się śmieli, ten korzysta. Dawnych grzechów odpuszczenie, król Jędrkowi skronie ściska. Masz Tatarów, w drogę ruszaj, raduj Boga rzezią w Prusach - hej, kto szlachta, za Kmicicem, ej dana, Wołmontowicze (...). Krzyż, Ojczyzna, Bóg, prywata, warchoł w oczach zmienia skórę. Wierny jest, jak topór kata i podobną ma naturę. Więc za słuszną sprawność ręki, będzie ręka i Oleńki, łaska króla, dworek, dzieci - szlachcic co przykładem świeci - hej, kto szlachta, za Kmicicem..."      
 
 



 
Jednak nie była to tradycja ani mieszczan, ani tym bardziej chłopów - to była tylko i wyłącznie tradycja dawnej polskiej szlachty. Ale tradycja ta została przeniesiona również i na pamięć całego narodu, który właśnie ukształtował się na istniejącej dawniej (ale będącej jedną z kilku) kulturze i tradycji szlacheckiej. A przecież dawna Rzeczpospolita Obojga (Trojga) Narodów, to było państwo powstałe na zupełnie innych zasadach. Nie tylko było to państwo dwuczłonowe, złożone z Królestwa Polskiego (zwanego Koroną, zaś jej mieszkańców nazywano Koroniarzami lub Lachami, a rzadziej Polakami) oraz Wielkiego Księstwa Litewskiego (zwanego potocznie Litwą lub Wielkim Księstwem, a zasiedlonego zarówno przez Litwinów, Rusinów jak i Polaków, Tatarów, Ormian, Żydów). Dziś się już o tym nie pamięta, ale w XVI, XVII i XVIII wieku, Polska i Litwa to mimo wszystko były oddzielne państwa ito pomimo Unii Lubelskiej 1569 r. tworzącej jedno państwo na zasadzie unii realnej, a nie jak było dotąd jedynie personalnej - spojonej osobą jednego monarchy. W XVI wieku wojny z Moskwą toczyła głównie Litwa, zaś Polacy posyłali co najwyżej jako wsparcie ograniczone liczebnie kontyngenty wojskowe, ale to wszystko. W Polsce uważano bowiem wojny z Moskwą za tak odległe, że nie brano ich nawet często pod uwagę na sejmach, mimo że oficjalnie panowała unia personalna. Koroniarze domagali się też ściślejszego zjednoczenia Litwy z Koroną (do czego doszło w 1569 r. a ostatecznie podział na Koronę i Litwę został zniesiony dopiero w Konstytucji 3 Maja 1791 r., gdy Litwa w dużej części była już spolonizowana). Do Korony został wówczas (1569 r.) przyłączony również Wołyń, część Podola z Bracławiem (zwane też litewskim Podolem, w odróżnieniu od Podola koronnego z Barem i Kamieńcem Podolskim) oraz cała Ukraina (która w ciągu kolejnych siedemdziesięciu lat została zasiana polskimi osadnikami). Jednak dwa odrębne państwa - Korona i Litwa to nie wszystko. Kraje te bowiem dzieliły się również na poszczególne ziemie (np. Wielkopolskę, Małopolskę, Kujawy, Mazowsze, Ruś, Wołyń, Podole, Prusy, Żmudź, Polesie, Białą Ruś, Czarną Ruś, Litwę, Ukrainę, Inflanty), a te znów na poszczególne województwa. 

Ale to oczywiście nie wszystko, gdyż prawdziwy terytorialny podział Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów sięgał jeszcze niżej. Były to bowiem swoiste mikro-państwa, często niezależne i w dużej mierze samowystarczalne. Oczywiście mam tu na myśli majątki magnatów i szlachty rozsiane po całym kraju, które razem wzięte, tworzył prawdziwy obraz sfederalizowanej i samorządnej Rzeczpospolitej. Szereg większych lub mniejszych mikropaństewek (jednak szczególnie te magnackie obejmowały obszar częstokroć większy niż poszczególne księstwa ówczesnej Italii i to nawet łączone ze sobą podwójnie). Były to więc ogromne obszary ziem, które musiały być obsługiwane przez ludność zależną, czyli właśnie chłopów, na zasadzie poddaństwa. To właśnie chłopi wyrabiali potęgę ekonomiczną magnackich familii, to ich pot, krew i łzy pozwoliły potem tworzyć nieprawdopodobne fortuny szlacheckiej braci (w Polsce nie istniał taki podział, jaki był w Europie Zachodniej, który tworzył arystokrację dworską, skupioną bezpośrednio przy osobie monarchy i resztę szlachty, która stała znacznie niżej w tejże hierarchii ważności - w Polsce każdy szlachcic czy magnat był - oczywiście oficjalnie - bratem drugiego szlachcica, dlatego też często mówili o sobie "My, Panowie Bracia" lub zdrobniale "braciaszki", choć oczywiście podziały też istniały, ale nie były publicznie uwypuklane, gdyż generowały sprzeciw pozostałej szlacheckiej "braci"). Przykładem całkowitego triumfu tradycji i kultury szlacheckiej jest po dziś dzień określenie "Pan" i "Pani", którym powszechnie się posługujemy w Polsce, podczas gdy na Zachodzie Europy lub w USA takie zwroty jak "Lord", "Mr." "Mrs." są raczej bardzo rzadkie w użyciu (a już w ogóle dzisiejsza neo-marksistowska propaganda, panująca w zachodnim obiegu publicznym, próbuje stworzyć człowieka bezpłciowego, który używa zwrotów płciowo nieokreślonych), raczej obowiązuje forma mówienia sobie na "ty", bez względu na okoliczności - zaś w Polsce to jest nie do pomyślenia aby publicznie powiedzieć do kogoś obcego na ulicy na "ty". I to jest właśnie najsilniejsza i najtrwalsza zdobycz kultury szlacheckiej, która została rozciągnięta na wszystkich Polaków i wcale nie potrzeba mieć przy tym szlacheckich korzeni w rodzinie, aby mówić do siebie na "pan". Tak jak choćby w tym oto przypadku:




Ale przecież prócz dominującej kultury szlacheckiej, istniała również kultura miejska a nawet kultura chłopska, która już dziś często poszła w zapomnienie lub przetrwała jedynie w formie muzyki i tradycji ludowej. Dominacja kultury szlacheckiej w Polsce jest całkowita, mimo że samej szlachty w zasadzie już nie ma - została ona bowiem wytępiona w insurekcjach i powstaniach narodowych, podczas wojny i okupacji niemieckiej oraz sowieckiej. Podobnie było z ideą walki o Niepodległość, która przede wszystkim była ideą szlachecką, i co prawda potem została poszerzona o inne stany oraz klasy społeczne, ale jej główny nurt stanowiła kultura i tradycja polskiej szlachty. Oczywiście to było także bardzo zróżnicowane środowisko, które potrafiło na przykład masowo wręcz zdradzać własną Ojczyznę (tak jak to miało miejsce w XVIII wieku, gdzie magnaci ale także i szlachta - pobierali pieniądze od obcych dworów, realizując politykę obcych monarchów i to nie dlatego że potrzebowali pieniędzy, a wręcz przeciwnie, tych pieniędzy często mieli więcej, niż ich odpowiednicy na Zachodzie, ale uznali że tak będzie korzystnie np. dla własnej osoby, swojej rodziny lub stanu z którego się wywodzą. A i tak duża część magnaterii zdradzała Ojczyznę po prostu z... nudów, "bo i tak nie mieli nic lepszego do roboty"). Potem zaś synowie i wnuki tamtych zdrajców - którzy oczywiście za zdrajców nigdy się nie uważali, a nawet twierdzili że dzięki swojej zdradzie ratują kraj od zagłady - musieli własną krwią i własnym życiem walczyć o odrodzenie tego, co ich szlachetni ojczulkowie i mamusie oddające się z zapałem Moskalom, z "nudów" utracili, i najpierw u boku Napoleona Wielkiego, a potem sami, starali się zbrojnie odzyskać umiłowaną Ojczyznę, gdyż ujrzeli na własne oczy, że obce panowanie wcale nie jest lepsze, a często stanowi również i barierę uniemożliwiającą zdobycie większych awansów oraz kariery. Cóż, jak to mówi przysłowie: "Polak mądry po szkodzie". Niestety jednak wciąż są i tacy, o których pisał Jan Kochanowski w swych "Pieśniach": "Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie, nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi".




W kolejnych częściach dokładnie omówię relacje pomiędzy panami a niewolnikami w różnych krajach, zacznę zaś oczywiście od Polski/Rzeczpospolitej, gdyż warto wiedzieć, gdzie się podziała tradycja mieszczan i chłopów i dlaczego to (często snobistyczna) szlachecka kultura zdominowała nasze dzieje.  
  
 
POLSKA SZLACHTA NA PRZESTRZENI WIEKÓW:


Wiek XVI: 

 


 
Wiek XVII:







MIMO JEDNAK WARCHOLSTWA ÓWCZESNEJ SZLACHTY, 
ROZMIAR KRAJU BYŁ IMPONUJĄCY:


"Stanęliśmy w szerokim polu (...) Spojrzeliśmy dokoła siebie - Ryga z góry, z dołu Wiedeń, Moskwa zaś o rzut beretem, albo pół. O, jakże wielką nam uwito, niepospolitą Rzeczpospolitą! (...) Zdumione patrzą Londyn, Paryż i Muezin i Mandaryn, Kreml sfajczony, z cara się pinczerek stał!"




 
Wiek XVIII





Polska szlachta wieku XIX:







Szlachta wiek XX (lata 20-te i 30-te już po odzyskaniu Niepodległości):







A tak najczęściej kończyła polska elita po 1939 r.




CDN.
 

poniedziałek, 14 czerwca 2021

NIEWOLNICE - Cz. LV

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 



 

HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. II





 
KOGO TO OBCHODZI? 
 
 
 Mama w końcu zostawiła tatę, kiedy miałam jedenaście lat. Zaczynałam właśnie gimnazjum St. Leonard’s w Gateshead, kiedy zabrała naszą trójkę, wpakowała do samochodu i odjechaliśmy. Była to ucieczka dla nas wszystkich od brutalnego, złego człowieka. Ale tylko ja wiedziałam, od czego tak naprawdę uciekamy. Mama miała wujka, który mieszkał w Szkocji. Troon leży prawie trzysta pięćdziesiąt kilometrów od Gateshead, zagubione na południowym wybrzeżu Szkocji, tuż nad Glasgow. Wujek mamy był dobrym, miłym człowiekiem. Jego dom stał na plaży bardzo blisko słynnego pola golfowego Royal Troon. Był właścicielem fabryki i nie cierpiał na brak pieniędzy. Miał kilka koni wyścigowych. Może je nawet hodował - nie pamiętam dokładnie - i w każdy weekend zabierał nas na wyścigi, żebyśmy przyglądali się jego koniom. Czasami dawał nam pieniądze, żebyśmy na nie postawili. Uwielbiałam te konie. Był tam jeden źrebak, którego pomagałam ujeżdżać - obcowanie z takim pięknym, łagodnym stworzeniem wydawało mi się cudowne. Uwielbiałam spacery, na które chodziliśmy na plażę - ja, mama, brat i siostra, wujek mamy i kilkoro jego dzieci. Większość z nich była mniej więcej w moim wieku i po raz pierwszy poczułam, że mogę rozmawiać z innymi dziećmi i po prostu... cóż, chyba po prostu cieszyłam się, że jestem dzieckiem, wreszcie bez tego okropnego ciężaru, jakim obarczył mnie ojciec. To moje pierwsze wspomnienie, kiedy czułam się szczęśliwa. 

Mieszkaliśmy w Troon kilka miesięcy, a potem mama postanowiła spróbować na nowo z tatą, więc pojechaliśmy z powrotem do Gateshead. Bałam się powrotu, chociaż nie wiedziałam, jak zła dla nas wszystkich okaże się ta decyzja. Podczas naszej nieobecności tata otworzył nowy interes - kolejne uniki, kolejne długi i kolejne niedotrzymane obietnice. Związał się też z inną kobietą, którą poznał w chińskim barze z jedzeniem na wynos. Nie zostaliśmy chyba u niego nawet na jedną noc. Zamieszkaliśmy u mamy mojej mamy, sześć kilometrów za miastem. Babcia była bystra, rozsądna i twardo stąpająca po ziemi, przejrzała tatę w chwili, kiedy go poznała. A potem, oczywiście, musiała się przyglądać temu, jak jej córka jest przez niego bita i siniaczona. Nie przesadzę, mówiąc, że babcia nienawidziła taty. Podejrzewam, że w tamtym okresie nie byłam łatwym dzieckiem. Na pewno nigdy nie czułam się prawdziwie szczęśliwa i bezpieczna. Mama mówi, że byłam nieustępliwa, uparta i trudna. I jestem w stanie w to uwierzyć. Nie sądzę, że czułam się tak samo jak brat i siostra, ale przecież nie byłam taka jak oni - tata sprawił, że bardzo się od nich różniłam. 

Znaleźliśmy inny kąt do zamieszkania, kiedy tata zadawał się z nową dziewczyną, ale atmosfera była napięta i pełna goryczy. A ja chyba nie ułatwiałam sprawy. W końcu mama doszła do wniosku, że nie potrafi sobie ze mną poradzić i zostałam odesłana do ostatniego miejsca na ziemi, w którym powinnam mieszkać. Do taty. Już i tak było mi ciężko z powodu rozstania z mamą i rodzeństwem - kolejny raz czułam się jak outsider, naznaczona przez brudny sekret tego, co robił mi tata. Ale mieszkanie pod jednym dachem z nim i jego nową rodziną stało się koszmarem od samego początku. Jego dziewczyna - moja macocha - była oschłą, twardą kobietą z dwojgiem dzieci, które nie miały pięciu lat. Uwielbiałam te brzdące, ale, Boże, było mi ich żal. Tata był dla nowej mamy jeszcze bardziej brutalny niż dla mamy. I nie przejmował się tym, na co patrzą. Co tydzień, regularnie, bił moją macochę. Nie miało znaczenia, co zrobiła albo czego nie zrobiła, wyczyniał z nią straszne rzeczy. Raz widziałam na własne oczy, jak wypchnął jej głowę przez szybę w oknie. Innym razem dźgał ją na oczach nas wszystkich małym widelcem. Dzieci były przerażone. Tuliły się do mnie i płakały.

- Nie pozwól, żeby tata nas dzisiaj zabił... Prosimy, Sarah, prosimy... 

A ja je obejmowałam i próbowałam uspokoić. I byłam przy nich, dopóki nie usnęły. Ale ja nie zasypiałam. W każdym razie, nie tak łatwo. Tata okładał macochę pięściami i odsyłał ją do łóżka. A potem przychodził do mnie. Wtedy byłam już na tyle duża, że wiedziałam, że to nie jest "nasz mały sekret". A tata przestał nawet udawać, że molestowanie to coś normalnego. Że jest przejawem miłości. Może odejście mamy w jakimś sensie go uwolniło od strachu, że zostanie nakryty. Może to dlatego nie przejmował się tym, czy moja macocha się czegoś domyśla, czy coś wie. Może również fakt, że zostałam przysłana, żeby z nim mieszkać - oddana mu całkowicie pod kontrolę - sprawił, że poczuł się odważniejszy i bardziej pewny w zaspokajaniu swoich wykrzywionych żądz, jak tylko chciał. Tak, byłam na tyle duża, żeby doskonale o tym wiedzieć. I wierzcie mi, walczyłam najlepiej jak umiałam. Ale to niczego nie zmieniło, ani trochę. Trudno o tym mówić, bo trudno jedenastoletniej dziewczynce opisać, co zrobił tata. Gwałcił mnie. Na kanapie, na moim łóżku... Czasami za pomocą ostrego noża, wyciągniętego z kuchennej szuflady, wbijał się we mnie, bez względu na to, czy walczyłam, czy nie. Ten mężczyzna mnie gwałcił. A ja miałam jedenaście lat. Niektórzy pytają, dlaczego nigdy nikomu nie mówiłam o tym, co robił mi tata. Nie wiedzą, jak to jest być dzieckiem wykorzystywanym przez dorosłego, silnego mężczyznę. Nie chodzi tylko o przewagę fizyczną. Tata, jak większość oprawców, używał emocjonalnych i psychologicznych zagrywek, żeby zamknąć mi usta. Mówił, że nikt mi nie uwierzy albo że wszyscy mnie znienawidzą, albo - co było najgorsze - że nigdy nie zobaczę mamy, brata ani siostry, ani dzieci mojej macochy. Na dodatek groził, że zrobi mi coś gorszego niż rany kuchennym nożem. Wymachiwał nim przede mną i ostrzegał, że jeżeli pisnę komukolwiek słowo, przyjdzie, zabierze mnie i nigdy więcej nikt mnie nie zobaczy. Czy mu wierzyłam? Oj, wierzyłam. 

Więc tak wyglądało moje życie, kiedy wkraczałam w okres dojrzewania. Byłam uwięziona w małym mieszkaniu nad restauracją znajdującą się w zaułku Gateshead, z molestującym mnie ojcem, maltretowaną macochą i dwójką jej przerażonych dzieci. Za łóżko służył mi gruby materac, a kąpiele odbywały się w wielkiej czarnej balii przed kuchenką gazową. Podobno lata szkolne powinny być najszczęśliwszym okresem w życiu. Nie wiem, bo rzadko chodziłam do szkoły. Większość dni spędzałam w domu, opiekując się przyrodnim rodzeństwem. Tata albo pracował poza domem, albo pił w którymś pubie. Bałam się jego powrotów, nie tylko z powodu tego, co mi robił. Co jakiś czas dzwoniono ze szkoły, żeby spytać, gdzie jestem. Albo zostawiali wiadomość, żeby tata do nich oddzwonił, albo, czasami, udało im się zadzwonić, kiedy był w domu. Wiedziałam, że będą z tego kłopoty. Tata wychodził wściekły, najczęściej się napić, potem do szkoły. Robił z siebie wariata, opowiadał kłamstwa, robił wszystko, aż przestawali się dopytywać, gdzie jestem. A potem wracał do domu i wyładowywał się na mnie. Nie mogę powiedzieć, żebym lubiła macochę. Była oschła i obcesowa. Ale patrząc wstecz, być może to życie z moim ojcem sprawiło, że się taka stała. Ten mój tata był w stanie świętego zamienić w diabła. W sumie myślę, że wyświadczyła mi przysługę. Pewnej nocy, kiedy zrobił z niej worek treningowy, posłał ją na górę i znowu zaczął się do mnie dobierać. Ale tym razem - do tej pory nie wiem dlaczego - nie położyła się. Zakradła się na dół, usiadła na schodach i słuchała, co się dzieje. Następnego ranka spotkała się ze mną i powiedziała, że wie, co tata mi robi. Jak mówię, nienawidziłam jej, ale tego ranka poczułam ogromną ulgę, słysząc, że ktoś mówi, że zna mój potworny sekret. Niestety, był to ostatni okruch szczęścia. Na długo.




Dzisiaj, kiedy ktoś informuje opiekę społeczną o wykorzystywanym seksualnie dziecku, osoba oskarżona o molestowanie musi się wyprowadzić na czas trwania dochodzenia. W 1998 roku było inaczej. Zostałam zabrana przez opiekę i przewieziona do wielkiego starego domu dziecka za Gateshead, niedaleko miejsca, gdzie obecnie stoi rzeźba Anioła Północy. W domu było około dwadzieściorga dzieci, w większości z patologicznych rodzin. Łączyło nas milczące porozumienie wynikające z naszej trudnej sytuacji - coś na kształt zorganizowanego bractwa. Wszyscy byliśmy ostrożni i nie wyjawialiśmy za dużo ze swojego życia. Wszyscy się nauczyliśmy albo zostaliśmy nauczeni tego, żeby nie mówić o tym, co przeżyliśmy i byliśmy raczej pewni, że nawet gdybyśmy powiedzieli, nikt nie mógłby na to za wiele poradzić. Przebywałam w tym domu cztery miesiące, kiedy mnie oceniano. Nikt nigdy nie powiedział mi, co właściwie działo się wtedy z tatą. Tkwiłam tam po prostu, kiedy przeprowadzano jakieś badania, a ja miałam się z tym pogodzić. Podejrzewam, że chodziło o to, żeby zapewnić mi bezpieczeństwo, wyrwać mnie ze szponów taty. 

Ale jeśli tak, to był niewypał. Tata kręcił się pod domem dziecka. Chyba próbował mnie zawstydzić, i na pewno mu się to udało. Miałam dopiero dwanaście lat, ale zanim zostałam zabrana przez opiekę, zdążyłam już nauczyć się palić. Tam, skąd pochodziłam, papierosy nazywaliśmy "tabletkami" ibwiększość dzieci, które znałam, zdążyła ich spróbować, zanim poszły do szkoły średniej. Palenie było sprzeczne z zasadami obowiązującymi w domu dziecka, ale wszyscy wymykaliśmy się na szybkiego dymka z nadzieją, że nie zostaniemy przyłapani. I na ogół nam się udawało, tyle że miałam wrażenie, że tata jest pod domem za każdym razem, kiedy zapalałam papierosa. Stał i patrzył na mnie, aż musiałam wrócić do środka. Oczywiście, nie powinno go tam być. Nie wolno mu było również do mnie dzwonić, ale to mu nie przeszkadzało. Wykorzystywał swoich kolegów, żeby dzwonić, a kiedy odbierałam, pojawiał się na linii. Po prostu nie chciał mi dać spokoju. A może nie mógł.
 
Pod koniec tych czterech miesięcy zostałam odesłana do mniejszego rodzinnego domu dziecka. Było tam troje dzieci, w moim wieku, którymi opiekowali się naprawdę troskliwi ludzie. Ale po pobycie w domu dziecka nabawiłam się klaustrofobii, wydawało mi się, że wciąż jestem w opresji. Nie mogłam się odnaleźć i zaczęłam uciekać. W końcu pracownicy opieki się poddali i zostałam odesłana z powrotem do domu dziecka. Mimo zachowania taty czułam się tam bezpieczna. Był to pierwszy dłuższy okres odkąd skończyłam trzy lata, kiedy mnie nie molestowano. Nawiązałam nieśmiałe przyjaźnie z innymi dzieciakami, chociaż i te więzy były kalekie, bo wszyscy bardzo dbaliśmy, by udawać twardych i nigdy nie traciliśmy czujności. Może to dlatego nie pamiętam imienia ani jednego chłopca czy dziewczynki, którzy tam mieszkali. Personel był miły dla nas, dzieciaków. Mówili do nas spokojnie, nawet wtedy, kiedy dostawaliśmy napadów wściekłości, trzaskaliśmy drzwiami i ogólnie zachowywaliśmy się tragicznie. Pojechaliśmy nawet na wycieczkę do Scarborough i raz do Francji. Moja buntownicza natura nie pozwalała mi jednak się uspokoić. Paliłam już jawnie, rzucając personelowi wyzwanie, żeby spróbowali skonfiskować mi cenne fajki. I co jakiś czas uciekałam, chowałam się i czekałam z nadzieją, że ktoś będzie mnie szukał, że komuś zależy na mnie na tyle, żeby mnie znaleźć i sprowadzić z powrotem. W końcu chyba doszli do wniosku, że mają tego dość. 

Kiedy skończyłam trzynaście lat, zostałam wysłana do domu dziecka o zaostrzonym rygorze, daleko na wsi. To, co się tam działo, sprawiło, że zaczęłam wątpić w sam pomysł "opieki", której miałam być powierzona. Z ogromną chęcią wskazałabym to miejsce z nazwy, ale nie wolno mi z powodów prawnych. Mogę je jednak opisać. Chociaż to przywoła koszmary. Był to duży, zimny stary budynek pośrodku czegoś, co wyglądało na ogromne połacie pól, jakieś półtora kilometra od najbliższej wioski. Umeblowanie było jasne, czyste i surowe, gdy tylko przekroczyłam próg, wiedziałam, że nie będzie to miłe miejsce do mieszkania. Mieszkało nas tam dwadzieścioro pięcioro chłopców i dziewczynek w wieku nastoletnim. W domu panowała surowa, posępna atmosfera. Nikt się nie uśmiechnął ani mnie nie przywitał, kiedy zaprowadzono mnie do pokoju rozmiarów pudełka, w którym miałam spać. Czułam się tak, jakbym została wysłana do więzienia. W każdym razie tak sobie wyobrażałam więzienie. Bezpieczeństwo traktowano tam bardzo poważnie. Na tyle że personel domu i nauczyciele byli nocnymi strażnikami, którzy patrolowali teren z dobermanami. To właśnie jeden ze strażników zaznajomił mnie z nowym miejscem już pierwszej nocy po moim przybyciu. Spałam w łóżku, zmęczona stresem związanym z kolejnymi przenosinami. Obudziłam się i w ciemności zobaczyłam zbliżającą się do mnie pochodnię. Mężczyzna, który ją trzymał, odwrócił się lekko i zaświecił mi nią prosto w oczy. Poczułam, że chwyta mnie i wyciąga z łóżka. Już wiedziałam, co mnie czeka. Nie wiedziałam tylko, że spędzę w tym domu dziewięć długich miesięcy. Uwięziona w zimnej, czarnej dziurze, ponurym, strasznym Colditz, do którego były zabierane dzieci takie jak ja, które tam wrzucano i zapominano o nich.

Oczywiście nie tylko ja byłam seksualnie wykorzystywana. Nie byłam żadnym wyjątkiem. Ale fakt, że inna dziewczyna czy chłopak byli dotykani, obmacywani i krzywdzeni, nie poprawiał sytuacji. Być może umysł płata mi figle, ale nie mogę sobie przypomnieć ani jednej nocy, kiedy nie byłam molestowana. Dorastałam przyzwyczajona do tego, że czułam wzwiedziony członek napierający na mnie albo wciskający się we mnie. I wiedziałam, co muszę zrobić, żeby mieć to jak najszybciej za sobą, z głowy. To jeden z potwornych skutków długo trwałego molestowania - dziecko czuje się niemal uwikłane w seks. Nie dlatego, że tego chce. Broń Boże! Nie dlatego, że sprawia mu to przyjemność. Ale dlatego, że zaangażowanie, umiejętność zaspokojenia oprawcy gwarantuje, że całe to potworne, bolesne doświadczenie szybko się skończy. Dom dziecka był również szkołą. Dzieci, które w nim przebywały, uważano za niebezpieczne do tego stopnia, że nie było mowy, żeby mogły chodzić do normalnej szkoły poza pilnie strzeżonym terenem. Nauczyciele przychodzili do nas i uczyli nas podstawowych rzeczy: czytania, pisania, liczenia i wszystkiego, co mieli nadzieję, że uda im się wbić nam do głowy. Oczywiście czekało ich niewdzięczne zadanie - byliśmy wszyscy za bardzo naburmuszeni i gburowaci, żeby się czegokolwiek nauczyć. Jedynym, co trzymało nas w ryzach, była perspektywa kary. Zachowuj się źle, a będziesz siedział zamknięty, albo gorzej.

Więc siedzieliśmy na tych smętnych, bezdusznych lekcjach. Nie rozrabialiśmy za bardzo, ale nie odebraliśmy dobrego wykształcenia. Do dzisiaj nie potrafię poprawnie pisać, a jeżeli chodzi o arytmetykę - nie wspominając o kwestiach bardziej skomplikowanych - cóż, powiedzmy, że nie byłby ze mnie materiał na studentkę. Jednak czegoś się tam nauczyłam. Psychologii, a na pewno jednego z jej ciemnych aspektów. Seks to oczywiście podstawowy motyw molestowania, ale zaczęłam dostrzegać, że stoi też za tym specyficzny odrębny motyw psychologiczny. Jako osoba dorosła z takimi doświadczeniami wiem, że w molestowaniu seksualnym dzieci nie chodzi wyłącznie o seks, ale o kontrolę czy dominację i inne chore gry. Wtedy nie potrafiłabym tak tego określić, ale zaczęłam rozumieć, że moim oprawcom nie wystarcza seksualna przyjemność. Musieli ranić mnie również psychicznie i fizycznie. Przejawem psychicznego znęcania się była gra, w którą kazali nam grać wieczorami. Nazywali ją żółtą kamienną drogą. Jeden z mężczyzn przygotowywał kartkę z narysowaną na niej drogą. Od głównej drogi odchodziły mniejsze ścieżki. Tłumaczył, że gra zaczęła się na głównej drodze, która była bezpieczna, ale wyruszając, musimy wybrać ścieżkę, którą pójdziemy. Niektóre prowadziły do dobrego, inne do złego. Nie wiedzieliśmy, która jest która. Musieliśmy wybierać na ślepo i mieć nadzieję.

Po dziś dzień nie mogę dojść, jakie zasady miała ta gra ani jakie nagrody można było zdobyć. Wiem tylko, że na ogół wybierałam złą ścieżkę. Zaciągano mnie do pokoju na górze i zamykano na klucz. Niedługo potem jeden z mężczyzn otwierał drzwi, wchodził i przyciskał mnie - często trzymając za gardło - do ściany. Mam przed oczami ich twarze, mężczyzn, którzy według kolejności przychodzili do tego zamkniętego, samotnego pokoju. Czuję ich szorstkie ubranie na moim ciele, ciężar ich dłoni na mojej głowie, pchających mnie w dół do pozycji koniecznej, żeby dać im zadowolenie. I słyszę ich, jak na mnie krzyczą, nazywają "małą dziwką" i próbują doprowadzić do płaczu. Czy im się udawało? Lubię sobie wmawiać, że nie, że nigdy się nie złamałam i nie rozpłakałam. Ale wiem, że parę razy na pewno było inaczej. Chociaż ten tak zwany przytułek znajdował się na odludziu, nie przeszkadzało mi to próbować ucieczki. Niejeden raz wymykałam się przez okno mojego pokoju na piętrze i zeskakiwałam - ale wysoko mi się to wydawało! - na ziemię. Później biegłam przez pola tak szybko, jak chciały mnie nieść nogi, w stronę wioski, w nadziei że mi się uda i że znajdę kogoś, kto pomoże mi wrócić do Gateshead. Raz fatalnie skręciłam kostkę i nie pobiegłam za daleko, ale mimo wszystko próbowałam. Oczywiście, zawsze mnie łapali. Miałam zaledwie trzynaście lat i nie wiedziałam, gdzie jestem. Oni byli duzi i silni i znali okolicę jak własną kieszeń. I mieli psy. Nie umiem opisać, jakie uczucia we mnie wywoływały. Na pewno przerażenie. Świadomość, że mnie wytropią i wyczekiwanie na to, kiedy wpadną na mój ślad, była paraliżująca.




Kiedy już zostałam złapana, czekała mnie dodatkowa kara. Innych takich jak ja również uciekinierów i tych, co do których nie można było mieć pewności, że będą siedzieć cicho i potulnie znosić cierpienia. Zabierali nam buty i kazali przez cały czas chodzić boso. Było mi wszystko jedno. Boso czy w butach, chciałam uciec za wszelką cenę, chociaż wiedziałam, że zawsze mnie złapią. Próby ucieczki były chyba podstawowym mechanizmem obronnym, dzięki któremu udało mi się tam przetrwać. W końcu, pewnej nocy, stał się cud. Przewiesiłam się przez okno, zeskoczyłam na ziemię, nic mi się nie stało i puściłam się pędem przez pola. Spodziewałam się, że za chwilę usłyszę odgłosy pościgu i wyczuję psy, ale nic się nie wydarzyło. Byłam tylko ja, noc i cisza. Biegłam, biegłam i biegłam. Wiem, że się przewracałam i wpadałam w rowy, chociaż tego nie pamiętam, bo kiedy dotarłam na przystanek autobusowy, cała byłam oblepiona czarnym błotem z pól. Tamtego wieczoru miałam wrażenie, że czekam na autobus całą wieczność, ale w końcu się zjawił, a ja wsiadłam i zapłaciłam pięć pensów za bilet do Gateshead. Było to najlepiej wydane pięć pensów w życiu. Jeden z kolegów mojego brata miał mieszkanie w miasteczku. Trafiłam tam w samym środku nocy i waliłam w drzwi, dopóki się nie otworzyły. Byłam brudna, obdarta i musiałam wyglądać na skończoną wariatkę. Ale skoro dotarłam tak daleko - w końcu udało mi się uciec z więzienia - byłam gotowa zrobić wszystko, żeby wpuścił mnie do środka i dał mi schronienie. I zrobił to. Tamtej nocy opowiedziałam mu wszystko. Otworzyłam przed nim serce i widocznie przekonałam go, jak rozpaczliwie potrzebuję bezpiecznego miejsca, w którym mogłabym się zatrzymać, bo zgodził się, żebym mieszkała u niego tak długo, jak będę potrzebować. Mieszkanie było maleńkie, miało tylko jedną sypialnię. W nocy spałam na kanapie w salonie, w dzień przesiadywałam w kuchni, paląc bez końca papierosy i wypijając morze herbaty.

Jeśli spojrzy się na to z perspektywy, był to bardzo dziwny układ, który może wydawać się podejrzany - młody mężczyzna ukrywający nieletnią uciekinierkę. Ale to wcale nie było tak. Kolega mojego brata okazał się dobrym i miłym człowiekiem. Widział, że potrzebuję miejsca, w którym mogłabym odzyskać siły. Mieszkałam u niego trzy miesiące, ukrywając się i drżąc ze strachu, że ktoś stanie w drzwiach, żeby zabrać mnie z powrotem do tego strasznego domu dziecka. Jakimś cudem nikt się nie pojawił. Ale nie mogłam mieszkać tam bez końca. Ktoś w końcu mógł się zorientować, że nastolatka mieszka z kilka lat starszym od siebie mężczyzną - nastolatka w wieku szkolnym, która nigdy do szkoły nie chodzi. Więc zanim ktoś zdążył na mnie donieść, sama skontaktowałam się z opieką społeczną, w nadziei że mnie wysłuchają i nie będą mi kazali wracać do domu na odludziu. Do mężczyzn, którzy co noc mnie gwałcili albo bili. Widocznie powiedziałam coś właściwego, bo pracownik opieki mnie wysłuchał i obiecał, że nie będę musiała tam wracać. I nie wróciłam. Umieszczono mnie za to w szkole z internatem w Krainie Jezior.

Na początku nie umiałam się tam odnaleźć. Chyba przyzwyczaiłam się do małego mieszkania i do tego, że znów jestem w Gateshead. Szkoła z internatem, do której mnie posłano, Riverside, znajdowała się na jeszcze większym odludziu niż tamten straszny dom dziecka. Ale stopniowo zaczynałam ją kochać i po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, czułam się szczęśliwa. W pewnym sensie kojarzyła mi się z domem wujka mamy w Szkocji. Panował tu taki sam spokój, powietrze było czyste i świeże. Jednak najważniejsze, że czułam się bezpiecznie. Miałam przynajmniej pewność, że nic z tych potwornych rzeczy, jakich doświadczyłam, nigdy się nie powtórzy i nie ściągnie mnie w dół. Znów się uczyłam: matematyki, angielskiego, trochę nauk ścisłych - jak zwykła nastolatka. Słuchałam muzyki, czytałam gazety, plotkowałam z koleżankami... I myślałam sobie, że w końcu coś jest tak, jak powinno. Odkryłam w sobie talent plastyczny. Jako dziecko lubiłam rysować i potrafiłam spędzać długie godziny zatopiona w świecie, który tworzyłam za pomocą zwykłej kartki i paru ołówków czy kredek. Ale gdy tata zaczął robić ze mną coraz gorsze rzeczy, moje rysunki stawały się coraz bardziej mroczne i złowrogie. Mama mówi, że rysowałam obrazki przedstawiające małą dziewczynkę uwięzioną w jaskini albo w zamku i postać stojącą na zewnątrz, która wyglądała jak czarownica. Teraz jej się wydaje, że to ona była tą czarownicą, a ja próbowałam jej pokazać, że powinna pomóc tej małej dziewczynce. Ale wtedy kończyło się tym, że nauczyciele w szkole wyrzucali rysunki do śmieci.

W Riverside na nowo odkryłam radość tworzenia, do którego zachęcali mnie nauczyciele. Któregoś roku przed Bożym Narodzeniem zorganizowali konkurs na najlepiej zaprojektowaną kartkę pocztową. Pracowałam w pocie czoła nad rysunkiem - był to śnieżny krajobraz z radośnie wyglądającym domkiem, któremu z komina leciał dym, a nad nim, oczywiście, unosił się Mikołaj z reniferem i saniami obładowanymi zabawkami. Wiem, że to brzmi banalnie i absurdalnie dziecinnie jak na kogoś, kto przeżył tyle, co ja. Ale było to narysowane z uczuciem i ambicją. I pękałam z dumy, kiedy wygrałam ten nasz mały konkurs. Ja, nic niewarta Sarah Forsyth, wykorzystywane dziecko i nastoletnia buntowniczka - chociaż raz zrobiłam coś dobrze i ktoś to zauważył! Nie mogłam się doczekać, żeby powiedzieć mamie. Ale nauczyciele w Riverside mieli inny, o wiele lepszy pomysł. Załatwili druk pewnej liczby kartek - profesjonalny wydruk, tak żebym mogła rozesłać je pocztą. Nie mogłam uwierzyć, kiedy mi o tym powiedzieli, myślałam, że szczęście mnie rozsadzi. Boże, jaka dumna była ze mnie mama. Przepełniała ją prawdziwa radość - pierwsza, jak myślę, jakiej dostarczyłam jej od wielu, wielu lat. Jeszcze długo potem przechowywała tę kartkę jak cenny skarb i pokazywała, komu się dało. Zabawne, ile mogą znaczyć drobiazgi. Co kilka tygodni w Riverside odwiedzał mnie brat. Dowiedział się o tym, co robił mi tata. Boże, jaki był wściekły. Powiedział, że pojechał do niego porozmawiać o tym. A nasz kochany tata go pobił.

Chociaż z bratem nigdy nie trzymaliśmy się razem, jakoś staliśmy się sobie bliżsi niż wcześniej. Zawsze będę pamiętać ubrania, jakie mi przywoził - koszulki i dżinsy i papierosy, które przemycał dla mnie w adidasach. Wychodziliśmy na wzgórza na długie, cudowne spacery. Kochałam mojego brata. Był moją opoką i kołem ratunkowym. W Riverside spędziłam trzy lata. Był to szczęśliwy okres, który przyniósł mi tak bardzo potrzebne wytchnienie od tragicznego dzieciństwa. Miałam trzynaście lat, kiedy mnie tu przysłano. Wydawało mi się, że te trzy lata minęły bardzo szybko. Nie wiem, jak to się stało, ale nagle skończyłam szesnaście lat. Od prawie pięciu lat byłam pod opieką państwa. Poza wizytami brata i mamy nie miałam kontaktu z rodziną. Umieszczenie mnie w Krainie Jezior prawdopodobnie ocaliło mi życie, ale nagle dotarło do mnie, że nie będę tu mieszkać wiecznie. W tamtych czasach system opieki na ogół przestawał zajmować się dziećmi, kiedy kończyły szesnaście lat. Ratował je od przemocy, zaniedbania czy molestowania seksualnego, a potem, właściwie bez uprzedzenia, odwracał się do nich plecami. Widziałam raporty, pokazujące, że większość młodych dziewcząt i wielu chłopców, pracujących na ulicach Wielkiej Brytanii, wychowało się w domach dziecka. Na ogół zaczynali trudnić się prostytucją, szukając środków na przeżycie, kiedy przestał zajmować się nimi system opieki. W wieku szesnastu lat stawali się łatwym łupem stręczycieli i dilerów narkotyków, którzy wciągali ich w nałóg i żyli z pieniędzy, jakie zarabiali swoim ciałem.

Szczęśliwie miałam dokąd pójść, kiedy opuściłam Riverside. Mama znowu chciała mnie wziąć do siebie. Zaczęłam też zastanawiać się, co zrobić ze swoim życiem, kiedy już przestałam podlegać systemowi opieki. Moje myśli biegły z powrotem do czasów, kiedy opiekowałam się dwójką dzieci mojej macochy i dotarło do mnie, że bardzo lubię pracę z maluchami. Do tego sprawdzałam się w niej. Może, pomyślałam, udałoby mi się pójść do szkoły, żeby zdobyć kwalifikacje, które pozwoliłyby mi zarabiać na życie wartościową pracą, którą w dodatku lubię. Ale wtedy mój świat legł w gruzach. Kolejny raz.
 




 
CDN.
 

niedziela, 13 czerwca 2021

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CXLIX

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI

SŁOWIANIE I CELTOWIE





 

PIERWSZE EUROPEJSKIE 

CYWILIZACJE:

SŁOWIANIE

(SŁOWIANIE W GRECJI I NA BLISKIM WSCHODZIE)

(ok. 1800 r. p.n.e. - 1180 r. p.n.e.)

Cz. VII 


 
 
BLISKI WSCHÓD W OGNIU SŁOWIAŃSKICH ŻAGIEW
(ok. 1200 r. p.n.e. - 1170 r. p.n.e.)
Cz. II 
 


ANATOLIA
CZYLI SPACERKIEM PRZEZ TURCJĘ






 Faraon Ramzes III w swej inskrypcji z ok. 1177 r. p.n.e. twierdził, że cały znany ówczesny świat, został najechany przez dziwne, tajemnicze i nieznane ludy z Północy, które niszczyły wszystko na swej drodze, a poruszały się zarówno drogą lądową, jak i morską. Pierwotnie sądzono że obcy przybywają z wysp takich jak Kreta (w inskrypcji Ramzesa jest bowiem zapisane: "Obce ludy uczyniły na swych wyspach spisek"), ale dziś jest już pewne, że wyspy te, był tylko drobnym etapem w ich niszczycielskiej podróży na Południe, począwszy od Grecji i Anatolii, poprzez Syrię, a skończywszy na Egipcie i Libii. Wówczas cały wschodni basen Morza Śródziemnego został doszczętnie zniszczony, dotychczasowe układy polityczne i gospodarcze uległy zanikowi i  doszło też, do pewnych zmian kulturowych, jak choćby fakt, że na ziemiach Anatolii wcześniej używano mezopotamskiego pisma klinowego, zaś po przejściu "Ludów Morza" pismo klinowe w takiej formie już na te ziemie nie powróciło. Faraon pisał również, że: "Żaden kraj nie oparł się ich broni, począwszy od Hatti, Kode (Kizzuwatna), Karkemisz, Arzawa także Alaszija - naraz zniszczone. (...) Szli na Egipt i fala ognia szła przed nimi. (...) Położyli ręce na krajach całego świata (w rozumieniu Egipcjan), a ich serca były pełne wiary i dufności". Jak więc ów niszczycielski marsz wyglądał na terenie Anatolii? Oto odpowiedź:



HATTUSAS




 
 Ponieważ główne źródła z tego okresu poprzedzającego inskrypcję Ramzesa III, odnoszą się głównie do dwóch miast Anatolii - Troi i Hattusas - stolicy kraju Hetytów, przeto na nich to właśnie zamierzam się skupić i jako że o Troi pisałem już wcześniej, teraz przeto zajmę się Hattusas. Lecz tutaj następuje pewna chronologiczna niespójność. A mianowicie, o ile atak "Ludów Morza" na Troję i na miasta ówczesnej Hellady miał miejsce właśnie ok 1180 r. p.n.e., o tyle bez wątpienia należy stwierdzić, że upadek Hattusas nastąpił co najmniej dwadzieścia kilka lat wcześniej (czyli jedno pokolenie wstecz). Jest to jednak o tyle zrozumiałe, że pierwsza (mniejsza) fala najazdu ludów Północy, miała miejsce w czasach rządów w Egipcie faraona Merenptaha - syna Ramzesa II Wielkiego, mniej więcej ok. 1207 r. p.n.e. (z tego bowiem roku pochodzi inskrypcja faraona, mówiąca o pokonaniu przez niego wielu ludów, którą tu zacytuję: "Książęta padli na twarz mówiąc: pokój! Pomiędzy Dziewięciu Łukami nikt nie podnosi głowy. Tehenu (Libia) jest spustoszona, Hatti jest w pokoju. Aszkelon uprowadzony w niewolę, opanowano Gezer. Janoam jest jakby jej nie było. Izrael został zniszczony, nie ma już nasienia. Charu (Palestyna) jest jak wdowa wobec Egiptu. We wszystkich krajach zaprowadzono pokój"). Oczywiście nie ma tam żadnych dowodów, jakoby Egipt zmagał się wówczas z owymi "Ludami Morza", ale świadomość ich pojawienia się jest starsza niż owa stela Merenptaha i w innych dokumentach mówi się już o walkach toczonych o Cypr (Alaszija), a także prezentuje nazwy ludów, które pojawiły się w Anatolii i na greckich wyspach, siejąc tam spustoszenie i panikę. Jednak nie była to jeszcze ta główna fala ataku, która nadejdzie ok. trzydziestu lat później, mimo to również ona doprowadziła do ogromnych przetasowań politycznych i pojawienia się zupełnie nowych podmiotów które wyrosły w Anatolii na gruzach dawnego Królestwa Hetytów.

Zacząć jednak należy od początku, czyli od wyjaśnienia sobie w jakim stanie był kraj Hetytów, tuż przed inwazją "Ludów Morza" i które konkretnie ludy dokonały ataku na Anatolię ok. 1200 r. p.n.e. Tak jak pisałem w poprzedniej części, Hetyci przeżywali wówczas załamanie gospodarcze, które przełożyło się również na utratę wpływów politycznych w Kizzuwatnie oraz w Syrii (czego dowodem było zawarcie przez króla Hetytów - Suppiluliumę II układu na zasadach politycznej równorzędności obu władców, z uniezależnionym już wicekrólem Karkemisz, co wcześniej było nie do pomyślenia, tym bardziej że wicekról z Karkemisz kontrolował duży obszar dawnego państwa Mitanni, oraz jako suweren nadzorował bogate, portowe miasto Ugarit, które mogło wystawić flotę nawet 150 okrętów wojennych). Nie doszłoby zapewne do tego, gdyby nie widoczny upadek politycznego znaczenia kraju Hetytów, które jednak było spowodowane kryzysem gospodarczym oraz powstałym w jego wyniku ogromnym niezadowoleniem społecznym. Już ok. 1230 r. p.n.e. król Tuadhalija IV (syn Hattusilisa III - wcześniej kapłana bogini Isztar z Samuhy) musiał się zmierzyć w wojnie domowej ze swym kuzynem - Kuruntą, który na krótki okres zdołał nawet pozbawić go władzy. Wraz ze wstąpieniem na tron Suppiluliumy II (syna Tuadhaliji IV) ok. 1207 r. p.n.e. kraj Hetytów był już pogrążony w kryzysie gospodarczym. Pojawił się też głód, który wygenerował konflikty społeczne pomiędzy elitą władzy a resztą poddanych "Wielkiego Króla". Odnaleziony w piecu do wypalania glinianych tabliczek w ruinach syryjskiego Ugarit - list z ok. 1200 r. p.n.e. informuje nas właśnie o klęsce głodu, jaka zapanowała w Hatti i wtargnięciu do tego kraju nieprzyjaciół, obcych, nieznanych ludów (co ciekawe - tabliczka ta zachowała się właśnie dlatego, że w porę nie została wyjęta z pieca - zapewne nie miał jej już wówczas kto wyjąć, gdy w tym właśnie czasie na Ugarit spadł najazd plemion Północy, a miasto zostało wówczas zniszczone i w ten sposób owa tabliczka przeleżała sobie w piecu ponad... 3000 lat).

Panujący wówczas w Anatolii głód i konflikty społeczne, w ogromnej mierze dopomogły "Ludom Morza" w swobodnym podejściu pod Hattusas i zdobyciu tej potężnej twierdzy. Gdyby Hetyci byli zjednoczeni i silni, jak to było jeszcze za rządów Hattusilisa III, zapewne ów lud, który to skierował się w głąb Anatolii, tak łatwo nie dokonałby tych zniszczeń. Piszę "lud", ale zapewne było to co najmniej kilka plemion, z pewnością zaś wiadomo o jednym - o plemieniu Meszwesz (Mešweš - a ponieważ w języku egipskim zasób spółgłosek był znacznie ograniczony, przeto lud ten został przez Egipcjan zapisany jako: Mšwš). Lecz nim do niego przejdę, kilka słów o samej twierdzy Hattusas. Miasto dzieliło się na dwie części: Górne i Dolne. Miasto Górne było zasiedlone przez króla i dworską elitę Hetytów. Znajdował się tam Pałac królewski i posiadłości wielmożów. Dolne Miasto zaś - znacznie większe i bardziej rozbudowane - mieściło pozostałą ludność. Pomiędzy Górnym a Dolnym Miastem, znajdował się (otoczony osobnymi murami) Akropol królewski i kilka świątyń. Miasto otoczone było dodatkowo masywnymi murami (w tym każda dzielnica swymi własnymi), a stało ono na wysokim wzgórzu, którego zdobycie było bardzo trudne. A jednak powiodło się to ludowi Meszwesz (choć niektórzy historycy twierdzą że wspomagał ich w tym lud Kasków - z którymi Hetyci walczyli od dziesięcioleci, lub nawet że to sam lud Kasków zdobył Hattusas). A jak w ogóle do tego doszło? Według tego, co można odnaleźć w ruinach miasta, okazuje się że zniszczeniu uległa stosunkowo niewielka jego część którą strawił ogień. Najwięcej zniszczeń jest w Górnym Mieście i na Akropolu królewskim, natomiast Dolne Miasto prawie w całości ocalało. Czyżby więc zajęcie Hattusas było tylko symboliczne, a prawdziwy atak miał miejsce wcześniej, nim jeszcze plemię Meszwesz podeszło pod mury twierdzy? Wydaje się wielce prawdopodobne, że tak też mogło się stać, gdyż zniszczeniu uległy jedynie budynki publiczne w tym Pałac królewski - co mogłoby świadczyć iż doszło tam do walki pomiędzy elitami a ludem. Dlaczego tak sądzę? Ponieważ okazuje się, że w spalonych budynkach nie znaleziono wielu nieodzownych rzeczy, którymi na co dzień otaczali się ludzie możni - takimi jak pierścienie, bogato wykończone tarcze, sztylety, biżuteria etc. etc. Wygląda więc na to, że Hattusas zostało opuszczone przez elitę wcześniej niż nastąpił sam atak "Ludów Morza". Zapewne więc ewakuując się (czy to pod wpływem buntu ludu, czy też na wieść o zbliżaniu się plemienia Meszwesz) ogołocili oni swe pałace z kosztowności i uciekli, a za nimi podążyła potem reszta ludności miasta. Zresztą, już wcześniej rodzina królewska opuściła Hattusas. Było to za panowania Muwatallisa II (który to starł się z Ramzesem II w sławnej bitwie pod Kadesz z ok. 1274 r. p.n.e.) i on właśnie opuścił Hattusas wraz ze swoją rodziną oraz możnymi i osiadł w mieście Tarhuantassa na granicy z Kizzuwatną (dopiero syn Muwatallisa - Mursilis II ponownie wrócił do dawnej stolicy).




Skąd jednak wiadomo, że to właśnie lud Meszwesz zaatakował wówczas kraj Hetytów? Otóż Suppiluliuma II toczył z nimi walki o Cypr już ok. 1205 r. p.n.e. i szczycił się potem na swej steli, jak to ich rozbił (pisałem już o tym wcześniej, ale tylko przypomnę co ów władca pisał: "Ja, Suppiluliuma, Wielki Król, natychmiast [ruszyłem] na morze. Okręty Alasziji trzy razy spotkały mnie w bitwie na morzu. Pokonałem je. Zdobyłem owe okręty i spaliłem pośrodku morza. Kiedy ponownie przybyłem na suchy ląd, wówczas wróg z wyspy Alaszija ponownie tłumnie stanął przeciwko mnie"). Wiadomo dziś, że był to lud Meszwesz (nazwę tego plemienia przytacza tekst egipski z czasów Merenptaha, który to władca był żywo zainteresowany walkami Hetytów w rejonie Cypru). Pytanie tylko brzmi, czy był to jedyny lud, jaki wówczas najechał kraj Hatti? Wydaje się że nie, choć w przypadku pozostałych plemion, które uderzyły wówczas na Anatolię w pierwszej fali (a których to nazwy podawałem we wcześniejszych wpisach) nie ma już takich pewności co do ich nazw. Warto też pamiętać, że ta pierwsza fala, miała miejsce na jakieś dwadzieścia kilka lat przed tą główną falą ataku tzw.: "Ludów Morza", czyli było to pokolenie wstecz przed właściwą inwazją na Troję i na greckie miasta, takie jak Mykeny, Tiryns, Argos czy Pylos. Innymi słowy, gdy doszło do spalenia Troi, Imperium Hetytów już wówczas nie istniało od co najmniej dwudziestu lat. Na jego gruzach powstały nowe kraje, które reprezentowały już zupełnie inną kulturę (należy jednak pamiętać, że wielu Hetytów doskonale odnalazło się w nowej rzeczywistości, szczególnie zaś cenieni byli ci specjaliści, którzy potrafili metal zmieniać w żelazo i wykuwać wspaniałe miecze, których technologii zdobywcy bardzo potem strzegli - przykładem niech będzie fakt, że Filistyni, którzy podbili Izraelitów i traktowali ich jak swoich niewolników, nigdy nie wyjawili im "tajemnicy" wykuwania żelaznych mieczy, tarcz oraz włóczni, zaś według Biblii ów gigant Samson z którym to zmierzył się Dawid - dzierżył właśnie w dłoni potężną żelazną tarczę i włócznię, a u boku miał miecz wykuty z żelaza. Takiego sprzętu Izraelici króla Saula wówczas nie posiadali, gdyż ich broń wciąż wykuwano z brązu).

A teraz przejdźmy do odpowiedzi na pytanie, skąd pewność że lud Meszwesz był... słowiańskim ludem? Bardzo pomocne są w tej kwestii są opisy egipskie, gdyż Egipcjanie zapisywali nazwy danych ludów tak, jak je sami rozumieli i jak mogli je potem wypowiedzieć. Zapis typu "Mšwš" jest dla nas bardzo trudny do wymówienia, gdyż brakuje kluczowych samogłosek, które ułatwiłyby wypowiedzenie owej nazwy, oraz spółgłosek, które zostały pominięte, jako że dla egipskiego ucha ton samogłosek bezdźwięcznych nic nie znaczył prócz dość dziwnego szumu, który trudno było im zapisać. Tak więc słowo: "Meszwesz" jest fonetycznym rozwinięciem Mšwš, przy dodaniu odpowiednich samogłosek i spółgłosek. Egipcjanie nie znali spółgłoski "sz", "", "cz", dlatego też zapisali to tak, jak rozumieli, czyli bez użycia niektórych samogłosek i spółgłosek bezdźwięcznych. Stąd też wyszła taka karykatura językowa, która trudna jest do wymówienia w języku słowiańskim, a szczególnie w języku lechickim (co ciekawe, Rosjanie twierdzą, że język polski , poprzez częste używanie spółgłosek bezdźwięcznych - "sz", "cz" oraz "ś", "ć", "ź", "" - przypomina język... węży, jako że "Lachy wciąż syczą"). Idąc więc tym tropem, możemy rozwinąć egipski zapis: "Mšwš" nie tylko na mało zrozumiałe słowo "Meszwesz", ale poprzez dodanie odpowiednich spółgłosek uzyskamy właściwą nazwę tego ludu, która brzmi: "Medźwedź". A to jest już bardziej zrozumiałe słowo dla nas, żyjących współcześnie - i to pomimo upływu 3200 lat - niż dla żyjących w tamtym czasie Egipcjan, dla których "Medźwedź" znaczył tyle samo, co dla nas obecnie "Mšwš". Tak więc Anatolię w tamtym czasie nawiedziło słowiańskie plemię "Niedźwiedzi" (czyli ludu okrywającego swe ciała skórami upolowanych "miśków" 😉). Co ciekawe, tacy wojownicy - otuleni skórami niedźwiedzi (choć nieliczni) również są ukazani na ścianach świątyni Ramzesa III w Medinet Habu - czyżby wiec to był przypadek? 

Ludem bardzo podobnym do "Medźwedźi", który również uprawiał kult niedźwiedzia (noszenie skór zdartych z tych zwierząt miało przede wszystkim znaczenie kultowe i było okazaniem szacunku dla ich siły oraz potęgi, a nie służyło jedynie okryciu swego ciała - bo gdyby tak było, to po co ludy te nosiłyby skóry w ciepłych rejonach Anatolii i Bliskiego Wschodu?) był lud o (egipskiej) nazwie: "šklš" (Šekeleš). Skąd ten lud pochodził? Jego nazwa jest bardzo symboliczna i dość jasno sugeruje gdzie były jego pierwotne korzenie. Jednak, aby to sobie uzmysłowić, należy zrozumieć, że był to lud Północny, który przybył z ziem dość licznie wówczas zasiedlonych, który jednak zapewne po bitwie w Dolinie Dołęży (ok. 1250 r. p.n.e.) nie mógł znaleźć dla siebie miejsca i był wypychany przez sąsiadów (być może właśnie zwycięzców w owym starciu). Jego zaś siedzibą były (z pewnością) ziemie leżące wokół góry Ślęży - której wyjątkowe (wręcz magiczne) znaczenie, znane było jeszcze za pierwszych chrześcijańskich Piastów, potomków Mieszka I, a reakcja pogańska z lat 1037-1038 - podczas której niszczono kościoły i mordowano księży w celu wyplenienia chrześcijaństwa i powrotu kraju do pogaństwa - opierała się właśnie o te dwie główne, święte góry: Ślężę i Łysiec (obie znajdują się na Śląsku o który wówczas toczono krwawe walki polsko-czeskie). Śląsk, to była w średniowieczu dzielnica bardzo dobrze rozwinięta i licznie zamieszkana, bogata i warta przelanej za nią krwi. Niewielu jednak wie, że Śląsk był licznie zaludniony już też w dalekiej starożytności, gdyż stanowił główną drogę, wiodącą z Zachodu na Wschód i z Północy na Południe. Wyjątkowego znaczenia dodawał Śląskowi również fakt, że na jego terenie były ulokowane właśnie owe dwie "święte góry", które stanowiły jedne z największych ośrodków kultowych w słowiańskiej Europie. Do dziś znajduje się tam mnóstwo archeologicznych skarbów, w tym kamiennych rzeźb (w tym również rzeźb niedźwiedzi). Można wręcz stwierdzić, że Stonehenge to przy Ślęży klocki ustawione przez dzieci dla zabawy. Tam było centrum cywilizacji słowiańskiej i stąd ruszały wyprawy na wszystkie strony świata, głównie zaś na Południe, do Grecji, Anatolii i na Bliski Wschód. Dlatego też lud, który Egipcjanie zapisali pod nazwą "šklš" wywodził się z rejonu Śląska, z terenów leżących wokół góry Ślęży i stąd też nosił nazwę: "Ślężan".




Prawdopodobnie więc Ślężanie szli razem z "Medźwiedziami", jako że pierwotne siedziby obu plemion znajdowały się właśnie w rejonie góry Ślęży. Można więc przypuszczać, że skoro Medźwiedzie uderzyli na Anatolię i zdobyli Hattusas, to również wspomagali ich w tym dziele Ślężanie i to oni potem byli nowymi panami tych ziem (zapewne przez jakiś czas), tworząc na zgliszczach Imperium Hetytów swoje nowe państwa (które szybko się zorientalizowały). Warto też pamiętać, że nie tylko Hattusas wówczas spalono. Do tego miasta dołączyło też kilka innych hetyckich ośrodków, jak choćby Karaoglan, Alisar a także mniejsze osady w centralnej Anatolii.     


 
KIZZUWATNA




 W czasach Hetytów była to niezwykle bogata i potężna prowincja, która leżała w południowej Anatolii (rejon Cylicji). Krainą tą władali królowie, którzy co prawda byli zależni od władców z Hattusas, ale posiadali bardzo daleko idącą autonomię wewnętrzną, zaś w traktatach zawsze byli wymieniani jako równorzędni z Hetytami. Poza tym bogactwo, jakie owi królowie zdobywali na handlu lewantyńskim, powodowało, że kraina ta była niezwykle ważna dla Imperium Hetytów i to nawet wówczas, gdy podjęli oni walkę z Egiptem o Syrię i nieco mniejszą uwagę przykładali do spraw Kizzuwatny. Największym i najbogatszym miastem tej krainy, było Ura w zachodniej części kraju. Głównym miastem zaś i siedzibą władcy była Tarsa (Tars). Wiadomo że "Ludy Morza" zniszczyły tutaj miasto Malluma, leżące na południowy-wschód od Tarsy, oraz samą Tarsę.   



CO BYŁO DALEJ?




Prawdopodobnie ludy słowiańskie, które przeorały całą Anatolię, nie osiedliły się na jej terenie, lub też osiedliły się na krótko i pomaszerowali dalej do Syrii i ku Egiptowi. Faktem jednak jest, że kultura krajów powstałych na zgliszczach państwa hetyckiego, przestała opierać się o mezopotamskie pismo klinowe - jak było dotychczas - i wytworzyła nowy rodzaj pisma, zwanego dziś "hieroglificznym luwijskim" lub "hetyckim". Stosowano je jednak głównie do uroczystych inskrypcji spisywanych na kamieniu i praktycznie przestano wykorzystywać je do zapisywania relacji handlowych (które w tamtym czasie znacznie podupadły). Pojawiły się zaś małe królestwa neo-hetyckie (niestety nie wiadomo czy północni najeźdźcy również się tam osiedlali i można na ten temat jedynie dywagować) które powstały wokół miast: Adany - księstwo Kue (jest to moja osobista nazwa ustrojowa, jako że w starożytności, w przeciwieństwie do średniowiecza, nie dzielono władców na tych noszących korony i tych będących książętami. Tak naprawdę nawet najmniejszy wielmoża, władający zaledwie kilkoma miastami mógł się tytułować królem i za takiego był wówczas uważany, a dopiero w średniowieczu wprowadzono hierarchię, określając relację lenną pomiędzy królami-suwerenami władającymi całymi państwami i ich lennikami - książętami, odpowiedzialnymi za określone, często rodowo im przypisane domeny). W rejonie miasta Malatya powstało księstwo Melid, dalej na południe od niego księstwo Kummuhi, następnie księstwo Gurgum z ośrodkiem w Maras (na ziemiach północno-zachodniej Kizzuwatny), potem Hillaku i Tabal i jeszcze kilka mniejszych. Przetrwały ono ponad 300 lat, do czasu, aż rosnąca w siłę Asyria po kolei je wszystkie sobie podporządkowała (w IX wieku p.n.e.) A tymczasem po dokonaniu inwazji na mykeńską Grecję i Troję i wcześniejszym spustoszeniu Anatolii, kolejna fala plemion z Północy ruszyła w kierunku Syrii i do Egiptu. 






CDN.