Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 8 września 2024

POWYBORCZY HUMOR - Cz. X

POLITYCZNE MEMY



KOLEJNA ODSŁONA POLITYCZNYCH MEMÓW NA NIEDZIELĘ 



SĘDZIOWSKA Z SAMOKRYTYKA 
CZYLI BIAŁORUŚ 2-0



FÜHRER



BIAŁORUŚ - ROSJA... KOREA PÓŁ...

 

MAMY TO - CPK JEDNAK BĘDZIE BUDOWANE, CO PRAWDA W NIEMCZECH ALE JAKA TO RÓŻNICA DLA UŚMIECHNIĘTYCH JEBAĆPISÓW?





ORLEN UTOPIONY?!



REPARACJE ZAORANE?!



ALE ZA TO NIEMCY FINANSUJĄ KAMPUS "CZASKOSKIEGO"



O, I ZAPOMNIAŁBYM - ODNALAZŁY SIĘ DZIECI Z MICHAŁOWA. JADĄ WŁAŚNIE PIERWSZĄ TRANSZĄ Z NIEMIEC 🤭

 

DONALD T...






I JESZCZE JEDNO





piątek, 6 września 2024

ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. II

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO PRZYŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)





KONRAD I MAZOWIECKI
Cz. II



WŁADYSŁAW II WYGNANIEC



 Kraj więc został podzielony pomiędzy braci, ale oficjalnie utrzymana została jedność państwa, gdyż to senior decydował zarówno o polityce zagranicznej (np. o wojnie, w której to oczywiście musieli uczestniczyć juniorzy, czyli bracia Władysława II) jak również o polityce wewnętrznej (w tym o mianowaniu kasztelanów i komesów). Taka była wola Bolesława Krzywoustego, utrzymania jedności kraju i tego też pragnął Władysław. Wydaje się że wystarczyła mu władza seniora jaką uzyskał w testamencie ojca i nie pragnął też pozbawiać swych braci poszczególnych dzielnic, ale jego małżonka - Agnieszka z Babenbergu była kobietą znacznie bardziej ambitną i żądną władzy. Nie podobały jej się rządy na Wschodzie, nie potrafiła zrozumieć że tutaj mianowani przez księcia komesowie, odznaczają się niezwykłą śmiałością i osobistym pragnieniem wolności, którą to utożsamiała z barbarzyństwem. Urodzona i wychowana na dworze swego ojca, margrabiego Austrii Leopolda III, przywykła do tamtejszej "dworszczyzny", czyli swoistego rozbicia dzielnicowego jakie już wówczas ogarniało Niemcy w coraz większym stopniu, a charakteryzowało się to tworzeniem lokalnych dworów z władcami o kompetencjach praktycznie równych cesarskim. Ślub z Władysławem II traktowała jako odskocznię do przejęcia całej schedy po Bolesławie, dlatego też bardzo nie spodobał jej się podział państwa na dzielnice, zajęte przez młodszych braci jej męża. Starała się więc przekonać Władysława różnymi sposobami, również erotycznymi (o czym wspomina chociażby mistrz Wincenty Kadłubek: "Tem smutniej panował, im rozkoszniej żony ulegał pieszczotom"). Właśnie dzięki swym powabnym kształtom i zmysłowym staraniom, udało się Agnieszce całkowicie uzależnić Władysława od siebie (Kadłubek pisze bowiem: "Nie łatwo nad żoną otrzymać górę, gdy się jej raz nad sobą panować pozwoli, a namiętność tej która zwycięży nie poprzestaje na małem i dopiero ustępuje wtenczas, aż wszystkie karki zegnie pod swoje jarzmo"). Agnieszka z Babenbergu nie była szczęśliwa w Polsce. Ponoć odrzuciła polskie stroje, jak również polskie jadło i pragnęła tylko niepodzielnej władzy dla swego małżonka, a poprzez niego dla siebie samej (ponieważ zaś odznaczała się urodą, posunęła się nawet do zdrady swego męża z pewnym rycerzem z Niemiec, który nosił słowiańskie imię Dobiesz. Ale zakochany w niej po uszy Władysław niczego nie dostrzegał. Nie ma jednak pewności czy rzeczywiście doszło do jakiejkolwiek zdrady, i czy ta historia nie została po prostu zmyślona - łatwiej bowiem zgonić winę za niedotrzymanie zapisów ojcowskiego testamentu na "podłą Niemkę", niż analizowanie innych kwestii związanych chociażby z ambicją samej Salomei z Bergu - matki pozostałych braci Władysława, swoją drogą również Niemki).

Najprawdopodobniej doszło też do nieoficialnego konfliktu pomiędzy dwoma kobietami (dwoma Niemkami) - Salomeą z Bergu, wiodącą samotny żywot w Małogoszczy (bowiem jej najmłodszy syn Kazimierz Sprawiedliwy pozostawał pod opieką Władysław w Krakowie), a Agnieszką z Babenbergu o pełną kontrolę nad piastowskim krajem (Kadłubek pisze wprost o "Lechij"). Tak więc siedząc samotnie w Małogoszczy (i nudząc się potwornie), Salomea napisała list do brata Ottona (że Stuzelinga) w Zwiefalten (w tamtejszym klasztorze przebywała jako mniszka jej córka Gertruda). Pragnęła bowiem Salomea móc porozmawiać z kimś kogo znała i brat Otto przyjechał do Małogoszczy (grudzień 1140 r.). Obecnie był on mnichem, ale za młodu służył jako rycerz, walcząc w Ziemi Świętej z Maurami i odniósł tam kilka zwycięstw, jak również zarobił kilka ran. W tym czasie jednak Otton był już starcem (a jak pisze Kadłubek jednocześnie duchowym "mistrzem" Salomei). Przybył on w towarzystwie znacznie młodszych od siebie braci zakonnych: Otrlieba i Gernoda. Tak więc trzej niemieccy rycerze przez Śląsk (czyli dzielnicę Władysława) nie zatrzymując się w Krakowie, pojechali prosto do Małogoszczy. Była to niewielka miejscowość, a księżna Salomea żyła tam w dosyć prostych (jak na jej pozycję) warunkach. Trzej mnisi byli bardzo zdziwieni jej warunkami, a sami (nie widząc większych grodów i nie zatrzymując się tam), uznali że cała Polska składa się z takich chałup jak w Małogoszczy i woleli spać pod namiotami. Przywieźli Salomei jednak wieści o jej córce Gertrudzie i o jej bracie Dypoldzie - hrabim Bergu. Salomea zabrała ich w podróż, aby pokazać swoje włości, a potem pokazała im swoje skarby, zgromadzone w kościele parafialnym w Małogoszczy, a następnie pozwoliła im zabrać te, które im się spodobały (a były tam ponoć nie tylko złote krzyże, ale również skarby wartości religijnej, jak choćby niewielki fragment Krzyża Świętego na którym skonał Chrystus, ząb św. Jana Chrzciciela, ząb św. Pankracego i św. Cecylii, cząstka krwi Chrystusowej i ampułka z mlekiem Najświętszej Panny Marii i ręka św. Szczepana (swoją drogą nieźle robiono wówczas ludzi w konia, a kto miał głowę do interesów to mógł naprawdę zarobić na tych wszystkich artefaktach, dorabiając do tego jeszcze ciekawą historię, jakoby przybył z Ziemi Świętej skąd przywiózł te wszystkie cudowne przedmioty 😉). Trzej niemieccy zakonnicy byli wprost oczarowani i zafascynowani relikwiami Salomei.


"A TE RLIKWIE, WAŻNE JAKIE? 

"MAM KOPYTKO OSIOŁKA KTÓRYM ŚWIĘTA FAMILIA UCIEKAŁA DO EGIPTU, MAM PIÓRO ZE SKRZYDEŁ ARCHANIOŁA GABRIELA KTÓRE ZGUBIŁ W CZASIE ZWIASTOWANIA 😂, SZCZEBEL Z DRABINY KTÓRA SIĘ ŚNIŁA JAKUBOWI 😭, I AMPUŁKĘ WIATRU WIEJĄCEGO KIEDYŚ W STAJENCE BETLEJEMSKIEJ 🤭



Zimą roku 1141 z inicjatywy Salomei do Łęczycy zwołano zjazd rodzinny w którym uczestniczyli pozostali synowie Salomei (czyli Bolesław Kędzierzawy i Mieszko zwany potem Starym, zabrakło jednak Henryka Sandomierskiego, gdyż było to jeszcze dziecko ok. 10-letnie i nie mogło samodzielnie decydować o sprawach państwowych). Salomea zamierzała bowiem zasięgnąć ich opinii co do małżeństwa ich najmłodszej siostry, trzyletniej wówczas Agnieszki, za jednego z książąt ruskich. Teoretycznie zjazd ten był normalnym spotkaniem rodzinnym, w praktyce jednak było to jawne rzucenie rękawicy w stronę Władysława i podważenie jego zwierzchnich praw do decydowania o rodzinie i polityce państwa (bowiem każde małżeństwo księżniczki z obcym władcą, to zawsze była sprawa polityczna). Podczas tego spotkania doszło też do sporu Mieszka z Kazimierzem o miejscowość Kwieciszów (leżącą na pograniczu ich dzielnic). Salomea jednak (nie pragnąc walk pomiędzy własnymi dziećmi, a starając się raczej nakierować ich przeciw bratu przyrodniemu - Władysławowi), poprosiła synów aby podarowali jej tę wieś, gdyż pragnie tam ufundować kościół, na co oczywiście obaj bracia wyrazili zgodę i w ten sposób zakończyli spór. Następnie radzono nad losem Agnieszki, którą pierwotnie matka miała oddać do klasztoru w Zwiefalten (podobnie jak uczyniła to z Gertrudą), ale obecnie zastanawiano się czy nie lepiej wydać ją za mąż np. za władcę Rusi Kijowskiej lub Węgier, aby w ten sposób zapewnić wsparcie juniorom, na wypadek gdyby Władysław zapragnął odebrać im dzielnice (na tym zjeździe obecni byli wspomniani wyżej trzej niemieccy mnisi, którzy wracając następnie przez ziemię Mieszka, czyli Wielkopolskę - prawdopodobnie zahaczyli również o Płock - już w marcu 1141 r. byli w Zwiefalten (Wirtembergia), jeszcze przed Wielkanocą. Przebywali więc na ziemiach polskich raptem zaledwie trzy miesiące, zaś zjazd łęczycki - choć nigdzie nie jest wyjaśnione którego dokładnie miesiąca się odbył - musiał przypaść najpóźniej na luty 1141 r.). Ostatecznie zaradzono że Agnieszka powinna zostać wydana za mąż za księcia włodzimiersko-wołyńskiego Mścisława II Chrobrego, czym otwarcie podważono senioralne prawo Władysława do decydowania o polityce państwa polskiego.

Władysław przełknął tę pigułkę upokorzenia i postanowił nie wszczynać działań przeciwko braciom, ale jego małżonka -  Agnieszka z Babenbergu uznała, że tak być nie może, że Władysław jako książę zwierzchni ma prawo decydować o wszystkich sprawach związanych z rodziną i z państwem. W tym czasie (od marca 1138 r.) na tronie Niemiec zasiadał Konrad III  (daleki kuzyn Agnieszki), pierwszy "król Rzymian" z rodu Staufów . Dodatkowo w lutym 1140 r. zmarł dotychczasowy książę Czech - Sobiesław I z rodu Przemyślidów, a na tron wstąpił jego syn Władysław II, którego możni czescy (wraz z biskupem ołomunieckim - Henrykiem Zdikiem na czele) szybko ożenili z Gertrudą Rakuską (przyrodnią siostrą Konrada III). Taka sytuacja bardzo odpowiadała Agnieszce i uznała że Władysław może uzyskać wsparcie właśnie ze strony Czech (a być może również z Niemiec) w walce ze swymi braćmi. Tym bardziej że Władysław II czeski szybko okazał się księciem niezwykle sprawnym, gdyż możni początkowo wysuwając go na księcia (Czechy były wówczas lennem Rzeszy, a raczej Cesarstwa Rzymskiego, bo nawet nazwa "Niemcy" oficjalnie nie istniała), myśleli że będzie to książę im posłuszny i powolny i łatwo będzie można nim manipulować. Okazało się zupełnie inaczej, Władysław II szybko wziął się do pracy, ograniczył władzę czeskich i morawskich wielmożów, a po górach wieszał rozbójników, tym samym jednocząc kraj pod swymi rządami. Agnieszka z Babenbergu stawiała jego właśnie za przykład dla swego małżonka, jak powinien postępować i że powinien zjednoczyć kraj, odbierając dzielnice swym braciom, którzy w Łęczycy napluli mu w twarz, jako seniorowi. Tymczasem w Czechach sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy możni czescy sprzymierzyli się z morawskimi i wybierając na księcia Konrada ze Znojma (z bocznej linii przemyślidów), rzucili wyzwanie Władysławowi II. W bitwie pod Wysoką Górą (22 kwietnia 1142 r.) buntownicy pokonali Władysława (poprzez zdradę części oddziałów wiernych dotąd księciu, które przeszły na stronę buntowników). Władysław umocnił się jedynie w Pradze, gdzie osobiście doglądał przygotowań do obrony (w czym pomagał mu brat Dypold i żona Gertruda). Drugi brat księcia - Henryk wyjechał do Niemiec, do Wurzburga gdzie znajdował się Konrad III, z prośbą o pomoc i wsparcie. Konrad jednak niechętnie przystał na wsparcie dla swej siostry i jej małżonka, ale ostatecznie wyprawił się do Czech. W tym czasie oblegający Pragę spalili znaczną część tamtejszych budynków (w tym klasztor św. Wita), ale na wiadomość o nadciąganiu rycerzy niemieckich, Konrad ze Znojma wycofał się spod Pragi na Morawy, a do czeskiej stolicy wkroczył Konrad III, witany uroczyście przez Władysława II i Gertrudę. Król Rzymian kazał jednak zapłacić sobie za wsparcie (chociaż jego rycerze nie wzięli udziału w walkach) i przebywał w Pradze tak długo, aż Władysław nie zwrócił mu pełnej sumy której zażądał za wsparcie. Biorąc teraz przykład z Władysława, pan na Wawelu musiałby się zgodzić na niemiecką opiekę i protekcję, czego zapewne pragnęła Agnieszka, ale do czego nigdy wcześniej nie doszło od czasów Bolesława Chrobrego (992-1018).


AGNIESZKA z BABENBERGU



Ponieważ sytuacja w Czechach na razie nie została rozwiązana (Konrad ze Znojma umocnił się na Morawach, a Władysława czekała jeszcze z nim rozprawa orężna), Władysław II syn bolesławowy nie mógł liczyć na wsparcie Czechów, ale wszedł w sojusz z Rusinami, a konkretnie z księciem kijowskim Wsiewołodem II Cyrylem, zaręczając swego syna Bolesława Wysokiego z córką Wsiewołoda - Zwienisławą (1141 r.). Do małżeństwa doszło w roku następnym, gdy Wsiewołod wysłał córkę do Krakowa i tam też nastąpił jej ożenek z Bolesławem Wysokim (miał on wówczas ok. 15 lat, a Zwienisława - w polskich źródłach zwana Wisławą - była młodsza od niego co najmniej o lat pięć). Teraz mając poparcie księcia kijowskiego, Władysław II zwołał zjazd możnych do Krakowa, na którym oskarżył braci o podważanie testamentu ojca i próbę pozbawienia go senioralnej władzy nad krajem. Jednocześnie Władysław wykazał niezwykłą surowość, polecił po swych dzielnicach zbierać podatki do skarbu na wojnę z braćmi, a urzędnikom swym nakazywał bezwzględne posłuszeństwo, grożąc w przeciwnym razie karą głowy. Juniorzy, gdy się wydało że Władysław przygotowuje się do wojny, oni zaś byli tym zupełnie zaskoczeni i nieprzygotowani, poczęli słać do Krakowa listy iż są wiernymi braćmi i nigdy nie podważali władzy senioralnej Władysława. Nadaremnie, pod wpływem Agnieszki z Babenbergu Władysław był zdecydowany pozbawić swych młodszych braci ich dzielnic, a tym samym dokonać zamachu na testament ojca. Za juniorami opowiedzieli się możni panowie, łącznie z nijakim Wszeborem -  sławnym rycerzem, a obecnie wojewodą sandomierskim w imieniu małoletniego księcia Henryka. Władysławowi jednak zbrojne hufce przysłał książę Wsiewołod (dowodził nimi jego syn i nowy książę wołyński - Świętosław). Wspomógł go jego kuzyn Izasław Dawidowicz oraz z książę Halicza - Włodzimirko (Włodzimierz). Wszyscy oni szli po łupy i palili głównie nieobsadzone grody oraz wsie, uprowadzając okoliczną ludność w niewolę. Dobrym przyjacielem Władysława był wówczas jeszcze wojewoda wrocławski - Piotr Dunin, który mocno poróżniony z księżną Agnieszką, starał się mu wyperswadować wojnę z braćmi. To głównie obu panów poróżniło, tym bardziej że w przypływie złości jeden i drugi zaczęli sobie wyrzucać że ich żony mają kochanków (w przypadku Władysława zapewne chodziło o owego wyżej wymienionego rycerza Dobiesza, którego Władysław kazał uwięzić, a następnie wyłupił mu oczy i odciął język). Ogólnie rzecz biorą Piotr Dunin również utracił względy Władysława.




Wojsko Władysława ruszyło na Sandomierz, którego bronił Wszebor, ale dzięki wsparciu Rusinów zostało zdobyte (1142 r.). Zdobył też książę Władysław kilka innych grodów, ale juniorzy prosząc go o zaprzestanie walk (do tego doszło niezadowolenie w kraju wszczętą wojną domową i bunt możnych) i to wszystko razem wzięte zmusiło Władysława do zakończenia wojny przeciw braciom (ku niezadowoleniu księżnej Agnieszki). Tymczasem w Niemczech, po śmierci cesarza Lotara III (grudzień 1137 r.) możni Cesarstwa na nowego "króla Rzymian" wybrali młodszego brata księcia Szwabii Fryderyka II Jednookiego - Konrada (syna Fryderyka I) pierwszego z linii Staufów. Jego poważnym konkurentem do tronu Cesarstwa był książę Bawarii - Henryk X Pyszny z rodu Welfów. W chwili śmierci Lotara, to właśnie Henryk Pyszny był najpoważniejszym kandydatem do tronu Cesarstwa, a jednocześnie najmajętniejszym. Ożeniony z Gertrudą (córką Lotara III) oprócz Bawarii odziedziczył także i Saksonię (i znajdujące się tu posiadłości Supplinburgów - rodu jego małżonki), a także zdobyczne posiadłości w Italii. Był więc najsilniejszym kandydatem do tronu, ale paradoksalnie to właśnie ten majątek i ta władza okazały się być przeszkodą do zdobycia tronu Rzeszy. Możni Cesarstwa woleli znacznie mniej potężnego Konrada ze Szwabii, niż Henryka Pysznego. Zaraz po swym wyborze na króla (marzec 1138 r.) Konrad III wołał sejm Rzeszy do Wurzburga, na którym Henryka pozbawiono nie tylko dziedzictwa po Lotarze, ale również jego własnego księstwa bawarskiego, a to już oznaczało wojnę. Oczywiście Konradowi nie chodziło o to, aby przejąć te ziemie dla siebie gdyż jako feudalny cesarz miał pod sobą swoich lenników, możnych, którzy go wynieśli na tron i którzy domagali się w zamian zapłaty. Podzielił więc odebrane Henrykowi Pysznemu ziemie, i tak księstwo Saksonii otrzymał hrabia Ballenstetu, Albrecht Niedźwiedź - spoglądający łakomym wzrokiem na ziemie Słowian Połabskich (z ich ośrodkiem w Brennie. To są dokładnie te ziemie, na których dziś znajduje się miasto Berlin. Notabene Adolf Hitler prócz Fryderyka Wielkiego, cenił właśnie Henryka Ptasznika i Albrechta Niedźwiedzia, którzy mieli rozszerzać niemczyznę na Wschód. Notabene Albrecht Niedźwiedź poniesie klęskę z rąk polskiego wielmoży, niejakiego Jaksy z Połabia, dzięki czemu Brenna - czyli tereny Berlina - na prawie pół wieku wejdą pod panowanie Polski 1150-1197). Bawarię zaś oddał Konrad margrabiemu na Rakuszach (czyli Austrii) Leopoldowi III z Babenbergów (ojcu księżnej Agnieszki, żony Władysława). Oczywiście Henryk Pyszny nie zamierzał tak łatwo się poddawać i godzić na pozbawienie go wszystkich majętności przez króla, pochodzącego z wrogiego stronnictwa. Przystąpił więc do walki i to z nadzwyczaj dobrym skutkiem.

Jeszcze w 1138 r. wyparł Albrechta Niedźwiedzia z Saksonii (gdzie zapewnił ciągłość panowania swego rodu, przekazując kraj w ręce swego syna - Henryka III Lwa). Zaś obroną Bawarii dowodził brat Henryka Pysznego Welf VI (wspierany finansowo przez niechętnego Staufom króla Sycylii - Rogera II). Jedynym tak naprawdę osiągnięciem Konrada III w tej wojnie domowej, było zagarnięcie posiadłości Welfów w Szwabii, ale nie miał co marzyć o tym, aby ich pokonać i urzeczywistnić postanowienia sejmu z Wurzburga (choć w październiku 1139 r. Henryk X Pyszny zmarł, pozostawiając na polu walki swego syna i brata). Tym bardziej że Konrad III dał się przekonać do bardzo popularnej w tamtym czasie idei krucjat i zamyślał o wyprawie do Anatolii przeciwko Turkom Seldżuckim. Natomiast Władysław II nie mogąc uzyskać wsparcia ani z Czech (gdyż tam jego szwagier wciąż nie pokonał jeszcze Konrada ze Znojma), ani z Rzeszy, musiał zgodzić się w 1142 r. na pokój z braćmi i oddanie im zajętych przez siebie twierdz. Dla księżnej Agnieszki to była katastrofa, dlatego też dążyła do rozpętania kolejnej wojny domowej z juniorami.


ALBRECHT NIEDŹWIEDŹ 



CDN.
 

czwartek, 5 września 2024

ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. I

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO PRZYŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)




 Był czas w naszych dziejach, kiedy sięgaliśmy naprawdę daleko i to nie tylko na Wschód, ale również na Północ, Południe i... Zachód. Był czas gdy Moskwa mówiła po polsku, a Anglicy, Francuzi czy nawet Niemcy próbując robić interesy handlowe z Moskwą, musieli w kontaktach z tym państwem używać języka polskiego (m.in.: bo używano również greckiego i włoskiego). Był czas gdy Polacy władali ziemiami na których dzisiaj leży miasto Berlin, a także czas gdy Morze Bałtyckie i Morze Czarne zjednoczone zostały przez mocarstwo Jagiellonów. W tym temacie przede wszystkim chciałbym opisać w jaki sposób do Polski zostały przyłączone Prusy Królewskie, jak Prusy Książęce pragnęły pójść w ślady tych pierwszych, oraz w jaki sposób Inflanty stały się częścią ziem polsko-litewskiego państwa. Do podjęcia się tego tematu tak naprawdę zainspirował mnie pewien człowiek który nosi tytuł doktora historii, aczkolwiek wygaduje tak wierutne bzdury, że postanowiłem (na swój własny, skromny sposób dać odpór tym bredniom), a nazywa się Piotr Napierała. Przyznam się szczerze że ów pan nie był mi znany przez dłuższy czas, ale ponieważ udziela się zarówno na X-ie i YouTubie, to wpadł mi w oko i obejrzałem kilka jego filmów. Ogólnie rzecz biorąc nie polecam tego kanału (chyba że ktoś lubi katować się propagandą naszych zaborców, bo to jest wypisz wymaluj dokładnie to samo), ale ponieważ te jego toksyczne treści (bo naprawdę słuchając go, czułem się jakby mi ktoś na siłę wciskał do głowy rzeczy dobrze mi znane z propagandy zarówno krajów zaborczych, jak i hitlerowskich Niemiec czy Związku Sowieckiego, a ponieważ poznałem te techniki manipulacji dosyć dobrze, więc wydaje mi się że zaszczepiłem się na tego typu propagandowe treści). Ogólnie wszystko sprowadza się do tego że oczywiście Polska nigdy nie była żadnym imperium (imperium nie, ale mocarstwem byliśmy), że tak naprawdę nie panowała nad tak zwanym przesmykiem bałtycko-czarnomorskim (udowodnię w tym temacie że było zupełnie inaczej), i że w ogóle wolność to narodziła się tak naprawdę w Holandii a nie u nas (🤭😂). Ale jedna rzecz przekonała mnie że pan Napierała tak naprawdę nie jest żadnym historykiem, tylko zwykłym propagandystą, a mianowicie stwierdzenie że prof. Andrzej Nowak (człowiek o nieprawdopodobnie wielkim dorobku naukowym), nie jest dla niego historykiem, tylko (jak on to nazwał): "pisowskim propagandystą". Ta jedna rzecz tak naprawdę przekonała mnie że z panem Napierałą tak naprawdę nie ma sensu dyskutować, bo skoro nie szanuję dorobku naukowego innych ludzi, to jego samego również nie warto szanować (tym bardziej że sieje antypolską propagandę - nazywajmy bowiem rzeczy po imieniu). 






W tym temacie pragnę więc nie tylko opisać spory polsko-krzyżackie (począwszy od zajęcia przez Zakon Krzyżacki Pomorza Gdańskiego w 1309 r.) aż do odzyskania całej tej ziemi w roku 1466, oraz w jaki sposób Inflanty stały się częścią Rzeczpospolitej. Wydaje mi się bowiem że o ile ten pierwszy temat związany z Pomorzem Gdańskim jest mniej więcej Polakom znany (z naciskiem na mniej), o tyle ten drugi, czyli pozyskanie Inflant jest kompletnie nieznane, a jest to bardzo ciekawy i niezwykle fascynujący okres, tym bardziej że Inflanty (czyli Kurlandia i Semigalia a także Inflanty Polskie) były częścią ziem polskich od roku 1561 aż do końca istnienia I Rzeczypospolitej, czyli do 1795 r. Zresztą przetrwało to również w kulturze (chociażby w powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza pt.: "Kariera Nikodema Dyzmy" wydanej w 1932 r. główny bohater podaje się właśnie za przedstawiciela szlachty kurlandzkiej).




Warto więc pamiętać że ogromna część obszaru Bałtyku, kontrolowana była wówczas przez Rzeczpospolitan, ale przecież nie tylko. Jest takie powiedzenie, że w czasach Wielkiej Rzeczpospolitej Polaka mówiącego iż wyjeżdża nad morze, pytano się nad które, i rzeczywiście, gdyż nie tylko Bałtyk ale również Morze Czarne było spięte tym Jagiellońskim łańcuchem polsko-litewskiego mocarstwa. Więc i w tym temacie nie pominę polskiej obecności nad Morzem Czarnym, oraz polskich portów które tam istniały. Tak na przekór propagandzie sianej przez pana Napierałę. Oczywiście warto też wybrać się na Zachód, na ziemie należące dziś do Niemiec, a raczej na ziemie, na których dzisiaj leży Berlin, a które również znajdowały się w rękach Polaków (o tym wydaje mi się wie jeszcze mniej naszych rodaków, niż o Inflantach i Pomorzu). Zatem (żeby już nie przedłużać) przejdźmy wreszcie do tematu.



VARIA




 W marcu Roku Pańskiego 1226 r. w Borgo San Donnino (dziś Fidenza we Włoszech), doszło do spotkania posłów wysłanych przez księcia mazowieckiego - Konrada I, z cesarzem rzymskim - Fryderykiem II Hohenstaufem (który reprezentował tam wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego Domu Niemieckiego w Jerozolimie - Hermanna von Salzę). Tematem rozmów było ofiarowanie przez księcia Konrada ziem pogańskich Prusów, w ręce Zakonu rycerskiego misjonarzy niemieckich, w celu ochrony pogranicza mazowieckiego i chrystianizacji Prusów. W wydanej w Paryżu (w drukarni Martinet) w 1860 r. "Historyi Polskiej" Tekli Wołowskiej jest zapisane o tym wydarzeniu: "Popełnił Konrad obrazę narodowej godności, uznając konieczność obcej obrony, i oraz błąd wielki, że się nie udał do najskuteczniejszej z czasem duchowej pomocy, przekonywania przez świętej religii zasady". Konrad Mazowiecki oczywiście ściągnął rycerzy zakonników po to, aby uchronili jego ziemie przed ciągłymi atakami pogańskich Prusów, które były bardzo uciążliwe, a kolejne wyprawy przeciwko nim na niewiele się zdawały, gdyż nawet jeśli zajmowano jakieś ziemie w Prusach, to z czasem i tak musiano się stamtąd wycofać, a wówczas Prusowie powracali i wszystko zaczynało się od nowa. Konrad I uznał więc, że lepiej będzie ofiarować Prusy Zakonowi Krzyżackiemu (który miał regułę misyjną) i stworzyć tam "Państwo Chrystusowe", niż nieustannie wyprawiać się zbrojnie przeciwko Prusom w kampaniach, które nie przynosiły trwałego rezultatu. Wcześniej co prawda książę powołał swój własny Zakon rycerski Braci Dobrzyńskich (ok. 1217 r. a oficjalnie w 1228 r.), ale byli oni bardzo nieliczni i ponosili porażki z rąk Prusów. W rozumieniu Konrada nie było więc innego wyjścia jak sprowadzić rycerzy, którzy mieli doświadczenie w walkach z niewiernymi w Palestynie, tym bardziej że Krzyżacy wówczas intensywnie szukali nowego miejsca do osiedlenia się, zatem syn Kazimierza II Sprawiedliwego postanowił ściągnąć ich na Mazowsze i ofiarować Ziemię Dobrzyńską, jako punkt wyjścia pod ekspansję na tereny Prusów.



KONRAD I MAZOWIECKI
Cz. I





 Był od synem księcia Kazimierza II Sprawiedliwego i wnukiem Bolesława III Krzywoustego. Jego dziad (umierając w październiku roku 1138), ogłosił swój polityczny testament (do takiego właśnie rozumienia testamentu Krzywoustego przyzwyczaił nas mistrz Wincenty Kadłubek, spisujący dzieje Królestwa Polskiego w wieku XV. Tak naprawdę jednak testament Bolesława Krzywoustego nie został podyktowany na łożu jego śmierci, a sporządzony kilka lat wcześniej i prawdopodobnie również wysłany do zatwierdzenia Stolicy Apostolskiej - chociaż nie zachował się żaden pisemny egzemplarz. Tak więc był on znany już znacznie wcześniej, natomiast rok jego wejścia w życie - czyli 1138 uznaje się również powszechnie jako rok jego powstania). Celem testamentu, w którym Bolesław Krzywousty dzielił Polskę pomiędzy swoich czterech synów (pomijając piątego, ponoć miał stwierdzić że rolą ostatniego syna, czyli właśnie Kazimierza Sprawiedliwego ojca Konrada Mazowieckiego - jest rola piątego koła w czterokołowym wozie. Powszechnie potem uważano że była to pogarda Krzywoustego wobec jego najmłodszego syna, urodzonego właśnie w roku jego śmierci, czyli w 1138, ale historycy z reguły pomijają słowa Krzywoustego, które dodawał on jakoby na marginesie, a brzmiały one, iż w źrenicy swego oka widzi cztery strumienie wzajemnie na siebie spadające, a następnie wysychające, a w miejscu ich zderzenia wzbija piąte źródło wonności). Tylko najstarszy syn był zrodzony z pierwszej żony Bolesława Zbysławy Świętopełkówny Kijowskiej - Władysław, pozostali zaś synowie pochodzili ze związku z drugą żoną Krzywoustego Salomeą z Bergu. 

Najstarszy Władysław (urodzony w roku 1105), uważał się za prawowitego i tak naprawdę jednego dziedzica tronu po ojcu (właśnie dlatego żeby był najstarszy). Gdy miał 6 lat ojciec zaręczył go z Agnieszką, córką Leopolda, margrabiego na Rakuszach (dzisiejsza Austria). Stało się to wkrótce po narodzinach Agnieszki (jeszcze w roku 1111). Do ożenku młodej pary doszło dopiero w roku 1125, gdy Władysław miał prawie 20 lat, a Agnieszka zaledwie 14 (dzięki małżeństwu z nią wszedł Władysław w pokrewieństwo z burgrabią Ratyzbony - Henrykiem i księciem czeskim - Władysławem II z rodu Przemyślidów, którzy pożenili się z siostrami Agnieszki). W chwili śmierci ojca Władysław miał już Agnieszką dwóch synów (Bolesława Wysokiego ur. w 1127 r. i Mieszka Plątonogiego ur. ok. 1131 r.) oraz córkę (Ryksę ur. ok. 1135 r.). Drugim synem Bolesława Krzywoustego który w chwili śmierci ojca pozostał przy życiu (bowiem Krzywousty miał bodajże jeszcze co najmniej dwóch synów którzy zmarli w dzieciństwie), był urodzony w 1122 r. już z Salomei z Bergu Bolesław Kędzierzawy (od koloru jego włosów). Ponoć jego matka rok wcześniej urodziła brata Kędzierzawego - Kazimierza, który zmarł w 1130 r. (stało się to ponoć po sześcioletnim okresie bezpłodności Salomei, w wyniku którego nie mogła ona począć dziecka, ale potem rodziła już zarówno z synów jak i córki). Bolesław Kędzierzawy w 1136 r poślubił Wierzchosławę (zwaną następnie Anastazją), córkę Wsiewołoda, księcia Nowogrodu Wielkiego (dziewczyna w chwili ślubu miała 10 albo 11 lat). Trzecim synem Krzywoustego był Mieczysław (Mieszko) urodzony ok. 1125 r. Czwartym synem był Henryk (urodzony ok. 1130 r. zapewne w 1132). Piątym zaś właśnie Kazimierz Sprawiedliwy (urodzony w 1138 r.). Bolesław Krzywousty miał również kilka córek, chociaż daty ich życia są podawane w przybliżeniu. Najstarszą, zrodzoną jeszcze ze Zbysławy Świętopełkówny, była Judyta (urodzona ok. 1107 r.). 1113 r miała zostać poślubiona księciu stefanowi z Węgier, a zmarła przed rokiem 1125. Miała też być Ryksa, Gertruda (mniszka w klasztorze w Zwiefalten) i Agnieszka (a także prawdopodobnie jeszcze dwie Judyty, chociaż ich istnienie jako córek Bolesława Krzywoustego jest dyskusyjne).


POLSKA ZA BOLESŁAWA III KRZYWOUSTEGO 
(1102-1138)



Bolesław III Krzywousty wyznaczył testament dzielący Polskę pomiędzy synów właśnie dlatego, aby uchronić ich przed walką o władzę, przed bratobójczym okrucieństwem (czego doświadczył sam, gdy walczył o władzę ze swym starszym bratem Zbigniewem w latach 1102-1107, zmuszając go ostatecznie do ucieczki z kraju, a następnie pozwolił mu wrócić w 1111 r. po czym podstępnie go uwięził i oślepił, w wyniku czego Zbigniew zmarł. Potem -1113 r. - przerażony możliwością nałożenia na niego klątwy przez papieża za oślepienie brata, Krzywousty odbył pielgrzymki pokutne do sanktuariów św. Idziego i św. Stefana na Węgrzech, oraz do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie). Bolesław pragnął więc oszczędzić synom wzajemnej walki o władzę, a jednocześnie zapewnić jedność państwa, dzieląc go pomiędzy czterech swych potomków. Dzielnicę najważniejszą, czyli senioralną (ziemię krakowską, sieradzką i oświęcimską) z królewskim miastem Krakowem (który stał się stolicą ok. 1040 r. po wcześniejszym zdobyciu i zniszczeniu pierwszej stolicy państwa polskiego - Gniezna, w czasie wyprawy księcia czeskiego Brzetysława w roku 1039). Kraków był więc wówczas stolicą od prawie 100 lat (oczywiście w tamtym czasie stolicą było zawsze to miasto, w którym głównie przebywał król lub książę). Władysław więc w Krakowie był księciem zwierzchnim, seniorem i opiekunem swoich młodszych braci. Poza tym jako senior otrzymywał również władzę nad Pomorzem, od Zatoki Gdańskiej do Odry.  Natomiast jako swoją własną dzielnicę dostał Śląsk (Górny i Dolny) z głównym miastem Wrocławiem. Drugi syn Bolesław Kędzierzawy otrzymał Mazowsze i Kujawy (z głównym grodem w Płocku). Mieszko zaś dostał Wielkopolskę z głównym grodem w Poznaniu. Czwarty syn Henryk otrzymał Sandomierszczyznę z miastem Sandomierz (wykrojonym z pierwotnej dzielnicy senioralnej Władysława), natomiast najmłodszy - Bolesław Sprawiedliwy nie dostał żadnej dzielnicy i pozostawał pod opieką braci (oraz matki Salomei, która zyskała oprawę wdową w postaci ziemi łęczyckiej i żarnowskiej).


PODZIAŁ POLSKI W TESTAMENCIE BOLESŁAWA III KRZYWOUSTEGO (
1138)



Bolesław III Krzywousty zmarł 28 października 1138 r. w wieku 52 lat (chociaż w innych źródłach mówi się o 54 latach jego żywota). Panował od czerwca 1102 r., czyli od śmierci jego ojca Władysława I Hermana. Przez pierwsze 5 lat władał wraz ze swym bratem Zbigniewem, Bolesław otrzymał od ojca ziemie południowe: Małopolskę (wraz z Krakowem), Sandomierz, Śląsk oraz część Wielkopolski. Zbigniew zaś dostał Mazowsze, ziemię kujawską, łęczycką i wschodnią część Wielkopolski (Pomorze zaś miało być zarządzane przez obu braci, z tym że samo Pomorze Gdańskie kontrolował Zbigniew). Jak już wcześniej wspomniałem 1107 r Bolesław pokonał i wypędził brata z kraju, a ten udał się na dwór cesarza rzymsko-niemieckiego Henryka V, który w 1109 r zorganizował wielką wyprawę na Polskę (zakończoną jego porażką). Od roku 1113 do 1122 Bolesław podporządkowywał sobie Pomorze Gdańskie, w latach 1121 1127 zajął Pomorze Zachodnie wraz z Białogardem, Słupskiem, Kołobrzegiem, Szczecinem, wyspami Wolin i Uznam, Wołogoszczą, Dyminem, Radogoszczą (cztery ostatnie wymienione miasta i wyspy należą dziś do Niemiec). Wielokrotnie interweniował również w Czechach (1110 r., 1114-1115), na Węgrzech (1132 r.), wszedł w zatarg z księciem kijowskim Włodzimierzem Monomachem (1120-1123), a w roku 1135 na zjeździe w Merseburgu Bolesław złożył hołd lenny cesarzowi Lotarowi III z Pomorza Zachodniego i Rugii (jako ciekawostkę dodam tylko - choć nie ma ona związku ani z Bolesławem ani z Lotarem, że w roku 1127 w północnej Frankonii odbył się pierwszy w dziejach Europy turniej rycerski). Teraz rządy przejmowali synowie Bolesława, a właściwie jeden najstarszy senior -  Władysław II, który wkrótce otrzyma przydomek "Wygnańca".


CDN.

wtorek, 3 września 2024

MUZYCZNY MISZMASZ

CZYLI PIOSENKI ŚWIATA WEDŁUG KIEPSKICH KTÓRE WPADAJĄ W UCHO



 Dziś temat nieco swobodniejszy, jako że jest już zbyt późno abym przystępował do poważniejszych tematów (choć wcześniej -  pomimo tego że planowałem - ale ostatecznie nie udało mi się tego urzeczywistnić, szczególnie że kwestie związane z firmą dzisiaj zabrały mi więcej czasu niż pierwotnie planowałem, a poza tym trzeba też się zająć swoją Panią, bo jak wiadomo kobiety nie należy zaniedbywać 😉), postanowiłem więc pokazać kilka ciekawszych) według mnie) piosenek z serialu "Świat według Kiepskich" które łatwo wpadają w ucho. Zatem bez zbytniego przedłużania:



JEDNO Z MOICH "ULUBIENYCH"
(JAK MÓWI ARNOLD BOCZEK) 


"Szanowny panie ferdku, w tym trudnym dla pana momencie, w tym kryzysie psychofizycznym, chciałbym zaśpiewać dla pana tę piękną wietnamską pieśń, która postawi pana na nogi i przywróci chęć do życia"

"Wolałbym, wolałbym nie" 😂




SYNEK, WSTAĆ POD KIBLEM NIE WYPADA GDY U KIEPSKICH DZIŚ BIESIADA" 😄




"TU W EGIPCIE NAD TYM NILEM... BUDUJEMY PIRAMIDĘ OD CZTERECH STULECI... CO TO BĘDZIE JAK SIĘ KIEDYŚ K...WA TO ZAWALI" 😙




"W PUERTO RICO TO SIĘ DZIAŁO... PILI DRINKI JEDLI LODY, ONA STARA, A ON MŁODY" 🤭




COUNTRY KURDE!




"RAZ POD WOZEM RAZ NA WOZIE, TAK SIĘ ŻYJE W BANDEROZIE, KTÓRĄ CZASEM W TELEWIZJI POLSKĄ ZWĄ, DZISIAJ ŻYJESZ JUTRO GNIJESZ, CO ZAROBISZ TO PRZEPIJESZ, TO WYRAZIĆ DZISIAJ PRAGNĘ PIOSNKĄ TĄ"




ARNOLD BOCZEK SONG

"PRZYJECHAŁEM DO WARSZAWY BO MAM TUTAJ WAŻNE SPRAWY, TUTAJ ŻYJE, TUTAJ PIJE, TUTAJ GONIE KASĘ KIJEM" 




NA KONIEC DWA CIEKAWE SPOSTRZEŻENIA O SENSIE ŻYCIA I O SĄSIEDZKIEJ SZCZEROŚCI


"MYŚLĘ HALINKA, JAK TO ŻYCIE PRZESZŁO. DOPIERO CO ŻEM W KAPSLE Z KOLEGAMI NA PODWÓRKU GRAŁ, A TU ŻONA, DZIECI, TELEWIZOR"

"I JESZCZE JAKAŚ PRACA BY SIĘ PRZYDAŁA"

"HALINKA, TY TO WSZYSTKO TAK PRZYZIEMNIE 😂 




"KTO PAN JEST TO WIADOMO, BO PAN TEGO NIE UKRYWASZ"

"OCZYWIŚCIE, I KTO PAN JEST TEŻ WIADOMO, BO PAN TEŻ TEGO NIE UKRYWASZ"

"CZYLI KTO?"

"PAN JESTEŚ: NIERÓB, PIJAK, PASOŻYT"

"A PAN JESTEŚ: MENDA ŚWINIA I ZŁODZIEJ"  😂



DOBRANOC

poniedziałek, 2 września 2024

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... Cz. VI

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ




 Wracam do tego tematu nie tylko ze względu na przypadającą dziś 85 rocznicę bandyckiego ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę i tym samym rozpoczęcia II Wojny Światowej, ale również dla pewnej refleksji. Mianowicie (po raz któryś z rzędu) obejrzałem dziś niemiecki film "Upadek" z 2004 r. w reżyserii Hirschbiegela, opowiadający o ostatnich dniach spędzonych przez Hitlera i jego kamarylę w bunkrze kancelarii Rzeszy w Berlinie. Tak naprawdę zaciekawił mnie jednak tylko ten moment filmu, gdy Hitler wypowiada zdanie "nie chodziło tylko o Niemcy", a następnie temat ten nie jest dalej rozwijamy, tak jakby wrzutka która nic nie znaczy. Otóż wydaje mi się że w tych kilku słowach została właśnie przedstawiona cała idea nazizmu, - calutka. Powiem wprost, według mnie Hitler nigdy nie był żadnym niemieckim nacjonalistą, jest to twierdzenie bzdurne i opiera się jedynie na fakcie że naziści utożsamiali naród niemiecki, jako naród ubermensch'ów - nadludzi, którzy będą tworzyli "nowy wspaniały świat" przyszłości, ale (choć zdaję sobie sprawę że... powiem wprost - samemu nie chce mi się w to wierzyć, aczkolwiek nie mogę pozostać ślepy na fakty), Hitler wykorzystał Niemcy jako środek do celu, a tym celem nigdy nie było stworzenie narodowego państwa niemieckiego. Tak, według mnie Hitler nie był nigdy żadnym nacjonalistą, on wykorzystywał niemiecki nacjonalizm do swojego głównego celu jakim była "nowa Europa" przyszłości, Europa czysta rasowo, gdyż Hitler był przede wszystkim rasistą i ową Europę widział jako społeczeństwo pozbawione wszelkich rasowych wad, a za takie uważał przede wszystkim wszelkie niepożądane rasy. Celem było więc pozbycie się, czyli fizyczna eliminacja (czytaj eksterminacja) przede wszystkim dwóch głównych ras, które Hitler uznał za niepożądane w jego świecie przyszłość, czyli Żydów i Słowian. Dla nich nie było miejsca w "nowej niemieckiej Europie" i to właśnie było główną myślą i celem Hitlera, stworzenie czystej rasowo Europy, a następnie ekspansja tej "rasowej czystości" na inne kontynenty. Dlatego też Hitler przegrał już wygraną wojnę, gdyż gdyby miał choć trochę oleju w głowie, gdyby nie kierował się ideologią rasistowską i gdyby na pierwszym miejscu nie stawiał czystości rasowej, oraz swoich chorych enuncjacji, to wygrałby wojnę ze Związkiem Sowieckim i to w ciągu dwóch, trzech może góra czterech miesięcy (i to przy niewielkich stratach własnych samych Niemców). Przygotowując się bowiem do wojny ze Związkiem Sowieckim Hitler wypowiedział prorocze słowa, iż jest to spróchniała konstrukcja, którą wystarczy kopnąć i ona się sama rozpadnie. I tak by było, tak by było, gdyby nie polityka rasowa Hitlera - z której on nie chciał i nie potrafił zrezygnować.




Bolszewicy byli bowiem tak znienawidzeni przed narody tzw. Związku Sowieckiego, że wręcz zewsząd wypatrywały wybawienia, bez względu na to czy byli to Białorusini, Ukraińcy, Litwini, Łotysze, Estończycy czy sami Rosjanie (nie mówiąc już o narodach kaukaskich), oni sami (gdyby tylko dać im broń do ręki i ogłosić "świętą wojnę z bolszewizmem") w ciągu kilku miesięcy (a być może nawet kilku tygodni) pogonili by bolszewików, że cała ta konstrukcja po prostu rozpadłaby się w oczach. Niemcy niewiele by musieli robić, tak naprawdę pozwolić jedynie uciemiężonym narodom samemu rozprawić się z bolszewikami i wkrótce byliby w Moskwie. Ale taka sytuacja zmusiłaby Hitlera do zmiany jego planów, do stworzenia państwa rosyjskiego (a być może również i takich krajów jak Ukraina czy Białoruś), a tym samym do zaakceptowania Słowian jako partnerów niemczyzny, co dla niego było nie do zaakceptowania. Nie dając tym ludom broni do ręki i nie pozwalając im walczyć w "świętej wojnie" z bolszewizmem o nową "sprawiedliwą" Rosję, tak naprawdę Hitler przegrał tę wojnę już w lecie roku 1941, gdy jego wojska odnosiły niesamowite zwycięstwa na froncie, i to tak wielkie, jakich nie odniosło nigdy wcześniej żadne mocarstwo. W żaden inny sposób Hitler nie był w stanie wygrać wojny z bolszewikami, jak tylko za pomocą uciemiężonych narodów Związku Sowieckiego, gdyż bardzo szybko (choć sam Związek Sowiecki potwornie ucierpiał w pierwszych miesiącach wojny, to jednak) dzięki ogromnej pomocy państw zachodnich (w tym w 90% Stanów Zjednoczonych), bardzo szybko stanął na nogi i wówczas los Hitlera był przesądzony, gdyż nie był on w stanie walczyć jednocześnie z takimi potęgami jak sowiecka Rosja (wspierana przez Stany Zjednoczone) i kraj Wuja Sama, gdzie produkcja paliwa w jednym tylko miesiącu przewyższała to wszystko, co Niemcy byli w stanie wyprodukować i zdobyć w ciągu całego roku wojny. Po prostu kot nie będzie w stanie nigdy pokonać słonia, choćby nie wiem jak bardzo szczerzył zęby i pokazywał pazury. Ale Hitler nie myślał logicznie, gdyż miał w głowie tylko jedno: swoją kwestię rasową, swoją "nową Europę", jaka marzyła mu się po zwycięstwie i likwidacji niepożądanych ras: żydowskiej oraz słowiańskiej. To tyle słowem wstępu, chciałem jedynie wyjaśnić że choć dzisiaj Hitler utożsamiany jest nacjonalizmem, to on nigdy nie był żadnym nacjonalistą (nawet niemieckim 🧐), on wykorzystał niemiecki nacjonalizm do celu, jakim była czystość rasowa "nowego świata" i na tym polu poniósł całkowitą klęskę. Chodź słowa wypowiedziane przez Hitlera w filmie "Upadek" były tylko fragmentem tekstu, który tak naprawdę niewiele znaczył w kontekście tego filmu, w rzeczywistości przez ten moment oddały cały sens istoty nazizmu: "Nie chodziło tylko o Niemcy!". Co oczywiście nie oznacza że wielu Niemców nie zachłysnęło się "narodowym rasizmem" Hitlera i stało się zwykłymi wykonawcami morderczych rozkazów, mających położyć podwalinę pod "nowy wspaniały świat" czystego rasowo społeczeństwa europejskiego.






Była to choroba, którą nie należy łączyć ani z nacjonalizmem, ani też z odwróconym rasizmem, jaki ma miejsce obecnie, gdy Europa zalewana jest w niekontrolowany sposób przez muzułmańskie hordy "wojowników Allaha", którzy już wkrótce zaczną swoje krwawe łowy. Ale wróćmy do głównego tematu. Dziś chciałbym zaprezentować (wyjątkowo z okazji rocznicy wybuchu Wojny), więzienne zapiski Niemca, ostatniego gubernatora dystryktu Kraków -  Kurta von Burgsdorf, spisane już po zakończeniu wojny w polskim więzieniu (jest to rzeczywiście wyjątkowa sprawa jeśli chodzi o opinię Niemca, gdyż spisanych - pamiętnikarskich - opinii Polaków na temat wybuchu Wojny mam bardzo wiele, ale dziś postanowiłem dać się wypowiedzieć funkcjonariuszowi okupacyjnego aparatu niemieckiego zniewolenia). List (w którym Burgsdorf broni swojej osoby przed oskarżeniem o popełnienie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości), jest dość długi, dlatego też nie zamierzam przedstawić go w całości, a jedynie w wybranych przeze mnie fragmentach (pragnę również oszczędzić czytelnikom tego bloga niektórych - wydaje mi się - nieciekawych i być może nużących fragmentów z tego listu). Na marginesie jeszcze dodam gdyż jakiś czas temu rozmawiałem (telefonicznie) z pewnym znajomym Niemcem, z którym czasem (choć bardzo rzadko) przechodzimy na tematy historyczne, właśnie on odpowiedział mi na argument, iż Polsce bezwzględnie należą się reparacje od Niemiec za zniszczenie całego kraju, wymordowanie prawie 10 milionów mieszkańców i cofnięcie nas w rozwoju co najmniej o kilka stuleci, twierdził że przecież w Niemczech takich miast jak Warszawa było znacznie więcej i to nie tylko Drezno zostało zniszczone, ale również Berlin. Przyznam się szczerze że gówno mnie obchodzi Drezno i Berlin (i tak też mu powiedziałem), gdyż gdyby nie wojna którą wywołał Hitler wraz ze Stalinem (przy biernej postawie Francuzów i Brytyjczyków), w wyniku którego zniszczono mój kraj, to Drezno i Berlin ocalałyby. Dodałem również że (tak jak mówił Churchill) Niemcy należy bombardować prewencyjnie co 50 lat, tak aby nauczyć ich rozumu i pozbawić pychy i naprawdę gówno mnie obchodzą niemieckie straty i zniszczenia, mają bowiem to, czego pragnęli. Mathilde Wolff-Mönckeberg, mieszkanka Hamburga napisała w swoim pamiętniku wkrótce po zakończeniu Wojny i podpisaniu kapitulacji przez Wehrmacht w maju 1945 r.: "Co dzień wytyka nam się (…) potworności, do których dochodziło w kacetach, i dobrze nam tak. Wszyscy musimy ponieść odpowiedzialność za te koszmarne zbrodnie i nikt nie może się od niej uchylać". Ale przejdźmy teraz do samego listu Kurta von Burgsdorf.






"OŚWIADCZENIE KURTA von BURGSDORF ODRZUCAJĄCE OSKARŻENIE SĄDU OKRĘGOWEGO W KRAKOWIE"


"Jako Gubernator Dystryktu Krakowskiego od listopada 1943 roku do stycznia 1945 roku na okupowanych obszarach Państwa Polskiego nie przyznaję się do popełnienia zbrodni przeciwko pokojowi, przeciwko ludzkości lub jakichkolwiek innych zbrodni wojennych z naruszeniem przepisów prawa międzynarodowego Konwencji Haskiej o międzynarodowej wojnie lądowej, ani do działania na szkodę Narodu Polskiego i Państwa Polskiego. Zdecydowanie zaprzeczam w szczególności: udziałowi w złym traktowaniu i umyślnego zabójstwa osób cywilnych i wojskowych oraz jeńców wojennych, a także w aresztowaniach ze szkodą dla osób prześladowanych z powodów politycznych, narodowych, religijnych lub rasowych. Z drugiej strony przyznaję, że od listopada 1943 r. do połowy stycznia 1945 r. pełniłem funkcję tymczasowego gubernatora dystryktu krakowskiego i dystryktowego przywódcy NSDAP w Krakowie. Wykonywałem te stanowiska zgodnie z moją wiedzą i wiarą w duchu porozumienia między tymi dwoma narodami, tak jak wykonywałem je już w zarządach i indywidualnie. W związku z tym też nie czuję się winny, a ocenę moich działań pozostawiam wysokiemu polskiemu sądowi. Mocno wierzę, że znajdę sprawiedliwych sędziów".


UZASADNIENIE

(...)

"Niełatwo jest zdawać relację z własnej działalności, ponieważ już z definicji istnieje duże ryzyko intencji ukazania swej działalności w pozytywnym świetle. Sprawia to, że zaniedbuje się potrzebę obiektywizmu, która powinna przyświecać każdemu – nawet najbardziej osobistemu sprawozdaniu. Ponadto sprawozdania te nie powinny być pismami w celu samoobrony, ale powinny jak najbardziej rzeczowo i obiektywnie ukazywać własne doświadczenia na urzędzie o tym, jak starałem się poznawać, badać i poprawiać warunki w moim dystrykcie. Ponadto zostaną tu objaśnione warunki, z jakimi zetknąłem się w 1944 r., jak również ich przyczyny – o ile są one dla mnie jasne. A równocześnie mogę, bezpośrednio referując, ujawnić tło mojej postawy, jak również jej motywy". 

(Większość z tego co on tutaj pisze pominę, wydaje mi się to bowiem nieciekawe, takie urzędnicze bla bla bla)


ŻYCIORYS

"Nazywam się Curt Ludwik Ehrenreich von Burgdorff, urodzony 16.12. 1886 w Chemnitz (Saksonia), religii ewangelicko-luterańskiej, Niemiec z Rzeszy, urzędnik państwowy, ostatnio w randze podsekretarza stanu, podpułkownik rezerwy, posiadający odznaczenia i ordery wojenne, (…). Żadnego majątku nie posiadam, jestem żonaty z Herthą Marią von Erdmannsdorff, posiadam dwoje dzieci w wieku 33 [ur.1915] i 30 lat [ur.1918], nie karany, ukończyłem gimnazjum humanistyczne i Wydział Prawny Uniwersytetu z tytułem doktora praw. (…)"

"Jestem wyższym urzędnikiem administracyjnym od 1 kwietnia 1916 r. (…) Pracowałem na różnych stanowiskach w administracji wewnętrznej, między innymi od roku 1928 do marca 1933 roku jako Amtshauptmann w Loebau w Saksonii. W marcu 1933 roku przeniesiony zostałem na stanowisko Kreishauptmanna w Lipsku, które zajmowałem do lipca 1933 roku. W miesiącu tym przeniesiony zostałem jako dyrektor ministerialny do Saskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdzie w tym charakterze pracowałem do roku 1937, kiedy to przeniesiony zostałem ponownie do Lipska na stanowisko Kreishauptmanna. Na tym ostatnim stanowisku pozostawałem do dnia 18 kwietnia 1938 roku."

"Do Partii wstąpiłem 1 maja 1933 r., mimo poważnych obaw dotyczących zasad i spraw religijnych, najpierw dlatego, że imponował mi program społeczny NSDAP, ale głównie dlatego, że nie chciałem stracić swojego stanowiska starosty za namową Dönicke – mego przewodniczącego okręgu w Lipsku. (…) Ze stanowiskiem tym byłem uczuciowo związany, ponieważ piastowali je również mój ojciec i mój dziadek, a jego matka była rodem z Lipska. Zresztą w tym czasie zrobili to wszyscy urzędnicy, gdyż nie należących do Partii usuwano z urzędów i prześladowano. Żona moja była przewodniczącą Krajowego Chrześcijańskiego Związku Kobiet w Saksonii, ja sam jestem wierzącym i praktykującym ewangelikiem. Uważałem za słuszne, nawet za cenę wpisania się do Partii pozostać na stanowisku, by w okresie przewrotu narodowosocjalistycznego móc być pomocny bliźnim, którzy w okresie tym byli ze względów politycznych, rasowych i religijnych prześladowani. (…) Ponieważ jako przedstawiciel państwa w Rzeszy Hitlera absolutnie potrzebowałem munduru na tym reprezentacyjnym stanowisku, wstąpiłem do SA. Wstąpienie do SS nie wchodziło w rachubę, ponieważ byłem mu przeciwny, a nie chciałem również wykluczać się z korpusu przywódców Partii, zwłaszcza że musiałem również pracować dla tej Partii, (czego nie pragnąłem w ogóle, z uwagi na moje liczne wobec niej zastrzeżenia). Ponadto premier Saksonii baron Manfred von Killinger i dobry przyjaciel przywódca sportowców Rzeszy Hans von Tschammer und Osten, obaj dowódcy SA, doradzali SA tylko dlatego, że tam byłbym dowódcą rezerwy (z.V. – do dyspozycji, a więc nieaktywnym) i byłbym wykorzystywany tylko przy specjalnych okazjach. Okazało się to prawdą, ponieważ nigdy nie wykonywałem regularnej służby w SA"

(...) "... odkomenderowany zostałem jako delegat Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rzeszy do Seys-Inquarta w Wiedniu, przy czym powierzono mi zadania zrównania administracji austriackiej z administracją Rzeszy. W marcu 1939 roku przydzielony zostałem do Protektoratu Czech i Moraw, gdzie pracowałem do 15 marca 1942 roku to znaczy do czasu odejścia Neuratha i objęcia władzy przez Heydricha. (…)"

"Kiedy Heydrich objął swe nowe stanowisko, natychmiast podszedłem do niego w tych sprawach i wyjaśniłem mu, że jestem gorącym chrześcijaninem – ewangelikiem. Heydrich wyjaśnił, że stare problemy w dużej mierze zostały już rozwiązane, a także, że byłem mu znany z raportów SD o mnie, które zawierają coś więcej niż moje kościelne zaangażowanie. Chciał on jednak, żebym na razie został, ponieważ sekretarz stanu nie był administratorem, ale ja byłem jedynym ekspertem administracyjnym na stanowisku kierowniczym, niemniej jednak nie mogłem pogodzić się z otoczeniem Heidricha, a więc, jako nowo wyszkolony oficer rezerwy wojsk pancernych, próbowałem wydostać się stamtąd z pomocą Wehrmachtu. Spowodowało to ogromne trudności, w końcu Heydrich zgodził się po tygodniach nalegania, i pozwolił mi odejść pod warunkiem, że pójdę do służby frontowej. To znowu spowodowało trudności ze strony Wehrmachtu, ponieważ byłem za stary – 55 lat. Jednak z pomocą mojego dobrego znajomego, generała Olbrichta, którego rozstrzelono w trakcie zamachu na Hitlera z wyroku sądu doraźnego, przeforsowałem moje umieszczenie na froncie. 1 kwietnia 1942 roku, na wiele tygodni przed śmiercią Heydricha, wstąpiłem do 3 Oddziału Zapasowego Niszczycieli Czołgów w Poczdamie. Na początku czerwca 1942 r. wstąpiłem do 16 Dywizji Pancernej w Rosji, gdzie na początku sierpnia 1942 r. zostałem dowódcą 16 Oddziału Niszczycieli Czołgów. Byłem majorem rezerwy. Następnie przez kilka tygodni dowodziłem 664 Pułkiem Pancernym 16 Dywizji Pancernej, a następnie do końca lutego 1943 roku dowodziłem 580 Pułkiem Grenadierów 306 Dywizji Piechoty. Na początku marca wróciłem do domu na prośbę ministerstwa spraw wewnętrznych Rzeszy. Ale pomimo wysiłków tego ministerstwa nie znaleziono dla mnie żadnego stanowiska. W Pradze esesmański rząd Karla Hermanna Franka dokonał zmiany organizacyjnej, która "rzekomo" uczyniła mnie zbytecznym. To była nieprawda – nie chciano tam prawomyślnego urzędnika administracyjnego. Również Goebbels odrzucił moją kandydaturę do Berlina, gdzie miałem być burmistrzem, podobnie uczynił również Mutschmann – Reichsstaatsführer i Gauleiter mojego rodzinnego regionu Saksonii. Po miesiącach oczekiwania i starań w najwyższym Dowództwie Armii, wróciłem na front do Włoch jako podpułkownik i oficer sztabowy do obrony przeciwczołgowej w Oberkommando der 10. Arme. Stamtąd zostałem przewieziony – bez mojej zgody – do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rzeszy w Berlinie, gdzie sekretarz stanu dr Stuckart poinformował mnie, że mam jechać do Krakowa. Odmówiłem i dlatego musiałem udać się na polecenie Himmlera do jego kwatery polowej w Prusach Wschodnich.

"W międzyczasie Himmler jako minister spraw wewnętrznych Rzeszy został moim najwyższym przełożonym. W ponad godzinnej rozmowie ponownie odmówiłem i wyraźnie stwierdziłem, że: 1) jestem przeciwnikiem żydowskiej polityki Hitlera, 2) że będę musiał sprzeciwić się każdemu reżimowi policyjnemu – Krüger, 3) że jestem chrześcijaninem – protestantem. Himmler odpowiedział, że on również miał moje poglądy w sprawie Żydów, ale został przekonany przez Hitlera. Co więcej, nie będę miał z tym nic wspólnego. Co więcej, jadę do Krakowa prowadzić życzliwą politykę (zupełnie błędny kierunek!) i w końcu religijna postawa takiego starszego pana jak ja jest mu zupełnie obojętna. Himmler zażądał zaakceptował odkomenderowanie do Krakowa i nazwał je "cywilną misją wojenną". Zrobił to, aby mnie zmusić, ponieważ odkomenderowanie – bo właśnie o to tu chodzi – było poniżej mojej rangi służbowej i poprzedniego stanowiska. Do Krakowa zostałem skierowany pod koniec listopada 1943 roku jako szef dystryktu (gubernator) i zaraz po moim przedstawieniu Frankowi podkreśliłem, że jestem najzacieklejszym przeciwnikiem reżimu SS i policji. Dał mi on pocieszające wyjaśnienia. Około 1 grudnia 1943 roku zająłem swoje stanowisko. Nie znałem ani narodu, ani kraju, ani moich współpracowników. W moim urzędzie nie znałem nikogo, a w rządzie tylko Franka, którego widziałem wcześniej tylko 2-3 razy na spotkaniach prawników. (...)"

"Powołanie mnie na stanowisko gubernatora dystryktu Krakowskiego odbyło się jednocześnie z wprowadzeniem Craushaara na urząd kierownika wydziału głównego Spraw Wewnętrznych w rządzie oraz powołaniem Koppe na miejsce Krügera na stanowisko wyższego dowódcy SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie. Aktowi temu nadano charakter uroczysty, brali w nim udział zarówno Frank, jak i Himmler, który przy tej okazji wygłosił długą mowę. W mowie tej w przeciwieństwie do Craushaara, nazywał mnie on stale panem i ani razu nie nazwał mnie towarzyszem partyjnym. Cała mowa Himmlera i zawarte w niej wypowiedzi przeciwko narodowi polskiemu nie interesowały mnie, nie przywiązywałem do nich wagi, ponieważ w kwaterze polowej Hitlera uzyskałem od niego wyraźne zapewnienie, że w Krakowie, jako dawnym okręgu austriackim, będę mógł rządzić inaczej i prowadzić łagodną politykę, w stosunku do ludności tym dystrykcie. Następnego dnia po południu wprowadzony zostałem przez Franka do Pałacu Potockich na urząd gubernatora dystryktu krakowskiego. Obejmując stanowisko gubernatora nie wiedziałem, że administracja państwowa połączona jest w Generalnym Gubernatorstwie w formie unii personalnej z administracją partyjną. Zaraz w pierwszych dniach Frank zaproponował mi, bym objął stanowisko szefa okręgu partyjnego. Na propozycje te nie zgodziłem się, ponieważ dotąd w Partii, ani w żadnej innej organizacji aktywnie nie pracowałem, przy czym argumentowałem także i wobec Franka, że jestem wierzącym i praktykującym chrześcijaninem i robota partyjna dlatego mi nie odpowiada. Sprawa ta przeciągała się i w międzyczasie, zarówno Bühler jak i podlegli mi starostowie, których odwiedzałem i wizytowałem, zdołali mnie przekonać, że powinienem objąć także i stanowisko szefa partii w dystrykcie, gdyż zapobiegnę przez to nasłaniu jakiegoś drugiego Tisslera dystryktowego, który wzmocni pozycję Partii i Bormanna z uszczerbkiem dla autorytetu władzy państwowej. Na skutek tych perswazji objąłem stanowisko przywódcy Partii dystryktu krakowskiego (…) Na urząd ten wprowadził mnie Frank 14 stycznia 1944 roku, wygłaszając przy tym jak zwykle długą, pełną frazesów, i nieodpowiedzialnych zwrotów mowę. Na mowę te odpowiedziałem krótko i wyraźnie podkreśliłem, że w pracy swojej będę się kierował odwagą cywilną i zasadą słuszności. Jak każda mowa na zebraniach partyjnych, tak i moja zawierać musiała pewne zwroty o Hitlerze i jego misji. (…) Podkreślam z naciskiem że objęcie stanowiska partyjnego przeze mnie było opozycją przeciwko polakożerczemu kursowi, dyktowanemu przez Partię z Bormannem na czele (...)".


OPINIA O GENERALNYM GUBERNATORSTWIE W RZESZY

"Wojna z Polską była niepopularna w Niemczech. Kwestia korytarza nie podniecała Niemców. Z tego powodu prasa niemiecka wciąż donosiła w olbrzymim natężeniu o "morderstwach w Bydgoszczy" i "incydentach granicznych", a opisy "polskich okrucieństw" w rejonach przygranicznych pojawiały się wielokrotnie w najjaskrawszych barwach. Raporty prasowe służyły wyjaśnieniu i udowodnieniu niemieckiemu narodowi niższości moralnej Polaków. Do tego dochodziły sukcesy tzw. "Blitzkriegu", który służył zademonstrowaniu niemieckiemu narodowi wyższości we wszystkich dziedzinach, nie tylko wojskowych. W ten sposób wyhodowano bardzo szczególnego ducha! Tylko na tym tle nawet w narodowosocjalistycznych Niemczech można sobie było wyobrazić w ogóle taki twór państwowo-prawny jak Generalne Gubernatorstwo. Jeśli w kraju (w okręgach Gdańsk-Prusy zachodnie, Poznań, Górny Śląsk) około 30 milionów ludzi zostało pozbawionych praw obywatelskich jednym pociągnięciem pióra. Stali się ni mniej ni więcej tylko zerem w świetle prawa państwowego, przedmiotami, którymi zwycięzcy mogli swobodnie dysponować według własnego uznania. 30 milionów ludzi zostało zaanektowanych, w Europie i przez Europejczyków – unikalny proces i wielkie nieszczęście dla Niemiec. Jestem bowiem pewien, że mimo godnego ubolewania – wielkiego nieszczęścia wojny, wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby zwycięskie narodowosocjalistyczne Niemcy postępowały z mądrością i humanitaryzmem w stosunku do pokonanych Polaków. Niesprawiedliwością było utworzenie jednostronnie przez Niemców takiego tworu władzy państwowej, jakim było Generalne Gubernatorstwo, oraz podejmowanie takich działań, jakie ten twór musiał pociągnąć za sobą, częściowo dla realizacji jego celów i zadań, częściowo dla istnienia jego samego. Zasady Generalnego Gubernatorstwa były kamieniem węgielnym w wychowaniu niemieckiego człowieka na nadczłowieka, gdyż nie może być przecież większych różnic między ludźmi jak w zasadzie między Niemcami a Polakami, którzy z powodu losu zmuszeni są żyć na tej samej przestrzeni"

"Generalne Gubernatorstwo miało wśród nas – zawodowych urzędników administracyjnych w Rzeszy naprawdę kiepską reputację. Kiedyś wyrażono to w szyderczej nazwie "gangsterska gubernia" nadanej z powodu przypadku korupcji gubernatora Lasch'a z Radomia, tym bardziej, że był specjalnym protegowanym dr Franka w związku z ich bliską, wieloletnią współpracą w Narodowosocjalistycznym Związku Obrońców Prawa. Ponadto w najostrzejszych słowach potępiano samowolę policji SS-Obergruppenführera Krüger'a, a administracja i urzędnicy administracyjni Generalnego Gubernatorstwa byli źle oceniani na podstawie pewnych rzeczowych faktów. Staliśmy na stanowisku, prawdopodobnie bez zbytniej przesady, że członkostwo w Narodowosocjalistycznym Związku Obrońców Prawa (z którego dr Frank przyjął większość swojego personelu) lub wczesne członkostwo w NSDAP nie daje jeszcze niezbędnych kwalifikacji do pracy jako urzędnik administracyjny, zwłaszcza w obcym kraju, gdzie stawia się szczególnie wysokie wymagania dla urzędnika pod względem umiejętności fachowych i możliwości psychologicznych. Administracja Generalnego Gubernatorstwa jawiła się – słusznie lub niesłusznie – jako niegospodarność spowodowana dyletanctwem i niekompetencją. Chciałbym powiedzieć, że brak jasności sytuacji był jedną z najistotniejszych cech Generalnego Gubernatorstwa. Miałem wrażenie, jakby obawiano się uchylać przepisy, które od dawna były nieaktualne z powodu zaistniałych okoliczności. Wyglądało to tak, jakby chciano, aby każde możliwe wyjście stało wciąż otworem. Utrzymywano przepisy tak, aby można było interweniować w każdej chwili, ale jednocześnie tolerowano odmienną praktykę. Przyczyną takiego prowadzenia spraw rządowych była prawdopodobnie niepewność w stosunku do rzeczywiście rządzących osób: Himmlera i Bormanna. Pokój zawarty z Himmlerem w 1943 r. był właściwie pokojem pozornym, gdyż władza wykonawcza w Generalnym Gubernatorstwie wciąż mocno i wyłącznie spoczywała w rękach Himmlera oraz jego SS i policji wszystkich stopni. Został on zawarty, ponieważ już zaczynała się wyłaniać rywalizacja z Bormannem o Generalne Gubernatorstwo, a sam był prawdopodobnie postrzegany jako wspólny przeciwnik Himmlera i Franka. Obawiałem się więc, że dla Polaków mogą powstać straszne skutki z powodu tego stanu niejasności w sprawach zrzeszania się, jeśli Himmler lub Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy nagle wydadzą ostrzejsze polecenia, jak to miało miejsce w przypadku warszawskich uchodźców, lub jeśli w SS i policji nastąpi zmiana dowódcy, albo jakiś niewielki incydent podczas jakiegoś meczu piłkarskiego. (...)"


POLITYKA WOBEC POLAKÓW


"Ale jaka była więc ta polityka Hitlera wobec Polaków? Nie było to dla mnie łatwe do ustalenia, ponieważ według mojej wiedzy nie było autentycznej, jednoznacznej deklaracji rządu Rzeszy. To był przygnębiający fakt dla mnie i ludzi wyznających moje poglądy, że Hitler nigdy nie ustanowił konstruktywnych planów i propozycji dotyczących prawa konstytucyjnego, nie stworzył żadnych stałych warunków do kontrolowania arbitralności pojedynczej osoby, ale że wszystko i wszędzie było otwarte tzn. trzymane na bagnetach, nie tylko we Francji, Belgii, Norwegii, ale także w krajach o nowych formach państwowych, takich jak Protektorat Czech i Moraw oraz Generalne Gubernatorstwo. Żaden w miarę poważny polityk, nie uwierzył przecież, że ci politycy z "Generalnego Gubernatorstwa" mogą być rozwiązaniem na stałe. (...)"

"Wydaje się tylko, że najpoważniejszym błędem niemieckiej polityki wobec Polaków było to, że poniżała ona Polaków. Te poniżenia wynikały z niemieckich przepisów legislacyjnych, ale to jeszcze nie w pełni je wyczerpywało. O wiele bardziej wynikały one z postaw wobec Polaków, którą rząd hitlerowski narzucił Niemcom. Mówię "narzucił", bo podczas mojej batalii przeciw tej złej polityce spotkałem wielu Niemców, którzy uważali, że nakazana im postawa jest dla nich ciężarem. Nie muszę nic więcej mówić o tej narzuconej Niemcom przez Hitlera, SS i Partię ściśle kontrolowanej postawie, chyba tylko to jedno, że objawiające się wszędzie i we wszystkich dziedzinach życia lekceważenie i znieważanie, było najgłębszą przyczyną niemieckiej porażki również w tym kraju. Dlatego wszędzie krytykowałem i walczyłem z tą postawą, a ze swojej strony starałem się wszędzie pokazać, jak należy się zachowywać jak człowiek wśród innych ludzi bez przymusu i bez ciągłego znieważania (...)".




SYTUACJA POLAKÓW W DYSTRYKCIE

"Kiedy w jeden z pierwszych tutaj dni przechadzałem się po mieście, dokonałem dwóch drobnych obserwacji, które bezpośrednio ukazały mi główny problem, a mianowicie polityczne i humanitarne położenie Polaków w Generalnym Gubernatorstwie. Widziałem zmienione dawne nazwy ulic oraz zauważyłem zróżnicowanie przedziałów w tramwajach na takie dla Niemców i dla Polaków. Żadne nowe zasady konstytucyjne, żadna reorganizacja Generalnego Gubernatorstwa, żaden tak uciążliwy dla narodu polskiego przepis jak np. zamknięcie uniwersytetów i szkół średnich w Wielkiej Galicji, nie ukazało w moich oczami tak nagle – w sposób oczywisty i intensywny – faktu pozbawienia praw obywatelskich i ciągłej obrazy narodu polskiego, jak to uczyniły te dwa śmiesznie małe fakty. Ale przemówiły one nie tylko do mojego umysłu, ale także do moich uczuć, które teraz stały się czynnikiem decydującym o moim stosunku do narodu polskiego. W żadnym razie nie wynikło to z mojej postawy jako niemieckiego urzędnika państwowego, ale z mojego przekonania, że tylko atmosfera sprawiedliwości i pokoju może być odpowiednia do tego, aby umożliwić Polakom i Niemcom wspólne życie. Teraz uzyskało ono cieplejszy, osobisty ton".

"Śledziłem przyczyny pozbawienia polskiego narodu praw obywatelskich. Informowałem się gdziekolwiek mogłem. Bywałem u Generalnego Gubernatora, ale zaprzestałem tych wizyt, bo były one bezowocne z tego powodu, że Generalny Gubernator, moim zdaniem, był w pełni świadom błędów w polityce wobec Polaków w ostatnich latach, ale nie chciał otwarcie się do nich przyznać i dlatego unikał prawdziwej debaty. Ponadto, ze względu na swoją pozycję na zewnątrz starał się ukryć swoją zależność od Berlina w kwestiach politycznych za pomocą przyjaznych i pocieszających słów w stosunku do nowicjusza szukającego rady i pomocy. Rozmawiałem tylko z sekretarzami stanu i prezydentem rządu. Zwracali uwagę na ogólnie dobrą pracę administracji i sukcesy w dziedzinach specjalistycznych, ale w podstawach polityki wskazywali na Berlin i realizowaną przez SS i policję linie polityczną wobec Polaków. Rozmawiałem z moimi urzędnikami urzędu dystryktu i moimi starostami i spotkałem się tu z dużym zrozumieniem i dobrą wolą. Dzięki moim podróżom inspekcyjnym po kraju zrobiłem pocieszającą obserwację, że tam w terenie, w codziennej pracy i w swoim małym obszarze ci fachowi urzędnicy administracji (starosta, agronom powiatowy, lekarz powiatowy) próbowali postępować poprawnie, co w większości psuli teoretycy – politycy i megalomańscy głupcy".


  
Wyrok w sprawie Kurta von Burgsdorfa zapadł przed sądem okręgowym w Krakowie dnia 6 grudnia 1948 r. i był wyjątkowo łagodny. Sąd stwierdził że rzeczywiście "był życzliwy Polakom" został skazany tylko na 3 lata pozbawienia wolności (przy czym zaliczono mu areszt trwający od 30 maja 1946 r. do 6 grudnia 1948 r.), utratę praw publicznych, obywatelskich i honorowych na 2 lata, oraz konfiskatę całego majątku. Prokuratura zaś stwierdziła: 

"Nie ulega wątpliwości, że wśród urzędników niemieckich Burgsdorff wyróżniał się jako człowiek uczciwy, urzędnik starej daty, ożywiony naprawdę chęcią humanitarnego postępowania z ludnością Polską. Dał temu wyraz niejednokrotnie interweniując na rzecz skazanych Polaków, wydając im ułaskawienie. Zwalczał bezwzględną politykę reprezentowaną przez Franka. Jak wykazało dochodzenie na czynności urzędowe Gestapo i policji wpływu nie wywierał. (...) Wina Burgdorffa jednak polega na tym, że piastował stanowisko w administracji Generalnego Gubernatorstwa, która została uznana przez nasze orzecznictwo za organizację przestępczą"


CDN.