Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 8 października 2024

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CLXXXIX

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI 

SŁOWIANIE I CELTOWIE





PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE

SŁOWIANIE

(POD SKRZYDŁAMI ASYRII - UPADEK IZRAELA)

(ok. 738 r. p.n.e. - ok. 635 r. p.n.e.)

Cz. IX




FILISTEA
PONOWNIE ODRODZENIE
(738 r. p.n.e. - ok. 635 r. p.n.e.)
Cz. IX






DEWARIM
(738 r. p.n.e. - 586 r. p.n.e.)
Cz. XI



 Przenosząc się więc ponownie do kraju nad Nilem (aby przedstawić właściwy kontekst, który będzie istotny w dalszych latach Królestwa Izraela - zresztą ja inaczej nie potrafię. Zawsze zajmując się daną kwestią muszę najpierw zbadać jej korzenie, praprzyczyny, gdyż w inny sposób nie jestem w stanie odgadnąć ani motywów, ani celów jakie dane wydarzenie za sobą pociąga. A według mnie umiłowanie historii polega właśnie na tym, żeby wiedzieć co było powodem danego wydarzenia, chociażby danej bitwy, a nie tylko na sucho relacjonować i wklepywać do głowy suche daty. Zawsze uważałem że lepiej jest widzieć cały las - który często jest zamglony - niż dostrzegać tylko to jedno wystające drzewo przed nami). Tak więc przenosząc się ponownie do kraju nad Nilem musimy zauważyć, że ok. 730 r. p.n.e. sytuacja polityczna w Egipcie wyglądała następująco: Tebajdą władał ród, który kapłan Manethon określa "dynastią tanicką" (konkretnie XXIII Dynastią), ale nie jest to do końca prawdą - jeśli w ogóle - gdyż opierając się na odkryciach archeologicznych (a i takie studiuję, przygotowując się do każdego tematu) okazuje się że dynastia ta nie pozostawiła tam żadnych po sobie śladów. Założycielem XXIII Dynastii "tanickiej" był Usermare Petubastis (wszyscy władcy tej dynastii nosili prenomen "Usermare", zresztą od czasów XII Dynastii imię tronowe władcy składało się aż z pięciu członów, z czego dzisiaj najczęściej używa się jednego imienia tronowego, ewentualnie z dodaniem imienia własnego. Natomiast Egipcjanie nigdy nie numerowali swoich władców, to jest już wynalazek grecki). On jako pierwszy przyjął tytuł "syna Izydy",a panował w latach (ok.) 818-793 p.n.e. jego następcą był Szeszonk IV (prawdopodobnie syn, pokrewieństwo nieznane, ale wszyscy władcy tej dynastii byli spokrewnieni z libijskim rodem z Bubastis), który zmarł ok. 787 r. p.n.e. Władzę po nim objął Osorkon III (najsławniejszy władca tej dynastii), zmarły ok. 759 r. p.n.e. Tron przejął teraz jego syn -  Takelot III (współwładca od 765 r. p.n.e.), który samodzielnie panował zaledwie dwa lata (Takelot był też pierwszym władcą tej dynastii który piastował zarówno tytuł króla jak i arcykapłana Amona-Re). Teraz na tron wstąpił jego młodszy brat - Rudamon (zwany też Amonrudem), który też zmarł szybko - ok. 754 r. p.n.e. Jego śmierć oznacza jednocześnie koniec dynastii Petubastisa jako władców Teb (prawdopodobnie teraz tytuł królów Tebajdy przeszedł na władców panujących w Leontopolis, a konkretnie na Juputa II, ale wydaje się to mało prawdopodobne, tym bardziej że jego tytulatura o tym nie świadczy).

Kto zatem dalej władał Tebajdą, królewskimi Tebami? Odpowiedź nasuwa się tylko jedna, teraz władza przeszła w ręce kobiet, a konkretnie w ręce córki Osorkona III - Szepuseneb I, która właśnie w roku 754 p.n.e. została wielką małżonką Amona-Re, co automatycznie pociągnęło za sobą likwidację funkcji najwyższego kapłana i odtąd wielkie małżonki Amona władały Tebajdą (nie mogły one oczywiście wyjść za mąż i mieć dzieci, a swoje następczynie wybierały spośród córek członków własnej rodziny lub też tych, które zostały im narzucone przez silniejszych władców). Szepuseneb władała tą krainą przez kolejne czterdzieści lat (czyli można się pokusić o stwierdzenie, że ród Petubastisa władał Tebajdą przez ponad wiek). Idźmy dalej: w Leontopolis władał wówczas spokrewniony z Petubastisem niejaki Juput I (nie wiadomo jakiego rodzaju było to pokrewieństwo, być może byli braćmi albo kuzynami), który objął tam władzę ok. 814 r. p.n.e. i panował do roku 790 p.n.e. Po jego śmierci lista następców jest nieznana (zapewne władało wtedy kilku królów), aż do roku 745 p.n.e. i wstąpienia na tron Usermare Juputa II, który zakończył żywot ok. 720 r. p.n.e. Główna linia "libijskiego" plemienia Medzwiedzi (założona ok. 946 r. p.n.e. przez Hedżcheperre Szeszonka I - tego który w roku 925 przedsięwziął wyprawę na Filistę, Judeę i Samarię, która zmieniła tamtejszą geopolitykę o 180 stopni), panowała początkowo w Bubastis i była to XXII Dynastia (według listy Manethona). Po śmierci praprawnuka założyciela tej dynastii Szeszonka I - Hedżcheperre Takelota II (szczegółowo listę tych władców omawiałem w poprzednich częściach tej serii) w 825 r. p.n.e. władzę przejął jego syn - Szeszonk III, który panował aż do śmierci w roku 773 p.n.e. Od czasów Takelota II władcy rodu z Bubastis władali z Tanis (jeszcze dalej na północy Delty, prawie tuż nad samym Morzem Śródziemnym). Pimey który teraz objął władzę, był nieznanego pochodzenia (prawdopodobnie również był Libijczykiem, ale nie należał do rodu z Bubastis), władał krótko, do 767 r. p.n.e. pozostawiając tron swemu synowi - Acheperre Szeszonkowi V. Po jego śmierci (735 r. p.n.e.) tron objął znów jego syn - Acheperre Osorkon IV, który zakończył żywot w roku 712 p.n.e. jako ostatni władca tej linii.




W mieście zaś Sais od ok. 740 r. p.n.e. panował niejaki Szepsesre Tefnacht - założyciel XXIV Dynastii, zwanej "saicką". Był to bodajże najbardziej energiczny władca czasu "libijskiego rozbicia dzielnicowego" (panowało bowiem wówczas czterech królów libijskich jednocześnie, a piąty nubijski podążał z południa). Na początku swego panowania zawarł sojusze z pozostałymi dwoma władcami, czyli Juputem II z Leontopolis i Szeszonkiem V z Tanis, gdyż jego celem stało się opanowanie Tebajdy (a mógł to uczynić na dwa sposoby: atakując Leontopolis, albo zawierając sojusz z władcą tego regionu, gdyż miasto to stało na drodze przemarszu jego armii na południe). Posuwając się więc do Górnego Egiptu, po drodze, w Memfis (drugim co do wielkości i znaczenia mieście Egiptu po królewskich Tebach), zyskał uznanie siebie jako króla, tym samym zdobywając przewagę wśród władców Delty (ok. 737 r. p.n.e.). Uznanie to zyskał następnie również w Herakleopolis, lecz gdy dotarł do Hermopolis otrzymał wiadomość że Teby (które stanowiły cel wyprawy) zostały już zajęte przez niejakiego Pianchiego z Napaty, czarnoskórego władcę Kusz - krainy leżącej na południe od Egiptu, za II kataraktą Nilu. Wydaje się że wówczas nie doszło do konfrontacji i że Tefnacht zawrócił, uznając że jest za słaby aby mierzyć się z Kuszytami (jako że nie nic nie wiadomo o żadnych bitwach w tym okresie). Wydaje się że Hermopolis stanowiło granicę wpływów egipskich, a dalej to była już kraina kontrolowana przez Pianchiego. Opanowanie Tebajdy doprowadziło do wymuszenia na Szepuseneb uznania córki Pianchiego - czarnoskórej Amenardis za jej następczynię i nową wielką małżonkę Amona-Re (ok. 736 r. p.n.e.). Przez ponad dwadzieścia kolejnych lat uczyła się Amenardis pod okiem Szepuseneb jak prawidłowo sprawować funkcję wielkiej małżonki i jednocześnie boskiej adoratorki Amona-Re (do najważniejszych zadań z tym związanych należało codzienne budzenie boga i sprawienie aby jego członek stwardniał, aż do uzyskania ejakulatu - nie wiadomo dokładnie jak oni to robili - w każdym razie posąg Amona-Re musiał użyźnić ziemię życiodajnym nasieniem, aby świat mógł każdego dnia przetrwać w spokoju i bezpieczeństwie i aby nie pochłonął go chaos i nicość. Zadaniem boskiej adoratorki było więc każdego ranka "ręczne" pobudzenie boga do oddania ejakulatu i tym samym użyźnienia nim z ziemi aby mogła rodzić owoce. Jak widać było to więc niezwykle odpowiedzialne zadanie ☺️).




Nubijska kraina z której wywodził się Pianchi i Amenardis - zwana również przez Egipcjan krajem Kusz - była przez wieki egipską kolonią, eksploatowaną, najeżdżaną i okupowaną przez Egipcjan, teraz zaś wszystko miało się odwrócić (historia zna przecież przypadki że byłe kolonie potem zdominowały swego suwerena, a najlepszym tego przykładem są chociażby Stany Zjednoczone, które bezwzględnie zdominowały Wielką Brytanię). Stosunki handlowe egipsko-nubijskie datuje się jeszcze w okresie przeddynastycznym, gdy w Egipcie znaleźć można towary sporządzone na południu. Wraz ze zjednoczeniem państwa przez niejakiego Menesa (Meniego) - Narmera, już jego następca Horus-Aha przedsięwziął pierwszą w dziejach egipską wyprawę do Nubii (ok. 3100 r. p.n.e.), a jego następcy kontynuowali tę politykę. Faraon Snofru (założyciel IV Dynastii memfickiej -  panował w latach ok. 2613-2589 p.n.e.) jako pierwszy posunął się poza drugą kataraktę Nilu (czyli za Abu Simbel), zdobywając na Nubijczykach ogromne łupy. Wszystkie te wyprawy były jednak wyprawami łupieżczymi, mającymi na celu jedynie zdobyć "fanty", ale dopiero władcy XII (tebańskiej) postanowili na stałe podbić i skolonizować Nubię. Sehetepibre Amenemchat I (założyciel XII Dynastii -  panujący w latach ok. 1991-1962) i jego syn Cheperkare Senuosret I (Grecy nazwali go imieniem które jest lepsze do wymowy, czyli Sesostris - panował w latach ok. 1971-1926 p.n.e. Władcy XII jako pierwsi bodajże w dziejach Egiptu, jeszcze w czasie swego panowania wyznaczali swych synów na współwładców, którzy potem, po ich śmierci automatycznie przejmowali tron) podbili Nubię do drugiej katarakty. Nabudowali w tej krainie liczne twierdze, takie jak: Ikkur, Quban, Aniba, Buhen, Kot, Mirgissa, Kumma czy Uronati - których stacjonowały egipskie załogi wojskowe i które jednocześnie były siewcami egipskiej kultury w czarnoskórej Nubii. Do pierwszych poważnych powstań ludności nubijskiej (nadal mówimy o granicy II katarakty, czyli o górnej Nubii) doszło za panowania faraona Sesostrisa (Senuosreta) III Wielkiego (najsławniejszego władcę nie tylko tej dynastii, ale całego okresu Średniego Państwa egipskiego i jednego z kilku największych władców-wojowników w dziejach Egiptu, który panował w latach ok. 1878-1839 p.n.e.), który zbudował jeszcze twierdzę w Semnie. Po śmierci zaś Sebekkare Neferusobek (pierwszej kobiety na tronie Egiptu i ostatniej przedstawicielki XII Dynastii, panującej w latach 1798-1794 p.n.e.), Egipt popadł w stan wewnętrznego chaosu i niestabilności, zwany "Drugim Okresem Przejściowym". W tym czasie, po dwustu latach egipskich rządów, Nubia skutecznie oderwała się od Egiptu. Zapanowała tam wówczas swoista kultura rodzima, zwana cywilizacją Kerma (miejscowość leżąca tuż przy III katarakcie Nilu), a władcy tej krainy doszli do takiej samodzielności, że w latach 70-tych i 60-tych XVI wieku p.n.e. sprzymierzyli się nawet z Hyksosami z Delty przeciwko władcom XVII Dynastii.

Ale czasy niezależności Nubii skończyły się, gdy tylko do władzy w Egipcie doszedł założyciel XVIII Dynastii tebańskiej i brat ostatniego władcy XVII Dynastii (tebańskiej) Uadżheperre Kamose - czyli Nebpehtire Ahmose I (Amazis - panował w latach ok. 1550-1525 p.n.e.), który ponownie podbił Nubię do II katarakty. Jego syn następca Dżeserkare Amenhotep (Amenofis - panował w latach ok. 1525-1506 p.n.e.) zreformował zarząd podbitej prowincji nubijskiej, wprowadzając tam urząd quasi-wezyra, zwanego "królewskim synem Kusz", którego zadaniem było nie tylko administrowanie prowincją ale przede wszystkim dbanie o to, aby bogate skarby nubijskiej ziemi trafiały w określonym czasie do Egiptu. Stolicą tej prowincji wciąż (tak jak w czasach XII Dynastii) była twierdza Aniba (leżąca w połowie drogi między I a II kataraktą). Nazwa prowincji "Kusz" która pojawia się po raz pierwszy w inskrypcjach Sesostrisa I, zaczyna dominować w egipskimi nazewnictwie właśnie od czasów XVIII Dynastii i powstania Nowego Państwa. Natomiast nazwa "Nubia" wzięła się z pewnością od egipskiego słowa "nub" oznaczające "złoto", a Nubia była krainą złota, prawdziwym Eldorado. Nubijskie kopalnie złota znajdowały się jednak na dalekich bezdrożach, z dala od wody i roślinności, a Egipcjanie wysyłali tam nubijskich niewolników - którzy w pocie czoła musieli wydobywać ten kruszec - jak również egipskich skazańców, wysłanych na południe w ramach odbywania kary (te liczne kopalnie powodowały, że Nubia była dla Egiptu ważniejsza nawet niż posiadanie Synaju, czy krajów Bliskiego Wschodu, których utrata nie oznaczała zagrożenia egzystencji Egiptu, natomiast utrata Nubii już tak). Faraon Acheperkare Totmes I (Tutmozis - panował w latach ok. 1506-1493 p.n.e.), szwagier i następca Amenhotepa I - po raz pierwszy przekroczył III katarektę Nilu i doszedł do góry zwanej Gebel Barkal ("Czysta Góra"), 15 km na południowy-zachód od IV katarakty. Tam założył miasto, które potem stanie się stolicą Nubii i największym centrum egipskiej kultury - Napatę. Jednak to dopiero jego wnuk - Mencheperre Totmes III Wielki (panował w latach ok. 1479-1425, chociaż realną władzę przejął dopiero od ok. roku 1458 p.n.e.) rozpoczął budowę potężnej twierdzy w Napacie i zaczął tam stawiać pierwsze egipskie świątynie (głównie świątynie Amona-Re, które potem stały się wizytówką Napaty). W tym czasie cywilizacja Kerma już przestała istnieć, a Nubia ponownie stała się egipską prowincją.




Napata zaś stała się centrum egipskiej kultury i przede wszystkim egipskiej religii, gdyż budowane tam (i wykuwane w skale) świątynie Amona-Re powodowały, że Napata stała się prawdziwym centrum religijnym tego bóstwa (w Napacie było więcej świątyń Amona-Re niż w samych Tebach, choć oczywiście Wielka Świątynia Amona w Karnaku była największym takim przybytkiem w całym Egipcie). Kolejne zaś stulecia egipskiego panowania w Nubii, utrzymywanie tam stałych twierdz, które przemieniały się w miasta (głównie Napata, Tombos, Aniba i Semna), spowodowały że czarnoskóra ludność tej krainy bardzo szybko się egiptyzowała, przyjmując nie tylko egipską kulturę i religię, ale przede wszystkim egipskie język i zwyczaje. Jednak egipskie panowanie z czasem również dobiegło końca (ostatnia wielka świątynia, świątynia Ramzesa II Wielkiego powstała w Napacie właśnie w latach rządów tego władcy, czyli 1279-1212, a egipskie panowanie po raz ostatni zostało odnotowane w Nubii w czasach panowania Ramzesa IX - 1129-1111 p.n.e.). Jednak upadek egipskiej władzy w tym kraju, nie oznaczał automatycznie upadku egipskiej kultury i religii, która nadal kwitła, teraz już pod rządami rodzimych władców. Pomiędzy rokiem 1110 a 1080 p.n.e. polityczne wpływy Egiptu w Nubii są jeszcze widoczne (chociaż wojska egipskie zostały już stamtąd usunięte). Co prawda nie istnieją żadne przekazy mówiące o tym, jak wyglądała i jak rozwijała się Napata po roku 1080 p.n.e., ale można założyć, że kultura egipska kwitła tam w najlepsze pod rządami czarnoskórych lokalnych władców. Lata zamętu politycznego w Egipcie po upadku XX Dynastii i przed powstaniem XXII Dynastii z Bubastis, nie sprzyjały jakiejkolwiek (militarnej czy politycznej) interwencji Egiptu na południu. Ostatnią wyprawę do tej krainy (tuż przed podbojem Egiptu przez Nubijczyków), przedsięwziął Szeszonk I (ok. 930 p.n.e.). Była to jednak wyprawa łupieżcza a nie zdobywcza. Po odejściu Egipcjan w Napacie do władzy doszła dynastia, z której potem wywodził się Pianchi (ostatnie dwie dekady X wieku p.n.e.), a nekropolia tych władców znajdowała się w miejscowości El-Kurru. Nie znamy jednak ani imion, ani lat panowania, ani też osiągnięć owych władców, aż do czasów niejakiego Alary - który wstąpił na tron w Napacie ok. 780 r. p.n.e. jako siódmy władca od czasu założenia tej dynastii. Nic więcej o nim nie wiadomo, poza tym że jego żoną była kobieta o imieniu Kasaga. Ok. roku 760 p.n.e. władzę w Napacie objął jego brat - Kaszta, którego władza sięgała na północy do I katarakty Nilu. Żoną Kaszty była niejaka Pebara. Z nią (i nie tylko z nią, bowiem czarnoskórzy władcy Napaty tworzyli sobie również haremy na wzór egipski) miał on wiele dzieci, a jednym z nich był właśnie Pianchi, który objął władzę w roku 747 p.n.e., wcześniej poślubiając Tabirę, córkę swego stryja Alary. W ten oto sposób rozpoczęło się panowanie, którego ukoronowaniem był podbój Egiptu.




CDN.

niedziela, 6 października 2024

ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. V

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO WŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)





KONRAD I MAZOWIECKI
Cz. V





 Nim jeszcze Turcy Seldżuccy w bitwie pod Manzikertem w roku 1071 rozbili bizantyjską armię (w wyniku czego utracił władzę ówczesny cesarz Roman IV Diogenes i wkrótce potem zmarł), nic tak naprawdę nie zwiastowało takowej katastrofy i utraty przez Bizantyjczyków znacznej części środkowo-wschodniej Anatolii (której już nigdy potem nie odzyskali). Przed wstąpieniem na tron Romana i jego poprzednika - Konstantyna X z rodu Dukas, Imperium Wschodniorzymskim (zwanym już wówczas Bizantyjskim), władała dynastia macedońska, a był to czas bodajże największego rozkwitu państwa bizantyjskiego od czasów Justyniana Wielkiego (z VI wieku naszej ery) i to praktycznie pod każdym względem: kulturowym, ekonomicznym i militarnym. Władcy którzy wówczas rządzili Imperium, odznaczali się niespożytą energią, wielką inteligencją (często mądrością) i przebiegłością. Po dwóch stuleciach realnego upadku (gdy cesarstwo zaczęło się zwijać pod naporem wojowniczego islamu), wreszcie pojawiły się pierwsze zwiastuny odrodzenia i to do tego stopnia, że Rzymianie (bo tak również można ich nazywać, tym bardziej że za takowych się uważali) przeszli wręcz do ofensywy, odzyskując niektóre ziemie, wcześniej zajęte już przez Kalifat. Tak więc lata 867-1025 były czasem bizantyjskiego odrodzenia, czasem ponownej wielkości i pragnienia odrodzenia dawnego Cesarstwa. 

Założycielem dynastii macedońskiej był niejaki Bazyli, choć jego pochodzenie niknie w mrokach dziejów. Urodził się w temie Macedonia (który w tamtym czasie nie pokrywał się dokładnie z krainą o tejże nazwie) w bardzo ubogiej rodzinie. Jego przodkowie mieli ponoć pochodzić właśnie z Macedonii, ale nie ma co do tego żadnej pewności i może to być prawda, a może to być propagandowa wstawka, która później miała uwznioślić jego pochodzenie (jako że nawiązywano w ten sposób do wielkich Macedończyków starożytności: Flipa II i jego syna Aleksandra Wielkiego). Być może w żyłach Bazylego płynęła również krew ormiańska. W każdym razie rodzina jego była tak biedna, że musiał on szukać szczęścia w stolicy, inaczej zapewne umarłby z głodu (opowieść o tym, jak szedł do Konstantynopola na pieszo jest dosyć ciekawa i barwna, ale nie będę jej tutaj przytaczał, gdyż z całą pewnością stanowi literacką fikcję późniejszych dziejopisów, mających uwznoślić protoplastę dynastii macedońskiej). Bazylii był przystojnym mężczyzną (choć już nie młodym, bowiem w chwili gdy wyruszył w podróż do Konstantynopola, na początku lat 50-tych IX wieku, miał już ok. 40 lat) odznaczającym się dużą siłą fizyczną, dlatego też był pewien że znajdzie zatrudnienie w wojsku (które to stanowiło najłatwiejszą i najszybszą drogę awansu dla ludzi z nizin, aż po sam szczyt). Pierwszej nocy spędzonej w stolicy znalazł przytułek w kościele pod wezwaniem św. Diomedesa, gdzie też spał w tamtejszym portyku (do którego wpuścił go nadzorca kościoła, niejaki Mikołaj). Sypiał tam też przez kolejne dni, (zarabiając na chleb pracą przy obejściu kościoła) i marzył o wstąpieniu w szeregi armii, ale los miał dla niego inne plany. 




Otóż pewnego razu na ulicy ujrzała go (a ponoć wyróżniał się tłumu swoją pokaźną budową ciała) pewna bogata dama rodem z Peloponezu imieniem Danelis, która niedawno straciła męża, a majątek małżonka plus majątek jej samej i jej rodziny był tak pokaźny, że stała się jedną z najbogatszych mieszkańców Imperium (jej majątek niewiele ustępował majątkowi samego cesarza). Ujrzała go, gdy przymierzała ulice niesiona przez swych służących w lektyce, niczym dawna rzymska matrona. Szybko więc znalazł nowy dach nad głową w jej pałacu. Nie wiadomo czy Bazyli (przybywając już do Konstantynopola) umiał się podpisać i czy w ogóle umiał pisać (a przecież cesarze analfabeci nie byli wcale rzadkością - choć oczywiście też nie stanowili większości w dziejach Bizancjum. Można wymienić co najmniej dwa takie przypadki: stryj Justyniana Wielkiego - Justyn I, panujący w latach 518-527 {dla którego sporządzono specjalną drewnianą tabliczkę z wyrytymi literami jego imienia, aby mógł piórem pociągać wzdłuż owych liter, podpisując ważne dokumenty}, drugim analfabetą na tronie Imperium był założyciel dynastii która władała państwem w czasie, gdy do Konstantynopola przybył Bazyli - Michał II Amoryjczyk {z Amorion}, który podobnie jak Justyn był zwykłym żołdakiem, nieokrzesanym i brutalnym {panował w latach 820-829}. Co ciekawe, jego syn i następca - Teofil I {829-842} był człowiekiem gruntownie wykształconym i rozmiłowanym w literaturze i nauce, ale to wcale nie dziwota w dziejach Imperium Bizantyjskiego. Wielokrotnie tak się bowiem zdarzało, że po rządach ludzi słabo wykształconych, następowały rządy wielkich kodyfikatorów prawa {jak Justynian Wielki}, czy władców rozmiłowanych w literaturze). Tak więc należy przypuszczać że Bazyli przynajmniej potrafił się podpisać, aczkolwiek gruntowniejszą naukę zapewne przeszedł pod okiem szefa cesarski administracji - Teofilitzesa (a stało się to z pewnością za pieniądze Danelis). Wkrótce też rozpoczął pracę w cesarskiej administracji.

W tym czasie Imperium władał cesarz Michał III (który wstąpił na tron po śmierci swego ojca Teofila - który zmarł w młodym wieku lat zaledwie 30 w roku 842, mając... 2-latka). Był to młody, nastoletni chłopak, za którego realnie rządziła matka - Teodora i siostra - Tekla, sprawując wspólnie regencję. Swoją drogą to właśnie te dwie kobiety (a szczególnie Teodora) zakończyły ponowny okres ikonoklazmu. Ten bowiem czas w dziejach Bizancjum, rozpoczęty w roku 726 przez wywodzącego się z Izaurii - na wschodzie Imperium - Leona III (który wówczas właśnie nakazał usunąć wizerunek Chrystusa z bramy wjazdowej do Pałacu Cesarskiego w Konstantynopolu, uważając że kult wizerunku Chrystusa, Marii - Matki Bożej i Świętych jest bałwochwalstwem. Leon pochodził bowiem ze wschodnich obszarów państwa, gdzie bardzo silne były wpływy muzułmańskie, zabraniające jakichkolwiek wizerunków nie tylko Mahometa, ale również Aniołów i Świętych i wychowany w tym właśnie duchu Leon uznał że modlenie się do obrazów jest szaleństwem, a przede wszystkim jest bluźnierstwem wobec samego Chrystusa. Wówczas, w roku 726 robotnicy którzy mieli usunąć wizerunek Chrystusa z bramy wjazdowej Pałacu Cesarskiego, zostali zaatakowani przez mieszkańców Konstantynopola i... zlinczowani. Jednak cztery lata później, w roku 730 Leon III wprowadził pierwsze dekrety zakazujące kultu ikon i każące usunąć wszelkie obrazy i wizerunki świętych z kościołów, pozostawiając w nich jedynie prosty krzyż -  czyli dwa złączone ze sobą linie. Tak oto rozpoczęła się polityka prześladowania zwolenników kultu ikon, która trwała aż do roku 787 i zwołanego przez cesarzową Irenę soboru nicejskiego, który ponownie uznał możliwość modlenia się do obrazów i ogłosił amnestię dla wszystkich tych, którzy do tej pory temu się sprzeciwiali i prześladowali przez to wiernych wyznawców Chrystusa - pisałem o tym już w innym temacie. Jednak po kilkunastu latach, a szczególnie po wielkich klęskach jakie doznało Bizancjum z rąk Bułgarów w drugiej dekadzie IX wieku {szczególnie w latach 811 i 813}, uznano, że władcy modlący się do obrazów to bałwochwalcy, bowiem Bóg ukarał ich właśnie za ich postępki i sprowadził klęskę na nich i całe państwo. Tak więc w czasie silnego zamętu politycznego, w roku 815 za panowania Leona V Ormianina, zwołano sobór do kościoła Hagia Sophia w Konstantynopolu, który potwierdził wszystkie założenia soboru w Hieri z 754 r. który otwarcie potępił kult ikon, a potępiono sobór nicejski z 787 r). Gdy więc tylko umarł Teofil (wielki przeciwnik kultu ikon, podobnie jak małżonek Ireny - Leon IV, który gdy pewnego razu znalazł dwie ikony pod jej poduszką, zapowiedział że za karę przestanie odwiedzać ją w alkowie), Teodora natychmiast doprowadziła do zwołania nowego soboru. Wcześniej jednak zadbała o usunięcie z funkcji patriarchy Konstantynopola Jana Grammatikosa - nauczyciela i wychowawcy jej męża, nieprzejednanego wroga kultu ikon i zastąpienia go zwolennikiem ikon -  Metodym, a zwołany wkrótce potem sobór konstantynopolitański (marzec 843 r.) definitywnie i ostatecznie przywrócił kult ikon.


IKONOKLAZM - NISZCZENIE IKON 



Cesarze ikonoklaści bowiem często prawie całkowicie skupiali się na wschodniej granicy Imperium, walcząc i wielokrotnie pokonując siły Kalifatu, ale jednocześnie zaniedbując Zachód i bizantyjskie posiadłości w Italii, które w dużej części się usamodzielniły, lub też wpadły pod dominację Longobardów, a potem Franków. Nowy reżim zainstalowany przez cesarzową matkę - Teodorę, składał się oczywiście z samego cesarza Michała III (który jako dziecko był całkowicie ubezwłasnowolniony), Teodory jako regentki, jej córki - Tekli także w roli regentki, jak również braci cesarzowej: Bardasa i Petronasa, jej stryja Sergiosa Nicetiatesa, oraz jej faworyta (a prawdopodobnie również kochanka) logotetę - Teoktistosa. Z tych ludzi teraz składał się nowy rząd Imperium Bizantyjskiego, szczególnie zaś Teodora ufała Teoktistosowi, który był człowiekiem wielkiej kultury. Powierzyła mu funkcję logotety - czyli ministra finansów i jednocześnie dała zarząd nad oświatą, a ze wszystkich tych obowiązków Teoktistos spisał się wyśmienicie (poprzez swoją oszczędną i racjonalną politykę finansową zapełnił skarb państwa złotem, jednocześnie zakładał w całym Imperium nowe szkoły dla ludu, wychodząc z założenia że nawet biedacy powinni przynajmniej umieć się podpisać). Nowe władze rozpoczęły panowanie dosyć pomyślnie, udało się bowiem ostatecznie znieść zakaz kultu ikon (co dla Teodory było priorytetem - swoją drogą to ciekawe, bo cała jej rodzina pochodziła ze wschodu, a ona była tak zagorzałą zwolenniczką kultu ikon?), mądra polityka fiskalna Teoktistosa doprowadziła do zapełnienia skarbu, dzięki czemu jeszcze w tym samym 843 r. nowy rząd postanowił... odzyskać Kretę (utraconą w latach 827-828, a właściwie w 827 r. bowiem w rok później Arabowie pokonali po prostu bizantyjską odsiecz która miała odzyskać wyspę). Tak więc piętnaście lat po tamtej nieudanej próbie, flota którą osobiście dowodził Teoktistos teraz... wyzwoliła Kretę. Wydawało się teraz że Opatrzność szczególnie wspiera nowy reżim, ale wszystko co dobre szybko się kończy. Już w roku 844 Arabowie ponownie odbili Kretę, a jakby tego było mało, to w tym samym czasie armia Kalifatu kalifa al-Mutasima) wdarła się głęboko do Anatolii i w bitwie nad rzeką Mauropotamos (dosłownie rzut kamieniem przez Bosfor do Konstantynopola), rozbiła armię bizantyjską (jednak po splądrowaniu regionu i wzięciu łupów oraz niewolników, wrócili do siebie). Tak więc raz na wozie, raz pod wozem, jednak na szczęście dla Bizantyjczyków (a raczej dla Teodory), wewnętrzne problemy Kalifatu jakie wówczas już się ujawniły, zmusiły Arabów do negocjacji pokojowych i wymiany jeńców, do jakiej doszło nad rzeką Lamos (na pograniczu bizantyjsko-arabskim) na przełomie 845 i 846 r.




Problemy polityczne to jedno, ale uwidoczniły się również kolejne problemy religijne, choć po zniesieniu zakazu kultu ikon wydawało się że przynajmniej w tej kwestii będzie wreszcie spokój. Co prawda przeciwnicy ikon praktycznie już nie istnieli (jakieś niewielkie grupki bez znaczenia), ale były inne problemy. Jednym z nich byli tzw. zeloci - czyli radykalna sekta zwolenników kultu ikon, która zaczęła teraz bardzo ostro atakować patriarchię Metodego (najbardziej zaangażowani w to byli mnisi z klasztoru w Studios, zwani studytami). Nie podobało im się to, że cesarzowa matka nie mści się okrutnie na przeciwnikach kultu ikon, że nie każe ich, że nie upokarza, a przede wszystkim że niezwykle powściągliwie podchodzi do tych, którzy ostatecznie zwyciężyli, czyli do zwolenników ikon i nie obdarza ich nowymi przywilejami oraz kościelnymi funkcjami. Natomiast patriarcha Metody (jako prawa ręka cesarzowej w kwestiach religijnych) stał się dla nich jawnym wrogiem. Studyci bardzo przypominają mi "silnych razem", bowiem w czasach prześladowań pisali donosy na swych władców do Rzymu, do papieża, a w okresach kiedy przewodzili, pragnęli krwawej i niezwykle okrutnej zemsty na tych, których uznali za wrogów. Chociaż Metody tak naprawdę był po ich stronie (czyżby symetrysta 🤭) wypowiedzieli mu ostrą i bezpardonową wojnę, która zakończyła się obłożeniem ich klątwą przez patriarchę Konstantynopola. Ale ten sukces okazał się krótkotrwały, jako że 14 czerwca 847 r. patriarcha Metody zmarł nagle (prawdopodobnie atak serca), co zostało uznane za karę Boską wobec jego bluźnierczych aktów. Teraz zeloci (studyci) wymusili na cesarzowej matce mianowanie na tę funkcję ich człowieka, którym okazał się Ignacy - syn cesarza Michała I Rangabeusza (panującego w latach 811-813), który po ciężkiej klęsce zadanej przez Bułgarów pod Versiniką, zrezygnował z władzy i przywdział mnisi habit (zmarł w 844 r.). Jego synowie zaś - w tym Ignacy -  zostali wykastrowani przez nowego cesarza Leona V Ormianina i również zmuszeni do przyjęcia święceń kapłańskich. Ignacy był uważany za człowieka zelotów (chociaż osobiście nie należał do tej sekty, choć bez wątpienia ją wspierał), dlatego też z ich poparciem został nowym patriarchą Konstantynopola, ale zawiódł pokładane w nim nadzieje, wkrótce potem atakując Focjusza - jednego z najbardziej radykalnych mnichów-studytów.


TEOFIL i TEODORA 



Problemy z zelotami nie były jedynymi, przed jakimi stanęła teraz Teodora (oraz jej wspólnicy w zarządzie państwem). Równie poważnym problemem była (istniejąca głównie we wschodnich prowincjach Imperium) sekta paulicjan. Byli oni naturalnymi sojusznikami ikonoklastów, wspierał ich też mocno cesarz Nicefor I (który panował w latach 802-811, a został władcą po obaleniu i zamordowaniu cesarzowej Ireny. On również był przeciwnikiem kultu ikon - szczególnie dlatego że chciał się w ten sposób odróżnić od Ireny, która była zwolenniczką ikon - ale w czasie swoich rządów nie zakazywał ich kultu, skupiając się głównie na gospodarce i finansach. Poniósł ciężką klęskę i zginął w bitwie z Bułgarami na przełęczy górskiej Warbiszki, wcześniejszym zdobyciu i spaleniu bułgarskiej stolicy Pliski {chan Krum - który musiał się stamtąd wycofać i przenieść w górskie regiony, wysłał do niego wiadomość o treści: "Zwyciężyłeś! zabierz co chcesz i odejdź z naszej ziemi", ale Nicefor uznał, że oto nadarza się okazja całkowitego zniszczenia państwa bułgarskiego, które od 681 r. stanowiło ciągłe zagrożenie od północy dla bizantyjskich posiadłości i dla samego Konstantynopola. Próbując wydostać się z Bułgarii - a w centrum tego kraju znajdują się góry, dzielące Bułgarię nad dwie części, chociaż w średniowieczu to była jedna część - wpadł w zastawioną przez Kruma pułapkę i zginął, a jego wojsko praktycznie zostało wybite do nogi. Potem krążyły legendy że Krum kazał odciąć głowę Nicefora, a z jego czaszki uczynił kielich z którego pił wino). W każdym razie doktryna paulicjańska opierała się na skrajnym ikonoklaźmie, odrzuceniu wszelkich wizerunków Chrystusa i Świętych, a także znaku krzyża. Twierdzili że są prawdziwymi chrześcijanami, całą resztę nazywając po prostu ortodoksami, lub "Rzymianami". Twierdzili że na świecie jest dwóch bogów. Jeden mieszkający w niebiosach Bóg prawdziwy i drugi Demiurg - twórca naszego świata, który oni postrzegali za świat quasi-diabelski. Twierdzili też że Jezus Chrystus nie posiadał fizycznego ciała, a jedynie ciało eteryczne, duchowe i że cała Jego męka i śmierć na krzyżu była pozorna. Odrzucali sakrament chrztu i małżeństwo. Odrzucali kult Maryi Dziewicy i sam krzyż, a także cały Stary Testament przecinek i sporą część Nowego, przez co byli uważani za "szatańskie pomioty" przez ortodoksyjnych chrześcijan nicejskiego rytu, którzy oskarżali ich o wszelkie niegodziwości, jak choćby robienie chleba z krwi i ciała noworodków. W różnych też okresach paulicjanie byli mocno zwalczani i prześladowani.

Nie wiadomo dokładnie kiedy po raz pierwszy pojawiła się ta sekta. Wspomina o nich podczas soboru w Dvinie katolikos  Armenii - Nerses II w roku 555, jako o mieszkańcach pogranicza bizantyjsko-perskiego. Byli oni zapewne podzieleni na mniejsze grupki często od siebie niezależne, a być może nawet o sobie nie wiedzące. Pierwszym przywódcą paulicjan który zorganizował ich w jakąś jedną grupę wyznawców w Kibbosie, był niejaki Konstantyn, który objął przywództwo w roku 658 (wcześniej nosił imię Sylwan, dlatego też potem znany był jako Konstantyn-Sylwan). Jeszcze wcześniej, bo w roku 645 sobór w Dvinie zakazał w Armenii (zapewne właśnie pod wpływem paulicjan), traktowania klasztorów jako hoteli dla arystokratów, którym należało zapewnić wszelkie wygody (w tym sprowadzić im tancerki i śpiewaków dla rozrywki). W roku 650 Armenia znalazła się pod panowaniem Arabów, więc paulicjanie przenieśli się na bizantyjską stronę, choć oczywiście nie wszyscy. Część paulicjan została w Armenii, a na ich czele ok. 660 r. stanęła niejaka Anania, która pozostawiła po sobie listy, w których skarży się, iż uczniowie są krnąbrni, uważają się za lepszych od nauczycieli i w ogóle nie słuchają tego, co się do nich mówi). Społeczność paulicjańska najbujniej rozwijała się właśnie w Kibbosie pod przewodem Konstantyna-Sylwana, który kierował sektą przez 27 lat, aż do roku 685, gdy został on ukamienowany na polecenie cesarza Konstantyna IV (który wkrótce potem zmarł). Wykonujący ten rozkaz cesarski urzędnik o imieniu Symeon, pod wpływem kaźni Sylwana i wiadomości o szybkiej śmierci cesarza Konstantyna IV porzucił ortodoksję i przyłączył się do paulicjan, przyjmując jednocześnie imię Tytus, a wkrótce potem stał się ich nowym przywódcą. Zaś następca Konstantyna IV -  Justynian II był jeszcze większym wrogiem paulicjan i urządzał na nich prawdziwe polowania. W wyniku tych akcji w roku 690 Tytus-Symeon dostał się w ręce biskupa Kolonii (miasta we wschodniej Anatolii, a nie nad Renem), który kazał go spalić żywcem. Rozbita społeczność paulicjańska z Kibossy, przeniosła się teraz - pod przewodnictwem nowego przywódcy o imieniu Paweł - do Eupatorii (691 r.). Paweł jest też pierwszym przywódcą paulicjan, który wprowadzi dziedziczność tej funkcji. Prawie 25-letnie rządy Pawła nad społecznością paulicjan w Eupatorii przebiegają spokojnie. Po jego śmierci w roku 715 przywództwo obejmuje jego starszy syn - Gegnezjusz, ale jego młodszy brat - Teodor nie może się z tym pogodzić i doprowadza do aresztowania brata przez Bizantyjczyków. Gegnezjusz zostaje przewieziony do Konstantynopola i staje przed obliczem cesarza Teodozjusza III, ale ten nie znajduje w nim winy i zostaje uwolniony. Po jego powrocie do wspólnoty opuszczają oni Eupatorię i przenoszą się do Mananali, a w roku 717 do władzy w Konstantynopolu dochodzi Leon III Izauryjczyk, co prowadzi do znacznie lepszych czasów dla paulicjan niż mieli kiedykolwiek dotąd.



Od wprowadzenia ikonoklazmu w roku 730, realnie paulicjanie stają się sojusznikami bizantyjskiego reżimu. Gagnezjusz umiera w roku 745, a pretendentami do przewodzenia sektą są jego dwaj synowie: Zachariasz i Józef. Postanawiają oni podzielić wspólnotę na pół, przy czym wkrótce okazuje się że większa część współwyznawców chce przyłączyć się do Józefa, a przez to tworzy on największą grupę i przybiera imię Epafrodyt. Jedną z grup (Zachariasza) cesarz Konstantyn V przesiedla do Tracji (756 r.) a dokładnie do Filippolis, aby stanowili tam przeciwwagę dla zwolenników kultu ikon. Tymczasem wcześniej, bo jeszcze w 747 r. Niejaki Grzegorz z Mamikonu buntuje się przeciw Arabom pragnąc wyzwolić od nich Armenię (Al-Arminiya), uzyskując wsparcie od paulicjan, ale powstanie to zostaje krwawo stłumione. Natomiast w 750 r.  w Samosacie tamtejszy emir skazuje na śmierć paulicjan za próbę ucieczki z miasta i powrotu na stronę rzymską ("męczennicy z Samosaty"). Natomiast w roku 751 cesarz Konstantyn V zdobywa miasto-twierdzę Meletia w Armenii, umożliwiając wydostanie się stamtąd lokalnych paulicjan (których następnie przesiedla do Tracji). W roku 768 ormiański Kościół na soborze w Dvinie, zakazuje małżeństw pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami. Po 30 latach przewodnictwa nad swoim zgromadzeniem w Mananali, umiera Józef-Epafrodyt (775 r ), a przewodnictwo po nim przyjmuje niejaki Baanies, które przyjmuje imię Zachariasz. Szybko jednak w tej grupie dochodzi do ponownego konfliktu i podziału, gdy część paulicjan na swego przywódcę wybiera Sergiusza. Przez kolejne 25 lat utrzymuje się stan zimnej (a czasem i gorącej) wojny pomiędzy tymi grupami. Ostatecznie w roku 801 i śmierci Banniesa-Zachariasza, jego grupa jest już prawie całkowicie zniszczona, a Sergiusz obejmuje władzę nad całością i przyjmuje imię - Tychikus. To właśnie za jego czasów nastąpił największy rozwój tej sekty. Pozyskał wielu nowych wyznawców, chełpił się, iż wysłał swych uczniów "Na północ i południe, na wschód i zachód". Lata konfliktu pomiędzy dwoma grupami jednej sekty, stworzyły tam również grupę wojowników gotowych do walki, a oddziały paulicjan wzięły udział w roku 802 w obaleniu cesarzowej Ireny i wprowadzeniu na tron Nicefora I. Ten jednak nie odczuwa zbytniej wdzięczności i dobre czasy dla paulicjan znów się kończą. W roku 805 Sergiusz-Tychikus zawiera układ z emirem miasta Melitene i ten ofiarowuje mu dwie wioski (które następnie zostaną zamienione w twierdze): Arguvan i Amara, a następnie Sergiusz z 5 000 swoich współwyznawców się tam przeniósł.




Sergiusz-Tychikus zmarł w roku 835, po 34 latach przewodzenia wspólnocie paulicjan, a tak naprawdę po prawie 60 latach od czasu gdy został po raz pierwszy wybrany razem z Zachariaszem. Przez ten czas w pozyskanych od muzułmanów twierdzach tworzy on prawdziwych wojowników na wzór późniejszej sekty asasynów )jedyna różnica była taka, że wojownicy paulicjan nie byli mordercami, a szkolili się do walki o przetrwanie własnej wspólnoty). Po śmierci Sergiusza nie wybrano kolejnego jednego przywódcy, a poprzestano na kilku (a być może nawet kilkunastu) lokalnych wodzach. Dokonywali oni teraz łupieżczych napadów na tereny bizantyjskie, co spowodowało że w roku 842 cesarz Teofil rozpętał prześladowania paulicjan którzy pozostali w Imperium. Po jego śmierci przejęła i kontynuowała je następnie jego małżonka Teodora...


CDN.

piątek, 4 października 2024

WIELKA SANACJA PAŃSTWA

KU ODRODZENIU RZECZPOSPOLITEJ




 Wczoraj, dnia 3 października w Niemczech obchodzono tzw. "Dzień Zjednoczenia", czyli dzień likwidacji Niemieckiej Republiki Demokratycznej i włączenia jej do Republiki Federalnej Niemiec w 1990 roku. Ponieważ ja jestem stałym gościem niemieckich forów społecznościowych i tematycznych (nie tylko X-a), zauważyłem tam w wielu miejscach przeplatające się takie oto stwierdzenia, że jest to niepełne zjednoczenie i że dzień ten należy nazwać dniem "częściowego zjednoczenia", ponieważ niemieckie ziemie wschodnie wciąż nie zostały odzyskane. A jakie to niemieckie ziemie wschodnie nie zostały odzyskane? przecież wschodni Niemcy (tzw. "Ossi") już dawno połączyły się z tymi zachodnimi (a tak naprawdę zostały przez nich po prostu wchłonięte). O czym wiem co oni mówią? Oczywiście każdy inteligentny człowiek zdaje sobie sprawę o czym jest mowa, po prostu znaczna część Niemców (oczywiście nie jest to większość, ale to jest dość pokaźna grupa) i to nie tylko tych, którzy głosują na AFD, wyraża żal za utratą i melancholijne pragnienie odzyskania w przyszłości ziem wschodnich, czyli naszych "Ziem Odzyskanych", naszych Kresów Zachodnich. I wydaje mi się że wcześniej czy później w jakiś tam sposób możemy mieć z tym problem, chociaż nie wydaje mi się aby te pragnienia w jakikolwiek sposób mogły zostać zrealizowane, to jednak próby takiego lub innego pozyskania owych ziem trwają już od jakiegoś czasu (co najmniej od roku 1990), różnymi metodami (głównie oczywiście finansowymi) poprzez wykupywanie tamtejszych polskich przedsiębiorstw, spółek etc. etc. i przyzwyczajenie mieszkańców, że "niemieckie znaczy lepsze".

Na Ukrainie wciąż trwa wojna, choć ta wojna realnie powoli dobiega końca, choć Ukraińcy tak naprawdę walczą z jedną ręką związaną za plecami, gdyż wszelki ofiarowany im sprzęt wojskowy nie może być użyty przez nich na terytorium Rosji, czyli tak naprawdę mogą się oni tylko bronić na własnej, zniszczonej ziemi. Przyjdzie więc taki moment, że Ukraina będzie zmuszona zgodzić się na przyjęcie warunków (prawdopodobnie rozejmu - co oznacza że konflikt ten zostanie jedynie zamrożony na kilka lat, być może na dekadę, co jest bardzo złe dla nas, państw bezpośrednio sąsiadujących z Ukrainą) na mocy których będzie musiała oddać Krym, Donbas, Zaporoże i kto wie co jeszcze. Pewnym ratunkiem dla Ukraińców przed taką wizją zakończenia tej wojny, był - podjęty 6 sierpnia 2024 r. - atak na obwód kurski i zajęcie znacznej jego części (co ciekawe Ukraińcy o owym ataku nie powiadomili Amerykanów, gdyby bowiem to zrobili, z pewnością nie dostaliby na to zgody, bo przecież to głównie Amerykanie - ale również i Francuzi i Niemcy, każą im walczyć z jedną ręką za plecami). Jest to pewien nabytek, który może stać się kartą przetargową w przyszłych rozmowach pokojowych (mam nadzieję) lub rozejmowych (oby nie), ale też nie wiadomo jak to się jeszcze rozwinie, gdyż Ukraina nie ma nie tylko sprzętu (obecnie dostawy sprzętu na Ukrainę są znacznie mniejsze niż były do tej pory), ale również ludzi, żeby utrzymać cały odcinek frontu z Rosją. A to może doprowadzić do sytuacji w której moskale po prostu odzyskają cały ten obwód (zresztą już teraz jest tam bardzo trudna sytuacja).

Na Bliskim Wschodzie Izrael właśnie uderzył na Liban. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę że położenie państwa Izrael (które tak naprawdę jest wyspą leżącą na środku muzułmańskiego morza) jest niezwykle trudne, można wręcz powiedzieć beznadziejnie trudne, dlatego też celem polityki tego państwa jest maksymalna "likwidacja problemu muzułmańskiego" (jakkolwiek negatywnie to może zabrzmieć). W ogóle Izrael według mnie w pewien sposób przypomina chrześcijańskie państwa średniowieczne, które zostały założone na Bliskim Wschodzie po pierwszej krucjacie z lat 1096-1099. Te państwa również dysponowały przewagą technologiczną (w postaci zachodniego rycerstwa), tak jak dziś taką przewagą dysponuje Izrael w porównaniu z państwami arabskimi (a raczej muzułmańskimi) z którymi graniczy. Poza tym Izrael otrzymuje stałym wsparciem ze strony (głównie) USA, podobnie jak państwa krzyżowców (takim wsparciem dla nich były kolejne krucjaty). Państwa krzyżowców istniały na terenie Lewantu niecałe 200 lat (pierwsze państwa chrześcijańskie zaczęto tam zakładać w roku 1098, Jerozolima padła w roku 1099, w 1100 założono Królestwo Jerozolimskie, a ostatnia twierdza krzyżowców - Akka padła w roku 1291) to jest dosyć długi okres czasowy, ale powiedzmy sobie szczerze, realnie od początku skazane były one na upadek i choć ten upadek był znacznie odroczony w czasie, to jednak był nieunikniony. Według mnie również na Izraelu ciąży takie odium upadku i choć ono może być odroczone w czasie, to jednak jest nieuniknione (oczywiście ten fakt nie usprawiedliwia polityki Izraela która jest jawnie rasistowska, dążąca do fizycznej eliminacji Palestyńczyków ze Strefy Gazy, tam bowiem realnie trwają nie tylko czystki etniczne, ale wręcz prawdziwe ludobójstwo).

Unia Europejska wymyśla coraz więcej projektów, które mają na celu realnie likwidację zarówno państw narodowych, jak również (w dłuższej perspektywie, choć wydaje się że nie aż tak długiej) wymieszanie ras, poprzez sprowadzenie do Europy murzynów z Afryki, islamistów z Bliskiego Wschodu, a nawet Azjatów i zmieszanie ich z białą ludnością w państwach europejskich w taki sposób, aby powstał konglomerat bez żadnej przeszłości, bez żadnej pamięci o dokonaniach przodków, bez żadnego umiłowania ojczyzny (której już nie będzie) i oczywiście bez przyszłości. W ten sposób realizują nie tylko plan Richarda Coudenhove-Kalergi z 1922 r. (Gdzie postulował on że w przyszłości w Europie będzie tylko jedna rasa ludzi - mieszana - dzięki masowej migracji z Afryki i Azji - ludność podobna do starożytnych Egipcjan. Ma to doprowadzić oczywiście do likwidacji państw narodowych i ułatwienia elitom Europy zarządzanie tym ludzkim konglomeratem, który będzie znacznie łatwiej sterowalny). Już teraz widać że taki właśnie jest cel obecnych elit europejskich (widać to również w reklamach, gdzie czarnoskóry mężczyzna najczęściej występuje z białą kobietą, a biały mężczyzna jeśli w ogóle tam funkcjonuje, to tylko jako dodatek najczęściej podnóżek bo taka jest jego rola w przyszłej "zmieszanej" Europie. Zresztą nie tylko taki przekaz jest serwowany, również w bajkach coraz częściej pojawiają się osoby niebinarne, aby dzieciom już od maleńkości wkładać do głowy że to jest normalne że ktoś nie wie jaki jest płci. Czyli programowanie dzieci od maleńkości aby później można było nimi sterować w pożądanym przez elity kierunku i uczynić z nich - jak twierdził Kalergi - łatwo sterowalną masę). Innym patronem współczesnej Unii Europejskiej (którego imię nosi Parlament Europejski) jest przecież Altiero Spinelli, włoski marksista który w 1941 r. w więzieniu na wyspie Ventotene na rolce papieru toaletowego sporządził dziś obowiązującym manifest przyszłego państwa europejskiego (wystarczy chociażby zajrzeć do Białej Księgi Unii Europejskiej z 2017 r.), którego celem ma być całkowita likwidacja państw narodowych). Do tego dochodzą też unijne projekty tzw. zielonego wału ładu, które mają całkowicie zniszczyć europejskie rolnictwo i przemysł -  wyprowadzając je poza Europę i doprowadzając do skumulowania wielkiej własności ziemskiej w rękach niewielkiej grupy, wybranej (a raczej samo wybierającej się) elity europejskiej, która przypominać ma panów feudalnych ze średniowiecza.

To co powyżej przedstawiłem, to jest jedynie nakreślenie głównych problemów przed którymi stoi Polska i Europa (a także poniekąd większa część naszego globu), a przecież u nas obecnie sytuacja wewnętrzna również zmierza w złym kierunku. 15 października 2023 r. część społeczeństwa znudzona już w dużej mierze sobie-państwem PiS-u (ja uważam że taka nauczka jaką wówczas PiS dostał, była mu potrzebna, gdyż po trzeciej kadencji PiS zamieniłby się już całkowicie w partię wyleniałych tłustych kotów, którym po prostu się należy za sam fakt że są. Zresztą ja do dzisiaj nie widzę żadnej refleksji w tej partii, która by podjęła jakąś kompleksową debatę na temat realnej klęski wyborczej - bo co z tego że PiS wygrał te wybory, skoro nie rządzi. Jak widzę takie twarze jak Morawiecki, jak Błaszczak, jak Sasin, o Kurskim nawet nie wspominając - to zbiera mi się na wymioty. Ciekaw jestem kogo ta partia wybierze jako swojego kandydata na prezydenta w przyszłorocznych wyborach - które są szalenie ważne, wydaje mi się że są najważniejszymi wyborami od 1989 r. Prezes - który według mnie już dawno powinien odejść, ale jego odejście doprowadzi jednocześnie do bardzo poważnych ruchów odśrodkowych, realnie likwidujących tę partię, niestety więc musi trwać dalej - zapewne w żartach mówi coś o Błaszczaku, jako kandydacie na prezydenta. Ha ha, ja też lubię się pośmiać, ale tutaj nie ma się z czego śmiać, tu niestety trzeba płakać nad tą partią. Mam też nadzieję że mimo wszystko ktoś rozsądny pójdzie po rozum do głowy i kandydatem będzie osoba, która realnie może pokonać "siły destrukcji" które obecnie rządzą. Ja sam mam swoje typy, chodź część z nich jest niestety niewybieralna w drugiej turze, a takowymi są: Dominik Tarczyński -  chciałbym takiego prezydenta, ale nie ma on szans w drugiej turze, Marek Jakubiak - nie należy do PiS-u więc kandydatem tej partii nie będzie, choć może kandydować z poparciem innych komitetów, i Karol Nawrocki - były prezes Instytutu Pamięci Narodowej dyrektor Muzeum II Wojny Światowej. To są trzej główni kandydaci, których ja bym widział w roli przyszłego prezydenta Rzeczypospolitej i mam nadzieję że któryś z nich nim zostanie, bo inaczej, jak wejdzie tam "Czaskoski", "pan z Chobielina" czy posłaniec von der Leyen {pamiętamy przecież to: "Donaldzie, za rok widzimy ciebie w roli premiera Polski"}, to po prostu zostaje już tylko kiła mogiła i można gasić światło i zwijać dywanik).








Tak więc kara jako spotkała PiS w ostatnich wyborach, bez wątpienia należała się tej partii, ale już wystarczy! Na tym bowiem cierpi nie tyle PiS (który dla mnie jest tylko środkiem, a nie celem samym w sobie - jak dla wielu fanatyków ze strony tzw "prawych", a środki się zmienia, gdy przestają być użyteczne) ale cierpi moja Ojczyzna, mój dom - Polska. Ta władza, która rządzi (a raczej zarządza) od 13 grudnia 2023 r. jest kompletnie wyprana z jakichkolwiek pro-rozwojowych idei, tam nie ma żadnych pomysłów, żadnych planów rozwoju naszego kraju - zero, nul. Ostatnio na swoim kanale Rafał Ziemkiewicz (który jak już kiedyś mówiłem ma - czasem jeszcze - prawdziwego "zajoba" anty-sanacyjnego i anty-piłsudczykowskiego, co powoduje że nie chce mi się go słuchać, ale w zasadzie to jest jedyna negatywna kwestia którą mogę skierować w jego stronę), stwierdził ostatnio że taki mendy jak Donald Tusk nie było w polskich dziejach od czasów generała Zajączka (napoleońskiego oficera, który po roku 1815 przeszedł na służbę cara Aleksandra i sprawował funkcję carskiego namiestnika Królestwa Polskiego do swej śmierci w 1826 r.). Ciekawie to uzasadniał i przyznam się szczerze zgadzam się z nim gdy mówił, że przecież co prawda był taki Bierut, był Gomułka, niektórzy widzieliby W tym gronie nawet Gierka, na pewno Jaruzelski, dlaczego więc od generała Zajączka? Otóż każdy z wyżej wymienionych miał jakąś wizję Polski, jakąkolwiek. Była to oczywiście wizja Polski komunistycznej, zniewolonej, wizja podległości Moskwie, ale była, BYŁA! Donald Tusk natomiast nie ma żadnej wizji rozwoju kraju, totalnie żadnej, Donald Tusk interesuje się tylko i wyłącznie Donaldem Tuskiem (widać to było zresztą jeszcze w 2014 r. kiedy w lutym mówił że on się do żadnej Brukseli nie wybiera, że dla niego bycie polskim premierem to jest honor i obowiązek, a już w maju powiedział że jest spakowany i wyjeżdża 😂. Poświęcił wtedy partię, swoich wyborców - bo było wiadome że po jego odjeździe Platforma Obywatelska dostanie łupnia na całego, a on miał to wszystko głęboko w...). I tak jest teraz. Tusk nie chciał tu przyjeżdżać, nie chciał ponownie siedzieć w Sejmie, nie chciał być premierem, a został do tego zmuszony bo oczywiście zna swoje miejsce w szeregu i wie komu co jest winien, kto go wspierał, kto dawał pieniążki (jeszcze w latach 90-tych na Kongres Liberalno-Demokratyczny gdzie pieniądze z Niemiec przychodziły w reklamówkach) niestety długi trzeba oddawać. Poza tym Tusk chce ponownie wrócić do Brukseli, więc robi wszystko żeby przypodobać się jaśnie państwu, elicie europejskiej i pokazać im że jest dobrym i pokornym pieskiem i będzie spełniał ich polecenia, tylko żeby potem przygarnęli go ponownie do swojego grona. On może znowu zostać szatniarzem Europy (tak jak poprzednio, gdzie zawieszał marynarkę pijanemu Junckerowi, dla niego to nie ma znaczenia, on się tam dobrze czuje), a poza tym oczywiście kasa kasa kasa kasa...

Tak więc wszystkie pro-rozwojowe inwestycje dla Polski zostały wstrzymane, CPK zaorane )przewodniczącym budowy tego lotniska został Maciej Lasek, człowiek który od początku krytykował powstanie CPK), budowa komputera kwantowego przez Uniwersytet Poznański przeszła do historii poprzez wstrzymanie dofinansowania dla tego projektu właśnie przez Tuska, dziś czytam że Niemcy robią (a w zasadzie już zrobili taki komputer). Pogłębianie Odry przeszło do historii, wiadomo - ministra Zielińska (czyli w Odrze jest za mało wody, ryby się duszą - trzeba dolać 😭). Budowa Portu Kontenerowego w Świnoujściu - nawet nie ma sensu o tym wspominać. Co więc mamy po tych 10 miesiącach rządów żałosnej (a w zasadzie nie żałosnej, ale anty-rozwojowej i antypolskiej) koalicji 13 grudnia? Mamy kompletny rozkład kraju w zasadzie na poziomie cząstek elementarnych. Powoli, systematycznie niszczy się wszystko co było budowane nie tylko od czasów Prawa i Sprawiedliwości, ale w ogóle wszystko co może przynieść Polsce jakąkolwiek korzyść. Kompletna wręcz nieporadność rządu w czasie powodzi (czego przykładem są chociażby tanio oprocentowane kredyty, proponowane przez ministrę Henning-Kloskę, bo jak przecież stwierdziła Róża Thun und Hohenstein: "nisko oprocentowany kredyt jest najlepszą rzeczą na świecie" 🤭), pokazuje doskonale że Tusk ma gdzieś rządzenie krajem i wraca ponownie do wypróbowanych za "pierwszego Tuska" (w latach 2007-2015) sposobów odwracania kota ogonem, czyli szukania tematów zastępczych. Przyznam się szczerze że Tusk jest mistrzem w tej kwestii i gdy tylko ludzie zaczęli mówić o indolencji rządu w trakcie powodzi, wyszła kwestia wiz, którymi niby Prawo i Sprawiedliwość miało obdarowywać przybyszów z Bliskiego Wschodu i to w setkach tysięcy takich pozwoleń (w rzeczywistości realnych wiz wydano od 200 do 500 i nie były to wizy dawane ludzi w celu ściągnięcia ich do Europy, tylko wizy wydawane tym, którzy mieli je dostać, a łapówki dawali za przyspieszenie tego procesu). Teraz wyszła sprawa alko-tubek, czyli kolejny temat zastępczy, który będzie żył może z dwa tygodnie i zdechnie szybko, podobnie jak poprzednie (jak chemiczna kastracja pedofili z czasów pierwszego Tuska, czy walka z dopalaczami).

Ten rząd nie ma żadnego planu rozwoju Polski. To oczywiście est banał, ale to jest banał którego duża część naszego społeczeństwa nie rozumie, nie widzi, albo nie chce widzieć. Wszystko co do tej pory przez te 10 miesięcy zrobił Donald Tusk służyło przede wszystkim Niemcom i Brukseli, nic zaś nie dotyczyło planów rozwoju Polski - NIC! I nie będzie dotyczyło, gdyż w oczach nie tylko Niemców, ale również Francuzów, Brytyjczyków i w ogóle tych państw na Zachodzie Europy, których politycy a po części również społeczeństwa do dzisiaj czują się nad-ludźmi, nasz rejon Europy Środkowo-Wschodniej jest regionem "pomiędzy", pomiędzy Zachodem a Rosją (Rosji jako jedynego państwa słowiańskiego ci na Zachodzie się boją i dlatego też Rosję szanują, nas nie szanują, bo nie czują żadnej ku temu presji, nie czują żadnej konieczności aby nas szanowali). Polski się nie szanuje, bo Polska zawsze była naiwniakiem Europy, my zawsze wierzyliśmy w te wszystkie piękne hasełka, w braterstwo ludów, w "Wolność Naszą i Waszą" (które to hasła wypisywano na sztandarach jeszcze w czasie Powstania Styczniowego) itd. itp. Polska walczyła, żeby w Europie był spokój i bezpieczeństwo (odparcie inwazji Turków na Wiedeń w 1683 r. który miał być tylko pierwszym etapem podboju Europy przez Imperium Osmańskie, rozbicie bolszewickich armii idących na Niemcy i Europę w 1920 r. a wcześniej walka za obce mocarstwa, jak choćby za Francję na Haiti w 1802 r.). To wszystko nie ma najmniejszego znaczenia, nie ma też żadnego znaczenia to, że przez 30 lat po tzw. "upadku komuny" Polska rozwijała się najlepiej w Europie, że suchą nogą przeszliśmy przez okres pandemii, będąc wzorem dla reszty Kontynentu jak należy dbać o własną gospodarkę i jak ją rozwijać. Staliśmy się 20-tą największą gospodarką świata i to wszystko w ciągu zaledwie 30 lat (a startowaliśmy przecież z poziomu państwa bankruta, jakim realnie była Polska w roku 1990). Ale tam na Zachodzie oni doskonale wiedzą (i wiedzieli to już na początku lat 90-tych, co zostało wypowiedziane ustami Jeffrey'a Sachsa, który powiedział że po tej tak zwanej transformacji ustrojowej należy Polskę otoczyć specjalną "opieką", bo jeżeli pozwolimy Polakom normalnie się rozwijać, to wkrótce potem staną się oni drugą Japonią, dokonując inwazji ekonomicznej na nasze rynki i całkowicie je zdominują. On to powiedział na przełomie lat 80-90 gdy Polska realnie była bankrutem i nie mogła w żaden sposób równać się z potęgami ekonomicznymi świata zachodu) że Polacy są niezwykle przedsiębiorczym i mądrym narodem i jeżeli tylko mają ku temu możliwości, to natychmiast z nich skorzystają, budując swoją ekonomiczną stabilizację. 




Polski się nie szanuje, bo oni (ci na Wschodzie, jak i na Zachodzie) nie czują presji, dlatego uważam że bezwzględnie należy nie tylko doprowadzić do gruntownej sanacji państwa (ale to gruntownej do fundamentów), zreformować całkowicie ustrój, który tworzony był dla państwa słabego, dla państwa małego, dla państwa bez ambicji. My nie tylko mamy ambicje, ale nasze ambicje wydają się być większe niż tylko ekspansja gospodarcza. Dlatego też uważam że Polska musi mieć swoją broń atomową i to bezwzględnie! Mamy ku temu ludzi (naukowców), mamy możliwości aby taką broń zbudować samemu, brakuje tylko jednej rzeczy - woli politycznej i jedności narodowej. Oczywiście banałem byłoby również powiedzenie, że musimy mieć armię co najmniej 300 000 a tak naprawdę 500-tysięczną. Że musimy stać się tu, na ziemiach na których Polska od wieków istnieje swoistym "Izraelem Europy" - uzbrojonym po zęby i gotowym do oddania jakiegokolwiek ciosu tak, aby jeśli chociażby w Niemczech pojawił się pomysł "zjednoczenia ziem wschodnich"  wyprowadzić w ich stronę taką fangę, żeby już nigdy myśl podobna nie przyszła im do głowy (a tą fangą byłby w najlepszym przypadku całkowity rozpad Niemiec i to nie tylko doprowadzenie do sytuacji sprzed 1870 r. ale przede wszystkim sprzed 1834 czyli przed powstaniem Niemieckiego Związku Celnego, a także wspieranie wewnętrznych separatyzmów i patriotyzmów, typu bawarskiego, saskiego wirtemberskiego etc. z zakazem jednoczenia Niemiec na poziomie choćby kultury, jako że to państwo tak naprawdę jest przekleństwem Europy, zjednoczone Niemcy są przekleństwem Europy, podobnie jak zjednoczona, silna Rosja). Oczywiście początkowo byłby na pewno duży problem chociażby nawet z budową broni atomowej w naszym kraju, ponieważ - powiedzmy sobie szczerze - w naszym społeczeństwie żyje jakaś taka narośl (tak narośl), która realnie nie uważa się za Polaków chociaż mówi po polsku, urodziła się Polakami, ma korzenie polskie, ale nie czuje się Polakami. Tacy ludzie z całą pewnością ustawialiby się w kolejce, czy do Brukseli czy do Waszyngtonu, aby po prostu perfidnie kapować na Polskę, właśnie dlatego że coś im się nie podoba: że rozwój im się nie podoba, że CPK im się nie podoba, że atom im się nie podoba, nic im się nie podoba, poza Tuskiem i jego folksdojczerją. Myślę jednak że i z tym można by było sobie poradzić, bowiem z jednej tylko rzeczy zrezygnować nie można: z dalszego rozwoju i umocarstwienia naszego państwa, a co za tym idzie naszego regionu.




środa, 2 października 2024

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... Cz. VII

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ





VI
WSPOMNIENIA IRENY HANIEWICZ 
(BORYTNICA)




22 czerwca 1939 wracam do domu na letnie wakacje do posiadłości mojego ojca, ukochanej Bortnicy (osady, w której się urodziłam). Mam dwanaście lat i właśnie zdałam egzaminy do gimnazjum. (...) Ojciec zawozi mnie do domu zaprzężonym w konie powozem i spogląda na mnie z wielką dumą. Nie posiadam się ze szczęścia, a w moim małym światku wszystko znajduje się na swoim miejscu. (...) Przede mną dwa miesiące niewyobrażalnej radości - spacerów z moim psem Pinkiem, konnych przejażdżek i pomocy przy żniwach. Lecz jako małe dziecko nie zdawałam sobie sprawy z tego, że na horyzoncie gromadzą się czarne chmury.

1 września, kiedy to miałam po raz pierwszy udać się do gimnazjum, Niemcy uderzyły na Polskę od zachodu, a 16 (tu jest błąd, powinno być 17) Rosjanie wkroczyli do Polski od strony wschodniej (...) nawet mimo tak młodego wieku zrozumiałam, że wydarzyło się coś straszliwego. Moi rodzice nagle spoważnieli, a w domu zaczęło pojawiać się mnóstwo sąsiadów i wszyscy wciąż rozprawiali o wojnie. (...) "Co będzie dalej" - pytali wszyscy. Potem zaczęła się nauka w szkole średniej i zabrano mnie do sąsiedniego miasteczka Dubno, bym rozpoczęła edukację - jednak nieco inną. Nauka rosyjskiego, a także ukraińskiego była obowiązkowa. Chociaż rozumiałam ukraiński, nie potrafiłam w nim pisać, ponieważ litery są nieco inne. Na szczęście udało mi się przezwyciężyć tę trudność i wszystko się poukładało.

W lutym 1940 roku ojciec przyjechał do mnie z wizytą i powiedział, że Rosjanie zabrali nam wszystkie konie. Błagałam go, żeby zabrał mnie ze sobą do domu, a ponieważ potrafiłam go sobie okręcić wokół palca, w końcu zgodził się, żebym wróciła razem z nim. I dobrze, że tak uczynił, ponieważ następnego dnia, około piątej rano, usłyszeliśmy kołatanie do drzwi. Wszedł jeden ze służących i powiedział, że coś złego dzieje się w wiosce i że chyba odbywają się aresztowania. Ojciec ubrał się pospiesznie i pobiegł ukryć się w stodole. W niedługim czasie usłyszeliśmy szczekanie psów, pojawił się rosyjski oficer i spytał o ojca. Matka odparła, że nie ma go w domu. Oficer powiedział, że mamy spakować rzeczy podręczne, ponieważ musimy opuścić nasz dom. Nawet nie powiedział nam, dokąd się udajemy. Matka wpadła w histerię, służąca zaczęła płakać, więc oficer powiedział, żebym zaczęła się pakować. Miałam dwanaście lat, więc nie bardzo wiedziałam, co tak naprawdę trzeba zabrać - lecz wzięłam to, co uznałam za ważne: mój nowiutki szkolny mundurek i książki w skórzanym tornistrze.

Gdy mój ojciec zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje, wyszedł z ukrycia, lecz kazano mu siąść na podłodze, a służąca zaczęła wkładać nasze rzeczy do toreb. W bardzo krótkim czasie kazano nam wejść na wóz i wyjechaliśmy na drogę, a ojciec szedł za nami. Oto ostatni obraz, jaki został mi w oczach: pokryty śniegiem sad i błyszczący dach naszego domu. Słońce niedawno wzeszło. Matka płakała, ja czułam lęk. Nie zdawałam sobie sprawy, że po raz ostatni widzę mój ukochany dom, w którym spędziłam beztroskie dzieciństwo. Zawieziono nas na stację kolejową i wpędzono do bydlęcych wagonów, które ruszyły na północ Rosji - do Archangielska na Morzu Białym. 

Podróż trwała trzy tygodnie, a przez cały czas nie mieliśmy dostępu do toalety. Mieliśmy po prostu przykucać wewnątrz wagonu. Byłam tak zawstydzona, że wstrzymywałam się przez dwa tygodnie. Wysiedliśmy w głębokim lesie, gdzie temperatury sięgały -50 stopni Celsjusza. Rodziców wysłano do pracy przy wyrębie lasu. Mieszkaliśmy w prymitywnych, drewnianych chatach, gdzie za łóżka służyły zwykłe deski. Jedzenia prawie nie było, poza dzienną porcją chleba i wodnistą owsianką. (...) Latem udawało się nam znaleźć w lesie jakieś owoce i orzechy. (...) Później zbieraliśmy grzyby. Dziadkowie przysłali nam paczkę z bezcennym jedzeniem. Oprócz tego babcia przysłała mi sukienkę, gdyż nagle zaczęłam bardzo szybko rosnąć. Życie było ciężkie, a zimno nas zabijało i ludzie wokół umierali. Nie było ani lekarstw, ani lekarzy. Pamiętam małą, dwuletnią dziewczynkę umierającą w naszej ziemiance. Nigdy nie zapomnę, jak leżała potwornie rozgorączkowana i dusiła się. Pogrzebaliśmy ją na tyłach ziemianki, a na grobie postawiliśmy drewniany krzyż z wyrytym jej imieniem i nazwiskiem.

Niespodziewanie, w sierpniu 1941 roku, komendant obozu zebrał nas wszystkich i powiedział, że jesteśmy wolni, ponieważ Niemcy zaatakowały Rosję. Ponieważ jednak Polska znajdowała się pod okupacją niemiecką, nie mogliśmy wracać do kraju. Ojciec postanowił, że pojedziemy gdzieś na południe Rosji - powiedział że tam przynajmniej będzie cieplej. Zbudował drewnianą tratwę i pewnego słonecznego, wrześniowego dnia 1941 roku wyruszyliśmy rzeką do najbliższej stacji kolejowej - Kotłas. W czasie podróży tratwa się przewróciła, a my wylądowaliśmy w wodzie, tracąc niemal cały nasz dobytek. Tonęliśmy, a moja matka, która nie umiała pływać, krzyczała: "Ratujcie fotografie!", co akurat nam się udało. (...) Dotarliśmy wreszcie do Kotłasu niewielką łodzią i zaczęliśmy walczyć o bilety na południe.

I tak jak poprzednio, wsiedliśmy do bydlęcych wagonów, gdzie spało się na zwykłych deskach. Podróż na południe zajęła nam około dwóch miesięcy, z częstymi przerwami, trwającymi nieraz dwa lub trzy dni. Wychodziliśmy wówczas na zewnątrz, próbując coś przyrządzić lub choćby ugotować trochę wody. Zdarzało się czasami, że pociąg stawał w jakimś niewielkim miasteczku i wtedy próbowaliśmy kupić coś do jedzenia co dość rzadko się udawało. Po długim czasie nasza podróż dobiegła końca. Wysiedliśmy w Uzbekistanie i zaczęliśmy szukać jakiejś kwatery. Znaleźliśmy wreszcie jeden pokój dla dwunastu osób, a jak rozłożyliśmy koce do spania, to nie było gdzie się ruszyć.

W owym czasie dowiedzieliśmy się, że generał Anders tworzy polską armię, i ojciec postanowił do niej wstąpić. Można było wyjechać z Rosji przez Morze Kaspijskie do Persji (Iranu). Ojcu jednak udało się wreszcie wyjechać razem z nami, (...) lecz tysiące ludzi miało mniej szczęścia i spędziło całą wojnę w potwornych warunkach. Niektórzy już nigdy nie wrócili do kraju. W Pahlewi w Iranie (głównym porcie przeładunkowym Armii Polskiej gen. Andersa. Łącznie znalazło się tam 45 000 żołnierzy i jakieś 20 000 cywilów) czekali na nas angielscy żołnierze (...) i po raz pierwszy od czasu wyjazdu z Polski w naszych żołądkach znalazło się prawdziwe jedzenie. (...) Wielu z nas aż się od niego pochorowało.

Teheranie władze polskie zorganizowały polskie liceum, gdzie uczyłam się przez rok. W rok później wyjechaliśmy do (...) Kolhapuru, gdzie w geście uprzejmości maharadża Kolchapuru oddał do naszej dyspozycji kawałek ziemi, na którym zbudowaliśmy sobie niewielkie domki z trzciny - ale na początku zbudowaliśmy kościół (na ziemi perskiej Polacy stacjonowali w kilku miejscach, głównie zaś w Hamadanie, skąd w kwietniu 1942 r. Armia Andersa przerzucona została do Bagdadu, a następnie do Kirkuku i Mosulu, gdzie w październiku 1942 r. powstała Armia Polska na Wschodzie, w liczbie 78 000 żołnierzy. Drugi rzut został w sierpniu skierowany przez Bagdad i Kirkuk do Palestyny, a konkretnie do Hajfy - gdzie też wielu żołnierzy polskich żydowskiego pochodzenia pozostało już na stałe {oczywiście wcześniej uzyskując zezwolenie dowództwa}, później budowali oni zręby państwa Izrael. W grudniu 1943 r Armia Polska na Wschodzie {zwana wówczas już 2 Korpusem Polskim}, przybyła do Aleksandrii w Egipcie, skąd od 15 grudnia do końca marca 1944 r. wyrusza o do południowych Włoch, do Tarentu. A tam 2 Korpus zapisał swoją bohaterską kartę wojenną w bitwach o Monte Cassino, Ankonę i Bolonię).

{PS: Jako ciekawostkę jeszcze powiem że obecnie na X-ie można zauważyć ciekawy proces, a mianowicie na swoich forach Palestyńczycy i inni Arabowie oskarżają Żydów że... są Polakami, a nie prawdziwymi Semitami. Powołują się właśnie na fakt że Izrael tak naprawdę zbudowany został przez Polaków, a raczej Żydów, którzy nie znali żadnego innego języka poza polskim, wychowani byli w duchu polskim i w ogóle pierwszym językiem Izraela był język polski - w pierwszych Knesetach po odzyskaniu niepodległości przez Izrael w 1948 r. mówiono głównie po polsku, językiem pomocniczym był idisz, którym posługiwała się zaledwie garstka parlamentarzystów. Dziś więc Arabowie twierdzą, że Żydzi nie są godni miana Semitów, ponieważ tak naprawdę są Polakami. Mało tego twierdzą wręcz że to Polska steruje Izraelem. Ciekawe, co kraj to obyczaj ☺️}.



STYCZEŃ 1939
Cz. III




14 stycznia w Hotelu Europejskim w Warszawie już po raz 16 bawiono się na balu mody, zorganizowanym przez Związek Autorów Dramatycznych. Było to wydarzenie na które przygotowywały się już od listopada-grudnia roku poprzedniego nie tylko domy mody, ale również światek artystyczny i polityczny ówczesnej Rzeczpospolitej. Szykowano sobie wspaniałe kreacje na to wydarzenie, gdyż ukoronowaniem owego balu miał być wybór królowej mody i balu, a w roku 1939 została nią 40-letnia aktorka Maria Malicka (właścicielka Teatru Malickiej, znajdującego się przy ul. Marszałkowskiej 8 w Warszawie). Jej koronkowa krynolina (z domu mody Goussin Cattley), wzbudziła powszechny zachwyt. Królową piękności została zaś aktorka i tancerka Loda Halama, a magistrem elegancji dziennikarz Stefan Kwaśniewski (zginie walcząc w Powstaniu Warszawskim 2 października 1944 r., już po zawieszeniu broni), który wystąpił we fraku od Ludwika Jasieńskiego.


LODA (ALICJA) HALAMA Z CZESŁAWEM KONARSKIM NA SCENIE PODCZAS TAŃCA MEKSYKAŃSKIEGO 



Polska prasa w Niemczech pisała w tym czasie również o prześladowaniu polskich katolików w III Rzeszy, ze szczególnym uwzględnieniem Śląska Opolskiego. Pisano: "Nader liczne są tu wypadki kasowania nabożeństw polskich w parafiach zamieszkałych przez Polaków, przekładania nabożeństw bez uprzedniego zawiadomienia (tak, że nie wiadomo, kiedy jest nabożeństwo polskie lub niemieckie), kasowanie kazań polskich, kasowanie godzinek, rorat oraz niedopuszczenie do tradycyjnych nabożeństw polskich przed kapliczkami świętych. Na przykład w miejscowości Ziemięcice w powiecie gliwickim policjant zatrzymywał parafian polskich, zdążających na nabożeństwa polskie, namawiając ich do uczęszczania na nabożeństwa niemieckie. Zaś tamtejszy nauczyciel zabronił dzieciom uczęszczania na nabożeństwa polskie w ogóle. W Kamieńcu niemiecki Amtsleiter notował Polaków, a w Zabrzu członek Hitlerjugend spisywał młodzież polską, wychodzącą z polskiego nabożeństwa. We wszystkich wypadkach odczuwa się antypolską agitację Bund Deutscher Osten (Związku Niemieckiego Wschodu). (...) W Sierakowicach zdarzył się wypadek, iż pod wizerunkiem Królowej Korony Polskiej -  Matki Boskiej Częstochowskiej, który wisiał na krzyżu przydrożnym, zniszczony został napis polski, a pod obrazem Orędowniczki Narodu Polskiego umieszczono napis niemiecki. (...) Podobnie często zdarza się nieudzielanie ślubów w języku polskim - choć młoda para tego zażądała - jak również niedopuszczanie języka polskiego w pogrzebach - wbrew życzeniom rodziny. Lud Polski w Niemczech jest religijny, a przywiązanie swoje do Kościoła Katolickiego udowodnił nie raz - udowadnia je całym swoim życiem według nakazów Wiary Ojców. Lud Polski w Niemczech wierzy w Boga i wiernie służy Kościołowi Katolickiemu. Ale w innym języku niż polskim do Boga modlić się nie umie - w innym niż polskim języku przykazań Boskich nie rozumie".

Również w styczniu 1939 r. Jan Bielatowicz, dziennikarz tygodnika "Prosto z mostu" opisywał zmiany, jakie zaszły na Śląsku Cieszyńskim po wkroczeniu tam wojsk polskich w październiku i listopadzie roku poprzedniego. Pisał: "Odzyskanie Jaworzyny przez Polskę jest naturalną konsekwencją dziejową. Rosną narody ambitne, biorą te ziemie, które więcej są im, niż sąsiadom do życia potrzebne. Zaborem jest zabranie cudzego, rewindykacją odebranie swojego. Polska nie wzrosła jeszcze na tyle w ambicji i w potrzebach życiowych, by odebrać wszystko swoje. Zabrała tedy tylko Jaworzynę. Wyprostowała ostatnią potworną krzywdę, wyleczyła najdotkliwszą ranę. (...) Spisz, jak Śląsk, jak Pomorze, jak Prusy i jak Ziemia Czerwińska u świtu naszych dziejów był polski. Mamy wszelkie prawa historyczne do tej ziemi. Mamy wszelkie prawa etniczne do Spisza. (...) Tak jest - marła ta cudna ziemia pod czeskim panowaniem, a owa pustka, to był brak zainteresowania. Marła też Jaworzyna. (...) Blisko dwa wieki wpajano w spiszaków nienawiści do Polski. Gdy więc dziś postawiła tu pierwszy krok, nie spotkała się z należytą radością. (...) Patrzą tu ludzie jak wilki na przybyszów z Polski, nie wierzą, boją się, mało mówią. Boją się, że ich precz wygonią. Bo to nie pewny siebie lud polski, ale chłopski proletariat ze skazą niewoli w obliczu, szczepionka marksizmu wśród gór. Na ścianach domów jeszcze widnieją czeskie hasła wyborcze: "Robotnicy głosujcie na 18!" Robotnicy?! Tu, w sercu Tatr?! (...) Głupi Czesi rabowali co popadło, gdy zabierali się stąd na zawsze. Ogołocili domy z klamek, ram okiennych i przewodów elektrycznych, a w lasach cięli dzień i noc drzewa. Ale to kropla w morzu. Las stoi, jak stał. Bo las, to ludzkie społeczeństwo. Tyle akurat wyniszczyli lasu, ile ludu polskiego pod Tatrami. Tylko że las niszczyli dwa tygodnie, a lud oni i im podobni dwa stulecia. I na lud mieli siekiery ostrzejsze".


WKROCZENIE WOJSK POLSKICH 
DO CIESZYNA 
2 PAŹDZIERNIKA 1938 r.
(CZYLI DZIŚ PRZYPADA 86 ROCZNICA)


 
W Warszawie, w kamienicy przy Nowym Świecie 23/25, w luksusowej kawiarni "Swann" (nazwanej tak na cześć Marcelego Prousta - bohatera powieści "W poszukiwaniu straconego czasu", w styczniu 1939 r. pojawiła się w szatni tabliczka z napisem że lokal ten jest wyłącznie aryjski i Żydzi nie mają tu wstępu. Był to pierwszy i jedyny taki lokal w Warszawie (a prawdopodobnie również w całej Polsce) który umieścił takową tabliczkę. Swann działał od 1935 r. Wcześniej zaś mieścił się tam lokal o nazwie "Italia", który zbankrutował.

21 stycznia w miejscowości Rieucros w departamencie Lozère we Francji, otworzono pierwszy obóz internowania dla cudzoziemców, którzy zostali uznani za niebezpiecznych dla Francji. Pierwotnie osadzono tam komunistów i anarchistów, uczestników hiszpańskiej wojny domowej, potem również dołączali tam zwykli przestępcy, a także skazani za obrazę moralności (czyli np. homoseksualiści). Obóz ten był nieco podobny do obozów koncentracyjnych w III Rzeszy (choć oczywiście należy też znać proporcje), a umieszczano w nim skazańców nie na podstawie wyroku sądów, lecz na wniosek urzędników, którzy kierując się zaledwie podejrzeniem o potencjalnym zagrożeniu dla kraju, mogli w ten właśnie sposób owe zagrożenie wyeliminować. Obóz rozciągał się na obszarze 30 ha, na których zbudowano 16 drewnianych baraków. W listopadzie 1939 r. obóz ten został przeznaczony jedynie dla kobiet (głównie siedziały tam Hiszpanki), lecz po wybuchu Wojny, ponownie zaczęli trafiać tam mężczyźni (szczególnie Żydzi i ci Niemcy, którzy byli uważani za przeciwników Hitlera). 13 lutego 1942 r. rząd Vichy zlikwidował obóz, a wszystkich więźniów przekazał Niemcom (większość z nich potem zginęła w niemieckich obozach koncentracyjnych).

25 stycznia o godzinie 9:00 rano z Berlina wyruszył specjalny pociąg, w którym podróżował minister spraw zagranicznych III Rzeszy - Joachim von Ribbentrop wraz z małżonką. Udawał się on do Polski, na rozmowy z władzami Rzeczypospolitej odnośnie kwestii tzw. "korytarza pomorskiego" i Gdańska. Pociąg przekroczył granicę w Zbąszyniu, przejechał przez Poznań i o godzinie 16:50 był w Warszawie na Dworcu Głównym. Oficjalnie przyjechał w piątą rocznicę podpisania paktu o niestosowaniu przemocy we wzajemnych polsko-niemieckich relacjach, a prasa i opinia publiczna sądziła, że przybył aby ów pakt przedłużyć. Na dworcu witali go minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Józef Beck, prezydent Warszawy Stefan Starzyński, wojewoda Warszawski Włodzimierz Jaroszewicz, ambasador Niemiec Hans von Moltke i radca ministerstwa Jan Meysztowicz (ten ostatni zanotował w swych pamiętnikach o Ribbentropie: "Był przystojnym i postawnym mężczyzną, lecz jego wyraz twarzy i sposób bycia cechowały arogancja i tępota w lodowatej oprawie: arogancja parweniusza i tępota zarozumialca". Tego samego dnia wieczorem odbył się raut na cześć gości z Niemiec. Padały piękne słówka o przyjaźni, o dziejowym zwrocie jaki nastąpił 5 lat temu z woli Marszałka Józefa Piłsudskiego i Adolfa Hitlera, o wspólnym patrzeniu w przyszłość itd. Tak naprawdę jednak (pomimo starań pani ministrowej Beckowej), atmosfera była bardzo sztywna.

Następnego dnia, czyli 26 stycznia w czwartek, odbywają się już oficjalne rozmowy dyplomatyczne. Ribbentrop stawia ponownie sprawę oddania Niemcom Gdańska i zgody na budowę eksterytorialnej drogi i linii kolejowej przez polskie Pomorze do Prus (oczywiście deklarując, że Polska strona również może zbudować swoje własne eksterytorialne połączenie do Gdyni). Beck odpowiedział że jest otwarty na wszelkie propozycje, ale nie mam mowy o żadnej eksterytorialności. Rozmowy utknęły w martwym punkcie. 27 stycznia rano Ribbentrop wraz z małżonką (w towarzystwie ministra Becka również z żoną) zwiedzał Warszawę (głównie zaś Stare Miasto i Muzeum Narodowe). W południe odbywają się kolejne rozmowy, już ostatnie - które również nic nie dają. Beck mówi do Ribbentropa: "Niech pan nie będzie przypadkiem optymistą relacjonując Kanclerzowi to, co pan od nas słyszał w sprawie Gdańska i autostrady, wprowadziłby go pan w błąd. Jeśli pan będzie powracał do rozmów o tych sprawach, nie biorąc pod uwagę naszych argumentów i naszego stanowiska, to idziemy ku groźnym komplikacjom". Wsiadając do samochodu von Moltkego który miał go zawiesić na Dworzec Główny, Ribbentrop mówi zwracając się do ambasadora Niemiec: "Są twardzi, trzeba będzie chyba zmienić kolejność spraw i najpierw rozstrzygnąć inne zagadnienia". O godzinie 13:00 27 stycznia pociąg specjalny z Ribbentropem i jego współpracownikami na czele, odjeżdża z Warszawy kierując się do Berlina. Z pociągu minister spraw zagranicznych III Rzeszy wysyła do Becka pożegnalną depeszę, która brzmiała: "Opuszczając terytorium państwa polskiego pragnę wyrazić Waszej Ekscelencji najuprzejmiejsze podziękowanie za niezwykle serdeczną gościnę zgotowaną mojej żonie i mnie w czasie naszego pobytu w Warszawie. Jestem przeświadczony, że przyjazne stosunki pomiędzy naszymi dwoma państwami zostały w dużym stopniu pogłębione przez przeprowadzone w Warszawie rozmowy. Duch, w jakim w swoim czasie Marszałek Piłsudski i Führer doprowadzili do całkowicie nowego ukształtowania się stosunków polsko-niemieckich w r. 1934, daje gwarancję, że także i w przyszłości stały postęp stosunków pokojowych będzie się rozwijał, łącząc się z pogłębianiem naszego przyjaznego sąsiedztwa, służącego interesom obu narodów".




CDN.