Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 26 grudnia 2016

PRZETASOWANIE 2017

CZYLI WIELKA ZMIANA!


"W POLAKACH WIDZIMY DUSZĘ EUROPY"
DONALD TRUMP




"NURZAŁEM SIĘ GŁĘBOKO W BAGNIE I CIEMNOŚCI FAŁSZU. NIERAZ USIŁOWAŁEM SIĘ Z NIEGO WYDOBYĆ, MIOTAŁEM SIĘ, ALE WTEDY BŁOTO JESZCZE GĘŚCIEJ MNIE OBLEPIAŁO I GŁĘBIEJ ZAPADAŁEM"

"WYZNANIA" Św. AUGUSTYNA


No i przed nami drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Wszędzie świąteczne ozdoby, w oknach świecące się choinki, stoły uginające się od nadmiaru potraw - wszystko takie piękne, spokojne, takie radosne. Czas świąt, właśnie powinien być czasem wypoczynku i wytchnienia od tej naszej otaczającej nas dokoła codzienności, tym bardziej że jak tak się bliżej przyjrzeć, to może się okazać że żyjemy w ... naprawdę wielkim szambie. Świat który widzimy, który nam się wydaje że w jakiś tam sposób znamy lub przynajmniej co nieco ogarniamy, może okazać się czymś na wzór matriksa, z tym tylko że nie chodzi tutaj o roboty kontrolujące ludzkość, ale przez ... rządy i ich główne instrumenty nacisku - służby specjalne i media. Świat okazuje się być prawdziwą kloaką, w której my wszyscy jesteśmy zanurzeni po same uszy (jakiś czas temu zadałem takie prowokacyjne pytanie, choć było to raczej pytanie z tezą: Czy przypadkiem my nie żyjemy w piekle?). Cały bowiem ten świat jest tak skonstruowany, że wymaga od nas przede wszystkim poświęcenia i cierpienia. Oczywiście to cierpienie jest w jakiś sposób uzasadnione, ale ... nie tutaj, nie w tym wychodku w którym żyjemy. Tutaj istnieje przede wszystkim ból. Dlatego też ludzie poszukują "mapy drogowej", która pozwoliłaby im uniknąć tych "przystanków bólu". A taką "mapą" jest właśnie Bóg, ale nie tylko. 

Sami jesteśmy kowalami własnego losu, sami więc musimy wytyczać ten nasz kawałek Nieba w środku otaczającego nas piekła. Każdy z nas pragnie też w drugim człowieku widzieć przede wszystkim dobre cechy (przynajmniej teoretycznie), podobnie jest w odniesieniu do rządów naszych państw. Człowiek pracuje, płaci podatki, przestrzega prawa i chciałby aby w zamian rząd zapewnił mu ochronę i działał w jego interesie (jako obywatela). Bo jeśli taki obywatel uświadomiłby sobie, że rządy toczą między sobą najróżniejsze (zakulisowe) gry i gierki, że nie wahają się nawet uśmiercać własnych obywateli (lub przeprowadzać na nich eksperymentów medycznych, czemu jesteśmy poddawani w sposób ordynarny od kilkunastu - kilkudziesięciu? - ładnych lat, czego dowodem jest chociażby przemysł farmaceutyczny, wszelkiego rodzaju "pastylki" i inne ulepszacze, które nie leczą choroby całkowicie , tylko ją maskują, usuwając jedynie powód bólu, a nie jego przyczynę), lub tak nimi sterować, że człowiek już sam nie będzie wiedział co jest prawdą a co jest kłamstwem. Jeden przykład (który jednocześnie ma wiele wątków i wiele odnóg, tak że nie wiadomo która może być prawdziwa, choć z drugiej strony większość z nich lub wszystkie razem także składają się na logiczną ewentualność), zamach terrorystyczny na Breitscheidplatz.

Po co to było? Głupie pytanie prawda, równie dobrze można by zapytać po co istnieje terroryzm, lub ... po co Angela "Makrela" nasprowadzała sobie do kraju miliony "kardiochirurgów" z opuchniętymi jądrami, wśród których może być z kilkadziesiąt (lub nawet kilkaset) tysięcy potencjalnych dżihadystów? I tutaj chciałbym właśnie zatrzymać się nad tym co dziś reprezentują Niemcy, jaka jest ich mentalność i jak są sterowani przez rząd i media (które są propagandowym przedłużeniem władzy). To że Niemcy są dziś krajem prawie całkowicie laickim, to rzecz powszechnie znana i nieulegająca wątpliwości. Tylko ja się zapytuję - co dalej? Bo jeśli ktokolwiek sądzi, że na laickości, ateizmie czy wierze w multi-kulti da się daleko zajechać, to jest w totalnym błędzie. Człowiek zawsze będzie poszukiwał Boga i będzie ku Niemu dążył. Pewnym katalizatorem tych dążeń (nie twierdzę że dobrym, aczkolwiek jak dotąd nie ma możliwości by większa zbiorowość otworzyła się na kwestie duchowe, bez pomocy danej religii), jest właśnie religia. Jeśli społeczeństwu obrzydzimy chrześcijaństwo, jeśli zaczniemy promować kult ateizmu (jak to ma miejsce np. we Francji), to musimy wiedzieć, że na tym paliwie długo nie zajedziemy. Wiedzieli o tym doskonale polscy komuniści, którzy na przełomie lat 60-tych i 70-tych zaczęli promować w Polsce ... buddyzm. Po co? 

Otóż właśnie po to, że ateizm jest ideologią pustki, pustki która nie niesie za sobą żadnego moralnego przesłania. A ponieważ dla komuny największym wrogiem był Kościół Katolicki, więc aby go osłabić należało promować inną religię, gdyż ateizm nie miał szansy w starciu z wiarą, o czym dobitnie świadczy ten fragment filmu "Dreszcze" z 1981 r. Na nic zdawała się propaganda, na nic rewolucyjne pieśni hiszpańskie, na nic zapał "wychowawcy" (w tej roli Marek Kondrat), szkolnych pionierów, w konfrontacji ze zwykłą kościelną procesją, zauważcie dzieci milkną, niektórzy zdejmują czapki, inni chowają czerwone sztandary. A przecież to jest Polska komunistyczna, w kilka lat po tzw.: sowieckim "wyzwoleniu", gdzie szkoła służyła jako jeden z etapów ogłupiania Narodu m.in.: ateistyczną (i internacjonalistyczną) propagandą. A wystarczyła mała procesja z kościoła, aby to wszystko tak pięknie "wzięło w łeb".


    

Taki właśnie jest ateizm - miałki i pusty, w konfrontacji z ludźmi wierzącymi w Boga, po po prostu milknie, nie jest też w stanie porwać za sobą tłumów. Jest więc formą przejściową, tymczasową, którą należy zastąpić. I teraz moje pytanie brzmi - skoro Niemcy (i Francuzi) są dziś tak bardzo laickimi społeczeństwami, w których religia i wiara katolicka istnieją gdzieś na jakimś marginesie życia narodu, to czym można będzie zastąpić chrześcijaństwo i ateizm? Sądzę że wszyscy, którzy czytają ten blog, znają zapewne na to pytanie odpowiedź. Kraje takie jak Niemcy, Francja Wielka Brytania, Włochy, Hiszpania, a co za tym idzie cała Europa ma być całkowicie z islamizowana. Taki już jest (jeszcze nieoficjalny) cel władz niemieckich, z Angelą "Makrelą" na czele. Są co prawda w niemieckim społeczeństwie małe, jeszcze niepewne ośrodki buntu przeciwko tej samobójczej polityce "Makreli", ale wydaje mi się, że są zbyt słabe, aby mogły cokolwiek w tym temacie zmienić. Dla Niemiec rozpisany jest plan wojny i zagłady (o czym mówili najróżniejsi jasnowidze, których część prezentowałem na tym blogu), i sądzę, że nikt nie jest już w stanie temu zapobiec. Ale słyszałem że zdroworozsądkowo myślący Niemcy, zalecają Polakom: "Zbudujcie mur na waszej granicy zachodniej, a my, gdy już nie będzie życia w naszym kraju, będziemy do was uciekać". Ktoś w sieci stwierdził nawet, że w takim wypadku każda polska rodzina będzie wreszcie miała takiego swojego prywatnego Niemca.

I według mnie o to też właśnie chodzi, o rozbicie tego polsko-niemieckiej przyjaźni, opartej na polskiej pomocy dla niemieckich uchodźców ze swego kraju. I tutaj właśnie wracamy do owej wielowątkowej i zagmatwanej kwestii ostatniego zamachu w Berlinie. Zauważcie proszę, że zaraz po tej tragedii i po tym jak niemieckie (i kacapskie) media zaczęły krzyczeć wszem i wobec że to: "ciężarówka na polskich numerach rejestracyjnych", na stronie firmy transportowej, do której ów tir należał i w której pracował zamordowany polski bohater - Łukasz Urban, zaczęły pojawiać się pierwsze wpisy wzburzonych Niemców, którzy nie tylko właścicielowi i firmie, ale wszystkim Polakom nie szczędzili wyzwisk. Zobaczcie jak to pięknie się ułożyło (a raczej, jak to miało się ułożyć) - rozpędzony tir z jakimś polskim "katolem" za kółkiem (nienawidzącym Niemców i zapewne zwolennikiem Kaczyńskiego), wjeżdża w tłum Berlińczyków, zgromadzonych na jarmarku bożonarodzeniowym (który notabene nie jest monitorowany). Niemiecka policja zabija szaleńca i oto przekaz idzie w świat - "Polak zmasakrował Niemców w Berlinie. Tylko spójrzcie, ci Polacy nie chcą przyjąć imigrantów, biednych, uciekających przed bombami "kobiet i dzieci", motywując to względami bezpieczeństwa, a wśród nich nie brakuje szaleńców, morderców. Spójrzcie co to jest za morderczy naród, nie dość im było że mordowali Żydów w "polskich obozach koncentracyjnych", to jeszcze teraz jakiś POLSKI (co byłoby odmieniane przez wszystkie przypadki) oszołom wjechał w tłum niczemu niewinnych Niemców. Zresztą zobaczcie też co się u nich dzieje - ludzie są bici, są pierwsi ranni, a może nawet zabici (byłyby przebitki z owym prowokatorem z 16 grudnia pod sejmem, który to położył się na ziemi pozując dla ustawionej akurat kamery, poleżał kilkadziesiąt sekund, po czym sobie wstał i poszedł. Tylko że momentu gdy się kładzie i wstaje, w niemieckich a za nimi światowych mediach, już by nie pokazano), ludzie wychodzą na ulice, chcąc zaprotestować przeciwko dyktaturze partii rządzącej i tym całym "zamordyzmie" jaki tam u nich panuje (notabene Deutschlandfunk zbłaźnił się totalnie, próbując pokazać masowe demonstracje w Polsce i z braku innych możliwości zaprezentował marsz poparcia dla rządu jako ... wiec antyrządowy). 




Piękna narracja prawda? Wszystko by się ułożyło do kupy i jednocześnie Angela "Makrela" mogłaby ugotować kilka pieczeni na jednym ogniu. Po pierwsze przestałby obowiązywać warunek nie przyjmowania muzułmańskich szuszfoli (bo przecież Polska ciągle przyjmuje imigrantów, już chyba ponad milion, ale ze Wschodu, a głównie z Ukrainy i Czeczenii) z Bliskiego Wschodu, bo przecież Polak też okazał się terrorystą, a raczej "nienawistnym polskim szaleńcem, który jeżdżąc sobie spokojnie po Europie, mógł w każdej chwili dokonać takiego ataku". I padłoby od razu pytanie: "Kiedy wreszcie ukrócimy wstęp tym dzikusom ze Wschodu na nasze salony? Niech wreszcie ktoś się nimi porządnie zajmie!". Czyli co, na Polaków zrzucono by odium nienawiści i terroryzmu, uznano by nas za nie lepszych od muzułmańskich terrorystów, a tym samym jaka by była różnica w nieprzyjmowaniu muzułmanów, skoro Polacy niczym by się od nich nie różnili. Drugą kwestią byłoby paliwo dla opozycji. Opozycji, która odepchnięta od władzy i fruktów (często dziedziczonych z pokolenia na pokolenie, począwszy od "dziadziusia" co to bohatersko "wyzwalał" Polskę z Armią Czerwoną w 1920 r. po "tatusia"który przeszedł bojową ścieżkę od Komunistycznej Partii Polski, po obywatela Związku Sowieckiego od 1939 r. a potem ponownie "pełniącego obowiązki Polaka" na odcinku frontowym w tej buntowniczej "Polsze"





A potem to już poszło siłą rozpędu, najpierw kilkadziesiąt lat komunizmu, potem transformacja ustrojowa, która pozwoliła wszelkiej maści ubeckim mendom i kanaliom dawnego systemu, bezpiecznie przejść od komunizmu do kapitalizmu, jednocześnie wciąż kontrolując najważniejsze gałęzie gospodarki, co albo umożliwiło im zbicie ogromnych fortun, albo też przejście na wprost bajeczną emeryturkę. Pałeczkę teraz przejęli ich dzieci i wnuki, którzy (podobnie jak rodzice), w ogromnej większości (bo są i wyjątki), oddali się ponownie pracy internacjonalistycznej, ale teraz zamiast Stalina i Lenina, propagowali teraz gender, multi-kulti, homoseksualizm, dewiacje (takie jak np. kazirodztwo, o którym pochlebnie rozprawiał się swego czasu tzw.: prof. Hartman), a jednocześnie nienawidzący własnego Narodu (podobnie jak ich rodzice, którzy działali w partii komunistycznej i w przedwojennej Polsce organizowali strajki i manifestacje, krzycząc: "Precz z białą gęsia, precz z krzyżem". Dziś robią to już ich dzieci bądź wnuki). 




 KATARZYNA JANOWSKA:  
"DLA MNIE SŁOWO NARÓD JEST WYKLUCZAJĄCE"
 


To są właśnie genetyczni komuniści (czyli dzisiejsi lewacy), kochający islamistów i chcący ich do Europy ściągać całymi chmarami, kochający wszystkich tzw.: "wykluczonych", czyli byłych ubeków, "tęczowych" pederastów, ludzi którzy nie wiedzą czy są facetem czy kobietą etc. etc. Natomiast organicznie nienawidzą oni własnego Narodu (podobnie jak wcześniej czynili to komuniści marksistowsko-leninowscy), który dla nich jest czymś "wykluczającym". I tak samo postępuje dziś Angela Merkel w stosunku do Niemców, oraz inne władze w owej zlewaczałej Europie Zachodniej. A do wyborów w 2015 r. w Polsce rządzili ludzie, całkowicie ulegli wobec zarówno Berlina i Brukseli. Zresztą Niemcy (nie mam tutaj oczywiście na myśli zwykłych Niemców, którzy także są poddawani obróbce socjotechnicznej i są niewolnikami we własnym kraju), mieli tutaj swoją prawdziwą kolonię. Zdominowali totalnie rynek prasy (szczególnie lokalnej i głównie na terenach Polski zachodniej, choć oczywiście nie tylko), oraz w dużej mierze rynek mediów elektronicznych. Opanowano banki (oczywiście nie tylko kapitał niemiecki tutaj buszował), oraz sklepy wielkopowierzchniowe. Polskie stocznie zostały zamknięte (aby nie robić konkurencji stoczniom niemieckim), teraz są zakusy by przejąć polskie kopalnie (choć mam nadzieję że PiS zdaje sobie z tego sprawę i jego pierwsze, choć bardzo niepewne kroki w kierunku zastopowanie przejęcia kopalni przez Niemcy, zostały już podjęte, ale obawiam się że jak na razie na tym się skończy). Polska była totalnie skolonizowana i sprowadzona do roli podwykonawcy, pracującego głównie na rzecz niemieckiej metropolii. Teraz to się skończyło (jeszcze nie w takim stopniu, w jakim bym tego pragnął, ale Niemcy z Merkel na czele utracili już możliwość wpływania na władze w Warszawie i to im się bardzo nie podoba). 

Cel był więc jasny i prosty. W Polsce dochodzi do rokoszu i przejęcia władzy przez opozycję, która "wyprowadza lud na ulicę". W Niemczech zaś, jakiś polski fanatyk rozjeżdża niewinnych Berlińczyków swoim tirem. Tak się właśnie buduje negatywny PR i kształtuje negatywne emocje (czego efektem były owe wpisy niemieckich internautów na stronie firmy transportowej, w której pracował pan Łukasz Urban, zaraz po tym, jak niemieckie media rozpisały się o "polskiej ciężarówce"). Układa się obrazek w logiczną całość? No, wydaje mi się że układa się aż za bardzo. No ale niestety (niestety dla tych, którzy ową prowokacje szykowali), nie udało się. Polak, którego ów muzułmański morderca nie zabił od razu, tylko jechał z nim bezpośrednio na tę "akcję". Prawdopodobnie mogło być i tak, bo i takie głosy się pojawiają - że ów napastnik sterroryzował pana Łukasza nożem - i powiedział mu że zabierze mu tylko ciężarówkę i towar, który przewoził, a jego wypuści gdy już wyjedzie z miasta. Zapewne więc pan Łukasz myślał że tak się właśnie stanie, ale gdy zorientował się co jest grane, że jego wóz może zostać użyty w owym zamachu, zaczął się szarpać z napastnikiem i kręcił mu kierownicą, próbując uniemożliwić rozjeżdżanie kolejnych osób. Ten, widząc że nie da sobie rady - tym bardziej że samochód, zapewne dzięki gwałtownej reakcji pana Łukasza Urbana, nie przejechał całej planowanej trasy i gwałtownie wyhamował. Wówczas to napastnik musiał zadać panu Łukaszowi kilka ciosów nożem, po czym wysiadł z wozu, i gdy pan Łukasz wykrwawiał się na miejscu pasażera ... został zastrzelony przez niemiecką policję. Logiczne? Logiczne jak cholera.

Byłoby polskie sprawstwo? Byłoby, zaraz media nie tylko w Niemczech, ale i w USA, Wlk. Brytanii, Francji, Rosji i innych krajach rozpisywałyby się z oburzeniem o "polskim mordercy w tirze". I to wszystko zaczęłoby żyć własnym życiem, podobnie jak akcja powojennych niemieckich służb specjalnych i bezpośrednio ich twórcy gen. Reinharda Gehlena (tego co to w swym raporcie z kwietnia 1945 r. tak pięknie rozpisywał się o polskich ruchu oporu, dając go za przykład dla Niemców po zakończeniu wojny i spodziewanej już wówczas okupacji Niemiec. Kilka cytatów z jego raportu: "Na ogólnoeuropejskiej mapie oporu to właśnie polski ruch oporu jest w wielu dziedzinach wiodący i wzorcowy. W ciągu dziejów naród polski dostarczył dowodów, że nawet pozbawiony własnej państwowości oraz własnej ochrony militarnej jest zdolny przez wiele generacji zachować żywotność (...) Wola trwania wydobywała naród polski z każdej porażki (...) Nie ma chyba takiego kraju i takiego państwa w Europie i na Bliskim Wschodzie, w którym polski wywiad nie utrzymywałby mniej lub bardziej rozbudowanej siatki agentów. Bez względu na to, gdzie i jak go ugodziliśmy, w krótkim czasie wracał do poprzedniej formy, ucząc się z porażek (...) Ruch oporu jest sprawą narodową (...) połączeni są tą samą wolą oporu, tworząc wspólnotę o godnej uwagi sile"). To właśnie on wymyślił w 1956 r. zwrot: "polskie obozy koncentracyjne" (aby zrzucić z Niemców odium winy za zbrodnie wojenne i holokaust, a ponieważ Polska była wówczas zamknięta w "komunistycznej formalinie", i odcięta od reszty Wolnego Świata, łatwo było Ją wówczas oczerniać), który to zrobił oszałamiającą karierę w wielu mediach na świecie. Podobną kłamliwą i uderzającą w Polskę operację (najprawdopodobniej, ponieważ oczywiście dowodów na to żadnych nie mam i mieć nie mogę, ale wszystkie wyżej wymienione poszlaki układają się w spójna i logiczną całość), szykowali Niemcy pod przewodnictwem "Makreli".



NIECH PAN SPOCZYWA W POKOJU 
PANIE ŁUKASZU!

"GŁUPOTĄ I BŁĘDEM JEST OPŁAKIWANIE POLEGŁYCH.
POWINNIŚMY RACZEJ DZIĘKOWAĆ BOGU,
ŻE TACY LUDZIE KIEDYKOLWIEK ŻYLI"

gen. GEORGE PATTON





Zauważcie jeszcze jeden szczegół. Gdy w kilka godzin po tragedii, Merkelowa wreszcie przemówiła łaskawie do narodu, nawet jednym słówkiem nie zająknęła się że pierwszą ofiarą tego zamachu i bohaterem który uratował wiele ludzkich istnień na owym berlińskim placu - był Polak, pan Łukasz Urban. Nic, choć już było to wiadomo, gdyż część mediów rozpisywała się że Polak "podjął walkę" z napastnikiem, ona dalej nie wspominała słowem o Jego bohaterstwie i poświęceniu. Celowo? A może po prostu rzeczywiście nie udała się akcja oczernienia Polski w świecie (należy też pamiętać, że od razu temat o "polskim kierowcy" i "ciężarówce na polskich tablicach rejestracyjnych" podjęły media niemieckie i rosyjskie. Co jak co ale te dwa państwa potrafią ze sobą współdziałać w celu niszczenia Polski, bowiem silna Polska, to silna Europa Środkowo-Wschodnia, silna Europa Środkowo-Wschodnia, to polityczna i gospodarcza odbudowa Międzymorza, a Międzymorze to m.in.: upadek niemieckich stoczni, gdy ponownie ruszą polskie o raz dywersyfikacja gazu, który nie koniecznie trzeba sprowadzać z Rosji - i o to właśnie idzie). Ponieważ cała akcja z "Polakiem-sprawcą" nie wypaliła, należało przejść do planu B. Nagle okazało się że "cudownie" (za drugim razem) odnalazły się niby to równie "cudownie" zgubione dokumenty prawdziwego sprawcy, którym okazał się niejaki Anis Amri, pochodzący z Tunezji (bo przecież wszyscy wiedzą, że jak zabójca udaje się na "akcję", to koniecznie nie może zapomnieć o zabraniu własnych dokumentów w celu późniejszej identyfikacji. I koniecznie musi je jakoś tak "przypadkowo" zgubić). I kto tu z kogo robi idiotów? Skoro niemieckie służby są tak samo profesjonalne w kwestii łapania potencjalnych terrorystów, jak potrafią podkładać "zgubione dokumenty" na miejsce zbrodni (znaleziono je dopiero za drugim razem - co bardzo ważne), to gratuluję. Ale widać że profesjonalizmu od Niemców uczy się także i nasza rodzima "piąta kolumna" - czyli te wszystkie pożal się boże partie tzw.: "totalnej opozycji". Dopóki mamy taką opozycje, to PiS może spać spokojnie, władzy na pewno w przeciągu kolejnych siedmiu lat nie straci. A opozycja typu Swetru-Petru, czy "Czy Schetyna to dziewczyna?" sama się zabije - śmiechem. 

Aha, i jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Następuje wielkie przetasowanie (pisałem już o tym w poprzednich postach). Europejski i amerykański (również rosyjski) lewacki establishment, nie spodziewał się zupełnie zwycięstwa Donalda Trumpa w USA. To było dla nich totalne zaskoczenie i dlatego wiele spraw należałoby przyspieszyć (np. ... zamach w Berlinie?), inne zakończyć a jeszcze inne zostawić, póki Obama pilnuje jeszcze Białego Domu. Spójrzcie bowiem kto wchodzi do amerykańskiej i światowej polityki? Facet, który na wieść o masakrze w Berlinie powiedział oficjalnie że dżihadystów należy "wybić", a muzułmanów deportować z Europy i USA. Lewactwo jest w totalnym odwrocie (najprawdopodobniej wkrótce ustąpi albo zostanie obalony ten lewacki papież - Franciszek, bowiem już kilku kardynałów szykuje przeciwko niemu jawny bunt, za to co zrobił z Kościołem, zamieniając go w taką multi-kulti papkę dla ateistów). Zobaczymy jak będzie wyglądała powyborcza sytuacja we Francji i w Niemczech. Ale coś mi mówi że Niemcy są już tak ogłupieni, że mimo wszystko zagłosują raz jeszcze na kobietę, która na ich oczach będzie dążyła do ich likwidacji (pytanie tylko czy również ... fizycznej?).



     


 

niedziela, 25 grudnia 2016

ZDROWYCH - POGODNYCH - WESOŁYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA!

ŚWIĄTECZNE ŻYCZENIA ...






ZDROWIA, POGODY DUCHA, RADOŚCI, SIŁY I WYTRWAŁOŚCI NA ŚWIĘTA I NA PRZYSZŁY ROK. OBYŚMY PRZEŻYWALI TEN CZAS Z DALA OD PROBLEMÓW I NIESZCZĘŚĆ, W JAKIE NIEJEDNOKROTNIE OBFITOWAŁ UPŁYWAJĄCY ROK. PRZEDE WSZYSTKIM JEDNAK ŻYCZĘ WSZYSTKIM CZYTELNIKOM TEGO BLOGA (JAK RÓWNIEŻ WSZYSTKIM LUDZIOM DOBREJ WOLI NA CAŁYM ŚWIECIE) SIŁY I POGODY DUCHA NA NADCHODZĄCY CZAS. OSOBIŚCIE RÓWNIEŻ CHCIAŁBYM ZAAPELOWAĆ DO WSZYSTKICH, ABY ... NIE PRZYCIĄGALI DO SIEBIE NIESZCZĘŚĆ, MYŚLELI I DZIAŁALI KIERUJĄC SIĘ POZYTYWAMI, A WÓWCZAS (POMIMO NIECIEKAWYCH CZASÓW, JAKIE NADCHODZĄ), ICH ŻYCIE STANIE SIĘ TAKĄ ROZPALONĄ GWIAZDĄ W MROKACH NOCY

SZCZEGÓLNE ŻYCZENIA SKŁADAM ZAŚ RODZINIE PANA ŁUKASZA URBANA, ZAMORDOWANEGO POLSKIEGO BOHATERA, KTÓRY SWĄ POSTAWĄ URATOWAŁ ŻYCIE WIELU NIEWINNYM OSOBOM, ZGROMADZONYM NA BERLIŃSKIM PLACU, ORAZ WSZYSTKIM RODZINOM POMORDOWANYCH NIEMCÓW I TYCH WSZYSTKICH, KTÓRZY W MIJAJĄCYM ROKU STRACILI SWYCH BLISKICH 






PS: PRYWATNIE DZIĘKUJĘ RÓWNIEŻ TYM WSZYSTKIM, KTÓRZY W OGÓLE CZYTAJĄ TEN BLOG. DZIĘKUJĘ WAM WSZYSTKIM ŻE WCIĄŻ ZE MNĄ JESTEŚCIE.


 A TERAZ KILKA KOLĘD:


"LULAJŻE JEZUNIU" 

W WYKONANIU ELENI


Lulajże, Jezuniu, moja perełko,
Lulaj, ulubione me pieścidełko.

Lulajże, Jezuniu, lulajże, lulaj,
A Ty Go, Matulu, w płaczu utulaj.

Zamknijże znużone płaczem powieczki,
Utulże zemdlone łkaniem usteczki.

Lulajże, Jezuniu...

Lulajże, piękniuchny mój aniołeczku,
Lulajże, maluchny świata kwiateczku.

Lulajże, Jezuniu...

Lulajże różyczko najozdobniejsza,
Lulajże, lilijko najprzyjemniejsza.

Lulajże, Jezuniu...

Lulajże, przyjemna oczom gwiazdeczko,
Lulaj, najśliczniejsze świata słoneczko.

Lulajże, Jezuniu...

Matuniu kochana, już odchodzimy,
Małemu Dzieciątku przyśpiewujemy.

Lulajże, Jezuniu...

My z Tobą tam w niebie, spocząć pragniemy,
Ciebie, tu na ziemi, kochać będziemy.

Lulajże, Jezuniu...

Cyt cyt cyt, już zaśnie małe Dzieciątko,
Patrz jeno, jak to śpi niby kurczątko.

Lulajże, Jezuniu...

Cyt cyt cyt, wszyscy się spać zabierajcie,
Mojego Dzieciątka nie przebudzajcie.

Lulajże, Jezuniu...
 

 



"WŚRÓD NOCNEJ CISZY"

W WYKONANIU EWY FARNY


Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi:
Wstańcie, pasterze, Bóg się wam rodzi!
 
Czym prędzej się wybierajcie,
Do Betlejem pospieszajcie
Przywitać Pana. 

Czym prędzej się wybierajcie,
Do Betlejem pospieszajcie
Przywitać Pana.
 
Poszli, znaleźli Dzieciątko w żłobie
Z wszystkimi znaki danymi sobie.
 
Jako Bogu cześć Mu dali,
A witając zawołali
Z wielkiej radości:
 
Jako Bogu cześć Mu dali,
A witając zawołali
Z wielkiej radości:


Ach, witaj Zbawco z dawna żądany,
Tyle tysięcy lat wyglądany
 
Na Ciebie króle, prorocy
Czekali, a Tyś tej nocy
Nam się objawił.

Na Ciebie króle, prorocy
Czekali, a Tyś tej nocy
Nam się objawił.
 

 
 



 ORAZ MOJA ULUBIONA KOLĘDA:


"BÓG SIĘ RODZI"

W WYKONANIU RYSZARDA RYNKOWSKIEGO


Bóg się rodzi, moc truchleje
Pan niebiosów obnażony
Ogień krzepnie, blask ciemnieje
Ma granice - Nieskończony

Wzgardzony - okryty chwałą
Śmiertelny król nad wiekami
A Słowo Ciałem się stało
I mieszkało między nami

Cóż masz, niebo, nad ziemiany?
Bóg porzucił szczęście swoje
Wszedł między lud ukochany
Dzieląc z nim trudy i znoje
Niemało cierpiał, niemało
Żeśmy byli winni sami
A Słowo Ciałem się stało
I mieszkało między nami 

W nędznej szopie urodzony
Żłób mu za kolebkę dano
Cóż jest czym był otoczony
Bydło, pasterze i siano

Ubodzy was to spotkało 
Witać go przed bogaczami
A słowo Ciałem się stało
I mieszkało między nami

Podnieś rękę, boże Dziecię
Błogosław ojczyznę miłą
W dobrych radach, w dobrym bycie
Wspieraj jej siłę Swą siłą
Dom nasz i majętność całą
I wszystkie wioski z miastami
A Słowo Ciałem się stało
I mieszkało między nami

 Dom nasz i majętność całą
I wszystkie wioski z miastami
A Słowo Ciałem się stało
I mieszkało między nami
.






NA KONIEC CHCIAŁBYM JESZCZE POINFORMOWAĆ, ŻE WKRÓTCE PRZEJDĘ DO KOLEJNEGO TEMATU O POLSKIEJ KUCHNI KRESOWEJ I BOGACTWIE POTRAW, JAKIE OFEROWAŁA, TERAZ TYLKO (NA TEN ŚWIĄTECZNY CZAS), CHCIAŁBYM PRZEDSTAWIĆ JAK WYGLĄDAŁO PO-WIGILIJNE ŚWIĘTOWANIE W POLSKICH DWORKACH NA NASZYCH KRESACH WSCHODNICH W CZASACH ŚWIETNOŚCI RZECZYPOSPOLITEJ, OPISANE W: "PAMIĘTNIKACH PANA KAMERTONA" (1869r.)



 
"Dzień rozpoczynano od kawy ze śmietanką (...) Około godziny dziesiątej odwiedzić apteczkę, napić się po kielichu anyżówki, kminkówki czy pomarańczówki i zakąsić pierniczkiem lub śliwką na rożenku było rzeczą nieodzowną. O jedenastej gospodarz, przepiwszy do gości dużym kielichem anyżówki od morowego powietrza dla zaostrzenia apetytu, z kolei każdego częstował, poczem na lekką zakąskę zapraszał, ale ta lekka zakąska składała się z kołdunów, bigosu, kiełbas i zrazów, a dokoła półmiski z ruladą, rozmaitą wędliną i serem (...) Piwo towiańskie gasiło pragnienie. O godzinie drugiej dawano do stołu. Obiad z kilkunastu potraw złożony poprzedzała wódka, a towarzyszyło wino (...) Po obiedzie roznoszono kawę ze śmietanką, w parę godzin później frukta i konfitury, pomiędzy którymi (...) orzechy i mak smażony w miodzie najgłówniejszą odgrywały rolę. O szóstej następowała herbata z ciastem, a wnet po niej ochoczy gospodarz wołał: "Panowie, hora canonica, zawód życia krótki, napijmy się wódki!". O dziewiątej wieczerza złożona z pięciu lub więcej sytych potraw (...) Koło północy, chcąc nie na czczo pójść do spoczynku, dawano wereszczakę (na kresach jako "wereszczakę" podawano schab duszony w rosole buraczanym, zaś w Polsce centralnej i w okolicach Warszawy - białą kiełbasę, gotowaną razem z sosem z przetartej cebuli), poczem po parę lampeczek krupniczku lub ponczyku wypić wypadało." 





sobota, 24 grudnia 2016

WSPANIAŁE STULECIE - CZYLI HURREM, SŁOWIAŃSKA ODALISKA - Cz. I

OPOWIEŚĆ DEMET ALTINYELEKLIOGLU






Poniżej prezentuję wybrane fragmenty z książki Demet Altinyeleklioglu pt: "Tajemnice dworu sułtana. Hurrem - słowiańska odaliska". Małe wyjaśnienie, Demet rozpoczyna przygodę Aleksandry/Hurrem w sułtańskim haremie od roku 1514, co dla mnie jest nie zrozumiałe, ze względu na chronologię. Mianowicie w tymże roku nie było żadnego tatarskiego (ani mołdawskiego) najazdu na południowe ziemie Królestwa Polskiego. Do ostatniego najazdu, doszło dwa lata wcześniej, w kwietniu 1512 r. Nie był to jednak dla Tatarów najazd udany, gdyż 28 kwietnia pod Wiśniowcem dopadli ich i rozbili hetmani: wielki koronny - Mikołaj Kamieniecki oraz wielki litewski - Konstanty Ostrogski, zmuszając następnie pobitego chana tatarskiego - Mengli I Gireja, do podpisania niekorzystnego traktatu pokojowego, oraz wejścia do anty-moskiewskiego sojuszu z Polską i Litwą. Z końcem tego roku odnowiono też sojusz polsko-turecki. Wcześniejsze najazdy miały miejsce w 1511 r. (rozbicie Tatarów pod Kijowem na uroczysku Rutko, przez wojewodę kijowskiego - Jerzego Herkulesa Radziwiłła, oraz Jerzego Olelkowicza), 1510 (udany tatarski najazd na Litwę, ale nie ma on nic wspólnego z najazdem na Rohatyn, leżący w Rusi Czerwonej, będącej wówczas w granicach Królestwa Polskiego), 1509 (najazd mołdawski na Rohatyn i spalenie miasta, ale nie jest możliwe aby Aleksandra/Hurrem dostała się wówczas do niewoli, bowiem w wyprawie odwetowej na Mołdawię, 4 października - hetman Kamieniecki pod Chocimiem rozbił wojsko hospodara Bogdana, uwalniając cały jasyr. Ten więc rok, uważany za najbardziej prawdopodobny uprowadzenia m.in.: Aleksandry do Imperium Osmańskiego, należałoby więc odrzucić). 

Wcześniejsze daty najazdów nie są brane w ogóle pod uwagę, tym bardziej że kończyły się one w większości rozbiciem napastników (kolejne najazdy według odwróconej chronologii do roku 1500: Wrzesień 1506 r. - najazd mołdawski na Pokucie, rozbicie Mołdawian pod Czerniowcami. Sierpień tego roku - najazd tatarski Bity-Gireja, zakończony ich rozbiciem pod Kleckiem. Sierpień 1502 r. - udany najazd tatarski na Pokucie i Litwę. Czerwiec oraz wrzesień 1500 r. udane najazdy tatarskie na Kijowszczyznę, Pokucie i Podole). Najbardziej prawdopodobną datą najazdu, w wyniku którego Aleksandra/Hurrem została wzięta w niewolę, jest sierpień roku 1516, czyli najazd Tatarów pod wodzą Ahmeta, na Podole i Ruś Czerwoną. Nie można więc mówić o roku 1514, jako tym w którym Aleksandra/Hurrem trafiła do Imperium Osmańskiego i do sułtańskiego (a raczej książęcego) haremu. W tym miejscy Demet Altinyeleklioglu popełniła błąd. Kolejnym powodem, przemawiającym za rokiem 1516 a nie 1509, jako tym, w którym uprowadzono Aleksandrę do Turcji, jest fakt (zapisany fakt), że późniejsza sułtanka Hurrem, trafiła do Imperium Osmańskiego jako ok. 15-letnia dziewczynka. A ponieważ musiała ona urodzić się ok. 1500 r. (najprawdopodobniej w 1502 r.), gdyż była znacznie młodsza nie tylko od samego przyszłego sułtana i jej nowego pana - wówczas księcia Sulejmana (urodzonego w 1494 r.), ale również od jego głównej faworyty - czyli sułtanki Mahidevran (urodzonej w 1497 r.). Wszystko to razem wzięte przemawia za rokiem 1516, dlatego też 1514, który rozpoczyna czas przybycia Aleksandry/Hurrem do Turcji w książce Demet Altinyeleklioglu, należy co najmniej przesunąć o dwa lata. 





 
ZACZNIJMY WIĘC:   


 ZIMA 1514


 Słaby, drżący płomień rozpalonego przez barbarzyńców ogniska nie wystarczał, aby rozświetlić ciemności spowijające jaskinię. Straszliwa burza ciskała piorunami w wejście jaskini, nawiewając do środka śnieg. Na dźwięk grzmotu drżące ze strachu serduszko Aleksandry, rzuconej w kąt jaskini, zaczęło łomotać. Czterech barbarzyńców wprowadziło swoje konie do środka jaskini. Sami też próbowali ogrzać się przy ognisku. Aleksandra nie mogła się zdecydować, czy bardziej bała się koni, czy tych mężczyzn. Mocno obejmowała swoje nogi. Mężczyzna, który ją przyniósł, zostawił ją przy ogniu w jaskini. Wciśnięty w usta gałgan, który od brudu dawno już stracił swój kolor, nie pozwalał Aleksandrze oddychać. Wszędzie unosił się paskudny odór zwierzęcych odchodów i mokrych skór, w które ubrani byli mężczyźni. Mogła dostrzec pozostałe trzy kobiety, które przylgnąwszy do siebie, płakały bezgłośnie. Jeden z zebranych przy ogniu olbrzymów ściągnął wielki kołpak, który zasłaniał mu oczy. Zmatowiałe od brudu włosy sięgały mu do ramion. Mężczyzna zdjął kołczan i łuk i położył przy sobie. Aleksandrze wydawało się, że przypomina sowę. W porównaniu z twarzą jego nos, prawie niewidoczny spod wąsów i brody, wydawał się maleńki. Opadające wąsy sięgały mu aż do piersi. Dziewczynka próbowała odgadnąć jego wiek, ale ponieważ nie widziała wyraźnie twarzy, nie udawało jej się to. Ginące pośród włosów usta poruszyły się.

- Twoje szczęście biega szybciej niż ty, Taczamie Nojanie. 
Barbarzyńca, który ją porwał, wyciągnął ręce do ognia, żeby się ogrzać. "Więc nazywa się Taczam Nojan". Odwrócił głowę i mruknął: 
- A to dlaczego?
Jego towarzysz wskazał głową na Aleksandrę.
- Tylko spójrz. Złapałeś najbardziej figlarną łanię - powiedział i roześmiał się głośno. 
Taczam nie zareagował. Zupełnie jakby tego nie słyszał. Jednak mężczyzna o włosach sztywnych jak kozia szczecina zmącił ten spokój. Śmiejąc się w głos, wyciągnął rękę i wskazał wtulone w siebie trzy kobiety. 
- Patrz na nie! Nasze przypominają stare kurczaki, które uciekły spod noża. 
Dwaj inni barbarzyńcy dołączyli do swojego towarzysza i również wybuchli gromkim śmiechem. Mężczyzna czekał, aż śmiechy ucichną, przez chwilę mierząc spojrzeniem swoich towarzyszy. 
-  Wszelkie szczęście pochodzi od Boga. Czego zazdrościsz, Berkul Dżanie? 
Aleksandra się zdziwiła. Tym razem głos barbarzyńcy nie przypominał syku węża. Teraz sprawiał wrażenie, jakby dochodził z bardzo daleka. Po chwili odezwał się ponownie:
- To Bóg daje i odbiera życie. Każdemu swojemu słudze daje to, na co zasłużył. 

Jaskinię wypełniła przejmująca cisza. Aleksandra już całkiem skostniała. Otworzyła szeroko oczy, starając się, aby nie umknął jej żaden szczegół. Było jasne, że trzej mężczyźni dokładnie ważą te słowa. Mimo iż była jeszcze dzieckiem, czuła w powietrzu narastające napięcie. Niebezpieczną ciszę zmącił drapiący się pod wełnianą czapką skośnooki.
- Czego się wściekasz, kozacki wilku?    
- Zazdrość jest zła. Jest haram. To ci mówię. 
- To nic złego popatrzeć na świeżutką łanię. 
- To dziecko. Małe dziecko. 
- Jeśli siedząc, dotyka nogami podłogi, nie ma problemu. - Wybuchnął śmiechem szczeciniasty Berkul.
- To dziecko - powtórzył Taczam, ale tym razem jego głos był ostry jak brzytwa. Na to odezwał się trzeci mężczyzna: 
- Mówili, że Kozacy to głupcy, ale nie wierzyłem. 
Pozostali na potwierdzenie tych słów pokiwali głowami. Ręka Taczama przesunęła się do oplatającego go w talii wełnianego pasa. –    
- A słyszałeś, gdy mówili, jak ostre są ich noże? 
Aleksandra zauważyła, że szczeciniasty mężczyzna również sięgnął za pas. W tej samej chwili skośnooki Tatar z radością skoczył na równe nogi i zaczął śpiewać zmyśloną piosenkę. 
- Każdy dba o swoje!

Szalejąca w nocy przeraźliwa burza ucichła. Zostały  po niej śnieżne zaspy sięgające kolan. Zimno cięło twarz jak lodowe ostrze. Pod wpływem lekkich podmuchów wiatru i delikatnych uderzeń skrzydeł, na próżno szukających pożywienia wyczerpanych szpaków, leżący na gałęziach sosen śnieg opadał na głowy trzech przechodzących pod nimi podróżnych. Gniewny oddech z trudem brnącego przez śniegi rumaka rozpuszczał powstające wokół jego pyska sople lodu. Zanim jednak zdążył wyrzucić z siebie kolejny kłąb gorącej pary, zbierająca się wokół wilgoć ponownie zmieniała się w lód. Aleksandrze było zimno. Obejmując się ramionami, robiła wszystko, żeby rozgrzać swoje małe ciało, ale bez rezultatów. Przylgnęła do końskiego grzbietu i tym razem tak próbowała się ogrzać. Wszystko na próżno. Śnieg spadający na nią z gałęzi drzew całkiem przemoczył jej ubranie. Trzęsła się z zimna. Grzęznący w śniegu mężczyzna wyciągnął z końskiego juku olbrzymią skórę i podał jej.
- Masz. Owiń się. 
Aleksandra udała, że nie słyszy. Nie mogła mu wybaczyć, że zabił tamtych trzech mężczyzn. Gdyby ten barbarzyńca jej nie uprowadził, spałaby teraz w domu, w cieplutkim łóżku, otulona zapachem chleba pieczonego na sosnowym ogniu. Nie zatrzymując się, mężczyzna szturchnął dziewczynę łokciem.
- Masz. Owiń się.

Aleksandrze przeszło przez myśl, że może jednak dobrze by było, gdyby nie gardziła jego dobrym gestem. Rozum podpowiadał  "Weź", ale jej cierpiąca dusza nie chciała przyjąć pomocy od mężczyzny, który był przyczyną całego tego nieszczęścia. Jednak okropnie marzła. Miała wrażenie, że ogarnia ją śmiertelny sen. Chciała zasnąć. Natychmiast. Głębokim, słodkim snem. Gdyby zasnęła, może we śnie ponownie ujrzałaby swój dom. Mamę, tatę, Dunję, złotego koguta na wieży zegarowej kościoła pomalowanego na biało. Ale już poprzedniej nocy Aleksandra zrozumiała, jak pełen niebezpieczeństw może być sen.
- Nie śpij!  
Naprawdę to słyszała czy tylko tak jej się wydawało? Bujając się na końskim grzbiecie między jawą a snem, z całych sił próbowała powstrzymać opadające powieki. Olbrzymi barbarzyńca myślał, że dziewczyna go nie słyszała, dlatego znów ją trącił. Tym razem mocniej.
- Masz. Owiń się.
- Nie chcę.
- Zamarzniesz.
- Nieprawda. Jestem przyzwyczajona. 
Po raz pierwszy dała o sobie znać rodząca się w jej dziecięcym duchu zawziętość. Ukradkiem zerknęła na próbującego przedrzeć się przez śniegi mężczyznę. Jego wystające spod chusty włosy i broda były zamarznięte. Krzaczaste brwi, a nawet rzęsy były białe od lodu. Wśród spowijającej wszystko bieli widać było tylko jego czarne oczy.

Nagle Aleksandra zaczęła się zastanawiać, dlaczego, mimo że śnieg sięgał mu już do pasa mężczyzna nie wsiadł na konia. Wczorajszej nocy związał ją i rzucił na koński grzbiet, po czym sam wskoczył na siodło, żeby zagrzać do biegu wierzchowca pędzącego jak błyskawica pośród huczącej burzy. Teraz mógł zrobić to samo. Dlaczego nie wsiadł na konia? Barbarzyńca zatrzymał konia i wyciągnął skórę w stronę Aleksandry. Tym razem jego głos był bardziej srogi:
- Weź to natychmiast i się owiń. Inaczej przełożę cię przez kolano i porządnie stłukę. 
Czy to ze strachu, czy dlatego, że z zimna nie miała już siły dłużej się opierać, Aleksandra pochyliła się i wzięła od mężczyzny skórę. 
- Okropnie śmierdzi.
- Przyzwyczaisz się. Smród jest lepszy od zamarznięcia. 
Podczas gdy z obrzydzeniem próbowała owinąć skórą swoje drobne ciało, dostrzegła w rękach mężczyzny długą linę. 
- Zwiążesz mnie? 
- Nie, sama się zwiążesz. 
Podał linę dziewczynie. Na ściętej zimnem twarzy mężczyzny pojawił się buńczuczny grymas.

- Dobrze przewiąż tym skórę, żeby się nie otworzyła. Tak jak ja. Spójrz. Zrozumiałaś? 
Oczywiście, że zrozumiała. Za kogo uważał się ten dzikus? Dokładnie przewiązała się w talii. Powoli jej ciało zaczęło ogarniać cudowne ciepło. Tym razem mężczyzna wyciągnął z juków niewielkie skrawki futra. Zatrzymał konia. 
-  Nie wierć się. 
-  Co chcesz zrobić?
Kawałkiem futra dokładnie owinął prawą stopę dziewczyny. Czubki palców już zaczęły jej zamarzać. Przeszedł na drugą stronę i to samo zrobił z drugą stopą. 
- Teraz w stopy też będzie ci ciepło. 
Aleksandra szukała ratunku dla swoich marznących dłoni. Przykładając palce do ust, próbowała rozgrzać je ciepłym oddechem. W końcu wsunęła je pod skórę. Mężczyzna zauważył, że dziewczynkę ogarnia spokój. Pociągnął konia i ruszył w drogę. 
- Dlaczego mnie nie związałeś? 
- To niepotrzebne. 
- Ale wczoraj w nocy to zrobiłeś. 
- Wczoraj byłaś moim łupem. 
- A dziś? 
- Towarzyszem drogi. 
- Uderzyłeś mnie i związałeś. 
- Gdybyś się nie darła i nie próbowała uciekać, nie zrobiłbym tego. 
- A jeśli znów spróbuję uciec? 
- Uciec? Dokąd? 



CDN.

piątek, 23 grudnia 2016

CHRZEŚCIJANIE I ŻYDZI - Cz. X

CZYLI JAK DOSZŁO DO PODZIAŁU?





Po zwycięstwie w dolinie Asoru i opanowaniu Gazy oraz Betsur, zwycięski Jonatan znacznie rozszerzył granice swego państwa i nie uważał się już w żadnej mierze za syryjskiego lennika. Postanowił również (aby podkreślić swą niezależność), wysłać posłów do Rzymu, którzy mieli odnowić, zawarty siedemnaście lat wcześniej przez jego brata - Judę Machabeusza (161 r. p.n.e.), polityczny sojusz z tym państwem. Senat zatwierdził odnowienie przymierza (144 r. p.n.e.), a w drodze powrotnej do Judei, posłowie Jonatana (z jego polecenia), zatrzymali się w Sparcie (Lacedemon), gdzie przekazali eforom list od Jonatana, w którym powoływał się na pokrewieństwa Spartan i Judejczyków, oraz załączał list który kilka lat wcześniej przywiózł z Lacedemonu, wysłannik króla Sparty Ariusa - Demoteles, do arcykapłana Świątyni Jerozolimskiej - Oniasza. Lacedemończycy również zawarli sojusz o przyjaźni i przymierzu z Judejczykami, po czym posłowie powrócili do Jerozolimy.  


  

FARYZEUSZE


Klęska chasydyzmu (za taką symboliczną datę upadku ruchu chasydów, uważa się wymordowanie przez Syryjczyków w lipcu 168 r. p.n.e. 1000 pobożnych członków zakonu Chasidim, do czego doszło w czasie szabatu - co uniemożliwiło pobożnym Żydom obronę), spowodowała rozbicie się tego ruchu na kilka mniejszych organizacji religijnych. Jednym z głównych, jaki wytworzył się po rozbiciu Zakonu, był ruch Faryzeuszów ("Peruszim" - czyli odłączeni, separatyści). Było to liberalne skrzydło Chasydów, które od zajęcia przez Żydów Jerozolimy w 152 r. p.n.e. zaczęli zdobywać przewodnictwo nad kształtowaniem się życia religijnego i politycznego społeczności żydowskiej. Stali się prawdziwą "policją religijną", która pilnowała przestrzegania "wiary i tradycji ojców". Ich konkurentami politycznymi byli Sadyceusze, ale o nich później, w każdym razie głównym wrogiem Peruszim, byli ci Żydzi, którzy bardzo łatwo przechodzili nad sprawami przestrzegania zasad Tory i uznaniem dla innych kultów, w tym hellenizmu, który dla Faryzeuszów był źródłem wszelkiego zła. Znali oni doskonale żydowski charakter i wiedzieli że jeśli nie będzie jasno i ściśle przestrzeganych norm i zasad religii mojżeszowej, wówczas wielu Żydów uzna że nie ma wielkiej różnicy pomiędzy kultem Jahwe, a np. Zeusa Olimpijskiego czy fenickiego Baala. Kontrola musiała więc być ścisła już nap poziomie szkół.  

Tym bardziej że Machabeusze, wcale nie byli gorliwymi chasydami, ani nawet nie wspierali ruchu faryzejskiego. Bliżej im było do Sadyceuszów, choć należy też dodać że niektórzy z członków tej dynastii, traktowali siebie jako wcielenie bohaterów Księgi Jozuego. Faryzeusze, traktowali religię mojżeszową i zapisy Tory, bardzo poważnie (pomimo że należeli do liberalnego skrzydła w ruchu Chasidim). Zresztą Machabeuszom nie obce były również wszelkie przesądy i atawizmy, pochodzące z odległej przeszłości Izraela. Faryzeusze szybko (po roku 152 p.n.e.) opanowali szkolnictwo w Jerozolimie (i w wielu innych miastach, leżących w granicach państwa Jonatana). Natychmiast zlikwidowano wszelkie akademie i gimnazja, gdzie młodzież mogła uczyć się (prócz nauk zawartych w Torze), również religii hellenistycznej, a także greckiej filozofii. Wolność intelektualna została zniesiona, wprowadzono ścisłą religijną dyscyplinę, odwołującą się po części do zasad arcykapłana Świątyni - Szymona Sprawiedliwego (ok. 300-270 p.n.e.), który wprowadził obowiązek codziennego czytania Tory w każdym domu. Wszystko co greckie, było bezwzględnie tępione. Bardzo szybko więc zarówno szkoły jak i synagogi poza Jerozolimą i Judeą, opanowane zostały przez ruch faryzejski (są oni do dziś uważani za ruch ludowy, wyrosły właśnie wśród ludności wiejskiej, zgromadzonej wokół synagog i szkół). Faryzeusze są również twórcami dzisiejszego rabinatu.

Szkoły prowadzone przez Faryzeuszy, miały całkowicie religijny charakter (poza tym mogli się w nich uczyć jedynie chłopcy), eliminujący wszystko, co nie miało uzasadnienia w Prawie mojżeszowym, oraz "Tradycji Ojców". I to właśnie odróżniało Faryzeuszy od Sadyceuszy, owa "Tradycja Ojców", która umożliwiała przemycenie do religii mojżeszowej, pewnych liberalnych wartości i poglądów (co nie było możliwe wśród Sadyceuszy, opierających się przede wszystkim na Prawie mojżeszowym). Otóż "Tradycja Ojców" - to było prawo ustne, które mogło być odpowiednio interpretowane, w zależności od sytuacji (czyli, innymi słowy Faryzeusze nie opierali się jedynie na ciasnym zapisie Tory, lecz rozważali również inne możliwości, opierając je właśnie na "Tradycji Ojców"). Faryzeusze też, byli autorami zarówno Miszny jak i Talmudu. Do nauczania zasad religii mojżeszowej, podchodzili bardzo poważnie, traktując to jako swoją misję, a tych, którzy nie znali jej zapisów (czyli ogromną większość ludności tak Jerozolimy jak i Judei), traktowali z ogromnym lekceważeniem i butą. Kazali się do siebie zwracać słowem "rabbi" ("mój nauczycielu"), zajmowali najlepsze (wraz z Sadyceuszami) miejsca w Świątyni i synagogach. Uważali (podobnie jak Chasydzi), wszystkich nieobrzezanych mężczyzn za "nieczystych", a co za tym idzie - niegodnych stąpania po "Bożej Ziemi" - czyli Judei. W prawie 200 lat, od zdobycia dominującej pozycji przez ten ruch, to właśnie Faryzeusze będą najgorliwszymi wrogami moralnych nauk Jezusa Chrystusa i stać będą za prześladowaniami pierwszych (judejskich) chrześcijan.




SADYCEUSZE 


Elita Świątyni Jerozolimskiej, wywodząca się z rodu (i tradycji) arcykapłana Sadoka z czasów króla Dawida. Byli kastą arystokratyczną i o ile wśród Faryzeuszy sporo było również gorliwych wyznawców z ludu, o tyle Sadyceusze składali się jedynie spośród kapłańskich rodów arystokratycznych Izraela. Odrzucali całkowicie chasydyzm, a co za tym idzie również i ruch faryzejski. Twierdzili że nie ma ani Aniołów, oraz całkowicie odrzucali zmartwychwstanie ciał. Opierali się w całości na Prawie mojżeszowym i tradycji Tory, eliminując wszystko, co wykraczało poza to. Na podstawie Tory, spisali swoją: "Księgę Dekretów", która miała służyć za tzw. religijny kodeks karny, ściśle opisując kogo i za co należałoby ukamienować, spalić, udusić lub ściąć. Byli legalistami i (w przeciwieństwie do Faryzeuszy), nawoływali często do przestrzegania praw obowiązków nałożonych przez okupantów. Wspierali dynastię Machabeuszy i stali się ich główną religijną podporą (potem zaś wspierać będą także Heroda a jeszcze potem Rzymian, wszystkich, którzy zagwarantowaliby im utrzymanie ciągłości Świątyni oraz praw i przywilejów arystokracji rodowej). Dominowali również w Sanhedrynie. Kładli ogromny nacisk na siłę Ludzkiej Woli, odrzucając jednocześnie Przeznaczenie (w przeciwieństwie do Faryzeuszy, którzy właśnie Przeznaczenie uważali za dominujące w życiu człowieka), oraz twierdzili że w człowieku są zarówno zarodki dobra jak i zła, która toczą ze sobą ciągły bój. 




ESSEŃCZYCY


Trzecią, równie wpływową (choć może nie tak liczną) grupą, jak te dwie wyżej wymienione - byli Esseńczycy czyli "Hassaja" ("Pobożni" - "Gorliwi"). Oni również byli początkowo cześcią ruchu Chasidim i stanowili jego konserwatywne skrzydło. cała ich struktura oparta była ściśle na strukturze zakonu lub ... sekty. Na czele każdej takiej grupy (wspólnoty religijnej), stał - "Nauczyciel Sprawiedliwości", który ustalał zasady służenia Bogu w danej wspólnocie. Wspólnoty opierały się na zasadzie braku własności prywatnej, zakazie małżeństw (kobiety również były "wspólnym dobrem"), przestrzegania zasad czystości (chodzi tutaj o czystość rytualną - należało obmyć się, po każdym "nieczystym akcie"). Do tych społeczności, przyjmowano jedynie po przejściu określonych prób. Zabronione było wyjawianie na zewnątrz tego, co działo się we wspólnocie. Twierdzili oni że całe życie człowieka jest ściśle określone i podporządkowane bożemu Przeznaczeniu, na który człowiek nie ma żadnego wpływu. Ich życie we wspólnocie, polegało gównie na czytaniu Tory (i jej interpretacji przez "Nauczycieli Sprawiedliwości" które mogły być bardzo różne), przestrzeganiu surowych zasad czystości rytualnej, oraz ... oczekiwaniu. Oczekiwaniu na ostateczną walkę "Synów Światłości z Dziećmi Ciemności", czyli powszechny Armageddon. To na nich i ich organizacji wzorowali się w dużej mierze późniejsi Świadkowie Jehowy. Prawdopodobnie też Jan Chrzciciel był członkiem tej organizacji. 





Tymczasem w sąsiadujących z Judeą państwach hellenistycznych - Syrii i Egipcie, nie działo się dobrze, co też umożliwiło Jonatanowi wybicie się na niezależność. W Syrii, po prawie dwuletnim panowaniu chłopięcego Antiocha VI Epifanesa Dionizosa (w 142 r. p.n.e. miał niecałe pięć lat), władzę przejął jego protektor - Diodotos Tryfon, który pozbawił młodego króla życia i sam koronował się na kolejnego władcę. W Egipcie zaś, po śmierci Ptolemeusza VI Filometora, władzę w kraju przejął na okres miesiąca jego piętnastoletni syn - Ptolemeusz VII Neos Filopator, który we wrześniu 145 r. p.n.e. został zamordowany przez swego wuja - Ptolemeusza VIII Fyskona ("Grubasa"). Od tej chwili trwał jawny konflikt między nim a jego siostrą (i od 145 r. p.n.e. również żoną) - Kleopatrą II, matką zamordowanego Ptolemeusza VII. Wsparcia w tej walce udzielała Fyskonowi - Kleopatra III, córka Kleopatry II (i od 142 r. p.n.e. kolejna żona Ptolemeusza VIII Fyskona). Do poważnego konfliktu doszło w 140 r. p.n.e. gdy Kleopatra II namówiła dowódcę wojsk najemnych - Galajstesa, aby podjął się próby obalenia Ptolemeusza VIII. Próba ta się nie udała a Galajstes został skazany na śmierć. Choć wszystko wskazywało że to Kleopatra II stała za inspiracją tego nieudanego zamachu, nie udało jej się wówczas tego udowodnić. Przez kolejne lata trwał więc cichy konflikt pomiędzy siostrą a bratem, oraz wspierającą go żoną (i jednocześnie siostrzenicą).

W tych warunkach nie tylko Jonatan mógł prowadzić całkowicie niezależną politykę (brat Jonatana - Szymon opanował Askalon i Jaffę, oraz nadzorował rozbudowę i umacnianie twierdz na wypadek nowej wojny w całym kraju), ale również Rzym objął ponownie swą strefą wpływów próbujący wybić się na pełną niezależność w ostatnich latach panowania Ptolemeusza VI - Egipt. Natomiast obalony król Demetriusz II Nikator, zbiegł wówczas do Babilonu. Tamtejsi greccy koloniści bowiem prosili go by przybył i objął panowanie nad Babilonem i całą Mezopotamią, jednocześnie ochraniając ich przez najazdami barbarzyńskich Partów. Przybył więc do Babilonu, gdzie witany z radością przez miejscowych Greków, szybko odbudował dużą armię, z którą najpierw zamierzał pokonać Arsacesa, władcę Partów, a następnie na jej czele ruszyć przeciwko Tryfonowi i odzyskać Antiochię i całą Syrię. Tymczasem Tryfon, po zamordowaniu Antiocha VI, obawiał się reakcji Jonatana na to morderstwo i postanowił uderzyć pierwszy. Nie zamierzał jednak atakować Jonatana zbrojnie, uznał że najlepszym rozwiązaniem będzie zabicie również i władcy Judei, ale aby do tego doszło, należało użyć podstępu. 

Wyruszył więc najpierw do Scytopolis (czyli Betsanu, przemianowanego wówczas na grecką kolonię). Tam otrzymał wiadomość że przeciwko niemu wyruszył Jonatan, na czele 40 000 wojowników. Wysłał więc do niego posłów, deklarując swe pokojowe intencje i przekazując bogate dary. Poradził również Jonatanowi, aby odesłał większą część wojska, gdyż z jego strony nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. Prosił również, by Jonatan (na czele 1000 swych żołnierzy) udał się z nim do Ptolemaidy, gdzie oficjalnie przekaże mu to miasto i obdarzy innymi przywilejami. Tak też się stało, Jonatan odprawił swe wojsko i na czele 1000 żołnierzy ruszył w kierunku Ptolemaidy. Gdy dotarł do tego miasta i przekroczył jego mury, mieszkańcy (na rozkaz Tryfona), zamknęli bramy, więżąc Judejczyków w środku. Wówczas ruszyli żołnierze Tryfona, którzy wybili 1000 załogę Jonatana, a jego samego uwięzili (143 r. p.n.e.). 

Natychmiast też wyruszył na czele swej armii na podbój Jerozolimy. Przerażeni Judejczycy wybrali swym nowym wodzem brata Jonatana - Szymona, który zebrał armię i ruszył przeciwko Tryfonowi. Do spotkania doszło pod miejscowością Addida. Tam Tryfom wysłał do Szymona posłów, z żądaniem zapłaty stu talentów srebra i dwóch synów Jonatana, w zamian za jego życie. Tak też się stało, ale Tryfon nie uwolnił Jonatana. Opuścił wzgórza pod Addidą i skierował się na bezbronną Jerozolimę. Należy też pamiętać że nadal trwało oblężenie twierdzy Akra w Jerozolimie, gdzie zamknięci byli Żydzi, którzy przeszli na hellenizm, oni właśnie w Tryfonie upatrywali swego wybawiciela. Tryfon jednak zrezygnował z marszu na Jerozolimę (z powodu zimy i obfitych opadów śniegu na drogach), i skierował się w stronę Antiochii (po drodze w krainie Galaad - mordując Jonatana). Szymon nie ścigał dalej Tryfona, poprzestał na odkupieniu zwłok swego brata (i jego synów), po czym pochował go w rodzinnej miejscowości Modin, gdzie wszystko się zaczęło przed prawie 25 lat, gdy ich ojciec Matatiasz, właśnie w Modin rozpoczął powstanie Judejczyków. W Modin wzniósł też ogromny pomnik ojcu i swym braciom (Judzie oraz Jonatanowi) z białego marmuru, oraz wzniósł dookoła siedem małych piramid, upamiętniających wszystkich synów Matatiasza. Następnie wrócił do Jerozolimy i doprowadził do kapitulacji oraz zburzenia twierdzy Akra (141 r. p.n.e.), potem zostanie ona odbudowana. Rok 143 p. n.e. jest też określany jako zakończenie prawie 25-letniego powstania i wojny z greckimi Syryjczykami, oraz jako "pierwszy rok niepodległego Izraela" po ponad 440 latach niewoli.






CDN.
   

NIEWOLNICE - Cz.XIV

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI


 HISTORIA PIERWSZA

LAUREN

AMERYKAŃSKA NIEWOLNICA SZEJKA BRUNEI

Cz. XIV







Po dłuższym pobycie w Anglii uczestnictwo w przyjęciach wznowił książę Sufri. Zmieniła się organizacja przyjęć. Zaczynaliśmy wieczory na kortach do badmintona. To był wielki hangar, jak dla samolotów, z gąbczastą wykładziną, o którą zahaczały szpilkowe obcasy, tak że łatwo było się przewrócić, jeżeli nie podnosiło się stóp wysoko jak clydesdale. Robin, jeżeli pojawiał się na kortach, to z miną łaskawej tolerancji. Stał z boku ze skrzyżowanymi ramionami i co chwila zerkał w stronę drzwi. Sufri był jednak starszym bratem, więc mu ulegał. Nazywałyśmy księcia Sufriego Benem. Sympatycznie dla ucha. Ilekroć na niego patrzyłam, rozbrzmiewał mi w uszach przebój czternastoletniego Michaela Jacksona, słuchany przez nas namiętnie na jednym z letnich obozów. Początkowo myślałam, że to piosenka o brzydkim przyjacielu, póki moja przyjaciółka Liz nie uświadomiła mi, że jest o szczurze. 

Prawdziwy Ben był zeszpecony chorobą skórną, a wyglądało to tak, jakby obsypały go czyraki wielkości kulek do gry. Ari mówiła, że to następstwo terapii antynowotworowej, w co nie chciało mi się wierzyć, gdyż widziałam wiele osób chorych na raka i nie miały podobnej dolegliwości. Moja nowa współlokatorka, Delia, z którą się zaprzyjaźniłam, wykoncypowała, że to piętno związków kazirodczych w rodzinie. Nowotwór gardła skończył się laryngektomią i Ben mówił do aparatu wielkości telefonu komórkowego, który nakierowywał na krtań. Z powodu blizny na szyi i zmian na skórze przypominał trochę brodawkowatą ropuchę mówiącą ludzkim głosem. Guzki napinały skórę, co skutkowało wytrzeszczem oczu. Rzadkie, mysiego koloru włosy sterczały mu kępkami na głowie. Jego wygląd odrzucał amerykańskie dziewczyny, które trzymały się od niego z daleka w obawie, że mogą się zarazić lub wpaść mu w oko, a w konsekwencji być zmuszone głaskać księżycowy krajobraz jego ciała. Były głupie. Jeżeli ma się wybierać między potworem i playboyem, zawsze wybierajcie potwora. Będzie was lepiej traktował. Chociaż miałam już przydzielony boks w stajni Robina, zaprzyjaźniłam się z Benem. Oddychałam, rozmawiając z kimś nie tak okrutnym i manipulującym, mężczyzną, na którym robiłam większe wrażenie niż kiedykolwiek na Robinie. 

Yoya i Tootie również kleiły się do Bena i my trzy bardzo się do siebie zbliżyłyśmy. Zdradziły mi swoją opinię o Amerykankach. Uważały nas za rozpaskudzone, niewdzięczne marudy. Nie podobał im się nasz sposób mówienia.
- But, um, like, totally, ummmmm - Yoya przedrzeźniała kalifornijskie dziewczyny. 
Nie było dla mnie taryfy ulgowej. Mnie także uważały za mięczaka.
- Ty także narzekasz. Marudzisz i marudzisz - oznajmiła Tootie z zadowoleniem.
- Ja? Naprawdę?
- Ale i tak cię lubimy - zapewniła. - Jesteś naszą przyjaciółką.
Ben miał swoje ulubienice wśród filipińskich i indonezyjskich dziewcząt, ale nie sądzę, by posuwał się dalej niż do próśb o grę w badmintona w deblach, by mógł sobie nasycić oczy. Prostytutki z nagimi stopami i w wieczorowych sukniach grające w badmintona, rzeczywiście było na co popatrzeć. Kiedyś, gdy razem oglądaliśmy takie widowisko, Ben zwierzył mi się, że jest beznadziejnie zakochany w Angelique, ale ona odrzuca jego awanse i zwraca prezenty.
- Zwraca prezenty?




Zamurowało mnie. Nikt nie zwracał tego typu prezentów. Takie rzeczy ogląda się tylko w kinie. Świadczyło to albo o wyjątkowej porządności Angelique, albo o wyjątkowej odrazie, jaką w niej budził Ben. Lubiłam Angelique i chciałam wierzyć, iż znalazła się kobieta, która nie dała się przekupić, i tu postawiłabym kropkę, żeby nie myśleć, iż znalazła się jedynie kobieta, która nie chciała sprzedać się ropusze. Ben ustalił porządek, zgodnie z którym po obejrzeniu gry dziewczyn w badmintona, zaganiał całą trzódkę do sali bankietowej na słuchanie z kolei śpiewu Angelique. Póki Ben był na sali, żadna z innych piosenkarek jej nie wymieniała. To był wielki show Angelique. Po jakimś czasie Ben wychodził, ręce w kieszeniach, spuszczona głowa, niemal demonstracyjnie okazując, że ma złamane serce. Po chwili atmosfera wracała do imprezowej rutyny, jak przed jego powrotem z Anglii. Obserwowałam go i myślałam sobie, że jako jedynemu z braci dane mu było poznać zwykłe ludzkie doświadczenie, jakim jest nieszczęśliwa miłość. W przeciwieństwie do Robina nie musiał mieć wszystkiego, czego zapragnął, by się potem dziwić, dlaczego nie daje mu to satysfakcji. Być może łatwiej jest żyć brzydalom i odmieńcom, ludziom z zeszpeconymi twarzami i nastolatkom, które jedzą lunch w kabinie w toalecie, żeby nie wchodzić do kafeterii. Nie wszyscy mamy jednakowe wyobrażenia o szczęściu.

Kilka rzeczy się zmieniło po wyjeździe Sereny. Po pierwsze przydzielono mi nową współlokatorkę, porządną, stąpającą po ziemi babkę. Delia była modelką prezentującą kostiumy kąpielowe, z niesamowitą figurą, i chociaż najlepsze lata miała już za sobą, z czego zdawała sobie sprawę, wcale temu, co zadziwiające, nie zaprzeczała. Zamiast ratowania się radykalną chirurgią plastyczną, żeby dostosować wygląd do swojego CV, otworzyła poważną firmę: zdjęcia weselne, ślubne i portretowe. Dzięki na poły autoironicznemu wizerunkowi cheerleaderki i długim, sięgającym zadka blond włosom dopracowała się stabilnej pozycji w Brunei, a taką tylko nielicznym dziewczynom udawało się utrzymać. Robin wezwał Delię raz i to się nigdy nie powtórzyło, co było standardem, od którego odstępował w rzadkich przypadkach, ale ona przeszła nad tym do porządku dziennego. Znalazła inne sposoby na przetrwanie: przymilanie się do Ari i Eddiego, rolę inicjatorki korowodów podczas dyskotekowej części wieczoru i od czasu do czasu, pod pretekstem upicia się, szaleństwo na parkiecie, by wirująca spódnica odsłaniała nogi. Delia bardziej rzucała się w oczy w Brunei niż którakolwiek z nas.

Podczas wizyt w Brunei dygnitarze szukali sposobów, żeby nacieszyć oczy widokiem Delii, znanej ze zdjęć pięknej surferki, a mnie zwykle proszono, żebym jej towarzyszyła. Czasami musiałyśmy siedzieć całymi godzinami przy najwyżej położonym basenie, choć kto mógł, dawno uciekł przed gorącem i duchotą, wyciskającymi ostatnie poty. Zabierałyśmy ze sobą książki, magnetofon i tony kremu z filtrem, żeby nie ulec poparzeniom. Nigdy nie widziałyśmy podglądaczy, ale Madge zdradziła nam, że za przyciemnionymi pałacowymi oknami wychodzącymi na basen znajdują się sale konferencyjne i jadalnie, więc, jak rozumiem, stanowiłyśmy atrakcję dla oka. Poza mną i Delią z tych okien można było oglądać jedynie pawilony gościnne na zboczu wzniesienia i niekończącą się zieleń dżungli otaczającej teren. Wytypowano nas też do jeszcze innego zajęcia urozmaicającego gościom czas. Któregoś dnia pojawił się w naszym pokoju ochroniarz ze strojami do tenisa i zabrał nas na kort do squasha, gdzie z protekcjonalną miną udzielił nam instrukcji jakiś dupek z Dubaju. Nie wiedział, że ojciec włożył mi w rękę rakietę do tenisa, kiedy miałam cztery lata. Chociaż pozwalałyśmy wygrywać ambasadorom z Dubaju, byli pod wrażeniem i gdy wieść się rozniosła, zostałyśmy osobliwą atrakcją i często byłyśmy wzywane, żeby zagrać z kolejnymi śliniącymi się dygnitarzami. Z trudem mieściło im się w głowach, że kobiety coś potrafią, a mówiąc dokładniej, że coś potrafią dziewczyny takie jak my.

Pomimo pewnej poprawy sytuacji - nieobecności rywalki, zawarcia nowej przyjaźni, zyskania czasem poklasku - nużący kierat codzienności nadwątlał mi psychikę. Robin często mnie ignorował, zamieniając ze mną kilka zdawkowych zdań raz na parę dni. Spędzałam noce, siedząc obok pustego krzesła i czasem wdawałam się w pogawędkę z Fioną. Bez emocji przerzucałyśmy się plotkami, jakbyśmy siedziały na ławce rezerwowych w grze w krykieta. Któregoś dnia obmawiałyśmy Yoyę i Liii.
- Zdaje mi się, że Robin zaprasza je do siebie razem, tak jest najczęściej - rzuciła Fiona. 
- Naprawdę? To skandal. 
- Czyżby? Chcesz więcej skandali?
- Jasne. 
- Jak myślisz, ile lat ma Yoya? 
- Nie wiem. Wygląda jak dziecko. Siedemnaście? 
- Czy siedemnastolatka to dziecko? Zejdź niżej. 
- Szesnaście?
- Mniej. 
- Co? To straszne. 
- Nie dramatyzuj. Jest szczęśliwa, że ma płatne zajęcie. To samo Liii. Ale z Liii jest jeszcze większy skandal niż z Yoyą. 
- Mów.
- Liii jest parę lat starsza niż Yoya, ale kiedy była w jej wieku, urodziła dziecko. Nie mogła zostawić go rodzicom, bo o niczym nie wiedzieli. Musiała oddać dziecko do sierocińca, żeby tu przyjść. 
- Skąd o tym wiesz? 
- Wiem wszystko.




Chciałam się dowiedzieć więcej o tej historii. Czy jest prawdziwa, czy zmyślona? Niestety podszedł Robin i wyciągnął rękę do Fiony, nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem. Poszli do tylnej windy, wychodząc wcześniej z imprezy. Fiona była teraz jedyną dziewczyną, która wychodziła z nim z przyjęć. Nigdy nie pytałam jej, dokąd idą. Rozmawiałyśmy o różnych rzeczach, ale nigdy o godzinach spędzanych z Robinem. Nie wiem, co robił z Fioną, więc nie mogłam porównywać moich i jej spotkań z nim. Nic dziwnego, że nigdy nie wiedziałam, która z nas jest aktualnie bardziej przez niego faworyzowana. Ta obustronnie świadoma niewiedza pozwalała nam pozostawać w przyjaźni. Zapalono wszystkie światła, a ja nadal siedziałam sama, chociaż reszta gości czekała przy drzwiach, żeby wyjść, gdy zostanie już ustalone, że wolno. Obserwowałam bacznie Liii. Co chciałam zobaczyć? Niezauważoną wcześniej mgiełkę smutku, potwierdzającą opowieść Fiony? Szczelinę w masce słodyczy i uśmiechu, przez którą zajrzę w głąb i odkryję przepiękną dziewczynę, złamaną tym, co zrobiła? Łatwo sobie wyobrazić, jaki Liii miała wybór, kiedy nadarzyła jej się oferta pracy w Brunei: mogła zostać dziwką i zatrzymać dziecko, płacąc cenę najmniejszej popularności wśród dziwek, bo płaczące niemowlę nie sprzyja interesom, albo powiedzieć prawdę rodzicom, by zostać i tak okrzykniętą dziwką. Możesz głodować z dzieckiem w Tajlandii albo je zostawić i zdecydować się na orgietki w trójkę z księciem, ale za to zarobisz tyle pieniędzy, ile ci się nawet nie śniło.

Jeżeli historia z dzieckiem była prawdziwa, to czy Liii, siedząc tu co noc i patrząc na bąbelki szampana, zastanawiała się, czy mogła pójść inną drogą, czy raczej dziękowała szczęśliwym gwiazdom, że jej dupa spoczywa na wytwornej kanapie i nie jest wbijana w brudny materac w burdelu w Bangkoku? Noc goniła kolejną nudną noc, a ja siedziałam zakotwiczona na krześle jako rezerwowa i starałam się nie wpadać w panikę. Dostrzegałam, że inne dziewczyny też nie wytrzymują subtelnych i sadystycznych gierek Robina. Mówiło się, że kiedyś Leanne rywalizowała z Fioną o pierwsze miejsce. Później Robin pozwalał jej balansować między trzecim a czwartym, ale ostatnio nie wzywał jej do siebie od miesięcy. Nie byłam jedyną ignorowaną. Widziałam, że Leanne coraz częściej się upija, chudnie i robi się wrzaskliwa. W ciągu dnia leżała na kanapie w szlafroku, paliła papierosy i oglądała w kółko "Pretty Woman", a wieczorem wygłupiała się, żeby zwrócić na siebie uwagę Robina. Którejś nocy, gdy Robin wychodził z przyjęcia, Leanne po prostu pękła. Rzuciła się na podłogę, rozłożyła plackiem przed nim, chwyciła go za nogę. Zalała się najprawdziwszymi łzami.
- Kocham cię. Kocham cię. Dlaczego nie chcesz widzieć, że kocham cię coraz mocniej? Przypomniało mi się rozstanie z Seanem: "Kocham cię. Nie zostawiaj mnie". Jakież to było nieoryginalne.

Gdy Leanne zrobiła scenę, chyba po raz pierwszy zobaczyłam wyraz autentycznego zdumienia na twarzy Robina. Zesztywniał. Wszyscy zesztywnieli. Eddie wreszcie otrząsnął się i próbował uwolnić nogę Robina, ale Leanne okazała się silniejsza, niż myślał. Odtrąciła go, uklękła i praktycznie unieruchomiła Robina, oplótłszy go rękami w pasie. Robin nawet nie kiwnął palcem, żeby ją podnieść i pocieszyć. To Madge ostatecznie oderwała Leanne od niego i jakoś nad nią zapanowała. Robin nie wygonił Leanne po tym incydencie. Sądzę, że nawet mu się to podobało. Taki akt rozpaczy, który urozmaicił wieczór. Lecz Leanne się wypaliła. Została jeszcze parę tygodni i wyjechała z własnej woli. Jeżeli to był popis aktorstwa, należał jej się Oscar. Sądzę jednak, że nie grała. Przysięgłam sobie, że nigdy nie posunę się tak daleko. Nie uda mu się złamać mnie do tego stopnia. Po wyjeździe Leanne rzuciło mi się w oczy, że to Brittany została dziewczyną, która znikała z sali, gdy zaczynała się dyskoteka, i wracała do pawilonu po lunchu. Przyjęłam odmienną taktykę niż Serena. Po pierwsze, metody Sereny się nie sprawdziły, po drugie, nie leżało w mojej naturze nakłanianie do bojkotu i psychicznego dręczenia ludzi. Zamiast tego zbliżyłam się do Brittany i zaprzyjaźniłam z nią. Czy nie tak pogrywała ze mną Fiona? Chyba jednak pochlebiałam sobie. Nie byłam Fioną. Fionę stać było na coś więcej niż tylko lizanie komuś dupy w celu uzyskania informacji. Stać ją było na więcej niż mój mało oryginalny pomysł oswajania wroga. Fiona mnie wykreowała.

Brittany miała wiele do powiedzenia na temat super eleganckiej kanapy i sofy dla dwojga, które zamierzała kupić. Białe, białe, koniecznie białe, zawsze marzyła o białej kanapie. Białe kanapy, przy nich lampy z kutego żelaza i z kutego żelaza łoże z baldachimem, przejrzyste białe zasłony we francuskich oknach, powiewające lekko w podmuchach zefirka. Byłam pewna, że ma w głowie aranżacje do wideo, jakie nagra z Vince'em Neilem. 
- Rozmawiałaś z Vince'em? - Nigdy nie miała dość tego pytania.
- Teraz jest w trasie. Jest nam ciężko. Bardzo do siebie tęsknimy. Ale wierzę w nas. 
- Jesteś dziewczyną wielkiej wiary. 
- Vince powiedział mi, że jeżeli najdą mnie wątpliwości, mam usiąść, zamknąć oczy i przywołać jego twarz. Powiedział, że wtedy wyczuję, co on robi, i serce mi powie, że jest mi wierny. A gdy się bardzo skoncentruję, wówczas i on poczuje, że właśnie o nim myślę. I wiesz? To działa. 
Jeżeli Brittany mówiła prawdę o "rozmowach" z Vince'em, to pozostało mi tylko żywić nadzieję, z życzliwości dla niej, że on nie stosuje takich samych technik psychicznych w nawiązywaniu łączności z nią.




Moja nowa przyjaciółka była równie frapująca jak instrukcja do obsługi zmywarki, ale bywała też użyteczna. Zdradziła mi na przykład swój sekret dotyczący diety. Doktor Gordon, lekarz Robina i stały bywalec przyjęć, dostarczał jej pigułki odchudzające. Jestem przekonana, że Robin o tym nie wiedział, gdyż nie zaaprobowałby skazywania dziewcząt na głodzenie się. Jeżeli o mnie chodzi, nigdy nie odtrącałam ręki z pigułką. Teraz mogę powiedzieć każdej tego typu osobie: zawsze, ale to zawsze wyrzuć pigułkę. Wtedy jeszcze do tego nie doszłam.
- Mogę dostać jedną? 
- Jasne. Świetnie. Zostaniemy kumpelkami od diety. Będziemy razem ćwiczyć. Będziemy się nawzajem wspierać.
Brittany wyciągnęła małą plastikową buteleczkę, zagrzechotały w niej przejrzyste niebieskawe kapsułki, takie, wewnątrz których migocze milion połyskliwych ziarenek. Położyłam jedną na dłoni i zdecydowanym ruchem wrzuciłam do ust, bo tak właśnie robią niektóre dziewczyny. Daj takiej tabletkę z fiolki z etykietką w obcym języku, a położą ją na języku bez chwili zastanowienia. 
- Super - rzekła Brittany. - Zaczniesz od jednej dziennie, a potem przejdziesz na dwie. 
Byłam zdeterminowana że dotąd będę się odchudzać, póki siebie nie polubię, do cholery.

Krajobraz mojego ciała w ciągu lat, odkładające się złoża i potem erozje, zmieniał się cyklicznie, a cały proces można by porównać do filmu poklatkowego, którego kilkuminutowa emisja pokazuje zmiany zachodzące przez tysiąclecia. Z natury jestem dziewuchą solidnej budowy o kobiecych, zaokrąglonych kształtach, z rękami chłopki i biodrami, na których można oprzeć koszyk z praniem. Generalnie kojarzę się z bujnością wiosny, chociaż od czasu do czasu gwałtownie przyoblekam zimową szatę. Lubię stracić liście, jeśli mi się to udaje, i wystawiać na pokaz nagie, ostre gałęzie. Zasadniczo jestem dziewczyną pulchną z nawrotami anoreksji i bulimii. I nic nie potrafi mnie bardziej uszczęśliwić niż rozkoszne poczucie kontroli nad ciałem, gdy widzę coraz mniejsze liczby na skali wagi. W szkole średniej imaginowałam sobie, że mogę jak orchidea przeżyć na mikroelementach wdychanych z powietrzem. Próbowałam być coraz bardziej wiotka, wiotka, wiotka, oderwać się od ziemi oraz od rodziny. Ciężko nad sobą pracowałam. Dopięłam swego. Byłam lekka jak baletnica, moje ręce jak wstążki, klatka piersiowa jak klawiatura. Skóra bladoniebieska, ciało zdematerializowane, tak że wydawało mi się, iż prześwieca przez nie światło natchnienia, światło samego Boga. Gdyby ktoś dotknął mojej klatki piersiowej, wyczułby serce tuż pod powierzchnią, pulsujące w rytmie linii basu w funk, słyszalne jak przez głośnik niskotonowy. Tyle że nikt mnie nie dotykał. Ludzie odwracali oczy. Zauważyłam to, ale się nie przejmowałam. Byłam nieskalana. Nigdy nie czułam się tak czysta.

Usta miałam sine, nosiłam kilka warstw swetrów i napełniałam kieszenie ćwierćdolarówkami na wypadek nieprzewidzianego ataku szkolnej pielęgniarki, która mogła w każdej chwili wychylić się zza drzwi, wciągnąć mnie na wagę i stwierdzić, że wymagam hospitalizacji. Nawet kiedy wiosna ubrała w zieleń błotniste zimowe trawniki, mnie było zimno. Wkładałam botki, owijałam ciało w długie spódnice i halki. Włosy zaplatałam w warkocze i wyobrażałam sobie, że jestem tragiczną, chorą na suchoty bohaterką z powieści Jane Austen. Moja babka również coraz bardziej chudła, w miarę jak rozrastał się i złośliwiał jej nowotwór. To był międzybłoniak, nowotwór nabłonka wyściełającego organy wewnętrzne. Zachorowała z powodu wdychania włókien azbestowych wszechobecnych w powietrzu w szkołach w Newark, w których pracowała przez wiele lat jako bibliotekarka. Trucizna może wniknąć do organizmu na wiele sposobów. Powiedziała mi któregoś dnia - gdy masowałam łańcuch supłów na jej plecach, bo tak wyglądał kręgosłup - że nie chce widzieć, jak umieram, że jej umieranie jest wystarczająco trudne. Prosiła mnie, żebym zaczęła jeść. Jej prośba natchnęła mnie do jedzenia ostrożnie odmierzanych codziennych porcji brązowego ryżu, wodorostów i jarzyn. Na pogrzebie babki wygłosiłam mowę ku jej czci i wyjechałam z New Jersey pięć minut po tym, jak opuszczono trumnę do grobu. Babka była moim najlepszym przyjacielem, a przez ostatni rok jej życia na nic nie zwracałam uwagi, zajęta głodówką, obsesyjnie skupiona na sobie. Zapomniałam zapytać, jak wyglądało jej życie, chociaż wiedziałam, że przed upływem roku umrze. Jeżeli ja o to nie pytałam, to kto miał to zrobić? Jej wspomnienia przepadły jak skarb zagrzebany pod ziemią bez pozostawienia mapy.

Po dostaniu się na Uniwersytet Nowojorski zaczęłam pić, a chlanie sprzyjało jedzeniu i w ciągu sześciu miesięcy przytyłam dwadzieścia kilogramów albo więcej. Poprzedni rok bezpowrotnie zmarnowałam, wygłodzona i nieobecna duchem, niezdolna nawet do poproszenia babki, żeby opowiedziała chociaż, jak wyglądał Wiedeń przed wojną. Nie tylko że popełniłam zbrodnię, to jeszcze nie wyciągnęłam z tego żadnej nauki. Wciąż myślałam, że tym razem będzie inaczej. I znowu mała tabletka przeszła przez gardło popita jednym łykiem mrożonej herbaty, a ja wyobraziłam sobie, że to nie speeda połykam, nie truciznę, tylko nadzieję, pomoc.  Większość dziewczyn w Brunei sięgała po pigułki. Piłyśmy rozwalniające herbatki. Chociaż mogłyśmy zamawiać potrawy, jakie tylko dusza zamarzy, wybierałyśmy kurczaka i jarzyny przyrządzane na parze, próbując zapchać żołądek sałatą pokropioną sokiem z cytryny lub octem balsamicznym. To faustowski układ dla kobiet, które czynią swoje ciało źródłem utrzymania. Twoje ciało będzie podziwiane przez innych i znienawidzone przez ciebie. Dla innych będzie źródłem przyjemności, dla ciebie cierpienia. Wciąż wypatrywałyśmy nowej wklęsłości i ubytku, oglądając się w lustrach sali gimnastycznej, gdzie powtarzałyśmy niestrudzenie program ćwiczeń Cindy Crawford, wyświetlany na ekranie wielkości całej ściany, na którym pieprzyk Cindy był wielkości piłki tenisowej. W lustrze bez przerwy podziwiałam swoje wystające obojczyki. Przed wyjazdem do Brunei Penny podarowała mi "Płeć wiśni" - Jeanette Winterson, żebym tę książkę zabrała ze sobą. Czytałam ją, a głód ściskał mi żołądek mimo brania pigułek. Bohaterka powieści, olbrzymka, nosi w sobie ukrytego potwora. Zupełnie jak ja. Tym potworem we mnie był szkielet. Uważałam, że ten potwór to moje prawdziwe ja. Głodząc się, stawałam się sobą. Zredukować się do podstawowych elementów - prawdziwa poezja. Być może Robin nie zauważy zmiany. A może, odwrotnie, wreszcie zacznie mnie znowu dostrzegać.






CDN.