Łączna liczba wyświetleń

piątek, 15 czerwca 2018

RAPORT GEHLENA - Cz. VI

CZYLI JAK TO NIEMCY ZAMIERZALI

STWORZYĆ WŁASNY RUCH OPORU,

WZORUJĄC SIĘ NA POLSKICH

DOŚWIADCZENIACH

KONSPIRACYJNYCH


RAPORT GEHLENA
Cz. VI






 E. WALKA O NARÓD POLSKI





 4. ZE STRONY POLSKIEJ


 aa. POLSKI WYWIAD
(cd.)


Polski wywiad wniósł znaczący wkład w rozwój ogólnoeuropejskiego ruchu oporu przeciw niemieckiej budowy Nowej Europy. Wspomnieć tu należy także, iż polski wywiad, najprawdopodobniej słusznie, podejrzewany jest o udział w zdradzie krajów sprzymierzonych (Gehlen pisze ów raport w 1945 r., czyli już na kilka tygodni przed końcem wojny, dlatego też mówiąc o "zdradzie krajów sprzymierzonych", na myśli ma te kraje, które dotąd wiernie pozostawały w sojuszu z Berlinem, jak choćby Rumunia, Bułgaria, Słowacja czy Węgry). Odrębnej analizie należałoby poddać kwestię Polaków w Rzeszy (zarówno tych, którzy od dawna tam mieszkają, jak i nowo przybyłych do pracy). Zaskakuje fakt, że ze strony polskiej dopiero w połowie 1944 r. podjęto pierwsze próby zorganizowania tej części polskiego narodu (błąd! Komenda Główna Armii Krajowej opracowała plan wykorzystania Polaków, ściąganych na przymusowe roboty do Rzeszy, już w 1942 r.). Nie pomylimy się, stwierdzając że stało się to z powodów istotnych dla wywiadu. Polak w Rzeszy - niebędący członkiem żadnej organizacji, niebudzący żadnych podejrzeń - jest o wiele cenniejszy dla polskiego wywiadu niż osoba będąca członkiem jakiejś organizacji, w wypadku której zawsze istnieje ryzyko, że ujawni swą postawę. Schematyczne przedstawienie struktury wywiadu polskiego, jego zasięgu oraz charakteru przedstawiają następujące załączniki, zawierające ustalenia strony niemieckiej:

Załącznik 15 (brak mapki) daje obraz struktury terytorialnej polskiego wywiadu z lat 1942-43, uzyskany w wyniku wielkich niemieckich sukcesów kontrwywiadowczych. Natomiast wiele kwestii, niewyjaśnionych w tabeli ze względu na brak dokumentów, pozostało bez odpowiedzi również późniejszym okresie. Wywiad pracował głównie w oparciu o następujący podział terytorialny:
  • GG (Generalne Gubernatorstwo - czyli środkowa i południowa część okupowanej przez Niemców Polski) (włącznie z obszarem Wielkiej Rzeszy, terenami na wschodzie aż po linię frontu);
  • Francja;
  • Kraje sprzymierzone: Włochy, Węgry, Rumunia, Bułgaria, Słowacja i Chorwacja.
Tutaj praca wywiadowcza opierała się poza własnymi specjalnymi agentami na:
  1. podziemnych ugrupowaniach wrogich osi,
  2. skoligaconej międzynarodowo arystokracji,
  3. wyższym duchowieństwie katolickim, przy czym Watykan z jego szeroko znanym polonofilskim nastawieniem okazał się ważną podporą we Włoszech oraz innych krajach.
Załącznik 16 (brak mapki) prezentuje charakter polskiego wywiadu i wprowadza w stosowane przezeń metody pracy.

Załącznik 17 i 18 (brak mapki) dają poprzez schematyczne zestawienie wgląd w dyrektywy:
  1. dla specjalnych agentów wywiadu (załącznik 17) oraz
  2. w sprawie powszechnego zbierania informacji (do czego zobowiązany był każdy Polak działający w konspiracji).


Wszystko wskazuje na to, że jest bardzo wiele mniej lub bardziej oficjalnych rozkazów, dyrektyw, przepisów i wskazówek dla specjalnej i ogólnej pracy wywiadowczej. Prawdopodobnie również szereg własnych dokumentów tego rodzaju wydały komórki wywiadu dla poszczególnych regionów oraz pionów. Nawet ze skąpego materiału, jaki został pozyskany, wynika jednoznacznie, że polski wywiad nie pomija żadnej dziedziny życia. Naturalnie, głównym celem polskiego wywiadu było rozpoznanie potencjału niemieckiego Wehrmachtu oraz przemysłu zbrojeniowego.

Załącznik 19 do 26 (brak mapki) dają wgląd w rozwój polskiej sieci radiowej oraz prezentują sukcesy niemieckiego kontrwywiadu w zakresie jej zwalczania.

Załącznik 19-23 (brak mapki) zawierają przykłady zasięgu sieci nadawczej na terenie całej Europy;

Załącznik 24 (brak mapki) zawiera wykaz wszystkich ujawnionych i zlikwidowanych polskich nadajników;

Załącznik 25 (brak mapki) zawiera tabelę połączeń radiowych prowadzonych w roku 1944 z Londynu i Bari do GG;

Załącznik 26 (brak mapki) zawiera statystykę porównawczą połączeń radiowych w GG oraz liczby ujawnień.

Załącznik 27 (brak mapki) linie kurierskie polskiego wywiadu.

Prezentacja wszystkich wykrytych w latach 1942-43 przez niemiecki kontrwywiad linii kurierskich. Dla porównania przedstawiona jest również sieć kurierska rozpoznana w 1944 r., która ma o wiele mniej połączeń, co w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że polska sieć kurierska rzeczywiście tak poważnie zmalała.

Załącznik 29 (brak mapki) prezentacja usytuowania polskiego wywiadu, czyli Oddziału II, w ramach oddziałów sztabowych Komendy Głównej Armii Krajowej oraz podporządkowanych jej jednostek.



 bb. SYSTEM PARTYJNY





Upadek państwa i brak odwracających uwagę zewnętrznych czynników politycznych ożywił stare polityczne podziały, co doprowadziło do powstania barwnego, podlegającego ciągłym przemianom systemu partyjnego. Każda partia, każda mała grupka jak i każda osoba, która poczuła w sobie cechy wodzowskie, uważała, że oto wybiła ich godzina. Po okresie początkowej dezorientacji, a także po rozproszeniu początkowych obaw, czy pod rządami niemieckimi uda się podjąć i prowadzić nielegalną działalność, ruszyła intensywna praca konspiracyjna. Śledzenie kolejnych zmian i przegrupowań byłoby nudne. Rozstrzygający jest wyłącznie ich trwały wynik. Należy przy tym stwierdzić, że podobnie jak przed 1939 r. partie połączyły się w cztery duże bloki. Obok bloku rządowego, powstał blok prawicowo-radykalny, demokratyczny i lewicowo-radykalny. Brak danych dotyczących struktury partii, ich liczebności oraz ponadpartyjnych bloków. Nie dotarliśmy również do programów partyjnych, choć takowe niewątpliwie istnieją.


a1. Blok rządowy

składa się z następujących czterech partii:
  • SL (lewe skrzydło) - Stronnictwo Ludowe
  • SP - Stronnictwo Pracy
  • SN (prawe skrzydło) - Stronnictwo Narodowe
  • PPS (lewe skrzydło) - Polska Partia Socjalistyczna
Te cztery partie wspierają rząd emigracyjny. Wspólnie tworzą tzw. "Kwadrat" (chodzi o tzw.: "Grubą Czwórkę" - jak w konspiracji nazywano wszystkie te partie, zaś kryptonimu "Kwadrat" używało samo Stronnictwo Narodowe). Na terenie kraju są połączone w RJN (Rada Jedności Narodowej), a w Londynie reprezentowane są one obok powoływanych przez prezydenta bezpartyjnych (w szczególności wyższych duchownych i znanych naukowców) w "Radzie Narodowej". To przede wszystkim z nich rekrutują się ministrowie oraz ich przedstawiciele w kraju. Wewnętrznie partie te nie tworzą żadnej zwartej całości. Po śmierci Sikorskiego (Władysław Sikorski zginął w niewyjaśnionej do dziś katastrofie lotniczej w Gibraltarze - 4 lipca 1943 r.), który posiadał pewne autorytarne cechy wodzowskie, grupie tej brakuje wybitnej osobowości. Mikołajczyk (Stanisław Mikołajczyk - polityk Stronnictwa Ludowego, wicepremier i od 14 lipca 1943 r. premier Rządu Rzeczypospolitej Polski na Uchodźstwie) nie posiadał tych cech. Brak takiej powszechnie uznawanej osobistości daje się odczuć szczególnie mocno w warunkach kryzysu wywołanego przez Sowietów poprzez faworyzowaniu prosowieckich Polaków, chociaż wśród nich również brak osobowości o godnych uwagi zdolnościach przywódczych. 

Oprócz przywódcy brakuje im również realistycznej i atrakcyjnej ideologii narodowej, szczególnie wobec zmasowanej sowieckiej ofensywy ideologicznej, zwłaszcza że Kreml, przynajmniej na razie, w kwestii narodowej i wyznaniowej czyni pewne koncesje. W związku z tym przypadki przejścia na stronę sowiecką są obecnie coraz liczniejsze (nie wiem skąd Gehlen czerpie takie informacje, ale ponownie są one błędne. Polacy nie przechodzili na stronę sowiecką ani ze względu na atrakcyjność ich ideologii - cokolwiek mogłoby być tam atrakcyjnego - ani ze względu na postępy sowieckiej ofensywy. Partia komunistyczna - dla niepoznaki nosząca nazwę partii robotniczej - była u nas tak marginalna, że realnie nie liczyła się w żadnych rankingach politycznych, nawet jako margines). Po klęsce powstania warszawskiego na niektórych terenach przybrały one wręcz katastrofalne rozmiary (kolejne zupełnie nieprawdziwe nadużycie, jakie popełnia Gehlen). Wśród szerokich rzesz zwolenników rządu po raz kolejny zauważalne stało się życzenie, a co za tym idzie - również gotowość podjęcia lojalnej współpracy niemiecko-polskiej przeciwko Sowietom (totalne brednie, których nie warto nawet komentować, co najwyżej - 😂 Choć Niemcy rzeczywiście próbowali wysondować, czy możliwa jest jakakolwiek współpraca polsko-niemiecka przeciwko Sowietom, w tym celu w 1944 r. - jeszcze przed Powstaniem, zorganizowano w jednym z lokali sztab przyszłej armii polskiej, mającej u boku Wehrmachtu walczyć z Sowietami. Ustawiono polską flagę i napis "Armia Polska - punk rekrutacyjny" - zgłosiły się... cztery osoby - CZTERY. Pośpiesznie więc ściągnięto całą instalację i więcej nie wracano do tego tematu). Odnośnie do personalnej, liczebnej i organizacyjnej struktury partii brak jakichkolwiek danych.


a2. Blok prawicowo-radykalny

Składa się przede wszystkim z czterech partii:
  • ONR - Obóz Narodowo-Radykalny (na emigracji ONR zmienił nazwę na Organizacja Polska).
  • SN - (prawe skrzydło) Stronnictwo Narodowe (w 1942 r. część SN-u się podzieliła i utworzyła SN-Secesja, związując się z Organizacją Polską i tworząc Tymczasową Narodową Radę Polityczną oraz Narodowe Siły Zbrojne w okupowanym kraju).
  • Falanga - polscy faszyści (przedwojenna ONR-Falanga utworzyła Konfederację Narodu i wojskowe Uderzeniowe Bataliony Kadrowe w okupowanym kraju).
  • M.i.P - Miecz i Pług (organizacja rozbita przez Gestapo i zmuszona do współpracy z Niemcami, choć oficjalnie deklarowała dalszą z nimi walkę. Na emigracji totalnie izolowana - bez znaczenia. Następnie jego kierownictwo przejęli Sowieci).
Ich ponadpartyjne przedstawicielstwo nazywa się TNRP (Tymczasowa Narodowa Rada Polityczna). Pod względem wojskowym tworzą one NSZ (Narodowe Siły Zbrojne). Blok prawicowo-radykalny trzyma się swojej przedwojennej antyniemieckiej i antysowieckiej ideologii, przy czym - w obliczu konkretnych faktów - jako większe zło zaczyna jednak postrzegać Sowietów. Przed wybuchem powstania warszawskiego nie odnotowano żadnych pozytywnych prób zbliżenia. Blok zajmuje ostre stanowisko wobec rządu londyńskiego. Dochodzi do bardzo zdecydowanych wystąpień przeciw kręgom polsko-sowieckim, częściowo przy użyciu broni. Członkowie formacji wojskowych utrzymywani są w ostrej dyscyplinie. Krąg zwolenników, których częściowo należy szukać w środowiskach ziemiańskich, jest stosunkowo niewielki.

a3. Prawicowe kręgi bloku demokratycznego     

Kilka partii demokratycznych zajmuje szczególną pozycję w systemie partyjnym. Nie są one ani w obozie rządowym, który według nich nie jest nastawiony wystarczająco socjalnie, ani w obozie lewicowym, który jest dla nich za mało narodowy.Są to następujące partie:
  • PPS - (lewe skrzydło) Polska Partia Socjalistyczna
  • PSD - Polskie Stronnictwo Demokratyczne
  • PLAN - Polska Ludowa Akcja Niepodległościowa
  • KOP - Korpus Obrońców Polski
Ich ponadpartyjną emanacją jest NKL (Naczelny Komisariat Ludowy) (kolejny błąd w nazwie, był to - Naczelny Komitet Ludowy, w 1944 r. przekształcił się on w Centralny Komitet Ludowy), natomiast organizacją zbrojną PAL (Polska Armia Ludowa). Jeśli chodzi o informacje o poszczególnych partiach oraz ich ponadpartyjnych koalicji, brak jakichkolwiek źródeł dotyczących kwestii personalnych, organizacyjnych oraz liczebności. Pod koniec roku 1944 udało się aresztować kilku wyższych funkcjonariuszy PAL. Ich wypowiedzi na temat PAL, zawierające zupełnie nowe dane, są pod wieloma względami tak niewiarygodne, że zanim dojdzie do ich potwierdzenia, powinny być traktowane co najwyżej jako poszlaka. W polskiej akcji powstańczej blok demokratyczny nie odegrał godnej uwagi roli. W konflikcie miedzy prawicą a lewicą masy członkowskie dryfują najwyraźniej coraz bardziej na lewo. Szczególną pozycję zajmuje również lewe skrzydło SL (Stronnictwo Ludowe), partii należącej do bloku rządowego. Znane jest ono ze sformowania własnej organizacji bojowej BCh (Bataliony Chłopskie) (błąd! Bataliony Chłopskie zostały sformowane przez kierownictwo Stronnictwa Ludowego, a nie jego "lewego skrzydła"). Coraz wyraźniej również w tym kręgu rośnie poparcie dla Rosji Sowieckiej (tak, część lewicujących ludowców i żołnierzy BCh współpracowała z Sowietami). 




ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND

NEVER WILL APPLY TO POLAND



CDN.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

WOMAN IS FUTURE!? Cz. IV

CZYLI WSPÓŁCZESNA

FEMINISTYCZNA MIZOANDRIA




AUTORZY WYCHWALAJĄCY

KOBIETY I KOBIECOŚĆ

Cz. I






"MIMO TAK WIELKIEJ PŁCI NASZEJ ZALETY
MY RZĄDZIMY ŚWIATEM, A NAMI KOBIETY"

IGNACY KRASICKI
"MYSZEIDA"
(1775 r.)


Kobiety to są niezwykłe istoty! I na tym można by było w zasadzie poprzestać, gdyby nie fakt, iż ich owa "niezwykłość" ma bardzo różne oblicza. Kobieta bowiem posiada niesamowitą władzę nad mężczyzną, władzę absolutną, która jednak jest niezwykle ulotna i trwa bardzo krótko. Przez ten jednak krótki czas, mądra kobieta potrafi tak owładnąć ciałem i umysłem swego mężczyzny, iż ten rzeczywiście stanie się jej poddany (w sensie emocjonalnym). Od wieków znano owe przysłowie, przytoczone wyżej przez Ignacego Krasickiego w jego fantastycznym poemacie pt.: "Myszeida" (opowiadającym o wojnie kotów ze szczurami i myszami). Tak samo miał twierdzić ów sławny ateński mąż - Perykles, który mawiał do swej kochanki Aspazji (dla której porzucił żonę): "Ateny rządzą światem, ja władam Atenami, Ty władasz mną, a nasz synek Tobą, jest On więc najbardziej wpływowym człowiekiem na świecie". Podobnie twierdził Plutarch, który w swoich "Moraliach" pisał tak oto (przywołując słowa Katona Starszego): "Wszyscy (...) mężowie żądzą kobietami, my rządzimy mężami, nami zaś kobiety". W tej części tematu, pragnę więc zaprezentować autorów antycznych, którzy w swych utworach wychwalali kobietę, kobiecość i jej rolę w społeczeństwie, które bez kobiet nie istnieje. Będzie to takie porównanie w stosunku do poglądów feministek, które zaprezentuję na końcu tego tematu, odzwierciedlające różnice w podejściu krytykowanych przez nich autorów i ich własnych, współczesnych wypowiedzi na temat mężczyzn. Nie chcę jednak zbytnio rozwlekać tego tematu, dlatego też postanowiłem go ograniczyć jedynie do autorów antycznych i autorów rodzącego się chrześcijaństwa, nie ma bowiem zbytnio sensu niepotrzebnie rozwlekać tematu, zajmując się kwestiami mającymi jedynie ukazać ów problem, niż samym problemem, jakim są feministki.  

  

"MERI" - ZNACZY KOCHAM
CZYLI JAK EGIPSCY TWÓRCY 
WYRAŻALI SWÓJ PODZIW WOBEC KOBIET?




Starożytni Egipcjanie bardzo wielką rolę przywiązywali do ukazywania piękna kobiecego ciała. Literatura egipska ukazuje cały wachlarz niezwykle kwiecistych zwrotów, jakimi autorzy (a przez nich również inni mężczyźni) wyrażali swój podziw nad kobiecością, i to często do tego stopnia, że pragnęli stać się niewolnikami ich wdzięków. Zacznijmy jednak może nie od poezji, lecz od utworów literackich, gdyż są one starsze (niekiedy sięgające czasów początków państwa egipskiego, choć spisane na papirusach z czasów późniejszych). Należy jednak uczciwie powiedzieć, że w ogromnej większości utworów literackich z czasów Starego Państwa (choć spisanych dopiero na papirusach Nowego Państwa, ale przekazywanych wcześniej z pokolenia na pokolenie), wizerunek kobiety jest raczej nieprzychylny (aby nie powiedzieć... odpychający). Kobieta dla autorów staroegipskich, stanowi powód męskiego upadku, jest tą, która wodzi mężczyzn na pokuszenie, sprowadza ich na złą drogę i niszczy gdy ma taki kaprys. W utworze "Opowiadania o cudownych zdarzeniach" spisanym za XVIII Dynastii (choć pamiętającym czasy VI Dynastii), mamy do czynienia z pewną rozwiązłą kobietą, żoną kapłana Weba-oner, która zdradza go z człowiekiem nisko urodzonym. Jej mąż dowiaduje się o romansie od ogrodnika, który dzięki pomocy faraona Neb-ki lepi z magicznej gliny krokodyla i wrzuca go do Nilu. W Nilu krokodyl cudownie ożywa i pożera kąpiącego się kochanka. W nagrodę Weba-oner puszcza krokodyla wolno i pozwala mu żyć, zaś jego żona zostaje na rozkaz faraona spalona na popiół i wrzucona do Nilu. Tak kończy się opowieść owego "cudownego zdarzenia" z czasów VI Dynastii, mówiąca o kobiecej niewdzięczności i rozpuście. Poza tym, zniszczenie ciała (zarówno kochanka jak i żony kapłana Weba-oner), uniemożliwiło im pochówek, co było równoznaczne z nieodrodzeniem się w zaświatach i utratą duszy, jak wierzyli Egipcjanie. 

Bardzo podobny przykład mamy w utworze pt.: "Dwaj bracia" spisanym za panowania faraona Merenptaha (1213-1203 r. p.n.e.) z XIX Dynastii, za którego to panowania miało dojść do opuszczenia Egiptu przez żydowskich niewolników pod przewodem biblijnego Mojżesza. Dzieło to było znacznie starsze, niż czas, w którym zostało spisane (przez pisarza o imieniu Ennene) i również pamiętało czasy Starego Państwa. I znów mamy tam do czynienia z rozwiązłą żoną jednego z owych "dwóch braci", która będąc poślubiona jednemu z nich, uwodzi drugiego, a gdy ten jej odmawia, ona, niczym biblijna żona Putyfara, oskarża go przed mężem oto, iż dopuścił się na niej gwałtu. Jest zapisane: "Kiedy jej mąż powrócił wieczorem, tak jak to robił codziennie, i wszedł do domu, zastał żonę leżącą - udawała chorą. Nie polała mu rąk wodą, jak to czyniła zwykle, i nie zapaliła przed nim światła, tak że w domu było ciemno, a ona leżała wymiotując. Mąż spytał ją: Co ci się stało? (...) twój młodszy brat (...) zastał mnie siedzącą samotnie i powiedział: "Chodź, spędzimy razem chwilkę, połóżmy się" (...) ale ja go nie usłuchałam (...) Wtedy przestraszył się i pobił mnie, żebym ci tylko nie doniosła. Lecz jeśli zostawisz go przy życiu, ja umrę (...) gdy wróci, nie słuchaj go". Starszy brat, w przypływie złości pragnie zabić młodszego za gwałt i pobicie własnej żony, ale Bata (jak zwał się ów niesłusznie oskarżony młodszy brat), ucieka, dzięki pomocy krowy i przechodzi przez rzekę pełną krokodyli, która skutecznie rozdziela obu braci. Przez ten czas udaje mu się wytłumaczyć bratu jak było naprawdę, co powoduje że wzburzony kłamstwem żony Anup (starszy brat), zabija ją i rzuca jej ciało psom na pożarcie. Jest to zaledwie jedna z dwóch opowieści, na jaką składa się utwór "Dwaj bracia" - ale i w drugiej części Bata nie spotyka żadnej uczciwej kobiety, którą mógłby pokochać. Spotyka jedynie same (jak byśmy to dziś powiedzieli) "napalone zdziry" które świadczą przeciw niemu i dążą do jego zguby, i które musi zabijać, aby przywrócić sprawiedliwość.

W zasadzie większość staroegipskich utworów opowiada albo o kobiecej seksualności, która doprowadza mężczyzn do upadku, albo o ich niewierności, pysze i lenistwie (gdy Bata na początku utworu wchodzi do domu i widzi siedzącą przed lustrem żonę swego brata, która szczotkuje włosy, mówi do niej: "Wstań i daj mi ziarna, muszę biec na pole, bo brat mój czeka na mnie", na co jego bratowa odpowiada: "Idź sam. Otwórz spichlerz i zabieraj , co ci się podoba - nie przerwę przecież czesania"). Kobieta jest ukazana jako istota niedoskonała, pełna sprzeczności i przede wszystkim niemoralna, myśląca jedynie o przyjemnościach ciała, za co z reguły zostaje ukarana brutalną śmiercią, co stwarza wrażenie iż jest to jedyna droga, aby przywołać złe kobiety do porządku. Podobnie jest i w utworze "Prawda i Kłamstwo", w którym zamożna dama, przyjmuje pod swój dach biednego, niewidomego, choć niezwykle przystojnego młodzieńca i żyje z nim jak kobieta z mężczyzną. Z tego związku rodzi się syn, który jednak nie zostaje poinformowany kto jest jego ojcem (niewidomy mężczyzna przebywa wciąż w domu owej damy, ale ona trzyma go jedynie z litości i nie bierze z nim ślubu). Gdy syn dowiaduje się wreszcie kto jest jego ojcem, mówi do matki takie oto słowa: "Trzeba chyba zebrać krewnych z twojej rodziny i postarać się o krokodyla" - innymi słowy twierdzi, iż jego matka popełniła straszny grzech, płodząc go z nieznanym, obcym mężczyzną, który wciąż przebywał w jej domu, a ona traktowała go jak służącego. Zasłużyła więc w oczach syna na karę śmierci, i to śmierci okrutnej - pożarta przez krokodyle. 

Większość utworów staroegipskich jest... totalnie antykobieca, a ja miałem tutaj pisać o tych dziełach (i autorach), którzy wynosili kobiety i kobiecość na piedestał, trudno jednak doprawdy to uczynić, kierując się dziełami literatury egipskiej. Swoją drogą, w Starożytnym Egipcie kobiety miały niezwykle silną pozycję, praktycznie równą mężczyznom pod każdym względem. A jednocześnie w literaturze przedstawiane są jako niewżyte seksualnie zdziry, które nic dobrego i pozytywnego do społeczeństwa nie wnoszą i które zasługują jedynie na okrutną śmierć. Czy powodem tego stanu rzeczy był fakt, iż owe dzieła były pisane przez mężczyzn dla mężczyzn? Wielu z nich zapewne doświadczyło odtrącenia ze strony ukochanej, dlatego też literatura (będąca czymś w rodzaju poradni psychologicznej, choć oczywiście jedynie dla ludzi wykształconych i wywodzących się z możnych kręgów), pełniła rolę swoistego balsamu, łagodzącego ich smutek i złość. Nie oznacza to oczywiście, że nie ma w literaturze egipskiej przykładów kobiet dobrych i pięknych (oczywiście moralnie). Owszem, są takie przykłady, być może nawet skierowane do samych kobiet, mające im ukazać, jak powinny się zachowywać i jak działać, aby zapewnić szczęście i pomyślność swojej rodzinie, a o sobie dobrą pamięć potomnych.  Choć często obok pozytywnych postaci kobiecych, są ukazane ich złe odpowiedniki (jak choćby w rękopisie "Setne"), o których to pisałem wyżej, albo też autorzy twierdzą iż najlepszą żoną dla Egipcjanina jest... cudzoziemka ("Książę zaklęty"), którą można sobie wychować. Tak czy siak, Egipcjanki to są jedynie (według autorów dzieł staroegipskich) zdzirowate wywłoki, które należy kontrolować i karać. W "Księciu zaklętym" Syryjska księżniczka z Nahariny, zakochuje się w pewnym egipskim uciekinierze, którego chce uśmiercić jego zła macocha. Dziewczyna więc czuwa u boku ukochanego dzień i noc, i niczym Izyda czyni wszystko, aby nie spadł mu włos z głowy. Niestety, jej poświęcenie, wywodzące się z czystej miłości do Egipcjanina na niewiele się zda, gdyż w końcu mężczyzna zostaje zamordowany przez nasłanych morderców. Jej uczucie nie jest w stanie ocalić ukochanego, ale jest ona postacią pozytywną, ukazaną dla przykładu jak powinna postępować kobieta.




Nie przypadkiem też w tym utworze pozytywna postać kobieca, nie jest Egipcjanką. W czasach XVIII i XIX Dynastii utwierdziło się bowiem przekonanie (wyrażane chociażby w malunkach ściennych na grobach) iż cudzoziemki są znacznie lepszymi żonami, niż Egipcjanki. Są wierne, uległe i posłuszne, co bardzo podobało się egipskim autorom, w przeciwieństwie do "wyzwolonych" Egipcjanek, które (jak wyżej wspomniałem) miały praktycznie takie same prawa, co mężczyźni. Zwykli Egipcjanie co prawda brali sobie tylko jedną żonę (w przeciwieństwie do faraona, który mógł mieć po kilka a nawet kilkanaście żon), ale niektórzy dostojnicy posiadali dwie żony, przy czym jedna była Egipcjanką, a druga... cudzoziemką. Druga żona była przeciwieństwem tej pierwszej (a być może miała mieć na nią dobry wpływ). Na steli grobowej jednego z egipskich wielmożów, to właśnie cudzoziemka - Syryjska jest określona jako ta, którą zmarły bardzo kochał i w przeciwieństwie do jego egipskiej żony posiada imię, uwiecznione dla potomności - Senebheka. Druga żona, Egipcjanka, nie tylko że znajduje się z tyłu, ale jeszcze do tego klęczy za Syryjką, co świadczy dobitnie którą żonę zmarły uważał za ważniejszą. Zresztą nauki, jakie dla potomnych przekazywali autorzy (w ramach tzw.: "sbajt" czyli ogólnie pojętych nauk na przyszłość, które również były czytane i omawiane w egipskich szkołach), ukazują relację kobiety i mężczyzny, jako związku, w którym mężczyzna powinien kochać i szanować swoją małżonkę, spełniać jej życzenia i kupować wszystko, czego sobie zażyczy, ale... nie może pozwolić jej wejść sobie na głowę. Nie może doprowadzić do sytuacji, w której to kobieta będzie decydować w jego domu, gdyż wówczas traci on swój autorytet i poważanie w oczach kobiety - swej żony. 

W naukach Ptahhotepa (autora prawdopodobnie pochodzącego z czasów X Dynastii), ukazuje on jak powinien wyglądać prawidłowy stosunek mężczyzny i kobiety w rodzinie. Pisze więc: "Załóż sobie dom i miłuj w nim żonę swoją, jak przystoi: żyw ją i odziewaj - olejki to dla niej lekarstwo. Raduj serce jej, dopóki żyjesz, a będzie glebą żyzną dla swojego pana. Nie dopuszczaj, aby rządziła, trzymaj ją z daleka od władzy; nie dopuszczaj, aby ciebie przerosła, inaczej wywoła burzę. (...) Kiedy ją ujarzmisz, będzie jak spokojna woda". Od czasów panowania XVIII Dynastii (Nowe Państwo oraz największy politycznie, terytorialnie, handlowo i kulturalnie rozwój Egiptu - ok. 1550 - ok. 1200 r. p.n.e.), do głosu dochodzi nowe pokolenie, które traktuje równe prawa kobiet i mężczyzn jak coś naturalnego. Dlatego też w szkołach przywoływano nauki poprzednich pokoleń, odnośnie relacji damsko-męskich. Jednymi z nich są nauki niejakiego Aniego, żyjącego w czasach panowania faraona Amenhotepa III (1388 - 1351 r. p.n.e.), który pozostawił rady dla swojego syna Chonshotepa, będącego przedstawicielem młodego pokolenia, żyjącego w czasach wyjątkowego dobrobytu i potęgi Egiptu (a co za tym idzie nieskrępowanej rozwiązłości i upadku moralności), postrzega świat w kategoriach, które dziś określilibyśmy jako wybitnie "nowoczesne". Tekst nauk Aniego był następnie omawiany w egipskich szkołach, gdyż autor (choć kierował go bezpośrednio do syna), nie ukrywał swego dzieła i pragnął się nim podzielić z potomnością. Otóż Ani prezentuje takie oto rady dla syna: "Nie kontroluj żony w domu, jeśli wiesz, że jest sumienna. Nie mów jej: "Gdzie to jest! Przynieś nam!" (...) Ty, który założyłeś rodzinę, hamuj swój temperament. Nie podążaj za kobietą, nie pozwól jej się strofować. (...) Naucz ją być kobietą (...) Strzeż się niewiasty obcej, której nikt nie zna w mieście (...) to głęboka woda o nieznanych wirach". Ani radzi również synowi, aby dbał o żonę i jej potrzeby (zapewne również seksualne) i nie oglądał się za innymi kobietami, które mogą zwieść go na manowce. Radzi więc aby był przy żonie i obcował z nią i aby razem płodzili dużo dzieci: "Cóż to za radość, kiedy ją obejmujesz. Wielu jest takich, którzy nie wiedzą (...) Weź sobie żonę, gdy wydoroślejesz (...) Poważany jest człowiek z liczną rodziną".

Żona, kobieta którą poślubiłeś, zdaje się mówić Ani - jest twoją wybranką i powinieneś dbać o nią i szanować ją, oraz obcować i kochać - wówczas małżeństwo owo powinno być szczęśliwe. Żyjący w czasach XXII Dynastii (ok. 945 - ok. 720 r. p.n.e.) - kapłan Anchszeszonk, również pozostawił swoje rady dla syna, które przetrwały dla potomności. Spisane są one jeden pod drugim w sposób nieuporządkowany w formie tzw.: wyliczanki, jak choćby: "Nie otwieraj serca przed twoją żoną: wszystko co jej powiesz, wyniesie na ulicę (...) Nie ciesz się z urody twej żony - jej serce należy do tego, kto z nią sypia (...) Jeśli kobiecie nie zależy na majątku męża, to znaczy, że ma już inny majątek na oku (...) Kształcenie kobiety, jest jak napełnianie rozciętego z boku worka z piaskiem (...) Nie pozwalaj sobie na nic, względem żony swego poddanego (...) Jeżeli zastaniesz swą żonę z kochankiem, weź sobie inną dziewczynę, która ci będzie odpowiadać". Swoją drogą, to ciekawe że stosunek do płci pięknej w naukach egipskich mędrców zmienia się na przestrzeni wieków. Od dość negatywnego wizerunku opisywanego w czasach Starego Państwa, poprzez neutralny, choć będący wciąż pod kontrolą, do pozytywnego, jaki został przedstawiony już w czasach ptolemejskich (czyli w Egipcie tzw.: greckich papirusów - wodzów Aleksandra Wielkiego i ich potomków, panujących do czasu podboju kraju przez Rzym). Na papirusie Insinger (III wiek p.n.e.), niejaki Fibhor pisze: "Mężatka która jest kochana przez innego i jawnie to okazuje, nie musi być zaraz ladacznicą (...) Dobra czy zła żona to boskie przeznaczenie (...) Kobieta z dobrym charakterem jest skarbem (...) Kto dopuszcza się gwałtu wobec pani domu, tego będzie prześladował zły los (...) Nadmierne pożądanie szkodzi życiu (...) Głupiec, który nie ma żadnego zajęcia, nie daje spokoju swojemu fallusowi (...) W kobiecie ukrywa się dobry i zły demon". Wszystkie to nauki było radami spisanymi przez mężczyzn dla mężczyzn, nigdy żadnej nie pozostawiła po sobie kobieta - swoją drogą, ciekawe jak brzmiałyby spisane rady matek dla córek z okresu egipskiego?




Zostawmy więc literaturę i nauki przejdźmy wreszcie do egipskiej poezji, która najbardziej uwzniośla postać kobiety. Poza tym poezja, pełna jest odniesień czysto erotycznych, choć wypowiadanych słowami miłości obu kochanków. Kobiece ciało jest tutaj czymś niezwykle pięknym, niczym kwiaty lotosu lub owoce mandragory. Zupełnie inny jest tutaj obraz kobiety, niż w dziełach literackich, tu nie ma złych kobiet, zwodzących mężczyzn na pokuszenie - tu kobiecość jawi się jako nieskazitelne, boskie wręcz piękno, o które należy dbać i które trzeba pielęgnować. Mężczyźni jawią się tam wręcz jako niewolnicy kobiet i ich piękna i gotowi są do spełnienia wszelkich kaprysów swych wybranek. Owe utwory i pieśni miłosne, spisane są również rękoma mężczyzn, z tym że tutaj odnoszą się one bezpośrednio do kobiety, jako wybranki serca, więc ich przekaz przybiera inną formę, niż w moralizujących tekstach literackich i naukach mędrców. Swoja drogą ciekawe są opisy, w których mężczyzna gotowy jest stać się nie tyle niewolnikiem, co... niewolnicą swej pani, która miłuje ponad wszystko i na której najmniejsze skinienie jest gotów. W pieśni miłosnej spisanej na Dzbanku z Deir el-Medina (była to dzielnica królewskich Teb, zwana w starożytności "Set Maat" - "Siedlisko Prawdy" i w czasach Nowego Państwa zasiedlona była przez elitarną społeczność, bezpośrednio podległą faraonowi), pewien młodzian pragnie stać się niewolnicą swej wybranki: "Ach, gdybym był Nubijką, wyłącznie na rozkazy mojej Pani! Przyniósłbym jej mandragory, które trzymałbym w dłoni, by mogła je wąchać". Ów mężczyzna gotów jest do najróżniejszych poświęceń, aby tylko wybranka ofiarowała mu swe serce (a raczej ciało, bo pisze również że pragnie ją posiąść), gotów jest nawet prać bieliznę swej Pani (co było wyjątkową degradacją dla Egipcjanina, prać bieliznę swej żony lun kochanki), jako jej niewolnica, aby tylko móc przebywać w jej obecności i dotykać strojów, które ona nosi (ciekawe prawda?). Pragnie również namaszczać jej ciało wonnymi olejkami i uczestniczyć w jej kąpieli jako jej sługa.

Zakochani w pieśniach i poezji egipskiej, często zwracają się do siebie "siostro" i "bracie", a porównują swe ciała (głównie ciała kobiece) do pąków lotosu, lub owoców mandragory, a także do wonnych olejków i najdelikatniejszych szat bogów. Kobiety też nie kryją się ze swymi wdziękami. Na przytoczonym wyżej Dzbanku z Deir el-Medina, dziewczyna mówi do swego ukochanego: "Pragnę wykąpać się przy tobie", a na Papirusie Harris 500 inna mówi: "Weź sobie teraz piersi moje, a one hojnie cię obdarzą". Dziewczęta jednak głównie mówią, iż wybranek uwiódł ich serce swym głosem, muzyką i pieśnią, zaś młodzieńcy skupiają się głównie na ciałach swych wybranek, jak choćby opis dziewczyny na Papirusie Chester Beaty I: "Kark ma wzniosły, jędrne piersi, jędrne pośladki, zwięzłe łono, nogi jej piękność odsłaniają". Kobiety zaś podnieca sam fakt, iż wybranek złapał je za dłoń: "Twoja miłość mnie sidli, nie wiem jak się wyplątać". Pragną też aby ukochany zawsze o nich myślał i pędził do nich niczym koń lub gazela, nie zważając na przeciwności. Jedna z pieśni miłosnych do Amona-Re, w której kobieta pragnie czym prędzej ujrzeć swego kochanka, brzmiała tak: "Jakże szczęśliwy jest dzień, kiedy cię widzę, bracie. Twój widok zachwyca mnie bez granic (...) Twoja woń jest wspaniała (...) stąpasz tak wdzięcznie, jak w tańcu. Twoja doskonała siostra składa ci hołd i widząc cię, chyli głowę. Przyjmij ją z piwem i kadzidłem, niby ofiarę dla boga". Zakochane kobiety również wyrażały w poezji swoją miłość i jednocześnie przeżywały każde rozstanie ze swym wybrankiem, jak choćby pieśń miłosna (Papirus Harris 500), w którym porzucona przez ukochanego kobieta nie chce jeść ani pić. Usycha z miłości do niego i póki jej nie odzyska będzie cierpieć aż: "Tchnienie jego ust", przywróci jej życie.




Egipcjanie bardzo dokładnie i szczegółowo przygotowywali się do randek i miłosnych schadzek, kobiety głównie myślały o swym stroju i uczesaniu (odpowiednio ułożona fryzura, była niezwykle silnym afrodyzjakiem dla Egipcjan, natomiast rozpuszczone włosy u kobiety, mogły popsuć każdą randkę - nic więc dziwnego że w jednym a utworów mężczyzna radzi kochance: "Włóż perukę", gdyż jej włosy rozplątały się). Dziewczęta i kobiety spędzały więc mnóstwo czasu upiększając swoje wdzięki i uczesanie, natomiast mężczyźni, ci głównie dbali o... wygodne posłanie do miłosnych igraszek, jak choćby taki utwór (Papirus Harris 500): "Dla niej samej weź muśliny, łoże niech ma z tkanin króla". Specjalne łóżko, pięknie posłane i pachnące kadzidłem, miało sprawić, iż wybranka serca oddałaby się mężczyźnie w ramiona. Należy jednak pamiętać, że większość randek i schadzek starożytnych Egipcjan, odbywała się poza domen, w gajach, ogrodach, sadach i winnicach, dających nieco cienia i przyjemnego chłodu w upalne egipskie dni. Poza tym oczywiście wszelkiego typu sadzawki, gdzie kochankowie albo pływali razem (często oddając się tam miłości), albo też mężczyźni przygrywali swym kąpiącym się wybrankom na flecie lub innym instrumencie. Egipcjanie byli skłonni do największych nawet poświęceń w imię miłości swej wybranki (tak jak wspomniany wyżej młodzieniec, który pragnął stać się niewolnicą swej Pani i uczestniczyć w jej kąpieli, ubieraniu a nawet praniu jej bielizny i sukien). Należy jednak tutaj od razu dodać, że wielu z nich czyniło tak dopóty, dopóki nie posiedli już swych wybranek i ich nie usidlili. Gdy już zostały ich żonami, stosunek się nieco zmieniał - ów mężczyzna, który gotów był prać bieliznę ukochanej, po ślubie z nią wymagał od niej posłuszeństwa i uległości. Miała mu rodzić synów i być dobrą, posłuszną żoną, gdyż Egipcjanie woleli znacznie bardziej uległe kobiety (wspomniany przykład cudzoziemek) niż te wszystkie "wygadane" i "wyemancypowane" damy. Żona nie powinna krytykować męża, ani tego, co czyni, powinna zachować umiar tak w słowach, wypowiadanych publicznie, jak i w ubiorze.




Tak oto Egipcjanie prezentowali swój stosunek do płci pięknej w dziełach literackich, naukach i pieśniach okresu starożytnego. Oczywiście nie jest to pełne i wyczerpujące zaprezentowanie tematu. Sporo bowiem jest również erotycznych elementów, jakimi Egipcjanie się otaczali (a o których pozwolę sobie już nie pisać), jak dziewczęta dbały o urodę, jak witały się w ukochanym etc. Myślę jednak że wystarczająco zaprezentowałem temat, odnośnie antycznego Egiptu. Teraz czas na Grecję, Rzym i... pierwszych chrześcijan.


 
PS: Ten temat przywołał mi na myśl serialową relację, jaką mają niejaki Jędrula i Alutka z "Rodziny zastępczej". Lubię sobie czasem obejrzeć ten serial i zastanawia mnie jedno - dlaczego Jędrula (czyli oficjalnie w serialu Andrzej Kosoń), robi z siebie takiego pantoflarza? Alutka - jego małżonka, niedoceniona poetka, żyjąca trochę w innym, nieco wyidealizowanym, literackim świecie, wciąż wymyśla jakieś nowe "fascynujące" pomysły, które przyprawiają Jędrulę o ból głowy i palpitację serca i często skarży się on sąsiadom (Kwiatkowskim) na swoją żonę ("Panie Jacku, jakie ja mam życie, jakie ja mam z nią życie"), ale nie jest w stanie wyzwolić się spod jej wpływu, A pragnąłby żony umiarkowanej (Alutka lubi zakupy i potrafi wydawać na sukienki i biżuterię fortunę), takiej jak chociażby ich pomoc domowa - Jadzia, która twierdzi że ("Mężczyzna musi mieć w domu posłuch i szacunek"). Mimo że pomysły Alutki doprowadzają go do wrzenia, i tak w końcu (dzięki pomocy sąsiada - Jacka Kwiatkowskiego), udaje mu się skutecznie je zniweczyć, choć ile się naprzeżywa to jego. Śmieszna relacja jak dla mnie - szanowany producent filmowy, uzależniony w niesamowity sposób od swojej żony, która jest na jego utrzymaniu i która bez niego (zatopiona w swoim literackim świecie poetka) realnie nie da sobie rady w codziennym życiu.            
         





  
 A TUTAJ ZABAWNA SCENA Z POSTERUNKOWYM, KTÓRY RÓWNIEŻ DZIAŁA JĘDRULI NA NERWY

"IDŹ PAN STĄD"


 

 ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND

NEVER WILL APPLY TO POLAND



CDN.
 

sobota, 9 czerwca 2018

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. XIII

CZYLI JAK TO KRÓL

RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV

PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE

CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO

W KONSTANTYNOPOLU





1645 r.

IMPERIUM OSMAŃSKIE

Cz. III


 "JACYŚ TEŻ BAŁAMUCI, Z WIELKIMI DUPAMI,
WALILI SIĘ TU PRZEZ WIEŚ, JAK BYDŁO KUPAMI.
(...) STRASZLIWY OWO ŻOŁNIERZ, GDZIE UDERZY DUPĄ,
OBALI TATARZYNA ZARAZ I Z CHAŁUPĄ"

FRAGMENT FRASZKI JANA DZWONOWSKIEGO
(WYŚMIEWAJĄCY NIERYCERSKIE ZACHOWANIE POSPOLITEGO RUSZENIA, KTÓRE NIE DOTARŁO POD CHOCIM I STANĘŁO WE LWOWIE)
(1621 r.) 





 Teraz, po klęsce chocimskiej (którą przedstawiano w całym Imperium jako zwycięstwo), młody sułtan szuka winnych tej niefortunnej wyprawy i dość szybko ich znajduje. Na pierwszy ogień idą wielki wezyr Husejn Pasza oraz niejaki Sulejman Kizlar-Agasi ("zarządca dziewcząt" - eunuch, który przewodził wszystkim rzezańcom haremu władcy i kontrolował dziewczęta sprowadzane do sułtańskich "Drzwi Szczęśliwości"), którzy opracowali plan tej wojny. Husejn zastąpiony został (17 września 1621 r.) przez Dilawera Paszę. Jednocześnie władca nagrodził Kantemira Mirzę, który walczył bohatersko i jak zostało zapisane w tureckiej kronice z tej wojny: "tyle nieczystych dusz kozackich, w piekielne strącił otchłanie". Jednocześnie Kantemir Mirza, który nie był członkiem Dywanu sułtana, ani też nie należał do wielkich rodów, ściągnął na siebie gniew i zazdrość tych, którzy uważali się za lepszych od niego. Nagrodzony został również niejaki Mohammed, protegowany Husejna Paszy, który wcześniej przed wyprawą odradzał wojnę z Rzecząpospolitą, co bardzo nie spodobało się Sulejmanowi (zarządcy haremu), który podczas narady Dywanu, miał do niego przemówić tymi oto słowy: "Ten twój król Lechów, co za pies taki, iżby się z władcą z domu Osmanów śmiał mierzyć", na co Mohammed miał odpowiedzieć: "Nigdy nie należy, błahym nawet pogardzać nieprzyjacielem. Niewierni (...) jeden wszędzie składają naród. Tę wojnę nie z jednymi więc toczymy Lechami (...) wszyscy bowiem niewierni bronią całości swej wiary". Teraz, gdy okazało się że rację miał ów Mohammed a nie osobisty powiernik sułtana Sulejman Kizlar-Agasi, władca niezwykle hojnie nagrodził tego pierwszego, obsypując go złotem i nadając tytuł paszy. 

Sułtan Osman II uważał jednak, że główna wina owej klęski chocimskiej, spoczywa na barkach janczarów, którzy miast ściślej przestrzegać życia wojskowego i mieszkać w koszarach, zaczęli coraz bardziej żyć jak cywile, zajmowali się handlem (oraz udzielaniem pożyczek na procent), kupowali sobie domy, żyli z kobietami z karczem i tawern i żenili się z nimi. Coraz mniej czasu przeznaczali zaś na ćwiczenia wojskowe i garnizonową musztrę, jednocześnie pobierając należności, za sam fakt przynależności do korpusu janczarów. Należało to zmienić i młody sułtan wiedział o tym doskonale, dlatego też gdy w styczniu 1622 r. powrócił do Konstantynopola, zaczął przygotowywać grunt, pod zmuszenie janczarów do uległości, albo... rozwiązanie ich korpusów. Nocami Osman II wychodził więc ze swego pałacu w przebraniu i wraz z kilkoma paszami odwiedzał tawerny i winiarnie. Gdy więc napotykał w nich na pijanych janczarów, kazał wrzucać ich do morza. Wydał też całkowity zakaz sprzedaży wina i palenia tytoniu, a tych, którzy się temu nie podporządkowali, kazał bić i skazywał na ciężką pracę w kamieniołomach. Osman zaczął uważać siebie za kolejnego Sulejmana Wspaniałego, który wprowadzi Imperium Osmańskie w kolejną złotą erę. Jednak aby tego dokonać, uznał, że podobnie jak jego wielki przodek powinien się ożenić. Dynastia Osmanów opierała bowiem swoje istnienie na rodzących dzieci i oderwanych od swych domów rodzinnych niewolnicach, a jedynym, który dotąd się ożenił, był właśnie sułtan Sulejman Wspaniały, który poślubił sułtankę Hurrem (Roksolanę). Teraz tego samego zapragnął sułtan Osman II.




Miał on już co prawda syna Omera, urodzonego przez wyzwoloną przez niego ruską niewolnicę o imieniu Milikia (której zmienił imię na Aysa), jednak ona mu nie pasowała, gdyż nie wywodziła się z odpowiedniego rodu i nie była muzułmanką z urodzenia. Zapragnął córki któregoś z wezyrów lub paszów. Owszem, dla nich byłby to zapewne zaszczyt, ofiarować sułtanowi rękę przedstawicielki swego rodu, ale z drugiej strony taki krok rodził niebezpieczeństwa, bowiem w sytuacji niespłodzenia męskich potomków, przedstawiciel tego rodu mógłby uznać, że dysponuje wystarczającym prawem do sięgnięcia po władzę nad całym państwem - dlatego też potęga domu Osmanów od wieków opierała się na rodzących niewolnicach. W lutym 1622 r. poślubił więc najpierw córkę jednego z paszów, a następnie zapragnął córki wielkiego muftiego, z którą jedynie zaręczył się (muzułmanin może mieć oficjalnie cztery prawnie poślubione żony i oczywiście nieskończoną liczbę niewolnic). miały mu one urodzić synów, przyszłych władców świata (jako że obie były muzułmankami z urodzenia). Tymczasem w polityce trochę się działo. Było kilka palących problemów jak sprawa buntu w Syrii, kwestia następstwa tronu w Mołdawii i sprawa polskiego poselstwa do Stambułu oraz wielka wyprawa Osmana II do Mekki. Najbardziej pilny był wówczas wybuch rebelii w Syrii, którą sułtan zaprzysiągł krwawo stłumić, ale również zapowiedż jego pielgrzymki do Mekki, zaczęła budzić wielki niepokój, szczególnie wśród janczarów. Zaczęli oni bowiem między sobą szeptać, iż wyprawa do Mekki jest jedynie zasłona, za którą ma stać ściągnięcie wojsk z Egiptu i Syrii na których czele sułtan rozprawi się z janczarami i rozwiąże ich korpus. I to ten właśnie zamiar był powodem obalenia i uśmiercenia młodego sułtana, który na nic nie zważając, czynił dalsze przygotowania do pielgrzymki.

W połowie maja 1622 r. sułtan nakazał rozbić swój namiot w Uskudarze (azjatycka część Konstantynopola, gdzie głównie przybywali kupcy z innych państw, aby handlować z Turkami). Przeciwko owej wyprawie ostro zaprotestował wielki mufti (z którego córką Osman się zaręczył), który to wydał fatwę przeciwko owej wyprawie. Gdy sułtan podarł dokument na kawałki, sprowokowało do janczarów i spahisów do działania. 19 maja zaczęli oni się gromadzić u bram pałacem, żądając głów sułtańskich dostojników, których podejrzewali o działania przeciwko ich formacji. Na tym jednak nie poprzestano, cześć janczarów weszła na dach Simsirliku (specjalnego pałacu, przeznaczonego dla sułtańskich braci, gdzie byli oni odizolowani od świata, co miało im ocalić życie, gdyż gdyby opuścili to miejsce sułtan musiałby ich zabić, jako potencjalnych rywali do tronu), przebiła go i wdarła się do pomieszczeń szalonego księcia Mustafy. Zastali go tam siedzącego w milczeniu z pochyloną głową i wpatrzonego w podłogę. Wyprowadzono go stamtąd i próbowali wsadzić na konia, ale książę Mustafa, który większość życia spędził w swej złotej klatce, po prostu z niego spadał. jednocześnie pojawiły się pierwsze ofiary - schwytano i zamordowano wielkiego wezyra Dilawera Paszę oraz owego Sulejmana - zarządcę haremu. Zaczęto też wyłapywać ulemów i sprowadzać ich do sali posiedzeń Dywanu, gdzie na tronie posadzono ponownie szalonego Mustafę i zmuszono wszystkich, aby złożyli mu hołd (kto się opierał, tracił życie). 

Jednocześnie plądrowano pałac, w poszukiwaniu sułtana Osmana, ale nigdzie nie można było go znaleźć. Szybko więc zaciągnięto słabego i ledwie powłóczącego nogami Mustafę do powozu i zawieziono do Starego Pałacu. Tam dotarła wieść że sułtan Osman zebrał zwolenników i planuje atak właśnie na Stary Pałac, który szybko ewakuowano do meczetu w koszarach janczarów (w tym matkę Mustafy - sułtankę Halime i oczywiście sułtankę Kosem). Tymczasem janczarzy i spahisi rozpoczęli plądrowanie i palenie pałaców tych ulemów, którzy jeszcze dochowali wierności Osmanowi. Ten, widząc że rebelia zatacza coraz większe kręgi, postanowił wycofać się do Anatolii, aby tam zebrać wojsko i przeczekać okres wzburzenia janczarów (chciał aby sami zobaczyli jakiego szaleńca posadzili na tronie). Szybko jednak okazało się że ucieczka jest niemożliwa, bowiem miasto zostało odcięte, jedyna szansa to ucieczka łodzią, ale... nie miał kto wiosłować, więc i to nie wchodziło w rachubę. Wreszcie Osman nawiązał kontakt z przywódcą janczarów i obiecał jemu góry złota, jeśli tylko ochroni go przed resztą janczarów. Ten przyjął propozycję (która wkrótce się wydała i za którą stracił życie), a wzburzeni janczarzy wdarli się do jego domu i wyciągnęli z niego przebranego za zwykłego chłopa Osmana II. Posadzono go na koniu i prowadzono tak wśród złorzeczeń tłumu. Młody sułtan był teraz opluwany i wyszydzany, rzucano w niego czym popadnie. Osman zaczął płakać i przepraszać janczarów za wszystko co przeciw nim uczynił, jednocześnie próbował im wytłumaczyć, że oto posadzili sobie na tronie szaleńca, jakim bez wątpienia był książę Mustafa. Nikt już jednak nie zawrzał na słowa obalonego sułtana.


 

Osman został przewieziony do twierdzy Yedikule, gdzie jeszcze tego samego dnia (20 maja 1622 r.) udusił go wraz z kilkoma pomocnikami nowy wielki wezyr Dawud Pasza (mianowany przez sułtankę Halime, która teraz uważała się za prawdziwą władczynię państwa, pełniąc rządy w imieniu swego szalonego syna Mustafy). Po morderstwie odcięto Osmanowi ucho i wysłano do Halime, jako dowód wypełnienia jej rozkazu. Tak oto rozpoczynało się nowe panowanie Mustafy I, które można określić krótko "rządami kobiet", a raczej jednej kobiety - sułtanki Halime, której szybko wydarzenia zaczęły wymykać się spod kontroli. Zaraz bowiem po zamordowaniu Osmana, jeszcze w maju doszło do pierwszego buntu janczarów pod panowaniem sułtana Mustafy. Okazało się że janczarzy nie są zadowoleni z premii, jakie otrzymali za posadzenie go na tronie, oraz zaczął się ich konflikt ze spahisami, których to oskarżano teraz o zamordowanie Osmana II. Ci się bronili, oskarżając o to samo janczarów, zaczęło więc dochodzić do pierwszych utarczek. Wreszcie janczarzy i spahisi zgromadzili się pod pałacem wielkiego wezyra Dawuda Paszy z pytaniem dlaczego zabił sułtana Osmana, którego oni powierzyli mu w opiekę? Wielki wezyr (aby zapewne zrzucić z siebie winę) odpowiedział w sposób najprostszy z możliwych: "Uczyniłem to na rozkaz sułtana Mustafy". Rządy sułtanki Halime były budowane na bardzo grząskich podstawach, o czym doskonale wiedziała sułtanka Kosem, zacierając ręce i odliczając czas do upadku Mustafy i jego matki.




Halime była bardzo zła na Dawuda Paszę za jego słowa i dała temu wyraz, dymisjonując go ze stanowiska i powołując na nie (13 czerwca 1622 r.) Husejna Paszę. Poleciła mu aby rozładował nastroje wśród janczarów i zmusił ich do posłuszeństwa i wierności nowemu władcy. To ona teraz zarządzała nie tylko samym haremem władcy, ale całym państwem, gdyż jej syn nie nadawał się do podejmowania żadnych decyzji. Chodził tylko w kółko po pałacu i wołał Osmana, prosząc go aby wrócił. Matka wysyłała go by odpoczął sobie w towarzystwie nałożnic w łódce nad Bosforem, to on chciał na nią zabrać swego konia, by potem pojeździć po wodzie. Kazał też wnosić lódź do haremu, aby tam sobie popływał. Poza tym na całe godziny zamierał, wpatrując się w dal bez słowa. Halime wiedziała że ludzie uważają jej syna za szaleńca, dlatego też kazała (poprzez ulemów) rozgłaszać że jego szaleństwo jest wyrazem szczególnie wielkiego umiłowania go przez Allaha, który poprzez to czyni go świętym za życia. Ale na niewiele się to zdawało, gdyż i tak większość miała swego władcę za oderwanego od rzeczywistości dziwaka. A tymczasem sytuacja, miast się uspokajać, jeszcze bardziej wrzała. Po mianowaniu nowym wielkim wezyrem Husejna Paszy, odsunął on od publicznych zadań wszystkich, którzy mieli jakikolwiek związek z wydarzeniami z 20 maja oraz z morderstwem sułtana Osmana II. 

To jednak spotęgowało jeszcze większy konflikt, bowiem janczarzy uznali że wielki wezyr rozkazał ich wszystkim... zamordować, a potem przyjdzie kolej na nich i będzie ich też po kolei likwidował. Wybrali się więc do sułtana Mustafy, z prośbą o zmianę wielkiego wezyra. Ten zaproponował im trzy nowe kandydatury (wybrane wcześniej przez jego matkę). Ci jednak długo się zastanawiali i radzili, a jednocześnie coraz więcej przybywało ich pod sułtański pałac, co wzbudziło w Halime obawy, iż może to doprowadzić do obalenia jej syna. Dlatego też postanowiła ona (po raz pierwszy w historii) osobiście porozmawiać z janczarami. Zeszła więc na pałacowy dziedziniec i (zakrytą twarzą) zwróciła się do nich z pytaniem o to, kogo wybrali na nowego wielkiego wezyra. Ich wybór padł (8 sierpnia 1622 r.) na Lefkeli Mehmeda Paszę, który jednak po miesiącu został odwołany i na jego miejsce wybrano (21 września) Gurcu Mehmeda Paszę. Tym razem zmiany dokonali buntujący się spahisi. Gurcu Mehmed Pasza otrzymał od sułtanki Halime rozkaz bezwzględnego przywrócenia porządku w państwie i zakończenia wewnętrznych sporów i niesnasek które trwały już cztery miesiące i nie było widać ich końca. Nie łatwe to było zadanie, tym bardziej że w Syrii wciąż ogarniał bunt, poza tym zaczęły pojawiać się niepokoje w Anatolii. Problem stanowiła również kwestia obsady mołdawskiego tronu i przyjęcie polskiej delegacji, która zbierała się dość opieszale. 

Chodziło bowiem o dotychczasowego hospodara mołdawskiego - Stefana II Tomży (mianowanego jeszcze w październiku 1621 r. przez sułtana Osmana II), który jednak był nie do zaakceptowania przez Rzeczpospolitą. Dwór w Warszawie wychodził bowiem z założenia, że powinno się trzymać zawartego 9 października 1621 r. układu pokojowego, na mocy którego tron mołdawski miał być obsadzany przez sułtana, i pozostać lennem osmańskim, ale musieli być to ludzie, którzy byli do zaakceptowania przez Rzeczpospolitą, a nawet tacy, którzy byliby od polsko-litewskiego państwa w jakiś sposób zależni, o czym mówił ten oto fragment traktatu: "Rozerwanej tak starożytnej i świątobliwej między najjaśniejszym domem Osmanów a królem Jego Mością panem Naszym przyjaźni przyczyna się znajduje - niektórych hospodarów wołoskich złość i łakomstwo - mają być na po tym na tym państwie ludzie baczni i spokojni, którzy by jako najpilniej z obu stron tego przymierza postanowionego przestrzegali, i zwykłe z dawnych wieków królowi Jego Mości i Rzeczypospolitej naszej powinną powolność oddawali". Aby tę kwestię rozwiązać i zawrzeć "wieczysty" z Osmanami pokój, do Konstantynopola został wysłany Krzysztof Zbaraski, który wyruszył w podróż na południe dopiero 10 września 1622 r. Nie spieszyło mu się jednak, choć jechał najkrótszą drogą przez Mołdawię. W Jassach (stolicy Mołdawii) powitał go sam hospodar mołdawski Stefan II Tomża, choć Zbaraski niechętnie wymieniał uprzejmości, dając znać hospodarowi że uważa go za uzurpatora.

Miron Costin, dworzanin Stefana II, pozostawił relację z pobytu polskiego posła w Mołdawii, oto jej fragment: "Wyjechał i wojewoda Stefan mile naprzód z pewną asystą, ale poseł nie zaprosił go do siebie do karety, ani nie przyjął zaproszenia wojewody Stefana do stołu na ucztę. Wojewoda Stefan natomiast odprowadził go i w wyjściu z Jass do Carogrodu (Konstantynopola) aż do miejsca, gdzie później wojewoda Barnowski uczynił staw, który do dziś się zowie stawem Barnowskiego. Tam spotkali konnicę z Carogrodu z wieścią, że zmieniono wezyra i został wezyrem przyjaciel wojewody Stefana. Kiedy dowiedział się od konnych o wezyrii tego wezyra, natychmiast powiedział asyście, aby zawrócili i sam zawrócił powtarzając głośno: "Czekaj, polski psie, już ja cię odprowadzę". I nie żegnając się z posłem, wrócił do stolicy i rozesłał posłańców po kraju do wszystkich zajazdów, aby mu niszczyli żywność". Poselstwo Krzysztofa Zbaraskiego do sułtana Mustafy I, składało się z 1200 osób (głównie kupców, którzy liczyli na korzystne zwolnienia z ceł). Gdy dotarł już do Stambułu, okazało się (na pierwszym spotkaniu z wielkim wezyrem Gurcu Mehmedem Paszą) że nie ma mowy o zwolnieniu z opłat celnych dla legacji liczących ponad 1000 kupców. Spowodowało to konflikt na linii Zbaraski-Mehmed Pasza który trwał przez cały czas pobytu polskiego posła w Konstantynopolu.




Krzysztof Zbaraski zażądał bowiem obalenia Stefana II Tomży i mianowania nowym hospodarem mołdawskim, wychowanego (i przebywającego) w Polsce - Piotra Mohyłę, a także usunięcia z wodza Tatarów nogajskich - Kantemira. Wielki wezyr Gurcu Mehmed Pasza był jednak wrogiem pokoju z Rzeczpospolitą i wszelkie tego typu żądania tylko go bardziej rozsierdzały. Miał on bowiem (jak pisze Zbaraski w swojej relacji z podróży): "Rozgniewany rzekł mi: "to ty chcesz tego, żebym ja Kantemira i Tomszę zrzucił (...) To też odpowiedział: twój król niechaj zrzuci starostę kamienieckiego i innych wojewodów. Odpowiedziałem, kiedy na nich tego dowiedziesz, co o tych powiadam, że pokój rwą, tedy pewnie zrzuci, bo mu milszy pokój pospolity niż pewne osoby". Inną kością niezgody była odmienna interpretacja traktatu chocimskiego z 9 października 1621 r. Mianowicie Turcy uwierzyli we własną propagandę, głoszącą iż owa kampania była zwycięstwem i zażądali zapowiedzianego w traktacie corocznego trybutu. Krzysztof Zbaraski przecierał oczy, ale nie mógł sobie przypomnieć aby taki punkt został zapisany w traktacie pokojowym, dlatego też stwierdził że takiego punktu nigdy nie było, gdyż w przeciwnym razie ani król, ani sejm Rzeczpospolitej nigdy nie wyraziliby zgody na taki pokój. Owszem, w traktacie była mowa o jednorazowych upominkach dla wybranych osmańskich wielmożów, ale nic poza tym. Mehmed Pasza nie chciał jednak o tym słyszeć i domagał się wypełnienia postanowień traktatowych, grożąc w przeciwnym razie nową wojną.

Zbaraski zażądał więc przyniesienia traktatu chocimskiego i ukazania owego punktu. Mehmed Pasza kazał po niego posłać do archiwum, ale wkrótce się okazało, że w czasie owych buntów janczarów i spahisów, oraz detronizacji i zamordowania Osmana II, dokument ten gdzieś... zaginął. Na wieść o tym że Osmanie zagubili swoją część dokumentu traktatowego, Zbaraski postanowił jeszcze bardziej nagiąć jego postanowienia, wiedząc że i tak nie mają gdzie tego sprawdzić (sam stwierdził że również nie posiada dokumentu, gdyż sądził że strona turecka będzie miała własny). Wykreślił więc punkt, mówiący o konieczności utrzymywania stałego polskiego poselstwa w Konstantynopolu, punkt o oddaniu Osmanom niektórych przygranicznych twierdz nad Dnieprem. Szczegółowo określił powinności Imperium Osmańskiego wobec polskich posłów oraz dodał punkt o swobodnym wjeździe polskich kupców do Konstantynopola, bez konieczności opłacania przez nich cła. Mehmed Pasza słuchał tego wszystkiego i nie mógł zaprzeczyć, gdyż nie posiadał swojej części traktatu pokojowego.






 ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER WILL APPLY TO POLAND

             

   CDN.          
 

niedziela, 3 czerwca 2018

"KILKUDNIOWY TRIUMF REAKCJI POLSKIEJ" - Cz. I

CZYLI JAK MÓWIONO I JAK UCZONO O

WOJNIE POLSKO-BOLSZEWICKIEJ W

KOMUNISTYCZNYCH SZKOŁACH PRL-U?



 
"Żeby nasze wojsko dobrze się rozwijało, to nie ma co mędrkować, ale się uczyć - od Armii Radzieckiej" - oto cytat z mojego ulubionego marksistowskiego filmidła pt.: "Żołnierz Zwycięstwa", opowiadającego o "chwalebnych" losach sadysty i pijaka, który jednym rozkazem będąc jeszcze w pijackiej malignie, wydawał rozkazy do szturmu piechoty bezpośrednio na niemieckie umocnienia, czołgi i karabiny maszynowe, co powodowało że z atakujących kompanii często nie pozostawał nikt żywy. Ale przecież kto by się tym przejmował, ludzie są po to aby służyć "wielkiej idei komunizmu", zresztą sowiecki marszałek Gieorgij Żukow był jeszcze lepszy, on nawet rozjeżdżał własnych rannych żołnierzy czołgami, jeśli tylko mogliby opóźnić "zwycięski marsz wyzwoleńczej Krasnej Armii". Przyznam się jednak szczerze że lubię powracać do tego typu propagandówek i może to zabrzmi dziwnie, ale jakoś szczególnie mnie one... odprężają. Lubię bowiem popatrzyć na ludzi, którzy wdrażali ten antyludzki system w życie i poznać metody oraz język, jakim kierowali się oni do społeczeństwa (lub społeczeństw w ogóle) w swej propagandzie. "Żołnierz Zwycięstwa" jest więc jednym z trzech (może czterech) tego typu filmów, które lubię sobie obejrzeć, aby się trochę odprężyć (pozostałe filmidła polskojęzyczne to: "Pod gwiazdą frygijską" i "Domek z kart", prócz tego sowieckie propagandówki: "Pierwaja Konnaja" czy "Czerwone liście").

Najbardziej jednak odprężają i jednocześnie rozśmieszają mnie, używane w owych filmach zwroty, jak choćby przytoczony wyżej nakaz "uczenia się od Armii Radzieckiej". Swoją drogą to ciekawe stwierdzenie i można by było zapytać, czego właściwie mamy się uczyć od Sowietów i ich armii, może tego jak wspaniale uciekali w 1920 r.? Niewiele osób wie bowiem o tym bowiem że wojna polsko-bolszewicka z lat 1919-1920 była... jedną z dwóch wojen, jakie podczas swego istnienia przegrała Sowiecka Rosja i Związek Sowiecki (druga była wojna w Afganistanie z lat 1979-1988), a jednocześnie jedyną wojną, w której Sowietów pobiło regularne wojsko (w Afganistanie walczyli głównie partyzanccy bojownicy). W tym filmie zresztą jest wiele równie ciekawych stwierdzeń, jak choćby takie: "tu w Warszawie, słowiańska krew nie woda - my prowokujemy powstanie (...) jak się prowadzi wielką grę, to się nie ma skrupułów..." - czyli mamy tutaj do czynienia ze starą sowiecką manipulacją, która miała nie tylko usprawiedliwić wstrzymanie uderzenia i pomoc Powstańcom Warszawskim (stwierdzenia typu: "Mnie się zdaje że nad Wisłą raczej zatrzymają się, żeby nabrać tchu", "Patrzcie co za strateg - zresztą ja też tak myślę"), ale również przedstawić żołnierzy Armii Krajowej i Rząd Rzeczpospolitej na Uchodźstwie, jako marionetki reku kapitalistów i zwykłych zbrodniarzy, którzy nie liczą się z krwią mieszkańców stolicy Polski (swoją drogą jak zresztą nie pierwszy raz, następuje tutaj swoiste odwrócenie pojęć - komuniści opisują swych przeciwników w taki sam sposób, w jaki oni postrzegali świat i czynili, czyli nie zważając na nic po trupach do celu - "wpieriod na Giermanca").

I nie chodzi mi tutaj o to, aby debatę (toczącą się zresztą już ponad 70 lat) na temat tego czy Powstanie Warszawskie było potrzebne czy też nie (ja uważam że jak najbardziej było, gdyż co prawda po latach można analizować ogromne straty jakie wówczas ponieśliśmy i fakt że wybito nam znów mnóstwo młodej, patriotycznie nastawionej inteligencji - ale mimo to trzeba się wczuć w atmosferę tego czasu, Powstanie i tak by wybuchło, bez względu na decyzję dowództwa AK, gdyż nienawiść do Niemców była tak wielka i świadomość ich nadciągającej klęski tak istotna, że nie można było tego powstrzymać) zastopować i do niej nie wracać. Owszem, należy, nawet trzeba debatować na ten temat, prezentować swoje racje itd, ale... won od tego moskiewskim pachołkom, próbującym tym tematem nas na nowo podzielić, won do Moskwy wszystkim sowieckim i filoruskim agentom, debatować nad sensem polskiej okupacji Moskwy w latach 1610-1612, czy przyniosła ona trochę cywilizacji na te dzikie turańskie stepy, czy też nie. Swoją drogą dziś największym świętem rosyjskim, jest święto wypędzenia tzw.: "polskich interwentów" w 1612 r. Czy to nie dziwne, że jedynymi który zdobył Moskwę to byli Polacy, oraz jedyni, którzy powstrzymali Sowietów to też byli Polacy? Ot i wszystko w temacie.

W każdym razie ten i jemu podobne filmy, są ciekawe pod względem socjologicznym i politycznym, gdyż ułatwiają zrozumienie technik manipulacji, jakie stosowała sowiecka (i stosuje obecnie rosyjska) propaganda w filmie, mediach i na portalach społecznościowych. Ale nie o tym chciałem pisać, choć przykład wojny polsko-bolszewickiej jest tutaj zapewne wymowny, gdyż dalszy temat będzie dotyczył właśnie tego zagadnienia, a konkretnie metod, jakimi posługiwali się komuniści, aby po 1944/45 r. uczyć mówić dzieciom w szkołach o tymże wydarzeniu, jakim właśnie była zwycięska wojna polsko-bolszewicka 1920 r. Problem polegał bowiem głównie na tym, jak wytłumaczyć dzieciom i w ogóle społeczeństwu, dlaczego odradzająca się z ponad wiekowej niewoli Polska, odrzuciła komunistyczny eksperyment, jaki próbowano nam zainstalować i jak to się stało, że "zwycięska Armia Radziecka", od której przecież mieliśmy się uczyć, dostała od nas wówczas takie baty? Przejdźmy zatem do tematu:


FRAGMENT O "UCZENIU SIĘ OD ARMII RADZIECKIEJ" OD 1:04:30
 




OKRES I 

LATA 1944-1948


 Ten okres jest wyjątkowo łagodny, jeśli idzie o natężenie komunistycznej propagandy, szczególnie w oświacie. brało się to z faktu, iż w tym czasie komuniści polscy i ich sowieccy protektorzy mieli ważniejsze zadania, niż zajmowanie się nauczaniem, trzeba było przecież wyeliminować "bandy" - na które przecież jeździło, służąc w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Urzędzie Bezpieczeństwa czy Informacji Wojskowej wielu późniejszych naukowców akademickich, jak choćby sławny na Zachodzie Zygmunt Bauman. Poza tym zajmowano się szabrowaniem muzeów, galerii sztuki aby zrabowane przedmioty przewieść do swoich "komandirów" (nie mówiąc oczywiście o okradaniu wsi, gdzie lokalne prawdziwe bandy komunistycznych najeźdźców, okradały chłopów zarówno podczas wojny, jak i już po jej zakończeniu, będąc wówczas reprezentantami tzw.: "władzy ludowej".





Poza tym zajmowano się tym, co umiano najlepiej, czyli torturowaniem i mordowaniem ludzi, którzy nie chcieli żyć w zniewolonym kraju w ludowej demokracji (która notabene jest adekwatna z tzw.: "liberalną demokracją", jaką współcześni neomarksiści próbują nam narzucić. Prawdziwa bowiem demokracja, jest bez przymiotnikowa). Ludzie ci byli niesamowicie męczeni, przy czym bicie należało do najłagodniejszych form używanych na nich tortur. Czy więc można się dziwić, że np. komuniści, którzy w ramach partyjnych intryg sami trafiali do więzień, wiedząc co może ich spotkać, szybko przyznawali się do każdej, nawet najbardziej bzdurnej winy, aby tylko uniknąć tortur. Gdy zaś okazywało się że według oficerów śledczych nie mówili i tak całej "prawdy", dodawali: "towarzysze, to przypomnijcie mi co jeszcze uczyniłem, a ja natychmiast to dopiszę". Nic więc dziwnego że w tym początkowym okresie "umacniania władzy ludowej" - jak to potem się pięknie nazywało w oficjalnej propagandzie, nie starczyło czasu na zajęcie się również oświatą i pełną marksistowską propagandą w szkołach.


SOWIECKIE TORTURY W LATACH 1917-1920





I PO ROKU 1944

"KIEDYŚ ZA TO ODPOWIECIE"
"NA RAZIE TO MY PISZEMY HISTORIĘ, NA WASZYCH SKÓRACH I KOŚCIACH, A PODRĘCZNIKI BĘDĄ TAKIE, JAKIE MY CHCEMY"




BOŻE, NIE ZAPOMNIJ O NAS!




Dlatego też zaraz po wojnie do szkół i na uniwersytety wracali dawni, przedwojenni nauczyciele i profesorowie, którym udało się uniknąć niemieckich łapanek, obozów koncentracyjnych i publicznych egzekucji. Wracali często jako strzępy człowieka (w filmie "Dom" jest taka scena, gdy ocalały z niemieckiego obozu koncentracyjnego doktor Sergiusz Kazanowicz ma problem co zrobić ze swoim starym, nie mogącym już chodzić psem. Wreszcie postanawia go uśpić, ale gdy przybywa na miejsce i widzi komin, w którym palone są zwłoki uśpionych zwierząt, odstępuje od tego zamiaru, przypominając sobie to, czego doświadczył w obozie). Musieli teraz na nowo podjąć pracę z uczniami i studentami w powojennych, ciężkich warunkach (sale były często były nieogrzewane lub nawet nosiły ślady zniszczeń wojennych, uczniowie zaś, podobnie jak nauczyciele przeszli okupacyjną traumę i powojenne sowieckie "wyzwolenie", byli fizycznie i psychicznie doświadczeni tym, co działo się podczas Powstania Warszawskiego, dlatego praca z młodzieżą, w tych pierwszych powojennych latach nie należała do łatwych.




Jak już wspomniałem, prócz nowej kadry nauczycielskiej, którą mogliby wprowadzić komuniści, brakowało im również podręczników szkolnych, dlatego też w tych pierwszych latach wykładowcy i uczniowie korzystali ze starych, przedwojennych podręczników (jeśli i one w ogóle były dostępne). Z tego względu (stara, przedwojenna kadra nauczycielska i przedwojenne podręczniki) natężenie propagandy w tych latach było minimalne. Pojawiały się już pierwsze periodyki, powielające sowiecką propagandę w stylu krytyki II Rzeczypospolitej ("państwo faszystowskie" - "domek z kart" itd.), i nowatorskich prądów, jakie płyną ze Związku Sowieckiego (używając w nowomowie zawsze określenia: "Radziecki"). Pierwszy podręcznik, który mówił o zagadnieniu związanym z wojną polsko-bolszewicką 1919-1920 r. wyszedł w 1947 r. pod redakcją Natalii Gąsiorowskiej (znanej, przedwojennej historyczki, której jednak powojenna kariera upływała pod znakiem marksistowskiej propagandy). Temat wojny z bolszewikami omawiany był dopiero w podręczniku do historii dla klasy VIII, gdzie na 392 strony tej książki, cały konflikt został przedstawiony na zaledwie... połowie strony, pt..: "Zagadnienie wojny polsko-bolszewickiej w ramach wojny domowej w Rosji". Całą winę zrzucała w nim na "siły kontrrewolucyjne" do których również zaliczała Wojsko Polskie jako część składową sił białej Rosji. Największym winowajcą zaś został uznany Józef Piłsudski, jako ten, który dążył do zagarnięcia siłą części ziem narodów Rosji i oderwania ich od "macierzy" ( znów komunistyczne odwrócenie pojęć o którym wyżej wspomniałem). Ów ciemiężyciel narodów, odrzucił pokojowe propozycje sowieckie i zdradziecko pierwszy zaatakował Armię Czerwoną. Ale, Sowieci nie byli przecież w ciemię bici i bohatersko odrzucili siły tego polskiego watażki. Problem był na końcu, bo jak tu przedstawić młodzieży wynik wojny, skoro się napisało że Armia Czerwona bohatersko odparła "zdradziecki napad" Piłsudskiego"? Co tu zrobić? Najlepiej... w ogóle nie pisać o wyniku, tylko lakonicznie stwierdzić iż: "w lipcu wojska rosyjskie podeszły pod Warszawę, gdzie front radziecki się załamał" - tyle.

A dlaczego się załamał, kiedy dokładnie to nastąpiło, kto był autorem owego załamania? o tym niestety nie można się już było dowiedzieć z podręcznika pani Gąsiorowskiej. Za to wiele miejsca zajęła jej prezentacja wewnętrznej polityki odradzającego się kraju, i to iż w Polsce przedwojennej mieszkało wielu Ukraińców i Białorusinów, którzy bardzo cierpieli z tego powodu (pewnie pragnęli czym prędzej zjednoczyć się z "macierzą" czyli ze Związkiem Sowieckim, który w latach 30-tych zafundował Ukraińcom armageddon, jakiego nie doświadczyli nawet podczas II Wojny Światowej, zwany Wielkim Głodem (z premedytacją zagłodzono miliony Ukraińców odbierając im wszystko, co tylko było do jedzenia i zmuszono ich aby albo zjadali korę z drzew, albo suchą trawę, albo też... własne dzieci, żony lub rodziców. Nastąpiła wówczas taka plaga kanibalizmu, jakiej nie znał nawet kontynent afrykański w swoich dziejach). Przede wszystkim zaś, przedstawiła ono międzywojenną Polskę, jako kraj, który pragnąc dokonać ekspansji przeciwko swym słowiańskim braciom na wschodzie ("Kto powiedział że Moskale, to są bracia nas Lechitów, temu pierwszy w łeb wypalę pod kościołem Karmelitów" - jak pisał w 1831 r. Rajmund Suchodolski), porzucił Słowian na zachodzie i zostawił ich na pastwę hitlerowskich Niemiec. Tak oto wyglądała prezentacja zagadnienia wojny polsko-bolszewickiej, w pierwszym, powojennym okresie "instalowania" w Polsce komunistycznej władzy, przywiezionej na sowieckich tankach z Moskwy.





OKRES II

LATA 1948-1956


W tym okresie nastąpiło prawdziwe "rozkręcenie się" komunistycznej propagandy, w czym szkoły pełniły bardzo ważne zadanie (prócz gazet, radia i telewizji), wszystko musiało zostać podporządkowane komunistycznej idei stworzenia nowego człowieka i nowego marksistowskiego ładu, podobnie jak dzieje się to dzisiaj (swoją droga ostatnio w jednym z wywiadów Bronisław Wildstein trafnie opisał tę marksistowską potrzebę budowy czegoś innego, niż to co jest: "Z zasadniczej przyczyny - rewolucja z definicji jest przejawem ambicji stworzenia świata na nowo, a człowiek nie potrafi tego uczynić. Świat stwarza jedynie Bóg albo natura, jak ktoś chce go inaczej nazwać. Jeśli uważamy, że możemy go w tym zastąpić, to jest to przejaw skrajnej pychy. Przecież my nawet nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie radykalnie innej od naszej rzeczywistości. Ci rewolucjoniści, którzy nie byli szaleńcami w klasycznym tego słowa znaczeniu (bo np. Fourier zapowiadał, że po obaleniu kapitalizmu w morzach będzie płynąć lemoniada, a lwy zamienią się w anty-lwy), jak np. Marks, nie mieli konkretnej wizji społeczeństwa, które chcieliby zbudować (...) Nie chodzi o to, żeby zawsze zgadzać się na status quo. Ale trzeba uzmysłowić sobie własne ograniczenia (...) Sprzeciwiać się można, ale w imię czegoś realnego (...) totalitaryzm bierze się ze skłonności do utopii. A próba realizacji utopii jest możliwa tylko jako totalitaryzm, gdyż tylko w ten sposób można zdruzgotać stary świat (...) do tego jest potrzebna totalna władza (...) mamy już przemoc (...) symboliczną w postaci ośmieszania, odbierania prestiżu i godności, wypierania z przestrzeni publicznej. Mamy usuwanie nieprawomyślnych z uniwersytetów - a to już jest bardzo charakterystyczne dla totalitaryzmów (...) proces odbywający się na Zachodzie nie jest roztropny").

W szkołach, na uniwersytetach - prezentowano odtąd "jedynie słuszną wizję dziejów", która nie podlegała żadnej dyskusji, bowiem ktokolwiek się z nią nie zgadzał, musiał się liczyć z represjami (często bardzo brutalnymi). Był to okres, gdzie Józefa Stalina zaczęto prezentować jako niemal półboga, zbawcę ludzkości. Dziś określenia, jakimi posługiwano się w mediach mówiąc o Stalinie, mogą śmieszyć, ale wówczas nawet książki przyrodnicze lub takie które opisywały np. życie pszczół, miały kilka a nieraz kilkanaście stron poświęconych samemu Stalinowi. Oto niektóre z określeń, jakimi opisywała go komunistyczna prasa: "Słońce komunizmu", "Pochodnia rewolucji światowej", "Olbrzym myśli i czynu", "Nasze słońce", "Gwiazda Kaukazu", "Inżynier naszych marzeń", "Mąż sprawiedliwości", "Największy humanista naszych czasów", "Najserdeczniejszy przyjaciel zwykłego człowieka", "Jutrzenka nowej ery", "Mądry i prosty jak prawda", "Ten, który uratował prostego człowieka", "Czułe serce świata" - itd. itp.). W tym okresie komuniści już okrzepli i umocnili się u władzy, dzięki czemu spokojnie mogli zabrać się za oświatę. Wszyscy niepokorni nauczyciele i wykładowcy, którzy nie zaakceptowali marksistowskiej nowomowy i dialektyki, byli usuwani z pracy (często z zakazem podejmowania jakiejkolwiek pracy, co równało się oczywiście pozbawieniu możliwości zarobkowania), a na ich miejsce przychodzili nowi, już odpowiednio "ukształtowani" i wierni partii komunistycznej i jej ideologii. 




Szkoła przestała być miejscem stawiania wątpliwości i zadawania pytań, to, co zostało oficjalnie zapisane w podręcznikach, czy podczas zajęć przez nauczycieli, należało przyjąć bez żadnych zastrzeżeń jako prawdę objawioną. W takiej sytuacji oczywiście cała historia, która nie odpowiadała założeniom marksizmu i nie umacniała moskiewskiej dominacji, była krytykowana i rugowana. A to oznacza że krytyce poddawano wówczas nie tylko historię całej II Rzeczpospolitej, jako państwu zbudowanemu na fundamentach antykomunizmu, ale również innych okresów polskiej historii, jak choćby Rzeczpospolitej Obojga Narodów (z jej ekspansją na Moskwę i temu że przez długi czas dominowaliśmy na Wschodzie nie tylko militarnie, ale przede wszystkim kulturowo i ekonomicznie), ale również choćby czasów Bolesława Chrobrego i zajęcia przez niego Kijowa w 1018 r. Każdy przejaw jakiegokolwiek antyrosyjskiego zachowania w polskich dziejach, był od razu krytykowany i wyrzucany poza nawias, jako jedynie godny potępienia i pożałowania. Nie było jednak większego wroga niż Józef Piłsudski, za którego plecami, jak pisano: "stało 10 wieków imperialistów ciemiężących narody wschodu". Nowe podręczniki do nauki historii wyszły już w 1949 r. z których o odzyskaniu przez Polskę niepodległości w listopadzie 1918 r., dowiadywał się uczeń w klasie IV, jako jednego z wydarzeń "Wielkiej Rewolucji Październikowej". 

W klasie VII zwiększała się krytyka II Rzeczpospolitej, jako państwa "przeciwdziałającemu rewolucji", ale jeszcze wówczas nic nie pisano na temat wojny polsko-bolszewickiej. Dopiero od klasy IX w rozdziale: "Rzeczpospolita burżuazyjno-obszarnicza (1918-1939)" zaczęto opowiadać o samej wojnie, ale lakonicznie, nie tylko w sposób wybitnie propagandowy, lecz jeszcze dodatkowo obraźliwy, jako podsumowania skrajnej krytyki państwa polskiego przedstawianego jako: burżuazyjne, nacjonalistyczne, rasistowskie i faszystowskie" (skąd my to znamy, czyż jeszcze niedawno w zachodnich lewicowych mediach nie mówiono o "marszu 60-tys. polskich nacjonalistów, supremacjonistów i zwolenników białej rasy" podczas Marszu Niepodległości 11 listopada 2017 r.? No cóż, marksizm ma już to do siebie, że jest straszliwie przewidywalny i jednocześnie w swej propagandzie strasznie tępy). Polska zawsze stała na przeszkodzie budowie wszelkich totalitarnych ustrojów, mających stworzyć ludziom "Raj na Ziemi". Działo się to nie dlatego, że nie pragniemy tego Raju, ale dlatego że człowiek jeśli odwraca się od naturalnych cech, którymi obdarzył nas Stwórca, nie jest jednocześnie zdolny do stworzenia czegokolwiek innego, co szybko nie zamieniłoby się w krwawą dyktaturę. Każda rewolucja zostanie utopiona w ludzkiej krwi, pocie i łzach, gdyż człowiek nie jest zdolny sam wygenerować lepszego świata, niż ten stworzony przez Boga. Co prawda każdy z nas posiada możliwości kształtowania pewnego obrazu świata i jego urzeczywistniania, ale po pierwsze dotyczy to tylko i wyłącznie nas samych lub ewentualnie jeszcze (choć już z zastrzeżeniami, gdyż tutaj następują duże korelacje) własnego otoczenia. I wszystko, każda próba stworzenia czegoś na kształt "nowego Raju" musi się zakończyć masowymi mogiłami.

Pierwsze kompleksowe podręczniki, mówiące o wojnie polsko-sowieckiej, wyszły dopiero od 1953 r. W tymże roku ukazał się prawdziwy "podręcznik hańby" (jak nazwano go po latach), pod redakcją polsko-rosyjskiej historyk - Żanny Kormanowej - "Historia Polski 1864-1945. Materiały do nauczania w klasie IX". Był to jawny przykład otwartej sowieckiej propagandy, w której znalazły się wszystkie wcześniej wymienione epitety, na określenie II Rzeczpospolitej i Jej wojska, jak również doszły nowe, słowne potworki. O Wojnie polsko-bolszewickiej, Kormanowa twierdzi że wywołała ją "imperialistyczna polityka jaśniepańskiej Polski", na której czele stał Piłsudski: "słaby, uległy imperialistom człowiek, który nie potrafił zapanować nad swoimi ludźmi bez pomocy zagranicznej". Marszałek jest tam również przedstawiany jako: "jawny pachołek niemieckiego imperializmu" a Wojsko Polskie pod jego rozkazami to: "wermachtowcy" i skrajni faszyści (jak ja lubię czytać temu podobne bzdury, po prostu uwielbiam to robić, bowiem wówczas dopiero namacalnie uświadamiam sobie, że marksizm to tak naprawdę choroba głowy, umysłu. Całkowite oderwanie się od racjonalnej rzeczywistości i zatopienie w utopijnych antyludzkich wizjach - przerażające, a jednocześnie... takie zabawne). Wojsko Polskie to sami obrzydliwi faszyści, których nad Wieprzem powstrzymują dzielne sowieckie sołdaty już po zaledwie "paru dniach ofensywy".




No niestety, nie dało się zmienić rzeczywistości już zaistniałej, więc nie można było powiedzieć że dzielne sowieckie sołdaty tę wojnę wygrały, mimo że tak bohatersko powstrzymywały każde ofensywy tych polskich faszystów. Dlatego też w podręczniku Kormanowej jest powiedziane że wojna została co prawda przegrana, ale nie dzięki Wojsku Polskiemu czy Marszałkowi Piłsudskiemu, ale przez... zdrajców. Tak, przez zdrajców ulokowanych w Armii Czerwonej - czyli Trockiego i Tuchaczewskiego (Lew Trocki został wygnany z Sowietów w styczniu 1929 r. i osiadł w Europie Zachodniej. Swoją drogą jest zastanawiające dlaczego Stalin nie zabił Trockiego od razu, ale pozwolił mu wyjechać, czy ktoś się zastanawiał nad tym fenomenem, przecież wszystkich innych swych wrogów - realnych lub wyimaginowanych - mordował w sposób bezdyskusyjny, dlaczego więc dla Trockiego zrobił wyjątek? Otóż dlatego, że dobrze znał Trockiego i jego marksistowskie, internacjonalistyczne poglądy i wiedział, że wypuszczony na Zachód, ten człowiek zatruje swymi teoriami tamtejsze, lewicujące ośrodki inteligenckie, sprowadzi je na zupełne manowce zdrowego rozsądku, co pozwoli wewnętrznie osłabić państwa Europy Zachodniej i je podbić przez Związek Sowiecki. Natomiast Tuchaczewski został skazany na śmierć w sfabrykowanym procesie politycznym w 1937 r. więc ci ludzie byli oficjalnie potępieni, dlatego też Kormanowa ich sobie wybrała, jako głównych winowajców klęski 1920 r.).

W 1956 r. wyszedł nowy podręcznik do historii, pod redakcją Marii Dłuskiej i Janiny Schoenbrenner. W tym podręczniku dla klasy IV wspomniana jest wojna polsko-bolszewicka, ale tylko w rozdziale zatytułowanym: "Odzyskanie niepodległości Polski dzięki zwycięstwu Wielkiej Październikowej Rewolucji Socjalistycznej"(swoją drogą w każdym słowie tego zdania zawarty jest fałsz, bowiem rewolucja bolszewicka nie była ani "Wielka" - zdobycie władzy w Piotrogrodzie nastąpiło w zasadzie przez przypadek, zresztą Lenin już po zdobyciu władzy nie wierzył do końca że uda się ją utrzymać dłużej niż kilka tygodni. Ani też nie była "Październikowa" - realnie wybuchła ona w 6 listopada, ale ponieważ jeszcze wówczas w Rosji utrzymywał się kalendarz juliański - wprowadzony przez Cezara w 45 r. p.n.e. - był to dzień 24 października, potem jednak przyjęto kalendarz gregoriański i cofnięto datowanie o dwanaście dni do przodu. Nie była to też żadna "Rewolucja" - gdyż jak wspomniałem Leninowi udał się zamach dosłownie przez przypadek i sam nie wierzył że ten zryw uda się utrzymać - jeszcze kiedyś rozwinę bardziej ten temat. Oczywiście też nie była ona "Socjalistyczna" - gdyż socjaliści, byli głównym, najbardziej zwalczanym wrogiem bolszewików Lenina, byli bardziej niszczeni niż np. narodowcy). W tym podręczniku wojna z bolszewikami roku 1920 r. była przedstawiana jako imperialistyczny atak sił polskich, na "republiki radzieckie". Nie była ona oczywiście omawiana, a jedynie stwierdzano iż była to wojna "niesprawiedliwa", z której tylko skorzystali Niemcy, zagarniając "stare ziemie piastowskie" na zachodzie (doprawdy nie wiem o co chodziło tutaj autorkom tego podręcznika, o zwycięskie Powstanie Wielkopolskie, o Powstania Śląskie w wyniku których otrzymaliśmy większą część Górnego Śląska, a może o plebiscyty na Warmii i Mazurach? - rzeczywiście przegrane, ale głównie dlatego, że Niemcy stosowali politykę zwożenia wszystkich tam urodzonych, aby zagłosowali za przynależnością tych ziem do Niemiec).

 W 1956 r. pojawił się jeszcze jeden podręcznik do historii, pod redakcją m.in.: Jana Kwaśniewicza, Józefa Pawlika i Józefa Mężyka i był przewidziany dla klasy VII. W zasadzie powielał wszystkie poprzednie uogólnienia, stereotypy i jawne kłamstwa, obecne w poprzednich podręcznikach. Polacy zostali tam przedstawieni jako zaborczy najeźdźcy "zależni od kapitalistów zagranicznych", którzy konsekwentnie odmawiali przyjęcia "rozsądnych" sowieckich propozycji pokojowych. Mało tego, zaprezentowano tam również Wojsko Polskie, jako taką zbieraninę nieudaczników i dekowników, którzy najchętniej by poszli sobie do domu i nie walczyli z potężną Armią Czerwoną, no ale niestety, zachodni oficerowie, wysłani tutaj przez zachodnich kapitalistów, czuwali nad wszystkim i wzięli ich w karby, uniemożliwiając "rozejście się". Polacy też nie potrafili walczyć, trzeba im było dopiero pokazać, jak to się robi (przecież powszechnie wiadomo że Polacy dopiero co niedawno zeszli z drzew i nauczyli się chodzić, więc nic dziwnego że nie potrafili nawet walczyć - prawda?). Tylko dzięki zagranicznym sztabowcom udało się zwyciężyć, choć... to też nie było żadne zwycięstwo, bowiem jak zostało zapisane w owym podręczniku: "Po kilkudniowym triumfie reakcji polskiej (...) armia Piłsudskiego zmuszona była do gwałtownego odwrotu" (he-he-he toż się musieli chłopaki natrudzić nad tą  słowną ekwilibrystyką). Cały podręcznik wprost wypełniony jest treściami wybitnie antypolskimi, mającymi wywołać u młodego odbiorcy wrażenie że poprzednie pokolenia Polaków, to byli jacyś nieudacznicy, którzy zawsze przegrywali i niczego nie potrafili stworzyć, ewentualnie byli to zdeklarowani faszyści (dziś by jeszcze dodano "i zwolennicy białej rasy" 😂). Swoją drogą zastanawia tylko jedno, skoro byli to tacy nieudacznicy, którzy nawet nie potrafili walczyć, to dlaczego na końcu autorzy piszą wreszcie że "w lecie 1920 Armia Czerwona została odparta". Kto ją zatem odparł - jacyś faszyści? A może te szympansy, co niedawno zeszły z drzew, zwane pogardliwie Polakami?   


"W KOLORZE KRWI OBJAWIŁ DIABEŁ SIĘ,
CZERWONA GWIAZDA - JEGO ZNAK!
PROWADZĄ BÓG-OJCZYZNA-HONOR I GNIEW,
DOPÓKI SZABLA W DŁONI A W ŻYŁACH KREW,
DOPÓKI SAM KOMENDANT WIEDZIE NAS NA BÓJ,
NIE ZGINIESZ POLSKO - KRAJU MÓJ!"



ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER WILL APPLY TO POLAND



CDN.