Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 23 maja 2019

OPOWIADANIE BDSM - TYLKO DLA OSÓB DOROSŁYCH (18+!) - Cz. IV

NIEDAWNO ODNALEZIONE, STARE

(CHOĆ NIE MOJEGO AUTORSTWA)

OPOWIADANIE BDSM

AUTOR NIEZNANY


DALSZA CZĘŚĆ OPOWIADANIA O TEMATYCE BDSM W KTÓREJ JEST SPORO SEKSUALNEGO WYUZDANIA, DLATEGO TEŻ:
 TEKST JEST PRZEZNACZONY TYLKO DLA OSÓB POWYŻEJ 18 ROKU ŻYCIA





 Monika czuła się nieswojo, leżała w łóżku i myślała nad tym co się stało, nad swoim uczuciem do Adama i nad jego reakcją. Czuła że ten pocałunek był inny, namiętny ale zawierał coś jeszcze. Nie mogła zasnąć, słyszała szmer pod drzwiami. Jakieś kroki. Wtem drzwi do jej pokoju otworzyły się. Starała się rozpoznać stojącą postać ale było to trudne. Światło z korytarza oślepiało ją.  

- Wstawaj - usłyszała. 

Już wiedziała kto wszedł, był to szef. Zadrżała. Dawno nie przychodził do niej. Wstała posłusznie i odruchowo sięgnęła po szlafrok. Zawahała się jednak i opuściła rękę. Szef kazał jej wyjść na korytarz. Zrobiła to. Stanęła w blasku świateł a to co zobaczyła zmroziło jej krew w żyłach. Obok drzwi stał Czarny. Stał tam i patrzył na jej nagość. W ręce trzymał obroże i smycz. Stała zaskoczona, nie spodziewała się tego. Dopiero kilka godzin temu była na jego usługach a teraz miała ponownie mu służyć. Nie podejrzewała jednak tego co miało się stać. Nie myślała, że on przyszedł po nią, aby ją zabrać do siebie. Zabrać na zawsze. Od kilku godzin była jego własnością. Nie wiedziała gdzie idzie i że nie wróci tu nigdy. Może gdyby ta myśl przeszła jej przez głowę byłoby inaczej. Może próbowałaby uciec. Zrobiła by jakiś ruch. Czarny podszedł i zapiął jej obrożę na szyi, kazał stanąć na czworaka i tak wyprowadził ją na podwórko. Monika była zaskoczona, poczuła powiew wiatru i chłód nocy. Potem coś ją ukłuło w pośladek a zaraz potem poczuła jak słania się i upada na ostry żwirek podjazdu.  

Rano Adam przyszedł do pracy zadowolony, był szczęśliwy że dziś zabierze Monikę, że on będzie teraz jej właścicielem a w zasadzie człowiekiem który odda jej wolność. Wszedł do gabinetu szefa. Była tam Eliza. Stała z dziwnym uśmiechem. Adam podszedł i położył na stole kopertę z pieniędzmi.

- Nie ma jej - powiedział szef.  

Jedno zimne zdanie. Zdanie które zamroziło Adama.  

- Jak to nie ma? - zapytał drżącym głosem.

- Uciekła w nocy z klientem - wtrąciła się Eliza.  

- Jak uciekła, z kim? - Adam czuł jak krew w jego żyłach szaleje. 

Opowiedzieli mu historię o nowym kliencie który zapłacił dużą stawkę i że nie dopilnowali ich. Że wymknęli się i odjechali ale już ruszył za nimi pościg. Eliza dodała ze ten klient mógł być detektywem. Szef postanowił zmienić miasto i że dziś się pakują. Do Adama jak zwykle należy nadzór uwięzionych dziewczyn. Stał tak nadal i patrzył na ich twarze. Nie mógł uwierzyć w to co mówią ale i nie miał podstaw aby w to nie wierzyć. Zobaczył także przygotowania do opuszczenia willi. Nie wiedział co myśleć, co robić. Wszystko czego pragnął się zawaliło. Wyszedł z gabinetu szefa i poszedł do pokoju Moniki. Tam wszystko zostało posprzątane. Jej rzeczy były już w pudłach. Usiadł na łóżku i zamyślił się.

Monika obudziła się. Podniosła obolałą głowę i próbowała się rozejrzeć. Pierwsza myśl jaka jej wpadła do głowy to że jest w lochu. Gołe kamienne ściany, małe okienko przy suficie. Kamienna podłoga a na niej porozrzucane baranie skóry. Na takiej też skórze leżała. W pomieszczeniu było chłodno. Okienko dawało nikłe światło ale było na tyle jasno że widziała wszystko co znajdowało się w pomieszczeniu. Były tam drzwi. Duże okute żelazem i małe drewniane. Wstała i podeszła do tych dużych. Były zamknięte a od wewnątrz nie było klamki. Podeszła do drugich, otworzyły się. Za nimi ku jej zaskoczeniu znajdowała się łazienka. Czysta i luksusowa. Umyła się i skorzystała z toalety. Wróciła do pomieszczenia w którym się obudziła. Starała przypomnieć sobie  jak się tu znalazła. Ostatni obraz jaki pamiętała to obroża, wiatr i Czarny. Przypomniała sobie i zadrżała. Skuliła się na podłodze próbowała wmówić sobie że to sen. Nie mogła się jednak obudzić. Myślała jak to się stało, dlaczego, gdzie jest Adam. Do oczu napłynęły jej łzy. Dlaczego on na to pozwolił, dlaczego? Myślała ze on coś poczuł, że nie da jej skrzywdzić. Płakała i żałowała ze dała się tak omamić, że to było tylko złudzenie, że wcale nic między nimi nie było. Teraz znów nowe miejsce, nowa niewola. Bała się, bała się Czarnego, tego że teraz należy do niego, że nie będzie Adama który będzie koił rany, pocieszał. Uspokoiła się trochę i zaczęła myśleć inaczej. Zaczęła się zastanawiać dlaczego zabrano ją w nocy, dlaczego nie było jego przy tym. Domyśliła się że szef sprzedał ją Czarnemu, że Adam nic nie wie. Może będzie jej szukał? Był jej ostatnią nadzieją. Nadzieją dla której postanowiła żyć.

Adam wstał aby ostatni raz spojrzeć na jej rzeczy, przeglądał pudła i zaczął się zastanawiać dlaczego Monika podczas ucieczki niczego nie zabrała. Były wszystkie jej ubrania, prezenty. Nie zabrała nic, dobrze znał każdy drobiazg. Dotarło do niego że ona nie uciekła, że szef go oszukał, że sprzedał ją komuś. Wiedział że to Eliza była częścią zmowy. Wyszedł z pokoju i skierował się prosto do niej. Pakowała się. Wszedł i bez słowa zatrzasnął za sobą drzwi. Eliza zobaczyła wściekłość w jego oczach. Cofnęła się ku ścianie. Szybko podbiegł do niej i jednym ciosem powalił ją na podłogę. Chwycił leżącą na łóżku apaszkę i związał jej nadgarstki. Dociągnął ją do kaloryfera i tam umocował jej ręce. Eliza powoli odzyskiwała świadomość. Zwinnie i z wprawą rozsunął jej nogi bardzo szeroko i też je przywiązał do nóg łóżka. Patrzyła na niego z przestrachem ale i z cwanym uśmiechem.  

- Powiesz mi komu szef sprzedał Monikę? - zapytał Adam łagodnie.

- Nie - odparła.

- Zastanów się bo potem będziesz prosiła aby móc mi to powiedzieć - rzekł Adam chłodno. 

- Spadaj - krzyknęła Eliza.

Adam wstał i podszedł do szafki. Wyjął niej duży gumowy knebel w kształcie kulki. Wepchnął go w usta szarpiącej się dziewczyny i zapiął paski. Rozerwał jej bluzkę i zdarł bieliznę. Potem wyszedł. Eliza miotała się ale więzy były mocne i zaciskały się pod wpływem ruchów. Po chwili jej ręce i nogi zaczęły nabierać sinego koloru. Przestała się szarpać widząc co się dzieje. Wrócił Adam i niósł ze sobą jakieś pudełko. Postawił je na podłodze coś z niego wyjął. Eliza rozpoznała z przerażeniem że to igła. Były to igły, pakowane osobno. Adam przyniósł największe. W oczach Elizy widać było strach, zauważył to ale nie czuł litości. Chciał aby ta suka cierpiała aby odpokutowała za to co zrobiła. Pierwszą igłę wbił w jej pierś, zaskomlała przez knebel. Wziął kolejną tym razem przebił jej sutek. Po policzkach dziewczyny płynęły łzy. Zajął się drugą piersią. Potem kolejne wbijał w jej cipkę. Najpierw duże wargi, potem małe. Została mu ostatnia igła. Eliza kiwała głową, na przemian w bok i w dół. Wiedział że prosi, widział to ale mimo to nie robił tego. Po jej ciele ciekło kilka stróżek krwi. Wiedział że te igły nie bolą aż tak bardzo ale świadomość o ich wbijaniu jest większą męką. Wyjął jej knebel. 

- Czarnemu, sprzedał ją Czarnemu - płakał Eliza.

Adam rzucił ostatnią igłę na podłogę i wyszedł zostawiając ją tak. Wpadł do biura szefa i skoczył mu do gardła. Nie musiał nic mówić. Widział strach w jego oczach. Powiedział mu że wie wszystko, że odchodzi i nigdy mu nie daruje tego co zrobił. Potem nie zastanawiając się długo złamał szefowi rękę jednym ruchem. Na koniec wychodząc rzucił niedbale: 

- Idź uwolnij swoją sukę bo się wykrwawi.  

Do celi Moniki wszedł Czarny. Był w białym garniturze a w ręku trzymał czerwoną różę.  

- Witaj moja prywatna niewolnico - uśmiechnął się rzucając kwiat na podłogę. 

- Witaj Panie - odparła Monika.

Wiedziała po co tu jest i wiedziała jak ma się zachować, nie chciała się narażać na większe cierpienie niż te, które on będzie chciał jej zadać. Klękła przed nim i zębami wzięła róże.  

- Widzę że twój nowy dom Ci się podoba - uśmiechnął się. 

- Tak Panie - odparła prawie ze łzami w oczach Monika.   

- No to chodź na śniadanie - powiedział, przypinając do obroży na szyi smycz. 

Monika posłusznie poszła za nim na czworakach. Szli przez korytarz, potem schodami w górę. Zaprowadził ją do dużego pięknie urządzonego pokoju. Na środku stał stół, przy nim jedno krzesło. Pod stołem na marmurowych kafelkach zauważyła mały dywanik a na nim miskę. Czarny poprowadził ją do stołu i odpiął smycz. Sam usiadł wygodnie i zaczął jeść. Weszła pokornie pod stół i rękami zaczęła wyjadać z miski co dla niej przygotował. Starała się w międzyczasie rozejrzeć, zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Czarny podał jej pod stół drugą miseczkę z kawą. Napiła się chłepcząc językiem. Czuła się upokorzona i bała się co będzie dalej. Nie zdążyła dokończyć śniadania, gdy Czarny kazał jej wyjść. Ponownie przyczepił jej smycz do obroży i oprowadził ją po domu. Wyszli też na wielki taras. Monika pierwszy raz od kilku miesięcy poczuła słońce na swoim ciele. Ale też zdążyła zauważyć, że nie ma drogi ucieczki. W dole po ogrodzie biegają duże psy. Z tarasu nie widać nic poza parkiem.


 

- To już znasz dom, możesz po nim się poruszać w mojej obecności na czworaka, jak mnie nie będzie jak chcesz - powiedział Czarny - W lochu zamknę Cię tylko jak będziesz na to zasługiwać - dodał.

- Dziękuje Panie - odparła Monika.

Potem zaprowadził ją do jej pokoju. Był miły i ładnie urządzony. Zostawił ją tam i wyszedł. Monika rozejrzała się, w szafie nie było ubrań tylko skórzane bransolety. Spodziewała się tego. Miała także swoją łazienkę a w niej wszystko co potrzebuje kobieta. Troszkę poprawiło jej to humor, może nie będzie tak źle pomyślała. Jeśli będzie mu dobrze służyć da się wytrzymać. Musi wytrzymać i poczekać, poczekać na Adama. Wierzyła że on zacznie jej szukać, że dotrze tu i ją uwolni. 

Po godzinie wrócił Czarny. Wszedł z groźną miną i spojrzał na różę którą jej dał. Leżała więdnąc na stoliku. Już Monika wiedziała że popełniła pierwszy błąd. Nie zdążyła go naprawić bo on był już przy niej. Padła na kolana z prośbą w oczach.  

- To tak szanujesz prezenty ode mnie? - zapytał.

- Wybacz - odparła chcąc się bronić.

Złapał ją za włosy i zaciągnął do łazienki. Kazał jej położyć się na plecach i unieść w górę nogi. Miała zrobić świecę. Wykonała to a on rozchylił jej uda. Wziął prysznic i napełnił jej wnętrze wodą. Czuła jak jej cipka jest rozpierana przez napływający strumień. Poszedł potem po kwiat i nie bacząc na ostre kolce włożył go w nią. Syknęła czując raniące ciernie ale nic nie powiedziała. Patrzył na swoje dzieło zadowolony. 

- Czyż nie piękny wazon dla takiego kwiatu? - zapytał.

- Tak Panie - odparła, starając się utrzymać równowagę. 

- No to postoisz tak do obiadu - powiedział i wyszedł.

Monika była już zmęczona tą pozycją a nie wiedziała jak długo ma tak stać. Czuła że omdlewają jej nogi. Nie wie ile czasu wytrzymała, potem runęła na podłogę rozlewając wodę. Wtedy wszedł on. Patrzyła na niego cała obolała. Widziała jego zadowoloną minę i już wiedziała ze bycie mu posłuszną nie wystarczy aby uniknąć kary. Kazał jej posprzątać i zabrał ją do lochu. Przykuł jej ręce do haka w suficie. Stała rozciągnięta, na koniuszkach palców. Bała się i czekała na ciąg dalszy. Pierwsze razy spadły na jej pośladki. Było to uderzenie paskiem, cienkim i bolesnym. 

- Do obiadu zostało 45 minut - powiedział.

- Proszę nie - błagała bojąc się że on zamierza uderzyć ją tyle razy. 

- Dostaniesz teraz pięć a po obiedzie czterdzieści - powiedział - Będziesz miała o czym myśleć - zaśmiał się ironicznie.

Kolejne cztery razy zniosła dzielnie ale sama myśl, że czeka ją dziesięć razy więcej powodowała drżenie kolan. Wykonał karę i wyszedł, zostawiając ją w takiej pozycji aż do obiadu.  

Adam wściekły wyszedł z domu szefa i ruszył w stronę posterunku policji. Było mu obojętne, że odpowie za to co robił przez wszystkie te lata. Szedł ratować swoją ukochaną z rąk szaleńca. Z rąk człowieka który wziął sobie kolejną zabawkę. Oby zdążył zanim mu się ona znudzi.


       


Adam siedział w swoim mieszkaniu, lekko oszołomiony przez alkohol. Siedział tak od godziny i pił. Emocje opadły i cieszył się, że zaniechał wyprawy na posterunek policji. Dotarło do niego, że zamiast szukać Moniki zajmą się nim i interesem szefa. Potem wezmą kolejną dużą łapówkę i tylko on zostanie w to wmieszany, on ucierpi a Monika przepadnie. Nalał sobie kolejnego drinka, popatrzył na lekko brązowy płyn w szklance. Dobra whisky. Pił dobre alkohole, nosił firmowe ubranie, mieszkał w luksusowym mieszkaniu. Tyle lat było mu dobrze, miał co chciał, kobiety, pieniądze. Szybko wypił zawartość szklanki. Myślał co zrobić, jak odnaleźć Czarnego. O swoich klientach wiedzieli mało. Tu liczyły się tylko pieniądze i dyskrecja. Wstał i podszedł do okna. Na dworze zaczynało świtać. Myślał o Monice, o tym co się teraz z nią dzieje, czy ona wytrzyma tego perwersyjnego sadystę. Pamięta jak szef sprzedał mu kiedyś jedną dziewczynę. Po dwóch miesiącach ponownie zaczął się u nich pokazywać. Nie dowiedział się nigdy co stało się z tą kruchą blondynką. Oparł głowę o chłodną szybę. Jak mógł być taki naiwny, uwierzyć szefowi. Jak mógł być takim człowiekiem przez te wszystkie lata. Czy to uczucie do Moniki go zmieniło? Czy może zestarzał się i już zniewalanie kobiet nie sprawiało mu takiej przyjemności. Musi przyznać sam przed sobą, że lubił to co robił i dawało mu to niezły dochód. Wcześniej nie zastanawiał się nad moralnym aspektem tej sprawy, żył dniem. A teraz? Stracił to co pokochał. Wrócił do stolika i nalał kolejną szklankę trunku. Podszedł do swojego komputera. Alkohol działał, rozpływał się po jego ciele gojąc ranę, zmniejszając ból. Zaczął oglądać zdjęcia Moniki. Miał ich wiele. Te pierwsze gdy ją porwali, zapłakana, wystraszona. Czy teraz też leży gdzieś zapłakana, bojąca się każdego kroku pod drzwiami. Patrzył na inne zdjęcia. Jak powoli z wylęknionej dziewczyny stawała się uległą, piękną niewolnicą miłości. Jak zmieniło się jej ciało pod wpływem zabiegów, solarium i diety. Szef zawsze dbał o swoje podopieczne. Towar musiał być pierwszej jakości. Czuł jak krew napływa w jego podbrzusze jak powoli budzi się podniecenie. Oglądał Monikę w trakcje treningów. Eliza, która robiła zdjęcia potrafiła wybrać dobry moment, uchwycić podniecenie lub ból na twarzy. Rozpiął rozporek swoich spodni i wydobył na zewnątrz podniecony członek. Przeglądał kolejne zdjęcia jednocześnie masturbując się ręką. W komputerze miał kilkaset zdjęć swojej ukochanej. Wszystkich dziewczyn, ale innych nie chciał oglądać, innych plików nie otwierał już od kilku tygodni. Doszedł to zdjęć robionych kilka dni temu. Twarz Moniki była zmieniona, widać było na niej szczęście. Nie zauważył tego wcześniej, może nie chciał tego widzieć. Alkohol i własna ręka rozluźniały go, sprawiały że zapominał co się stało, zatracał się w myślach o niej, o tym jaka jest piękna, ponętna. Trwało to do momentu aż poczuł ciepłe nasienie na swojej ręce.




Monika leżała w lochu płacząc cicho. Nie wiedziała która może być godzina, nic nie czuła oprócz strasznego bólu. Pamięta obiad. Ten sam stół, dywanik, miseczki z potrawami. Była bardzo zmęczona długim staniem w niewygodnej pozycji. Nie miała ochoty jeść, napiła się tylko odrobinę wina z małej miseczki. Miał rację, cały czas myślała o tych czterdziestu uderzeniach. Czarny widział że nic nie zjadła, że się boi i lekko drży na całym ciele. To go podniecało, nakręcało go coraz bardziej. Po obiedzie wyszli do parku. Ona na czworaka na smyczy, on spacerując powoli. Gdy tylko pojawili się w ogrodzie do Czarnego podbiegły cztery wielkie psy. Monika skuliła się ze strachu, chciała się ukryć przed nimi, cofnęła się za nogę Czarnego. Psy podeszły, poczęły ją obwąchiwać, bała się poruszyć, widziała z bliska ich paszcze, kapiącą ślinę. Czuła się jak prawdziwa suka, na smyczy pośród psów. Czarny napawał się jej strachem, widokiem zwierząt. Głaskał po kolei swoje psy, poklepywał. Potem poszli na spacer, powoli aby nadążyła za nim na czworaka. Psy biegały i skakały wokół swojego pana. Rozmawiał z nimi, przedstawił im Monikę. Monice przedstawił psy. Uprzedził że są szkolone, że najmniejsza próba ucieczki skończy się w ich zębach. Nie musiał tego mówić, wiedziała to widząc je z balkonu. Podeszli do szpaleru drzew. Tam też Czarny pozwolił jej wstać a następnie przywiązał ją do dwóch drzew. Stała drżąc unieruchomiona między dwoma pniami. Psy usiadły posłusznie w pobliżu. Patrzyły bacznie na to co się działo, byli niemą widownią. Czarny wyjął ze spodni swój pas. Gruby, skórzany. Dał Monice do powąchania. A potem systematycznie raz po razie, wymierzył jej czterdzieści razów. Płakała, prosiła, błagała aby przestał, potem tylko skomlała. Chciała liczyć po cichu aby wiedzieć ile musi tego jeszcze znieść ale przy dwudziestu trzech pogubiła się, ból zagłuszał wszystkie myśli. Psy stawały się nerwowe jak gdyby jej strach i ból je podniecał, warczały. Kręciły się niespokojnie na swoich miejscach. Gdy Czarny skończył. Pozwolił zwierzętom podejść. Widziała ich oczy, podniecone, żądne krwi. Stała tak wystawiona na ich widok, czuła się zbrukana, sam kontakt z tymi zwierzętami ją poniżał, to że została sprowadzona do ich poziomu, traktowana jak one bolało. Odwiązał ją, stała łkając. A potem powiedział coś co ją zmroziło. Kazał jej biec, biec do domu jak najszybciej potrafi. Powiedział że po minucie puści psy w pogoni za nią. Nie wiedziała co ma robić, jak prosić. Była zmęczona, obolała. Czarny włączył stoper. Ruszyła biegiem, ile miała sił, nie patrząc, że rani sobie stopy o kamienie, biegła. Nagle usłyszała za sobą szczekanie, wiedziała że to psy, cztery ogromne psy. Do drzwi było tak daleko, za daleko. Odwróciła się i upadła. Po chwili czuła jak ogromne cielsko wpada na nią, ze zmęczenia i strachu zemdlała.

Teraz leżała w lochu, stopy bolały bardzo, były poranione, plecy i pośladki piekły, ale nie było innych ran, nie była pogryziona. Czuła na sobie zapach psiej śliny ale nie było krwi, ran. Pomyślała, że Czarny wstrzymał psy, że zdążył je odwołać zanim zacisnęły się szczęki. Nie wiedziała ile spała. Za oknem był ciemno.

Adam postanowił odszukać Czarnego, sam. Wiedział jak się nazywa. W wyszukiwarkę wpisał jego dane. Po chwili na ekranie pokazało się kilkadziesiąt stron. Wchodził po kolei na każdą, szukając jakiejś istotnej informacji. Wtem trafił na jego prywatną stronę. Był znanym człowiekiem swojej branży. Inteligentny, wykształcony i bardzo bogaty. Ale to już Adam wiedział, teraz szukał miejsca gdzie mógł ukryć Monikę. Strona pełna była zdjęć, jego domu, miejsc w których był. Adam szukał, wpisywał nowe hasła do wyszukiwarki, oglądał nowe zdjęcia. Jedynym tropem mogła być mała wyspa należąca do Czarnego. To byłoby jedyne miejsce gdzie on - Adam ukryłby porwaną kobietę. Zapoznał się z mapami terenu i możliwością dojazdu a właściwie dopływu na wyspę. Te poszukiwania zajęły mu cały dzień. Dopiero gdy poczuł głód uświadomił sobie, że nie jadł od kilkudziesięciu godzin. Adrenalina i alkohol zagłuszyły te potrzeby. Teraz był już spokojny, układał sobie w głowie plan. Miał już cel, punk zaczepienia. Teraz musi to zrealizować. Wstał od komputera, rozprostował nogi i zadzwonił do kolegi. Był to pewien znajomy tak jak on zamieszany w światek przestępczy. Kiedyś on mu pomógł, teraz Adam liczył na jego pomoc. Wybrał numer jego komórki i umówił się z nim na obiad, a w zasadzie na kolację bo już zaczynało robić się ciemno.

Monika poszła do łazienki, wykąpała się i opatrzyła stopy. Jaki on zapobiegawczy pomyślała, znajdując wodę utlenioną w szafce. Raził ją kontrast między lochem, ciemnym, chłodnym i wyłożonym tylko baranimi skórami a tą łazienką, ciepłą i jasną. Wyszła i położyła się na skórze, czekała, sama nie wiedziała na co ale czekała. Zaczęła myśleć o Adamie, tym jak się poznali, jak go na początku nienawidziła a potem pokochała. O tym co on z nią robił, czego ją uczył. Po chwili poczuła podniecenie. Jej sutki stały się twarde, poczuła pulsowanie między nogami. Czy to myśl o Adamie czy może to co się dzieje tak na nią wpłynęło, zaczęła się zastanawiać. Zaczęła myśleć o tej chłoście w ogrodzie i zapragnęła aby to Adam tam stał i trzymał pasek, aby tylko tam był, patrzył, uważał aby nie stała się jej krzywda. Dotknęła cipkę ręką, zwilżyła palec i zanurzyła w swoim mokrym wnętrzu. Potem drugim poruszyła delikatnie łechtaczkę. Zwilżyła językiem wyschnięte usta. Dotknęła sutek, ścisnęła je między palcami. Czuła narastające podniecenie. Zapominała gdzie jest, zatracała się w tym co robi. Do rzeczywistości przywrócił ją odgłos otwieranych drzwi. Wstała szybko na kolana i w takiej pozycji czekała na wejście Czarnego. 




- Widzę że powoli się aklimatyzujesz - powiedział wchodząc.  

Nic nie odpowiedziała, pochyliła tylko głowę zawstydzona swoim podnieceniem. Wiedziała że jest ono widoczne. Podejrzewała także że on musi ją obserwować bo wszedł w takim momencie. Wskazał jej drzwi, ona posłusznie na czworaka wyszła z lochu. Poszli do salonu. Stał tam ogromny telewizor i kanapa. Na stoliku obok stała butelka wina. Kryształowy kieliszek i mała kryształowa miseczka. Wskazał jej miejsce na dywanie przy kanapie, sam usiadł wygodnie w fotelu. Kazał jej nalać wina. Potem włączył film. Siedział wygodnie pijąc czerwone wino, oglądając film i trzymając nogi na jej plecach. Monika kątem oka patrzyła na ekran, dawno już nie oglądała filmów. Czarny zauważył to, zdjął z niej nogi i stopą nakazał aby się położyła z głową w stronę telewizora. Ta pozycja była o wiele wygodniejsza i Monika odetchnęła z ulgą. On położył swoje gołe stopy na jej pośladkach. W takiej pozycji obejrzeli do końca film. Potem Monika mu podziękowała. Film był erotyczny ale miał ciekawą fabułę, wino które jej pozwalał pić z miseczki przyjemnie rozpłynęło się po jej ciele, podniecenie wciąż grzało jej podbrzusze.  

- Połóż się na plecach i rozsuń nogi - rozkazał.

- Tak Panie - odparła.

Zrobiła co kazał a on gołą stopą zaczął ją dotykać. Po twarzy, wkładał palce stóp w jej usta, ona delikatnie ssała je, oplatała językiem. Potem gładził piersi, poklepywał je i starał się chwycić sutek palcami stóp. Głaskał jej płaski brzuch i rozchylone uda. Dotykał jej wilgotnej cipki, zanurzał się w nią. Zamknęła oczy i próbowała wyobrażać sobie Adama. Czuła jak on wkłada w nią coraz głębiej stopę jak rozciąga jej cipkę.  

- Wiesz że czeka cię kara? - zapytał.

Zamarła w bezruchu, on to wyczuł.  

- Miałaś dobiec do domu przed psami - kontynuował.

- Przepraszam Panie - wyszeptała.

- Naraziłaś moją własność na uszkodzenie - dodał.

W pierwszej chwili nie rozumiała o czym on mówi ale po chwili domyśliła się że to ona jest tą własnością. Leżała nadal nic nie mówiąc, bojąc się poruszyć. 

- Musiałem odwołać psy aby cię nie zagryzły, niewiele brakowało - szeptał - Czuły już twoją krew - mówił to klękając przy jej twarzy.

Chwycił ją za włosy i spojrzał w wylęknione oczy. Widział w nich podniecenie i strach. Była piękna i cieszył się że odwołał psy. Za krótko się nią bawił aby pozwolić na taki koniec. Włożył w jej usta palec, ona natychmiast zaczęła go ssać, chciała go zadowolić, sprawić mu przyjemność aby tylko darował jej karę, aby zapomniał. Nie wiedziała że dla niego przyjemność łączyła się z widokiem jej bólu, z widokiem zmęczenia i wyczerpania, z widokiem łez, strachu i poniżenia. Po to ją kupił i tak zamierzał wykorzystywać.  

- Mam dla ciebie niespodziankę - powiedział.

Pokazał jej dwa śliczne kolczyki z zielonymi kamieniami. Były to dwa kółka. Spojrzała na nie i podziękowała. Zastanawiała się jak to się zapina, nie widziała nigdzie zapięcia. Od dziecka miała przekłute uszy ale nigdy nie nosiła takich kolczyków.  

- Chcesz abym ci je założył? - zapytał.

- Tak Panie, proszę - odparła.

Uśmiechnął się podstępnie widząc jej zadowolenie, nie domyślała się że te kolczyki nie są kolczykami do uszu. Ale o tym zamierzał jej powiedzieć dopiero jak przejdą do gabinetu gdzie ma już przygotowane igły. Wiedział że ten prezent będzie dla niej karą, nie nagrodą. 

 
   



 CDN.
 

środa, 22 maja 2019

PRZEWRÓT IDEOLOGICZNY - Cz. IV

CZYLI JAK PODBIĆ KRAJ

NIE UŻYWAJĄC WOJSKA?


PROROK DEZINFORMACJI

SUN CY




 Sun Cy żył w Chinach, mniej więcej 25 wieków temu, w epoce Walczących Królestw. Pochodzący z królestwa Ci, Sun Cy przeszedł na służbę króla Wej i dowodził z niezmiennym powodzeniem jego wojskami. Dzieło, które mu się przypisuje, "Sztuka Wojenna", było znane w Japonii już w VIII wieku po Chrystusie. Stanowiło ono inspirację dla Mao-Tse-tunga, a obecnie znajduje się w programie szkół wojskowych bloku sowieckiego, jak to poświadcza gen. Walters w swych wspomnieniach zatytułowanych: "Dyskretne Służby". 



ZASADY ZACZERPNIĘTE ZE "SZTUKI WOJENNEJ"

  1. Dyskredytujcie wszystko, co dobre w kraju przeciwnika.

  2. Wciągajcie przedstawicieli warstw rządzących przeciwnika w przestępcze przedsięwzięcia.

  3. Podrywajcie ich dobre imię i w odpowiednim momencie rzućcie ich na pastwę pogardy rodaków.

  4. Korzystajcie ze współpracy istot najpodlejszych i najbardziej odrażających.

  5. Dezorganizujcie wszelkimi sposobami działalność rządu przeciwnika.

  6. Zasiewajcie waśnie i niezgodę między obywatelami wrogiego kraju.

  7. Buntujcie młodych przeciwko starym.

  8. Ośmieszajcie tradycje waszych przeciwników.

  9. Wszelkimi siłami wprowadzajcie zamieszanie na zapleczu, w zaopatrzeniu i wśród wojsk wroga.

  10. Osłabiajcie wolę walki nieprzyjacielskich żołnierzy za pomocą zmysłowej muzyki i piosenek.

  11. Podeślijcie im nierządnice, żeby dokończyły dzieła zniszczenia.

  12. Nie szczędźcie obietnic i podarunków, żeby zdobyć wiadomości. Nie żałujcie pieniędzy, bo pieniądz w ten sposób wydany, zwróci się stokrotnie.

  13. Infiltrujcie wszędzie swoich szpiegów.


Tylko człowiek, który ma do dyspozycji takie właśnie środki i potrafi je wykorzystać, żeby wszędzie siać niezgodę i rozkład - tylko taki człowiek godzien jest rządzić i wydawać rozkazy. Jest on skarbem dla swego władcy i ostoją państwa. 



MAKSYMY ZACZERPNIĘTE ZE "SZTUKI WOJENNEJ"


Cała sztuka wojenna zasadza się na oszustwie


Dajcie nieprzyjacielowi młodych chłopców i kobiety, żeby zawrócić mu w głowie, jaspis i jedwab, żeby rozbudzić jego ambicje


Wbijajcie klin między władcę i jego ministrów, odsuńcie od niego jego sojuszników. Wzbudźcie w nich wzajemne podejrzenia tak, żeby zapanowała między nimi niezgoda. wtedy będziecie mogli spiskować przeciw nim


Największą subtelnością w sztuce wojennej jest storpedować plany nieprzyjaciela


Ci, którzy są znawcami sztuki wojennej, pokonują nieprzyjacielską armię bez walki. Zdobywają miasta bez przypuszczania szturmu i obalają państwo bez długotrwałych działań


 Waszym celem powinno być opanowanie w stanie nietkniętym wszystkiego, co jest pod słońcem. w ten sposób wasze wojska pozostaną niezmęczone, a wasze zwycięstwo będzie całkowite. Oto sztuka ofensywnej strategii


Nasza niezwyciężoność zależy od nas, słabość wroga - od niego


Zwycięska armia jest nią, zanim dojdzie do bitwy, armia skazana na klęskę walczy bez nadziei na zwycięstwo


Najwyższą umiejętnością, kiedy rozmieszcza się wojska, jest sformowanie ich w takim szyku, którego nie da się wyraźnie określić. W takim bowiem razie nie wyśledzą was najbardziej nawet przenikliwi szpiedzy i najtęższe umysły nie zdołają sporządzić przeciw wam żadnego planu


Okrążonemu wrogowi trzeba pozostawić jakąś drogę ucieczki... Wskażcie mu, że pozostała mu jeszcze jakaś deska ratunku i w ten sposób podsuńcie mu, że ma inne wyjście niż śmierć. Potem uderzcie


 W czasie pokoju, człowiek roztropny zachowuje miecz u swego boku



JAK DEZINFORMOWAĆ SWOJE WŁASNE WOJSKA: MOTYWACJA RELIGIJNA 


 Kiedy armia królestwa Jen otoczyła Ci Mo w królestwie Ci, obcięto nosy wszystkim wziętym do niewoli ludziom Ci. Wzburzeni tym Ci bronili się z rozpaczliwą zawziętością. Ich wódz Tien Tan wysłał tajnego agenta, który powiedział: "Drżymy z przerażenia, że wy, ludzie z Jen, moglibyście wydobyć z mogił ciała naszych przodków. Z przerażenia pewnie stężałaby nam krew w żyłach". Armia Jen natychmiast zaczęła profanować mogiły i palić zwłoki. Obrońcy Ci Mo przypatrywali się temu z murów miasta i łzy napływały im do oczu. Ogarnęło ich nieprzeparte pragnienie walki, bo wściekłość ustokrotniła ich siły. Tien Tan pojął wówczas, że jego wojska są gotowe i zadał Jen druzgocącą klęskę.





JAK DEZINFORMOWAĆ WŁASNE WOJSKA: MOTYW ZYSKU


 Łupi się przeciwnika, żeby przywłaszczyć sobie jego bogactwa. Za panowania drugiej dynastii Han, Tu Hsiang, prefekt Czin Czou, zaatakował buntowników Kuet Czou, między innymi Pu Janga i Pan Hunga. Wkroczył do Nan Haj, gdzie zniszczył trzy obozy rebeliantów i zdobył wielkie łupy. Mimo to Pan Hung i jego zwolennicy byli wciąż liczni i silni, podczas gdy wojska Tu Hsianga, teraz bogate i pewne siebie, nie miały najmniejszej chęci się bić. Hsiang powiedział: "Pu Jang i Pan Hung są buntownikami od 10 lat. Obaj posiedli sztukę ataku i obrony. Powinniśmy więc najpierw zjednoczyć siły wszystkich naszych prefektur i dopiero potem ich zaatakować. A na razie, nasze wojsko może wybrać się na polowanie". Po czym żołnierze wyruszyli na łowy. Kiedy tylko się oddalili, Tu Hsiang wysłał w tajemnicy ludzi, żeby podpalili obozowisko. Spłonęły też wszystkie nagromadzone w nim łupy. Kiedy myśliwi wrócili z polowania, rozpłakali się jak jeden mąż. Tu Hsiang powiedział wtedy: "Bogactwa Pu Janga i jego ludzi wystarczyłyby dla kilku pokoleń. Wy zaś nie pokazaliście jeszcze wszystkiego, co potraficie. To, co straciliście, jest tylko drobną cząstką tego, co oni mają w swym posiadaniu. Czym się więc przejmujecie?" Kiedy żołnierze usłyszeli te słowa, ogarnięci zapałem do walki chcieli natychmiast się bić. Tu Hsiang rozkazał jednak, żeby nakarmiono konie, a żołnierze wcześnie poszli spać i następnego ranka, o świcie wyruszyli na obóz buntowników. Jang i Hung nie poczynili żadnych przygotowań. Wojska Tu Hsianga zaatakowały z wielkim impetem i starły w proch buntowników.



JAK DEZINFORMOWAĆ PRZECIWNIKA I PRZY OKAZJI POZBYĆ SIĘ DEFETYSTÓW WE WŁASNYCH SZEREGACH


 Udawajcie słabość, zachęcając w ten sposób nieprzyjaciela do arogancji. Pod koniec panowania dynastii Cin, Mo Tun z plemienia Hsiung Nu po raz pierwszy objął władzę. Hunowie ze wschodu, którzy byli potężni, wysłali do niego emisariuszy w celu rokowań. Emisariusze ci powiedzieli: "Chcemy kupić konia z Tu Ma, wartego tysiąc li". Mo Tun skonsultował się ze swymi doradcami i wszyscy zawołali jak jeden mąż: "Koń wart tysiąc li! Najcenniejsze, co mamy w kraju! Nie dawaj go!" Mo Tun odpowiedział: "Dlaczego odmawiać sąsiadowi konia?" I sprzedał im konia. Wkrótce potem Hunowie przysłali wysłanników, którzy powiedzieli: "Chcemy dostać jedną z księżniczek Han". Wszyscy zawołali z gniewem: "Ci Hunowie są bezczelni! Teraz ośmielają się żądać księżniczki. Błagamy cię, żebyś na nich uderzył!" Mo Tun rzekł jednak: "Jak można odmówić sąsiadowi kobiety?" I dał im kobietę. Niebawem Hunowie ze wschodu pojawili się znowu, mówiąc: "Macie tysiąc li niewykorzystanej ziemi, dajcie nam ją". Mo Tun poradził się swych doradców. Jedni powiedzieli, że rozsądnie byłoby oddać ziemię, inni byli temu przeciwni. Mo Tun wpadł w gniew i powiedział: "Ziemia jest fundamentem państwa. Jak można by ją oddać?" Wszystkich, którzy radzili, żeby ustąpić, ścięto. Mo Tun wskoczył wówczas na koń, rozkazał ścinać wszystkich, którzy pozostaną w tyle i zaatakował znienacka Hunów ze wschodu. Ci ostatni, którzy go lekceważyli, byli zupełnie nieprzygotowani. Mo Tun napadł ich i unicestwił. Następnie skierował się na zachód i zaatakował Jueh Ti. Na południu zdobył Lu Fan i podbił Jen. Odzyskał całkowicie prastare ziemie Hsiung Nu, podbite uprzednio przez generała Meng Tiena z państwa Cin.






JAK WYKORZYSTYWAĆ TAJNYCH AGENTÓW 


 Ten, kto długie lata stawia czoło wrogowi, aby wywalczyć nad nim zwycięstwo - ale ponieważ nie chce podarować urzędów, zaszczytów i kilkuset sztuk złota - pozostaje nieświadom tego, co dzieje się u przeciwnika i jest całkowicie pozbawiony znajomości natury ludzkiej. Człowiek taki nie ma w sobie nic z prawdziwego wodza, nie jest żadną podporą dla swego władcy, nie jest panem zwycięstwa. Światły władca bowiem i rozważny wódz zwyciężają nieprzyjaciela za każdym razem gdy przechodzą do działania, a ich dokonania wyrastają ponad przeciętność dzięki temu, że dysponują oni uprzednią informacją. Tego, co nazywa się "uprzednią informacją" nie można uzyskać dzięki duchom, bóstwom, czy analogiom z dawniejszymi wydarzeniami lub też uczonym rachubom. Można ją otrzymać od ludzi, którzy znają sytuację nieprzyjaciela. Otóż istnieje pięć rodzajów tajnych agentów, a mianowicie: agenci tubylczy, wewnętrzni, podwójni, spisani na straty i lotni. Kiedy wszyscy oni działają jednocześnie i nikt nie domyśla się ich działalności, zwie się ich "boskim kłębkiem" i stanowią prawdziwy skarb władcy. 

Agenci tubylczy, to obywatele nieprzyjacielskiego państwa, będący na naszych usługach. 

Agenci wewnętrzni, to nieprzyjacielscy urzędnicy będący na naszych usługach. Wśród urzędników są ludzie wartościowi, którzy zostali usunięci ze swych stanowisk, są też tacy, których ukarano za popełnione błędy. Są donosiciele i łasi na pieniądze. Są tacy, którzy zbyt długo musieli się zadowalać podrzędnymi stanowiskami, tacy, którzy nigdy nie zdołali osiągnąć wyższych stanowisk i tacy, których jedynym pragnieniem jest wykorzystanie okresów zamętu do rozszerzenia swojej władzy. Są ludzie dwulicowi, niestali i nielojalni, którzy zawsze patrzą tylko skąd wieje wiatr. W przypadku wszystkich tych ludzi możecie po cichu zorientować się w ich sytuacji materialnej, obdarować ich złotem i jedwabiem i w ten sposób zjednać ich sobie. Kiedy już to uczynicie, będziecie mogli polegać na nich, będą informowali was o rzeczywistej sytuacji w swoim kraju i planach, jakie ten kraj snuje przeciw wam. Mogą też powodować niesnaski między władcą a jego ministrami tak, aby nie było między nimi zgody. 

Agenci podwójni, to nieprzyjacielscy szpiedzy, będący na naszych usługach. Kiedy nieprzyjaciel wysyła swych szpiegów, żeby węszyli co robię lub czego nie robię, obsypuję ich pieniędzmi, przeciągam na swoją stronę i robię z nich moich własnych agentów. 

Agenci spisani na straty, to ci, którym świadomie przekazujemy nieprawdziwe informacje. Puszczamy w obieg informacje, które w rzeczywistości są nieprawdziwe i robimy tak, żeby dotarły one do uszu naszych agentów. Kiedy agenci ci, działający na terytorium nieprzyjaciela zostaną przez niego schwytani, bez wątpienia powiedzą mu wszystko, w tym i fałszywe informacje. Nieprzyjaciel da temu wiarę i będzie się odpowiednio do tego przygotowywał. My jednak postąpimy w rzeczywistości zupełnie inaczej i nieprzyjaciel zgładzi szpiegów. Za obecnej dynastii, szef sztabu wojsk Cao darował życie skazanemu na śmierć, kazał mu połknąć kulkę wosku i w przebraniu mnicha wysłał do Tangutów. Po przybyciu na miejsce fałszywy mnich został schwytany. Powiedział tym, którzy go pojmali o kulce wosku, którą wkrótce wydalił z kałem. Po otwarciu kulki Tangutowie znaleźli w niej list szefa sztabu Cao do ich własnego głównego stratega. Rozwścieczony wódz barbarzyńców rozkazał stracić zarówno swego ministra jak i szpiega - mnicha. Oto metoda użycia. Ale wykorzystanie agentów spisanych na straty nie ogranicza się tylko do tego. Czasem wysyłam ich do nieprzyjaciela, żeby podpisali z nim pokój, po czym - atakuję. 

Lotni agenci, to ci, którzy osobiście dostarczają nam informacje. Dobieramy ludzi inteligentnych, utalentowanych, ostrożnych i zdolnych dotrzeć do tych w obozie nieprzyjacielskim, którzy stoją blisko władcy i arystokracji. W ten sposób mogą śledzić posunięcia nieprzyjaciela i poznać jego działania i plany. Kiedy już zorientuję się w rzeczywistej sytuacji, wracają żeby nas o niej poinformować. Oto dlaczego nazywa się ich lotnymi agentami. Są to ludzie mogący kursować tam i z powrotem i przekazywać sprawozdania. Jako lotnych agentów powinniśmy dobierać ludzi inteligentnych, ale wyglądających na nierozgarniętych i nieustraszonych mimo poczciwego wyglądu; ludzi zręcznych, sprawnych fizycznie, zuchwałych i odważnych, przywykłych do niewdzięcznych zadań i zdolnych znieść głód, chłód, brud i poniżenia.

Ze wszystkich tych, którzy należą do otoczenia naczelnego wodza, nikt nie stoi bliżej niego od tajnego agenta; nikt nie jest szczodrzej wynagradzany od tajnych agentów; ze wszystkich spraw żadna nie jest tak tajna, jak ta, która dotyczy tajnych operacji. Kto nie jest przezorny i ostrożny, ludzki i sprawiedliwy, ten nie może korzystać z tajnych agentów. A kto nie jest zręczny i przenikliwy, nie zdoła wydobyć z nich prawdy. Przede wszystkim trzeba umieć poznać się na charakterze szpiega i ocenić, czy jest on szczery, godzien zaufania i naprawdę inteligentny. Dopiero potem można go użyć. Są wśród agentów tacy, których jedynym celem jest wzbogacenie się. Nie starają się oni dowiedzieć jak naprawdę wygląda sytuacja w obozie nieprzyjacielskim i odpowiadają na moje pytania pustosłowiem. W takim wypadku muszę wykazać się zręcznością i przenikliwością, aby ocenić, czy to, co mi mówi szpieg, jest prawdą czy kłamstwem i oddzielić, to co odpowiada faktom od tego, co się z nimi nie zgadza. Strzeżcie się szpiega, który jest manipulowany. Jeśli plany dotyczące tajnej operacji zostały przedwcześnie ujawnione, agent i ci wszyscy, z którymi rozmawiał, muszą zostać zgładzeni. Ogólnie biorąc, jeśli chcecie zadać cios wojskowym, zdobyć miasta i zlikwidować ludzi, musicie znać nazwiska dowódców, szefów sztabów, odźwiernych, strażników przy bramach i członków straży przybocznej. Musicie polecić swoim agentom, żeby zebrali szczegółowe wiadomości na ten temat. Jeśli chce się prowadzić ofensywę, trzeba znać ludzi nieprzyjaciela. Czy są oni mądrzy czy głupi, przenikliwi czy mało lotni? Kiedy już się przeanalizuje ich wady i zalety, można poczynić odpowiednie przygotowania. 

Kiedy król państwa Han wysłał Han Hsina, Cao Cana i Kuan Jinga na wyprawę przeciw Wei Pao, zapytał: "Kto dowodzi wojskami państwa Wei?", "Po Czi" - odpowiedziano. Król rzekł na to: "Ma mleko pod nosem. Nie może się równać z Han Hsinem. Kto dowodzi kawalerią?", "Feng Czing" - odpowiedziano. Król rzekł: "To syn generała Feng Wu Cze z Cin. Mimo, że to zdolny człowiek, nie może się równać z Kuan Jingiem. A kto dowodzi piechotą?", "Hsiang To" - odpowiedziano. Król rzekł: "Gdzie mu do Cao Cana. Nie mam najmniejszego powodu do niepokoju". Rzeczą zasadniczej wagi jest zdemaskowanie nieprzyjacielskich agentów prowadzących działalność szpiegowską przeciw wam i przekupienie ich, by przeszli na waszą służbę. Dajcie im odpowiednie wskazówki i dbajcie o nich. W taki właśnie sposób rekrutuje się podwójnych agentów i korzysta z ich usług. Właśnie za pośrednictwem podwójnych agentów można werbować i wykorzystywać agentów tubylczych i wewnętrznych. Bierze się to stąd, że podwójny agent wie, kto spośród jego rodaków jest łasy na pieniądze i kto z urzędników niedbale wykonuje swe obowiązki. A tych właśnie ludzi możemy wciągnąć na naszą służbę. W ten też sposób można wysłać do nieprzyjaciela agenta spisanego na stratę, zaopatrzonego w fałszywe informacje, żeby mu je przekazał. Podwójni agenci wiedzą bowiem w jakich dziedzinach nieprzyjaciel może dać się zwieść agentom spisanym na straty, kiedy ci przekażą mu fałszywe informacje. Podobnie dzięki podwójnym agentom, lotni agenci mogą być użyci we właściwym momencie. Władca powinien być w pełni poinformowany o działalności wszystkich rodzajów swych agentów, a wiedzę na ten temat może uzyskać tylko od podwójnych agentów. Oto dlaczego trzeba traktować tych ostatnich z wyjątkową szczodrością. Armia bez tajnych agentów to dokładnie to samo, co człowiek pozbawiony oczu i uszu.  



A NA ZAKOŃCZENIE FORTEL, 
JAKIEGO UŻYŁ CESARZ 
NAPOLEON WIELKI 
W STOSUNKU DO ROSJAN, 
ABY ZMUSIĆ ICH DO PRZYJĘCIA 
BITWY POD AUSTERLITZ
2 Grudnia 1805 r.




 Plan głównodowodzącego rosyjskiej armii - gen. Michaiła Kutuzowa był prosty: nie przyjmować bitwy, cofnąć się i zaczekać na przybycie posiłków zdążającej pod Wiedeń armii Levina Augusta Benningsena (znanemu stąd że swą karierę wojskową zawdzięczał dwóm rzeczom: współuczestnictwie z spisku i zamordowaniu cara Pawła I w marcu 1801 r. co otworzyło drogę do tronu jego synowi - który również był w ten spisek zaangażowany - Aleksandrowi I, oraz swej pięknej małżonce - Marii Buttowt-Andrzejowiczównie, która bardzo spodobała się carowi i uczynił z niej swą kochankę). Zaś młody car, któremu marzyła się sława wojenna, dążył do jak najszybszego  starcia. Rozsądny, stary generał (który czasem przysypiał na naradach wojennych, słuchając tyrad błaznów, którzy swoje szlify generalskie zdobyli nie na polu walki np. właśnie stręcząc swe małżonki carowi), zdołała jednak przekonać cara do nieprzyjmowania bitwy. Aleksander, mimo iż bardzo chciał odnieść wielkie zwycięstwo, które opromieni go sławą wielkiego wodza, zdaje się że zaczął rozważać cofnięcie swych sił i poczekanie na Benningsena. Takie wiadomości dotarły do Napoleona i ten postanowił uczynić wszystko, aby do bitwy jednak doszło. Obawiając się że "ptaszek na uwięzi" zdoła mu się wymknąć, odegrał w sposób mistrzowski prawdziwą komedię, będącą w rzeczywistości klasyczną dezinformacją. 

Otóż 28 listopada 1805 r. wysłał do sztabu cara Aleksandra I swego adiutanta - gen. Rene Savary, który od chwili gdy zsiadł z konia prosił o doprowadzenie do go cesarskiego sztabu i deklarował iż przybył tu prosić o pokój. Jego mina i strój tez nie licowały z godnością, a gdy dotarł przed oblicze cara, prosił go o zawarcie pokoju lub przynajmniej rozejmu. Car (za radą Kutuzowa) postanowił jedynie iż wyśle swojego człowieka do sztabu Napoleona, aby rozejrzeć się w sytuacji i jeśli zajdzie ku temu sprzyjająca okoliczność, omówić warunki rozejmu na warunkach korzystnych dla koalicji anty-napoleońskiej. 29 listopada do obozu Cesarza Francuzów przybył więc książę Piotr Dołgoruki (zaufany cara Aleksandra i wielki zwolennik sojuszu z Prusami, oraz fanatyczny wręcz polakożerca). Przywiózł Bonapartemu (zaadresowane pogardliwie - "Do wodza Francuzów") ultimatum od swego monarchy. Napoleon wyszedł mu naprzeciw i powitał go z radością, zapraszając do swego namiotu. Był blady, zmęczony i brudny - widać było na nim oznaki lęku. Napoleon poprosił Dołgorukiego o odpowiedź cara na jego propozycję zawarcia pokoju. Dołgoruki zaczął więc w niezwykle ostrych słowach odczytywać carskie ultimatum, a na każdą propozycję rozmowy, reagował waląc pięścią w stół i krzycząc że car żąda bezwarunkowej kapitulacji (notabene, Cesarz musiał mieć z tego niezły ubaw). Napoleon próbując ułagodzić rosyjskiego posła, zaproponował że jest gotów wycofać się z Austrii, pod warunkiem wszakże że car uczyni to samo. Gdy jednak Dołgoruki żądał oddania nie tylko Austrii, ale także Włoch, Niderlandów i Belgii, Cesarz Napoleon zakończył rozmowę z idiotą.

W drodze powrotnej, rosyjski bojar mógł zobaczyć iż Francuzi rzeczywiście nie sposobią się do walki. Widać bowiem było że zwijają namioty i gotują się do odwrotu. Gdy Dołgoruki wrócił do siebie, natychmiast poinformował cara o wszystkim co widział i co słyszał we francuskim obozie. Stwierdził iż Bonaparte jest przygnębiony i myśli już tylko o pokoju, pragnie jednak wyjść z niego z twarzą, ale jego wojsko przygotowuje się do ucieczki. Radził też carowi by  - jeśli chce zwyciężyć, to właśnie teraz jest ku temu najlepszy moment. Aleksandra nie trzeba było długo przekonywać, a rady Kutuzowa by nie podejmować walki i cofnąć się do granicy pruskiej, car wyśmiał i uznał za "defetystyczne". Odsunął też starego generała od wszelkich decyzji i sam przejął dowodzenie armią. Cel został więc wykonany w sposób mistrzowski, a "ptaszek" jakim był Aleksander już teraz nie mógł się wymknąć. Do bitwy doszło 2 grudnia 1805 r. od wsią Sławkowo (Austerlitz) w Czechach. Zakończyła się ona całkowitym zwycięstwem Bonapartego, a klęska Rosjan i Austriaków była totalna (gen. Langeron pisał po bitwie: "Widziałem już różne klęski, ale takiej nie mogłem sobie nawet wyobrazić"). Rosyjska i austriacka armia w praktyce przestała istnieć. Aleksander uciekł z pola bitwy z takim zapałem że pozostawił w tyle całą swoją przyboczną świtę. Napoleon zaś po bitwie powiedział do swych żołnierzy: "Żołnierze (...) Pokazaliście im, że łatwiej nas wyzwać i grozić nam, niż zwyciężać z nami (...) Żołnierze (...) wystarczy, że powiecie: "Walczyłem pod Austerlitz", a usłyszycie "Oto bohater!" Zwycięstwo pod Austerlitz jest uznawane za jedno z największych arcydzieł taktycznych w historii wojen, niewielu pamięta jednak że poprzedzone zostało równie niezwykłym fortelem, który to zwycięstwo umożliwił.


MOŻNA BY WIĘC POWIEDZIEĆ:

 
CHAPEAU BAS - SIRE    


 



CDN.

poniedziałek, 20 maja 2019

HUMOR MIODOWYCH LAT

KILKA WYBRANYCH FRAGMENTÓW

SERIALU KOMEDIOWEGO 

"MIODOWE LATA"


Pamiętam czasy gdy ten serial rozśmieszał mnie do łez (prawdę powiedziawszy coraz częściej powracam do zarówno starych komedii jak i kreskówek - jest to bowiem dość łatwy i przyjemny sposób zresetowania umysłu). Dlatego też postanowiłem poświęcić mu oddzielny temat. Serial "Miodowe lata" wszedł na ekrany po raz pierwszy w 1998 r. i dość szybko zyskał dużą popularność (podobnie jak "Świat według Kiepskich" czy "Rodzina Zastępcza"). Przygody dość "korpulentnego" motorniczego - Karola Krawczyka i jego przyjaciela, pracownika miejskiej kanalizacji - Tadeusza Norka, którzy co jakiś czas wymyślają "genialny sposób" na szybkie dorobienie się, aby ich żony - Alina i Danuta były szczęśliwe, a w międzyczasie doświadczają szeregu kłopotów (często z sprowokowanych z ich winy), które te plany całkowicie eliminują. Zabawny, prosty i swobodny serial komediowy, pozwalający odsapnąć i delektować się czystym humorem. Zapraszam:







BIZNESOWY LIST DO MURZYNÓW


0:10 - "TO MUSI BYĆ POWAŻNY BIZNESOWY LIST, PISAŁEŚ KIEDYŚ BIZNESOWY LIST? A JESZCZE DO MURZYNÓW!"

1:35 - "NAJUKOCHAŃSZY MURZYNIE"
"USTALMY COŚ, TY GO KOCHASZ?"
"CO TY, CZY JA WYGLĄDAM NA KOGOŚ KTO KOCHA MURZYNA?"

2:40 - "W PIERWSZYCH SŁOWACH MEGO LISTU DONOSZĘ, ŻE JESTEM ZDROWY, JAK TEŻ I MOJA ŻONA ALINA"
"PO CO TY MU PISZESZ ŻE JESTEŚ ZDROWY?"
"A UWAŻASZ ŻE ON BY ROBIŁ INTERESY Z CHORYM? (...) TADEK, NIECH TEN MURZYN WIE, ŻE JA LUBIĘ MURZYNÓW"

13:00 - "DAS IST MOJA ŻONA, KOBIETEN MACHEN. MIZIU-MIZIU, BUZI-BUZI"

14:50 - "MOJA MIEĆ TRUDNOŚCI Z PRZELEWEM"
"CHĘ"

15:30 - "TWOJA, DAĆ MOJA EINE ŁAPÓWKA, VERSTEHEN? EINE KOPERTÓWEN"






 KUCHARZ PRZYSZŁOŚCI


(KAROL I TADEUSZ W REKLAMIE TELEWIZYJNEJ OTWIERACZA DO WSZYSTKIEGO)


0:15 - "MUSIMY DOJŚĆ DO PERFEKCJI, JA CIEBIE ZNAM, TY JESTEŚ NERWUS, JAK TYLKO WEJDZIEMY NA ANTENĘ OD RAZU WSZYSTKO ZAPOMNISZ. POWINIENEŚ SIĘ USPOKOIĆ - SPÓJRZ NA MNIE"
"JA SIĘ W OGÓLE NIE DENERWUJĘ. CO TO TAKIEGO JEST WYSTĄPIĆ W TELEWIZJI..."

5:00 - "WIESZ KAROL, CHYBA TROCHĘ ZACZYNAM SIĘ DENERWOWAĆ. JAK TY MOŻESZ BYĆ TAKI SPOKOJNY?"

10:10 - "JUŻ ZARAZ PUSZKA BĘDZIE BZYKNIĘTA"

10:55 - "A JEŻELI MOJA ŻONA DANUTA, OGLĄDA MNIE TERAZ I JAK WRÓCĘ DO DOMU POWIE MI: "A NIE MÓWIŁAM!", TO JĄ NORMALNIE UDUSZĘ" 






NA NOWEJ DRODZE ŻYCIA


(ŚLUB KOLEGI Z PRACY)


2:15 - "SKORO STASZEK ŻENI SIĘ Z SIOSTRĄ ALINY TO ZNACZY ŻE BĘDZIEMY MIELI WSPÓLNĄ TEŚCIOWĄ. WYOBRAŻACIE SOBIE JAK NAS TO ZBLIŻY?"

3:15 - "MAŁŻEŃSTWO TO NIE JEST LOTERIA - NA LOTERII CZASEM SIĘ WYGRYWA"

4:15 - "A ZAKLEPALIŚCIE JUŻ SOBIE JAKIEŚ MIESZKANKO?"
"Z TYM NA SZCZĘŚCIE NIE MUSIMY SIĘ SPIESZYĆ, PO POWROCIE Z PODRÓŻY POŚLUBNEJ ZAMIESZKAMY U RODZICÓW AGATKI"
"JEZUS, MARIA - STASZEK, OPAMIĘTAJ SIĘ (PAMIĘTASZ Z DZIECIŃSTWA TAKĄ BAJKĘ O CZERWONYM KAPTURKU? WILK TEŻ NA POCZĄTKU BYŁ SYMPATYCZNY"

5:15 - "STARY, CO Z CIEBIE ZA MĘŻCZYZNA, CO? UWAŻAJ, TERAZ TAKIE CZASY ŻE BABOM CAŁKIEM SIĘ W GŁOWACH POPRZEWRACAŁO. MUSISZ OD POCZĄTKU POSTAWIĆ SPRAWĘ JASNO KTO RZĄDZI W TWOIM DOMU - TY I TYLKO TY!"
"ALE AGATCE BARDZO ZALEŻY, JA NIE CHCĘ SIĘ Z NIĄ SPIERAĆ"
"JAK NIE CHCESZ SIĘ Z NIĄ SPIERAĆ, TO PO CO SIĘ Z NIĄ ŻENISZ?"

9:10 - "ZAWSZE SPOKOJNY I KOCHANY, CZEGO BYM NIE ZROBIŁA - NA WSZYSTKO SIĘ ZGADZAŁ. AŻ TU NAGLE JAKBY COŚ GO OPĘTAŁO!"
"A CO ON TAKIEGO ZROBIŁ?"
"POWIEDZIAŁ ŻE NIE BĘDZIE MIESZKAŁ Z TEŚCIAMI, ŻE TO ON JEST PANEM DOMU I ŻE TO ON BĘDZIE RZĄDZIŁ! A POTEM ZACZĄŁ MÓWIĆ COŚ KOMPLETNIE BEZ SENSU, COŚ O CZERWONYM KAPTURKU I WILKU"





 ROBOT KUCHENNY


(KAROL I ALINA ZATRUDNIAJĄ POKOJÓWKĘ)


0:10 - "JESTEŚMY NA MIEJSCU"
"TO JEST TO POMIESZCZENIE DLA SŁUŻBY? JAK TAK, TO REZYGNUJĘ"
"TO MY TUTAJ MIESZKAMY...

2:50 - "PANI JADWIGO!"
"CO JEST?"
"KTOŚ PUKA"
"NIECH PAN OTWORZY. TO PEWNIE KTOŚ DO PANA, MOI JESZCZE NIE WIEDZĄ ŻE TU JESTEM"
"TO JEST CZĘŚĆ PANI OBOWIĄZKÓW!"

3:25 - "DODAJE KLASY DOMOWI"

5:35 - "CZY PANI MOŻE PRZEJŚĆ DO CZĘŚCI JADALNEJ?"

6:50 - "JA JESTEM PANI PANEM DO CHOLERY!"
"MÓJ PAN? A TO CI PANISKO? JEDEN GRUBOL A DRUGI GŁUPOL! DOSYĆ TEGO - ODCHODZĘ!"

10:00 - "CO TU ZROBIĆ ŻEBY ALA WRÓCIŁA I ZNÓW ZAJĘŁA SIĘ DOMEM? MAM! JAK MYŚLISZ NA CO NAJŁATWIEJ ZŁAPAĆ KOBIETĘ? NA KOMPLEMENTY! JAK TYLKO ALA WRÓCI DO DOMU, POWIEM ŻE WYGLĄDA JAK GWIAZDA FILMOWA, ZOBACZYSZ OD RAZU WEŹMIE SIĘ ZA PODŁOGĘ"

12:25 - "WIĘC PRZYZNAJESZ ŻE PROWADZENIE DOMU TO JEST BARDZO CIĘŻKA PRACA? ŻE KOBIETA NIGDY NIE ODPOCZYWA? DOBRZE, TYLKO PAMIĘTAJ ŻADNYCH AWANTUR JAK NIE ZDĄŻĘ CZEGOŚ ZROBIĆ!"






TO TYLE NA DZIŚ, NA KONIEC JESZCZE PIOSENKA BOCZKA Z SERIALU "ŚWIAT WEDŁUG KIEPSKICH"


DOBREJ NOCY




 
 

niedziela, 19 maja 2019

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. XV

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII

ISTNIAŁ MATRIARCHAT?


IV

KOBIECY SENAT i

RZYMSKI MATRIARCHAT

(218-235)

Cz. VII




RZĄDY JULII MAMEI

(226-235)

Cz. V


 NADCIĄGA PERSKA APOKALIPSA
 Cz. IV





"NAJLEPSZE DLA CZŁOWIEKA BYŁOBY SIĘ NIE URODZIĆ"
CZYLI BEZNADZIEJNOŚĆ I NADZIEJA GRECKIEJ RELIGII


Jaki jest sens życia człowieka, według antycznych poetów greckich? Bardzo prosty - człowiek - czyli "stworzenie jednego dnia" (jak pisze Simonides), doświadcza w ciągu życia jedynie: "nędzy, żałoby i starości", po czym umiera i wszystko się kończy. Co prawda śmierć niczego nie rozwiązuje, bowiem cierpienie i rozpacz nie kończy się z chwilą utraty życia, ale i tak do pewnego stopnia jest lepsze niż życie tu, na Ziemi. Pewna matka prosi boga Apollina, aby w nagrodę za jej pobożność, dał dwojgu jej dzieciom największy dar, jaki może zesłać bóg. Bóg wysłuchuje jej modlitwy i dzieci... natychmiast umierają - ale umierają nie cierpiąc, stąd zarówno Sofokles, Teogonis jak i Pindar głosili iż: "najlepszym dla człowieka byłoby się nie urodzić, a jeśli to już się zdarzyło, to umrzeć tak szybko, jak to jest możliwe" (m.in.: "Edyp w Kolofonie" - Sofoklesa). Śmierć jednak nie jest żadnym wyjściem z sytuacji i realnie niczego nie rozwiązuje. Mało tego, po śmierci wcale nie ma żadnej "boskiej sprawiedliwości", żadnej nadziei na błogosławieństwo czy zbawienie ze względu na swą pobożność czy dobre uczynki człowieka, jakimi obdarzał innych ludzi za swego życia. Dostęp dusz na Pola Elizejskie o Wyspach Błogosławionych nawet nie wspominając, był możliwy nie za swe dobre uczynki a za... koniunkturalność, trzeba po prostu spełniać ofiary dla bogów (to jest nadrzędna i najważniejsza sprawa), nigdy też nie wolno obrażać bogów (myślą ani słowem). Bogowie bowiem nigdy nie uderzają w tych, którzy dopuścili się winy wobec nich, więc jest szansa że wiodąc życie zgodne z wyżej wymienionymi prawidłami, wejdzie się po śmierci do Elizjum miast na szare, piaszczyste i monotonne Łąki Asfodeli, gdzie dusze błąkają się bez celu i sensu, licząc na to że żywi wesprą je ofiarami. Innymi słowy celem człowieka według poetów, którzy interpretują religię grecką, jest po prostu: "Żyj i pozwól żyć", kochaj życie, czerp z niego pełnymi garściami póki masz młodość, zdrowie, korzystaj z przyjemności ciała i ducha. Składaj ofiary bogom i nigdy ani myślą ani czynem w niczym im nie uchybiaj i oczywiście nie daj się opętać moirze.

Moira bowiem opętuje człowieka pychą i zuchwałością, przez co staje się on głuchy i ślepy na wszelkie argumenty boskie i ludzkie. Pycha ogarnia bowiem człowieka i niszczy go od środka, tak jak tego nieszczęsnego Tymoteusza syna Konona, który miał wielkie szczęście i powodzenie w swych politycznych i wojskowych posunięciach. Ale gdy wdzięczni mu Ateńczycy przekazali mu w darze obraz, na którym Tymoteusz śpi, a Fortuna za niego łowi miasta do sieci, ten (wróciwszy z wygranej bitwy) i niezadowolony z owego obrazu i przedstawionej w nim własnej roli, wyraził się do współobywateli tymi oto słowy: "Ale w tej bitwie, Ateńczycy, Fortuna z pewnością nie ma żadnego udziału". Wkrótce potem szczęście go opuściło i popadł w taką niełaskę u ludu, że utracił cały swój majątek i został z Aten wygnany niczym pachołek. Tak właśnie dzieje się z ludźmi, którzy nie szanują bogów i którzy dają się omotać moirze, sądząc iż wszystkie zasługi są dziełem jedynie ich samych. Tak więc bogom należy się bezwzględny szacunek i posłuszeństwo, nie wolno ich nie tylko obrażać, ale zbrodnią jest także niewiara w nich. Każdy, komu udowodniono w antycznej Grecji "bezbożność" - ten umierał straszną śmiercią. Przekonała się o tym niejaka Fryne z beockich Tespiai. Ta urodzona w 371 r. p.n.e. w ubogiej rodzinie dziewczyna, już jako dziecko znalazła się w Atenach, gdzie aby przeżyć, parała się zbieraniem i sprzedażą kaparów oraz ziół na Agorze lub na targu na Limnae, nieopodal Lenaionu i Dionysionu. Tam właśnie wypatrzył ją ów Praksyteles - ateński rzeźbiarz, który wziął ją do siebie i uczynił z niej swoją modelkę i kochankę. Fryne ponoć była prostą i cnotliwą dziewczyną, nosiła suknie zakrywające całe ciało i wstydziła się obnażyć. Lecz dla Praksytelesa stała się muzą i inspiracją do dalszej pracy. Jego dzieło "Afrodyta z Knidos", było zainspirowane właśnie Fryne, a bogini otrzymała jej twarz i ciało. Podobnie z obrazem: "Afrodyta wyłaniająca się z morskiej toni", gdzie Fryne (tak jak owa sławna Ursula Andress, która jako "dziewczyna Bonda" w filmie "Dr. No" z 1962 r. wyłoniła się z morza w samym bikini, czym sprowokowała modę właśnie na taki strój kąpielowy, bowiem wcześniej kobiety wstydziły się pokazać na plaży w tak skąpym "wdzianku"), została sportretowana zupełnie nago, jako bogini wyłaniająca się z morskiej piany.




 Wkrótce Fryne stała się heterą dla tych, którzy potrafili dużo zapłacić za jej wdzięki. Hetery były luksusowymi damami do towarzystwa, zapewniającymi mężczyznom przyjemność nie tylko cielesną, ale przede wszystkim intelektualną (nie musiały to być dziewczyny wykształcone - jak choćby Leoncja, kochanka Epikura - wystarczyło jedynie mieć pewną ogólną wiedzę na temat różnych literackich i artystycznych kwestii, aby podjąć dyskusję. Ale przede wszystkim liczył się uśmiech, erotyka tańca i gra na instrumentach). Hetera bowiem (czyli "towarzyszka" - innymi słowy luksusowa prostytutka), miała dostarczać swym klientom przede wszystkim strawy duchowej, zwykły cielesny akt seksualny mogli oni dostać od przydrożnych "porne" ("kurwa"). Ale oczywiście nie jest prawdą, że skupiała się tylko i wyłącznie na tym. Ona była po prostu innego rodzaju prostytutką i do jej roli należało też zaspokojenie klientów w sposób seksualny (na greckich czarach i wazach z drugiej połowy VI, V i IV wieku p.n.e. są ukazane różne etapy miłosnych uniesień klientów z heterami, od delikatnych pieszczot i rozsuwaniu szaty "towarzyszki", przez seks grupowy aż do sadomasochistycznych, często brutalnych stosunków - hetery są w tych scenach pokazywane jako całkowita własność swoich klientów i mają służyć wyłącznie ich zadowoleniu - jak choćby: wykrzywiona twarz, postawa na czworaka z wypiętą pupą lecz twarz zawsze zwrócona w stronę klienta lub na klęczkach). Przeczy to powszechnie panującemu przekonaniu że hetery były to kobiety wykształcone i cenione, bowiem te, którym udało się zbić ogromny majątek i go utrzymać - doprawdy były bardzo nieliczne - raczej były one traktowane jak co prawda luksusowe, ale jednak prostytutki i często sprowadzane (podczas stosunku) do podrzędnej roli o niewolniczym charakterze. Fryne zyskała wielką popularność wśród klientów, gdyż preferowała naturalizm i skromność. Ubierała się (jak poprzednio) w suknie zakrywające większość ciała, nie nosiła makijażu i chroniła swą skórę od promieni słonecznych, co powodowało że miała jasną cerę (niezwykle wówczas pożądaną). Być może przychylała się do opinii innej hetery, zamieszczonej we "Wspomnieniu o Sokratesie" Ksenofonta, w którym owa dama zwierza się drugiej w jaki sposób uwieść mężczyznę: "Najlepiej możesz zalotników zwabić przez cnotliwe zachowanie, później pozornie im ulegać, a potem znowu stać się nieprzystępną, aż zaczną cię mocno pożądać". Fryne w każdym razie dość szybko stała się najpopularniejszą ateńską heterą.

Popularność szybko przerodziła się w zamożność, a piękna Fryne zakupiła wygodny dom w Atenach i pewną liczbę niewolników (często zdarzało się tak, że te z heter, które zdobyły majątek, zakupywały młode niewolnice i zamieniały je w prostytutki dla swych dawnych klientów, którzy je odwiedzali w domach - tak czyniła np. sławna Teodora, żyjąca w czasach Sokratesa, czy Nikarete - była niewolnica, która po wyzwoleniu sama skupowała niewolnice i przyuczała je do roli prostytutek dla gości odwiedzających ją w domu). Nago można ją było ujrzeć tylko raz w roku, podczas święta ku czci Posejdona w Eleusis, gdy zdejmowała szaty i wchodziła do wody. Lubiła się zresztą myć - pewnego razu w gronie innych kobiet-heter podczas sympozjonu dla klientów (bowiem niekiedy hetery organizowały sympozjony w swoim, damskim gronie, gdzie piły wino i nie musiały krępować się męską obecnością), zaproponowała by każda z nich obmyła twarz wodą. Efekt tego był taki, że tamtym zszedł cały makijaż, co wyglądało nieestetycznie, natomiast ona wciąż była piękna. Dzięki swej urodzie i walorach ciała zbiła olbrzymi majątek. Zaoferowała nawet iż odbuduje zniszczone przez Aleksandra Wielkiego mury Teb (zniszczenie miasta za próbę buntu miało miejsce w 335 r. p.n.e. na rok przed inwazją na Persję). Ale żądała by umieścić na bramie napis: "Zniszczone przez Aleksandra, odbudowane przez kurtyzanę Fryne". Władze Teb odmówiły jej tego. Jej sposób postępowania i pewność siebie, wkrótce zraziły doń Ateńczyków (nawet jej dawnych klientów). Była bowiem dumna i stawała się nieprzystępna. Wreszcie wytoczono jej sprawę o bluźnierstwo bogom oraz bezbożność. Jak już wspomniałem, było to bardzo poważne oskarżenie, które z reguły kończyło się wyrokiem śmierci. Fryne bronił sławny mówca Hypereides, a ona w tym czasie siedziała w swym domu i oczekiwała na wynik (kobiety nie miały prawa osobiście stawić się w sądzie, nawet we własnej sprawie). Proces jednak się toczył w niekorzystnym dla hetery kierunku a areopagici (sędziowie Areopagu), byli zdecydowani uznać ją winną i skazać na śmierć. Wówczas Hypereides, który nie miał już żadnych argumentów przemawiających na jej korzyść, polecił ją sprowadzić na Areopag, po czym publicznie obnażył ukazując jej ciało i zwrócił się do sędziów tymi słowy: "Czy takie ciało zasługuje na śmierć?" Została uniewinniona, ale odebrano jej cały majątek. Tak więc poprzez swą pychę i ona utraciła przychylność bogów (jak twierdzili starożytni).




Także skoro bogowie wyznaczają człowiekowi los życia na tej pełnej cierpienia i trosk ziemi, ten powinien przyjąć to ze zrozumieniem i oddając cześć bogom, jednocześnie żyć pełnią życia i rozwijać swój umysł oraz ciało. Kanon greckiego piękna został wytworzony również pod wpływem świadomości ludzkiej niemocy w stosunku do woli bogów i tego że tak naprawdę człowiek nie jest w stanie nic zmienić z własnej przyczyny a może tylko i wyłącznie uzyskać boże błogosławieństwo swymi czynami, mądrością lub... pięknem (przykład hetery Fryne). Bogów można było bowiem obrazić na wiele sposobów, więc gdy obraza była jawna (jak w przypadku chociażby ograbienia świątyni Apollina w Delfach przez wysłanego z armii Lucjusza Korneliusza Sulli, niejakiego - Kafisa z Focei, który płacząc na kolanach przepraszał za to świętokradztwo kapłanów świątyni (amfiktionów), a w liście do Sulli twierdził że słyszał dźwięk liry Apolla, przez co nie może wykonać tego świętokradczego zadania. Sulla odpisał mu iż: "Muzyka jest symbolem radości, a nie smutku" i stwierdził że bóg z radością oddaje mu swoje skarby. Dopiero obawa przed karą za niewykonanie rozkazu i list Sulli zrobiły swoje, Kafis wypełnił zadanie ograbienia świątyni. Ciekawą kwestią jest również antyczne budownictwo. Zauważmy że  jedynymi budowlami, które przetrwały i zachowały się po dziś dzień są głównie budynki świątyń. Co ciekawe starożytni budowali sobie wspaniałe pałace i domy, zaś do dnia dzisiejszego bardzo niewiele informacji o nich zostało, natomiast o kształcie greckich świątyń wiemy dziś bardzo dużo, właśnie ze względu na zachowane budynki. Należy bowiem pamiętać że od czasów starożytności, przez średniowiecze i aż do XIX wieku, jedynymi naprawdę trwałymi i mającymi przetrwać wieki budowlami, były budowle sakralne (od pięknie ozdobionych antycznych świątyń, po strzeliste katedry średniowiecza). Człowiek żył w zasadzie tak, aby nie obrazić bogów (boga) i większość jego życia była skierowana na kwestie religii i wiary. Dopiero w XIX wieku zaczęło się to powoli zmieniać (ale należy też pamiętać że wraz z tą zmianą, która służyć miała ludziom, pojawiły się też bardzo negatywne tendencje, których ani starożytność ani średniowiecze nie znały, czyli pojawienie się typowo antyludzkich i antyspołecznych systemów totalitarnych, takich jak marksizm, komunizm, nazizm a obecnie feminizm, genderyzm i ideologia LGBT).



ORFIZM
CZYLI TAJEMNICA ZBAWIENIA 

    


   
ORFEUSZ - GRECKI CHRYSTUS?


 Było to na prawie trzynaście wieków przed narodzinami Jezusa Chrystusa w Betlejem, w czasie gdy bitny słowiańsko-aryjski lud Gorów/Dorów zmierzał ku południowym ziemiom Hellady, w czasie gdy na tron Egiptu wkraczał sławny faraon Ramzes II Wielki, w czasie gdy lud Apiru (pokryci piachem), zwany również Ibri (Hebrajczycy) cierpiał niewolę egipską i gdy żył ich prorok - Mojżesz, w czasie gdy na Bliskim Wschodzie wzrastała potęga zarówno Hetytów jak i Asyrii i wreszcie w czasie gdy Indie grzęzły w swym mrocznym okresie Kali-Yaga. W maleńkiej Tracji (która notabene jako ostatnia kraina ze wszystkich bałkańskich, została wchłonięta do Imperium Rzymskiego, stało się to dopiero za rządów cesarza Klaudiusza w 46 r.), toczył się bezpardonowy konflikt pomiędzy kapłanami słońca i księżyca. Dominowali ci drudzy, którzy skupieni byli wokół świetnych orszaków bóstw żeńskich. Ale coraz silniej napierali kapłani solarni, ze swoim kosmogonicznym panteonem głównych męskich bogów. Nie była to tylko walka religijna, to była walka ideologiczna i światopoglądowa. Dominowali (jak wspomniałem) kapłani bóstw księżycowych, dla których w tym pasterskim i góralskim ludzie, drewniane świątynie wznoszono w lasach i dolinach, zaś kapłanki miały tam niezwykle silną, wręcz dominującą pozycję (np. kapłanki bogini Hekate władały całymi plemionami trackich: Pesalgów, Edonów, Trausów, Petów i Apsyntów). W swych świątyniach odprawiały one tajemne kulty i składały swej bogini ofiary. Pewien taki zwyczaj został opisany w hymnach orfickich, a polegał na lubieżnym tańcu kapłanek, odzianych w skromne szaty - tańczyły one wokół wizerunku swej bogini. Na owe misteria sprowadzani byli wybrani mężczyźni, którzy po ich dokonaniu mieli przysiąc iż będą służyć bogini i jej kapłankom (tak zapewne zdobyły one władzę w owych plemionach). Po zakończeniu tańców, kapłanki rzucały się na mężczyznę, powalały go i żądały by przysiągł wierność bogini, po czym odbywały z nim stosunek seksualny. Jeśli ów mężczyzna odmówił, był składany w ofierze Hekate.

W ten sposób byli też zabijani uprowadzeni kapłani bóstw solarnych, których świątynie ulokowane były w górach lub na wyżynach. Kapłanki Hekate dominowały nad wieloma ludami Tracji, potrafiły też oswajać dzikie zwierzęta i wykorzystywać je do walki ze swymi przeciwnikami. Wówczas to zjawił się w Tracji pewien niezwykle przystojny młodzian o jasnych włosach. Żył on przez pewien czas wśród trackiego ludu a kapłanki Hekate pragnęły go pozyskać dla swych obrzędów. Jednak w jakiś czas potem ów młodzieniec znikł i uważano że zginął. On jednak opuścił Trację i udał się do Egiptu, gdzie zasięgnął rady tamtejszych kapłanów memfickich. Przeszedł misteria i po dwudziestu latach powrócił do Tracji pod imieniem - Orfeusz ("ten, który uzdrawia światłem"). Udał się do świątyni Dżeusa (potem starosłowiański trzon "" został zamieniony na "Z") na górze Kaukaion, gdzie tamtejsi kapłani powitali go z rozpostartymi ramionami. Ten swym śpiewem i naukami przyciągnął większość Traków do kultów solarnych (to właśnie Orfeuszowi przypisywali starożytni Grecy ustanowienie kultu Zeusa w Tracji i Apollina w Delfach). Jest on też uznawany za założyciela amfiktioni i kultów misteryjnych. Dzięki jego staraniom kult Hekate został zapomniany a kapłanki musiały opuścić Trację i przenieść się do Azji Mniejszej. Tyle mówi mit, choć nie jest on oczywiście pełny, ale nim do tego przejdę kilka słów wyjaśnienia o początkach orfizmu. Otóż po raz pierwszy Orfeusz pojawia się w greckiej literaturze u Ibikosa z Region (żyjącego w VI wieku p.n.e.). Następnie wspomina o nim Pindar - twórca liryki chóralnej (również VI wiek p.n.e.). Następnie zaś Ajschylos (VI-V wiek p.n.e.) ubogaca jego wizerunek, jako przystojnego młodzieńca grającego na lirze w otoczeniu ptaków, dzikich zwierząt i trackich górali. Mimo iż jego postać pojawia się oficjalnie w Helladzie dopiero od VI wieku p.n.e., nie może ulegać wątpliwości iż był on czczony w Tracji znacznie wcześniej, jako lokalne bóstwo solarne, co najmniej od XIII wieku p.n.e. 




Orfeusz jest też (co będę starał się pokazać) przedstawimy jako takie przeciwieństwo dotychczasowych, okrutnych bogów, jako ktoś, dzięki któremu człowiek może dostąpić zbawienia i wejść nie tylko do Elizjum, ale również na Wyspy Błogosławionych. Nim jednak do tego przejdę, kilka słów mitu na temat Orfeusza jaki również istniał w Grecji. Otóż był on ponoć synem boga Apollona i jego muzy - nimfy Kalliope (postać Orfeusza jest potem często łączona z kultem Apollina). Orfeusz był muzykiem - grał na kitarze, lirze i formindze, a poprzez swoje pieśni nauczał o naturze świata, roli bogów oraz celu życia człowieka i nadziei jaką jest nieśmiertelna dusza. Pieśni orfickie były śpiewane potem w świątyniach Zeusa na górze Kaukaion, Apollina w Delfach i w świątyni Demeter w Eleuzis (a także zdaje się że w świątyniach Dionizosa), jedna z nich brzmiała następująco: "Zawrzyj się w głębi duszy własnej, aby wznieść się do Źródła wszechrzeczy, do wielkiej Trójcy, promieniejącej w Eterze niepokalanym. Niech ogień myśli twojej strawi twoje ciało, oderwij się od materii jak płomień oddziela się od drzewa przezeń spalonego. Wówczas duch twój wzleci do czystego eteru pra-przyczyn wiekuistych", inna zaś pieśń brzmi: "Wyjawię ci tajemnicę światów, duszę natury, istotę Boga. Oto główne arkana: Jedna istota króluje w głębinach niebios i w przepaściach Ziemi, Zeus gromowładny, Zeus nieuchwytny. W nim wszystko zawarte: rada głęboka, nienawiść potężna i miłość przesłodka (...) Tchnienie rzeczy, ogień nieposkromiony, pierwiastek męski i żeński, Król, Moc, Bóg, wielki Mistrz". Orfeusz jest mężem Eurydyki, która umiera a on z żalu po niej, udaje się do Hadesu aby wyzwolić stamtąd ukochaną. Tam udaje mu się przekonać pięknem swej muzyki zarówno Hadesa jak i jego małżonkę - Persefonę, by oddali mu żonę. Stawiają oni tylko jeden warunek, Eurydyka będzie prowadzona z Hadesu za Orfeuszem przez Hermesa, ale jemu przez całą drogę, aż do świata żywych, nie wolno się za nią obejrzeć. Niestety, miłość do kobiety jest silniejsza i Orfeusz odwraca głowę, co powoduje że traci swą małżonkę na zawsze. Teraz swą miłość do Eurydyki przekuwa na miłość do Apollona - swego ojca, dla którego codziennie wyśpiewuje pieśń na górze Pangaios (w Tracji). Zazdrosny o to iż słońce Orfeusz utożsamia z Apollem a nie z nim, wysłał Dionizos okrutne menady, które go na tej górze rozszarpały a jego członki rozrzuciły na różne strony świata (głowa, która wciąż śpiewała - ciśnięta została aż do Hebronu). Potem muzy, wysłane przez Apollina, pozbierały wszystkie części jego ciała, złożyły w jedno i pochowały w masywie Olimpu na Leibethria. Tyle sam mit.

Lecz ów mit to jedno, a drugie to rozwój orficyzmu, będącego uzupełnieniem i dopełnieniem religii greckiej. Rozwój kultu Orfeusza ma oczywiście związek z misteriami o których opowiem szerzej w kolejnej części, teraz chciałbym się skupić na samej koncepcji religijnej jaka głoszona była przez orpheotelestai (wtajemniczających w orfizm). Przede wszystkim orficy przykładali duże znaczenie do słowa pisanego, do ksiąg zwanych "pismami orfickimi" i "wierszami orfickimi". Jest to wykładnia orfizmu - poznanie ksiąg i zawartych w nich nauk. A owe nauki brzmiały następująco: 1) Dusza jest nieśmiertelna. Ukarana jednak za pierwotną zbrodnię wobec Boga, została dusza zamknięta w więzieniu, jakim jest ciało ("soma"). Innymi więc słowy, to nie życie jest prawdziwym stanem natury ludzkiej duszy a właśnie śmierć, która jest prawdziwym Życiem. Natomiast nasza egzystencja w ciele na Ziemi przypomina bardziej śmierć, gdyż jesteśmy zamknięci w ciasnej powłoce, niczym w grobie. Dusza ma do spełnienia na Ziemi pewien cel i jeśli się z niego nie wywiąże, zostanie osądzona i odpowiednio ukarana. Kara ta jednak nie jest nieskończona i po pewnym czasie dusza ponownie zjawia się na Ziemi w innym ciele (co znaczy że orfizm zakładał istnienie reinkarnacji). I tak się dzieje aż do osiągnięcia przez duszę ostatecznego Wyzwolenia i dostąpienia Wysp Błogosławionych. 2) Wegetarianizm - orficy i pitagorejczycy wyznawali zasadę iż ciało zwierzęcia również posiada duszę, która poprzez swą drogę także dąży do Wyzwolenia. Nie należy więc jeść mięsa które posiada duszę (orfik Empedokles twierdził że zabijając zwierzę, czuje się jakby zabijał kogoś sobie bardzo bliskiego). Orficy występowali również jako ci, którzy pragną przywrócić równowagę między ludźmi i bogami, zachwianą przez "grzech Prometeusza". Prometeusz bowiem zabijając wołu i dzieląc mięso na ołtarzu ofiarnym na dwie części (część dla ludzi i dla bogów), dopuścił się grzechu (ofiarowując bogom gorszą część - pełną kości - przykrytą jednak tłuszczem), czym podzielił jednych i drugich, a bogowie przez to ukarali ludzi, zsyłając na nich wszelkie możliwe nieszczęścia zamknięte w puszce, którą otworzyła niejaka Pandora. 3) Inicjacja jako droga ku zbawieniu i Wyzwoleniu duszy. Powstaje tutaj bardzo rozbudowana eschatologia i wiara w misteryjne (dostępne tylko nielicznym) zbawienie i nieśmiertelność duszy. O tym wszystkim jednak (orfickiej "Rapsodii", nowej eschatologii uzupełniającej grecką religijność i apollińskiej "ekstazie" - opowiem już w kolejnej części).         







 CDN.