Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 10 kwietnia 2022

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. XXVIII

NAJWAŻNIEJSZE I (NIEKIEDY)

NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI

GWAŁTÓW W HISTORII

 


 

145 r. p.n.e.

GWAŁT NA WESELU

Cz. XIV







 BÓG Z ODLEGŁEJ KRAINY
Cz. XIV
 
 
 
TEBAŃSKA REWOLUCJA

 

"DZIECI OSZUKUJE SIĘ KOSTKAMI DO GRY, 
A LUDZI DOROSŁYCH PRZYSIĘGAMI"

LIZANDER 
 
 
 Teby były największym, najludniejszym i najsilniejszym miastem Beocji, stąd bez wątpienia to właśnie ono stanęło na czele powstałego w połowie VI wieku p.n.e. Związku Beockiego, zrzeszającego miasta zamknięte granicą, otoczoną dokoła górami (prócz południowego wschodu), Zatoką Koryncką od zachodu, jeziorem Copais od północy, doliną rzeki Asopus od południa i Cieśniną Chalkidycką od wschodu. Nie wszystkie jednak miasta tej żyznej krainy (Beocja w starożytności słynęła z uprawy zbóż, hodowli koni, bydła oraz owiec, a ponieważ była dokoła otoczona górami, nie docierał tutaj południowo-zachodni zefir, co powodowało że lato było tam upalne, a zimy mroźne) pragnęły przyłączyć się do Związku będącego pod hegemonią Teb. Takim polis były choćby Plateje, które - aby nie zostać zmuszonym do wejścia do Związku - już w 519 r. p.n.e. zawarły przymierze z Atenami (potem Plateje były prawdziwym utrapieniem dla Tebańczyków i źródłem ciągłych konfliktów). Pierwotnym ustrojem politycznym Teb (już po upadku lokalnych księstewek), była dynasteia (czyli oparty na prawie ustrój arystokratyczny), ale już na początku V wieku p.n.e. władzę przejęła kilkuosobowa klika, która w 480 r. p.n.e. (podczas inwazji króla Kserksesa na Grecję) otwarła bramy przed Persami i wybrała zależność od Króla Królów, niż walkę u boku Aten i Sparty (notabene wówczas dwa miasta Beocji opowiedziały się przeciw Persom, były to Tespie i Plateje). Potem Tebańczycy usprawiedliwiali się - słysząc oskarżenia Ateńczyków i Lacedemończyków, iż nie przyłączyli się do Związku Panhelleńskiego przeciw Persji i wybrali niewolę oraz hańbę - iż to nie była ich wola, bowiem nikt ich o nic nie pytał, a decyzję o wpuszczeniu Persów do Teb podjęły władze rządzącej wówczas miastem oligarchii. Sęk w tym, że Tebańczycy wówczas rzeczywiście nie chcieli walczyć z Persami i woleli przetrwać w łagodnej niewoli, niż polec jako wolny Hellen. Dopiero po zwycięstwach Greków pod Salaminą i Platejami, Tebańczycy przyłączyli się do Związku Panhelleńskiego. Będąc narażeni na ciągłe mieszanie się Aten w sprawy Beocji (poprzez wspieranie Platei), Teby opowiedziały się po stronie Sparty, jako gwaranta ich niezależności, oraz przetrwania Związku Beockiego. Tak też było podczas Piuerwszej Wojny Peloponeskiej (z lat 460-451 (446) p.n.e.), co w 457 r. p.n.e. doprowadziło do ateńskiej inwazji na Beocję i rozwiązania Związku Beockiego. Okupacja tej krainy przez Ateńczyków trwała ponad dziesięć lat, do czasu podpisania pokoju trzydziestoletniego (446 r. p.n.e.). Wówczas Związek ponownie został reaktywowany i przetrwał aż do pokoju Antalkidasa (387/386 r. p.n.e.), gdy Tebańczycy znów zostali zmuszeni - tym razem przez Spartan, swych dotychczasowych sojuszników - do rozwiązania Związku, po tym jak przedstawiciel Teb zadeklarował że reprezentuje wszystkie beockie polis, a przeciwko czemu ponownie zaprotestowały Plateje.

W Związku Beockim panowała dość duża niezależność poszczególnych polis, tak, iż każde z miast członkowskich miało nawet prawo bicia odrębnej monety. Nie wszystkie miasta były też wolne, niektóre bowiem zależały od swych "większych braci" (jak choćby Mykalessos, które było zależne od Tanagry, czy Cheroneja zależna od Orchomenos). Na czele Związku stała Rada, złożona z sześćdziesięciu członków, a także każde miasto (prócz tych, które były zależne od wyżej wymienionych) dysponowały jednym przedstawicielem, zwanym beotarchą, który stał na czele czterech rad miejskich (bowiem nie istniało Zgromadzenie Ludowe jak w Atenach, czy innych demokratycznych polis, a poza tym prawo wyborcze było uzależnione w miastach Beocji od wysokości majątku i tylko najbogatsi mieli prawo mienić się obywatelami). Taki ustrój zbliżał Tebańczyków i Beotów do Spartan, a rządząca oligarchia finansowo-arystokratyczna obawiała się ateńskich wpływów i "eksportu demokracji" z Attyki, stąd Teby w obu wojnach peloponeskich stanęły przeciwko Atenom i po stronie Lacedemonu. W czasie Drugiej Wojny Peloponeskiej uzyskali dzięki temu kilka sukcesów politycznych i militarnych, jak choćby doprowadzili do zniszczenia przez Spartan Platei w 428 r. p.n.e; w 413 r. p.n.e. po zdobyciu przez Spartan Dekelei, Tebańczycy przechwycili uciekającą z miasta ludność i zamienili ją w niewolników; następnie w 412 r. p.n.e. zawładnęli Oropos - miastem w północno-wschodniej Attyce, które co prawda musieli opuścić po zakończeniu wojny (404 r. p.n.e.), ale ponownie je zajęli w 402 r. p.n.e. i ostatecznie przyłączyli je do Teb. Klęska Aten w Drugiej Wojnie Peloponeskiej otworzyła przed Tebami szereg możliwości, a sojusz z Lacedemonem stwarzał okazję zdobycia hegemonii w całej środkowej Grecji, dlatego też Teby były jednym z najgorliwszych zwolenników całkowitego zniszczenia i spalenia Aten. Sparta jednak nie zgodziła się na tak ostateczny krok, a dodatkowo nie wyraziła zgody na utwierdzenie tebańskiej hegemonii w północnej Attyce i nakazała wycofać się Tebańczykom do Beocji. To był cios, którego Tebańczycy nie spodziewali się ze strony swego długoletniego sojusznika i doprowadził do zmiany w dotychczasowej polityce miasta. Tak oto bowiem Tebańczycy ze zdecydowanych zwolenników zniszczenia Aten, stali się gorliwymi zwolennikami ateńskiej demokratycznej opozycji, która musiała zbiec z Attyki po zainstalowaniu tam przez spartańskiego wodza - Lizandra oligarchicznych rządów Trzydziestu Tyranów, którym przewodzili: Kritiasz, Drakonides i Teramenes. Była to prawdziwie rewolucyjna zmiana w polityce Teb, gdyż do tej pory Ateny należały do najbardziej zagorzałych wrogów tego beockiego miasta.

Jednak brak zgody Lacedemonu na utwierdzenie tebańskiej hegemonii w środkowej Grecji, podziałał tam jak zimny prysznic i odtąd Teby sprzeciwiały się jakimkolwiek wojennym planom Sparty. Mimo to, stronnictwo prospartańskie - na którego czele w ostatnich latach Wojny Peloponeskiej stanął niejaki Leontiades - było wystarczająco silne, aby po 404 r. p.n.e. krytykować kierunek w którym zmierzała tebańska polityka, czyli zbliżenia Teb z Atenami (zwano to "attyzowaniem" miasta). Zwolennikiem wsparcia ateńskiej demokratycznej opozycji i sojuszu z Atenami (ale tylko taktycznego, bez zbytniego zbliżenia w formie sojuszu politycznego, gdyż wciąż obawiano się, aby nie doszło do "eksportu demokracji" i aby lud tebański nie zapragnął również u siebie wprowadzić tej formy ustrojowej), był zaś Ismenias. To właśnie dzięki niemu miasto tak łaskawie i hojnie przyjęło ateńskich emigrantów politycznych, uciekających przed krwawą tyranią Kritiasza (niektórzy twierdzą że również początkowy etap budowy oligarchii ateńskiej pod przewodnictwem Teramenesa odznaczał się podobnym terrorem co potem, ale wydaje się że to nieprawda, gdyż do momentu zawezwania do Aten spartańskiego garnizonu przez Kritiasza i jego stronnictwo, system ewoluował jeszcze w kierunku demokracji nieradykalnej, nieco przypominającej ustrój wprowadzony w 507 r. p.n.e. przez Klejstenesa, ewentualnie przez Solona w 594 r. p.n.e. - który to Ateńczycy nazywali "ustrojem przodków". Degeneracja systemu rozpoczęła się z chwilą wkroczenia do Aten lacedemońskiego wojska i nienawiści, jaką Kritiasz obdarzał wszystkich zwolenników demokracji. Zapewne było to związane z jego długoletnim wygnaniem z Aten, co wyrobiło w nim przekonanie o słuszności celu, jakim było zniszczenie demokracji i powrót do "ustroju przodków". Problem polegał jednak na tym, że Kritiasz przebywając w Sparcie, rzeczywiście stał się zwolennikiem lacedemońskiej hegemonii i twierdził iż: "Najpiękniejszym ustrojem jest ustrój Sparty" i pociągał za sobą swych stronników z tajnych oligarchicznych heterii). Po zdobyciu władzy w Atenach i wsparciu spartańskiego garnizonu stacjonującego na Akropolu, Kritiasz poczuł się panem życia i śmierci swych rodaków, a długie wygnanie (które spędził w Tesalii i w Lacedemonie) odcisnęło na nim głębokie pragnienie zemsty za lata upokorzeń. Już po wejściu Spartan na Akropol, Kritiasz ułożył listę 3000 ludzi którzy mieli zachować prawa obywatelskie, a całej reszcie nakazano oddać wszelką posiadaną przez nich broń, aby się nie zbuntowali (ci, którzy odmawiali oddania broni, musieli albo uciekać z miasta, albo stawali przed sądem który skazywał ich na śmierć). Gdy zaś w październiku 404 r. p.n.e. Kritiasz postanowił skazać na śmierć bogatych metojków (ludność napływowa, mieszkająca w Atenach, ale nie posiadająca praw politycznych), ostro sprzeciwił się temu właśnie Teramenes (należący do frakcji "liberalnych" oligarchów). Wówczas Kritiasz oskarżył go o zdradę (czyli sprzyjanie demokracji), a gdy ten stanął przed Radą Pięciuset aby się oczyścić z zarzutów, Kritiasz - obawiając się że Rada go uniewinni - skreślił Teramenesa z listy obywateli i skazał go na śmierć (Kritiasz utworzył bowiem bojówki, które terroryzowały miasto i wyszukiwały ukrywających się demokratów, one to wykonywały całą "brudną robotę" w doprowadzaniu obywateli przed sąd i wykonywaniu wyroków śmierci. Często jednak nie czekali na wyrok i sami - używając pał - bili złapanego nieszczęśnika, aż ten wyzionął ducha).




Od tej chwili Kritiasz i jego heteria stali się prawdziwymi władcami Aten, ustanawiając takie prawa, jakie uważali iż są zgodne z "ustrojem przodków" (a należy pamiętać, że Ateńczykom ten "ustrój przodków" często się mylił i zapytani chyba nie wiedzieliby jak go dokładnie zdefiniować, niektórzy bowiem wywodzili go od Solona, inni od Klejstenesa, a jeszcze inni uważali że już w prawach Drakona z 621 r. p.n.e. były początki owego ustroju). Po zgładzeniu Teramenesa niektórzy demokraci zaczęli uważać go za kogoś w rodzaju męczennika reżimu Kritiasza, ale większość dobrze pamiętała, że to właśnie Teramenes  stał za pierwszymi donosami i oskarżeniami składanymi przez Agarotosa i innych sykofantów (czyli ludzi żyjących z wnoszenia oskarżeń lub szantażowania tych, których podejrzewano o sympatie demokratyczne). Teramenes był postacią tragiczną (choć wydaje się że bardziej przypominał takiego Gomułkę, który znacznie odróżniał się od stalinowskiego reżimu Bieruta i przynosił nieco oddechu i "naszą małą stabilizację" - jak to się mówiło w latach 60-tych), ale z pewnością nie był zdrajcą (jak Kritiasz, który swą władzę związał całkowicie z Lizandrem i Spartanami), ale jednocześnie był zwolennikiem całkowitej zmiany tej demokracji, którą w 462 r. p.n.e. wprowadzili Efialtes i Perykles, a była to bowiem demokracja radykalna, nie uznająca żadnego innego ustroju (aby zrozumieć jak silne było przywiązanie Ateńczyków do tego ustroju, szczególnie zaś we flocie, warto zauważyć, że prawie połowa ateńskich okrętów wojennych nosiła nazwę "Demokratia", była to więc z punktu widzenia Kritiasza prawdziwa walka z wiatrakami, ale niestety walka krwawa, gdzie trup ścielił się gęsto). Należy jednak dodać, że Ateńczycy V wieku - choć oczywiście o demokracji mówili i pisali - ale przede wszystkim na opisanie ustroju peryklesowego, używali określenia isonomia (czyli równość praw politycznych), lub isokratia (równość władzy), ewentualnie - choć bardzo rzadko - isogonia (równość urodzenia). Najczęściej jednak mówiono o isonomii (a to dlatego, że w V wieku p.n.e. słowo "demokrata" w ustach zwolenników "ustroju przodków" brzmiało mniej więcej jak "anarchista". Dopiero w IV wieku p.n.e. demokracja stała się nie tylko ustrojem panującym, ale prawdziwą religią, zaś w 333 r. p.n.e. posąg bogini Demokrati stanął w centralnym miejscu na Pnyksie, gdzie obradowało Zgromadzenie Ludowe obywateli; stał tam obok posągów Solona oraz Klejstenesa. Co ciekawe Peryklesowi i Efialtesowi nigdy tam takich posągów nie wystawiono).

W każdym razie krwawa tyrania Kritiasza doprowadziła do licznej emigracji Ateńczyków, którzy to głównie uciekali do Megary, Argos i Teb. Tam też rodził się opór, gdyż to właśnie z Teb wyruszył w styczniu 403 r. p.n.e. Trazybulos ze Stejrii wraz z 70 wygnańcami i zdobył twierdzę Fyle (kiedyś oglądałem zrekonstruowane umocnienia tej twierdzy i muszę powiedzieć że aż dziwne że zdobyli oni ją w 70 osób, chyba że załoga po prostu się poddała i przyłączyła do rebelii), leżącą na północ od Aten na wzgórzu nieopodal doliny Pentelikonu. Tak też rozpoczęła się ateńska wojna domowa demokratów z oligarchami (czy też niepodległościowców pragnących odnowić "dawne, dobre czasy" ze zwolennikami utrzymania lacedemońskiej kontroli nad miastem i Attyką). Po zajęciu twierdzy Fyle, Trazybulos utworzył tam obóz dla demokratów, którzy teraz nie musieli już uciekać do innych polis, mogli bezpośrednio zasilić korpus demokratów, którzy przysięgli sobie ukarać Kritiasza i wszystkich jego zwolenników oraz pomagierów. Bardzo szybko siły demokratów wzrosły dziesięciokrotnie, a wówczas Trazybul zszedł na równinę Pentelikonu i tam zmierzył się z wysłanymi przeciwko niemu siłami oligarchów, wspartymi przez nieduży oddział Spartan. Bitwę tę wygrał i teraz to on zmusił Kritiasza do zamknięcia się w mieście (a należy pamiętać, że Ateny wówczas pozbawione były murów obronnych, które zniszczono na polecenie Lizandra zaraz po kapitulacji miasta w 404 r. p.n.e.). W maju 403 r. p.n.e. Trazybulos dokonał śmiałego czynu i pod osłoną nocy wkroczył do Pireusu, który szybko opanował. Teraz odciął Kritiasza i jego zwolenników od dostaw drogą morską - czyli główną, jaką do miasta dostarczano zaopatrzenie w żywność. W Pireusie dołączyli do niego nowi zwolennicy walki o odrodzenie Aten i wyrwanie ich z "lacedemońskich kleszczy" (potem, już po odrodzeniu demokracji odróżniano "ludzi z Fyle" od "ludzi z Pireusu", czyli tych, którzy dzielili trudny los w czasie gdy groziło prawdziwe niebezpieczeństwo ze strony oligarchów i Spartan, od tych, którzy dołączyli gdy sprawa była już właściwie wygrana). Kritiasz, zdając sobie sprawę że jego władza upadnie, gdy ludzie nie będą mieli co jeść, zmobilizował ateńską jazdę (w której upatrywał ostoję rządów oligarchicznych, podobnie jak ostoją demokracji były załogi ateńskich okrętów wojennych) oraz hoplitów i skierował ich do boju o odzyskanie Pireusu, czyli na obsadzone przez demokratów wzgórze Munichii. Aby dodać im odwagi, postanowił walczyć u ich boku, w pierwszym szeregu. Atak jednak był nierozważny, gdyż Kritiasz nacierał wąską drogą pod górę w zwartym szeregu, co sprawiało że hoplici byli doskonałym celem dla obrońców i pierwsze szeregi nacierających padły pod ciosami strzał, włóczni oraz kamieni miotanych z Munichii. Gdy pierwszy kurz bitewny opadł, okazało się jednak, że wśród poległych jest sam Kritiasz.




W obozie oligarchów powstało zamieszanie - co czynić dalej? walczyć, wycofać się do Aten, a może iść w kierunku Eleusis i tam oczekiwać na pomoc Sparty? Demokraci wystosowali odezwę do oligarchów, nawołując by złożyli broń, a ze swej strony obiecując darowanie im życia i powrót do czasów "jedności Aten" (demokraci twierdzili że dość już wylano ateńskiej krwi i bracia powinni teraz zjednoczyć się bez względu na przekonania polityczne, a wszystkiemu winne były knowania Lacedemonu). Oligarchowie poddać się nie zamierzali, o jedności nawet nie myśleli - zdając sobie sprawę że gdy tylko złożą broń, swój los złożą na łaskę i niełaskę dotychczasowych nieprzyjaciół, a wtedy hasła o jedności mogą być tylko zwykłymi frazesami. Podzielili się więc na dwie grupy - pierwsza umiarkowana - postanowiła wycofać się do Aten i tam, przy wsparciu spartańskiego garnizonu dalej kontynuować ewentualną obronę miasta. Druga grupa składała się z radykałów pokroju Kritiasza, którzy postanowili wycofać się na północ, do Eleusis i tam oczekiwać dalszej pomocy ze strony Lacedemonu (zabrali ze sobą również ciało swego przywódcy oraz innych poległych oligarchów i pochowali je, wystawiając nagrobek z napisem: "Tu leżą dzielni mężowie, którzy na czas krótki spętali butę ludu Aten przeklętego" (swoją drogą, coś w typie Żakowskiego i jego słów: "PO będzie pilnowała, aby biedota nie przeżarła 500 plus"). Ci oligarchowie, którzy wrócili do Aten, rozpoczęli odbudowę umocnień ateńskich murów obronnych, lecz ich prace - choć intensywne - były spóźnione, bowiem jesienią 403 r. p.n.e. Trazybulos podciągnął machiny oblężnicze pod miasto. W tym czasie oligarchowie słali poselstwa do Sparty z prośbą i apelem o natychmiastową pomoc. W sierpniu 403 r. p.n.e. (pomimo początkowej niechęci) spartańscy eforowie przyznali oligarchom z Aten 100 talentów pożyczki, a także wysłali Lizandra z najemnikami, oraz jego brata Libysa ze spartańską flotą, na odparcie ataku i zmuszenie demokratów do odwrotu. Lizander podszedł pod Pireus i obległ miasto, czekając aż samo skapituluje, blokowane od strony morza również przez Libysa. Demokratom ponownie w oczy zajrzało widmo porażki, ale wówczas z odsieczą przyszli im sami Spartanie, którzy obalili Lizandra, odwołując go z powrotem do Sparty (a byli to niechętni jego wpływom lacedemońscy królowie - Pauzaniasz i Agis), dowództwo nad wojskiem pod Pireusem objął zaś król Pauzaniasz osobiście. Próba zerwania oblężenia skończyła się porażką demokratów i gdy już wydawało się, że sprawa odrodzenia demokracji jest przegrana, sam Pauzaniasz wysłał list do Trazybulosa by wystąpił do niego z prośbą o rozejm, a jednocześnie namawiał oligarchów w Atenach by doszli z demokratami do porozumienia (Pauzaniasz był przeciwnikiem Lizandra, a co za tym idzie również i jego wielkomocarstwowej polityki i uważał że Sparta powinna skupić się tylko na określonych, najważniejszych celach, aby zapewnić sobie dominację w Helladzie, a nie zalać całą Grecję lacedemońskimi harmostami, którzy lokalnym mieszkańcom będą mówili co mogą, a czego im nie wolno uczynić). 

Trazybul nie miał wyjścia i musiał pójść na kompromis. Wyjścia nie mieli również oligarchowie z Aten, którzy zgodzili się rozwiązać Kolegium Dziesięciu (które rządziło miastem) i powołano nowe Kolegium, złożone już po części z demokratów. Wszystko to odbywało się pod kontrolą Spartan - jako rozjemców - którym Trazybul, w ramach umowy, musiał oddać również Pireus. Wkrótce przybyła do Aten delegacja piętnastu spartiatów, którzy mieli zadecydować o przyszłym kształcie Attyki i podzielili ją na dwa państwa. Pierwsze - oligarchiczne, rządzone z Eleusis, a drugie - demokratyczne z Aten. Demokraci i oligarchowie wzajemnie przysięgli dochować między sobą pokoju, zwrotu Sparcie długów i wspierania Lacedemonu w polityce zagranicznej. Oczywiście, jak to było potem pisałem już w poprzednich częściach, w każdym razie demokracja w Atenach została przywrócona, skodyfikowano nowe prawa (403-399 p.n.e.) ostatecznie określając ustrój Aten jako demokratyczny (a raczej radykalnie demokratyczny, czego ofiarą padł w 399 r. p.n.e. sam Sokrates, oskarżony o "psucie młodzieży" i zadawanie niewygodnych pytań). Oligarchów z Eleusis zaś zwabiono podstępem do Aten - niby to na rozmowy o ponownym zjednoczeniu - a następnie brutalnie ich wszystkich wymordowano, kładąc kres istnieniu oligarchicznego polis na północy (401 r. p.n.e.). Tak oto ateńska demokracja stała się nie tylko systemem politycznym, ale ideologią polityczną, a z czasem również religią, dla której każde odstępstwo od zasady równości władzy i praw politycznych, oraz wolności słowa, czyli parrhesi (Eurypides w "Błagalnicach" nazywa wolnością, prawo do przemawiania przed ludem na Zgromadzeniu Ludowym) karane było infamią i wygnaniem, a w niektórych przypadkach również i karą śmierci. Notabene jako ciekawostkę dodam, że Ateńczycy swoje okręty najczęściej nazywali właśnie: "Deomkratia", "Eleutheria" (czyli "Wolność"), oraz właśnie "Parrhesia".




Wracając zaś do Teb, to pomoc, jakiej udzielili demokratycznym uchodźcom ateńskim (z Trazybulosem na czele) ludzie ze stronnictwa Ismeniasa, a szczególnie po odzyskaniu władzy i odrodzeniu demokracji w Atenach - zaważyło bardzo mocno na tebańskiej polityce. Oto bowiem już w 396 r. p.n.e. (gdy król Sparty - Agesilaos wyprawiał się do Azji Mniejszej na wojnę z Persją, o czym już zresztą pisałem w poprzednich częściach), Beoci odmówili wysłania swych żołnierzy na tę wojnę, a nawet uniemożliwili Agesilaosowi złożenie ofiary w Aulidzie (tam, gdzie według legendy Grecy składali ofiary przed wyprawą na podbój Troi). To już była jawna wrogość pomiędzy dotychczasowymi sojusznikami. Kolejne lata (o których nie ma sensu pisać, bo opisywałem je w poprzednich częściach) to dalsze pogłębianie się tej wrogości, aż do podpisania Pokoju Antalkidasa (zwanego też Pokojem Królewskim), w którym Tebańczycy zostali zmuszeni do rozwiązania Związku Beockiego. Wówczas też (ok. 386 r. p.n.e.) Spartanie pozwolili uchodźcom platejskim udać się do tego zniszczonego czterdzieści lat wcześniej (przez Spartan) miasta, i je odbudować pod opieką Lacedemonu. Dominacja Sparty wydawała się niepodzielna, co spowodowało że w 385 r. p.n.e. Tebańczycy wysłali kontyngent swoich wojsk, do spartańskiego ataku na Mantineję. Wydawało się że Teby są zastraszone i spacyfikowane, ale gdy w 382 r. p.n.e. Sparta zażądała wysłania kontyngentu na wojnę z Olintem i Związkiem Chalkidyckim, Teby wówczas powiedziały "nie". W tym czasie ponownie do władzy doszło anty-spartańskie stronnictwo Ismeniasa i gdy Fojbidias ruszał na północ, by spacyfikować Olint, Leontiades zaprosił go do Teb (o czym również pisałem poprzednio), a jego ludzie nocą otworzyli bramy miasta i wpuścili lacedemońskie wojsko, które szybko obsadziło Kadmeę (czyli tebański akropol). Co prawda Fojbidias został potem ukarany niewielką grzywną za ową samowolę, ale ogólnie uznano w Sparcie że "dobrze przysłużył się ojczyźnie". Lacedemon uznał więc fakty dokonane, a Leontiades rozpoczął swe rządy w Tebach, zaś jego pierwszą decyzją było postawienie przed sądem Ismeniasa, którego oskarżył że trzynaście lat wcześniej przyjął pieniądze od Timokratesa, wysłannika satrapy Frygii - Farnabazosa, czyli de facto od Persów. Skazano go za to na śmierć. Zwolennicy Ismeniasa czym prędzej uchodzili teraz z Teb, kierując się głównie do Aten, gdzie liczono na zrewanżowanie się za dawną pomoc udzieloną ateńskim demokratom. Tak też się stało, następcy Ismeniasa, pod przewodnictwem Androkleidasa, a szczególnie "młodych wilczków" (następne pokolenie) czyli Melona, Epaminondasa i Gorgidasa - szykowali się w Atenach do zbrojnego powrotu, odzyskania władzy i przepędzenia stamtąd Lacedemończyków. Czekali tylko na okazję, która ów cel by urzeczywistniła i okazja taka się przytrafiła w grudniu 379 r. p.n.e. gdy Leontiades i jego zwolennicy szykowali się do odprawienia zwyczajowego sympozjonu, dla uczczenia końca roku urzędowego. 

Urządzono wówczas wspaniałe święto, na którym nie zabrakło ani wina, ani jadła, ani też pięknych heter, które przygrywały ówczesnym władcom Teb do libacji. Ten fakt postanowili wykorzystać zbiegli Tebańczycy, którzy w przebraniach powrócili do miasta i dostali się do sali biesiadnej, w której świętowali ludzie Leontiadesa. Ponieważ nikt nie spodziewał się ataku, zarówno władze, jak i wojsko żywo uczestniczyli w święcie, co znaczy że duża część z nich była pijana owej nocy, gdy do sali biesiadnej elity tebańskiej władzy, weszli zwolennicy zamordowanego Ismeniasa. Ponieważ drzwi do owej sali wciąż się otwierały i wchodziły coraz to nowe osoby, przeto ich pojawienie się nie wzbudziło niczyich podejrzeń. Usiedli więc w bliskiej odległości od swych ofiar, krótko przypatrując się całej sytuacji, po czym wyjęli sztylety i... jeden po drugim mordowali pijanych polemarchów - stronników Leontiadesa. Szybko okazało się też, że jego samego nie było na sali, więc ruszono do jego domu, gdzie go pochwycono i również zamordowano (jego małżonkę i dzieci oszczędzono). Szybko też rozniosły się po mieście krzyki przerażonych osób, którzy krzyczeli że właśnie wymordowano wszystkich polemarchów - czyli władze miejskie. Stronnicy zamordowanych uchodzili na Kadmeę, do Spartan, licząc na to że tam ujdą z życiem. Lacedemoński kontyngent stacjonujący w Tebach był dość duży, liczył sobie bowiem 1500 żołnierzy, ale spartański wódz - Herippidas uważał że siły te są niewystarczające i czym prędzej posłał po wsparcie do Platejów i Tespiów. Siedząc na wzgórzu Kadmei, żołnierze co prawda mieli wodę (płynęło tam źródełko, które wychodziło bezpośrednio ze skały), gorzej jednak było z jedzeniem, a gdy - po paru tygodniach oblężenia - do Teb przybyły dla zamachowców posiłki z Aten, spartański wódz uznał że nie zdoła utrzymać się w mieście i zaproponował zamachowcom - którzy już wówczas stworzyli nowe władze - że odda im Kadmeę, pod warunkiem jednak bezpiecznego wymarszu dla siebie i swych żołnierzy, na co tamci wyrazili zgodę. Miasto było teraz w rękach frakcji pro-ateńskiej (lub raczej bardziej poprawnie należałoby stwierdzić: anty-spartańskiej), ale było pewne, że Lacedemon tej sprawy nie zostawi i spartańscy hoplici zjawią się tu ponownie, aby odebrać Tebom wolność, tak jak miało to już miejsce z Mantyneją, Fliusem i Olintem. Rozpoczęto więc zakrojone na szeroką skalę przygotowania do obrony miasta. A tymczasem spartański dowódca - Herippidas, który oddał Kadmeę bez walki i ze swymi żołnierzami dotarł do Sparty - został skazany przez eforów na karę śmierci za swoje tchórzostwo. Skazano również jego poprzednika - Arkissosa, a trzeciego - Lisandriasa wygnano. Jednocześnie do Teb wysłano armię spartańsko-najemniczą, dowodzoną przez młodego króla Kleombrotosa I. Wyglądało więc na to, że wszystko się rozstrzygnie pod murami Teb, które pragnęły wolności, podobnie jak dwadzieścia lat wcześniej wolność swą odzyskały Ateny. 



  
 CDN.
 

czwartek, 7 kwietnia 2022

HUMOR NASZ CODZIENNY - Cz. II

W TYM SMUTNYM CZASIE TRZEBA

ZNALEŹĆ NIECO MIEJSCA NA

PRZYNAJMNIEJ CHWILĘ RADOŚCI

 
 
 
 
RÓŻNICA MIĘDZY OPTYMISTĄ A PESYMISTĄ
 

 

 
 KTO PIERWSZY ZŁAPIE 😂
 

 
WYRODNA MATKA
 







 


 
😅
 
 
 
 
A NA KONIEC DOWCIP:
 
 
SYNEK, PO PRZECZYTANIU MU PRZEZ MAMĘ BAJKI NA O SUŁTANIE, STWIERDZIŁ ŻE JAK DOROŚNIE TO TEŻ ZOSTANIE SUŁTANEM I BĘDZIE MIAŁ SWÓJ HAREM PEŁEN DZIEWCZYN.
- JEDNA BĘDZIE ROBIŁA MI ŚNIADANIA, DRUGA OBIADY, TRZECIA KOLACJE, A KOLEJNA BĘDZIE SIĘ ZE MNĄ BAWIŁA - RZEKŁ MATCE.
A Z KTÓRĄ BĘDZIESZ SYPIAŁ? - ZAPYTUJE MATKA
Z ŻADNĄ, MAMO. JUŻ ZAWSZE BĘDĘ SPAŁ TYLKO Z TOBĄ - ODPOWIADA SYNEK.
NIECH CIĘ BÓG BŁOGOSŁAWI - MÓWI MATKA I DODAJE - A Z KIM BĘDĄ SPAŁY TWOJE DZIEWCZYNY?
- MOGĄ SPAĆ Z TATĄ - MÓWI MALEC
NIECH CIĘ BÓG BŁOGOSŁAWI, SYNKU - RZECZE OJCIEC.

 
 

 
 

 
 
DOBREJ NOCY
 

wtorek, 5 kwietnia 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LII

ŻYCIE PO ŚMIERCI -

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 
 
 
POWRACAM DO TEGO TEMATU, PONIEWAŻ SZCZEGÓLNIE DZIŚ, GDY WIDAĆ JAK BARDZO KRWAWI UKRAINA I W JAK BESTIALSKI SPOSÓB MORDOWANI SĄ TAM ZWYKLI LUDZIE - CYWILE, KOBIETY, DZIECI, OSOBY STARSZE - WARTO ZASTANOWIĆ SIĘ NAD KRUCHOŚCIĄ NASZEGO DOCZESNEGO ISTNIENIA. JAKŻE ŁATWO MOŻE SKOŃCZYĆ SIĘ CAŁY ŚWIAT KTÓRY ZNAMY, WSZYSTKIE NASZE PROBLEMY (OCZYWIŚCIE TYLKO POZORNIE, BOWIEM - O CZYM ZRESZTĄ WIELOKROTNIE PISAŁEM NA TYM BLOGU, PODPIERAJĄC SIĘ WŁAŚNIE OPINIAMI LUDZI, KTÓRZY MIELI KONTAKT Z OSOBAMI ZMARŁYMI, LUB PAMIĘTAJĄCYMI SWOJE WŁASNE POPRZEDNIE WCIELENIA - RÓWNIEŻ PO ŚMIERCI NIE ZAPOMINAMY O NASZYCH DOCZESNYCH PROBLEMACH I DOPIERO W CHWILI GDY UDAJEMY SIĘ ZA PRZEWODNIKIEM I PORZUCAMY TEN ŚWIAT RÓWNIEŻ W FORMIE DUCHOWEJ, WÓWCZAS PRZECHODZIMY DO NASTĘPNEGO ETAPU NASZEJ NAUKI). SPÓJRZMY BOWIEM CO MOSKIEWSCY ZBRODNIARZE WYCZYNIAJĄ NA UKRAINIE, SPÓJRZMY NA IRPIEŃ, GDZIE ZAMORDOWANO Z ZIMNĄ KRWIĄ MŁODE DZIEWCZĘTA I KOBIETY, A POTEM PRZEJECHANO PO ICH CIAŁACH CZOŁGAMI. SPÓJRZMY NA BUCZĘ (MIEJSCOWOŚĆ POD KIJOWEM), GDZIE MOSKALE ZAMORDOWALI MIESZKAŃCÓW TEGO KURORTU, A ICH CIAŁA POZOSTAWILI PRZY DRODZE ORAZ W MASOWYM GROBIE (ZUPEŁNIE JAK W 1939 r. CZYNILI NIEMIECCY I SOWIECCY NAJEŹDŹCY, MORDUJĄC SCHWYTANYCH ŻOŁNIERZY I CYWILÓW W MASOWYCH GROBACH PRZY DROGACH, LUB STRZELAJĄC Z SAMOLOTÓW DO UCIEKAJĄCYCH ZE SWYCH DOMÓW LUDZI). MOŻNA BY POWIEDZIEĆ - OT, RUSKI MIR! JAKIM BOWIEM TRZEBA BYĆ CZŁOWIEKIEM, ABY MORDOWAĆ LUDZI Z ZIMNĄ KRWIĄ I GRZEBAĆ W MASOWYCH GROBACH? ZAPEWNE TRZEBA ROSJANINEM (EWENTUALNIE NIEMCEM, BO TO TA SAMA MENTALNOŚĆ NIESTETY, A JEDYNA RÓŻNICA POLEGA NA TYM, ŻE NIEMIECCY ZBRODNIARZE NIE CUCHNĘLI JAK SOWIECKIE CZY ROSYJSKIE ŻOŁDAKI).
 
 

 
WIDZĄC JAK NIEPEWNE JEST NASZE ISTNIENIE, WARTO ZASTANOWIĆ SIĘ PRZEZ CHWILĘ, ŻE MOŻE TO, CO WYDAJE NAM SIĘ TAK WAŻNE NA CO DZIEŃ, WSZYSTKIE TE NASZE DZIENNE SPRAWY ZA KTÓRYMI TAK GONIMY, MOGĄ ZNIKNĄĆ JAK ŚWIECZKA ZGASZONA PRZEZ SILNY PODMUCH WIATRU. I CO WTEDY? CO SIĘ Z NAMI DALEJ STANIE, CZY TO JUŻ KONIEC NASZEGO ISTNIENIA? WYDAJE MI SIĘ - CHOĆ JEST TO TYLKO MOJE PRYWATNE ZDANIE - ŻE ŚMIERĆ JEST WYZWOLENIEM Z DOCZESNOŚCI, Z KŁOPOTÓW I ZMARTWIEŃ, A TAKŻE Z CODZIENNEJ WALKI O BYT, O PRZETRWANIE, CHOĆ OCZYWIŚCIE W ŻADNYM RAZIE NIE POWINNIŚMY SZUKAĆ SPOSOBU "WYRWANIA" SIĘ Z TEGO DOCZESNEGO ŚWIATA (POPEŁNIAJĄC SAMOBÓJSTWO) GDYŻ - NIESTETY - ŻYCIE (TO DOCZESNE, FIZYCZNE, A NIE TO PRAWDZIWE NASZE ISTNIENIE) JEST CZĘŚCIĄ EGZAMINU KTÓRY MUSIMY ZDAĆ, BO JEŚLI NIE TO... BĘDZIEMY MUSIELI POWTARZAĆ KLASĘ, A TEGO NIKT Z NAS ZAPEWNE NIE CHCE. WARTO BOWIEM PAMIĘTAĆ, ŻE NIGDY NIE JESTEŚMY SAMI I ZAWSZE MOŻEMY "ZATELEFONOWAĆ" DO NASZEGO "OFICERA PROWADZĄCEGO" (ŻE POZWOLĘ SOBIE TAK ZAŻARTOWAĆ), LUB ZWRÓCIĆ SIĘ BEZPOŚREDNIO DO NASZEGO "SZEFA" (RODZICIELA) Z PROŚBĄ O POMOC, RADĘ, WYJŚCIE Z TRUDNEJ SYTUACJI - COKOLWIEK. TYLKO MUSIMY UŚWIADOMIĆ SOBIE ŻE TO JEST MOŻLIWE. WSZYSTKO BOWIEM JEST W NASZEJ GŁOWIE, W NASZEJ MYŚLI I TO ONA JEST SIŁĄ SPRAWCZĄ WSZECHŚWIATA (PRÓCZ... MUZYKI, KTÓRA - JAK MI SIĘ WYDAJE JEST BOGIEM LUB CZĘŚCIĄ BOŻEGO ISTNIENIA). WARTO ABYŚMY O TYM PAMIĘTALI NAWET W CHWILI CIĘŻKIEJ PRÓBY LUB ZAGROŻENIA NASZEGO DOCZESNEGO ŻYCIA ORAZ BYTU ROTMISTRZ WITOLD PILECKI, ZAMORDOWANY PRZEZ KOMUNISTÓW W 1948 r. STRZAŁEM KATYŃSKIM W TYŁ GŁOWY, WYDRAPAŁ PRZED SWĄ ŚMIERCIĄ NA ŚCIANIE CELI W KTÓREJ SIEDZIAŁ NAPIS: "ZAWSZE STARAŁEM SIĘ ŻYĆ TAK, ABYM W GODZINIE ŚMIERCI MÓGŁ SIĘ BARDZIEJ RADOWAĆ NIŻ LĘKAĆ" - I JA RÓWNIEŻ PRAGNĄŁBYM TAK ŻYĆ, ABY POTEM, GDY JUŻ PRZYJDZIE ZAKOŃCZYĆ NAUKĘ NA TYM ŚWIECIE, JAK NAJMNIEJ LUDZI MOGŁO PRZEZE MNIE PŁAKAĆ). A PAMIĘTAJMY BOWIEM ŻE ŻYJEMY W PIEKLE TU, NA ZIEMI, I WŁAŚNIE DLATEGO TAK WAŻNE JEST TO, JAKIMI OKAŻEMY SIĘ LUDŹMI W ŚRODOWISKU TAK SKRAJNIE NAM NIEPRZYCHYLNYM. I NA TYM POLEGA NASZA EDUKACJA NA TYM ŚWIECIE I OD TEGO ZALEŻY, CZY UDA NAM SIĘ "ZALICZYĆ" SEMESTR I PÓJŚĆ DALEJ).
 
 

 
 

 I

RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

Cz. II

 
 
 
PAN DELANNAY STAŁ OBOK SWEGO TRUPA
 
 
 
 
 Ciekawe przeżycia z tej dziedziny miała francuska pielęgniarka, Ivona de Vlieger z Rennes w Bretanii. Oświadczyła ona naczelnemu lekarzowi szpitala, w którym była zatrudniona, co następuje. 
 
- Kiedy wczoraj wieczorem przyszłam na nocny dyżur do pana Delannay'a, który był chory na obrzęk płuc, stwierdziłam, że pacjent miał bardzo niespokojny sen. Jęczał, z trudem chwytając powietrze. Rzucał się niespokojnie na łóżku, poruszał rękami jak pływak w wodzie i mruczał pod nosem niezrozumiałe słowa. Miałam wrażenie, jakby chory walczył z jakimiś niewidzialnymi istotami. Dałam mu zastrzyk i pozostałam przy nim, ponieważ w każdej chwili mógł nastąpić zgon. Po zastrzyku pacjent znacznie się uspokoił. Oczy miał zamknięte i zdawał się spać. Nagle poderwał się i usiadł na łóżku. Ręce, które dotychczas trzymał spokojnie na kołdrze, uniósł poziomo, jakby mi chciał coś pokazać.
 
- Tam - jęknął - siostro, niech pani spojrzy. 
 
Myślałam, że pacjent fantazjuje w gorączkowym delirium. Położyłam mu dłoń na czole uspokajającym gestem, lecz on wcale nie bredził w gorączce. Popatrzył na mnie wystraszonym, pytającym wzrokiem.
 
- Co panu jest? - spytałam. 
 
- Czy pani nie widzi? - odparł zdziwiony. - Czy pani nie widzi, jak dookoła mnie wszystko faluje i unosi się? Czy pani nie widzi mgły, jaka mnie otacza? Czuję się coraz lepiej, mija przykry ucisk. Czuję, jak mnie te mgły przenikają, ustępują i znowu zalewają. Mam wrażenie, jakbym leżał kołysząc się na fali rzeki... Nie, jakbym ja sam był jedną z tych fal... Chciałbym... 
 
Chory opadł ciężko na poduszki. Oczy miał znowu zamknięte. Rzężenie w jego umęczonych płucach stało się jakby silniejsze. Musiałam mu zrobić jeszcze jeden zastrzyk, aby złagodzić nieco cierpienia. Minęło może z pół godziny, gdy pacjent zwymiotował brunatne skrzepy kiwi. Wiedziałam, że zbliża się koniec i zastanawiałam się, czy już teraz powiadomić o tym jego rodzinę, gdy nagle odniosłam wrażenie, jakby w pokoju, oprócz pacjenta i mnie, były obecne jeszcze jakieś inne istoty. Odwróciłam się do drzwi przypuszczając, że może ktoś z chorych przyszedł tu z oddziału i chce czegoś ode mnie, lecz nikogo nie spostrzegłam. Zwróciłam się więc ponownie w stronę łóżka chorego i wówczas zobaczyłam coś dziwnego. Dookoła łóżka unosiło się kilka postaci utworzonych jakby z świetlistej mgły. Te mgliste postacie zdawały się być zajęte umierającym pacjentem; nie mogłam się jednak zorientować, co z nim robiły. Niestety, w tej samej chwili rozległ się dzwonek. Musiałam przejść do drugiej sali, gdzie byłam zajęta przez około dziesięć minut u innego chorego. Kiedy powróciłam do konającego pana Delannay'a, przejrzystych postaci już nie widziałam. Przypuszczałam, że pojawiły się one jedynie w mojej wyobraźni i starałam się szybko zapomnieć o tym zdarzeniu. Pan Delannay stał się spokojniejszy, lecz zbladł. Podeszłam do niego i stwierdziłam, że podczas mojej nieobecności skonał. Serce jego już nie biło, a biedne płuca były nieczynne. Zamknęłam mu oczy i zamierzałam właśnie powiadomić o zgonie dyżurnego lekarza, gdy znów odniosłam wrażenie, jakby ktoś stał w pobliżu mnie. Odwróciłam się i z przerażenia zdrętwiałam. Zmarły, którego trup leżał na łóżku, stał przede mną. Zjawa nieboszczyka nie zdawała sobie jednak sprawy z mojej obecności. Z przerażeniem patrzyła na własne martwe ciało leżące na łóżku. Ja również spojrzałam na nieżyjącego pana Delannay'a i w żaden sposób nie mogłam sobie wytłumaczyć tej podwójnej obecności nieżyjącego. Gdy jednak znowu się odwróciłam, aby przemówić do stojącego za mną ducha, ten już zniknął. Jestem przekonana, panie doktorze, że byłam obecna przy opuszczaniu ciała przez duszę.
 
 
 
 JAK DOKTOR CAUSANILLAS PRZECHYTRZYŁ ŚMIERĆ?
 
 
 
 
 Po ukończeniu Uniwersytetu J. Hopkinsa w USA, dr med. Causanillas osiedlił się w miejscowości Monterey w Meksyku, otwierając tam prywatną klinikę. Młody wówczas lekarz zaczął intensywnie zajmować się zagadnieniami przedłużania ludzkiego życia. Szczególnie interesował go problem, w jaki sposób dałoby się ratować ludzi od śmierci, chociażby na jakiś czas. Lekarz wychodził z założenia, że pierwszym objawom śmierci somatycznej (soma po grecku oznacza ciało), jest ustanie czynności serca. Zasadnicza przyczyna takiego stanu tkwi w układzie mózgowym, który na skutek porażenia ośrodków ruchowych rdzenia przedłużonego lub podrażnienia ośrodków unieruchamiających jest przyczyną śmierci fizycznej człowieka, chociaż bodźcem do tego mogły być również inne zaburzenia ludzkiego organizmu. A więc w mózgu lub w sercu także mogą tkwić przyczyny śmierci człowieka. Jeżeli dr Causanillas zamierzał przechytrzyć śmierć i w ostatniej chwili wyrwać jej ofiarę z rąk, musiał dążyć do ponownego wzbudzenia czynności serca, a następnie, o ile mu się to uda, drogą trudnej operacji usunąć porażenie ośrodków ruchowych rdzenia przedłużonego. Pierwsze doświadczenia w tym kierunku dr Causanillas robił z kotami i szympansami. Usypiał zwierzęta mieszaniną eteru z azotem i czekał, aż ich serce przestanie bić. Występowało to zazwyczaj już między piątą a dziesiątą minutą. Wówczas lekarz otwierał martwemu zwierzęciu wenę i robił zastrzyk z płynu zawierającego fizjologiczny roztwór soli, adrenaliny i tlenu. Równocześnie robił masaż serca i przeprowadzał sztuczne oddychanie. Pierwsze doświadczenia w ogóle się nie udawały. Doktor nie potrafił przywrócić do życia ani jednego zwierzęcia, nie mówiąc o podtrzymaniu jego życia. Dopiero, gdy do roztworu dodał trochę wyciągu z wątroby oraz krwi pozbawionej substancji powodujących jej krzepnięcie, doświadczenia zaczęły się udawać. Jednak zwierzęta przywrócone do życia żyły najwyżej po kilka godzin.
 
Wówczas zdarzyło się, że w klinice doktora Causanillasa zmarła pacjentka, malarka, pani Buenavides. Doktor przybył natychmiast, stwierdzając u zmarłej charakterystyczne objawy towarzyszące zgonowi. Ze zdziwieniem skonstatował jednak, że temperatura ciała zmarłej utrzymuje się na stosunkowo wysokim poziomie. Serce co prawda było nieczynne, lecz w pewnej chwili doktorowi zdawało się, że trup jakby westchnął. Możliwe jednak, że przy poruszeniu zmarłej z jej płuc uszło jeszcze nieco powietrza. Możliwe też, że struny głosowe wydały jakiś dźwięk, zmieniając swe napięcie po zgonie. W każdym razie dr Causanillas postanowił zaaplikować zmarłej zastrzyk z poprzednio wymienionej mieszanki. Po iniekcji starał się równocześnie przez dłuższy czas przywrócić pacjentkę do życia poprzez masaż serca i sztuczne oddychanie. Po jakimś czasie serce zaczęło pracę, a chora poruszyła lekko wargami, jakby chciała coś powiedzieć, ale tylko ciężko westchnęła. Po chwili zaczęła szeptać niezrozumiałe słowa, co było dowodem, że nie tylko serce, lecz i mózg zaczyna pracować. Doktor Causanillas pochylił się nad pacjentką, aby móc lepiej zrozumieć jej szept. 
 
- Byłam w nieznanej mi krainie - mówiła pani Buenavides, - jak we śnie. Była to bezgraniczna przestrzeń, której piękność trudno wprost opisać. Chciałabym tam powrócić. Spotkałam tam Carmen Cabezas, Nestora Gutierieza i Franciszka Eseanellasa (jak wykazały późniejsze dochodzenia wymienione osoby już nie żyły). Nie mogłam się jednak do nich zbliżyć. Kiwali mi rękami, aby do nich podejść. Gdy do nich podbiegłam, oni równocześnie oddalili się ode mnie z tą samą szybkością, tak że między nami była zawsze taka sama odległość. Po chwili odległość ta nawet zaczęła się zwiększać, bo nie mogłam za nimi nadążyć. Moim ciałem lub tym co posiadałam, targnął wstrząs. Musiałam przystanąć. To pozwoliło jakiejś energii szarpnąć mną wstecz. Musiałam wejść w coś, z czego już wyrosłam i było dla mnie zbyt ciasne. Równocześnie poczułam jakiś ból (zastrzyk?). Ból ten narastał. Potem obudziłam się i spostrzegłam, że tu leżę. To podziałało na mnie przygnębiająco, panie doktorze. Wolałabym pozostać tam, gdzie byłam. Nie martwię się jednak zbytnio, bo wiem, że zbyt długo nie będę tu przebywać. Tu, na Ziemię, przybyłam na urlop. 
 
Pani Buenavides żyła jeszcze tylko 36 godzin. Potem przeszła do świata, skąd powróciła do nas na chwilę, jak powiedziała "na urlop". Chociaż doktorowi Causanillas nie udało się pacjentki odratować na okres dłuższy niż kilkadziesiąt godzin, nie zniechęcił się do swych doświadczeń. Co do przeprowadzonego eksperymentu był zdania, że odratowanie pani Buenavides może by odniosło trwalszy skutek, gdyby ona sama miała ochotę do życia na naszym świecie. Ponieważ jednak tak nie było, jak wynikało z jej własnej wypowiedzi, doświadczenie z góry było skazane na niepowodzenie, gdyż oprócz umiejętności lekarza, potrzebna jest także i dobra wola pacjenta, jeżeli się chce przechytrzyć śmierć. 
 
Następne doświadczenie dało już wynik bez porównania lepszy. Chodziło tym razem o odratowanie jakiegoś młodego człowieka chorującego na zapalenie wewnętrznych błon serca. Pacjent ten już od dwóch dni był w stanie jakby letargu, ale zabiegi doktora Causanillasa przywróciły go znowu do życia. Ku zaskoczeniu lekarza i ten pacjent także wspominał o jakiejś cudownej krainie, gdzie znalazł się podczas swej pozornej śmierci. Także i on napotkał tam osoby znajome, dawno już nieżyjące. W przeciwieństwie do pani Buenavides wcale nie pragnął pozostać na zawsze po tamtej stronie życia. Może dlatego, że był młody i bardzo przywiązany do życia doczesnego. Doktora Causanillasa ucieszył ten pierwszy, całkowicie pozytywny finał starań, choć zastanowiło równocześnie, że dwaj obcy sobie pacjenci, po przebudzeniu się, opowiadali mniej więcej to samo o jakiejś cudownej krainie na tamtym świecie. 
 
Krótko potem do kliniki dra Causanillasa dostarczono pacjenta, który przez nieuwagę dotknął kabla elektrycznego będącego pod napięciem 380 V. Wypadek zdarzył się w pobliżu kliniki. Lekarz próbował odratować porażonego tradycyjnymi metodami, lecz gdy to nie pomogło, zastosował przeciwuderzenie: umieścił jedną elektrodę na piersiach porażonego, a drugą na jego plecach i włączył prąd o natężeniu kilku amperów. Po trzech godzinach chory został odratowany i odzyskał przytomność. Wówczas lekarz przypomniał sobie, co opowiadali mu o tamtym świecie dwaj poprzedni pacjenci. Spytał więc elektryka o jego przeżycia i wrażenia z tamtego świata.
 
- Kiedy dotknąłem przewodu wysokiego napięcia - zaczął monter - w głowie zabłysła mi jaskrawa błyskawica. Moja głowa zdawała się palić. Gdy to minęło, pomyślałem: nie chcę umierać. I wówczas przewinęły się przed oczami mojej duszy - już teraz nie wiem, równocześnie czy kolejno - obrazy z mego życia. Wszystko to, co minęło, przeżyłem powtórnie. Szedłem więc do kościoła z moją żoną. Ona miała na sobie ślubną suknię i to był dzień naszego wesela. Równocześnie wiosłowałem po rzece Rio Grande. Żona moja była jeszcze panną i nazywała się seniorita Perez. Przed kilkoma dniami zaręczyłem się z nią. W tej samej chwili siedziałem na mule i jechałem do Villanueva. Naprzeciw mnie ukazała się ciężarówka i o mały włos mnie nie przejechała. Jeszcze nie ochłonąłem z przerażenia, gdy mój stary nauczyciel spuścił mi lanie, bo Juanowi Alvaresowi zrobiłem dziurę w głowie, rzucając w niego kamieniem. Wyciągnąłem rękę do przechodzącego Gringo, aby mi dał parę centów. Siedziałem wówczas na kamiennych schodkach rodzinnego domku w Cardona. Miałem około 4 lat. Najciekawsze, że wrażenie błyskawicy oraz myśli, iż nie chcę umierać i szczegóły z mojej młodości prawie że równocześnie stanęły mi w pamięci. I wówczas zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Zaczęło mi się wydawać, że wypadek z prądem wysokiego napięcia był tylko snem. Nagle znalazłem się w domu z żoną i dziećmi. Mówiłem do nich, lecz oni, zdaje się, nie rozumieli mnie. W każdym razie nie tylko, że nikt mi nie odpowiedział, ale wręcz zignorowano moją osobę, jakby mnie nie było. To mnie oczywiście zirytowało. Zmiotłem więc wszystkie talerze ze stołu, tak że spadły na podłogę, po czym zerwałem obraz ze ściany i poszedłem sobie. Przyszedłem tu i nagle stanąłem obok siebie. Zobaczyłem siebie na stole operacyjnym. Ogarnęło mnie przerażenie, z którego się przebudziłem. Był to brzydki sen... 
 
Doktor Causanillas, który - jak wiemy - słyszał już relacje z tamtego świata od dwóch innych pacjentów, a także był oczytany w literaturze z zakresu parapsychologii, wcale nie został przekonany o tym, że to, co opowiadał elektryk było zwykłym snem. Oczywiście, ktoś nie obyty ze spirytyzmem mógł uważać przeżycia elektryka za sen, powstały wskutek błędnych sprzężeń w mózgu, spowodowanych przerwą w dopływie krwi, co wywołało niewłaściwe odżywianie się komórek mózgowych. To znowu mogło być przyczyną nienormalnego funkcjonowania mózgu. Takie mniej więcej byłoby psychobiologiczne wytłumaczenie tego wypadku. Jednakże, jak już powiedziałem, doktor Causanillas był nie tylko lekarzem, ale także parapsychologiem. Nie mógł więc w żaden sposób uwierzyć, że zetknięcie się elektryka z tamtym światem (co nie podlegało dyskusji), było tylko skutkiem wadliwego funkcjonowania komórek mózgowych. W jaki sposób jednak można byłoby stwierdzić i udowodnić, że nie był to sen, lecz fakt? Chyba dałoby się to udowodnić. Przecież pacjent wspominał o tym, że żona i dzieci nie zwróciły na niego uwagi, co go tak zirytowało, że zrzucił na podłogę talerze ze stołu i obraz ze ściany. Tutaj więc był punkt zaczepienia. Rodzina mogła go nie zauważyć, ponieważ udał się do mieszkania nie w swym ciele fizycznym, lecz poszło tam jego ciało astralne. On sam w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, że już nie żyje, jak to się często zdarza w wypadkach nagłej, gwałtownej śmierci. 
 
Aby do końca wyjaśnić to zdarzenie i swoją hipotezę, doktor Causanillas pojechał na przedmieście Monterey, by zobaczyć się z żoną elektryka, która o wypadku męża jeszcze nic nie wiedziała. Gdy zajechał do Cale de Catalunia, przed dom elektryka, usłyszał jak dzieci na ulicy rozmawiają o tym, że w domu montera po południu straszyło. Nagle spadły ze stołu talerze, chociaż nikt się do nich nie zbliżał, a ze ściany spadł obraz, chociaż gwóźdź nie wypadł, a wieszak był dobry. To, co opowiadały dzieci, w pełni potwierdziła żona. Wszystko odbyło się tak, jak rzekomo śniło się elektrykowi. Dla doktora Causanillasa było więc jasne, że przeżycia elektryka nie były snem, lecz faktem. Wszystko zdarzyło się jednak tak nagle, iż elektryk nie zorientował się, że już nie żyje. Był przekonany, że jego ciało fizyczne poszło do domu, a tymczasem było to tylko jego ciało astralne.
 
 
 
 HISTORIA CZŁOWIEKA, KTÓRY ZMARŁ TRZY RAZY
 
 
 
 
 Historia Japończyka Iwao Ischiwata była i jest zagadkowa. Podczas nalotu lotniczego na Kobe w czasie ostatniej wojny został on zasypany pod gruzami zburzonego budynku. Kiedy po kilku godzinach wydobyto go na powierzchnię, jego serce biło już bardzo słabo. Natychmiast zabrano go więc do szpitala i umieszczono na stole operacyjnym. Miał wgniecioną w dwóch miejscach czaszkę i kilka ran ciętych na całym ciele od odłamków bomby. Poza tym niebezpieczne uszkodzenie kręgosłupa. Lekarze byli zdania, że jeżeli uda się go uratować, to i tak na całe życie pozostanie kaleką. Na przekór tym prognozom, odporny organizm Japończyka pozwolił mu nie tylko przetrzymać operację, lecz także szybko powrócić do zdrowia. Wypadek pozostawił jednak ślady: usposobienie poszkodowanego uległo znacznej zmianie. Co się z nim stało? Gdy ktoś chciał z nim porozmawiać o przyczynie tak radykalnej zmiany jego sposobu życia, młody człowiek nie odpowiadał, unikając starannie we wszystkich rozmowach tego tematu. Nie reagował nawet na pytania ojca, co w Japonii uchodzi za szczyt braku dobrego wychowania. Kiedyś jednak zdecydował się poruszyć ten temat i porozmawiać o zagadnieniach, które nie dawały mu spokoju. Jako powiernika swej tajemnicy wybrał misjonarza, który nawrócił go na katolicyzm. To, co powiedział młody Japończyk jest bodajże najciekawszym sprawozdaniem, jakie człowiek żyjący na Ziemi mógł wygłosić. 
 
- Kiedy spadła bomba, a mnie zasypały gruzy budynku, byłem bliżej śmierci niż życia... Ogarnął mnie przeraźliwy strach, jednak nie był to strach przed śmiercią, lecz cierpieniem, przed konaniem. Strach mój był tak wielki, że zacząłem krzyczeć. Nie wiem, czy mnie ktoś usłyszał. A w ogóle może tylko chciałem krzyczeć i nie wiadomo, czy mogłem. W każdym razie wydawało mi się, że krzyczałem tak długo, aż ogarnęło mnie uczucie jakbym wystąpił z mego ciała fizycznego. Zdawało mi się, że nagle znalazłem się w jakimś pomieszczeniu, gdzie było zupełnie jasno, chociaż nigdzie nie mogłem dostrzec ani okna, ani żadnego otworu w ścianach. Światłość ta była jaśniejsza niż blask słońca, a mimo to łagodna i przyjemna. Światło to nie raziło w oczy, nie paliło i nie grzało. Co najdziwniejsze, pomieszczenie, o którym wspomniałem, nie było właściwie żadnym pomieszczeniem, przynajmniej w naszym, ziemskim znaczeniu. Było ono niczym nie ograniczone, chociaż miałem wrażenie, że znajduję się w pomieszczeniu. Próbowałem zastanowić się, gdzie jestem, gdzie znajduje się pomieszczenie, w którym jestem i jak się tutaj dostałem. Te bezowocne myśli były stale zakłócane przez obrazy i refleksje z mojej własnej przeszłości, występujące z niebywałą precyzją. Przed moimi oczami przesuwały się sceny tak wyraziście, jakbym je przeżywał przed chwilą. Nagle uchwyciła mnie jakaś obca istota wyglądająca jak człowiek. Była ona jakaś mglista i świetlista, po prostu nieziemska. Istota ta mogła także przenikać przez wszystko bez przeszkód, takie w każdym razie odnosiłem wrażenie. Zdawało mi się, że owa istota mogła także wtargnąć we mnie i mnie przeniknąć. Postać ta sięgnęła po mnie, lecz nie był to gest wrogi. Przeciwnie, raczej zamierzała mi pomóc - tak wyczuwałem - abym oderwał się od czegoś, co mnie przygniata i więzi. Po chwili do tej istoty przyłączyły się inne, podobne, które zdawały się przybywać z bezmiernej dali owego pomieszczenia. Wówczas dopiero zdałem sobie sprawę z tego, że już nie żyję i że owe istoty zamierzają mi ułatwić przejście na tamten świat. Jak doszedłem do tego wniosku - nie wiem, chyba po prostu nagle zdałem sobie z tego sprawę. Myślę, że idea ta przenikała mnie na drodze telepatycznej, że poddały mi ją owe istoty. Nagle owe nieziemskie istoty ustąpiły. Posłyszałem głosy ludzkie, szeptem wypowiadane polecenia. Starałem się zrozumieć, o czym do mnie mówiono, kiedy ja przecież byłem martwy. Zrozumiałem tylko słowo: strzykawka. Kiedy dostałem zastrzyk, zorientowałem się, że wcale nie jestem trupem. Uczucie posiadania ciała, które na jakiś czas utraciłem, znów powróciło, a wraz z nim pojawił się ból. Byłem znów na Ziemi i żyłem. Czułem znowu bicie swego serca i znów byłem ziemskim człowiekiem. Tych przejść nie mogę zapomnieć. Ciągle we mnie tkwią. Wystarczy, że zamknę oczy, a już mam przed sobą owe widzenia. Czasem też zdaje mi się, że wszystko to mi się jedynie przyśniło. Ale przecież takich snów nikt nie miewa. Ja to wszystko rzeczywiście widziałem i przeżyłem. Chwilami odnoszę z kolei wrażenie, jakbym już nie należał do tego świata, lecz do tamtego, skąd pozwolono mi wrócić, abym pozałatwiał tu moje sprawy, nim mnie tam definitywnie przyjmą do swego grona. 
 
Misjonarz przekazał wypowiedź młodego Japończyka lekarzom, którzy go leczyli, gdy był ranny. Ci byli jednak zdania, że owo dziwne pomieszczenie oraz mgliste postacie widziane przez rannego, to zwykła halucynacja spowodowana zasypaniem, zaś bezpośrednią przyczyną były jakieś refleksy świetlne, strach przed śmiercią oraz niepewność co do losu i możliwości uratowania się. Jego zgnębiony strachem i bólem mózg mamił go różnymi widziadłami. Lekarze w pewnym sensie mogli mieć rację, chociaż znacznie więcej argumentów przemawiało przeciw takiej interpretacji. Jednak na razie wstrzymajmy się z osądem i prześledźmy dalszy ciąg wypadków. 
 
Iwao Ischiwata ożenił się po roku i wydawało się, że zapomniał o swych przejściach, choć dokuczały mu skutki kontuzji. Siedem miesięcy po ślubie Japończyk zmarł wskutek różnych uszkodzeń ciała odniesionych podczas nalotu lotniczego na Kobe. Nadwyrężone zostały bowiem wtedy jego serce i system nerwowy. Gdy jednak rodzina zabrała się do pochówku nieboszczyka, ten ożył. Sprowadzony natychmiast lekarz stwierdził, że Iwao zapadł w letarg. Chorego zabrano do szpitala, skąd po trzech tygodniach powrócił zupełnie zdrowy. Także i teraz młody człowiek opowiadał o człekokształtnych istotach otaczających go podczas letargu. Rozmawiały z nim, przekazując swe myśli telepatycznie. Japończyk podkreślał, iż w owej przestrzeni, gdzie przebywał, kiedy jego duch był na Ziemi nieobecny, miał uczucie szczęścia i bezpieczeństwa. I tym razem nie było mu dane tam pozostać, ponieważ jedna z istot na tamtym świecie, poprzez niego szukała drogi na ziemski świat. Owa istota, która była zupełnie inna, niż jej towarzyszki, powiedziała (oczywiście w myślach, co Japończyk zrozumiał), że już dość długo przebywała na tamtym świecie i że tyle sobie przyswoiła, względnie skumulowała w sobie substancji niezbędnej do życia, że jest już po temu najwyższy czas, aby powróciła znów na Ziemię. 
 
Kiedy Japończyk, w kilka tygodni po urodzeniu przez jego żonę dziecka, rzeczywiście zmarł, podczas sekcji zwłok stwierdzono, że właściwie już w następstwie odniesionych podczas bombardowania ran nie miał on fizjologicznych warunków do życia. Co było zatem przyczyną i jakie tajemnicze wpływy działały tutaj, że mógł on dwukrotnie powrócić do życia, na zawsze pozostanie zagadką. Czyżby bezwarunkowa chęć do życia utrzymywała ciało Japończyka przed rozkładem? Takie tłumaczenie jest raczej naiwne. On sam przecież twierdził, że tęskni za powrotem na tamten świat, a mimo to żył, chociaż właściwie nie mógł żyć. Jego organizm się do tego nie nadawał. Możliwe, że działały tu jakieś siły bliżej nam nieznane, które go przeniosły na stałe w tamten świat dopiero wówczas, kiedy on jakiejś istocie stamtąd ułatwił powrót na Ziemię. 
 
 
 CDN.
 

niedziela, 3 kwietnia 2022

"JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. XVI

CZYLI, JAK TO W POLSCE

NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?

  



BATORY - KOSZMAR MOSKALA

Cz. II


 
 Lwów witał nowego króla wystrzałami armatnimi, bębnami, muzyką, biciem w kościelne dzwony i iluminacjami takimi jak puszczanie sztucznych ogni, co wydawało się (jak pisał Franciszek Jaworski): "jakoby Lwów cały stanął w ogniu". Następnego ranka po przybyciu króla Stefana Batorego do miasta - a była to niedziela 8 kwietnia 1576 r., do komnat królewskich na Niższym Zamku udała się delegacja mieszczan lwowskich, przynosząc królowi w darze beczkę wina z Krety ("za 90 złotych polskich" - jak skrzętnie odnotował Franciszek Jaworski), oraz dwa pięknie zdobione skrzynie, wypełnione świeżymi rybami. Podobne prezenty otrzymali również panowie z osobistej świty króla i ci, którzy mu bezpośrednio od granicy towarzyszyli w podróży. Do Lwowa w tym czasie przybyli również przedstawiciele Kozaków zaporoskich - formacji stworzonej jeszcze przez króla Zygmunta II Augusta (uniwersał z 20 listopada 1568 r. obiecywał  Kozakom wynagrodzenie: "wszędzie przy zamkach naszych znajdzie się dla was służba, za którą każdy z was otrzyma od nas zapłatę", a jednocześnie nakazywał trzymać się z daleka od poddanych sułtana i chana, gdy ci chcą żyć w przyjaźni z Rzeczpospolitą), choć formacja ta tak naprawdę postała samoczynnie bez niczyjej władzy i woli, ot, po prostu Ukraina (a o tych ziemiach mówimy), a szczególnie jej południowo-wschodnie rubieże od Czerkas i Czehrynia - była tak naprawdę ziemią niczyją, dokąd (od jeszcze XV wieku) zbiegali tam najróżniejsi łotrzykowie, którzy popełnili jakoweś przestępstwo i w obawie przed karą (a kary w tamtych czasach były niezwykle srogie, nie licząc przesłuchań - jeśli obwiniony nie przyznawał się do winy, bo nie można było przecież skazać niewinnego. Ale metody śledztwa były niezwykle prostackie i po prostu tych ludzi poddawano torturom, a po jakimś czasie nawet niewinni się przyznawali do win niepopełnionych, a wówczas można już było ze spokojem sumienia skazać ich na karę śmierci). Ziemia ukrainna była niezwykle piękna, obfita w liczne lasy w których było mnóstwo zwierzyny, w rzekach mnóstwo ryb i ptactwa wodnego - istna kraina obfitości, tym bardziej, że ziemie te były praktycznie bezludne, jako że na południe od Dniepru  leżały tereny Chanatu Krymskiego, który uniemożliwiał skuteczną kolonizację ziem południowo-wschodniej Ukrainy i jedynie ci, którzy umieli posługiwać się bronią i butnie rzucali wyzwanie śmierci - mogli przetrwać na tych ziemiach, żyjąc jednak ciągle pod zagrożeniem tatarskim. Stąd też sami dokonywali podobnych rajdów na tereny Chanatu i na miasta tureckie w Anatolii czy Bułgarii, a czasami nawet dokonywali ataków na sam Konstantynopol. Mogli sobie na to pozwolić, bowiem na ziemiach na których żyli, prawo nie obowiązywało i dopiero gdy buntowali się przeciwko władzy zwierzchniej Rzeczpospolitej, dopiero wówczas wojska koronne wkraczały na te ziemie i karały buntowników. Jednak wymuszenie na nich trwałego posłuszeństwa i rezygnacji z dokonywania łupieskich rajdów na ziemie Tatarów i Turków, było wręcz niemożliwe (podobnie zresztą Turcy Osmańscy mieli kłopot z Tatarami, których nie byli w stanie zmusić do zaprzestania najazdów na Litwę czy Ruś).

Przedstawicielami Kozaków rejestrowych (a pierwszy rejestr kozacki opracował w 1572 r. hetman polny koronny - Jerzy Jazłowiecki. Ten pierwszy rejestr składał się z 300 Kozaków, którzy dzięki temu zostali wpisani w "poczet kozacki" i otrzymywali zapłatę za swoją służbę królowi i hetmanowi - bo tylko im bezpośrednio podlegali z wyłączeniem wojewodów i starostów - w wysokości 2,5 złotego rocznej pensji), czyli tych, którzy witali króla Batorego we Lwowie, byli: Iwan Siewierny, Marek Winnicki, Chwedor Zachwostny i Siemion Pachowski. Król odbył z nimi rozmowę, po czym każdemu z nich ofiarował po 15 florenów (zapewne już wówczas zamyślał o wojnie z Moskwą, a do tego pomocni byliby mu właśnie Kozacy). Kozacy zjawili się przed królem, prosząc go, aby ten odnowił rejestr Zygmunta Augusta z 1572 r. który praktycznie po jego śmierci (w tym samym roku) przestał istnieć. Co prawda w 1575 r. książę Bohdan Różyński z Wołynia starał się na własną rękę odnowić rejestr (ze względu na najazd tatarski, który zawsze był prawdziwą katastrofą dla ziem Ukrainy, Polesia, Rusi Czarnej, Podola, Wołynia, Rusi Czerwonej a niekiedy nawet i Małopolski - gdzie poszczególne tatarskie czambuły również potrafiły dotrzeć. Tatarzy bowiem byli lądowymi piratami, których całe istnienie sprowadzało się do ciągłych napadów na okoliczne kraje i uprowadzania stamtąd lokalnej ludności, która była potem ładowana na statki w Kaffie - część zaś kierowano na targ niewolniczy w Bakczysaraju na Krymie - i wysyłano na Wielki Targ do Konstantynopola. Wielu spośród uprowadzonych ludzi - a liczebność jasyru wahała się różnie, w zależności od szczęścia i od tego, czy Tatarów nie doścignęła polska pogoń, a ponieważ szlachta w takiej sytuacji dość szybko formowała się w pospolite ruszenie, to jednak nie zawsze udawało się jej doścignąć przeciwnika, lub też znosiła zaledwie kilka czambułów, podczas gdy inne w tym czasie już się wycofywały wraz z jasyrem - ginęło po drodze, inni umierali na statkach, gdy stłoczeni obok siebie niczym sardynki w puszce, nie byli w stanie nawet się poruszyć - spali i załatwiali się na stojąco, w jednym miejscu, tym bardziej gdy podróż trwała długo, np. parę tygodni). 

Najchętniej Tatarzy porywali dziewczęta i młode ładne kobiety, które nazywano "białym jasyrem" (od koloru chusteczek, które owym dziewczętom zawiązywano na głowie), a także młodych mężczyzn, którzy po przejściu na islam byli obrzezani i trafiali do elitarnego korpusu "dzieci sułtana" - czyli do janczarów (gdzie czyniono z nich fanatycznych wojowników islamu); inni trafiali na budowy i do kamieniołomów w całym Imperium Osmańskim, gdzie warunki były koszmarne - w dzień praca ponad siły w pełnym słońcu, nocą zamykani byli w ciemnych i wilgotnych podziemiach twierdz, a ich posiłek składał się najczęściej ze zwykłej padliny, na której często było już robactwo. Ci jednak mogli mimo wszystko uważać się za szczęściarzy, bowiem najgorzej mieli ci spośród uprowadzonych jeńców, którzy trafiali na galery. To była większa męka niż praca w kamieniołomach, gdyż owi niewolnicy (na ogół było ich 300 na jednej galerze, przykuci żelaznym łańcuchem do wioseł i siedzący obok siebie na 25-30 ławkach umieszczonych w poprzek pokładu i rozdzielonych od siebie niedużym przejściem) praktycznie nie wstawali od wioseł, całe dnie spędzając w postaci siedzącej (już sobie wyobrażam jakie się tam tworzyły rany odleżynowe) i czasem tylko po dotarciu do portu, wykorzystywano ich jako tragarzy do przeniesienia towarów na ląd, lub na okręt. To była niewola mężczyzn i chłopców, zaś dziewczęta i kobiety trafiały do serajów, albo jako nałożnice sułtana, chana i ich wielmożów, albo też (te mniej ładne, lub też murzynki, które w większości przeznaczano do roli niewolnic dla kobiet sułtana i jego dzieci - które mogły dowolnie je bić i zabijać w zależności od kaprysu) jako służące w pałacach lub haremach. Nierzadko zdarzało się, że służącymi (np. w Pałacu chana na Krymie) bywały szlachcianki, uprowadzone z Rusi, Wołynia, Podola czy Ukrainy. Nic więc dziwnego, że Kozacy podejmowali wyprawy odwetowe na ziemie Chanatu i na tereny Imperium Osmańskiego, zmuszając niekiedy sułtana i jego harem do ucieczki (tak jak to było podczas wyprawy z 1615 r.). Lepsza była bowiem walka z wrogiem, który uprowadzał ludność w niewolę, niż żałobne pieśni, których jednak na Ukrainie wówczas nie brakowało, a jedna z nich brzmiała tak:


"W niedzielę świętą to nie orły siwe zakrzyczały,
A to biedni niewolnicy w niewoli ciężkiej zapłakali,
Ręce ku górze wznosili, kajdanami zadzwonili,
Pana miłosiernego prosili i błagali:
"Ześlij nam Panie z nieba drobny deszcz,
A z niżu bujny wiatr!
A niechajby i nawet na Morzu Czarnym wzniosła się bystra fala!
A niechajby i nawet kotwice wyrwała z tureckiej galery!
Bo dość nam już turecka bisurmańska galera dokuczyła:
Kajdany żelazne w nogi nam się wryły,
Białe ciało kozacko-mołojeckie aż do kości żółtej przepaliły".
(...) Wywiedź, Panie wszystkich niewolników biednych
Z ciężkiej niewoli tureckiej,
Z galery bisurmańskiej
Na ciche wody,
Gdzie jasne gwiazdy,
Gdzie kraj wesoły,
Gdzie naród chrzczony,
Do miast chrześcijańskich!"




Śpiewano też piękną "Pieśń żałobną do gołąbka", w której chrześcijański niewolnik (Kozak) płacze nad swoim niewolniczym losem i prosi napotkanego gołębia, aby ten zaniósł jego żale do kraju rodzinnego z którego go uprowadzono, do jego "ojca i matusi" i niech zaniesie im prośbę by pamiętali o dziecku, które teraz cierpi w bisurmańskiej niewoli i nigdy ich już nie ujrzy (choć z pieśni przebrzmiewa też i nadzieja na wyzwolenie z rąk innych Kozaków). Tak więc Kozacy spodziewali się opieki królewskiej i odnowienia rejestru (rejestr księcia Bohdana Różańskiego nie był uznawany, tym bardziej, gdy książę poległ w 1576 r., gdy przy nim wybuchła mina podczas ataku na tatarską twierdzę Asłan-gorodok, leżącą nad Dnieprem), a król im to teraz nieoficjalnie obiecywał. Pobyt króla Stefana Batorego we Lwowie nie przebiegał jednak tylko sielankowo i radośnie, było też kilka nieprzyjemnych incydentów, które jednak zostały zatarte i  zapomniane, a do nich należały nieustanne pojedynki gwardii miejskiej z hajdukami królewskimi na ulicach miasta. Król starał się temu zaradzić, ale miał związane ręce, gdy wojsko poczęło domagać się zaległego żołdu. Nie mając wyjścia, wypłacił żołnierzom wszystko co wówczas przy sobie posiadał, czyli 39 tys. złotych polskich (dla ok. 2 200 żołnierzy) i obiecał że resztę wypłaci im po dotarciu do Krakowa oraz swojej koronacji na króla. Żołnierze jednak odmówili przyjęcia tej propozycji i zażądali wypłacenia im pełnej kwoty żołdu i wówczas dała o sobie znać porywczość nowego króla, który nie mogąc ich przymusić do posłuszeństwa, postanowił... rozwiązać kwartę (czyli wojsko kwarciane) po przybyciu do Krakowa i tak też się stało (co niestety pozbawiło obrony Podole, Ruś i Wołyń, ale Batory liczył tu na poczty magnackie i w ostateczności na szlacheckie pospolite ruszenie, a nawet na umowy z popierającymi go Turkami, którzy mieli powstrzymać Tatarów od najazdów). Kolejny afront spotkał Batorego w Gródku, którego bramy zastał zamknięte z polecenia wojewody podolskiego - Mikołaja Mieleckiego, który "ani go przywitał, ani się z nim zobaczyć nie chciał" i król musiał jechać dalej. 

W Medyce zaś - gdzie Batory na krótko się zatrzymał - sędzia ziemi przemyskiej Walenty Orzechowski poinformował go iż najzacniejszym w Polsce jest być szlachcicem, które to miano przynależy do ludzi "szlachetnie wolnych", sprawujących rzeczywistą władzę w kraju i zapewniał nowego króla, że jeśli ten będzie rządził zgodnie z prawem, zgoda tronu i narodu będzie zapewniona. Poza tym wykładał ów Orzechowski, że naród polski "szlachtą stoi" i że narodu są w kraju liczne zastępy (rzeczywiście 10 proc. populacji ówczesnej Rzeczpospolitej należała do szlachty, co było ewenementem w Europie, gdyż np. w takiej Francji jeszcze w końcu wieku XVIII było zaledwie 1 proc. szlachty. Z ówczesną Polską mogła wówczas rywalizować jedynie Hiszpania, gdzie donów i grandów też było sporo). Dalej perorował Orzechowski, że w Rzeczpospolitej król może liczyć na szacunek do swej pozycji i statusu, wynikły jednak nie ze strachu przed monarchą, a właśnie z idei partnerstwa tronu i narodu (czyli król panuje, ale rządzi tylko i wyłącznie w porozumieniu ze szlachtą i magnaterią, czyli z sejmem i senatem). Nie było też w Polsce nigdy żadnych zamachów na osobę króla (zapomniał o tym Henryk Walezy, który gdyby nie uciekł z Polski i nie wyjechał do Francji, dożyłby tutaj sędziwej starości i nikt by go nie zamordował), nigdy też król nie został obalony lub zabity (co prawda były dwa nieudane próby zamachów na osobę monarchy - pierwszy w maju 1523 r., gdy ktoś oddał niecelny strzał do przechadzającego się po pałacowych krużgankach Wawelu - Zygmunta I Jagiellończyka; zaś drugi raz miał miejsce w listopadzie 1620 r., gdy do wychodzącego z bazyliki św. Jana w Warszawie podszedł chory psychicznie szlachcic - Michał Piekarski i uderzył króla Zygmunta III czekanem w głowę. Został oczywiście za to skazany na tortury i śmierć przez rozerwanie końmi, a potem mówiło się w Polsce, gdy ktoś głośno krzyczał, że" "drze się, jak Piekarski na mękach". Tak więc w Polsce nigdy nie zamordowano żadnego króla, ale należy dodać gwoli sprawiedliwości, że również w Niemczech nigdy nie było żadnego królobójstwa). Król Stefan Batory odpowiedział Orzechowskiemu iż: "Bóg mnie tu powołał, bym dokonał rzeczy ku podziwowi całego chrześcijaństwa", po czym wyraził przekonanie, że waśnie na Rusi ustąpią i cytując Sallustiusa stwierdził: "Zgodą rosną małe sprawy, niezgodą choćby największe upadają".




Dalsza trasa królewskiego przejazdu wiodła przez Wiśniowiec (gdzie ród Herburtów podjął króla-elekta wspaniałą ucztą), Przemyśl oraz Jarosław (gdzie wojewoda sandomierski - Jan Kostka też zorganizował przyjęcie powitalne). Wreszcie ze Śniatynia 17 kwietnia królewski orszak zajechał do Mogiły, gdzie król rozpoczął kilkudniowy odpoczynek w tamtejszym klasztorze (głównie król-elekt spędzał dni na polowaniach w okolicznych lasach, tam też na krótko zapadł na zdrowiu, gdy przeziębił się polując podczas deszczu i chłodnego wiatru). Do Krakowa Stefan Batory wjechał dnia 22 kwietnia 1576 r. w drugi dzień Świąt Wielkiejnocy. W tym czasie w Krakowie od 31 marca obradował sejm (zwołany przez króla, gdy ten tylko przekroczył polską granicę). Powitanie nowego monarchy odbyło się już przed bramą św. Floriana na przestronnym polu pod Krakowem, gdzie powitał go przemową biskup kujawski - Stanisław Karnkowski. Stawiło się też 28 senatorów oraz liczni magnaci i szlachta. W promieniach jasnego słońca (w bardzo ciepły dzień, jak twierdzą kronikarze) stały poczty Jana Tęczyńskiego, Bernarda Maciejowskiego, Stanisława Górki i kilku innych wielkich panów, odziane w zbroje, złocenia, czapki przyozdobione kitami piór, w lamparcich skórach, w złotogłowiu - pięknie prezentowali się na powitaniu nowego monarchy, z którym naród wiązał swoje nadzieje na szczęśliwą przyszłość. Król wjechał przez bramę św. Floriana przy akompaniamencie muzyki z bębnów, fletów trąb i piszczałek, a także w towarzystwie setek połyskujących w słońcu, wspaniale przystrojonych żołnierzy ze swoich i magnackich pocztów. Batory jechał na ciemnym rumaku, ubrany w purpurową szatę podbitą sobolami (na wzór węgierski), w brunatnych spodniach i żółtych butach. Wjazd Batorego do Krakowa był prawdziwie olśniewający i trwał aż pięć godzin. Ludność miasta mogła przyglądać się nie tylko wspaniale przyodzianym żołnierzom a także ich broni (miecze, halabardy, arkebuzy), ale również podziwiano trzy wielbłądy, które jednak wprawiły mieszczan w mniejsze wrażenie, niż prowadzący je ludzie - afrykańscy murzyni (powiadano sobie później, że król Batory sprowadził ludzi o czarnych twarzach). Król zsiadł z konia i osobiście podał rękę każdemu z senatorów, a gdy wreszcie orszak królewski wjechał do miasta i gdy ucichły powitalne armatnie salwy, Batory zsiadł z konia i wszedł do Katedry Wawelskiej by się pomodlić. Ściemniało się już, gdy zawitał na Zamek, a tam powitała go jego przyszła małżonka - królewna Anna, która teraz miała panować w kraju na równi ze Stefanem, swym mężem (podobnie, jak prawie dwieście lat wcześniej królowa Jadwiga i książę Litwy - Jogaiła, czyli Władysław Jagiełło). Anna oczekiwała Batorego w otoczeniu swych dam dworu i licznych żon magnatów. 

Nie wiadomo jak przebiegło to powitanie, ale należy pamiętać że królowa Anna liczyła już sobie 52 lata i była o dziesięć lat starsza od swego małżonka, a poza tym była po prostu brzydka (cierpiała na opuchliznę twarzy), nic więc dziwnego, że Henryk Walezy unikał jej jak tylko mógł. Batoremu zapewne też się nie podobała (potem mawiano, że król uciekał od królowej na ciągłe wojny). Natomiast Batory wywarł pozytywne wrażenie na obecnych, w tym na samej królowej Annie (jak bowiem pisał Świętosław Orzelski, król-elekt był: "budowy ciała osadnej, kształtnej i mocnej, rysy twarzy miał piękne i wyraziste, ręce żylaste. Jednym słowem wszystko w nim tchnęło krzepkością i zdrowiem". Koronacja królewska "młodej pary" wyznaczona została na 29 kwietnia, jednak szybko okazało się, że pojawiły się nieprzewidziane przeszkody związane z koronacją Stefana Batorego, a poza tym okazało się że rządzenie Polską nie będzie mimo wszystko takie łatwe, jak to się wcześniej Batoremu wydawało, gdyż przepełnia ją nieprawdopodobna wręcz idea wolności, która objawia się w niechęci do wszelkich tajnych związków lub jakichkolwiek działań, które nie są jasne i przejrzyste dla narodu. Dlatego też sejm już 24 kwietnia odmówił Batoremu zgody na wybranie deputacji do królewskiej rady sekretnej (otwarcie poinformowano Batorego że w polskiej tradycji parlamentarnej nie ma miejsca dla tajnych rad i każdy poseł ma prawo i obowiązek o wszystkim wiedzieć - a szczególnie musi być wtajemniczony w plany królewskie - tak, aby mógł zdać relację przed swymi wyborcami), to też nieco zniesmaczyło Batorego, który potem wypowie swoje sławne słowa: "Jestem waszym królem prawdziwym, a nie malowanym!". 

  


 
 CDN.