Łączna liczba wyświetleń

sobota, 21 września 2024

KATASTROFA!

III RZECZPOSPOLITA - PAŃSTWO Z DYKTY I PAŹDZIERZA




 Dziś zamierzałem napisać o czymś innym (zresztą planuję dzisiaj jeszcze jeden temat), ale musiałem zamieścić ten komentarz, bo przyznam się szczerze szlag mnie już trafia jak na to wszystko patrzę. Odnoszę się zaś do katastrofy jaka spotkała południowo-zachodnią Polskę, szczególnie zaś Kotlinę Kłodzką w postaci powodzi, która doprowadziła do ogromnych zniszczeń i kilku? (nie wiadomo dokładnie ile bo te dane jeszcze nie są znane albo są ukrywane) ofiar śmiertelnych (nie mówiąc już oczywiście o ludziach którzy odnieśli przy tym rany). Jak tak na to wszystko patrzę, to myślę że żyję w jakimś matriksie, w kraju nierzeczywistym, w którym liczy się tylko PR i i całkowity serwilizm wobec podmiotów zewnętrznych (ale o tym później).












Nie rozumiem też jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie jak to jest że takie osoby jak pani Urszula Zielińska czy pani Paulina Henning-Kloska - odpowiadające za Ministerstwo Klimatu i Środowiska - nadal jeszcze pełnią swoje funkcje i nie mają postawione zarzuty karne. Zresztą trudno się temu dziwić, gdy okaże się że facet który miał wprowadzić Donalda Tuska "w błąd" (jakiś ponoć jego doradca), i podsunąć mu do podpisania dokument w którym zgadza się powołać do zgromadzenia sędziów cywilnych Sądu Najwyższego tzw: neosędziego (oczywiście posługuję się tutaj terminologią "sinych razem", czegoś takiego bowiem realnie nie ma i w przyrodzie nie istnieje, a na pewno w polskim prawodawstwie), taki ktoś nadal pozostaje na swoim stanowisku i oficjalnie nic się nie stało poza tym że Donald Tusk wycofał kontrasygnatę pod podpisem prezydenta Andrzeja Dudy (😂), czyli totalny kabaret (jak to śpiewał Walduś Kiepski: "Raz pod wozem raz na wozie tak się żyje w banderozie, którą czasem w telewizji Polską zwą..."). Natomiast już gość, który podczas głosowania w sprawie aborcji (notabene przegranej przez całą tą żałosną koalicję 13 grudnia), który w czasie głosowania przebywał w USA negocjując dla Polski ważne kontrakty, po powrocie stracił stanowisko, ponieważ Tusk musiał kogoś "odpalić", aby dać pożywkę swoim hunwejbinom. W tym zaś przypadku, w kwestii katastrofy jaka spotkała południowo-zachodnią Polskę, zarówno pani Zielińska jak i Henning-Kloska też nie poczuwają się do odpowiedzialności, a Tusk nie wyciąga wobec nich konsekwencji. Czyli co? jedziemy dalej na tym skrzypiącym coraz bardziej wozie.




10 września były już pierwsze alarmujące komunikaty na temat możliwości wystąpienia katastrofy powodziowej w rejonie południowo-zachodnim - całkowicie zbagatelizowane (żeby nie powiedzieć olane) przez rząd i Donalda Tuska osobiście. 13 września Donald Tusk zbłaźnił się totalnie, twierdząc że informacje na temat powodzi nie są aż tak alarmujące i wszystko będzie "git", a on zamierzam (oczywiście tego nie powiedział ale wiadomo przecież co robi) wkrótce wyfrunąć sobie helikopterkiem do Sopotu (czy do Gdańska) żeby spędzić weekend "haratając w gałę", bo wiadomo że Donald Tusk weekend rozpoczyna w czwartek po południu, a do pracy (bardzo niechętnie) przystępuje we wtorek też tak około godziny 12:00. W poniedziałek bowiem wraca z Wybrzeża, więc jest zmęczony żeby pracować- 🤭). 14 września doszło do katastrofy która całkowicie obnażyła indolencję i głupotę tego rządu. Zaczęto więc przede wszystkim od pr-owych konferencji powodziowych Tuska, a usłużne media pokazały jak biedny Donald ratuje pieska, (oczywiście nie z wody, tylko przenosi go z jednej strony ulicy na drugą - a widać po mordce tego psiaka, że sam jest zdezorientowany tym, co się tutaj właśnie odwala (😭), i że ma zabłocone buciki (te zabłocone buciki mają być dowodem na to, że Tusk czuwa 🤔). 16 września nie było już rady (kolejny weekendzik i kolejne haratanie w gałę poszło się - że tak powiem - gonić) i trzeba było ogłosić stan klęski żywiołowej.

Wylana woda doprowadziła do ogromnych zniszczeń (no to będę wydaje się że to nie była Odra, a raczej jej mniejsze dopływy - przynajmniej ja to tak widzę, być może się mylę), wiele domów zostało wprost porwanych przez wodę. Nieznana jest też dokładna liczba (oficjalne komunikaty według mnie są zaniżane) osób, którzy ponieśli śmierć czasie tej powodzi, nie mówiąc już o tym, że nie wiemy zupełnie nic o tych, którzy odnieśli rany. Tak działa bowiem państwo zwane III Rzeczpospolita (szczególnie pod rządami koalicji 13 grudnia) od PR-u do PR-u, od weekendu do weekendu i... jakoś to będzie. Przyznam się szczerze że nie chce mi się nawet tego komentować, bo nie chcę się denerwować, a musiałbym naprawdę użyć tutaj kilku soczystych zwrotów które byłyby jednak adekwatne do tego co obecnie się dzieje pod rządami tej oto żałosnej koalicji (notabene też nie chcę być tutaj krytykiem tylko jednej opcji, powiedzmy sobie bowiem szczerze, że PiS też miał na sumieniu wiele złego i mówię to całkowicie otwarcie jako wyborca tej partii). 

Inna sprawa, to oświadczenie jakie złożył na antenie Polsatu dr. Grzegorz Chocian, ekolog, prezes zarządu "Ekotron", który stwierdził że niemiecki wywiad zwracał się do niego z propozycją współpracy, aby protestował przeciwko kluczowym dla rozwoju Polski inwestycjom. I mnie przyznam się szczerze przeraża fakt, że od roku 1990 minęło praktycznie 35 lat, a my nadal nie mamy pojęcia, jak bardzo III RP została zinfiltrowana przez niemiecki wywiad BND (który odziedziczył przecież kontakty wschodnio-niemieckiej Stasi, a ta również czerpała swoich informatorów i współpracowników w Polsce, a raczej w PRL-u, i to często było za zgodą i wiedzą komunistycznego wywiadu polskiego). Jeden z niemieckich profesorów kilka lat temu stwierdził wprost, że po roku 1990 Niemcy zbudowały sobie Polskę jako kraj taniej siły roboczej. Notabene pamiętajmy że to są te same Niemcy, które realnie nadal nie są państwem suwerennym (jak odwiedzam bowiem niemieckie fora dyskusyjne i społecznościowe, to widzę to utyskiwanie Niemców na fakt, iż ich państwo nie jest w pełni suwerenne, że jest całkowicie zależne od wpływów zewnętrznych a głównie od USA). Co prawda w latach 90-tych ów amerykański gorset kontroli nad Niemcami został znacznie poluzowany (natomiast lata rządów Baracka Obamy i obecnie tego staruszka, który śpi 17 godzin na dobę, jeszcze bardziej zmniejszyło amerykańskie zaangażowanie w Niemczech) i to dało Niemcom możliwość próby ponownego odrodzenia projektowanej (tak naprawdę od I Wojny Światowej) koncepcji mitteleuropy, czyli obszaru państwa Europy Środkowo-Wschodniej, będących tak naprawdę państwami-klientami wielkiej Rzeszy (jakkolwiek by się ona obecnie nie nazywała, cel pozostaje nadal aktualny).

Od roku 1990 niemiecki wywiad (oczywiście pomijając również nadal istniejący wywiad upadłego państwa sowieckiego, później rosyjskiego, czy też inne wywiady: jak wywiad amerykański, izraelski, francuski - pisałem na ten temat pracę licencjacką - jeszcze przed magisterką) miał tutaj prawdziwe eldorado, werbując wielu przekonanych (albo też zwiedzionych) wizją nieskończonej "miłości polsko-niemieckiej" i o wspólnym domu nazywanym Europa. Oczywiście wszystko to było podparte suto przyznawanymi stypendiami, nagrodami, czy też bezpośrednio wypłacanymi wynagrodzeniami za "dobrą służbę" dla Niemiec wspólnej przeszłości polsko-niemieckiej w zjednoczonej Europie. Bo przecież Niemcy to Europa - prawda? Zresztą oni już inaczej siebie nie postrzegają jak w kontekście europejskim i to rzeczywiście ma swoje plusy, gdyż realizacja niemieckich interesów bezpośrednio napotykałaby wiele przeszkód, ale jeżeli włożymy to w piękne opakowanie europejskie i powiemy że w interesie Europy jest "to i to" (co oczywiście jest całkowicie zgodne z interesem niemieckim - a takich przykładów jest mnóstwo) to wtedy brzmi to zupełnie inaczej. I Polacy (którzy decyzją powiedzmy sobie otwarcie zdradzieckich państw zachodnich, takich jak Francja czy Wielka Brytania, a potem również USA -  zostały wtrącone po roku 1945 {pomimo przelanej krwi w czasie II Wojny Światowej, pomimo ogromnego wkładu jakie wniosło Wojsko Polskie, polski wywiad do zwycięstwa nad III Rzeszą}, zostaliśmy oddani na łaskę i nie łaskę Sowietów) wychodząc z tego komunistycznego gówna po 45 latach realnej niewoli, zostali olśnieni wizją jedności europejskiej (pod niemieckim przewodem), wiodącą kontynent a również i świat do "końca historii" 🧐. I jurgielników znalazło się wielu. 

Pamiętam ładnych kilkanaście lat temu zdaje się że na łamach "Polityki" znalazłem taki oto tekst (niestety nie pamiętam już autora, a nie chce mi się tego szukać) "Mijają wieki, mijają lata, a Polak ma za miedzą brata" - oczywiście chodziło o "brata" zza Odry (brata ze wschodu zastąpił brat z zachodu). I jakże to było piękne, takie europejskie, że aż moja "niemiecka natura" (oczywiście w cudzysłowie 🤭) była tym wręcz zafascynowana. A mówiąc całkowicie poważnie zobaczcie jaki kraj nam zbudowano po roku 89, jak bardzo przypomina to ściernisko z mchu i paproci, podlane paździerzowym sosem. Oczywiście od tego czasu wiele się zmieniło, przede wszystkim w sporej części (choć też nie takiej, jakiej bym pragnął) zmieniła się mentalność Polaków, którzy jeżdżąc po Europie przekonywali się na własne oczy że tak naprawdę w niczym nie jesteśmy gorsi od tych z Zachodu, a już na pewno w niczym nie jesteśmy gorsi od Niemców. Dziś Niemcy technologicznie to jest skansen, to jest kraj który od nas powinien się uczyć jak wdrażać wszelkie technologiczne nowinki. Tam bowiem nie ma czegoś takiego jak blik, tam zapłacić kartą w sklepie to jest osiągnięcie tam przede wszystkim wciąż króluje faks. Silni są jeszcze (jeszcze!) w przemyśle samochodowym i chemicznym, ale bez wsparcia tanich rosyjskich surowców - ich gospodarka pada. 

A przecież powiedzmy sobie szczerze -  Niemcy wciąż nie rozliczyli się ze swoich zbrodni z czasów II Wojny Światowej i to wciąż nad nimi tkwi niczym miecz Damoklesa. Ja oczywiście wiem jak silna jest w Niemczech niechęć do kwestii reparacji dla Polski (i również Grecji), widać to chociażby w komentarzach na forach dyskusyjnych, gdzie podnosi się kwestie naszych ziem zachodnich. Swoją drogą to też jest ciekawe, bo jak im się mówi że Polska utraciła cały wschód, nasze Kresy Wschodnie, gdzie to nie było tak (jak widzieli to nie tylko w Berlinie, ale również w Londynie, a nawet w Waszyngtonie i po części także w Paryżu - chociaż ci się akurat się nie odzywali bo było im to na rękę) że myśmy je zrabowali ukradli Rosji, Ukrainie czy nawet Litwie. Nie, były nasze ziemie, gdzie kulturę wykuwaliśmy ciężką pracą, a nie mieczem jak "teutońska misja cywilizacyjna na wschodzie", gdzie miasta (a również i mniejsze miasteczka) były polskie - owszem otoczone morzem Ukraińców i Białorusinów, ale jednak polskie. Dopuszczaliśmy do naszej społeczności wszystkich którzy tego pragnęli, nie czyniąc dla nikogo przeszkody pod względem rasy, wyznawanej religii czy krwi - polskość bowiem to była jedność cywilizacyjna, a nie rasowa (wielokrotnie w tej kwestii powoływałem się również na własne doświadczenia rodzinne, więc już tego nie będę robił). I pod tym właśnie względem te ziemie były polskie. Chociaż - i to też musimy podkreślić niezwykle mocno - to co dzisiaj nazywamy Kresami Wschodnimi czyli utracone miasta takie jak Lwów, Grodno, Wilno, Baranowicze - to nie były realnie żadne Kresy, to było centrum państwa. My o tym dzisiaj zapominamy, ale kresami Rzeczypospolitej były: Smoleńsk, Mścisław, Czernichów, Połtawa, ale już nawet nie Witebsk, nie Mińsk i nie Kijów.

Polacy kiedyś zostali określeni jako tzw. "Hobbici Europy", którzy przede wszystkim od walki i wszelkich niebezpieczeństw wolą spokojne życie i ciepło domowego ogniska. To prawda, ale jeśli ja miałbym nas przyporządkować do jakiejś grupy ludów Śródziemia, to raczej do Roharimów z Rohanu. Zawsze walczyliśmy za innych, pomagając im i niosąc wolność, natomiast często spotykaliśmy się potem ze wzgardą, zdradą i poniżeniem. 




ODSIECZ WIEDNIA 1683 r.



SZARŻA W WĄWOZIE SAMOSIERRA (KTÓRY DLA FRANCUZÓW MIAŁ BYĆ NIE DO ZDOBYCIA) TRWAŁA 8 MINUT - 1808 r.



SZARŻA POD ROKITNĄ 1915 r.



Gdy w lipcu 2018 r. w środkowej Szwecji wybuchła fala pożarów, Polska natychmiast wysłała tam 140 strażaków wraz ze sprzętem, którzy wybitnie przysłużyli się do ugaszenia tamtejszych pożarów. Gdy w lipcu 2021 r. w Nadrenii Północnej-Westfalii doszło do powodzi, Polska wysłała 70 wozów strażackich na ratunek Niemcom. Kiedy nas spotkała taka tragedia, jakoś nikt się nie pali do tego żeby nam pomagać. O przepraszam, Tusk ponoć ma ściągnąć Bundeswehrę (😆🤭) i potem przyznam się szczerze nie wiem czy mam się śmiać czy płakać. Mamy prawie 300 000 strażaków ochotników, którzy posiadają ponad 12 tysięcy wozów do gaszenia pożarów (przy czym należy podkreślić że nasz sprzęt jest najlepszy w całym naszym regionie łącznie z Niemcami, gdy bowiem nasi strażacy pojechali do Szwecji, to tamci łapali się za głowy widząc nasze auta gaśnicze), poza tym są Wojska Obrony Terytorialnej czy w ogóle Wojsko Polskie, a Tusk ściąga tutaj Bundeswehrę, po co? Na miejscu, na zalanych terenach Polski pracuje jedynie 700 strażaków - 700, a cała reszta ma ponoć zakaz aby tutaj przybywać, bo władze nie chcą żeby pokazali się oni na "pisowskim sprzęcie" (to znaczy na autach zakupionych w czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości), bo to by źle wyglądało pijarowo dla koalicji 13 grudnia. Jeżeli to jest prawda (w co trudno nie uwierzyć, bo oni przyzwyczaili nas do jeszcze większych debilizmów), to według mnie to jest jawna zdrada i tutaj już nie ma zmiłuj się. Jeżeli premier naszego kraju ściąga do nas obce boisko bez zgody parlamentu, to jak to nazwać. Mają nam pomagać, bundeswehra czym i po co, skoro mamy ku temu własne siły i środki? Ja nie mówię tutaj o tym żeby Niemcy nie przysłali do nas swoich straży pożarnych, czy Szwedzi, czy też inni nasi sąsiedzi, ale po co ściągać Bundeswehrę - żeby nas przyzwyczajać? A jeśli tak, to do czego?

I tutaj znów wracamy do kwestii niemieckich wpływów w Polsce. To, że na zalanych terenach nie powstały zbiorniki retencyjne w odpowiedniej ilości, to jest właśnie robota ekologów, którzy w ogromnej większości (oczywiście nie mam ku temu szczegółowej wiedzy, więc też nie będę się wymądrzał), zapewne idą na sznurku prowadzonym przez BND. Pani Zielińska była dumne, że spotykały się ze swoją odpowiedniczką z Niemiec, a panią Zielińską znamy doskonale z jej różnych bardzo mądrych wypowiedzi:


CO SIĘ ZROBIŁO W GŁOWIE TEJ KOBIETY? MIRAŻ Z MCHU I PAPROCI!? NAJTAŃSZY TRANSPORT JAKI MOŻNA SOBIE W OGÓLE WYMYŚLIĆ - CZYLI TRANSPORT WODNY ONA UWAŻA ZA NIEOPŁACALNY (😂). PYTANIE BRZMI CZY ONA TAK SAMA Z SIEBIE CZY TEŻ POD "INSPIRACJĄ"



POSŁANKI KOALICJI 13 GRUDNIA UCZĄ SIĘ O OCHRONIE ŚRODOWISKA Z GRY DLA DZIECI (PANI ZIELIŃSKA PIERWSZA Z LEWEJ, W ŻÓŁTEJ SUKIENCE PANI JACHIRA)



Podsumowując, najważniejszą kwestią jest teraz (już po pokonaniu owej powodzi, podliczeniu ofiar i strat, uporządkowaniu tamtych miejsc oraz przyznaniu poszkodowanym pomocy finansowej - bo to jest podstawa w tych warunkach, a przede wszystkim zapewnienia nowych mieszkań i to o lepszym standardzie niż mieli do tej pory. Natomiast posłanki koalicji 13 grudnia szczególnie pani Henning-Kloska twierdzi że najlepszy jest niskoprocentowany kredycik w wysokości 2,5%, niech więc powodzianie biorą kredyty, bowiem za "naszych" rządów - liberałów z Wybrzeża, nigdy niczego nie było, nie było "pinindzy", nie było inwestycji a przede wszystkim nie było rozwoju Polski) powołanie i wyjaśnienie komisji do spraw zbadania wpływów niemieckich w Polsce od roku 1990 i ukrócenia tego procederu raz na zawsze, bez względu na to jak bardzo bolesny dla niektórych będzie. Ja mam bowiem już serdecznie dosyć życia w takim popapranym kraju, w którym jurgielnicy mówią nam jak mamy żyć, jak ku...a nie miłość do Moskwy, to teraz do Berlina i Brukseli, ale jakoś nie widać w nich miłości do własnej Ojczyzny. Może więc już czas na zmiany i to zmiany gruntowne, a widzę ku temu potencjał wśród zwolenników budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, który jest tak naprawdę wspierany przez zwolenników różnych partii i na tym właśnie na tym należy budować nasze polskie deep state - deep state rozwoju i potęgi Polski. Trzeba bowiem odtworzyć dawną Rzeczpospolitą, jeśli nawet nie tę Pierwszą, to przynajmniej tę Drugą.

czwartek, 19 września 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. III

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





"SOWIECI NIE WCHODZĄ"
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)






DOŚWIADCZENIA I INSPIRACJE 
Cz. II


 Rumunia weszła do walki dopiero w trzecim roku wielkiej wojny, w którym ententa spodziewała się odnieść zwycięstwo (wcześniej Rumunii byli "molestowani" przez obie strony konfliktu koniecznością wejścia do wojny, na co długo nie zamierzali się zgadzać. Niemcy i Austro-Węgry nalegały na wejście Rumunii do konfliktu zbrojnego ze względu na zabezpieczenie swych dróg komunikacji z Imperium Osmańskim, gdyż jak mówiono w Berlinie: "Rumunia to klucz do wschodu", a podstawą tych planów był traktat sojuszniczy zawarty przez Rumunię z Austro-Węgrami - 30 października 1883 r. i skierowany był wyraźnie przeciwko Rosji. Układ ten - odnawiany cyklicznie co 5 lat, ostatni raz 5 lutego 1913 r. - przez cały ten czas pozostawał tajny. Król Rumunii - który przechowywał traktat w swej własnej skrytce - pokazywał go jedynie mianowanemu przez siebie premierowi na okres jego kadencji, tak więc do wybuchu I Wojny Światowej o owym traktacie w Rumunii wiedziało tylko kilkanaście osób. Gdy więc w 1913 r. Austro-Węgierski poseł w Bukareszcie zaproponował aby traktat ten poddać pod głosowanie parlamentom w Wiedniu, Budapeszcie i Bukareszcie, król Rumunii Karol I (z niemieckiego rodu Hohenzollern-Sigmaringen) wpadł w panikę. Poseł Ottokar Czernin zanotował potem: "Przerażenie jakie ogarnęło króla na samą myśl, że tak surowo strzeżona tajemnica (...) mogłaby wyjść na światło dzienne, pokazało mi, że przywrócić do życia martwy traktat byłoby niemożliwością". Rzeczywiście, na początku I Wojny Światowej traktat ten był już martwy, powstał bowiem w innych czasach i w innych okolicznościach które się zestarzały. Społeczeństwo Rumunii było zaś bardzo prozachodnie, a król Karol, chociaż wolałby stanąć po stronie Państw Centralnych, nie mógł postąpić wbrew woli narodu. Podstawą przyłączenia się Rumunii do I Wojny Światowej było pewność uzyskania nabytków terytorialnych, jakie mogłyby im ofiarować strony tego konfliktu. Niemcy, w zamian za przystąpienie Rumunii do wojny ofiarowały jej Besarabię (zajętą przez Rosję na Turcji w 1812 i potem w 1878 r. a utraconą na rzecz Rumunii w 1856 r.) i należący do Serbii okręg Negotin, leżący na prawym brzegu Dunaju. Rosja, w zamian za życzliwą neutralność, ofiarowała Rumunii Siedmiogród i Bukowinę (wchodzące w skład Monarchii Austro-Węgierskiej). Jak już wspomniałem nastroje społeczeństwa rumuńskiego były pro-zachodnie (a w szczególności pro-francuskie), oraz anty-astriackie, a z całą pewnością anty-węgierskie. Tym bardziej zdobycie Siedmiogrodu i Bukowiny było znacznie korzystniejsze niż opanowanie Besarabii, chociaż za przyłączeniem się do ententy przemawiała również obawa o powojennej dominacji Słowian na Bałkanach. Mimo to Rumunii postanowili podążać drogą Włoch, tak jak Włochy uczynią, tak zrobi również Rumunia i gdy Włochy ogłosiły neutralność, neutralność ogłosiła Rumunia (na początku wojny), ale gdy 23 maja 1915 r. Włochy wypowiedziały wojnę Austro-Węgrom, Rumunia pozostała neutralna. Trudno się temu dziwić, Włochy mogły sobie na to pozwolić gdyż realnie nie miały śmiertelnego wroga (chociaż pragnęły opanować zarówno Trydent, Tyrol i Istrię należące do Austro-Węgier, jak i Korsykę, Niceę, Sabaudię a być może również Tulon i Marsylię, nie mówiąc już o Tunezji - na Francji). Rumunia była otoczona śmiertelnymi wrogami z trzech stron, od północy Rosją, od północnego-zachodu Monarchią Austro-Węgierską (szczególnie zaś Węgrami) i od południa Bułgarią. Każdy krok musiałby być więc przemyślany, jeśli nie chciano zniszczyć kraju (tym bardziej że po październiku 1915 r. i w wejściu do wojny Bułgarii, tragiczny los Serbii był tutaj szczególnie dobitnym memento). Politycy rumuńscy domagali się zarówno od jednej jak i drugiej strony jasnej deklaracji na piśmie, że dane terytoria przypadną Rumunii po zakończeniu wojny, na co większość państw nie chciała się zgodzić. Ostatecznie państwa ententy zgodziły się nie zakończyć wojny, dopóki cele Rumunii nie zostaną spełnione, a gdy 4 czerwca 1916 r. ruszyła rosyjska ofensywa gen. Brusiłowa (wydaje mi się że był to bodajże najlepszy generał rosyjski I Wojny Światowej, choć otoczony bandą niekompetentnych durniów i ludzi celowo rzucających mu kłody pod nogi), przeważyło to szalę na korzyść ententy i 27 sierpnia 1916 r. (o 20:30) Rumunia wypowiedziała wojnę Austro-Węgrom. Dnia następnego wojnę Rumunii wypowiedziały Niemcy, Imperium Osmańskie wypowiedziało wojnę Rumunii 30 sierpnia, a Bułgaria 1 września i tak to się zaczęło).

Jeszcze lepiej - chociażby na bliskie związki rumuńsko-polskie - znano w Polsce losy Królestwa Rumunii. Francuzi walczyli pod Verdun, Brytyjczycy nad Sommą, Włosi o Gorycję, a Rosjanie przeprowadzili na południowym odcinku frontu wschodniego ofensywę pod dowództwem generała Aleksieja Brusiłowa (wówczas to m.in. w krwawej bitwie pod Kostiuchnówką zatrzymały marsz Moskali trzy brygady Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego, a ostatecznie ofensywa Brusiłowa zakończyła się zdobyciem jedynie Łucka, części Galicji Wschodniej i Bukowiny. Pewnie ofensywa ta osiągnęłaby więcej gdyby nie fakt, że zazdrośni o sukces Brusłowa inni rosyjscy oficerowie donosili na niego do cara że oszczędza ludzi - nie rzucając ich do huraganowych ataków - i marnuje (a raczej rozkrada) sprzęt, którego wciąż mu brakuje. Tak naprawdę jednak za brakiem sprzętu stały ogromne zapóźnienia rosyjskiego Imperium i trudności w dostawach sprzętu na front, oczywiście nie licząc celowych działań, mających na celu udowodnienie niekompetencji Brusłowa).




(...) Rumuńska armia była dość silna, po mobilizacji liczyła 23 dywizje, a więc więcej niż serbskie i bułgarskie wojska razem wzięte - jednak lekceważona przez przeciwników. Carscy generałowie złośliwie mówili, że jeśli Rumunii ruszyliby przeciwko nim, to potrzeba by było 40 rosyjskich dywizji do zatrzymania ataku; jeśli jednak Rumunii uderzyliby na Austro-Węgry, to i tak trzeba by rosyjskich 40 dywizji - dla uratowania rządu w Bukareszcie przed spodziewanym kontratakiem. Siedmiogrodu broniła świeżo zorganizowana austro-węgierska 1 armia. 27 sierpnia 1916 roku uderzyła na nią od południa (a właściwie to był już 28 sierpnia o godzinie 9:00 rano) 1 Armia rumuńska, od południowego wschodu - 2 Armia, a od północnego wschodu - Armia Północna (przemianowana następnie na 4). Wojska te sforsowały wysokie Karpaty - co samo w sobie było wyczynem - i powoli spychały na zachód wojska Habsburgów.


FRONT SIERPIEŃ 1916



3 Armia rumuńska miała osłaniać królestwo od południa - przed spodziewanym uderzeniem Bułgarów. I to właśnie ona zawiodła, bo już 1 września spadło na nią uderzenie bułgarskiej 3 Armii - czego spodziewali się rumuńscy generałowie - oraz VI Korpus tureckiej i niemieckiej brygady - co było dla Bukaresztu zaskoczeniem. Zawiedli też Rosjanie, bowiem generał Andriej Zajonczkowski - dowodzący XXX Korpusem Armijnym, mającym stanowić zabezpieczenie południowej granicy Rumunii - nie tylko maszerował zbyt wolno, aby dotrzeć na czas, ale niezbyt chciał podporządkować się rozkazom Rumunów. Już 6 września Bułgarzy odcięli i zmusili do kapitulacji dwie rumuńskie dywizje, osamotnione w twierdzy Tutrakan - co okazało się później mieć decydujące znaczenie dla całej kampanii.


FRONT WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 1916 



15 września rumuński sztab generalny postanowił wstrzymać ofensywę w Siedmiogrodzie, a zwolnione w ten sposób siły i środki przeznaczyć na powstrzymanie Bułgarów i Turków. Plan się nie powiódł, w dodatku siły austro-węgierskie broniące Siedmiogrodu zostały wzmocnione przez dywizje ściągnięte z innych frontów. W walkach wziął udział także elitarny bawarski Alpenkorps, który podporządkowano 9 Armii dowodzonej przez Ericha von Falkenhayna. 10 listopada uderzył on na karpackie przełęcze, wszedł na równiny i jeszcze przed końcem roku opanował całą Wołoszczyznę wraz z Bukaresztem.


FRONT LISTOPAD 1916 - STYCZEŃ 1917



Pomimo klęsk poniesionych jesienią 1916 roku zrąb rumuńskich sił zbrojnych udało się ewakuować na wschód, do Mołdawii, gdzie - dzięki pomocy sojuszników - zostały zreorganizowane i odbudowane. (Szczególnie zasłużył się szef francuskiej misji wojskowej generał Henri Barthelot). 22 czerwca 1917 roku formacje rumuńskie były zdolne - wspólnie z Rosjanami - do podjęcia ofensywy przeciwko austro-węgierskiej 1 Armii nad dolnym Seretem, a nawet odniesienia lokalnego sukcesu w bitwie pod Mârâsti. Ważniejsze było jednak samodzielne zatrzymanie kontrataku państw centralnych, znane jako bitwa pod Mârâsesti, we wrześniu 1917 roku. Uratowało to niepodległość Rumunii.

Nie na długo jednak, bowiem 7 listopada 1917 roku w Rosji wybuchła rewolucja październikowa, a jej skutkiem był rozpad armii carskiej. Pozbawiona wsparcia Rumunia musiała podpisać w grudniu zawieszenie broni, a 7 maja 1918 roku została zmuszona do zawarcia upokarzającego pokoju bukareszteńskiego. W zamian za zwrot Besarabii (...) Rumunia "zgodziła się" na "korektury graniczne", oddanie administracji wybrzeża Morza Czarnego w kondominium czterech państw centralnych (ziemie te miały jednak pozostać rumuńskie), oraz bardzo niekorzystne układy gospodarcze. Traktat bukareszteński został ratyfikowany przez parlament, ale król Rumunii nie podpisał go, co po kilku miesiącach okazało się bardzo istotne. 

W listopadzie 1918 roku do Bukaresztu dotarł bowiem - na czele symbolicznej armii składającej się z kilkunastu batalionów, szwadronów i baterii - generał Henri Barthelot. Miał on namówić Rumunów do antyniemieckiego wystąpienia. Nie było to trudne zadanie, Rumunii chętnie stanęli po stronie ententy, oficjalnie przywracając stan wojny z Niemcami 10 listopada. Jako że król nie podpisał traktatu pokojowego z Niemcami, Rumunia wciąż mogła być uznawana za jedno z państw ententy. Znalazło to odbicie w ustaleniach kończących wojnę: naddunajskie królestwo powiększyło się dwukrotnie - o Besarabię i Siedmiogród - stając się najsilniejszym państwem bałkanów (bez wątpienia Rumunia i poniekąd Serbia były największymi beneficjentami I Wojny Światowej. Oczywiście nie mówiąc o nas, gdyby bowiem nie ta wojna, nie byłoby naszej niepodległości).




Paradoksalnie najczęściej przytaczanym w powojennej Polsce przykładem politycznym, są losy Belgii. Państwo to zostało najechane przez Niemców w 1914 roku. W rękach Belgów pozostał skrawek ich ojczyzny, a rząd i armia funkcjonowały na terenie Francji. Przykład ten był bardzo wygodny, pokazywał bowiem że możliwe jest funkcjonowanie rządu na terenie obcego państwa, jednocześnie sugerując, że możliwość ta związana jest z geograficzną bliskością i uzyskaniem bezpośredniego wsparcia. Dlaczego w PRL-u przypominano Belgię, a nie Serbię? Przypominanie losów Serbii było bowiem dla krytyków II Rzeczpospolitej bardzo niewygodne. Serbia walczyła osamotniona i w pierwszych dniach wojny poniosła porażki, utraciła nawet stolicę - ale odzyskała ją i przez wiele kolejnych miesięcy była w stanie trwać, pomimo zniszczonej armii, rozbitego przemysłu i dostaw prowadzonych tranzytem przez neutralne państwo. Skoro udało się to Serbii w latach 1914-1915, dlaczego nie miało się udać Polsce w 1939 roku? Polska też walczyła osamotniona i w pierwszych dniach wojny poniosła porażki, utraciła nawet stolicę - ale mogłaby ją odzyskać i przez wiele kolejnych miesięcy trwać, pomimo zniszczonej armii, rozbitego przemysłu i dostaw prowadzonych tranzytem przez neutralne państwo.




Równie niewygodny był przykład Rumunii, najechanej i rozbitej przez wrogów, która przez wiele miesięcy kontynuowała opór na skrawku swego terytorium. Na czymś w rodzaju przedmościa rumuńskiego. Pierwszowojenne losy Rumunii sugerowały także i inne możliwości rozwiązania konfliktu wojennego: podpisanie separatystycznego pokoju i ponowne wkroczenie do wojny, gdy ta zbliżała się do zwycięskiego dla jej sojuszników końca. Wreszcie trzeba zwrócić uwagę, że decydująca ofensywa ententy była przeprowadzona na Bałkanach, i chociaż nie przyniosła rozbicia armii żadnego z przeciwników, to wszystkie państwa centralne zostały pokonane. Gniew społeczeństwa obalił stare władze, a nowe natychmiast podpisały zawieszenie broni. (I uczyniły to nawet Niemcy, które w chwili zakończenia wojny okupowały ziemie swoich wrogów). "Bezwarunkowa kapitulacja wrogów" która zakończyła II wojnę światową, była zjawiskiem bez precedensu na kontynencie europejskim. Był to bowiem pomysł administracji Stanów Zjednoczonych, które do tej pory w taki właśnie sposób kończyły większość wojen. Wojna między III Rzeszą a Rzeczpospolitą - która zamieniła się w II wojnę światową - nie musiałaby zakończyć się rozbiciem Wehrmachtu i podbiciem Niemiec. Mogłaby zakończyć się rozwiązaniem politycznym - najprawdopodobniej wymuszonym - jak ćwierć wieku wcześniej. 

(...) W Polsce po 1945 roku nie poświęcano wiele uwagi wydarzeniom wielkiej wojny (...) Najważniejsze dla Polaków były wojny toczone przez Rosję bolszewicką: zarówno wojna domowa z białymi, wojna przeciwko "obcym interwentom" - w tym wojny z Japonią - jak i późniejszy zabór państw zakaukaskich. Zmagania te trwały od 1918 do 1922 roku, a były prowadzone przez państwo wyczerpane wcześniejszą wojną i rewolucją, armiami bardzo źle wyekwipowanymi i jeszcze gorzej zaopatrywanymi w amunicję, paliwo i żywność. 




Podobne były zresztą i własne doświadczenia polskie z lat 1918-1920. Władze II Rzeczpospolitej zdecydowały, że pierwszeństwo przed doraźnymi działaniami zbrojnymi będzie miało zorganizowanie, wyszkolenie i wyekwipowanie Wojska Polskiego. Obrona granic była prowadzona siłami prowizorycznymi. Co prawda decyzja taka skutkowała na początku porażkami - najbardziej dotkliwa to utrata Zaolzia na rzecz Czechów - jednak była decyzją słuszną. Jeszcze wiosną 1919 roku udało się rozbić armie ukraińskie. (...) Następnie prowadzono zakrojone na szeroką skalę, choć ze zmiennym szczęściem, działania wojenne przeciwko Rosji. Podczas nich Wojsko Polskie utraciło wiele jednostek i znaczną część wyposażenia. Latem 1920 roku gros polskich sił udało się jednak wycofać na zachód, odbudować siły, zmobilizować nowe formacje i przeprowadzić nową kampanię. O wyniku wojny 1920 roku zdecydował nie tyle wynik Bitwy Warszawskiej, ile większy od rosyjskiego polski potencjał organizacyjny.






CDN.

środa, 18 września 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. II

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





"SOWIECI NIE WCHODZĄ
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)



DOŚWIADCZENIA I INSPIRACJE


 Zwykliśmy patrzeć na wydarzenia roku 1939 ze współczesnej perspektywy, wiedząc dokładnie, jak przebiegała II wojna światowa, jakiej broni użyto i jakie były jej skutki. (...) Nasi przodkowie mieli zupełnie inne doświadczenia, a jeszcze bardziej odmienne były ich inspiracje. Niemal wszyscy pamiętali wielką wojnę - wówczas nikt nie nazywał jej "pierwszą wojną światową", bo przecież nie było "drugiej". Wojskowi studiowali natomiast ostatnie wojny - wojny, które dziś zostały już zapomniane. Warto je sobie przypomnieć.

Największy rozgłos w Europie zdobyła oczywiście wojna domowa w Hiszpanii. Rozpoczęła się w lipcu 1936 roku, gdy wojsko zbuntowało się przeciwko rządowi. Rząd Hiszpanii - utworzony przez partie Frontu Ludowego - zaczął realizować politykę Związku Sowieckiego. W pierwszych dniach wojny strona rządowa - zwana również republikańską - zdołała zdusić spisek w większości garnizonów i utrzymać kontrolę nad większością Hiszpanii. Strona wojskowa - zwana również jako rebelianci, narodowcy, frankiści od nazwiska generała Francisco Franco - szybko zmobilizowała siły i ruszyła do ataku na stolicę państwa - Madryt.




Wojska generała Franco wyruszyły na Madryt w lipcu, a już w listopadzie rozpoczął się szturm na stolicę. Przez obserwatorów manewry te zostały uznane za błyskawiczne. Szturm na Madryt nie powiódł się, a wojska obu stron utknęły w okopach. Kilkukrotnie próbowano przywrócić wojnie charakter manewrowy, ale rzadko kiedy przynosiło to rezultaty. Strona republikańska otrzymała olbrzymią pomoc od Związku Sowieckiego. Strona narodowa wspierana była przez Włochów i - w mniejszym stopniu - przez Niemców. Wojna zakończyła się wiosną 1939 roku, gdy - niemal dosłownie - rozpadło się państwo republikanów. (...)

Wojna domowa w Hiszpanii przyniosła jej obserwatorom wiele materiału do przemyśleń, z tym że wnioski, jakie na ich podstawie wyciągnięto, były wzajemnie sprzeczne. Zgadzano się tylko z jednym -  wojna domowa w Hiszpanii była klęską w Związku Sowieckiego. Klęską na każdym szczeblu: militarnym, technicznym, ekonomicznym, ideologicznym i politycznym. Okazało się, że sowiecka sztuka wojenna - szczególnie jakość i styl dowodzenia - stoi na dużo niższym poziomie, niż sztuka wojenna Zachodu. (...) Uwagi obserwatorów nie umknął również fakt, że najbardziej zaawansowane systemy uzbrojenia sowieckiego są kopiami - licencyjnymi bądź bezlicencyjnymi - rozwiązań zachodnich. Artyleria pochodziła z czasów carskich (a właściwie z licencji zakupionych za cara), czołgi z Wielkiej Brytanii lub Stanów Zjednoczonych, a silniki lotnicze z Francji, Niemiec bądź Ameryki.

Fatalne wrażenie - szczególnie na lewicy -  sprawiał fakt, że pomoc sowiecka była całkowicie odpłatna. Republika wysłała do Związku Sowieckiego 2/3 swoich olbrzymich - czwartych na świecie - rezerw walutowych: 176 ton złota przez Francję i 510 ton drogą morską. Według dzisiejszych cen wartość tego złota wyniosłaby około 30 miliardów dolarów. Gdy jesienią 1938 roku hiszpańskie zapasy złota się skończyły - skończyła się również pomoc sowiecka. (...) Moskwa nie miała skutecznych rozwiązań dyplomatycznych - republikański rząd Hiszpanii stawał się coraz bardziej izolowany, izolowany był również Związek Sowiecki. Pod koniec 1938 roku prestiż Sowietów sięgnął dna: nie tylko rozpadły się fronty ludowe w innych państwach, ale powstała nawet -  konkurencyjna dla stalinowskiej -  trockistowska międzynarodówka komunistyczna.

Czysto militarne wnioski z hiszpańskiej wojny domowej były, jak wspomniano, wzajemnie sprzeczne, a przez to mylące. Okazało się, że uderzenia kolumn zmechanizowanych są w warunkach europejskich niemożliwe do przeprowadzenia. Również czołgi okazały się mniej warte, niż się spodziewano. Co więcej, małe włoskie czołgi zwane tankietkami wydawały się dobrym
rozwiązaniem: choć miały małą siłę ofensywną, to były niewielkie i względnie trudne do zniszczenia. Czołgi większe - których reprezentantami były sowieckie T-26 oraz BT - były podatne na ogień przeciwpancerny tak samo jak tankietki. Uznano, że w roli broni przeciwpancernej doskonale sprawdza się broń uniwersalna: najcięższe karabiny maszynowe (działka) kaliber 20 mm, ciężkie rusznice przeciwpancerne oraz działa piechoty. Wyspecjalizowane armaty przeciwpancerne zdawały się nadmiernym luksusem i należało skierować je do odwodów dywizyjnych.

Przewidywano, że przyszła wojna będzie podobna do wielkiej wojny - potwierdzał to również przebieg wojny hiszpańskiej. Walki miały charakter pozycyjny, nawet w kluczowych dla losów wojny miejscach. Ciężkie walki o Madryt trwały przez blisko pół roku, nie dały żadnego rozstrzygnięcia, a następnie front stał w miejscu - na przedpolach stolicy - przez równe dwa lata. Wojnę manewrową można było prowadzić jedynie wobec zdemoralizowanego przeciwnika, jak latem 1936 roku, gdy frankiści opanowali zachodnią Hiszpanię, jak latem 1937 roku, gdy uderzono na osłabionych wewnętrznymi sporami Baskijczyków i Asturyjczyków, czy tak jak latem 1938 roku, gdy republika chwiała się w posadach. Inne wielkie bitwy - Brunete, Teruel, Ebro, były zbliżone charakterem do bitwy pod Verdun z 1916 roku: trwały tygodniami a nawet miesiącami i polegały na zamiennym ostrzale artyleryjskim oraz szturmach piechoty. Były to bitwy materiałowe, wygrywała w nich ta strona, która miała lepiej rozwiniętą służbę kwatermistrzowską zapewniejącą amunicję, oraz służbę uzupełnień zapewniającą mięso armatnie. 

(...) Do czasów wojny domowej w Hiszpanii duże znaczenie dla rozwoju lotnictwa wojskowego miała doktryna Giulia Dougheta, włoskiego generała, który zakładał że masowe bombardowania miast doprowadzą do kapitulacji całego państwa (jednak, co ciekawe, to paradoksalnie wcale nie niemieckie lotnictwo czy czołgi były siłą przełamującą pozycje wroga, a właśnie artyleria, która była prawdziwą pancerną pięścią Wehrmachtu). Gdy 26 kwietnia 1937 roku samoloty włoskie i niemieckie zbombardowały historyczną stolicę Basków - Guernicę - postronnym obserwatorom mogło się zdawać że Doughet miał rację: republikanie ogłosili że zginęło 1700 cywilów a 3/4 miasta zostało doszczętnie spalone. W kręgach specjalistów szybko pojawiły się wątpliwości, a neutralni obserwatorzy - w tym brytyjscy i polscy - zauważyli, że charakter zniszczeń przypomina raczej planowe wyburzenia niż efekt bombardowania (np. zniszczone zostały trzy dzielnice mieszkaniowe, czwarta dzielnica o charakterze symbolicznym zachowała się w zadziwiająco dobrej kondycji). Dziś wiemy też, że ofiar nie było 1700 tylko ponad 10 razy mniej (zachowane dokumenty ze szpitali mówią o 120 zabitych, choć mogło ich być więcej).




Ataki powietrzne na inne miasta republikańskie potwierdzają niewielką skuteczność bombardowań. Madryt - leżący tuż za frontem, w zasięgu nie tylko bombowców, lecz także ognia artylerii - był bombardowany regularnie i systematycznie. Ataki te nie wpłynęły w znaczący sposób na sytuację militarną ani na morale mieszkańców (chociaż rząd opuścił miasto). (...) Teoria Dougheta nie została potwierdzona w praktyce. Rozbudowa sił bombowych jako rdzenia sił powietrznych okazała się nietrafionym rozwiązaniem.

Uznano natomiast, że bardzo duży wpływ na działania wojenne mają ataki szturmowe na wojska walczące w polu. Najlepszym dowodem na to było zatrzymanie ataku włoskiej kolumny zmechanizowanej na Madryt pod Guadalajarą. Nie zwrócono uwagi, że było to związane ze specyficzną sytuacją pogodową (lotniska włoskie tonęły w deszczu i błocie, czołgi włoskie tonęły w błocie, ale niebo nad nimi było błękitne i republikanie mieli suche lotniska i wspaniałą pogodę). (...) Po 1939 roku - nawet w kampanii polskiej - Piechota strzelała do wszystkiego, co latało, nie patrząc na przynależność państwową (ewenementem pod tym względem był amerykański 10 Pułk Piechoty, który podczas II Wojny Światowej masowo strzelał również do własnych samolotów, a żołnierze tego pułku powtarzali że w powietrzu mają dwóch wrogów: Luftwaffe i US Air Force. Było to spowodowane tym, że pułk ten ponosił znaczne straty w czasie tak zwanego "friendly fire" - który nadchodził właśnie z powietrza).

Wojna domowa w Hiszpanii sprawiła, że nieco inaczej niż dziś postrzegano Włochy. Być może jeszcze większe znaczenie miała wojna abisyńska, która wprowadziła Italię Mussoliniego do pierwszej ligi światowych mocarstw, będącym w stanie prowadzić długotrwałą wojnę na innym kontynencie, nie zważając na opinie - i sprzeciw - innych potęg (II Wojna Światowa bardzo szybko podważyła tę opinię, jako że Włochy stojąc po stronie Niemców były dla nich obciążeniem, a nie sojusznikiem. Dlaczego bowiem jesienią 1943 załamał się front wschodni? Dlatego że dywizje które miały pójść do walki z Sowietami, zostały skierowane przez Hitlera na front włoski {i częściowo do Francji}, gdzie po upadku Mussoliniego i kapitulacji Włoch przed Aliantami - 3 września 1943 r. - tamtejsze "miękkie podbrzusze Europy" mogło spowodować, że Alianci wdarli by się z południa do Niemiec, a ze wschodu do Francji. Włochy zresztą trzeba było wspierać militarnie już wcześniej w północnej Afryce i dla III Rzeszy w tych warunkach znacznie lepszym wyjściem było, aby Włochy nie przystępowały do wojny, a zachowały wobec Niemiec życzliwą neutralność, to by było znacznie bardziej korzystne, niż żałosna wojna jaką toczyli Italiańcy. Co ciekawe, latem 1940 r. Hitler chciał namówić gen. Francisco Franco - dyktatora Hiszpanii, aby również Hiszpania przyłączyła się do wojny. Ten jednak przedstawił Hitlerowi tak długą listę życzeń, których spełnienie doprowadziłoby niemiecki przemysł zbrojeniowy do upadku, a przynajmniej potwornej niewydolności, gdyż Franco - być może blefował, być może nie - twierdził, Hiszpania potrzebuje praktycznie wszystkiego i obecnie nie jest zdolna aby włączyć się do wojny. I rzeczywiście, chociaż początkowo Hitler złorzeczył na Franco, twierdząc że "wolałby dać sobie wyrwać wszystkie zęby, niż jeszcze raz z nim rozmawiać", to jednak, paradoksalnie nie włączenie się Hiszpanii do wojny po stronie III Rzeszy było dla Niemiec korzystne, podobnie zresztą jak dla Hiszpanii, i tak samo mogło być w przypadku Włoch. Zresztą ostatnich dniach swego życia, w bunkrze kancelarii Rzeszy w Berlinie, Hitler twierdził, że największym błędem jego życia było wsparcie, jakie udzielił Włochom Mussoliniego).




(...) Wojna w Abisynii, wojna domowa w Hiszpanii, oraz odległa wojna japońsko-chińska zdawały się potwierdzać przewidywania teoretyków wojskowych: dopóki przeciwnicy są dobrze przygotowani do walki, działania wojenne przypominają walki pozycyjne, toczone jak w wielkiej wojnie z lat 1914-1918. (...) Szybkie manewry i błyskawiczne rozstrzygnięcia są możliwe tylko wówczas, gdy przełamie się morale jednej z armii. (...) Wrzesień 1939 roku był więc dla wszystkich dowodem na to, że Rzeczpospolita Polska była państwem kalekim. Przekonanie to - wzmocnione sowiecko-fińską wojną zimową - trwało do maja 1940 roku, czyli do upadku Europy Zachodniej. 

Wojna w Hiszpanii była toczona w państwie o podobnym stopniu rozwoju gospodarczego i militarnego co Polska. Była to jednak wojna domowa, Polska natomiast przygotowywała się do wojny koalicyjnej. Dlatego też badano doświadczenia państw średniej wielkości, oddalonych od swych potężnych sojuszników, państw zmuszonych do walki z silniejszym przeciwnikiem i pokładających nadzieję, że wojna koalicyjna zakończy się ostatecznym zwycięstwem. 

Takimi państwami były w czasie wielkiej wojny Serbia i Rumunia. (...) Austro-Węgry miały dwóch potencjalnych wrogów: Serbię na południu i Rosję - sojuszniczkę Serbii - na północy. Latem 1914 roku siły zbrojne Austro-Węgier podzielono na trzy rzuty: trzy armie strzegły granicy z Rosją, dwie armie szykowały się do ataku na Serbię, a jedna armia stanowiła rezerwę, która mogła być wykorzystana do obrony na północy, albo do ataku na południu.

Gdy Austro-Węgry zaatakowały Serbię 28 lipca 1914 roku, do wojny włączyła się Rosja. Konieczność przerzucenia na północ armii rezerwowej, opóźniła habsburskie działania wojenne. Główne uderzenie na Serbię ruszyło dopiero 12 sierpnia i to siłami jedynie dwóch armii. Na Bałkanach panowała niemal idealna równowaga sił: austriacki dowódca Feldzugmeister Oskar Potiorek miał 275 batalionów piechoty i 510 dział, a serbski wojewoda Radomir Putnik - 270 batalionów piechoty i 528 dział. Serbowie mieli jednak istotną przewagę, ponieważ znali plany inwazji armii austro-węgierskiej, wydane im przez zdrajcę pułkownika Alfreda Riedla. Serbom udało się zatrzymać pierwsze uderzenie wroga, a nawet - wraz z Czarnogórcami - przeprowadzić niezbyt udaną ofensywę w Bośni. We wrześniu jednak wojska Potiorka sforsowały rzekę Drinę, pobiły obrońców i - po trwających kilka tygodni walkach pozycyjnych - w początkach grudnia zajęły opuszczony Belgrad.




Do jesiennych porażek armii serbskiej przyczyniła się techniczna przewaga wroga oraz brak właściwego uzbrojenia, a zwłaszcza amunicji, której nie produkowano na miejscu, lecz sprowadzano ją z zagranicy. Brak bezpośredniego połączenia morskiego z sojusznikami zmuszał Serbów do korzystania z tranzytu przez państwo neutralne. Grecy zgodzili się udostępnić port w Salonikach dla francuskich statków z pomocą dla Serbii, jednak bardzo niechętnie. Greccy - a szczególnie ich król - mieli ochotę na Macedonię, pozostającą wówczas w granicach Serbii. Gdyby nie interwencja Paryża, Grecja stałaby się wrogiem Serbii. Materiałowa pomoc aliantów dotarła do Serbii - via Saloniki - po dwóch miesiącach, niemal w tym samym czasie, gdy Serbowie zmuszeni byli oddać swoją stolicę. Pomoc wykorzystano niemal natychmiast do przeprowadzenia rozpaczliwej ofensywy i 15 grudnia 1914 roku odzyskano Belgrad. Wówczas to na froncie bałkańskim zapadła cisza - podobna do opisanej przez Remarque'a w "Na zachodzie bez zmian" na 10 długich miesięcy.




7 października 1915 roku armia austro-węgierska - wzmocniona posiłkami niemieckimi - uderzyła ponownie i po dwóch dniach zajęła Belgrad. Serbowie wycofali się w jako takim porządku na południe, utrzymując linie komunikacyjne z Salonikami. Połączenie zostało przerwane przez uderzenie bułgarskie. 11 października 1915 roku Bułgaria opowiedziała się przeciwko entencie i zaatakowała - aż ciśnie się na usta słowo: zdradziecko - Serbię. Wojewoda Putnik próbował - bez powodzenia - zorganizować odwrót przez Macedonię do Grecji, ostatecznie jednak został zmuszony do wydania 25 listopada rozkazu sauve qui peut ("ratuj się kto może"). Nakazywał on całej armii opuszczenie terytorium państwa i połączenie się z wojskami sojuszniczymi. Wraz z armią Serbię mieli opuścić także urzędnicy państwowi oraz... chłopcy do 12 roku życia, by ewakuować także przyszłych poborowych. Serbska armia została rozproszona. Jedyna droga ucieczki wiodła przez górzystą Albanię. 12 grudnia pierwsi szczęśliwcy weszli na pokłady alianckich okrętów. "Szczęśliwcy", bowiem zimowe warunki w albańskich górach były zabójcze i jedynie 155 000 Serbów dotarło do wybrzeży Adriatyku. Ponoć dwa razy tyle zginęło z głodu i chłodu, a wśród ofiar były też tysiące austro-węgierskich jeńców. Spośród 30 000 chłopców w wieku 12 - 18 lat ewakuowanych z Serbii jedynie 7 000 dotarło na Korfu: 15 000 zginęło jeszcze w górach, 6 000 w Albanii, oczekując na zaopatrzenie (...) a 2 000 podczas krótkiej podróży morskiej.

Króla Piotra, wojsko oraz rząd - w którym poczyniono pewne zmiany zgodnie z francuskimi sugestiami - ulokowano na greckich wyspach, przede wszystkim na wspomnianej Korfu. Armię - ze względu na śmiertelną chorobę Putnika dowodził nią teraz Petar Bojowić, a następnie Żiwoin Miszić - zreorganizowano i dozbrojono, a następnie wysłano na front. W tym czasie siły ententy w Grecji stawały się coraz większe (...) Na froncie macedońskim - oprócz sześciu dywizji serbskich - walczyli Brytyjczycy, Włosi, Grecy, Rosjanie i właśnie Francuzi. Do pierwszej ofensywy wojsk ententy doszło jesienią 1916 roku. Nie osiągnęła ona większych sukcesów i przez wiele kolejnych miesięcy wojna na tym froncie miała charakter pozycyjny. Dopiero 15 września 1918 roku ruszyła operacja, która miała zakończyć się sukcesem. Serbskie i francuskie dywizje zdołały przełamać front, a po dwóch tygodniach walk Bułgaria poprosiła o zawieszenie broni. Dywizje brytyjskie i greckie ruszyły na wschód, w stronę Stambułu, a Francuzi i Serbowie na północ, w stronę Belgradu. 5 listopada miasto było wolne, a 10 listopada siły aliantów sforsowały Dunaj. To właśnie błyskawiczne uderzenie na Bałkanach zadecydowało o militarnym wyniku wielkiej wojny: w przeciągu sześciu tygodni wszyscy sojusznicy Austro-Węgier i Niemiec musieli prosić o zawieszenie broni. Autorem zwycięstwa był dowódca sił ententy na Bałkanach: Louis Franchet dEsperey. W uznaniu jego zasług tuż po wojnie nadano mu tytuł marszałka dwóch państw - Francji i Serbii. 




(...) Wiedza o losie Serbii i o wydarzeniach walk na Bałkanach - choć dziś zapomniana - była doskonale znana oficerom i politykom II Rzeczypospolitej.


CDN.

wtorek, 17 września 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. I

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?




 W tej serii chciałbym powrócić do tematu który już kilkukrotnie podejmowałem, choć wydaje mi się że w sposób wybitnie niewystarczający. Mianowicie chciałbym tutaj udowodnić że we wrześniu 1939 roku nie byliśmy całkowicie skazani na klęskę (choć oczywiście w tym założeniu należałoby wykluczyć interwencję sowiecką z 17 września 1939 r., w przeciwnym bowiem razie jakiekolwiek dywagacje na ten temat pozbawione są sensu). Ten temat jednak będzie nieco inny od tych które wcześniej podejmowałem, a mianowicie to nie ja będę starał się tutaj udowodnić że wojna roku 39 nie była od początku skazana na klęskę, a posłużę się w tym celu książką autorstwa pana Tymoteusza Pawłowskiego pt.: "Sowieci nie wchodzą. Polacy mogli wygrać w 1939 roku. Fakty, a nie historia alternatywna". Zatem pozwolę sobie zaprezentować w tej właśnie serii tematycznej wybrane przeze mnie fragmenty książki pana Pawłowskiego, i jeśli zajdzie taka konieczność również podzielę się swoim własnym komentarzem na ten temat (co oczywiście bardzo łatwo będzie można rozpoznać, jako że użyję w tym celu czcionki innego koloru).

Nim jednak przejdę do tematu, chciałbym od razu wyjaśnić pewne że nieścisłości. Mianowicie wrzesień roku 1939 miał wybuchnąć pierwotnie rok wcześniej, w czasie kryzysu sudeckiego hitlerowskich Niemiec z Czechosłowacją. Wtedy to się nie udało Hitlerowi (bo on właśnie pragnął tej wojny) i doszło do kapitulacji Czechosłowacji przypieczętowanej jej rozbiorem w Monachium przez Francję, Wielką Brytanię i hitlerowskie Niemcy i Włochy Mussoliniego (29-30 września 1938 r.). Wówczas Hitler (zły z powodu tego że do wojny wówczas nie doszło) powiedział do swoich generałów: "Panowie, ukradliście mi wojnę!". Jak już wcześniej w innym temacie wspomniałem, Hitler był zafiksowany totalnie na punkcie swojej ideologii rasowej (która w konsekwencji doprowadziła go do klęski), był też bardzo niestabilny emocjonalnie, często wybuchał gniewem, a i zaraz potem uśmiechał się gratulował sukcesów swoim oficerom. Ale Hitler pragnął wojn y, pragnął pokazania że to co napisał w "Mein Kampf" jest prawdą, że naród niemiecki rzeczywiście jest narodem panów, a przede wszystkim że naród niemiecki jest silny i zjednoczony wokół swego wodza, a Niemcy wracają jako mocarstwo na arenę światową. Polityczne sukcesy, czyli bezkrwawe zdobywanie ziem, takie jak Anschluss Austrii czy zdobycie pasa Sudetów na granicy z Czechami, lub też Kłajpedy z Litwą, tak naprawdę Hitlera denerwowały. Bowiem polityczne nabytki nie mogły dopełnić tego, czego on pragnął i o czym pisał w "Mein Kampf", czyli zjednoczenia narodu jako nowej, czystej siły rasowej. Do tego potrzebna była wojna, przelana krew i ofiary po stronie niemieckiej, z tym że Hitler (bądź co bądź żołnierz frontowy I Wojny Światowej), nie chciał i nie pragnął takiej wojny, jaką widział w latach 1914-1918 na froncie zachodnim, czyli powolnego wykrwawiania się w okopach. Pragnął wojny - owszem, ale szybkiej, zwycięskiej, manewrowej wojny, która potwierdzi jego rasowe idee o Niemcach jako narodzie panów, o Niemcach jako zdobywcach, kruszących wszelki opór podludzi, a za takich miano właśnie Polaków, Rosjan Ukraińców, Białorusinów i wszystkich Słowian. Wojna z Polską (ale również wojna ze Związkiem Sowieckim) w rozumieniu Hitlera miała być wojną kolonialną, wojną, jaką toczyli Brytyjczycy w XIX wieku w Indiach, czyli wojną z dzikusami. Pokazaniem wyższości "narodu panów" nad bandą dzikusów, którzy nie dorośli do cywilizacji. I takiej właśnie wojny pragnął Hitler, szybkiej i zwycięskiej, dlatego też gdy - jeżdżąc we wrześniu 1939 r. za swymi armiami po Polsce - dowiadywał się o stratach ponoszonych przez Wermacht, o silnym oporze Wojska Polskiego, to po prostu (mówiąc kolokwialnie) brała go kurwica, i obsobaczał swoich generałów sposób niesamowicie chamski. A to przecież byli żołnierze frontowi I Wojny Światowej, częstokroć cesarscy oficerowie, a tutaj kapral Hitler mieszał ich z błotem, bo coś nie stykało w jego rasowych enuncjacjach i okazywało się że "słowiańskie dzikusy" powstrzymują napór Wehrmachtu stworzonego z "narodu panów", to było dla niego nie do pomyślenia.




Należy też od razu dopowiedzieć i wyjaśnić że Hitler (wbrew temu co się o nim mówi, że był "szczurem tyłowym" w czasie I Wojny Światowej i unikał walki), Hitler nigdy nie był tchórzem i nie bał się ani świszczących nad głową kul, ani też wykonania rozkazów które często bywały niebezpieczne. To trzeba przyznać i oddać prawdę, bo tak właśnie było. Zresztą Wojna Światowa uratowała mu życie, gdyż w 1913 r. przyjechał z Austrii do Monachium jako kandydat do Akademii Sztuk Pięknych. Jednak tamtejszym profesorom jego szkice nie przypadły do gustu (nie wiem, ja może się nie znam ale widziałem szkice Hitlera z lat późniejszych, te, które robił o krasnoludkach i królewnie Śnieżce i muszę powiedzieć że były dosyć dobre, ale może nie mam tego artystycznego drygu co owi profesorowie z Monachium). Został więc odrzucony jako kandydat do Akademii Sztuk Pięknych i w tym okresie przypadł najtrudniejszy czas jego życia, jako że finansowe wsparcie rodziny praktycznie ustało, a on wylądował w przytułku dla bezdomnych bez grosza przy duszy. Doszło też do tego że sypiał w parkach na ławkach. Ciekawa konstatacja bo 26 lat później, po swoim zwycięstwie nad Francją Hitler stał się nawet nie tyle wszechwładnym wodzem III Rzeszy ale realnie bogiem. Tak Hitler w roku 1940 stał się dla Niemców bogiem. Miał wszystko czego dusza zapragnie, całe państwo niemieckie i większa część Europy stały się jego własnością. Jak to się dziwnie układają koleje ludzkiego losu - prawda? I właśnie wybuch I Wojny Światowej wyrwał go z tej wegetacji, z tego marazmu życiowego i dał mu nową misję życiową (jak to się skończyło oczywiście wszyscy wiemy, ale w tamtym czasie było to dla niego samego bardzo ożywcze). Hitler znajdował się w tłumie wiwatujących ludzi na monachijskim Odeonsplatz - 2 sierpnia 1914 r. (widoczny jest w tłumie na zdjęciu). Zgłosił się na ochotnika do armii już 5 sierpnia, ale został wówczas odprawiony z kwitkiem, bo nie było dla niego miejsc, jednak już 16 sierpnia dostał powołanie do 16 Rezerwowego Pułku Piechoty i po przeszkoleniu w połowie września znalazł się na Froncie Zachodnim. Brał udział w ciężkich walkach pod Ypres, gdzie o mały włos nie został ranny (pocisk dosłownie zdmuchnął rękaw jego munduru, ale ręka pozostała cała). W czasie szturmu na Gheluvelt Hitler w swych listach opisywał ataki w sposób euforyczny, chociaż inni żołnierze jego pułku pisali jakoby musieli wytrzymać "cztery straszne dni", albo w liście do matki pisał inny z żołnierzy: "To czego doświadczyłem, już wystarczy!" Hitlera zaś radowała ta bitwa (zresztą został w niej odznaczony Krzyżem Żelaznym II klasy, czyli nie mógł być tchórzem i nie chował się z tyłu, jak potem twierdzono). 3 listopada Hitler został awansowany na gefraitra (starszego szeregowego), a 9 listopada przeniesiony do sztabu pułku. Mówi się że od tej chwili Hitler już tylko sporadycznie miał kontakt z walkami na froncie, ale przecież służył jako informator przekazujący rozkazy dowództwa, a to wcale nie była łatwa i przyjemna służba, a wręcz przeciwnie. Często trzeba było się przekradać pod gradem kul z jednej pozycji na drugą i nie było że nie pójdę, bo rowskaz musiał zostać dostarczony bez względu na okoliczności - inaczej takiego żołnierza czekał sąd wojenny - czyli kara śmierci. Warto jeszcze odnotować że 5 października 1916 r. Hitler został ranny odłamkiem granatu w lewe udo, co spowodowało że stracił wiele krwi i potem długo nie mógł chodzić. 

Ta jego szaleńcza brawura ukazała się również we wrześniu 1939 r. gdy (co prawda pod silną ochroną) ale jednak jeździł za swymi armiami po Polsce. I czasem bywało tak że rankiem tego dnia przez daną miejscowość przechodziło jeszcze Wojsko Polskie, a po południu jechał tamtędy już Hitler i wystarczyłaby jakaś zbłąkana kula, jakiś rykoszet i byłoby po ptokach (🤭). Ale w wielu tych sprawach Hitler miał prawdziwego farta i to zarówno na froncie I Wojny Światowej jak i później. I to należy mu oddać Hitler się cholernik nie bał i często narażał swoje życie na niebezpieczeństwo. Ale wydaje mi się że na tym poprzestańmy i przejdźmy teraz do głównego tematu, czyli do wyjaśnienia powodów, dla których Wojna roku 1939 mogła zakończyć się dla nas zwycięstwem. Zatem do dzieła.



"SOWIECI NIE WCHODZĄ
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)




WSTĘP 


Ostatni rozkaz marszałka Polski Edwarda Śmigłego-Rydza, wydany 20 września 1939 roku w rumuńskim mieście Krajowa, zaczyna się następująco: "Żołnierze! Najazd bolszewicki na Polskę nastąpił w czasie wykonywania przez nasze wojska manewru, którego celem było skoncentrowanie się w południowo-wschodniej części Polski, tak by mając do otrzymywania zaopatrzenia i materiału wojennego komunikację i łączność przez Rumunię z Francją i Anglią, móc dalej prowadzić wojnę. Najazd bolszewicki uniemożliwił wykonanie tego planu".

Od tamtych wydarzeń minęło 85 lat, i nikt nie zwraca uwagi, jaki dokładnie plan miało Wojsko Polskie. Kampania 1939 roku przedstawiana jest powszechnie jako chaotyczny bój odwrotowy polskiej kawalerii z niemieckimi czołgami, od samego początku skazany na porażkę. Dowódcy Wojska Polskiego przedstawiani są jako romantyczni straceńcy, cenieni tym wyżej, im mniejsze straty poniosły dowodzone przez nich wojska. Skoro wszystko i tak miało się skończyć po trzech, czterech tygodniach, to po co było walczyć?

Ocenianie przeszłych wydarzeń z perspektywy dzisiejszej nazywa się prezentyzmem. Nasze postrzeganie kampanii polskiej 1939 roku obarczone jest błędem prezentyzmu. Tymczasem Wojsko Polskie 1 września 1939 roku stanęło do walki z Wehrmachtem, mając realne szanse na zwycięstwo. Kalkulacje szans opierały się na doświadczeniach z poprzednich wojen; na pomocy sojuszników; na olbrzymiej przestrzeni, którą musieli pokonać Niemcy; na warunkach pogodowych; na obliczeniach zdolności przewozowej sieci kolejowej. Szanse te zostały pogrzebane przez najazd 17 września Armii Czerwonej sprzymierzonej z Wehrmachtem.

(...) Analizy te oparłem na badaniach prowadzonych przeze mnie od wielu już lat. Czasy studenckie zakończyłem doktoratem, w danym jako: "Armia marszałka Śmigłego". (...) Wspólnie z Markiem Deszczyńskim zorganizowałem międzynarodową konferencję: "Kampania Polska 1939" (...) Oprócz tego pisałem artykuły i wydawałem książki o działaniach wojennych, m.in. o wojnie polsko-rosyjskiej 1920 roku i kampanii 1939 oraz o przygotowaniach do nich. (...) Mam również nadzieję że po lekturze książki Czytelnik bliższy będzie znalezienia odpowiedzi na pytanie: "kto jest winny klęski wrześniowej?"




CDN.

sobota, 14 września 2024

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XLVII

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXXVI







ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI
ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XX






GDZIE TRZECH SIĘ BIJE... - CZYLI WOJNA NA ZACHODZIE
Cz. V


 W drugiej połowie 1544 r. wojna w Zachodniej Europie (tuż nad granicą z Francją) praktycznie już dogasała, aczkolwiek niebezpieczeństwo upadku Paryża wciąż było bardzo duże. Włoski kondotier na służbie cesarskiej -  Ferranto Gonzaga (któremu Karol V nadał w 1535 r. tytuł wicekróla Sycylii), 25 maja zdobył Luksemburg, gdzie też wydał proklamację, iż cesarz Karol V "przybył aby obalić tyrana, sprzymierzonego z Turkami" (czyli właśnie króla Francji Franciszka I). Na froncie włoskim francuski sukces pod Ceresole (14 kwietnia 1544 r.), został szybko zaprzepaszczony po zwycięstwie armii cesarskiej w bitwie pod Serevalle (2-4 czerwca), czego efektem było zdobycie przez Alfonsa z Avalos całej Lombardii wraz z Mediolanem. Front pirenejski zaś praktycznie został zamrożony i nie działy się tam żadne poważniejsze ruchy wojenne. Natomiast wraz z przeprawą angielskich żołnierzy na francuskie wybrzeże (dowodzonych przez Henryka VIII, chociaż dwoma armiami wydzielonymi dowodził bezpośrednio książę Suffolk (Karol Brandon) i książę Norfolk (Tomasz Howard), które miały połączyć się pod Paryżem. 19 lipca rozpoczęło się oblężenie francuskiej twierdzy Boulogne (której zdobywaniem osobiście przypatrywał się król Henryk VIII). Franciszek I nie miał wystarczających sił aby wspomóc Boulogne, tym bardziej że obawiał się ataku cesarza na Paryż (zresztą Karol V był niezadowolony z oblężenia Boulogne i w listach do Henryka pisał, że jest to złamanie ich uzgodnień i namawiał króla Anglii do jak najszybszego marszu na Paryż). Henryk VIII jednak nie zamierzał rezygnować z oblężenia Boulogne, chociażby dlatego że już raz (21 lat wcześniej) został namówiony przez swego kardynała Wolsey'a i ambasadora Hiszpanii aby odstąpił od oblężenia Boulogne (gdy w północnej Francji wówczas operowała angielska armia Karola Brandona, księcia Suffolk). Teraz Henryk i Suffolk postawili sobie za cel zdobycie tej francuskiej twierdzy.

W sierpniu armia cesarska (stacjonująca w północnej Francji) zdobyła kilka twierdz na drodze do Paryża, ale chroniczny brak pieniędzy dawał o sobie znać, co powodowało znaczne opóźnienia, a realnie uniemożliwiło Karolowi V atak na francuską stolicę. Z początkiem września 1544 r. do obozu cesarza przyszedł list od jego syna, regenta Hiszpanii - don Felipe, w którym pisał on, iż nie jest w stanie zebrać więcej pieniędzy i radzi ojcu aby jak najszybciej zawrzeć pokój "co jest szczególnie miłe Bogu". Karol V podejrzewał że list ten tak naprawdę podyktowany został przez prymasa i wielkiego inkwizytora Hiszpanii, kardynała Juana Pardo de Tavera (co akurat było prawdą), ale pozbawiony pieniędzy, nie był w stanie realnie dalej toczyć wojny. Mimo to armia cesarska podeszła tak blisko Paryża, że w samym mieście doszło do wybuchu paniki. Ludność miasta (czym tylko mogła) uciekała na południe lub na zachód, przy bramach miejskich zaczęły tworzyć się prawdziwe korki, wybuchały niepokoje, byli ranni a nawet zabici. Król Franciszek starał się położyć kres panice, deklarując że on nie zamierza opuszczać Paryża i że cesarz nie ośmieli się zaatakować miasta, ale przywrócenie spokoju trwało ładnych kilka dni. Rzeczywiście, cesarz nie był w stanie uderzyć na Paryż i 11 września zawrócił stamtąd. Trzy dni później Karol VIII zdobył Boulogne. Wkrótce potem w Crépy doszło do spotkania posłów króla Franciszka z Karolem V. Francuzi zażądali przede wszystkim zawarcia małżeństwa pomiędzy młodszym synem Franciszka, Karolem II - księciem Orleanu, a infantką Marią (córką Karola V), lub też arcyksiężniczką Anną (córką Ferdynanda I - króla Czech i Węgier, brata Karola V). Tak otwarcie aroganckie żądanie Francuzów (w końcu armia cesarska nadal stacjonowała w północnej Francji) brało się stąd, że Franciszek doskonale zdawał sobie sprawę z kłopotów finansowych Karola, i z tego, że zadłużył się on u niemieckich bankierów: Fucara i Welsera. To żądanie nie spodobało się Karolowi, dlatego też (choć gotowy był podpisać separatystyczny rozejm z Francuzami nie oglądając się na Anglików), teraz powiadomił listownie Henryka VIII że jeśli nie połączy się w ciągu kilku dni z jego armią i nie ruszą wspólnie na Paryż, to on podpisze z Francuzami rozejm. Tak się nie stało i 18 września w Crépy podpisano rozejm cesarsko-francuski, na mocy którego Franciszek wycofywał się ze swych zdobyczy w Sabaudii i Piemoncie, zrzekał się Flandrii i Artois, a w tajnej klauzuli obiecywał wspierać politykę cesarską wobec Turków i papiestwa (szczególnie wobec projektowanego przez papieża Pawła III soboru trydenckiego), a także wobec protestanckich książąt Rzeszy. W zamian zaś Karol II Walezjusz miał poślubić jedną z Habsburzanek (Karol V miał zdecydować która to będzie, jedna miała wnieść Flandrię w posagu, druga Mediolan). Tak też dumał nad tym zagadnieniem aż do śmierci księcia Orleanu, która nastąpiła we wrześniu 1545 r.




Ale przenieśmy się teraz nad Bosfor, bo też tam działy się dość ciekawe rzeczy. Haremem sułtana Sulejmana Wspaniałego zarządzała oczywiście jego małżonka Roksolana/Hurtem. Jej władza tam była bezdyskusyjna, a jej frakcja wydawała się być jedyną która istnieje. Hurrem była przede wszystkim nastawiona na konfrontację z księciem Mustafą, który od czerwca 1541 r. był gubernatorem Amasyi (wcześniej zaś od maja 1533 r. zarządzał Saruhanem, znacznie lepszą, sułtańską prowincją, gdyż gubernatorzy Sarahanu byli uważani za następców osmańskiego tronu, ale utracił tę prowincję dzięki knowaniom Hurrem). Książę Mustafa miał prawie 30 lat, był niezwykle popularny w wojsku (szczególnie w korpusie janczarów), a także kochany przez ludność prowincji którymi zarządzał (o czym świadczyły chociażby listy pochwalne, wysyłane do Konstantynopola. Chociaż takie listy mogły zadziałać zupełnie na odwrót niż było to w intencjach ich autorów, sułtan bowiem mógł się poczuć zagrożony, a trzeba pamiętać że w osmańskiej Turcji władza nie była dziedziczna, to znaczy była dziedziczna tylko w obrębie męskich członków dynastii Osmanów, natomiast nie istniała zasada primogenitury, czyli następstwa tronu dla najstarszego z synów, a to powodowało że sułtanem mógł stać się ten, który zyskał wsparcie możnych, ludu a przede wszystkim armii - dokładnie jak w cesarskim Rzymie). Hurrem zdawała więc sobie sprawę z zagrożenia jakie stanowił Mustafa, tym bardziej że okrutna tradycja następstwa tronu Osmanów powodowała, że nowy sułtan (czy chciał, czy nie chciał) musiał zamordować swoich braci, przede wszystkim dlatego aby zaprowadzić spokój w państwie (każdy bowiem brat, który pozostał by przy życiu, stanowiłby automatycznie pokusę dla możnych, którzy przy każdym niepowodzeniu sułtana mogliby wysunąć jego brata lub syna do władzy. Innymi słowy pozostawienie braci przy życiu było jak siadanie na tronie pełnym szpilek i oczekiwanie jak długo jesteś w stanie wytrzymać siedząc w taki sposób (a jak wiadomo nie każdy jest fakirem 😂). Hurrem (po śmierci swego najstarszego Mehmeda - listopad 1543 r.) miała jeszcze trzech synów, przy czym najmłodszy - Dżihangir (ze względu na swoje kalectwo, czyli posiadanie sporego garba na plecach) był wykluczony z dziedziczenia tronu, a przez to traktowany jak kobiety w rodzie Osmanów, czyli całkowicie bezpieczny i nie muszący obawiać się że zostanie zamordowany w walce o władzę. Zostało więc dwóch synów: starszy Selim i niewiele młodszy Bajazyd, obaj wzajemnie się nie znosili i na każdym kroku konkurowali ze sobą aby zyskać względy ojca lub też wsparcie matki. I tutaj właśnie dochodzimy do clou, gdyż Hurrem w tym momencie stawiała właśnie na Selima jako przyszłego sułtana. Ale wbrew pozorom frakcja sułtańskiej małżonki nie była jedyną w haremie. Mniejszą (i działającą w ukryciu) była frakcja jej córki - Mihrimah oraz jej małżonka Rustema Paszy. Oni bowiem wspierali Bajazyda jako przyszłego sułtana. 




Teraz zaś, w drugiej połowie 1544 r. zaistniała okoliczność aby te dwie frakcje ponownie się zjednoczyły w walce przeciwko Mustafie (oczywiście wsparcie udzielane Bajazydowi było nieoficjalne - jak wspomniałem wyżej - także na zewnątrz matka i córka stanowiły jedność w swych politycznych zamierzeniach). Od kwietnia 1541 r. czyli od momentu gdy wielki wezyr Imperium Osmańskiego Lutfi Pasza uderzył w twarz swoją małżonkę, a siostrę Sulejmana - sułtankę Sah (co automatycznie oznaczało karę śmierci, choć akurat w tym przypadku - ze względu na dzieci - sułtanka Sah poprosiła brata aby skazał go jedynie na wygnanie), piątym wielkim wezyrem od czasu wstąpienia na tron Sulejmana Wspaniałego (koniec września 1520 r.) był Sulejman Pasza. Jednak ten prawie 80-letni mężczyzna był już słabego zdrowia, co powodowało że Hurrem postanowiła zastąpić go kimś znacznie młodszym, kto będzie bardziej skory reprezentować jej interesy w walce z Mustafą. Tym kimś miał być właśnie Rustem Pasza. Wpływ Hurrem na sułtana był tak wielki, że z końcem listopada 1544 r. dopięła swego i szóstym wielkim wezyrem Imperium Osmańskiego (za rządów Sulejmana) został jej protegowany Rustem Pasza. Rustem liczył że zostanie wielkim wezyrem już po upadku Lutfi Paszy, ale wtedy jeszcze okazało się to niemożliwe (trzeba bowiem pamiętać że Sulejmana Paszę wystawili do tego urzędu ludzie wspierający księcia Mustafę). Teraz osiągnął to czego pragnął, stał się największym (zaraz po sułtanie) władcą Imperium (oczywiście los Ibrahima Paszy był przestrogą dla każdego wezyra, którego ego podążało w zbyt daleko, przesłaniając zdrowy rozsądek). Oczywiście musiał się liczyć także z Hurrem, gdyż to dzięki niej został wezyrem i to dzięki niej mógł tym wezyrem przestać być, tracąc przy tym również życie). Jednocześnie wraz z otrzymaniem pieczęci wielkiego wezyra przez Rustema Paszę, wzrosły również nadzieje księcia Bajazyda do objęcia tronu po ojcu, a jednocześnie wzajemna niechęć pomiędzy Selimem a Bajazydem przerodziła się praktycznie w nienawiść.




6 października 1544 r. król Polski i wielki książę litewski Zygmunt I przekazał swemu synowi Zygmuntowi II Augustowi władzę na Litwie (na razie dość okrojoną, gdyż zachował dla siebie tytuł wielkiego księcia, jednak realnie Zygmunt August przejął realnie pełnię władzy na Litwie) a 22 października 24-letni Zygmunt August, wraz ze swą małżonką Elżbietą Habsburżanką wjechali uroczyście do Wilna. To małżeństwo nie było szczęśliwe od samego początku. Zygmunt nie pragnął tego związku, a Elżbieta dodatkowo cierpiała na epilepsję i do tego miała częste ataki. Małżeństwo miało miejsce dnia 6 maja 1543 r a wkrótce potem nastąpiła również koronacja Elżbiety (Zygmunt II August był bowiem oficjalnie królem - od 20 lutego 1530 r. - chociaż realne rządy sprawował jego ojciec również król Zygmunt I. Była to jedyna w polskich dziejach sytuacja, gdy realnie panowało dwóch władców ojciec i syn). Zygmunt August urodził się w Krakowie dnia 1 sierpnia 1520 r. jako syn panującego od 8 grudnia 1506 r. Zygmunta I Jagiellończyka (zwanego również "Starym") i królowej Bony z włoskiego rodu Sforzów. Zaś jego przyszła małżonka Elżbieta, urodziła się 9 lipca 1526 r. w Linzu, jako córka króla Czech i Węgier Ferdynanda I Habsburga oraz Anny Jagiellonki (prawnuczki Władysława II Jagiełły). Zygmunt był jedynym synem i następcą tronu (jego brat Olbracht zmarł zaraz po narodzinach, we wrześniu 1527 r. w czasie gdy królowa Bona uczestniczyła w polowaniu na niedźwiedzia w Niepołomicach. Wówczas niedźwiedź zaatakował jej orszak, a ona spadła z konia rodząc przedwcześnie martwe dziecko. Do końca życia nie mogła sobie wybaczyć tego, że uczestniczyła wówczas w tym polowaniu). Matka zadbała o jego gruntowne wykształcenie, szczególnie w języku łacińskim i włoskim (zresztą w Rzeczypospolitej język łaciński był bardzo powszechny, włoski {który jest zwulgaryzowaną formą łaciny} również, natomiast z językiem niemieckim już był kłopot i na przykład na sejmach trzeba było szukać tłumaczy dla posłów przybyłych z Prus Książęcych). Za młodu przyjmował hołdy mieszkańców Bari i Rosano (dziedzicznych księstw Bony w Italii, których był spadkobiercą). Królewicz od młodości otoczony był zbytkiem i niczego mu nie odmawiano (Bona natomiast znacznie surowiej traktowała swoje córki, których miała z Zygmuntem Starym łącznie cztery). Młody August miał wiele zabawek (nawet swój własny gołębnik na Wawelu) i liczną służbę. Matka już wkrótce po jego narodzinach postarała się o to, aby był on następcą swego ojca (w polskich warunkach co prawda w tamtym czasie jeszcze istniała dziedziczność tronu, ale tylko w ramach rodu Jagiellonów, natomiast nie było pewności czy panowie wybiorą właśnie syna, czy może brata króla). Bona (dzięki swemu uporowi i niespożytej energii) wymogła 4 grudnia 1522 r. na dostojnikach i szlachcie litewskiej uznanie Zygmunta Augusta za następcę tronu wielkoksiążęcego. Teraz przyszła trudniejsza batalia, bo należało przekonać panów polskich, ale gdy 18 października 1529 r. Zygmunt August został oficjalnie ogłoszony w Wilnie wielkim księciem litewskim, również z Polakami poszło szybciej. 18 grudnia tego roku wybrali oni Zygmunta Augusta na króla, a 20 lutego 1530 r. nastąpiła oficjalna koronacja w Krakowie na Wawelu (od tej chwili w Polsce panowało dwóch monarchów: ojciec i syn).


BONA SFORZA d'ARAGONA



Królowa Bona chciała wyswatać Zygmunta Augusta z jedną z córek króla Francji Franciszka I, ale ostatecznie padło na ślub z córką Ferdynanda Habsburga, do czego ona nie chciała w żadnym razie dopuścić, uważając zarówno Habsburgów jak i rządzących w Prusach Książęcych (jako lenników Królestwa Polskiego) Hohenzollernów, za śmiertelnych wrogów dynastii Jagiellonów (a przede wszystkim wrogów jej księstw włoskich: Bari i Rosano). Ostatecznie w tym temacie jej wysiłki spełzły na niczym i 11 listopada 1530 r podpisano w Poznaniu specjalną umowę przedślubną w imieniu 10-letniego króla Zygmuntem II Augusta i 4-letniej Elżbiety Habsburżanki. Oficjalne zaręczyny odbyły się w 1538 r., a do ślubu doszło 6 maja 1543 r. w Krakowie. Zygmunt August (choć chowany przez matkę i przez to obawiano się że wyrośnie na słabego i niemrawego maminsynka), okazał się dorodnym i przystojnym mężczyzną, brunetem o ładnej, pociągłej twarzy, oraz ciemnych, dużych oczach. Miał szczupłą, zgrabną figurę ciała. Bardzo rzadko chorował, cieszył się dobrym zdrowiem i był odporny na trudy oraz zahartowany. Był rannym ptaszkiem, wstawał codziennie między 5:00 a 7:00 rano, codziennie brał kąpiel i dbał o sprawność ciała. Znał trzy języki (oprócz polskiego oczywiście) łacinę, włoski i niemiecki. Poza tym otrzymał dosyć dobrą wiedzę w dziedzinie geografii, przyrody, matematyki i alchemii. Uwielbiał książki (jego księgozbiór, który zachował się po dziś dzień, liczył prawie 1300 woluminów). Poza tym uwielbiał muzykę i polowania (a także kobiety). Natomiast jego przyszła małżonka Elżbieta, większość swego dzieciństwa spędziła w Innsbrucku, czasem odwiedzając Wiedeń i Pragę. Jej rodzice Ferdynand i Anna bardzo się kochali (Ferdynand nazywał swą małżonkę: "po Bogu największym skarbem". Elżbieta była oczkiem w głowie swego taty i podobnie jak w przypadku Bony (która była surowa dla swych córek, a synowi pozwalała na wiele), tak samo Ferdynand Elżbiecie pozwalał na bardzo wiele, natomiast swych synów trzymał krótko (w jego obecności nie wolno im było nawet usiąść). Anna Jagiellonka była w tym w tej kwestii znacznie surowsza i wszystkim swym dzieciom wpajała rygorystyczną dyscyplinę (swoją drogą stosunki Zygmunta Augusta z ojcem też nie były łatwe). Matka swoje dzieci przygotowywała do różnych kolei losów. Co prawda urodzili się w rodzinie królewskiej, ale starała się pokazać im, że zbytek jest jedynie darem Boga i można go utracić,  dlatego też podawano dzieciom bardzo proste pożywienie (czarny chleb, kwaśne wino, zwykłą wodę i bardzo cienkie piwo). Nie wiadomo też kiedy u Elżbiety wystąpił pierwszy przypadek padaczki, ale zapewne stało się to w młodym wieku (choć rodzice skrzętnie to ukrywali).

Oczywiście w domu Elżbiety mówiono po niemiecku, aczkolwiek znała ona również łacinę (wciąż jeszcze wówczas język międzynarodowy). Lubiła również muzykę i śpiew. Gdy jeszcze przed jej wyjazdem do Polski, na początku 1543 r. do Innsbrucku przybył jej stryj - cesarz Karol V aby ujrzeć rodzinę brata, podarował Ferdynandowi niektóre z klejnotów Montezumy, zrabowanych w 1521 r. z Tenochtitlan. Dla młodej Elżbiety był to pierwszy kontakt z tak odległym światem zniszczonego już wówczas królestwa Azteków. 21 kwietnia 1543 r. arcyksiężniczka Elżbieta opuściła Innsbruck, a do Kronenburgu odprowadzała ją matka (gdzie rozstały się we łzach). W dalszej drodze arcyksiężniczce towarzyszył margrabia Brandenburgii - Jerzy, biskup wrocławski i ołomuniecki, oraz wiele innych książąt i panów. W Ołomuńcu napotkano delegację polską z podkanclerzym Maciejowskim i wojewodą poznańskim -  Latalskim. W Oświęcimiu dołączyły księżne: oleśnicka Krystyna z Szydłowieckich i kasztelanowa krakowska Zofia z Szydłowieckich, po drodze jeszcze dołączali senatorowie. Zygmunt August powitał swą przyszłą małżonkę na łące pod Krakowem, gdzie rozbito trzy czerwone namioty. Na drodze arcyksiężniczki wyłożono czerwone sukno, po którym kroczyła u boku margrabiego Jerzego i księcia legnickiego. Młodzi tam powitali się wzajemnie ukłonem, po czym Elżbieta wsiadła do swej złocistej karocy (zaprzężonej w osiem koni), a Zygmunt August towarzyszył jej konno. Miasto było odświętnie udekorowane, a wjazd wspaniale przybranych magnatów i szlachty powodował, że rok 1543 zapisał się w dziejach Korony Polskiej bodajże jako rok ostatniej wielkości Jagiellonów. Najbardziej wyróżniał się 224-osobowy oddział husarii prymasa Piotra Gamrata, hiszpańska piechota hetmana Jana Amora Tarnowskiego i tatarskie hufce Radziwiłłów (nie zabrakło także Turków, a również i Murzynów). Cały wjazd trwał 3 godziny, następnie orszak udał się na Wawel, gdzie w Katedrze Zygmunt i Bona oczekiwali synowej. Bona starała się jak mogła aby nie dopuścić do tego małżeństwa i jeszcze w tym samym 1543 r. podniosła sprawę zaręczyn Zygmunta Augusta z francuską królewną Małgorzatą, córką Franciszka I Walezjusza (w tej sprawie napisała list do Hurrem i uzyskała poparcie samego Sulejmana. Ciekawe jak bardzo była zdeterminowana aby jej syn nie poślubił Habsburżanki). Jej wysiłki spełzły jednak na niczym, król bowiem pragnął aby doprowadzić to małżeństwo do końca i tak też się stało. Ślub odbył się 6 maja 1543 r. a wkrótce potem Bona Sforza stała się dla swej synowej prawdziwą teściową z piekła rodem.




CDN.