Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 8 grudnia 2015

AWANTURA O TRYBUNAŁ KONSTYTUCYJNY - Cz. II

KOMITET OBRONY DEMOKRACJI? - 

JAKIEJ DEMOKRACJI


Tak jak poprzednio pisałem, ogólnie rozumiany obóz władzy (z Platformą Obywatelską na czele), mocno przestraszył już zwycięstwa wyborczego Andrzeja Dudy, na prezydenta i doszedł do wniosku że utrzymanie dalszej władzy w kraju, stanie się już bardzo trudne, jeżeli w ogóle możliwe. Wówczas przystąpiono do akcji, której należałoby nadać kryptonim: "Trybunał Konstytucyjny". Platforma bowiem zdawała sobie sprawę, że najprawdopodobniej przegra wybory parlamentarne, jednak nie sądziła, aby Prawo i Sprawiedliwość zdobyło większość mandatów w sejmie. Gdyby bowiem się okazało, że PiS wygrywa wybory, ale nie zdobywa większości parlamentarnej i musi szukać koalicjanta, wówczas był opracowany plan A. Polegał on na często wysuwanym przed wyborami haśle: "Wszyscy przeciwko PiS" (przypominający dotychczasowe praktyki wyniesione np. z Francji, gdzie też przed każdymi wyborami, a szczególnie przed II turą, zawsze zawiązywała się koalicja partii: "Wszyscy przeciwko Frontowi Narodowemu", który w konsekwencji zawsze przegrywał francuskie wybory. 

Zdawano sobie jednak sprawę, że taka "koalicja" różnych partii politycznych, których spajałaby jedynie wrogość do Prawa i Sprawiedliwości, nie może być trwała i trwać zbyt długo. Dlatego też Platforma opracowała również plan B. Ten z kolei polegał na obsadzeniu przed końcem kadencji parlamentarnej, pięciu stanowisk w Trybunale Konstytucyjnym, by głosami sędziów tego Trybunału ... odwołać ze stanowiska prezydenta Andrzeja Dudę. Jak to prawnie możliwe i jaka miała tu zostać zastosowana "maszynka" polityczna? 

Załóżmy więc że PiS wygrywa wybory, lecz nie zdobywa większości parlamentarnej i jednocześnie zawiązuje się koalicja (przynajmniej na początku, ale i to by wystarczyło): "Wszyscy przeciwko PiS". Efekt? Prawo i Sprawiedliwość tworzy rząd mniejszościowy, lub stara się naprędce sklecić jakąś większość parlamentarną. Ma co prawda swojego prezydenta, ale ... przegrywa kolejne głosowania w Sejmie. W zamian za poparcie dla niektórych z ustaw PiS-u, Platforma wymogłaby (lub wymusiła, gdyż rząd mniejszościowy i tak skazany byłby na porażkę), mianowanie Marszałkiem Sejmu, swojego człowieka. Następnie stworzono by stały rząd większościowy, złożony z przedstawicieli Platformy, Nowoczesnej, oraz zapewne Polskiego Stronnictwa Ludowego i Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Taka koalicja sama stworzyłaby rząd (już większościowy), a PiS, nie miałby w tej kwestii nic do powiedzenia. Teraz, dysponując funkcją Marszałka i Premiera, Platforma szykowałaby się do definitywnego uderzenia, wprowadzając w życie plan C.

Właśnie wówczas do akcji zostaliby wprowadzeni, mianowani wcześniej przez Platformę - sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, którzy (serią intryg), doprowadziliby do odsunięcia od władzy prezydenta Andrzeja Dudy. Tym sposobem, łamiąc zasadę demokratycznej woli wyborców, Platforma Obywatelska i jej akolici, odsunęliby od władzy zwycięskie Prawo i Sprawiedliwość, oraz pozbyliby się (np. gdyby Trybunał orzekł niezdolność prezydenta do dalszego sprawowania przez niego funkcji), Dudy. Zamach na demokrację? Oczywiście ze tak, ale ... wszystko potoczyłoby się zgodnie z literą prawa, czyli w sposób prawny, cofnięty zostałby demokratyczny wybór Narodu. Myślicie że ktokolwiek, z tych którzy dziś się ośmieszają, tworząc Komitety Obrony Demokracji, wówczas by się odezwał, wzywał społeczeństwo do obrony "zagrożonego ładu demokratycznego", jechał na skargę do Brukseli czy Berlina, prosząc o pomoc i wsparcie? Nie - moi drodzy, wówczas to byłoby oficjalnie usankcjonowana obrona demokracji i tak też zostałoby to "sprzedane" społeczeństwu w tzw.: "mainstreamowych mediach". 


A jak konkretnie do tego by miało dojść? Spójrzmy:




Początek Kadencji Koniec Kadencji Imię i Nazwisko Rekomendacja
lp. rok mc dzień rok mc dzień
1) 2006 - 11 - 6 2015 - 11 - 6 Dr hab.Maria Gintowt-Jankowicz PiS
2) 2006 - 11 - 6 2015 - 11 - 6 Wojciech Hermeliński PiS
3) 2006 - 11 - 6 2015 - 11 - 6 Marek Kotlinowski LPR
4) 2006 - 12 - 2 2015 - 12 - 2 prof. Zbigniew Cieślak PiS
5) 2006 - 12 - 8 2015 - 12 - 8 prof. Teresa Liszcz PiS
6) 2007 - 4 - 27 2016 - 4 - 27 prof. Mirosław Granat Samoobrona + LPR
7) 2007 - 12 - 19 2016 - 12 - 19 prof. Andrzej Rzepliński PO
8) 2008 - 6 - 26 2017 - 6 - 26 prof. Stanisław Biernat PO
9) 2010 - 5 - 6 2019 - 5 - 6 prof. Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz PO
10) 2010 - 12 - 3 2019 - 12 - 3 Stanisław Rymar PO
11) 2010 - 12 - 3 2019 - 12 - 3 prof. Piotr Tuleja PO
12) 2010 - 12 - 3 2019 - 12 - 3 prof. Marek Zubik PSL
13) 2011 - 1 - 5 2020 - 1 - 5 prof. Małgorzata Pyziak-Szafnicka PO
14) 2011 - 5 - 29 2020 - 5 - 29 prof. Andrzej Wróbel SLD + PSL
15) 2012 - 7 - 23 2021 - 7 - 23 prof. Leon Kieres PO + PSL + SLD


Wystarczy zerknąć, by się zorientować, że kadencja trzech sędziów miała wygasnąć już po terminie wyborów, ale jeszcze w poprzedniej kadencji Sejmu. Gdyby udał się "skok" Platformy na Trybunał Konstytucyjny, miałaby ona w swych rękach 12 spośród 15 sędziów (PiS mógłby wybrać zaledwie dwóch, jeden wciąż zostawałby z rekomendacji Samoobrony i Ligii Polskich Rodzin). Taki scenariusz byłby wyśmienity, bowiem kadencja sędziów Trybunału,  trwa 9 lat, a to oznacza że przez całą kadencję parlamentarną PiS-u i prezydencką Dudy (nawet przy założeniu, że PiS zawiązałby z kimś koalicję, a Dudy nie udało się odwołać), mógłby skutecznie blokować wszelkie próby zmiany ustroju politycznego owego neoubekistanu, czyli III RP. 

Co ciekawe, blokowano by zmiany, a jednocześnie w mediach trwałaby ciągła nagonka na PiS, typu: "Tyle obiecali, a nic nie robią", "Nie spełnili żadnych obietnic wyborczych", "Nie potrafią liczyć - zrujnują budżet", "Nie potrafią napisać dobrej ustawy" etc. etc. (zauważcie proszę, że dokładnie te same głosy, dało się słyszeć już w ... kilka dni po zwycięskich dla PiS-u wyborach, gdy nie powstał jeszcze nawet rząd Beaty Szydło, a już mówiono o ... "niespełnionych obietnicach" lub o "rozwaleniu budżetu" i "załamaniu gospodarczym Polski", w ogóle nie przejmując się nawet tak błahym faktem, że obydwa oskarżenia przeczą sobie nawzajem).

Niestety, to "głupie społeczeństwo", "niemyślące racjonalnie bydło", zagłosowało jednak na Prawo i Sprawiedliwość, dzięki czemu demokratycznie popsuło im wymarzony plan działania. PiS, mając teraz większość parlamentarną i swojego prezydenta, sam przystąpił do kontruderzenia. Prezydent Andrzej Duda, nie przyjął przysięgi, od pięciu wybranych jeszcze w poprzednim parlamencie przez Platformę, sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a przyjął przysięgę od pięciu sędziów mianowanych w tej kadencji przez Prawo i Sprawiedliwość. Oczywiście w dalszym ciągu nie zmieniłoby to przewagi Platformy w Trybunale (nadal posiadałaby większość prawie dwóch trzecich, natomiast PiS - jedną trzecią), ale ... po 26 czerwca 2017 r. gdy kończy się kadencja trzech kolejnych sędziów, PiS zdobyłby większość, dzięki czemu mógłby bez żadnych oporów, wprowadzić korektę ustrojową kraju (lub nawet zmienić konstytucję). 

I właśnie w tym momencie uruchomiona została lawina zdarzeń, gdyż beneficjenci owego neoubekistanu (zwanego dla niepoznaki III Rzeczpospolitą), w mig zauważyli co się święci. Natychmiast uruchomiono całą dotychczasową polityczno-medialną maszynkę propagandową, która wciąż powtarzała: "Zamach na konstytucję", "Upadek demokracji", "Państwo policyjne", posługiwano się nawet tak śmiesznymi sloganami jak np.: 'Precz z komuną". Najbardziej jednak śmieszyły mnie w tym wszystkim, stwierdzenia wypowiadane z ust polityków Platformy, Nowoczesnej, PSL-u czy Lewicy, iż: ... "Cała Polska żyje dziś Trybunałem Konstytucyjnym". Zabrakło tylko określeń: "Na barykady" i okrzyków: "No Pasarán" ("Nie przejdą" - był to bojowy okrzyk komunistów, anarchistów i wszelkiej maści lewaków, podczas hiszpańskiej wojny domowej, zapoczątkowany przez hiszpańską komunistkę - Dolores Ibárruri Gómez, zwaną również "La Pasionaria".

A sprawa ma swoje drugie dno. Okazuje się bowiem, że projekt ustawy, o skróceniu kadencji pięciu sędziów Trybunał Konstytucyjny i powołaniu w ich miejsce nowych, został napisany przez ... trzech sędziów owego Trybunału. Zresztą organ ten, nie ma nic wspólnego z zasadami demokracji. Sędziowie bowiem sami tworzą dla siebie prawa i sami je sobie odwołują, posiadają jednocześnie immunitet, który może być uchylony jedynie przez ... sam Trybunał Konstytucyjny. Gdzie tu demokracja, ja się pytam, robią co chcą, tworzą co chcą, nie ma nad nimi żadnej społecznej kontroli i aż do upływu ich kadencji, są nietykalni, niczym starożytni rzymscy trybuni ludowi. Tylko że w tym przypadku, złamana została zasada trójpodziału władz, gdyż Trybunał nie posiada inicjatywy ustawodawczej. I z tego jednak próbowano wybrnąć, gdyż gotowy i sporządzony już przez członków Trybunału, projekt ustawy, został zgłoszony jeszcze przez ... ustępującego prezydenta Bronisława Komorowskiego. 

Nie będę już też wypowiadał się na temat przewodniczącego Trybunału - sędziego Rzeplińskiego, który jawnie łamiąc prawo, zjawia się w Sejmie, celem udzielenia konsultacji prawnych posłom Platformy Obywatelskiej, a potem ucieka z parlamentu, niczym najzwyklejszy rzezimieszek (zakrywając twarz przed kamerami kurtką), a przyłapany przez dziennikarkę, na jej pytanie o powód jego wizyty w Sejmie, odpowiada w sposób chamski i urągający godności sędziego. I to za to mają wyjść na barykady obywatele, za to mają walczyć, w imię "przyklepania" zasad łamania i ewidentnie politycznego naginania prawa? Przecież Polacy (jak niezwykle trafnie wyraził się w tej kwestii Rafał Ziemkiewicz), dali władzę Prawu i Sprawiedliwości, właśnie po to by zrobił w kraju jajecznicę. To teraz mają się dziwić czy buntować, że PiS ... tłucze jaja? 

Ale jest sposób, który umożliwi obu stronom wyjście z tego "trybunalskiego patu" z twarzą. Mianowicie jedynym rozsądnym kompromisem, który (w jakiś sposób mógłby zadowolić obie strony sporu), wydaje się zaprzysiężenie przez prezydenta Andrzeja Dudę, trzech sędziów wybranych przez Platformę w poprzednim sejmie (choć sama ta ustawa zawiera kilka ... błędów proceduralnych), lecz dopiero w momencie, gdy trzej sędziowie, którzy złamali prawo, tworząc ową PO-wską ustawę, złożą rezygnację. Dzięki temu problem zostanie rozwiązany i Platforma Obywatelska co prawda straci trzy osoby w Trybunale, ale zyska na kadencyjności, natomiast Prawo i Sprawiedliwość straci na kadencyjności, a zyska trzy nowe osoby. Innego rozwiązania niestety nie widzę, a już w żadnym razie nie widzę możliwości składania słania skarg do Brukseli czy Berlina, z prośbą o wsparcie i pomoc. My już takie doświadczenia mieliśmy w przeszłości. Tam też chodziło tylko o "obronę demokracji", "zasad wolności obywatelskich" itp. itd. Skończyło się ... dobrze wiemy jak - dwoma ostatnimi rozbiorami Polski (1793 i 1795), oraz wymazaniem Jej z mapy świata na 123 długie lata.



Mam nadzieję że posłowie opozycji się opamiętają, inaczej naprawdę ludzie mogą wyjść na ulicę, ale niekoniecznie w tej sprawie, w której oni by tego chcieli!

  

AWANTURA O TRYBUNAŁ KONSTYTUCYJNY - Cz. I

KOMITET OBRONY DEMOKRACJI? -

JAKIEJ DEMOKRACJI


Powstały obywatelskie kluby Obrony Demokracji - świetnie, wspaniała akcja, i obywatelska postawa, no po prostu należy się tylko cieszyć, że mamy tak demokratycznie rozbudzone społeczeństwo. Wszystko byłoby doprawdy wspaniale, gdyby nie jeden mały fakt - kluby te, i ta cała "pro-obywatelska" i "pro-demokratyczna" postawa, przybiera niekiedy karykaturalną postać, którą można by porównać ze zwolennikami "złotej szlacheckiej wolności", z czasów końca I Rzeczypospolitej, sprzeciwiających się wprowadzeniu reform, zawartych w Konstytucji 3 Maja. Ale o tym potem. Teraz chciałbym wyjaśnić szanownej publice - o co konkretnie chodzi w sporze o Trybunał Konstytucyjny i głosach mówiących o "końcu demokracji w Polsce".

Kto tu się zamachnął na demokrację (i gdzie ta demokracja właściwie jest - w Trybunale Konstytucyjnym? w Unii Europejskiej, do której co poniektórzy posłowie opozycji, udają się na "skargę", niczym XVIII magnaci na skargę do carycy Katarzyny II, by zaprowadziła wreszcie w tej buntowniczej Polszy, "demokratyczny porządek"). Zacznijmy od początku.

 Platforma Obywatelska (i wspierające ją medialne przybudówki), od początku tego roku liczyła na niekwestionowane zwycięstwo swojego kandydata na urząd prezydenta RP. Wiara ta była powszechna w kręgach związanych z byłą już władzą i rządem Ewy Kopacz, oraz ośrodkiem prezydenckim Bronisława Komorowskiego. Poszczególne sondaże (publikowane głównie na zlecenie medialnych przybudówek władzy), dawały Komorowskiemu (na początku roku):


W ciągu kolejnych trzech miesięcy, tuż przed samymi wyborami prezydenckimi, owo poparcie zaczęło gwałtownie spadać (mniejsza o to czy było sztucznie "nadmuchane", czy też nie - zaczęło wyraźnie topnieć)  i w maju 2015 roku wynosiło już:



 Było to oczywiście związane dość widocznymi, wpadkami wizerunkowymi Komorowskiego, którego kulminacją było sławetne wejście na krzesło spikera parlamentu japońskiego i wołanie w stronę szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego - Stanisława Kozieja, słów: "Choć szogunie", które to określenie bardzo szybko zrobiło zawrotną karierę w sieci, stając się powodem do kolejnych kpin z głowy państwa:






Nic dziwnego że w pierwszej turze wyborów prezydenckich, jakie odbyły się 10 maja 2015 r. Bronisław Komorowski przegrał (co prawda niewielką ilością głosów, ale jednak) z (nie oszukujmy się), trzecioligowym posłem Prawa i Sprawiedliwości - Andrzejem Dudą:







W tym momencie z całą siłą uruchomił się tzw.: "przemysł pogardy" i nagle opadły klapki z oczu tym wszystkim, którzy myśleli że starcie Komorowskiego z Dudą to będzie po prostu spacerek. Nic dziwnego że "obóz władzy" (czyli Komorowski i Platforma Obywatelska), byli tak pewni wygranej, że wręcz stawali się butni, w sposunku do swych przeciwników politycznych (np. stwierdzenie Komorowskiego, że nie wie który Duda startuje w wyborach prezydenckich:




Stwierdzenie (jeszcze przed pierwszą turą wyborów), Adama Michnika, że aby Komorowski przegrał, to musiałby "Po pijanemu przejechać na przejściu dla pieszych, zakonnicę w ciąży". Nic dziwnego, że po zwycięstwie Andrzeja Dudy, gdy Komorowskiego i Tuska zabrakło na jego zaprzysiężeniu, w sieć natychmiast wyjaśniła powód owych nieobecności. Na pytanie gdzie się podziali panowie Komorowski i Tuska, odpowiadano:




Innym przejawem buty samego prezydenta Bronisława Komorowskiego, był fakt, iż wynajął on swoje prywatne mieszkanie - biurze doradztwa personalnego, na ... 10 lat (co znaczy że aż tak był pewien zwycięstwa wyborczego):




Innym czynnikiem akcji dyfamacyjnej, mającej godzić w kandydata opozycji, był jeden z odcinków w programie: "Tomasz Lis na żywo", w którym zaproszony aktor i (jednocześnie) dyrektor jednego z warszawskich teatrów - Tomasz Karolak, stwierdził iż na prywatnym koncie córki Andrzeja Dudy  - Kingi, na Twitterze, pojawił się jej wpis, w którym ponoć miała stwierdzić, że jeżeli jej tata zostanie prezydentem, to odda Oscara, którego zdobył film Pawła Pawlikowskiego - "Ida" (w którym pojawiają się wątki antysemickie, zakładające jakoby społeczeństwo polskie dążyło na równi z Niemcami, do fizycznego zlikwidowania ludności żydowskiej). Zarówno ów wpis jak i całe konto, było fałszywe i nie trudno było to dostrzec, mimo to owi dwaj panowie potraktowali ów wpis całkiem poważnie, kłamiąc w żywe oczy:





Potem zarówno Karolak, jak i Lis przeprosili za to Andrzeja Dudę":





Zbierając do kupy wszystkie te gafy, butę władzy i arogancję samego pana prezydenta Komorowskiego i jego akolitów, nic dziwnego że społeczeństwo pokazało mu czerwoną kartkę i usunęło z piastowania funkcji Prezydenta Rzeczypospolitej:








I wówczas się zaczęło, gdyż cały dotąd pojęty "obóz władzy" zdał właśnie sobie sprawę, że przegrana Komorowskiego, jest jedynie wstępem do klęski Platformy Obywatelskiej w październikowych wyborach parlamentarnych. Szczególnie uaktywnił się Stefan Niesiołowski, Waldemar Kuczyński, Jacek Żakowski, feministka Magdalena Środka, Monika Olejnik, Tomasz Wołek, Wiesław Władyka, Tomasz Lis i wielu, wielu innych, którzy z całych sił (zdając sobie sprawę, że tu idzie i o ich przyszłość), wspierali "obóz Platformy Obywatelskiej", zarzucając opozycji (głównie Prawu i Sprawiedliwości), niestworzone historie, np. właśnie o :upadku demokracji" w Polsce pod rządami PiS-u:




Potem zaczął się cyrk z "objazdowym rządem premier Ewy Kopacz" i, wpadka znów goniła wpadkę:




 Gdzie premier Ewa, a to raz dyrygowała ruchem w centrum szkolenia policji w Legionowie:




 A to zaglądając do talerza, jednemu z pasażerów "Pendolino", miała zapytać:








A to znów chciała jednemu z ministrów ... postawić loda:






Oczywiście że "tak się mówi", ale cała ta "objazdowa komedia" pokazała iż rządząca nami Platforma Obywatelska, z godną pożałowania (choć prywatnie było mi jej szkoda), panią premier - staje się śmieszna, a nie ma nic gorszego, nic bardziej zabójczego dla polityka, niż właśnie śmieszność.

W konsekwencji własnej nieporadności, złodziejstwa, afer i podlizywania się Berlinowi z kanzlerin Angelą Merkel na czele - Platforma Obywatelska przegrała te wybory z kretesem, zdobywając jedynie 24,09 proc. poparcia (czyli 138 posłów). Wybory zwyciężyła partia Prawo i Sprawiedliwość, uzyskując 37,58 proc. poparcia społecznego, co przełożyło się na 235 posłów w nowym parlamencie. Tym samym PiS zdobył po raz pierwszy w historii III Rzeczypospolitej, od 1989 r. samodzielną większość w parlamencie:




Dokonując tego oczywistego dla wszystkich wprowadzenia, przejdę już do bezpośredniej batalii o Trybunał Konstytucyjny i pokażę, gdzie tak naprawdę jej "kość niezgody" i kto ją tam naprawdę umiejscowił, oraz pokażę jak można wyjść z owego sporu obronną (dla obu stron), ręką.



CDN.

niedziela, 6 grudnia 2015

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XXXI

"DEKALOG ŚMIERCI"





"ŚMIERĆ JEST NAJCUDOWNIEJSZYM PRZEŻYCIEM W NASZYM ZIEMSKIM ISTNIENIU"


 Słowa te są autorstwem doktor medycyny Elisabeth Kubler-Ross, amerykańskiej tanatolog, zajmującej się właśnie kwestią śmierci, umierania ludzi i ich relacji z tym związanych. Co ciekawe, według opisów ludzi, którzy poddali się sesjom hipnoterapeutycznym, wychodzi iż najbardziej wstrząsającym okresem dla duszy, jest właśnie moment ... narodzin (pisałem już o tym w poprzednich tematach z tej serii). Po wielu latach kontaktu z umierającymi ludźmi i opisu ich doświadczeń, opracowała ona swoisty "Dekalog Śmierci", który jak sądzi jest niezmienny dla wszystkich ludzi.. 

OTO ON:


1) Każdy człowiek zna czas swej śmierci.

2) Jeżeli ktoś związany z nami uczuciowo oświadczy nam, że niebawem umrze, a my zlekceważymy sobie jego słowa, utracimy z tym człowiekiem nieodwołalnie wszelki kontakt duchowy.

3) Większość zmarłych, którzy już nas opuścili, nie pragnie powrotu na nasz świat.

4) Jeżeli ktoś już raz zmarł i później został przywrócony do życia poprzez zabiegi reanimacyjne, w przyszłości nie obawia się już śmierci.

5) Każdego, kto umrze, wita po tamtej stronie jakaś istota związana z umierającym uczuciowo; mogą to być członkowie rodziny, przyjaciele lub inne życzliwe zmarłemu osoby.

6) Okres umierania nie jest wydarzeniem obchodzącym tylko umierającego. Inne osoby bliskie jego sercu powinny być w to wydarzenie uczuciowo zaangażowane. 

7) Na podstawie wielotysięcznych obserwacji doszłam do wniosku, iż śmierć jest wydarzeniem kulminacyjnym, a zarazem najcudowniejszym przeżyciem w naszym ziemskim istnieniu.

8) Możemy być pewni i spokojni. Nikt z nas nie będzie umierał samotnie. Niewidzialne ręce życzliwych nam istot we właściwym momencie podadzą nam pomocne dłonie.

9) W świecie, do którego się przeniesiemy nie istnieją sądy, sędziowie ani żadne tego typu instytucje dochodzeniowe, jak chcą nam to wmówić wszelkie religie. Każdy będzie musiał za swe czyny odpowiadać przed samym sobą i wobec własnego sumienia.






 Czytają to, co napisała pani doktor Kubler-Ross o śmierci i momencie umierania, chciałbym teraz właśnie zaprezentować jedno z badań hipnoterapeutycznych, w którym kobieta, biorąca udział w owym badaniu, całe swoje młode życie doświadczała przeróżnych lęków, które ją trapiły. Nocami miewała koszmary, za dnia bała się wielu rzeczy, nie potrafiła otworzyć się na innych ludzi, nie potrafiła im zaufać, choć miała dobrą pracę i ciekawe zajęcia (pracowała jako modelka oraz jako technik laboratoryjny), nie potrafiła poskromić własnych stanów lękowych. Jej związek, też nie należał do udanych. Mężczyzna z którym się związała, był wobec niej dość szorstki i władczy, często ją poniżał i choć ona bardzo go kochała, jednocześnie bolał ją, ten jego stosunek wobec niej. Dodatkowo Anna (imię zmieniłem), bardzo bała się ... śmierci.

Nim przejdę do opisu postaci i doświadczeń tej młodej dziewczyny, chciałbym na moment zatrzymać się przy własnej osobie. Mianowicie ja sam nigdy nie należałem do osób jakoś wybitnie religijnych (oczywiście, wychowałem się w rodzinie katolickiej, chodziłem-chodzę do kościoła, gdy jest ku temu ... "okazja", ale jakoś specjalnie nie interesowałem się religijnymi dogmatami. Jeżeli już, to bardziej frapowały mnie biblijne opowieści z punktu widzenia ... historii, a nie religii. Zawsze starałem się umiejscowić w czasie, bliżej nieokreślone biblijne wydarzenia. Ale nie o tym pragnę pisać, tylko stwierdzić, że ja sam nigdy nie popełniłbym błędu, jakim jest odebranie sobie życia. 

Co innego poświęcić swe życie w obronie własnych ideałów, rodziny, dzieci, żony, ojczyzny, ale nigdy świadomie nie zakończyłbym własnego życia samobójstwem (tak samo jak nie potrafiłbym, należąc do jakiejś partii politycznej - podlizywać się szefostwu, by zajść w górę - nie umiem tego i uważam to za upokarzające, a wielu moich znajomych, tak właśnie zaszło w w górę. Kiedyś, raz w życiu zapisałem się do partii politycznej - raz. Podziękowali, wniosek włożyli do szuflady i ... długo się nie zgłaszali. Pewnej nocy otrzymałem telefon - jest zjazd partyjny i trzeba wspomóc władze obecnością, notabene była trzecia czy czwarta rano, a za oknami szalał wiatr i śnieżyca. Odpowiedziałem im że obecnie zjazd partyjny mnie nie ciekawi i ... poszedłem dalej spać - już więcej nikt nie zadzwonił - i dobrze. Swoją drogą, gdyby ogłoszono mobilizację, gdyby doszło do (tfu, tfu - należy wypluć to słowo), wojny, gdyby należało kopać okopy, lub stawić się do walki, to ani wczesna pora dnia, ani śnieżyca, nie powstrzymałaby mnie przed spełnieniem tego obowiązku, ale ... zjazd partyjny, no chyba żarty? Potem miałem jeszcze różne propozycje startu w wyborach (z list kilku partii), raz się zgodziłem i wystartowałem, to wlepili mi jedno z ostatnich miejsc i choć zająłem dość przyzwoity (przynajmniej dla mnie), wynik nie dostałem się do parlamentu. Potem już odmawiałem wszystkim, którzy znów chcieli mnie do tego namówić.

Wiem że należy przeprowadzić gruntowną sanację naszego kraju i to na wielu płaszczyznach i w kilku etapach (tak jak zostało to zrobione po 1926 r. gdy przeróżnej masy pseudopolitycy (właśnie tacy partyjniacy) i gienerałkowie, wygadywali rzeczy nie tylko obraźliwe w stosunku do Marszałka Piłsudskiego, ale wręcz niebezpieczne z punktu widzenia Niepodległości Polski, jak na przykład stwierdzenie gen. Tadeusza Rozwadowskiego: "Lepiej żeby zajęli nas bolszewicy, niż żeby Piłsudski miał rządzić", lub innej szui - gen. Włodzimierza Zagórskiego, który stwierdził: "Piłsudski wierzy w bzdurę o wolnej Polsce". Swoją drogą Zagórski to dla mnie postać totalnie skompromitowana i to nie tylko owym stwierdzeniem. Ma na sumieniu gorsze grzechy - bombardowanie Warszawy w maju 1926 r., udział w aferze finansowej firmy Francopol, był pośrednikiem tej firmy, biorącym wielkie prowizje za sprowadzanie z Francji samolotów wojskowych. W rzeczywistości były to "latające trumny" - samoloty Spad-61, (nazwa adekwatna), przestarzałe i zupełnie nieskuteczne, a do tego pełne usterek. Do roku 1926 r. zginęło na nich aż 31 polskich pilotów. A całości kompromitacji dopełniły jego meldunki, w których wydawał żołnierzy odmawiających złożyć przysięgi na wierność cesarzowi niemieckiemu w 1917 r., w czasie "kryzysu przysięgowego", głodził ich i zamykał w lochu, a nawet spluwał na ich widok. Swoją drogą szkoda że ... żołnierze nie potraktowali go tak, jak gen. Juliusza Tarnawę-Malczewskiego, który kazał bić i upokarzać, wziętych do niewoli żołnierzy polskich w czasie walk majowych 1926 r. Osobiście przychodził do szpitala, gdzie leżeli jeńcy i bił ich dłonią lub szpicrutą, po czym kazał "poprawić" - żołnierzom których ze sobą przyprowadził. Zdarzało się także że na nich spluwał. Po maju 1926 r. dostał za to porządny wpier...l, od żołnierzy ... w składziku drewna. 

Ale wracając do tematu, ja nigdy nie popełniłbym błędu, jakim byłoby samobójstwo. Teraz przejdę do opisu doświadczeń owej dziwczyny i sesji hipnoterapeutycznej, która cofnęła ją do źródeł je lękowych stanów. A była to dość dłuuuga podróż, a zaczęła się ponad 3 800 lat temu.



CDN.

WIELKA KOLONIALNA POLSKA IMPERIALNA! - Cz. I

CZYLI SNY O IMPERIUM KOLONIALNYM

ELIT II RZECZYPOSPOLITEJ





 "ZAPOMINACIE O JEDNYM"
"O CZYM, PANIE MARSZAŁKU?"
"ZAPOMINACIE, ŻE DROGA DO KOLONII TO FLOTA. 
BEZ FLOTY ANI NIE ZDOBĘDZIECIE, 
ANI NIE UTRZYMACIE KOLONII"


Tak oto w swych pamiętnikach zapamiętał swą pierwszą rozmowę z Marszałkiem Józefem Piłsudskim, w lecie 1927 r., porucznik Mieczysław Lepecki który, dopiero co powrócił z podróży po Ameryce Południowej, sondując możliwość pozyskania (lub zakupienia), przez Polskę jakichś terenów, z których można by było w przyszłości stworzyć polskie kolonie w Ameryce Południowej. Tak zaczynały się polskie marzenia o uzyskanie ziem, gdzieś w Afryce czy Ameryce, by tym samym dorównać wielkim imperiom kolonialnym świata i dogonić stracony czas, podczas którego Polska nie istniała na mapach świata, a sama była kolonizowana przez Rosję, Niemcy i Austrię. Bo to iż uważaliśmy się za jedno z mocarstw europejskich, nie ulega już dziś żadnemu zaskoczeniu, pytanie tylko czy rzeczywiście zasługiwaliśmy na to miano?

Oczywiście, Polska w latach 1938 - 1939 nadal była państwem, w którym wiele rzeczy było niezrobionych, niedokończonych, jak choćby kiepska sieć dróg krajowych (szczególnie tych lokalnych, mniejszych), wciąż duża bieda, szczególnie na wsi, ale nie sposób było wszystko zrobić i naprawić przez dwadzieścia lat niepodległości. W jednych dziedzinach ustępowaliśmy pola pozostałym państwom Europy, które mieniły się mocarstwami, w innych im dorównywaliśmy, czy nawet prześcigaliśmy, czego przykładem niech będą polskie koleje (mam tutaj na myśli szczególnie polski tabor kolejowy, sławne w Europie "superszybkie" lokomotywy - Lux-torpedy, które budziły powszechny podziw). 

Społeczeństwo (głownie elity), też myślało innymi kategoriami, można by je nazwać - wielkomocarstwowymi. Polska od początku powstania Ligii Narodów, starała się np. wejść do jej ścisłego grona, czyli do Rady Ligii Narodów, w której to stałe miejsce posiadały jedynie zwycięskie mocarstwa I Wojny Światowej. Niemcy również w latach 20-tych (m.in.: za sprawą Gustava Stresemanna), starały się wejść do tego grona. Trwała więc wojna nerwów, który kraj Polska czy Niemcy zostanie jako pierwszy członkiem tego ekskluzywnego gremium, decydującego o sprawach Europy a także pośrednio i innych kontynentów. Ponieważ walka ta wchodziła w dość gwałtowny etap, postanowiono że oba państwa wejdą do Rady Ligii Narodów ... tego samego dnia (choć początkowo Niemcy liczyli, że oni zostaną przyjęci kilka dni wcześniej). Stało się to w roku 1926. 

"Polska jest Mocarstwem" - takie slogany można było usłyszeć nie tylko w kraju, ale także na forum międzynarodowym, jak choćby sławetny spór polsko-francuski, który miał miejsce w 1932 r. na forum Rady Ligii Narodów, kiedy to Polacy w pewnej kwestii nie poparli Francuzów (traktujących Polskę jak swego klienta a partnera), polski minister spraw zagranicznych - August Zaleski, stwierdził że Polska postępuje według własnych planów i polityki, gdyż: "Polska jest mocarstwem". Na te słowa mocno zirytowany minister spraw zagranicznych Francji - Paul Boncour, stwierdził: "No tak, Polska jest mocarstwem. Ale musimy pamiętać że są wielkie mocarstwa ... i jest Polska". Już wówczas dało się odczuć dość wyraźny chłód, w relacjach Warszawy i Paryża (dowodem na to niech będzie fakt, iż gdy 10 sierpnia 1931 r. Francja zawarła pakt o nieagresji ze Związkiem Sowieckim, Francuzi poinformowali o tym fakcie swych polskich sojuszników, dopiero po ... publikacji tego faktu w prasie. Inne podobne sytuacje zdarzały się nagminnie, nic dziwnego że Piłsudski nie ufał Francuzom i nic dziwnego że już leżąc na łożu śmierci w maju 1935 r. nakazywał ministrowi spraw zagranicznych Rzeczpospolitej - Józefowi Beckowi: "Musisz wciągnąć do (przyszłej) wojny Anglików, słyszysz, to jest nasza ostatnia szansa".

Mimo to elity i większa część polskiego społeczeństwa wierzył w naszą mocarstwowość, czego dowodem choćby stwierdzenia typu: "Francuzi i Anglicy? Po co oni, tylko będą przeszkadzać i trzeba będzie się dzielić zwycięstwem, sami damy sobie radę z Hitlerem i niemiaszkami", a na pytanie: "Jak myślisz, będzie wojna?", odpowiadano: "Nie wiem, pewnie tak, ale i tak ich pogonimy", lub: "Hitler nie odważy się napaść na Polskę, to byłoby dla niego samobójstwo", itd. itp. 

Takie myślenie, było charakterystyczne dla młodego pokolenia, wyrosłego już w Niepodległej Polsce i nieznającego niewoli, które było jednocześnie wychowane na epopejach narodowych: "Ogniem i Mieczem", "Potop", "Pan Wołodyjowski", "Pan Tadeusz". Ci ludzie nie pamiętali okresu zaborów, niszczenia polskości i walki z językiem - oni byli już wychowywani w kulcie zwycięstw polskiego oręża obecnego jak i dawniejszego.  





Nic dziwnego, że to właśnie to pokolenie, zaczęło intensywnie dążyć do zdobycia dla Polski pierwszych kolonii zamorskich



CDN.

sobota, 5 grudnia 2015

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CXI

"MIĘDZYWOJNIE" 

CZAS ODBUDOWY CYWILIZACJI 

i WIELKICH ZMIAN DLA LUDZKOŚCI 

(ok. 8 000 r. p.n.e. - 7 670 r. p.n.e.) 

Cz. V


III STREFA OSIEDLEŃCZA

(CHINY i INDIE)


Bardzo niewiele jest informacji na temat odbudowy cywilizacji w dorzeczu Doliny Indusu, przed 2 900 r. p.n.e (czyli okresem, w którym to Innana została władczynią tych terenów i rozpoczęła się epoka tzw.: Cywilizacji Doliny Indusu). Istnieją jedynie niewielkie informacje, że pierwsze (aryjskie), skupiska ludności, po zniszczeniu Imperium Ramy, zaczęły zasiedlać rejon dzisiejszego Beludżystanu w rejonie gór Kirthar. Powstało też kilka pierwotnych, prymitywnych osad, takich jak Mehrgahr, czy Damb Sadaat oraz niewielkie miasto handlowe Kulli. Nie ma jednak żadnych szczegółowych informacji na ten temat. Prawdopodobnie ziemie te, wychodziły dopiero z okresu wojennego napromieniowania (radiacja, szczególnie w rejonie ruin Mohendżo Daro jest po dziś dzień niezwykle silna) i stąd jedynie niewielkie, prymitywne grupki dawnej aryjskiej ludności, zasiedlały te ziemie. Trochę zmieni się to po zakończeniu II Wojny Piramidowej, a szczególnie po 4 000 r. p.n.e., gdy powstaną większe ośrodki cywilizacyjne (w tym duże przedinduskie ośrodki miejskie w Nindowari, Ahar czy Harappie). To wszytko co mogę na razie napisać o tych terenach.



 IV STREFA OSIEDLEŃCZA

(EGIPT)


W Egipcie sytuacja się trochę zmieniła po zakończeniu I Wojny Piramidowej i opadnięciu wód II Potopu. Mianowicie władzę w tym kraju utracił Horus (nie jest jednak wyjaśnione w jaki sposób), a jego miejsce zajął jego stryj - Thot, syn Enkiego i twórca przedpotopowej cywilizacji amerykańskiej, występujący tam pod imieniem Quetzalcoatla (co opisałem w poprzednich tematach). Będzie nim władał aż do 3 111 r. p.n.e., gdy (za namową Enkiego), ustąpi z tronu na rzecz Marduka, który to będzie już ostatnim z "bogów" władających krajem nad Nilem, przed przekazaniem go w ręce ludzi (ponoć stanie się to wbrew woli samego Marduka, a zostanie na nim wymuszone przez resztę bogów i bogiń, a stanie się to po wizycie na Ziemi dziadka Anu z Nibiru, który widząc jak okrutnie upływający czas obchodzi się z jego potomstwem, zapowiedział: "Skoro takie jest nasze przeznaczenie, Ziemia niech zostanie w rękach Ziemian, jeśli tak ma być, niech się stanie (...) Zostawmy im naszą wiedzę, nauczmy ich tego wszystkiego, co sami wiemy, a co potrzebne jest do przeżycia, a potem odejdźmy (...) Wracajmy do siebie"). 

Ok. 6 550 r. p.n.e. doszło do ostatecznego podziału Egiptu na dwa kraje, które w czasach późniejszych otrzymają nazwy: Górnego i Dolnego Egiptu. W czasach panowania Thota, zbudowane zostało miasto Heliopolis. To tyle informacji tyczących się okresu pomiędzy dwiema wojnami piramidowymi.




CDN.

piątek, 4 grudnia 2015

BILISTICHE - "PERŁA NILU" - Cz. II

O TYM JAK AMAZONKA STAŁA SIĘ

JEDNĄ Z NAJSŁAWNIEJSZYCH

KURTYZAN ŚWIATA





 
"NATARA DI ZEEM" 
 
CO W JĘZYKU STAROEGIPSKIM ZNACZYŁO:

"NIECH BÓG DA POMOC"



WSZYSTKIE MIASTA STAROŻYTNEGO EGIPTU




PS: W poprzednim temacie tej serii, napisałem, że do pierwszego spotkania Bilistiche z Ptolemeuszem II, doszło w (lub około) 281 r. p.n.e. Muszę tę datę jednak skorygować, gdyż owe spotkanie (a co za tym idzie sam ślub Ptolemeusza z jego siostrą - księżniczką Arsinoe II), miał miejsce kilka lat później, prawdopodobnie - ok. 277 r. p.n.e. (lub 276 r. p.n.e.), po pozbyciu się pierwszej małżonki Ptolemeusza, macedońskiej księżniczki - Arsinoe I. 
Swój błąd już naprawiłem.


Bilistiche przyszła na świat (najprawdopodobniej) ok. 300 r. p.n.e. Była córką najemnego greckiego żołnierza, który służył pod rozkazami pierwszego króla Egiptu z dynastii Ptolemeuszy (następcy Aleksandra Wielkiego w tym kraju) - Ptolemeusza I zwanego Soterem ("Zbawicielem"). Jako nagrodę za wierną służbę, jej ojciec otrzymał niewielki przydział ziemi. Dom w którym wraz z braćmi i innymi siostrami się wychowywała, był domem greckim. Mówiono po grecku, ubierano się na modłę grecką, modlono się do greckich bogów, tak więc dzieci od najmłodszych lat "nasiąkały" kulturą hellenistyczną. Bilistiche jednak (o czym już pisałem w poprzednim temacie), była jednak dzieckiem dość niesfornym i skorym do "chłopięcych" zachowań. Częstokroć wymykała się z domu, wraz z braćmi i innymi chłopcami, by polować na kaczki, gęsi, chodzić po mokradłach, wspinać się na drzewa, czy ...wdawać w bójki z chłopakami. Nie znosiła natomiast wszelkich "dziewczyńskich" zajęć, takich jak praca w domu i obejściu, długie godziny tkania przy krosnach, lub malowanie twarzy i strojenie się ciała. Uwielbiała natomiast biegać bez koszuli, którą w gorącym słońcu zrzucała, tak jak czynili to inni chłopcy. Zresztą oni nie widzieli w niej dziewczyny, tylko dobrego kumpla i przyjaciela wzajemnych zabaw. 

Kolejną pasją Bilistiche były konie. Młoda dziewczyna potrafiła spędzać w stajni wiele godzin, osobiście dbając o wierzchowce, myjąc je i karmiąc. Od najmłodszych też lat zaczęła je dosiadać, najpierw w towarzystwie ojca, potem starszych braci, a następnie już sama, częstokroć wymykała się z domu, by pędzić przed siebie, nie dbając ani o rozpuszczone i falujące na wietrze włosy, ani (częstokroć), o nie całkiem kompletny strój, jaki miewała na sobie. Rodzice starali się początkowo zakazać jej tych eskapad (szczególnie, że wzbudzała sensację swą osobą, wśród lokalnych egipskich mieszkańców, kopiących co rano kanały nawadniające, lub uprawiających ziemię), ona jednak zupełnie na to nie zważała i rodzice zmuszeni byli ustąpić. Kochała konie, szybkość z jaką pędziła na ich grzbietach (częstokroć aż do zapadnięcia zmroku), marząc jednocześnie o zwiedzeniu świata, dotarciu do najodleglejszych miast, a za takie uważała początkowo miasto Naukratis (położone niedaleko jej rodzinnego domu), a potem, gdy już doń dotarła i je zwiedziła, zapragnęła ujrzeć stolicę - Aleksandrię, o której w tamtych czasach krążył legendy, że jest najpiękniejszym miastem świata.

Gdy dziewczyna podrosła i zaczęła nabierać bardziej kobiecych kształtów, stosunek do jej osoby braci i innych chłopców, znacznie się zmienił. Odtąd nie była już przez nich uważana za "kumpelę" i dobrego druha do wspólnych zabaw, zaczynali na nią patrzeć, tak, jak mężczyźni patrzą na kobiety, a ponieważ odznaczała się jednocześnie urodą - była dobrą partią dla okolicznych młodzieńców. Gdy wyrosła z wieku dziecięcego i zaczęła nabierać kobiecych kształtów, bracia zabraniali jej samotnych podróży konno, które on tak kochała. Miała odtąd podróżować jedynie w towarzystwie jednego z nich (było to oczywiście podyktowane względami bezpieczeństwa, chodziło o to, by nikt dziewczyny nie porwał i nie wykorzystał, gdyż utrata dziewictwa, wiązałaby się z utratą możliwości dobrego zamążpójścia). 

Rodzice też wybrali już da niej przyszłego męża, był nim syn sąsiedniej osady. Okazało się jednak, że rodzice i bracia, nie pomyśleli o jednym. Mianowicie zatrudnili stajennego, od którego to Bilistiche uczyła się wiedzy o prawidłowym dbaniu o konie. Zresztą nie tylko tego, to od niego po raz pierwszy miała się dowiedzieć że jest ładna, że ma ładne, długie włosy, że jej oczy świecą niesamowitym blaskiem. Młoda dziewczyna słuchając tego, zaczęła odczuwać coraz większą sympatię do owego człowieka. Wkrótce "stajenne spotkania", przemieniły się w potajemne, nocne schadzki, gdzie oboje wtapiali się w siebie ramionami, obcałowując wzajemnie. Z obawy przed nakryciem, zaczęli spotykać się w pobliskiej oazie, tam też prawdopodobnie Bilistiche ... straciła dziewictwo.




W tym samym czasie rodzina popadła w poważne tarapaty finansowe. Klęska nieurodzaju, doprowadziła do tego, że ojciec Bilistiche nie miał za co zapłacić królewskiemu poborcy należnego podatku. Dług rósł, a poborca straszył, że w przypadku nieuregulowania zaległej sumy, część jego ziemi, przejdzie na własność państwa (czyli stanie się na powrót własnością władcy Egiptu). Podczas jednej z takich wizyt, Bilistiche miała właśnie wdać się w kłótnię z owym poborcą (miał na imię Filos), oskarżając go o próbę kradzieży ziemi jej ojca. Ponieważ ów spór zakończył się tylko tym, że obrażony poborca wyznaczył jeszcze mniej dogodny termin spłaty długu, Bilistiche (zdając sobie zapewne sprawę, że stało się to również przez nią), postanowiła zmienić strategię. Udała się do niego i poprosiła o znaczne przedłużenie terminu spłaty długu, oferując w zamian ... siebie. 

Filos się zgodził, pod warunkiem że ... zostanie jego nałożnicą. Zabrał ją ze sobą do Naukratis i zapewnił dach nad głową w domu pewnej tkaczki, sam bowiem miał już żonę i dzieci i nie chciał by Bilistiche mu to wszystko popsuła. Chciał jedynie czerpać z niej przyjemność. Dla dziewczyny też było to na rękę, po pierwsze dlatego, że wreszcie wyrwała się ze swojego nudnego, wiejskiego życia, a po drugie uznała że w mieście będzie miała więcej możliwości urzeczywistnienia swych pragnień z dzieciństwa. Dlatego też całe dnie spędzała w miejskim gimnazjonie, gdzie krótkiej tunice (tylko mężczyźni ćwiczyli zupełnie nago, kobiety musiały nosić przynajmniej tuniki, zakrywające piersi i uda). W gimnazjonie uczestniczyła (wraz z innymi dziewczętami), w ćwiczeniach fizycznych, polegających na rzutach oszczepem, dyskiem i biegach, zapragnęła też wziąć udział w igrzyskach lokalnej toparchii (można by to porównać do powiatu), lecz Filon kategorycznie jej tego zabronił. 

Ona jednak tym się nie przejęła, wystartowała w igrzyskach i zajęła pierwsze miejsce w biegach. Została też udekorowana laurem i ogłoszona zwyciężczynią w tej żeńskiej konkurencji (w czasach o których piszę, zwanych hellenistycznymi, kobiety mogły już również brać udział w igrzyskach na równi z mężczyznami, oczywiście wymagało to wielu miesięcy treningów i poświęceń, kontrolowania diety i znacznego wysiłku fizycznego, także bardzo niewiele dziewcząt z tego korzystało, ale niektóre z nich, jak choćby królowa Arsinoe II - stawały się zwyciężczyniami całych igrzysk, konkurując z samymi mężczyznami). Podczas tego turnieju, miał ją wypatrzyć niejaki Ksenos z Aleksandrii, który obiecał zabrać ją ze sobą do stolicy. Ona marzyła o dalszej karierze "sportowej", o uczestnictwie w igrzyskach w Delfach czy Olimpii, on miał jej w tym pomóc. 

W zamian za pomoc i zabranie ze sobą do Aleksandrii, miała mu obiecać że zostanie jego służącą i nałożnicą (zrobiłaby wszystko, byleby tylko wyrwać się do "wielkiego świata"), on jednak poprzestał jedynie na "czerpaniu" uroku z jej ciała. Dodatkowo znalazł jej zajęcie przy czyszczeniu stajni bogatego kupca (miała tam ujeździć pewną narowistą klacz, której żaden mężczyzna nie odważył się dosiąść). Po tym wydarzeniu, została poproszona przez niejaką Ilithię z Aten (wraz z mężem zamieszkałą w Aleksandrii), o zaopiekowanie się i jej stajnią. Obie kobiety bardzo się ze sobą zaprzyjaźniły. To od niej właśnie Bilistiche nauczyła się elegancji i dobrego smaku, to właśnie Ilithia była tą, która odkryła przed biedną wiejską dziewczyną uroki upiększania ciała i wabienia mężczyzn. Uczyła ją też odpowiedniej intonacji głosu i właściwego chodu. Ilithia (zapewne poprzez swego męża), należała do elity dworskiej a wszystkie jej przyjaciółki, należały do królewskiego dworu, Bilistiche zapewne często przysłuchiwała się ich opowieściom o ucztach i bankietach, urządzanych w królewskim pałacu. Słuchała opowieści o zakładanych właśnie: Muzeum i Bibliotece Aleksandryjskiej. Zapragnęła też doświadczyć takiego życia, lecz wiedziała że tylko Ilithia może ją do niego wprowadzić, gdyż Ksenos nie posiadał takich znajomości. Dlatego też ich spotkania stawały się coraz rzadsze. 



"I'STIA VÓLA"

CO PO STAROEGIPSKU OZNACZA:

"OTO WOLA TWOJA"



 


CDN.
 

czwartek, 3 grudnia 2015

"OPOWIEŚĆ PODRĘCZNEJ"

"THE HANDMAID'S TALE"


Zarówno film Volkera Schlöndorffa, jak i powieść Margaret Atwood, pod tym właśnie tytułem, są już dość stare. Ja sam oglądałem ten film już kilka lat temu i muszę powiedzieć że ogólnie jest on dość kiepski. Film ten, jest trochę nazbyt karykaturalnym przedstawieniem okresu rządów prezydenta USA Ronalda Reagana (lata 80-te) i jego antyfeministycznych "posunięć". Z grubsza postaram się opisać o co w tym filmie chodzi.


 
Bliżej nie określona przyszłość  - tajemnicze państwo noszące nazwę Republika Gilead (powstałe na gruzach dawnych Stanów Zjednoczonych Ameryki), jest rządzone przez dyktaturę teokratyczną, w której kobiety są obywatelami drugiej kategorii. Główną rolę gra tutaj niejaka Kate (wcieliła się w nią Natasza Richardson), która próbuje wraz z mężem i córeczką, przekroczyć granicę i uciec do Kanady. Na terytorium Republiki Gilead, toczy się bowiem wojna domowa, pomiędzy teokratyczną władzą (która opiera się na przykazaniach zawartych w Starym Testamencie), a grupami rebeliantów. W wyniku działań wojennych (tych i prawdopodobnie wcześniejszych jak na przykład wojna atomowa), większa część środowiska naturalnego została skażona. Odbiło się to negatywnie na większości kobiet, które w wyniku tych działań stały się bezpłodne. Oczywiście nie wszystkie, niektóre zachowały tę "umiejętność" - lecz te właśnie są wybierane (szczególnie gdy popełnią jakieś wykroczenie lub przestępstwo) i zamykane w specjalnych szkołach, gdzie przygotowuje się je do bycia ... Podręcznymi, czyli czymś w rodzaju surogatek, dla par, które nie mogą mieć dzieci.

Tak też się dzieje z Kate. Jej mąż zostaje zastrzelony na granicy, a ona (i jej córeczka, o czym dowiaduje się dopiero później), zostaje aresztowana i skierowana do ośrodka zarządzanego przez tzw.: "ciotki". Ich zadaniem jest przygotowanie kobiet do bycia Podręcznymi i urodzenia dziecka. Kobiety są tam karane za najdrobniejsze przewinienia, jak choćby samogwałt, lub związki lesbijskie. Większość dnia spędzają na przymusowej modlitwie o dziecko i biorą udział w "terapiach", które polegają na wpędzaniu ich we wszelkie możliwe kompleksy (np. gdy jedna przyznała się że w młodości została zgwałcona przez jej kolegów z klasy, owa "ciotka" wymusiła na reszcie "słuchaczek" odpowiedź na pytanie: "kto jest temu winien?" Oczywiście winna zawsze jest dziewczyna, gdyż ich sprowokowała. Ona sama zresztą to potem z płaczem przyznaje). Kobiety są tam obwiniane o najróżniejsze rzeczy - np.: brak potomstwa, gwałty etc. etc.

Zadaniem "Podręcznych" jest urodzić dziecko rodzinie, w której kobieta (żona), nie jest już do tego zdolna. Kate też trafia do takiej rodziny (wcześniej przechodzi rozmowę kwalifikacyjną z panią domu, czyli żoną - imieniem Serena Joy (w tej roli Faye Dunaway). Ta nadaje jej nowe imię - Offred (a raczej "Of-Fred"), co znaczy "Dla Freda" (Fred Joy jest jej mężem i dowódcą armii rządowej - komendantem). Od tej chwili jest Offredą. Dostaje swój pokój i musi brać udział w codziennych obowiązkowych modlitwach (w których kobietom zabrania się czytania Biblii, mogą to czynić wyłącznie mężczyźni), oraz "ceremoniach", które polegają na kopulacji (w dni płodne), pana domu z Podręczną, która leży na kolanach pani domu. W ten sposób żony pragną wnieść swój wkład w poczęcie dziecka.

Kate zaprzyjaźnia się tam z kierowcą i prawą ręką pana domu (Komendanta) - Nickiem (granym przez Aidana Quinn'a). Inną jej przyjaciółką zostaje Ofglena (także Podręczna z innego domu), którą spotyka idąc rano do sklepu po zakupy. Ofglena jest członkinią rebeliantów i namawia Kate by dowiedziała się jak najwięcej o Komendancie. Kate, spędza z nim czas prywatnie, poza obowiązkowymi "ceremoniami płodowymi", grając w karty lub scrabble. Mimo to Kate długo nie może zajść w ciążę. Podczas kontroli ginekologicznej lekarz, który ją bada, twierdzi że wina może leżeć po stronie Komendanta - może on być bezpłodny. Okazuje się też, że w tym społeczeństwie mężczyzn się nie bada na bezpłodność, a winą za brak potomstwa zawsze obarczane są Podręczne. Lekarz oferuje więc jej układ - zapłodni ją w "zastępstwie" Komendanta, by uniknęła cierpień. Kate odmawia. Serena dostrzega też, że jej mężowi młoda kobieta coraz bardziej przypadła do gustu, lecz pragnie potomstwa i na oficjalnym spotkaniu, gdzie zbierają się żony, Podręczne i zrodzone w ten sposób dzieci, zawiedziona że wciąż nie została "matką", żąda od niej by czym prędzej zaszła w ciążę. Kate prosi też Serenę o odnalezienie jej córeczki, która żyje i trafiła do rodziny zastępczej. Kobieta godzi się jej pomóc. Odnajduje jej córkę, lecz prawo zabrania kontaktów Podręcznych ze swymi dziećmi - Kate jest załamana.

Tymczasem Komendant kupuje Kate nową sukienkę oraz boa, i zabiera ją w podróż poza granice miasta. Mieści się tam rządowy burdel, w którym pracownicami są...dawne bibliotekarki, dyrektorki, bizneswoman etc - kobiety które zostały zmuszone do tego mając za alternatywę ciężką pracę w koloniach karnych, z których się już żywym nie wychodzi. Ani żony, ani Podręczne nie mogą tam przebywać, ale Komendant robi dla Kate wyjątek, pozwalając jej wypić jednego drinka. Po przyjeździe do domu, kobieta informuje Nicka że jest z nim w ciąży (wcześniej żona, zdając sobie sprawę z możliwej bezpłodności Komendanta, organizuje im schadzkę). Postanawiają nie oddawać dziecka i razem uciec.

Koniec końców - Kate zabija Komendanta i ucieka z Nickiem do granicy (potem zostaje przetransportowana w góry przez rebeliantów), on jednak wraca. Pragnie odnaleźć jej córkę.


ZRESZTĄ, ZOBACZCIE SAMI:




 

środa, 2 grudnia 2015

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CX

"MIĘDZYWOJNIE" 

CZAS ODBUDOWY CYWILIZACJI 

i WIELKICH ZMIAN DLA LUDZKOŚCI 

(ok. 8 000 - 7 670 r. p.n.e.) 

Cz. IV




III STREFA OSIEDLEŃCZA

(CHINY i INDIE)


POCZĄTKI CYWILIZACJI CHIŃSKIEJ




Ok. 18 000 r. p.n.e. w II Wojnie z Atlantami, definitywnie zniszczone zostało Imperium Ujghur. Było ono zasiedlone przez białą (aryjską) ludność, pochodzącą z Atlantydy, a przybyłą na kontynent azjatycki ok. 70 000 r. p.n.e. (choć pierwotna aryjska kolonizacja tych terenów, była starsza o jakieś 4 000 lat). Po upadku przesławnej stolicy, tego największego w przedhistorycznych dziejach, ludzkiego imperium - Kara-Koty i zniszczeniu armii króla Martusa (ostatniego władcy Imperium Ujghur), za pomocą broni nuklearnej (czego efektem do dziś jest pustynia Gobi, pod której piaskami, kryją się ruiny Kara-Koty), zwycięski król Atlantydy - Kling (prawdopodobnie pod wpływem własnych strat, poniesionych w tej wojnie), nie odważył się na okupację tych terenów, poprzestając jedynie na zniszczeniu konkurencyjnego mocarstwa. Wycofał się więc do ojczyzny, pozostawiając Azję spustoszoną i politycznie rozbitą. Ci z Ujghurów, którym udało się przeżyć zagładę, zeszli do podziemnych miast Agharty, założonych jeszcze za panowania króla Murasa i jego córki (królowej-małżonki Atlantydy - Karyatide), ok. 32 500 r. p.n.e. 

Pozostałe grupy białych Ujghurów, rozpoczęły wielką kontynentalną migrację. Jedni w swych pochodach udali się do północnej Europy, tworząc tam aryjskie kultury nordycko-germańsko-słowiańskie. Inni skierowali się na południe, na tereny zasiedlone już przez wygnańców politycznych z Atlantydy, zwanych Ionami, mieszając się z nimi i tworząc społeczeństwa Ionii (późniejszej Hellady). Jeszcze inni skierowali się na tereny dzisiejszego Iranu, gdzie początkowo zostali zniewoleni przez czarnoskórych Amazirów. Potem po buncie księcia Ramy I (ok. 15 000 r. p.n.e.), biali Ujghurowie (zwani już wówczas - Arjami), zbudowali własne imperium, które zajęło także część północnych Indii (Dolina Indusu). Imperium Arjów, największy rozwój terytorialny osiągnęło za panowania króla Ramy II, (ok. 8 670 r. p.n.e. - ok. 8 000 r. p.n.e.).

Tymczasem na terenach, na których niegdyś istniało potężne Imperium Ujghur, teraz koczowały niedobitki żółtoskórych potomków, dawnych kolonistów z Bakaratini. Obszar, na którym się osiedlili, był niewielki i ograniczał się zaledwie do nadbrzeżnego rejonu wokół rzeki Jangcy i jezior Tai oraz Hongze-Hu. Były to całkowicie rozbite i niekomunikujące się ze sobą małe grupki, złożone z kilku, lub kilkunastu rodzin. Z czasem niektóre z nich, urosły do rangi lokalnych niewielkich plemion, które żyły głównie z wzajemnych napadów, rabunków i niewolenia sąsiednich plemion znad Jangcy. Ogólnie należy stwierdzić, że ludność, która pozostała na terenach dawnego Imperium Ujghur, cofnęła się do epoki prymitywizmu (co zresztą było charakterystyczne nie tylko dla kontynentu azjatyckiego). 

Twórcami cywilizacji chińskiej, był lud (lub plemię), zwane Shonshe. To właśnie z tego ludu miał pochodzić niejaki Tiandi, któremu udało się zjednoczyć rozproszone plemiona, zamieszkałe w delcie rzeki Jangcy a jeziorem Tai. Następnie dokonał on częściowej ekspansji w kierunku jeziora Poyang, tworząc w miarę zwartą pierwotną strukturę państwową, na terenach dzisiejszych Chin. Należy jednak dodać, że Tiandi (później jego imię będzie w różny sposób modyfikowane), nie dokonałby tego, gdyby nie pomoc i wsparcie ... podziemnych miast Agharty. Tiandi miał dwóch braci - Dihuanga i Renhuanga. Oni to właśnie dokonali podziału terytorium pierwszej, jeszcze proto-chińskiej cywilizacji, na dziewięć prowincji (odpowiadających dziewięciu plemionom żółtoskórych potomków dawnych Bakaratinian). Tiandi i jego bracia obdażyli swych współplemieńców wiedzą na temat rolnictwa, budowy miast, zapobiegania i ochrony przed powodziami, oraz medycyny, uzyskanymi z miast Agharty. 

Niewiele wiadomo o tym najwcześniejszym okresie początków chińskiej cywilizacji, gdyż w channelingach niewiele jest informacji o tym pierwotnym okresie odbudowy. Istnieje jednak wzmianka, że owi trzej bracie ... prawdopodobnie nie pochodzili z terenów Shonshe. Mówi się bowiem o "Trzech mężach z Zachodu", którzy zjednoczyli rozproszone plemiona żółtoskórych mieszkańców tych terenów, począwszy od ludu (lub ziemi) Shonshe. Następnie informacje są tak pomieszane, że doprawdy nie wiem już o czym właściwie mam pisać. Mówi się bowiem że Tiandi został pierwszym władcą tych terenów, a potem podaje się listę kolejnych królów, którzy (nie wiem, czy panowali razem z nim, czy po nim, gdyż to wszystko jest tak pomieszane, że trudno mi nawet zgadywać co jest co - dlatego też nie prezentuję tej listy imion). Prawdopodobnie (tak myślę), mowa jest tu o władcach "Wschodu" i "Zachodu", czyli tych przybyłych razem z Tiandi i tych rodzimych, zamieszkałych na terenach dorzecza Jangcy. Prócz Tiandi i jego braci, mowa jest jeszcze o jedenastu "Władców Zachodu", trzynastu "Władców Wschodu", oraz ... ośmiu bliżej nieokreślonych królów. Na tym informacje o początkach cywilizacji chińskiej (tego okresu), się kończą.



CDN.
 

wtorek, 1 grudnia 2015

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CIX

"MIĘDZYWOJNIE" 

CZAS ODBUDOWY CYWILIZACJI 

i WIELKICH ZMIAN DLA LUDZKOŚCI 

(ok. 8 000 r. p.n.e. - 7 670 r. p.n.e.) 

Cz. III





II STREFA OSIEDLEŃCZA

(AMERYKA ŚRODKOWA i POŁUDNIOWA)





Ok. 12 500 r. p.n.e. skończyła się na kontynencie amerykańskim, tzw.: "Era Pierwszego Słońca", zwana również w legendach Inków i innych indiańskich ludów: "Erą Viracocha", lub też: "Erą Białych,Brodatych Bogów". Miała ona trwać niecałe 4 000 lat. Potem, aż do II Potopu, trwała "Era Drugiego Słońca", zwana również przez Azteków "Tzoncuztique" - "Złotym Wiekiem". Pierwszy Potop (zwany "Wielkim"), doprowadził bowiem również do zniszczenia wcześniejszych tolteckich cywilizacji w Ameryce Południowej i Północnej. Zniszczone zostało chociażby Imperium Karyjskie i jego stolica - Manoa. Przetrwało za to (choć w szczątkowej formie), państwo Ajmarów (zarządzane przez karyjski ród Pirów), które to zapoczątkowało okres odbudowy cywilizacyjnej, bardzo szybko uzyskując status jedynego mocarstwa na kontynencie południowoamerykańskim (tzw.: Imperium Tiahuanaco). 

 Ok. 8 590 r. p.n.e. do Ameryki Południowej mieli przybyć: "Czerwonowłosi Bogowie ze Wschodu", jak głosi kronika azteckiego pisarza - Ixtilxochitla (który urodził się ok. 1570 r. w czasach, gdy Imperium Azteków już nie istniało, a sam był chrześcijaninem i nawet członkiem lokalnej hiszpańskiej administracji podbitych terenów). Osiedlili się oni w kraju nad jeziorem Titicaca, którą nazwali - Botonchan. Według Ixtilxochitla (który ponoć spędził aż 12 lat, ucząc się poprawnej wymowy i pisowni ... własnego imienia), miał nimi przewodzić "Płonący Wąż". Czerwonowłosi bardzo szybko (zapewne dzięki posiadanej przez nich technologii), podporządkowali sobie Ajmarów, czyniąc z nich swych niewolników, których zadaniem była praca w kopalniach, przy wydobywaniu złota. Ixtilxochitl sądził, że złoto to, było owym "Bogom ze Wschodu", potrzebne do celów sakralnych, a nie materialnych (nie mógł bowiem wiedzieć po co tak naprawdę owi "bogowie" potrzebowali złota). Przybycie "Czerwonowłosych Bogów ze Wschodu", otwiera okres tzw.: "Trzeciego Słońca" w dziejach kontynentu amerykańskiego. 

Ixtilxochitl nazywa go okresem "Prymitywizmu", lub też "Prymitywnych Ludzi". Bowiem nadejście "bogów" i opadnięcie wód II Potopu, rozpoczęło czas upadku cywilizacyjnego i prawdziwego barbaryzmu tolteckich społeczeństw, które przed wiekami przybyły tutaj ze zniszczonego kontynentu MU. Jedynymi twórcami nowej kultury i odnowicielami cywilizacji, stali się tu właśnie owi "Czerwonowłosi Bogowie". To oni przekazali tolteckim ludom, zapomniane przez nich metody budowy wielkich, trwałych, kamiennych budowli o charakterze sakralnym, religijnym i państwowym. Tak powstały pierwsze, jeszcze w dużej mierze rozproszone ośrodki (wokół jeziora Titicaca) Chiripa (gdzie najprawdopodobniej zamieszkali "Bogowie ze Wschodu", choć nie ma o tym żadnych informacji a wnioskuję to jedynie z tego względu, iż miasto to, stało się wówczas największym i najpotężniejszym ośrodkiem rejonu Titicaca), Tiahuanaco, Wankarani, Huaricani, Qualuyu, Chinchoros, czy na terenach Andów (dzisiejsza Boliwia i Peru), Huaricoto, Chancay, Shillacoto, Haldas czy Kotosh. Jednocześnie narzucili oni swą bezwzględną władzę i nakazali uważać się za bogów i czcić ich na różne sposoby (przede wszystkim zależało im na dalszym wydobywaniu złota w kopalniach wokół Andów i rejonu jeziora Titicaca).

Władza Enlidów sięgała również na tereny Jukatanu, czyli Ameryki Środkowej. O ile Ameryka Południowa, rządzona była przez Enlila i Ninurtę, o tyle Jukatan został oddany jako władztwo dwóm "Boginiom z rodu Węży", jak pisze o nich Ixtilxochitl. Pierwsza to bogini Coatlicue (Ereszkigal), a druga to jej siostra, niedawno uwolniona z "niewoli babilońskiej" Anubisa - Omestiwat (Innana). W tym też czasie biała ludność Jukatanu (pierwotni przybysze z Atlantydy, którzy zajęli te ziemie ok. 25 000 r. p.n.e.), wymieszała się z czerwonoskórą toltecką ludnością z północy, tworząc naród, który przejdzie do historii pod nazwą - Majów. Prawdopodobnie siedzibą obu bogiń (mam tu na myśli głównie Ereszkigal, bowiem Innana po rozpoczęciu II Wojny Piramidowej, powróci do Mezopotamii, a potem obejmie we władanie ziemie dawnego aryjskiego Imperium Ramy), było miasto-państwo Copan (znów jedynie moje przypuszczenia). Poza tym powstały też ośrodki miejskie w: Kaminaljuyu, Chalchuapie i Izapie. Jednak prawdziwa władza obu bogiń kończyła się gdzieś na terenach dzisiejszej Gwatemali i nie obejmowała całego Jukatanu, gdzie wciąż istniała (choć bardzo przetrzebiona i rozproszona), biała, po-atlantycka ludność, zamieszkująca gównie rejon miast-państw Komchen i Dzibilchaltun. 

Ameryka Północna zaś, to już zupełnie inna sprawa, tutaj wpływy "Czerwonowłosych Bogów ze Wschodu", w ogóle nie docierały. Były to tereny zasiedlone przez tolteckich Cziczimeków, którzy to sami podzielili się na szereg mniejszych plemion. Według mitologi Azteków po Potopie powstało siedem plemion, którzy swe początki wzięli od siedmiu cziczimeckich wodzów, siedmiu przyjaciół, którzy wraz z żonami, dziećmi i podległymi im wojownikami ich kobietami i całym dobytkiem, rozeszli się na wszystkie tereny świata. Jeden z wodzów, po trwającej 104 lata wędrówce, miał przybyć ok. 7 480 r. p.n.e. do ziemi zwanej Ce-Tecpatl. Jego potomkowie Aztlowie, wyruszą stamtąd na podbój południa (ok. 1200 r.) a następnie w roku 1325 założą swoje miasto-państwo na jeziorze Texcoco, które następnie przejdzie do historii pod nazwą - Tenochtitlanu. Będzie to sławny lud Azteków, który zdominuje rejon Ameryki Środkowej aż do czasów hiszpańskiego podboju tych ziem, dokonanego przez zbiegłego z Kuby - Hernana Corteza. 


Nim jednak tak się stanie, na terenach Ameryki Południowej, Środkowej i Północnej, powstanie jeszcze wiele dużych ośrodków miejskich, a czerwonoskóre cziczimeckie ludy z północy, będą konsekwentnie "zalewać" Jukatan, doprowadzając do ostatecznego zniknięcia białych atlantyckich kolonistów.



"EUROPA PRZYJECHAŁA"
Po prawie 14 000 lat od zatopienia Atlantydy, 
ruch między "Wschodem" i "Zachodem" 
(Euroazją i Afryką a obiema Amerykami), 
na nowo się rozwinął






 CDN.
  

POD POLSKIM PRZEWODEM ZŁĄCZYM ... KRAJE W MIĘDZYMORZE - Cz. II

"MAZUREK DĄBROWSKIEGO" JUŻ JEST

HYMNEM KILKU SŁOWIAŃSKICH

PAŃSTW W EUROPIE ORAZ ... IZRAELA



"JESZCZE POLSKA NIE ZGINĘŁA, GDY ŻMUDZINI ŻYJĄ
I ŻMUDŹ WALKĘ ROZPOCZYNA, GDY SIĘ W POLSCE BIJĄ
POLACY Z RUSIĄ, ZE ŻMUDZIĄ I LITWĄ
WYWALCZĄ SWOBODY TAKĄ ŚWIĘTĄ BITWĄ"

Tak oto "Mazurek Dąbrowskiego" (ze zmienionymi słowami), był śpiewany na Litwie i Żmudzi podczas Powstania Listopadowego 1830-1831



Po upadku Powstania Listopadowego - "Mazurek Dąbrowskiego", bardzo szybko stał się hymnem poszczególnych państw i narodów. Pierwsi przyjęli go za swój hymn narodowy w 1833 Chorwaci, śpiewając do melodii mazurka słowa: "Još Hrvatska ni propala" ("Jeszcze Chorwacja nie umarła"). Rok później, również Słowacy przyjmują pieśń Mazurka Dąbrowskiego, jako swój hymn narodowy (zmieniając oczywiście jedynie słowa): "Hej, Slováci, ešte naša slovenská reč žije" ("Hej Słowacy, jeszcze nasz słowacki język żyje"). W roku 1845 - "Mazurek" staje się oficjalną pieśnią narodową słowiańskich Serbołużyczan z Saksonii i Prus, śpiewany z praktycznie niezmienionymi polskimi słowami: "Hišće Serbstwo njezhubjene" ("Jeszcze Łużyce nie zginęły"). Rok 1848, to wspomniany już przeze mnie w poprzednim temacie, rok pierwszego Zjazdu Wszechsłowiańskiego w Pradze, na którym to melodia Mazurka Dąbrowskiego, została uznana za pieśń wszystkich Słowian, pod nazwą: "Hej Słowianie". Natomiast w 1863 r. podczas trwania na ziemiach polskich Powstania Styczniowego, Mazurek staje się narodową pieśnią Ukraińców ("Ще не вмерла Україна" - "Jeszcze nie umarła Ukraina").




A w 1878 r. Naftali Herc Imber ze Złoczowa w Galicji, pisze wiersz pt.: "Tikwatenu" ("Nasza nadzieja"), który w 1948 r. z chwilą powstania państwa Izrael, zostaje ogłoszony nieoficjalnym hymnem Izraela (oficjalnym, już pod nazwą "Hatikva" - "Nadzieja", staje się w 2004 r.), w którym również odbijają się słowa: "Jeszcze Polska nie zginęła", gdzie jedynie słowo "Polska", zamienione zostało na "Nadzieja". Natomiast cała pieśń opiera się nie tylko na melodii Mazurka, ale też jej autor napisał ją, również mając w pamięci słowa tego jeszcze wówczas nieoficjalnego polskiego hymnu narodowego.

Oficjalnym bowiem polskim hymnem narodowym stał się Mazurek Dąbrowskiego, dopiero w 1927 r. pokonując tak sławne polskie pieśni patriotyczne jak: "Boże coś Polskę" ("przez tak liczne wieki, otaczał blaskiem potęgi i chwały, coś ją osłaniał tarczą Twej opieki, od nieszczęść które przygnębić ją miały..."), utwór skomponowany przez Alojzego Felińskiego w 1816 r. początkowo na cześć cara i jednocześnie króla polskiego Aleksandra I, ze zmienionymi słowami "Boże, zachowaj króla", choć już w 1817 r. zaczęto śpiewać ją w takiej formie jak obecna, a stała się nią oficjalnie po wybuchu Powstania Listopadowego w 1830 r.


"Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki
Otaczał blaskiem potęgi i chwały,
Coś ją osłaniał tarczą swej opieki
Od nieszczęść, które przygnębić ją miały!

Przed Twe ołtarze zanosim błaganie:
Ojczyznę wolną pobłogosław Panie! x2

Ty, któryś potem tknięty jej upadkiem
Wspierał walczących za najświętszą sprawę,
I chcąc świat cały mieć jej męstwa świadkiem
W nieszczęściach samych pomnażał jej sławę.

Ref.: Przed Twe ołtarze...

Wróć naszej Polsce świetność starożytną,
Użyźniaj pola, spustoszałe łany,
Niech szczęście, pokój na nowo zakwitną.
Przestań nas karć, Boże zagniewany.

Ref.: Przed Twe ołtarze ...

Boże, którego ramię sprawiedliwe
Żelazne berła władców świata kruszy,
Zniwecz Twych wrogów zamiary szkodliwe,
Obudź nadzieje polskiej naszej duszy.

Ref.: Przed Twe ołtarze ...

Boże najświętszy, od którego woli
istnienie świata całego zależy,
wyrwij lud Polski z tyranów niewoli,
wspieraj zamiary wytrwałej młodzieży"





Kolejną pieśnią, z jaką konkurował Mazurek Dąbrowskiego, była "Rota" Marii Konopnickiej. Pieśń, napisana w 1908 r. w akcie sprzeciwu przeciwko germanizacji dzieci i niszczeniu polskości w zaborze pruskim. 


"Nie rzucim ziemi skąd nasz ród!
Nie damy pogrześć mowy.
Polski my naród, polski lud,
Królewski szczep Piastowy.

Nie damy, by nas gnębił wróg!
Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!

Do krwi ostatniej kropli z żył
Bronić będziemy ducha,
Aż się rozpadnie w proch i w pył
Krzyżacka zawierucha.

Twierdzą nam będzie każdy próg!
Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!

Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz
Ni dzieci nam germanił,
Orężny wstanie hufiec nasz,
Duch będzie nam hetmanił.

Pójdziem, gdy zabrzmi złoty róg!
Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!

Nie damy miana Polski zgnieść
Nie pójdziem żywo w trumnę
W Ojczyzny imię, na jej cześć
Podnosi czoła dumne.

Odzyska ziemi dziadów wnuk!
Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!"
 





 Jeszcze inną pieśnią, która stanęła w konkury o miano hymnu narodowego odrodzonego państwa, była "Bogurodzica". Najstarszy zapis tej pieśni, pochodzi z 1407 r., ale ale, jest ona znacznie starsza. Pisząc "znacznie" nie mam na myśli kilkudziesięciu czy nawet kilkuset lat, ta pieśń bowiem pierwotnie była pieśnią ... pogańską i wojowie Polan, Wiślan, Mazowszan, Wołynian, Drewlan i innych słowiańskich ludów, śpiewali ją przed każdą bitwą. Była to bowiem pierwotnie pieśń ku czci słowiańskiej bogini wojny - Marzanny. 


CZY RYCERZE ŚPIEWAJĄCY w BITWIE POD GRUNWALDEM w 1410 r. , (W KTÓREJ TO ZŁAMANO POTĘGĘ NIEMIECKIEGO RYCERSTWA i OSTATECZNIE ROZWIANO MIT NIEZWYCIĘŻONOŚCI POTĘGI ZAKONU KRZYŻACKIEGO) i w INNYCH BITWACH ŚREDNIOWIECZA - PIEŚŃ: "BOGURODZICĘ", KU CZCI MARYI, MATKI JEZUSA CHRYSTUSA, ZDAWALI SOBIE SPRAWĘ ŻE PRZED WIEKAMI ICH PRZODKOWIE, ŚPIEWALI JĄ KU CZCI POGAŃSKIEJ BOGINI WOJNY - MARZANNY?




 




Ostatnią wielką pieśnią (choć najmłodszą), która rywalizowała z Mazurkiem Dąbrowskiego, była pieśń Legionów Piłsudskiego: "My Pierwsza Brygada", o której to Józef Piłsudski powiedział kiedyś: "To najdumniejsza ze wszystkich polskich pieśni".


 "Legiony to żołnierska nuta,
Legiony to straceńców los,
Legiony to żołnierska buta,
Legiony to ofiarny stos.


Ref. : My, Pierwsza Brygada,
Strzelecka gromada,
Na stos rzuciliśmy swój życia los,
Na stos, na stos.


O ileż mąk, ileż cierpienia,
O ileż krwi,wylanych łez.
Pomimo to - nie ma zwątpienia,
Dodawał sił - wędrówki kres.


Ref. : My, Pierwsza Brygada,
Strzelecka gromada,
Na stos rzuciliśmy swój życia los,
Na stos, na stos.


Mówili,żeśmy strumieniami,
Nie wierząc nam, że chcieć to móc.
Laliśmy krew osamotnieni,
A z nami był nasz drogi wódz!


Ref. : My, Pierwsza Brygada,
Strzelecka gromada,
Na stos rzuciliśmy swój życia los,
Na stos, na stos.


Nie chcemy już od was uznania,
Ni waszych mów, ni waszych łez.
Skończyły się dni kołatania
Do waszych serc, do waszych kies.


Dzisiaj już my jednością silni
Tworzymy Polskę — przodków mit,
Że wy w tej pracy nie dość pilni,
Zostanie wam potomnych wstyd!


Ref. : My, Pierwsza Brygada,
Strzelecka gromada,
Na stos rzuciliśmy swój życia los,
Na stos, na stos.


Inaczej się dziś zapatrują
I trafić chcą do naszych dusz,
I mówią, że nas już szanują,
Lecz właśnie czas odwetu już!


Ref. : My, Pierwsza Brygada,
Strzelecka gromada,
Na stos rzuciliśmy swój życia los,
Na stos, na stos.


Dziś nadszedł czas pokwitowania
Za mękę serc i katusz dni.
Nie chciejcie więc politowania,
Zasadą jest: za krew chciej krwi.


Ref. : My, Pierwsza Brygada,
Strzelecka gromada,
Na stos rzuciliśmy swój życia los,
Na stos, na stos.


Umieliśmy w ogień zapału
Młodzieńczych wiar rozniecić skry,
Nieść życie swe dla ideału
I swoją krew i marzeń sny.


Ref. : My, Pierwsza Brygada,
Strzelecka gromada,
Na stos rzuciliśmy swój życia los,
Na stos, na stos.


Potrafim dziś dla potomności
Ostatki swych poświęcić dni,
Wśród fałszów siać siew szlachetności
Miazgą swych ciał, żarem swej krwi.


Ref. : My, Pierwsza Brygada,
Strzelecka gromada,
Na stos rzuciliśmy swój życia los,
Na stos, na stos."





W 1945 r. polski hymn narodowy staje się hymnem narodowym Jugosławii (a po jej rozpadzie, staje się hymnem Serbii) - tutaj w wersji pop:





CDN.