Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 20 czerwca 2016

ALEKSANDER JABŁONOWSKI - CZYLI GŁOS KREMLA W TWOIM DOMU

KIM JEST 

ALEKSANDER JABŁONOWSKI? 

JUŻ RUSKIM SZPIONEM, 

CZY DOPIERO AGENTEM WPŁYWU?


To pytanie jest oczywiście prowokacyjne, gdyż wzajemnie się wyklucza. Nie można bowiem być jednocześnie (przynajmniej mnie wydaje się to niemożliwe), szpiegiem i agentem wpływu danego państwa, działającym w innym państwie. Ale mniejsza z tym, przejdźmy teraz do konkretów. Ostatnimi czasy w polskim internecie (a głównie na YouTube), wielką furorę wśród "dzieciarni" (bo tak należy nazwać młodych ludzi, którzy nie mając jeszcze wyrobionych poglądów, ani też nie mając czasu by dane informacje korygować, "łykają" wszystko tak jak leci, a przede wszystkim tak, jak im się to ładnie "sprzedaje"), robi niejaki Aleksander Jabłonowski. Oczywiście nie jest to prawdziwe imię i nazwisko, lecz pseudonim, jakim posługuje się ten człowiek, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest bowiem to, co ów pan Jabłonowski ma nam do przekazania, a są to bowiem niezwykle cenne informacje (i mówię to zupełnie poważnie), nad którymi nie powinno się przejść do porządku dziennego. Cóż będę sobie strzępił język - posłuchajmy sami:





 Czy nie sądzicie że ten pan mówi całkiem rozsądnie? Ja również tak sądzę, a raczej ... sądziłem, gdy tylko nie odsłuchałem sobie kilku jego kolejnych filmików na temat Stanów Zjednoczonych, gdzie on zdecydowanie opowiada się przeciwko jakimkolwiek relacjom zbrojnym z Amerykanami, a już w szczególności jest przeciwnikiem tego ... jednego batalioniku US Army, który to ma stacjonować we wschodniej Polsce. I w zasadzie sam sprzeciw przeciwko temu (ani też osoba pana Jabłonowskiego), nie byłyby warte mojego oddzielnego tematu, postanowiłem jednak bliżej się przyjrzeć owej coraz bardziej propagowanej nad Wisłą, Wartą i Bugiem niechęci do Ameryki (i to nie tylko samego pana Jabłonowskiego, wystarczy posłuchać sobie co o USA i ich armii mówią przeróżne endecko-narodowe, młodopolskie i temu podobne stowarzyszenia i osoby wyznające ten światopogląd. Zauważyliście że na bardzo wiele tematów mówią oni bardzo rozsądnie, a tylko czasami (tak jakby od niechcenia), wplatają swoją anty-amerykańskość? 

Ja też nie jestem zwolennikiem USA (szczególnie w tej obecnej lewackiej formie marksizmu-lesbianizmu, jak o panującej teraz w Stanach Zjednoczonych formie społeczno-ustrojowej, wypowiada się amerykański historyk, polskiego pochodzenia - Marek Jan Chodakiewicz). Odrzucam, zdecydowanie odrzucam taką Amerykę i mam nadzieję że wcześniej czy później Amerykanie się przebudzą i odrzucą ową gangrenę politycznej poprawności i wszechobecnej promocji dewiacji (homo)seksualnej. Wiem że ogromna większość Amerykanów, to ludzie ciężko pracujący (odrębną kwestią jest też ogromna migracja, czy też zalew USA, przez ludność latynoską z Meksyku i ogromne problemy a tzw.: Afroamerykanami, czyli po prostu murzynami). Bardzo lubię stare, pochodzące jeszcze z lat 30-tych, 40-tych i 50-tych amerykańskie czarno-białe filmy, które jasno pokazywały co jest dobre a co złe, nie promowały nieskrępowanej nagości i wszechobecnego seksu (przyznam się szczerze, że choć jestem jeszcze młodym mężczyzną - staram się nie używać słowa facet, gdyż brzmi ono co najmniej niepoważnie, zresztą ma śmieszne konotacje historyczne - to w ogóle nie podnieca mnie kobieca nagość - zupełnie. To co rozpala moje erotyczne zmysły to ... piękna, długa suknia u kobiety, uwielbiam długie sukienki, są niezwykłe i moja Pani wie o tym dobrze).

Tęsknię do tej starej i prawej, do Ameryki Andrew Jacksona, siódmego prezydenta Stanów Zjednoczonych (w latach 1829-1837), który wsławił się chociażby obroną Nowego Orleanu przed dwukrotnie liczniejszą armią brytyjską w styczniu 1815 r., a w młodości już jako 13-letni chłopak (w 1780 r.), odmówił wyczyszczenia butów brytyjskiemu oficerowi, za co ten ciął go szablą. Tęsknię do Ameryki Teodora Roosevelta (prezydenta w latach 1901-1909), który położył podwaliny pod mocarstwową ekspansję Ameryki, tęsknię do Stanów epoki Thomasa Woodrow Wilsona (prezydenta w latach 1913-1921), ojca założyciela amerykańskiego supermocarstwa, który przyczynił się do zniszczenia postfeudalnego ładu w Europie (pierwszym takim człowiekiem był Cesarz Napoleon Wielki, ale ten poniósł ostatecznie klęskę i zginął w samotności na maleńkiej wyspie, otoczony powszechną wzgardą obrońców dawnego ancient regime'u, a dziś wszelkiego europejskiego lewactwa). Wilson przyczynił się w sposób niewspółmierny do odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. 

Tęsknię do Ameryki Johna Fitzgeralda Kennedy'ego, który nadepnąwszy na odcisk wielu wpływowym amerykańskim koncernom i bankom, chcąc podporządkować je kontroli społeczeństwa, musiał ... pożegnać się z życiem (opowiem o nim więcej w jednym z kolejnych tematów), tęsknię do Ameryki George'a Pattona, człowieka który wiedział czym jest zarówno nazizm jak i komunizm i nie godził się (honor mu na to nie pozwalał), by duża część Europy została "połknięta" przez kolejny Mordor - Związek Sowiecki (do swego przyjaciela gen. Omara Bradley'a miał powiedzieć Patton po maju 1945 r.: "Daj mi trochę czasu i kilka dywizji a odepchnę tych Mongołów z powrotem pod Moskwę, gdzie ich miejsce - daję ci na to moje słowo". Bradley był przerażony tymi słowy). On również za swe poglądy i zdecydowane działanie (na froncie zachodnim podczas II Wojny Światowej nie było lepszej armii od 3 Armii Pattona, która dziennie pokonywała po 70 kilometrów, wychodząc przed szereg własnych oddziałów, do tego stopnia, że Amerykanom kończyły się mapy terenów, a dowództwo musiało wydzielać Pattonowi paliwo do czołgów, by go powstrzymać przed jak najszybszym dostaniem się do Berlina i "zastrzeleniem tego skurwysyna-tapeciarza Hitlera", jak mawiał gen. Patton). Amerykanie byli już wówczas dogadani z Sowietami i było wiadome że to Ruscy zajmą Berlin i połowę Europy - Patton nie potrafił się z tym pogodzić, dlatego właśnie ... musiał zginąć. 


"Czy oni tam w Waszyngtonie nie zdają sobie sprawy, że Rosja przez ponad 100 lat ciemiężyła Polskę, kraje bałtyckie i Finlandię i teraz znowu wraca do tej polityki?"  

 "Polska jest pod kontrolą Rosji, tak samo jak Węgry, Czechosłowacja i Jugosławia, a my sobie spokojnie siedzimy i wydaje nam się, że wszyscy nas kochają."



"NIE  ZAMIERZAM PIĆ ANI Z NIM, 
ANI Z ŻADNYM INNYM ROSYJSKIM SUKINSYNEM"





O tym jakim człowiekiem i wodzem był gen. George Patton, niech zaświadczą ostatnie zdania z jego przemowy do żołnierzy amerykańskich z 5 czerwca 1944 r., na dzień przed inwazją w Normandii:


Nie chcę żadnych meldunków w rodzaju: "Utrzymujemy nasze pozycje". My niczego do cholery nie utrzymujemy, niech robią to Niemcy. Cały czas walmy do przodu. Tylko ciągła pogoń za wrogiem, chwyćmy go za jaja, ściśnijmy mu je tak, że srać będzie z bólu. Nasz podstawowy plan operacyjny, to przeć naprzód i naprzód. Cały czas i bez przerwy. Przejdziemy przez szkopów gładko jak gówno przez gęś.



Od czasu do czasu, pojawiają się narzekania, że za bardzo przykręcamy śrubę naszym ludziom. Ale ja, do cholery nie dbam o to. Wierzę w starą, dobrą zasadę: "Odrobina potu, pozwoli ocalić galom krwi". Im mocniej będziemy naciskali, tym więcej Niemców zabijemy, im więcej ich zabijemy - tym mniej zginie naszych. Tak więc przykręcanie śruby oznacza mniej niepotrzebnych ofiar. Chcę żebyście wszyscy o tym pamiętali.



Po powrocie do domów z tej wojny, będziecie mogli powiedzieć jedną wielką rzecz. Za dwadzieścia lat, usiądziecie przy kominku z wnuczkiem na kolanach, a gdy zapyta: "Co robiłeś podczas wielkiej II wojny światowej?", nie będziesz musiał jąkać się w odpowiedzi i dukać coś w rodzaju: "Uf, no cóż, przerzucałem szuflą łajno w Luizjanie". Nie, panowie - będziecie mogli spojrzeć mu prosto w oczy i powiedzieć: "Posłuchaj synku, twój dziadek służył we wspaniałej 3 Armii, pod dowództwem tego cholernego skurwiela George'a Pattona".


TO WŁAŚNIE DZIĘKI TAKIM LUDZIOM JAK GEORGE PATTON, AMERYKA STAŁA SIĘ WIELKA, PODSUMOWUJĄC DOKONANIA TEGO CZŁOWIEKA NALEŻAŁOBY PRZYTOCZYĆ TUTAJ RÓWNIEŻ JEGO SŁOWA, ODNOŚNIE POLEGŁYCH NA FRONCIE: 

"GŁUPOTĄ I BŁĘDEM JEST

OPŁAKIWANIE POLEGŁYCH.

POWINNIŚMY RACZEJ 

DZIĘKOWAĆ BOGU, 

ŻE TACY LUDZIE 

KIEDYKOLWIEK ŻYLI!"





A W POLSCE? CZEKALIŚMY NA AMERYKANÓW W 1945 r. JAK NA ZMIŁOWANIE BOSKIE I GDYBY TYLKO JEDNA DYWIZJA AMERYKAŃSKA ZJAWIŁA SIĘ NA TYCH ZIEMIACH, Z ZAMIAREM WALKI Z SOWIETAMI, UAKTYWNIŁOBY SIĘ TYSIĄCE tzw.: ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH", WALCZĄCYCH SAMOTNIE AŻ DO 1963 r. Z SOWIECKĄ NIEWOLĄ




"CHCIELI WALCZYĆ DO KOŃCA, NAWET JEŚLI SIĘ NIE UDA - POLSKI JUŻ NIE BYŁO, TYLKO JEJ PODRÓBA"





Tęsknię też do Ameryki Ronalda Reagana, który swą bezkompromisowością dla komunizmu (i programem "Wojen Gwiezdnych"), rozsadził Imperium Zła, jakim bez wątpienia był Związek Sowiecki, a za co podczas swej prezydentury (1981-1989), był niezwykle atakowany przez liberalno-lewicową prasę i media w USA. A to był prawdziwy kowboj, na miarę Johna Wayne'a czy Gary'ego Cooper'a.     
  



 Tęsknię do dawnej Ameryki, a nie do tego polit-poprawnego gówna, które jest tam dzisiaj, dlatego też uważam pana Aleksandra Jabłonowskiego za (być może nieświadomego, a być może płatnego), agenta wpływu rosyjskich służb specjalnych, które poszukują właśnie takich fircyków, którzy powiedzą "dzieciarni" jak jest, przy okazji kierując całą nienawiść przeciwko Ameryce. To jest bardzo na rękę Kremlowi, ale zastanówmy się przez moment. Owszem, Amerykanie zdradzili nas w 1943, 1944 i 1945 r. miłośnik sowietów, prezydent Franklin Delano Roosevelt, po prostu sprzedał Nas Sowietom (Stalin miał się wyrazić jeszcze w 1945 r. że gdyby Roosevelt pożył jeszcze kilka lat, Związek Sowiecki opanowałby całą Europę, takiego to Sowieci mieli agenta na najwyższym szczeblu administracji), to jednak nie Amerykanie zniewalali Polskę, nie oni Nas podbijali, męczyli, wywozili na Sybir, do łagrów czy do niemieckich obozów koncentracyjnych, nie oni wymordowali polską populację Żydów, która żyła na tych ziemiach przez setki lat, widząc w niej schronienie, a dziś wielu z nich kojarzy się właśnie ze śmiercią (kiedyś pewien polski publicysta, w rozmowie ze swym niemieckim kolegą, który bardzo chwalił ów propagandowy, totalnie przekłamany film: "Unsere Mütter, Unsere Väter", mówiąc że pokazuje on prawdę o stosunku Polaków do Żydów podczas II Wojny, odpowiedział: "Gdyby nie było Niemców, którzy napadli na nasz kraj i wymordowali nam Żydów, to dziś społeczność żydowska w Polsce wciąż by istniała i miała się całkiem dobrze", po czym tamten rozgniewany rzucił słuchawkę telefonu.


 
 

O tym niemieckim gniocie jeszcze napiszę w jednym z kolejnych tematów (już rozpoczętych lecz wciąż nie dokończonych), Tymczasem jednak przyglądajmy się panu Jabłonowskiemu (i innym jemu podobnym), a przede wszystkim słuchajmy dokładnie tego, co mówi i analizujmy fakty, nie "łykajmy" kremlowskiej propagandy (a jest ona jedną z najlepszych i najskuteczniejszych na świecie), jak leci - nie bądźmy "dzieciarnią" - myślmy, analizujmy, zadajmy pytania - mózg bowiem to najwspanialszy, a często najmniej używany ludzki mięsień.



POZDRAWIAM


Aha i jeszcze jedno, czy wiecie może kim jest owa ślicznotka ze zdjęcia wykonanego w 1951 r.?





Znamy ją z czasów późniejszych - to piękna Joan Collins, czyli Alexis Carrington ze słynnego w latach 80-tych i 90-tych serialu "Dynastia" 



 

TAKĄ WŁAŚNIE AMERYKĘ KOCHAM!


 

niedziela, 19 czerwca 2016

STARSZA PANI Z KIOSKU - Cz. II

CZYLI RZECZ O 

HALINIE TRENTOWSKIEJ

  




PANI HALINKA POD KOC-em



1 lutego 1919 r. bolszewicy przeprowadzili wielką ofensywę przeciwko Ukraińskiej Republice Ludowej, a już 5 lutego zdobyli Kijów, zmuszając Dyrektoriat (czyli ówczesny rząd URL), pod przewodnictwem Wołodymira Wynnyczenko, do ucieczki właśnie do Winnicy. Tam 11 lutego Wynnyczenko został zastąpiony na stanowisku przewodniczącego, przez Symona Petlurę. W marcu oddziały bolszewickie podeszły pod Winnicę, lecz nie udało im się zdobyć miasta, a wkrótce kontrofensywa ukraińska odrzuciła ich aż pod sam Kijów (lecz Ukraińcy nie zdobyli swej stolicy). Jednak z końcem kwietnia siły bolszewickie przeszły do kolejnego natarcia i z początkiem maja 1919 r. zajęły Winnicę. Teraz zaczynał się drugi, ważniejszy etap pracy wywiadowczej Trentowskich. Lokalny winnicki oddział POW, musiał się jeszcze bardziej zakonspirować, a jednocześnie prowadzić wytężoną pracę obserwacyjną. Tak więc odtąd Halina (i inni członkowie winnickiego POW), obserwowała kto przyjeżdża na dworzec winnicki, jacy sowieccy komisarze odwiedzają miasto (a że nie było to łatwe, świadczy fakt, iż dworzec był wówczas zamykany). W raportach wywiadowczych, przesyłanych do Warszawy, opisywała również gdzie dokonuje się rozstrzeliwań więźniów (i kim oni są), oraz zajmowała się ukrywaniem i przerzucaniem przez miasto ochotników do Wojska Polskiego.

W tym czasie zmienił się komendant winnickiej placówki POW i po Stanisławie Trentowskim, został nim Stanisław Gnatkowski ps. "Bij". Sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna i dalsze funkcjonowanie placówki stanęło pod znakiem zapytania, tym bardziej że Sowieci wpadli na trop Polskiej Organizacji Wojskowej w Winnicy. Na 3 lipca 1919 r. komendant Stanisław Gnatowski, wyznaczył zebranie na którym miał poinformować o wycofaniu się komórki POW z Winnicy. Spotkanie wyznaczono w miasteczku Strzyżawka (odległym od Winnicy o 10 kilometrów), a konkretnie w budynku miejscowej plebanii. Nim jednak do tego doszło 2 lipca w bolszewicką pułapkę wpadł jeden z członków POW - Karwacki. Po brutalnym śledztwie (m.in.: wybito mu wszystkie zęby, kopiąc bezpośrednio w szczękę, oraz połamano wszystkie palce), zdradził miejsce i czas zebrania komendy POW. Drugi - 3 lipca wpadł (jeszcze w Winnicy), Zdzisław Brodnicki, 18-letni ochotnik, blisko współpracujący z Trentowskimi. Oto jego relacja: "Rozkazy miałem ukryte pod paskiem, za cholewą buta i mimo iż kazano mi zdjąć buty, udało mi się je szczęśliwie ukryć, tak iż znaleźli przy mnie tylko prywatny list".

Jeden z komisarzy bolszewickich - Maksimowicz, przebrał się w jego ubranie i poszedł na owo zebranie Polskiej Organizacji Wojskowej. Tam, w Strzyżawce wpadli wszyscy uczestnicy zebrania (szczęśliwie było ich tylko czterech) - Stanisław Gnatowski, Stanisław Trentowski i dwaj inni. Zabrano ich natychmiast do miejskiego więzienia CzeKa ("Nadzwyczajnej Komisji do Walki z Kontrrewolucją") i poddano przesłuchaniu. Trwało ono przez tydzień i było niezwykle brutalne. Mimo to żaden z czterech uwięzionych mężczyzn nie zdradził żadnych tajemnic organizacji. Ponieważ nic nie udało się z nich wycisnąć (pomimo bicia, tak brutalnego, że ich twarze, gdy szli na stracenie nie przypominały już ludzkich), zostali natychmiast skazani na śmierć. 10 lipca wyrok został wykonany. Skazańcy szli jeden za drugim, straszliwie poobijani, zmęczeni i brudni. Ręce dodatkowo skrępowano im drutem kolczastym. Prowadzeni tak na śmierć (przez rozstrzelanie), w pewnym momencie Gnatowski zaczął śpiewać: "Jeszcze Polska nie zginęła", a potem cała reszta "Boże coś Polskę". A potem rozległy się strzały.


"Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki
Otaczał blaskiem potęgi i chwały,
Coś ją osłaniał tarczą swej opieki
Od nieszczęść, które przygnębić ją miały!

Przed Twe ołtarze zanosim błaganie:
Ojczyznę wolną pobłogosław Panie! x2

Ty, któryś potem tknięty jej upadkiem
Wspierał walczących za najświętszą sprawę,
I chcąc świat cały mieć jej męstwa świadkiem
W nieszczęściach samych pomnażał jej sławę.

Ref.: Przed Twe ołtarze ...

Wróć naszej Polsce świetność starożytną,
Użyźniaj pola, spustoszałe łany,
Niech szczęście, pokój na nowo zakwitną.
Przestań nas karć, Boże zagniewany.

Ref.: Przed Twe ołtarze ...

Powstała z grobu na Twe władne słowo,
Polska wolności, narodów chorąży,
Pierzchnęły straże, a to nad Jej głową,
Znowu swobodnie Orzeł Biały krąży

Ref.: Przed twe ołtarze ...





Teraz Halina Trentowska została wdową. Był to najgorszy moment w jej życiu, a dodatkowo w lipcu 1919 r. również została aresztowana przez CzeKa. Zdając sobie sprawę co ją czeka, od początku zaczęła udawać chorą na gruźlicę. Przegryzała wargi w taki sposób, by było widać krew w jej ustach. To była wówczas jedyna szansa ocalenia. I udało się, przesłuchujący ją czekista, widząc krew w jej ustach i słysząc od niej że jest chora na gruźlicę, w obawie że umrze, nim wyjawi im całą konspiracyjną siatkę POW w Winnicy, natychmiast rozkazał zabrać ją do szpitala więziennego. Tam kobieta, wciąż symulując i wymyślając choroby, przetrwała do 12 sierpnia, gdy Winnicę ponownie odbiły wojska ukraińskie. Wówczas (w owym zamieszaniu), uciekła ze szpitala. Lecz jedynie cudem udało jej się przeżyć, gdyż wycofujący się bolszewicy, przed opuszczeniem miasta zdążyli jeszcze rozstrzelać zamkniętych w celach miejscowego więzienia - 40 więźniów, nie zdążyli już jednak wymordować tych, którzy leżeli w szpitalu więziennym. A tymczasem Ukraińcy rozpoczęli zakrojoną na szeroką skalę ofensywę, która miała na celu ponowne opanowanie Kijowa (to wszystko również znalazło się w tajnym raporcie "Leliwy").

I tak w ciągu kilku następnych dni Ukraińcy opanowali Chmelnyk, Janiw, Kałyniwkę, Starokonstantynów, a 19 sierpnia wkroczyli do pierwszego (po Winnicy), dużego miasta na drodze ich ofensywy - Berdyczowa. Dwa dni później zdobyli Żytomierz, ostatnie duże miasto na drodze do Kijowa. Do stolicy wreszcie wkroczyli dnia 31 sierpnia 1919 r. (po prawie siedmiu miesiącach sowieckiej w nim obecności). Bardzo krótko cieszyli się jednak swą obecnością w Kijowie, gdyż już 1 września pod Kijów podeszła rosyjska "biała" armia Antona Denikina. Wśród dowódców ukraińskich wybuchł spór, jedni chcieli walczyć z Rosjanami, inni jak najszybciej wycofać się z miasta, oddając je w rosyjskie ręce. Zwyciężyli ci drudzy i Ukraińcy (w pośpiechu), opuścili dopiero co opanowany Kijów, a 2 września do miasta wkroczyli Rosjanie. Denikin ulokował się w Pałacu Maryńskim (siedzibie dawnego generał-gubernatorstwa kijowskiego), nad którym załopotała ogromna chorągiew z czarnym dwugłowym orłem, obok niej druga biało-błękitno-czerwona. Żołnierze zaś wzięli udział w mszy w Soborze Mądrości Bożej, gdzie odśpiewano pieśń: "Boze cara hrani" ("Boże zachowaj cara").




A tymczasem Halina Trentowska przekroczyła front polsko-ukraiński i dotarła do Warszawy z nowymi raportami wywiadowczymi. Jej raporty i opinia wśród dowództwa były na tyle dobre, że gdy w październiku 1919 r. podporucznik Kossakowski, zaproponował dowództwu utworzenie w Warszawie ekspozytury KOC (czyli rejonu Podola), przemianowaną teraz na KN-III, to pierwszą osobą, którą wymienił jako szefa tej ekspozytury, była właśnie Halina Trentowska. Miała ona odtąd kierować sztabem kilku oficerów i żołnierzy, których zadaniem było dokonywanie oceny raportów, przychodzących z Winnicy i okolicznych miasteczek. Nie było lepszej i bardziej obeznanej w terenie i lokalnym środowisku osoby, niż właśnie "Leliwa". Lecz jej praca na stanowisku dowódczym w Warszawie trwała bardzo krótko (niecałe dwa miesiące), już bowiem w grudniu 1919 r. poprosiła o skierowanie na placówkę do Winnicy, by móc osobiście wysyłać tamtejsze raporty. Początkowo dowództwo nie chciało się na to zgodzić (została już zdekonspirowana, więc kolejne jej pojawienie się w tym mieście, mogło być dla niej śmiertelnie niebezpieczne), lecz jednocześnie uznano, iż jej raporty zawsze były najlepsze i najbardziej szczegółowe - postanowiono więc zaryzykować. Tak też jeszcze w grudniu 1919 r. Halina Trentowska (w wieku 26 lat), objęła funkcję komendanta winnickiej placówki wywiadowczej.

Podlegało jej siedem okolicznych placówek, od których osobiście odbierała raporty, a potem również osobiście (niejednokrotnie pod ostrzałem), przekraczała linię frontu, by zawieść je do Warszawy. Ta jej niezwykle wytężona praca, trwała kolejne pół roku. W tym czasie Ukraińcy przystąpili do szerokiej akcji, mającej na celu rozpracowanie placówki POW w Winnicy. Aresztowano kilka osób, a dodatkowo w ręce Ukraińców wpadło archiwum POW, z czasów gdy jego komendantem był Stanisław Gnatkowski. Halina jednak uniknęła aresztowania. Zresztą wkrótce te sprawy zeszły na plan dalszy, gdyż rozpoczęła się kolejna sowiecka inwazja. Co prawda Denikin w połowie stycznia 1920 r. rozpoczął zakrojoną na wielką skalę ofensywę, której celem było unicestwienie całej Armii Czerwonej walczącej na Froncie Południowym (Ukraina, rejon Donu, Kaukaz). W bitwie pod Woroneżem, ogromne siły bolszewickie zostały okrążone i prawie całkowicie rozbite. W zdobytym mieście, Denikin wydał odezwę: "Żołnierze idziemy na Moskwę - Boże chroń cara", a jego słowom towarzyszyło gromkie żołnierskie: "Urrraaa"




 
CDN.

sobota, 18 czerwca 2016

MY - PIŁSUDCZYCY! - Cz. I

JACY BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY!



"PRZYJDZIE JESZCZE TWÓJ CZAS"

SŁOWA FERDYNANDA GOETELA, KTÓRY PODCZAS EKSHUMACJI CIAŁ ZAMORDOWANYCH POLSKICH OFICERÓW W KATYNIU W 1943 r., (DO KTÓREGO NIEMCY MASOWO ZWOZILI POLAKÓW, ABY POKAZAĆ IM BESTIALSTWO SOWIETÓW, ORAZ OCZYWIŚCIE WYKORZYSTAĆ TO PROPAGANDOWO), ODNALAZŁ W ZIEMI ORDER VIRTUTI MILITARI - "BŁĘKITNO-CZARNA WSTĄŻECZKA POWIEDZIAŁA NAM WIĘCEJ O TYM CZŁOWIEKU, NIŻ MOGŁA POWIEDZIEĆ JEGO POSTAĆ I TWARZ. KTOŚ ZA MNĄ ODEZWAŁ SIĘ: "NA STOS, NA STOS, RZUCILIŚMY NASZ ŻYCIA LOS". PO POWROCIE DO WARSZAWY DŁUGO PATRZYŁEM NA PODOBIZNĘ MARSZAŁKA I POWTARZAŁEM SOBIE ... "






W tym temacie postanowiłem wyjaśnić genezę, historię, tradycję i współczesność "ruchu piłsudczykowskiego", opowiedzieć o nim całą prawdę, takim jaki był i jaki jest obecnie. Nie piszę tego jednak tylko jako ciekawostki historycznej. Temat ten, ma stać się informacją o tym, co jest i co być powinno celem politycznym piłsudczyków w przyszłości.


WSTĘP


Nie było chyba w historii Polski ugrupowania równie sponiewieranego i oczernionego jak "piłsudczycy". Duże zasługi w ich znieważaniu i opluwaniu mogli sobie przypisać komuniści, szczególnie w okresie PRL-u, gdy za wszystko co złe obarczano tzw.: "Sanację". PPR-owcy ideowi, polityczni (i niekiedy rodzinni), potomkowie zaprzańców z Komunistycznej Partii Polski, mieli w tym dziele pokaźne zasługi. Ale, przecież to nie komuniści rozpoczęli prawdziwą walkę z "polityczną ideą Marszałka Piłsudskiego", oraz ludźmi, którzy tej idei pozostali wierni "aż do ofiary życia swego". Prawdziwym wrogiem ugrupowania piłsudczykowskiego, byli narodowcy - endecy. których małe, ciasne i ograniczone rozumki, nie mogły przyjąć do wiadomości i zaakceptować podstawowego faktu - Polska nie przetrwa jako słabe, narodowe państwo, jako państwo typu piastowskiego.

Taki twór, będzie siłą rzeczy (przez tzw.: samoistny pęd historii), podatny na wpływy większych i potężniejszych sąsiadów - Niemców i Rosjan. Będzie musiał się któremuś z tych dwóch państw podporządkować, czyli innymi słowy "płynąć w głównym nurcie", niemieckiej, bądź rosyjskiej polityki zagranicznej. Jedynym ratunkiem i jedyną możliwością na zapobieżenie takiemu scenariuszowi (który wcześniej czy później wymusiłby na Polsce uczestnictwo w wojnie, po stronie jednego z tych dwóch państw - przy czym działania wojenne toczono by oczywiście na ziemiach polskich), jest idea MIĘDZYMORZA. Trzeba też pamiętać, że wybierając model endecki - małego, plemiennego państewka narodowego, jesteśmy u samego początku przedmiotem, a nie podmiotem polityki (i mówię tu tylko o polityce w naszym regionie, a nie w skali europejskiej). Wystarczy bowiem, że nie będziemy spełniali wszystkich poleceń naszego "sojusznika", by ten, w miłym tonie i "po przyjacielsku", dał nam do zrozumienia że "oni przecież w każdej chwili mogą się dogadać z drugą stroną - "Pamiętacie rozbiory? Nie! To sobie przypomnicie".

Ale ani komuniści, ani Narodowi-Demokraci, nie wyrządzili ruchowi piłsudczykowskiemu takiej szkody, jaka spadła na nich ze strony społeczeństwa polskiego. Klęska wrześniowo-październikowa 1939 r. była szokiem dla Polaków, którzy wcześniej słyszeli w miarę zgodny komunikat: "Silni, Zwarci, Gotowi", oraz "Nie oddamy nawet guzika od munduru"

To co stało we wrześniu 1939 r. było totalnym zaprzeczeniem tych słów, mało tego żeby chociaż przegrać, a tu całkowicie zniszczono całe państwo, budowane przez dwadzieścia wcześniejszych lat, kosztem ogromnych wyrzeczeń polskiego społeczeństwa. Ale trzeba pamiętać że Wrzesień 39, był katastrofą także dla całej piłsudczykowskiej formacji, to była katastrofa w sensie psychologicznym i moralnym, ci ludzie po pierwszym szoku zdali sobie sprawę, że popełnione zostały błędy i ich poszukiwali. Na tajnych całonocnych rozmowach, w gronie dawnych legionowych przyjaciół, pytano: "Jak to się stało, jak do tego doszło, jakie błędy popełniono?". Propozycje były różne - konsensusu nie osiągnięto. Klęska wrześniowa stała się jednak dla tego ruchu prawdziwym "końcem świata" (i chodzi mi tutaj głównie o świat pewnych wartości), ich głos w społeczeństwie był coraz słabiej słyszalny. "Pierwsza Brygada", zniknęła z kanonu konspiracyjnych warszawskich pieśni - zastąpiła ją "Warszawianka". Zawołanie: "Na stos rzuciliśmy nasz życia los", stanie się w latach okupacji, niczym obelga rzucona Polakom w twarz.

Niewątpliwie smutny to był czas. Wejście Niemców do Warszawy i klęska Polski (podkreślam w wojnie z dwoma napastnikami jednocześnie), była prawdziwym kresem tej formacji. Ideały piłsudczykowskie zostały wyśmiane, najpierw przez żądnych odwetu przeciwników tzw.: "Sanacji", którzy robili co mogli by zdążających do Anglii byłych piłsudczykowskich oficerów upokorzyć (wielu zamykano w obozach internowania na Wyspie Wężów i w innych obozach, jako tzw.: "element niepewny moralnie i politycznie"). Na rozkaz gen. Władysława Sikorskiego utworzono najpierw ośrodek odosobnienia we Francji w miasteczku Cerizay, gdzie kierowano od razu podejrzanych o piłsudczykowskie sympatie, oficerów i żołnierzy, którzy wydostali się z okupowanej Polski i chcieli dalej walczyć o niepodległość w Armii Polskiej we Francji. Pensjonariusze, tego "ośrodka", przezwali obóz w Cerizay - obozem "Serezy" (co miało być nawiązaniem do obozu internowania w Berezie Kartuskiej z lat 1934-1939).

Po klęsce Francji i ewakuacji polskiego rządu do Anglii w czerwcu/lipcu 1940 r. najpierw zebrano ów: "moralnie niepewny element", na stadionie Glasgow Rangers, potem przewieziono do Douglas oraz Broughton. Część wywieziono zaś na szkocką wyspę Bute, zwaną "Wyspą Węży" i tam trzymano pod strażą, niczym jeńców czy zbrodniarzy. I właśnie takie myśli zaczęły krążyć wśród szkockiej ludności, która zastanawiała się kim są osadzeni na "Wyspie Wężów" w miasteczku Rothesay, polscy oficerowie. Osadzony w tym obozie Władysław Dec, wspominał po latach w swej książce "Narvik i Falaise", pewnego miejscowego Szkota, który zapytał go: "Czy wy jesteście podejrzani? Mój ojciec mówił, że w Rothesay osadzeni są Polacy, którzy w Polsce ... współpracowali z Niemcami". Osadzony także tam Henryk Halicki skarżył się: "Niemcy postąpili ze mną szlachetniej niż tutaj rodacy, bo pozwolili zatrzymać broń ręczną, traktując mnie jak rycerza, natomiast tu postąpiono ze mną jak z paskarzem lub bandytą".




Za całą tą polityką, usuwania z wojska, upokarzania i osadzania w obozach internowania, żołnierzy i oficerów (głównie oficerów), o sympatiach piłsudczykowskich, stał osobisty przyjaciel Sikorskiego, minister w jego rządzie, a prywatnie historyk i działacz ludowy - Stanisław Kot, który bardzo przykładał się do jak twierdził: "Oczyszczania wojska z sanacyjnych figur". Żołnierze, którzy mogliby walczyć na froncie z wrogiem, byli przetrzymywani w obozie za drutami kolczastymi i pod strażą, niczym przestępcy wojenni, lub bandyci. Zdarzały się też przypadki fizycznego znęcania się nad osadzonymi: bicie, wykręcanie rąk, wiązanie i kneblowanie. A do tego dochodziło wszechobecne pijaństwo i coraz większe zniechęcenie. Uczucie beznadziei nie było obecne tylko wśród żołnierzy osadzonych w Rothesay, ale także, a może przede wszystkim widoczne było w kraju.

Pusty był Belweder, skąd wyjechała z córkami (Wandą i Jadwigą), pani marszałkowa Aleksandra Piłsudska. Pusta była ulica Klonowa, przy której stał dom marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego, w koszarach szwoleżerów stanęło wojsko niemieckie, to samo "Kawiarnia Europejska", gdzie dotąd siadali polscy oficerowie, którzy często przechwalali się w otoczeniu płci pięknej swymi bojowymi zasługami, ale jednocześnie słynęli z niezwykłej estymy jaką darzyli płeć piękną, oraz posuniętą do granic "szarmanckością" (żaden z oficerów Wojska Polskiego, nawet nie pomyślał, by całując dłoń kobiety, podnieść ją do ust. Należało się samemu pochylić i skłonić lekko dotykając ustami niewieściej dłoni). Teraz w tym samym miejscu serwowano kawę "nur fur Deutsche". Wszystko się zmieniło, dawna Warszawa przestała istnieć, zaczynała się szara okupacyjna rzeczywistość.

Ale nawet w tych dniach, ogólnego zniechęcenia i ciągłych oskarżeń o upadek państwa, wytaczanych często przez ludzi, którzy wcześniej nie kiwnęli palcem w obronie Rzeczypospolitej, znaleźli się dawni legioniści, którzy postanowili działać. Przykładem niech będzie tutaj osoba kapitana Zygmunta Hempela. Ten człowiek (żołnierz I Brygady Legionów Polskich i Polskiej Organizacji Wojskowej, Uczestnik wojny 1920, we Wrześniu 1939 r. został czterokrotnie ranny w obronie Warszawy), przed wojną nie należał do salonowych wyjadaczy. Rzadko się pokazywał na balach i imprezach i miał raczej opinię człowieka spokojnego, a nawet nieśmiałego. W towarzystwie rzadko zabierał głos, raczej siedział i uśmiechał się do każdego, nie chcąc nikogo urazić. Był przy tym niezwykle miły - nie miał wrogów, gdyż każdemu chciał pomagać i pocieszać. Był jednak traktowany wśród przyjaciół, jako taki trochę "dziwoląg".

Wojna, a raczej klęska wrześniowa zmieniła go diametralnie. Stał się pewnym siebie, zdecydowanym człowiekiem, który postanowił skupić wokół swej osoby "rozbitków" z formacji piłsudczykowskiej. Skontaktował się najpierw ze swym przyjacielem Henrykiem Duninem-Borkowskim (dla mnie postać wręcz posągowa, polski przedwojenny dyplomata, arystokrata, który posiadając ponoć jakichś hiszpańskich przodków, miał możliwość wyrobienia sobie paszportu i wyjazdu z okupowanego kraju do Hiszpanii - ponoć taka propozycja padła ze strony władz hiszpańskich, jednak Henryk Dunin-Borkowski ... odmówił wyjazdu, następnie założył i prowadził jako redaktor naczelny piłsudczykowskie pismo: "Myśl Państwowa". We wrześniu 1942 r. został aresztowany przez gestapo i osadzony na Pawiaku. Potem trafił do obozu koncentracyjnego we Flosenburgu, gdzie zginał zamęczony 27 marca 1943 r.).

Następnie Hempel wraz z Duninem-Borkowskim, nawiązali kontakt z Kazimierzem Stamirowskim (przed wojną dyrektorem Banku Konwersyjnego), potem dochodzili inni. Zygmunt Hempel skontaktował się także z Celestyną Orlikowską, siostrą podporucznika Stanisława Orlikowskiego, który poległ 12 września 1939 r. w czasie walk o Okęcie w Warszawie (jednocześnie uratował Hempelowi życie, biorąc na siebie całą serię pocisków - Hempel stracił wówczas tylko oko). Orlikowski był peowiakiem, uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej 1919-1920, oraz trzeciego powstania śląskiego - maj-lipiec 1921). To właśnie w mieszkaniu Celestyny Orlikowskiej zorganizowano konspiracyjną drukarnię "Myśli Państwowej".


PUŁKOWNIK MARIAN STEIFER
 


O nim i o innych piłsudczykach (jak choćby o niesamowitym Marianie Steiferze, oficerem, który w 1920 r. "ocalił Lwów" przed bolszewikami i taki właśnie tytuł: "Obrońcy Lwowa", został mu nieoficjalnie nadany przez wdzięczną ludność tego miasta, potem w maju 1926 r. uratował życie generałowi Sosnkowskiemu, który próbował popełnić samobójstwo, wcześniej wysyłając wojsko przeciwko Marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu, poza tym wybitny szachista, uczestnik międzynarodowych zawodów szachowych, w 1935 r. zwyciężył pojedynek szachowy ze sławnym mistrzem, szachowym geniuszem" - Raulem Capoblancą), opowiem w kolejnych częściach tej serii.


"Synkowie moi, poszedłem w bój,

jako wasz dziadek, a ojciec mój,

jak ojca ojciec i ojca dziad,

co z Legionami przemierzył świat,

szukając drogi przez krew i blizny

do naszej wolnej Ojczyzny!"

JERZY ŻUŁAWSKI






CDN.

STARSZA PANI Z KIOSKU - Cz. I

CZYLI RZECZ O 

HALINIE TRENTOWSKIEJ



"DZIEŃ DOBRY PANI HALINKO, DA MI PANI PACZKĘ "SPORTÓW" I JAKĄŚ GAZETĘ DO CZYTANIA ... MOŻE BYĆ NAWET "TRYBUNA LUDU"


Ile razy w latach 50-tych starsza pani, siedząca w okienku kiosku, mieszczącym się w budynku Polskiego Radia w Warszawie - słyszała dziennie takie teksty? Na pewno niezliczoną ilość razy, ale ci, którzy kupowali u niej papierosy czy prasę, nie mieli zielonego pojęcia do kogo mówią. Ta starsza, ponad 60-letnia kobieta, była mianowicie ... majorem Wojska Polskiego i jednocześnie niezwykłą agentką polskich służb wywiadowczych. Była jednym najlepszych polskich agentów z czasów wojny polsko-bolszewickiej. Wielokrotnie wymykała się z zastawianych na nią pułapek, a przez cały ten czas ciążył na niej (wydany jeszcze w 1919 r.), sowiecki wyrok śmierci. Ani Sowieci, ani Niemcy, ani nasi PRL-owscy lokaje, nigdy nie wpadli na jej ślad, przeżyła (pod zmienionym nazwiskiem), 75 lat życia, cały czas mieszkając w Warszawie, tuż pod bokiem Urzędu Bezpieczeństwa. Zmarła w 1968 r. Miała na imię ...


HALINA TRENTOWSKA (potem KOWALEWSKA)


O jej zasługach niech zaświadczy fakt, że "za zasługi w wojnie z bolszewikami" odrodzona Rzeczpospolita (oficjalnym dokumentem rządowym), w 1922 r. na osobisty wniosek Marszałka Józefa Piłsudskiego - podarowała jej 37 hektarowy majątek ziemski w Owziczach (niedaleko Drohiczyna), na Kresach Rzeczypospolitej (dokładnie na Polesiu). Ów majątek ziemski otrzymała, za swe zasługi zupełnie za darmo, w prezencie od państwa polskiego (lecz na wniosek Marszałka, bo gdyby nie On zapewne o pani Halince, polscy politykierzy w ogóle by nie pamiętali).


SZCZĘŚLIWE LATA 30-te.  
PANI MAJOR HALINA TRENTOWSKA NA WAKACYJNYM WYPOCZYNKU W GDYNI
 




A jakie były te jej dokonania? 
Teraz właśnie zamierzam o nich opowiedzieć. 



Przyszła bohaterka urodziła się na Podolu w 1893 r. jako Halina Rohozińska w miejscowości Winnica. W wieku 19 lat, wyszła za mąż za swojego kolegę z czasów szkolnych - Stanisława Trentowskiego. Czas I Wojny Światowej nie wpłynął zbytnio na ich życie, nadal mieszkali w swej rodzinnej miejscowości - Winnicy, dopiero klęska Państw Centralnych i rewolucja w Rosji, spowodowały duże zmiany w domu Trentowskich.


 PANI HALINKA POD KOC-em


W październiku 1918 r. Polska Organizacja Wojskowa otworzyła swą pierwszą (tajną) placówkę w Winnicy (podległą bezpośrednio Komendzie Naczelnej nr. 3 POW w Kijowie, którą prowadził  pułkownik Leopold Kula-Lis, najmłodszy "Ojciec Polskiej Niepodległości", jeden z najzdolniejszych oficerów legionowych. Podpułkownikiem został już w wieku ... 22 lat. Od sierpnia 1914 r. w Pierwszej Kadrowej, potem w Legionach, walczył w krwawych bojach pod Krzywopłotami (9 XI 1914), Łowczówkiem (22-26 XII 1914), Ożarowem, Jastkowem (31 VII- 2 VIII 1915) i Kostiuchnówką (4-7 VI i 4-6 VII 1916 gdzie poprowadził jeden z najodważniejszych w tej bitwie szturmów na rosyjskie okopy zdobywając wszystkie rosyjskie działa i to w sytuacji gdy wspomagający Polaków Austriacy po prostu ... uciekli). walczył jednocześnie na froncie włoskim, prowadząc jednoczesną agitację za Polską Organizacją Wojskową. Od listopada 1918 r. Lis-Kula walczył w Galicji Wschodniej z Ukraińcami o Lwów. Poległ 7 marca 1919 r. w bitwie pod Torczynem. Miał wówczas 22 lata (urodzony 11 listopada 1896 r. Swoją drogą Amerykanie zrobili kiedyś film pod tytułem: "Urodzony 4 lipca", sądzę że w Polsce powinien powstać film (lub serial) o pułkowniku Leopoldzie Kula-Lisie, zatytułowany: "Urodzony 11 listopada"). Józef Piłsudski złożył wieniec nad Jego grobem, na wieńcu było napisane: "Memu dzielnemu chłopcu".






Gdy ruszył na wojenkę,
Miał siedemnaście lat,
A serce gorejące,
A lica miał jak kwiat.

Chłopięcą jeszcze duszę
I wątłe ramię miał,
Gdy w krwawej zawierusze
Szedł szukać mąk i chwał.

Lecz śmiał się śmierci w oczy,
A z trudów wszystkich kpił,
Parł naprzód, jak huragan,
I bił i bił i bił.

A chłopcy z nim na boje
Szli z pieśnią, jak na bal,
Bo z dzielnym Komendantem
I na śmierć - iść nie żal.

Nie trwożył się moskiewskich
Bagnetów, lanc, ni dział,
Docierał zawsze z wiarą
Tam, dokąd dotrzeć chciał.

Gdy szedł zaś w bój ostatni,
Miał lat dwadzieścia dwa
A sławę bohatera,
A moc i dumę lwa.

Świsnęła mała kula
I grób wyryła mu,
Bohaterowi łoże,
Posłanie wieczne lwu.

Rycerski pędził żywot,
Rycerski znalazł zgon;
Armaty mu dzwoniły,
A nie żałobny dzwon.

Chorągwie się skłoniły
Nad grobem, na czci znak,
A stara brać żołnierska,
Jak dzieci, łkała tak.

Sam nawet Wódz Naczelny
Łzy w dobrych oczach miał,
Ukochanemu chłopcu
Na trumnę order dał.

A wiecie wy żołnierze,
Kto miał tak piękny zgon,
Kto tak Ojczyźnie służył
Czy wiecie, kto był On?

 Otwórzcie złotą księgę,
Gdzie bohaterów spis,

Na czele w niej widnieje:
Pułkownik Kula-Lis





Winnicka placówka POW, otrzymała kryptonim - KOC, a zarówno Stanisław (który przyjął pseudonim "Feretti"), jak i Halina (która wybrała sobie pseudonim "Leliwa"), bardzo szybko przystąpili do jej rozbudowy. Jeszcze w tym samym 1918 r. Stanisław został komendantem POW w Winnicy, a jego żona - przejdzie do historii jako ... najlepsza polska agentka wojny polsko-bolszewickiej. Pierwszym zadaniem jakie otrzymała winnicka placówka POW (a bezpośrednio małżeństwo Trentowskich), było rozpracowanie sił zbrojnych Ukraińskiej Republiki Ludowej, stacjonujących w Żymerce i Kamieńcu Podolskim. "Leliwa" udała się więc z pierwszą swą misją wywiadowczą. Spisała się lepiej niż dobrze, jej raport był na tyle szczegółowy, że wprost niewiarygodny. Podała dokładną ilość stacjonujących w tych miastach żołnierzy ukraińskich (razem 20 tys.), oraz dokładnie opisała panujące wśród wojsk morale, które określiła jako "będące w stanie rozkładu". Opisała że nie ma wśród żołnierzy ukraińskich najmniejszej chęci do walki, że wojsko jest słabe, źle uzbrojone i źle dowodzone.  Pisała również że część oficerów i żołnierzy sprzyja Sowietom, za co zostali rozstrzelani. Ogólny stan tych wojsk określiła jako "beznadziejny" - "Nie ma wśród nich chęci do walki, ani z bolszewikami, ani z armią Denikina i przy najbliższej ofensywie jednych lub drugich - poddadzą się".

Już ten, tak szczegółowy i dokładny raport wywiadowczy, wzbudził początkowo pewną nieufność wśród polskich dowódców, gdyż zadawano sobie pytanie skąd Halina Trentowska, drobna kobietka, zdobyła tak dokładne dane o lokalizacji, liczebności, uzbrojeniu i morale wojsk ukraińskich. Początkowo obawiano się że wprowadza ich w błąd, jednak, już z początkiem nowego 1919 r. jej raport okazał się w stu procentach prawdziwy, a ona nie tylko potwierdziła swe zaufanie, lecz uznano ją (już wówczas), za najlepszego polskiego agenta na Podolu i w Galicji Wschodniej. Kolejne miesiące 1919 r. jeszcze umocniły to przekonanie.


CDN.

czwartek, 16 czerwca 2016

NIEWOLNICE - Cz.VII

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI 

NIEWOLNICAMI



HISTORIA PIERWSZA

LAUREN

AMERYKAŃSKA NIEWOLNICA SZEJKA BRUNEI

Cz. VII





Umówiliśmy się z Anthonym, że próbę odbędziemy następnego dnia o czwartej po południu. Tej nocy leżałam z otwartymi oczami, a koło mnie w najlepsze spała Destiny. W ogóle nie cierpiała na bezsenność, zakładała na oczy opaskę w gepardzie cętki i zasypiała w trzy sekundy po położeniu się do łóżka. Zazdrościłam jej. Jak do następnego wieczoru zdołam się nauczyć piosenki w nieznanym języku? Powinnam wybrać jakiś erotyczny kawałek retro jak Serena. Opuściła mnie początkowa pewność siebie i leżałam teraz bezsennie ze ściśniętym żołądkiem. Nastawiłam budzik na wczesną godzinę, zeszłam na dół i przed ściszonymi głośnikami raz po raz odsłuchiwałam piosenkę, potykałam się o obce słowa, a tymczasem moje współlokatorki smacznie spały na górze. Byłam tym zajęta praktycznie przez cały dzień, póki nie udałam się na spotkanie z Anthonym. Weszłam do pustego pałacu głównym wejściem. Światło dzienne wlewało się przez wysokie okna i gasło w wodzie fontanny. Sztuczne kwiaty, które w nocnym oświetleniu wyglądały jak prawdziwe, demaskowały się łączeniami i plastikową rosą na płatkach.  

Zobaczyłam salę balową z żyrandolem wielkości małego auta. Ktoś z obsługi woskował maszyną podłogę. Wyłożone dywanami korytarze doprowadziły mnie do sali imprezowej. Lśniła czystością i była pusta, czekała, by znów się zapełnić kobietami. Przy akompaniamencie Antony'ego śpiewałam do mikrofonu, uśmiechając się do fotela, na którym miał usiąść Robin. Spłaszczałam melodię i wciąż plątałam słowa, widziałam powątpiewającą minę keyboardzisty. 
- Czy znasz jakąś inną piosenkę?
- Dam sobie radę z tą. 
Zaśpiewałam jeszcze raz i znowu źle. 
- No dobrze, może nie potrafię. 
- Za późno. - Anthony spojrzał na zegarek. - Pójdzie ci świetnie. Musisz czymś nadrobić, gdy zapomnisz słów.
- Super. Spodobam mu się. 

Na początku przyjęcia do naszego stołu dosiadła się kobieta, której tu jeszcze nie widziałam. Miała na imię Leanne. Aktorka oper mydlanych, obywatelka Hongkongu, pół Angielka, pół Chinka, kobieta wamp. Przymglone oczy, długie falujące włosy, akcent brytyjski dodany do ochrypłego głosu palacza - wyobraźcie sobie aliaż Janis Joplin i księżnej Di. Ubrana w prostą w kroju, długą do ziemi suknię od Armaniego. W Brunei była nie po raz pierwszy. Owiana tajemnicą brunejskiej przeszłości jak Serena, w odróżnieniu od niej otwarcie mówiła o swojej miłości do księcia Jefriego. Aż tyle się od niej dowiedziałam niemal w pięć sekund od poznania jej. Leniwie rozparta na fotelu, z dłońmi na oparciach, czekała wytworna i uległa.

- Zrezygnowałam z roli filmowej, żeby tu przyjechać, ale on o tym nie wie. Nie znoszę oddalenia. Gdy wyjeżdżałam stąd ostatnio, przysięgałam sobie, że nie wrócę, niestety zbyt cierpiałam.
Wyczuwałam w niej naturalność i sztuczność. Intuicja podpowiadała mi, że Leanne kocha naprawdę, z drugiej strony potrafiłam bezbłędnie rozpoznawać aktorstwo. My aktorki lubimy pisać dla siebie dramatyczne teksty. Zorientowałam się, że Leanne i Serena są zaprzyjaźnione, musiały być w zmowie, połączone jadem niechęci do Fiony. A ja? Czy byłam ich przeciwieństwem? Byłam dobra? Nie. Co jest przeciwieństwem podłości? Słabość? Podszedł do mnie Eddie. 
- Zaśpiewasz po niej?
Włożyłam na siebie mój najlepszy klasyczny zestaw i pomalowałam powieki grubymi pociągnięciami eyelinera. Imaginowałam sobie, że wyglądam jak nieco pulchniejsza Audrey Hepburn w Zabawnej buzi. To była moja szansa, żeby nareszcie zabłysnąć. Gdybym nawet miała nawalić, to przynajmniej nie będę pseudojazzowym obciachem popisującym się przebrzmiałym przebojem Peggy Lee. Kiedy Anthony zaczął intro, poczułam pustkę w głowie.

Zapomniałam o wszystkich jego wskazówkach. Byłam pewna, że oto na jawie rozpoczyna się koszmar senny, w którym widzisz siebie na scenie i nie wiesz, po co się tam znalazłaś. A jednak nie spanikowałam; wierzyłam w siebie. Nie brakowało mi obycia ze sceną. Wiedziałam, że gdy zagraża wielka fala i ma cię za moment pochłonąć, musisz machać ramionami najszybciej, jak potrafisz. Więc miałam się uśmiechać i dobrze się sprzedać. Kasih dengerlah hariku berkata Aku cinta kepada dirimu sayang ... Książę przesłał mi nieprzenikniony uśmiech, palcem wybijając takt o kolano. Siedząca obok niego Fiona uśmiechała się aprobująco. Jaki miałaby w tym interes? Nie sprawiała wrażenia smoka pożerającego młode dziewczęta, jak ją postrzegały Serena i Leanne. Skończyłam śpiewać i na sali rozległy się oklaski. Wiwatowały też moje tajskie przyjaciółki. Na twarzy Sereny pojawił się uśmiech typowy dla zdobywczyni drugiego miejsca w konkursie na Miss Ameryki w momencie rozstawania się z myślą o koronie. 




Wracając na swoje miejsce, przechodziłam koło księcia i gdy składałam mu ukłon, złapał mnie za rękę. Zatrzymałam się, spojrzałam mu w twarz, wciąż zgięta w pasie i z lekko pochyloną głową. Ujął moją dłoń i przytrzymał - miał suche ręce, miękkie i wypielęgnowane paznokcie. 
- Śpiewałaś pięknie - powiedział i puścił moją rękę. 
- Tak, uroczo - dodała Fiona.
Byłam z Nowego Jorku. Pracowałam w środowisku gwiazd filmowych. Zdarzało się, że adorowali mnie bliscy sławy aktorzy i od czasu do czasu przepity gwiazdor rocka nad ranem. To dotknięcie i skąpa pochwała nie powinny zrobić na mnie żadnego wrażenia. Widocznie jednak przeszłam w ciągu tygodnia pranie mózgu, ponieważ jedno midasowe dotknięcie księcia sprawiło, że błyszczałam przez całą noc. Gdy przygasły światła i zaczęła się dyskoteka, ruszyłam do toalety uszminkować usta. Nagle rzucił mi się w oczy obraz, koło którego przechodziłam obojętnie poprzednich nocy. Przedstawiał orientalne odaliski o alabastrowej skórze w otoczeniu ciemnoskórych niewolnic, odpoczywające w leniwych pozach w łaźni w haremie. 

Harem. Dlaczego to słowo nie przyszło mi wcześniej do głowy? Nie byłyśmy ani gośćmi, ani prostytutkami. Byłyśmy dziewczętami z haremu. Kiedy tu przyjechałyśmy, Ari zabrała nam paszporty i przekazała ochronie. Powiedziała, że chodzi o przedłużenie wiz czy coś w tym rodzaju. To drażniło mnie jak trudny do usunięcia włos, który dostał się do ust. Czy bystre skądinąd dziewczyny powinny się na to godzić? Wybierać się do południowoazjatyckiego kraju w odpowiedzi na wątpliwą ofertę i oddawać na dzień dobry paszporty? 

Pukanie do drzwi stawało się coraz bardziej natarczywe. Szeroko otworzyłam oczy.  Destiny również usiadła na łóżku, patrzyłyśmy na siebie i żadna nie ruszyła się, żeby otworzyć. Sprawa paszportów jak błyskawica przemknęła mi przez głowę, gdy z walącym w piersi sercem i pulsującą krwią w skroniach uchylałam drzwi. Za nimi stał strażnik w mundurze. W marynarce a la Nehru i czapce sprzedawcy wody z sokiem. Gdy otworzyłam drzwi szeroko, spojrzał z przerażeniem na moją koszulkę nocną. 
- Niegotowa? 
- Na co? 
- Proszę się ubrać. W ciągu pięciu minut. 
Skoro nie mówił, o co chodzi, pozostawało tylko jedno sensowne pytanie.
- Jak mam się ubrać? 
- W sukienkę. Nie wkładać na nogi szpilek. Nie robić makijażu. Za pięć minut wyjeżdżamy.

Pomyślałam, żeby pobiec do pokoju Ari, ale przypomniało mi się, że wcześnie rano wylatywała do Stanów załatwiać jakieś sprawy biznesowe i przywieźć nowe dziewczęta. W nocy zapewniła mnie, że bez obaw możemy zostać tu same, a ona wróci przed naszym wyjazdem, żeby wszystkiego dopilnować. Zerknęłam na Destiny, która wzruszyła ramionami równie zdezorientowana jak ja i wyraźnie zadowolona, że padło na mnie, nie na nią. Dziesięć minut później, w czarnej letniej sukience w różyczki, zapinanej z przodu na guziki, w sandałkach na nogach, wychodziłam z ochroniarzem głównym wejściem, by po raz drugi wsiąść do mercedesa z zaciemnionymi szybami. Pachniał nowością i rozgrzaną skórą. 
- Gdzie jedziemy?
Ochroniarz udał, że nie słyszy pytania, wziął do ręki telefon komórkowy i odbył rozmowę po malajsku. Ci ochroniarze byli nieprzemakalni i do tego wydawało się, że jest ich wszędzie pełno, zwłaszcza tajniaków. Co myśleli o wożeniu kobiet księcia dzień w dzień? Wtulona w oparcie siedzenia czułam się dziwnie spokojna. Wyglądałam przez okno i obserwowałam krajobraz przesuwający się niczym dekoracja sceniczna na szynach. Byłam na obrotowej scenie w nieruchomym kabriolecie, powietrze z wentylatorów rozwiewało mi włosy, a ekran za mną pokazywał wijącą się przez dżunglę drogę. 

Sceneria na ekranie się zmieniła i znaleźliśmy się w mieście, mknąc szerokimi alejami. W Brunei niezmiennie oddzielała mnie od świata albo ściana, albo szyba samochodu. Auto zatrzymało się przed tylnym wejściem wysokiego biurowca, sztampowej konstrukcji ze stali i szkła. Kierowca przekazał mnie w ręce kolejnego ochroniarza, który bez słowa poprowadził mnie do windy, a potem korytarzami do jakiegoś pokoju. Podał mi szklankę wody i zostawił wewnątrz, zamykając drzwi na klucz. 



CDN. 

środa, 15 czerwca 2016

ANTYCZNE OPOWIEŚCI - Cz. V - ŻYCIE SOKRATESA

"BEZ WIEDZY NIE MA CNOTY, 

NIE MA DOBRA, NIE MA SZCZĘŚCIA (...) 

GDYBY TCHÓRZ WIEDZIAŁ, ŻE PIĘKNIEJ, 

A ZATEM I KORZYSTNIEJ DLA NIEGO, 

DLA JEGO SZCZĘŚCIA JEST 

WALCZYĆ ODWAŻNIE, TO BY SIĘ NIE BAŁ"

 

SŁOWA SOKRATESA Z "PROTAGORASA" - PLATONA





Reforma polityczna, jaką w 462 r. p.n.e. wprowadzili w życie dwaj młodzi ateńscy politycy - Efialtes i Perykles (Perykles miał wówczas 33 lata, zaś Efialtes był o kilka - prawdopodobnie około czterech, pięciu lat starszy), tworząc ustrój klasycznej ateńskiej demokracji (tej, którą znamy z podręczników do historii), był tylko jednym z etapów kształtowania się ustroju politycznego Aten. Ateny w swej historii, przeszły już kilka takich wielkich reform ustrojowych, które wiodły od monarchii, poprzez rządy arystokratów, po oligarchię i na demokracji skończywszy (oczywiście, w międzyczasie dochodziło do przeróżnych rebelii i buntów, podczas których wprowadzano wcześniejsze ustroje - kilkakrotnie w VI wieku p.n.e. oraz po raku 462 p.n.e. - w 411 r. p.n.e., 404 r. p.n.e. oraz w 403 r. p.n.e. Ostatecznie ostatni rozdział ustroju politycznego Aten, zostanie napisany w roku 322 p.n.e. po klęsce w wojnie lamijskiej z Macedonią, gdy zwycięski Antypater wprowadza ponownie w tym niegdyś dumnym mieście ustrój oligarchiczny. Taki stan rzeczy przetrwa aż do 146 r. p.n.e. gdy Ateny wraz z całą Helladą, wejdą w skład rzymskiej prowincji Achai). Warto więc zwrócić pokrótce uwagę na zmienne dzieje Aten aż do epoki rządów Peryklesa, czyli okresu młodości, dojrzałości i wchodzenia w wiek męski przez Sokratesa.

Ateny zostały założone jeszcze w IV tysiącleciu p.n.e. (ok. 4 000 r. p.n.e.), a najprawdopodobniej jeszcze znacznie, znacznie wcześniej (ok. 20 000 r. p.n.e.). Pierwszym królem Aten (a raczej władcą Ionii, choć Ateny bez wątpienia były jednym z pierwszych miast/osad, jakie wówczas powstawały na terytorium dzisiejszej Grecji), miał być niejaki Acheus (syn wygnanego z Atlantydy Xuthusa), założyciel Pierwszej Dynastii Ionii. Po nim mieli panować inni królowie i królowe (jak choćby sławna królowa Aglaurus I - jedyna córka Acheusa). Potem nastąpiły czasy Drugiej Dynastii Ionii, zapoczątkowanej przez (władającego już z Aten - choć samo miasto jeszcze najprawdopodobniej się tak nie nazywało), Kekropsa, który poślubił Aglaurus, a po kolejnych kilkunastu stuleciach miał miejsce ... Wielki Potop, opisany w Biblii (ok. 12 500 r. p.n.e.). Gdy wody Potopu opadły, kolejni władcy Ionii panowali już coraz krócej, (Kekrops na przykład miał panować przez 500 lat). Ostatnim królem Aten, który miał mieć absolutną władzę - był Kodrus, który zmarł ok. 1070 r. p.n.e. gdy do Ionii (na Peloponez), wkroczyły słowiańskie plemiona Dorów i Eolów (które wcześniej i tak zasiedlały północną i środkową część Hellady), wcześniej zaś (ok. 2 000 r. p.n.e.) na tych ziemiach pojawiły się słowiańskie ludy Achów i Janów, które to całkowicie się wymieszały z dotychczasowymi mieszkańcami tych ziem, tworząc ludy Achajów i Jonów.

Wraz ze śmiercią króla Aten Kodrusa, władzę objął jego syn - Medon, którego władza (choć wciąż dożywotnia), uległa znacznemu osłabieniu. Ostatnim królem Aten był zaś niejaki Alkmeon (od którego potem swój ród wywodziła szlachetna ateńska rodzina Alkmeonidów, z której też notabene po matce Agariste, wywodził się sam Perykles). Alkmeon zmarł nie pozostawiwszy męskiego następcy tronu w roku 753 p.n.e. (notabene, za panowania jego ojca - Ajschylosa, odbył się w Helladzie pierwsze ogólnogreckie zawody sportowe, pod nazwą Igrzysk Olimpijskich w 776 r. p.n.e., które odtąd odbywały się co cztery lata aż do 393 r. gdy chrześcijański już cesarz rzymski - Teodozjusz I zakazał ich dalszego urządzania. Ponownie tę ideę sportowej rywalizacji, odnowiono w 1896 r.). Po śmierci króla Alkmeona, Ateńczycy wybrali sobie władcę, którego nazwali archontem (i który, prócz tego że nie był królem i nie nosił korony, posiadał właściwie dokładnie te same uprawnienia co dotychczasowi królowie, z jedną małą różnicą - archonci byli wybierani spośród Eupatrydów - najszlachetniejszych ateńskich rodów - na okres lat dziesięciu. Czyli innymi słowy najpotężniejsze rody ówczesnych Aten, które prowadziły listy swych przodków jeszcze od czasów monarchii absolutnej, wybierały każdego kolejnego archonta spośród siebie samych. Zwykły lud nie miał tu nic do powiedzenia).

Pierwszą wielką reformę ustrojową, wprowadzono w roku 688 p.n.e., za archontatu niejakiego Eryxiasa. Eupatrydzi ("Najszlachetniejsi"), powołali wówczas do życia urząd, który nosił nazwę - naukrariai (prawdopodobnie, gdyż nie ma co do tego pewności, wywodził się on od słowa "naos" - świątynia i był związany z kultem religijnym). Było to kolegium 48 naukrariów, wywodzących się oczywiście z Eupatrydów, którzy mieli odtąd kontrolować działalność i politykę kolejnych archontów (nie było to jedyne wówczas gremium, istniała już bowiem, powołana jeszcze za czasów króla Medona ok. 1070 r. p.n.e. Rada Aeropagu, która władała realnie, zaś kolejni królowie byli w dużej mierze takimi "przewodniczącymi" Rady Aeropagu). Eupatrydzi byli prawdziwymi władcami Aten w tym okresie i bez ich pozwolenia nikt inny (nie wywodzący się z ich środowiska), nie mógł nawet zakupić większej połaci ziemi w Attyce, a jeśli takie pozwolenie uzyskiwał od któregoś z rodów, musiał w zamian oddawać  szóstą część swoich plonów swemu patronowi (jeśli nie zdołał sprzedać swoich towarów i nie oddał szóstej części swego dochodu któremuś z eupatrydzkich rodów patronackich, lub chociażby spóźnił się z zapłatą - jego patron miał prawo ... zabrać w niewolę i sprzedać z zyskiem jego i jego rodzinę jednocześnie konfiskując jego cały ruchomy i nieruchomy dobytek wraz z ziemią. Takie były wówczas prawa tworzone przez Radę Aeropagu i archontów oraz strzeżone przez naukrariów - które to złączone z kultem świątynnym, były niejako namaszczone przez Bogów -  przynajmniej w taki sposób były przedstawiane ludowi - i nie było od ich decyzji żadnej apelacji).




Niewolnictwo za długi (lub nawet za opóźnienia w spłacie, które i tak mogły być interpretowane na korzyść wielkich rodów), stawały się prawdziwym problemem w Atenach lat 750 r. p.n.e. - 600 r. p.n.e. W tym czasie wzrosła też bardzo ludność Aten i powstał problem bezrobocia (tym bardziej że Ateny jako jedno z nielicznych miast/państw nie pozbywały się nadwyżki swej ludności, wysyłając ją na inne ziemie i kontynenty, celem zakładania kolonii - jak czyniły w tym czasie inne greckie polis). Jednocześnie też rosła liczba niewolników wśród ludzi przedsiębiorczych. Niewolnicy za długi, zwani byli "hektemoroi". Od ok. 630 r. p.n.e. Atenami wstrząsają poważne protesty społeczne przeciwko niewoli za długi, a nawet otwarte bunty biedoty. Tymczasem w roku 683 p.n.e. pozycja archontatu znów ulega osłabieniu. Odtąd bowiem każdego kolejnego archonta wybiera się już nie na dziesięć, lecz na okres roku. Pierwszym, którego wybrano już na nowych zasadach, był niejaki Kreon. 

W 636 r. p.n.e. dochodzi do pierwszego, niezwykle poważnego dla Eupatrydów, protestu przeciwko niewoli za długi. Nie wiadomo jak on się zakończył, prawdopodobnie został spacyfikowany (najprawdopodobniej pokojowo), nie ma jednak o nim żadnych większych informacji. Cztery lata później doszło do otwartej rebelii społecznej, która przybrała wręcz wymiar pierwszej ateńskiej wojny domowej. Bohaterem tej rebelii miał stać się arystokrata (wywodzący się z jednego z eupatrydzkich rodów), o imieniu Kylon. Kylon pragnął władzy, ale nie takiej jaką dawał skromny urząd archonta, lub współwładztwo w Radzie Aeropagu. Nie, temu młodemu, ambitnemu człowiekowi marzyła się władza absolutna, na wzór dawnych królów. Zazdrościł wielu dotychczasowym tyranom innych greckich polis ich pozycji i wszechwładzy, szczególnie że poślubił córkę tyrana Megary - Teagenesa, pragnął więc dorównać teściowi. Pierwszy krok ku temu uczynił w Olimpii, gdy na 36 Olimpiadzie (636 r. p.n.e.), odniósł zwycięstwo w biegach, zapasach, rzucie dyskiem, rzucie oszczepem i w skoku w dal - tym samym zwyciężając "pentathlon" i stając się zwycięzcą całych igrzysk. Dzięki temu zwycięstwu, zyskał wielką sławę wśród mieszkańców Aten, którą zamierzał spożytkować na swoją korzyść.

Bez wątpienia popularność uderzyła mu mocno do głowy, gdyż uznał się za "Wybrańca Zwycięstwa" i herosa równego tym, których opiewano w mitach. Miał już prawie wszystko, dziedziczy majątek, piękną żonę, która była córką władcy sąsiedniego miasta-państwa, oraz wielką sławę i uwielbienie współobywateli. Ale to mu nie wystarczało - pragnął władzy, całkowitej i niepodzielnej. Zgromadził wokół siebie pokaźną grupę zwolenników i szykował się do zbrojnego zamachu stanu. Ale nim do tego doszło, postanowił zasięgnąć rady wyroczni delfickiej. Wybrał się więc w podróż do Delf, by złożyć bogu Apollonowi bogate dary i poprosić o radę, który to dzień będzie najszczęśliwszy, by dokonać zamachu stanu. Pytia (w imieniu boga) odpowiedziała: "W największe święto Zeusa". A co było największym świętem Zeusa? Dzień otwarcia Igrzysk Olimpijskich, dlatego też Kylon postanowił rozpocząć swoją rebelię w dniu rozpoczęcia kolejnych 37 igrzysk w Olimpii (632 r. p.n.e.). Problem polegał na tym, że Ateńczycy czcili osobne święto najwyższego z bogów - Zeusa, i akurat nie wypadało ono w dzień panhelleńskich Igrzysk Olimpijskich.

Gdy więc nadszedł czerwiec i wielu współobywateli wyjechało do Olimpii dopingować swoich zawodników, Kylon doglądał ostatnich przygotowań do zamachu stanu. W czerwcową noc, przy pełni księżyca, obsadził swymi zwolennikami (i zapasowym oddziałem pomocniczym, przysłanym mu przez teścia), Akropol - główne wzgórze świątynne Aten. Rankiem, gdy okazało się że wejście na Akropol jest zastawione zwolennikami Kylona, a ten zaczął nawoływać ludność Aten, do przyłączenia się do rebelii i walki z arystokracją, natychmiast zebrała się Rada Aeropagu. Żołnierzy wiernych Eupatrydom nie było wiele, ale oni także postanowili odwołać się do ludu i przedstawili Kylona w jak najgorszym świetle (jako nienawidzącego bogów bluźniercę i świętokradcę, oraz zwolennika tyranii, którą pragnie wprowadzić by jeszcze bardziej ciemiężyć biedny lud). Te nawoływania Eupatrydów zrobiły swoje, lud Aten nie przyłączył się do Kylona, natomiast w dużej liczbie zasilił oblegające Akropol ... oddziały arystokratów (co prawda potem, gdy zwolennicy Kylona przedarli się poza mury Akropolu i zaczęli przekonywać lud, o tym jak to bogowie wspierali i nadal wspierają Kylona - przypomniano m.in.: jego zwycięstwa w Igrzyskach Olimpijskich, część ludności opuściła szeregi arystokratów i wróciła do swych domów. Część jednak nadal pozostała). 




Przywódcami Eupatrydów, kierującymi działaniami oblężniczymi i ewentualnymi negocjacjami, kierował potężny ród Alkmeonidów. Oblężenie się przeciągało, lecz czas grał na korzyść Eupatrydów, gdyż zamknięcie za murami zwolennicy Kylona, nie przygotowali się na długie oblężenie i nie zabrali ze sobą większych ilości żywności oraz wody (sądzili bowiem że szybko przekonają do swych planów ateński lud i ten obali znienawidzonych arystokratów, otwierając Kylonowi drogę do tyranii i niepodzielnych rządów). Głód i pragnienie zrobiły swoje, choć żaden z towarzyszy Kylona nie uczynił niczego by go zdradzić. Co ciekawe, to właśnie Kylon ... wszystkich zdradził, uciekając nocą w przebraniu tajemnym wejściem z oblężonej twierdzy. Dalsze jego losy są nieznane. Tchórz Kylon, pozostawił swych zwolenników na pewną śmierć (głodową lub od miecza). Położenie buntowników (którzy teraz nie mieli już co prawda o co walczyć, ale też nie mogli się od tak poddać, gdyż wówczas czekałaby ich niechybnie śmierć), stawało się beznadziejne.

Kylonowcy więc legli jeden obok drugiego przy ołtarzu Pallas-Ateny, błagając boginię o ocalenie, przebaczenie i łaskę. Według prawa, każdy, nawet największy zbrodniarz, jeśli tylko schronił się u stóp ołtarza bogini Ateny i błagał o przebaczenie swych grzechów, musiał zostać uniewinniony. Nie można bowiem było popełnić świętokradztwa i zamordować błagalnika samej boskiej patronki miasta. Ale z drugiej strony, dotychczasowi obrońcy Akropolu byli już tak wycieńczeni, głodni i spragnieni, że gdy tylko legli u stóp ołtarza, wielu z nich nie miało już siły wstać. Nie można było ich tak zostawić, gdyż gdyby pomarli u stóp ołtarza to ... także byłoby świętokradztwo, które spadłoby na głowy Eupatrydów i przewodzących nim Alkmeonidów. Archont tego roku - Megakles (pochodzący właśnie z rodu Alkmeonidów), zaproponował kylonowcom kapitulację z gwarancją bezpieczeństwa. "Staniecie przed sądem" - miał powiedzieć - "lecz jakikolwiek by zapadł wyrok, to życie wam zaręczamy". Kylonowcy zgodzili się na te warunki (zresztą, nie mieli wyjścia). Ale Megakles i inni Akmeonidzi wcale nie zamierzali dotrzymywać danego słowa. Po pierwsze szczerze nienawidzili zwolenników Kylona, gdyż zdawali sobie sprawę z tego, że gdyby rebelia się powiodła, spotkałby ich los Bakchiadów z Koryntu - jednego rodu, który władał Koryntem po upadku monarchii w tym mieście od 747 r. p.n.e. Spomiędzy siebie wybierali przywódcę na okres roku, zwanego - prytanem ("pierwszym") i powierzali mu władzę zwierzchnią nad miastem. Obalił ich w 657 r. p.n.e. niejaki Kypselos, który ogłosił się pierwszym tyranem Koryntu (po matce Labdzie spokrewniony z tym rodem), i albo uśmiercił, albo wygnał albo też pozbawił wszystkich majętności i uczynił żebrakami. Alkmeonidzi wiedzieli że było się czego bać.

Kylonowcy doskonale znali niechęć Alkmeonidów ku sobie, dlatego też im nie ufali i gdy postanowili odejść od ołtarza bogini Ateny, zażądali wielkiego kłębka wełny, którego jeden koniec przywiązali do ołtarza bogini, a drugi miał zostać przytwierdzony do skały Areopagu (kolejnego wzgórza Aten), gdzie miał się odbyć nad nimi sąd. Trzymając się tej nici, jeden po drugim opuszczali teren wokół ołtarza. Był to prawdziwy pochód żywych trupów, ludzie ci bowiem wyczerpani i głodni, ledwie powłóczyli nogami, silniejsi musieli też nieść tych, którzy nie mieli już sił by iść samemu. Ale gdy stanęli gdzieś naprzeciwko świątyni Erynii (znajdującej się pod skałą Areopagu), nić niespodziewanie ... pękła (nie wiadomo czy stało się to umyślnie czy nie). Wówczas Megakles stwierdził, że oto bogini odrzuca prośbę buntowników i nie zamierza już ich chronić. Żołnierze wierni Alkmeonidom, pochwycili owych wymęczonych mężczyzn i pognali za miasto, a następnie wszystkich ukamienowali. Niektórzy (ci silniejsi), zaczęli błagać o darowanie życia, ostatkiem sił łapiąc się ołtarza Erynii. Niewiele im to jednak pomogło, gdyż Megakles nakazał oderwać ich od ołtarza, a ponieważ niektórzy trzymali się tak mocno, że nie można ich było stamtąd zabrać, nakazał ... zasiec ich mieczami przy samym ołtarzu, co też uczyniono.

Spisek udaremniono, ale oto okazało się że ludzie odwrócili się od Alkmeonidów. Po mieście zaczęto szeptać: "Znieważono boginię, to świętokradztwo, Alkmeonidzi obrazili bogów, to bluźniercy" itd., takie hasła padały coraz częściej i pozostałe rody, które początkowo stawały w obronie Megaklesa i Alkmeonidów, zauważyły że jeśli dalej będą ich bronić, to gniew ludu obróci się przeciwko nim samym. Ale pozycja i majętności rodu pomimo wszystko wciąż były duże. Na tyle duże, że pozwalały wpływać na politykę przez kolejne lata. W tym czasie społeczeństwo Aten wewnętrznie podzieliło się na dwa obozy - zwolenników i przeciwników Alkmeonidów. Taka zażarta walka polityczna, trwała mniej więcej do ok. 617 r. p.n.e. gdy pod wpływem młodego eupatrydy - Solona (wywodzącego się z rodu Kodrosydów), powołano w Atenach sąd, założony z trzydziestu ludzi. Owych "trzydziestu sprawiedliwych", miało rozpatrzyć zbrodnię świętokradztwa i zadecydować nad karą lub uniewinnieniem Alkmeonidów. 

Jednak podczas procesu, dało się zauważyć jak bardzo Alkmeonidzi byli znienawidzeni (pomimo ich wpływów i bogactwa). Sąd skazał ich na dożywotnie wygnanie z miasta, oraz na konfiskatę wszystkich dóbr. Jednoczesnie potępiono ich w imieniu bogów i rozpoczęto przekopywanie grobowców, wykopując szczątki wszystkich przedstawicieli tego rodu. Nawet kości dawno już zmarłych Alkmeonidów wywożono za granicę państwa i porzucano dla pohańbienia. Działy się wówczas dantejskie sceny, gdy siłą wyganiano przedstawicieli tego potężnego jeszcze do niedawna rodu, z jego majętności i odstawiano na granicę, zakazując powrotu pod groźbą śmierci. Nagle, potężni eupatrydzi, z dnia na dzień stali się bezdomnymi, biednymi tułaczami, bez domu i kraju rodzinnego. O dalszych losach miasta i ich samych w kolejnym poście.



CDN.   



 PS: Dziś widziałem jak wyjmowali ciało kobiety, wbitej w wiatę przystanku autobusowego, w którego wjechał swym autem rozpędzony mężczyzna. Nie byłem bezpośrednim świadkiem tego zdarzenia, ale to co widziałem wciąż przerażało, wokół przystanku wciąż było pełno krwi, wszystko odgrodzone, i palące się znicze. Kobieta (ok. czterdziestki), akurat kupowała bilet w kiosku stającym obok przystanku, gdy wjechał w nią rozpędzony samochód, jednocześnie rozbijając przednią ściankę kiosku (drugiej kobiecie, która była w środku, szczęśliwie nic się nie stało, bo akurat ... na moment wstała i podeszła do tylnej szyby). Przykre to prawda - gdy tak się pomyśli jak marne i nietrwałe jest to nasze materialne istnienie i jak człowiek nie zna dnia ani godziny, gdy wypełni się jego przeznaczenie.