Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 6 grudnia 2016

PIEŚNI I WIERSZE SAFONY - Cz. I

"DZIŚ MELISSA, MOJA NAJDROŻSZA

PRZYJACIÓŁKA, WYSZŁA ZA MĄŻ (...)

TERAZ MELISSA, BĘDZIE ROZBIERAĆ SIĘ

PRZED MĘŻCZYZNĄ I NOCĄ SMAK 

TEJ MIŁOŚCI KOSZTOWAĆ BĘDZIE, 

A POTEM JESZCZE MAŁE NIEMOWLĘTA

ŻYWIĆ BĘDZIE SWYMI 

SPUCHNIĘTYMI PIERSIAMI"






W tym temacie postanowiłem zająć się osobą antycznej greckiej poetki, przewodniczącej jednego z poetyckich kółek kobiecych na Mitylenie (stolicy wyspy Lesbos), którymi notabene często kierowali mężczyźni, autorki sławnej miłosnej (czy raczej "radosnej") poezji lirycznej, w której opisywała piękno otaczającego ją świata i miłość do bogów (szczególnie do Afrodyty). Wzorowała się najprawdopodobniej (jak większość poetów w tamtym czasie), na takich twórcach (oraz organizatorów żeńskich kółek poetyckich), jak Alkman, Terpander czy największy z nich (przyjaciel Safony z młodości) - Alkajos. Safona cały swój dorobek zebrała w dziewięciu księgach, które w latach 280-275 p.n.e. pozyskał na polecenie faraona Ptolemeusza II - Demetriusz z Faleronu, pierwszy dyrektor nowo utworzonej Biblioteki Aleksandryjskiej. To właśnie dzięki Demetriuszowi, cały poetycki dorobek Safony znalazł się w stolicy Egiptu - Aleksandrii i spoczął w tamtejszej Bibliotece. Minęło jednak 230 lat, i do Egiptu na czele swych legionów przybył, w pogoni za zbiegłym po bitwie pod Farsalos - Pompejuszem, Gajusz Juliusz Cezar. Tam, wplątał się w walki dynastyczne pomiędzy małoletnim faraonem - Ptolemeuszem XIII i jego starszą siostrą, księżniczką Kleopatrą. W 47 r. p.n.e. zwyciężył w tej walce (uciekający Ptolemeusz utonął w nurtach Nilu - w chwili śmierci nie miał nawet 14 lat), i ofiarował tron Egiptu Kleopatrze, która wkrótce urodziła mu syna. 




Ale właśnie ta wojna egipska i długie oblężenie pałacu królewskiego w Aleksandrii (gdzie schronił się Cezar z Kleopatrą), przez wojska Ptolemeusza i drugiej jego siostry Arsinoe (na której potem Kleopatra okrutnie się zemści, gdy ta zbiegnie do Efezu i znajdzie schronienie w tamtejszej Świątyni Artemidy - zaliczanej do jednego z siedmiu cudów starożytnego świata - czyli miejscu, gdzie każdy, kto popełnił jakąkolwiek zbrodnię i uzyskał tam schronienie, nie mogło spotkać go nic złego, jako że chroniła go sama bogini, a każdy, kto dopuściłby się zabójstwa takiego człowieka, popełniłby jednocześnie świętokradztwo, a to oznaczałoby wyjęcie spod prawa, pochwycenie i natychmiastowe ukaranie bezbożnika w sposób niezwykle okrutny. Mimo to Kleopatra zaryzykowała i w 41 r. p.n.e. przekonała swego kochanka - Marka Antoniusza, by "pozbył się" Arsinoe. Początkowo się wzbraniał, ale wkrótce uległ jej wdziękom i ciągłym namowom. Postanowiono uciec się do podstępu, ponieważ wojsko - ani nikt uzbrojony - nie miał prawa wejść na teren Świątyni, zamierzano całą sprawę zorganizować nocą, po ostatnich modłach, ktoś przekupiony, miał wyprowadzić Arsinoe pod byle pretekstem na dziedziniec przyświątynny, a tam czekali już na nią ludzie, którzy we dnie udawali wiernych, a potem ukryli się tak - prawdopodobnie przy pomocy kogoś przekupionego ze Świątyni - b, gdy tylko ją ujrzą przed świątynią, natychmiast doń doskoczyli, schwycili, zakrywając usta, by nie krzyczała i tak wynieśli z dala od przybytków świątynnych. Arsinoe się wyrywała, nie miała jednak żadnych szans, skrępowana i przerzucona przez ramię, została wyniesiona na schody świątynne i tam ... przebita mieczami. Wykrwawiła się i zmarła na schodach sławnej Świątyni Artemidy w równie sławnym greckim mieście - Efezie). 




Wracając zaś do wojny aleksandryjskiej i czteromiesięcznego (listopad 48 r. p.n.e. - marzec 47 r. p.n.e.) oblężenia pałacu królewskiego przez wojska Ptolemeusza XIII i Arsinoe (która też wówczas została uznana za królową, jako Arsinoe IV), w czasie tych intensywnych walk Biblioteka Aleksandryjska, stojąca nieopodal toczących się działań wojennych i sztormów na pałac królewski, również ogarnięta została ogniem, który strawił sporą część pierwotnego dorobku poprzednich pokoleń, zebranego z taką dokładnością przez Demetriusza z Faleronu i jego następców. Wydawałoby się jednak, że Biblioteka jest chroniona, bo jak pisze Cezar w swym dziele "Wojna Aleksandryjska": "Aleksandria jest w dużym stopniu zabezpieczona przed ogniem, gdyż budynki nie mają spojeń z drewnianych belek ani w ogóle drewna i trzymają się mocno dzięki murom oraz sklepieniom". Właśnie podczas tego pożaru spłonęły wszystkie utwory Safony, poza jedną pieśnią ("Hymnem do Afrodyty") i szeregiem mniejszych i większych fragmentów z innych dzieł. Zacznijmy zatem od opowiedzenia kim właściwie była owa Safona, w jakich czasach żyła i jaką twórczość preferowała.





 "BYŁAM MĘŻATKĄ OD TRZECH DNI DOPIERO, MĄŻ ZASNĄŁ PRZY MNIE. MIAŁAM PRZYJACIELA (...) MĄŻ PYTA: "DOKĄD TY IDZIESZ?". "OJ, KRĘCI W BRZUCHU MI STRASZNIE, MĘŻU, MAM BOLEŚCI, WIĘC DO WYCHODKA MUSZĘ IŚĆ". "IDŹ DOBRZE", NAPAR MI ROBI Z KOPRU, SZAŁWII, MIĘTY, A JA, NALAWSZY WODY NA ZAWIASY, BIEGNĘ DO GACHA, PRZY SŁUPKU APOLLA WYPINAM TYŁEK, TRZYMAJĄC SIĘ LAURU"


Nie, nie jest to twórczość Safony, a jedna z komedii Arystofanesa - "Tesmoforie", postanowiłem jednak rozpocząć w taki, dość swobodny sposób. Zaraz jednak się poprawiam i od razu przechodzę do tematu. Safona przyszła na świat w Mitylenie ("Wielkiej Mitylenie", jak zwykli o swoim grodzie mawiać jego mieszkańcy), najprawdopodobniej w 618 r. p.n.e. (niektórzy historycy podają, że mogła się jednak urodzić w Eresos, mieście położonym w zachodniej części wyspy Lesbos, a po urodzeniu przenieść z rodzicami do Mityleny). Jej ojcem był najprawdopodobniej (według Herodota) człowiek o imieniu - Scamandrynymus i był dość majętny (posiadał spore winnice i wysyłał swoje wino do Egiptu, Fenicji i na Bliski Wschód), matka zaś nosić miała imię - Clis (Clissa?). Miała dwóch braci (najprawdopodobniej trzeci zmarł w dzieciństwie, bo znane jest jego imię - Eurygius, ale nic więcej ponad to), Charaksosa i Larichosa. Larachos był urzędnikiem w miejskim magistracie Mityleny (gdzie wstęp mieli jedynie mężczyźni z arystokratycznych rodzin, ponieważ ustrojem politycznym Mityleny w tamtym czasie był oligarchat - choć często sami oligarchowie uważali się za timokratów - ludzi honoru), natomiast starszy Charaksos, odziedziczył po ojcu winnice i zaangażował się w handel winem (często osobiście jeździł do najróżniejszych krajów, aby na miejscu dopilnować swych interesów). 

Podczas jednej z takich eskapad handlowych, poznał w egipskim mieście Neukratis, dziewczynę cudownej urody o imieniu Rodopis. Zakochał się w niej, jednak ona była niewolnicą, a jej właściciel długo nie chciał się zgodzić na jej sprzedaż. Dopiero gdy Charaksos zaoferował mu ogromną sumę pieniędzy (za którą mógłby sobie kupić nawet kilkunastu niewolników), właściciel dziewczyny sprzedał ją, a Charaksos wyłożył od razu kolejne pieniądze na jej wyzwolenie, po czym przywiózł do Mityleny gdzie się pobrali. Życie Rodopis znacznie się zmieniło, z egipskiej niewolnicy, stała się bowiem właścicielką pięknego domu w Mitylenie (który kupił jej na własność zakochany Charaksos) i innych bogactw. Nim jednak do tego doszło (gdy Safona i jej bracia byli jeszcze dziećmi), w roku 609 p.n.e. niejaki Pittakos z Mityleny, syn Hyrradiusa (zaliczany potem do siedmiu mędrców Starożytnej Grecji), przy wsparciu Myrsilosa i Antymenidasa (starszego brata poety i przyjaciela Safony - Alkajosa), obalił, władającego miastem od 612 r. p.n.e. tyrana Melanchrosa. Po przeprowadzeniu tego zamachu stanu, spiskowcy powierzyli władzę (jako kolejnego tyrana), w ręce Myrsilosa. W czasie jego rządów (Myrsilos władał do swej śmierci w 589 r. p.n.e.), doszło do poważnego i długoletniego konfliktu Mityleny z Atenami o jońską kolonię Sigeum, wzniesioną na brzegu Troady w Azji Mniejszej (które to tereny Mitylena uważała za do niej należące), w który też zaangażował się Pittakos (mimo to ostatecznie Sigeum pozostało przy Atenach).

Czasy Myrsilosa (i Pittakosa, który był taką szarą eminencją władzy), to przede wszystkim czas małżeństwa Safony, która wydana została za Kerkylasa, bogatego kupca pochodzącego z Andros (przyjaciela jej ojca). Z tego związku narodziła się córka imieniem - Kleite, która wdzięk miała odziedziczyć po matce (choć niektórzy z autorów antycznych twierdzili, że dziewczynka nie była urodziwa). Mąż Safony zmarł ok. 590 r. p.n.e. Po jego śmierci, prawie już 30-letnia kobieta, postanowiła założyć szkołę dla dziewcząt, by tam nauczać poezji, gry na lirze, dobrych manier, oraz by tam wspólnie czcić bogów (głównie zaś Afrodytę). Ponieważ pochodziła z arystokratycznej i majętnej rodziny (poza tym majątek jej zmarłego męża również był spory), założyła w Mitylenie poetyckie kółko dla dziewcząt z całej Hellady i Azji Mniejszej, pod nazwą: "Związek Kultowy pod Patronatem Bogini Afrodyty". Szkoła Safony szybko stała się bardzo popularna w całej Grecji i przybywało tam na nauki wiele młodych panien, ale równocześnie pojawiać zaczęły się plotki, jakoby kobiety folgują sobie tam nieobyczajnym praktykom, i to wszystko w pobliżu ołtarza bogini Afrodyty, na którym miały one składać dary.




Najpierw pojawiły się plotki, jakoby Safona była kurtyzaną z Eresos (i niektórzy złośliwcy tak też ja przezywali, z tym że słowo "kurtyzana", którego tutaj użyłem, należy zamienić na słowo "ku...a"). Potem pojawiły się inne plotki, jakoby Safona namawiała dziewczęta do ... wzajemnej masturbacji. Należy tutaj od razu wyjaśnić, że masturbacja nie była przez Greków uważana za coś niewłaściwego czy wręcz za coś złego, i nawet była dosyć częstą praktyką (szczególnie podczas publicznych orgii), ale tylko wtedy, gdy ... dotyczyła mężczyzn. Kobiety i ich seksualność w ogóle nie istniała w sferze społecznej (że tak to nazwę). Co prawda Mitylenki nie miały aż takiego rygoru, jaki panował w ateńskich domach, ale stosunek mężczyzn do kobiet, wyraża się w jednej z opowieści, która mówi że mąż miał pretensję do swej żony, iż ta nie poinformowała go wcześniej (przed wizytą przyjaciół w ich domu), że brzydko mu pachnie z ust. Kobieta stwierdziła że ona nie wie czy to jest brzydki zapach, czy też nie, bowiem ... mężowi często pachniało tak z ust, a ona sądziła że podobnie mają i inni mężczyźni. Ciekawe są też rozmowy męża z jego młodą (16-letnią) żoną, gdzie stwierdza że wziął ją, ponieważ zarówno on, jak i jej ojciec uznali to za korzystne, ale on mógłby mieć wiele podobnych kobiet, jeśliby tylko chciał. Zresztą żona nie mogłaby zaprotestować, gdyby mąż nagle przyprowadził do domu kurtyzanę lub prostytutkę (kurtyzany były znacznie droższe, gdyż dawał nie tylko rozkosz ciała, lecz także ducha - potrafiły ładnie śpiewać, grać na lirze i kitarze, tańczyć, potrafiły recytować z pamięci wiersze i pieśni znanych twórców, a także często znały się na polityce).

Tak więc zarzucano Safonie, że rozdaje dziewczętom olisbosy (innymi słowy, wymyślone w Milecie, specjalne sztuczne męskie członki ), by się nimi pobudzały przed modlitwami do Afrodyty. Olisbosy były bardzo popularne wśród Greczynek, które nabywały je często przez pośredników, bez wiedzy małżonka (jeśli mąż uznał że żona go zdradziła, wystarczyło by wypowiedział te słowa przez jej rodziną i rozwód następował automatycznie, przy czym wniesiony przez nią posag przepadał, zaś dzieci ZAWSZE pozostawały przy ojcu i to on decydował czy mogą się widywać z matką czy nie). Zachowała się nawet scenka, będąca wystawianą w teatrze z III wieku p.n.e., w którym dwie kobiety, jedna o imieniu - Metro, a druga - Korito, rozmawiają właśnie na temat olisbosów. Metro prosi Korito o wypożyczenie jej owego "dildosa", ale Korito odpowiada że go nie posiada, bowiem niedawno pożyczyła go innej przyjaciółce, a ta ... puściła go dalej w obieg (ha, ha, ha). Wówczas (zrozpaczona) Metro, zapytuje gdzie ona mogłaby nabyć taki przyrząd, a Korito wskazuje jej szewca o imieniu Cedron, mówiąc że jest on doskonałym rzemieślnikiem i potrafi stworzyć najróżniejsze "cudeńka".  

Twierdzono też że Safona osobiście myje ciała swoich dziewcząt wodą i naciera oliwką z oliwek przed modłami do Afrodyty. Oskarżano ją też o uprawianie tribadii - czyli po prostu miłości lesbijskiej, polegającej na ... wzajemnym "ocieraniu" się dziewcząt o siebie. Twórczość Safony przerażała i tutaj zacytuję jej pierwszy wiersz, zwany: "Pieśnią do Gongili":


"GONGILIO, PROSZĘ CIĘ, ZJAW SIĘ PRZEDE MNĄ
W SZACIE BIAŁEJ JAK MLEKO 
I ZNÓW ŻĄDZA PIĘKNA ZATRZEPOCE 
TEJ SZATY ZAZDROSZCZĄ CI WSZYSTKIE
I TO MNIE RADUJE BO SAMA CYPRYDA
CIĘ STRZEŻE, TA, 
KTÓRĄ W SWOICH MODLITWACH DZIŚ WZYWAM"






Krótka pieśń, oczywiście, jak większość zachowanych do dziś wierszy Safony (prócz "Hymnu do Afrodyty", który ocalał w całości). Tymczasem jednak ok. 589 r. p.n.e. nad Safoną i jej szkołą (po zaledwie roku od jej założenia), zaczęły zbierać się gęste chmury, a to za sprawą owego mędrca Pittakosa, który w tymże roku (po śmierci tyrana Myrsilosa), został (decyzją współobywateli), wybrany ajsymnetą, czyli rozjemcą), z władzą wręcz absolutną. Miał on na celu doprowadzić do zgody arystokratów i wzburzony końcówką rządów Myrsilosa lud. Pittakos zabrał się energicznie do tejże pracy, starając się oprzeć swe rządy na mądrości, moralności oraz logice. Szkoła dla dziewcząt Safony, mająca tak niemiłą opinię wśród współmieszkańców, poszła na pierwszy ogień nowych rządów. 


 



CDN.
  

niedziela, 4 grudnia 2016

PIŁSUDSKI & HITLER - CZYLI WOJNA PREWENCYJNA Z NIEMCAMI 1933 r. - Cz. VI

NIE MA WIĘKSZEJ ŚWIĄTYNI, 

JAK WSZYSTKIE TE GRANICE, 

KTÓREMI POPRZERZYNANO NASZ KRAJ

... GDY ZBLIŻAM SIĘ DO 

DAWNEJ GRANICY, CZUJĘ, ŻE ZBLIŻAM

SIĘ DO ŚWIĄTYNI HISTORII, 

I DOZNAJĘ SILNEGO WZRUSZENIA.

HASŁO, KTÓRE ZE SŁUPÓW WBITYCH

WOŁAŁO DO NAS NIEDAWNO JESZCZE:

"ZAPOMNIJ", DZISIAJ WOŁA MNIE 

I WAM: "PAMIĘTAJ"

 

MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI 

TORUŃ - 5 czerwca 1921 r. 




Tak więc jeszcze przed wybuchem I Wojny Światowej, Litwa, Ukraina i Białoruś - mówiły po polsku. Oczywiście nie wszędzie, jedynie w większych miastach i dworach szlacheckich, gdzie właśnie biło serce polskości. Brytyjski historyk - Norman Davies, powiedział kiedyś że najbardziej polskim miastem w XIX wieku nie była wcale Warszawa (która notabene była strasznie kosmopolityczna i w ogromnej większości ... zasiedlona przez Rosjan), a właśnie Lwów, Kraków i Wilno. To właśnie w Wilnie, tamtejszy Uniwersytet (aż do jego ostatecznej likwidacji przez władze rosyjskie w 1832 r.), był drugim największym (po Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie), nie tylko ze wszystkich uniwersytetów wszystkich ziem polskich włączonych do Rosji, wręcz całego Cesarstwa Rosyjskiego (drugim pod względem liczby studentów w latach 30-tych XIX wieku, był Uniwersytet Moskiewski, a trzecim - Warszawski). Język polski był językiem oficjalnym i literackim warstw wykształconych dzisiejszej Ukrainy, Białorusi i Litwy. Pomimo rozbiorów nadal przetrwała dawna świadomość, która wyrażała się w słowach: "gente Ruthenus natione Polonus" (lub też: "gente Lithuanus natione Polonus"), czyli: "z pochodzenia Rusin/Litwin, z narodowości Polak".

Polskość zresztą na wschodnich ziemiach dawnej Rzeczypospolitej, nie była rozumiana tylko jako narodowość (a wręcz prawie wcale nie była utożsamiana z narodowością), a raczej z czymś co można by było określić "Genem Wolności" i "Genem Obywatelskości". Dlaczego bowiem na Litwie śpiewano podczas Powstań (Listopadowego i Styczniowego): "Jeszcze Polska nie zginęła póki żyje Żmudź" i układano odezwy do chłopów, obiecując im że jeśli wesprą powstanie, staną się: "prawdziwie wolnymi Polakami". Polonizowali się zresztą nie tylko ruscy i litewscy mieszkańcy Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej, ale także Niemcy (przykład mojej rodziny też stanowi tego procesu oblicze), zamieszkali zarówno na Wschodzie jak i Zachodzie ziem polskich (wówczas rozerwanych na trzy części i będących po zaborami). Nie tylko niemieckie rody, ale także mieszczaństwo szybko się polonizowało, podobnie jak i Tatarzy (którzy niejednokrotnie pomiędzy sobą posługiwali się piękniejsza polszczyzna, niż niejeden Polak z centrum kraju, zresztą Tatarzy zamieszkali w Rzeczpospolitej, już od XVII wieku modlili się do Allaha nie po arabsku, tylko właśnie po ... polsku), którzy też zapisali piękną kartę podczas wojny z bolszewikami w latach 1919-1920 (powstały potem o nich takie choćby żurawiejki jak: "Księżyc w czole w dupie gwiazda, to tatarska nasza jazda").

Tak ogromne rozprzestrzenienie się języka i kultury polskiej na na litewskich i ukraińskich guberniach Cesarstwa Rosyjskiego, spowodowało iż Rosjanie podjęli bezpardonową walkę z polskością na wszystkich ziemiach na wschód od Bugu (potem również i w samym tzw.: "Królestwie Kongresowym", lub też "Priwislanskim Kraju"). Ruszyła zakrojona na ogromną skalę próba depolonizacji, zabroniono posługiwania się językiem polskich na uczelniach i w administracji (potem również ten zakaz zostanie rozciągnięty i na ulice, gdzie też nie wolno było mówić po polsku), jedynie w kościołach zezwolono na polską mowę podczas nabożeństw (nic więc dziwnego że kościoły pękały wówczas w szwach). Zresztą Rosjanie stosowali przebiegłą taktykę, w tych guberniach, w których ludności polskiej (lub spolonizowanej), było wiele, tam albo wspierano języki lokalne (np. litewski lub ruski), albo też wprowadzano bezwzględną rusyfikację. Natomiast na ziemiach, na których żywioł polski był słabszy (np. niektóre tereny Litwy czy Ukrainy), tam ... język polski był dozwolony, a kategorycznie zabroniony np. litewski czy ruski (ukraiński).

Prócz więc szlacheckiej (dworskiej) kultury Litwy i Ukrainy (która była właśnie kultura polską), wykształciła się również oddolna, głównie mieszczańska i chłopska kultura rodzima - litewska czy ukraińska (rozwój kultury białoruskiej był bowiem na znacznie niższym poziomie). Ci ludzie, którzy kończyli szkoły i uniwersytety, lecz pochodzili głównie z chłopstwa lub mieszczaństwa, uważali polonizację szlachty litewskiej, za coś szkodliwego dla kultury narodowej (rozumianej w ciasnych, nacjonalistycznych kategoriach). Cały ten konflikt wsi z miastem i chałupy z dworem szlacheckim, był wyciszony i przykryty bezwzględną rusyfikacją tych terenów aż do wybuchu I Wojny Światowej. Wraz z wkraczaniem wojsk niemieckich coraz głębiej w głąb państwa rosyjskiego, wśród Polaków i Litwinów na Kresach (nie tylko zresztą, ale w tym temacie omawiamy kwestię Wilna, które to miasto stało się tematem sporu polsko-litewskiego na forum Ligii Narodów w Genewie w 1927 r.), zaczęła pojawiać się nadzieja na oswobodzenie i odbudowanie państwowości. Ponieważ żywioł polski na Litwie (a szczególnie na Wileńszczyźnie), był ogromny (w samym Wilnie w 1916 r. mieszkało ponad 50 % Polaków i tylko 2,6 % Litwinów, co pokazał spis ludności, przeprowadzony w tymże roku), Niemcy postanowili wesprzeć Litwinów przeciwko Polakom i dać im namiastkę niepodległego państwa.

Polacy na Litwie uważali za coś naturalnego po odzyskaniu niepodległości i odbudowie państwa, ponowne zjednoczenie ziem polskich i litewskich, tak jak to było przed rozbiorami. Litewscy zaś działacze polityczni, którzy zapragnęli budować "niepodległą" Litwę pod niemieckim protektoratem, doskonale zdawali sobie sprawę ze swej słabości, i to zarówno demograficznej, politycznej jak i organizacyjnej. Polacy (czy raczej polscy Litwini), mieli tam szkoły, kościoły, kółka samokształceniowe, organizacje polityczne, sportowe, ochronki i w ogóle całkowicie dominowali szczególnie właśnie na Wileńszczyźnie). Niemcy zaś specjalnie wsparli słabszych Litwinów, aby wywołać i uwypuklić spór polsko-litewski. Litwini zresztą nie mieli innego wyjścia jak tylko oprzeć się na Niemcach, po prostu gdyby nie pomoc Berlina, Litwa etnograficzna, Litwa nacjonalistyczna nie powstałaby. We wrześniu 1917 r. Niemcy zorganizowali zjazd działaczy litewskich we Wilnie, na którym powołano Tarybę - czyli Radę Krajową (zaczątek litewskiego parlamentu). W grudniu zaś tego roku, Taryba wydała oświadczenie, proklamujące odbudowę niezależnego państwa litewskiego ze stolicą w Wilnie (pozostającego w ścisłym związku z Niemcami, którzy zamierzali wykorzystać ten teren, pod dalszą polityczną i ekonomiczną ekspansję po zwycięskim zakończeniu wojny).




Wkrótce Taryba poszła jeszcze o krok dalej i (bez konsultacji z niemieckimi władzami wojskowymi i politycznymi), proklamowano - 16 lutego 1918 r. niepodległość Litwy. Tutaj już bardzo ostro zareagowali Niemcy i w kilka dni później Taryba musiała się wycofać z tych planów (Niemcom nie zależało na niepodległej Litwie, oni chcieli stworzyć ta po prostu quasi państewko, pod całkowitą polityczną, militarną i gospodarczą kontrolą Berlina). Niemcy zgodzili się na formowanie terenowych struktur władzy litewskiej, oraz oficjalnego ustroju, jako monarchii konstytucyjnej (w rzeczywistości jednak hamowali jakiekolwiek realne działanie Litwinów, zmierzające do budowy prawdziwej niepodległości tego kraju). Polscy Litwini nie tylko nie uznawali Taryby, ale także nie godzili się na jakiekolwiek próby budowy małej, etnograficznej Litwy, bez dalszych związków z Koroną, czyli Polską (wówczas również okupowaną przez wojska niemieckie). Z chwilą kolejnych klęsk na froncie zachodnim, Niemcy (zdając sobie sprawę że tej wojny już nie wygrają), zgodzili się na powołanie tymczasowego rządu litewskiego, który został sformowany na początku listopada 1918 r. a na jego czele stanął litewski historyk i działacz polityczny, zwolennik samoistnej Litwy - Augustinas Voldemaras.

Stosunek nacjonalistycznych polityków litewskich, był nieadekwatny do stosunku mieszkańców Wilna i Wileńszczyzny, którzy z chwilą klęski Niemiec 11 listopada 1918 r., zaczęli deklarować chęć odnowienia związku z Polską (ich hasło brzmiało: "Przede wszystkim chcemy być razem z Polską"). Odradzająca się powoli Polska, nie zamierzała zrezygnować z Wileńszczyzny, już w grudniu 1918 r. Naczelnik Państwa - Józef Piłsudski (podczas spotkania z delegacją litewską), nakreślił przyszły plan działania, który zamykał się w słowach: "Albo Litwini zgodzą się na państwowy związek z Polską, albo będą musieli ograniczyć roszczenia terytorialne do terenów ściśle etnograficznych" (a to oznaczało niewielkie ziemie Żmudzi i Auksztoty, na północ od Wileńszczyzny). Litwini zdawali sobie sprawę że są za słabi, a w samym mieście praktycznie nieistniejący. 29 grudnia odbyła się w mieście wielka demonstracja Polaków, za zjednoczeniem Litwy z Polską. Rząd litewski Voldemarasa był coraz bardziej izolowany (nie mówiąc już o tym, że oficjalny rząd nowo powstałego państwa, jakim była Litwa, obrał sobie za stolicę miasto, w którym językiem powszechnie obowiązującym był język polski), tym bardziej że wojska niemieckie (główna podpora Litwinów), zaczęły się wycofywać. 2 stycznia 1919 r. (wraz z ostatnimi niemieckimi oddziałami), nowy rząd litewski - Mykolasa Sleżeviciusa, wyjechał z Wilna do Kowna. 

Rząd litewski i wielu Litwinów o nacjonalistycznych poglądach, wyjechało z Wilna w obawie przed zajęciem miasta przez postępującymi na zachód bolszewikami. Po ich wyjeździe miasto przeszło w polskie ręce. Tymczasem centralna Polska też się odradzała do życia. 10 listopada 1918 r. przyjechał do Warszawy (zwolniony z twierdzy w Magdeburgu) brygadier Józef Piłsudski, witany na dworcu przez tłumy warszawiaków. 11 listopada Rada Regencyjna (organ niemieckich władz okupacyjnych, powstała 27 października 1917 r.), złożona z trzech regentów: Józefa Ostrowskiego, księcia Zdzisława Lubomirskiego i kardynała, metropolitę warszawskiego - Aleksandra Kakowskiego, przekazała oficjalnie władzę nad (prawie nie istniejącym jeszcze wówczas) Wojskiem Polskim, w ręce brygadiera Piłsudskiego (ten dzień, wraz z podpisaniem kapitulacji przez Niemcy, jest obchodzony do dziś jako Dzień Niepodległości, bowiem od tego dnia rozpoczęto rozbrajanie niemieckich oddziałów, stacjonujących w stolicy). 12 listopada otrzymał również misję utworzenia rządu narodowego, zaś 14 listopada Rada Regencyjna dokonała samorozwiązania, przekazując pełnię władzy w ręce Józefa Piłsudskiego (od tego dnia oficjalnie Polska stała się republiką).

16 listopada Piłsudski w sposób oficjalny notyfikował powstanie państwa polskiego na arenie międzynarodowej, wysyłając telegramy o następującej treści: "Jako Wódz Naczelny Armii Polskiej pragnę notyfikować rządom i narodom wojującym i neutralnym istnienie Państwa Polskiego Niepodległego, obejmującego wszystkie ziemie zjednoczonej Polski. Sytuacja polityczna w Polsce i jarzmo okupacji nie pozwoliły dotychczas narodowi polskiemu wypowiedzieć się swobodnie o swym losie (...). Państwo Polskie powstaje z woli całego narodu i opiera się na podstawach demokratycznych. Rząd Polski zastąpi panowanie przemocy, która przez sto czterdzieści lat ciążyła nad losami Polski - przez ustrój zbudowany na porządku i sprawiedliwości. Opierając się na Armii Polskiej pod moją komendą, mam nadzieję, że odtąd żadna armia obca nie wkroczy do Polski, nim nie wyrazimy w tej sprawie formalnej woli naszej. Jestem przekonany, że potężne demokracje Zachodu udzielą swej pomocy i braterskiego poparcia Polskiej Rzeczypospolitej Odrodzonej i Niepodległej", do USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch, Japonii, Niemiec "i wszystkich państw wojujących i neutralnych". 


HARRY KESSLER


17 listopada Piłsudski powołał pierwszy rząd w pełni odrodzonej Polski, pod przewodnictwem socjalisty - Jędrzeja Moraczewskiego (pierwsze posiedzenie rządu odbyło się w dniu następnym). Kraj był jednak totalnie zrujnowany, ogołocony z przemysłu i tak biedny, że obawiano się wybuchu jakiejś epidemii na tych ziemiach. Ale podstawowym zadaniem była odbudowa wojska (jeśli ten kraj miał przetrwać), zaczęto je formować już z końcem października 1918 r. 19 listopada Niemcy były pierwszym krajem, jaki nawiązał z odradzającą się Polską stosunki dyplomatyczne, wysyłając do Warszawy swego przedstawiciela - Harrego Kesslera (przybył do polskiej stolicy kilka godzin po północy 20 listopada). Wybór Kesslera do końca nie był pewny, tym bardziej że już 16 listopada gruchnęła wiadomość że pierwszym niemieckim dyplomatą w Warszawie ma zostać ... kobieta. Nie miał jednak łatwo, pamięć dotychczasowej niemieckiej okupacji (i wciąż jeszcze stacjonujących w różnych miejscach odradzającego się kraju wojsk niemieckich), powodowała silną niechęć Warszawiaków do Niemców (Kessler musiał co chwilę zmieniać hotele, bo gdy tylko bojówki Narodowej Demokracji dowiadywały się gdzie przebywa, obrażano go i próbowano zmusić do wyjazdu. 

Do jednego z poważniejszych tego typu ataków, doszło 23 listopada, gdy tłum wdarł się do hotelu Bristol, w którym przebywał Kessler, kelner wyprowadził go na zaplecze, umożliwiając ukrycie się w kuchennych zakamarkach. Dyrektor (w obawie przed zdemolowaniem), poprosił niemieckiego posła o opuszczenie hotelu - Kessler opuścił więc hotel Bristol. Mimo to 24 listopada bojówki endecji wdarły się do hotelu, wyłamali drzwi do jego pokoju i zrobili totalny rozgardiasz (przywódca tej bojówki - Wojciech Korfanty, wszedł do pokoju po ... balkonie). Po tym incydencie Piłsudski wyznaczył Kesslerowi niewielki pensjonat, a do jego ochrony przydzielił mały oddział żołnierzy, wyposażonych w broń krótką. Tam też jednak dopadły go narodowe bojówki, zmuszając właścicielkę pensjonatu, by wypowiedziała mu gościnę. Kessler znów znalazł się bez dachu nad głową. Przez cały czas swojego krótkiego pobytu w Warszawie, miał za zadanie wynegocjować drogę ewakuacji potężnych (choć coraz bardziej zdemoralizowanych i niechętnych wojaczce), wojsk niemieckiego Ober-Ostu. 2 grudnia 1918 r. Niemcy zaakceptowali polskie żądania wycofywania swej armii wyznaczoną trasą (Kowel, Białystok, Grajewo, Prusy Wschodnie) - 5 lutego 1919 r. podpisano oficjalną umowę w tej sprawie, zaś Kessler został poproszony o opuszczenie Warszawy i wyjechał stąd 16 grudnia 1918 r. Tak też zostały zerwane pierwsze polsko-niemieckie stosunki dyplomatyczne. 



CDN.       
 

sobota, 3 grudnia 2016

PAMIĘTNIK PROSTYTUTKI - Cz. III

SPISANE PRZEZ 

"DAMĘ DO TOWARZYSTWA",

NIEZNANE FAKT Z ŻYCIA

POLSKICH POLITYKÓW PRZEŁOMU LAT

80-tych i 90-tych




 
Oto pamiętnik prostytutki, która na początku transformacji ustrojowej w Polsce, spotykała się (nie zawsze w celach seksualnych, co należy podkreślić i o czym ona sama pisze), z politykami rodzącej się III Rzeczypospolitej Polski. Większość nazwisk, które ona wymienia w pamiętniku, jest dziś już zupełnie nieznana młodym ludziom, a niektórzy zakończyli już swój żywot. Część jednak jak najbardziej wpada w ucho, nawet po owych 27 latach od początku "wyborów kontraktowych" z 4 czerwca 1989 r. Takimi nazwiskami są chociażby: Leszek Balcerowicz, Zbigniew Brzeziński, Bronisław Geremek, Wojciech Jaruzelski, Jacek Kuroń, Adam Michnik, Jerzy Urban czy ... Andrzej Wajda. Trudno się dziwić, dziewczyna musiała być popularna w swoim środowisku, a faceci (a szczególnie faceci u władzy), lubią skoki w bok - władza w końcu jest swoistym afrodyzjakiem.



Piliśmy Martella. Cezar oglądał mnie jak konia na targu, brakowało tylko, żeby mi zajrzał w zęby. Urke był przy nim grzeczny, prawie uniżony. Cezar zwracał się do niego per "ośle", chyba w dowód sympatii i przywiązania. Znałam go dawniej, bywał u mego ojca. Podobno miał krótki romans z mamą, tak przynajmniej mówiono na mieście. Był przystojny arystokratycznie, szczycił się chłopskim pochodzeniem. Jego babki musiały dawać Branickim, Potockim pewnie też. Miał zawsze ambicje polityczne, zawsze stawał u progu kariery i potykał się o ten próg, tłukąc co było w ręku. Najlepiej redagował. Dlaczego oni nie chcą robić tego, co potrafią najlepiej? Messner był podobno świetnym buchalterem, kto inny elektrykiem, jeszcze inny dowódcą garnizonu. Nawet ja rozumiem, że na komendę nie robi się wielkiej polityki, tylko krótkie spięcia. Martella piliśmy w willi w Konstancinie. Jelenie rogi, futra na parkietach, fotele obite pozłocistą skórą. Cezar udawał, że mnie nie zna. Udawać potrafił - pamiętałam go w roli kowboja, gdy po chamsku poskramiał górników, sam przeciwko sali. Tyle, że pod salą stało ZOMO. 

Urke łasił się do szefa. Robił to z taktem, na wesoło. Pozował na podpitego, wychwalał moje piersi, musiałam je pokazać. Kiedy chciał, bym pokazała wszystko, powiedziałam, że muszę mieć mieszkanie o pokój większe. 
- Tyle władzy jeszcze mamy - zaśmiał się Cezar. - Ja ci pomogę w przeprowadzce, a ty nam pomóż nie oddać władzy durniom.
- Pan myśli, że kim ja jestem? - zapytałam.
- Ja chcę wiedzieć, co myśli Gdańsk - głos Cezara raptem stwardniał. - I jego otoczenie. Z R.D. przespałaś się tylko raz, ale z G.W. trzy razy, z J.R. robiliście to na plaży w Sopocie, a z Jacuniem po wódce nawet w maluchu. 
- Za to z Grzesiem w mercedesie. O tym na pewno pana nie poinformował.
- Mylisz się, Agnieszko. Meldunki dostajemy kompletne.
- No, to wódz dostanie jutro meldunek o naszych figielkach.

Obaj parsknęli śmiechem. Nie wiedziałam wtedy, że wódz ogląda nas na bieżąco przez ukrytą kamerę, nie opuszczając gabinetu, w którym spędza siedem ósmych życia. Pewnie postanowili go zabawić. Jeśli człowiek nie pije, nie pali i nie uprawia tych rzeczy samotrzeć, to niech przynajmniej popatrzy sobie służbowo, bo wtedy jest pretekst. 
- Rozbierz ją, ośle - polecił Cezar. - Tylko zrób to jak mężczyzna, żebym nie musiał za ciebie się wstydzić.
Urke puścił do mnie oko. W takt koncertu skrzypcowego Rachmaninowa (Cezar ma sentyment do skrzypiec) rozebraliśmy się oboje, a potem szef Urkiego łaskawie pozwolił nam rozebrać siebie i jeszcze łaskawiej zrobił to ze mną pierwszy, wyrzuciwszy na ten czas "osła" za drzwi. Kochał się prymitywnie, jakby drzewo rąbał. Tę technikę musiał odziedziczyć nie po Branickich, tylko po swojej chłopskiej linii, którą się chwalił przed ludem. Kazał mi oprzeć się rękami o stół i wypiąć pupę, łapami chwycił za biodra i grzmocił, zapatrzony w lustro przed nami. Musiał wydawać się sobie niesłychanie męski. 

- Jak ci? - wysapał, kończąc.
- Agnieszka ... - odmruknęłam, tak żeby nie dosłyszał.
- Dobrze było?
- Jest pan mężczyzną - zaserwowałam sprawdzony tekst. 
- Ej, ośle, możesz już wejść!
Obiecał mi trzypokojowe mieszkanie na Żoliborzu w zamian za nic: wystarczy tylko, bym spotykała się z dawnymi znajomymi, zwłaszcza z Wybrzeża, a potem wpadała do niego na małe plotki. Czasami trzeba będzie coś im szepnąć, dać cynk, uprzedzić. Czasem poinformować uczciwie, że on Cezar, z tym czy owym nie ma nic wspólnego. Zabawne: o to samo prosił mnie generał B., z którym kochałam się w mercedesie, i nie tylko ...




Generał generałowi nie równy. Przez pewien czas obracałam się w ich kręgu, sprytnie wciągnięta w to przez B. i S., tych najbliższych szefowi. Pojąć nie mogę, jak ich wytresował aż do tego stopnia: nawet w snach salutowali mu na baczność. Ich oddaniu mało było samej wierności - aby dowodzić, że są lojalni, musieli wciąż wyszukiwać nielojalnych i podsuwać szefowi na pożarcie. W ten sposób skończył ze sobą generał O., a może okazano mu pomoc, tak przynajmniej szeptano po monowskich kątach: szef otrzymał meldunek, że O. szykuje pałacowy przewrót i chce stanąć na czele. Pochowano go w dyskretnym pośpiechu. Zawał? Trucizna? Postrzał? Grzesiek poradził mi, żebym nie była ciekawska i zapewnił, że ekshumacji nie będzie. Gardzą cywilami. Grześkowi jeden jedyny raz zebrało się na gadanie, a i od niego usłyszałam wtedy to samo: że u cywilów pazerność na władzę idzie w parze z prywatą i nieudolnością, że gdyby zamiast Gomułki czy Gierka dowodzili Polską oficerowie, nie skończylibyśmy na śmietniku cywilizacji:

- Dowodzenie to wiedza. Nie ma miejsca na improwizację ani na ideologię, rozumiesz. Agnieszko? Rozkaz, wykonanie, meldunek. I przełożonym, i podwładnym daje to poczucie własnej wartości. Dowódca wie lepiej. A dowódcą i podwładnym jest się równocześnie. 
Gdyby on wziął władzę w czerwcu 1976, mógł, proponowano mu! Nie było jeszcze za późno ... Co mnie to obchodziło? Bronek zaśmiewał się, gdy powtarzałam mu generalskie gadki. On z kolei wierzył we wszechmoc profesorów, podobnie jak Klemens - uczeni, intelektualiści, tylko umysły światłe. Zagadkowy W.J. , którego nigdy do końca nie rozgryzłam, bo są fenomeny nie mieszczące się w regule, miał kota na punkcie tytułów, ale ufał tylko stopniom. Sławek, świetny artysta, złamał dla niego pędzel i włożył mundur: zakochany był w W. jak małolata w idolu. Z generałów chyba tylko B. czuł się lepszy od szefa. Wtedy, w łóżku - a ściślej, w saunie, w podziemiach krotoszyńskiego pałacyku, otoczonego więziennym murem z czujnikami laserowymi - generał B. okazał się chłopem nie do zdarcia: pięć razy wchodził we mnie, wymyślając w kłębach pary najfikuśniejsze pozycje.

Jako dziewczynka uprawiałam gimnastykę zawodniczo, kondycja została mi i bardzo się przydaje. Nigdy jednak nie musiałam tyle dać z siebie, co w saunie z B. Miał koncepcję ze staniem na rękach, z mostkiem, z wyskokiem, z przechodzeniem w szpagat. Sam też był wysportowany, zrobił na mnie całe sto pompek, każąc mi liczyć na głos. W saunie, pamiętam, zaczął od lustracji. Nie od penetracji, która jest grą miłosną, tylko od oględzin. Położył mnie na półce, kazał najszerzej rozłożyć uda i przez długą chwilę studiował obie szparki. 
- Szukasz czegoś? - spytałam z uśmieszkiem. - Nie ma tam ani kamery, ani podsłuchu.
- Chyba nie ma - potwierdził z powagą. - Widziałem już takie instalacje.
A jednak te pięć razy było udawane. Nie kończył. Sapaniem pozorował orgazm, ale my, baby, znamy się na tym. Kiedy za piątym razem skończył faktycznie i wypoczywaliśmy obok siebie w kłębach pary pachnącej igliwiem, dał popis swojej ambicji.
- Pędzimy ku katastrofie - usłyszałam. - On się załamał, ostatnim podstępem chce im wcisnąć w ręce ster. Gdyby mnie go oddali ... Tylko ja wiem, co należy zrobić żeby kraj ocalał, a nam, zamiast szubienic, wzniesiono pomniki ...
Pycha jest w każdym chłopie. Ale w tych wczorajszych była jeszcze pogarda wymieszana ze strachem. 

Dostałam wszystkie wasze listy. I te, w których niecierpliwicie się, kiedy ujawnię nazwiska moich klientów. I te, w których grozicie, błagacie i straszycie, bym nie śmiała tego zrobić. Nie jestem strachliwa. Sama nikogo nie szantażowałam, ale i mnie nie da się zaszantażować. Przyjdzie pora na nazwiska. Zbycha poznałam w Kanadzie. Teraz przypuszczam, że S., pracownik naszej ambasady, który znaczy dużo więcej niż funkcja, jaką tam pełni, zaprosił mnie do Toronto, opłacając podróż, wcale nie z osobistego sentymentu. Nie chodziło mu też, jak przypuszczam, o Grega H., kanadyjskiego polityka na szczeblu prowincjonalnym, któremu mnie przedstawił zaraz po przyjeździe. Z przyjaciółką S., Tereską, wybraliśmy się we czwórkę do letniskowego domku Grega nad jeziorem Ontario. S. wziął z Baltony karton "wyborowej", a od zaprzyjaźnionych dyplomatów dwie wielkie bańki czarnego kawioru, który jedliśmy łyżką, z kropelkami cytryny, popijając dobrze zamrożoną wódką. Wódkę pod czarny kawior nauczyli mnie pijać dwaj Zdziśkowie, literaci, "Wielki" i "Mały", "Wielki" zrobił przy Moczarze nieoczekiwaną karierę, jego "Sześć Cudów nad Wisłą" wykorzystano jako biblię nacjonalizmu, ale mało kto wie, że "Cuda" wymyślił mu "Mały", jak zresztą wszystko czym wsławił się "Wielki". 

"Mały" mózgował, "Wielki" wygłaszał i miało to podtekst seksualny: po wódce z kawiorem prałam "Małego" po gębie, ku uciesze "Wielkiego", który dokładał mu jeszcze żołnierskim pasem. Później szliśmy we trójkę do łóżka i tam "Mały" dostawał od nas kolejną porcję razów, aż obaj Zdziśkowie kończyli radośnie podręcznikowy model sado-masochizmu w wykonaniu intelektualnym. Greg H. też miał skłonności masochistyczne. Aby skończył, musiałyśmy z Tereską rozgniatać mu nos, targać za uszy, drapać i szczypać. Figlowaliśmy we czworo na niedźwiedziej skórze przed kominkiem, S. jakby z obowiązku - za nic nie chciał zdjąć slipów przy zapalonym świetle. Tak na oko, nie za wiele miał w tych slipach, a może nie podniecały go nasze igraszki z Gregiem, bo myślał o interesach. Greg poprosił, żebyśmy się popieściły z Tereską. Jestem typem raczej chłopięcym, stąd zapewne wolę dziewczyny krągłe. Bo że lubię dziewczyny, to żaden sekret, chętnie o tym mówię mężczyznom, a oni nie mają nic przeciwko temu. Podniecają ich nasze pieszczoty, jak byśmy to robiły specjalnie dla nich. Tereska miała białe leniwe ciało, piersi ciężkie, o maciupeńkich brunatnych brodawkach. Moje całowanie dawało jej chyba więcej niż kochanie się z S. - bez entuzjazmu odeszła z nim na kwadrans do sypialni, a wróciwszy stamtąd, zaczęła się do mnie tulić, żeby osiągnąć co trzeba.

Rano, przy śniadaniu, S. rozmawiał z Gregiem o interesach. Nie przypuszczał, że słucham. Najpierw prosił o włączenie się Kanadyjczyka do jakiejś polskiej spółki, po części chyba fikcyjnej, aby uzyskać zwolnienie od podatków. Jest taki idiotyczny przepis. Ale to było dla zmyłki. Wyczułam, że tak naprawdę S. zależało na drugiej sprawie - kontakcie z jakimś Zbychem, biznesmenem polskiego pochodzenia, wspólnikiem Grega w pewnym bankowym przedsięwzięciu. 
- Wy go traktujecie poważnie? - zapytał Greg.
S. zaśmiał się, powiedział, że Polska to kraj niespodzianek, a o pewnych rzeczach warto wcześniej wiedzieć:
- W USA wygrywali już prezydenckie wybory sprzedawcy krawatów i hodowcy orzeszków ziemnych, he, he, he ...
Nie byłam ciekawa tego Zbycha. Na wspólne spotkanie zgodziłam sie pod naciskiem S. Kto by się spodziewał ...






CDN.

czwartek, 1 grudnia 2016

NIEWOLNICE - Cz.XI

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI





HISTORIA PIERWSZA

LAUREN

AMERYKAŃSKA NIEWOLNICA SZEJKA BRUNEI

Cz. XI



Wkrótce zrobił się tumult, gdy tabun dzieci i niań przetoczył się koło mnie i wdarł do salonu. To nie mogła być tylko najbliższa rodzina, gdyż było ich mnóstwo. Sułtan i królowa szli za nimi. Sułtan wyglądał mniej dostojnie niż na banknotach. Królowa w luźnej, mieniącej się tradycyjnej szacie prześcigała go rozmiarami. Obserwowałam ją w trakcie rejsu. Przez cały dzień siedziała, milcząc i uśmiechając się łaskawie do każdego rozmówcy. Dzień minął mi na podawaniu napojów i uprzątaniu pustych szklanek oraz roznoszeniu tac z zakąskami. Królowa uśmiechała się do mnie i szukała mojego spojrzenia, a nawet wydawała się mieć skruszoną minę, gdy prosiła o podanie czegoś. Jakby mnie odrywała od innych zajęć. Boże, czułam się jak kurwa. Domyślałam się przecież, że serwuję tu colę dzieciakom faceta, który dzięki temu ma okazję przyjrzeć się dokładnie mojej dupie. Sułtan był jak Robin przystojnym mężczyzną. Trochę starszy, trochę poważniejszy, bardziej mi przypominał detektywa Magnuma niż Errola Flynna, z którym kojarzył mi się książę. Nie zwracał na mnie uwagi.  Pod koniec rejsu jednak, kiedy sułtan i królowa wychodzili z salonki, on po raz pierwszy spojrzał mi w oczy, uśmiechnął się porozumiewawczo i właściwie puścił do mnie oko. Postarałam się odwzajemnić spojrzeniem mówiącym, że jestem pod nieodpartym urokiem. Był sułtanem i skoro miałam zostać przekazana w kolejne ręce, postanowiłam wykorzystać to jak najlepiej.


Gdy dobiliśmy do portu, nikt się nie pojawił, żeby mnie zabrać, ale tym razem nie wpadłam w popłoch, że o mnie zapomniano. Zwróciłam mundurek i przedrzemałam się w kambuzie, póki nie trącił mnie w ramię barman, mówiąc, że przyjechał kierowca. Po powrocie na teren pałacu zorientowałam się, że wszyscy udali się już na przyjęcie. Chodząc po pokoju, zdejmowałam z siebie ubranie, po czym z pluskiem wskoczyłam do wanny, obliczywszy, że mam jeszcze pół godziny, żeby zdążyć na imprezę przed pojawieniem się Robina. Rozumiało się samo przez się, że lepiej umrzeć na malarię, niż się tam w ogóle nie pokazać. Ryzykowało się utratą kilku pól, cofnięciem na miejsce startu, ukaraniem, skazaniem na niedostrzeganie. Przypudrowałam nos, który zaróżowił się, mimo że na pokładzie stałam króciutko, podpięłam włosy w górę i wsiadłam do wózka golfowego. Było już po godzinie dziesiątej, gdy weszłam na salę, niestety spóźniona. Robin już tam był, nachylony nad oparciem kanapy rozmawiał z Yoyą. Gestykulowała żywo z szeroko otwartymi oczami. Wyglądała jak mała dziewczynka opowiadająca tacie o jakimś strasznym zdarzeniu, które miało miejsce na szkolnym podwórku. Robin słuchał ze skrzyżowanymi rękami i pobłażliwym uśmiechem. W wyrazie jego twarzy dostrzegłam coś, co spowodowało, że zawadziłam czubkiem pantofla o dywan i się potknęłam. Dostrzegłam ciepło i naturalność. Wyglądał jak osoba kochająca. Nie miłością namiętną, raczej ojcowską.

Serena i Leanne ostentacyjnie nie patrzyły w moją stronę, ale biła od nich zdradliwa energia, której siła, tak to czułam, rozpęta burzę nad moją głową. Zdenerwowałam się. Narzucając sobie spokój, szłam w stronę ciężkich chmur burzowych, ale drogę zastąpił mi Eddie i wyciągnął z sali. Najwyraźniej czekał na mnie. To Eddie dawał sygnał wybranej danej nocy przez Robina dziewczynie, że ma się wymknąć z sali. Tej nocy to byłam ja. Sprowadził mnie schodami do miejsca, gdzie jeszcze nie byłam. Wielka, okrągła sala z licznymi drzwiami. Jakby gotowa do teleturnieju z nagrodami. Za drzwiami numer jeden jest nowa lodówka, za drzwiami numer dwa tygrys, za drzwiami numer trzy ... sypialnia, gdzie zostawił mnie Eddie, zamykając od zewnątrz drzwi na klucz. Wyglądało na to, że wszystkie pokoje w pałacu zamykane są od zewnątrz. Robin wszedł piętnaście minut później. 
- Opowiedz, jak minął ten dzień. Co się zdarzyło? Czy go poznałaś? 
Wyczułam, że dla Robina jest ważne, czy jego brat mnie zaaprobował. Opowiedziałam mu o niektórych szczegółach z dnia na jachcie. Uważałam, że lepiej nie mówić o żonie sułtana. Temat żon traktowano tutaj jak sekret rodzinny, o którym wszyscy wiedzą, ale każdy udaje, że go nie zna.

- Co myślisz o moim bracie? 
- Puścił do mnie oko. 
Uśmiechnął się. 
- Był miły.
- Puścił oko?
Wydawało mi się, że jest zadowolony, wyciągnął aparat cyfrowy. Takiego jeszcze nie widziałam. Czy miał zamiar zrobić mi zdjęcia i wysłać je sułtanowi? 
- To dla nas - rzekł, odpowiadając na niezadane pytanie. - Istniejemy my? 
Poczułam ulgę. Nie chciałam być przekazywana. Czułabym się, jakby Robin zametkował mnie przed wysłaniem na aukcję. Nawet jeżeli byłam nabytą własnością, pragnęłam być doceniana. Ta sama dziewczyna, która parę tygodni temu doradzała przyjaciółce, żeby zerwała ze zdradzającym ją chłopakiem, teraz potrafiła bez cienia refleksji, siedząc na krawędzi łóżka, mieć nadzieję, że rozkochała w sobie mężczyznę, który miał niejedną, lecz pewnie ze czterdzieści kochanek, a wszystkie znajdowały się w odległości kilkudziesięciu metrów, a jeszcze trzeba by do tego doliczyć jego żony. Wpadłam w pułapkę. Robin kształcił się w najlepszych szkołach w Anglii, był liczącą się postacią w sferach finansjery i polityki, był patologicznym narcyzem, wprawnym manipulatorem, seksoholikiem i mistrzem w kolekcjonowaniu kobiet. Nie miałam żadnych szans. Myślałam jednak, że z pewnością nie spotkał dotąd kogoś takiego jak ja. Może ze mną będzie inaczej. Może właśnie ja go wreszcie uszczęśliwię. Może ja będę dzięki temu również szczęśliwa.




Podłączył aparat do monitora ustawionego na stoliku w kącie pokoju i zaczął pstrykać zdjęcia. Widziałam monitor z łóżka, na którym leżałam. Pojawiłam się na ekranie jako pornograficzna parodia, dziewczynka z okrągłą buzią i pulchną dupcią w samych tylko pończochach.
- Spójrz na siebie. Jesteś doskonałością - mówił później, przeglądając kolejne ujęcia. - Nie wolno ci niczego w sobie zmieniać. 
Byłam doskonałością. Byliśmy już ubrani i gotowi wrócić na przyjęcie, kiedy Robin wręczył mi pudełko. Był w nim złoty naszyjnik z brylantem w kształcie serduszka. Pierwsza sztuka biżuterii, jaką mi podarował, nie tak ekskluzywna jak późniejsze oprawne w brylanty rolexy i kosztowności Bulgari, ale właśnie ta pozostała najbardziej intymnym i osobistym prezentem od niego. Mocno zabiło mi wtedy serce. Zostałam jedną z tych dziewczyn, którym dane było otwierać szkatułki i odkrywać w nich skrzące się diamentowym blaskiem niespodzianki, jedną z tych dziewczyn, które podnosiły włosy, gdy na ich szyi zapinano kolię. Kiedy wróciłam na swoje miejsce, Serena i Leanne nawet na mnie nie spojrzały. Mówiły półgłosem, lecz dosłyszałam słowo "tłusta". Potem doleciało mnie słowo "dziwka". Byłam zmęczona, piekła mnie twarz od słońca. Dopadły mnie, gdy miałam cienką skórę, więc łzy nabiegły mi do oczu.

Przez dźwięki muzyki przebił się głos Fiony. Odwróciłam się. Machała ręką, przyzywając mnie. Podeszłam tam i usiadłam, puste miejsce między nami czekało na Robina, który odbywał rundę wokół sali. Twarz mnie paliła, siłą woli powstrzymywałam łzy. Nie chciałam, żeby ktokolwiek zauważył, że wycieram oczy, więc pozwoliłam jednej potoczyć się po policzku i wytarłam ją ukradkiem, podnosząc do ust drinka. Fiona nie komentowała moich łez ani tego, że przyszła mi na ratunek. Była niezwykła. Niczego nie robiła byle jak. Ja jestem z natury niechlujna. Zszyję jeden szew, za chwilę pęka drugi. Potrzebowałam psychicznego wsparcia i Fiona mi je dała. Nie ufałam jej do końca, ale zaczynałam rozumieć jej strategię. Korzystny z jej punktu widzenia był sojusz z dziewczyną zasiadającą po lewej ręce Robina, w myśl przysłowia "ręka rękę myje, noga nogę wspiera". Więc ode mnie oczekiwała, jak się domyślałam, że nie będę próbowała wysadzić jej z siodła. To mi odpowiadało. Jeżeli na tym polegało usytuowanie drugiej faworyty, wcale nie chciałam wiedzieć, jak to jest być Fioną.

Przez kolejne dwie noce byłam dziewczyną, która znikała z przyjęcia. Na sygnał od Eddiego wyślizgiwałam się ukradkiem z sali i czekałam na Robina w sypialni. Wciąż miałam jednak bilet powrotny datowany na następny dzień. Ari powinna wrócić rano z Los Angeles, żeby wyprawić mnie i Destiny. Zastąpi nas nowa zwierzyna upolowana i przywieziona przez nią. Wyciągnęłam już swoją walizkę z szafy na dole i byłam prawie spakowana. Na spotkaniu ze mną tej nocy Robin nie wspomniał ani słowem o moim jutrzejszym locie. Byłam rozczarowana, że rozstaje się ze mną z taką łatwością, ale próbowałam się pocieszać, wmawiając sobie, że summa summarum przeżyłam coś ciekawego. Nie dramatyzowałam, wiedziałam, że zafascynowanie Robinem mi przejdzie i pobyt w Brunei posłuży do opowiadania barwnych historii. Mimo wszystko przynajmniej będzie o czym opowiadać. Nie do pogardzenia miały być też pieniądze. Z plotek wiedziałam, że dostaje się je w kopercie, wręczanej "w prezencie". Należy schować ją do torebki i otworzyć później. Dziewczyny zapewniały, że sumy są o wiele wyższe od przyrzeczonych. Książę w końcu nie zakochał się we mnie, trudno. Moje fantazje na temat noszenia tiary się rozwiały. Tak czy owak nie byłam wolna od zadowolenia, że wracam do domu do spraw, na których mi zależało: do przyjaciół, teatru, wielkiej miłości, jaką był Nowy Jork, po prostu do życia, które się dla mnie dopiero zaczynało.

Ja siedziałam na swoim fotelu, Fiona na swoim, a Robin krążył leniwie po sali z wódką z tonikiem w jednej ręce i niewidocznym berłem w drugiej. Fiona chętnie wdawała się ze mną w rozmowę i równie chętnie milczała. Nie wyczuwałam w niej fałszu jak w innych dziewczynach. Chyba że jej zakłamanie było wyjątkowo wyrafinowane, że aż niewykrywalne. Starałam się zapamiętać twarze dziewcząt, sztukaterię w rogach sufitu, odwróconego plecami Robina. Wrzucałam te szczegóły do albumu w mojej pamięci, żebym mogła potem wyjąć je z niego i pokazać ludziom w Max Fish tuż przed zamknięciem knajpy. Widziałam, jak Eddie wyprowadza Destiny, żeby jej wręczyć słynną kopertę. Mrugnęła do mnie, gdy wróciła na salę. Patrzyłam, jak na pożegnanie rzuca się na szyję dziewczynom, mężczyznom, kelnerom, każdemu, kogo tu poznała. Wszyscy ją lubili. Była naprawdę atrakcją ze swoimi wielkimi cyckami, szokującymi strojami i ciętym językiem.
- Była bardzo lubiana - zauważyła Fiona. - Na swoje nieszczęście. Popularność i sukces nie muszą chodzić w parze. 
Szykowałam się, że za chwilę wezwie mnie Eddie, ale to się nie stało. Podzieliłam się zaniepokojeniem z Fioną. 
- Ty nie wyjeżdżasz. Zrelaksuj się.

Po raz pierwszy usłyszałam, że w grę wchodzi taka możliwość. Nie uwierzyłam Fionie. Ona nie pociągała tu za sznurki. Nie o wszystkim wiedziała. Zanim powiedziałam jej, że prawdopodobnie jest w błędzie, usiadł między nami Robin. Noc miała się ku końcowi, a Eddie do mnie nie podszedł, nie zamienił ze mną słowa, ani Madge, ani nikt inny. Poddawałam się mimo woli panice. Dlaczego mi nie płacą? Czy zrobiłam coś złego? Wreszcie Fiona poruszyła temat, przewróciwszy z irytacją oczami. 
- Ona się denerwuje, że musi wracać do domu. Nie chcesz wyjechać?
- Oczywiście, że nie chcę. Mam jednak bilet zabukowany na jutro. 
- Zostajesz oczywiście - Robin odwrócił się do Fiony - Powinnaś jej powiedzieć. 
- Powiedziałam.
To było wszystko. Usiadłam wygodniej, musiałam przemeblować sobie w głowie. Zostaję. Na jak długo? Nie mam więcej ubrań, w każdym zestawie pokazałam się przynajmniej trzy razy. Mam co robić w domu. Właśnie, mam zrobić ... co? Przebiegłam myślą listę. Przyjaciele zaczekają. Nowy Jork się nie przemieści. Sean miał mnie więcej niż dosyć. Rodzina i ja przeżywaliśmy ze sobą gorsze momenty, przetrwamy i to. Jeśli chodzi o moją karierę, kompletnie zabrakło mi argumentów. Nic poza wielkimi planami. Te mogły poczekać. Przeżywałam biegunowo różne emocje: byłam w euforii, a zarazem czułam się zdołowana. Unosiłam się i tonęłam.




Dnie mijały, z dwóch tygodni zrobiły się trzy, a przy naszym stoliku pojawiła się nowa kolekcja pięknych i nie mających o niczym pojęcia amerykańskich dziewczyn. Obok mnie zajmowała miejsce Taylor. Nie zdziwiło mnie, że wywalczyła sobie drogę do Brunei. Natarczywością, przymilaniem się, a najpewniej hipnozą wymusiła na Ari, żeby wysłała jej bilet. Taylor się niczego nie odmawiało. Witałam ją z lękiem, ale jej uraza do mnie rozpłynęła się, gdy Taylor stanęła w obliczu wszystkich innych rywalek i wyzwań. Wróciłyśmy do dawnej przyjaźni. Amerykanki i Europejki zajmowały teraz piąty i szósty pawilon. Większość Azjatek, z wyjątkiem Leanne i Fiony, mieszkała gdzie indziej, w czymś w rodzaju akademika. Mnie i Taylor przydzielono wspólny pokój w pawilonie szóstym. Po drugiej stronie holu był pokój Leanne, Serena dostała apartament. Ari również, w pawilonie piątym. Mniej znaczące osoby były niczym czwartorzędne aktorki w teatrze nie warto się było do nich przywiązywać, wymieniały się szybko. Wspomnę tylko blondwłosą Kimmee, siatkarkę, i Brittany, groupie z Los Angeles, która nosiła pierścionek, rzekomo zaręczynowy, od Vince'a Neila, i Suzy, antysemitkę, która zafundowała mi swego rodzaju wstrząs, bo po raz pierwszy w życiu usłyszałam czasownik utworzony od słowa "żyd", gdy chwaliła się kolczykami, mówiąc: "wyżydziłam rabat na nie".

Księciu wolno było mieć cztery żony, a miał tylko trzy. Wobec tego w podtekście zaciętej rywalizacji między dziewczynami kryła się myśl o wielkiej nagrodzie, czyli ewentualnej koronie. To była gra o wysoką stawkę: przebij się przez wszelkie ograniczenia, przebij się przez niewidzialne hierarchie, rozbudź miłość, która pokonuje wszystkie przeszkody i przemienisz się z pasierbicy świata, tajskiej nastoletniej prostytutki, call-girl z pierwszymi zmarszczkami, pośledniej aktorki, wirtualnej gwiazdki rocka, w księżną. Z brzydkiego kaczątka w łabędzia. Niektóre dziewczyny przebywały tu miesiącami, godząc się na występowanie w roli ozdób kanapowych. Inne podrywały się z ławki rezerwowych i wchodziły do gry, kładąc na szalę wszystko. Każda się zmieniała pod wpływem sytuacyjnej presji, paranoi, niepewności podstępnie wpełzających w psychikę, gdy porównujesz się noc w noc z salą pełną innych kobiet. Jaka się okażesz? Zabłyśniesz czy się załamiesz? Zostaniesz i przystąpisz do ataku czy uciekniesz? Jednym z ulubionych tematów naszych rozmów było rozważanie, co powiedzieć rodzicom, kochankom, mężom. Kiedy widzi się nową gwiazdkę w filmie porno, człowiek zawsze zastanawia się, jak wytłumaczyła to swoim rodzicom. Serena rodzicom powiedziała, że wyjechała z szefem. Facetowi, z którym mieszkała mówiła, że wyjeżdża jako niania. Taylor, o ile dobrze wiedziałam, nie miała rodziców. Nigdy o nich ze mną nie rozmawiała ani do nich nie dzwoniła. Sama zwlekałam z tym problemem zbyt długo i była najwyższa pora, żeby coś ujawnić rodzicom, jeśli nie chciałam dopuścić do międzynarodowego incydentu.

Wybrałam numer. Rozmowa szła ciężko, z przykrymi przerwami z powodu złej jakości połączenia międzynarodowego, co przypominało o dzielącej nas odległości. Powiedziałam, że w trakcie kręcenia w Singapurze owego mitycznego filmu poznałam pewnego mężczyznę, że zaczęłam pracować jako jego asystentka, że ten mężczyzna to książę Brunei. 
- Czego? - zapytał ojciec. 
- Brunei. 
- Brunei? Co to jest do cholery?
Poszło gorzej, niż mogłam przypuszczać. Rodzice byli skonsternowani. W ich głosie wyczuwałam niepokój i bezradność, ojciec zaczął się jąkać z wściekłości, oddał słuchawkę matce, ta próbowała zorientować się, co się do cholery ze mną dzieje, ale jak zawsze doszukiwała się pozytywów. 
- Kiedy wracasz?
- Nie wiem dokładnie. Za dwa tygodnie. Za trzy. Może to potrwa dłużej. 
Poczucie winy dusiło mnie jak pętla na szyi. Czułam jego gorzki smak w gardle. Mdliło mnie od tych kłamstw. Przykro mi, że nie jestem lepszą córką, chciałam powiedzieć. 
- Przykro mi, że was ranię. Przepraszam za ten cały bałagan. Przepraszam, ale dalej będę robiła swoje. 

Serena była konsekwentna. Odsyłała jedzenie, zanim rano zeszłam na dół. Organizowała koktajle przy basenie i zawsze zapominała mnie zaprosić. Oglądając w salonie przez ścianę film, włączała telewizor na cały regulator, żebym nie mogła się zdrzemnąć. Dziewczynom mówiła, że śmierdzę, że jestem prostytutką i mam opryszczkę, nazywała mnie pijaczką, grubasem, bulimiczką i flejtuchem. Wszystko, co mówiła, trafiało do uszu odpowiednich służb, które nas podsłuchiwały i obserwowały, więc nic dziwnego, że w następstwie plotki o opryszczce zostałam nieoczekiwanie zawieziona do lekarza. O knowaniach Sereny wiedziałam od Taylor, która mnie na bieżąco o wszystkim informowała, dlatego że sama nienawidziła Sereny, a być może dlatego, że byłam jej jedyną przyjaciółką w Brunei czy również jedyną w Nowym Jorku, może w ogóle jedyną, którą miała, chociaż to jej nie przeszkadzało domagać się w dalszym ciągu prowizji ode mnie. Leżałyśmy razem na łóżku, patrząc na podświetlony schodkowy sufit. Miało się wrażenie, że tam jest salon do góry nogami. Taylor szeptała mi do ucha przy włączonej muzyce, żeby nikt nas nie usłyszał. Nakłaniała mnie do zemsty na Serenie. 




- Musisz wziąć odwet.
- Nikt mnie nie będzie słuchał, nadstawiają uszu, gdy ona plotkuje. 
- Robin cię słucha. Myślisz, że z jakiego innego powodu ona ci bruździ.
- Przestań się bawić w psychologię i rozstań się z negatywną koncepcją własnej osoby. To dzieje się dlatego, że jesteś lepsza. Dlatego, że on woli ciebie. Niestety ta suka może mu zamącić w głowie, jeżeli nie wkroczysz i nie będziesz bronić swojej pozycji. 
Nie mogłam sobie przypomnieć, żebym kiedykolwiek szukała na kimś zemsty. Powiedzcie, jak trzeba się zachowywać, znalazłszy się nieoczekiwanie na dworze królewskim? Należy knować. Spiskować. Zaciekle walczyć o pierwsze miejsce. Mścić się. Czy nie tak powinnam postępować? Czy warto być prostoduszną dziewczyną, której każdy wchodzi na głowę, dziewczyną nieuchronnie rzadziej widywaną na wizji, ponieważ są inne o wiele bardziej interesujące?
- Musisz się bronić. Powiedz mu o niej coś takiego, żeby migiem odesłał ją do domu - podpowiadała Taylor, z roztargnienia zawijając na palcu pasemko moich, a nie swoich włosów.
- Jest sprytny. Przejrzy mnie na wylot. 
-Niekoniecznie. Też bądź sprytna. Sprytniejsza. Potrafisz, wiesz o tym. On ma słabą stronę. Rozbuchane ego.

Pobyt Taylor w Brunei skończył się ku mojemu rozczarowaniu szybko, kładąc kres układaniu planów spiskowych, została odesłana do domu po trzech tygodniach i nie proszono, by wróciła. Robin i Taylor nie przystawali do siebie. Taylor potrafiła na swój sposób olśniewać, ale przy swoim wyrachowaniu nie odsłaniała czy nie miała czułych miejsc. W zasadzie była do niego podobna i natychmiast ją rozgryzł. Lubił dziewczyny poddające się jego urokowi, takie łatwo mógł zranić. Taylor nie brakowało talentu aktorskiego, lecz siebie nie mogła przeskoczyć. Nie potrafiła wejść w rolę istoty bezbronnej. W każdym razie w Brunei pozostała wystarczająco długo, żeby zasiać we mnie twarde, zimne ziarno złych emocji. Zasiane przez Taylor ziarno podlała Fiona. Popołudniami uciekałam do jej pawilonu na papierosa i czekoladki. Ona jedna miała na terenie posiadłości dom tylko do swojej dyspozycji. Spała w apartamencie, a dwie sypialnie w całości przeznaczyła na garderoby. Kazała wynieść łóżka i zainstalować szafy na ubrania. Kostiumy, suknie, ubrania do tenisa i po domu, a nawet piżamy wisiały posegregowane według rodzajów i kolorów. Oczywiście sama tego nie robiła, wydawała obsłudze polecenia z poczuciem, że ma do tego pełny tytuł. Miała w swoim pawilonie więcej służby niż my w dwóch naszych i te dziewczyny cały czas się uwijały przy różnych zajęciach. Fiona porozumiewała się z nimi wyłącznie w języku tajskim i wydawało się, że jest przez nie lubiana. Ja wobec służby przyjmowałam postawę przepraszającą. Jak widać, miałam się czego uczyć. 

Piłyśmy herbatę w salonie, Fiona spoczywała w pozycji półleżącej na sofie i paliła papierosa za papierosem. Nigdzie nie wolno było palić, Robin tego nie tolerował, ale ona nie przestrzegała zakazu. Pożaliłam się jej i rozbeczałam tak, że aż się zasmarkałam. Skarżyłam się na podłość dziewczyn. Na brak Taylor. Tęsknotę za Nowym Jorkiem i za Seanem. Narastał we mnie niepokój, zbyt często miewałam ciężkie kace, budziłam się z poczuciem, że czarna chmura wisi nad moją głową i nie chce się rozpłynąć. 
- Nie jestem w stanie znosić dłużej tych podłych suk. Nie wytrzymuję tego wszystkiego. 
- Nie bądź głupia. Czy przyjechałaś tutaj szukać przyjaciół? = spytała. - Błędne założenie. Ja też nie jestem twoją przyjaciółką. Robin nie jest przyjacielem. A te kretynki już z całą pewnością nie. Twoim przyjacielem są pieniądze. Głowa do góry, dopadniesz je. Jedziemy na zakupy - oznajmiła. 
- Robin lubi nas oglądać w tradycyjnych strojach. 
- Nie martw się, normalne ciuchy kupimy później. Na razie coś na przystawkę.
Kierowca zrobił objazd tradycyjnych malajskich sklepów, a w każdym po kolei kobiety z wyrazistym makijażem i we wzorzystych jedwabiach z zapałem nas obsługiwały, przebierając w jaskrawe sarongi kebaja i baju kurong, z dobranymi do nich sandałkami, chustami i biżuterią. Kupiłyśmy chyba po dziesięć takich zestawów każda. Kierowca wyłuskiwał banknot za banknotem i zanosił torby z zakupami do samochodu. 

Tej nocy Robin robił mnie i Fionie zdjęcia portretowe przy fontannie w holu głównego pałacu. Owinięta byłam w tradycyjny jedwabny sarong, naszywany koralikami, we włosy miałam wpięty lśniący, różowy sztuczny kwiat. Większość zdjęć pstrykał każdej z nas z osobna, ale na niektórych siedzimy obok siebie, trzymając się za ręce, upozowane jak do zdjęcia ślubnego. Fiona stała się dla mnie kimś więcej niż przyjaciółką, myślałam o niej jak o starszej siostrze, może nawet z nutą erotyzmu. Zawsze pragnęłam mieć siostrę. Tamtej nocy miałam wrażenie, że wspinając się coraz wyżej w hierarchii haremu, staję się uczestniczką misterium przenoszącego mnie w dawne czasy. Ten świat, w którym pozostający zagadką mężczyzna sprawował nad nami kontrolę, był po części zdradliwy i straszny, a po części wcale nie taki zły. 





CDN.
 

ANTYCZNE OPOWIEŚCI - Cz. VII - ŻYCIE SOKRATESA

"JEST NIEWIASTA, CO LWA PORODZIĆ MA

W ŚWIĘTYCH ATENACH. LEW PRZECIW

ROJOM KOMARÓW ZA LUD BĘDZIE

WALCZYŁ TAK DZIELNIE, JAKBY

SZCZENIĄT SWYCH BRONIŁ"


"IDŹ, IDŹ, MĘŻU! ZDA MI SIĘ ŻE RODZĘ!

BO JUŻ DZIECIAK NÓŻKAMI UDERZYŁ W

BRZUCH (...) LEW, LEW CI SIĘ URODZIŁ!

WYKAPANY TATA! CAŁY JAK TY, A

ZWŁASZCZA TEN OGONEK - CAŁKIEM JAK

TWÓJ: ZGRABNIUTKI, KRĘTY, 

NICZYM SZYSZKA MŁODA" 

 

ARYSTOFANES

(1-część "RYCERZE")

(2-część "TESMOFORIE")

Trochę kpiarskie przedstawienie narodzin Peryklesa

(szczególnie ten "ogonek" musiał budzić rozbawienie

Ateńczyków, którzy oglądali tę sztukę w teatrze)





Zacząłem od Peryklesa, a to z tego powodu, że ród z którego się wywodził (od strony matki - Agaristy), to byli właśnie Alkmeonidzi, a ci (decyzją Solona, który został wybrany głosami dwóch zwalczających się wówczas stronnictw ateńskich - "Wybrzeża" i "Równiny". Oba te stronnictwa - oczywiście w cudzysłowie, gdyż nie były to zorganizowane grupy polityczne, a jedynie mieszkańcy danych ziem - wybitnie zwalczały się od niepamiętnych czasów. Zawsze siłą dominującą była Równina, składająca się ze szlachetnych i majętnych rodów ateńskich, które niejednokrotnie wywodziły swoje korzenie od mitycznych herosów np. Tezeusza czy Achillesa), otrzymali w 594 r. p.n.e. prawo powrotu do rodzinnego miasta. Ponieważ miastem władały jedynie rody "Wybrzeża", pierwszą próbą podważenia tej dominacji był właśnie nieudany zamach stanu, podjęty przez Kylona w 632 r. p.n.e.). Ponieważ cała sprawa budziła żywy niesmak (dopuszczono się tam obrazy bogów - o czym pisałem w poprzednich tematach), dlatego też (ok. 617 r. p.n.e.) podjęto decyzję wypędzenia z miasta rodu Alkmeonidów (wchodzących oczywiście w skład "Równiny"), a jednym z głównych oskarżycieli, byli przedstawiciele rodu Filajdów, którzy dzięki temu sami zdobyli pozycję dominującą wśród rodów Równiny. Po wybuchu zarazy w Atenach i poświęceniu ołtarza: "Bogu Nieznanemu" (595 r. p.n.e.), wybrano na archonta właśnie Solona, pochodzącego z rodu Kodrosydów (także z "Równiny"). 

Wybrany on został głosami zarówno "Równiny" jak i "Wybrzeża" (małe wyjaśnienie - głosowali jedynie najbogatsi przedstawiciele "Wybrzeża", tacy, którzy byli w stanie sami się uzbroić i wyposażyć na kampanię wojenną), a to dlatego, że jako jedyny wówczas człowiek, cieszył się powszechnym szacunkiem tak jednych jak i drugich. Było to spowodowane jego płomiennymi przemowami do mieszkańców miasta sprzed kilku lat, w których nawoływał ich do kolejnej wojny o Salaminę. Salamina była bowiem kluczową wyspą dla rozwoju ateńskiego handlu, gdyż leżała naprzeciw portu w Faleronie (jedynego portu morskiego Aten, położonego na niezwykle błotnistym terenie, który potem, w czasach Tukidydesa i Peryklesa zostanie porzucony, a nowy, wielki port powstanie w Pireusie). Ponieważ Salaminę kontrolowała Megara (miasto-państwo na północny-zachód od Aten, przed wejściem do Przesmyku Korynckiego), bez jej pozwolenia żaden okręt ateński nie mógł opuścić Faleronu. To jeszcze bardziej uderzyło po "kieszeni" drobnych rybaków i kupców z "Wybrzeża", ale spór z Megarą o wyspę ciągnął się już dziesiątki lat i kolejne wojny (a raczej starcia zbrojne), nie przynosiły Ateńczykom sukcesu. Dopiero właśnie ok. 596 r. p.n.e. po płomiennej przemowie Solona, Ateńczycy raz jeszcze postanowili zawalczyć o wyspę. 

Oczywiście Solon musiał się w tej sprawie uciec do podstępu, bowiem w wyniku kolejnych, przegrywanych przez Ateny starć o Salaminę, wprowadzono w mieście prawo, zakazujące (pod karą śmierci), nawoływania do kolejnej wojny z Megarą. Solon doskonale o tym wiedział, ale wiedział też, że miasto nie ma szans na rozwój w przyszłości, bez opanowania tej strategicznie ważnej wyspy. Uciekł się więc do podstępu. Ubrał się w stare łachy, przywdział na głowę błazeńską czapkę i tak wystrojony przyszedł na Agorę. Tam zaczął opowiadać o Salaminie, jak piękną jest wyspą i jak wielkiego Ateńczycy wyrzekają się bogactwa, nie chcąc jej posiąść. Na zakończenie dodał: "Nie, wolę zmienić ojczyznę. Niech domem moim będzie raczej pustynna wyspa Folegandros albo nędzny Sikinos. Teraz, kiedykolwiek pójdę, ludzie szydzić będą ze mnie: oto jeden z Ateńczyków! Jeden z tych, co zrzekli się Salaminy!" Następnie zdjął czapkę i ukazując współmieszkańcom swą postać, rzekł: "Na Salaminę, rodacy! O wyspę bój upragniony stoczyć nam trzeba i z bark zrzucić gniotący nas wstyd!". Te słowa miały spowodować powszechny aplauz i żądanie nowej wojny. Archonci musieli się ugiąć, podjęto więc kolejną wyprawę zbrojną i opanowano wyspę (a raczej samo miasto Salaminę, stolicę wyspy o tej samej nazwie), gorzej już poszły Ateńczykom próby opanowania całej wyspy, gdzie dzielnie bronili się Megaryjczycy. W końcu jednak w konflikt włączyła się Sparta (Lacedemon), podejmując się mediacji (595 r. p.n.e.), w wyniku której miasto i cała wyspa została oddana Atenom.




Sparta ok. 660 r. p.n.e. ostatecznie ukształtowała swoje granice (stłumienie powstania Meseńczyków w 668 r. p.n.e. po siedemnastu latach wojny i zdominowanie całej Lakonii i Mesenii, nieudana wyprawa przeciwko Figalii i Orestasion w 659 r. p.n.e. ostatecznie ustaliła północną granicę państwa lacedemońskiego (spartańskiego), w rejonie rzek Nedy, Alfeos, północnego dopływu Eurotasu i góry Parnon (ostateczne granice zostaną wyznaczone w roku 546 p.n.e. i zwycięstwie Sparty nad Argos, dzięki czemu jej granica na północnym-wschodzie przesunie się o tereny Cynurii i miasta Tyreatis. Będą to już ostateczne granica państwa spartańskiego, aż do czasów sławetnego najazdu Tebańczyków, utraty Mesenii i zredukowania państwa jedynie do ziem samej górzystej Lakonii (369 r. p.n.e.). Ateny zaś, po zwycięstwie i zdobyciu Salaminy, wdały się wkrótce w jeszcze jedną, krótką wojenkę z Krisą, ale u boku takich sojuszników jak Sykion, Tesalia i Delfy, nie mogły tej wojny zakończyć inaczej jak zwycięstwem w 591 r. p.n.e. (w zasadzie Ateny były w tym konflikcie jedynie jedną ze stron i to nie najważniejszą. Naczelne dowództwo przypadło Tesalii, a objął je Eurylochos, który stanął na czele również wojsk Amfiktionii Delfickiej w tzw.: Pierwszej Wojnie Świętej (595-586 r. p.n.e.). W wyniku klęski Krisy, miasto zostało zdobyte (586 r. p.n.e.) i kompletnie zniszczone (wraz ze swym portem - Kirrą), a ludność (ta, która przeżyła), uprowadzona w niewolę. Ziemie te następnie poświęcono bogu Apollinowi, a w cztery lata po zwycięstwie (582 r. p.n.e.), na pamiątkę tego wydarzenia ustanowiono (odbywające się co cztery lata) Igrzyska Pytyjskie ku czci Apolla.

Tymczasem w Atenach nowy archont - Solon, rozpoczął wdrażanie w życie gruntownych reform, które miały za zadanie poprawić położenie ludności niemajętnej. Były bowiem trzy "klasy" społeczne w ówczesnych Atenach. O dwóch już wspomniałem na początku - "Wybrzeże" i "Równina", do nich dochodziło jeszcze najuboższe "Pogórze". Poza przynależnością do owych trzech "klas", niektórzy Ateńczycy byli jeszcze przydzieleni do czterech fyl, a te z kolei dzieliły się jeszcze na fratrie (trzy fratrie w jednej fyli). Do fratrii należeli jedynie członkowie wielkich rodów z "Równiny". Ziemia i handel były w rękach kilku rodów, które wspólnie kontrolowały całą ateńską gospodarkę (zdarzało się że czasami przyjmowano do rodu obcokrajowców, na zasadzie tzw.: stowarzyszeń orgeonów, ale nigdy nie czyniono tego w stosunku do współobywateli z klas niemajętnych). Najpotężniejszymi rodami ateńskimi (nie licząc Alkmeonidów), byli: Filajdzi, Eumolpidzi, Kerykesydzi, Eteobutadzi czy Likomenidzi (mniej majętni byli np.: Buzydzi czy Kodrosydzi), ale wszyscy oni wspólnie kontrolowali całą attycką ziemię i ogromną większość ateńskiego handlu, wypierając drobnych właścicieli lub czyniąc z nich dzierżawców własnych ziem (w wyniku udzielanych przez rody pożyczek i konieczności ich płaty w określonym terminie, co w większości przypadków rzadko udawało się doświadczonemu przez np. nieurodzaj drobnemu rolnikowi, wówczas jego ziemia przechodziła na własność pożyczkodawcy, a on w najlepszym przypadku mógł pełnić rolę dzierżawcy, zmuszonego oddawać określoną liczbę płodów nowemu właścicielowi. Jeśli jednak znów przyszedł nieurodzaj i dzierżawca nie mógł oddać odpowiedniej sumy właścicielowi ...mógł znów wziąć kredyt, ale już teraz, gdyby go nie spłacił, jego żona i dzieci stawałyby się niewolnikami wierzyciela). Takich rodzin przed reformą Solona było mnóstwo.

Zaraz więc po swym wyborze na archonta w 594 r. p.n.e. ponownie wystąpił przed współobywatelami na Agorze i wygłosił doń taką mowę: "Widzę ja bracia - i ból piekący przenika mą duszę - widzę, jak ginie nasz gród, praszczur jońskich wszech-miast (...) Miasto nasze przenigdy z Zeusowych nie zginie wyroków, bóstw nieśmiertelnych sąd nigdy nie strąci go w noc, Pallas Atena go strzeże, wielkiego córa rodzica. Święta, obrończa jej dłoń wiernie ochrania nasz gród. Lecz grodu mieszkańcy sami ojczyznę swoją przesławną gubią. Ponosi ich szał, chciwość zaćmiewa im wzrok". A gdy skończył swoją elegię, poprzysiągł ludowi że nie pozwoli by dalej cierpieli "synowie tej ziemi" i że uczyni wszystko aby ich los odmienić. Zaczął więc od ogłoszenia powszechnej amnestii dla wszystkich (również dla Alkmeonidów, którzy mogli wreszcie powrócić do rodzinnego grodu). Następnie zniósł największą bolączkę i największe cierpienie średnio i niezamożnych chłopów - uwalniając wszystkich, którzy trafili do niewoli za długi, zaś tych, których sprzedano za granicę, do innych miast, odkupił ze specjalnych datków (do jakich przekonał m.in.: członków rodów). Mało tego, uczynił znacznie więcej nie tylko wyzwalając dotychczasowych drobnych włościan, ale także ... zniósł wszelkie długi, jakimi podlegały ich ziemie, co spowodowało że dawni dłużnicy mogli powrócić do na swą ojcowiznę i zacząć wszystko od nowa (nie zgodził się jednak na podział gruntów i rozbicie wielkich posiadłości ziemskich na mniejsze grunty).




Zmienił też niezwykle okrutne prawa Drakona (z 621 r. p.n.e.), pozostawiając jedynie surowe zapisy w stosunku do morderców, a wszystkie pozostałe znacznie łagodząc. Nowe prawa wystawił na widok publiczny na Akropolu na drewnianych tablicach w formie obracającego się dokoła pryzmatu, aby każdy Ateńczyk mógł się z nimi zapoznać. Ustanowił też Sąd Ludowy ("Heliaja"), złożony po raz pierwszy z sędziów przysięgłych, który miał zajmować się rozsądzaniem sporów pomiędzy urzędnikami a obywatelami. Poza tym sprawę do tego sądu mógł teraz wnieść każdy obywatel, który uważał że czyni tak w interesie publicznym (a nie tylko osoba bezpośrednio pokrzywdzona). Solon wprowadził także Ateny do systemu eubejskiego (eubejska strefa miar i wag), wycofując miasto z dotychczasowej strefy fejdońskiej (bardzo niekorzystnej, bo pozwalającej w pierwszej kolejności bogacić się głównej potędze handlowej strefy fejdońskiej - Eginie i na dłuższą metę ograniczającej rozwój gospodarczy Aten). Zmiana ta była kluczowa, gdyż otwierała Ateny na dalekie rynki Wschodu i Zachodu (przy współpracy z Samos i Koryntem - głównymi potęgami strefy eubejskiej). Przyznał obywatelstwo ateńskie wszystkim cudzoziemcom i ich rodzinom, pod warunkiem że zamieszkają w Atenach i podejmą się handlu lub rzemiosła (do tego samego starał się przekonać również i rdzennych Ateńczyków).

Zdemokratyzował urzędy, znosząc obowiązek - "urodzenia i bogactwa" predestynujący dotąd do pełnienia funkcji publicznych, jedynie na "bogactwo". Podzielił obywateli na cztery klasy: 1) - Pentakosiomedimnoi - ("Posiadacze"), wielkie rody i nowobogaccy, którzy posiadali 500 miar ziemi. 2) - Hippeis ("Jeźdźcy"), mogący sami sprawić sobie konia i całe wyposażenie wojskowe. 3) - Zeugitai ("Właściciele zaprzęgów wołów"), oraz 4) - Thetes - ("Wyrobnicy"). Klasą najbogatszą była oczywiście pierwsza, klasą średnią - druga i trzecia, zaś klasą najuboższa - czwarta. To właśnie przedstawiciele czwartej klasy pozbawieni zostali możliwości ubiegania się o urzędy publiczne, przy czym archontów, czyli najwyższych urzędników państwa, mogli wybierać jedynie przedstawiciele dwóch pierwszych klas na Zgromadzeniu Ludowym (ale już skarbników publicznych, jedynie przedstawiciele pierwszej klasy). Powołując Zgromadzenie Ludowe w nowym kształcie, stworzył również funkcję Rady Czterystu (wybieranej spośród przedstawicieli pierwszej, drugiej i trzeciej klasy, której zadaniem było przedkładanie projektów ustaw pod głosowanie Zgromadzenia Ludowego).  Dodatkowo wszystkie trzy pierwsze klasy wybierały szefów policji miejskiej (policja w Atenach złożona była z ... niewolników państwowych i jedynie jej szef, był obywatelem Aten). Poza tym bez zmian zostawiono kontrolującą administrację państwową - Radę Areopagu, składającą się z byłych dziewięciu archontów (ich również wybierali jedynie przedstawiciele dwóch pierwszych klas majątkowych).

Po reformie demokratycznej Peryklesa i Efialtesa z 462 r. p.n.e. wprowadzono Radę Pięciuset (w miejsce Rady Czterystu), rozszerzając prawa obywatelskie po równo na wszystkie cztery klasy (a przedstawicieli klasy czwartej, było oczywiście najwięcej, więcej nawet niż członków wszystkich trzech pierwszych klas razem wziętych). Zaś gdy po raz pierwszy obalono demokrację w 411 r. p.n.e. (w czasie wojny peloponeskiej ze Spartą), oligarchowie, którzy wówczas zdobyli władzę, powrócili do odtworzenia Rady Czterystu i zmniejszenia udziału współobywateli do takiego poziomu, jaki był właśnie za Solona. Jednak wzburzenie obywateli, przerodziło się w bunt (podgrzewany dementowanymi przez nowe władze, choć bez większego powodzenia - plotkami, że oligarchowie chcą znieść teraz darmowe posiłki dla bohaterów, walczących w wojnie ze Spartą, oraz starych weteranów utrzymywanych dotąd na koszt państwa), który w przeciągu czterech miesięcy obalił oligarchat ateński na początku 410 r. p.n.e. Ponownie przywrócono wówczas demokrację.Prawa Solona przetrwały prawie 200 lat, a ich pierwsza kodyfikacja nastąpiła dopiero ok. 400 r. p.n.e. 






CDN.