Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
Hrabina: Muszę jeszcze o coś zapytać, ojcze. Od pewnego czasu mąż mój wymaga czegoś takiego, że... otóż... on mnie całkiem obnażył w noc poślubną, potem robił to od czasu do czasu, ale teraz chce tego codziennie. Pokazał mi jakieś zabytkowe dzieło jakiegoś średniowiecznego zakonnika, a tam przeczytałam, że małżonkowie powinni aktu cielesnego dokonywać całkiem nadzy, aby nasienie mężczyzny mogło lepiej związać się z jajem kobiety. I tu mam skrupuły, ojcze, a zwiększają się one w miarę jak się starzeję.
Spowiednik: To dzieło napisano w średniowieczu, kiedy prawie nikt nie nosił koszul. Tylko wielmoże. Reszta spała w łóżkach małżeńskich całkiem nago i do dziś w wielu okolicach ten zwyczaj pozostał. Nasze wieśniaczki na przykład robią wszystko nago, bo śpią nago, ale głównie z powodu robactwa, pcheł, pluskiew. Kościół niechętnym okiem na to patrzy, ale wyraźnie nie zabrania.
Hrabina: No, to jestem spokojna w tej kwestii. Ale jeszcze jedno. Mąż mój zmusza mnie często do pozycji, której się wstydzę. Na przykład ostatnio kazał mi chodzić nago. I ogląda mnie. Każe mi pełzać na czworakach i ogląda mnie od tyłu. Każe mi spacerować nago wokół pokoju przy pełnym świetle.
Spowiednik: Pan hrabia nie powinien, ale pani... jeżeli pani robi to dla posłuszeństwa małżeńskiego, nie popełnia pani grzechu.
Hrabina: Ach, jeszcze coś... jeszcze coś mam na sercu, ale się wstydzę.
Głos jej zrobił się aksamitny, pieszczący, podniecający.
Hrabina: Zawsze chce mnie brać od tyłu, a ja mdleję ze wstydu... włożył mi palec wysmarowany kremem... ale włożył mi... ale włożył mi go w... w odbytnicę. Chciałam wstać, ale mi nie dał, poczułam, że wkłada mi tam swojego członka. Zabolało mnie, ale później zrobiło mi się przyjemnie. Nie wiem, czemu. Bardzo przyjemnie... nawet bardziej...
Głos jej się załamał.
Hrabina: Ojcze, jest jeszcze coś... jeszcze coś co muszę wyznać. Często staję naga przed lustrem, dotykam się, pieszczę... nie mogę się powstrzymać... nisko upadłam ojcze?
NA TYM OWA EROTYCZNA HISTORYJKA SIĘ URYWA
MÓJ KOMENTARZ
Lata 20-te, gdy miał powstać ów erotyk (a raczej jego fragment, bowiem jedynie on się zachował), to była już troszkę inna epoka, niż ta, w której żyli Europejczycy (w tym Brytyjczycy) do 1918 r. Należy bowiem powiedzieć że Wielka Wojna doprowadziła również do dużej społecznej zmiany, oraz wzrostu dzieł i zachować erotyzujących, czym znacznie różniła się od epoki tzw.: "Belle Epoque" (czyli świata wieku XIX, począwszy gdzieś tak od Epoki Napoleońskiej), ale również od czasów późniejszych, na przykład tych, po zakończeniu II Wojny Światowej (w latach 40-tych i 50-tych, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, społeczeństwo było znacznie bardziej konserwatywne i purytańskie, niż w latach 20-tych). Wydaje się więc, że wzrost zachowań erotyzujących (np. w prasie lub w sztuce), przybiera formy pewnych fal, bowiem weźmy dla przykładu taki wiek XVIII. No przecież, w porównaniu z wiekiem XIX, to właśnie wiek XVIII, był wiekiem totalnego rozpasania seksualnego.Bardzo podobnie było i w wieku XVII, który to nastał po dość konserwatywnym wieku XVI, a ten z kolei po niezwykle rozpustnym wieku XV. A co się działo w średniowieczu, np. w klasztorach?
Wiele o tym można się dowiedzieć przeglądając stare manuskrypty, jak np. dzieło Piotra Daminniego, pt.: "Liber Gomorrhianus", który opisuje powszechną wręcz demoralizację braci i sióstr zakonnych w XI wieku. O przypadkach homoseksualizmu, który leczono biczowaniem, wtrącaniem do lochu i głodzeniem (oraz pluciem i oddawaniem moczu, na osobę o owych "przypadłościach"). O przypadkach sodomii i wreszcie o powszechnym zamienieniu klasztorów w domy publiczne, Damiani bowiem pisze: "Większość klasztorów i domów biskupich stała otworem dla konkubin i kobiet lekkiego prowadzenia". A starożytność? To też epoka historyczna dość powszechnej swobody seksualnej (też jednak w zależności od okresu i miejsca, bowiem i w tamtych czasach nie brakowało ludzi, którzy opowiadali się za wstrzemięźliwością seksualną. Na przykład Hipokrates uważał że seks jak i masturbacja to strata czasu i energii, który lepiej spożytkować rozmyślając. Rzymski filozof Seneka (wychowawca cesarza Nerona), pisał tak: "Każda miłość do żony innego jest haniebna. Ale haniebna jest także miłość ponad miarę do żony własnej (...) Nie ma nic wszeteczniejszego nad kochanie własnej małżonki jak nałożnicy (...) Winni się okazać wobec żon mężami nie kochankami". Rodzące się Chrześcijaństwo, dużo w niosło do etyki i wstrzemięźliwości seksualnej, a pierwsi chrześcijanie byli pod tym względem bardzo konsekwentni.
Ale i to się zmieniło, bowiem już w II, III i IV wieku poganie twierdzili że nie ma nic bardziej zdemoralizowanego od Chrześcijanina, który modli się do swego Boga, a nocą wyprawia nieprawdopodobne wręcz seksualne "akrobacje". Doszło do tego, że Justyn (jeden z Ojców Kościoła, żyjący w II wieku), zmuszony był pisać: "By upewnić was, że wyuzdana rozpusta nie jest tajną częścią naszej religii, dodam jeszcze rzecz następującą: pewnego razu jeden z naszych w Aleksandrii skierował do namiestnika Felixa pismo z prośbą o zezwolenie na usunięcie mu jąder przez lekarza, gdyż tamtejsi medycy oświadczyli, że bez zezwolenia namiestnika nie wolno im tego czynić. A gdy Felix pod żadnym pozorem nie chciał zgody podpisać, młodzieniec pozostał w stanie bezżennym". Wygląda wiec na to, że zmiany pokoleniowe, dotyczące kwestii seksualnych, są płynne i następują falami, jak w sinusoidzie. Więcej na ten temat w kolejnej części serii: "Wielkiej Historii Seksu".
"RAZ SIĘ ZESZLI PATRYCJUSZE
U PODNÓŻA KAPITOLU
BY SWE SKOŁATANE DUSZE
WZMOCNIĆ KRZYNĄ ALKOHOLU.
GOŚCIŁ ICH PATRYCJUSZ MAREK,
PRZY NEKTARZE Z NIMI GWARZYŁ.
MIAŁ NEKTARU PEŁEN BAREK,
WIĘC CIUT SOBIE PODNEKTARZYŁ.
POD KOLUMNĄ JOŃSKĄ USIADŁ,
ZACZĄŁ KRZYCZEĆ JAK SZALONY,
ŻE SIĘ ROZWIEŚĆ BĘDZIE MUSIAŁ,
BO MA DOSYĆ SWEJ MATRONY.
"SPRASZA MI Z CAŁEGO MIASTA
FILOZOFÓW I AKTORÓW
I MAJĄTKIEM MOIM SZASTA
NA TRANSFERY GLADIATORÓW!
ŻYĆ NIE MOŻE BEZ KULTURY,
NA TO TRZEBA ZAŚ PIENIĘDZY,
CO DZIEŃ ROBI AWANTURY
W TOWARZYSTWIE SIOSTRY - JĘDZY.
ZNIEŚĆ TYCH KOBIET JUŻ NIE MOGĘ,
SŁUDZY ZE MNIE DRWIĄ PO CICHU,
WIĘC NA WOJNĘ DAŁBYM NOGĘ,
LECZ O WOJNIE ANI SŁYCHU!
TRZEBA W KOŃCU GŁOWĄ RUSZYĆ!
DZIŚ PRZYSIĘGAM PRZED JOWISZEM,
ŻE DO PARTII PLEBEJUSZY
NA ZŁOŚĆ ŻONIE SIĘ ZAPISZĘ.
KUPIĘ DOM W DALEKIEJ PERSJI,
OBIE BABY TAM WYPRAWIĘ
A ZA RESZTĄ SWYCH SESTERCJI
Z HETERAMI SIĘ ZABAWIĘ.
POWIADACIE: NIE WYPADA,
A JA O TO NIE DBAM ZGOŁA.
WSZAK HETERA NIE POSIADA
ANI KREWNYCH, ANI FIOŁA.
WYGNAM STARĄ, BO MAM DOŚĆ JEJ,
TYLKO WPRZÓD WYTRZEŹWIEĆ MUSZĘ!"
I NIE KRYJĄC SWEJ ZAZDROŚCI
POSZLI SOBIE PATRYCJUSZE"
WŁODZIMIERZ WYSOCKI
"ŻYCIE RODZINNE W STAROŻYTNYM RZYMIE"
PS: PISZĄC TEN POST, PRZYSZŁA MI NA MYŚL RELACJA MAŁŻEŃSKA JĘDRULI I ALUTKI Z "RODZINY ZASTĘPCZEJ" - MIŁEJ I WESOŁEJ KOŃCÓWKI NIEDZIELI
NA KONIEC JESZCZE ZABAWNA SCENKA Z POSTERUNKOWYM I ALUTKĄ
Z biegiem czasu niechęć Benazir do Mustafy przybierała na sile. Benazir otaczała się murem biurokracji, która coraz bardziej wstrzymywała podejmowanie ważnych decyzji. Jej doradcy nieustannie opowiadali jej o zuchwałości Mustafy i jego ambicjach. Po dwóch latach spędzonych na sprzeczaniu się o przyszłość Partii Ludowej, Mustafa musiał starać się o spotkanie z Benazir i czasami oczekiwał na nie tygodniami. Mustafa był zły, uważał, że Benazir potrzebowała jego doświadczenia, aby przetrwać w polityce pierwszy, burzliwy okres. Benazir czuła jednak widocznie, że jej pozycja jest na tyle silna, że może sięgnąć po pełnię władzy. Wpływy Mustafy stawały się coraz słabsze, co wyczuwali także inni członkowie partii. Rząd Zii podążał w kierunku, który można by wziąć za początki demokracji. Stan wojenny został zniesiony i rozpisano wybory bez udziału partii politycznych. Pozycja polityczna Mustafy podważana była przez parweniuszy, wśród których znajdowali się także trzej jego bracia ubiegający się o fotele w nowym Zgromadzeniu Narodowym. Benazir planowała ewentualny powrót do Pakistanu. Szokiem dla Mustafy była wiadomość, że nie brała ona pod uwagę jego kandydatury na przewodniczącego partii w Pendżabie.
- Ten wybór wywołałby zbyt wiele sprzeciwu - wyjaśniła mu oschle.
- Nie rozumiem, jak ktokolwiek mógłby się temu przeciwstawić - bronił się Mustafa. - Jestem jedynym kandydatem. Nie robisz tego z dobroci serca, wiadomo, że to ja jestem przywódcą Pendżabu.
Za tym nastąpiły dalsze nieporozumienia. Postronnym obserwatorom niepojętego świata pakistańskiego mogły się one wydawać błahostkami, ale dla Mustafy były to sprawy życia i śmierci. Sfrustrowany zdecydował się na odejście z partii. Nie zamierzał jednak poddać się bez walki. Razem ze swoim starym sojusznikiem, Ghulamem Mustafą Jatoi, założyli nową partię, w której statucie powracano do pierwotnych zasad Partii Ludowej. Ich głównym celem było przyciągnięcie do niej zwolenników Bhutto wywodzących się z klasy robotniczej. Osobistym celem Mustafy było zostać sukcesorem spuścizny po Bhutto.
Mustafa pragnął odpokutować za grzechy popełnione w ciągu poprzednich ośmiu lat i postarał się, by mój poród odbył się w luksusowym szpitalu Portland w Londynie. Ścianę hallu szpitala zdobił ogromny portret księżniczki Anny, to tutaj urodziła ona swoje dzieci. Tutaj przyszedł także na świat nasz syn Hamza. Poród odbył się bez większych komplikacji, ale kłopot sprawiał mi Mustafa. W dwa dni po moim porodzie miał wyruszyć w podróż do, jak to nazwał, "pewnego ciepłego kraju" i potrzebował letnich ubrań, w związku z czym następnego dnia po porodzie zmuszona byłam wyjść i zrobić mężowi zakupy. Tym "ciepłym krajem" okazały się Indie. Mustafa, za pośrednictwem Joshiego, zaaranżował tam tajne spotkanie z nowym premierem Indii, Rajivem Gandhi. Mustafa przebywał w Indiach sześć dni, w czasie których przyjmowano go z honorami przysługującymi głowie państwa. Aby uniknąć spotkania z dziennikarzami i związanego z tym rozgłosu, zamieszkał w pewnej miejscowości letniskowej, skąd zabrano go na wielkie polowanie safari, przede wszystkim jednak udało mu się przeprowadzić kilka rozmów z premierem. Powrócił do Londynu z wiadomością, że Rajiv gotów był iść w ślady swojej matki i służyć pomocą Pakistanowi.
- Nie zdołaliśmy ustalić, jak to wprowadzimy w życie - rzekł Mustafa - ale dotychczasowa ich polityka pozostanie bez zmiany.
Sama się zdziwiłam swoją reakcją na te wiadomości, byłam tak zajęta własnymi problemami, że stały mi się prawie obojętne. To, co mnie pochłaniało, to sen, który mi się przyśnił. Otóż śniło mi się, że zdarzył się cud: byłam szczęśliwa i bardzo się z tego powodu cieszyłam! Ktoś mnie zapytał, jak ten cud się zdarzył, a jakiś głos odrzekł, że to dlatego, że odwiedziłam świątynię Świętego Ajmera w Indiach. Poprosiłam Mustafę, żeby porozmawiał z Joshim na temat mojej pielgrzymki. Dwaj mężczyźni spotkali się w barze Wimpy. Ja, ubrana po europejsku, usiadłam przy stoliku obok i starałam się nie wzbudzać swoją osobą zainteresowania. Rozmawiali przez jakiś czas, głównie o polityce, ale miałam nadzieję, że Mustafa wspomniał także o mojej podróży. W końcu wstali, zapłacili rachunek i przechodzili właśnie obok mojego stolika, gdy Joshi zatrzymał się, uśmiechnął się do Mustafy i powiedział mu, żeby nie zapomniał o swojej żonie. Mustafa przedstawił mnie uśmiechając się głupio. Gdy opuszczaliśmy we troje restaurację, Mustafa powiedział Joshiemu o moim pragnieniu odbycia pielgrzymki, na co Hindus odparł, że zobaczy, co da się zrobić. Zdawało mi się, że słyszę wzywający mnie do siebie głos świętego.
Kiedy szykowałam się dwa dni później do odlotu do Indii, Mustafa poinstruował mnie, żebym nie pakowała żadnych kosmetyków poza szminką i przeszukał moje walizki sprawdzając, czy go posłuchałam. Po raz pierwszy wybierałam się w podróż sama i Mustafa nie życzył sobie, bym stała się tam obiektem męskiego zainteresowania. Jego podejrzliwość irytowała mnie. "To niemądre - myślałam - przecież mogłam kupić kosmetyki w Indiach. Skąd by się dowiedział?" W tej samej chwili jednak zdałam sobie sprawę, że na pewno to też już załatwił przy pomocy wywiadu indyjskiego! Na lotnisku w New Delhi czekało na mnie dwóch mężczyzn, którzy przeprowadzili mnie, jako że nie miałam wizy, przez odprawę celną i paszportową i zawieźli do hotelu Taj, gdzie miałam zarezerwowany piękny apartament. Dziesięć minut później do pokoju weszła kobieta w średnim wieku i przedstawiła się jako pani Singh. Z oficjalną miną sprawdziła mój plan wizyty. Uświadomiłam sobie, że jej zadaniem było nie tylko się mną opiekować, ale także mnie pilnować. Po pewnym czasie moje dwa cienie pojawiły się ponownie i oznajmiły mi oficjalnym tonem, że za pół godziny mam się spotkać na herbacie z dyrektorem generalnym pewnej agencji. Zapytałam panią Singh, kto to jest. Odpowiedziała, że to jej szef, bardzo ważny człowiek, ale nie podała mi jego nazwiska.
Przywiozłam dla niego wiadomość od Mustafy, miałam mu przekazać, że sytuacja polityczna w Pakistanie pozostaje bez zmian, co oznaczało, że Zia nadal był u władzy. Powtórzyć słowa Mustafy, że pomoc i wsparcie dla afgańskich rebeliantów doprowadzi do tragicznych konsekwencji w całym regionie. Wycofanie wojsk radzieckich z Afganistanu wzmocni wpływy amerykańskie i przyniesie szkodę naszym wspólnym interesom. Mustafa raz jeszcze pragnął nakłonić dyrektora generalnego, żeby zawiadomił odpowiednie czynniki, że wystąpienie przeciwko Zii było konieczne. Moim zadaniem było uważne wysłuchanie dyrektora i dokładne powtórzenie jego słów Mustafie. Przy herbacie dyrektor generalny oznajmił mi, że zgadza się z oceną Mustafy i rozumie sytuację. Zapewnił mnie, że porozmawia z odpowiednimi ludźmi i w ciągu dwóch tygodni osobiście skontaktuje się z Mustafą. Powiedział, że planuje wkrótce wizytę w Londynie. Przekazałam także prośbę Mustafy o kolejne spotkanie z Rajivem Gandhi. Dyrektor generalny odparł, że zajmie się przygotowaniem spotkania i że poinformuje o tym Mustafę przez stałego łącznika, którym był Joshi. Przed odejściem dał mi radę dotyczącą mojego pobytu:
- Niech się pani za wiele nie pokazuje - ostrzegł mnie. - Ktoś może panią rozpoznać i będziemy mieli kłopot.
Następnego ranka wyleciałam do Ajmeru. Gdy wchodziłam do świątyni, moje dwa cienie były obok mnie. Ich obecność przeszkadzała mi w modlitwie, chciałam być sama. Chciałam prosić Boga o przywrócenie mi zdrowego rozsądku. Tutaj moja prywatność powinna zostać uszanowana, bardziej niż gdziekolwiek, ale dwa cienie nie chciały zniknąć. Stopniowo spokój sanktuarium zaczynał na mnie oddziaływać. Dookoła siebie słyszałam szept modlitw i rzeczywistość oddalała się. Prosiłam Boga o pohamowanie gwałtowności i szaleństwa Mustafy.
- Chcę żyć w spokoju i harmonii - modliłam się do Niego.
Błagałam Go, aby przywrócił mi szacunek dla Mustafy oraz położył kres jego wygnaniu. Prosiłam Go też o dalsze pojednanie z moimi rodzicami. Rozejrzałam się i ujrzałam dookoła siebie przygnębione i obdarte kobiety z nagimi dziećmi na rękach, kobiety, po których znać było cierpienie. Ale, podobnie jak to było w moim przypadku, widać było po ich oczach, że pomimo nieszczęścia mają nadzieję. Płakałam za nas wszystkie. Moi towarzysze przestępowali z nogi na nogę zakłócając tym mój spokój. Ci dwaj Hindusi niecierpliwili się, zmuszeni stać przy szczątkach wielkiego sufickiego świętego, który w większym stopniu przyczynił się do rozprzestrzenienia w Indiach islamu niż jakikolwiek wymachujący zakrwawionym mieczem generał.
Odwróciłam się i wyszłam ze świątyni ze spuszczoną głową. Czułam się odrodzona. W New Delhi najpierw poszłyśmy z panią Singh na lunch, a potem udałyśmy się na zakupy. Kupiłam obraz i dywan. Pani Singh zaświeciły się oczy, kiedy zapytałam ją, czy nie chciałaby czegoś z Londynu i odrzekła, że chciałaby bardzo mieć skórzaną torebkę. Jednak zaraz potem na jej twarzy pojawił się strach i wyjaśniła mi, że nie może mi podać swojego adresu. Zapytałam, czy zna może jakiś adres w Londynie, pod który mogłabym przesłać torebkę, lecz ona zawahała się.
- Proszę nie być taką tajemniczą - powiedziałam. - Dlaczego nie możemy być przyjaciółkami?
- To niemożliwe - odparła. - I proszę nigdy nie wracać do tej rozmowy. Nie wolno mi zaprzyjaźniać się z osobami przeze mnie pilnowanymi, straciłabym pracę.
Rozejrzała się dookoła, po czym wcisnęła mi do ręki adres. Skórzana torebka była zbyt wielką pokusą.
Mustafa był bardzo zadowolony z mojego sprawozdania ze spotkania z dyrektorem generalnym agencji, ale moje modlitwy nie zostały wysłuchane. Po dwóch tygodniach od mojego powrotu z Indii, znowu zaczął domagać się ode mnie dokumentów gwarantujących mi prawo do rozwodu i opieki nad dziećmi.
- Mustafa - krzyknęłam w końcu na niego - nie powinieneś był podpisywać tych papierów, jeśli się z nimi nie zgadzałeś. Postąpiłeś nierozsądnie i musisz ponieść tego konsekwencje. Nie mogę prosić o nie Asima, straciłby do ciebie szacunek.
Uderzył mnie, po czym podszedł do telefonu i zadzwonił do mojego adwokata.
- Moja żona wyraziła zgodę na unieważnienie tego dokumentu - oznajmił mu. - Czy mógłby pan przysłać nam projekt dokumentu anulującego poprzednią umowę? Ona go podpisze.
Adwokat odpowiedział, że papiery zostaną wysłane poranną pocztą. Ogarnęło mnie przerażenie. Ten dokument to jedyne, co mnie chroniło, moja ostatnia deska ratunku przed szaleństwem tego człowieka. Wiedziałam, że muszę coś zrobić, w przeciwnym wypadku znów przygnieciona zostanę ciężarem jego rosnącej władzy. Następnego ranka Mustafy nie było w domu. Ze zniecierpliwieniem oczekiwałam poczty, a gdy ją wreszcie dostarczono, porwałam z biurka list od adwokata i, zabierając ze sobą czwórkę dzieci, udałam się do domu rodziców.
Matka wysłuchała przez telefon lamentów Mustafy i ponownie próbowała nakłonić mnie do powrotu. Odrzekłam jednak, że już nigdy więcej nie uwierzę jego obietnicom. Chciałam rozwodu. To była moja ostateczna decyzja. Moje dzieci znalazły się pod kuratelą sądu i zgodnie z jego decyzją Mustafa miał prawo zabierać troje starszych dzieci w każdą niedzielę rano i odwozić je tego samego dnia wieczorem. Niedługo potem obudziłam się pewnego ranka czując nieprzepartą chęć obcięcia włosów. Pragnęłam pozbyć się w ten sposób przedmiotu pożądania Mustafy. Moja fryzjerka odradzała mi to mówiąc, że moje niewiarygodnie długie włosy dodawały mi urody, ale byłam nieugięta. Nie obcinałam włosów, odkąd skończyłam czternaście lat i wsłuchując się w dźwięk nożyczek czułam, jak z mojego życia ulatnia się zły duch Mustafy. Byłam wolna. Mustafa dowiedział się wkrótce o tym wydarzeniu i zrozumiał jego symboliczne znaczenie. Wiedział, że podjęłam ostateczną decyzję i że nigdy więcej do niego nie wrócę. W przeciwnym wypadku nie pozbyłabym się tego, co kochał we mnie najbardziej. Bez moich włosów był tak słaby jak Samson bez swoich.
Był środek lata, dzień przed świętem Eid. Mustafa miał zabrać trójkę starszych dzieci, Naseebę, Nishę i Alego, do wesołego miasteczka w Liverpoolu, oddalonego o kilka godzin jazdy od Londynu. Kiedy przybył zabrać je z domu mojej matki, dał im oraz służącym "eidi", tradycyjnie ofiarowane z okazji zakończenia ramadanu pieniądze. Mnie wręczył "eidi" w wysokości pięciuset funtów. Wzruszył mnie ten gest i było mi smutno, że wszystko między nami zakończyło się w taki sposób. Wsadzając dzieci do samochodu wyglądał na człowieka zrozpaczonego, toczącego na wygnaniu samotną walkę. Dzień mijał mi spokojnie. Zajmowałam się moim synkiem Hamzą i czekałam na starsze dzieci. Miały wrócić o wpół do siódmej, ale Mustafa się spóźniał. Wpadłam w panikę. Zadzwoniłam do jednego z jego przyjaciół i dowiedziałam się, że Mustafa zabrał dzieci na wieś. Nie mogłam uzyskać bardziej konkretnych informacji, ale czułam, że coś było nie w porządku. Nie wiedziałam tylko co. Kiedy pół godziny później usłyszałam dzwonek telefonu, pośpiesznie podniosłam słuchawkę. Dzwonił Mustafa. Powiedział, że zepsuł mu się na autostradzie samochód i że musiał przejść pieszo całą milę, aby znaleźć telefon i powiadomić mnie, żebym się nie martwiła.
- Gdzie są dzieci? - zapytałam go.
- Dopiero co zjechałem z autostrady - poinformował mnie. - Zostawiłem je w przydrożnym motelu. Nic im nie jest, są tylko nieco zmęczone i śpiące. Właśnie jedzą kolację.
Dodał, że jego brat Arbi jest z nimi.
- Powiedziałeś, że przeszedłeś całą milę, ale skąd? - zaczęłam go wypytywać.
- Z miejsca, gdzie zostawiłem samochód, Tehmino.
- Ale dlaczego? Czy w motelu nie było telefonu?
- Nie - odparł - tam nie ma telefonu.
Trudno mi było w to uwierzyć! Byliśmy w Anglii, a nie w jakiejś zapadłej części Pakistanu!
- Czy mogę porozmawiać z którymś z dzieci? - zapytałam.
- Nie, są zbyt zmęczone. Musiałbym tam wrócić i przynieść je tutaj. To daleko, byłby za duży kłopot. Uspokój się, zadzwonię znowu w przeciągu godziny.
Odwiesił słuchawkę. Zaczęłam nerwowo chodzić po pokoju. "Co on zamyśla? - zastanawiałam się. - Czy to jakaś gra? Czy możliwe, żeby mówił prawdę?"
O wpół do dziesiątej dzwonek telefonu poderwał mnie na równe nogi.
- Dzieci już śpią - oznajmił mi Mustafa opanowanym głosem. - Dzwonię, żeby ci powiedzieć, żebyś się nie martwiła. Nie mogłem przyprowadzić ich do telefonu, bo to za daleko. Musiałbym je całą drogę nieść.
Wydało mi się to zupełnie niewiarygodne. Mustafa nie byłby zdolny do ponownego przebycia całej mili tylko po to, żeby mnie uspokoić. Byłam pełna podejrzeń i zapytałam go:
- Gdzie ty się dokładnie znajdujesz, Mustafa? Wyślę po ciebie samochód.
Napomknął niezbyt pewnie o autostradzie Ml5, ale powiedział, żebym nie zadawała sobie trudu z wysyłaniem samochodu, bo wkrótce będzie gotów jego wóz, którym wróci do domu. Jego pewny siebie i opanowany głos przyprawiał mnie o niepokój. Gdy ponownie odłożył słuchawkę, znów poczułam w sobie pustkę. Zadzwoniłam do jednej ze znajomych i zapytałam się, czy autostrada Ml5 prowadzi do Liverpoolu, na co usłyszałam, że wiedzie ona w zupełnie innym kierunku.
Mustafa kłamał. Nagle zdałam jednak sobie sprawę, że nie to ma znaczenie, że złapałam Mustafę na kłamstwie. On ma moje dzieci! Opadły mnie najgorsze myśli. Co on chce z nimi zrobić? Dokąd je zabiera? Usiadłam i zmusiłam się do zrobienia kilku głębokich oddechów. "Pomyśl, Tehmino - nakazywałam sobie. - Uspokój się i pomyśl!" Dochodziła północ, kiedy Mustafa zadzwonił znowu. Starałam się uniknąć awantury i podałam słuchawkę matce. W delikatny sposób dała mu znać o moich obawach, ale on nazwał je paranoją. Wyjaśnił szczegółowo, na czym polegała awaria jego samochodu, i zapewnił matkę, że dzieciom nic się nie stało. Na koniec upiększył jeszcze swoją historię nadając jej cechy prawdopodobieństwa:
- Poprosiłem wcześniej mojego służącego - powiedział - żeby ugotował nam saalun (curry).
Curry z jagnięcia było jednym z ulubionych dań Naseeby.
- Zadzwoniłem właśnie do niego i powiedziałem, żeby na nas poczekał, bo się spóźnimy. Bardzo chciałem być w domu na kolację, to nie moja wina, że samochód się zepsuł.
Gdy matka skończyła rozmawiać z Mustafą, zatelefonowałam do jego domu. Ktoś podniósł słuchawkę, ale się nie odzywał. Próbowałam jeszcze kilka razy, z takim samym rezultatem, aż w końcu usłyszałam głos służącego.
- Farid - zapytałam - czy przygotowałeś na dzisiaj saalun!
- Nie, begum Sahib - ze zdziwieniem odparł służący. - Nie wydano mi takiego polecenia.
Odłożyłam słuchawkę i zdałam sobie pytanie: dlaczego Mustafa kłamie? Gdzie on jest? Gdzie są moje dzieci?
"BYLIŚMY NAD ŁABĄ, UCHYLONO NAS ZA ODRĘ. PRZEMOC JUŻ SIĘ I TAM CIŚNIE. GDZIE NIGDY GERMAN, CHYBA WĘDROWNY, STOPY SWOJEJ NIE POSTAWIŁ (...) MIĘDZY GERMANAMI A SARMATY WZAJEMNA BOJAŹŃ BYŁA GRANICĄ"
ADAM NARUSZEWICZ
(W PRZEDMOWIE DO "GERMANII" TACYTA)
Jak już w poprzedniej części tej serii pisałem, zarówno Słowianie, jak i Celtowie wywodzili się pierwotnie z tego samego trzonu genetycznego, który przywędrował do Europy (a raczej do jej wschodnich terenów) ok. 18 000 r. p.n.e. Słowianie i Celtowie podzielili się jednak już wcześniej na dwie odrębne grupy (ok. 20 000 r. p.n.e.) o genetycznej haplogrupie R1a1 i R1b1. W tym czasie Europa była już częściowo zamieszkała przez przybyłe wcześniej (od ok. 48 000 r. p.n.e.) plemiona tzw." Nordyków" o haplogrupie (I1 i I2). Oni jednak nie doczekali przybycia Słowian i Celtów (zwanych umownie Ariami), i praktycznie całkowicie wymarli (prawdopodobnie pod wpływem oziębienia klimatu) ok. 40 000 r. p.n.e. Kolejna grupa ich pobratymców (haplogrupa JI), przywędrowała do Europy najprawdopodobniej z terenów Mezopotamii i osiedliła się na terenach bałkańskich. Ta ludność, zostanie pobita i wchłonięta (lub zniszczona) przez wielką falę ludów aryjskich (słowiańsko-celtyckich), które ruszą na Europę ok. 18 000 p.n.e. tuż po upadku i zniszczeniu tzw.: "Kolebki" jak nazywano w najdawniejszych słowiańskich wedach wspólne państwo ludów słowiańsko-celtyckich (najprawdopodobniej chodzi tutaj o owo Imperium Ujghur). Opanowanie Europy przez Ariów nie nastąpiło jednak od razu, był to bowiem proces dość długi, trwający ponad 10 000 lat. Dopiero od 8 000 r. p.n.e. nastąpiła główna migracja Słowian na tereny środkowej Europy (Celtowie ruszą zaś jeszcze później, bowiem ok. 4 200 r. p.n.e.), co spowoduje opanowanie całej Europy kontynentalnej do ok. 4 000 r. p.n.e.
Potem będzie miała miejsce wzajemna konkurencja i ponowne mieszanie się Słowian z Celtami (ok. 2 500 r. p.n.e. Celtowie zajmują już zasiedlone przez Słowian tereny dzisiejszych południowych Niemiec i Czech). Ok. 2 250 r. p.n.e. Celtowie wkraczają na tereny dzisiejszej Francji, co powoduje że zamieszkująca tamte ziemie pierwotna ludność neolityczna, albo ucieka na południe, albo zostaje wchłonięta przez nowych zdobywców. Ok. 2 200 r. p.n.e. Celtowie wchodzą do Włoch, zaś ok. 2 100 r. p.n.e. następuje ich inwazja na Wyspy Brytyjskie, a ok. 1 700 r. p.n.e. opanowują Skandynawię (nie całą oczywiście, zaledwie południowe tereny dzisiejszej Szwecji i Norwegii,ale bez Danii, która od ok. 4 000 r. p.n.e. należy do Słowian). W tym okresie Celtowie opanowują dość duży obszar Europy zachodniej, północnej i środkowej (wyparcie Słowian z tych terenów w okresie lat od ok. 2 500 - ok. 700 r. p.n.e. Mimo to Słowianie także podejmują swoje ekspansje, z których największą w II tysiącleciu będzie migracja na południe, w stronę dzisiejszej kontynentalnej Grecji i opanowanie jej poprzez słowiańskie plemię ognia - Gorów (od słowiańskiego słowa "Gore" - Ogień, którzy to potem zostaną przekształceni w Dorów, z których zaś narodzą się późniejsi Spartanie). Ekspansja słowiańskich Gorów/Dorów do Grecji miała miejsce ok. 1 800 r. p.n.e.
Ok. 6 500 r. p.n.e. pojawiają się wśród Słowian pierwsi Polacy, czyli plemiona Lechitów (ludy o mutacji R1a-M417 Lechici/Polacy). Był to jeden z najważniejszych szczepów słowiańskich (jeśli nie najważniejszy w ogóle), który zaszczepił geny słowiańsko-lechickie również w Indiach i Iranie (tamtejsza ludność ma więcej wspólnych genów z dzisiejszymi Polakami, niż my z Francuzami czy Niemcami). Pierwsze zjednoczone państwo lechickie powstaje jednak dopiero ok. 1 800 r. p.n.e. Imperium Lechickie (podporządkowujące sobie inne plemiona słowiańskie) było państwem zdecentralizowanym, co oznaczało że gdy jakieś lechickie plemię zdobywało przewagę w tym związku, stawało się automatycznie przywódcą całego imperium, które od ok. 700 r. p.n.e. zaczęło odzyskiwać utracone ponad tysiąc lat wcześniej na rzecz Celtów ziemie Europy Środkowej i Południowej. W roku 513 p.n.e. mamy pierwszy najazd z południa na Imperium Lechitów, dokonany przez Persów (w dużej mierze spokrewnionych ze Słowianami) króla Dariusza I Wielkiego. Pomimo wkroczenia na duże obszary ziem dzisiejszej Ukrainy, atak ten zakończył się dla Persów całkowitą klęską i ucieczką Dariusza. Kolejną próbę wojny z plemionami podporządkowanymi Lechitom, podjął w 335 r. p.n.e. (na rok przez jego inwazją na Persję) król Macedonii Aleksander Wielki, ale pomimo kilku zdobyczy, nie odniósł tu trwałego zwycięstwa, ani nie uzyskał żadnych zdobyczy terytorialnych.
W tym czasie oczywiście nie istnieli żadni Niemcy, ani też żadni Germanie, o których chociażby pisze Tacyt. Istnieli natomiast Lechici (czyli Polacy), których Imperium wielokrotnie zmieniało centrum władzy. Początkowo (od ok. 1 800 r. p.n.e.) były to ziemie centralnej i północnej Polski (w tym czasie zostaje założony również gród w Gnieźnie (ok. 1 700 r. p.n.e.), przez króla Lecha I - który przetrwał również w ludowej opowieści o "Trzech Braciach", Lechu, Czechu i Rusie). Ok. 1550 r. p.n.e. centrum władzy przeniosło się na południe, do plemienia Wiślan, których głównym grodem był założony w tym czasie Kraków (pierwotnie Carodom). Ok. 1450 r. p.n.e. centrum decyzyjne Imperium lechickiego, ponownie przeniosło się do plemion północnych (znad Morza Bałtyckiego), jednak w latach 70-tych XIII wieku znów wróci do plemion centralnej Polski (leżących między Wisłą a Odrą), prawdopodobnie byli to Polanie (choć ta nazwa wówczas nie istniała). Dominacja "Polan" była dość długa, bowiem trwała ok. 1200 lat do I wieku p.n.e. Wówczas to dominację w Imperium Lechickim objęło plemię Swebów (lub Swewów), którego władcą był nadreński król Ariowit (zwany również Ariowistem). Miał on również nosić imię Lecha III i doprowadził do ponownego (pierwszy był w latach ok. 7 000 p.n.e. - ok. 2 300 p.n.e.) zajęcia ziem dzisiejszej Francji (wówczas już ziemi zasiedlonej przez Celtów).
Lech Ariowit po dziś dzień uważany jest przez niemieckich historyków za "Germanina", choć nazwa ta (użyta i rozpowszechniona przez Tacyta), była nazwą sztuczną i opisywała plemiona słowiańskie leżące po drugiej stronie gór (Ger-man - mężczyzna zza gór, zza Alp. Słowo to do dziś nie utraciło swego słowiańsko brzmiącego tonu). Żadnych innych plemion na tych terenach (za Alpami i Renem) wówczas nie było, prócz zdecentralizowanego Imperium Lechickiego, grupującego wiele najróżniejszych słowiańskich plemion (aby się o tym przekonać wystarczy przebadać kości poległych wojowników pod względem genetycznym, aby przekonać się że na całym tym obszarze dominowała haplogrupa R1a1, z dominującą rolą lechickiej (polskiej) mutacji M-417. Nie było Germanów (w sensie przodków Niemców) nie było Niemiec, nie było żadnych niemieckich plemion, których istnienie zostało w dużej części wymyślone przez historyków niemieckich w XVIII i XIX wieku. Wszyscy oni nagle stali się Niemcami, bowiem należało jakoś wytłumaczyć genetyczną ciągłość niemieckiego państwa, sięgającą dalekiej starożytności (w tym czasie Niemcy, po bismarkowskim zjednoczeniu na zasadzie "Krwi i Żelaza" stawały się coraz silniejszym i dominującym w Europie państwem. Takie państwo, które aspirowało do roli światowego mocarstwa, nie mogło nie mieć historii, nie mogło nie mieć korzeni, sięgających w daleką przeszłość (bowiem jak to się mówi: "Drzewo bez korzeni nadaje się tylko na opał"). Musiała istnieć jakaś ideologiczno-genetyczna spójnia grupująca Niemców, i taką spójnią stali się właśnie Germanie, którzy nagle (dzięki niemieckim historykom) okazali się przodkami współczesnych Niemców.
Tak właśnie narodziła się niemiecka propaganda historyczna, która zdobyła ogromną popularność w świecie (wbrew genetyce, czego przykładem jest chociażby Bitwa w Dolinie Dołęży, mająca miejsce ok. 1250 r. p.n.e. Dziś odnajdowane kości i broń użytą podczas tej największej bitwy starożytności, nie tylko zaprzeczają niemieckim twierdzeniom o "niemieckości Germanów", ale wręcz potwierdzają dominację nie tylko osób o słowiańskiej haplogrupie R1a1, ale również tej, którą dziś posiadają współcześni Polacy - R1a1-M-417). Niemcy są więc krajem bez korzeni, podobnie jak Rosja krajem bez historii (co dobitnie stwierdził Piotr Czaadajew, pisząc w swych "Listach filozoficznych" o Rosji i Rosjanach: "Rośniemy, ale nie dojrzewamy, idziemy naprzód, ale po linii krzywej, czyli takiej, która nie prowadzi do celu (...) Gdy cały świat przebudowywał się od
podstaw myśmy nie wznieśli nic nowego, po dawnemu siedzieliśmy skuleni w
dawnych chałupach z bierwion i słomy. Jednym słowem losy ludzkości
wykuwały się bez nas (...) Najpierw brutalne barbarzyństwo, potem ordynarna
ciemnota, następnie obce panowanie, okrutne i poniżające, którego ducha
odziedziczyła późniejsza nasza władza - oto smutna historia naszej
młodości (...) Jeśli nawet założyć, że potrafilibyśmy
drogą studiów i rozmyślań zdobyć brakującą nam wiedzę, to skąd wziąć
żywe tradycje, rozległe doświadczenie, głębokie zrozumienie przeszłości,
trwałe nawyki intelektualne (...) Żyjemy w kraju tak ubogim, gdy idzie o
objawy tego, co idealne".Rosja i Niemcy - puste państwowe twory, bez ducha, bez historii, bez korzeni - smutne.
Wracając zaś do Lecha III Ariowita, otóż w 71 r. p.n.e. przekroczył on Ren na czele słowiańskiego plemienia Swebów i wkroczył do celtyckiej Galii. Nie uczynił tego jednak oficjalnie jako najeźdźca, został bowiem "zaproszony" do Galii przez przedstawicieli celtyckich plemion Sekwanów i Arwernów (z których pochodził również późniejszy przywódca ogólno-galijskiego powstania anty-rzymskiego - Wercyngetoryks). Plemiona te bowiem poniosły klęskę w ostatniej wojnie z Eduami (innym celtyckim plemieniem, którego siedziby leżały w centralnej Francji, pomiędzy rzekami Loara i Elavier, zaś głównym ich grodem była Gergobina). Poprosiły więc Ariowita (wówczas już przywódcę plemion lechickich), o wsparcie, przybycie do Galii, pokonanie Eduów i po odpowiednio hojnej zapłacie, powrót za Ren, do słowiańskiej Lechii. I Ariowit tak właśnie uczynił, przekroczył Ren i w bitwie z Eduami pokonał ich i ujarzmił (71 r. p.n.e.). Wówczas to, zadowoleni przedstawiciele plemion Arwernów i Sekwanów, ofiarowali mu bogate dary, aby znów wyniósł się do siebie, za Ren. Ariowit jednak nie zamierzał tego uczynić, odniesione zwycięstwo spowodowało że stał się najpotężniejszym władcą w całej Galii, rozpoczął też sprowadzanie członków swego plemienia (i nie tylko swojego, również innych plemion słowiańskich) do Galii, tak aby uczynić z niej swoją zdobycz a z Galów swych poddanych. Tak więc Galia w została ujarzmiona przez Słowian (choć ich kontrola nie była jeszcze całkowita, stanie się to dopiero później).
W tej sytuacji wiele plemion celtyckich poczęło rozglądać się za sojusznikami, którzy wypędziliby z Galii Słowian i ponownie zwrócili Celtom ich kraj. Powstały dwa wielkie stronnictwa (w plemionach). Jedno stronnictwo arystokratyczne, postulowało szukanie pomocy na zewnątrz (głównie w Rzymie), drugie zaś, grupujące nowobogackich wielmożów, darzących do zdobycia władzy dzięki przypodobaniu się ludowi - opowiadało się za walką narodowowyzwoleńczą, prowadzoną przez samych Galów. Mawiano że każdy kolejny sojusznik, po pokonaniu Ariowita, szybko może zamienić się w nowego okupanta i ponownie podporządkować sobie Galię. Przeważyło stanowisko "stronnictwa ludowego" i gdy plemiona Arwernów, Sekwanów, Boiów i Eduów zjednoczyły się aby pokonać słowiańskiego władcę (który do tego czasu znacznie się umocnił, sprowadzając całe swoje plemię i wielu ochotników z innych słowiańskich ziem), doszło do bitwy pod Magetobrygą (65 r. p.n.e.) która zakończyła się całkowitą klęską Celtów i całkowitym podporządkowaniem sobie Galii przez Ariowita (wiele celtyckich ludów, szczególnie w Aremoryce - północna Francja przy Kanale La Manche - i Belgii, płaciło mu jedynie daninę. Bezpośrednio zaś kontrolował ziemie Edułów i Sekwanów, których zamienił w swoich poddanych (a część w niewolników).
W takiej sytuacji stronnictwo ludowe musiało ustąpić pola arystokratom, którzy zamierzali prosić o pomoc Rzymian. W tej sprawie w 61 r. p.n.e. udał się do Rzymu najwyższy kapłan Eduów - druid Dywicjak, który gościł nawet w domu Cycerona. Wówczas niewiele jednak wskórano, gdyż senat był przeciwny podejmowaniu uciążliwej wojny w obronie kilku plemion Galii, podjęto jedynie uchwałę że rzymscy namiestnicy Galii Narbońskiej (czyli dzisiejszej Prowansji), będą bronili lud Eduów przez Swebami, ale po warunkiem że będzie to w "z pożytkiem dla Rzeczypospolitej" (czyli innymi słowy zgodnie z interesami Rzymu). Zaś w 59 r. p.n.e. podczas konsulatu Cezara, do Rzymu przybyli posłowie króla Lecha III Ariowita, którzy zaoferowali Rzymianom trwały pokój i uznanie swych stref wpływów - Ariowit miał kontrolować północną Galię do rzek Rodan i Garonna, zaś Rzymianie południe, wraz z prowincją Galią Narbońską. Cezar przyjął te warunki i przekonał senat do ich zatwierdzenia (tym bardziej że rzymskiej prowincji groził wówczas eksodus celtyckiego plemienia Helwetów, którzy zamierzali porzucić swoje dotychczasowe siedziby - dzisiejsza Szwajcaria- i przejść do Oceanu Atlantyckiego w poszukiwaniu lepszych ziem. Z obawy jednak na zagrożenie słowiańskie na północy, postanowili przejść od strony południowej, wkraczając do rzymskiej prowincji w Galii. Stanowiło to poważne zagrożenie, dlatego dla Rzymian wówczas lepiej było mieć Ariowita za przyjaciela niż wroga, przystali więc na jego propozycje).
Jednak gdy tylko Gajusz Juliusz Cezar, jako namiestnik Galii Narbońskiej w roku następnym pokonał plemię Helwetów w wielkiej bitwie pod Bibrakte (30 czerwca 58 r. p.n.e.), zmienił się też jego stosunek do Słowian i Ariowita, tym bardziej że większość plemion celtyckich, to właśnie w nim widziała teraz swego wybawcę. Cezar polecił Eduom zaprzestanie płacenia daniny Ariowitowi, co bardzo szybko spowodowało jego kontrakcję. Gdy słowiańska armia Swebów maszerowała na Eduów z zamiarem zniszczenia ich siedzib, drogę zastąpił im Cezar, który zaproponował Ariowitowi rozmowę "w cztery oczy". Rozmowa ta jednak, zgodnie z życzeniem Ariowita wyglądała następująco - obaj wodzowie rozmawiali ze sobą z koni i mieli dla ochrony po dziesięciu żołnierzy. Podczas tej rozmowy, przywódca Lechitów zażądał by Cezar wycofał się do swojej prowincji, bowiem jak twierdził - on nie przeszkadza Rzymianom w poborze danin z południa Galii, dlaczego więc ci próbują uniemożliwić mu karanie nieposłusznych wasali w jego części (zatwierdzonej zresztą przez senat). Cezar odmówił (wówczas miało dojść do próby zamachu na jego życie, co jednak się nie udało), lecz to oznaczało już wojnę. Do bitwy doszło u stóp Wogezów, która zakończyła się klęską i ucieczką Ariowita i innych Słowian za Ren. Tak oto zakończyła się pierwsza słowiańska próba odzyskania Galii, zaś król Ariowit powrócił do Lechii i miał panować jeszcze przez 33 lata, pokonując Rzymian trzykrotnie w Ilirii i Panonii. Tymczasem Gajusz Juliusz Cezar po kilkuletniej, niezwykle krwawej wojnie (58 - 51 r. p.n.e.) podporządkował sobie całą Galię i ujarzmił Galów. Jednak kolejne walki ze Słowianami miały dopiero nadejść, w tym jedna z największych klęsk, jaką ponieśli Rzymianie w swojej historii - w Lesie Teutoburskim roku 9 naszej ery. Ale o tym w kolejnej części.
Podejrzewałem że Donald Trump jest wyjątkową postacią (biorąc pod uwagę jego poprzedników na urzędzie prezydenta Stanów Zjednoczonych, gdzieś tak od zakończenia prezydentury Ronalda Reagana), teraz jednak moje podejrzenia jeszcze bardziej przekonały mnie co do tego, że ten amerykański prezydent jest punktem granicznym, oznaczającym pewną polityczną i moralną zmianę w świecie (mam tutaj na myśli świat chrześcijański). Szczególnie zaś staje się to widoczne w naszym kraju. Wojska amerykańskie już stacjonują w Polsce, co stanowi wymierną gwarancję bezpieczeństwa naszego kraju i naszego regionu (i nie chodzi wcale o ich liczbę, która jest niewielka, ale o sam fakt ich obecności w Polsce, jako centralnym państwie Europy Środkowo-Wschodniej). Amerykanie są co prawda drugą obcą armią, która na ziemiach polskich była witana tak życzliwie i radośnie, pierwszą były wojska francuskie Napoleona Bonaparte, wkraczające na ziemie polskie w czasie kampanii 1806/1807. Polacy nigdy nie pragnęli mieć na własnej ziemi obcych armii, dlatego też z takim poświęceniem walczyliśmy o Wolność i Niepodległość naszego kraju, najpierw z niemieckim najeźdźcą, a potem z jego wschodnią repliką w postaci sowiecko-rosyjskiego agresora. Po II Wojnie Światowej (która dla nas zakończyła się w sposób przedziwny, bowiem formalnie zakończyliśmy wojnę w gronie państw zwycięskich, a jednak okazało się że była ona dla nas przegrana, bowiem kraj został ponownie zajęty, tym razem przez Sowietów), weszliśmy do tzw.: "Bloku Wschodniego", będącego pod całkowitą (militarną i polityczną) kontrolą Moskwy. W Polsce stacjonowały oddziały Armii Sowieckiej, a wiele baz było tak tajnych, że ledwie wiedzieli o nich sami mieszkańcy danych miejscowości. Wówczas to zaczął krążyć po kraju wierszyk, w sarkastyczny sposób opisujący naszą podległość względem kolejnego okupanta, a brzmiał on następująco: "Armia Sowiecka z nami od dziecka".
Od wieków (z ogromnym natężeniem w czasie ostatnich 300 lat) zarówno Niemcy jak i Rosjanie pragnęli podporządkować sobie nie tylko nasz kraj (który jest bramą między Europą Wschodnią i Zachodnią), ale cały rejon Europy Środkowej. Celem było narzucenie swojego zwierzchnictwa i kontrola kluczowych terenów Europy Środkowej, zapewniających panowanie w całej Europie (kto bowiem kontroluje ziemie Polski i Niemiec, ten realnie panuje w Europie - takie są niestety uwarunkowania geopolityki). Nigdy jednak żadna obca armia (prócz, jak wspomniałem Francuzów z początku XIX wieku), nie była w Polsce witana w tak radosny sposób jak te nieliczne oddziały amerykańskie, stacjonujące już u nas od kilku miesięcy. Stanowią one bowiem rękojmię amerykańskiego wsparcia (niekoniecznie militarnego, choć jest ono bez wątpienia najważniejsze). Tego właśnie pragnęli Żołnierze Niezłomni, których los rzucił do nierównej walki z Niemcami i Sowietami, czyli do tej turańskiej dziczy, która niewiele miała wspólnego z cywilizacją europejską i jej prawdziwymi wartościami. Marzenie Żołnierzy Niezłomnych, Żołnierzy Wyklętych spełnia się na naszych oczach. Oto bowiem do naszego kraju przyleciał prezydent największego światowego mocarstwa Stanów Zjednoczonych Ameryki - Donald Trump, by potwierdzić swe wsparcie w projekt wzmocnienia całego naszego regionu. Notabene taka ciekawostka - Trump jest też drugim wielkim przywódcą dużego mocarstwa, który jasno i otwarcie (a przede wszystkim publicznie) stwierdził że przyleciał do kraju Mikołaja Kopernika, tym samym potwierdzając to, z czym wielu dotąd miało problem (szczególnie mam tutaj na myśli Niemców) - z jasnym nazwaniem Mikołaja Kopernika Polakiem. Trump jest drugim, a kto był pierwszym? Jak myślicie? Pierwszym obcym przywódcą, który publicznie potwierdził polskość Kopernika, był nie kto inny jak właśnie... Cesarz Napoleon Bonaparte. Jest to niezwykle symboliczne, że przywódcy, których armie Polacy zawsze uważali za prawdziwe wyzwoleńcze, jednocześnie tak zdecydowanie opowiedzieli się przeciwko niemieckim kłamstwom (zaś wcześniej pruskim) co do rzekomej "niemieckości" Mikołaja Kopernika.
Zresztą nie jest to jedyny aspekt ostatniej wizyty amerykańskiego prezydenta. Teraz bowiem ukazał się artykuł w "The New York Times" (która to gazeta jest stosunkowo anty-trumpowa), oficjalnie potwierdzający zmiany, jakie uwidaczniają się w naszej części Europy. Mianowicie Norman Stanley, autor tekstu w "Timesie" pisze oficjalnie że polska gospodarka jest jedną z najdynamiczniej się rozwijających gospodarek świata i że w połączeniu z całym regionem Europy Środkowo-Wschodniej (której siłę nadawała by gospodarka Polski), nasz blok rodzącego się Międzymorza (marzenia Marszałka Piłsudskiego), czy raczej Trójmorza (lub też Nowej Jagiellonii jak kto woli), stałby się poważnym graczem na gospodarczej mapie świata. Stanley pisze też, że globalni stratedzy powinni dziś spoglądać nie tylko w kierunku Chin, Indii, Rosji czy Brazylii, ale również w stronę Polski, rodzącej się gospodarczej potęgi (o globalnej wkrótce skali). Historia tworzy się na naszych oczach, i kto jest w miarę rozgarniętym politykiem, ten już wie że takie kraje jak Polska właśnie i takie regiony jak Europa Środkowa, to przyszłość nie tylko samej Europy, ale nowy globalny gracz na geopolitycznej mapie. Rodzi się nowa potęga świata, a taki gość jak prezydent Donald Trump dostrzega to i wyciąga wnioski - wkrótce czekają nas lata niezwykłej wręcz (nieznanej w pokoleniu ani naszych dziadków, ani nawet dziadków naszych dziadków) potęgi. Jeszcze dekada, góra dwie, a wszystko to o czym tutaj piszę, stanie się naszą najrealniejszą rzeczywistością. Podobnie jak po 60 latach od zakończenia II Wojny, spełniło się pragnienie Żołnierzy Niezłomnych, którzy oczekiwali w Polsce na czołgi generała Pattona, aby wraz z nimi pogonić to całe ruskie tałatajstwo z powrotem do Moskwy, tak i my (a już na pewno nasze dzieci) ujrzą początek nowego tworu jakim będzie nowe Międzymorze, i nowy układ stosunków w świecie, którego jednym z gwarantów będzie swoisty Pax Polonorum.
PS: Dugin przez to wszystko to chyba ogoli się i zje własną brodę - no cóż smacznego kolego, należałoby powiedzieć. A co do prezydenta Trumpa i Amerykanów powiem tylko:
Temat, który właśnie zakładam pierwotnie miał dotyczyć kwestii zmian, jakie następowały w społeczeństwach kilku wybranych państw Europy i Świata (ze szczególnym uwzględnieniem Stanów Zjednoczonych i Niemiec), na przestrzeni mijających dziesięcioleci. Jednak pozwoliłem sobie na razie go odpuścić i zaprezentować pewną jego skróconą wersję, obejmującą lata 1918-1939 czyli okres tzw.: Międzywojnia. Są to bowiem czasy obfitujące w wiele zaskakujących momentów, które trwale zapisały się na kartach historii. Jednocześnie czasy te zapisały się jako poligon doświadczalny pod wszelkiego typu lewicowe (i w o wiele mniejszym stopniu prawicowe) ideologie, polegające na woli budowy "Nowego Człowieka" i "Nowego Świata". Bardzo ciekawie ten proces następował na przykład w Niemczech weimarskich, to rozluźnienie dotychczasowego "kajzerowskiego gorsetu", który objawiał się w szalonych, wręcz orgiastycznych tańcach dancingowych, wyzwoleniu kobiet i popuszczeniu dyscypliny młodzieży, do czasu gdy nowy niemiecki kanclerz (który początkowo był swoistą atrakcją kabaretową i często występował w klubach tanecznych i barach), niejaki Adolf Hitler postanowił ponownie wziąć wszystko w garść i (tym razem) sobie podporządkować. Wówczas znów nastąpiła zmiana - otwartość Niemców czasów Republiki Weimarskiej, zastąpiła konsolidacja pod jednym hasłem "ein Volk, ein Reich, ein Fuhrer", a ci szaleni, wyuzdani i tańczący Niemcy, teraz zdeptali swymi wojskowymi buciorami całą Europę, przy okazji mordując kilkadziesiąt milionów ludzi.
Podobnie Rosja, ciekawie wygląda sam proces rewolucji bolszewickiej (zresztą dokładnie zaplanowany na kilka ładnych lat przed jej rzeczywistym wybuchem - co ciekawe, duży wkład w te plany mieli Polacy), oraz pewnych "liberalnych" nowinek, jak otwartość seksualna i zgoda na uznanie związków tej samej płci, która to obowiązywała w Związku Sowieckim mniej więcej do połowy lat 20-tych, zaś od roku 1930 wszystko znów się zmieniło i otwartość seksualna pierwszych lat Rewolucji, została zastąpiona skrupulatną bolszewicką moralnością (niewiele różniącą się od dotychczasowej moralności mieszczańskiej, poza może faktem, że wszelkie nawoływania do otwartości w tej mierze skończyć się mogły "uzdrowiskiem" na Kołymie czy Magadanie, gdzie ludzie wprost zdychali w niewolniczych warunkach, wykonując ciężkie prace w obezwładniającym zimnie i przy użyciu prymitywnych narzędzi). W tym okresie w mniejszym stopniu owe zmiany dotkną Stany Zjednoczone Ameryki, ale świadomość jak bardzo zmieniło się amerykańskie społeczeństwo od czasów gdy wieszano czarnoskórych mieszkańców na drzewach Teksasu, Georgii, Luizjany, Alabamy czy Wirginii, do dziś, gdy biali praktycznie boją się użyć w rozmowie słowa "czarny", aby nie zostać posądzonym o rasizm (co ciekawe, czarnoskórzy Amerykanie nie mają takich dylematów i często sami siebie wprost nazywają "czarnuchami"). Ciekawie też wyglądały zmiany mentalne polskiego społeczeństwa, choć w tym przypadku były to głównie zmiany mentalności "orientacyjnej" na mentalność polską (patriotyczną lub narodową), a w mniejszym stopniu wszelakie eksperymenty społeczne. Zapomniałbym o Turcji, gdzie zmiany te postępowały pod wpływem reform Kemala Ataturka, gdy Turcy przeszli prawdziwą rewolucję mentalną, gdy zmieniono im praktycznie wszystko - łącznie z alfabetem. I to wszystko razem wzięte zamierzam właśnie przedstawić w tej serii tematów. Zatem do dzieła...
VARIA
EUROPA ROKU 1914
NIM WYBUCHŁA PIERWSZA ŚWIATOWA
"NIE MARTWCIE SIĘ, WOJNA BĘDZIE"
JÓZEF PIŁSUDSKI ZWRÓCIŁ SIĘ TYMI OTO SŁOWY DO FERDYNANDA GOETELA, ZMARTWIONEGO WIADOMOŚCIĄ ŻE ROSYJSKA MOBILIZACJA MOŻE NIE DOPROWADZIĆ DO WOJNY Z AUSTRO-WĘGRAMI, A CO ZA TYM IDZIE DO WOJNY ŚWIATOWEJ. WÓWCZAS KOMENDANT PIŁSUDSKI POKLEPAŁ GO PO RAMIENIU I WYPOWIEDZIAŁ TE WŁAŚNIE SŁOWA
KONIEC LIPCA 1914 r.
I Wojna Światowa była potwornym nieszczęściem dla całej Europy, doprowadzając ją na skraj finansowego i cywilizacyjnego upadku, przy jednoczesnych ogromnych stratach ludnościowych. Sama myśl, że do takiej wojny mogłoby dojść już musiała by przerażać, dlatego też wyda się dziwnym (a raczej przerażającym), że wojna ta także... została zaplanowana i to na długo przed jej właściwym wybuchem (podobnie zresztą jak rewolucja bolszewicka, dojście Hitlera do władzy i kilka innych wydarzeń, dziejących się na naszym kontynencie). Brzmi to może troszeczkę "spiskowo", ale niestety, świat nie jest tak kolorowy i sympatyczny za jaki wielu z nas dziś jeszcze go uważa - wiele śmierci, ludzkich nieszczęść i zniszczeń zrodziło się w zaciszach ciepłych gabinetów przy gęstych oparach cygar, oraz litrach wypitego alkoholu. Nam może wydaje się to nieprawdopodobne, ale konsekwencja pewnych ludzi w doprowadzeniu do pewnych, określonych (i pożądanych dla nich) działań jest wprost niesamowita (przykład, chociażby - "kryzys imigracyjny" Anno Domini 2015).
Pewni ludzie wiedzieli o tych działaniach (oczywiście nie znano wszystkich szczegółów, ale wiedziano jak to ma wyglądać w ogólnych zarysach), i często mówili o tym głośno (jak choćby Józef Piłsudski: "Przyszła wojna będzie szła z Zachodu na Wschód. Najpierw Niemcy i Austro-Węgry pokonają Rosję, a następnie koalicja Francji i Wielkiej Brytanii, lub Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych pokona Niemcy" - Paryż luty 1914 r. "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia" - 1915 r. Marszałek Wielkiej Brytanii Horatio Kitchener (ten sam, który miał ciekawy fetysz seksualny, mianowicie uwielbiał deflorować sempiterny pokojówek swych znajomych i przyjaciół, a gdy dziewczęta zamykały się przed jego amorami na klucz, a po wyważeniu drzwi, i ostrym... zlaniu pupy takiego dziewczęcia następnie po prostu odbywał z nimi seks analny): "Nadchodząca wojna potrwa CO NAJMNIEJ trzy lata i pochłonie miliony ludzkich istnień" - sierpień 1914 r., czy papież Pius X, który podczas wizyty austriackiego arcyksięcia Karola Habsburga w Rzymie w 1911 r. miał pogratulować mu następstwa tronu po sędziwym (wciąż żyjącym) cesarzu Franciszku Józefie I, no co skonfundowany Karol zaczął wyjaśniać, że pierwszeństwo w kolejce do tronu ma arcyksiążę Franciszek Ferdynand, na co papież miał kiwnąć ręką i stwierdzić żeby Karol się tym nie przejmował. W 1912 r. miał również powiedzieć że: "Wojna wybuchnie w 1914 r.").
Czy możemy sobie wyobrazić zwycięstwo bolszewizmu w Rosji, bez odpowiedniego wcześniejszego wsparcia (zarówno logistycznego jak i finansowego) ze strony wielu państw (Niemiec, USA, Wielkiej Brytanii), czy sądzimy że marginalna partia kabareciarza Hitlera, na którego przemowy ludzie przychodzili dla rozrywki (często chłopcy w taki sposób wyciągali na imprezy dziewczyny, mówiąc: "Chodź ze mną, dziś w klubie występuje pan Hitler, będzie ciekawie"), zdobędzie władzę i stworzy potężne państwo totalitarne o niezwykle śmiercionośnym ostrzu, bez odpowiedniego wsparcia z zewnątrz (zarówno ze Wschodu jak i z Zachodu). Te, i wiele innych zdarzeń, których doświadczyła ludzkość, były po prostu... eksperymentami, mającymi w rzeczywisty sposób sprawdzić ludzkie sposoby działania (za wszystkimi tymi "zdarzeniami" stali potężni "alchemicy", którzy testowali na żywym organizmie społecznym jak wyglądać będzie ustrój komunistyczny, potem jego transformacja czyli nazizm, oraz inne twory. Dlatego też wybrano do ich realizacji takie kraje jak Rosja - która w opinii "alchemików" sprawiała wrażenie dzikiego kraju, gdzie jednak dobrze będzie można "zbadać" rozprzestrzenianie się tej choroby, zwanej komunizmem, czy Niemcy, upokorzone po przegranej I Wojnie i dążące do "wyrównania rachunków"). Wielu ludzi było świadomych tych działań, byli "wtajemniczeni" i znali kolejność planów które miały zostać wprowadzone w życie i często o tym mówili.
Ale zastanawiające jest też to, że w owych planach dość poczytne miejsca przypadają Polakom, szczególnie jeśli chodzi o I Wojnę Światową. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak wielu Polaków, ulokowanych na wysokich stanowiskach w carskiej Rosji, kajzerowskich Niemczech czy monarchii austro-węgierskiej, dążyło do... zniszczenia tego status quo, jaki obowiązywał w Europie od 1871 r. (a realnie od Kongresu Wiedeńskiego 1815 r.) i tym samym odbudowy niepodległego państwa polskiego. Było ich bardzo wielu, ci ludzie potajemnie dążyli do rozbicia mocarstw, które reprezentowali (Rosji, Niemiec, Austrii), aby dzięki temu odbudować niepodległą Polskę, a nie można było tego uczynić bez wybuchu wielkiej wojny pomiędzy państwami zaborczymi. Byli to prekursorzy późniejszego ruchu prometejskiego (wielu z nich w niepodległej Polsce zajmowało wysokie stanowiska i działało na odcinku rozbicia ewentualnej agentury, czy to sowieckiej czy niemieckiej, a ponieważ mieli doświadczenie z czasów własnej "młodości", mniej więcej znali sposób postępowania ewentualnych agresorów). Nim jednak przejdę do opisu tych działań (zresztą sięgających jeszcze XVIII wieku i czasów napoleońskich, wówczas to powstają ciekawe plany... rozbicia i rozczłonkowania Rosji, których autorem był adiutant wielkiego Cesarza Napoleona (który również wydał wojnę "alchemikom", ale ostatecznie przegrał i został przez nich upokorzony i zamknięty na małej wyspie. Potem było kilka planów uwolnienia Cesarza z tego wyspiarskiego więzienia, w co zaangażowani byli prócz Francuzów także Polacy, bowiem jak jeszcze wcześniej wyraził się Kazimierz Brodziński: "Nie chce mi się zmieścić we łbie, że nasz Cesarz skończył na Elbie") - Józef Sułkowski. Z planów tych skorzystał potem Aleksander Parvus w niemieckim projekcie podziału Rosji wzdłuż granic etnicznych, po zwycięstwie Niemiec w I Wojnie Światowej), pragnę skupić się na zaprezentowaniu epoki przedwojennej, czyli świata jaki zniknął po wybuchu Pierwszej Wielkiej Wojny Światowej (Jerzy Wasowski twierdził że "Normalny świat umarł wraz z wybuchem I Wojny Światowej"), zaczynając może od Wielkiej Brytanii.
WIELKA BRYTANIA
ANNO DOMINI 1914
Cz. I
"WŁADAJ BRYTANIO"
"BIĆ SIĘ NIE CHCEMY, ALE (...) GDY BĘDZIE TRZEBA, MAMY OKRĘTY, MAMY LUDZI I STARCZY NAM TEŻ CHLEBA"
JOHN HUNT
W 1914 r. Imperium Brytyjskie było największym imperium na świecie, choć należałoby wyjaśnić czymże było to imperium? Na to pytanie odpowiedzi udzielił lord Rosebery, który stwierdził: "Imperium jest to przewaga jednej rasy nad inną rasą" a Imperium Brytyjskie było bezwzględną dominacją białej rasy nad każdą inną. W swych orientalnych pałacach brytyjscy gubernatorzy podbitych prowincji, byli niczym udzielni książęta, a świat jaki ich otaczał (wraz z ich kobietami, dziećmi, personelem i innymi "Europejczykami z Eton"), mógł się wydawać dość tajemniczy i jednocześnie dość romantyczny. Bowiem ci biali, brytyjscy koloniści, w swych kaskach zdobionych piórami, wsparci przez swych miejscowych służących (często w turbanach), przemierzali chaszcze Dekanu czy afrykańskie pustynie w poszukiwaniu tygrysów i lwów, a w wolnych chwilach grywając w krykieta czy polo, w swych kolonialnych posiadłościach i wypijając w upalne dni litry "Whisky" lub "Sherry". W taki to mniej więcej obrazkowy sposób upływało kolonialne życie brytyjskich elit imperialnych na podbitych prowincjach tego wielkiego imperium. Należy też pamiętać, że owe elity, były niezwykle rasistowskie (biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, choć należy pamiętać że w tamtych czasach nie było to wcale żadnym problemem a za rasistów nie uważali Brytyjczyków nawet ich przeciwnicy polityczni czy wrogowie, jak np. Mahatma Gandi czy jemu podobni. Zauważmy, jaka w tamtym czasie panowała swoboda wypowiedzi i wolność słowa), i to do tego stopnia, że uważali za "białych ludzi" nie tylko Europejczyków i Amerykanów (czyli mieszkańców żyjących w kręgu jedynej cywilizacji jak mniemali), ale wręcz samych siebie, twierdząc że: "Czarnuchy zaczynają się już w Calais" (notabene to brytyjskie przysłowie w dzisiejszych czasach staje się niezwykle aktualne, ze względu na muzułmańskie szwadrony nachodźców, okupujące tzw.: "Dżunglę" w Calais).
Tak na dobrą sprawę wydaje się jednak że ów "rasizm" nie był domeną jedynie ówczesnych elit, ale że był obecny (zresztą do dzisiaj na swój sposób jest) w całym brytyjskim społeczeństwie. Wystarczy bowiem przytoczyć słowa, jakie padły w Izbie Gmin ok. 1900 r. Brzmiały one tak: "Wśród wszystkich Anglików (...) istnieje głębokie przekonanie podzielane zarówno przez najmożniejszych, jak i najmniej znaczących (...) przekonanie głęboko zakotwiczone w duszy, a mówiące, że przynależą oni do rasy, którą Bóg wybrał do rządzenia". Brytyjczycy doprawdy mieli prawo wierzyć w swój geniusz i swoją "dziejową i boską misję w świecie", jako że do owego 1914 r. nie przegrali żadnej większej wojny (poza wojną w obronie posiadłości amerykańskich, która to jest znana jako Wojna o Niepodległość Stanów Zjednoczonych Ameryki), ich wynalazki zalewały cały cywilizowany świat, a kultura i język wypierały francuski i stawały się międzynarodowym (Alfred Austin na pytanie jak wyobraża sobie Raj, odpowiedział: "Siedzę w ogrodzie i przyjmuję posłańców przynoszących wiadomości o brytyjskich zwycięstwach: raz na morzu, raz na lądzie". Zresztą przekonanie o wyjątkowości Brytyjczyków wśród innych narodów i ludów świata, brało się również z wychowania, z domu i ze szkoły. W szkole bowiem wszczepiano młodym ludziom przywiązanie do brytyjskiej wspólnoty imperialnej, do cywilizacji, która (w mniemaniu wykładowców) była jedyną cywilizacją postępu ludzkości. Ale siła i potęga rodzi również odpowiedzialność, zatem Brytyjczycy muszą być odpowiedzialni za losy świata i innych ludów. Owa brytyjska arogancja rodziła się więc również w akademickich salach Cambridge, Oxfordu i Eton.
Imperium Brytyjskie w 1914 r. liczyło ponad 31 mln. km. kw. i posiadało jedną czwartą ludności globu. Brytyjczycy dysponowali najpotężniejszą flotą handlową i wojenną świata, szereg rozsianych baz morskich, ułatwiających zarówno prowadzenie międzynarodowego handlu jak i długotrwałej wojny morskiej, londyńskie City stało się z początkiem XX wieku najpotężniejszym centrum finansowym świata, co sprawiało że Wielka Brytania była też największym inwestorem i globalną potęgą przemysłową. Na czele państwa stał monarcha, który jednak nie posiadał realnej władzy ("Król panuje ale nie rządzi" - jak mówiło brytyjskie przysłowie). W 1901 r. zmarła długoletnia królowa i jednocześnie pierwsza cesarzowa Indii - Wiktoria (zmarła w wieku 81 lat, z czego panowała przez 63 lata, zaś cesarzową Indii była przez 24 lata). Jej następcą został syn - Edward VII (którego ona trzymała z dala od władzy i w konsekwencji nowy król był praktycznie nieprzygotowany do pełnienia swoich obowiązków). Król Edward zmarł w maju 1910 r. a jego miejsce zajął syn i wnuk Wiktorii - król Jerzy V, który panował będzie aż do 1936 r. (jego następcą zostanie najstarszy syn - Edward VIII, który zostanie obalony poprzez wspólną akcję wywiadów polskiego i amerykańskiego - co opisuję w innym temacie, bowiem istniało niebezpieczeństwo jego zbytnich proniemieckich sympatii. Stało się tak zgodnie z ostatnią wolą Marszałka Piłsudskiego, który na łożu śmierci polecił ministrowi spraw zagranicznych - Józefowi Beckowi: "Musisz wciągnąć Brytyjczyków do wojny, słyszysz! To jest nasza jedyna szansa", dlatego też proniemiecki monarcha był tu przeszkodą, którą należało usunąć... i usunięto).
Prawdziwą jednak władzę dzierżył w swych rękach Parlament brytyjski. Parlament składał się z Izby Gmin i Izby Lordów (innymi słowy taki sejm i senat). Izba Gmin pochodziła z wyborów bezpośrednich (prawo głosu posiadali jedynie mężczyźni, którzy płacili co najmniej 10 funtów szterlingów podatku rocznie). Izba Lordów zaś, złożona była z dziedzicznych parów (lub tych mianowanych przez monarchę) i zwierzchników Kościoła Anglikańskiego. To była władza ustawodawcza, władza wykonawcza zaś składała się z rządu, który tworzył przedstawiciel zwycięskiej partii w Izbie Gmin. Podobnie jak w USA, w Wielkiej Brytanii były ówcześnie dwie główne partie - partia konserwatywna (Torysi) i partia liberalna (Wigowie), jednak już z końcem XIX stulecia uwidaczniała się coraz silniejsza pozycja trzeciej partii - socjalistycznej (od 1868 pod nazwą Kongresu Brytyjskich Związków Zawodowych, w 1883 r. powstaje Towarzystwo Fabiańskie (skupione wokół lewicowych pisarzy Sidneya Webba i George Bernarda Show'a), przemianowane w 1893 r. w Niezależną Partię Pracy, a w 1906 w Partię Pracy, którą jest po dziś dzień). Okres lat 1886-1905, to czasy niepodzielnych rządów partii konserwatywnej (liberałowie zostali rozbici ustawą decentralizacyjną, wprowadzoną w kwietniu 1886 r. przez przywódcę partii Wigów - Williama Edwarda Gladstone'a (była to tzw.: ustawa samobójcza, która podzieliła liberałów i uczyniła ich niezdolnymi do przejęcia władzy przez kolejne dwadzieścia lat). Część liberałów (pod przywództwem Josepha Chamberlain'a) połączyła się wówczas z konserwatystami. W tym czasie postępuje również odpływ elektoratu klasy średniej od Wigów do Torysów (liberałowie przezwali ich przez to: "Stanem nieświętego przymierza Biblii z piwem"), podobnie zresztą jak i klasa pracująca (robotnicy), co jeszcze bardziej wzmacnia konserwatystów.
Dopiero w 1905 r., po długoletniej politycznej posusze, liberałowie (wsparci przez socjalistów), zdobywają władzę i rozpoczynają wprowadzanie reform społecznych (w 1906 r. wprowadzone zostają ubezpieczenia od nieszczęśliwego wypadku, w 1908 r. przyznane zostają emerytury dla osób starszych i ostatecznie zostaje wprowadzony 8-godzinny dzień pracy, a w 1911 r. powszechne ubezpieczenia od chorób a także bezrobocia). W 1909 r. dochodzi do pierwszego od 150 lat, kryzysu parlamentarnego w Wielkiej Brytanii, gdy Parlament odrzuca projekt budżetu na ten rok (zbyt duże wydatki na flotę i zbrojenia, podjęte przez ministra wojny - lorda Haldane, oraz anty-arystokratyczne działania kanclerza skarbu - Lioyda George'a, godzące w interesy klas uprzywilejowanych - landlordów). Odrzucenie budżetu doprowadza do rozwiązania Parlamentu i kolejnych wyborów (styczeń 1910 r. które uwidaczniają duży podział w społeczeństwie brytyjskim (liberałowie zdobywają o jeden mandat więcej niż konserwatyści 274-273). Jednak dzięki wsparciu laburzystów i nacjonalistów irlandzkich, rzad Wigów utrzymuje się u władzy i przechodzi do ofensywy, ograniczając wpływy Izby Lordów (marzec 1910 r. pozbawienie Izby Lordów prawa głosu w sprawach finansowych, oraz redukując kadencję Parlamentu z 7 do 5 lat). Podczas rządów liberałów (w koalicji z laburzystami i nacjonalistami z Irlandii), doszło również próby przyznania kobietom praw wyborczych (było to związane z manifestacjami sufrażystek (pod przywództwem Emmeline Pankhurst), domagających się uzyskania pełni praw wyborczych dla kobiet i mężczyzn). Ale o tym i innych kwestiach obyczajowo-politycznych w kolejnej części.