Łączna liczba wyświetleń

sobota, 12 sierpnia 2017

"POLACY WCIĄŻ NIE DOROŚLI DO DEMOKRACJI" - Cz. I

CZYLI KTO OD KOGO 

UCZYĆ SIĘ POWINIEN?


   

 DWIE KLUCZOWE ZASADY:


1) TOLERANCJA I IDEA WOLNOŚCI POLITYCZNEJ STANOWI FUNDAMENT MOCARSTWOWOŚCI POLSKI W KAŻDYM STULECIU

2) KONFLIKT Z NIEMCAMI (LECHITÓW-SŁOWIAN Z FRANKO-GERMANAMI) STANOWI PODSTAWĘ DZIEJÓW POLITYCZNYCH POLSKI I EUROPY





 Jakiś czas temu, podczas publicznej debaty w niemieckiej telewizji, jedna z niemieckich dziennikarek stwierdziła: "Pomimo wysiłków (Niemiec, Unii?) Polacy wciąż nie dorośli do demokracji". Miała ona na myśli zapewne ów "straszny, zamordystyczny reżim PiS-u", który obecnie rządzi Polską i który tak bardzo przeszkadza Niemcom (Unii Europejskiej oraz Rosji) w tworzeniu nowej Mitteleuropy połączonej z jej azjatyckim przyczółkiem, ale jej słowa są symptomatyczne, bowiem wpisują się w wielowiekową arenę konfliktu europejskiego, jakim była bez wątpienia rywalizacja słowiańsko-frankońska (następnie słowiańsko-frankońsko-germańska, bowiem "Germanie", ci, których możemy uznać za przodków dzisiejszych Niemców, wyodrębnili się z członu franko-celtycko-nordyckiego, wchłaniając jednocześnie lokalne żywioły słowiańskie). Skąd bowiem takie słowa się wzięły? Czy ta pani naprawdę nie rozumie jak wielka różnica cywilizacyjna dzieliła ówczesny Zachód Europy (pod dominacją kultury franko-germańskiej), z Europą Środkowo-Wschodnią czyli lechicko-słowiańską? Kto kogo cywilizował? Postaram się na to pytanie odpowiedzieć w pewnych punktach, które ułatwią orientację w temacie (jest to bowiem prawdziwy temat-rzeka i można by o tym rozprawiać godzinami)

 

I

NARODZINY EUROPEJSKIEGO

DZIEDZICTWA KULTUROWEGO 

Cz. I







Europa to wyjątkowy kontynent. Wyjątkowy dlatego, że pomimo swych dość niewielkich rozmiarów, zdołała podporządkować sobie o wiele większe tereny naszego globu i wcale nie mam tutaj na myśli ekspansji militarnej (choć ta bez wątpienia też miała miejsce), a raczej kulturowej i cywilizacyjnej. Był czas, że w najdalszych zakątkach naszej planety, mieszkający tam "tubylcy" pragnęli stać się Europejczykami, ubierali się po europejsku, uczyli się europejskich języków, czytali europejskie książki, słuchali muzyki w wykonaniu europejskich kompozytorów. Europejskość bowiem była wówczas uważana za formę najwyższego cywilizacyjnego rozwoju człowieczeństwa, za jego kwintesencję i przyszłość. A jak to się zaczęło należałoby spytać? Otóż początek tej nieprawdopodobnej ekspansji europejskiej kultury i misji cywilizacyjnej w świecie (którego apogeum nastąpiło na przełomie XIX i XX wieku, do zakończenia II Wojny Światowej), więzło się od niewielkich plemion, rozsianych po całym europejskim kontynencie. Te niewielkie plemiona zaczęły następnie łączyć się w większe federacje i konfederacje (niekiedy na drodze militarnej). Weźmy na przykład Grecję. Tamtejsze niewielkie plemiona, rozsiane po tym górzystym kraju, zaczęły łączyć się ze sobą w pewne federacje, tworząc ustroje, które zaprzeczały dominacji jednostek lub nawet wielkich rodów. Pierwszą wielką federacją w Helladzie była Symmachia Spartańska, powstała na przełomie VII i VI wieku p.n.e. Spartanie, zwani Lacedemończykami (wywodzący się z ludu (D)orów - (G)orów przybyłych z północy Europy) byli prekursorami idei federacyjnej na ziemiach Europy śródziemnomorskiej.

Następnie pojawiła się klasyczna forma demokracji w Atenach (niezwykłość tej formy ustrojowej nie wzięła się stąd, że została zapoczątkowana w Atenach, późniejszej stolicy całej Grecji, ale stąd że bardzo szybko była przyjmowana przez inne greckie polis, co wpłynęło na fakt iż stała się ideą uniwersalną w świecie greckim). Rozwieź Macedonia (choć tak jak Sparta była monarchią), posiadała bardzo silne instytucje hamujące władzę królów, poprzez siłę zbiorowości obywatelskich (w tym przypadku chodzi tutaj o wojsko, złożone z wolnych obywateli. Przykład siły zbiorowości macedońskiej - odmowa marszu na Wschód, gdy Aleksander Wielki pragnął podbić całe Indie i może nawet dojść do Chin, wojsko powiedziało "nie", co zmusiło władcę, który wówczas już był najpotężniejszym w ówczesnym świecie, do wycofania się i powrotu na Zachód). Macedończykom było jednak dobrze pod władzą królewską i nie pragnęli obalać tego ustroju (co pokazuje przykład, gdy Rzymianie po zwycięstwie w III wojnie macedońskiej w 168 r. p.n.e. podzielili kraj na cztery republiki, nie spotkało się to z akceptacją Macedończyków, przyzwyczajonych do swojej monarchii). Zresztą takie ludy jak wymienieni wcześniej Spartanie, Macedończycy, Trakowie, Ilirowie - mają niewątpliwy słowiański korzeń genetyczny, który najmocniej uwidocznił się w ich języku. Język starożytnych Spartan (co ciekawe, których już nie mogli zrozumieć Spartanie klasyczni, o czym świadczy trudna misja "odnowienia etosu spartańskiego" przez Sfajrosa Borystenitę, który na polecenie króla Sparty Kleomenesa III w latach 20-tych III wieku p.n.e. - prawdopodobnie w 227 r. p.n.e lub około tego roku - starał się przetłumaczyć najstarsze doryckie inskrypcje i okazało się że... nie potrafił zrozumieć ponad połowy zapisanego tekstu), był prawie dokładną kalką języka starosłowiańskiego, co można odkryć również w stosunku do ludów takich jak Trakowie czy Macedończycy. Pierwotnie ludy te przybyły z północy Europy, który wówczas był już w dużej mierze terenem osadnictwa słowiańskiego (lub celto-słowiańskiego). Takie bowiem słowa jak: "MILATA" (umiłowana, ukochana), lub "ZAIGER" (ogień), lub "BLAGAI" (błagał), lub też "HΛΤΑ", nie wymagają nawet tłumaczenia na współczesny język polski, a takich słów jest znacznie więcej i to na całym terytorium zamieszkałym zarówno przez Greków jak i Traków czy Macedończyków. 




To samo tyczy się zarówno Etrusków i w pewnej mierze również wśród Rzymian w Italii (szczególnie wśród rzymskiej elity, która także wywodziła się od dawnych Etrusków. Zresztą zauważmy jedno, jak bardzo różnią się od siebie starożytni Rzymianie w porównaniu z dzisiejszymi Włochami, którzy raczej do wojaczki to się nie nadają, a raczej do balowania, miłostek i swobodnego stylu życia zakropionego dobrym winem). 


"CO TO JEST, WOJSKO CZY BURDEL?"
"BORDELLO, BORDELLO MILITARE" 
(...)
PRZED CHWILĄ PADŁ BURDEL, UPROWADZAJĄ DZIEWCZYNKI
CO? (...) PRZEDE WSZYSTKIM WYŁAPAĆ DZIEWCZYNKI, POKAŻEMY WAM JAK WALCZY WŁOSKI ŻOŁNIERZ KIEDY MA O CO"



Prawdopodobnie Etruskowie są plemieniem, które migrowało do Italii po wielkiej bitwie w Dolinie Dołęży z ok. 1250 r. p.n.e. (która była wielkim zwycięstwem Lechitów, o czym świadczy chociażby rozszerzenie zasięgu Kultury Łużyckiej na tereny Łaby, zaś dla części ówczesnych plemion słowiańskich - i zapewne też celtyckich) bitwa ta była prawdziwym armageddonem który wymusił "Wielkie Wędrówki Ludów", znane chociażby pod nazwą inwazji Ludów Morza na Azję Mniejszą, Lewant i Egipt (to właśnie owi słowiańscy przybysze z północnej Europy doprowadzili do upadku Imperium Hetytów i państwa lewantyńskie oraz prawie podbili Egipt). W ten sam sposób zapewne (bo nie ma w tej kwestii 100 % pewności) do Italii wyemigrowali Etruskowie. Pierwotnie Etruskowie (według przekazów autorów łacińskich) zwali swój lud Rasna i tak przetrwali w źródłach antycznych do czasów współczesnych. Problem w tym, że jest to słowo zmienione w taki sposób, aby stało się łatwiej wymowne przez późniejszych Rzymian, mówiących po łacinie. Lud Rasna bowiem, to nic innego jak lud...: "Rożni". A skąd ta pewność że właśnie tak brzmiało jego pierwotne brzmienie? Otóż z przekazów greckich, którzy Etrusków zwali "Tyrsenoi" (Tyr, a raczej Tur, czyli innymi słowy Rożni lub Tyrsenoi to... Ludzie z rogami Turów na głowach). Zresztą nie są to jedyne świadectwa słowiańskiego pochodzenia Etrusków (również nazwy ich miast o tym świadczą).




Wśród Etrusków też dominowały cechy ustroju demokratycznego - federacja 12 miast-państw (zarządzanych przez królów, ale kontrolowanych przez lud). Rzymianie przejęli te koncepcje od Etrusków (i po części od Greków), tworząc swoją republikę, ale należy pamiętać że republika Rzymska była już (mimo wszystko) zupełnie innym tworem politycznym, aniżeli te wcześniejsze. Przede wszystkim była strasznie zmilitaryzowana (a należy pamiętać że nazbyt rozbudowana armia, wcześniej czy później "połknie" formy demokratycznego ustroju), nawet w porównaniu ze Spartą. I pomimo kilku wspólnych aspektów (głównie rodowo-genealogicznych wśród warstwy wyższej i to też dość nielicznej), niewiele miała wspólnego ze Słowiańszczyzną. Rzymianie doprowadzili do likwidacji i wchłonięcia państw etruskich, podbili Grecję, narzucając jej własne rządy, niewiele też wnieśli do koncepcji demokratycznych starożytnych Ateńczyków, raczej oscylując w kierunku republiki oligarchicznej, a potem ponownie zastąpionej jedynowładztwem (mimo istnienia oficjalnych pozorów trwania Republiki, które to pozory przetrwały prawie 300 lat). Rzym podbijał kolejne państwa, tworząc jedno wielkie śródziemnomorskie Imperium, które tylko w formie idei (i to też nie wszystkich) odnosiło się do greckiej przeszłości. Natomiast starożytna forma demokratycznej wspólnoty plemiennej, przetrwała na północy i zachodzie, czyli na terenach Europy zasiedlonych przez Słowian i Celtów. Zarówno bowiem Słowianie, jak i Celtowie zgrupowani byli wokół niewielkich plemion (łączących się ze sobą w większe związki w razie konieczności, ale realnie wewnętrznie niezależnych), którymi rządzili wybieralni wodzowie. Wodzowie ci byli wybierani na zgromadzeniach (wiecach), podczas wspólnych głosowań całej społeczności (oczywiście prócz kobiet, gdyż wówczas uważano że jedynie mężczyźni, jako pełniący rolę obrońców, mają jedyne prawo do decyzji o losach swego miasta lub plemienia. Dlatego też podczas oblężenia Alezji przez Cezara - lipiec-listopad 52 r. p.n.e. - Wercyngetoryks zakazał wydawania racji żywnościowych kobietom, dzieciom i starcom, uznając ich za darmozjadów. Jedynie bowiem mężczyźni, zdolni do noszenia włóczni i miecza mogli jeść i pić - czym skazał ich na powolną śmierć głodową).

Zarówno więc wśród Słowian jak i Celtów nie było żadnych imperialnych ciągotek, oni owszem wygrywali bitwy, pokonywali wielkie armie Rzymu (jak choćby pod Noreją w 113 r. p.n.e., pod Arausio w 105 r. p.n.e., pod Aduatuką w październiku 54 r. p.n.e., pod Gergowią maj-lipiec 52 r. p.n.e., w Lesie Teutoburskim w 9 r. naszej ery, czy podczas późniejszych najazdów z lat 50-tych, 60-tych i 70-tych III wieku, a kończąc na migracji w granice Cesarstwa Rzymskiego w V wieku). ale ich zwycięstwa nie pociągały za sobą planów imperialnych, czyli likwidacji Rzymu jako państwa. Oni mieli tylko lokalne cele, związane z własnym bezpieczeństwem i po zwycięstwach, po prostu wracali do siebie obładowani łupami - tyle. Owa bezsilność Rzymu w pokonaniu demokratycznych plemion Celtów i Słowian, została pięknie ukazana w komiksowej (i filmowej) serii o przygodach Galla Asteriksa, Obeliksa i jego kompanów, mieszkających w niezdobytej przez Rzymian osadzie, ostatnim skrawku nieodległej dawnej celtyckiej, demokratycznej Galii. Taka sama seria została stworzona w przypadku słowiańskich wojowników i dotyczyła przygód Kajka i Kokosza, walczących ze Zbójcerzami (identyfikowanymi jako rycerze niemieccy) w obronie swego grodu. Jednak presja Imperium ciążyła na tych ludach i podczas wojen galijskich legiony rzymskie Cezara wymordowały łącznie (według szacunków Aleksandra Leslie Kliefortha i Roberta Johna Munro - ponad milion ludzi (a dokładnie 1 192 000 mężczyzn, kobiet i dzieci). W taki właśnie sposób Rzym niszczył wolność i niezależność celtyckich plemion, a ostatni obrońcy Galii ginęli albo batożeni na śmierć (jak przywódcy plemienia Eburonów z ich wodzem Akkonem na czele, który ponoć umierał ze słowami - "Za wolną Galię"), albo uśmiercani w inny okrutny sposób (niektórych po prostu oślepiano, obcinano im prawe dłonie, aby nie mogli ponownie chwycić miecza, lub nos, wszystko w celu upokorzenia dumnych Celtów, którzy pod wodzą Wercyngetoryksa zerwali się do bodajże pierwszego w swych dziejach, narodowego powstania przeciwko najeźdźcy).






Rzymianie zniszczyli Celtów i podbili Galię, ponieważ się ich bali, bo ci stanowili ich antytezę. Nie dokonywali wielkich imperialnych podbojów, nie niszczyli innych miast dla chęci aneksji tych terenów, a jedyne wojny jakie prowadzili, związane były z przeludnieniem w celtyckich wioskach. Podbój celtyckiej Galii, czy słowiańskich ziem był dodatkowo o tyle trudny, że nie stanowili oni zbitej i scentralizowanej wspólnoty państwowej. O ile bowiem pokonanie Syrii Seleucydów, Egiptu Ptolemeuszy czy państw małoazjatyckich nie nastręczało Rzymianom większych trudności (wystarczyło bowiem opanować stolicę i centrum kraju i rozbić w bitwie główne siły królewskie), o tyle podbój rozdzielonych na mniejsze plemiona i wewnętrznie od siebie niezależnych plemion, musiał potrwać długie lata i zaangażować wielkie siły zbrojne i ogromne środki finansowe rzymskiej Republiki. To była prawdziwa wojna na wyczerpanie, a Cezar był jednym wielkim ludobójcą. Musiał mordować całe plemiona, wraz z kobietami i dziećmi, bowiem nie mógł zwyciężyć w inny sposób. Jak miał zresztą wygrać w kraju, który podbijał od sześciu lat i mógł się uważać za jego zdobywcę, gdy nagle jedna (i to nie decydująca) klęska pod Gergowią całkowicie wszystko odwróciła o 180 stopni. Nagle okazało się, że Cezar znajduje się ze swymi legionami w środku wrogiego mu kraju, i to pomimo długoletnich walk i ujarzmiania poszczególnych plemion. Galię należało więc po prostu wyciąć w pień. Gdy dziś uczymy się w szkołach o rzymskim podboju Galii, gdy czytamy o rzymskich zwycięstwach, musimy wiedzieć, że odbyły się one kosztem ogromnej daniny krwi, jaką zapłacili za to Celtowie. Gdyby w czasie II Wojny Światowej Niemcy dokończyli swego dzieła eksterminacji fizycznej Żydów i Słowian, to po kilku wiekach zapewne uczono by w szkołach wygładzonej wersji tej historii, skupiając się na niemieckich zwycięstwach militarnych i "niemieckiej misji cywilizacyjnej" na Wschodzie.




Zarówno w świecie Celtów jak i Słowian nie istniały duże społeczności niewolnicze, a ci spośród nielicznych niewolników, byli traktowani jako domownicy i członkowie rodziny. Starożytność lechicko-celtycka praktycznie nie znała niewolnictwa w takiej formie, w jakiej było ono obecne w imperialnym świecie Rzymian. Nawet Grecy nie rozwinęli niewolnictwa do takiego poziomu jak Rzymianie - prekursorzy nowego, imperialnego społeczeństwa antycznego. Słowianie i Celtowie wielokrotnie między sobą migrowali i bardzo silnie na siebie oddziaływali (przykład: Lugia, czyli dzisiejsza dolnośląska Legnica, leżąca nieopodal plemion lechickich, była praktycznie całkowicie zdominowana przez kulturę celtycką, zaś pierwszą historyczną dynastią, jaka zapanowała w plemieniu Franków, to była słowiańska dynastia Merowiusza lub Mojmira, która przeszła do historii pod nazwą dynastii Merowingów). Tak więc dwa światy: celtycki i słowiański wzajemnie na siebie oddziaływały i ze sobą kooperowały, bez wielkich zdobywczych wojen, ani imperialnych planów aneksyjnych. Lugowie z Lugi (Celto-Słowianie), zostali opisani również na kartach powieści Henryka Sienkiewicza pt.: "Quo Vadis", opowiadającym o miłości Rzymianina Marka Winicjusza do branki z plemienia Ligów (Lugów) - Ligii, i ich konwersji na chrześcijaństwo podczas pożaru Rzymu za czasów Nerona (64 r.). Ale istniała jednak pewna różnica, pomiędzy Celtami z Galii a Słowianami/Lechitami z Europy Środkowo-Wschodniej, mianowicie na ziemiach dzisiejszej Polski silne także były wpływy kultur sumeryjskiej i indyjskiej (jeśli chodzi o tę druga, to Słowianie z Europy Środkowo-Wschodniej ponownie zasiedlili Indie, czyli migracja odbywała się z Europy do Indii, a nie na odwrót, jak dotąd sądzono). W 2000 r. p.n.e. ziemie Słowian (nie istniał jeszcze wówczas Związek Lechicki), były najbardziej rozwiniętym rejonem Europy, na równi z terenami żyznego Półksiężyca w Mezopotamii i rejonem rzeki Indus. 

 




               
CDN.
 

czwartek, 10 sierpnia 2017

INTEGRACJA, KOLABORACJA CZY WROGOŚĆ? - Cz. IV

CZYLI JAK ŻYLI GRECY

W IMPERIUM RZYMSKIM

I CZY ASYMILOWALI SIĘ

Z RZYMIANAMI?


"LEPSZE SĄ POLA PELAZGIJSKIEGO ARGOS, KLACZE TESSALSKIE, KOBIETY SPARTAŃSKIE I MĘŻOWIE, CO PIJĄ WODĘ JASNEJ ARETUZY"

ODPOWIEDŹ WYROCZNI DELFICKIEJ NA PYTANIE PRZEDSTAWICIELI 
MIASTA AJGION - "KTO JEST OD NICH LEPSZY?"
(ok. 600 r. p.n.e.)






Wracając jeszcze do dziejów Sparty przed panowaniem króla Nabisa - po roku 600 p.n.e. rozpoczyna się okres zdecydowanej dominacji polityczno-militarnej Sparty (Lacedemonu) na całym Peloponezie. Obalenie rodu Kypselidów w Koryncie w 582 r. p.n.e. a szczególnie II wojna Sparty z Argos w 546 r. p.n.e. doprowadziły do utwierdzenia tej dominacji. Podczas wojny z Argos (rządzone przez królewski ród Temenidów), Spartanie zwyciężyli w bitwie pod Tyreą w Cynurii, która to ziemia następnie została przyłączona do Sparty (Lakonii). Pokonane Argos musiało też uznać niezależność swych kolonii Sykionu, Eginy i Megary (była to zemsta Spartiatów za zniszczenie Asine - lakońskiej kolonii w Argolidzie, przez Argos podczas I wojny ze Spartą w 669 r. p.n.e.), które w "opiekę" i "ochronę" brało państwo spartańskie (Lacedemończycy traktowali te ziemie i ich mieszkańców prawie jak niewolników, o czym świadczy nakaz wydany Megarejczykom, aby mieszkańcy tego grodu brali udział w publicznych świętach odbywających się w Sparcie, oraz zmusili wszystkie trzy kolonie Argos, do złożenia solennej przysięgi, iż nigdy nie powstaną zbrojnie przeciwko Sparcie). Choć pod względem politycznym i militarnym uwidaczniała się przewaga Sparty wśród miast-państw Peloponezu, to jednak w kwestii ekonomicznej zostali oni zdominowani przez przedsiębiorczych Egejczyków, a egejska moneta (tzw.: "żółwie egineckie") przez ponad dwa wieki pozostawały oficjalną walutą tak samej Sparty, jak i innych państw Związku Peloponeskiego (wyjątek stanowił Korynt za czasów dynastii Kypselidów, w którym płacono nową drachmą, o czym świadczy inskrypcja w świątyni Hery w Perachora: "O białoramienna Hero, ja drachma zostałam złożona na twoim przednim dziedzińcu", oraz Argos - moneta Fejdona).

W drugiej połowie VI wieku p.n.e. Sparta stała się najpotężniejszym polis w całej Helladzie, jednocześnie narzucając na innych miastach swój system ustrojowy, oparty na dominacji arystokracji, dlatego też Lacedemończycy stali się wrogami tyranii, obalając nie tylko Kypselidów w Koryncie, ale także w Sykionie (dynastia Orthagorydów) ok. 555 r. p.n.e., którzy mocno dali w znaki mieszkańcom miasta (np. upokarzająca zmiana dotychczasowych fyl, czyli podziału społeczno-politycznego ludności z dotychczasowych: "wzgórze", "wybrzeże", "równina" na: "ludzie-świnie", "ludzie-osły", "ludzie-prosięta"), a ich kres zaznaczył się próbą zniesienia kultu Adrastosa, dawnego króla Sykionu, któremu ludzie corocznie oddawali cześć w wielkim święcie. Tyran Klejstenes (jeden z potomków założyciela dynastii i tyranii - Orthagorasa), postanowił znieść to święto, co spotkało się z ogromnym niezadowoleniem. Ludzie się zbuntowali, padały okrzyki że Klejstenes nie ma już prawa do rządów nad Sykionem, i że jego przodek (a ojciec Orthagorasa) był zwykłym kucharzem. Ludzie powtarzali słowa wyroczni delfickiej, do której ponoć w tej sprawie zwrócił się Klejstenes, że: "Adratos był prawdziwym królem, a Klejstenes tylko procarzem strzelającym kamykami". Wówczas jednak jeszcze nie doszło do przesilenia, nastąpiło ono w piętnaście lat później (Klejstenes zmarł ok. 570 r. p.n.e.), za rządów jego syna - Ajschinesa, gdy lud zbuntował się po raz drugi i z (politycznym) wsparciem Sparty obalił tyranię Orthagorydów. W innych miastach-państwach również Sparta wspierała anty-tyrańskie rewolty.

Lasedemończycy (Spartanie) ogłosili się obrońcami wszystkich greckich ludów, składając przysięgę na odkopane kości herosa Orestesa (oczywiście nie wiadomo dokładnie czyje realnie były te kości, ale polityczny przekaz był dość jasny) ok. 560 r. p.n.e. Obiecywali że nie pozwolą, ab w żadnym z polis Hellady zadomowiła się tyrania. Polityka pokojowych sojuszy, umacniających potęgę Sparty i jednocześnie zapewniających jej pozycję hegemona oraz kontrolera polityki wszystkich greckich polis, prowadzona była z ogromnymi sukcesami przez efora Chilona i króla Anaksandridasa. Oficjalnie bowiem Sparta występowała w roli obrońcy starego, uświęconego przez bogów (i wyrocznie) porządku, realnie zaś zyskała taką potęgę, jakiej nie zdołała zdobyć podbijając poszczególne państwa Peloponezu ponad stulecie wcześniej. Jej wojska obsadziły Istm Koryncki (czyli Przesmyk), kontrolując przepływ tak ludzi, jak i towarów z północy Grecji na południe. Spartanie jednak nie tworzyli jednej wspólnej organizacji politycznej, do której mogliby dopisywać się poszczególne miasta-państwa, a rozsądnie zawierali odrębne sojusze polityczne z każdym z kolejnych państw Peloponezu, tym samym tworząc Symmachię Spartańską, która jednak była w starożytności zwana po prostu: "Lacedemończycy i ich sprzymierzeńcy". Było to znacznie lepsze rozwiązanie, bowiem stawiało Spartę jako jedyne mocarstwo w Grecji. Utrzymywała ona ustroje oligarchiczne (lub szczątkową monarchię w niektórych miastach-państwach), dla swojego bezpieczeństwa, bowiem oligarchowie byli zależni od Sparty i uprawiali politykę zgodną z jej linią. W 555 r. p.n.e. Lacedemończycy zawarli również sojusz polityczny z odległym państwem, jakim była małoazjatycka Lidia, rządzona wówczas przez króla Krezusa (sławnego ze swego bogactwa). Sojusz przestał obowiązywać po 546 r. p.n.e. i podbiciu Lidii przez Persję króla Cyrusa Wielkiego.




W 519 r. p.n.e. Spartanie umiejętnie wprowadzili swoje wojska do środkowej Grecji, jednocześnie wciąż podkreślając swoją obronną misję i opiekę nad Helladą, ale jednocześnie odmówili pomocy Platejom, które zwróciły się do nich z prośbą o wsparcie przeciwko Tebom, żądającym aby Platejczycy weszli do Związku Beockiego pod hegemonią Teb. Poradzili im aby zwrócili się o pomoc do Aten, rządzonych przez tyranów, braci Hippiasza i Hipparcha. Celem było poróżnienie Teb z Atenami, które to polis zaczęły teraz konsekwentnie zdobywać na znaczeniu w środkowej Grecji i wypierać stąd "spartańską misję obronną". Tak też się stało, wkrótce (jeszcze w 519 r. p.n.e.) wybuchła wojna Aten z Tebami o Plateje i pomimo ateńskiego zwycięstwa, trwale poróżniono te dwa duże greckie polis. Polityka Sparty była więc wciąż niezawodna. W 510 r. p.n.e. Sparta jeszcze rozszerzyła swą strefę wpływów o... Ateny, obalając w tym mieście dynastię Pizystratydów (a konkretnie tyrana Hippiasza, jego brat bowiem Hipparch zginął cztery lata wcześniej w zamachu podczas święta ku czci bogini Ateny - czyli Wielkich Panatenajów). Oczywiście dominacja Sparty w Atenach była krótkotrwała, a państwo szybko (dzięki reformom Klejstenesa 508/507 r. p.n.e.) zaczęło wyrastać na potęgę numer dwa w całej Grecji. Wzrost pozycji Aten zaniepokoił Spartę, okazało się bowiem że w najlepszych czasach rządów Pizystratydów, miasto nie zdobyło takiej pozycji, jaką zaczęło zyskiwać po 508 r. p.n.e. i demokratycznych reformach Klejstenesa. Państwo się wewnętrznie zjednoczyło, zyskując znaczne wpływy (jeszcze z czasów tyranii) na Delos, Chersonezie, Lemnos, w Sigejonie, teraz Ateńczycy zaczęli mówić o zdominowaniu wybrzeży Morza Egejskiego. 

Sparta musiała więc działać. W 506 r. p.n.e. wybuchła wojna między tymi dwoma państwami, a król Kleomenes I obmyślił atak na Ateny z trzech stron. Sam (na cele armii spartańskiej i wojsk sprzymierzonych w symmachii), wkroczył do Eleusis (miasta sławnego z misterów ku czci bogini Demeter). Z północy ruszyli sprzymierzeni z Lacedemończykami Beoci (głównie Tebańczycy, którzy teraz chcieli odpłacić Ateńczykom za klęskę z 519 r. p.n.e.), zajmując miasta Ojnoe i Hysiaj w Attyce. Zaś Eubeoci z Chalkis wylądowali w rejonie Oropos i zaczęli pustoszyć tę okolicę. Los Aten stał pod dużym znakiem zapytania, ale wówczas nastąpiło coś, co diametralnie odwróciło losy tej wojny. Mianowicie król Kleomenes I, został zmuszony do odwrotu (Koryntianie opuścili Eleusis jako pierwsi, gdy dowiedzieli się o zamiarach Kleomenesa, który postanowił reaktywować tyranię w Atenach, po nich odeszli inni sojusznicy Sparty, co zmusiło króla Kleomenesa do wycofania się z Eleusis). Gdy tylko Spartanie i ich sprzymierzeńcy opuścili Attykę (i co ciekawe, już nie wznowili ofensywy), Ateńczycy łatwo poradzili sobie zarówno z Tebańczykami jak i Chalkidyjczykami, pokonując ich w dwóch bitwach i zmuszając do ucieczki (wylądowano także na Eubei i zagrożono samemu Chalkis). W taki oto sposób Spartanie utracili możliwość rozprawienia się i ostatecznego zdominowania Aten. Sparta miała też ogromne poparcie wśród mniejszych polis greckich, jako że opierała się na starogreckich tradycjach i wierze ojców, natomiast Ateny były postrzegane trochę jako taki lawirant (np. weszły w sojusz z Persją ok. 505 r. p.n.e.). Nic więc dziwnego że to właśnie Spartanie byli wciąż uważani za prawdziwych obrońców Hellady.




W 505 r. p.n.e. w Sparcie zwołano konferencję wszystkich państw Symmachii, na której radzono nad ukaraniem Aten. Lacedemończycy optowali za przywróceniem ateńskiej tyranii w osobie zbiegłego Hippiasza, ale przedstawiciel Koryntu ponownie sprzeciwił się temu, sugerując że dotąd polityka Sparty szła w kierunku uwalniania Hellenów z niewoli tyranów, a nie ich instalowania w poszczególnych miastach. Korynt poparły inne polis Symmachii. Sparta podporządkowała się woli większości, a kongres 505 r. p.n.e. stał się precedensem, który potem wyznaczał kierunek polityki całej Symmachii. Wprowadzono bowiem dwie kardynalne zasady (wcześniej też obowiązujące, ale teraz oficjalnie sformułowane). Pierwsza mówiła o tym, że bez przewodnictwa Sparty cała Symmachia nie może egzystować, a druga że Sparta podporządkowuje swoją politykę dwóm głównym organom: Zgromadzeniu Spartiatów państwa lacedemońskiego, jak również Zgromadzeniu Sprzymierzonych całej Symmachii. Na każdym z tych zgromadzeń decyzje zapadały większością głosów, przy czym jeśli obie głosowały jednako, taka polityka obowiązywała całą Symmachię, jeśli zaś któreś z tych zgromadzeń zagłosowało przeciw, ustawa stawała się nieważna. Ta zasada ponownie rozbudziła nadzieje poszczególnych państw Peloponezu, na wyrwanie się z dominującego uścisku Lacedemonu, szczególnie Argos zaczęło powoli mówić o zrzuceniu spartańskiej dominacji, długo jednak nie było do tego okazji. Jednak gdy w 499 r. p.n.e. w Azji Mniejszej (w greckich koloniach nad Morzem Egejskim), wybuchło anty-perskie powstanie, spór rozgorzał ponownie, na temat ewentualnej pomocy powstańcom. Ostatecznie w 495 r. p.n.e. spór ten przerodził się w jawny konflikt Sparty z Argos, który doprowadził do wojny w 494 r. p.n.e. Wojna zakończyła się wielką klęską Argos w bitwie pod Sapeją, w której poległo prawie 6000 Argiwczyków, co spowodowało podporządkowanie się Argos Sparcie na dziesięciolecia (doprowadziło również do potężnego kryzysu społeczno-demograficznego, jako że po prostu w mieście zaczęło brakować mężczyzn, prócz starców, chłopców i dzieci, co spowodowało że kobiety z Argos wymusiły przyznanie praw obywatelskich cudzoziemcom, a nawet niektórym niewolnikom. Gdy jednak synowie poległych pod Sepają osiągną wiek męski, cofną te prawa). 

Tę niepodważalną spartańską dominację w greckim świecie brutalnie przerwało przybycie posłów z Persji w 493 r. p.n.e., którzy w imieniu swego władcy - Dariusza I Wielkiego domagali się dwóch rzeczy: Ziemi i Wody, czyli symbolu podporządkowania Hellady potężnej Persji. Spartanie musieli więc odmówić, jako że wcześniej odmówili Ateńczycy (choć mieli doskonałe warunki aby przyjąć perską propozycję, szczególnie jeśli chodzi o handel, Dariusz Wielki w zamian za symboliczną uległość, ofiarował Atenom dostęp do całego swojego wielkiego rynku, co mogło doprowadzić do ogromnego wzbogacenia się miasta), którzy byli uważani w Grecji za sojuszników Persji. Kleomenes I odmówił więc Persom (wkrótce potem zmarł w 490 r. p.n.e. - a zastąpił go młodszy brat - Leonidas I). 

       




CDN.
 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

"NIEMIECKA MISJA KULTUROWA NA WSCHODZIE"

RZEŹ WOLI I OCHOTY - BRAK SŁÓW

 I NIECH MI KTOŚ POWIE, 

ŻE NIEMCY TO 

NORMALNY KRAJ EUROPEJSKI?



KRÓTKO I NA TEMAT, ALE NIEZWYKLE WYMOWNIE

HISTORIA OPOWIEDZIANA FILMAMI


RZEŹ WARSZAWSKIEJ WOLI
 



ZAMORDOWANIE BEZBRONNYCH 
PACJENTÓW I LEKARZY W SZPITALU NA WOLI




MASAKRA LUDNOŚCI CYWILNEJ 
NA ULICY KILIŃSKIEGO NA NOWYM MIEŚCIE 
W WARSZAWIE - WYBUCH MINI-CZOŁGU WYPEŁNIONEGO DYNAMITEM




LUDNOŚĆ CYWILNA, UŻYWANA JAKO ŻYWE TARCZE




ZDRAJCY I VOLKSDEUTSCHE
ZBRODNIA...




...I KARA
WYROKI POLSKIEGO PAŃSTWA PODZIEMNEGO NA ZDRAJCACH, VOLKSDEUTSCHACH I WYJĄTKOWO BESTIALSKICH NIEMCACH




BOHATERSKA ŚMIERĆ 
POWSTAŃCÓW WARSZAWSKICH




A SOWIECI STALI ZA WISŁA, Z BRONIĄ U NOGI, BEZCZYNNI PRZYGLĄDAJĄC SIĘ ZAGŁADZIE MIASTA I JEGO MIESZKAŃCÓW (NIE TYLKO SIĘ PRZYGLĄDAJĄC, RÓWNIEŻ OTACZAJĄC I ROZBRAJAJĄC ODDZIAŁY ARMII KRAJOWEJ, SPIESZĄCE NA POMOC POWSTANIU - W TYM PRZYPADKU HITLER I STALIN DZIAŁALI RĘKA W RĘKĘ. STALINOWI ZALEŻAŁO NA TYM, ABY WYBIĆ POLAKÓW RĘKAMI NIEMCÓW, BY POTEM WYZWOLIĆ ZGLISZCZA DAWNEGO WIELKIEGO MIASTA - STOLICY DUMNEGO KRAJU I NARODU)



POWSTANIE WARSZAWSKIE TRWAŁO 63 DNI
(1 SIERPNIA - 2 PAŹDZIERNIKA 1944 r.)
ZAKOŃCZYŁO SIĘ KLĘSKA MILITARNĄ I ŚMIERCIĄ 160 TYSIĘCY LUDZI (W OGROMNEJ WIĘKSZOŚCI TO BYLI CYWILE, MORDOWANI Z ZIMNĄ KRWIĄ). POWSTANIU NIE UDZIELILI POMOCY ANI SOWIECI/ROSJANIE STACJONUJĄCY NA PRADZE (CZYLI PRAWOBRZEŻNEJ WARSZAWIE) TUŻ ZA WISŁĄ, ANI TEŻ ALIANCI ZACHODNI (CI PRÓBOWALI WYSŁAĆ POMOC, ALE STALIN ODMÓWIŁ ALIANCKIM SAMOLOTOM LĄDOWANIA NA SOWIECKICH LOTNISKACH, CO POWODOWAŁO ŻE MUSIELI ONI OGRANICZYĆ LOTY NAD WARSZAWĄ I ZABIERAĆ MNIEJ ŁADUNKÓW Z BRONIĄ, AMUNICJĄ I ŻYWNOŚCIĄ DLA POWSTAŃCÓW - ZRESZTĄ I TAK WIĘKSZA CZĘŚĆ TYCH ZRZUTÓW SPADŁA NA TERENY, KONTROLOWANE PRZEZ NIEMCÓW). POWSTAŃCY WALCZYLI Z NIEZWYKŁĄ WPROST ODWAGĄ I POŚWIĘCENIEM - O WOLNOŚĆ, O LUDZKĄ GODNOŚĆ O NIEPODLEGŁOŚĆ ZNISZCZONEGO KRAJU I PRZYSZŁOŚĆ WŁASNYCH DZIECI - WALCZONO PRAKTYCZNIE BEZ BRONI (BROŃ PALNĄ POSIADAŁ CO DZIESIĄTY POWSTANIEC, CZĘŚĆ BRONI ZDOBYTO NA NIEMCACH, ALE NIE BYŁY TO DUŻE ILOŚCI). 

MILITARNIE POWSTANIE ZAKOŃCZYŁO SIĘ KLĘSKĄ I KOMPLETNYM ZNISZCZENIEM WARSZAWY, POLITYCZNIE JEDNAK (JA TAK PRZYNAJMNIEJ UWAŻAM), Z TEJ MĘCZEŃSKIEJ KRWI ZRODZIŁA SIĘ POLSKA NIEPODLEGŁA, KTÓRĄ MAMY DZIŚ - I TEJ NIEPODLEGŁOŚCI NIGDY JUŻ SOBIE ODEBRAĆ NIE DAMY. 

JEST TAKIE STARE, TURECKIE PRZYSŁOWIE: "JEDYNIE WOJUJĄC LUDZKOŚĆ POZOSTAJE PRZY ŻYCIU A CYWILIZACJE ISTNIEJĄ JEDYNIE DZIĘKI WOJNOM", ZAŚ PREZYDENT USA - DONALD TRUMP POWIEDZIAŁ PODCZAS SWEJ WIZYTY W WARSZAWIE: 


 

"WIĘC WALCZMY WSZYSCY JAK POLACY - O RODZINĘ, O WOLNOŚĆ, O OJCZYZNĘ I O BOGA"









 

sobota, 5 sierpnia 2017

MACZKÓW - POLSKIE MIASTO W NIEMCZECH

POLSKA ENKLAWA W EMSLANDZIE

1945-1948






"PODCZAS OKUPACJI TRAKTOWANO NAS NIEMAL JAK ZWIERZĘTA GOSPODARSKIE (...) SZCZEGÓLNIE WREDNA BYŁA JEDNA FRYZJERKA, KTÓRA MIAŁA ZAKŁAD NIEDALEKO NASZEGO OBOZU. ILEKROĆ NAS ZOBACZYŁA, ZAWSZE SŁYSZAŁYŚMY "SCHWEINE", "HURE" ("ŚWINIA", "KU...A"). SYTUACJA ZMIENIŁA SIĘ PO WYZWOLENIU. GDY OTRZYMAŁYŚMY SWÓJ PIERWSZY ŻOŁD, PIERWSZE KROKI SKIEROWAŁYŚMY DO FRYZJERA. SPECJALNIE POSZŁYŚMY WŁAŚNIE DO TEJ NIEMKI. GDY NAS WTEDY ZOBACZYŁA, W MUNDURACH, Z ORZEŁKAMI NA CZAPKACH I NAPISEM "POLAND" NA RAMIENIU, DOSŁOWNIE ZSIUSIAŁA SIĘ ZE STRACHU. MYŚLAŁA ŻE ZARAZ JĄ ZASTRZELIMY (...) 

JEJ I POMOCNICOM RĘCE SIĘ TRZĘSŁY GDY NAS CZESAŁY. POTEM PODPATRZONYM U JANKESKICH CHŁOPAKÓW POGARDLIWYM GESTEM RZUCAŁYŚMY ZAPŁATĘ, MÓWIĄC: "KEEP YOUR CHANCE". TAKA BYŁA NASZA ZEMSTA. I PODZIAŁAŁA PIORUNUJĄCO. NIEMKA I JEJ PRACOWNICE KŁANIAŁY NAM SIĘ OD TEJ PORY W PAS. JUŻ NIE BYŁYŚMY "PODLUDŹMI", TYLKO WIELCE SZANOWNYMI "SOLDAT-FRAUEN"

FRAGMENT RELACJI Z MACZKOWA ANNY PRZYBYSZ, WYWIEZIONEJ NA ROBOTY DO NIEMIEC PODCZAS II WOJNY ŚWIATOWEJ DO OBOZU W POBLISKIM WUPPERTALU. PO WYZWOLENIU OBOZU, SŁUŻYŁA W POLSKICH, KOBIECYCH (POMOCNICZYCH) FORMACJACH WOJSKOWYCH, POD OPIEKĄ AMERYKANÓW


Maczków, czyli niemieckie miasto Haren, leżące w dorzeczu Emslandu, wchodzącego w skład Dolnej Saksonii - kraju związkowego Niemieckiej Republiki Federalnej, rozpoczęło swą polską epopeję dnia 19 maja 1945 r. wkrótce po kapitulacji III Rzeszy (a właściwie samego Wehrmachtu, bowiem Niemcy po dziś dzień nie podpisały aktu kapitulacji). Wówczas to na ulicach miasta zawisły plakaty, informujące niemiecką ludność o niezwłocznym opuszczeniu swych domów, przy czym w domach należało zostawić wszystkie meble i wystrój mieszkań. Tego dnia bowiem do Haren wkroczyła 1 Dywizja Pancerna gen. Stanisława Maczka, tzw.: "Czarne Diabły" (która wsławiła się chociażby w bitwach pod Falais - gdzie Polacy z tej dywizji stanowili istny "korek" zatykający zamknięte w wielkim "worku" dywizje niemieckie i uniemożliwiając im wycofanie się na zachód, pod Górą Ormel oraz w walkach w Belgii, Holandii i północnych Niemczech). Żołnierze polscy z 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka, niedawno powrócili z portu w Wilhelmshaven, którego kapitulację przyjęli (5 maja 1945 r.) i w drodze powrotnej dotarli do Haren, które to miasto miało stać się ostoją polskości w północnych Niemczech. Zgodę na założenie polskiej enklawy wydał wcześniej brytyjski marszałek polny - Bernard Law Montgomery i teraz przystępowano do tworzenia polskiego miasta w dorzeczu rzeki Ems (stąd właśnie kraj ten zwano Emslandem).




Pierwszego dnia, gdy żołnierze wkroczyli do miasta, było ustalone z burmistrzem, aby na urzędach i domach publicznych wywieszono białe flagi, symbol kapitulacji. Tak też się stało, choć jednocześnie burmistrz zaprotestował przeciwko planom wysiedlenia mieszkańców z ich domów, ale od razu dano mu do zrozumienia że w tej kwestii nie ma nic do powiedzenia. W kolejnych dniach nastąpiło zorganizowane wysiedlanie niemieckich rodzin z ich domów, które teraz miały zostać przekazane polskim pracownikom przymusowym (ściąganym i zmuszanym siłą do ciężkiej pracy w Niemczech od września 1939 r. czyli od początku wojny), jeńcom wojennym i więźniom obozów koncentracyjnych z tej części Niemiec. 1 Dywizja Pancerna objęła władzę nad sporą częścią Dolnej Saksonii i kilkoma innymi miastami (dowództwo 1 Dywizji rozlokowano w Meppen a dowództwo 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej w Bersenbruck), jedynie Haren miało zostać polskim miastem w Niemczech. Zaraz po wysiedleniu Niemców, Haren przemianowano na Lwów, zmieniając jednocześnie nazwy ulic. I tak oto powstały nowe ulice: Armii Krajowej, Legionów, Jagiellońska, Zygmuntowska, Lwowska, Łyczakowska, Wileńska, Polna, Ogrodowa, Kopernika, Mickiewicza, Akademicka czy Aleje Ujazdowskie. Szybko jednak (4 czerwca 1945 r.) ponownie zmieniono nazwę miasta na Maczków, tym samym honorując dowódcę 1 Dywizji Pancernej - Stanisława Maczka. Założono tam polski uniwersytet, dwa gimnazja (jedno o profilu mechanicznym), liceum, teatr, szkołę, straż pożarną i katolicką parafię. Wychodziła polska prasa: "Dziennik" i "Defilada".

Wydano całkowity zakaz wstępu Niemców do miasta. Były niemiecki burmistrz Haren, musiał zająć się teraz przesiedleniem niemieckich rodzin z miasta i znalezieniem im miejsc do osiedlenia w innych miastach Emslandu (całkowicie kontrolowanego przez Polaków). Nie dał jednak rady, to zadanie go przerosło. Był to czas, gdy wszystkiego brakowało, żołnierze polscy dzielili się swymi kontyngentami z ludnością Maczkowa, ale Niemcy w wielu innych miastach Dolnej Saksonii, zaczęli odczuwać skutki wywołanej przez nich wojny choć nie było im aż tak źle, zważywszy że część z nich po prostu wyrzucała ofiarowany chleb prosto na podłogę, jak bowiem wspominała w pamiętnikach jedna z Polek pracujących w Haren: "Karmiliśmy głównie Polaków, ale pamiętam, że przychodziły też i niemieckie dzieci. "Bitte Kaugummi, bitte", "Bitte Bonbon, bitte" - prosiły. Chodziło im o amerykańską gumę do żucia i słodycze, jakie dostawaliśmy (...) Któregoś dnia dałam jednemu niemieckiemu dzieciakowi, który tak prosił, kawał chleba z masłem, a ten wyrzucił to na ziemię, że chleb to on ma, a chce "Kaugummi". Wkurzyłam się i naskarżyłam polskiemu wartownikowi, a ten pognał małego Fryca. Zirytowało nas to, że tutaj są ludzie po kacetach, ledwo żywi, a ten szczeniak jeszcze wybrzydza". 




Mimo to, część Niemców (a raczej Niemek), aby poprawić swoje położenie, zaczęła wchodzić w kontakty towarzyskie z Polakami. Było ich sporo, bowiem znajomość z Polakami, jako jedną ze zwycięskich nacji II Wojny, dawała niekiedy korzyści, chociażby w postaci otrzymania bardziej luksusowych towarów. Polacy jednak byli rozbitkami politycznymi, bez ojczyzny, bez domu i bez nadziei na powrót. Polska wówczas została bowiem już zajęta przez Armię Czerwoną i całkowicie podporządkowana Moskwie. Nie było więc już drogi powrotu, nikt bowiem nie chciał wracać do kraju rządzonego przez Sowietów i ich polskie marionetki. Z czasem jednak alianci zachodni zaczęli dawać (początkowo nieoficjalnie, potem bardziej zdecydowanie) znaki, że może już czas wrócić do kraju, że wojna już się skończyła i nie ma potrzeby by dłużej pozostawać na obczyźnie. Niektórzy na to poszli i wrócili do komunistycznej Polski (wielu z nich potem przeszło ciężkie tortury i wieloletnie więzienia, a inni stracili życie za wydumane oskarżenia typu: "A ty to amerykański szpicel jesteś"). Część wyjechała do Anglii i Stanów Zjednoczonych, a tylko niewielka część Polaków zdecydowała się pozostać dalej w Haren - od 1948 r. już z powrotem pod władzą Niemców. Wojsko zaczęto wycofywać do Anglii od połowy 1946 r. (3 maja 1946 r. zorganizowano jeszcze w Maczkowie wielką defiladę wojskową, na cześć 155 rocznicy uchwalenia pierwszej nowożytnej Konstytucji w Europie i drugiej na świecie po Stanach Zjednoczonych, o której to amerykański historyk Robert Howard Lord powiedział iż: "Konstytucja 3 Maja stanowi bezcenny skarb wartości duchowych", zaś XIX-wieczny niemiecki historyk Friedrich Raumer stwierdził: "Jakże wielką jest przeto dla Polaków chwałą (...) iż umieli nadać sobie konstytucję, w której lepiej, aniżeli w jakiejkolwiek innej próbie tego rodzaju, prawdziwe zasady rozsądku i nauki politycznej zdają się być urzeczywistnione"). Ostatecznie Maczków przestał istnieć 10 września 1948 r. gdy Niemcy powrócili do miasta i ponownie zmienili jego nazwę na Haren. Tak oto zakończyła się krótka polska epopeja w północnych Niemczech.


POST SCRIPTUM





Na zakończenie moje krótkie, prywatne refleksje na temat Niemiec, Niemców i niemieckości. Czasami, gdy najdzie mnie chwila nostalgii, gdy zaczynam głębiej zastanawiać się nad tym otaczającym nas zewsząd światem - przypominam sobie mimochodem o moich niemieckich korzeniach. Zastanawiam się wtedy na ile prawdziwe byłoby wypowiedzenie przeze mnie słów: "Niemcy - moja Ojczyzna". Na ile czuję się związany z tym społeczeństwem (nie państwem - co należy rozdzielić), z jego kulturą, historią, współczesnością i przyszłością. Otóż Niemcy - to dla mnie słowo, które nie powoduje żadnych emocjonalnych reakcji, nie tworzy żadnych w umyśle mym "rozkoszy prawdziwych", jest po prostu zwyczajnym słowem, które być może w zupełnie innych warunkach znaczyłoby więcej - warunki te jednak nie zaistniały. Chciałbym tutaj opowiedzieć Wam o moich prywatnych opiniach na temat tego narodu i kraju, o tym jakim społeczeństwem są dzisiejsi Niemcy (jak ja ich widzę).

Jakie więc są dzisiejsze Niemcy? Gdy obserwuję Niemców, gdy wchodzę z nimi w rozmowy (np. o polityce światowej, roli Niemiec i Polski w przyszłej geopolitycznej układance europejskiej, o duginowskiej koncepcji euroazjatycyzmu i innych alternatywnych temu rozwiązaniach), każdy z nich ma oczywiście swoje opinie na ten temat, ale podświadomie wyczuwam że niewiele ich to wszystko obchodzi. Dzisiejszy Niemiec znajduje prawdziwą przyjemność mogąc pozostawać w w swej szlafmycy, delektując się "pięknem" swych ogrodowych krasnali, to daje im swoisty - gemütlichkeit - spokój wewnętrzny i pewnego rodzaju dumę ze swego lokalnego heimatu. Widoczny jest również ów - bildung, który można by określić jako dumę z własnych osiągnięć cywilizacyjno-edukacyjnych oraz przemożna chęć eksportowania swych wzorców innym "tubylczym" i "nieoświeconym" jeszcze ludom, który łączy się z odpowiednią dla tego narodu weltanschauung (ideologią). Niemcy i Niemców cechuje również bardzo silne przekonanie o własnej niezwykłości i doskonałości, o tym że są lepsi od innych narodów w Europie i że dzięki temu mają prawo wygłaszać napominania i pouczenia. Dziedzictwo nazistowskiej przeszłości częściowo tępi ich zachowania w tej materii, dlatego właśnie pragną je odrzucić - oficjalnie, bowiem w rzeczywistości byli naziści dożyli spokojnej starości w nowych Niemczech.




Podobnie jak mówił niedawno Wojciech Cejrowski o Heinzu Reinefarthcie - rzeźniku Woli, który systematycznie mordował i palił mieszkańców tej warszawskiej dzielnicy, i jak mówi Cejrowski, słał listy do Berlina, pisząc: "Nie mogę ich wszystkich wykończyć bo mi amunicji nie starcza", po wojnie stał się politykiem niemieckiej republiki i wybranym w demokratycznych wyborach burmistrzem Westerlandu. Zmarł w 1979 r. w wieku 75 lat, jako szanowany obywatel i polityk. Krwawy morderca, który mordował mężczyzn, kobiety i dzieci - wszystkich, tylko dlatego że byli Polakami, stał się po wojnie miłym, starszym panem i godnym zaufania politykiem nowych Niemiec. O czym to świadczy? Że Niemcy rozliczyli się z epoką nazistowską tylko powierzchownie. Skazano tylko największych nazistów, tych którzy byli na samej górze i którzy z reguły nikogo nie zamordowali, oni wydawali "tylko" rozkazy (bo ich już obronić się nie dało). Zaczęto mówić o Holokauście i niemieckich zbrodniach w Związku Sowieckim, ale na tym koniec. Realni wykonawcy makabrycznych zbrodni, niemieccy oficerowie i żołnierze w ogromnej większości przeszli spokojnie z III Rzeszy do Niemieckiej Republiki Federalnej, szukając schronienia w pracy w wielu instytucjach publicznych (np. w Auswartiges Amt, gdzie po wojnie paradoksalnie pracowało więcej nazistów, niż w czasach III Rzeszy). Mordercy spokojnie więc dożywali swych dni na państwowych posadach.


 "NIEMCOM TRZEBA PRZYPOMINAĆ KIM SĄ, BO TO NIE JEST TAK, ŻE ONI BYLI NAZISTAMI, A TERAZ NAGLE PRZESTALI BYĆ. PÓKI ŻYJE OSTATNI Z NICH NIE UPOLOWANY I POBIERA NIEMIECKĄ EMERYTURĘ, TO ONI CIĄGLE JESZCZE, JAKO NARÓD MAJĄ W SOBIE HITLEROWCÓW, NAZISTÓW - SĄ NIMI! 

NIEMCY WYBRALI ADOLFA HITLERA W DEMOKRATYCZNYCH WYBORACH, TAK JAK ANGELĘ MERKEL, I ROZSTRZELIWALI POLAKÓW, ZA TO ŻE POLACY RATOWALI ŻYDÓW. NIEMCOM TRZEBA TO PRZYPOMINAĆ - ZABIJALIŚCIE POLAKÓW ZA RATOWANIE ŻYDÓW"




Niemcy są więc takim tyglem połączonych ze sobą sprzeczności, które kotłują się wewnętrznie tak długo, aż wreszcie nie doprowadzą do jakiegoś niszczącego lub twórczego wybuchu. Wola czynu - to właśnie zauważyłem w rozmowie z dzisiejszymi Niemcami, ale nie tylko, również dość silnie zakorzeniony w tym narodzie jest... strach. Strach przed tym co nieznane, co może doprowadzić do ponownego samozniszczenia, strach przed zaślepieniem i przed unicestwieniem. To właśnie - wola czynu i strach - są dziś wykładnikami niemieckiej duszy.Ja jednak, pomimo mojej sympatii dla wielu Niemców (których znam osobiście lub z którymi rozmawiałem będąc w Niemczech), nie mogę utożsamiać się z tym narodem. Mój pra-pra dziad był pruskim oficerem z zachodnich Niemiec, stacjonującym (ok. 1900 r.) w Królewcu. Ale już mój pradziadek wyemigrował do Królestwa Kongresowego (jak wówczas zwały się ziemie polskie, będące pod zaborem rosyjskim), tu się ożenił z Polką i sam potem stał się Polakiem. Tym samym sprawił mnie i mojej rodzinie ogromną przysługę, za którą ja jestem mu dozgonnie wdzięczny.







piątek, 4 sierpnia 2017

PRUSY CHCIAŁY DO POLSKI - WIĘC SIŁĄ ZOSTAŁY ZNIEMCZONE - Cz. I

WALKA O CZARNEGO 

PRUSKIEGO ORŁA, 

POMIĘDZY CZERWONYM 

ORŁEM BRANDENBURCZYKÓW 

A BIAŁYM ORŁEM

POLAKÓW/RZECZPOSPOLITAN






"JEDNOGŁOŚNIE, DOBROWOLNIE I ZE STANOWCZĄ ROZWAGĄ (...) PODDALIŚMY SIĘ I OBECNIE PODDAJEMY SIĘ NAJJAŚNIEJSZEMU KRÓLOWI I KORONIE POLSKIEJ JAKO NAJWYŻSZEMU PANU I OD NIKOGO INNEGO NIE POWINNIŚMY BYĆ UZALEŻNIENI I JEMU POSŁUSZNI I PODDANI"

NIEMIECCY POSŁOWIE STANÓW PRUSKICH
1525 r.


Wielokrotnie już na tym blogu opisywałem sytuacje, gdy jakieś wschodnie miasto lub ziemia, należące do Rzeczypospolitej Obojga Narodów kurczowo trzymało się przynależności do państwa polsko-litewsko-ruskiego, za żadne skarby świata nie chcąc być włączonym do Carstwa Rosyjskiego. Działo się tak pomimo bliskości językowo-religijnej wschodnich ludów Rzeczpospolitej z Rosjanami - jak choćby w 1645 r. gdy król Władysław IV w ramach reorganizacji granicy wschodniej, zapragnął wymienić się z carem rosyjskim na okoliczne miasta, wówczas to mieszkańcy Nowogrodu Siewierskiego - które miało zostać wymienione - poczęli umacniać swoje miasto i uzbrajać się, jednocześnie śląc swych przedstawicieli do króla, na sejm i do senatu, wszędzie prosząc o nieoddawanie ich grodu Moskwie. Dlaczego, należałoby zapytać, skoro w większości zamieszkiwali to miasto sami Rusini, blisko spokrewnieni językowo i religijnie z Moskalami.Ano dlatego, że przebywając w granicach Rzeczypospolitej, wiedzieli że żyją w kraju wolności, gdzie bez zgody obywateli (czyli szlachty, zgromadzonej na sejmach), król nie jest w stanie niczego wymusić i niczego zmienić, natomiast ci ze wschodu, to była zupełnie inna cywilizacja. Cywilizacja bezwzględnego posłuszeństwa carowi i totalnego upodlenia obywatela, który stawał się poddanym. Różnica była wiec dla tych ludzi znacznie ważniejsza pod względem cywilizacyjno-mentalnym, niż bliskość językowo-religijna. Rusini po prostu nie chcieli wchodzić z Rosjanami w żadne bliższe, polityczne relacje, zdając sobie sprawę że każda tego typu próba, skończyłaby się odebraniem im wolności, i sprowadzeniem do roli bijących czołem o ziemię poddanych gosudara.

Na wschodzie więc tego nie chciano, ale dlaczego na Zachodzie niemieckie (a przynajmniej w dużej mierze zniemczone, bowiem ludność polska w Prusach też była dość liczna) Prusy Wschodnie również nie pragnęły połączyć się z zachodnimi przecież Brandenburczykami, i woleli pozostać pod lenną władzą króla polskiego, a nawet (w ostateczności) włączyć się w granice Rzeczypospolitej, wszystko byle nie do Brandenburczyków. Notabene ten właśnie stan pokazuje w dość ciekawy sposób, że nawet jeśli istniał niemiecki język, którego mieszkańcy posługiwali się na sporym terenie Europy, to jednak nie istniała zupełnie niemiecka świadomość wspólnotowa, która zaczęła się tworzyć dopiero w początkach XIX wieku (wraz z wybuchem wojen napoleońskich), wcześniej bowiem niemiecki patriotyzm nie istniał, istniały zatem niemieckie lokalne patriotyzmy, którym nie w głowie było powstanie zjednoczonego państwa niemieckiego, a jedynie przetrwanie. Prusacy bowiem uważali się za znacznie lepszych ludzi niż Brandenburczycy, których mieli za zwykłych pastuchów świń - bowiem w Berlinie w centrum miasta pasły się świnie (aż do 1690 r. gdy zostało to oficjalnie zakazane). Berlin zresztą był miastem tylko z nazwy, w dużej mierze bowiem o zabudowie drewnianej i dachach krytych słomą (zabroniono tego w 1680 r. ze względu na liczne pożary). Porównanie tego prowincjonalnego miasteczka (które było stolicą kraju pragnącego zapanować nad Prusami), z Królewcem, budziło w Prusakach uczucie odrazy i lęku. Czym bowiem nazwać prośby, kierowane do polskiego monarchy, aby ponownie roztoczył swoją władzę nad Prusami, czym były nawoływania płynące z kręgów szlachty pruskiej, skierowane do hetmana Stefana Czarnieckiego, zapraszające go z wojskiem polskim: "na śniadanie do Prus", jeśli nie próbą powstrzymania kurfirsta (czyli elektora Brandenburgii), przed planami całkowitego podporządkowania sobie Prus i zdławienia oporu Królewca? 




I trudno się też temu dziwić, bowiem Prusy aspirowały do roli bogatego i dynamicznie rozwijającego się kraju, o republikańskich korzeniach (niemiecki parlamentaryzm w Prusach, jak i potem w Brandenburgii pojawił się w tych krajach właśnie z Polski), natomiast Brandenburgia to był elektorat pod władzą dziedzicznego monarchy. Czy można więc się dziwić, że zarówno szlachta, jak i mieszczanie pruscy spoglądali w stronę Rzeczpospolitej, spodziewając się stamtąd ratunku? Można by w nieskończoność wymieniać opinie o naszym kraju w tamtych (i próżniejszych) czasach, ale nie to jest tematem posta, więc pozwolę sobie ograniczyć się do zaledwie kilku opinii. Bonifacio Giovanni Bernardino markiz d'Oria, pisał w XVI wieku: "Ziemia ta w moim przekonaniu nie ustępuje Niemcom, w niektórych rzeczach je nawet wyprzedza (...) Wielką, co mówię największą miałbyś tu wolność życia wedle swej myśli i upodobania, także pisania i publikowania. Nikt tu nie jest cenzorem". Helmut von Moltke, pruski feldmarszałek z XIX wieku, autor zwycięskiej wojny z Francją w latach 1870-1871, która doprowadziła do zjednoczenia Niemiec, tak pisał: "Przez długi przeciąg czasu przewyższała Polska wszystkie inne kraje Europy swą tolerancją (...) Pierwsi Żydzi, którzy tu osiedli, byli wygnańcami z Czech i Niemiec (...) schronili się oni do Polski, gdzie wówczas daleko większa tolerancja panowała niż we wszystkich innych państwach Europy". Henry de Brougham, lord-kanclerz Wielkiej Brytanii: "Oni byli pierwsi, którzy, wkrótce po reformacji, dali przykład prawdziwej wolności (...) sam naród żydowski, na całej kuli ziemskiej wzgardzony, znalazł na tej gościnnej ziemi drugą ojczyznę". I Stanisław Witkiewicz: "Bajeczny, choć szelmowski, był ten nasz naród! Był to naród naprawdę wolny!"

Prusy stały się lennem Królestwa Polskiego dnia 10 kwietnia 1525 r. w czasie ceremonii nazwanej następnie "Hołdem Pruskim", podczas którego ostatni wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego - Albrecht Hohenzollern, złożył na Rynku w Krakowie hołd lenny przed polskim monarchą - Zygmuntem I. Wielki mistrz stawał się odtąd świeckim księciem Prus i dziedzicznym władcą tego obszaru, będącym jednak lennikiem króla polskiego i jego następców. W Prusach miała władać dynastia Hohenzollern z linii Albrechta, po nim mieli więc władać (również jako lennicy) jego synowie i potomkowie, a w przypadku wymarcia męskich potomków Albrechta, sukcesja miała przypaść potomkom jego braci Jerzego, Kazimierza i Jana, natomiast w razie całkowitego wymarcia tego rodu, Prusy miały zostać włączone do Królestwa Polskiego. Niemiecki władca Prus stawał się tym samym politycznie Polakiem, otrzymał pierwsze miejsce w polskim senacie. Musiał się też stawiać z pomocą zbrojną w razie gdyby "Korona Polska była wojną zagrożona". Poza tym król Polski miał możliwość (poprzez mieszane polsko-pruskie sądy operujące na terenie księstwa pruskiego), wpływać na politykę wewnętrzną Prus. Albrecht zmieniał też wyznanie z katolicyzmu na luteranizm, co spowodowało że było to pierwsze państwo w Europie, które stało się państwem protestanckim. Z dziedziczenia tronu został wykluczony władca Brandenburgii i jego potomkowie (choć tam też panowała dynastia Hohenzollernów). Czarny orzeł, dawny herb Zakonu Krzyżackiego, otrzymał teraz również królewską koronę na szyi i literę "S" (od imienia Sigismundus - Zygmunt) na piersi. Tak oto niemieckie Prusy podporządkowane zostały Polsce.

 
KRÓL ZYGMUNT I JAGIELLOŃCZYK 
i KRÓLOWA BONA SFORZA



Albrecht, uklęknąwszy przed siedzącym na tronie królem Zygmuntem, taką oto złożył przysięgę: "Obiecuję i przysięgam, że Najjaśniejszemu władcy i panu, Jego Mości Zygmuntowi królowi Polski, wielkiemu księciu Litwy, Rusi i wszystkich ziem Pruskich panu i dziedzicowi, jako memu naturalnemu dziedzicznemu zwierzchnikowi, i jego Majestatu dziedzicom i sukcesorom, królom i Królestwu Polskiemu będę wierny i posłuszny, o dobro Jego Majestatu i spadkobierców będę zabiegał, a szkody ich unikał, i będę wszystko wypełniał, co należy do obowiązków dobrego wasala". Podporządkowanie Polsce Prus spotkało się z niechęcią w całej Europie, ale nie dlatego że dokonano tego czynu, tylko dlatego że... okazano Albrechtowi (który nie miał już żadnych sojuszników) takiej łaski. Na wielu dworach - w Paryżu, Londynie, Wiedniu, Madrycie, Rzymie, Kopenhadze, uważano że król Polski popełnił wielki błąd pozwalając przetrwać Prusom, miast bezpośrednio wcielić te ziemie do Korony. Król Danii - Chrystian II powiedział: "Jeśliby teraz król Polski chciał podjąć wojnę z wielkim mistrzem, to nie będzie miał żadnych trudności, gdyż opuszczony on jest przez wszystkich przyjaciół i nikt mu nie wierzy, tak że los Prus jest przesądzony", cesarz rzymski i król Hiszpanii - Karol V w rozmowie z polskim posłem Janem Dantyszkiem, stwierdził: "Jeśli wasz król to uczynił, to pewną jest rzeczą, że powagę wszelką i dobre mniemanie u wszystkich utracił". Mniej kategoryczni w tej kwestii byli król Francji - Franciszek I i Anglii - Henryk VIII, ale również ich opinie były w tej kwestii negatywne. Dlaczego tak się stało? Otóż dlatego że w katolickiej Europie nagle pojawiło się pierwsze państwo protestanckie i to pod opieką króla który sam także określał się jako katolik. 

W Polsce też byli i tacy, którzy uważali ten krok za wielki błąd, jak chociażby właśnie Jan Dantyszek, który pisał: "Nie powinno się pominąć żadnej sposobności ażeby wejść w posiadanie tego kraju, skąd tyle nieszczęść od dawnych czasów spadło na Polskę (...) okazywanie łaskawości i miłosierdzia, zwłaszcza wrogom, często przynosiło niepowetowane szkody". Hołd Pruski co prawda wzmocnił wewnętrznie rozpadające się państwo zakonne i skoncentrował miejscową ludność wokół księcia, czyli dziedzicznego władcy, a poza tym stwarzał zagrożenie połączenia się dwóch linii Hohenzollernów. Mimo to w pewnym sensie był korzystny do ówczesnej Polski, chociażby dlatego że eliminował antypolskie państwo zakonne, którego władcy nie mogli już prowadzić polityki, godzącej w interesy Rzeczpospolitej, a musieli wszystko ustalać z polskim monarchą, senatem i posłami, dodatkowo pruscy władcy musieli się karnie stawiać na wszelkie wezwania wojenne polskiego monarchy i udzielać mu zbrojnej pomocy (traktat lenny mówił o pomocy w sytuacji ataku innego państwa, natomiast w sytuacji gdy to Rzeczpospolita podejmowała zbrojne wyprawy, książę pruski miał wysłać jedynie symboliczną siłę - 100 żołnierzy). Polska też nie wyrzekała się ostatecznie pretensji do Prus, z tym że teraz aby przyłączyć ten kraj, należało albo czekać na wymarcie wszystkich męskich potomków Albrechta i jego trzech braci, albo też na... odmowę złożenia hołdu lennego przez któregoś z kolejnych książąt pruskich, co byłoby równoznaczne z utratą lenna i wcieleniem kraju w granice Rzeczpospolitej (z tym że żadem następny pruski władca nie był na tyle głupi, aby taki krok uczynić, wiedząc jakie mogą być tego konsekwencje). Należało więc po prostu czekać. 






CDN.

czwartek, 3 sierpnia 2017

NIEMCY SĄ WINNE POLSCE OGROMNE PIENIĄDZE ZA II WOJNĘ ŚWIATOWĄ

JEST TEŻ TAKIE MIEJSCE 

W ŚRODKU EUROPY, 

GDZIE RAZ W ROKU WSZYSTKO USTAJE.

CZAS STAJE W MIEJSCU, LUDZIE I

POJAZDY ZATRZYMUJĄ SIĘ W RUCHU.

JEST TAKIE MIEJSCE, TAKI KRAJ!


 Tym miejscem jest oczywiście Warszawa, gdzie każdego roku 1 sierpnia zawsze o godz. 17:00 zatrzymuje się w swym nieustającym ruchu całe miasto - wszyscy ludzie, pojazdy, wszystko staje i przez minutę w milczeniu oddaje hołd największemu powstańczemu zrywowi II Wojny Światowej, jakim było Powstanie Warszawskie, które wybuchło 1 sierpnia 1944 r. Nim przejdę do głównego tematu, chciałbym na początek również oddać swój (niestety) spóźniony hołd dla tych dzielnych, młodych ludzi, którzy rzucili swe życie na "stos" i nie mogąc dłużej wytrzymać bandyckiej niemieckiej okupacji, chwycili za broń (a raczej za to co było pod ręką, jako że broń palną w chwili wybuchu Powstania, miał zaledwie co dziesiąty żołnierz, reszta miała jedynie ręczne granaty i to często jeden na... trzy osoby). Mimo to Powstanie musiało wybuchnąć, po prostu MUSIAŁO! Ludzie bowiem byli tak zdeterminowani, tak żądni kary i odwetu dla morderców kobiet i dzieci, za lata niewoli i upokorzeń, że żadne logiczne argumenty po prostu by do nich nie trafiły. Choć nie było broni, wystarczającej aby wyposażyć w nią wszystkich walczących (ok. 38 tys. ludzi), to każdy z nich pragnął wziąć udział w tej walce, a ci, którzy byli przez Komendę Główną oddelegowani do zadań ubezpieczających (np. odwodów dowódczych), uważali za wielką ujmę, że nie przyjdzie im się bić w tych pierwszych godzinach Powstania, bić Niemców, sprawców ich nieszczęść, niszczycieli ich Ojczyzny i morderców ich rodzin. Wielka była determinacja tych młodych chłopców i dziewcząt, którzy dnia 1 sierpnia o godz. 17:00 chwycili za broń w obronie Wolności, Honoru, Sprawiedliwości i Niepodległości


 WIECZNA IM ZA TO CZEŚĆ I CHWAŁA


"O PANIE KTÓRYŚ JEST NA NIEBIE
WYCIĄGNIJ SPRAWIEDLIWĄ DŁOŃ,
WOŁAMY ZE WSZECH STRON DO CIEBIE,
O POLSKI DOM O POLSKĄ BROŃ.

O BOŻE SKRUSZ TEN MIECZ CO SIECZE KRAJ,
DO WOLNEJ POLSKI NAM POWRÓCIĆ DAJ,
BY STAŁ SIĘ TWIERDZĄ NOWEJ SIŁY
NASZ DOM - NASZ KRAJ!"


 PRZYZNAĆ SIĘ MUSZĘ, ŻE OGLĄDAJĄC TEN KLIP
 Z TRUDEM POWSTRZYMYWAŁEM ŁZY




 POWSTANIE WARSZAWSKIE 
1 SIERPNIA 1944 r.


OTO CO NIEMCY ZROBILI Z WARSZAWĄ 
(PARYŻEM PÓŁNOCY JAK JĄ NAZYWANO) 
PO ZAKOŃCZENIU POWSTANIA


MIASTO RUIN - MIASTO DUCHÓW
 


RAZ DO ROKU W ŚRODKU EUROPY 
CAŁE MIASTO ZATRZYMUJE SIĘ W RUCHU, TAK JAKBY CZAS SIĘ NAGLE ZATRZYMAŁ W MIEJSCU



A TUTAJ CIEKAWA INTERPRETACJA HOŁDU DLA POWSTAŃCÓW ZE STRONY MARIANA KOWALSKIEGO I ŚRODOWISKA "IDŹ POD PRĄD"


"NIE MASZ CWANIAKA NAD WARSZAWIAKA
CHCESZ Z NAMI ZACZĄĆ, 
TO SE WCZEŚNIEJ TRUMNĘ KUP"




TAK HOŁD POWSTAŃCOM WARSZAWSKIM ZŁOŻYLI POLSCY ŻOŁNIERZE W AFGANISTANIE



 
A TAK HOŁD ZŁOŻYLI AMERYKANIE



 Dzisiejsze Niemcy, jako prawny spadkobierca III Rzeszy Niemieckiej, winne są Polsce (wedle analiz) za zniszczenie samej tylko Warszawy 45,3 miliardy dolarów - powtarzam tylko za samą doprowadzenie do kompletnej ruiny samej Warszawy. A co, jeślibyśmy wystawili im rachunek za wszystkie (lub prawie wszystkie, bowiem wszystkich nikt nie jest w stanie realnie obliczyć) zbrodnie, zniszczenia, kradzieże, eksterminacje ludności cywilnej, masowe mordy, łapanki uliczne - to jest bowiem suma tak niewyobrażalna, że doprowadziłaby ona Niemcy i niemiecką gospodarkę do kompletnej ruiny, i to nawet uwzględniając przybliżony czas spłaty zadośćuczynienia na ok. 40 lat, odbiłoby się to ogromnie na niemieckim budżecie, doprowadzając ten kraj do praktycznego rozpadu. Zresztą o niemieckiej winie i kosztach (w przybliżeniu) mówił kilka lat temu Gunter Grass, niemiecki pisarz, laureat Nagrody Nobla: "Gdyby Polacy wystawili nam rachunek za zniszczone miasta, zrujnowane fabryki, zrabowane dzieła sztuki czy zapóźnienie cywilizacyjne będące konsekwencją wojny, bylibyśmy dłużnikami w nieskończoność". Lekko licząc kwota jaka jest coraz powszechniej wymawiana, to ok. 1 bilion dolarów, ale jest to kwota mocno zaniżona, bowiem nie da się realnie obliczyć strat jakie wówczas ponieśliśmy, ludzkiego cierpienia, wszechobecnej grozy śmierci, upokorzenia i niemieckiej buty - tego się po prostu nie da realnie obliczyć.

A możliwość upomnienia się o zadośćuczynienie za niemieckie zbrodnie, Polska może wystosować do niemieckiego rządu w każdej chwili, tym bardziej że NIGDY realnie nie zrzekliśmy się żadnych odszkodowań ze strony powojennych Niemiec. Zresztą owe powojenne Niemcy to też swoisty paradoks historii, bowiem tajemnicą poliszynela jest fakt, że po wojnie w Niemczech w wielu gałęziach odradzającego się niemieckiego państwa (Niemieckiej Republiki Federalnej), pracowali byli... naziści, a co ciekawe miejscem najbardziej przez nich opanowanym było Ministerstwo Spraw Zagranicznych, gdzie po 1949 r. pracowało... więcej nazistów niż w czasach Hitlera i III Rzeszy. Paradoks? Tylko potocznie, bowiem należy pamiętać że tak naprawdę w Niemczech nie było prawdziwego rozliczenia się z nazistowską przeszłością. Co prawda w szkołach uczy się o Holokauście i innych zbrodniach, popełnianych w Związku Sowieckim przez owych mitycznych nazistów, to jednak praktycznie nie wspomina się o zbrodniach dokonywanych przez chociażby Wehrmacht, który przecież w niczym nie ustępował takim formacjom jak SS czy Gestapo. Wehrmacht rozpoczął swą morderczą epopeję od samego początku II Wojny Światowej, czyli od ataku na Polskę 1 września 1939 r. i praktycznie przez cały okres istnienia III Rzeszy był (na równi z innymi) formacją zbrodniczą. Hańba jaka padła przez to na CAŁY niemiecki naród, jest praktycznie nie do zmycia (wiedział o tym Hitler, który stwierdził że po przegranej wojnie Niemcy będą najbardziej znienawidzoną nacją na świecie), nie do naprawienia. Jedyną formą zadośćuczynienia (oprócz kwestii finansowych), byłby rozpad Niemiec (jako najbardziej morderczej zjednoczonej nacji Europy) i powrót do stanu sprzed 1871 r. czyli do szeregu małych, niemieckich (kontrolowanych) państewek. 

Już Winston Churchill twierdził że Niemcy należy raz na 50 lat bombardować, aby wybić im głupie pomysły z głów, które wielokrotnie już doprowadzały Europę na skraj przepaści (jak nie wojny światowe i potworne mordy, to uchodźcy i zalewanie Europy dzikusami z Afryki - rzeczywiście Niemcy to jest kraj, który powinien zostać obłożony międzynarodową kontrolą i w żaden sposób nie można im dać możliwości samodzielnego decydowania o losie własnym jak i Europy, bo to zawsze wcześniej czy później doprowadzi do powszechnej katastrofy). Ale z drugiej strony wcale nie ma co się temu dziwić, Niemcy bowiem są bardzo młodym państwem, znacznie młodszym od Stanów Zjednoczonych (powstałym bowiem dopiero w 1871 r.), i równie młodym narodem (którego przebudzenie nastąpiło w początkach XIX wieku, wraz z wojnami napoleońskimi). Są więc dziećmi i nic dziwnego że pierwsze co robią, to łapią za zapałki. Te polityczne "maluchy" próbują pouczać Nas, którzy jesteśmy narodem (oficjalnie) od ponad tysiąca lat, a realnie od co najmniej 5000 lat. Zauważcie jedno, w narodzie polskim nie ma genu niszczenia, podpalania, rabowania i mordowania, nie ma też "świadomości ula", jaki niewątpliwie istnieje w narodzie niemieckim, gdzie rozkaz "królowej" powoduje że cały naród karnie wypełnia jej polecenia (przecież Hitler miał ogromne poparcie wśród Niemców - OGROMNE, a cały niemiecki ruch oporu zmieściłby się w jednym gabinecie prezydenta Rzeczypospolitej). Oto dowód:


STARA NIEMRA WZNOSI TOAST ZA ADOLFA HITLERA
(MŁODZI SIĘ ŚMIEJĄ, ALE POPATRZCIE NA JEJ REAKCJĘ - ONA WCALE NIE UWAŻA ŻE JEST SIĘ Z CZEGO ŚMIAĆ I WIELOKROTNIE Z POWAGĄ PONAWIA SWÓJ TOAST)


 Spójrzcie więc, po latach, po takich zmianach, po owej denazyfikacji i demokratyzacji powojennych Niemiec, są ludzie (i to całkiem sporo), którzy z rozrzewnieniem wspominają czasy gdy rządził Adolf Hitler. Słuchałem kiedyś wypowiedzi pewnego Niemca, który był kiedyś w Hitlerjugend i próbował się jakoś z tego tłumaczyć. Powiedział on wówczas, że po dojściu Hitlera do władzy większość zwykłych Niemców odżyła. Wstrzymano konfiskaty komornicze najuboższych rodzin, rozpoczęto zakrojone na wielką skalę roboty publiczne, dzięki czemu radykalnie zmniejszono bezrobocie, wypłacano znaczne zasiłki i emerytury dla weteranów, starszych i kalek, przyznawano stypendia najgorzej sytuowanym studentom (i zasiłki dla ich rodzin), rozpoczęto program wielkich letnich kolonii dla dzieci i młodzieży (co wcześniej, było praktycznie dla wielu z nich niemożliwe, gdyż - o czym też należy pamiętać - Niemcy po I Wojnie Światowej były dość ubogim krajem, a w pewnych latach nawet uboższym od zniszczonej wojną Polski. W latach 20-tych niemieccy chłopi - głownie na ziemiach wschodnich ówczesnych Niemiec - woleli płacić płacić polską walutą (złotówką), niż nową niemiecką marką, którą uważali że jest pustym pieniądzem bez pokrycia: "żydowskie konfetti z Berlina" - jak mawiali o niemieckiej walucie niemieccy chłopi). 

I teraz ci wszyscy ubodzy, biedni i pokrzywdzeni otrzymali nową szansę, realne, finansowe wsparcie. Poza tym Hitler obiecał im że zrobi z nich "Naród Panów", który opanuje Europę i podporządkuje sobie wszystkie te słowiańskie narody, zamieniając je w niewolników. Jak więc (tym bardziej że Niemcy początkowo wygrywały), miano nie wierzyć owej propagandzie, jak miano nie wielbić Hitlera, który w czerwcu 1940 r. zdobył Paryż i pokonał Francję, co nie udało się samemu cesarzowi Wilhelmowi podczas I Wojny Światowej - jak miano mu nie ufać. Stał się bogiem, cudotwórcą, mistyczną siłą wiodącą Niemcy ku "świetlanej przyszłości". I pomimo późniejszej klęski ta pamięć wciąż jest bardzo silna w pokoleniu, które pamięta II Wojnę Światową i dobra, jakie zwykli Niemcy wówczas uzyskali (po zrabowaniu całej Europy, a szczególnie Europy Środkowo-Wschodniej). 




Ja sam mam niemieckie korzenie, o czym już pisałem na tym blogu, ale nigdy nie uważałem się za Niemca. Nigdy też nie czułem jakiejkolwiek bliskości z tym narodem o "świadomości ula", a wszelka moja relacja z Niemcami, sprowadzała się jedynie do form kurtuazyjno-rodzinno-towarzyskich, i tyle. Nie chciałem też przyjąć podwójnego obywatelstwa (choć mogłoby to niejednokrotnie pomóc mi chociażby w sprawach zawodowych). Niemcy dla mnie osobiście, to naród który należy ponownie rozbić na mniejsze części i doprowadzić do stanu sprzed 1871 r. aby całkowicie i definitywnie uwolnić Europę od jednej z przyczyn europejskich tragedii (drugą, jak można się domyśleć są Ruscy). W zasadzie Szkopy i Kacapy (czyli Niemcy i Rosjanie) to dwa narody, dla których najlepiej jest aby były rozbite i podzielone, bowiem wtedy nie wyrządzą szkody ani sobie samym ani swym sąsiadom. Przyszłość zweryfikuje moje słowa i przyzna mi rację, choć pewnie rozpad owych krajów ujrzą naocznie dopiero moje dzieci. A na zakończenie raz jeszcze:


CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM -POWSTAŃCOM WARSZAWSKIM




PODCZAS POWSTANIA NIEMCY MORDOWALI LUDNOŚĆ CYWILNĄ DOM PO DOMU
 EGZEKUCJE W WARSZAWSKICH DZIELNICACH - WOLI I OCHOCIE


 


W POWSTANIU SZCZEGÓLNIE PONURĄ SŁAWĄ OKRYŁO SIĘ WIELE JEDNOSTEK ROSYJSKICH I UKRAIŃSKICH - SOWIECKICH DEZERTERÓW, KTÓRZY PRZESZLI NA STRONĘ NIEMIECKĄ. CI MORDOWALI JUŻ BEZ WYJĄTKU



"CO SIĘ Z TOBĄ DZIEJE?"
"ZE MNĄ? NIC, MAM TERAZ PRZERWĘ W PALENIU MIESZKAŃCÓW DZIELNICY"





CI WSZYSCY MŁODZI LUDZIE POŚWIĘCILI SWE MŁODE ŻYCIA DLA WOLNOŚCI I NIEPODLEGŁOŚCI PRZYSZŁYCH POKOLEŃ

JAK MÓWIŁ NIEDAWNO PREZYDENT USA DONALD TRUMP:

"WIĘC WALCZMY WSZYSCY JAK POLACY - O RODZINĘ, O WOLNOŚĆ, O OJCZYZNĘ I O BOGA (...) CI BOHATEROWIE PRZYPOMINAJĄ NAM, ŻE ZACHÓD ZOSTAŁ OCALONY DZIĘKI KRWI PATRIOTÓW"




 "LEPIEJ UMRZEĆ STOJĄC, NIŻ ŻYĆ NA KOLANACH"