Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 8 marca 2018

"UPADEK KOMUNIZMU" - Cz. II

CZYLI JAK TO KOMUNIŚCI

"OBALILI" SOBIE KOMUNIZM





KOMUNISTYCZNA PARTIA 

ROBOTNICZA POLSKI

NARODZINY SOWIECKIEJ 

AGENTURY W POLSCE

1918-1920

Cz. I 




Komunistyczna agentura leninowskiej Rosji narodziła się już u samych początków niepodległego bytu państwa polskiego - na swym pierwszym zjeździe, który to miał miejsce w Warszawie na ulicy Zielnej 25 - 16 grudnia 1918 r. Powstała ona z połączenia Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy (założonej w 1893 r.) oraz Polskiej Partii Socjalistycznej-Lewicy (założonej w 1906 r.). Był to czas, gdy Polska odradzała się do niepodległego życia po 123 latach niewoli. Nie było wówczas jeszcze wyznaczonych granic, gdyż odradzały się i inne kraje (jak Czechosłowacja, Litwa, Rumunia, Węgry), nie było też jeszcze regularnego wojska. Była powszechna bieda, zniszczenia wojenne (kilkukrotne przejścia frontów), oraz powszechne braki żywności. Poza tym, odradzająca się Polska już na samym początku była skonfliktowana z przynajmniej... czterema sąsiadami, takimi jak Niemcy, Rosja (na początku głównie ta "biała" Rosja Kołczaka i Denikina), Litwa i Czechosłowacja. Ówczesny obserwator europejskiej sceny politycznej, gdyby wówczas postawił jakiekolwiek pieniądze na przetrwanie Polski w tak jawnie niesprzyjających warunkach, zapewne zostałby uznany za wariata, bowiem w latach 1918-1919 nikt rozsądny nie dawał nam najmniejszych szans na przetrwanie (mówiono oficjalnie że Polska to "państwo sezonowe", które nie przetrwa dłużej, niż kilka, lub co najwyżej kilkanaście miesięcy). No właśnie, a mimo wszystko nie tylko przetrwaliśmy, ale również zatrzymaliśmy pochód rozpędzonej "kuli śnieżnej" czyli Armii Czerwonej idącej na podbój Europy w 1920 r., dając im tak solidnego kopa, że... przez kolejną dekadę lizali rany. 

Ale wróćmy do polskich komunistów, którzy całym sercem zaangażowali się po stronie rewolucji w Rosji. Na pierwszym swym zjeździe z 16 grudnia 1918 r. podjęli oni deklarację na mocy której celem KPRP będzie odtąd inkorporacja Polski do sowieckiej Rosji, która została tam postawiona jako wzór do naśladowania. Polska w planach partii komunistycznej miała być pozbawiona jakiejkolwiek autonomii, po prostu miała zostać wcielona do Rosji sowieckiej jako jej cześć składowa (nie jako Polska Republika Rad tylko jako część Rosyjskiej Republiki Rad). Bardzo ostro wystąpili komuniści na owym zjeździe założycielskim przeciwko planom odbudowania Wojska Polskiego, deklarując że: "dla międzynarodowego obozu rewolucji socjalnej nie ma kwestii granic". Mimo to w deklaracjach członków więcej było odniesień do rewolucji w Rosji i innych krajów europejskich - szczególnie zaś Niemiec, które miały stać się bramą do Europy - niż do kwestii polskich (co ciekawe - opowiadano tam i takie wynurzenia, jak "ogarnięte wrzeniem rewolucyjnym kraje" takie jak Dania, Szwecja, Norwegia, Holandia czy Szwajcaria o których to "rewolucyjnych wrzeniach" nikt nic poza samymi komunistami nie słyszał, a owo "wrzenie" zapewne rodziło się już w ich głowach). Innym ciekawym zagadnieniem był fakt, że komuniści oficjalnie uznali chłopów za "agenturę burżuazji" i uznali ich za wrogów (nie było więc mowy o żadnym "sojuszu robotniczo-chłopskim", zresztą nie na darmo partia ta otrzymała nazwę "robotnicza" - ten przymiotnik w nazwie osobiście dodała Róża Luksemburg - która była nieformalnym liderem partii, choć dzieliła tę funkcję z Adolfem Warszawskim-Warskim - chodziło tutaj o zaprotestowanie przeciwko polityce "bratania się" robotników z chłopami, którą to uprawiał w Rosji Lenin. Róża Luksemburg uważała to za poważny błąd i nie wahała się ostro przeciw temu zaprotestować, co potem doprowadziło do zerwania luksemburczyków z bolszewikami). Zjazd powołał również zarząd, czyli dwunastoosobowy Komitet Centralny partii, oraz Centralną Redakcję (czyli biuro propagandy).

I Zjazd KPRP odbywał się legalnie, ale bardzo szybko okazało się (pomocne w tym wypadku były doświadczenia z Sosnowca, gdzie udało się komunistom opanować władzę w kilku dzielnicach tego przemysłowego miasta i gdzie bardzo szybko ukazali oni całkowitą anarchię administracyjną (zapewne wywołaną celowo, gdyż chodziło przede wszystkim o destabilizowanie odradzającego się państwa), w styczniu 1919 r. rozpoczęto więc szeroko zakrojoną akcję aresztowań komunistów tuż przed wyborami do pierwszego sejmu odrodzonej Rzeczpospolitej, które miały miejsce 26 stycznia 1919 r. (obawiano się bowiem że mogą oni spróbować zakłócić samo głosowanie, lub nawet dokonać zamachu stanu i obalić już wybrany sejm, jak to miało miejsce w Rosji z Konstytuantą 19 stycznia 1918 r.). Od stycznia 1919 r. Komunistyczna Partia Robotnicza Polski działała już w podziemiu, choć sama partia nie została zdelegalizowana. Celem było jak najściślejsze i najtrwalsze zespolenie się z komunizmem rosyjskim i niemieckim, po to aby utrwalić ten system w Europie, więc gdy w lutym 1919 r. odbyła się rada partyjna KPRP, na której stwierdzono że: "Niewykonalna jest odbudowa życia ekonomicznego (...) Niewykonalne jest zbudowanie wielkiego państwa" za to wykonalny jest "jak najściślejszy sojusz z Rosją Sowiecką". 4 marca 1919 r. Lenin i Trocki powołali do życia III Międzynarodówkę - czyli Komintern, który miał służyć wzięciu "za pysk" wszystkich rozproszonych po świecie partii komunistycznych i uczynić z nich całkowite tuby propagandowe Moskwy. W Marcu tego roku do Kominternu weszła oczywiście także Komunistyczna Partia Robotnicza Polski (łącznie do Kominternu wówczas weszło dziewiętnaście partii komunistycznych z całego świata).




Powstanie Kominternu było konieczne, ponieważ nie wszystkie partie komunistyczne reprezentowały iście leninowski model "drogi do komunizmu", niektóre wręcz propagowały zupełnie inne rozwiązania. Do tych drugich należały właśnie: Komunistyczna Partia Niemiec i (całkowicie ją małpująca) KPRP (konflikt leżał u podłoża kwestii władzy rad, chodziło bowiem o to że Lenin, jako wytrwały rewolucjonista zdawał sobie sprawę - szczególnie w wyniku wojny domowej i klęski głodu w Rosji - że tylko silne szarpnięcie i podporządkowanie "dołów" partyjnych kierownictwu partii, może doprowadzić do przetrwania rewolucji, natomiast Róża Luksemburg i polscy oraz niemieccy komuniści wciąż głosili hasła z początku rewolucji październikowej w Rosji: "Cała władza w ręce Rad" - czyli innymi słowy cała władza w ręce wybieralnych komitetów, które miały podejmować każde decyzje. Lenin zdawał sobie sprawę że taki model prędzej czy później - a raczej prędzej - zakończyłby się totalną anarchią i... klęską rewolucji, gdyż każdą, nawet najmniejszą kwestię należałoby przedstawić na posiedzeniu Rad robotniczych lub żołnierskich). Od chwili wejścia do Kominternu KPRP musiała podporządkować się Leninowi i jego koncepcji komunizmu. Od tej chwili centrala światowego komunizmu realnie i oficjalnie znajdowała się już w Moskwie. KPRP w ciągu całego 1919 r. niczym szczególnym się jednak nie wykazała, podczepiła się programowo co prawda pod strajk robotników rolnych Lubelszczyzny z terenu 12 powiatów (który rozpoczął się 18 marca), ale strajk ten zakończył się podpisaniem ugody (6 kwietnia 1919 r.), podwyżką płac i ordynarii, co wytrąciło oręż z reki komunistów. 

Celem KPRP było bowiem maksymalne osłabienie wewnętrzne kraju, tak aby umożliwić zwycięstwo Armii Czerwonej w wojnie polsko bolszewickiej, zresztą jako pierwsza z partii komunistycznych zdobyła się ona na taką oto deklarację (która była jawną zdradą): "Zbrojna pomoc proletariatu rosyjskiego, gdyby jej potrzebowała dojrzewająca rewolucja polska, nie byłaby najazdem (...), nie miałaby nic wspólnego z dążeniem do podboju (...), lecz była po prostu wcieleniem w czyn haseł międzynarodowej solidarności rewolucyjnego proletariatu" (innymi słowy piękne słówka, które miały zatrzeć w robotnikach świadomość jawnej zdrady odradzającej się po tylu dekadach niewoli Ojczyzny). W kwietniu 1920 r. w czasie polsko-ukraińskiej ofensywy na Ukrainie, mającej wyzwolić od bolszewików Kijów, KPRP wydała kolejną deklarację, w której czytamy: "Rozpoczęła się wielka ofensywa wojsk polskich na Kijów. Okres ten zakończyć się musi katastrofą organizacji państwowej burżuazji i zdobyciem władzy przez proletariat (...) Piłsudski i jego inteligencko-militarna grupa - ulegają zaślepieniu co do istotnej siły Polski, chcąc uniezależnić polską politykę od obcych wpływów, każą jej grać awanturniczą rolę wielkiego mocarstwa i dążyć do zwierzchnictwa nad Wschodem". Przekaz był jasny - najlepiej się od razu poddać, bo i tak nie ma szans na zwycięstwo z sowiecką Rosją, po co więc odgrywać jakieś "wielkie mocarstwo" jeśli można po prostu stać się "Polską Republiką Rad Delegatów Robotniczych" (taka propozycja co do przyszłych losów naszego kraju, pojawiła się na zjeździe Rad KPRP w kwietniu 1919 r. i był to ze strony owych "polskich" komunistów duży ukłon, bowiem po raz pierwszy użyli oni przymiotnika... "polski".




W tym czasie z większych akcji zorganizowano jedynie strajk pracowników użyteczności publicznej w Warszawie (maj-czerwiec 1920 r.), jednak dopiero z chwilą wielkiej ofensywy Sowietów z czerwca i lipca 1920 r. ukazali swój prawdziwy charakter, szczególnie na terenach opanowanych przez Armię Czerwoną. Siali oni defetyzm i zniechęcenie wojną w armii polskiej (organizowano komitety rewolucyjne i namawiano żołnierzy do dezercji z bronią w ręku i przechodzenie na stronę sowiecką), zaś na terenach opanowanych przez Sowietów organizowali rewkomy (traktowane zresztą po macoszemu przez Rosjan, którzy sami uważali się za realną władzę w podbijanym kraju) i namawiali do wstępowania w szeregi "Polskiej Armii Czerwonej" (łączna liczba ochotników do tej formacji nie przekroczyła... 50 osób). Dużą część składu osobowego tych rewkomów stanowili Żydzi, którzy okazywali Sowietom wielką pomoc (co ciekawe, wśród członków rewkomów pochodzenia żydowskiego było wielu Żydów należących do... niekomunistycznych organizacji jak "Bund" czy "Poalej-Sjon-Lewica", co też pokazuje skalę żydowskiego zaangażowania po stronie komunistycznych najeźdźców). Żydzi byli bardzo podatni na wszelką bolszewicką propagandę, na którą w ogromnej mierze uodporniony był polski robotnik i chłop oraz polska młodzież akademicka. Byli też oczywiście Żydzi neutralnie nastawieni (tych było najwięcej), którzy po prostu chcieli przeżyć zbliżającą się nawałnicę (wśród nich byli np. Żydzi ortodoksyjni, lub właściciele sklepów i przedsiębiorstw, obawiający się wkroczenia bolszewickiej tłuszczy), a także tacy, którzy jawnie włączyli się w walkę z tym najazdem (tych niestety było najmniej). Polacy w przeciągu kolejnych dwudziestu lat po rozbiciu sowieckiej nawały, szybko zapomnieli o tych przejawach jawnej zdrady żydowskich współmieszkańców, o tyle bolesne były dla nich chociażby takie stwierdzenia, które słyszeli od Żydów po niemiecko-sowieckiej agresji z września 1939 r. jak: "Nie ma już tej waszej Polski". Naszej? Myśleliśmy że również i waszej - skąd w was tyle nienawiści?

Należy też powiedzieć że i po stronie sowieckiej byli realiści, którzy uważali że "eksport rewolucji na Zachód" jest błędem. Twierdzili że zatrzymanie się Armii Czerwonej u etnograficznych granic Polski byłoby korzystniejsze z punktu widzenia międzynarodowego (i mieli rację gdyż w owych krytycznych lipcowo-sierpniowych dniach po stronie sowieckiej był praktycznie cały Zachód - Anglicy wręcz wywierali presję na polskim rządzie, aby cofnął armie do linii Bugu i uznał tę rzekę za granicę polsko-sowiecką - opowiem o tym w innym temacie), inni twierdzili (o zgrozo) iż pokonanie Wojska Polskiego przez Armię Czerwoną w obecnych warunkach jest... niemożliwe. Byli też i polscy komuniści, którzy jawnie zaprotestowali przeciwko wkroczeniu Sowietów na etnograficzne ziemie polskie (a w zasadzie jeden komunista - niejaki Domski, który w niemieckiej prasie komunistycznej potępił wkroczenie Armii Czerwonej do Polski), ale były to przypadki tak nieliczne, że można by je zliczyć na palcach jednej ręki. A tymczasem w czerwcu i lipcu trwał zwycięski pochód Armii Czerwonej a armia polska stale się cofała (meldunki z linii frontu przybywały do Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego w tonie alarmistycznym, jak choćby: "Oddziały uciekają nawet przed patrolami, pomimo najostrzejszych środków, a nawet rozstrzeliwań", "W 38 i 39 pułkach nie istnieje ani jedna kompania (...) Oddziały nie są zdolne do stawienia jakiegokolwiek oporu"), a mimo to im bardziej się cofano, tym bardziej polska obrona krzepła. O przyszłości Polski i Europy miała teraz zadecydować Bitwa pod Warszawą.        


  

GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH



CDN.

poniedziałek, 5 marca 2018

"UPADEK KOMUNIZMU" - Cz. I

CZYLI JAK TO KOMUNIŚCI 

"OBALILI" SOBIE KOMUNIZM






"TO WY PIERWSI PODJĘLIŚCIE WALKĘ Z KOMUNĄ"

PREZYDENT ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI
NAGRADZAJĄC ORDEREM ORŁA BIAŁEGO 
JACKA KURONIA I KAROLA MODZELEWSKIEGO
(1998 r.)





Do podjęcia się napisania tego tematu, skłoniły mnie wynurzenia zwolenników tak zwanego (i ogólnie pojętego) antypisu. Mianowicie na jednej ze stron facebookowych (na których notabene zostałem zbanowany) wiele osób (zapewne sympatyków "Platformy" lub "Nowoczesnej"), żali się, że obecna sytuacja w Polsce przypomina im czasy komunistyczne i że oto Polska wraca do komunizmu (rozumianego jako "pisizm" lub "kaczyzm"). Niektórzy wręcz deklarują, że pamiętają czasy upadku komunizmu, czasy tej niesamowitej euforii, jaka wówczas zapanowała wśród milionów Polaków, którzy doczekali czasu upadku znienawidzonego systemu na własne oczy. Ja wcale nie wątpię w ową euforię tłumów, nie wątpię też w ich własne wyobrażenia i nadzieje, związane z tym co działo się w Polsce w 1989 r. i latach późniejszych (a głównie 1989/1990). Ja tego wszystkiego nie neguję, nie podważam i uważam wręcz że zapewne sam postąpiłbym bardzo podobnie, ja tylko chciałbym nadmienić, że z tym "upadkiem" komunizmu to wcale nie jest tak pięknie, jak to powiedziała pani Joanna Szczepkowska (notabene dość dobra aktorka), która w jednym z programów ("Dziennik Telewizyjny" z 28 października 1989 r.) stwierdziła wszem i wobec iż: "Proszę Państwa 4 czerwca 1989 r. skończył się w Polsce komunizm". No właśnie, skończył się komunizm, a gdzie w takim razie są... dawni komuniści? Jest to bardzo ważne pytanie, którego niestety nie zadaje się publicznie (ja przynajmniej nie słyszałem). Gdzie podziali się komuniści, skoro komunizm upadł, bo jakoś sobie nie przypominam, aby spełniło się to hasło, które wykrzykiwali strajkujący w 1980 r. i latach następnych: "A na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści" - jakoś nie widziałem żadnego "wiszącego komunisty" (wręcz przeciwnie, wielu z nich wprost opływało w dostatki i to już w tej oficjalnie niepodległej Polsce).

Co się zatem takiego stało z komunistami? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zacząć od... wielkiej demitologizacji, czyli od zdemitologizowania słów pani Joanny Szczepkowskiej (w które wierzyło i wciąż wierzy wielu Polaków i nie tylko Polaków), o tym iż 4 czerwca 1989 r. "upadł w Polsce komunizm". Komunizm wcale nie upadł, zresztą pamiętam jak w szkole podstawowej czy potem średniej uczono nas o tzw.: "transformacji ustrojowej" (oczywiście nie uczono nas należycie, nie mówiono prawdy, również posługiwano się sloganami i mitami założycielskimi, ale używano nazwy "transformacja"). Dziś coraz rzadziej mówi się o transformacji a częściej (szczególnie w kręgach antyrządowych) o "upadku komunizmu" lub "powrotu komunizmu" (to zaś w odniesieniu do rządów Prawa i Sprawiedliwości - ale nie łzach i żalach "oderwanych od koryta" pragnę tu pisać). Aby można było przejść dalej, musimy najpierw ustalić pryncypia - pierwszym z nich zaś jest powrót do słowa "transformacja", gdyż jak się później przekonamy jest ono niezwykle trafne. Nie chciałbym zbytnio wyprzedzać faktów, gdyż najpierw pragnę opowiedzieć o tych procesach, które doprowadziły do owej "transformacji ustrojowej" w Polsce, a które nie tylko wynikały z kwestii polskich. Pragnę tylko dodać, że przekonanie o "upadku komunizmu w Polsce" wryło się w głowy wielu milionów Polaków (choć oczywiście w ostatnich latach widoczny jest trend odwrotny, coraz więcej ludzi uświadamia sobie że z tym "upadkiem" to wcale nie była prawda, że po prostu zostaliśmy kolejny już raz oszukani, że stworzono nam przed oczami matrix, po to właśnie aby ukryć ponurą prawdę - ale o tym potem), dziś więc stoi przed nami nie tylko konieczność ujawnienia całej prawdy o tamtych czasach (w tym oczywiście ujawnić w całości aneks WSI), ale również ukaranie żyjących jeszcze zbrodniarzy komunistycznych (m.in.: degradacja do stopnia szeregowca, odebranie emerytur do stanu niezbędnego minimum, publiczna infamia), oraz (ja przynajmniej tak uważam), wykopanie szczątków największych zbrodniarzy i albo wysłanie ich do Moskwy, albo też stworzenie specjalnego cmentarza (cmentarzy?), gdzie można by złożyć to ścierwo z zaznaczeniem iż jest to miejsce pochowku zbrodniarzy komunistycznych.

Wybaczcie ale ja nie należę do ludzi, którzy uważają że np. na Powązkach zwykłe komunistyczne kanalie mogą sobie leżeć obok bohaterów walczących o wolną Polskę, obok majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" mieliby leżeć Jaruzelski cz Kiszczak (którego grób codziennie powinien być obrzucany gnojem, tak jak to miało miejsce zaraz po jego pochówku, aż do chwili wykopania i wysłania truchła do Moskwy, niech go sobie tam chowają, nawet z honorami wojskowymi). Musi być jakaś sprawiedliwość nie tylko "na Tamtym" ale również i na tym świecie. Wykopać, odesłać i po kłopocie. A na dokładkę dołożyć wszystkie te "pomniki" Armii Czerwonej, stawiane w naszym kraju z okazji "wyzwolenia". Nikt tych "wyzwolicieli" do nas nie zapraszał i nikt tutaj za nimi nie tęsknił (prócz oczywiście komunistycznej jaczejki w postaci KPP - Komunistycznej Partii Polski czy potem PPR - Polskiej Partii Robotniczej), nic dziwnego że po wkroczeniu na ziemie polskie sławne stało się powiedzenie: "Bierzcie "czasy" i rowery, idźcie sobie do cholery". Niech oni tam sobie u siebie stawiają gdzie chcą i co chcą, niech chowają komunistów gdzie i jak chcą - ich problem, nie nasza głowa, my zadbajmy o uhonorowanie żyjących jeszcze Żołnierzy Niezłomnych, oraz o godną o nich pamięć, aby wysłać jasny przekaz młodym pokoleniom: "To są żołnierze Niepodległej Rzeczypospolitej, żołnierze walczący o naszą Wolność oraz o Godność Narodu - wieczna im za to Cześć i Chwała". Dla nich Niepodległa Polska była najważniejszą sprawą, celem o który postanowili walczyć, choć zdawali sobie sprawę że ta walka jest beznadziejna i wcześniej czy później skończą z kulą w tyle głowy, pochowani (a raczej wrzuceni) do masowych, nieoznakowanych dołów śmierci, przysypanych ziemią. Tak kończyli ci, którzy sprzeciwili się naszemu uzależnieniu od sowieckiej Rosji, naszemu wchłonięciu przez komunę.


DLA WAS NIEPODLEGŁA POLSKA 
BYŁA NAJWAŻNIEJSZĄ SPRAWĄ,
NIECH MŁODZI O TYM USŁYSZĄ 
I NIE GODZĄ SIĘ Z PRZEGRANĄ

KU WASZEJ PAMIĘCI 
ŻOŁNIERZE WYKLĘCI



A dziś okazuje się że komunistów już nie ma. Byli tyle czasu, "utrwalali władzę ludową", mordując, wyrywając paznokcie, łamiąc palce, kości i kręgosłupy, bijąc do nieprzytomności, polewając wodą i znowu bijąc. I nagle zniknęli, podobnie jak naziści - może uciekli na księżyc? Wybaczcie, ale dla mnie nie ma czegoś takiego jak świadomość (w jakikolwiek chociażby sposób) służenia innemu państwu w zamian za godności i zaszczyty. To się w ogóle nie mieści w moim pojęciu świadomości jako człowieka, nie jako Polaka - jako człowieka. A tak właśnie u nas było, przez prawie pięćdziesiąt lat byliśmy jawnym podnóżkiem Moskwy, nie byliśmy nawet w stanie (nie dlatego że nie mieliśmy możliwości, tylko dlatego że gówno to obchodziło ludzi wówczas rządzących w Polsce), odpowiadać na rodzący się od dziesięcioleci antypolonizm, który tak "pięknie" wylał (niczym szambo) w ostatnim czasie. Jak wielkie szkody, poczyniła komuna w naszym kraju trudno to nawet opisać, najbardziej jednak boli to co zrobiono z umysłami wielu milionów ludzi. Mentalność niewolników jest bardzo trudno usunąć, w zasadzie uważam iż jest to niemożliwe (choć należy próbować). Jest to według mnie najgorsze spustoszenie, jakie wróg może poczynić w danym państwie, gorsze nawet od mordów i zniszczeń wojennych (bo te można w jakiś sposób odtworzyć, choć oczywiście zajmie to nieraz i dziesięciolecia), najgorsze, to zaszczepić w narodzie świadomość o własnej niemocy i bezsilności. Człowiek, który wierzy iż realnie coś jest nie możliwe do wykonania (jak choćby walka z komuną czy Związkiem Sowieckim) nie będzie się zbytnio angażował w te działania i będzie raczej dążył do kapitulacji (nawet jeśli nazwie to porozumieniem). Z takim człowiekiem już nic się nie poradzi, należy więc go odsunąć i wziąć innego, który... nie będzie wiedział że coś jest niemożliwe do wykonania, przyjdzie i to zrobi. Po prostu - który nie będzie obciążony niewolniczą mentalnością. 

Ale skończmy te rozważania i przejdźmy już bezpośrednio do tematu. Na początek chciałbym się cofnąć do czasów II Rzeczpospolitej i pokrótce przybliżyć historię tworzenia się w Polsce sowieckiej agentury w postaci Komunistycznej Partii Polski, potem (w kolejnych tematach) przejdę (też krótko, bowiem pragnę tylko naświetlić sytuację), do historii polskich komunistów po rozwiązaniu KPP przez Stalina w 1938 r. ich "epopei hiszpańskiej" oraz "francuskiej", kształtowania się "wojskówki", "grupy Bolesława Mołojca", "dzieci Zarubina", "willi w Małachowce", czyli całego tego kształtowania się komunistycznych "elit" bezpieczniackich i wojskowych (oczywiście pokrótce, bez zbytniego rozpisywania się, bowiem temat dotyczy genezy "upadku" komunizmu w Polsce, a nie jego budowy), potem (równie krótko) przejdę do opisania tworzenia się komunizmu poprzez powiązania rodzinne i opanowywanie poszczególnych gałęzi życia politycznego i społecznego przez komunistyczne rodziny. Następnie będzie o "buncie młodych gniewnych" - czyli o swoistej "kontrrewolucji dla rewolucji", tworzonej przez młode pokolenie komunistycznych dygnitarzy (czyli dzieci komunistycznych prominentów - takich jak chociażby Adam Michnik, Jan Lityński, Seweryn Blumsztajn, Jan Tomasz Gross, Aleksander Smolar, Barbara Toruńczuk, Jan Kofman, Barbara Skowrońska, Irena Grudzińska i wielu innych "poszukiwaczy sprzeczności" - swoją drogą, czy te nazwiska, przynajmniej niektóre - nic wam nie mówią? Posłuchajcie tylko co ci ludzie dzisiaj mówią o Polsce, o Żołnierzach Niezłomnych? A ja wam powiem kim byli oni i ich rodzice, i jak to się stało że z zadeklarowanych marksistów - tylko wyznających marksizm zbliżony do luksemburgizmu i szkoły frankfurckiej niż do bolszewizmu-leninizmu jaki wyznawali ich rodzice - stali się oni ikonami demokracji i wolności. Powiem wam dlaczego Aleksander Kwaśniewski, dekorując w 1998 r. Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego Orderem Orła Białego, powiedział do nich: "To wy pierwsi podjęliście walkę z komuną". A na koniec przejdę do Okrągłego Stołu i całej tej naszej transformacji).

Oczywiście nie zabraknie również odniesień do innych krajów, w tym oczywiście Związku Sowieckiego (i realnej próby transformacji ustrojowej - czyli wdrożenia projektu "upadek komunizmu" - podjętej tam już na początku lat pięćdziesiątych, na ponad trzydzieści lat przed rzeczywistym upadkiem Związku Sowieckiego), oraz w innych tzw.: demoludach (czyli krajach sowieckiej strefy wpływów). Pokażę że, tak zwany "upadek komunizmu" był od początku do końca (oczywiście na pewnym etapie ten proces wymknął się spod kontroli i zaczął żyć własnym życiem, ale wówczas główne lejce zostały już zarzucone i można było po prostu dzięki nim ścisnąć tę, coraz bardziej wyrywającą się ku wolności "klacz"), kontrolowany przez służby specjalne poszczególnych państw komunistycznych (wszystko jednak pod kontrolą KGB), w ramach wielkiego projektu, który miał na celu realizację genialnej wprost myśli - jak "zlikwidować" komunizm i jednocześnie zachować w rękach komunistów realną kontrolę w polityce i gospodarce poszczególnych państw, oraz jak uzależnić te państwa od Moskwy, ale nie za pomocą ideologii komunistycznej (Marksa i Lenina), ani nie za pomocą wojsk sowieckich, stacjonujących w poszczególnych demoludach (których utrzymywanie pochłaniało ogromne koszty, a w latach 80-tych Związek Sowiecki był już realnie finansowym bankrutem), tylko za pomocą... no właśnie, czego? O tym dowiecie się w kolejnych tematach.



JÓZEF FRANCZAK  ps. "LALEK"
OSTATNI ŻOŁNIERZ WYKLĘTY
ZABITY STRZAŁEM W PLECY 21 PAŹDZIERNIKA 1963 r.
OSIEMNAŚCIE LAT PO ZAKOŃCZENIU 
II WOJNY ŚWIATOWEJ
KOMUNIŚCI ABY GO POHAŃBIĆ, ODCIĘLI MU GŁOWĘ I TRZYMALI JĄ W... MAGAZYNIE. 
ZOSTAŁA ODNALEZIONA I POCHOWANA DOPIERO w MARCU 2015 r.










GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH


CDN.

sobota, 3 marca 2018

BILISTICHE - "PERŁA NILU" - Cz. VII

O TM JAK AMAZONKA STAŁA SIĘ

JEDNĄ Z NAJSŁAWNIEJSZYCH 

KURTYZAN ŚWIATA




Bilistiche urodziła królowi Ptolemeuszowi II Filadelfosowi syna z początkiem 267 r. p.n.e. Otrzymał on po ojcu imię Ptolemeusz (znany będzie jako Ptolemeusz Andromachos). Od tej chwili jej pozycja w królewskim haremie wzrosła jeszcze bardziej, było to tym bardziej widoczne, gdy inne królewskie kurtyzany traciły względy Ptolemeusza II lub... zapadały na różne choroby (zapewne palce w tym maczała sama Bilistiche), dzięki czemu w krótkim czasie wyeliminowała ona cztery swoje najgroźniejsze konkurentki - Myrtion, Didyme, Kleino i Pothine. Jako matka królewskiego syna, mieszkała zarówno w pałacu królewskim w dzielnicy Bruchejon, ale również we własnym pałacu, który posiadała już wcześniej. Stała się godną następczynią wielkiej królowej Arsinoe II, zmarłej zaledwie kilka lat wcześniej (270 r. p.n.e.) żony i siostry Ptolemeusza II. Nie tylko wiele miast w Egipcie otrzymało nazwy pochodzące od jej imion (jak choćby Arsinoea, Filadelfia, Theadelfia), oraz poza Egiptem (Efez w Azji Mniejszej został także przemianowany na Arsinoeę), lecz została oficjalnie zaliczona w poczet bogiń (w specjalnie dla niej zbudowanej świątyni w Aleksandrii corocznie zmieniała się kapłanka, która miała jednocześnie funkcje eponimiczne, to znaczy od objęcia przez nią władzy nad świątynią liczono... egipski nowy rok). Arsinoe była też bardzo aktywna w polityce zagranicznej, to (m.in.:) ona doprowadziła do pierwszego w historii Egiptu zawiązania stosunków dyplomatycznych z pewnym zachodnim państwem, które jeszcze wówczas nie było brane nad Nilem na serio - z Rzymem (273 r. p.n.e.). Poza tym ok. 269 r. p.n.e. konsul Kwintus Ogulliusz Gallus, który cztery lata wcześniej brał udział w pierwszym rzymskim poselstwie do Aleksandrii, ujrzawszy bogactwo i przepych tego miasta, postanowił prowadzić w Rzymie nowe monety didrachmy, bite z serii "Roma-Victoria-Romano". Zostały one wprowadzone, po przyjrzeniu się Gallusa monetom bitym w Aleksandrii na cześć Arsinoe przez jej brata Ptolemeusza II (seria "Arsinoe Filadelfou").

Arsinoe była też prawdopodobnie gorącą zwolenniczką wojny z syryjskimi Seleucydami i wzięła udział wraz z bratem w wielkiej wyprawie na wschodnią granicę (do Palestyny) ok. 274/273 r. p.n.e. Wojna ta, zwana I Wojną Syryjską, zakończyła się w 271 r. p.n.e. zwycięstwem Egiptu, w wyniku którego Egipt utrzymał panowanie nad Palestyną i Fenicją (zajęte przez ojca Ptolemeusza II - Ptolemeusza I Sotera w 301 r. p.n.e.), oraz zyskiwał szereg miast w Azji Mniejszej począwszy od Miletu po Cylicję. Egipt był wówczas największa potęgą nie tylko militarną (Ptolemeusz II dysponował armią w sile 240 000 żołnierzy, bogatym skarbem w którym znajdowało się 740 000 talentów i rocznymi przychodami w wysokości 14 800 talentów - co prawda wydatki też były spore, zważywszy że trzeba było utrzymać pokaźną armię i flotę - za czasów pierwszych Ptolemeuszy Egipt po raz pierwszy w swych dziejach stał się prawdziwe morskim mocarstwem - utrzymanie świątyń, dworu, pałacy, musiało też starczyć na pieniędzy na dyplomację, przekupstwa dla polityków z innych krajów, oraz oczywiście na prywatne potrzeby króla i jego haremu), lecz również demograficzną (Egipt czasów Ptolemeusza II liczył sobie ok. 6 milionów mieszkańców, co jak na owe czasy jest niezwykle pokaźną liczbą, poza tym w samej Aleksandrii - uważanej powszechnie za "Stolicę Świata Zamieszkałego", "Najświetniejszą" i "Najwspanialszą" - zamieszkiwało aż 300 000 ludzi), oraz oczywiście naukową (to właśnie w Aleksandrii skupiali się teraz uczeni z całego praktycznie greckiego świata, posiadała ona nie tylko dwie Biblioteki - Wielką i małą - notabene, metody jakimi posługiwali się władcy egipscy, aby zdobyć kolejne pozycje do swej Biblioteki nie należały do uczciwych, bowiem często zdarzało się że po prostu... konfiskowano przybyłym do Aleksandrii wszystkie pozycje które posiadali, wydając im odpisy, lub też wypożyczali dzieła od innych miast i już ich nie zwracali, jak to miało miejsce z oryginałami Ajschylosa, Sofoklesa i Eurypidesa wypożyczonymi z Aten. Wysłano w zamian pięknie sporządzone kopie oraz zapomniano o królewskiej kaucji za te pozycje, liczącej 15 talentów - a także Muzeum które szybko przyćmiło ateńską Akademię założoną przez Platona w 387 r. p.n.e., czy latarnię morską na Faros - jeden z cudów antycznego świata).




Egipt w tym czasie sprawował kontrolę nad wieloma wyspami i miastami leżącymi nad Morzem Egejskim czy w Azji Mniejszej. Kontrolował Delos - centrum religijne (prastara świątynia Apollona) i polityczne wysp Morza Egejskiego, a następnie od 286 r. p.n.e. Związek Wyspiarzy zjednoczony wokół tej wyspy, oraz Kos (centrum medyczne greckiego świata, to tam znajdowała się świątynia boga Asklepiosa, do której ściągały tłumy chorych, liczących na wyzdrowienie, pomoc lub uleczenie). Egipt zachowywał również przyjazne stosunki z Kartaginą (od ok. 280 r. p.n.e.) i to pomimo faktu, że jedna z sióstr Ptolemeusza II - Teoksena była żoną władcy Syrakuz Agatoklesa, który toczył wojny z Kartaginą. Od 295 r. p.n.e. Egipt na stałe zawładną Cyprem (po raz pierwszy w 312 r. p.n.e. ale utracił go w 306 r. p.n.e. i odzyskał dopiero w jedenaście lat później). Była to niezwykle ważna wyspa, bowiem dostarczała do Egiptu tak bardzo brakującego tam drewna, które było niezbędne do budowy (imponujących wręcz, bowiem były aż czterokrotnie większe od największych w owym czasie okrętów - hekser) okrętów. Tak mniej więcej wyglądała międzynarodowa pozycja Egiptu w czasach o których opowiadam, wróćmy jednak do samej Bilistiche. Jako kobieta nie wywodząca się z królewskiego rodu, nie mogła ona liczyć na sławę i pozycję uzyskaną przez zmarłą Arsinoe II (kolejną kobieta w historii tego kraju, która przebije sławę Arsinoe będzie dopiero żyjąca w ponad 230 lat później - Kleopatra VII), mimo to uzyskała i tak bardzo wiele - ona, dziewczyna wywodząca się z ubogiej chłopskiej rodziny, stała się właścicielką ogromnej willi w Aleksandrii i mnóstwa niewolników, była pierwszą metresą Ptolemeusza II, pierwszą kobieta jego haremu. Opływała w bogactwa a poza tym dała królowi syna.




Prócz tego wciąż mogła poświęcać się swej najkochańszej pasji - wyścigom konnym. Posiadała własną stajnię i konie. W zasadzie cały czas spędzała na ćwiczeniach i jeździe konnej pod kierunkiem Ksenosa, jedynie robiąc sobie przerwy, gdy król wzywał ją do pałacu. W połowie lat 60-tych III wieku p.n.e. było w zasadzie trzech najpotężniejszych ludzi władających Egiptem. Pierwszym z nich był oczywiście król Ptolemeusz II Filadelfos, drugim jego osobisty minister finansów (diojketa) Apollonios (był to człowiek który zdobył wręcz nieprawdopodobną władzę i wpływ na króla, o czym mogą świadczyć królewskie rozporządzenia, które wówczas zaczynały się od słów: "Król i Apollonios postanowili"), a trzecią osobą była właśnie Bilistiche (choć ona akurat nie wtrącała się do polityki, zaś król ulegając w bardzo wielu kwestiach Apolloniosowi, cedował na niego dużą cześć władzy, dzięki temu trio to mogło tak sprawnie i bezkonfliktowo funkcjonować). Bilistiche nie interesowała polityka, ją jedynie interesowały konie, wyścigi i oczywiście uwielbienie władcy, który był teraz ojcem jej syna. W 268 r. p.n.e. (czyli wówczas gdy Bilistiche po raz pierwszy uczestniczyła w Igrzyskach Olimpijskich (gdzie zdobyła pierwsze miejsce w wyścigach konnych i drugie w powożeniu rydwanem, mimo to jako faworycie Ptolemeusza II przyznano jej zwycięstwo Igrzysk, ofiarowując liść palmowy, gałązkę mirtu i wieniec oliwny) na wniosek Chremonidesa z Aten, wystawiono w tym mieście stelę ku czci królowej Arsinoe II, na której umieszczono inskrypcję iż kobieta ta dążyła do "wolności miast greckich" (co było stałą formułką wielu hellenistycznych a potem i wielu rzymskich wodzów i władców, zresztą było bardzo miłe dla ucha każdego Hellena). 

Stela ta, była jawnym policzkiem wymierzonym Macedończykom, gdyż po pierwsze Arsinoe II nie znosiła wprost władcy Macedonii - Antygona II Gonatasa, po drugie miała bardzo złe doświadczenia z tego kraju, gdy będąc jeszcze żoną Ptolemeusza Keraunosa (przyrodniego brata zarówno jej, jak i Ptolemeusza II Filadelfosa), ten kazał zamordować jej dwóch synów, i to bezpośrednio w jej ramionach (próbowała ich osłonić przed mordercami, płacząc i prosząc o darowanie im życia, walczyła o ich życie tak zaciekle, że sama została ranna, a jej suknia była cała w strzępach. Mimo to nie udało jej się uratować synów, obaj - szesnastoletni Lizymach i trzynastoletni Filip zostali zadźgani sztyletami w jej ramionach. Keraunos następnie nie pozwolił nawet by pochowała swe dzieci i wywleczono ją z miasta w tej samej podartej odzieży, w której broniła synów wraz z dwiema niewolnicami. Nie mogła więc mieć dobrych wspomnień z Macedonii). Teraz stela Arsinoe II, ustawiona w Atenach z prowokacyjnym napisem o "wolności miast greckich", musiała spowodować kontrakcję ze strony króla Macedonii - Antygona Gonatasa. W kilka miesięcy później (267 r. p.n.e.) wybuchła z tego powodu wojna greckich polis z Macedonią (wojna ta przeszła potem do historii pod nazwą wojny chremonidejskiej). Ptolemeusz II poparł w tym konflikcie greckie miasta (głównie Ateny i Spartę) przeciwko Macedonii, ale nie zaangażował się militarnie po stronie swych sojuszników, jedynie wysłał swą flotę, która operowała na Morzu Egejskim, chroniąc przede wszystkim Związek Wyspiarzy - Kos, Delos i Rodos. Nim jednak wojna ta dobiegnie końca, Bilistiche otrzyma kolejna królewską zgodę na udział w następnych 129 Igrzyskach Olimpijskich w 264 r. p.n.e. na które uda się z jeszcze większym przepychem niż cztery lata wcześniej.  

 


 

GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH



CDN.

piątek, 2 marca 2018

ZABAWNE SCENY Z POLSKICH FILMÓW - Cz. V

KILKA ZABAWNYCH SCEN Z

POLSKICH FILMÓW I SERIALI



KOLEJNA PORCJA ZABAWNYCH SCEN Z POLSKICH FILMÓW I SERIALI:


 

ZACZNIJMY OD:


ROZMOWY KONTROLOWANE 

1991 r.


1:15 - "WIŚNIA JEST WIŚNIA"
"WITAMINY PRZEDE WSZYSTKIM MA, WYPIJASZ DWIE TAKIE I MASZ KOMPLET"
"WITAMINA JEST PODSTAWĄ CZŁOWIEKA"

1:35 - "JAKBY MOJA DAŁA SIĘ TAK ZDJĄĆ, TO BYM KURWĘ POWIESIŁ"
"A JAK? U NAS JEST INNA KULTURA, A TAM INNA. 
NA PRZYKŁAD JAPONKI NOSZĄ ZA MAŁE BUTY"
"ALE PO CO NOSIĆ ZA MAŁE BUTY?"
"BO U JAPOŃCZYKÓW WSZYSTKO JEST ZA MAŁE, RADIO WIDZIAŁEŚ? MÓJ SZWAGIER MA, TO JEST TAKIE JAK TO PUDEŁECZKO"

2:27 - "JAPONIA, TO JEST ZASADNICZO KRAJ PRZEKWITŁEJ WIŚNI" 




ALTERNATYWY 4

(1983 r.)


"BARDZO BY MI ZALEŻAŁO, ABY TEN WIENIEC UMOCOWAĆ GDZIEŚ TU. OCZYWIŚCIE TAKĄ NISZĘ TU WYKUĆ, WTEDY SIĘ ŁADNIE PREZENTUJE"
"NIC Z TEGO NIE BĘDZIE"
"DLACZEGO?"
"BO TO JEST ŚCIANA NOŚNA, A WIE PAN Z CZEGO JEST TAKA ŚCIANA?"
"JAK TO Z CZEGO - Z CEGŁY"
"TAKI INTELIGENTNY CZŁOWIEK A NIE WIE - Z GAZOBETONU. A GAZOBETON TO JEST GAZ..."
"I BETON"
"NO BRAWO"
"A MOŻE BY NA TEJ ŚCIANIE?"
"A TO JEST Z KOLEI PANIE ŁADNY ŚCIANKA DZIAŁOWA, A Z CZEGO SIĘ SKŁADA ŚCIANKA DZIAŁOWA?"
"CHYBA Z DZIAŁANIA?"
"NO NIE WIE, JAK BOGA KOCHAM NIE WIE - ŚCIANKA DZIAŁOWA SKŁADA SIĘ Z DWÓCH WARSTW GIPSU, A W ŚRODKU PAPIER. A NA PAPIERZE TO NIE TYLKO ROGI JELENIA, ALI I SZCZURA NIE POWIESISZ"




CZTERDZIESTOLATEK

(1975-1978)


"PATRZ PAN JAKI CHYTRUS"
 
 


00:40 - "CHŁOPAKI! WYJAŚNIAM DLA JASNOŚCI - NAD WAMI JEST SIERŻANT, NAD SIERŻANTEM PORUCZNIK, A NAD CAŁOŚCIĄ CZUWAM JA. NAZYWAM SIĘ TECHNIK MALINIAK ROMAN I JAK BĘDZIECIE DLA MNIE DOBRZY, TO JA TEŻ DLA WAS BĘDĘ BARDZO DOBRY"
"CO TO PANIE DYREKTORZE, TO ON TERAZ BĘDZIE PANEM KIEROWAŁ?"
"BZDURA, NICZYM NIE BĘDZIE KIEROWAŁ - BŁAZEN!"
"TA BUDOWA BYŁA OD LAT ZABAGNIONA Z UWAGI NA NIEUDOLNOŚĆ DYREKCJI PRZEDSIĘBIORSTWA. NA SZCZĘŚCIE NIEWŁAŚCIWI LUDZIE ZOSTALI ODSUNIĘCI"

2:15 - "A MNIE TO NIE IMPONUJE, JA UWAŻAM TO WRĘCZ ZA SZKODLIWE. SŁYSZAŁ PAN O ODKRYCIACH ARCHEOLOGICZNYCH? PRACOWALI KOPARKĄ, NAGLE PATRZĄ - KOŚĆ - MASZYNA BY TO OD RAZU WYRZUCIŁA... POTEM OKAZAŁO SIĘ ŻE TO JEST KOŚĆ PINATOKROPUSA Z OKRESU PRZEDPOTOPOWEGO, A POTEM JAK WYSŁALI JĄ DO PARYŻA, TO OKAZAŁO SIĘ ŻE ZA TAKĄ KOŚĆ TO MOŻNA KUPIĆ SOBIE MERCEDESA. MASZYNA NIGDY NIE ZASTĄPI CZŁOWIEKA"

4:30 - "PAN DYREKTOR, JUŻ W CYWILU? MYŚMY SIĘ NIE MOGLI DOCZEKAĆ NA PANA DYREKTORA"
"JEŚLI PAN MYŚLI ŻE JA O WSZYSTKIM ZAPOMNĘ TO SIĘ GRUBO MYLI... PANIE MALINIAK, JEDNO PANU POWIEM OD DZISIAJ TO JA BYM NIE CHCIAŁ BYĆ W PAŃSKIEJ SKÓRZE




07 ZGŁOŚ SIĘ

(1976-1987)


"CO TOWARZYSZA MILICJANTA TAK ZAINTERESOWAŁO?"
"NIE WIEM JAK KSIĄDZ, JA W PARTII NIE JESTEM WIĘC PO CO TE ZŁOŚLIWOŚCI?"
"PAN ŻONATY?"
"BYŁEM"
"CZYLI ROZWODNIK, A ŚLUB TEŻ PEWNIE TYLKO W MAGISTRACIE?"
"NIE, KOŚCIELNY"
"WOLNO WAM?"
"JA PO PROSTU NIE LUBIĘ ROBIĆ Z SIEBIE WARIATA, MOJA ŻONA BYŁA WIERZĄCA, WIĘC NAPISAŁEM DO KURII... NO I DOSTAŁA ONA ZEZWOLENIE NA ŚLUB ZE MNĄ, Z NIEWIERZĄCYM. JA NIE LUBIĘ OSZUKIWAĆ, NAWET NIE SWOJEGO BOGA"

1:50 - "A NASZ KSIĄDZ TO ZA CO MA WAS LUBIĆ? W 1949 r. TO AŻ PIĘĆ LAT U WAS PRZESIEDZIAŁ"
"TO KSIĄDZ MUSIAŁ NIEŹLE PODZIAŁAĆ?"
 "NA BACZNOŚĆ BYŚ PRZEDE MNĄ STAWAŁ, MAJOREM BYŁEM, ALE NIE TAKIM WASZYM"
"DOMYŚLAM SIĘ I DOPIERO W 1949 KSIĘDZA DOPADLI?"
"DOBRY BYŁEM. ALE Z TYM TWOIM ŚLUBEM TO ZASKOCZYŁEŚ CHŁOPCZE, TO TY I CHRZCZONY JESTEŚ?
"JESTEM... FARBOWANE LISY ZDARZAJĄ SIĘ WSZĘDZIE, PO PROSTU FIRMA W KTÓREJ KSIĄDZ PRACUJE MA JUŻ 2000 LAT A NASZA DOPIERO 40"

 


ZMIENNICY

(1987-1988)


1:20 - "UWAŻAJ TRAMWAJ!"
"WIDZĘ, SIEDEMNASTKA"
 "CO TO BYŁ ZA ZNAK?"
"JAKI ZNAK? KAŻESZ MI CAŁĄ UWAGĘ POŚWIĘCIĆ PROWADZENIU SAMOCHODU, DODATKOWO JESZCZE ZMIENIAM BIEGI, A TERAZ JESZCZE JAKIEŚ ZNAKI? ZNAKÓW SPYTASZ MNIE NA POSTOJU, JAK BEDĘ MIAŁ SPOKOJNĄ GŁOWĘ. A W OGÓLE Z KIEROWCĄ TO SIĘ NIE ROZMAWIA, TERAZ JESTEM SPIĘTY"

2:10 - "WIDZIAŁAŚ JAK JĄ ZAŁATWIŁEM? MISTRZ KIEROWNICY FORMUŁY 1"
"ZNOWU SIĘ KOMPOTU NAĆPAŁEŚ, CO? NA CZERWONYM, ŚLEPY JESTEŚ?"
"TO ALBO MAM UWAŻAĆ NA ZNAKI, ALBO NA LAMPY?"




A NA KONIEC COŚ Z ROSJI. OTO BOWIEM POJAWIŁ SIĘ OBCY, KTÓRY PRÓBUJE SKONTAKTOWAĆ SIĘ Z NAMI - ZIEMIANAMI. PRZYNAJMNIEJ TAK BY MOGŁO TO WYGLĄDAĆ, GDYBY NIE BYŁO TAK ZABAWNE,
ALE POSŁUCHAJCIE SAMI:





GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH



CDN.

O KOBIETACH I... FEMINIZMIE - Cz. I

A RACZEJ O 

WŁADZY W ZWIĄZKU?

 



"KOBIETA Z CAŁEJ SIŁY DĄŻY DO WŁADZY, LECZ OTRZYMAWSZY JĄ STAJE SIĘ ZWYKLE GŁĘBOKO NIESZCZĘŚLIWA"




"Baby, ach te baby - człek by je łyżkami jadł, tęgi chłop co w jednej ręce łamie sztaby, względem baby jest tak jak dziecko całkiem słaby" - jak śpiewał niezapomniany duet Andrzej Zaucha - Ryszard Rynkowski. Temat ten ma dotyczyć kobiet (oraz szerzej pojętej kwestii feminizmu - ale o tym później), ich niesamowitego wręcz pędu ku kontroli i dominacji w związku, z tym że pęd ów nie wynika ani z jakichkolwiek racjonalnych pobudek, ani też z logiki, po prostu jest wyrazem pewnych emocji. Kobieta jest sumą sprzeczności i to dosłownie. Już św. Tomasz z Akwinu uważał że kobieta w chwili urodzenia ma za sobą pierwsze niepowodzenie, bowiem sama w sobie jest niepowodzeniem. Na czym polegają owe sprzeczności i owo niepowodzenie? Na podświadomym pragnieniu całkowitej kontroli, która tak naprawdę nie jest celem, lecz narzędziem do urządzania tzw.: "anty-męskich" prowokacji - jak można by to nazwać. Celem nie jest bowiem władza jako taka, bo choć kobiety podświadomie jej pragną, to realnie ją uzyskując nie wiedzą co dalej z nią zrobić, bowiem w ich zamierzeniu nie chodziło tutaj wcale o ową władzę nad mężczyzną, tylko o pewnego rodzaju prowokację, mającą za zadanie "sprawdzenie" owej bezbronnej ofiary (w tym przypadku mężczyzny lub chłopaka) jak daleko może ona sobie w związku pozwolić. To jest takie testowanie w którym wcale nie chodzi o zdobycie rzeczywistej kontroli (choć, co bardzo ważne w rozumieniu kobiety o tę rzeczywistą kontrolę właśnie bardzo chodzi - i na tym polega owa sprzeczność do której zaraz przejdę). Na czym to wszystko się opiera?

Otóż w krótkich słowach polega to wszystko na wytworzeniu takiej sytuacji, która będzie... sytuacją idealną! Sytuacja idealna (rozumiana w znaczeniu związku pomiędzy kobietą a mężczyzną) w podświadomym wyobrażeniu kobiety opiera się na dwóch kolumnach z których zbudowana jest owa "Świątynia Idealnego Ładu". Pierwszą kolumnę stanowi Stabilizacja, a drugą Kontrola (rozumiana również jako dominacja). Ale myliłby się ten, kto by uwierzył iż owa, stworzona w kobiecej podświadomości "Świątynia Idealnego Ładu" jest rzeczywiście idealnie poukładana i posegregowana. Wprost przeciwnie, w środku, za owymi kolumnami panuje totalny rozgardiasz, totalny bałagan, tak, że nic realnie do siebie nie przystaje. Owa "świątynia" tylko z zewnątrz wygląda pięknie i okazale, w środku zaś to jest kompletna, rozpadająca się ruina. Problem każdego mężczyzny polega na tym, że my skupiamy się na owym wyglądzie zewnętrznym świątyni" zaciągani ku niej przez dźwięczny głos pięknych syren. Świątynia dla wielu mężczyzn jest tak okazała i wspaniała, że oni sami czują się przy niej jak nic nie znaczący, maleńki robaczek. Nie domyślają się też, że owa świątynia jest miejscem dominacji sprzeczności i że tak naprawdę nie jest ani okazała, ani piękna ani też ogromna - jest miejscem zasiedlonym przez rozbuchane emocje. Świątynia ta jednak nigdy by nie powstała, gdyby nie mężczyzna, ona istnieje tylko i wyłącznie dla mężczyzny, bez niego traci bowiem swą rację bytu.

Wyjaśnię jednak po kolei dlaczego świątynia ta jest miejscem sprzeczności, swoistą utopią bez realnej możliwości zaistnienia. Najpierw zajmijmy się owymi dwiema kolumnami, na których się ona opiera. Weźmy kolumnę numer jeden - Kolumnę Stabilizacji. Piękna nazwa prawda? Niestety nierealna, bowiem stabilizacja... nie istnieje. Nie ma czegoś takiego jak stabilizacja na tym świecie, nie było i nigdy nie będzie a wszelkie marzenia o tym są czystą utopią bez najmniejszych podstaw. Problem polega jednak na tym, że stabilizacja jest kluczowym elementem kobiecego konstruktu związku kobiety i mężczyzny. Stabilizacja jest niezwykle ważnym elementem dla kobiety, bowiem zapewnia jej i jej dzieciom przede wszystkim ochronę i bezpieczeństwo. Dlatego formuje ona w swym umyśle ułudę stabilizacji, która rzeczywiście początkowo przybiera taką formę. Ale jest to świat stworzony tylko w świadomości kobiety, zupełnie nie poparty i nie respektowany przez jej partnera, który oczywiście na swój sposób rozumie formę ich związku. Możemy jednak przyjąć, że podstawową formą stabilizacji jest małżeństwo. Dziś wiele organizacji feministycznych uważa, że małżeństwo jest przeżytkiem, że jest "konstruktem patriarchalnego świata", "elementem ucisku kobiety przez przebrzydłe męskie szowinistyczne świnie" itd. itp. Nic bardziej mylnego - małżeństwo służy przede wszystkim kobiecie, nie mężczyźnie, małżeństwo bowiem jest urzeczywistnioną formą podświadomej ułudy stabilizacji, którą kobiety pielęgnują w swoich umysłach. Małżeństwo służy więc ochronie kobiety, przede wszystkim przed tym, aby mężczyzna, który spłodził z nią dzieci, po prostu nie poszedł sobie do innej, młodszej "samicy" i nie zostawił jej bez środków do życia. Małżeństwo jest więc formą zmaterializowanego pragnienia bezpieczeństwa, ale nie zapewnia stabilizacji. Kolumna Stabilizacji więc nie tylko zbudowana jest na niepewnym gruncie, ale wręcz... jej w ogóle tam nie ma - jest jedynie podświadomą formą utopijnych kobiecych pragnień.




O stabilizacji już trochę pisałem w innym temacie, więc nie zamierzam teraz do tego jeszcze wracać, powiem tylko tyle, cytując Księgę Koheleta: "To, co jest, już było, a to, co ma być kiedyś, już jest; Bóg przywraca to, co przeminęło" - nie ma więc tutaj miejsca na stabilizację, bowiem wszystko jest poddane nieustannej zmianie (jednak zmianie rozumianej jako "nieznane" dla nas samych, a nie jako coś zupełnie nowego i stąd bierze się brak stabilizacji). Pierwsza kolumna "świątyni idealnego ładu" więc realnie nie istnieje, przejdźmy teraz do drugiej - czyli Kolumna Kontroli/Dominacji. To drugi bardzo ważny element związku każdej kobiety. Zauważyłem że większość kobiet czuje podświadomą potrzebę posiadania... "prywatnego niewolnika" tylko na własne potrzeby. Chodzi tutaj o to, że w podświadomym kształtowaniu kobiecego świata, aby nie zostać zranionym lub upokorzonym, albo wręcz opuszczonym, należy po prostu "wychować sobie mężczyznę". Z tym stwierdzeniem spotykam się od bardzo dawna wśród co poniektórych kobiet i zawsze wcześniej czy później jest mowa o "wychowaniu sobie" mężczyzny (choć sądzę że każda z pań rozumie to słowo na swój prywatny sposób). Kolumna Dominacji jest kolumną realną, ale niestety zbudowana jest na bardzo nietrwałym gruncie (jest to kolumna realnej sprzeczności), gdyż potrzeba "wychowania sobie mężczyzny" jest działaniem godzącym przede wszystkim w tę kobietę, która tego właśnie pragnie. Jest to wybitnie myślenie antykobiece, ale tak bardzo zakorzenione w podświadomości wielu pań, że realizowane niekiedy samoczynnie, gdyż wynikające z zależności z tą drugą kolumną, na której oparta jest cała ta Świątynia Idealnego Ładu - na Kolumnie Stabilizacji (która przecież nie istnieje). 

Podam przykład: otóż dziś realnym urzeczywistnieniem się podświadomej kobiecej potrzeby dominacji i kontroli nad mężczyzną są te wszystkie feministyczne programy "wychowywania chłopców", które opierają się przede wszystkim na negacji - nie wolno biegać (po szkolnym korytarzu), nie wolno bawić się zabawkami takimi jak pistolety, nie wolno się bić - "bo tak chłopcy nie postępują" (często takie słowa możemy usłyszeć też od swoich babć, ja pamiętam jak moja babcia powtarzał mi abym był "grzecznym chłopcem", co niestety nie zawsze działało - kiedyś, gdy byliśmy dziećmi z moją siostrą o coś się pokłóciliśmy - nie pamiętam o co, nieważne - i ona uciekła przede mną do łazienki tam się zamykając na klucz. Byliśmy wówczas u babci i ta próbowała nas, a raczej mnie uspokoić - nie udało jej się, w gniewie, próbując dostać się do łazienki przez przypadek popchnąłem babcię na klamkę i... złamałem jej żebro. I to nas z siostrą pogodziło. Pamiętam też jak rywalizowałem z moją kuzynką Anną, córką brata mojego ojca - bo nie mogłem znieść że moja siostra to właśnie jej częściej ulega niż mnie. Ale poza tym potrafiliśmy jednak znaleźć wspólny język i wspaniale ze sobą obcować, bawić się i przebywać. Anna zmarła w 2003 r. w wieku 20 lat na anoreksję. Była ode mnie tylko o niecałe dwa lata młodsza. Pamiętam że jej śmierć mocno przeżyłem, choć ona sama na kilka dni przed śmiercią powiedziała że chce aby już to się skończyło. Dziś gdy odwiedzam siostrę i gdy biorę na ręce mojego siostrzeńca, czasem powracam pamięcią do słów z Księgi Koheleta: "To, co jest, już było, a to, co ma być kiedyś, już jest; Bóg przywraca to, co przeminęło").

Ogólnie rzecz biorąc wydaje się kobietom, że przerobienie chłopca lub mężczyzny w ich wymarzony wzorzec, czyli spokojnego, miłego i przytakującego kobietom osobnika, jest szczytem istnienia doskonałego związku. Totalna bzdura i wystarczy tutaj podać jeden przykład - czy kobiety (dziewczyny, żony) lubią maminsynków? Lubią mężczyzn całkowicie podległych własnym matkom? No chyba raczej nie - prawda? Więc tym bardziej niezrozumiałym jest fakt, iż te same kobiety, które tak krytykują mężczyzn za uleganie własnym matkom, jednocześnie pragną sobie ukształtować swego mężczyznę na własną, wyobrażoną idealną modłę. To przecież bez sensu, ale kobieta pragnie bezpieczeństwa i stabilizacji i uważa jednocześnie że może to sobie zapewnić tylko i wyłącznie poprzez kontrolę i dominację nad mężczyzną. Myśli że jeśli ona go zdominuje, to będzie wszystko dobrze i związek wtedy stanie się idealny. Nic bardziej mylnego, tym bardziej że próby zdominowania mężczyzny przez kobietę, też są pewną sprzecznością. Mianowicie dziewczyna pragnie zdominować chłopaka aby zapewnić sobie stabilizację, ale jednocześnie... kocha go właśnie za to, jakim jest teraz. Pokochała go właśnie dlatego, że był taki jaki był - to ją ku niemu przyciągnęło. A ona pragnie mimo to zmiany i stabilizacji - to nielogiczne. Ale logika nie ma z tym nic wspólnego, to są podświadome emocje, chęć dominacji u kobiety nie bierze się jednak z realnej chęci podporządkowania sobie mężczyzny (tym bardziej, że im więcej odnosi ona sukcesów na tym polu, tym bardziej... traci zainteresowanie owym mężczyzna). 

Z reguły kobieta chce przetestować swego partnera, chce go trochę pobudzić do pewnego działania (kobiety bowiem na dłuższą metę nie znoszą gdy facet zbyt długo nic nie robi i pozostaje bierny). A Facet jest zauroczony, postawionym mu przed oczyma imponującym i majestatycznym budynkiem "Świątyni Idealnego Ładu" i jest przekonany że dla jego utrzymania on musi zrobić wszystko, aby dogodzić swojej królowej. Nie wie, że tam w środku hula wiatr, że nic do siebie nie pasuje i nie przystaje, że to, co ma służyć oficjalnie jej dobru, realnie godzi zarówno w nią jak i w niego, gdyż kobieta która otrzyma całkowitą władzę nad swym mężczyzną i zamieni go w pantoflarza - traci z reguły do niego szacunek. Więcej, on już przestaje jej imponować jako mężczyzna, gdyż stał się wyidealizowaną formą jej ukrytych pragnień, ale przecież... nie oto jej chodziło. Ona chciała dominować nad mężczyzną, który będzie jednocześnie tym samym samcem alfa, w którym się zakochała i który (jednocześnie) będzie na każde jej skinienie, przy tym będzie bardzo męski i dominujący, a jednocześnie całkowicie jej poddany i uległy. A potem patrzy na to co sama stworzyła i... dochodzi do wniosku że ona tak naprawdę nic nie czuje już do tego faceta, który zamienił się w potulnego pantoflarza, gotowego uczynić wszystko, aby tylko jego królowa była z niego zadowolona. Stworzyła potwora, całkowicie sobie podporządkowanego, ale nie jest on już tą samą osoba w której się zakochała, on już jej nie bawi, nie podnieca, nie czuje na jego widok "motylków w brzuchu", on po prostu stał się zwykłym sługą (tak można to określić). I kobieta dochodzi wówczas do wniosku że coś jest nie tak, że przecież ona tego nie chciała. Wina więc zapewne leży w owym "samcu", który na dodatek przestaje jej imponować jako mężczyzna. Postanawia więc go zostawić, bo nie chce być w związku z "męską koleżanką" i poszukać sobie nowego faceta, który spowoduje iż znów na jego widok poczuje wilgoć pomiędzy nogami.




I tak historia zaczyna się od nowa. Jest to zachowanie, które można by określić jako "działalność bakteryjna", bowiem tak samo czynią bakterie, grasujące w organizmie, które go wewnętrznie osłabiają i wyniszczają, choć wiedzą że i tak większość z nich zginie gdy ów organizm umrze, ale natura tak je stworzyła i inaczej nie potrafią. Podobnie jest z kobietami niestety - grasują one w związku i powoli, krok po kroku lepią nową istotę na miejsce mężczyzny w którym się zakochały, ale ta istota w końcowym stadium przestaje im się podobać więc... odchodzą do innego - tak to dział. Problem jest wśród samych mężczyzn, którzy według mnie w dzisiejszych czasach w dużej mierze zostali mentalnie wykastrowani. Tego nie rób bo nie wolno, tamtego nie rób bo nie wolno, uczęszczaj na kursy podrywu i dobrego zachowania, bo tylko grzeczny i miły chłopiec jest w stanie zdobyć serce kobiety - co za bzdury. Kobiety nie kochają mężczyzn dlatego, że ci stają się podobni do nich samych (lub do ich koleżanek), tylko dlatego że są ich całkowitym przeciwieństwem. Dlatego też kobieta, która otrzymuje realną władzę nad mężczyzna, po pewnym czasie uświadamia sobie że przecież nie tego pragnęła, a otrzymała coś, co jest skrzyżowaniem plasteliny z wazeliną, czyli coś oślizgłego i wybitnie niemęskiego. Zaczyna ją to przerażać a ponieważ nie wie jak z tego wybrnąć - staje się przez to nieszczęśliwa. Wreszcie porzuca to, co stworzyła i idzie szukać innego mężczyzny.

Problem polega na tym, że wielu mężczyzn uważa iż dobry związek opiera się na tym, aby jego kobieta była szczęśliwa, a to zaś na tym iż on robi wszystko czego ona od niego chce. Takie myślenie wywodzi się zaś z męskiej potrzeby... zdobycia i utrzymania kobiety, bowiem w dzisiejszych czasach w których mężczyźni w dużej mierze zostali całkowicie mentalnie wykastrowani - kobieta może sobie pójść do innego, a facet nie ma realnej możliwości nad nią zapanować (to znaczy ma, ale po pierwsze o tym nie wie, a po drugie nie nie sądzi że on sam byłby zdolny do tego aby wprowadzić to w życie). Wielu mężczyzn nie rozumie, że całkowite podporządkowanie się swej kobiecie jest czymś, co wcześniej czy później doprowadzi ją do furii i smutku (a często do jednego i drugiego naraz). Kobieta chce, aby mężczyzna wreszcie powiedział jej jasno - "to i to, dalej nie wolno ci się posunąć" (i tak się będzie posuwać, bo taka jest kobieca natura), musi wyznaczyć twarde granice i musi niestety (co często jest trudne) je twardo egzekwować. Kobiety realnie pragną bowiem prawdziwych "samców", a nie "grzecznych chłopców" - którzy tylko są wytworem ich utopijnej wyobraźni (dlatego tak wiele kobiet demonstrowało w owych pro-uchodźczych spędach na Zachodzie, bowiem w ich podświadomości konfrontacja "grzecznych chłopców" z Zachodu, z którymi mają do czynienia na co dzień, a którzy zostali skutecznie wykastrowani przez feministyczną kulturę panującą w wielu krajach Zachodu, z młodymi, agresywnymi byczkami z Bliskiego Wschodu i Afryki, którzy przyjechali do Europy "spuścić trochę energii z nabrzmiałych jąder" - wypada wybitnie na korzyść tych drugich. I tu nie ma w ogóle o czym mówić, zauważcie że to właśnie kobiety dominują we wszystkich tych pro-imigranckich organizacjach i kampaniach na Zachodzie, głównie kobiety).

Co więc należałoby robić? Tak jak już powiedziałem, należy ustalić ścisłe relacje (oczywiście nie chodzi tutaj o to aby wziąć kartkę i je szczegółowo wypisać, tylko relacje te muszą być znane i czytelne dla obu stron), ale co ważne - to mężczyzna musi je ustalić. Kobiety uwielbiają testować naszą cierpliwość, a jednocześnie pragną mężczyzn, którzy nie s wykastrowani przez feministyczną ideologię i panującą kulturę. Moja siostra powiedziała kiedyś, w jednej z rozmów z Christine (moją partnerką), że nie lubi, gdy jej mężczyzna chodzi za nią w sklepie czy dyskoncie, bo uważa że to jest takie pantoflarskie (czy coś takiego). Akurat jej mężczyzna to jest konkretny człowiek, facet który ma naprawdę głowę na karku, ale niestety tak jest - kobiety nie pragną stworzyć sobie posłusznych "misiów", tylko chcą mieć mężczyzn, realnych partnerów. Jeśli o mnie chodzi, to ja nigdy nie miałem problemów z takim podejściem, gdyż (choć uważam że dobry związek musi opierać się na w miarę zgodnej postawie dwóch zakochanych w sobie ludzi), uważam że to jednak mężczyzna wyznacza kierunek wspólnego życia. Nigdy nie pozwoliłbym sobie, aby moja Pani "weszła mi na głowę" i ona o tym doskonale wie. Wie też jak daleko może się posunąć (choć często testuje też granice mojej wytrzymałości), ale wszystko musi być od początku do końca jasne - to ja decyduję w tym związku, tak jest i tak pozostanie. Oczywiście nie oznacza to jednocześnie że jestem jakimś tyranem, nie żadem ze mnie tyran - ja właśnie dlatego że bardzo szanuję Płeć Piękną, pragnę by to Ona z własnej i nieprzymuszonej woli sama doszła do tego - że zdominowanie kobiety przez mężczyznę, jest właściwie wyzwoleniem jej kobiecości, jest tym, czego pragnie budując ową "Świątynię Idealnego Ładu", choć w tym momencie ta świątynia zamienia się w przepiękne Łąki Asfodeli, na której kobieta może robić co chce, dopóty, dopóki nie próbuje podważyć mojej roli w związku. Zresztą, zawsze można owej damie skutecznie takie próby wybić z głowy, ale to już zupełnie inny temat.                        




 PS: DO FEMINISTEK PRZEJDĘ W KOLEJNEJ CZĘŚCI TEMATU






 

 GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH



CDN.

czwartek, 1 marca 2018

O WIELKOŚĆ POLSKI I SZCZĘŚCIE NARODÓW MIĘDZYMORZA - Cz. II

CZYLI OPOWIEŚĆ O TYM,

JAK TO DAWNI OFICEROWIE

LEGIONOWI JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO,

ZORGANIZOWALI W ANGLII

PODWALINY NOWEJ ARMII POLSKIEJ,

MAJĄCEJ WYZWOLIĆ OKUPOWANY

PRZEZ SOWIETÓW KRAJ

Z POCZĄTKIEM WYBUCHU 

III WOJNY ŚWIATOWEJ





"NIE MOGĘ OPRZEĆ SIĘ MYŚLI, ŻE JEST JAKAŚ NIĆ - STRASZNA I CZERWONA - KTÓRA ŁĄCZY TRAKTAT RYSKI Z NASZĄ DZISIEJSZĄ TRAGEDIĄ. BIEGNIE TA NIĆ, WIJĄC SIĘ FANTASTYCZNIE, NIEMAL KAPRYŚNIE, OD MOGIŁ POMORDOWANYCH, A ZA ŻYCIA ODARTYCH ZE SKÓRY UŁANÓW POD ROHACZEWEM I NIEMIROWEM (...) GUBI SIĘ TA NIĆ NA LAT DWADZIEŚCIA, BY PÓŹNIEJ ZABŁYSNĄĆ KRWAWO NAD KATYNIEM (...) I WRESZCIE ZATRZYMUJE SIĘ TA NIĆ CZERWONA WŚRÓD WYSTYGŁYCH RUMOWISK WARSZAWY. ZATRZYMUJE SIĘ - NA JAK DŁUGO?"

MICHAŁ K. PAWLIKOWSKI





W sierpniu i wrześniu 1920 r. w dwóch wielkich bitwach przesądzona została przyszłość Europy. Ogromnym poświęceniem ponad 1 000 000 żołnierzy Wojsko Polskie powstrzymało nacierającą Armię Czerwoną, która szła na podbój Europy. osiem z szesnastu ówczesnych dywizji, z których składała się Armia Czerwona zostało startych na miazgę na polach pod Warszawą, Radzyminem, Sochocinem, Nasielskiem, pod Grodnem, Lidą i nad Niemnem. Zwycięstwo było prawdziwym kubłem zimnej wody dla Sowietów, którzy właściwie od połowy lipca 1920 r. już czuli się nowymi władcami odradzającej się do niepodległego życia Polski. Ciekawie ten fenomen wyglądał na przykładzie Wilna, które w lipcu i sierpniu 1920 r. było pod okupacją sowiecką. 15 sierpnia gruchnęła w mieście wiadomość że Armia Czerwona zdobyła Warszawę, natychmiast zarządzono przymusowe oflagowanie miasta czerwonymi szmatami (dosłownie, bowiem przestraszona ludność Wilna, w obawie aby nie posądzono jej o defetyzm albo co gorsza o sianie nastrojów kontrrewolucyjnych co natychmiast oznaczałoby areszt, tortury i śmierć, wynajdywała jakieś stare czerwone obrusy, zasłony, darła płótno jeśli było pod ręką, aby czym prędzej wywiesić je w oknach, by sowieccy "wyzwoliciele" nie mieli podstaw do represji). Ukazały się też specjalne wydania lokalnych gazet o takich tytułach jak: "Warszawa wzięta!", "Czerwone flagi nad Warszawą!", "Po Warszawie cała Europa czerwona!", "Bramy do Berlina wyłamane" itd. Zorganizowano przemarsz ulicami Wilna "spontanicznej demonstracji" złożonej ze stacjonującego w mieście garnizonu i spędzonych przez Rewwojensowiet mieszkańców. Ponieważ demonstracja została zwołana na godzinę 19:00 szybko zapadł zmierzch, więc zapalono pochodnie i wystrzelono rakiety dla upamiętnienia upadku Warszawy.

Oczywiście nic takiego nie miało miejsca, wiadomość była nieprawdziwa, mimo to po demonstracji rozpoczęło się całonocne wielkie picie w siedzibie Rewwojensowietu (mieścił się on w budynku Klubu Szlacheckiego), ograbiono fabrykę tytoniu "Szyszman i Duruncza"i rozdano papierosy pomiędzy oficerów oraz żołnierzy uczestniczących w pochodzie. Zresztą tej nocy Sowieci wypili mnóstwo alkoholu. Następnego dnia (16 sierpnia) od rana była mgła. We władzach Rewwojensowietu (gdy część już wytrzeźwiała) postanowiono zwołać kolejną, tym razem większą demonstrację poparcia, tym razem miała być ona wymierzona w rząd litewski w Kownie. Celem było propagandowe przygotowanie do opanowania Litwy, teraz, gdy Polska poniosła klęską a Warszawa została zdobyta, nie było sensu dalej utrzymywać pozorów niepodległości maleńkiej Litwy. Za nią zaś miała pójść Łotwa, Estonia i inne kraje. Pochód się rozpoczął, ale nie przybrał tak "żywiołowych" rozmiarów jak dnia poprzedniego, tym bardziej że... Moskwa jakoś dziwnie milczała, a przecież to stamtąd miał pójść sygnał do "masowej demonstracji ludności Wilna". Tego dnia również większość sowieckich sołdatów przeznaczyła na picie wódki lub spirytusu. Dzień następny (17 sierpnia), dla niewytrzeźwiałych jeszcze głów sowieckich " oficjerów" był jeszcze bardziej niezrozumiały, niż poprzedni. Moskwa wciąż milczała, ale... przechodnie jakoś dziwnie na nich zerkali. Józef Mackiewicz przytacza tutaj rozmowę dwóch sowieckich kamandirów, którzy 17 sierpnia nad ranem spotkali się po nocnej popijawie: "Coś jakby źle pod Warszawą... zdaje się, że przedwcześnie manifestowaliśmy (...) Otrzymałem niespodziewaną wiadomość, że masy polskiej kawalerii przerwały się na Mławę i poszły na Augustów w tył naszego frontu. Lada chwila będziemy wiedzieli czy to prawda czy plotka". 




Wciąż nie wiedziano jednak co się dokładnie dzieje i taki stan utrzymywał się jeszcze przez cztery kolejne dni, aż do wybuchu powszechnej paniki - 21 sierpnia 1920 r. Dochodziło do dantejskich scen, gdy tłumy krasnoarmiejców pakowały się do stojących pociągów, aby tylko czym prędzej ratować się przed zbliżającym się polskim natarciem. Część wagonów została jednak odstawiona na inny tor i nie miała lokomotywy, zaś pomiędzy nią stały znów wagony z rannymi sowieckimi sołdatami, położonymi jeden przy drugim w upale sierpniowego słońca. Można sobie wyobrazić "zapach" jaki panował w tych przedziałach, jako że żołnierze ci zostali tam sami - personel medyczny się rozbiegł na wszystkie strony - a ci leżeli ranni we... własnym moczu i ekskrementach (nikt bowiem nie miał ani czasu ani ochoty aby pomóc im załatwić potrzeby fizjologiczne, więc po prostu robili pod siebie). Ludzie umierali z pragnienia, do tego masy latających wokoło much i porozrzucane na wietrze ulotki oraz plakaty propagandowe, które dopiero co miały zostać rozlepione na murach o tak krzykliwych tytułach jak: "Niech żyje partia bolszewików! Niech żyje towarzysz Lenin", "Niech żyje niezwyciężona armia rewolucyjna!", "Dajosz Warszawu" i tak dalej. Walące się po peronie plakaty oraz widok paniki i zapach wszech-oblepiającego smrodu sprawiał przygnębiające wrażenie - tak oto kończyła się pierwsza próba zaprowadzenia komunizmu w Polsce i Europie - dogorywała we własnym moczu i ekskrementach, w jękach "żołnierzy niezwyciężonej armii rewolucyjnej" i w ich błagalnych prośbach o choćby kroplę wody. Rewolucja ta, wypychana silnymi i zdecydowanymi atakami polskiej kontrofensywy marszałka Piłsudskiego z 16 sierpnia 1920 r. zdychała dodatkowo w panice i w smrodzie odchodów umierających krasnoarmiejców.

Zwycięstwo w bitwach pod Warszawą (13-25 sierpnia 1920 r.) i nad Niemnem (20-26 września 1920 r.) ocaliła nie tylko Polskę ale całą zachodnią Europę przed nieprawdopodobnym wręcz niebezpieczeństwem, które dla dzisiejszego mieszkańca Niemiec czy Francji jest czysto abstrakcyjne, bowiem nie ma możliwości wypowiedzieć własnymi słowami tego, co stałoby się z Zachodnią Europą, jej cywilizacją i kulturą w przypadku wkroczenia czerwonej zarazy do Berlina, Paryża, Wiednia, Rzymu czy Madrytu - krew lałaby się strumieniami. Dziś oczywiście możemy sobie tylko na ten temat pogdybać, ale spójrzcie... moglibyśmy również w taki sam sposób pogdybać o II Wojnie Światowej, gdyby Francja i Anglia wywiązały się ze swoich sojuszniczych zobowiązań wobec naszego kraju i realnie zaatakowały III Rzeszę. Dziś byśmy pewnie rozważali co by się ewentualnie mogło stać, gdyby Francja i Anglia nie zaatakowały a Hitlerowi przyszedł z pomocą Stalin. Głupie prawda? przecież w naszej rzeczywistości cała II Wojna sprowadziłaby się do krótkiego epizodu wojennego, trwającego do początku listopada 1939 r. 11 listopada 1939 r. w miejscowości Hohenstain, przy lekko uszkodzonym w wyniku działań wojennych monumencie zwanym Tannenberg-Denkmal, spotkali by się przedstawiciele trzech zwycięskich krajów - Francji, Anglii i Polski. To właśnie w Hohenstein przy Mauzoleum Hindenburga podpisany zostałby akt kapitulacji III Rzeszy. O przyszłych losach Niemiec zadecydowałaby wielka trójka - Daladier - Chamberlain- Rydz-Śmigły. Fajnie pomarzyć prawda? A teraz wyobraźcie sobie że Polacy jednak przegrali Bitwę pod Warszawą i Sowieci wlali się do Europy.




Przez kolejne prawie dwadzieścia lat od podpisania pokoju w Rydze (18 marca 1921 r.) pomiędzy Rzeczpospolitą Polską a Rosją Sowiecką i Ukrainą Sowiecką i wytyczenia wschodnich granic Polski (Polacy zrezygnowali wówczas z ogromnych terenów na wschodzie, jakie w zamian za utrzymanie pokoju oferował nam Lenin, szczególnie na Białorusi, podchodzących pod Smoleńsk. Propozycję tę - oczywiście tymczasową, bowiem Lenin wszelkie układy traktował jako tylko tymczasowe - odrzuciła polska delegacja złożona w ogromnej większości z polityków narodowych i ludowych, dla których próba polonizacji tak ogromnego obszaru wydawała się przedsięwzięciem wprost niewykonalnym. Mieli zapewne w pamięci fakt, że na Kresach po polsku mówiło się głównie w szlacheckim dworze. Po polsku mówił rządca folwarku bo był Polakiem, mówił ekonom, bo się rekrutował ze szlachty zaściankowej, całkowicie spolonizowanej. Po polsku mówili lokaje, pokojówki, kucharze, furmani, leśnicy, bo uważali to za swego rodzaju szyk - język polski był bowiem językiem szlachty, ale parobkowie i gospodarze wiejscy w czworakach w wiekszości mówili albo po rusku albo ukraińsku. teraz ci panowie z delegacji, mającej ustanowić przyszłe granice Polski, doszli do wniosku że wchłonięcie tak dużej ilości Białorusinów i Ukraińców byłoby niemożliwe pod względem wysiłków polonizacyjnych. Myśleli kategoriami czysto unitarnymi. Zupełnie inaczej kalkulował Józef Piłsudski, który planował odbudować niepodległe państwa - Ukrainę i Białoruś, które wraz z Litwą byłyby sprzymierzone z Polską i zjednoczone we wspólnym sojuszu zaczepno-obronnym. Państwa te, chroniłyby Polskę od wschodu przed Rosją, dzięki czemu konfrontacja Polski z Niemcami, nie stworzyłaby niebezpieczeństwa ataku ze wschodu - jak to miało miejsce 17 września 1939 r. gdyż najpierw Związek Sowiecki musiałby uderzyć na Ukrainę i Białoruś. 

Nie chodziło więc o polonizację mieszkających na tej ziemi (wyrwanej siłą z rąk nieludzkiego ustroju, skazującego ich na bycie albo niewolnikami, albo na unicestwienie) mieszkańców, ale na ich zjednoczenie z Polską i polskością za sprawą odnowienia dawnej Rzeczpospolitej Wolnych i Równych. Tak się jednak nie stało, Polska odrzuciła nie tylko możliwość utworzenia sprzymierzonych ze sobą państw na wschodzie, ale wręcz olała zupełnie mieszkających na tej ziemi Polaków, co potem skutkowało m.in. Operacją polską NKWD 1937-1938 w ZSRS a następnie Katyniem i innymi sowieckimi zbrodniami już po agresji tego Sowieckiego Sojuza na Polskę. Marszałek Piłsudski, gdy dowiedział się o efektach podpisanego pokoju w Rydze, powiedział tylko: "Za ten traktat komuś w Polsce należałoby rozbić głupi łeb", po czym dodał: "W tych granicach Polska nie przetrwa nawet jednego pokolenia". Niestety - miał rację!

   
 W OKRESIE MIĘDZYWOJENNYM POLSKA POSIADAŁA CZWARTĄ NAJWIĘKSZA ARMIĘ W EUROPIE 
I SIÓDMĄ NA ŚWIECIE. 
TUTAJ PORÓWNANIE LICZEBNOŚCI 
ARMII PAŃSTW EUROPY 
w 1929 r.
 




 GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH



CDN.