Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 23 lipca 2018

SPOŁECZEŃSTWO DAWNEJ RZECZYPOSPOLITEJ - Cz. II

"ABY RZĄD POSPOLITY 

KAŻDEGO BYŁ DOMA"





"POLSKA RZĄDEM STOI"

ks. JAKUB OLSZEWSKI - 1632 r.
(przemawiając na pogrzebie króla Zygmunta III Wazy)



 Niedawno (13 lipca) obchodziliśmy w kraju (a głównie w Warszawie) święto 550-rocznicy parlamentaryzmu w Polsce, czyli uroczystość uświęcenia zapomnianego już dziś, pierwszego w naszych dziejach sejmu odbywającego się w Piotrkowie, a składającego z obu izb parlamentarnych (Senatu i Izby poselskiej). Podczas tych uroczystości przemówił prezydent Rzeczpospolitej - Andrzej Duda, który powiedział: "Oddajemy dziś hołd naszym poprzednikom i przodkom, stajemy, by zaczerpnąć oddechu do dalszej drogi; chcemy iść dalej, budując silną, suwerenną, demokratyczną Polskę na następne stulecie niepodległości (...) Parlamentarzyści muszą też obejmować wzrokiem całość spraw państwowych. Nie mogą być stronnikami partykularnych grup interesów, ulegać wpływom czynników zewnętrznych. Znamy przecież takie smutne przypadki i ich skutki w każdej z epok. I pamiętamy je ku przestrodze". Natomiast pięć dni wcześniej, marszałek sejmu Marek Kuchciński, przebywając w Kole, tak oto podsumował święto polskiego parlamentaryzmu: "Spotykamy się dzisiaj w Kole, uroczym mieście, by uczcić wielkie tradycje sejmowe i przypomnieć jego długie dzieje, a zarazem by podkreślić ogromną rolę w historii polskiego parlamentaryzmu. Właśnie tutaj, od zarania polskiej państwowości, odbywały się wiece starszyzny, a później rycerstwa (...) przypomina nam, że nasz polski, środkowoeuropejski parlament ma wielowiekową tradycję i że ta tradycja parlamentarna należy do najdłuższych w Europie".

Przytoczyłem tutaj obie te wypowiedzi, ponieważ w tym temacie pragnę się zająć kwestią zjednoczenia, czyli ukształtowania się w pełni szlacheckiej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. To prawda iż polski parlamentaryzm jest jednym z najstarszych w Europie (o ile nie najstarszym, biorąc pod uwagę że pierwszy sejm jednoizbowy z 1180 w Łęczycy, a wcześniej słowiańskie zjazdy wiecowe, które w żartobliwej formie zostały ukazane w "Starej Baśni" Ignacego Kraszewskiego w słowach: "Kupą się zwalimy"). 




To prawda również że z Polski czerpano wzorce w innych, ościennych krajach, budując tam parlamentaryzm (np. w Brandenburgii czy w Prusach, a także w Inflantach). Tradycje polskiego parlamentaryzmu są bardzo długie, znacznie dłuższe niż owa 550-rocznica zjednoczonego sejmu w Piotrkowie i zawsze były oparte i ideę wolności, tolerancji i swobody. Czysta przemoc, zagrabianie siłą obcych terenów, wybijanie mieszkańców i branie w niewolę lub w podległość pozostałych, zawsze była obca temu co można określić jako "homo polonicus" - czyli człowiek pochodzenia jakiegokolwiek (litewskiego, ruskiego, niemieckiego, szkockiego, francuskiego, angielskiego, tatarskiego czy żydowskiego), który politycznie definiował się jako Polak, co było wyrazem szacunku dla prawa, wolności i tolerancji (oczywiście po rozbiorach Polacy, aż do naszych czasów stali się synonimami mieszkańców biednego, postkomunistycznego, wschodniego kraju, który niekoniecznie jest kimś pożądanym we "wspólnej" Europie, warto jednak pamiętać, że w przeszłości słowo "Polak" budziło szacunek i było powodem do zazdrości dla wielu, którzy albo nie posiadali takich wolności politycznych, albo takich majętności jakie mieli nasi dawni przodkowie).

Dziś w wielu krajach wciąż pokutuje przekonanie, że Polacy w zasadzie niczego wielkiego nie dokonali w dziejach świata i w ogóle cały postęp ludzkości odbywał się wyłącznie w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. Jeśli idzie o USA, to jak określił ten kraj amerykański profesor polskiego pochodzenia Marek Jan Chodakiewicz, jest to: "Imperium głupoty". I nie jest ot wcale obraźliwe dla Amerykanów stwierdzenie, bowiem tak właśnie właśnie można nazwać wszelkie światowe mocarstwa w historii ludzkości. Dlaczego? Z prostego powodu, czy Rzymianina z I czy II wieku naszej ery, zamieszkałego nad Tybrem i rozkoszującego się wszelkimi dobrami, które spływają do stolicy Imperium Rzymskiego, obchodziło jakie są relacje w krajach klienckich, lub jakie kraj w ogóle z owym rzymskim Imperium kooperują? Oczywiście że nie, on się zajmował swoją najbliższą okolicą, swoim miastem lub regionem (jeśli tam miał jakieś majętności), a reszta go zupełnie nie interesowała. Ważne było tylko to że jest Rzymianinem, a to wokół Rzymu kręcił się cały ówczesny świat - i wszystko, po co więc się zajmować jakimiś kwestiami, które z jego perspektywy nie mają znaczenia i służą jedynie jako pewna ciekawostka. 




I tak właśnie myślą dziś miliony Amerykanów, dlatego też prof. Chodakiewicz użył tutaj sformułowania "Imperium głupoty". Co zaś się tyczy takich krajów jak Niemcy, to z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć że kraj ten NIGDY nie będzie nam przyjazny, bez względu na deklaracje polityków czy oficjalne kurtuazyjne gesty. Nigdy, ponieważ nie nie pozwala mu na to geopolityka. Po prostu - silna Polska to zjednoczone Międzymorze i bufor odgradzający Niemcy od wschodu, a co za tym idzie powodujący nie tylko spadek znaczenia tego państwa w Europie i świecie, ale również... upadek niemieckiej gospodarki. Dlatego też Niemcy (i nie chodzi mi tutaj o tzw.: "zwykłych Niemców", którzy są bardzo przyjaźni, zresztą, sam mam jeszcze część rodziny w Niemczech, choć jest to tzw.: "piąta woda po kisielu"), zawsze będą dążyli albo do likwidacji Polski, albo też do jej podporządkowania i zdominowania (politycznego oraz gospodarczego), bo tutaj idzie o ich przyszłość jako zjednoczonego państwa. Podobnie zresztą jest z Rosją, ale ten kraj pozwolę sobie pominąć, jako że wielokrotnie już na ten temat wcześniej pisałem.

Nie zamierzam też sam wymieniać tutaj wszystkich zasług Polaków w dziejach świata, o których albo się nie mówi, albo też traktuje jako oczywiste lub przypina komuś innemu. Pragnę jednak zwrócić uwagę, iż Europa (i ogólnie świat) przed ostatnie 300 lat odwykła od polskiej potęgi i mocarstwowości, odwykła od idei polskiej wolności i tolerancji, polskiego parlamentaryzmu i prawa. Stało się tam po części na naszą własną (a raczej naszych przodków) prośbę, gdyż zaślepieni w swej politycznej batalii o sprawy z punktu widzenia geopolityki - drugorzędne, tracili z oczu nie tylko własną wolność i niepodległość kraju, ale również polityczno-społeczny byt narodu (jak mawiał ksiądz Piotr Skarga w swych "Kazaniach sejmowych": "Utoną wolności wasze i w śmiech się obrócą (...) Ziemie, które się w jedno z Koroną zrosły, odpadną, zaginie język a Polak obróci się w obcy ród (...) Polska bez pana (...) stanie się poddanką tych, którzy dziś przed majestatem Rzeczypospolitej karki zginają (...) Polak wygnany, nędzny, wzgardzony, będzie nogami popychany, gdzie go wpierw poważano". Dziś staramy się (powoli, ale konsekwentnie) zmierzać ku tej dawnej, utraconej przed wiekami wielkości, ku mocarstwowości, jakiej nie znali twórcy II Rzeczypospolitej, śniący o zamorskich koloniach i o "Polsce od morza do morza". Potrzeba nam jeszcze z trzy no może cztery dekady bez wojny na naszych ziemiach i... sami zobaczycie jak zmieni się Europa, jak zmieni się Polska. Człowiek wychowany w czasach komuny, nie odnalazłby się w tej nowej rzeczywistości, tak samo jak hetmani z czasów wielkości Rzeczypospolitej, którzy kroczyli ulicami zdobytej Moskwy, grozili tureckim wezyrom lub prowadzili rosyjskich carów do niewoli, nie odnaleźliby się w tej skurwiałej rzeczywistości drugiej połowy XVIII wieku, gdy podczas obrad sejmowych, posłowie polscy składali przysięgę... carycy Katarzynie II. "Nasza wolnościowa cywilizacja w XVIII wieku została zniszczona przez absolutyzm moskiewski, habsburski i pruski. To nie był upadek Polski czy nawet Rzeczypospolitej, ale upadek całej odrębnej cywilizacji Europy Środkowowschodniej. Wielka, a słabo dostrzegana przez historyków katastrofa tej części Europy" - jak mówił jeszcze dwadzieścia lat temu Jerzy Kłoczkowski. I o tym właśnie (m.in.) mówił w swym przemówieniu z okazji 550-lecia polskiego parlamentaryzmu, prezydent Andrzej Duda. 







 




 RZECZPOSPOLITA 

OBOJGA (TROJGA) NARODÓW

NAZWA - HERB - CHORĄGIEW 

Cz. I


 "Była to najtrwalsza unia w dziejach Europy (...) Zjednoczenie narodów Europy Środkowowschodniej, które utworzyły to państwo, nie było wynikiem podboju, przymusu, ale woli bycia razem. Rzeczpospolita została wspólnie stworzona przez Polaków, Litwinów i Rusinów. To była ich wspólna racja stanu i historyczny interes", te słowa Jerzego Kłoczkowskiego, dyrektora Instytutu Europy Środkowowschodniej, są tak oczywiste, że prościej już tego wyjaśnić nie można - Polska (a raczej Rzeczpospolita, bo mówimy również o kręgu kulturowym), zawsze rozszerzała swój stan posiadania o dobrowolne unie na zasadach wzajemnego braterstwa wszystkich nowych ludów. Walka orężna z mieczem w ręku, była możliwa (i konieczna) jedynie w sytuacji zbrojnej napaści obcego państwa (lub też, co się zdarzało - osobistych ambicji poszczególnych polskich magnatów), ale podstawa była zawsze taka sama - układ sojuszniczy, traktat polityczny, rozszerzenie uprawnień szlacheckich ("braterska miłość"), ugruntowana mocą tradycji parlamentarnej, wolności politycznej i tolerancji prawno-religijnej. Tak rozszerzało się "Imperium Polskie" począwszy od końca XIV wieku.


KRÓL WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO POD KONIEC ŻYCIA 
W LATACH 30-tych XV WIEKU



 Jak bowiem twierdził brytyjski pisarz Joseph Conrad: "Scalanie obszarów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, które uczyniło ją na czas pewien mocarstwem pierwszej rangi nie zostało dokonane siłą (...) czterdziestu trzech przedstawicieli krain litewskiej i ruskiej pod przewodem najznacznięjszego z książąt zawarło związek polityczny, jedyny w swoim rodzaju w historii świata, spontaniczną i całkowitą unię suwerennych państw, świadomie wybierając drogę pokoju. Żaden dokument polityczny nie wyraził nigdy ściślej prawdy niż wstępny ustęp pierwszego Traktatu Unijnego (1413). Zaczyna się on od słów: "Ten związek, będący wynikiem nie nienawiści, lecz miłości" - słów, których nie skierował do Polaków żaden naród w ciągu ostatnich lat stu pięćdziesięciu". Tak zaczęła się budować jedność polityczna, która ostatecznie została zakończona na sejmie lubelskim wypracowaniem wspólnego aktu unii realnej w 1569 r. jednocząc ze sobą dwa największe środkowoeuropejskie państwa - Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie w jeden dwuczłonowy organizm - Rzeczpospolitą. Potęgę Rzeczpospolitej po raz pierwszy doświadczył jeszcze Zakon Krzyżacki (który posługując się typowo niemiecką butą, niszczył okoliczne kraje i nawracał pogańskie ludy mordując mieczem i paląc ogniem), który pod Grunwaldem 15 lipca 1410 r. ostatecznie i nieodwołalnie utracił pozycję najpotężniejszej siły militarnej chrześcijańskiego świata, jakim był wcześniej określany.      


ENGLISH SUBTITLES

 OTO BITWA, KTÓRA ZAPOCZĄTKOWAŁA POLSKĄ MOCARSTWOWOŚĆ XV-XVI i XVII WIEKU

 KRÓL WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO W 1410 r.



W TYM ROKU NA POLACH GRUNWALDU KRZYŻACY PONOWNIE ZOSTALI POKONANI



 Królowie polscy i wielcy książęta litewscy (panujący w obu krajach jednocześnie) przed aktem unii lubelskiej 1569 r. określani byli: "Król Polski i wielki książę litewski" oraz "Wielki Książę Litewski". Po zawarciu unii zaś składano przysięgę królowi jako: "Królowi Polski i temu nierozdzielnemu ciału Koronie Polskiej", lub po prostu "Królowi Rzeczpospolitej". Określeń Rzeczpospolita, Polska i Korona stosowano zamiennie, ale wszystkie i tak odnosiły się do całości państwa zjednoczonego unią lubelską, a nie tylko do ziem Królestwa Polskiego. Oczywiście stosowano niekiedy podział (gdy było to konieczne w dokumentach (lub dla potrzeb lokalnych urzędów), dla podkreślania odrębności Litwy, mówiono więc wówczas o: "Koronie Królestwa Polskiego i Wielkim Księstwie Litewskim". Częściej jednak stosowano potocznie określenie Rzeczpospolita, myśląc - Korona Polska lub Korona Królestwa Polskiego ("Corona Regni Poloniae"). Litwa, choć formalnie wciąż posiadała odrębne wojsko, urzędy centralne, własny skarb, prawo sądowe oraz język (na Litwie wówczas dominujący był język ruski a nie litewski, jak się przyjęło myśleć), to jednak powszechnie była ona uważana za prowincję Królestwa Polskiego, choć, co bardzo ważne, nie chodziło tutaj o prowincję podległą Koronie Polskiej, tylko ją współtworzącą. Polska i Litwa zaczęły się ze sobą zrastać w jeden (dwuczłonowy) organizm państwowy, i wkrótce Litwin z Wielkiego Księstwa zaczął uważać się za Polaka, na takich samych warunkach, jak np. dziś mieszkaniec Kalifornii czy Teksasu uważa się za Amerykanina. I wcale nie przeszkadzało mu przy tym nazywać się Litwinem.  


 WYCHOWAŁEM SIĘ NA TAKICH SERIALACH JAK "STRAŻNIK TEKSASU", "DRUŻYNA A", "ROCKY" "SIEDMIU WSPANIAŁYCH" CZY "BONANZA
(TAKI POWRÓT DO LAT MŁODOŚCI)





SYLWESTRA STALLONE ZAWSZE NAJBARDZIEJ LUBIŁEM - MOŻE DLATEGO ŻE... 
NOSI IMIĘ MEGO ZMARŁEGO OJCA, JAK RÓWNIEŻ JEST DO NIEGO FIZYCZNIE BARDZO PODOBNY. NOTABENE - TAK TEŻ ZAMIERZAM NAZWAĆ 
SWEGO SYNA



 ALE BOKSEM ZAINTERESOWAŁEM SIĘ DOPIERO PO "KICKBOXERZE".
Z van DAMME'M W ROLI GŁÓWNEJ



Wracając zaś do tematu - Litwa polonizowała się, ale polonizowała bardzo wolno (ostatecznie elity litewskie zostały całkowicie spolonizowane do początku XVIII wieku), głównie zaś litewscy kniaziowie i bojarzy byli zainteresowani zdobyciem tych samych praw politycznych, jakie w Koronie mieli polscy szlachcice i magnaci (mieszczanie litewscy również chcieli nabyć te same prawa co mieszczanie polscy), co postępowało bez przeszkód. W zasadzie od sejmu z 1563 r., który zniósł wszelkie ograniczenia dla ludności katolickiej i prawosławnej, szlachta litewska nabrała pełni tych praw, które od dziesięcioleci posiadała już szlachta polska. 1 lipca 1566 r. uchwalony został tzw.: drugi "Statut Litewski", który tworzył na Litwie senat na wzór polskiego (z rady wielkoksiążęcej), złożony z wojewodów, kasztelanów i magnatów, oraz sejm litewski (na wzór polskiego), złożony jednak głównie z litewskiej szlachty i magnaterii (tutaj była wyraźna różnica, bowiem o ile w Koronie sejmy reprezentowała średnia i drobna szlachta, o tyle na Litwie znów prym wiodły wielkie rody magnackie, a szlachta litewska, choć oczywiście obecna i liczniejsza od magnaterii, była przez nią - często bo nie zawsze - zdominowana). Wojsko było sformowane na wzór polski, administracja centralna podobnie, nawet prawo agrarne zostało w całości implementowane z Polski. 

Unia realna obu narodów (których różnił język i często religia), została uchwalona podczas sejmu (styczeń-sierpień) w Lublinie, dnia 28 czerwca 1569 r., a akt zaprzysiężenia nowej unii, nastąpił 1 lipca na zamku lubelskim. Jako pierwszy przysięgę składał arcybiskup gnieźnieński, potem biskupi koronni, a następnie: "przysięga tak szła, iż senatory pierwej, a posłowie po województwach - razem województwo" (jak zostało zapisane w "Dnewniku ljublinskogo seima 1569" Koialovića), czyli innymi słowy - przysięgali wojewodowie i kasztelani wraz z posłami z danego województwa. W tym samym porządku przysięgali Litwini. Król Zygmunt II August, potwierdził akt unii 4 lipca 1569 r. i od tego momentu stała się ona obowiązującą w całym polsko-litewskim olbrzymim państwie. Co ciekawe, twórcy owej unii, która była przecież korzystna dla obu państw, zastrzegli, że jej postanowienia nie mogą zostać ani uchylone, ani poprawione, ani też wypowiedziane czy to przez samego króla, czy też przez sejm i senat. Postanowienia zawarte w Lublinie w czerwcu i lipcu 1569 r. miały być po "wieczne czasy". Tutaj doszło do pewnej kontrowersji, bowiem Litwini, którzy godzili się ową unię zawrzeć (a byli i tacy którzy nie przyjechali do Lublina, twierdząc że jest to akt wchłonięcia Litwy przez Polskę), prosili króla by postanowienia te można było jeszcze skorygować w kolejnych miesiącach, gdy okazało się to niemożliwe, powstał mały raban, który szybko jednak został rozładowany. 

Unia tworzyła jedno (dwuczłonowe) państwo: "jedną, wspólną (...) która się z dwu państw i narodów w jeden lud zniosła i spoiła" Rzeczpospolitą z dominującym narodem szlacheckim, przy czym naród ten, zupełnie inaczej pojmował swoje priorytety. Dla szlachty litewskiej, zjednoczenie się z Polską było kwestią życia i śmierci, bowiem w sytuacji wzrastającej potęgi państwa moskiewskiego, sama Litwa nie miała szans utrzymać swoich olbrzymich posiadłości i szybko musiałaby ulec potędze rosyjskiej. Połączenie z Polakami, dawało im pewność, że nie zostaną w tej walce osamotnieni. Natomiast szlachta polska, wojnę z Rosją uważała za... czysto litewską sprawę i nie była zbyt chętna do angażowania się w te konflikty. Natomiast bardzo pragnęła opanować nowe ziemie, nowe puste litewskie tereny, gdyż w Koronie robiło się już trochę ciasno. Ekspansja na wschód, to było to, co pociągało polską szlachtę i magnaterię. Doszło do tego, że akt unii lubelskiej oficjalnie pomniejszał terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego i włączał do Korony Polskiej ogromne tereny Wołynia i całą Ukrainę, które odtąd "po wieczne czasy", miały być już polskie. Ustalono też wojskowe priorytety każdego z krajów i tak hetmani litewscy mieli operować na froncie rosyjskim i szwedzkim (inflanckim - północnym), zaś hetmani polscy na froncie południowym (Turcja, Tatarzy, Multany - czyli Mołdawia i Wołoszczyzna, niegdyś mawiano "idziemy na Multany", co znaczyło wypad prawie do granicy Dunaju) i froncie moskiewskim, czyli wschodnim. 


RZECZPOSPOLITA POLSKO-LITEWSKA 
PO UNII LUBELSKIEJ
1569 r.

 

Szlachta polska zaczęła więc po zawarciu tego aktu jednoczącego dwa kraje, masowo przesiedlać się na wschód, na Ukrainę (już od czasów Jagiełły i Witolda Polacy zjeżdżali na Litwę i nabywali tam majętności, po czym wchodzili na służbę wielkich książąt, aby te nabytki jakoś uprawomocnić. Czyniono tak, ponieważ ziemi na Litwie było dużo, a ludzi brakowało aby ją całą obsadzić i zagospodarować, natomiast w Koronie, jak już wspomniałem, robiło się za ciasno i ekspansja na wschód, była dla polskiej szlachty tym samym, co dla Anglików i Hiszpanów eksploatacja i przesiedlanie się do Ameryki. Stąd szlachta polska nigdy na poważnie nie była zainteresowana zamorskimi koloniami, gdyż swoje kolonie miała na wschodzie (jeszcze w latach 30-tych XX wieku, gdy do ministra Józefa Becka zgłosili się przedstawiciele środowiska walczącego o uzyskanie dla Polski kolonii w Afryce lub Ameryce Południowej, on powiedział: "Panowie, nasze kolonie są na wschodzie"). Notabene, zasiedlanie południowych kresów Wielkiego Księstwa Litewskiego przez Polaków, był na korzyść samej Litwie, jako że polska szlachta, która osiedliła się na Wołyniu lub na Ukrainie, musiała liczyć się z najazdami, i to zarówno ze strony moskiewskiej, jak i tatarskiej, co oczywiście automatycznie wciągało ją w konflikt z Rosją, który to przestał już być jedynie wewnętrzną sprawą samej Litwy. Co ciekawe, szlachta litewska dążyła do zjednoczenia z Polską, jedynie spora część magnaterii była sceptyczna takiemu sojuszowi, gdyż magnaci litewscy obawiali się utraty swojej pozycji kosztem napływowej drobnej szlachty polskiej, która to zjednoczona z litewską, może pozbawić ich dotychczasowej pozycji i władzy. 

Litewska szlachta, już w 1562 r. pod Witebskiem, zawiązała konfederację, domagając się ściślejszego sojuszu z Polską i przesyłając pismo na ręce króla Zygmunta II Augusta, prosili go o możliwość odbywania wspólnych sejmów wraz z Polakami. Na odpowiedź strony polskiej nie trzeba było długo czekać. Na dzień 11 listopada 1562 r. został wyznaczony pierwotnie do Warszawy sejm, który miał być pierwszym sejmem złożonym zarówno z Polaków jak i Litwinów. Szlachta polska domagała się tego od króla, żądając zwołania takiego sejmu i grożąc, że w przypadku odmowy "ona sama o sobie zaradzi". Król sejm zwołał, ale nie do Warszawy, a do Piotrkowa i nie na 11 listopada, a na 30 listopada. Ale w sejmie tym na razie jeszcze nie wzięli udziału posłowie litewscy, choć gardłowano wiele o przyszłej unii całego państwa, a król obiecał zwołanie nowego sejmu do Łomży, w którym wezmą udział również i Litwini. Sejm piotrkowski uchwalił jednak stałą armię (tzw.: wojsko kwarciane), które miało ochraniać południowo-wschodnie (już wówczas zasiedlane w dużej mierze przez polską szlachtę) tereny państwa (Pogórze, Podole i część Ukrainy), składające się z 2 000 jazdy i 500 żołnierzy piechoty. 

W 1563 r. przygotowując się do nowego, tym razem wspólnego sejmu w Warszawie, Litwini przygotowali również listę żądań, po których spełnieniu możliwa byłaby unia realna z Polską. Najważniejszym z nich było żądanie wspólnego wybierania monarchy, przy czym elekcja miała odbywać się na granicy obydwu państw, po czym nowy król miał być koronowany w Krakowie na króla Polski (w obecności wszystkich stanów polskich i posłów litewskich), oraz prowadzony na tron wielkoksiążęcy w Wilnie (w obecności wszystkich stanów Litwy i posłów polskich). Król musiałby przed koronacją potwierdzić wszystkie prawa i wolności Korony oraz Litwy. Każdy kraj miał utrzymać własne sejmy (wspólne miały być zwoływane jedynie w ważnych dla całej Rzeczpospolitej sprawach), a także Polacy i Litwini zobowiązać się mieli do wspólnej pomocy "we wszystkich okolicznościach życia", oraz aby wszyscy w państwie byli uważani za równych sobie (oczywiście chodziło tutaj jedynie o szlachtę) i aby Litwini nigdzie nie byli uznani za gorszych od Polaków. Żądano także, aby dochody z pozyskanych w 1561 r. Inflant (ziemie byłego Zakonu Kawalerów Mieczowych, rozwiązanego właśnie w 1561 r.), wpływały w całości do skarbca wileńskiego, jako że Litwa poniosła ogromne straty w wojnie z Rosją. 

Strona polska w ogromnej większości nie zgadzała się z tymi postulatami, i twierdziła że sejmy powinny odbywać się wspólnie (szlachta polska i litewska w jednym miejscu), oraz aby król był wybierany swobodnie, bez skrępowania miejscem, oraz by był koronowany tylko w Krakowie, bez wprowadzania na tron wielkoksiążęcy w Wilnie. Litwa miała też posiadać wspólny z Koroną urząd hetmana, wspólną kancelarię królewską, wspólną pieczęć i skarb, ale godzono się by  Magnateria litewska odrzuciła te propozycje i powstał pat. Król zwołał więc sejm polski (z udziałem litewskich delegatów) do Parczewa (styczeń 1564 r.), na którym szlachta polska uchwaliła taką oto propozycję zbliżenia: "unus rex, una natio, una lex" ("jeden król, jeden naród, jedno prawo"). Magnateria litewska oponowała, twierdząc że w bitwie pod Grunwaldem to właśnie Litwini jako pierwsi uderzyli na Krzyżaków, specjalnie przyśpiewując w stronę posłów polskich: "Hej! Polanie, z Bogiem na nie, bo nam Litwy nie dostanie", na co poseł Zborowski miał (nawiązując do ucieczki Litwinów pod Grunwaldem z pola bitwy oraz prośby skierowanej do króla polskiego by ratował litewskie wojska, a dopiero uderzenie ciężkich hufców polskich, przesądziło o ostatecznym zwycięstwie nad Krzyżakami), odpowiedzieć: "Nie dostało, bo uciekła!". Tymczasem szlachta litewska zebrana w Bielsku, poparła postulaty polskie i dążyła do jak najszybszego zawarcia wspólnej unii. Litewscy szlachcice namawiali wręcz Polaków, aby zaprzestali rozmów z magnaterią litewską a rozprawiali jedynie z nimi. Sprawa ta ciągnęła się jednak jeszcze pięć lat i dopiero na sejmie w Lublinie ostatecznie uzgodniono kształt nowej unii polsko-litewskiej, tworzącej Rzeczpospolitą Obojga (Trojga) Narodów.


JAK TO KTOŚ POWIEDZIAŁ?
"KIEDYŚ BYLIŚMY TAK ZAJEBIŚCI, ŻE... NIE MIEŚCILIŚMY SIĘ NA MAPACH"

MAPA EUROPY Z RZECZPOSPOLITĄ 
I JEJ NADDUNAJSKIMI LENNAMI




1 lipca zaprzysiężony został więc ostateczny kształt owej unii i tak - król polski, wielki książę litewski, ruski, pruski, mazowiecki, żmudzki, kijowski, wołyński, podlaski, inflancki miał wspólnymi głosami na jednym sejmie elekcyjnym być wybierany w Polsce przez Polaków i Litwinów, oraz koronowany w Krakowie na króla "Polski i temu nierozdzielnemu ciału Koronie Polskiej". Nowe, wspólne państwo, miało mieć wspólny pieniądz (choć oddzielne skarby), prowadzić wspólną politykę zagraniczną, zawierać sojusze i toczyć wojny. Szlachta (i mieszczaństwo - co ważne), otrzymała nieskrępowaną możliwość nabywania dóbr i osiedlania się gdzie zechce na terenie tak Korony jak i Litwy. Cła i myta graniczne pomiędzy tymi państwami zostały zniesione. Oba kraje, połączone w jedną Rzeczpospolita, miały jednak zachować odrębne instytucje (wojsko, administracja, skarb, prawo sądowe i język). Król Zygmunt II August nie był zadowolony z owej unii, nie wyglądała ona bowiem tak, jak tego pragnął. A pragnął bowiem ściślejszego zespolenia Litwy z Koroną (stanie się to dopiero faktem w Konstytucji 3 Maja 1791 r. gdy odrębny stan Litwy zostanie całkowicie zlikwidowany, ale będzie już za późno. W 1795 r. Rzeczpospolita polsko-litewska ostatecznie zostanie rozdarta pomiędzy "trzy czarne orły" czyli Rosję, Prusy i Austrię i na 123 lata utraci swą niepodległość.

 

PS: WRÓCIŁEM Z KRÓTKIEGO URLOPU - CHOĆ MUSZĘ PRZYZNAĆ SZERZE ŻE... CZUJĘ SIĘ PO NIM JESZCZE BARDZIEJ WYCZERPANY 😉





ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



 CDN.

niedziela, 15 lipca 2018

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. XVI

CZYLI JAK TO KRÓL

RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV

PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE

CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO

W KONSTANTYNOPOLU


1645 r.

IMPERIUM OSMAŃSKIE

Cz. VI




Rok 1631 zaczął się niepomyślnie i niepomyślnie skończył. Nie tylko że doszło wówczas do nieudanej próby zamachu na sułtana Murada IV (styczeń 1631 r. - co spowodowało że ten przez pewien czas przestał odwiedzać harem, a jednocześnie zaczął wydawać nowe prawa i obostrzenia, tyczące kobiet. I tak zakazał kobietom w Imperium chodzenia na targ, oraz pływania łodzią po Bosforze - te, które się nie podporządkowały, były topione), ale jednocześnie, w grudniu doszło w Anatolii do kolejnego buntu janczarów, niezadowolonych z przedłużającej się wojny z Persją, w której nie było żadnych sukcesów. O ten stan rzeczy oskarżali oni wielkiego wezyra - Hafiza Ahmeda Paszę. W lutym 1632 r. zbuntowani janczarzy, pojawili się w Konstantynopolu i domagali się od sułtana, głowy wielkiego wezyra. Ten, nie mogąc w żaden sposób ich ułagodzić, musiał spełnić owe żądanie (wezyr Hafiz Ahmed Pasza sam postanowił poświęcić się za sułtana i dynastię Osmanów, odprawił modlitwę, dokonał ablucji i wyszedł do janczarów na pewną śmierć. Ci zakuli go sztyletami). Nowym wielkim wezyrem, został mąż siostry Murada IV, sułtanki Gevher - Recep Pasza. Był to człowiek Kosem i Murad zapewne dobrze o tym wiedział, powierzając mu stery państwa. W marcu tego roku janczarzy ponownie podnieśli bunt. Teraz powodem był fakt, iż po zamordowaniu Ahmeda Paszy, nie otrzymali oni od sułtana pieniędzy, czego teraz konsekwentnie się domagali. Poza tym zażądali aby przy sułtanie obecni byli jego czterej bracia - Sulejman, Kasim i Ibrahim (którego z tej okazji wyciągnięto z Simsirliku). Zmusili też Murada IV do złożenia przysięgi, że nigdy nie uczyni krzywdy swym braciom (to samo musieli przyrzec mufti Konstantynopola i wielki wezyr Recep Pasza), po czym otrzymali pieniądze, których żądali. 

Murad IV poczuł się upokorzony. On, władca najpotężniejszego państwa na świecie (jak mniemał), musiał ukorzyć się przed zbuntowanym żołdactwem, którego nie był w stanie poskromić ani powagą swego urzędu, ani też groźbą czy prośbą. Nie zapomni im tego nigdy, a ta nienawiść będzie w nim wzrastać przez następne lata. Murad zacznie nawet podejrzewać, że to jego matka stała za owym buntem janczarów, dzięki któremu chciała zabezpieczyć na przyszłość bezpieczeństwo pozostałych synów. Tego było już za wiele, najpierw zamach na jego życie, a teraz to? Murad nie mógł tego darować płazem, to bowiem godziło w jego ambicję i godność. Postanowił pokazać matce że to on jest tu panem i władcą i że od jego woli zależy przyszłość nie tylko wszystkich poddanych Imperium, ale także całej sułtańskiej rodziny (tym bardziej że czytywał również "Rady dla królów" Muhammada Al-Ghazaliego - jednego z najwybitniejszych teologów islamu, który opisywał różnice pomiędzy kobietami a mężczyznami z punktu widzenia teologiczno-prawnego i stwierdzał że kobiety są przez Boga przeznaczone do poddaństwa i uległości, a za jedne z kar, jakimi Allah miał doświadczyć płeć piękną, wymieniał m.in.: menstruację i poród). Pierwsze więc uderzenie wyprowadził przeciwko wielkiemu wezyrowi - Recepowi Paszy. W maju 1632 r. wezwał go do Pałacu i w trakcie rozmowy kazał go zamordować (został ścięty). Nie była to pierwsza egzekucja, jaką dokonał mściwy sułtan, w kolejnych miesiącach dokonano prawdziwego "przewietrzenia" osmańskiej administracji, a sułtan skazywał na śmierć zarówno paszów, jak i zwykłych urzędników (za najdrobniejsze przewinienia). Tym samym chciał pokazać całemu światu że to on tu rządzi. Każde obrady Dywanu, były pretekstem do kolejnych egzekucji (dlatego też wielu dostojników przed udaniem się na obrady, dokonywało przypisanych przez Koran ablucji, aby przygotować się na śmierć). Administracja została zastraszona, janczarzy także siedzieli cicho, a harem całkowicie podporządkowany władcy. 






Kosem realnie w maju 1632 r. utraciła całą polityczną władzę nad państwem. Odtąd sułtan robił co chciał i każdy drżał przed jego gniewem, ponownie też zamknął w Simsirliku swych braci Sulejmana, Kasima i Ibrahima. Nikt już nie śmiał się sprzeciwić porywczemu władcy. Nowy, 1633 r. zaczął się dość pomyślnie, gdyż jedna z haremowych niewolnic okazała się brzemienna i spodziewano się iż wkrótce powije księcia - następcę tronu. W połowie lutego do Konstantynopola przybył poseł z Rzeczypospolitej - Trzebiński, sułtan polecił przyjąć posła nie wielkiemu wezyrowi - Mehmedowi Paszy, tylko gubernatorowi Bośni (oraz byłemu buntownikowi z Anatolii) Abazy Paszy. Polski poseł pragnął przedłużyć pokój z Osmanami na takich samych warunkach, jakie zawarto dokładnie sto lat wcześniej (1533 r.) pomiędzy królem Zygmuntem I Jagiellończykiem a sułtanem Sulejmanem Wspaniałym, ale Abazy Pasza odmówił zawarcia takiego układu. Stwierdził że, Polacy po bitwie chocimskiej (1621 r.) zobowiązali się płacić coroczny wysoki haracz, którego nie uiszczano od ponad dekady i dopiero po wypłaceniu owej zaległej kwoty możliwy będzie pokój pomiędzy Rzeczpospolitą a Imperium Osmańskim. Trzebiński był zdumiony, stwierdził bowiem że nie tylko strona polska pod Chocimiem nie przystała na płacenie jakiegokolwiek haraczu, ale że wręcz te kwestie zostały już uregulowane, podczas poselstwa Krzysztofa Zbaraskiego w 1623 r. Abazy Pasza jednak nakazał podliczenie rzekomych odsetek, które zebrały się na ogromną sumę i zadeklarował że wszelkie rozmowy pokojowe, mogą być prowadzone dopiero po zapłaceniu owej daniny. Sułtan Murad poparł Abazy Paszę i również zażądał wypłaty tych pieniędzy, co spowodowało że poseł Trzebiński musiał opuścić Konstantynopol bez podpisania traktatu pokojowego z Osmanami.

Notabene, traktat ten był bardzo na rękę Rzeczypospolitej, jako że "Moskwicin łamał przysięgę" rozpoczynając wojnę, zwaną wojną smoleńską (1632-1634). Car Rosji - Michał I Romanow na Soborze Ziemskim - 20 czerwca 1632 r. wypowiedział wojnę Rzeczypospolitej, której głównym teatrem było oblężenie Smoleńska (które zaczęło się 18 października). Car wywołała tę wojnę, w celu pomszczenia upokorzenia z lat tzw.: "Wielkiej Smuty" i zajęcia Moskwy przez Polaków (1610-1612), a także w celu odzyskania korony carów rosyjskich, przetrzymywanej w skarbcu królewskim na Wawelu w Krakowie. Równie ważnym powodem, było zmuszenie polskiego króla, aby przestał tytułować się carem Rosji (Władysław IV został wybrany carem jeszcze w 1610 r. - w wieku 15 lat - po zwycięstwie wojsk Rzeczypospolitej w bitwie pod Kłuszynem i zajęciu Moskwy prze Polaków, i od tego czasu wciąż tytułował się carem, oraz królem Szwecji). 1 marca 1633 r. do Krakowa przybył poseł od chana Dżanibeka II Gireja - Ibrahim bej, który w imieniu swego władcy, domagał się "upominków" w zamian za nękanie Rosji od południa. Żądał również wypłaty zaległych "upominków" z pięciu ostatnich lat. Tatarski poseł został zatrzymany w Krakowie, zaś do Bakczysaraju wyprawiono poselstwo, na czele którego stał - Sulejman Rabaj, polski Tatar, który na dworze chana miał zapewniać o chęci utrzymania pokoju. Dżanibek II przystał na pokój i dalszy sojusz, oraz obiecał dalej szarpać Rosję (w tymże roku na Moskwę wyprawił się syn chan - Mubarak Gerej, który na czele ponad 40 000 Ordy, spustoszył południe Rosji).




W sierpniu 1633 r. w pałacu w Kandilli, przyszło na świat dziecko sułtana Murada IV. Nie był to jednak chłopiec, jak oczekiwano, ale dziewczynka, co jednak nie zmieniło stosunku sułtana ani do dziecka ani jego małżonki (a jak już wspomniałem słynął z okrucieństwa, pewnego razu np. kazał usunąć jajniki kilku swoim haremowym niewolnicom). Dziewczynka otrzymała imię - Ismihan Kaya, a jej narodziny zostały uczczone pokazem sztucznych ogni, fajerwerkami i wystrzałami armatnimi z okrętów stojących w stambulskim porcie. Matką dziewczynki była Huricehre Haseki, która po urodzeniu otrzymała prawo przeniesienia się na wyższe piętro haremu, tam gdzie przebywała chociażby sułtanka Kosem. Huricehre, która trafiła do haremu jako podarek dla sułtana Murada ok. 1628 r. i pochodziła ze szlachetnej gruzińskiej rodziny - Maczutadze, teraz stała się sułtańską faworytą (w 1633 r. miała 20 lat), oraz matką sułtańskiej córki. Nie była to jeszcze pozycja taka, jaką cieszyły się faworyty, które urodziły synów, ale gwarantowała pewne bezpieczeństwo i wygodne życie (co ciekawe, Huricehre miała też siostrę, z którą razem przybyły do haremu - Lalezar, ale ta nie wzbudziła nigdy większych względów sułtana Murada i wreszcie została wydana za mąż za Kenana Paszę, gruzińskiego księcia). Sułtan ponoć przez pierwsze dni po narodzinach, nie odstępował swej córki i jej matki, ale wkrótce doszło w stolicy do potwornej tragedii. Radość z narodzin sułtańskiej córki nie trwała długo, wkrótce zmącił ją pożar, który wybuchł w dzielnicy Cibali i bardzo szybko rozprzestrzeniła się na prawie całe miasto. To była tragedia, domy waliły się w gruzy, ludzie uciekali w popłochu, ale wszędzie był ogień, ale wielu mieszkańców udusiło się wpierw dymem, nim w ogóle dosięgnął ich ogień. To była potworna tragedia i choć ogień nie doszedł pod mury sułtańskiego pałacu, również sposobiono się do jego ewakuacji.

Gdy ogień został wreszcie ugaszony, oczom ukazały się ogromne zniszczenia, oraz wielu poranionych, głodnych i spragnionych ludzi, którzy utracili dach nad głową. Ludzie spodziewali się pomocy ze strony sułtana, ale ten jedyne co uczynił to zakazał palenia tytoniu w mieście, twierdząc że to właśnie on był powodem zaprószenia ognia. Zamknięte zostały też wszystkie kawiarnie, gdzie serwowano kawę. Wydano również nakaz, aby wszyscy ludzie po zmierzchu wychodzili na ulice z latarniami w ręku, a kto zostałby złapany bez latarni, lub palił fajkę lub też pił ukradkiem kawę, miał być na miejscu karany śmiercią. Tymczasem aby odwrócić uwagę od spraw wewnętrznych, sułtan wydał pozwolenie Tatarom do wojny z Rzeczpospolitą i jako głównodowodzącego mianował Abazy Paszę. Ten powierzył atak bejlerbejowi uzyjskiemu (Dijarbekir) - Murtezie Paszy. Już w kwietniu 1633 r. wyjechał do wojska, które stacjonowało w Adrianopolu. Murtezę wysłał sułtan nad granicę, zaś Abazy Paszę wezwał do Adrianopola, gdzie podejmował niezwykle wykwintnie przez prawie dwa miesiące, po czym nakazał wrócić do nad granicę. W tym właśnie miesiącu do Adrianopola przybył zwiadowca - Szahin-Aga, który zameldował iż "Lahowie zajęci są wojną z Moskalami i gotowi poddać się z pokorą woli padyszacha". W takiej sytuacji sułtan polecił wpierw Tatarom naruszyć granicę i jako pierwszy, w nocy z 29 na 30 czerwca granicę na Dniestrze w pobliżu Chocimia przekroczył Kantemir, wódz Ordy Nogajskiej. Uderzył on na Podole, gdzie: "wielki plon ludzi, stad, bydeł zagarnąwszy" (jak pisał 5 lipca niejaki Golański, miejscowy poborca podatkowy), sposobił się do powrotu przez granicę. 

Hetman Stanisław Koniecpolski przebywał wówczas w twierdzy w Barze i miał do dyspozycji 2 500 jazdy (gdyż 25 000 żołnierzy walczyło na froncie moskiewskim pod Smoleńskiem). Dowiedziawszy się o tatarskim zagonie Kantemira, ruszył przeciw niemu i dopadł go już w Mołdawii, pod Sasowym Rogiem nad Prutem, gdzie doszło do bitwy (4 lipca 1633 r.). Tatarzy zostali doszczętnie rozbici (uwolniono cały jasyr) a sam Kantemir musiał ratować się ucieczką przez Prut i mało co nie utonął. Ale to była tylko straż przednia, główne siły osmańsko-tatarskie już szykowały się do kolejnego ataku. Hetman Koniecpolski cofnął się do Kamieńca Podolskiego, gdzie oczekiwał posiłków od panów polskich z Ukrainy i Podola. Zbierali się oni niemrawo, ale wreszcie ogółem dostarczyli 8 000 wojska. Teraz dysponując prawie 11 000 żołnierzy, gotował się na starcie z nadciągającym nieprzyjacielem, który 22 października ukazał się naprzeciw Kamieńca w sile 30 000 Turków, 15 000 Tatarów i 10 000 Wołochów (zarówno z Mołdawii jak i Wołoszczyzny). Tego samego dnia jeszcze rozpoczęto szturm na obwarowania Kamieńca, ale po utracie ok. 1000 ludzi, Abazy Pasza wysłał do Koniecpolskiego żądanie natychmiastowej kapitulacji, ale po otrzymaniu odmowy, nie ryzykował większych strat i jeszcze tego samego dnia wieczorem zarządził odwrót. Nie udało mu się też zdobyć mniejszych twierdz, jedynie (po 3-dniowym oblężeniu) poddał się zameczek Studzienna (swoją drogą 50 000 armia osmańska, jedyne co zdobyła podczas tej wojny to... jeden zamek).


 

Abazy Pasza był przerażony, zdając sobie sprawę że sułtan za to niepowodzenie skaże go niechybnie na śmierć. Dlatego też postanowił nieco przechytrzyć los. Wyszukał wśród okolicznych chłopów ładną dziewczynę, kazał ją umalować i przebrać w piękne suknie, po czym wysłał ją do Adrianopola, do sułtana, twierdząc że jest to... córka hetmana Koniecpolskiego. Sułtan uwierzył i darował Abazy Paszy życie, dziewczynę zaś zabrał ze sobą do haremu. Z początkiem grudnia 1633 r. Murad IV powrócił do Konstantynopola, ale wkrótce udał się do Bursy (wcześniej w Izmicie mordując tamtejszego kadiego, gdyż doszły go słuchy iż gnębi on lud), wkrótce też (styczeń 1634 r.) kazał zamordować wielkiego muftiego Konstantynopola, gdyż ten stwierdzał iż władca nie może w tak okrutny sposób sprawować swej władzy. Jego ciało zostało wrzucone na wóz do przewożenia siana i pochowane w piasku nad brzegiem morza, bez żadnych oznak religijnych. Sułtan robił co chciał, mordował kogo chciał i wynosił kogo chciał - nikt (nawet jego matka) nie śmiał mu się sprzeciwiać. W kwietniu 1634 r. sułtan powiedział polskiemu posłowi - Aleksandrowi Trzebińskiego, że "ogniem i mieczem przywiedzie ją (Rzeczpospolitą) do ostatniej zagłady", jeżeli haraczu i wytępienia Kozaków nie otrzyma. Na co poseł miał odpowiedzieć: "tylko podnieść bułat jest w twej mocy, zwycięstwo w mocy Boskiej", odmówił również podpisania jakichkolwiek warunków zapłaty wszelkiego haraczu. Murad IV wiedział już również o polskim zwycięstwie nad Moskwą pod Smoleńskiem, gdzie 1 marca poddał się z całą swą armią (ponad 34 000 żołnierzy) rosyjski wódz - Michaił Szein, który upadł przed królem Władysławem IV na kolana i oddał mu wszystkie sztandary i działa (132, z czego 21 ciężkich armat). Po powrocie do kraju, Michaił Szein został skazany przez cara Michała na śmierć za ową klęskę. 15 czerwca podpisano układ pokojowy polsko-rosyjski, na mocy którego król Władysław godził się zaprzestać używać tytulatury rosyjskiej, za co car 200 000 rubli, zrzekł się na korzyść Rzeczypospolitej "po wieczne czasy" z ziem Białorusi i Ukrainy a także Inflant, Estonii i Kurlandii.

Mimo to sułtan był zdecydowany na wojnę z Polską i 8 kwietnia 1634 r. opuścił Konstantynopol, udając się do Adrianopola, a 9 kwietnia oficjalnie wypowiedział Rzeczpospolitej wojnę. Miał jednak pecha, bowiem pod wrażeniem zwycięstwa nad Rosją, szlachta na sejmie (19 lipca-1 sierpnia) uchwaliła podatki na wojsko, które już kierowano ku Kamieńcowi Podolskiemu, potężnej twierdzy granicznej. W tym czasie najpierw do Wilna (gdzie król Władysław świętował zwycięstwo nad Rosją), a potem do Krakowa, wyprawiony został poseł turecki - Szahin-Aga, który widząc polskie przygotowania do wojny i urządzane mu przed oczami parady wojskowe, zakomunikował swemu władcy że wojna z Rzeczpospolitą, będącą "opitą zwycięstwem" nie jest najlepszym pomysłem i że należałoby się zastanowić nad poszukaniem pokojowego rozwiązania tej sytuacji. Wkrótce też okazało się że Abazy Pasza oszukał sułtana, przysyłając mu brankę, którą przedstawił jako córkę hetmana Koniecpolskiego, tym bardziej okazało się że... dziewczyna jest w diąży a ojcem z pewnością nie był sułtan Murad. Tego było za wiele, Murad był wściekły a cały jego gniew skumulował się właśnie na owym Abazy Paszy, w sierpniu 1634 r. został on z rozkazu sułtana ścięty. Do wojny nie doszło (ku rozpaczy króla Władysława) i we wrześniu sułtan podpisał pokój, który był zaakceptowaniem wszystkich polskich warunków. W hospodarstwach Mołdawii i Wołoszczyzny mieli panować Grecy (którzy jednocześnie będąc lennikami tureckimi, musieli być zatwierdzeni przez polski sejm), obie strony przyrzekały trzymać krótko Tatarów jak i Kozaków i uniemożliwiać im ataki na ziemie drugiego, granica stabilizowała się na Dniestrze, a sułtan oficjalnie rezygnował z jakichkolwiek danin z polskiej strony.

             

PS: W SIECI FURORĘ ROBI FILMIK Z OSTATNIEGO SZCZYTU NATO - GDZIE WIDAĆ POSTĘPUJĄCĄ "CHOROBĘ" JEANA-CLOUDA JUNCKERA. PONOĆ DOPADŁA GO BOLEŚĆ GOLENI PRAWEJ. NO CÓŻ, W TAKIM WYPADKU MOŻE LEPIEJ JĄ AMPUTOWAĆ, BO PO CO TEN CZŁOWIEK MA TAK CIERPIEĆ 😂




ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



CDN.

sobota, 7 lipca 2018

SPOŁECZEŃSTWO DAWNEJ RZECZYPOSPOLITEJ - Cz. I

CZYLI - "ZGODY NAM TRZEBA, 

PANOWIE BRACIA"





"Cnota szlachcicem czyni" - jak mawiano w dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów. No właśnie, szlachta, naród szlachecki, który był sercem i duszą tamtego, potężnego polsko-litewskiego państwa, jaki był naprawdę? co było jego kwintesencją? z czego czerpał swą siłę? i jaką spuściznę zostawił kolejnym pokoleniom Polaków (a raczej Rzeczpospolitan), na te właśnie pytania postaram się odpowiedzieć w tym temacie. Nad kwestią szlachty i szlacheckości bowiem natworzyło się przez dziesięciolecia bardzo wiele mitów lub jawnych przekłamań, szczególnie w tym drugim prym wiedli komuniści. W czasach komuny w Polsce, źródłem wszelkiego zła, ciemnoty, zabobonu i wstecznictwa, była właśnie polska szlachta - gburowata, skorumpowana, skora do waśni i rozróby ("do szabel przyrośnięte pięści" - jak śpiewał w swej pieśni "Tradycja" - Jacek Kaczmarski), oraz myśląca jedynie o własnym interesie. Obraz ten jest oczywiście (jak wszystko co głosili komuniści) mocno przekłamany, ale należy też pamiętać, że po tzw.: "upadku komuny" w Polsce, poczęła się u nas pojawiać chęć, do całkowitej i zupełnie nierozsądnej zmiany podejścia do kwestii dawnej szlachty Rzeczypospolitej. Ponieważ komuniści mówili o tych czasach głównie źle, to teraz na odwrót - zaczęto wychwalać tamto społeczeństwo, nie dostrzegając jednocześnie jego mankamentów. Ja pragnę to wypośrodkować, pokazać siłę i walory szlachty polskiej, z której dziś powinniśmy czerpać przykład i przekazywać następnym pokoleniom, jak również jej wady - o których również musimy pamiętać, gdyż to one właśnie były jednym z czynników, które doprowadziły dawną Rzeczpospolitą do upadku.

To oczywiste, że to szlachta stworzyła tamto potężne polsko-litewsko-ruskie mocarstwo europejskie, które było ostoją tolerancji i wolności w ogarniętej wojnami religijnymi i absolutyzmem władców - Europie. To prawda, że szlachta była ostoją takich wartości, jak tolerancja religijna (Edwin Sandys, angielski polityk, tak oto pisał pod koniec XVI wieku w swym: "A Relation of the State of Religion" - "Relacja stanu Religii" - iż: "Wielka mnogość religii (...) zwłaszcza w Polsce, o której mówią przysłowiowo, że jeżeli ktoś utracił swoją religię, to niechaj jej poszukuje w Polsce, a znajdzie ją z pewnością. Jeśli nie, to będzie mógł uznać, że zniknęła ze świata"), wolność osobista i wolność słowa ("Nikogo nie uwięzim, przód wpierw nie pobijem go prawem" - czyli nikt nie zostanie uwięziony bez sprawiedliwego wyroku sądowego, oraz: "Aby Rząd Pospolity każdego był Doma"), oraz stała na straży prawa i ładu Rzeczypospolitej ("Jesteśmy wyborcami królów, a pognębicielami tyranów, króluj nam, nie panuj (...) Polska twoją matką i blaskiem twoim; kochaj ją, kochaj twoich poddanych, jeżeli chcesz zestarzeć się pomiędzy nami" - mowa, jaką wygłosił hetman Jan Zamojski do króla Zygmunta III Wazy, na sejmie w 1605 r.). To wszystko prawda, podobnie jak i to, że właśnie szlachta w ogromnej mierze przyczyniła się do upadku tamtego mocarstwa, które mogło z powodzeniem stać się prawdziwym europejskim imperium (nieznany z imienia francuski podróżnik, przebywający w Polsce, pisał w początku XVII wieku: "Gdyby Polacy zjednoczyli się w politycznej zgodzie - żaden kraj w Europie nie sprostałby ich potędze, a Azja i Grecja stałyby się ich łatwym łupem", podobnie zresztą pisali inni cudzoziemscy podróżnicy) i zaprowadzić w Europie prawdziwy Pax Polonorum.




Oczywiście nie było to możliwe, jako że szlachta Rzeczpospolitej była... totalnie pacyfistyczna. Zawsze starano się dążyć do zgody i pokoju, dlatego też sprzeciwiano się na sejmach planom wzmocnienia armii, lub dalekim podbojom (czy to Rosji czy Imperium Osmańskiego). Ten swoisty genetyczny wręcz pacyfizm, przejęli Polacy z tamtego, szlacheckiego społeczeństwa. Oczywiście pacyfizm ten nie zakładał nigdy zgody na tyranię czy zamordyzm, na rządy bezprawia lub tylko próbę zniszczenia tego, dostatniego świata, w jakim chcieliśmy żyć. Wówczas naród polski zamieniał się w prawdziwego bojowego wilka w ataku, w orła spadającego na zdobycz. Walka ta, była jednak elementem narodowej "wojny sprawiedliwej", czyli takiej, z której kosztami godzi się cały naród. Ale w narodzie naszym brak było zawsze konsekwencji i determinacji w ukończeniu raz rozpoczętego dzieła. Co z tego że wygrywaliśmy wspaniałe bitwy z (często kilkakrotnie liczniejszym) przeciwnikiem, skoro nie potrafiliśmy zakończyć wojny całkowitym zwycięstwem. Nie dlatego że nie mieliśmy siły czy środków do jej prowadzenia i wygrania, ale właśnie przez nasz genetyczny pacyfizm (jedna, góra dwie zwycięskie bitwy i pokój - taka była mentalność tamtych ludzi). Polacy są ludźmi, którzy nigdy nie potrafili przeprowadzić do końca żadnej rewolucji, zawsze początkowy zapał, zamieniał się u nas w końcu w pijanie koguta. W Europie Zachodniej lub w Rosji, zawsze wszelkie wystąpienia, czy to religijne, czy polityczne kończyły się stosami trupów, gwałtami i prześladowaniami przegranych, u nas... zupełnie inaczej, nawet jeśli dochodziło do wystąpień religijnych i politycznych, zawsze w końcu dążono do ogólnej zgody (przy czym pokonani otrzymywali przebaczenie i wspólnie się jednano). Nie było takiej klasycznej nienawiści, takiej, która wytworzyłaby jakiś inny system społeczno-polityczny (oczywiście na stosach trupów wcześniej pomordowanych). Żyło nam się (a raczej naszym szlacheckim przodkom) w naszym ojczystym Shire, niczym Hobbitom z Władcy Pierścieni.




Nie było u nas determinacji do tworzenia czegoś nowego, gdyż żyło nam się całkiem dobrze i wygodnie na naszym własnym podwórku (polska szlachta była niezwykle majętna, można wręcz powiedzieć że w XVI i XVII wieku prócz Osmańskiej Turcji nie było drugiego tak majętnego narodu w całej ówczesnej Europie, wielu cudzoziemskich posłów i podróżników opisywało to, co widziało na dworach szlacheckich Rzeczypospolitan, jak choćby włoski podróżnik Marescotti, który pisał: "Takiego przepychu, jaki panował u polskich panów nie widziano nigdzie. Cudzoziemiec sądził się przeniesionym we śnie do cudownych pałaców", oraz Francuzi Labourer czy d'Avaux). Było dobrze, bardzo dobrze, nasza kultura święciła triumfy za granicą (w Rosji oficjalnym językiem dworu kremlowskiego, aż do czasów panowania Piotra I Wielkiego czyli do końca XVII wieku, był właśnie język polski, podobnie zresztą jak w krajach od Dunaju po Estonię, Anglicy zawierali swoje umowy handlowe z Rosją w języku polskim, podobnie jak... Chińczycy, którzy również po polsku tworzyli traktaty pokojowe z carską Rosją). W Europie (szczególnie w Anglii) tamtejsi poeci i literaci, pisali swoje dzieła, kierując się polskimi dziełami literackimi (np. William Szekspir, którego twórczość według mnie jest wprost totalnie spisana z dzieł wcześniejszych polskich autorów - temat ten jest niezwykle ciekawy, jeśli zbiorę odpowiednio dużo do niego materiału, jeszcze o tym napiszę, bo sprawa wydaje się ewidentna). Moda polska dominowała w całej Środkowo-Wschodniej Europie. Nasi możni panowie, jednym podjazdem zajmowali księstwa i hospodarstwa mołdawskie, wołoskie, siedmiogrodzkie, po wielokroć podchodzono pod Moskwę, a nasi Kozacy pustoszyli brzegi Morza Czarnego i swymi atakami doprowadzali do paniki sułtanów w Konstantynopolu. I to wystarczało naszej szlachcie - było dobrze, za dobrze. A należy pamiętać że nic nigdy nie jest dane raz na zawsze.

Dziś potęga dawnej Rzeczpospolitej przeminęła, a Polacy są uważani za jeden z wielu "małych" narodów w Europie (tak przynajmniej o nas myślą na Zachodzie), oraz obywateli ubogiego Wschodu. Jaka zmiana prawda - niegdyś to Zachód przyjeżdżał do nas podziwiać potęgę i majętność, a dziś to nas mają za "ubogich krewnych"😀. A przecież w swych sławnych kazaniach sejmowych, ksiądz Piotr Skarga przestrzegał (początek XVII wieku) senatorów, posłów i szlachtę Rzeczypospolitej przed zbliżającą się katastrofą i postulował przeprowadzenie reform ustrojowych, pisał tak: "Utoną wolności wasze i w śmiech się obrócą (...) Ziemie, które się w jedno z Koroną zrosły, odpadną, zaginie język a Polak obróci się w obcy ród (...) Polska bez pana (...) stanie się poddanką tych, którzy dziś przed majestatem Rzeczypospolitej karki zginają (...) Polak wygnany, nędzny, wzgardzony, będzie nogami popychany, gdzie go wpierw poważano". Nie tylko Skarga, wielu innych też przestrzegało, jak choćby Jakub Zadzik: "Szaleje lud nasz, jak to już w starzejącej się Rzeczypospolitej; odrzuca zbawienne rady. Przyjdzie nam poddać się swojemu losowi", ale naród szlachecki, pomny swej wielkości i potęgi - nie słuchał zbawiennych rad i (jak śpiewał Jacek Kaczmarski: "Sejmy, sejmiki, wnioski, veto i nie oddamy praw o włos - ten tłum idący za lawetą, nieświadom co mu niesie los"), kroczył ku swej zgubie. Dziś historia się powtarza, ale nie u nas, tylko w państwach Zachodniej Europy, która, podobnie jak niegdyś Rzeczpospolita Szlachecka, kroczy ku katastrofie, ale takiej, jakiej nie znano tutaj od Renesansu. Europa dziś też odrzuca zbawienne rady, kroczy ku swej zgubie, ale może właśnie tam musi być, taka jest bowiem kolejność losów państw i narodów oraz boski plan dla nas na tym "łez padole". Najważniejsze aby umieć się podnieść z upadku. Jak bowiem pisał Stanisław Staszic: "Upaść może i naród wielki, zginąć tylko nikczemny".




Ale przyszedł XVIII wiek i ukazał się wówczas w całej pełni błędny upór "szlacheckiej braci". Rzeczpospolita stała się wówczas igraszką losu, "chorym człowiekiem Europy", niezdolnym nie tylko do prowadzenia jakiejkolwiek podmiotowej polityki, ale również do obrony własnej Niepodległości. I do tego również szlachta polska dołożyła swój udział. Cudzoziemscy posłowie i podróżnicy, którzy jeszcze wiek wcześniej wyrażali się z podziwem i strachem przed potęga Rzeczypospolitej, w XVIII wieku pisali wręcz z pogardą, (jak brytyjski dyplomata Nathaniel William Wraxall): "Magnateria do gruntu zdeprawowana, skorumpowana i wyzbyta patriotyzmu, jej wychowanie i obyczaje tłumią w niej wszelką iskrę cnót obywatelskich. Magnateria i szlachta zdradzała Ojczyznę za obce pieniądze na sejmach, jednocześnie uważając się za patriotów i twierdząc że tym samym ratują Ojczyznę. To było straszne, parszywe, podłe - brak słów. Kobiety zresztą wcale nie były lepsze, te oddawały się zagranicznym posłom i oficerom, wręcz tabunami, jak pisał Waldemar Łysiak: "Te księżniczki w jasnopapuzich robach, białonóżki w pończoszkach z przeźroczystej pokrzywki, z fryzurami piętrzącymi się jak morskie bałwany, wśród których wczepione w splot włosów okręciki ze złota i korali kunsztownie cyzelowane, te wieczne dziewice po stu kogutach, okładające twarz cielęciną dla regeneracji i nie rozstające się z grattoire (...) wyrabianymi za złota, kości słoniowej i drogich kamieni, te modlące się co niedzielę pobożnisie, które płacą naszyjnikami z pereł za stragan pomarańczy (po perle za owoc), choć nie muszą, ale taki mają gest (jak pani Kossakowska, która sypia z pacyfikującym Polskę generałem Kreczetnikowem), a nie wezmą do ust herbaty jeżeli nie zagotowano jej na węgielkach sprowadzonych z Londynu, gdy plebs żre chleb z kory i żywi się tłuszczem skapującym ze świec podczas pańskich iluminacji (zbyt wiele mąki idzie na puder, by prostak mógł marzyć o codziennym chlebie) - czymże uniewinnią swoją zdradę, bo ptasiej etyki i motylej moralności nie muszą. Zapewne "nie było nic lepszego do roboty", a że robili to prawie wszyscy... To już zbiorowa psychoza". 




Tak, to prawda! To była zbiorowa psychoza powszechnej zdrady, szlachta XVIII wieku dostała małpiego rozumu i uznała że stan niemocy Rzeczypospolitej jest najlepszym z możliwych, gdyż gwarantuje bezpieczeństwo ("słabego nikt się nie boi i nikt go nie będzie atakować" - jak kalkulowano). Ale i tutaj od razu należy dodać, że to właśnie ta sama szlachta, która masowo zdradzała Ojczyznę, upominając się o zagraniczne pieniądze (choć ich nie potrzebowała, ale pobierała je dla zabawy, a Ojczyznę też zdradzała z... nudów. Po prostu większość szlachciurów na pytanie dlaczego sprzedają się obcym dworom, odpowiadała: "Bo i tak nie mam nic lepszego do roboty"), ta sama szlachta, pogrążona w upadku i rozpuście, potrafiła się otrząsnąć i podjąć próbę ratowania upadającego kraju. To właśnie polska szlachta opracowała pierwszą, nowoczesną, europejską konstytucję, zwaną (od daty ogłoszenia) Konstytucją 3 Maja (1791 r.). Państwo i ustrój został totalnie przemodelowany, wprowadzono chociażby dziedzictwo tronu królewskiego oraz stałą armię. Ale było już za późno, gdyż kontrolująca stosunki w Rzeczypospolitej od 1717 do 1788 r. Rosja, w żaden sposób nie mogła się zgodzić na wybicie się Polski na niepodległość, gdyż niepodległość Polski, była równoznaczna z upadkiem międzynarodowej pozycji Rosji. Początkowo wprowadzano w plan taktykę carycy Katarzyn II, która (w jednym z listów do swego ambasadora w Warszawie - Nikołaja Repnina) pisała: "Nie można zaanektować ich państwa, bo trzeba byłoby się dzielić z Prusami, Austrią, Turcją i Bóg wie jeszcze z kim. Po drugie nie można tego zrobić od ręki, gdyż są to znakomici żołnierze, a cały naród, gdy otwarcie zagrożony, przypomina wściekłego wilka w nagonce. Zbyt dużo by to kosztowało. Należy więc zdemoralizować ich do szpiku kości (...)
 Rozłożyć ten naród od wewnątrz, zabić jego moralność (…) Jeśli nie da się uczynić zeń trupa, należy przynajmniej sprawić, żeby był jako chory ropiejący i gnijący w łożu (…), wszczepić zarazę, wywołać wieczną anarchię i niezgodę (…), skłócić tak, aby się podzielili i szarpali, ogłupić i zdeprawować, zniszczyć ducha, doprowadzić do tego, by przestali wierzyć w cokolwiek oprócz mamony i pajdy chleba. Przyjdzie czas gdy sami sprzedadzą swój kraj, sprzedadzą go jak najgorszą dziwkę".

Gdy okazało się, że Polacy nie tylko nie zamierzają już sprzedawać się Rosji i gdy przyjęli prawa, umożliwiające narodowe odrodzenie i wybicie się na prawdziwą Niepodległość, caryca Katarzyna nie mogła tego zostawić i w 1792 r. wybuchła wojna polsko-rosyjska. Wojna ta, została przegrana, ale nie na froncie, nie w bitwach, ale w komnatach królewskich w Warszawie. Bowiem król Stanisław August Poniatowski (niegdyś kochanek carycy Katarzyny), obawiał się jej gniewu i konsekwencji, jakie spowoduje przeciągająca się wojna i... przystał na kapitulację. Kapitulację, pomimo walczącego na froncie wojska. To była kolejna zdrada, tym razem jednak dokonana przez człowieka, który od samego początku (od chwili kiedy Katarzyna II umieściła go na polskim tronie w 1762 r.) był jedynie rosyjską marionetką - swoistą matrioszką, niczym innym. To on właśnie - syn szlacheckiego narodu, przypieczętował upadek dawnej Rzeczypospolitej i jej II Rozbiór (1793 r. pomiędzy dwa państwa - Rosję i Prusy). Po III Rozbiorze (1795 r.) z udziałem Austrii, Polska, niegdyś "Najpotężniejsza twierdza Europy" i jej "Sklepienie", została wymazana z mapy świata. Upadek Niepodległości (a co za tym idzie wolności i swobód), spowodował otrzeźwienie się szlachty z owego marazmu bezsiły i głupoty. Trzy państwa zaborcze - Rosja, Prusy i Austria, stały teraz we wzajemnym sojuszu, który miał nigdy nie dopuścić do odrodzenia się państwa polskiego, a tymczasem młodzi ludzie z dawnej Rzeczypospolitej (oczywiście również głównie pochodzenia szlacheckiego), wyjeżdżali na Zachód, bo tam, rewolucyjna Francja toczyła swe boje na śmierć i życie z owymi krajami zaborczymi. We Włoszech, u boku młodego oficera Napoleona Bonaparte, zaczęły się formować Legiony Polskie, które miały przynieść Ojczyźnie niepodległość. 

Tamte walki jednak wówczas jeszcze owej niepodległości nie przywróciły (choć pamięć tamtych wydarzeń przetrwała w drugiej zwrotce polskiego hymnu narodowego: "Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę,Będziem Polakami. Dał nam przykład Bonaparte, Jak zwyciężać mamy". Następnie u boku Cesarza Napoleona, rozgromiliśmy najpierw Prusaków (1806-1807) a następnie Austriaków (1809 r.). Powstała namiastka dawnej Rzeczpospolitej - Księstwo Warszawskie, ale powszechnie wiedziano że jest to stan tymczasowy, teraz należy tylko rozbić Rosję. Plany rozbicia Rosji i podzielenia jej na małe części, opracował jeszcze ulubiony oficer Napoleona, jego adiutant Antoni Sułkowski (też polski szlachcic), ok. 1797 r. Ale w 1812 r. podczas ataku na państwo carów (owe "więzienie narodów"), Napoleon nie posłuchał próśb księcia Józefa Poniatowskiego, który radził, aby odpuścić sobie marsz na Moskwę, której zdobycie (prócz efekty propagandowego) niczego by nie wniosło do ostatecznego wyniku wojny. To nie Moskwa miałaby być celem ataku (zresztą atak na to tę dawną rosyjską stolicę, musiałby spowodować rozciągnięcie się linii aprowizacyjnych i komunikacyjnych na ogromnym froncie, który zaś mógłby zostać łatwo przerwany przez Rosjan, a zamknięta w Moskwie Wielka Armia napoleońska, musiałaby w końcu się stamtąd wycofać - co też się stało). Celem powinna być... Ukraina. Należało po prostu "odkroić ziemie ukraińskie od Rosji i przyłączyć je do odradzającej się Rzeczpospolitej. Taki krok, musiałby spowodować radykalną zmianę rosyjskiego planu wojennego, który był planem "na wyczerpania". Rosjanie w takiej sytuacji nie mogliby już czekać z atakiem, tylko musieli uderzyć, gdyż utrata Ukrainy, sprowadzałaby Rosję do rzędu poślednich, niewiele znaczących państw azjatyckich, i wypierałaby ją z Europy. Car Aleksander I i rosyjski sztab generalny musiałby wówczas zdecydować się za decydujące starcie na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej. Starcie, którego notabene... nie mógł wygrać. Dlaczego? Otóż gdyby Wielka Armia napoleońska, nie przeszła morderczego szlaku na Moskwę, nie straciłaby tyle energii i środków, jakie były jej udziałem w rzeczywistości. Poza tym, zasilone nowymi poborami i odrodzone Wojsko Polskie, byłoby siłą dorównującą armii francuskiej, a takiej przewagi Rosjanie (którzy ulegali mniej liczniejszej armii napoleońskiej w bitwach) nie mogli wygrać. Wojna byłaby wygrana - zwycięstwo pewne - Rzeczpospolita odrodzona - Rosja upokorzona, rozbita i cofnięta do Azji - Cesarz Napoleon zwycięski. Ale, ten jeden błąd - marsz na Moskwę wszystko przekreślił - ten jeden cholerny błąd!




Upadek Napoleona doprowadził dopiero do wytworzenia się jego mitu (można powiedzieć że ów człowiek naprawdę podbił świat dopiero po swej śmierci, Puszkin pisał np. o Napoleonie tak: "Chwała mu za to, że jako swą spuściznę przekazał ideę wolności całemu światu", Mickiewicz: "Od czasów Jezusa nikt nie zrealizował na Ziemi więcej niż on", Nipperdey: "Na początku był Napoleon", Chateaubriand pisał o Napoleonie jako o: "najpotężniejszym duchu jaki kiedykolwiek ożywiał powłokę cielesną"  Balzac stwierdził: "Człowiek, który był najpiękniejszą władzą, jaką znam", a mieszkańcy Wietnamu i Birmy, opowiadali sobie o: "świętym królu Napoleonie, zesłańcu Niebios", zaś Meksykanie i Kolumbijczycy mawiali: "Napoleon Gran Hombre"), choć Polacy wiernie walczyli do końca u boku umiłowanego Cesarza (w bitwie pod Waterloo, oraz jako jedyni cudzoziemcy, byli wtajemniczeni w plany porwania Napoleona z wyspy św. Heleny). Potem przyszły czasy Powstań Narodowych, które jednak kończył się (z rożnych przyczyn) klęskami. Tam również (głównie) młodzież szlachecka uczestniczyła w tych walkach, starając się odpokutować krwią i poświęceniem grzechy swych przodków.


POWSTANIE STYCZNIOWE
(1863-1864)

0:05 - "WYDAWAŁO SIĘ ŻE DRAGONI NICZEGO NIE POTRAFIĄ DOKONAĆ, A TU OKAZAŁO SIĘ ŻE TO ONI ZAKOŃCZYLI WOJNĘ W TYM KRAJU"

"CO TO ZNACZY ŻE WOJNA SIĘ SKOŃCZYŁA?"

"TO ZNACZY, ŻE TEN OTO DOWÓDCA DRAGONÓW, POJMAŁ OSTATNIEGO POWSTAŃCZEGO WODZA"

"A GENERAŁ BOSAK?"

"GENERAŁ BOSAK? SIEDZI GDZIEŚ PEWNIE W AUSTRIACKIM CHLEWIKU, AWANSOWANYM NA CK ARESZT"

"TO NIEPRAWDA. TO WSZYSTKO NIEPRAWDA"

"JESTEŚMY OFICERAMI IMPERATORA, OŚMIELASZ SIĘ ZARZUCAĆ NAM KŁAMSTWO?"

"TAK, OŚMIELAM SIĘ, OŚMIELAM! JAK PANU NIE WSTYD NOSIĆ TEN MUNDUR?PAN JEST POLAKIEM! (...) PRECZ, TO JEST MÓJ DOM, MÓJ KRAJ, NIEDŁUGO PRZYJDĄ ZZA WISŁY NOWE KORPUSY GENERAŁA BOSAKA I ZNOWU WSZYSCY POLACY PORWĄ SIĘ DO BRONI I NIE ZOSTANIE TU NIKT Z WAS"
 
  
   
              
 Ostatnie wielkie Powstanie, zwane Powstaniem Styczniowym, wybuchło w 1863 r. i trwało ponad rok. W tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych również trwała krwawa wojna domowa, zwana Secesyjną (w której, po obu zresztą stronach konfliktu, także walczyło wielu Polaków).


 



Ta amerykańska wojna była krwawym doświadczeniem wewnętrznej niezgody, jednak nie było tak, że toczyła się ona o zniesienie niewolnictwa na Południu USA (jak dziś głosi wszelkie liberalne lewactwo), zresztą sam Abraham Lincoln był zwolennikiem niewolnictwa (potem to się zmieniło ze względów politycznych i propagandowych). Wojna ta miała podłoże gospodarcze, ale nie o tym tutaj. Chciałbym jedynie stwierdzić, że w trzydzieści lat po zakończeniu Wojny Secesyjnej, gdy Stany Zjednoczone szykowały się na wojnę z Hiszpanią (1898 r.) orkiestry wojskowe grały pieśni wojenne oby walczących wcześniej stron (w tym moją ulubioną "Dixie's Land") - Północy i Południa, aby szybciej zjednoczyć podzielony naród. Tymczasem u nas, kraj wciąż był rozdarty na trzy zaborcze potęgi - carską imperialną Rosję, zjednoczone w 1871 r. przez Prusy Niemcy, oraz Cesarsko-Królewską Monarchię Austro-Węgierską. Kolejne pokolenie, dzieci Powstańców Styczniowych, nie myśleli już o wojnie orężnej, a raczej o bogaceniu się i zdobywaniu środków na wojnę ekonomiczną z zaborcami (głównie z Rosją, która była zalewana lepszymi produktami z Kongresówki, czyli tej części dawnej Rzeczpospolitej, która została włączona do Rosji). Oczywiście pielęgnowano dawne tradycje szlacheckie, śpiewano pieśni patriotyczne, odmawiano modlitwy w kościołach po polsku, ale głównie skupiano się na tworzeniu potęgi gospodarczej rodu i kraju poprzez produkcję i handel (otwierano nowe fabryki, kopalnie, rafinerie, zakłady przemysłowe, banki etc. etc.). 







Ich potomkowie zaś, bardziej przypominali dziadków, niż rodziców, bowiem zaczęli angażować się w konspirację niepodległościową, przygotowywali się w strzelaniu z karabinów i pistoletów na kursach strzelniczych organizowanych np. przez Towarzystwo Gimnastyczne "Sokół" czy też zdobywali swoje pierwsze szlify w harcerstwie. W 1914 r. ci dwudziesto, dwudziestopięcioletni młodzieńcy, doczekali się wybuchu jednej z największych wojen w dziejach Ludzkości - I Wojny Światowej. Wojna ta jednak była (przez świadome czynu niepodległościowego) społeczeństwo polskie, wyczekiwana z nadzieją, gdyż tylko po jej wybuchu można było na nowo odrodzić Polskę z niewoli i zerwać zaborcze kajdany. W sierpniu 1914 r. wojna wybucha i wnukowie Powstańców Styczniowych (którzy to byli dziećmi Powstańców Listopadowych 1830-1831, a ci z kolei byli dziećmi Legionistów Polskich i żołnierzy Wojska Polskiego, walczącego u boku Cesarza Napoleona Wielkiego - każde więc pokolenie Polaków, prócz jednego, urodzonego po 1864 r. miało swoją wojnę o Niepodległość Polski). Pięć pokoleń cierpiało w niewoli przez głupotę swych przodków - piąte pokolenie wywalczyło Niepodległość (swym poświęceniem, zdrowiem i życiem) i zbudowało naszą Najjaśniejszą Ojczyznę, zniszczoną potem przez totalitarnych bandytów - hitlerowskie Niemcy i sowiecką Rosję


NAJDUMNIEJSZA Z POLSKICH PIEŚNI

"MY, PIERWSZA BRYGADA"
("ŻOŁNIERSKA GROMADA, NA STOS, RZUCILIŚMY, NASZ ŻYCIA LOS, 
NA STOS, NA STOS")



Odrodziła się Rzeczpospolita - powstała z mroku dziejów, wyrwana z niego w ostatniej chwili. Należy tutaj jednak dodać, że odrodzenie Polski (jak i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej) było jednym z celów prometejskiej konspiracji, która (od czasów Sułkowskiego) działała konsekwentnie w celu rozbicia Rosji. W 1917 r. udało się owej prometejskiej konspiracji (w połączeniu z innymi siłami zewnętrznymi) doprowadzić zarówno do wybuchu w Rosji rewolucji, jak i jednocześnie do wejścia do I Wojny Stanów Zjednoczonych, co było niezwykle ważnym krokiem na drodze odbudowania dawnej Rzeczpospolitej. Józef Piłsudski - kontynuator myśli Sułkowskiego, konsekwentnie dążył do "rozbicia Rosji", aby to osiągnąć, musiała w tym kraju wybuchnąć krwawa rewolucja, która zmiotłaby dotychczasową, carską władzę, i to się stało (Piłsudski - również szlachcic, już w 1915 r. mówił coś, co nie do końca było jasne, dla jego towarzyszy broni, a mianowicie: "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia"). Rosja miała zostać rozbita i pogrążona w anarchii, a jednocześnie do I Wojny miały wejść Stany Zjednoczone, które doprowadziłyby do klęski Państw Centralnych, czyli Niemiec i Austro-Węgier, bowiem ich zwycięstwo nad Rosją, nie gwarantowałoby niepodległości Polski - oni też musieli przegrać, i przegrali... wszyscy zaborcy dawnej Rzeczypospolitej w 1918 r. przegrali, upadli i skapitulowali. 

Prometejska konspiracja odniosła duży sukces, ale (co bardzo ważne) tworzona była przez dziesięciolecia i dlatego w końcu odniosła sukces. Teraz to odrodzone państwo czekała jeszcze wojna na śmierć i życie z owym potworem, który się wykluł w Rosji (a który był konieczny, aby mogła odrodzić się Niepodległa Polska) - z bolszewickim Mordorem. Ale, podobnie jak we "Władcy Pierścieni", armia bolszewickiego Mordoru została zniszczona, stojąc pod Warszawą, przez manewr oskrzydlający Józefa Piłsudskiego, wyprowadzony znad rzeki Wieprz. 






Dzięki tej i kolejnej wielkiej bitwie (nad Niemnem, obie stoczone w 1920 r.), armia sowiecka przestała istnieć, a Lenin musiał prosić o pokój. Ocalona została nie tylko Polska (na prawie dwadzieścia lat), ale cała Europa, która w przypadku polskiej klęski, znalazłaby się pod bolszewickim butem (Europa była osłabiona krwawą I Wojną Światową, a żołnierze totalnie zmęczeni długimi walkami i niesamowitymi stratami, nie mówiąc o efektach psychologicznych tej wojny, po której zdrowi mężczyźni, jeśli wracali do swych domów, to byli strzępami człowieka, kompletnie fizycznie i psychicznie rozbitymi). Ale to wystarczyło aby odrodzić państwo, natchnąć go nową mocą i wiarą w sukces Niepodległej Ojczyzny - i to się udało, również potomkom tej dawnej szlachty. Bardzo ciekawe są opowieści o oficerach Wojska Polskiego, którzy zachowywali się w dość ekstrawagancki sposób (np. gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski, pewnego razu, będąc w wykwintnej warszawskiej restauracji, rozebrał się do bielizny i wskoczył do wielkiego akwarium, które stało w sali, a gdy właściciel wezwał policję, gdyż Wieniawa nie chciał wyjść, ten z uśmiechem rzekł zdębiałym policjantom, że tera podlega... policji morskiej. Wiele było takich smaczków, postaram się je również umieścić opisując dawną szlachtę Rzeczypospolitej - tych, którzy stworzyli imperium, by potem doprowadzić je do upadku, a następnie... znów wynieść je ku wielkości.  
  




ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



 CDN.
 

czwartek, 5 lipca 2018

JAKA PIĘKNA... PATOLOGIA! Cz. III

CZYLI ROZWAŻANIA NAD

WSPÓŁCZESNOŚCIĄ





No i cóż, ponownie odgrzewam ten temat. Trochę rzeczy bowiem się zebrało do omówienia, a ja (niestety) mam niewiele obecnie czasu wolnego (niestety, obowiązki zawodowe nie pozwalają mi odpocząć, a teraz mam nieco "intensywniejszy" czas w firmie - ale już powoli wszystko wraca do normy. Choć widzę po sobie że nie jestem już młodzikiem i po prostu brakuje mi już energii do innych niż zawodowe czynności - szczególnie dniu wymagającym mojej stałej obecności w firmie. Jakoś tak rozregulował się mój tryb życia, że ostatnio położyłem się na kanapie, oglądając jakieś kreskówki w telewizji - zauważyłem że znacznie częściej wolę włączyć sobie jakąś bajkę dla dzieci, lub program przyrodniczy, niż oglądać politykę, po prostu mam alergię na idiotów i ideologów i nie mogę ani tego słuchać ani oglądać - położyłem się jak zapowiadałem - "tylko na moment" ok. godz. 18:00. Obudziłem się dopiero ok. 24:00 i to tylko dlatego, że moja kobieta też szła spać, gdyby nie to... spałbym dalej), przez co zaniedbałem nieco prowadzenie tego bloga. W każdym razie postaram się nieco podciągnąć frekwencję kolejnych postów, bo mocno spadła (zresztą na razie nie ma wielu nowych tematów, a tylko kontynuacja tych starych). Mam też nadzieję, że (choć na kilka dni) uda mi się w tym miesiącu zrobić mały wakacyjny wypad na (tzw.;) urlop. Zobaczymy jak to wyjdzie, w każdym razie (jak na razie 😋) wracam do tego tematu, a ponieważ dawno nie podejmowałem wielu tematów, postaram się wrócić do kilku "odgrzewanych kotletów". Jako pierwszy - zacznijmy od medialnej manipulacji BBC w Leeds i ich programie ukazującym "polską skrajną prawicę". 



PROPAGANDA MEDIALNA BBC


17 czerwca 2018 r. w brytyjskim mieście Leeds, odbyła się debata, zorganizowana przez polskie środowiska patriotyczne w Wielkiej Brytanii ("Polskie Katolickie Centrum"), pod nazwą: "Debata patriotów w Leeds" (lub "Debata polskiej prawicy w Leeds"). Takie wydarzenie, oczywiście nie mogło ulec uwadze "strażnikom postępu", dlatego też dość szybko, do miejsca, w którym odbywała się owa uroczystość, udała się ekipa brytyjskiej telewizji BBC z zamiarem pokazania widzom "spędu polskich faszystów". Reporterką, która zamierzała doszukać się tam jakichś ekscesów (czegokolwiek, choćby batoników układanych w kształcie swastyki, bicie kobiet czy palenie Żydów, bo przecież powszechnie wiadomo że prawica, a szczególnie polska prawica niczego innego niż to, nie robi), była muzułmańska dziewczyna (emigrantka z Jemenu, ale emigrantka w drugim pokoleniu, która się całkowicie zeuropeizowała), pani Nawal al-Maghafi. Oczywiście nie ona była główną postacią tego przedstawienia, została jednak wysunięta na plan pierwszy, ponieważ ci lzlewaczali, politpoprawni kretyni z BBC, uznali że zapewne jako muzułmanka zostanie tam co najmniej obrażona, jeśli nie przepędzona (a być może liczyli nawet że... zostanie tam pobita, przez tłum dzikich polskich faszystów). To pokazuje na jakich antypodach mentalnych znajduje się obecna neomarksistowska lewica (która lubi siebie czasami nazywać "liberalną") i pokazuje jednocześnie jak bardzo jest przerażona (stąd te wszystkie ataki, stąd drakoński wyrok na Tommy Robinsonie czy Jayda Fransen). Oni naprawdę myśleli, że w Leeds odbywa się jakiś zlot fanatyków, którzy odprawiają tam swoje niecne praktyki, hailując, śpiewając pieśni na cześć Hitlera i... układając swastyki z batoników 😂. 

To pokazuje z czym musimy się mierzyć - totalne spatologizowanie i zlumpienie zarówno mediów, polityków, jak i próby całkowitej nihilizacji wartości i uczynienie ze społeczeństw bezkształtnej masy, która nie wie co ma robić i jak myśleć, a jedyne co umie i co lubi robić - to niekontrolowany seks (który też miałby być pod całkowitą kontrolę władzy - w ogarniętej marksistowskim szaleństwem i muzułmańskim ekstremizmem Szwecji, właśnie wchodzi prawo, na mocy którego para młodych ludzi, przed odbyciem stosunku seksualnego, musi najpierw złożyć oficjalny komunikat że oboje świadomie zgadzają się na ten akt, bo inaczej może to zastać uznane za gwałt. Tylko patrzeć, jak to samo prawo stanie się obowiązującym w europejskim neo-kołchozie). Ale wracając do owej debaty, to wcale nie pani al-Maghafi (dość sympatyczna osóbka, ale od początku nastawiona negatywnie), odgrywała tutaj pierwszoplanową rolę. Prawdziwą prowodyrką całego zamieszania z "polskimi ekstremistami", była pani Maja Rostowska, córka byłego polskiego ministra finansów - Jacka Rostowskiego, która od kilku lat pracuje w BBC i która (podobnie jak tatuś) należy do lewicowej liberalnej międzynarodówki. To ona była moderatorką pytań pani al-Maghafi, to ona korygowała zgodność jej przekazu z "oficjalną linią" i to wreszcie ona była autorką szkalującego brytyjską Polonię (a szczególnie uczestników debaty w Leeds) reportażu, jaki ukazał się w BBC. Jest to przykład swoistej neo-propagandy, której nie powstydziłby się Goebbels. Lenin czy Stalin. Jednym z głównych negatywnych postaci w tym reportażu, stał się Marcin Rola, polski dziennikarz, współtwórca internetowej telewizji wRealu24.pl, który brał udział (współorganizował owo spotkanie w Leeds). Cóż ja mogę tutaj więcej dodać - stwierdzić że to toporna manipulacja dla ćwierćinteligentów to tak jakbym nic nie powiedział. Może po prostu poproszę abyście obejrzeli to sami, wtedy wyciągniecie w tej kwestii swoje wnioski. 

Ja tylko od siebie dodam tylko że - świat idzie w bardzo złym kierunku. Dziś ludzie są sterowani i poddawani praniu mózgów (polityka, uczelnie, kultura, media a nawet internet). Wszystko idzie w kierunku totalnego resetu, który pozwoli na nowo odtworzyć dawne wzorce i wartości. Tym resetem (niestety) będzie krwawa wojna, która pochłonie miliony ludzkich istnień. Pisze to z bólem, bo nie chciałby dożyć takich czasów, ani pozostawić takiej przyszłości swoim dzieciom - ale, zobaczcie, na gnoju nie zbuduje się nic wartościowego ani trwałego. Teren ten najpierw trzeba osuszyć, oczyścić i wyrównać, aby móc w ogóle myśleć o jakiejkolwiek odnowie. Ale miecz Damoklesa wisi nad Europą i światem na cienkiej lince. Ludzkie w swej prostocie są (w ogromnej większości) po prostu głupi. Wydaje im się że życie można spędzić na zabawie i przyjemnościach. Ale za wszystko, za każdy nasz wybór, każdą decyzję przyjdzie nam zapłacić, w taki lub inny sposób. Jak to się mówi - nasze zaangażowanie powoduje konsekwencje, a każda konsekwencja jest wypadkową naszych czynów. Dziś Europa, szczególnie zaś Europa Zachodnia stoi nad przepaścią. W Niemczech wrze (w tym kraju zapewne za jakiś czas, raczej bliższy niż dalszy - dojdzie do krwawej wojny domowej), Szwecja to dziś już państwo upadłe, Francja również ma bardzo poważne problemy. Wielka Brytania, Włochy, Hiszpania - te państwa tez czeka gigantyczny kryzys społeczno-polityczno-gospodarczy. USA, Chiny i Rosja również mają swoje ogromne problemy, które (szczególnie w Rosji, choć nie można wykluczyć że w USA również) doprowadzą do rozpadu tych krajów. 

Mam nadzieję że jedynie Europa Środkowa (a szczególnie Polska, o czym mówiło w swych przepowiedniach i widzeniach wielu mistyków i jasnowidzów) uniknie najgorszego losu i stanie się najbezpieczniejszym miejscem Europy (już dziś wśród wielu ludzi w Niemczech, Francji, czy Szwecji słychać głosy, mówiące: "będziemy musieli uciekać do Polski"), choć pewne negatywne konotacje zapewne dotrą i do nas. Ale myśmy już doprawdy wycierpieli tyle, że bilans ten już dawno przekroczył jakąkolwiek normę. A pamiętajcie Kochani że wszystko zmierza ku równowadze, zawsze i wszędzie (choć oczywiście nie zawsze potrafimy to dostrzec). Ale co tam, mamy przecież czas w Europie - bawmy się ściągając na nasz kontynent miliony muzułmańskich imigrantów z Azji i Afryki oraz organizując parady równości dla osób z zaburzeniami tożsamościowymi (a także spędy feminazistek). Bawmy się, Europo... póki jeszcze możemy, bowiem "To, co jest, już było, a to, co ma być kiedyś, już jest; Bóg przywraca to, co przeminęło (...) nie pojmie człowiek dzieł, jakich Bóg dokonuje od początku aż do końca".       



 OTO MOMENT, GDY EKIPA BBC I PANI al-MAGHAFI (ORAZ WIDOCZNA Z TYŁU PANI ROSTOWSKA - WIDAĆ JĄ JAK SIĘ CHOWA ZA KAMERĄ I POTEM Z BOKU, UBRANA NA CZARNO) POJAWIA SIĘ NA DEBACIE POLSKICH PATRIOTÓW W BRYTYJSKIM LEEDS



  A OTO PRZYKŁAD PRAWDZIWEJ MANIPULACJI - POCIĘTY W KAWAŁECZKI (ZDANIA WYRWANE Z KONTEKSTU I DOROBIONA DO TEGO ODPOWIEDNIA TEZA I KOMENTARZ) WYWIAD PANI al-MAGHAFI Z MARCINEM ROLĄ ORAZ KURIOZALNIE DOBRANI "EKSPERCI", MAJĄCY UWIARYGADNIAĆ (W OCZACH BRYTYJSKIEGO ODBIORCY) PRZEKAZ O POLSKICH, NIEBEZPIECZNYCH FASZYSTACH W LEEDS. 




 TUTAJ CAŁOŚĆ DEBATY MARCINA ROLI I NAWAL al-MAGHAFI. OBEJRZYJCIE SAMI. JA ZE SWOJEJ STRONY PRAGNĘ JEDYNIE NADMIENIĆ, ŻE STOPIEŃ PATOLOGIZACJI MEDIÓW W WIELKIEJ BRYTANII (PODOBNIE JAK I W NIEMCZECH, GDZIE OD 1 STYCZNIA TEGO ROKU, NIE MA JUŻ JAKIEJKOLWIEK WOLNOŚCI SŁOWA W TYM KRAJU), JEST PRZERAŻAJĄCY. WSZYSTKO IDZIE W KIERUNKU NARZUCENIA LUDZIOM JEDNEJ, MARKSISTOWSKIEJ (CZĘSTO ZWANEJ "LIBERALNĄ") NARRACJI, ORAZ CAŁKOWITEJ SPOŁECZNEJ KONTROLI (POPRZEZ SPATOLOGIZOWANE UCZELNIE, INSTYTUCJE I ORGANIZACJE). A NAS - POLAKÓW CI IDIOCI NIECH NAZYWAJĄ "FASZYSTAMI" CZY JAK IM TAM SIĘ PODOBA. PILNUJMY NASZEJ POLSKI, NASZEJ ZIEMI, KULTURY I WARTOŚCI - A GDY PRZYJDZIE CZAS, PONOWNIE OBDARZYMY NIMI ZNISZCZONE I WYKRWAWIONE PAŃSTWA tzw.: ZACHODU. 





ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



CDN.

niedziela, 1 lipca 2018

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. XV

CZYLI JAK TO KRÓL

RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV

PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE

CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO

W KONSTANTYNOPOLU




1645 r.

 IMPERIUM OSMAŃSKIE

Cz. V


Kolejne lata upływały pod znakiem dalszych niepokojów. Z początkiem 1626 r. chan tatarski Mehmed III Girej, wysłał do Konstantynopola swego posła - Zulfikar-agę z prośbą zbudowania u ujścia Dniepru do Morza Czarnego, dwóch twierdz, chroniących Chanat przed atakami Kozaków. W liście, wysłanym do sułtana Murada IV, chan krymski pisał, iż dotychczasowa twierdza, wzniesiona jeszcze za Sulejmana Wspaniałego, obecnie popadła w ruinę i nie nadaje się do celów obronnych, dlatego też proponował sułtanowi wzniesienie dwóch nowych twierdz granicznych, przy czym budowę jednej brał na siebie, a o zbudowanie drugiej prosił sułtana Murada. Ten poparł propozycję chan i nakazał gubernatorom Iflaku i Bogdanu, dostarczenie wszelkich potrzebnych materiałów do budowy owych twierdz, a na zarządcę robót wyznaczył gubernatora Bośni - Hasana Paszę. Prace budowlane ruszyły w kwietniu 1626 r. Wcześniej jednak należało osuszyć koryto Dniepru, a co za tym idzie, wysiedlić lokalna ludność chłopską, które to zadanie zostało powierzone bejlerbejowi Kaffiru. Pewni swego pohańcy, ruszyli teraz na ziemie Rzeczypospolitej, z zamiarem rabowania, palenia i wzięcia jasyru. Prawie 15 000 Tatarów pustoszyło ziemie Ukrainy, biorąc w niewolę okoliczną ludność (wódz tej wyprawy - Buhar, podzielił wojsko na czambuły, aby swobodnie mogły plądrować ziemię i uprowadzoną ludność wlec do wspólnego kosza - czyli tymczasowego obozu). Na polecenie hetmana Stanisława Koniecpolskiego, strażnik wielki koronny - Stefan Chmielecki, dopadł Tatarów pod Białą Cerkwią (9 października 1626 r.) i na czele ok. 5 000 żołnierzy rozbił ich doszczętnie przy niewielkich stratach własnych (po polskiej stronie miało polec jedynie 40 żołnierzy), uwalniając cały jasyr i biorąc wielu jeńców tatarskich (w odebranym Tatarom jasyrze, było wiele dzieci, które następnie odwieziono do Lwowa i innych miast, by oddać je matkom).

Wkrótce potem do Konstantynopola przybył poseł Rzeczypospolitej, który wiózł skargę do sułtana na tatarski napad, jednocześnie podkreślając że władze Rzeczpospolitej dbają o to, aby Kozacy nie dokonywali napadów na tatarskie i tureckie tereny. Sułtan Murad odciął się od tego najazdu, deklarując że nie miał z nim nic wspólnego i że o nim nie wiedział. Na dowód prawdziwości swych słów i zgody pomiędzy obu państwami, postanowił wysłać do chana rozkaz, aby wszystkich Tatarów z Budziaku, przeniósł (czy to dobrowolnie czy też gwałtem) na Krym, jednocześnie nakazał wycofać się z Budziaku owemu Kantemirowi, o którego usunięcie postulował cztery lata wcześniej poseł Krzysztof Zbaraski. Zawarto więc układ, podobny do tego, który zawarł z Sulejmanem Wspaniałym król Zygmunt I w 1533 r., po czym sułtan Murad wysłał kopię traktatu do Bachczysaraju, z nakazem jego respektowania przez Tatarów. Tymczasem źle działo się w armii osmańskiej, oblegającej Bagdad. Żołnierze byli niezadowoleni przedłużającą się wojną, dużymi stratami i ciężkimi warunkami i oto wszystko oskarżyli starego Gurcu Paszę. Kosem chroniła go jak mogła, ale gdy w grudniu wybuchł jawny bunt spahisów, którzy domagali się głowy paszy, deklarując że w przypadku odmowy, sułtana Murada może spotkać taki sam los, jaki dosięgnął sułtana Osmana II, Kosem ustąpiła. Wydała starego człowieka (który siedemdziesiąt lat służył państwu osmańskiemu) na pastwę żołdactwa, które go zamordowało. Nie poprawiło to oczywiście w żaden sposób sytuacji wojsk walczących z perskimi Safawidami, które już w lipcu zostało pokonane pod Bagdadem i zmuszone do odwrotu. 

Klęska na froncie wschodnim nie była dobrym prognostykiem dla młodego władcy i nie mogła zapewnić mu szerokiego poparcia wśród wojska i ludu. Przerażony wizją utraty władzy i śmierci, 14-letni sułtan nakazał muftiemu Konstantynopola, wydać fatwę na swego szalonego wuja - Mustafę (który przebywał w swym trzypokojowym więzieniu, bez okien i drzwi zwanym Simsirlikiem), ale wielki mufti odmówił wydania fatwy (i dzięki temu skazania Mustafy na śmierć), twierdząc że szaleńców nie można skazywać na śmierć. W grudniu 1626 r. zmienił się też wielki wezyr i Hafiza Ahmeda Paszę, zastąpił Damat Halil Pasza. Poza tym rok ten upłynął dość spokojnie, szczególnie w Konstantynopolu, gdzie odbył się ślub i wesele 200 niewolnic z haremu Murada IV, które sułtanka Kosem wydała (z własnych pieniędzy) za lokalnych bejlerbejów i paszów. W 1627 r. wybuchł nowy bunt Abazy Paszy w Anatolii, który szybko opanował duże tereny wokół Erzurumu. Poza tym kotłowało się w Chanacie Krymskim, gdzie niepokorny brat chana Mehmeda III Gireja - Szahin Girej skonfrontował się z Kantemirem, po czym obaj zaczęli gromadzić wojsko do bitwy. Doszło do niej pod Dobruczą, gdzie Kantemir pobił Szahin Gireja i zmusił do ucieczki z Krymu. Z początkiem 1628 r. młody sułtan stanął przed nie lada wyzwaniem, jakim było stłumienie buntu Abazy Paszy w Anatolii i rozwiązanie problemu krymskiego. 




Był to też pierwszy rok, w którym 16-letni Murad zademonstrował swoją niezależność od matki. Po pierwsze, ponownie zaczął zapełniać harem młodymi kobietami, po drugie stawał się brutalny i nie znosił sprzeciwu (jak na swoje lata, był silny fizycznie i często tę siłę demonstrował na swych dworzanach czy kobietach z haremu - pisałem już o jego rozrywce, polegającej na strzelaniu do nagich niewolnic, które zmuszał by nurkowały pod wodą, póki nie pozwoli im się wypłynąć). Często przebierał się w strój zwykłego kupca i wraz ze swą strażą udawał się do miasta, aby obserwować ludzi. Jeśli spotkał pijaków, kazał ich bić, albo też bił ich osobiście - poza tym lubił jak się go bano. Dnie więc spędzał na sprawach państwowych (jeszcze swoje decyzje konsultując z matką), oraz na eskapadach miejskich, podczas których bił i wrzucał do morza tych, których uznał za nieprzestrzegających zasad islamu. Noce zaś spędzał zupełnie inaczej, a mianowicie otaczał się poetami oraz muzykantami, z którymi rozmawiał o poezji i literaturze. Sam również pisał wiersze (pod pseudonimem Muradi). Podczas tych "wieczorków poetyckich" sułtan pił mnóstwo wina, i tutaj już nakazy islamu mu nie przeszkadzały. Coraz częściej też podważał rozkazy sułtanki Kosem, która z każdym miesiącem traciła na niego wpływ. Wreszcie (w 1628 r.) nakazał zamknął w podobnym pomieszczeniu, w jakim siedział jego wuj Mustafa, bez okien i drzwi, swego młodszego brata - Ibrahima. Kosem prosiła go aby cofnął ów rozkaz, gdyż obawiała się że Ibrahim oszaleje w ciasnym pomieszczeniu, do którego nie wpada światło słoneczne, tym bardziej że był jeszcze młody, nie miał nawet 13 lat, ale Murad był bezwzględny. Stwierdził nawet że jeśli Ibrahim nie zostanie zamknięty w Simsirliku, będzie musiał zginąć. Kosem wówczas musiała ustąpić, choć co jakiś czas odwiedzała syna, rozmawiając z nim przez otwór w dachu (otwierany od zewnątrz). 

Kosem uznała że otoczenie jej syna (które notabene sama mu wybrała), czyli jego towarzysze, z którymi chadzał po mieście bijąc i napadając na podpitych ludzi, ma na niego zły wpływ. Brak kobiet, w haremie (które wydała za mąż), uznała za jeden z powodów tego stanu rzeczy, dlatego też to ona właśnie namówiła syna aby zaczął sobie sprowadzać niewolnice, pragnąc go oderwać od towarzystwa przyjaciół. Jednocześnie starała się nie odstępować swego kolejnego swego syna - Kasima, który stanowił dla Murada większe niebezpieczeństwo niż Ibrahim. Po raz pierwszy od uwięzienia Ibrahima, obleciał ją strach, strach przed chłopcem, który jeszcze do niedawna przychodził do jej komnaty, bojąc się spać samemu, a teraz? Teraz siał postrach na ulicach stolicy i w każdej chwili mógł skazać na śmierć jej dwóch młodszych synów. Widziała jak zmieniał się jego charakter, jak ten młody człowiek, którego kochała, coraz częściej wpadał w gniew, na najmniejszą choćby krytykę swoich postaw czy działań. Kosem zaczęła się go bać - dziwne to musi być uczucie, kochać kogoś i jednocześnie się go obawiać. A tymczasem Abazy Pasza wymordował lokalnych paszów i janczarów, po czym kazał wywiesić ich ciała na murach Erzurumu. Sułtan nie mógł znieść tak jawnie wymierzonego w niego policzka i pierwsze co uczynił, to zdjął z urzędu dotychczasowego wielkiego wezyra Damata Halila Paszę, oskarżając go o nieudolność (kwiecień 1628 r.) i na jego miejsce powołał Gazi Ekhema Paszę. Była to jego pierwsza nominacja, którą nie uzgodnił z matką. Kosem jednak nie zaprotestowała, wolała bowiem bardziej nie rozdrażniać syna. 

Ambitny i pełen energii sułtan, zaczął przygotowywać też dwie nowe ofensywy. Jedna, pod wodzą wezyra Gazi Ekhema Paszy, miała zdobyć Erzurum i ukarać zbuntowanego Abazy Paszę, tak, aby pozostawić sobie wolną drogę do zdobycia Bagdadu. Druga ofensywa skierowana była w kierunku Chantu Krymskiego, gdzie również źle się działo. Sułtan zawezwał do Konstantynopola Kantemira, po czym mianował go paszą Giumułu (posiadał już tytuł emira oraz bejlerbeja Oczakowa) i nakazał przygotować atak na Chanat. Jako wsparcie wysłał mu Husejna Paszę (morzem z ok. 90 galerami) oraz Kienaana Paszę (lądem z sipahami i pozostałymi janczarami, których nie zabrał ze sobą Ghazi Ekhem Pasza). Obie ofensywy okazały się zwycięskie. Zarówno Ghazi Pasza zmusił Abazy Paszę do kapitulacji w Erzurumie (listopad 1628 r.), choć w zamian musiał zagwarantować mu nietykalność i uzyskanie sułtańskiej łaski. W grudniu wielki wezyr przywiózł Abazy Paszę do stolicy, gdzie sułtan, pod wrażeniem jego odwagi, nie tylko darował mu życie, ale uczynił również gubernatorem Bośni. Natomiast osmańska flota i armia wysłana do Bakczysaraju, obaliła tamtejszego chana Mehmeda III i w jego miejsce powołała (na rozkaz sułtana) Dżenibeka Gireja. Mehmed III uciekł do Kaffy, gdzie również został pokonany i musiał się ratować ucieczką do Rzeczpospolitej, starając się przekonać króla do inwazji na Krym, w celu przywrócenia jego władzy. W grudniu 1628 r. sułtan Murad mógł o sobie powiedzieć że jest całkowitym zwycięzcą - poskromił bunt Abazy Paszy i wprowadził na tron Chanatu jeszcze bardziej od siebie zależnego władcę. Teraz jedyną osobą, jaką zamierzał poskromić, była... jego matka.




Murad nie zamierzał się bowiem z nią dzielić władzą, nie chciał być popychadłem w ręku kobiet, jak poprzedni władcy, dlatego też wkrótce (już w styczniu 1629 r.) uczynił jawny krok, który wymierzony był w Kosem. Niejaki Hasan Pasza, należał do najbliższych zwolenników jego matki, dlatego też on właśnie stał się celem sułtana. Murad chciał przede wszystkim pokazać wszystkim że to on jest prawdziwym panem Imperium i że nikt nie ma prawa decydować za niego, dlatego też jego uderzenie w Hasana Paszę było przemyślane i jednocześnie... haniebne. Murad bowiem nie zamierzał go zabijać, ale upokorzyć tak bardzo, by wszyscy widzieli kto tu rządzi. Dlatego też nakazał zdębiałemu paszy, aby... rozwiódł się ze swoją młodą żoną. Sułtan miał prawo żądać od swych poddanych każdej ruchomej czy nieruchomej rzeczy, jaka wpadła mu w oko, ale małżeństwo było uświęcone powagą islamu i sułtan nie mógł pobożnemu muzułmaninowi zabrać żony, nawet jeśli ta mu się spodobała. Murad jednak (jak już wspomniałem) nie znosił sprzeciwu i jednocześnie traktował nakazy islamu bardzo wybiórczo. Dlatego też zażądał aby rozwiódł się z żoną. Ten, nie mając wyjścia, wykonał polecenie władcy, po czym Murad włączył dziewczynę do swego haremu, spędzając z nią noc i jednocześnie pokazując, że... może wszystko. To był jawny policzek wymierzony w Kosem, tego nie mogła już darować, dlatego też udała się do niego, aby go zrugać za to świętokradztwo, ale nie przewidziała że Murad może nad sobą nie zapanować. Wpadł bowiem w taki gniew, że o mało co nie pobił swej matki, kazał też jej opuścić Pałac Sułtański i przenieść się do Starego Pałacu (jej wygnanie nie trwało długo, bowiem wkrótce cofnął swój rozkaz i pozwolił jej wrócić do haremu). W każdym razie udowodnił że to on jest panem Imperium i nie zamierza słuchać poleceń nikogo innego, a już na pewno żadnej kobiety, nawet gdy jest ona jego matką.

Kosem widziała że traci swój dawny wpływ na syna, dlatego starała się go nie drażnić i już nie krytykować jego posunięć. Urządziła nawet wielkie przyjęcie z okazji swego powrotu do haremu (1629 r.) na którym sułtan był gościem honorowym. Ofiarowała mu wówczas 12 arabskich koni, pragnąc aby niesnaski między nimi na zawsze ustąpiły. Sułtan przystał na tę propozycję, choć po uczcie zaniemógł. Czyżby trucizna? Okazało się że Murad po prostu się przejadł. Po kilku dniach doszedł do siebie, ale prowadził nieregularny tryb życia, pił dużo wina, jadł różności, poza tym bardzo mało sypiał. Rok 1630 nie przyniósł spokoju. W Chanacie znów wrzało (w listopadzie 1628 r. zbiegły z Krymu Mehmed III Girej i jego brat Szahin Girej ubłagali w Rzeczpospolitej pomoc militarną, w celu obalenia Dżanibeka Gireja. Na Krym ruszyło 4 000 Kozaków pod wodzą Hryćki Czarnego, którzy jednak szybko zawrócili do kraju, po zdobyciu pod Perekopem ogromnych, liczących ponoć 5 000 sztuk, stad koni. W roku następnym jednak ponownie Kozacy ruszyli na Krym, tym razem w sile 23 000 mołojców, wspartych 1 500 Tatarów, wiernych Mehmedowi III Girejowi. Pod Perekopem doszło do bitwy z siłami Dżenibeka Gireja i Kantemira, którego nazywano "Krwawym Mieczem". Bitwa ta, o mało nie zakończyła się klęską Kozaków, gdy zdradzili ich Tatarzy Mehmed Gireja, którzy przeszli na stronę Dżanibeka. Udało się jednak odeprzeć atak tatarski, choć poległo wielu Kozaków, którzy musieli zawrócić. Ci, żądni pomsty, rzucili się z mieczami na Mehmeda III Gireja i zasiekli go na miejscu za ową zdradę, jego brat Szahin Girej uszedł w stepy, po czym przedostał się do Persji. Jeszcze w tym samym roku, ruszyła wyprawa tatarska na Rzeczpospolitą, ale regimentarz Stefan Chmielecki rozbił ich w bitwach pod Kobylnicą i Ujściem).

W 1630 r. do Konstantynopola przybył poseł Rzeczypospolitej - niejaki Korycki, który wynegocjował z sułtanem kolejny układ (30 sierpnia), na mocy którego cofnięto z nad granicy Tatarów Nogajskich i Budziackich (co było nie po myśli Kantemira, ale musiał się podporządkować), obaj monarchowie - król i sułtan, przysięgali iż będą powstrzymywali zarówno Kozaków jak i Tatarów od napadów rabunkowych. Jednocześnie potwierdzono usunięcie z hospodarstwa Mołdawii - Mirona Biernawskiego,  Polaka, który w 1626 r. zdobył tamtejszy tron. Dla wspólnej zgody i pokoju postanowiono iż Mołdawia wróci pod protektorat osmański. Tymczasem w haremie sprawy zaczęły się porządkować, sułtanka Kosem rada była iż jej syn więcej uwagi poświęca nowym niewolnicom z haremu, niż dawnym przyjaciołom, z którymi szwendał się po mieście prowokując rozróby. Na przełomie grudnia 1630 i stycznia 1631 r. w haremie doszło jednak do katastrofy. Jedna z niewolnic (prawdopodobnie z Wenecji) próbowała otruć sułtana Murada, i choć dziewczyna została zmasakrowana, owa próba zamachu wprawiła go w taką furię i doprowadziło do takiego szaleństwa podejrzliwości, iż oskarżał o spisek praktycznie wszystkich, łącznie z własną matką. Mścił się i mordował, kazał np. wtrącił do lochu weneckich posłów (którzy wykupili się przed śmiercią bogatymi darami i złotem dla sułtana, choć w lochach byli bici i maltretowani, tak iż po wyjściu na wolność prawie nie przypominali ludzi). Kazał też udusić kilka haremowych niewolnic, gdy spostrzegł iż poszły do haremowego ogrodu wbrew jego woli. Matkę też podejrzewał o plany zamachu na swoje życie, ale ta ze łzami w oczach przysięgała mu że nigdy by nie podniosła ręki na własne dziecko, obiecała że odtąd osobiście będzie kontrolować każdą niewolnicę, która uda się do sułtańskiego łoża. 





ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



 CDN.