Łączna liczba wyświetleń

środa, 17 października 2018

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. XX

CZYLI JAK TO KRÓL

RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV

PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE

CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO

W KONSTANTYNOPOLU


 1645 r.

IMPERIUM OSMAŃSKIE

Cz. X




Rok 1643 r. przyniósł dwa wydarzenia niezwykle ważne dla sułtana, haremu i całego państwa osmańskiego. Pierwszym z nich było narodzenie się sułtańskiego syna - Ahmeda, którego matką była polska niewolnica Hatice Muazezzi, co oznaczało że oto Ibrahim miał już trzech synów (nie licząc córek) trzech następców tronu. Ale jednocześnie w owym 1643 r., sułtanka Turhan zaszła w ciążę po raz drugi i też spodziewała się że urodzi kolejnego syna. W polityce wewnętrznej potęgował się konflikt sułtanki Kosem z wielkim wezyrem Kemankesem Paszą, oraz konflikt pomiędzy nią a Turhan oraz Turhan a sułtanką Dilasub (matką urodzonego w kwietniu 1642 r. Sulejmana). Jednak znacznie większe problemy zaczęły się potęgować z dala od stolicy i haremowych intryg. W Syrii bowiem wybuchła rebelia na której czele stanął Nasuh Pasazadi, lokalny bej, który jednak szybko został stłumiony jeszcze w tym samym 1643 r. przez wielkiego wezyra Kemankesa Paszę. Znacznie poważniejszy był bunt ludności chłopskiej, zbiegłej ze wsi do miast (W Konstantynopolu na przykład urządzano regularne polowania na "ludzi bez zajęcia", czyli zbiegłych ze wsi chłopów, pragnących w mieście, a szczególnie w stolicy, uzyskać wolność osobistą i zdobyć majątek). Bejowie dawali takim zbiegom czas dziesięciu lat na powrót do rodzinnej wsi, przez ten czas jednak ich daniny mieli płacić sąsiedzi. System więc miał polegać na wzajemnym szpiegowaniu się i donoszeniu o próbach ucieczki bezpośrednio do zarządców majątku. Na niewiele się to jednak zdało, gdyż chłopi i tak uciekali ze wsi do miast, a tam gdy byli ścigani i odsyłani z powrotem pod władzę bejów, wreszcie zmuszeni okolicznościami, zaczęli grasować na drogach Anatolii, Syrii i Rumelii jako pospolici zbójcy. 

Jedno z takich buntów chłopsko-zbójeckich, wybuchło właśnie w 1643 r. pomiędzy Salonikami a Adrianopolem w Rumelii. Zbójnicy i zbiegli chłopi, tworzyli małe oddziały, które napadały na rezydencje możnych panów i bogatych kupców. Wielki wezyr natychmiast skierował w tamten rejon oddziały wojska, które w rejonie Adrianopola wybili rozbójników, a tych, którzy dostali się do niewoli, wbito na pale. Bardzo podobny bunt chłopski wybuchł w tymże 1643 r. w Kirkkilise i też szybko został stłumiony przez władze. Natomiast w Chanacie Krymskim, tamtejszy władca - Mehmed IV Gerej, dotąd przyjazny Rzeczypospolitej i bezwzględnie pustoszący południowe ziemie Moskwy, teraz zmienił strony. Stało się tak, ponieważ car Michał Romanow wysłał do Bakczysaraju niezwykle bogate "upominki" dla chana, z prośba by poszukał sobie innego miejsca do łupienia. I tak też się stało, na przełomie lipca i sierpnia 1643 r. Tatarzy pod wodzą Omara agi uderzyli w znacznej sile na Zadnieprze. Rozłożyli się obozem (koszem) w okolicach Kamyszna (w posiadłości  Wiśniowieckich) i rozpuścili zagony w kierunku Suły i Choroła. Książę Jeremi Wiśniowiecki, właściciel majętności, nie zamierzał im tego darować płazem, a ponieważ słynął z dość upartego i bezkompromisowego charteru, zebrał po zaściankach prywatne poczty i ruszył w pościg za Tatarami, którzy powróciwszy z zebranym po okolicy jasyrem, zwinęli kosz i ruszyli ku Dnieprowi. Książę z pościgiem dopadł ich nad rzeką Surą (6 sierpnia) i w stoczonej bitwie doprowadził do likwidacji Ordy Omara agi, oraz uwolnienia całego jasyru.


 KSIĄŻĘ JEREMI (JAREMA) WIŚNIOWIECKI



Jednak już w grudniu ponownie Tatarzy z wielką armią ok. 20 000 Ordy pod wodzą samego Tuhaj beja, przekroczyli granice i wdarli się na ziemie Rzeczpospolitej (Ukraina). Hetman wielki koronny Stanisław Koniecpolski, dowiedziawszy się o tym, już 10 grudnia wysłał listy przepowiednie do okolicznej szlachty kresowej i wezwał ją na koncentrację wojska do Winnicy. Łącznie zebrano duże siły, 19 130 żołnierzy i 24 działa. 30 stycznia 1644 r. doszło do ostatecznej bitwy w rejonie wsi Ochmatów na Ukrainie, w wyniku której doszło do rozbicia sił tatarskich (decydującym momentem bitwy, był atak księcia Jeremiego Wiśniowieckiego), których poległo ok. 4 000. Potem, aż do Sinych Wód (gdzie stał kosz), trwał pościg za uciekającymi Tatarami, którzy chowali się w lesie, licząc na to że pod osłona nocy, uda im się przemknąć do swego obozu. Konie jednak mieli już maksymalnie wymęczone (jak pisze Stanisław Oświęcim - dworzanin hetmana Koniecpolskiego: "konie zemdlone mieli"). 31 stycznia w rejonie Sinych Wód miała miejsce ostateczna katastrofa tatarskiego kosza. Przerażeni polskim pościgiem Tatarzy, zaczęli masowo uciekać w kierunku rzeki. Lód jednak się załamał pod naporem takiej liczby uciekinierów i w nurtach Sinych Wód utonęło kolejne 4 000 Tatarów. Straty polskie były natomiast niewielkie (mniej niż 100 ludzi). Tuhaj bej powracał na Krym, utraciwszy cały jasyr i doznawszy upokarzającej klęski - był to bowiem prawdziwy pogrom całej Ordy tatarskiej, a zwycięstwo to obiło się wówczas głośnym echem w całej Europie. Wkrótce potem na polecenie króla Władysława IV, hetman Koniecpolski opracował: "Dyskurs o zniesieniu Tatarów", w którym planowano nie tylko likwidację całego Chanatu, ale także wypędzenie muzułmanów z Krymu i zasiedlenie półwyspu chrześcijanami ("Trzeba już raz ten kolec z oka sobie wyjąć" - jak mawiał król Władysław o Tatarach).


 "TUHAJ BEJ ROZSIERDZIŁ SIĘ"



Tymczasem rok 1644 obfitował w kolejne dwa ważkie zdarzenia. Mianowicie w początkach tego roku, sułtanka Turhan urodziła drugiego synka - któremu nadano imię Ahmed (nie przeżyje on jednak roku), oraz nastąpił kres władzy wielkiego wezyra Kemankesa Paszy. Stało się to po części z winy samego wezyra, który zaczął opłacać janczarów, aby dopomogli mu rozprawić się z jego wrogami. Wieści o tym doszły do uszu sułtana Ibrahima, a ponieważ Kemankes nie wykonał pewnego sułtańskiego polecenia (przez roztargnienie lub nawał pracy zapomniał to uczynić) i ośmielił się zwrócić sułtanowi uwagę, że rzecz ta jest błaha i niewarta uwagi w porównaniu z dobrem całego państwa, zgotował swoją zgubę. 31 stycznia 1644 r. został z polecenia sułtana uduszony jedwabnym szalem, a jego miejsce zajął stronnik Kosem - Civan Kapucubasi Mehmet Pasza. Tymczasem tryb życia sułtana wcale nie ulegał zmianie pomimo upływu lat. Wciąż gustował w dziewicach, wciąż też lubił karmić niektóre z niewolnic ciastkami, patrząc jak przybierają na wadze. W czerwcu 1644 r. doszło w haremie do niewielkiego incydentu, który jednak mógł skończyć się tragicznie. Mianowicie sułtan (jak czynił to często), siadał przy sadzawce, przywoływał swe odaliski i po kolei wrzucał je do wody. Czynił tak również ze swoimi synami i córkami, wkładając je do sadzawki. Jednak w pewnym momencie do sułtana podeszło obce dziecko. Obcym było dlatego, ponieważ należało do kobiety, która nim trafiła do seraju, była już w ciąży i zarządca haremowych niewolników tego w porę nie wykrył. Jednak sułtan pozwolił kobiecie urodzić to dziecko.




Przebywało ono więc wraz z dziećmi sułtana, a Ibrahim cenił je nawet bardziej, niż swoje własne dzieci. Gdy więc po wrzuceniu swych synów do sadzawki, wziął na kolana to obce dziecko, wprawiło to sułtankę Turhan w rozpacz. Podeszła ona do Ibrahima i napomniała go aby: "przestał bawić się z bękartem", gdy wokół ma swoje dzieci. To był duży błąd i sułtanka szybko się o tym przekonała, gdy rozwścieczony takim tonem swojej niewolnicy, sułtan Ibrahim chwycił swego syna Mehmeda (którego ona trzymała na rękach) i bezładnie cisnął nim do sadzawki. Przerażenie ogarnęło harem, gdy okazało się że książę stracił przytomność i ma rozbite czoło. Nic poważnego mu się jednak nie stało (choć znamię na czole pozostało mu do końca życia) i wkrótce odzyskał świadomość (Mehmed IV w 1648 r. zastąpi swego ojca na tronie imperium i będzie to ten władca, który w 1683 r. dozna upokarzającej klęski pod Wiedniem), ale niewolnica i jej syn, którego tak podziwiał sułtan, zostali wydaleni przez Kosem z haremu i ze stolicy - polecono im aby udali się jak najdalej w obawie przed zemstą sułtanki Turhan. Był to największy i ostatni przed 1645 r. incydent w haremie. Natomiast rok 1645 rozpoczął się atakiem sześciu maltańskich okrętów, na tureckie statki handlowe, ograbieniem ich i spaleniem. Maltańczycy następnie schronili się na Krecie, należącej wówczas do Republiki Wenecji. W kwietniu 1645 r. sułtan, podżegany przez wielkiego wezyra i hodżę Huseina Efendiego (tego, który wyleczył władcę z impotencji - a sułtan lubił nadawać tytuły swym dworzanom, tak jak pewnego razu nadał stanowiska wodza janczarów i admirała, dwóm swoim muzykom, którzy pięknie grali podczas jednej z nocy miłości. Oczywiście obaj mężczyźni przytomnie odmówili przyjęcia owych godności. Wiedzieli bowiem dobrze, że gdyby je przyjęli, szybko straciliby życie, gdyż janczarzy z pewnością bardzo szybko pozbawili by ich życia), wypowiedział Wenecji wojnę. 

I tak zaczął się konflikt zbrojny we wschodnim basenie Morza Śródziemnego, którego główną areną stanie się wyspa Kreta. Ale właśnie ta wojna, będzie powodem przyspieszenia królewskich planów wielkiej wojny z Imperium Osmańskim i Chanatem Krymskim, o czym w kolejnej części, gdzie opuszczę Imperium Osmańskie i ponownie powrócę do Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

  




ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



CDN.
 

niedziela, 14 października 2018

HISTORIA SPEKULACJI - Cz. I

CZYLI PIENIĄDZE TO NIE WSZYSTKO,

ALE BEZ PIENIĘDZY TO...






Ludzkie dzieje są jedną wielką historią grabieży cudzego mienia. Zauważmy że wszystkie wojny sprowadzały się w zasadzie do jednego celu - przejęcia terytorium i zasobów oraz ludności przeciwnika (zajęcie bowiem wyludnionej ziemi nie ma większego sensu), po to, aby wzbogacić tym samym nasz własny kraj i lud (naród). Przecież wojny nie toczy się dla samej przyjemności zabijania (wykluczając może z tego tzw.: "kwietne wojny" Azteków, toczone w celu zdobycia jeńców na ofiary dla boga Huitzilopochtli , ale społeczeństwo Azteków było głęboko moralnie zdegenerowane od wewnątrz, więc jest to swoisty wyjątek potwierdzający regułę), lecz w celu zdobycia jakiegoś dobra. Z reguły ma ono znaczenie w postaci ziemi, nieruchomości i ludności zdobytej na wrogu, ale może też toczyć się o inne kwestie, równie ważne dla przetrwania społecznego, jak choćby o... kobiety (sławne wojny rzymsko-sabińskie o kobiety). W każdym razie, celem każdej wojny jest zdobycie dobra, którego albo nie ma w naszym kraju pod dostatkiem (lub nie ma go w ogóle - jak choćby wojny górzystej Mesenii z Lakonią o pastwiska), albo też pragniemy przejąć je w celu podniesienia własnego bogactwa oraz pozycji. I o to właśnie toczyły się wszystkie wojny w dziejach świata - by po prostu ukraść cudze dobro. 

Oczywiście wojny nie były do siebie podobne, gdyż walka jaka taka zmieniała się na przestrzeni dziejów. Przede wszystkim wojna zawsze była domeną najbogatszych i wywodzących się z arystokracji. Stanowiła bowiem rodzaj wyróżnienia, a najdzielniejsi byli uważani za najgodniejszych władzy i wszelakich dóbr. Taka metoda walki, wystawiania do boju w pierwszym szeregu najsilniejszych i najlepiej uzbrojonych oddziałów (chłopi i parobkowie, którzy też uczestniczyli w walkach, byli gdzieś w trzecim lub czwartym szeregu - byli też zresztą najsłabiej uzbrojeni). Taktyka walki, polegająca na wystawianiu do boju najodważniejszych i najszlachetniejszych, została potem zmieniona przez Rzymian i... odniosła sukces. Oto bowiem Rzymianie zamienili kolejność, trzy szeregi oddziałów podzielili od najsłabszego do najsilniejszego (Hastati - Principes i Triari), co skutkowało tym, iż po zmasakrowaniu tych najbiedniejszych i najsłabiej uzbrojonych (Hastati), wróg musiał się zmierzyć z kolejnymi oddziałami coraz lepiej walczących i niewymęczonych pierwszym starciem szeregów. Kolejność została zmieniona, chłopi polegli w boju, po to by ci następni - weterani i lepiej urodzeni oraz majętniejsi mogli zakończyć walkę zwycięstwem i przejąć dobra przeciwnika. Oczywiście automatycznie nie oznaczało to utraty honoru, po prostu zamieniono kolejność - polegli ci, którzy i tak byli najsłabsi, a zwyciężali i opływali w dostatki ci, którzy kończyli walkę w glorii chwały (Maria Konopnicka napisała wierszyk dla dzieci pt.: "A jak poszedł król na wojnę": "Grały jemu surmy zbrojne, grały jemu surmy złote, na zwycięstwo, na ochotę. A jak poszedł Stach na boje, zaszumiały jasne zdroje, zaszumiało kłosów pole, na tęsknotę, na niedolę").




W średniowieczu powrócono do starego modelu, gdy w walce potykali się najszlachetniejsi - rycerze, o honor, wybrankę serca czy o króla. Ale wraz z nawrotem do antyku i pojawieniem się renesansu, rycerze zaczęli gnuśnieć. Myśleli sobie, "po co mam ryzykować życie w jakimś boju, skoro mogą za mnie walczyć moi lennicy i poddani, najlepiej chłopi. Oczywiście ja stanę na czele, ale po co mam niepotrzebnie ryzykować życie?". Już w drugiej połowie XV wieku rycerstwo powoli zamienia się w stan szlachecki, gdzie co prawda honor jest ważny i często świadczy o pozycji danego szlachetki, ale poświęcenie w boju już niekoniecznie. Zaczynają się więc tworzyć żołnierze najemni, czyli tacy, co za pieniądze będą walczyć u boku każdego władcy. Ale najemnicy nie są związani ani przysięgą wierności lennej, ani honorem, który zmusiłby ich do walki aż do śmierci za króla i sprawę. Jeśli wróg jest liczniejszy lub jeśli... lepiej zapłaci, dlaczego mają ginąć niepotrzebnie, po prostu przejdą tam, gdzie lepiej im zapłacą, lub jeśli nie ma szans na zwycięstwo ze względu na przewagę liczebną przeciwnika, sami opuszczą swego mocodawcę. Bo to przecież jest biznes, oni w taki właśnie sposób zarabiają na życie. Cóż im przyjdzie z królewskiego złota, jeśli w bitwie stracą życie? Tak więc już od XV (a nawet od XIV wieku) zaczyna się formować nowy model wojownika - najemnik. Oczywiście nie wszędzie ten model się przyjmie, będą wyjątki (jak choćby w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, gdzie stawiano na autorament narodowy, tzw.: wojsko zaciężne np. husaria, czy pancerni - opancerzone oddziały kawalerii.




W Rzeczpospolitej co prawda też zatrudniano najemników, ale głównie stawiano na autorament narodowy, dzięki czemu w naszych dziejach tylko raz doszło do sytuacji, gdy wojska koronne (najemnicze) przeszły na stronę nieprzyjaciela, raz, podczas gdy w czasie wojen XV i XVI a nawet XVII wieku w Europie Zachodniej było to zjawisko dość częste. Zresztą można tutaj podać przykład hetmana Jana Karola Chodkiewicza, który na czele husarii w 1605 r. pod Kircholmem rozgromił ponad trzykrotnie liczniejsze wojska szwedzkie, tracąc przy tym zaledwie ok. 100 żołnierzy, podczas gdy straty Szwedów wynosiły ponad 9 000 ludzi- na prawie 12 000 Szwedów na początku bitwy. On też miał rzecz do jednego z oficerów przed bitwą, który wciąż się mylił licząc szwedzkie chorągwie ze względu na ich liczbę, powiedział doń: "Policzymy ich, jak pobijemy", i tak się też stało). Ale szlachta polska, która też wywodziła się ze średniowiecznego rycerstwa, z czasem też stawała się gnuśna. Należy też pamiętać, że za upokarzające uważała szlachta nie tylko jakąkolwiek pracę fizyczną, ale też paranie się np. handlem. Szlachta uważała że powołana jest do jednego celu - politykowania i walki za Ojczyznę ("Gardła nasze za Ojczyznę ważymy"). Był to więc też do pewnego stopnia stan próżniaczy. Potem w Europie przyszedł czas na armie narodowe, złożone w ogromnej większości już nie ze szlachetnie urodzonych ani z najemników, ale ponownie głównie z chłopów i mieszczan, których powoływano teraz pod broń, karząc im walczyć za króla, wiarę, naród lub ideologię. Zaczęły tworzyć się wielomilionowe armie. Armie narodowe było kolejną formą ewolucji i choć nie potępiam ich formowania, to należy tu od razu dodać że ci, którzy walki pragnęli najbardziej, byli często z dala od bezpośredniej linii frontu - jako generałowie czy dowódcy pułków. 

Oczywiście wiadomo że dowódców się chroni podczas wojny, gdyż ich utrata może doprowadzić do rozpadu każdej formacji, ale współczesne wojny niewiele już mają wspólnego z pojęciem honoru (dziś stawia się zaś na wojnę inteligentna, prowadzoną przy pomocy zdalnie sterowanych maszyn do zabijania - to też jest kolejna forma ewolucji wojowania, ale to również nie ma nic wspólnego ani z honorem, ani z odwagą na polu bitwy. Ostatnim takim wojownikiem-dowódcą, który nie bał się bezpośrednio wjeżdżać w linię walki, był amerykański gen. George Patton, który strzelał nawet do bombardujących samolotów, krzycząc do nich: "Spróbujcie suk...y trafić mnie prosto w nos" - bardzo bał się bowiem postrzału w nos, jeszcze od czasu studiów na West Point). Po co właściwie o tym piszę? Otóż wzrost znaczenia armii najemnych łączy się z rozwojem bankowości europejskiej, czyli z... produkcją pieniędzy z pieniędzy. Było to od początku po dziś dzień niezwykle dochodowe zajęcie, jako że związane było ze spekulacją (pożyczaniem pieniędzy na procent i wykorzystywaniem czynników zewnętrznych na własne potrzeby). Oczywiście pierwsze banki, jakie zaczęły pojawiać się w średniowieczu, były obwarowane dużą zasadą ryzyka i większość z nich po prostu bankrutowała, a to z tej przyczyny iż pożyczając pieniądze władcom na prowadzenie wojen (i opłacenie żołnierzy najemnych), królowie po prostu nie mieli z czego zwrócić tych pieniędzy (w wielu przypadkach), co powodowało że... po prostu nie spłacali długów i przez to banki padały jak muchy (jeden przykład w 1450 r. bank Jacques'a Coeura udzielił wielkiej pożyczki królowi Francji Karolowi VII na podbój Normandii, rok później Coeur był już bankrutem, bo król nie spłacił długów - mimo iż Normandię zajął). 

I o tym właśnie (i temu podobnych operacjach spekulacyjnych) pragnę napisać w tym temacie. Poza tym innym ciekawym wątkiem z tym związanym, jest kwestia tajnych stowarzyszeń i kultów misteryjnych. Poza tym pragnę opisać udział Żydów azjatyckich w procederze spekulacji i produkcji pieniędzy z pieniędzy. Bowiem Żydzi azjatyccy, nie są tymi samymi, których znamy z dziejów Biblii i w ogóle nie są z nimi nawet w najmniejszym stopniu spokrewnieni. Żydzi azjatyccy to Chazarowie, którzy potem zaczęli migrować na Zachód. Nie ma w nich nawet grama krwi Semitów, a pierwotnie wywodzili się z turkmeńskich i mongolskich. Jednak przyjęli we wczesnym średniowieczu judaizm, przez co (wraz z instytucją banków, spekulacji i przepływu pieniądza), stali się najbardziej wpływową grupą wyznającą judaizm i większość z nich do dziś zapewne uważa się za potomków Abrahama, Izaaka i Jakuba, podczas gdy realnie swych przodków mogliby szukać w jurtach stepów Turkiestanu i Mongolii (w Polsce część tego plemienia zwano po prostu "litwakami", czyli innymi słowy ruskimi Żydami, nie tylko nie potrafiącymi jeść nożem czy widelcem, ale również nie respektującymi żydowskich świąt i upijającymi się do rozpuku niczym "ruscy"). Dziś większość Żydów amerykańskich, to w ogromnej części Chazarowie-litwacy, potomkowie pastuchów z turkmeńskich stepów, którzy dzięki temu że przyjęli judaizm, i opanowali sektor bankowy, po dziś dzień w ogromnej większości kontrolują cały świat. To oni wymyślili "przemysł Holokaustu", na którym pragną zarobić, zresztą większa część amerykańskich Żydów (litwaków) podczas II Wojny nie tylko że nie zamierzała pomóc w jakikolwiek sposób Żydom z Europy Środkowo-Wschodniej (a głównie polskim), ale wręcz dążyła do realizacji tego ludobójstwa (z wielu powodów, m.in.: ze względów religijnych, ale również po to, aby później móc się domagać zapłaty za Holokaust i antysemityzm. Opiszę to jeszcze w kolejnych częściach. Wielu z tych sukinsynów, którzy potem zostawali przywódcami państwa Izrael, mówiło wprost że musi umrzeć tyle a tyle milionów Żydów ze wschodniej Europy, których oni uważali nie tylko za podludzi, ale wręcz za... ofiarę całopalną).




Poza tym pragnę też zastanowić się nad przyszłością systemu bankowego, który według mnie w przyszłości będzie musiał ulec zdecydowanej przebudowie. Dysponuje przepowiedniami (których nie publikowałem, ponieważ nie uważam ich za... racjonalne, że się tak wyrażę), które twierdzą że świat przyszłości będzie pozbawiony pieniędzy. W ogóle ma nie być pieniędzy ani banków. Poza tym inną ciekawostką, która też wydaje mi się raczej podejrzana, jest to, iż mowa tam jest o miastach zasiedlanych jedynie przez... ludność Białą, nie ma ani Czarnoskórych, ani Azjatów (być może są dla nich inne miasta w tych przepowiedniach, choć one o nich bezpośrednio nie wspominają). W każdym razie postaram od kolejnego tematu wrócić do tych kwestii. Zacznę jednak nie od średniowiecza, a od starożytności, aby uzmysłowić czytelnikom pewien kontekst (gdy np. czytam iż są przepowiednie w których jest mowa o nieistnieniu banków i pieniędzy, to należy pamiętać że taki okres w historii Ludzkości już był, w starożytności, przed tym, nim Lidyjczycy i Grecy na przełomie VII i VI wieku p.n.e. nie wynaleźli pieniądza). Jednocześnie od razu przejdę do pierwszych tajnych stowarzyszeń (np. istniejące w FBI, które np. współtworzyły ruch feministyczny, oskarżający wszystkich heteroseksualnych mężczyzn o jakąś patriarchalną przemoc wobec kobiet i o jakąś zmowę mężczyzn którzy pewnie jeszcze w jaskiniach uzgodnili że odtąd będą ciemiężyć kobiety i wymyślą sobie do tego patriarchat. Feministki zresztą są dla mnie przykładem totalnej umysłowej eutanazji, ale to rozważania na zupełnie inny temat). No i oczywiście zaprezentuję metody walki z Chrześcijaństwem i Kościołem Katolickim, który jako jedyny ze wszystkich religii opowiedział się ze całkowitym zakazem spekulacji finansowych, co stało w sprzeczności wielu środowisk właśnie zajmujących się produkcją pieniędzy z pieniędzy i na tym opierających (po dziś dzień) swoją ekonomiczną potęgę.






ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



CDN.
 

sobota, 13 października 2018

DOMINATORKI - Cz. I

CZYLI RZECZ O ZNANYCH 

I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII,

KTÓRE POTRAFIŁY 

RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE

MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA





"NIGDY ZA MOIM PRZYZWOLENIEM KRÓL NIE POGWAŁCI MEGO DZIEWICTWA, A GDY BĘDZIE PRÓBOWAŁ WZIĄĆ MNIE SIŁĄ, NIE PÓJDĘ W ŚLADY LUKRECJI, ŻONY COLLATINUSA, KTÓRA PRZECIERPIAŁA ZNIEWAGĘ, A NASTĘPNIE ODEBRAŁA SOBIE ŻYCIE. ZNIEWAGĘ TĘ PRZYPŁACĘ WŁASNĄ ŚMIERCIĄ"

LUKRECJA di ALAGNO
(Która potrafiła tak rozkochać w sobie króla Neapolu - Alfonsa I Trastamara, że ten tracił dla niej głowę, obsypywał prezentami i przyznał pozycję należną królowej. Jej władza była tak wielka, że nikt nie miał prawa skontaktować się z monarchę, jeśli ona wcześniej nie udzieliła na to zgody. Jednocześnie nie pozwoliła królowi się do siebie zbliżyć i pielęgnowała tzw.: "miłość platoniczną". Należy tutaj od razu dodać, że Lukrecja nie pochodziła z królewskiego rodu a jedynie była ubogą arystokratką. Utrzymywała swój wpływ na króla Alfonsa przez dziesięć lat 1448-1458, aż do jego śmierci, po czym została kochanką zwykłego sekretarza królewskiej administracji i miała z nim dziecko. Zmarła w biedzie i zapomnieniu w 1479 r.).
 


Kobiety-Dominatorki, kobiety które własnym wysiłkiem (rozumem, seksapilem lub walorami umysłu), potrafiły podporządkować sobie mężczyzn i zająć pierwszą wśród nich pozycję. Czy takie kobiety istniały lub istnieją? Oczywiście że tak, lecz według mnie osobiście znacznie więcej jest kobiet uległych, które podporządkowują się swemu mężczyźnie. Oczywiście kobiety mają tę przewagę nad mężczyznami, że to... one nas wybierają, a nie my ich. To kobiety decydują który mężczyzna będzie najbardziej odpowiedni dla nich i dla ich przyszłego potomstwa, choć wielu facetów uważa że jest inaczej i że to oni decydują. Ten błąd nieświadomości mężczyzn jest odwiecznym kobiecym przywilejem związanym bezpośrednio z ich seksualnością. Ogromna większość kobiet woli jednak uległość od dominacji (choć dziś przyjęło się wszystko określać mianem "partnerstwa" - ok. ale należy pamiętać, że nawet w najbardziej partnerskim związku muszą istnieć mniej lub bardziej decyzyjne osoby). Mam dobrego znajomego który zawsze był dość nieśmiały w stosunku do kobiet (przy pierwszym poznaniu) i sprawiał wrażenie człowieka nieco wycofanego. Pewnego jednak razu zawiązał znajomość z dość niezależną kobietą, która widać było że lubi przewodzić w związku. Po kilku ładnych miesiącach gdy się znów spotkaliśmy, sytuacja wyglądała następująco - oboje wciąż ze sobą byli, jednak widać było że role w ich związku nieco się odmieniły. Owa Dominatorka, z którą zapoznał się mój znajomy, była... całkowicie poskromiona (jeśli mogę użyć takiego słowa). Teraz są kochającym się małżeństwem a ona jest przykładną żoną i matką. Przyznam się szczerze że nie spytałem się w jaki sposób dokonał jej odmiany, gdyż po prostu głupio pytać o takie rzeczy, ale bez wątpienia ów nieśmiały facet, jakiego znałem i owa niezależna kobieta, zamienili się totalnie rolami. 

Zresztą ja stawiam tezę, że kobieta dominująca to pewna (jakby to powiedzieć) - anomalia, związana z brakiem stanowczości u mężczyzny. Kobieta bowiem wybierając sobie mężczyznę na resztę życia, pragnie mieć w nim nie tylko oparcie, ale również ochronę i swoistego przewodnika przez życie. Jeśli tego nie znajduje w swoim związku, jeśli mężczyzna jest słaby i niezdecydowany oraz na wszystko się zgadza, to ona go wcześniej czy później zdominuje. Nie stanie się jednak tak dlatego że ona tego pragnie, tylko dlatego że po prostu w każdym związku... ktoś musi nosić spodnie że tak się wyrażę. Jeśli facet jest dupa wołowa, to kobieta chcąc nie chcąc musi być silna. Często kobiety testują mężczyzn, na jak dużo będą mogły sobie pozwolić w stosunku do nich i jeśli nie ma żadnej reakcji ze strony faceta, to taka kobieta (będąc zdesperowaną) wejdzie mu wreszcie na głowę i zamieni w totalnego pantofla. Ale to z jej strony jest swoiste testowanie na jak dużo może sobie pozwolić. Tutaj bowiem w grę wchodzi również umiejętność zapewnienia bytu i bezpieczeństwa rodzinie, jeśli bowiem mężczyzna ulega kobiecie, to w jej głowie powstaje myśl że równie szybko ulegnie np. napastnikom, próbującym uczynić jej coś złego i ze strachu nie stanie w jej obronie. A świat w którym żyjemy naprawdę nie jest przyjazny kobietom. One tak naprawdę na każdym kroku są wystawiane na żer, niczym zwierzyna łowna. Kobietę bowiem znacznie łatwiej można skrzywdzić niż mężczyznę i to na wiele sposobów. Dlatego w ich mentalności (a być może nawet w genotypie) zakodowała się potrzeba znalezienia mężczyzny silnego, dającego oparcie i bezpieczeństwo. 

Większość mężczyzn po prostu tego nie rozumie i na tym bardzo często polegają owe kryzysy w małżeństwie lub związku, na niezrozumieniu potrzeb drugiej strony (bowiem mężczyźni w dużej mierze chcą po prostu mieć święty spokój, nie chcą się zbytnio angażować w stosunku do kobiety, bo i tak już ją "zdobyli", teraz więc można osiąść na laurach i odpoczywać w gronie "ogniska domowego". Problem jednak polega na tym, że większość kobiet po prostu wewnętrznie kipi, widząc swego faceta, który zachowuje się jakby mu na niczym nie zależało, tylko papcie, telewizor, gazetka i piwko - to cały jego świat po pracy). Nic wiec dziwnego że część z nich po prostu przejmuje w domu role mężczyzn i zaczynają dominować, choć tak naprawdę pragną tylko pobudzić swego faceta do działania. Stawiają mu więc coraz większe wymagania, a jeśli on ich nie spełnia to albo urządzają karczemną awanturę, albo też zaczynają tzw.: "ciche dni". Dopóki facet nie weźmie sprawy w swoje ręce i nie zacznie ponownie przewodzić w związku, to będzie miał cały czas na głowie "warczącą" na niego żonę, która coraz bardziej będzie traciła do niego szacunek (nawet jeśli go kocha, to widząc jego flegmatyczność i ugodowość, to z czasem naturalnie utraci do niego szacunek i będzie nim pomiatać). Wiem co mówię, bo w życiu widziałem już różne relacje w związkach (swoją droga pamiętam z dzieciństwa, jak kiedyś z siostrą pojechaliśmy do wujostwa na zdaje się ferie szkolne. I pamiętam taką scenę, gdy po zabawie z kuzynostwem zostaliśmy zawołani na obiad. Weszła ciotka z talerzem zupy i z tak... podbitym okiem, że ja sam - nigdy wcześniej nie widząc czegoś takiego, zapytałem się w sposób naiwny i bezpośredni: "Ciociu, co ci się stało?" Nie odpowiedziała i choć miałem wtedy może z osiem lub dziesięć lat, to do dziś przypomina się mi moje głupie pytanie. 

Zresztą nie był to ostatni raz, gdy miała siniaki pod oczami, ale ja wówczas zauważyłem to po raz pierwszy, a wuj był typem osoby nieznoszącej sprzeciwu (natomiast mój ojciec, choć z wujem byli braćmi -sam był osobą łagodną i ugodową, choć oczywiście też do pewnego stopnia, ale zdarzało się że to raczej mama często się na niego obrażała. Pamiętam taką scenę gdy byłem dzieckiem, wracaliśmy z przyjęcia u znajomych rodziców z innego miasta, a ponieważ przyjęcie było zakrapiane alkoholem, wracaliśmy kolejką. I tam mama obraziła się na tatę, bo ten wprowadził nas do innego wagonu, który został odczepiony i musieliśmy czekać na następny pociąg z było to już późno w nocy. Tata jednak nic sobie z tego nie robił, gdy pociąg przyjechał mama usiadła dalej od niego. A on jakby nigdy nic mówił: "Danuś, i tak cię kocham". W pewnej chwili odwróciła się starsza kobieta, siedząca przed nim, na co on... zrobił w jej kierunku śmieszną minę. No cóż, taką relacje w związkach także zapamiętałem. Także, kończąc te prywatne wycieczki, przejdę już bezpośrednio do tematu kobiet dominujących (dominatorek).     



DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPTU




 

"PRZYTULISZ JESZCZE SWE DZIECI, ŻONĘ UCAŁUJESZ I UJRZYSZ DOM SWÓJ, A TO JEST PIĘKNIEJSZE NIŻ WSZYSTKO"

"ROZBITEK"
PAPIRUS Z XIX wieku p.n.e. (XII DYNASTIA)


Królestwem egipskiej kobiety był dom. W nim mogła czynić wszystko, wedle własnej woli i to do niej też należała opieka i wychowanie dzieci. Kobieta egipska miała bardzo silną pozycję w rodzinie i nawet jeśli to mężczyzna był tej rodziny głową, to ona była szyją, która tą głową kręci. Nawet prawo egipskie dawało kobietom silną pozycję w stosunku do współmałżonka. Zdarzało się bowiem że w przypadku rozwodu z jego winy (tzw.: "porzucenie żony"), mąż musiał płacić alimenty i utrzymywać byłą żonę do końca życia (były to rzadkie przypadki związane z pozostawianiem jej w stanie niezamężnym, jeśli bowiem wyszła ponownie za mąż, to były małżonek nie musiał już na nią płacić alimentów i zobowiązany był jedynie do "mienia kobiecego" - które ona wniosła do związku w dniu ślubu oraz 1/3 tego, czego dorobili się wspólnie podczas małżeństwa), jednak jeśli to ona go zdradziła lub porzuciła dla innego, traciła 1/3 swego posagu małżeńskiego, oraz wszelkie inne prawa przysługujące małżonce (w przypadku zdrady małżeńskiej, mąż mógł wręcz żądać aby cudzołożnicę ukarano obcięciem nosa, chyba że rozeszli się w zgodzie). Kobieta bowiem miała wielką władzę w domu swego męża jako żona, ale tylko do czau, gdy nie dopuściła się zdrady. Jeśli zaś została przyłapana na zdradzie, traciła wszelkie prawa jako małżonka i mogła zostać ukarana obcięciem nosa, jeśli tego życzyłby sobie jej małżonek. W przypadku zaś zdrady męża, żona mogła żądać rozwodu na wyżej wymienionych zasadach, plus specjalny "prezent" który jej wówczas przysługiwał, będący równowartością ceny jednego niewolnika. 

Boską opiekunką kobiet w Starożytnym Egipcie, była bogini Hathor (zwana również "Złotą Boginią", "Ręką Atuma" i "Panią Sromu") która miała dwa oblicza. Pierwsze łagodne i kochające, jako troskliwa matka karmicielka i kochająca żona. Ale było i drugie oblicze tej bogini, które bardzo pasowało do dwoistości kobiecego charakteru, otóż było to oblicze agresywne i niszczycielskie, a Hathor zamieniała się tam z łagodnej bogini w agresywną i krwiożerczą lwicę, która dążyła do zniszczenia rodzaju ludzkiego (w mitologii egipskiej miał ją ponoć ułagodzić bóg mądrości Tot). Kobiety w literaturze egipskiej są bardzo często pokazywane, jako takie... niewyżyte seksualnie zdziry, które tylko czekają by zdradzić swego męża z innym mężczyzną. W powieści: "Opowiadania o cudownych zdarzeniach" (XV wiek p.n.e.), mamy do czynienia z żoną kapłana, która namawia do stosunku swego służącego (ogrodnika): "I znów żona kapłana Weba-oner posłała polecenie służącemu, który miał pieczę nad ogrodem: "Niech oporządzi altanę, która jest w ogrodzie, ja bowiem idę tam spocząć". Przygotowano więc w altanie wszystko, czego trzeba. Poszły obie, pani i służąca, i spędziły piękny dzień z prostakiem". W innym utworze pt.: "Prawda i Kłamstwo" (XIII wiek p.n.e.), również mamy do czynienia z bogatą damą, która przygarnia do siebie niezwykle urodziwego ślepca oraz czyni go swym kochankiem: "Wiele dni potem Pani wyszła ze swego domu, towarzyszki jej ujrzały (...) leżącego u stóp wzgórza, tak pięknego, że w całym kraju nie było doń podobnego (...) A kiedy Pani ujrzała ślepca, zapragnęła go ogromnie, widząc że ma piękne kształty. Tej jeszcze nocy położył się z nią i poznał ją tak, jak poznaje mężczyzna, ona zaś tej samej nocy stała się brzemienna chłopcem". 




Następnie owa dama pozwala mężczyźnie zamieszkać w jej domu i traktuje go jak kochanka i służącego. Ze związku tego jednak rodzi się syn, któremu ona długo nie wyjawia tożsamości ojca. Gdy wreszcie to czyni, wskazując iż jego ojcem jest służący, którego przygarnęła, syn w gniewie mówi takie oto słowa: "Trzeba zebrać krewnych z twojej rodziny i postarać się o krokodyla", innymi słowy sugeruje iż matka za swoje przewinienia powinna zostać rzucona krokodylom na pożarcie. Zresztą każda kobieta, która dopuszcza się cudzołóstwa, zostaje w egipskich utworach ostatecznie za karę uśmiercona w brutalny sposób (w pierwszym przypadku żona kapłana Weba-oner została spalona). Kobieta jako pani i dominatorka, jest co prawda pożądana (Dzbanek z Deir el-Medina z ok. XIII wieku p.n.e. opisuje pieśń, jaką śpiewa pewien zakochany, który pragnie zostać niewolnikiem swej wybranki: "Ach, gdybym był Nubijką, wyłącznie na rozkazy mojej Pani! Przyniósłbym jej mandragory, który trzymałbym w dłoni by mogła je wąchać", zaś pewien oficer ponoć pragnie "stać się podnóżkiem swej Pani"), ale tylko do zamążpójścia. Kobieta miała wielką pozycję i cieszyła się szacunkiem w społeczeństwie egipskim, pod warunkiem że była cnotliwa (a utwory egipskie wręcz kipią od przykładów niewieściej niemoralności i niewdzięczności, co pokazuje że prawdopodobnie Egipcjanki dość często prowokowały małżeńskie zdrady, zresztą biblijna żona Putyfara, która próbowała namówić Józefa do spółkowania, była wzorowana  na żonie Anupa, z powieści "Dwaj bracia" - również z ok. XIII wieku p.n.e.: która próbuje uwieść młodszego brata swego męża - Batę. "Moc wielka jest w tobie - codziennie podziwiam twoją siłę (...) Chodź, spędzimy razem chwilę, połóżmy się". Gdy jej się to nie udaje, oskarża Batę przed mężem o próbę gwałtu i pobicie - od razu też przypominają mi się te wszystkie panienki, które po latach oskarżają Cristiano Ronaldo o gwałt, po latach im się nagle przypominało że kiedyś je zgwałcił czy napastował - komedia)  




Egipcjanki bardzo często są pokazywane jako istoty zdegenerowane, niemoralne i stawiane w kontrze do np. Syryjek, Kananejek czy Żydówek, które są nie tylko uległe w łożu, ale jeszcze wierne, posłuszne i oddane swemu mężowi. Nic więc dziwnego że niektórzy z Egipcjan brali sobie za żony kobiety z innych krain, uważając taki model rodziny za najwłaściwszy dla mężowskiego spokoju ducha i ciała (pewien Grek zamieszkały w Egipcie w czasach ptolemejskich w końcu II wieku p.n.e., zatrudniał w swym warsztacie tkackim niewolnice, którym nadawał greckie imiona - być może wszystkie one były Greczynkami, choć nie ma co do tego stuprocentowej pewności. Zachowała się też lista jego 14 niewolnic, oto ich imiona: "Ἀπολλων[ία (Apollonia), Ἀρκαδία (Arkadia), Ἀριστονίκη (Aristonika), Γάζα (Gaza), Διομυσία (Dionizja), Διάνοια (Dianoia), ʽΔημάριον (Dimarion), Ἑλενίς (Elenis), Εὐθήνη (Eutinia), Ἑρ[μιό]ν (Ermiona), Εἰρήνη (Eirini), Ἐβένιον (Evenion), Ἡράκλεια (Heraklea), Θεοφίλα (Teofila)). Niektórzy mężczyźni próbowali "naprowadzać" swoje żony przy pomocy pięści (w jednym z dokumentów z okresu Nowego Państwa, maż musi przysięgać przed sądem że przestanie bić swoją żonę, w przeciwnym razie zostanie orzeczony rozwód i będzie musiał oddać jej cały wspólny majątek, oraz zostanie mu wymierzona kara stu kijów), co było powszechnie piętnowane i karane, jako że póki kobieta nie zdradziła swego męża, należał jej się szacunek jako żony i matki.

Wiele Egipcjanek nie wywodzących się z arystokracji, prowadziły rodzinne biznesy, często żony po rozwodzie zyskiwały spory majątek (w przypadku niewierności swego męża), dzięki czemu mogły kupić albo ziemię, albo też otworzyć jakieś własne przedsiębiorstwo. Natomiast kobiety z rodzin arystokratycznych, dysponujące dużą ilością złota i srebra, nabywały ziemie w paru nomach, co powodowało że kilka z nich stało się prawdziwymi - jak dziś można by rzec - milionerkami. Najczęściej były to jednak kobiety wdowy, lub te po rozwodzie. Zdarzało się też że kobiety same wychowywały dzieci bez pomocy mężów (mamy tego przykład w utworze "Prawda i Kłamstwo"). Co prawda kobiety uboższe miały pod tym względem znacznie trudniej niż kobiety wywodzące się z arystokracji, ale póki nie znalazły sobie kolejnego męża, który by je utrzymywał, musiały jakoś sobie radzić. Arystokratki zaś utrzymywały całą rzeszę służących i niewolników. Dziećmi zajmowały się piastunki (zresztą dzieci i tak do pewnego wieku biegały sobie zupełnie nago i uważano jedynie aby nie przechodziły poza bramy ogrodu, szczególnie zaś baczono ,aby do sadzawek i basenów przydomowych nie przypełzł jakiś gad. Do tego też potrzebni byli odpowiedni ludzie. Podsumowując - kobiety dominatorki nie należały wcale w Egipcie do rzadkości, choć starały się jednocześnie przykryć swój dominujący charakter kobiecą wrażliwością, podstępem i niekiedy cynizmem, zresztą kobieta u władzy w Egipcie była akceptowana, pod warunkiem że wyznaczała sobie cele odnośnie całej społeczności i nie skupiała na sobie samej (podczas gdy mężczyźni mogli się skupiać tylko na sobie i nie było to krytykowane). Przejdźmy zatem teraz do konkretnych przykładów dominujących kobiet w czasach Egiptu faraonów. 






ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



 CDN.

WYŚNIONA NIEPODLEGŁA KONTRA "KAMIENI KUPA" - Cz. I

PORÓWNANIE DWÓCH PAŃSTW -

ODRODZONEJ II RZECZPOSPOLITEJ I

TEJ NASZEJ PO-TRANSFORMACYJNEJ

CODZIENNOŚCI, W KTÓREJ ŻYJEMY




W kapitalnej komedii Stanisława Barei pt.: "Miś" z 1980 r. jest taka scena na zakończenie, w której (prócz pięknej pieśni Ewy Bem), następuje wyjaśnienie słowa "Tradycja", które w trakcie filmu co jakiś czas się pojawia w zabawnych dialogach (np. że tradycja to ekstradycja itp: "Jeżeli by nam ktoś na przykład porwał naszą furę i by go złapali, to nam muszą oddać samolot, rozumiesz? To jest właśnie tradycja, że nam muszą oddać" - "Samolot? Na jakiego wała nam samolot? A furę?" - "Furę też"). Otóż owe wyjaśnienie słowa "Tradycja" brzmi: "Tradycją nazwać niczego nie możesz, i nie możesz uchwałą specjalną zarządzić, ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja, to dąb, który tysiąc lat rósł w górę, niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dzieł, jest borowym murem, to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza, to ludu śpiewanie, to ojców mowa, to nasza historia której nikt nie zmieni. A to, co dookoła powstaje od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy". Pozwoliłem sobie rozpocząć tym właśnie wątkiem, aby uzmysłowić szanownym czytelnikom wagę porównawczą opisywanego tematu. Mianowicie pragnę teraz zaprezentować porównanie dwóch państw - II Rzeczpospolitej Polski, kraju odrodzonego niebywałym trudem, zrodzonego z cierpień, potu, przelanej krwi i marzeń pokoleń Polaków jęczących w niewoli, z tym oto dzisiejszym państwem polskim, które oficjalnie nazywane jest III Rzeczpospolitą, ale jest to określenie całkowicie błędne. Błędne nie tylko dlatego, że to państwo powstało w wyniku umowy kilku osób, komunistycznej elity złożonej w dużej mierze z "wojskówki" i służb specjalnych, oraz tzw.: "konstruktywnej opozycji" solidarnościowej (złożonej w dużej mierze albo ze zwykłych kapusiów, albo też z marksistowskiej młodzieży lat 50-tych i 60-tych, którzy wcześniej walczyli o marksistowski model państwowy i krytykowali Gomułkę za... odchodzenie od wzorców leninowskich).

Sowiecka koncepcja przebudowy ustrojowej z lat 50-tych (czyli pieriestrojki), została zrealizowana dopiero w drugiej połowie lat 80-tych, gdy stało się jasne, że komunizm w jego bolszewickiej formie jest nie do uratowania w dłuższej perspektywie czasowej i aby utrzymać władzę, znaczenie i pieniądze, należy doprowadzić do przebudowy w duchu "transformacji". Swoją drogą KGB już z końcem lat 70-tych zaczęła powoli realizować te założenia, ale najpierw należało wyciąć lub zmarginalizować wszystkich tych tzw.: "twardogłowych" komunistów w KPZR, którzy wyrośli w czasach Lenina i Stalina i przesiąknięci byli wiarą w nieunikniony triumf komunizmu bolszewickiego (leninowskiego). Ludzie ze służb specjalnych byli zaś pragmatykami, oni wiedzieli że uporczywe trzymanie się kursu komunizmu, doprowadzi do tego, że cała te lódź, którą oni płynęli pod nazwą Związku Sowieckiego, po prostu utonie topiąc ich wszystkich. Aby więc utrzymać władzę, tą samą którą mieli dotąd, należało wykonać jakiś ruch pozorowany, jakąś zmianę, która pozwoli skupić i zakonserwować (niczym w formalinie) emocje oraz nadzieje milionów ludzi na prawdziwą zmianę i upadek komunizmu. Należało więc zmienić wszystko w taki sposób, aby... wszystko zostało po staremu. W tej kwestii wrócono więc do starej koncepcji Ławrientija Berii, który po śmierci Stalina w 1953 r. próbował wprowadzić właśnie taki model pieriestrojki, ale bardzo szybko został przyhamowany i zastrzelony na własnej daczy, przez ludzi z kręgu Nikity Chruszczowa, Leonida Breżniewa i im podobnych, którzy uznali że zmiany, jakie próbował wprowadzić Beria, godzą w podstawy państwa sowieckiego i ich własną pozycję oraz przywileje (tutaj mieli rację). Gdy już w 1985 r. Michaił Gorbaczow ogłosił swój program pieriestrojki, była ona przygotowana już od kilku lat i gotowa do wprowadzenia (podobnie jak deklaracja Angeli Merkel z 2015 r. zapraszająca muzułmanów do Niemiec, była jedynie końcową fazą przygotowań, trwających kilka lat wstecz).




Potem KGB pomogła przeprowadzić taką samą "transformację ustrojową" w "bratnich demoludach" i nagle okazywało się w poszczególnych krajach, że komunizm upadał tam... z dnia na dzień. Ten sam komunizm, z którym walczyło i w wyniku którego życie straciły miliony ludzi, ten sam komunizm nagle zniknął w przeciągu jednego dnia (w Polsce taką "pożyteczną idiotką", która ogłosiła "upadek komunizmu", była aktorka Joanna Szczepkowska, mówiąca że: "dnia 4 czerwca 1989 r. skończył się w Polsce komunizm"). Wszystko zostało po staremu, zmieniono jedynie fasadę (nazwę państwa i instytucji, usunięto kilku najbardziej skompromitowanych komuchów, dając im sowite emerytury, dopuszczono do władzy tzw.: "rozsądną opozycję" i uzgodniono że władzę "raz sprawujemy my, a raz wy") poza tym nic się nie zmieniło - wojsko, gospodarka i polityka (przede wszystkim służba dyplomatyczna - gdzie do dziś jeszcze jest wielu postkomunistów, jak choćby syn stalinowskiego figuranta, agenta NKWD i Gestapo - Bolesława Bieruta), pozostały w tych samych rękach, w których były dotąd. Zmieniła się tylko dekoracja dla ludu, zaś realny świat władzy i polityki pozostał nienaruszony. Następnie wyłoniono elity, które miały własną twarzą firmować to "nowe" państwo. Elity te oczywiście w dużej części złożone były albo z tajnych współpracowników komunistycznej służby bezpieczeństwa Polski Ludowej, albo z nomenklatury (służby, media, partia), albo też z tzw.: "pożytecznych idiotów" (których wysyp obecnie jest wręcz katastrofalny). I na tych właśnie podstawach mieliśmy budować nowe postkomunistyczne państwo, państwo w którym komunizm upadł w przeciągu jednego dnia (a wcześniej zaprowadzany był przez dekady). I nad wszystkim tym sprawowali pieczę ludzie dawnych służb specjalnych (oczywiście "odstrzelono" paru trybików z resortu - głównie tych na dole - po to aby uwiarygodnić się przed społeczeństwem, iż oto następuje prawdziwa dekomunizacja). Tak właśnie narodziła się III Rzeczpospolita Polska.          




Był to kraj zbudowany na gównie (na zgniłych kompromisach, śmierdzących życiorysach, nobilitacji agentów i sprzedawczyków i wywyższaniu tych ludzi, którzy albo genetycznie albo też ideowo byli zupełnie wrodzy jakiejkolwiek idei polskiej niepodległości i suwerenności o dążeniu do śmiałych wizji w ogóle nie wspominając). Tworzyli go ludzie, którym imponowało iż po transformacji ustrojowej, mogą żyć tak, jak na Zachodzie, czyli w luksusach (podczas gdy ogromna większość społeczeństwa dopiero powoli się odradzała z nędzy i szarzyzny komunizmu). Wyprzedano "rodowe srebra" (czyli wszystko to, co można było sprzedać, jednocześnie prywatnie na tym zarabiając) za bezcen (fabryki, stocznie, kopalnie, firmy, prasę, ziemię, wszystko co dało się sprzedać). Efekt tego jest taki, że Polska była realną ekonomiczną półkolonią Niemiec. Politycznie nie znaczyliśmy nic przez te prawie trzydzieści lat. Ogromna większość polskiego rynku medialnego została... sprzedana zagranicznym (głównie niemieckim) koncernom, tak że do dnia dzisiejszego ponad 90 % polskiej prasy jest w rękach niemieckich (nie mówiąc już o wielu portalach internetowych i telewizjach i radiu). Czy jakikolwiek normalny, szanujący się kraj, byłby zdolny uczynić coś takiego, by wyprzedać w obce ręce cały swój ekonomiczny i medialny potencjał? Czy np. w Wielkiej Brytanii byłoby możliwe, aby francuskie lub niemieckie spółki i koncerny kontrolowały ponad 90 % rynku medialnego w Anglii? To byłoby chyba szaleństwo prawda? To samo w Niemczech, we Francji, w jakimkolwiek szanującym się kraju zachodniej Europy byłoby to nie do pomyślenia. A w Polsce to stało się faktem, dzięki temu iż budowaliśmy nowe, postkomunistyczne państwo na gównie.

I w tym właśnie temacie pragnąłbym odnieść się to porównania potencjałów, idei, działań i twórczych zamierzeń (tych zrealizowanych i tych nie zrealizowanych) odbudowanej wielką daniną krwi i poświęcenia II Rzeczypospolitej - państwa co prawda nie idealnego (a które jest idealne, chyba tylko Związek Sowiecki zawsze był idealny), posiadającego swoje wady, ale jednak naszego własnego, stworzonego z marzeń poprzednich pokoleń pragnących Niepodległości. Państwo to ma ogromne dokonania - powstrzymanie Armii Czerwonej w 1920 r. idącej w swym "wyzwolicielskim" marszu na Europę, skonsolidowanie państwa, złączonego z trzech zaborów, rozbudowa wojska, stworzenie siły morskiej, budowa portu w Gdyni (która w przeciągu piętnastu lat (1923-1938), stała się z rybackiej wioski, najnowocześniejszym portem Bałtyku), rozbudowa gospodarki i przemysłu (m.in. stworzenie Centralnego Okręgu Przemysłowego - 1937-1939, Magistrali Węglowej Gdynia-Śląsk - 1926-1933), podjęcie się śmiałych planów (zdobycia kolonii zamorskich dla Polski a Afryce - Madagaskar, Liberia lub Ameryce Południowej - Brazylia). Według śmiałych ekonomicznych analiz z 1938 r. Polska w przeciągu piętnastu kolejnych lat do 1954 r. miała dorównać pod względem rozwoju ekonomicznego i dobrobytu najbardziej rozwiniętym krajom Europy. Były śmiałe plany polityczne (Międzymorze, Koncepcja Federacyjna, Prometeizm), było realne myślenie kategoriami państwa o inklinacjach mocarstwowych, było nawiązanie do tradycji poprzednich pokoleń (kult Rzeczpospolitej Obojga Narodów, pamięć minionych Powstań, wielki szacunek do byłych, Powstańców Styczniowych z 1863 r. którzy jeszcze żyli w latach 20-tych i 30-tych XX wieku).


    

 Ale przede wszystkim myślano w kategoriach przyszłości. Powstawały nowe wynalazki (hologram, telefonia świetlna, walkie-talkie, "promienie śmierci", kolorowa fotografia, o takich detalach jak kamizelka kuloodporna, zszywacz biurowy, obrotowa wieżyczka czołgów czy peryskop nawet nie wspominając). Jedynie czego tamtej Polsce zabrakło, to czas, aby dokończyć dzieła. Dane naszym przodkom było żyć tylko w zaledwie dwudziestu latach niepodległej Polski. To jest tak niewiele że szkoda gadać, to mniej niż jedno pokolenie, a mimo to osiągnięto naprawdę dużo. Niestety, we wrześniu 1939 r. ten proces modernizacji i umocarstwowienia naszego kraju, został brutalnie przerwany wspólną inwazją dwóch totalitarnych bandytów - nazistowskich Niemiec i Związku Sowieckiego. A potem ponad pięć lat niemieckiej okupacji, sowieckie "wyzwolenie" i kolejne 45 lat podległości tym razem Moskwie. A po 1989 r. jak już wspomniałem, powstało państwo budowane na gównie, państwo bez godności, bez tradycji (co ciekawe, odcinało się od tradycji komunistycznej, z której się bezpośrednio wywodziło, a jednocześnie nie miało nic wspólnego z tradycją dawnej Polski, zarówno tej międzywojennej, jak i tej dawnej, szlacheckiej Rzeczypospolitej). Państwo, dla którego głównym (i jedynym) celem było wstąpienie do NATO i Unii Europejskiej, bez żadnych dalszych planów z tym związanych na przyszłość. Państwo, dla którego "polskość to była nienormalność", dla którego podstawą gospodarczego rozwoju kraju, była sprzedaż przemysłu, mediów i handlu w obce ręce, a szczytem marzeń Polaków miało być pracowanie w zagranicznych korporacjach co najwyżej na stanowisku kierownika, a przede wszystkim (czym wręcz się chwalono), to była "tania siła robocza".




 Są jeszcze dwie kwestie, które stanowią o sile dawnej Polski nad tą dzisiejszą. Pierwszą z nich jest... przyciąganie do siebie ludzi z innych krajów i kultur, którzy stali się Polakami. Takich przykładów spolonizowanych obcokrajowców, można podawać wiele że wymienię jedynie niemieckie rody: Hallenburgów, Unrugów, Biedermannów, Kindermannów, i francuskie: Longchampów i Vironów. Ale przecież takich przypadków było znacznie więcej - jak choćby firma Wedel, założona przez Niemca Karla Ernsta Heinricha Wedla w 1851 r. w Warszawie - do dziś Wedel kojarzy się z polskim nazwiskiem i polską firmą cukierniczą, tak popularną, że nawet komuniści wprowadziwszy nową nazwę "Zakłady im.: 22 lipca" dodawali "dawniej Wedel". Karl Ernst Wedel bardzo szybko się zresztą spolonizował a jego dzieci byli już uważani za Polaków. Ciekawym przykładem jest także moja rodzina. Czegóż tu bowiem nie ma, są Niemcy (od strony ojca), są komuniści (ojciec mojej babci był przedwojennym polskim komunistą i należał do KPP, został zamordowany prawdopodobnie w 1943 r. w niemieckim obozie koncentracyjnym w Gross-Rosen. Moja babcia zawsze mówiła jakim wspaniałym człowiekiem był jej tata, że zabierał ją na karuzelę, że nosił "na barana" itd. Zresztą, to właśnie zapamiętało 9-letnie dziecko, które w wyniku II Wojny zostało oddzielone od ojca), są nawet... upowcy (jakaś dalsza rodzina o której nawet nie mam pojęcia, ale słyszałem że jeden z nich był członkiem Ukraińskiej Powstańczej Armii). Są zwolennicy gen. Hallera (mój pradziadek należał do Błękitnej Armii Hallera, z którą w 1920 r. walczył u bram Warszawy z bolszewickim najazdem), są także zagorzali piłsudczycy (w mojej nie chwaląc się osobie). Tak to niezwykle pogmatwanie układają się ludzkie losy wielu rodzin, nie tylko mojej, należy jednak pamiętać że polskość była niezwykle atrakcyjna dla wielu obcokrajowców, nawet wówczas, gdy Polski na mapie świata nie było i nie istniało państwo, którego obywatelstwo mogliby uzyskać.




Drugą ciekawostką, jest niezwykły (na tle Europy, a nawet świata) stosunek Polaków do kobiet. Czasem oglądam pewne wypowiedzi zagranicznych przywódców (np. prezydentów Stanów Zjednoczonych), którzy mówiąc o odwadze żołnierzy na polu bitwy, najpierw zawsze wymieniają mężczyzn, dopiero potem kobiety. Mnie to w pewien sposób raziło, chociażby dlatego, że u nas, w Polsce kobiety są zawsze wymieniane jako pierwsze. Kobiety pierwsze przepuszcza się przez drzwi, jako pierwsze się je wita podczas jakichkolwiek spotkań itd. Ten niezwykle pro-kobiecy stosunek Polaków, ma swoją długa tradycję, gdyż kobiety w naszych dziejach zawsze były praktycznie równe mężczyznom. Nasze panie nie potrzebowały feminizmu, aby wyzwalać się z "okowów patriarchatu", gdyż od zawsze (w mniejszym co prawda stopniu ale jednak) budowały społeczeństwo "Wolnych z Wolnymi i Równych z Równymi". Dlatego nie dziwi mnie, gdy zagraniczni dziennikarze, odwiedzający i piszący o naszym kraju, są tak bardzo tym faktem zaskoczeni. Podobnie jak słowacki publicysta - Jaroslav Daniška, który na portalu postoj.sk pisze tak:

"Dla tych, którzy przez jakiś czas żyli w Polsce, nie jest to zaskakujące odkrycie. Polskie społeczeństwo wydaje mi się najbliższe matriarchatu ze wszystkich narodów, które bliżej poznałem. Kobieta cieszy się tam niezwykłą pozycją i szacunkiem. Pamiętam, jak podczas spotkania międzyrządowego najpierw obsłużono kobietę z delegacji, a dopiero potem ministra. Polskie kobiety mają silną pozycję w rodzinie, w relacjach partnerskich, w kulturze i sztuce, a wreszcie w biznesie. Pamiętam z czasów studenckich i postudenckich, jak ważną rolę odgrywały polskie panie na uniwersytecie i w świecie akademickim, a także w debacie publicznej i politycznej.
 Można było je widzieć i słyszeć znacznie częściej niż u nas lub w Czechach. Całkowicie odrębnym rozdziałem jest własna polska moda, o wiele bardziej pewna siebie niż zazwyczaj w innych krajach Europy Wschodniej, co widać na ulicach i w butikach. Dlaczego tak jest? Główny powód jest kulturowy, swą rolę odegrała historia, Polki musiały być podporą dla swojego otoczenia w ciężkich czasach wojen (i po nich), ostatecznie odgrywały w nich większą rolę niż było to u sąsiednich narodów, co jest z kolei konsekwencją mocnego patriotyzmu. Swoje zrobił również komunizm, który zmusił kobiety do pracy, a także mniejszy (niż w Czechosłowacji czy w innych krajach komunistycznych) stopień nacjonalizacji.
Mówimy tu o kraju katolickim, gdzie najwyższym autorytetem cieszy się instytucja wojska, gdzie aborcja jest zakazana i gdzie kobiety na stanowisku premiera zdarzają się częściej niż gdzie indziej w regionie, ale w polityce nie odgrywają tak dużej roli jak w biznesie.
      
 Tym miłym akcentem chciałbym zakończyć ten przydługi wstęp i od kolejnej części przejść do opisania bezpośrednich różnic II i tzw.: III Rzeczypospolitej - w której my żyjemy. Oraz oczywiście zaprezentować zmiany, jakie zaszył pod tym względem w przeciągu ostatnich lat. 



wtorek, 9 października 2018

NIECH ŻYJE NAM REZERWA...

"REZERWA NIE ZAPOMNIAŁA, ŻE

MŁODE WOJSKO JEST. REZERWA W

DUPĘ DOSTAŁA, MŁODZI DOSTANĄ TEŻ"

CZYLI MNIEJ LUB BARDZIEJ ZABAWNE

ŻARTY I FILMIKI O WOJSKU


Pierwotnie planowałem opracować temat związany ze staropolską wojskowością czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów i wszystkich jej modyfikacji aż do 1795 r. i utraty Niepodległości. Chciałem też pociągnąć ten temat i opisać odbudowę Wojska Polskiego po 1918 r., przedstawić jego struktury i wartość bojową (ze szczególnym uwzględnieniem Wojny polsko-bolszewickiej 1919-1920 r.). aż do 1939 r. i niemiecko-sowieckiej napaści na nasz kraj. Ale, postanowiłem odpuścić sobie na razie ten temat i odłożyć go na bliżej nieokreślony czas. Dlatego dziś będzie jedynie namiastka tego, co planowałem opisać, przedstawiona (częściowo) w formie nieco komicznej. Tak więc aby nie przedłużać: "Niech żyje nam rezerwa" itp. itd. 


"O JEZU, A CÓŻ TO ZA WOJACY?"
"OTWIERAJ, NIE BÓJ SIĘ, TO CZWARTACY"
"O BOŻE, A DOKĄD BÓG PROWADZI?"
"WARSZAWĘ ODWIEDZIĆ BYŚMY RADZI"
"GDY ZWIEDZIM WARSZAWĘ JUŻ NA WILNO,
ZOBACZYĆ TO STARE NASZE WILNO"
"A Z WILNA JUŻ DROGA JEST GOTOWA,
PROWADZI PROŚCIUTKO AŻ DO LWOWA"
 


Na kompanii odbywa się zbiórka. 
Nagle oficer wzywa jednego z żołnierzy i pyta się:
Plutonowy Gugała, taka sytuacja: dowodzicie kompanią piechoty na terytorium wroga. I nagle z flanki naciera na was kompania czołgów, z czoła piechota nieprzyjaciela, a za sobą macie bagna, nie do przebycia, jaką komendę wydajecie? - pyta się oficer.
"Kompania, do modlitwy" - odpowiada plutonowy Gugała.




Z dziennika partyzanta:
Poniedziałek: Goniliśmy Niemców po lesie.
Wtorek: Niemcy nas gonili po lesie.
Środa: Goniliśmy Niemców po lesie.
Czwartek: Niemcy nas gonili po lesie.
Piątek: Goniliśmy Niemców po lesie.
Sobota: Niemcy nas gonili po lesie.
Niedziela: Gajowy nas wypie*dolił z lasu.


ACH, TA NIEZWYKLE BITNA ARMIA 
AUSTRO-WĘGIER Z I WOJNY ŚWIATOWEJ
 
4:00 - "Która godzina?"
"Jedenasta"
"Proszę zanotować że pierwszy oficer wrócił dopiero o godzinie jedenastej. Nie pytam nawet skąd pan wraca, pańska bladość i podkrążone oczy aż nadto wyraźnie to określają (...) Przychodzi sobie pan oberlejtnant, o godzinie jedenastej - prosto z burdelu. Von Nogay, pewnie też jakiś mieszaniec" 



Czego uczą francuskich żołnierzy podczas pierwszego szkolenia?
- Jak się poddać w dziesięciu językach.


NAUKA HYMNU AUSTRO-WĘGIER

2:35 - "Popełniamy wszyscy profanację. Hymn powinno się śpiewać w postawie hab-acht, a nie jak nas tu uczą, zawsze hymn śpiewa się na baczność. Nawet sam Najjaśniejszy Pan śpiewa hymn na baczność, bo to jest pieśń państwowa, a nie piosenka o huzarze i dupie Marynie, nawet w burdelu tak się nie śpiewa hymnu"
"Nie ma większej profanacji, niż wy, politycznie podejrzani zdrajcy. Was się powinno powywieszać, jednego przy drugim (...) Jeżeli zechcę, to będziecie ten hymn śpiewali z pyskami w błocie (...) Wy bydlęta międzynarodowe, wy małpia bando słowiańska"
"Całe szczęście że jesteśmy rozumni ludzie, bo już byś dotąd miał w żebrach kilka bagnetów, ty niemiecka gnido"
5:10 - "Uczyliśmy się śpiewać hymnu, gdy nagle pan kapral Ulmbach wyjął nóż i zadał Benedekowi dziwne pytanie: "Po co nosicie te głupawe węgierskie wąsy, chodźcie tu do mnie to ja was ogolę". Myśmy myśleli że on żartuje, ale kapral Ulmbach krzyknął że on nas wszystkich ogoli, a pana sierżanta za przeproszeniem to zarżnie jak świnię. A kiedy zawołał: Na końcu wykastruję Najjaśniejszemu Panu", to pan Kania powiedział: "Pan bredzi od rzeczy, niech pan nie robi zgorszenia". I wtedy kapral Ulmbach rzucił się z nożem na Kanię, ale Benedek go zasłonił i Ulmbach zajechał go nożem w twarz. Zdaje się że kapral Ulmbach zwariował?"
"Związać go, jutro go odeślemy, do czubków".




 Zbiórka w wojsku.
- Czemu ten pluton tak krzywo stoi?! - piekli się kapral.
- Bo ziemia jest okrągła - mówi jeden z żołnierzy.
- Kto to powiedział?!
- Kopernik.
- Kopernik wystąp!
- Przecież umarł.
- Czemu nikt mi o tym nie zameldował?!



ŻOŁNIERZE Z KOMPANI W SATORALJAUJHELY DWADZIEŚCIA PIĘĆ LAT PÓŹNIEJ (1943 r.), JUŻ PODCZAS II WOJNY ŚWIATOWEJ 




Żołnierz pisze telegram do swojej dziewczyny:
- Jak będę mógł to przyjadę na sobotę.
Dziewczyna mu odpisuje:
- Przyjedź, będziesz mógł.






PUŁKOWNIK KWIATKOWSKI PŁACZE NA WIDOK NAGICH, KOBIECYCH PIERSI


 




Kapral tłumaczy żołnierzom nową grę zręcznościową:
- Ustawiamy się wszyscy w kole, odbezpieczamy granat i rzucamy go nawzajem do siebie.
- A co dzieje się z tym, u którego granat eksploduje?
- Ten wypada z gry.


"ARMIA CZERWONA NIE GWAŁCI"

"Moją specjalizacją jest ginekologia, a co ja tu robię? Pełnię funkcję chirurga (...) a tam kobiety mnie potrzebują"
"To wy pewno potrzebujecie kobiet, Kwiatkowski. Koniecznie musicie im tam zaglądać?"
"Tu nie ma miejsca na żarty, panie majorze, zgwałcono setki kobiet"
"Milczeć Kwiatkowski! Armia Czerwona nie gwałci!"



 A NA ZAKOŃCZENIE

 

DEFILADA Z OKAZJI ŚWIĘTA WOJSKA 

POLSKIEGO, USTANOWIONEGO NA 

WIECZNĄ PAMIĄTKĘ ROZBICIA w 1920 r. 

CZTERECH ARMII SOWIECKICH, 

STOJĄCYCH U BRAM WARSZAWY, 

GOTOWYCH RUSZYĆ NA EUROPĘ

15 SIERPNIA 2018 r.


"POLACY, POLSCY ŻOŁNIERZE OBRONILI 
WTEDY EUROPĘ PRZED CZERWONĄ ZARAZĄ.  

GDYBY NIE MĘSTWO I POŚWIĘCENIE POLSKICH ŻOŁNIERZY, 
KTO WIE GDZIE WTEDY ZATRZYMAŁABY SIĘ ARMIA CZERWONA, 
W BERLINIE, PARYŻU, A MOŻE W MADRYCIE"
 



A TAKŻE PRZYPOMNIENIE 
PARADY WOJSKA POLSKIEGO z 1939 r.





ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND