Łączna liczba wyświetleń

piątek, 11 stycznia 2019

PIERWSZA MIŁOŚĆ LEOPOLDA STAFFA

MŁODZIEŃCZY ROMANS



ALICJA MAJEWSKA 
"GDZIE CI ARTYŚCI SZALENI?"




"Baby, ach te baby" - jak śpiewał jeszcze przed wojną Eugeniusz Bodo, a potem niezapomniany duet Andrzej Zaucha i Ryszard Rynkowski. Jakąż bowiem potężną moc dzierży w sobie płeć piękna, że nawet najtwardsi, najwięksi mężczyżni są przy kobietach, niczym małe, pluszowe zwierzaczki ("tęgi chłop, co jedną ręką łamie sztaby, względem baby jest tak jak dziecko, całkiem słaby"). Rzadko który facet jest w stanie sprostać urokowi i powabom niewieściego ciała, całego tego seksapilu (jak również śpiewał Eugeniusz Bodo w piosence Sex appeal: "Wy jesteście mocni, silni, my - słaba płeć. Lecz my mamy coś, co wyście wy chcieli mieć. Co jest warta wasza siła, wasza pięść i twarda dłoń, my kobiety, choć słabiutkie, mamy na was jedną broń - sex appeal to nasza broń kobieca, sex appeal to coś, co was podnieca"). Dziś więc pragnę zaprezentować gorące uczucie, jakim zapałał do pewnej dziewczyny, jeden z największych twórców polskiej poezji (zwany wręcz "pomnikiem polskiej poezji"), niejaki Leopold Staff. Leopolda Staffa całe pokolenia czytelników poezji zapamiętały jako starszego pana z bródką na fotografii w szkolnym podręczniku. Niektórzy jeszcze pamiętali że powojenne lata rodzina Staffów spędzała u księdza Antoniego Boratyńskiego w Skarżysku-Bzinie (dziś Skarżysko-Kamienna), i że na tej plebanii Leopold Staff zmarł 31 maja 1957 r. Ale przecież Leopold Staff nie zawsze był starszym panem z bródką. Kiedyś miał lat 22 i studiował na Politechnice Lwowskiej, gdzie w Czytelni Akademickiej poznał Adama Młodnickiego - brata Maryli Wolskiej, głośnej i uznanej poetki "Młodej Polski". 

Leopold Staff przyszedł na świat 14 listopada 1878 r. we Lwowie. Urodził się w spolonizowanej rodzinie Czechów (jego ojciec - Frantisek Staff, był prezesem "Ogniska czeskiego" we Lwowie). W latach 1897-1901 studiował prawo, potem filozofię i romanistykę na Uniwersytecie Lwowskim. Po ukończeniu studiów trochę podróżował po Europie, a swój pierwszy tomik poezji wydał właśnie w roku 1901, a były to: "Sny o potędze". Nim jednak do tego doszło, jeszcze podczas studiów, młody Leopold Staff zakochał się w pięknej dziewczynie, którą nazywano "Białką", z którą wdał się w krótki, lecz płomienny (platoniczny) romans (notabene, w wydanym rok później tomiku "Sny o potędze", przewijają się rozterki jego duszy, tak jakby rozpaczał nad utraconą niedawno miłością). Jak doszło do owego romansu? Jak już wspomniałem, Leopold Staff zaprzyjaźnił się z Adamem Młodnickim, który często zapraszał go do domu swojej siostry Maryli Młodnickiej (potem Wolskiej), która mieszkała na lwowskim Zaświeciu. Przyjaźń Staffa z Młodnickim i znajomość z Marylą Wolską (już wówczas, czyli w owym 1900 r. była zamężna), pozwoliły mu często spędzać czas w jej posiadłościach - na Zaświeciu, w Perepelnikach i na Storożce. Perepelniki, dokąd po raz pierwszy zawiozła Staffa Wolska w lipcu 1900 r., położone były koło Zborowa i były majątkiem rodziny matki Wacława Wolskiego (męża Maryli Młodnickiej/Wolskiej) rodziny Pokutyńskich. 


ANDRZEJ ZAUCHA i RYSZARD RYNKOWSKI
 "BABY, ACH TE BABY"

 

Atmosfera starego dworu, pełnego pamiątek i tradycji, bogactwo nowych wrażeń oraz oczywiście miłość do poznanej tu dalekiej krewnej Wolskich, dziewczyny o wybitnej urodzie i dużym wdzięku - Halki Hubickiej, zwanej właśnie "Białką" - sprzyjały kształtowaniu się poezji Staffa. Halka była pierwszą miłością Staffa, pierwszym też jego rozczarowaniem i pierwszym zerwaniem. Jakaż kryje się za tym tajemnica? Tego niestety nie wiadomo, natomiast wiadomo, że Staff bardzo też lubił ową panią domu - Marylę Wolską, która była starsza od niego o kilka lat. Ta prawie trzydziestoletnia dama, traktowała Staffa trochę jak swego protegowanego i troskliwie patronowała jego karierze (na prośbę Wolskiej, jej ciotka Melania Padlewska sfinansowała wydanie debiutanckiego tomu poezji Staffa, czyli właśnie "Snów o potędze" - 1901 r. Choć tak naprawdę była to tylko pożyczka, którą Staff miał spłacić w roku 1909, ale najprawdopodobniej nie spłacił całej pożyczonej przez Padlewską kwoty 400 koron, gdyż już w roku 1906 jego stosunki z rodziną Wolskich uległy definitywnemu zerwaniu). Wróćmy jednak do owej Halki Kubickiej (która była współwinną pogorszenia się jego stosunków z Wolskimi). W roku 1900, Halka miała 14 lat i właśnie kończyła Szkołę Wydziałową im. Konarskiego w Krakowie. Beata Obertyńska w swoim wspomnieniu: "O Staffie i Białce" pisze: "Było to stworzenie przedziwnie urokliwej urody. Smukłe, zgrabne, o szklistych, długich dość wiotkich warkoczach, przejrzyście białe i kruche. Oczy jej zostawiły mi z dzieciństwa wspomnienie czegoś niesłychanie świetlistego i czystego do dna. Nad wiek wyciągnięta i jaj jej siostry anemiczna, miała własny wdzięk giętki, płochliwy i zabawnie sprzeczny z przyczajonym tuż za białą skórą humorem".

Z relacji Obertyńskiej (opublikowanej w latach sześćdziesiątych na łamach londyńskich "Wiadomości") wyłania się osóbka nadzwyczaj ciekawa i rezolutna. "Halka chłonęła świat całą osobą" - pisze Obertyńska - "Czytała bez pamięci i to jak na swoją jeszcze zieloną młodość wcale, wcale wybrednie, a wszystko przeczytane przeżywała za romantyczną wrażliwością, aby nie powiedzieć - egzaltacją. Kochała poezję; wcale muzykalnie rozbrzęczeć się umiał pod jej palcami stary klawikord w salonie, a w zabawnym kontraście ze swoją wysokopienną sylwetką miała w śpiewie niski matowy alt". No - po prostu nic tylko się zakochać. Obertyńska pisze o halce tak, jakby sama była w niej zakochana. Czy jednak młody Staff tak naprawdę kochał Halkę? Chyba tak, bo po powrocie z gościny u Wolskich udał się do Krakowa, aby rodzicom Białki oświadczyć się o jej rękę. Spotkało go tam ciężkie rozczarowanie. Środowisko Hubickich okazało się ponure i biedne. Zapijaczony ojciec dziewczyny postawił przed poetą warunki trudne do spełnienia, które sprowadzały się do: przyjęcia stałej posady gdzieś w urzędzie lub na poczcie i zakończenie pisania wierszy, czyli innymi słowy tzw.: stabilizację życiową, nad którą jednak poeta wcale nie myślał. Dlatego też Staff przeraził się tego środowiska, obowiązków, wymagań i zrezygnował z małżeństwa. Wolał mariaż z muzą poezji. 


EUGENIUSZ BODO
"SEX APPEAL"


Jak nastąpiło zerwanie? Trudno dociec. W każdym razie Pawlikowski pisze w swoich pamiętnikach, że zerwanie było brutalne: "Białka była ugodzona śmiertelnie, szukała śmierci i została już półprzytomna do końca smutnego życia". Wyszła wprawdzie za mąż za niejakiego Szmydta, ale nie wiadomo nawet czy dochowała się z nim dzieci. Cała ta historia mocno oburzyła Marylę Wolską. Potem jednak Staff napisał do niej długi list, w którym się kajał i tłumaczył i Wolska mu w końcu  przebaczyła. Natomiast bardzo ostro oceniła postępek Staffa Melania Padlewska (ta właśnie, która sfinansowała wydanie "Snów o potędze"). W liście do Wolskiej z lipca 1902 r. pisała: "Przyjechała z nami Białka, którą uprzedziłam, , że nie tylko Staffa, ale żadnego, a żadnego mężczyzny postanowiłam nie przyjmować oburzona łatwością jej do romantycznych uczuć. Odpisała mi na to pokornie, a smutno i tym mnie tak rozbroiła, że podwójnie mi jej żal, a złość za to cała dostała się samemu Staffowi, który okazał się dekadentem bez czci i wiary, bez skrupułu nadużywający wiary ludzkiej - lekceważąc sobie zawód młodego, prostego serca. Pisała Białka, że raz tylko w życiu można tak zbłądzić wiarą w czyjąś prawość i istotnie znać po niej, że cierpiała i młodość serca zostawiła za sobą. Ładna jest zawsze, ale inaczej - wyraz zrobił się jej jakiś twardy i surowy, oczy wpadły głęboko - uczyła się daw lata w konserwatorium - gra lepiej i śpiewa dość silnym altem, ale bez uczucia - nie trafiła mi jej muzyka do gustu. Starsze jej siostry, a nawet i młodsza od niej, poszły do obowiązku jako bony - jedna gotuje się zdać egzamin kwalifikacyjny na nauczycielkę ludową - biedne istoty, w domu piekło i nędza razem, a drobiazgu pozostało tam jeszcze sześcioro. Czy to nie zbrodnia w takie smutne środowisko wnieść jeszcze upokorzenie i zawód - czy to nie plama na zwykłym człowieku? Cóż dopiero na poecie. Takiej poezji znać nie chcę i nie lubię jej tak, że nic Staffa i jemu podobnych nigdy do rąk nie wezmę".

Jak widać starsza pani rozeźliła się nie na żarty. Trudno się jednak temu dziwić, Białka była jej daleką kuzynką i być może wyswatanie dziewczyny leżało w rodzinnych planach, które kapryśny poeta tak brutalnie zburzył. Niestety - brutalnie. Okazało się bowiem, że Staff napisał co prawda wzruszający list do Wolskiej, w którym się tłumaczy, ale po dwóch latach napisał list do jej brata Adama Młodnickiego. W liście tym Staff drwi sobie z dziewczyny i jej nieszczęścia. Wolska ten list zniszczyła wyjaśniając motywy takimi słowami: "Podły, nikczemny, cyniczny list o Białce. Powstał dopiero za dwa lata i moja rzecz, aby jego treść nigdy do niej nie dotarła. Niech ma bodaj dziewczyna wspomnienie piękne, o brud się nie otrze". Był to początek 1906 r. i od tego momentu (jak pisze Pawlikowski): "stosunek do Staffa stał się lodowaty. Dlatego też wszystko co od niego pochodziło, traktowała (Wolska) z uprzedzeniem i nieufnością". I tak oto młody poeta stracił za jednym zamachem uczucia dwóch kobiet - Białki i Maryli Wolskiej. Oczywiście cała ta opowieść jest relacją jednej tylko strony - rodziny Wolskich. Kto wie jakie by w niej uwzględnił elementy sam główny oskarżony. Przecież dwóch najważniejszych listów, stanowiących koronne dowody nikczemności poety - nie znamy. Jeden zniszczyła Wolska, drugiego (w którym Staff tłumaczy swoje racje) jeszcze w latach sześćdziesiątych spadkobiercy zbiorów Pawlikowskich nie pozwolili opublikować. Nie wiadomo też jakie dokładnie warunki stawiał poecie zapijaczony ojciec dziewczyny, a był to przecież koniec starego i początek nowego wieku (fin de siecle) i tego rodzaju żądania miały moc obowiązującą.

Nie wiadomo też czy uszczęśliwiając zakochaną dziewczynę i przyjmując "warunek stabilizacji" - młody Staff nie zdradził by muzy poezji i pozbawił polską literaturę kilku najpiękniejszych kart. Po prostu zbyt mało wiemy dziś, o tym co się naprawdę wydarzyło ponad sto lat temu w sercach i duszach dwojga młodych ludzi. Ale myślę że warto było opowiedzieć tę historię, choć na niektóre pytania nie ma i pewnie nigdy nie będzie odpowiedzi.    


 LEOPOLD STAFF




ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



niedziela, 6 stycznia 2019

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. XXV

CZYLI JAK TO KRÓL

RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV

PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE

CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO

W KONSTANTYNOPOLU


 1645-(48)

RZECZPOSPOLITA

Cz. IX


 


 5 września 1646 r. król Władysław powrócił do Warszawy, gdzie w oczekiwaniu na sejmiki (które miały zadecydować o składzie poselstwa na sejm walny), postanowił rozwiązać sprawę z posłem weneckim - Tiepolem i do 9 września zwrócił mu rewers pożyczki, którą królowa Ludwika Maria przyjęła (na prośbę króla). Uczynił to, ponieważ królowa zgodziła się przekazać mu pieniądze, pożyczone od francuskiego posła - de Bregy, opiewające na kwotę 660 000 złotych (w zamian król ofiarował pod zastaw swoje klejnoty, które zobowiązywał się wykupić w ciągu czterech lat, a w przypadku ich niewykupienia, miały one przejść na własność Ludwiki Marii), pieniądze te trafiły do niego jeszcze przed końcem września (procenty wynosiły 46 000 złotych rocznie, które królowa mogła odbierać w dochodach z portów Gdańska i Elbląga oraz z księstw opolskiego i raciborskiego, będących własnością króla). 15 września do stolicy zjechał Janusz Radziwiłł, który do niedawna przebywał z misją dyplomatyczną na Multanach. Przywiózł królowi optymistyczne wiadomości o chęci udzielenia mu pomocy zbrojnej i finansowej przez hospodarów Mołdawii, Wołoszczyzny a nawet Siedmiogrodu, gdy wojna z Osmanami dojdzie do skutku i gdy nad Dunaj ruszy wyprawa zbrojna. Nie zawarto jednak żadnych sojuszy ani nie spisano żadnych układów (notabene hospodarowie nie byli idiotami, taki układ jawnie postawiłby ich po stronie przeciwników Imperium Osmańskiego, a gdyby wojna jednak nie wybuchła, zostaliby oni z przysłowiową "ręką w nocniku", pozostawieni sam na sam z potęgą sułtana. Tak więc słali pokorne poselstwa do Konstantynopola, deklarując swą wierność sułtanowi i jednocześnie oświadczali chęć swej pomocy, w przypadku gdyby wojna Rzeczypospolitej z Turkami jednak doszła do skutku). 

Liczono też na sojusz z Moskwą, jako że Tatarzy (pod wodzą syna chana - Dnat Gireja Nuradyna) w lipcu i sierpniu 1646 r. spustoszyli znaczną część południowych ziem państwa moskiewskiego (początkowo Tatarzy zostali pobici nad Kagalnikiem  14 sierpnia przez wojsko carskie, ale gdy w ciągu kilku dni nadciągnęły posiłki pod wodzą beja Azowa - Mustafy, bitwa pod Czerkaskiem zakończyła się... strategicznym remisem, przy czym Tatarzy zawrócili, zabierając ze sobą 207 jeńców). 13 września rozpoczęły się obrady sejmików ziemskich (zwane również przemiennie powiatowymi, wojewódzkimi i partykularnymi). Sejmiki te nigdy nie odbywały się w dużych miastach, raczej wybierano mniejsze miejscowości lub wsie i tam rozkładano miasteczko namiotowe (zwane też sejmikowym). Sejmik województwa krakowskiego obradował w Proszowicach, województwa poznańskiego i kaliskiego w Środzie, województwa sandomierskiego w Opatowie, województwa lubelskiego w Urzędowie (w wyjątkowych sytuacjach w Lublinie) i tak dalej, wybierano z reguły małe miasteczka lub wsie (czasami, jak w przypadku sejmików województw kresowych, takich jak smoleńskiego, starodubowskiego czy czernihowskiego, wybór poszczególnych miejscowości pozostawiano lokalnej szlachcie ziemskiej). Na sejmikach ziemskich szlachta wybierała posłów na sejm walny (koronacyjny, konwokacyjny etc.), którzy byli całkowicie zależni od uchwalonych im na owych sejmikach kontradykcji i jeśli poseł ich nie przestrzegał, można go było (jeszcze podczas trwania sejmu) odwołać go i na jego miejsce wybrać innego. Na sejmikach decydowano również o podatkach, zaciągu żołnierzy, wyborze sędziów lokalnych i urzędników ziemskich, a także w czasie obrad, sejmik pełnił też rolę sądu (z reguły sejmiki zwoływano trzy razy w roku). Wiejskie tereny obrad, były problemem dla niektórych magnatów i szlachty, jako że należało przecież najpierw zapewnić sobie kwatery "na kilka niedziel". 

Często więc magnaci zamawiali sobie gospody i tawerny na których wywieszano swoje znaki herbowe, aby nikt inny już tego miejsca zająć nie zdołał. Były to często prawdziwe zatargi o zajazdy (jak choćby pomiędzy Stanisławem Lubomirskim a Mikołajem Firlejem o gospodę w Proszowicach, którą to Lubomirski często wynajmował. Pech jednak chciał, że Firlej zakupił sobie tę posiadłość wraz z budynkiem i Lubomirski nie został weń wpuszczony. Zwołał więc swoją służbę i kazał otoczyć posiadłość. Firlej początkowo także otoczył się swoimi ludźmi, ale do walki nie doszło, gdyż, aby nie powodować rozlewu krwi przed otwarciem sejmiku, Firlej ustąpił i obrażony opuścił pole sejmikowe, pozostawiając budynek Lubomirskiemu). Na sejmikach tych (pod wpływem Krzysztofa Opalińskiego, który na sejmiku poznańskim w Środzie, zebrał 3 000 milicji i zaczął rozgłaszać iż król zbiera zaciągi nie na wojnę, tylko "aby ubezpieczyć następstwo synowi i obrócić szlachtę w chłopów, a chłopów w szlachtę". Twierdził też że król zebrał już na ten cel 100 000 wojska i ukrył je w warowni pod Warszawą), szlachta gremialnie wręcz opowiedziała się przeciwko wojnie z Osmanami i wybrano tylko takich posłów na sejm walny, którzy owe zdanie podzielali. Tymczasem w Konstantynopolu z przerażeniem przyglądano się królewskim planom wojennym. Przygotowania nie ustały, pomimo niechętnej ku temu opinii szlachty (a z chwilą gdy król otrzymał od królowej pieniądze) a nawet znacznie je przyspieszono. Wielki wezyr - Salih Pasza wysłał więc do hospodaratów wołoskiego i mołdawskiego, oraz do baszy Sylistrii, nakaz, aby strzegli północnych granic). Jednocześnie wysłano posła do Warszawy (oficjalnie z listem baszy Sylistrii, a nie sułtana, jako że ton tego listu był tak uległy, że sułtan osmański, jako "przywódca prawowiernych", nie mógłby się pod nim podpisać, a deklarowano w nim nie tylko chęć zapewnienia stałego pokoju, lecz również deklarowano ukaranie Tatarów za ich akcje rabunkowe z lat wcześniejszych i oświadczano: "Cokolwiek możność nasza znieść może, przyjaźni naszej (...) nigdy nie uchybimy".




Od czasów zakończenia wojny chocimskiej - 1621- Porta Ottomańska nigdy nie używała tak uniżonego języka, jak w owym poselstwie z roku 1646). Jednak król postawił posłowi tureckiemu jeden, ale niezwykle istotny (i w zasadzie niewykonalny) warunek, który miałby utwierdzić pokój, pomiędzy Portą a Rzeczpospolitą. Było to bowiem żądanie... by Tatarzy, którzy obsadzają tereny budziackie, zostali wycofani do najodleglejszych siedzib na Krymie. Było pewne, że to żądanie spełnionym być nie może - i oto królowi chodziło. A tymczasem sułtan Ibrahim sprawiał wrażenie, jakby nic go to nie obchodziło. Przebywał głównie w towarzystwie swoich kobiet z haremu i spełniał ich zachcianki (już wcześniej uczynił swoje siostry służącymi matek swoich dzieci i ulubionych nałożnic, a teraz nakazał także aby wszystkie sklepy w Konstantynopolu były otwarte do rana, tak, aby każda z jego kobiet mogła się doń udać kiedy tylko zechce). A tymczasem na prowincji, w Anatolii pojawił się nieurodzaj, co pociągnęło za sobą klęskę głodu. Poddani zaczęli szeptać: "sułtan przestał o nas myśleć i oddał rządy w ręce swych odalisek. Na co nam taki władca?". W 1646 r. wybuchło więc w Anatolii powstanie ludowe (celali). Wybuchło ono z końcem 1646 (lub na początku 1647 r.) w Karahisarze, skąd rozprzestrzeniło się następnie na inne tereny. Powstanie miało nie tylko ekonomiczny, ale i religijny charakter, jako że zbuntowali się głównie szyici, którzy pod wodzą niejakiego Katurcioglu, zwolennika szyickiego proroka Abulnabiego, zaczęli napadać okoliczne tereny, dokonując rabunków i samosądów, oraz zabijając sułtańskich namiestników. Powstanie zostało ostatecznie stłumione w 1648 r. w bitwie z siłami sułtańskimi pod Uskudarem. Zaś Katurcioglu - przewieziony do Konstantynopola w klatce, został tam powieszony (choć wielu jego zwolenników, po schwytaniu - powbijano na pale).

25 października 1646 r. zebrał się sejm walny, pod laską Jana Mikołaja Stankiewicza. Wszyscy senatorowie (początkowo zjechało ich tylko dwunastu), w pierwszych dniach opowiadają się bezwzględnie przeciwko wojnie, oświadczając że pokój jest takim dobrodziejstwem dla kraju, iż nie powinno się go tracić dobrowolnie. Kasztelan brzeziński wręcz dowodził, iż potęga osmańska jest tak wielka że Rzeczpospolita nie ma najmniejszych szans w wojnie z tym imperium: "Być nam ślimakiem i nie wyścibiać łba ze skorupy, jeżeli nie chcemy pożartymi być od tej hydry". W izbie poselskiej nie było lepiej, tam szlachta przede wszystkim radziła nad rozpuszczeniem królewskich zaciągów wojskowych (które uznano za nielegalne), oraz za zgodą na rozmowy między senatem a izbą poselską (co jawnie miałoby się obrócić w sąd nad królem i jego planami). Król opierał się długo, ale wreszcie 16 listopada zgodził się przystać na rozpuszczenie zaciągów (pod warunkiem uchwalenia podatków na obronę kraju, wynagrodzenia przez sejm poniesionych dotąd przez Władysława kosztów i wyznaczenia należnej oprawy dla królowej). Rozpoczęto więc spisywanie uniwersałów rozpuszczających wojsko, ale szybko okazało się iż rozporządzenie o rozpuszczeniu zaciągów zostało wstrzymane. 27 listopada wzburzona szlachta, przedłożyła królowi cały szereg nowych postulatów, które sprowadzały się do zgody na zmniejszenie królewskiej gwardii, rozpuszczenie wojsk na południowym-wschodzie kraju i królewskiej zgody na połączenie sejmu i senatu. Król (ustami Ossolińskiego) odmówił. Wówczas podniósł się raban straszny, dnia 28 listopada, poseł czernihorski - Ponętowski, wezwał wręcz do wypowiedzenia królowi posłuszeństwa i zwołania rokoszu szlachty (rokosz był zbrojnym wyrazem sprzeciwu szlachty, przeciwko królowi, choć zawsze kończył się pojednaniem, nawet jeśli wcześniej dochodziło do zbrojnych starć, jak w latach 1606-1607 i 1665-1666 r.).

Pod wpływem tych emocji, król 29 listopada zgodził się na zebranie obu przeciwnych mu izb. Doszło do niej w dniach 1-3 grudnia i zakończyło się spisaną deklaracją, która wymuszała od króla głównie dwa warunki: 1) oddalenia cudzoziemskich doradców i wojsk najemnych, 2) zmniejszenia liczby gwardii królewskiej do 600 żołnierzy. Król przystał na to i 6 grudnia uchwalono wspólną konstytucję sejmową, zarządzającą aby zaciągnięte wojsko: "nie dalej nad dwie niedziele po teraźniejszym sejmie się rozeszło". Król też musiał obiecać, że żadnych wojen w przyszłości bez zgody sejmu toczyć nie będzie, ani też zawierać żadnych umów pod karą infamii. Gdy szlachta i magnateria uzyskali te ustępstwa, postanowili uczynić też i ukłon w stronę monarchy. Tak więc gwardię królewską pozostawiono w sile 1 200 ludzi, uchwalono oprawę dla królowej Ludwiki Marii, zgodzono się na wołanie sejmu nadzwyczajnego na maj 1647 r. celem uchwalenia ewentualnych podatków na obronę Rzeczpospolitej. Sejm został ostatecznie rozwiązany 8 grudnia (o godzinie 4 w nocy). Oczywiście sejm nie ograniczał się jedynie do polityki wewnętrznej i planów wojennych króla, rozpatrywano też i inne zagadnienia. I tak 30 listopada poseł francuski de Bregy, wskazując na więzi Polski i Francji (głównie za sprawą królowej Ludwiki Marii), zapraszał Rzeczpospolitą do objęcia pośrednictwa w układach kolońskich (kończących Wojnę Trzydziestoletnią). Poseł wenecki - Tiepolo, podjął zaś ostatnią próbę ocalenia planów wojny z Osmanami, ale jak sam potem pisał do Signorii, poczuł tak lodowatą niechęć do siebie, iż przez kolejne dni wręcz obawiał się jakiegoś zamachu na swoją osobę. Wszyscy, z którymi rozmawiał, wyrzucali mu iż: "ja to doprowadziłem Rzeczpospolitą do obecnego stanu zamieszania". Tiepolo został dopuszczony (tylko przed senat) 2 grudnia. 1 grudnia zaś, zajechali na sejm posłowie mołdawski i siedmiogrodzki, ale nie zostali dopuszczeni do sejmujących stanów. Gdy sejm został rozwiązany, szlachta zadowolona z jego wyniku rozjechała się do domów, ale wkrótce okazało się że król wcale nie zamierza dotrzymać umów i porzucić swoich wojennych planów i już 10 grudnia prost oświadczył senatorom że... całe wojsko jednak zatrzyma.




ZABAWNY ODCINEK 13 POSTERUNKU 
"OGNIEM I MIECZEM"


40:00 - "Ślubowałem, że jak za jednym zamachem trzech głów nie zetnę, to do łóżka nie pójdę z żadną dziewczyną"
"Idiota!"

2:30 - "Fajne laseczki (...) To co, gwałcimy?"

7:00 - "Zaczynamy licytację. Piękna Helena, chyba dziewica, dosyć młoda, rasowa, rodowód do wglądu - kosztuje trzy wsie i gąsior samogonu"
7:30 - Bohun, masz sześć wsi?"
"Jutro ukradnę"
"On jest niewypłacalny"

7:50 - "Może być twoja w dni nieparzyste"
"Mogę się zgodzić na niedziele"
"Nie, w niedziele są mecze"
"To może się pojedynkujcie?"
"Co ty? Jeszcze się pokaleczymy"

9:55 - "Dziś wieczorem wbijamy na pal jakieś 30 osób, wpadniesz?"

19:50 - "Co robisz, Laszka?"
"Nie jestem twoją laską (...) żywą mnie nie weźmiesz"
"Mnie tam wszystko jedno"

21:20 - "Napijesz się z Kozakiem, zanim cię zgwałci? (...) Nie bój się, nagwałciłem się po drodze. Popatrzę na ciebie, oczy nacieszę i pójdę"
"No co ty (...) Zostawisz mnie tu samą?"
"Kochasz tego Skrzepliwego, niech on cię gwałci"

24:05 - "Kiedy już się wydawało że nie ma żadnej nadziei, Skrzetuski uciekł ze Zbaraża (...) To była twierdza w której książę Wiśniowiecki z grupką miłośników zaostrzonego pala, zamknął się przed Chmielnickim, Tatarami i tymi, których rodziny powbijał na pale"

24:50 - "Nic z tego nie rozumiem?"
"Bo to jest historia Polski, tego nie można zrozumieć"

25:40 - "Co to jest?"
"Pas cnoty"
"Dawaj kluczyk"





ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



CDN.

piątek, 4 stycznia 2019

BOLESŁAW MOŁOJEC - GRUPA INICJATYWNA I GWARDIA LUDOWA - Cz. I

STUDIUM PSYCHOLOGICZNE

CZERWONEGO BANDYTY NA

PRZYKŁADZIE ZAMACHU NA

MARCELEGO NOWOTKĘ




 Bolesław Mołojec. Bez wątpienia ta postać budzi moje zainteresowanie i to nie tylko ze względu na swoją zagadkowość oraz charakter, jaki stał za ukształtowaniem się jego sposobów postępowania, ale również z powodu utrwalenia sposobu działania i budowy formacji komunistycznej na ziemiach polskich w czasie II Wojny Światowej. Jest to według mnie o tyle ważne we współczesnym świecie, iż dziś także przyjdzie nam się już wkrótce zmierzyć z całą potęgą marksizmu, jaka istnieje nie tylko w Unii Europejskiej, ale i w szerszym (światowym) kontekście. Walka ta czeka nas (pisząc "nas" mam na myśli nie tylko nas Polaków, ale również co najmniej nas Europejczyków, choć oczywiście procesy te będą zupełnie różne w poszczególnych krajach), już w przeciągu kilka najbliższych lat i będzie to walka na śmierć i życie (choć mam nadzieję że nie będzie, przynajmniej na początku - krwawa). Dziś cele Unii Europejskiej są już bowiem jasno zdefiniowane - likwidacja państw narodowych (element niezbędny do zaistnienia procesu... integracji europejskiej, o czym pisał Altiero Spinelli), narodowych armii i narodowych gospodarek. Jest już nowa elita, która szykuje się do objęcia niepodzielnej i absolutnej władzy nad tym jednym europejskim państwem komunistycznym, która dzierży w swoich rękach bardzo mocne argumenty - elementy nacisku fiskalnego na poszczególne rządy, celem przymuszenia ich do likwidacji demokracji i podporządkowania się odgórnie wydawanym przykazom (o czym niedawno chociażby mówiła w swym wystąpieniu kanclerz Adolfina Merkel, nawołując otwarcie rządy do... niesłuchania głosów obywateli w kwestii imigracji). Cel już przecież jest wyznaczony, demokracja więc nie jest już potrzebna, można więc powoli ją zwijać (wraz z państwem narodowym).

Przyszłość, jaką więc szykują nam (najpierw w Europie a potem w innych częściach globu, bo marksizm nie toleruje jakiejkolwiek inności i niczym złośliwy wirus wciąż musi się rozszerzać) nowe władcy, opiera się o elitę, która będzie niedostrzegalna (oficjalnie nieznana), podwykonawców (czyli lokalnych przywódców europejskich) oraz zarządców obozów czyli kapo (rządzących w poszczególnych państwach członkowskich nowej Europy, które zostaną sprowadzone jedynie do roli lokalnych zarządców masy upadłościowej - że też tak się wyrażę). Do tego dojdzie część wybranych, którzy załapią się na więźniów-zarządców i którym skapnie część publicznej kasy, rozdzielanej np. na tzw.: NGO-sy, armię europejską i inne tego typu organizacje. Cała zaś pozostała masa ludzka, będąca ogromną większością - będzie sprowadzona do roli pracującego (i utrzymującego wszystkich pozostałych) za najniższe stawki prekariatu. Kontrolowanego (armia, służby, telefony, sprzęt elektroniczny, czipy itd. itp) i ogłupianego najniższą formą rozrywki (głupkowate show, teleturnieje typu "gwiazdy tańczą na lodzie", lub skoki celebrytów do basenu itd.) oraz oczywiście przez media. Niesamowite prawda? Idealny świat totalitarnej władzy i kontroli z powieści Orwella - "1984". To już się dzieje, szkoda tylko że większość z nas tego nie dostrzega, a obudzi się jak będzie za późno, z przysłowiową "ręką w nocniku". Celem ma więc być wymieszane społeczeństwo, pozbawione własnych krajów ojczystych i powiązań rodzinnych, któremu wmówi się dosłownie wszystko (jak autorzy wystawy w Muzeum Historii Miasta Birmingham, którzy twierdzą że czarnoskórzy i muzułmańscy migranci zakładali czy wpół-zakładali to miasto). Któż wówczas im się sprzeciwi? Ko będzie na tyle odważny, skoro dziś już wielu woli siedzieć cicho z obawy chociażby przed utratą pracy czy eliminacją z pewnej towarzyskiej wspólnoty poglądów. I jest pozamiatane!

Dlatego też lubię czasem powrócić do celów i motywacji ludzi, którzy niegdyś budowali partie komunistyczne w Europie. Czym oni się kierowali? Dla wielu z nich była to prawdziwa wiara, oni realnie wierzyli że komunizm i partia, która ten komunizm ma wprowadzać, są czymś, na wzór świeckiego bóstwa - są święte (dla wielu z nich partia była prawdziwą świętością a jakakolwiek forma krytyki ich poczynać ze strony władz partyjnych, była prawdziwą katastrofą życiową, tak wielką że wielu było gotowych popełniać samobójstwa, byle tylko nie doświadczać odrzucenia ze strony partii). Dla innych, bardziej racjonalnie myślących, była to po prostu forma łatwego wzbogacenia się i możliwości sprawowania władzy. Wielu bowiem przedwojennych komunistów, którzy wywodzili się ze środowisk robotniczych, doznawało luksusowego życia, właśnie wykonując partyjną robotę. I to nie wcale po tzw.: "wyzwoleniu", jakie przyszło na sowieckich tankach po II Wojnie Światowej, lecz w okresie międzywojennym. To właśnie wówczas wielu partyjniaków otrzymywało z Kominternu takie pieniądze, które były wówczas np. miesięczną pensją urzędnika państwowego, a komunistki z rodzin robotniczych, kupowały sobie futra, jedwabne pończochy i skórzane torebki i biżuterię. Było to więc często połączenie przyjemnego z pożytecznym (czyli łatwego życia na wysokim poziomie, z wiarą w boskość marksizmu). Ludzi tak myślących było dużo (co prawda nie dla wszystkich zawsze starczało konfitur, niekiedy i przymierali głodem, ale w imię wyższego celu przecież: "szczęścia ludu pracującego miast i wsi". Przynajmniej bardzo w to wierzono. Wierzono również że środki uświęcają cele, tak więc jeśli potrzeba jest wymordować kilka tysięcy wrogów (bez względu na to czy byli nimi realnie czy nie), to należy to uczynić, bo dla reszty stworzy się prawdziwy raj na ziemi - "równość-wolność-sprawiedliwość" pod znakiem marksizmu.

Trupy są więc nieważne, ani środki, które służą realizacji celu - triumfu ideologii Marksa, Engelsa, Lenina (i innych). Ważny jest niedościgły cel, który już byłby urzeczywistniony, tylko na przeszkodzie temu stoi wrogość "elementów reakcyjnych", które należy usunąć z drogi. A jak mawiał Stalin: "W miarę postępów komunizmu, walka klas będzie się zaostrzać", przeto tych wrogów będzie coraz więcej, i więcej, i Więcej, i WIĘCEJ!!! Wreszcie ci naiwni ideolodzy (jeśli wcześniej sami nie zostaną zlikwidowani, jako "elementy reakcyjne i antysocjalistyczne", to zmuszone będą do ciągłego taplania się w ludzkiej krwi i wynoszenia stosów pomordowanych. Kiedy więc zostanie zrealizowany ten ich młodzieńczy etos, ta pasja "raju na ziemi?". Gdy tylko pokona się wrogów! A kiedy to się stanie? No właśnie, kiedy wreszcie przestaną czyścić podłogi i ściany swoich kazamatów z ludzkiej krwi i pakować stosy trupów do zbiorowych grobów, niczym śmieci. Wedle dialektyki marksistowskiej nie stanie się to nigdy, bowiem wraz z umacnianiem się władzy komunistycznej, walka rewolucyjna będzie się zaostrzać. Młodzieńcze ideały rozbiły się więc o brutalną rzeczywistość, polegającą na wybijaniu zębów i gruchotaniu kości. Owszem, wielu to lubiło, bowiem komunizm przyciągał do siebie dużą część osobowości wybitnie patologicznych, dla których władza dla samej władzy i mordowanie dla przyjemności, były czymś naturalnym. Taką osobowością był właśnie Bolesław Mołojec - który nawet przez swoich własnych partyjnych kolegów i koleżanki, doczekał się obraźliwych przezwisk, jak choćby: "bandzior" czy "ku...a" (tak miała nazwać Mołojca należąca do PPR-u Stanisława Sowińska, która po latach pisała we wspomnieniach: "Dziś po latach, żałuję, że określiłam go brzydkim mianem, które do niego przylgnęło, wtedy wydawało mi się śmieszne, obecnie widzę, że budzi niesmak"). Zresztą takich postaci jak Mołojec było więcej (znacznie więcej), ale ja wybrałem sobie właśnie jego przykład, bowiem stanowi on doskonałą odsłonę partyjnej walki, toczącej się pod płaszczykiem oficjalnie deklarowanych frazesów.




Bolesław Mołojec urodził się 9 lutego 1909 r. we wsi Henryków niedaleko Piotrkowa Trybunalskiego. Po skończeniu szkoły podstawowej pracował jako robotnik. W połowie lat 20-tych związał się z ruchem komunistycznym, za co został usunięty z gimnazjum. Po raz pierwszy został aresztowany w 1929 r. i odtąd pozostawał pod policyjnym dozorem. W 1931 r. wyjechał z Polski do Związku Sowieckiego, gdzie odbył przeszkolenie wojskowe i polityczne na Komunistycznym Uniwersytecie Mniejszości Narodowych Zachodu w Moskwie. Następnie w 1934 r. powrócił do kraju, gdzie został mianowany członkiem Sekretariatu Krajowego Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Wkrótce potem wstąpił do organizacji Legion Młodych, gdzie działał jako wtyczka sowieckiego wywiadu. W czerwcu 1936 r. został (głównie z powodu swojego apodyktycznego charakteru) usunięty z KZMP i wtedy właśnie postanowił wyjechać do Hiszpanii, gdzie właśnie rozpoczynała się krwawa wojna domowa. Mimo iż nie uzyskał zgody partii komunistycznej (KPP - czyli Komunistycznej Partii Polski) na wyjazd, wyjechał mimo to i przez kolejne ponad dwa lata walczył w XIII Brygadzie Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego (oficjalnie złożonej z Polaków, ale realnie było tam mnóstwo innych narodowości). W styczniu 1939 r. został przerzucony do Francji gdzie już od 1936 r. część polskich komunistów (z KPP) zaczęła organizować komórki partyjne, które po rozwiązaniu Komunistycznej Partii Polski przez Stalina w sierpniu 1938 r. zostały zupełnie na lodzie. Rozwiązanie partii pociągnęło oczywiście automatyczne wstrzymanie wypłacania pieniędzy dla funków (funkcjonariuszy aparatu partyjnego), co wielu polskich komunistów doprowadziło wręcz do finansowej ściany. 

Pozbawienie funduszy z Moskwy, odcięcie od swoich rodzin (komuniści wiedli iście koczowniczy tryb życia, w czasie którego częsta zmiana miejsc zamieszkania i porzucanie jednych żon i mężów dla innych, należały do naturalnego stanu rzeczy), w zasadzie otarli się o śmierć głodową. W nieco lepszej sytuacji byli niektórzy członkowie partii pochodzenia żydowskiego, którzy mieli kontakty ze swymi rodzinami i jakoś przetrwali. Rodziło to wzajemną nienawiść pomiędzy polskimi a żydowskimi komunistami z byłej KPP. Część polskich komunistów (podobnie jak i żydowskich choć polskojęzycznych), wstąpiła do Komunistycznej Partii Francji, gdzie jednak byli traktowani jako potencjalne prowoki czyli prowokatorzy (była to taka komunistyczna nowomowa z okresu międzywojennego). Jeszcze w 1939 r. Mołojec stanął na czele tzw.: "Grupy Inicjatywnej" w Paryżu, skąd słał listy do Dymitrowa (szefa Kominternu) i Stalina, wychwalające ich geniusz (i donosy na innych towarzyszy). Po wspólnym niemiecko-sowieckim ataku na Polskę we wrześniu 1939 r. radował się iż Związek Sowiecki: "wspólnie z Ukraińcami i Białorusinami wyzwolono półtora lub dwa miliony Polaków. Dlaczego psiakrew tylko dwa miliony?" jak pisał w lutym 1940 r. do szefa wykonawczego Międzynarodówki Komunistycznej - Pantielejmona Guliajewa. W Paryżu najpierw w Grupie Inicjatywnej (nad którą pieczę sprawował z imienia Kominternu - Iwan Kozinarow, oddelegowany "na robotę polską"), zajmował się głównie szukaniem i likwidowaniem prowoków (podobnie jak czynił w Hiszpanii). Wśród polskich komunistów i tak pozbawionych swojej partii (czyli sierot 😊), atmosfera stawała się wprost nie do zniesienia. Potęgował ją swą podejrzliwością i wtrącaniem się do wszystkiego, właśnie sam Bolesław Mołojec. 

Wreszcie zaczęto wydawać swoje pismo - "Biuletyn Informacyjny" (a w zasadzie "Biouletyn Informacyjny", który był pełen tylu błędów stylistycznych i językowych, dodatkowo okraszonych masą rusycyzmów, że wręcz nie dawało się tego czytać. Ale czym się dziwić, przecież jeszcze w latach 20-tych polscy komuniści w ZSRS mówili że gdy zdobędą władzę w Polsce, to z ich przybyciem z Polski wyjadą wszyscy obszarnicy, kułacy i kapitaliści. Dodatkowo wyjedzie też gramatyka). Celem Grupy Inicjatywnej i późniejszego (od czerwca 1939 r.) Tymczasowego Ośrodka Kierowniczego, było przygotowywanie podwalin pod budowę nowej polskiej partii komunistycznej, która jednak miała być zupełnie inna niż dawna KPP. Przede wszystkim miała się składać z żołnierzy Brygad Międzynarodowych z Hiszpanii (tzw.: "Dąbrowszczaków" którzy w Polsce Ludowej objęli gros stanowisk w rządzie i administracji, jako sprawdzeni w bojach i wierni towarzysze), wiernych Stalinowi komunistów i tych, którzy siedzieli w więzieniach w czasie politycznych czystek w ZSRS (np. w więzieniach w Polsce). Mołojec stał na bardzo radykalnych pozycjach, twierdząc iż: "Nowa Polska może być tylko robotniczo-chłopską Polską (...) której podstawą będzie taka konstytucja, jaką stworzył dla narodów ZSRS towarzysz Stalin" i jednocześnie uważał że nowa partia nie może oficjalnie odnosić się do komunizmu, aby nie wystraszyć potencjalnych zwolenników: "Prawda że ustrój sowiecki jest najbliższy robotniczym masom (...) Jednak wysunięcie takiego hasła będzie pewnym wysunięciem się przed szereg (...) wysuwając hasło Niepodległej Polski wolnej od kapitalistów i obszarników będziemy jednocześnie bezpośrednio agitować za komunizmem i wyjaśniać, że taką Polską może być tylko sowiecka Polska". 

W styczniu 1940 r. Mołojec wyjechał do Związku Sowieckiego na partyjne szkolenie i tam właśnie zastała go niemiecka agresja na ZSRS - 22 czerwca 1941 r. Po odbyciu dodatkowego szkolenia wojskowego (w ośrodkach Nagornoje, Puszkino i Schodnia pod Moskwą), już w sierpniu 1941 r. zaczęto formować tzw.: "Grupę Inicjatywną", która miała za zadanie przedostanie się do okupowanej przez Niemcy Polski i stworzenie tam partii komunistycznej, oraz zbrojnych jej oddziałów czyli Gwardii Ludowej. Stalin uznał że lepiej będzie, jeśli nowa partia nie będzie się nazywała komunistyczna, gdyż mogłaby zrazić do siebie wielu Polaków, którzy walkę pod czerwonym sztandarem poczytywaliby za ujmę, choć mieli socjalistyczne poglądy. Dlatego też (jak zanotował Dymitrow): "Będzie lepiej założyć Polską Partię Robotniczą z komunistycznym programem. Partia komunistyczna odstrasza nie tylko obcych, lecz także niektórych z tych, którzy z nami sympatyzują". Wielu polskich komunistów było zawiedzionych programem nowej partii, która za cel najważniejszy obrała sobie na początek wyzwolenie kraju spod niemieckiej okupacji, a dopiero potem wszelkie inne kwestie ideologiczne. Uważano że jest to nie tylko spowolnienie rewolucji w Polsce, ale wręcz... jej cofnięcie, jako że i tak wszystkie państwa miały się stopić we wspólnym, marksistowskim tyglu (np. niejaki Roman Śliwa, członek Grupy Inicjatywnej a wcześniej wielokrotnie skazywany na karę więzienia za działalność komunistyczną szpieg sowiecki, tak pisał po przeczytaniu programu PPR-u: "Jestem Polakiem i przysięgałem na wierność Polsce. Jestem jednak skrajnym socjalistą, a Polakiem dlatego tylko bo władam językiem polskim i mieszkam w Polsce. Poza tym jako robotnika nic mnie więcej z Polską nie wiąże".




Na czele Grupy Inicjatywnej, mającej zostać zrzuconą na spadochronach do okupowanej Polski, miał stanąć sprawdzony towarzysz, jeszcze z czasów wojny polsko-bolszewickiej 1919-1920 - Marceli Nowotko ps.: "Stary", Paweł (Pinkus) Finder ps.: "Paweł" oraz Bolesław Mołojec ps. "Długi", którzy to stanowili trójkę kierowniczą. Następnie Czesław Skoniecki "Ksiądz", Feliks Papliński "Julek", Roman Śliwa "Weber", Pinkus Kartin "Piotr", Jan Turlejski (zastąpiony przez Marię Rutkiewicz), Karol Weber i Jakub Aleksandrowicz (w drugiej Grupie Inicjatywnej dotarli: Małgorzata Fornalska "Jasia", Aleksander Kowalski "Olek", Jadwiga Goldszak-Ludwińska "Jadwiga", Piotr Drążkiewicz (vel Drąg) "Paweł", Jan Krasicki "Janek", Jan Gruszczyński "Janek", Mieczysław Hejman "Mietek", Wacław Stec "Wacek". Pierwsza grupa miała wyruszyć spod moskiewskiego lotniska "na robotę partyjną" do Polski, dnia 26 września 1941 r., jednak to się wówczas nie udało, gdyż samolot spadł zaraz po wylądowaniu i trzech członków grupy odniosło obrażenia, zaś Jan Turlejski zginął na miejscu, zastąpiony następnie przez Marię Rutkiewicz. Druga próba miała miejsce w nocy z 27 na 28 grudnia 1941 r. i zakończyła się już (połowicznym) sukcesem. Połowicznym, ponieważ podczas lądowania na spadochronach, Nowotko złamał nogę, poza tym zgubiono radiostację, co oznaczało że grupa ta została prawie całkowicie odcięta od informacji z Moskwy. Po wylądowaniu nawiązano kontakt z Teodorem Duraczem "Profesor", w którego kancelarii adwokackiej spotykała się cała komunistyczna śmietanka. Do pierwszego spotkania założycielskiego partii, doszło dnia 5 i 6 stycznia 1942 r. w mieszkaniu Juliusza Rydygiera przy ul. Krasińskiego 18 w Warszawie, na której obecni byli m.in.: Marian Spychalski ps.: "Marek", Wincenty Rutkiewicz "Bolek", Duracz i kilku innych. Było to spotkanie założycielskie Polskiej Partii Robotniczej, która w grudniu 1949 r. zmieniła nazwę na Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, rozwiązanej oficjalnie 30 stycznia 1990 r. i zamienionej następnie (od 1991 r.) w Sojusz Lewicy Demokratycznej. A wracając do Grupy Inicjatywnej, pierwsze miesiące były do nich niezwykle ciężkie, a przyczyniła się do tego również postawa Bolesława Mołojca, którego potem nawet Nowotko nazywał "ku..ą partyjną".          


 W SPEKTAKLU "MORD ZAŁOŻYCIELSKI" JEST UKAZANA HISTORIA TEJ BOLSZEWICKIEJ JACZEJKI, JAKĄ NA POLSKIEJ ZIEMI BYŁA EKSPOZYTURA OBCEGO PAŃSTWA W FORMIE POLSKIEJ PARTII ROBOTNICZEJ.

NATOMIAST SAMEGO BOLESŁAWA MOŁOJCA NIEZWYKLE TRAFNIE POKAZAŁ TU MARIUSZ BANASZEWSKI








ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



CDN.
 

środa, 2 stycznia 2019

WOJNY KULTUROWE - Cz. I

CO NAS NIE ZABIJE, TO NAS WZMOCNI




 Są takie tematy, które podejmuję się napisać pod wpływem emocji. Tak właśnie jest i z tym tematem, który postanowiłem stworzyć pod wpływem informacji o jawnych manipulacjach i kłamstwach przedstawianych w ośrodkach kultury, za jakie chociażby powinno się uważać muzea czy domy sztuki. Dzisiejszy temat powstał więc spontanicznie pod wpływem pewnego filmiku z YouTube'a sprzed kilku miesięcy (który notabene teraz dopiero obejrzałem). Odnosi się on do Muzeum Historii Miasta Birmingham w Anglii, w którym w dość łopatologiczny sposób została zaprezentowana moc współczesnej polit-poprawnościowej propagandy. Wiecie Kochani, wiedząc o pewnym postępującym zjawisku i nawet go zdiagnozować to jedno, ale ujrzeć jego efekty w sferze publicznej to już zupełnie inna sprawa. Jesteśmy wprost osaczani postępującą lawiną kłamstwa i jawnej propagandy, i to propagandy tak prostackiej, że powstydziliby się jej użycia zarówno komuniści jak i naziści (którzy też stosowali najróżniejsze propagandowe ekwilibrystyki, aby tylko dopasować swój propagandowy przekaz do faktów historycznych, a jeśli fakty jawnie przeczyły propagandzie... no cóż, tym gorzej dla faktów). Oto bowiem w Muzeum Historii Miasta Birmingham dowiadujemy się rzeczy wprost niesamowitych, wręcz fantastycznych (ja się tylko zastanawiam czy jakikolwiek historyk z pełną premedytacją byłby w stanie pod tym się podpisać - no chyba tylko za bardzo wysoką gażę). Historii które nawet nie przypominają mitów czy legend, bo one w jakiś sposób były jednak oparte na wydarzeniach prawdziwych, do których dołożono pewne dodatkowe elementy, mające szczególnie ubarwić te opowieści. W tym przypadku nic podobnego nie zaistniało, natomiast jest to dopiero przedsmak totalitarnych metod, stosowanych po zwycięstwie marksizmu najpierw w Europie a potem na całym świecie. Bowiem fakt, iż integracja europejska w marksistowskim duchu nawet jeszcze się nie rozpoczęła, jest oczywisty i mówią o tym jej główni piewcy. 

Totalitaryzm marksistowski (czyli integracja europejska) rozpocznie się dopiero z chwilą... likwidacji państw narodowych, stworzenia armii europejskiej i zamienienia Europy w jeden wspólny marksistowski kołchoz, z wszechpanującą cenzurą i wszechobecną propagandą). I tego typu próby są od dekad stosowane zarówno w szkołach jak i na uczelniach wyższych w Europie Zachodniej i USA. Ustrój komunistyczny (w jego bolszewicko-leninowskiej odsłonie), który rozpadł się ponieważ był niewydolny ekonomicznie i potrafił generować jedynie ludzką nędzę, zwyciężył swych zachodnich pogromców, opanowując od środka (niczym wirus) najważniejsze centra społeczno-edukacyjne. Spójrzmy na przykład na rok 1968. Przecież quasi-rewolucja marksistowska (głównie w Niemczech i Francji, choć oczywiście nie tylko bo to był proces obejmujący dużą część dotychczasowej kultury Zachodu), była organizowana głównie na uniwersytetach. To tam wywieszano portrety Marksa, Engelsa, Lenina, Mao Tse-Tunga, Kim Ir-Sena, Pol Pota, zdarzały się też i zdjęcia Stalina. To tam rozwieszano czerwone szmaty, jako symbol rewolucyjnego ducha, panującego w tychże uczelniach wyższych, formujących przecież przyszłą elitę władzy swoich państw. Oczywiście takie ruchy (jak chociażby ruch hippisowski w USA), były sowicie wspierane przez Związek Sowiecki, którego celem było osłabienie Zachodu od wewnątrz (teoria "Rozpędzonej Lokomotywy" - którą już w latach 50-tych zaczęto stosować w ZSRS, a mówiła ona, iż Zachodu nie można ani prześcignąć, ani też dogonić, gdyż pędzi tak szybko, jak właśnie rozpędzona lokomotywa. Zatem, aby powstrzymać ten pęd, co należy zrobić? Wymontować poszczególne kółka, tak aby ten rozpędzony kolos sam się wywalił. A najlepszym ku temu sposobem było właśnie wspieranie różnych marksistowskich grupek na Zachodzie w celu rozbijania zachodnich społeczeństw od środka ("wolna miłość", narkotyki, nawoływania do jednostronnego rozbrojenia krajów Zachodu, a szczególnie USA w typie haseł: "make love, not war" i inne tego typu działania).

Ten marksistowski wirus, który objawił się w formie quasi-rewolucji 1968 r. na Zachodzie (notabene rewolucji jeszcze wówczas przegranej, gdyż społeczeństwa, wychowane jeszcze - w miarę normalnych - czasach, nie były ani chętne, ani tym bardziej gotowe aby przyjąć i zaakceptować marksistowskie teorie), był tam jednak wdrażany już od ponad dwudziestu lat. A prekursorami tego wszystkiego byli oczywiście członkowie i twórcy tzw.: "szkoły frankfurckiej" z 1923 r. (czyli "Instytutu Badań Społecznych" we Frankfurcie nad Menem), gdzie zastanawiano się nad przyczynami klęski komunizmu na Zachodzie Europy w latach 1917-1920. Tą samą drogą poszedł również niejaki Altiero Spinelli - włoski komunista (trockista), który krytykował komunizm stalinowski, ze względu na jego nieefektywność. Za swoją działalność został dwukrotnie aresztowany we Włoszech (1927-1937 i 1939-1943). W 1941 r. będąc osadzonym w więzieniu na wyspie Ventotene, sporządził (wraz z Ernestem Rossie'gim), napisany początkowo na rolce papieru toaletowego swoisty manifest przyszłej, marksistowskiej Europy, w którym wyłożył główne powody klęski komunizmu w latach wcześniejszych i przedstawił pomysły jak ich uniknąć w przyszłości. Stwierdził tam że rewolucja komunistyczna, jaka została zainicjowana chociażby przez Lenina, nie mogła się udać i nie może też przetrwać w dłuższym przedziale czasowym. To znaczy sama rewolucja ok. jest w porządku, ale problem polega na tym iż ludzie, którzy ją tworzą to nie są prawdziwi rewolucjoniści (nawet jeśli deklarują że nimi są). Jak bowiem wytłumaczyć tak żywiołowe poparcie robotników we Włoszech dla partii faszystowskiej Benito Mussoliniego? Spinelli przedstawia jasne i proste rozwiązanie tego, dotąd niezrozumiałego dla wielu komunistów zjawiska. 

Otóż problemem jest... skażona ludzka psychika. Skażona reakcyjną kulturą w której człowiek się rodzi i wyrasta. Należy więc zacząć nie od rewolucji ekonomicznej, opowiadającej się za "każdemu według potrzeb" - bo choć hasło to (jak twierdził Spinelli) jest pociągające, to jednak nie jest w stanie realnie zapewnić zwycięstwa nowemu systemowi. Problemem są więc ludzie, którzy wyrośli w starej, skażonej kulturze i którzy (nawet jeśli chcą) nie są w stanie realnie zmienić swojego systemu pojmowania rzeczywistości. Zatem każdą kolejną rewolucję należy zacząć nie od pobudzenia ludu (którego zapał wcześniej czy później wygaśnie i który równie dobrze może zmienić podstawę swego poparcia, jak choćby było stało się to we Włoszech czy Niemczech, gdzie przecież robotnicy tłumnie wspierali Hitlera i jego reżim), lecz od totalnej zmiany mentalnościowej i kulturowej przyszłych pokoleń, które będą myślały już zupełnie inaczej niż ich rodzice czy dziadkowie. One staną się nową elitą przyszłego ustroju marksistowskiego, który będzie o tyle silniejszy, że zostanie najpierw zbudowany w ich głowach. Ludzi należy więc zmieniać od dziecka, a tych, których zmienić się nie da (będą się opierali, lub wspierali dawną, reakcyjna kulturę) należy przymusić do uległości wszelkimi możliwymi sposobami (od zwalniania z pracy i usuwania z kierowniczych stanowisk ludzi inaczej myślących, co już ma miejsce na ogromną skalę w zachodnich krajach Unii Europejskiej i USA, po przez zamykanie ich w więzieniach i zakładach psychiatrycznych, aż do ostatecznej, fizycznej eliminacji - co ma być końcowym etapem zwycięskiej rewolucji marksistowskiej). Tak oto wyglądał ów sławny manifest z Ventotene, który dziś jest już kluczowym dokumentem formującym dzisiejszą Unię Europejską (stąd europejska integracja wcale się jeszcze nie zaczęła, gdyż, jak twierdził Spinelli, rozpocznie się ona dopiero z chwilą likwidacji państw narodowych, narodowych armii i gospodarek - a to jeszcze, jak na razie nie nastąpiło).





Oczywiście Spinelli nie był ani pierwszym, ani tym bardziej jedynym tego typu myślicielem marksistowskim, postulującym stworzenie "Nowego, Wspaniałego (totalitarnego) Świata" na gruzach starego. Rewolucja marksistowska postępowała i wykluwała się właśnie głównie na uczelniach Zachodu i to w czasie, gdy ów Zachód był zaangażowany w śmiertelną walkę z komunistycznym Związkiem Sowieckim, epoki "Zimnej Wojny". Był przecież cały ten Wilhelm Reich, ze swoją "Seksualnością w walce kulturowej", Erich Fromm ze swoją rewolucją seksualną i krytyką tradycyjnego, społecznego modelu rodziny, był Max Horkheimer ze swoją teorią krytyczną (która definiuję że to, co może być złe, jest lepsze od tego co może stać się dobre, gdyż to co może być dobre jest z gruntu złe, a to co jest złe, jest jednak... dobre 😕). Zresztą powojenni marksiści twierdzili, że nie da się zbudować nowego społeczeństwa, bez oparciu się na nowym prekariacie, czyli obraniu sobie na sztandary teraz kolejnych "prześladowanych" (po robotnikach i chłopach przyszła teraz kolej na... kobiety, homoseksualistów i osoby o innym niż biały kolorze skóry). Tutaj wszedł więc Herbert Marcuse ze swoją koncepcją "tolerancji represywnej" (1955 r.), polegającej na tolerowaniu jedynie sił "postępowych" (marksistowskich) przy jawnej nietolerancji dla wszystkich innych, szczególnie zaś dla sił "reakcyjnych", dążących do podtrzymania tradycyjnej tolerancji (która dla marksistów była również symbolem zniewolenia, jako że promowała tolerancję mniejszości dla umocnienia pozycji i władzy większości). Potem już poszło z górki, nastąpiła "Wielka Odnowa" lat 60-tych (której kumulacją była quasi-rewolucja 1968 roku), potem od lat 70-tych stopniowy "marsz przez instytucje" (i opanowywanie po kolei edukacji, kultury, środków masowego przekazu i wreszcie władzy politycznej tworząc nową elitę). Jednym z ostatnich elementów neomarksizmu, był tzw.: "Eurokomunizm", czyli wyrzeczenie się rewolucji na rzecz ewolucji systemu i stopniowego opanowywania jego centrów. W 1993 r. Manifest z Ventotene stał się oficjalnym programem Wspólnoty Europejskiej, czego efektem było powstanie w 2009 r. Unii Europejskiej, która zaś w swej "Białej Księdze" z 2017 r. oficjalnie przyznała że jej celem ostatecznym jest właśnie plan Spinellego.

Na temat historii marksizmu można by pisać eseje, ale nie to jest teraz ważne. Ważne jest, aby uświadomić sobie stopień niebezpieczeństwa, jaki nam grozi, nam, czyli wszystkim Europejczykom, gdyż jeśli im (marksistom) powiedzie się ten plan, czeka nas powstanie totalnego państwa totalitarnego, w którym będzie obowiązywać takie prawo, jakie zechcą wprowadzić elity tego państwa, czyli zdaniem Altiero Spinellego, najbardziej oświecone i wychowane w nowej kulturze jednostki, które będą zupełnie wolne od "reakcyjnego" starego świata i jego "przesądów". Tolerancja zostanie zamieniona w tolerancję represywną (czyli "tolerancja tak, ale... nie dla wrogów tolerancji" - rozumianej jako afirmacja wszelkich marksistowskich teorii i praktyk, zresztą ta zasada jest już dziś stosowana, więc zostanie jedynie wzmocniona), kłamstwo zajmie miejsce prawdy historycznej i będzie tak jak u Orwella, gdzie wszelkie instytucje miały niezwykle piękne nazwy, a służyły zupełnie odmiennym celom (jak np. Ministerstwo Prawdy zajmowało się nieustannym sianiem propagandy rządowej wśród ludzi, a Ministerstwo Pokoju wciąż szykowało się na wojnę). To już ma miejsce, czego efektem jest właśnie prezentacja w Muzeum Historii Miasta Birmingham (nie tylko zresztą tego, wystarczy tylko obejrzeć sobie wystawę Muzeum Europejskiego w Brukseli, czy Muzeum Auschwitz-Birkenau, jak bardzo prawda historyczna jest tam wypaczana, a jej miejsce zajmuje propagand). Co zostało pokazane na kanale jakuboski76 na YouTube (notabene, autor tego nagrania jest zarówno gejem, jak i muzułmaninem, więc jego relacja jest tym bardziej wiarygodna i zarazem wstrząsająca).

A wstrząsająca jest, ponieważ okazuje się że nadszedł już taki etap w historii wprowadzania neomarksizmu, że ludziom można już oficjalnie opowiadać jawne kłamstwa i będą oni (co najwyżej głupio się uśmiechać, ale i tak będą zmuszeni to oglądać). Autorzy tych wystaw już jawnie mają ludzi za kompletnych kretynów, którym można wmówić wszystko i którzy (nawet jeśli nie będą chcieli), to będą musieli w to uwierzyć. A przyznam się szczerze że po obejrzeniu tego krótkiego filmiku, poczułem się jak ktoś, z kogo właśnie zrobiono totalnego głupka i jeszcze dano mu do potrzymania tabliczkę z napisem: "frajer". Początkowo było mi nawet do śmiechu, ale po głębszym zastanowieniu się uznałem że po pierwsze nie ma się z czego śmiać, a po drugie że problem postępującego zakażenia wirusowego (jakie trapi zachodnie społeczeństwa w postaci rozprzestrzeniającego się wszędzie marksizmu kulturowego), doszedł już do takiego stanu, że aby zainfekowany organizm mógł jeszcze przeżyć, należy podjąć niezwykle kosztowną i niezwykle ciężką operację, której celem jest... całkowite usunięcie owego wirusa (czyli zdiagnozowanie, opisanie i pokazanie wszystkich przejawów postępującej antykulturowej ofensywy marksistów, celem wyznaczenia celów i jawnym ukazaniem wroga, który jak sądzę dla wielu do dziś jest w ogóle nieznany). Potrzeba kolejnego, wielkiego "marszu przez instytucje", ale postępującego w odwrotnym kierunku niż ten pierwszy. Potrzeba nam więcej normalności, więcej spokoju i więcej tolerancji, ale jednocześnie umiejętności jawnego ukazania i zdiagnozowania zła. To jest walka kulturowa. Nie toczy się ona pomiędzy światem chrześcijaństwa i światem islamu, pomiędzy ludźmi o białym kolorze skóry i ludźmi o kolorze czarnym lub żółtym, lub każdym innym, nie toczy się ona pomiędzy mężczyznami i kobietami, nie jest to bowiem wojna ani religii, ani ras ani płci. Jest to wojna kultury i antykultury, świata tradycji i wszelkich wartości oraz świata antywartości i anty tradycji, świata świata nihilizmu i zgnilizny moralnej. To, w jakim świecie będziemy żyć w przyszłości, będzie zależało od tego, po której stronie dziś się opowiemy.

Natomiast filmik z Muzeum w Birmingham jest o tyle przerażający, że próbuje napisać nam historię (na razie tylko miasta Birmingham) na nowo. Czegóż bowiem dowiadujemy się z tej wystawy? Ano tego, że miasto Birmingham zostało założone przez... migrantów (przy czym wszędzie dominują fotografie osób czarnoskórych, że to właśnie oni zapewne byli owymi migrantami). Poza tym nagrane są jakieś amatorskie, niskobudżetowe filmiki, pokazujące że już od średniowiecza murzyni (osoby czarnoskóre) walczyli w obronie miasta i że w ogóle miasto przetrwało głównie dzięki obecności czarnoskórych (i muzułmańskich) przybyszy z Afryki oraz Bliskiego Wschodu. Ja rozumiem że przekaz Muzeum nie jest skierowany bezpośrednio do obecnych mieszkańców Birmingham (choć ponoć już 50 % mieszkańców miasta to osoby czarnoskóre), a raczej do ich dzieci i kolejnych pokoleń, które będą doń prowadzone przez nauczycieli ze szkół (będzie to obowiązkowa lekcja przyszłej "historii miasta"). Chodzi więc o nic innego, jak tworzenie nowego człowieka, budowanie nowej historii, nowej narracji, którą (wychowane już w nowej kulturze) dzieci, uznają za jedynie prawdziwą. A wszelkie próby wytłumaczenia im, że to jawna propaganda, spełzną na niczym (niektórzy mogą nawet postąpić tak, jak swego czasu postąpił Pawlik Morozow w Związku Sowieckim, który wydał na śmierć swoich rodziców, od których przypadkowo usłyszał że mają inne poglądy niż oficjalnie dopuszczalne i w szkole powiedział o tym nauczycielom, ci uruchomili władze i system bezpieczeństwa, po czym jego rodzice zostali zamordowani w sowieckich kazamatach, zaś on... stał się bohaterem. Pisano o nim wiersze, stawiano mu pomniki, chwalono jego "rewolucyjną czujność" - aż wreszcie jego dziadek, nie mogąc przeżyć co system komunistyczny zrobił z umysłem jego wnuka, zamordował Pawlika. A przecież był on tylko niewinną ofiarą systemu. Jak miał się bronić, skoro uznał że to, co opowiada się w szkołach i na zebraniach pionierów, to prawda, a jego rodzice naprawdę są wrogami państwa i niszczycielami władzy sowieckiej. Pomyślmy teraz, przyszłe pokolenia też uznają że ekspozycja z Muzeum w Birmingham jest prawdziwa, bo tak przecież zostaną wychowani, w całkowitej uległości wobec totalitaryzmu). Oto ów film:



  


PS: W kolejnej części przejdę już do zaprezentowania owych wojen kulturowych, które miały ogromne znaczenie dla historii współczesnej Europy i w ogóle całego Zachodniego Świata. Według mnie były trzy takie kulturowe zmiany (ta obecna, czwarta jest zmianą antykulturową, dlatego nie jest ona zaliczana w ich poczet bezpośrednio). Pierwszą wielką falą nowej kultury, która opanowała duże połacie europejskich i azjatyckich ziem, był rozwój kultury helleńskiej i hellenistycznej, rozszerzony początkowo ku Azji na ostrzach sariss armii Aleksandra Wielkiego i jego następców, a następnie w kolejnych fazach rozkwitu tej cywilizacji jako syntezy grecko-rzymskiego świata. Drugą, wielką rewolucją kulturową Europy, były narodziny chrześcijaństwa i jego rozwój aż do czasów średniowiecza. Trzecią i ostatnią kulturą (choć zawierającą już nasiona antykultury) w Europie, był rozwój renesansu z jego "powrotem do antyku" (czyli do tego, co było przed chrześcijaństwem, a co było przed chrześcijaństwem? Krwawe ofiary na ołtarzach różnych bogów, ogromny brak pierwiastka duchowego (nie licząc niewielkich, misteryjnych grupek religijnych) i w zasadzie pozostawienie człowieka samego sobie w konfrontacji z okrutnymi bóstwami). Czwartą falą, z jaką mamy do czynienia obecnie, jest właśnie rozwój i rozprzestrzenianie się marksizmu (w jego kolejnych odsłonach - bolszewizmu, nazizmu, feminizmu, genderyzmu). Nie jest to jednak kolejny element nastającej po sobie kultury, bowiem kultura ma to do siebie że pozostawia po sobie jakieś dzieła sztuki, natomiast jedynym dziełem sztuki, jaki potrafi zostawić po sobie marksizm są stosy pomordowanych ludzi, oraz "kultura" uosabiająca publiczne wypróżnianie się lub onanizowanie i oblewanie spermą. Ot cały kulturowy marksizm, opisany w kilku słowach bez całych tych przydługich zapisków Marksa, Spinellego, Reicha, Horkheimera, Froma czy Marcuse.







"NAUCZYLI CIĘ PRAWIE WSZYSTKIEGO - 
ODEBRALI ZAŚ ZDOLNOŚĆ MYŚLENIA
(...)
PYTASZ MNIE CO TO JEST PATRIOTYZM? WIELU MĘDRKÓW WCIĄŻ NAD TYM SIĘ TRUDZI. PATRIOTYZM NA DZIŚ TO MIEĆ DZIECI I... WYCHOWAĆ JE NA DOBRYCH LUDZI"






ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



CDN.

wtorek, 1 stycznia 2019

CHRZEŚCIJANIE I ŻYDZI - Cz. XIX

CZYLI JAK DOSZŁO DO PODZIAŁU?


PODSUMOWANIE ŻYDOWSKIEJ 

KULTURY I TRADYCJI RELIGIJNEJ

Cz. IV





"WY MACIE DIABŁA ZA OJCA I CHCECIE SPEŁNIAĆ POŻĄDANIA WASZEGO OJCA. OD POCZĄTKU BYŁ ON ZABÓJCĄ I W PRAWDZIE NIE WYTRWAŁ, BO PRAWDY W NIM NIE MA"

(JEZUS O UCZONYCH W PIŚMIE)
J 8,44


Religia (i kultura) żydowska dzieli się na trzy wielkie okresy, które stanowią o kształtowaniu się tradycji religijnej i społecznej tego ludu. Pierwszy okres - to okres nomadów, przybyłych pod przewodnictwem niejakiego Abrama z chaldejskiego miasta Ur, znad brzegów Zatoki Perskiej. Ten okres charakteryzował się koczowniczym trybem życia i politeizmem religijnym (w którym dominował krwawy kult Molocha, na którego ołtarzu kapłani ludu Szosu - ewentualnie Apiru, choć to określenie jest późniejsze, powstałe już podczas tzw.: "niewoli egipskiej" a oznacza po prostu "pokryci piaskiem", czyli niewolnicy zatrudnieni do budowy egipskich świątyń i ciężkiej pracy w kamieniołomach - obie nazwy odnoszą się do tego samego ludu koczowniczego, z którego potem narodzi się plemię - JHW, czyli "plemię Izraela") składali dzieci, wrzucając je do ognia, rozpalonego w wielkim piecu, symbolizującym rogate bóstwo - Molocha. Potem, lud ten zaprzestał krwawych ofiar, ale w tradycji religijnej pozostał zwyczaj przeskakiwania dzieci i młodzieży przez płonące ognisko - teraz ku czci boga Baala. Potem do tej wielkiej trójcy politeizmu starożydowskiego, doszedł jeszcze Jahwe. Bóstwo to nie różniło się niczym od dwóch wyżej wymienionych (zapewne było tylko kolejnymi jego modyfikacjami). Zresztą nie byli jedynymi bóstwami, którym wówczas lud Szosu oddawał cześć. Wielce popularny był kult boga Ela (El - czyli "Pan"), który posiadał wiele odniesień, jak choćby El Szadaja ("Pana Równin"), El Olama ("Pana Wiekuistego"), El Eliona ("Pana Najwyższego"), El Roia ("Pana Wszechwidzącego") czy El Betela ("Pana Domu Bożego"). Podobnie popularny był kult Hadada - boga deszczu i piorunów (któremu również składano krwawe ofiary z dzieci), kult Aszery - bogini płodności, kult Anat - bogini sprawiedliwości i inne, mniej popularne bóstwa. Był to okres krwawych, zazdrosnych bogów, którzy żądali ciągłych ofiar z ludzi (głównie z dzieci) na swych ołtarzach. Ten okres opisałem we wcześniejszych postach z tego tematu, więc nie będę już się powtarzał.

Drugi okres to okres - Mojżesza i Sędziów, w czasie którego nastąpiło powolne przejście ludu Apiru (czyli tych, którzy pod przewodnictwem Mojżesza wyszli z egipskiej niewoli, prawdopodobnie ok. 1270 r. p.n.e.) z tradycji politeistycznej do monoteizmu, pozostającego pod całkowitą kontrolą zazdrosnego boga Jahwe (w Księdze Ozeasza jest zapisane: "W owym dniu - mówi Pan - powie do mnie: Mężu mój! I nigdy już nie powie do mnie Baalu mój" (Oz. 2, 18)". Czym było to bóstwo? Nie wiadomo, pewnie tym samym co wcześniejsi bogowie Moloch, Baal, El czy Mot - bóg śmierci. Należy jednak pamiętać, że w czasach Jezusa bóg Jahwe nigdy nie występuje. Można by wręcz powiedzieć że... stoi w jawnej kontrze do nauki chrystusowej i tylko jedynie formalnie Jezus przestrzega wszystkich narzuconych wcześniej reguł i tradycji, ale jeśli się wgłębić w Jego nauki, wychodzi jak bardzo je krytykuje i wręcz jak je... zwalcza. Wychodzi więc na to że lud Izraela oddaje cześć jakiemuś srogiemu i niezwykle zazdrosnemu pustynnemu bóstwu, które dodatkowo jest rządne krwawych ofiar (już nie poprzez wrzucanie dzieci do płonącego piecu ofiarnego, lecz w sposób bardziej wyrafinowany, naznaczający ludowi Izraela wyjątkowość rasową wśród innych plemion i żądający posłuszeństwa oraz wyznaczający kary za ich niespełnienie. Wszyscy wrogowie "Narodu Wybranego" są więc przeznaczeni albo na niewolników dla Żydów, albo też do fizycznej eliminacji - czyli takiego antycznego Holokaustu w imię rasowej wyższości ludu Izraela). 

Okres trzeci - to okres fanatyzmu świątynnego i ścisłego odseparowania Żydów od nie-Żydów, w imię spisanej już tradycji krwawego religijnego rasizmu. To jest najgorszy okres w historii ludu Izraela, trwający w zasadzie (z różnymi przerwami) do ostatecznego upadku Jerozolimy w 135 r., po stłumieniu przez Rzymian powstania Bar-Kochby i zmienieniu jej w rzymskie miasto - Colonia Aelia Capitolina. Oznaczało to początek sławnego eksodusu Żydów z Palestyny i ich życia w diasporach. Okres ten został zapoczątkowany przez takich antycznych żydowskich Hitlerów - kapłanów Ezdrasza i Nehemiasza, a charakteryzujących się wyjątkowym wręcz i niespotykanym wcześniej rasizmem oraz niechęcią do obcych, określanych jako przeznaczeni do życia w niewoli u Żydów lub też do fizycznej eksterminacji ku chwale boga Jahwe (wystarczy poczytać sobie (Mein Kampf) Torę, by przekonać się ile jest tam wręcz odhumanizowujących odniesień do innych narodów, przedstawionych jako na wpół zwierząt, przeznaczonych do pracy na rzecz swych panów, pochodzących z "Narodu Wybranego" czyli narodu rasowo najlepszego - Übermensch). Nic więc dziwnego że od początku swej działalności w Palestynie, Jezus z Nazaretu znalazł się na torze kolizyjnym z kapłanami tego pustynnego, krwawego bóstwa (demona?) zwanego Jahwe. Swoją drogą zastanawiające jest, czy arcykapłani, faryzeusze, sadyceusze i uczeni w Piśmie, zdawali sobie sprawę komu służą? Trudno zgadnąć, ale sam fakt, iż skazali na śmierć Człowieka, o którym wiedzieli że dysponuje niesamowitą mocą (uzdrowienia, rozmnażanie potraw i napojów, wskrzeszenia z martwych) i który sam mówił iż jest Synem Boga (w niektórych źródłach również istnieje określenie "Syn Gwiazd") i że królestwo Jego nie pochodzi z tego świata. Który też prowokująco mawiał: aby zburzyli starą Świątynię Jerozolimską, a On w trzy dni zbuduje nową (była to pewna metafora, której zapewne kapłani nie zrozumieli, a sprowadzała się do tej kwestii iż... stara świątynia opanowana już była przez demona. On jednak był w stanie wznieść zupełnie nową świątynię, której bramy piekielne już nie przemogą).  Można jednak założyć iż kapłani zdawali sobie sprawę że skazują na śmierć "prawdziwego Boga".


"IZRAEL JEST ZNISZCZONY
NIE ZASIEJE JUŻ NASIENIA"

FRAGMENT NAPISU NA STELI FARAONA MERENPTAHA
(ok. 1207 r. p.n.e.)


 Teraz chciałbym się jednak skupić na okresie drugim, czyli już po wyjściu Izraelitów (Apiru, Ibri lub JHW) z ziemi egipskiej i dotarciu ich do Kanaanu. Samo stwierdzenie że religia mojżeszowa różniła się od koczowniczej religii Chaldejczyka Abrama z Ur i jego następców, wybitnie nie wystarcza, należy jeszcze ukazać owe różnice, które bez wątpienia ukształtowały całą religijną i społeczną tradycję ludu Izraela. Jak już w poprzednich częściach wspomniałem, Żydzi (Ibri, Apiru, Szosu?) znaleźli się w Egipcie ok. 1360 r. p.n.e. czyli w czasach rządów faraona Amenhotepa III. I choć początkowo żyło im się tam dobrze, z czasem zostali podporządkowani i zniewoleni (Egipcjanie z pewnością obawiali się istnienia na swoim terytorium koczowniczych grup ludności obcej, która przecież z czasem może zacząć dominować na jakimś obszarze i stworzyć tam własne państwo). Nim jednak to się stało, wielu Izraelitów (w czasie tzw.: "niewoli egipskiej" słowo Izraelici jest nieuprawnione, bowiem nie ma odzwierciedlenia w faktach, raczej należałoby mówić o ludzie Apiru lub Ibri, potem Szosu - tym bardziej że to były plemiona zupełnie od siebie niezależnych grup koczowników, ale dla ułatwienia posłużyłem się właśnie takim skrótem myślowym), awansowało na dworze królewskim i w egipskiej administracji (jak choćby Aper-El czy Ben-Azen - których kariery posłużyły zapewne do stworzenia biblijnej opowieści o Józefie). Kolejne pokolenia rodziły się już na egipskiej ziemi i przesiąkały egipską kulturą i religią. Musieli jednak wybitnie odróżniać się od reszty Egipcjan, a ich rozrodczość wydać się musiała dla Egipcjan niepokojąca ("A synowie Izraela rozradzali się, pomnażali, potężnieli i umacniali się coraz bardziej, tak że cały kraj się nimi napełnił" - Wj 1,7) skoro zdecydowali się ich zniewolić.

Zapewne miało to miejsce po tzw.: odnowie religijnej faraona Amenhotepa IV (znanego bardziej jako - Echnaton), czyli rewolucji religijnej polegającej na zamianie politeistycznego panteonu egipskiego, w monoteistyczną, solarną wiarę w bóstwo, zwane - Atonem. Rewolucja została zapoczątkowana ok. 1345 r. p.n.e. i trwała aż do lat 20-tych XIV wieku p.n.e. Prawdopodobnie to właśnie wtedy, z końcem lat dwudziestych (lub ok. 1319 r. p.n.e.) lud Izraela został ostatecznie (po wcześniejszej polityce prześladowań, trwających od mniej więcej lat 30-tych XIV w. p.n.e.) zniewolony. Niewola ta trwała więc lat kilkadziesiąt, aż do opuszczenia Egiptu przez ten lud pod przewodnictwem Mojżesza, co stało się faktem ok. roku 1270 p.n.e. Nie wiadomo dokładnie co spowodowało zgodę Egipcjan na opuszczenie ich ziemi przez "pokrytych piaskiem"? Być może skumulowało się wówczas kilka wydarzeń, które już wcześniej miały miejsce w historii Egiptu, a mianowicie owe słynne biblijne "egipskie plagi". "Krwawy Nil" (zjawisko powtarzające się co parę lat) a polegające na zbieraniu cząstek czerwonej ziemi przez wylewający Nil, co sprawiało że rzeka przybierała czerwony "krwisty" kolor - uważano to w Egipcie za złą wróżbę), plagi żab, komarów, much (częste podczas cyklicznych wylewów Nilu), zarazy bydła i ludzi (kolejna plaga która pojawiała się w Egipcie, gdy tylko Nil notował najniższy stan wody). Owe "egipskie ciemności" też nie były niczym niezwykłym, a zdarzały się co jakiś czas podczas podmuchów silnego wiatru, zwanego "chamsin", który był tak silny że wręcz pyłem zakrywał słońce. Być może właśnie te czynniki, jak i znaczne osłabienie Egiptu po ponad trzydziestoletnim eksperymencie religijnym, zmusiły władców do wyrażenia zgody na opuszczenie kraju przez "niepewny, obcy element". I tak też się stało. 




Należy jednak założyć że owe "wyjście z Egiptu" nie było jednym, zorganizowanym aktem ewakuacji "Narodu Wybranego" z ziemi egipskiej "z domu niewoli". Najprawdopodobniej takich "wyjść" było kilka (co najmniej cztery), i że wszystko to postępowało falami. Nie wiadomo którą z fal było opuszczenie Egiptu przez lud Szosu pod przewodnictwem Mojżesza? (choć ja uważam że była pierwszą lub jedną z pierwszych). Przecież istnieją informacje że jeszcze przed 1270 r. p.n.e. małe grupki koczowników opuszczają Egipt, pytanie tylko brzmi, czy pierwsze wyjście (mam na myśli duże, zbiorowe wyjście) miało miejsce ok. 1210 r. p.n.e. (jak zapisałem w poprzedniej części) czy też wcześniej? W Biblii bowiem mamy informację że lud Izraela został zatrudniony przez faraona do budowy miast Pitom i Pi-Ramzes. Tak więc może należałoby przyjąć, iż wyjść właśnie było kilka? Ostatnie być może miało miejsce ok. 1210 r. p.n.e. i zapewne nie zakończyło się szczęśliwie (o czym za moment). Natomiast jedno z pierwszych wyjść Izraelitów z Egiptu mogło mieć miejsce w końcu lat 70-tych (lub na początku 60-tych) XIII wieku, za panowania faraona Ramzesa II Wielkiego, który zlecił właśnie budowę Pitom i Pi-Ramzes. Ciekawy jest też fakt, związany z biblijną śmiercią syna faraona, który pod jej wpływem zdecydował się pozwolić Izraelitom opuścić Egipt. Cóż, być może chodzi o Amonherchepeszefa, który jeszcze w 1272 r. walczył u boku ojca w kampanii syryjskiej, a w dwa lata później już nie żył. Kto wie, w jaki sposób zostało to zinterpretowane przez Ramzesa? i czy być może właśnie wówczas wyraził on zgodę na opuszczenie Egiptu przez lud byłych koczowników?

Natomiast wracając do roku 1210 p.n.e. jako ostatniego (?) wyjścia jednej z grup ludu Szosu, można założyć że zakończył się on dla nich niepowodzeniem. Być może faraon Merenptah pożałował swej zgody na opuszczenie kraju i uznał że utrata tylu rąk do pracy jest nie do pomyślenia, po czym ruszył zbrojnie na Izraelitów (ogólnie mówiąc) i wybił ich, (a tych co przeżyli ponownie wziął w niewolę).  Sądzę jednak że ta jego kampania nie ograniczała się tylko do plemienia koczowników, jako że na swej steli z roku 1207 p.n.e. (5 rok panowania władcy) chwali się przecież: "Książęta padli na twarz mówiąc: pokój! Pomiędzy Dziewięciu Łukami nikt nie podnosi głowy, Tehenu jest spustoszona, Hatti jest w pokoju. Aszkelon uprowadzony w niewolę, opanowano Gezer. Janoam jest jakby jej nie było. Izrael został zniszczony, nie zasieje już nasienia. Charu jest jak wdowa wobec Egiptu. We wszystkich krajach zaprowadzono pokój". Należy więc przypuszczać że kampania ta, skierowana na ziemie Palestyny i Syrii, miała na celu nie tylko pochwycenie (lub zniszczenie) byłych koczowników, lecz również podporządkowanie Egiptowi szeregu innych kananejskich i syryjskich państw obszaru Lewantu. Zatem pomiędzy 1270 r. p.n.e. a 1210 r. p.n.e. mogło mieć miejsce kilka dodatkowych wyjść "Narodu Wybranego" z Egiptu (zapewne były jeszcze dwa duże pomiędzy nimi). Można też z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że Mojżesz wyprowadził grupę pierwszą (lub jedną z pierwszych), w czasach panowania faraona Ramzesa Wielkiego i poprowadził ich do Synaju (są dwie alternatywne możliwości trasy, jaką wybrał: pierwsza - przez Morze Sitowia, pustynię Szur, Marę, Refidim do Synaju, druga zaś - przez Pi-Ramzes, Sukkot, Etam, Pi-Hachirot (ze świątynią bogini Hathor, miasto to w czasach późniejszych przestało istnieć i pokryły go piaski pustyni), pomiędzy Migdol i Baal-Sefon na Synaj. Nie będę teraz wnikał którą z dróg uważam za bardziej prawdopodobną).




Wróćmy jednak do Mojżesza. Ponoć miał on należeć do elity egipskiej, jako że wychował się w rodzinie córki faraona, wyłowiony przez nią w kołysce puszczonej na Nilu. Zatem musiał przesiąknąć kulturą i religią egipską, szczególnie zaś jeśli mówimy o czasach Ramzesa II i ponownego odrodzenia się potęgi egipskiego państwa (po latach kryzysu i domowych wojen religijnych). Zresztą nie tylko on, bowiem wielu Żydów wcześniej (jeszcze przed prześladowaniami), bardzo chętnie przyjmowało wiarę egipską, a pamięć o tym, przetrwała w wielu późniejszych hymnach żydowskich (niektóre wręcz zostały dosłownie skopiowane z tekstów egipskich), jak choćby "Psalm 104" (z "Księgi Psalmów"), który jest bezczelnym plagiatem "Pieśni do Atona", z czasów amarneńskich. "Księga Przysłów" też pełna jest tego typu działań, jak choćby "Pouczenia Mędrców" (Ks. Przysł. 22, 17-18), będącego wręcz kopią "Nauk Amenemope", dzieła z 20 Dynastii. Jeśli zaś chodzi o Mojżesza, to po zabiciu egipskiego nadzorcy niewolników, musiał ratować się ucieczką na pustynię i przybył do kraju Madianitów (koczowników takich samych, jak jego przodkowie, kraj ich leżał na wschód od północnych brzegów Morza Czerwonego - czyli od Zatoki Akaba). Tam uzyskał schronienie w domu kapłana madianickiego o imieniu Jetro, który ofiarował mu rękę swej córki - Sefory. 

Zapewne więc pod wpływem swego teścia, Mojżesz zmienił nieco swoje poglądy religijne, otwierając się na bóstwo pustynne, które zwano Jahwe. Jego przemiana miała również miejsce na pustyni i podczas poszukiwania wody dla stad owiec, które wypasał dla teścia. Przyjmując zaś gościnę i wikt swej nowej rodziny, musiał automatycznie przyjąć i ich religię, co oznacza że powrócił do wiary koczowników pustynnych, z tą różnicą iż uznał pustynnego boga Jahwe za jedynego pana i boga i z tą myślą ruszył do Egiptu, a potem wyprowadził lud Szosu ku nowej ziemi, zapoczątkowując nową religię, mającą zjednoczyć rozproszone niewolnicze grupki, składające się przedstawicieli różnych plemion i ludów. Tak narodził się jahwizm, a bóg (?) Madianitów, stał się automatycznie bogiem "Narodu Wybranego". W kolejnej części zaprezentuję jak wyglądała ta nowa religia wyzwolonych niewolników i jak następnie ewoluowała, by w czasach Ezdrasza i Nehemiasza stać się religią nowej "rasy panów" - Izraelitów, którym wszyscy inni mieli służyć i był poddani (lub zostać fizycznie eksterminowani). Czyżby więc Hitler miał godnych siebie nauczycieli?








ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



CDN.