Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 23 czerwca 2019

MĘŻCZYŹNI KTÓRZY NIENAWIDZĄ KOBIET?

"I POZNACIE PRAWDĘ, 

A PRAWDA WAS WYZWOLI"

EWANGELIA św. JANA (8, 32)


LEKKI I (NIE)PRZYJEMNY TEMAT INSTANT

 
Przez przypadek znalazłem ciekawy artykuł na portalu gazety wyborczej (LINK - aby przeczytać tekst, trzeba wykupić prenumeratę, a ponieważ nie mam zamiaru wspierać gazety, za którą stoi środowisko, które ja uważam za wybitnie szkodliwe dla Polski, przeto nie zamierzam płacić im choćby złamanego grosza, dlatego też całość artykułu odnalazłem na równie lewicowym portalu Strajk.eu), który odnosi się do nieistniejącego już "Bloga dla mężczyzn", prowadzonego przez dwóch  adwokatów ze Szczecina, prowadzących prywatną kancelarię prawną - Wojciecha Wojciechowskiego i Marcina Stopę. Otóż ci dwaj panowie popełnili wpis, który szczególnie nie spodobał się całemu polit-poprawnemu lewicowemu i zakompleksionemu w oparach własnych absurdów - światku. Wpis panów Wojciechowskiego i Stopy dotyczył bowiem różnic pomiędzy kobietami a mężczyznami, ale nie tych widocznych różnic biologicznych, a tych ukrytych mentalnych i psychosomatycznych (w ogólnym ujęciu) różnic damsko-męskiego świata. Jak zwykle w takiej sytuacji lewica stosuje tradycyjną broń, czyli donos (to oczywiste, ci ludzie inaczej nie potrafią działać, o normalnej, merytorycznej rozmowie na argumenty nawet nie ma co marzyć, gdyż całe ich działanie oparte jest na rozpalaniu emocji i na emocjach się kończy, więc nie liczą się żadne argumenty, tylko emocje. Zresztą "nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji" - prawda?), dlatego też blog został skasowany a obaj panowie musieli się zgłosić do Rzecznika Dyscyplinarnego Szczecińskiej Izby Adwokackiej (miało to miejsce osiem miesięcy temu, więc sprawa nie jest nowa). Ponieważ "Blog dla mężczyzn" już nie istnieje, więc nie zaprezentuję bezpośredniej treści porad, jakie owi panowie wygłaszali w sieci i muszę posiłkować się lewicowym portalem Strajk.eu. Temat dotyczy różnic pomiędzy kobietami a mężczyznami, a sam tytuł już może spowodować palpitację serca u niejednego lewaka:



"MĘŻCZYŹNI SĄ INTELIGENTNIEJSI 

OD KOBIET"



Całość można sobie przeczytać bezpośrednio na stronie Strajk.eu, 
ja tylko zaprezentuję i krótko omówię wybrane fragmenty:


"Kobiety nie są złe. Po prostu są, jakie są. Nie można mieć do węża pretensji o to, że jest wężem albo oczekiwać od kreta, że zacznie widzieć i doceniać kolory a od żółwia, że zacznie cwałować. Albo się to akceptuje albo żyje w świecie, który prędzej czy później zostanie zniszczony w konfrontacji z rzeczywistością".

To fakt i tu nie ma się ani do czego doczepić ani też niczego wyjaśniać.


"Większa pojemność mózgu mężczyzny przekłada się na zwiększoną aż o 16 proc. ilość neuronów w korze mózgowej w stosunku do mózgu kobiety.(…) mężczyzna przeciętnie ma większą zdolność uczenia się i rozwiązywania danego zadania, natomiast kobieta powinna z założenia posiadać lepiej rozwinięte umiejętności społeczne. Mężczyźni i kobiety nie są ani tacy sami ani równi".


Oczywiście, nie jesteśmy równi i nigdy nie będziemy, dlatego też mówienie o równości uważam za potworną głupotę. Owszem, zarówno kobiety jak i mężczyźni powinni mieć równe prawa obywatelskie, ale to wszystko co można powiązać z "równością", gdyż w sferze biologii te kwestie zupełnie się ze sobą nie łączą. Zarówno mężczyzna różni się od kobiety pod wieloma względami (nie tylko czysto biologicznymi) ale również widoczne różnice występują pomiędzy ludźmi, jako takimi. Są duzi i mali, grubi i chudzi, wysportowani i otyli etc. etc. Kobiety rzeczywiście maja lepiej rozwiniętą "sferę empatyczną", stąd te wszystkie feministyczne pouczania naszych babć i mam: "Bądź grzeczny", "Nie ciągnij dziewczynek za włosy" etc. etc. Facet musi być przede wszystkim skuteczny, ale jednocześnie musi umieć odróżniać dobro od zła - kobiety nie są jednak w stanie tego nauczyć chłopców, gdyż (przy wszystkich dobrych chęciach, jakich im nie odmawiam), ich natura weźmie górę i miast wytłumaczyć synowi że jeśli stanął w obronie dziewczynki czy słabszego kolegi i wymierzył napastnikowi "plombę" to nie jest złe. Powinien jednak pamiętać że walka powinna być dla mężczyzny ostatecznością, a priorytetem umiejętność takiego rozwiązania sytuacji, aby jednak do walki nie doszło (nie zawsze się to jednak udaje, co wiem z własnego doświadczenia z lat młodości). Dlatego bicie się w słusznej sprawie nie jest złe, złe jest upokarzanie kogoś, lub czynienie komuś krzywdy. Ale kobieta tak nie powie - czego dowodem była choćby nasza była pani premier - Ewa Kopacz, która stwierdziła że w przypadku zagrożenia, pierwsze co zrobi to poszuka schronienia dla siebie i dzieci (jakoś tak to brzmiało). Ja nie mam do niej o to pretensji, bo to jest naturalna reakcja kobiety, ale już nienaturalna reakcja w przypadku gdyby ona próbowała (a tak się często zdarza) swój niepokój i obawy przenieść na syna. To już jest wybitnie szkodliwe i toksyczne zachowanie, gdyż wychowywanie mężczyzn, którzy nie będą w stanie w przyszłości stanąć w obronie swojej kobiety i rodziny, jest działaniem a-społecznym w pełnym tego słowa znaczeniu i wspiera tendencje typowo anarchistyczne, które w żadnym aspekcie nie służą kobietom.


"Nie zapominaj, że w sprawie rozwodowej sąd, choć być może trudno to naprawdę zaakceptować, będzie stać po stronie żony".

W Polsce to akurat jest to norma, gdy sądy znacznie częściej przyznają np. opiekę nad dziećmi kobiecie, i to nawet jeśli ona sama nie ma środków na jego utrzymanie. Wtedy przymusza się ojca by płacił sowite alimenty (oczywiście - ja jestem zwolennikiem tego, by każdy brał odpowiedzialność za swoje czyny. Zrobiłeś dziecko i uważasz że sprawa cię nie dotyczy i że to jest problem kobiety? Bzdura, każdy facet, jeśli nie jest zwykłym parszywym gnojem, ma obowiązek zadbać o utrzymanie swoich dzieci - tyle w temacie), No cóż ideał Matki-Polki jest w polskim społeczeństwie bardzo silny (i na dobrą sprawę uważam że nie jest to wcale takie złe - mimo wszystko). 


"TATO" - STARY FILM Z 1995 r. ALE WCIĄŻ AKTUALNY, GDZIE POKAZANA JEST DOBITNIE DYSKRYMINACJA MĘŻCZYZN W POLSKIM SĄDOWNICTWIE ODNOŚNIE PRAWA DO OPIEKI NAD DZIEĆMI



 

"Małżeństwo dla kobiety to biznes. (…) Kobieta zawsze wybiera takiego mężczyznę do małżeństwa albo do stałego związku, który zarabia więcej niż ona, który ma więcej zasobów niż ona. Na tym właśnie polega hipergamia. Zdarza się również nierzadko, że kobieta wybiera takiego mężczyznę, który dobrze lub bardzo dobrze według niej rokuje na przyszłość, jeżeli chodzi o możliwość pozyskiwania zasobów, które będą jej potrzebne. Niektóre kobiety mają bardzo dobrze rozwiniętą zdolność wychwytywania takich właśnie mężczyzn. (…) Środkiem do osiągnięcia tego celu jest małżeństwo jako stosunek prawny. Taki, w którym mężczyzna może zostać zmuszony przez państwo do łożenia na kobietę".


To że kobieta szuka albo sprawnego fizycznie albo zabezpieczonego finansowo mężczyznę, jako ojca dla swego potomstwa, nie powinno zbytnio dziwić - to naturalny odruch wyboru przez "samicę" najlepszego możliwego kandydata na męża i ojca. Takiego, który zapewni bezpieczne życie.  

 
"Mężczyzna oddaje swoje zasoby, swoje terytorium, chroni kobietę i dzieci (...) dla kobiety, związek z mężczyzną, nawet jeżeli jest to przelotna znajomość, jest traktowany jak interes. Interes, w którym kobieta szuka mężczyzny, który będzie możliwe najlepszym dostarczycielem dóbr i usług. Nie dotyczy to rzecz jasna kobiet bardzo zamożnych, które po prostu nie potrzebują pieniędzy mężczyzny, ale ile takich kobiet jest. Nie należy tego, co napisałem rozumieć w ten sposób, że kobieta w takim związku będzie wyprana z emocji. Przeciwnie, emocje będą zaangażowane ale koniec końców, zawsze chodzi o interes. Interes wyrażający się w tym, by pozyskać mężczyznę, który będzie dać z siebie w stanie maksimum aby zaspokoić na możliwie najwyższym poziomie materialne potrzeby kobiety, ewentualnie potrzeby jej dzieci. Jeżeli mężczyzna zawiedzie w dziedzinie zaspokajania potrzeb materialnych, kobieta zacznie rozglądać się za kimś innym"

To, o czym wspomniałem wyżej - mężczyzna chroni i opiekuje się kobietą (np. finansuje ją, choć oczywiście nie zawsze tak jest) a w zamian dostaje tylko seks. Ona zaś też dostaje seks + to wszystko, czego potrzebuje by czuć się bezpiecznie w związku. Przypomniał mi się śmieszny incydent z ostatnich dni. Otóż wraz z moją Panią, robiłem zakupy w jednym z centrów handlowych w Łodzi. Nie przepadam za takimi miejscami i nie cierpię robić zakupów, szczególnie kupować ubrań. Jak mam coś sobie kupić to idę do konkretnego sklepu, wybieram konkretny towar i gu kupuję gdy jest mi potrzebny. Nie lubię zaś wybierać czegokolwiek na zapas. A moja Dama lubi chodzić po sklepach, co mnie często irytuje i wolę zaczekać przed sklepem, niż łazić za nią jak ten pies u nogi ze spuszczoną głową. Oczywiście to też Ona uzupełnia moją garderobę, gdyż ja nigdy nie miałem do tego ani chęci ani głowy. Nie zrozumcie mnie źle - nie jestem abnegatem, ale też nie lubię się stroić jak jakiś pajac i gdy nie muszę, natychmiast przywdziewam swobodny strój (szczególnie teraz, w te upały), lub też chodzę zupełnie nagi z wyjątkiem bokserek lub szortów. Tak już mam od dziecka że po domu lubię chodzić bez koszulki (chyba po tacie, który też tak czynił). Ale wróćmy do meritum, otóż ostatnio jak byłem w centrum handlowym, mojej Damie zabrakło pieniędzy przy kupowaniu jakichś sukienek czy czegoś takiego i powiedziała przy kasie że za moment doniesie pieniądze, po czym zjawiłem się ja (gdyż miast znów czekać aż tam wejdzie i znów może coś wybierze, postanowiłem zapłacić za nią). Sprzedawczynie przy kasie uśmiechnęły się wówczas, mówiąc: "Jedna Pani powiedziała że idzie po kasę, a... kasa sama przyszła". Można powiedzieć też poczułem się jak taki bankomat, ale tylko przez chwilę, gdyż czegóż się nie robi aby skrócić cierpienia. Doprawdy nie znoszę robić zakupów. Ale przypomniała mi się też ciekawa sytuacja, jak jeszcze studiowałem, z kolegami robiliśmy takie podrywy ładnych ekspedientek na zakupy. Polegało to na tym, że wybieraliśmy sobie wyjątkowo ładną dziewczynę, po czym jeden z nas prosił ją o to by pomogła mu znaleźć jakąś wyjątkowo ładną i kusą sukienkę dla dziewczyny - taka która jej samej się podoba. Gdy ta już to uczyniła, ten mówił że chciałby jej sprawić prezent, ofiarowując tę sukienkę, tylko musi ją przymierzyć i ładnie się zaprezentować. Czasem coś z tego wychodziło, czasem nie, różnie, ale zabawne to były lata. 


SKECZ NA TEMAT CIERPIEŃ MĘŻÓW NA ZAKUPACH 

 


"Rola kobiety w związku polega głównie na tym, że obdarza mężczyznę swoją obecnością. (…) Przejawem typowej kobiecej miłości może być również zaborczość i chęć kontrolowania różnych aspektów życia partnera. Takim przejawem może być na przykład ciągłe wysyłanie wiadomości, które mają na celu utrzymanie zainteresowania mężczyzny konkretną kobietą oraz kontrolę tego, kogo on obdarza zainteresowaniem"


Zdarza się!


"W przypadku kobiety, słowem – kluczem, umożliwiającym zrozumienie, na czym polega miłość kobiety, nie jest poświęcenie. (…) Gdy kobieta wybiera jakiegoś mężczyznę na partnera, pierwszym tego przejawem jest seks (z wyjątkiem seksu dla sportu, zemsty czy podobnych incydentalnych przypadków). Innym przejawem kobiecej miłości jest dostosowywanie do swoich potrzeb dotychczasowego terytorium mężczyzny. Tzw. gnieżdżenie się kobiety zaczyna się z reguły od pozostawiania szczoteczki do zębów lub pojedynczych części garderoby w domu mężczyzny"

"Z tej przyczyny – wzmocnienia gwarancji na zaspokajanie własnych potrzeb – wiele kobiet ma na pewnym etapie życia, niektóre przez całe życie, obsesję na punkcie wyjścia za mąż. Kobieta, w przeciwieństwie do mężczyzny, dysponuje stosunkowo krótszym czasem aby związać ze sobą mężczyznę. W obecnych czasach dość często kobieta dwudziestokilkuletnia prowadzi rozrywkowy tryb życia, nagle orientuje się, że ma lat trzydzieści kilka i wpada w panikę, ponieważ z roku na rok maleje jej realna szansa na dziecko, a zarazem zmniejsza się w coraz większym tempie jej atrakcyjność fizyczna. Z reguły, kobieta, która przekracza trzydziestkę a tym bardziej sięga czterdziestki i do tej pory nie ma dziecka ani mężczyzny na stałe, ma bardzo duże szanse na to, że nie będzie miała ani jednego, ani drugiego. Wówczas często zadowala się po prostu tym, co jest dostępne. Wie, że wkrótce uderzy z pełną mocą w ścianę czasu i nie będzie wyglądać tak, jak wówczas, gdy miała 25 lat"


Zegar biologiczny jest nieuchronny i jeśli facet w zasadzie do późnej starości może płodzić dzieci, to kobieta po osiągnięciu odpowiedniego wieku matką już nie zostanie. Stąd też zdarzają się panie, które "na gwałt" szukają odpowiedniego mężczyzny, który ją zapłodni.


USTERKA!? 😂




"Obecnie, główna przyczyna, dla której niektóre kobiety nie chcą wychodzić za mąż na danym etapie swojego życia polega na tym, że wydaje im się, że będzie im lepiej samym niż w małżeństwie. Niektórym kobietom wydaje się również, że podobnie jak w przypadku mężczyzn, ich atrakcyjność będzie do pewnego momentu rosła im starsze będą się stawać"


Cóż, powabne matrony też znajdą swoich amatorów.


"Te kobiety, które wybierają nieudaczników życiowych, mężczyzn niezaradnych, wybierają po prostu to, na co je stać. Mężczyzna taki to szczyt aktualnych możliwości danej kobiety jeżeli chodzi o jej zdolność znalezienia partnera"
 
 
"Większość mężczyzn, wyłączając gejów oraz mężczyzn, którzy zgodnie z pseudoideologią gender identyfikują się z trzynastoletnimi chłopcami, sześcioletnimi dziewczynkami, drzewami, zwierzętami czy ekspresami do kawy, jest zaprogramowanych do odczuwania przyjemności, wynikającej z emocjonalnego i fizycznego kontaktu z kobietą"


To też "oczywista oczywistość" - jak mawiał klasyk.


"Kobiety nie kochają mężczyzn i nie są zdolne do tego, aby ich kochać (…) nie są zainteresowane mężczyznami samymi w sobie"


Tutaj autorzy zagalopowali się zbytnio i plotą bzdurę.


"Kobiety nie chcą brać za nic odpowiedzialności ale chcą podejmować decyzje, chcą władzy. Brak odpowiedzialności za podejmowane decyzje i władza to nie jest dobre połączenie"


To prawda! Osobiście znam kobiety, którym wielokrotnie proponowano objęcie kierowniczych stanowisk, a one zawsze rezygnowały z obawy przed większą odpowiedzialnością. I co ciekawe, zgodnie zawsze głosowały za mężczyzną na takim kierowniczym stanowisku, jakoby rzeczywiście chciały od siebie oddalić ten obowiązek jakim jest branie na siebie odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Mężczyźni jakoś nie mają z tym problemów i chętnie przyjmują takie funkcje i podejmują się trudnych (często niewykonalnych) zadań. 


"W swojej głowie na pewnym poziomie [kobieta] jest maszyną do rodzenia dzieci i zrobi wszystko, żeby zapewnić sobie możliwie najlepszą realizację tego instynktu"


To że kobieta pragnie zostać matką, to jest oczywiste. Zresztą biologia kobiety determinuje też inne aspekty jej życia - zauważmy, kobiety stanowią jakieś 60-70 % studentek na wyższych uczelniach (to, dlaczego tak jest, to zupełnie inna kwestia, której teraz nie zamierzam podejmować, może kiedyś jeszcze wrócę do tego tematu i wyjaśnię skąd to się bierze - ta niechęć mężczyzn do studiowania), a mimo to kobiety nie stanowią jakiejś wybitnie szerokiej kadry zarządzającej. Dzieje się tak z jednego, podstawowego względu, o którym zapominają (a wręcz nie chcą słyszeć wszelkie feministki). Otóż powodem tego stanu rzeczy jest... kobieca biologia, jej ciało. Kobieta bowiem (nawet ta, która pragnie spełniać się zawodowo), wcześniej czy później (są wyjątki, potwierdzające regułę - o których też nie będę teraz pisał) zapragnie zostać matką. A to zupełnie odwróci jej zawodowy kalendarz do góry nogami i wypadnie z pracy na kilka (niekiedy na kilkanaście miesięcy), podczas których będzie zajmowała się dzieckiem. Natomiast kobieta w ciąży i po urodzeniu dziecka, to nie jest już ta sama kobieta przed ciążą. Tutaj oddziałują różne dodatkowe bodźce emocjonalne i hormonalne, jakie wytwarzają się w jej organizmie. Dla kobiety jej dziecko jest w tym momencie centrum wszechświata i nie ma to nic wspólnego z żadnym patriarchatem i żadną "męską opresją" (jak twierdzą ogłupione feministki), tylko z naturą. Tak po prostu została stworzona kobieta, nie do wielkich projektów (co nie znaczy że nie może się ich podejmować, wręcz przeciwnie, jeśli tylko chce i czuje się na siłach - nie widzę sprzeciwu. Problem polega jednak na tym że większość kobiet po prostu nie czuje się na siłach, o czym wspomniałem wyżej) tylko do matczynej miłości i opieki nad swym dzieckiem. Natura tak już nas stworzyła, że facet nie podlega tym hormonalnym wahaniom po spłodzeniu potomka i nie musi przez to porzucać swojej pracy. Dlatego też tak to już zostało skonstruowane że cywilizacja i kultura nie tworzą, a jedynie podkreślają naturalne cechy każdej płci. Reszta to czysty marksizm.  


"Jeżeli kobieta nie ma takich samych wysokich kwalifikacji do wykonywania tej samej pracy co mężczyzna, rząd zadba o zmuszenie przedsiębiorcy, aby zatrudnił ją ponieważ trzeba tworzyć równe szanse zatrudnienia dla obu płci. W rzeczywistości nie chodzi o tworzenie równych szans, bo szanse te powinien sobie stworzyć sam bezpośrednio zainteresowany, ucząc się robić to co trzeba. Chodzi o zdobycie głosów kobiet w wyborach"


Parytety to jest kolejny lewicowy (feministyczny) pomysł, który ma upokorzyć kobietę, gdyż wymusza procentowy obowiązek uczestnictwa kobiet na danej liście. A co jeśli jest znacznie lepiej przygotowany do tego zajęcia mężczyzna, tylko nie może dostać pracy, bo parytet i trzeba zatrudnić kobietę, tylko dlatego że jest kobietą? Kobiety rozsądne i przebojowe, poradzą sobie bez parytetów, tylko nieudacznice, takie jak feministki - potrzebują parytetów, bo przy ich stopniu rozwoju umysłowego, nikt normalny pracodawca nie powierzyłby im nawet niewymagającego wielkich kwalifikacji zadania.


RĘCE (I WSZYSTKIE INNE CZŁONKI) DOSŁOWNIE OPADAJĄ




"W obecnym społeczeństwie i od zawsze mężczyźni są oceniani ze względu na to, co robią i jakie mają tego efekty, podczas gdy kobiety nie muszą nic robić aby społeczeństwo je gloryfikowało" 


To też jest oczywiste - kobiety są oceniane przez pryzmat ich urody, faceci rozliczani zaś z tego, co realnie uczynili. Taka to jest bolesna (lub nie - zależy dla kogo) prawda.



NA KONIEC COŚ SKOCZNEGO:

 

  

sobota, 22 czerwca 2019

DOMINATORKI - Cz. III

CZYLI RZECZ O ZNANYCH

I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII,

KTÓRE POTRAFIŁY 

RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE

MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA


DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPTU

Cz. III


"DYNASTIA KRÓLOWYCH"




IV

AHMES

"MATKA NAJSŁAWNIEJSZEJ CÓRKI"



 
 Była pierwszą władczynią z nowej dynastii - Totmesydów. Nie wiadomo dokładnie czy miała ona jakiekolwiek związki z poprzednią dynastią - Ahmesydów (z której to wywodziła się sławna "Boska Małżonka Amona-Re" Ahmes-Nefertari, która żyła jeszcze zapewne na początku panowania faraona Aacheperkare Totmesa I - przy czym numeracja kolejnych władców jest już wynalazkiem późniejszym, greckim. Egipcjanie bowiem nie znali tej formy liczenia swych władców, a jedynym ich rozróżnieniem stało się dodanie prenomenu - czyli głównego imienia królewskiego). Prawdopodobnie jednak była ona córką ostatniego władcy z dynastii Ahmesydów - Djeserkare Amenhotepa I. Zapewne po bezpotomnej śmierci ojca ("bezpotomnej" - znaczy iż nie spłodził syna, jako że córki nie liczyły się w roli następców tronu, gdyż to mężczyzna - wedle wierzeń Egipcjan był stwórcą wszechrzeczy, to męskie nasienie jest siłą sprawczą dającą życie, kobieta zaś pełni jedynie funkcję naczynia, które ta "życiodajna siła" wypełnia i w której się ono kształtuje, ale to mężczyzna daje życie, nie kobieta. Dlatego też w Egipcie to nie do matek miano pretensje jeśli urodziła się córka, ale właśnie do ojców), stała się ona żoną jego następcy. Na nic się zdały zabiegi matki Amenhotepa I i podsyłanie mu do łoża wciąż nowych dziewcząt w nadziei na spłodzenie syna. Nie powiodło się. Następcą został więc wybrany (nie wiadomo tylko przez kogo - Ahmes-Nefertari czy może samego Amenhotepa I?) oficer o imieniu Dżehutimes, który następnie przybrał imię Aacheperkare Totmes (I). Był on już wcześniej żonaty z córką władcy - Ahmes (było to niezwykle rzadkie zjawisko, gdyż księżniczki nie wydawano za osoby niższego stanu, wszystkie one przebywały w haremie swego brata, jako jego żony. Ale Ahmes zapewne nie miała brata, a ponieważ jej ojciec nie miał też syna, więc nastąpiła wyjątkowa sytuacja).

Totmes I wstąpił na tron ok. 1505 r. p.n.e. w wieku trzydziestu kilku lat. Wcześniej miał już zapewne żonę (choć nie zachowało się jej imię) i być może nawet jakieś dzieci, ale z chwilą gdy został władcą kraju, żywym Bogiem, jego związek z tą kobietą przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, gdyż celem było po prostu zapewnienie ciągłości linii władców (ciągłość linii władców była niezwykle ważna, gdyby bowiem okazało się że król nie zostawił następcy i nikt inny nie objął tronu, w kraju... zapanowałby chaos. Wszystko co miało tam miejsce, co się rodziło i kwitło, począwszy od codziennej pracy chłopów w polu, a skończywszy na wyprawach wojennych - było podyktowane wolą panującego władcy, jako "Żywego Horusa", jego emanacji i esencji. Wola władcy była więc wolą Boga i gdyby zabrakło następcy, to w rozumieniu zwykłego Egipcjanina tak, jakby nagle zgasło słońce i nastały wieczne ciemności. To w ogóle nie wchodziło w rachubę, dlatego też kapłani egipscy skrupulatnie odnotowywali kolejnych, następujących po sobie władców, nawet jeśli pochodzili oni z innych krain, czy byli najeźdźcami. Tak się też stało, gdy Aleksander Wielki w latach 332-331 p.n.e. zajął Egipt, od razu został uznany przez tamtejszych kapłanów za faraona, gdyż kraj porostu musiał mieć jakiegoś króla aby nie zapanowała anarchia i ludzie nie zaczęli się wzajemnie mordować). Wszystkie więc siostry i córki zmarłego faraona, automatycznie zapełniały harem kolejnego władcy i automatycznie stawały się... jego żonami. Celem króla było bowiem rozsiewanie swego "Boskiego Nasienia", celem zaś jego żon - rodzenie synów i to najlepiej rok po roku, tak aby przynajmniej niektórzy z nich przeżyli ojca (śmiertelność niemowląt była bowiem wówczas niesamowicie duża, a dziecko, jeśli przeżyło okres trzech lat - czyli odstawienie od mleka matki lub mamki, było uważane za silne i zdolne przeżyć kolejne dwa, trzy najcięższe lata). 

Wszędzie bowiem groziły niebezpieczeństwa, a dzieci (ze względu na swój słaby i nieuodporniony jeszcze organizm), były szczególnie na nie podatne. Wielkie żniwo zbierała czarna ospa, a żona lub nałożnica władcy, która złapała tę chorobę (w następstwie czego jej ciało pokrywały okropne krosty), mogła być pewna, że nawet po ustąpieniu choroby, król nigdy już nie odwiedzi jej alkowy, czyli zostanie skazana na przymusowy celibat do końca życia (dlatego też kobiety o ile mogły, ukrywały krosty). Równie często umierano na biegunkę i odwodnienie, dlatego też na dworze królewskim prawie nie pito wody (obawiano się zakażenia), zamiast tego oferowano władcy i jego rodzinie gównie piwo i wino (pijały je nawet małe dzieci), gdyż w procesie destylacji i fermentacji ginęły larwy much i innych pasożytów. Inną plagą były wszy, pchły i owski. Dlatego dzieci strzyżono do gołej skóry, pozostawiając jedynie mały kosmyk na czubku głowy (aby ustrzec dziecko przed wszawicą), ale zdarzało się że np. przy jedzeniu dzieci faraona drapały się po pupie, co było wyraźnym sygnałem iż złapały pasożyta. Zapalenie odbytu było niezwykle poważną chorobą na którą umierały dzieci (w tym również dzieci faraona) i choć lekarze egipscy byli uważani za najlepszych w całym rejonie Północnej Afryki i Lewantu, to jednak śmiertelność niemowląt i dzieci była w Egipcie faraonów przeogromna (odra, dur brzuszny, grypa, dżuma). Egipcjanom szybko też psuły się zęby, a brało się to z nadmiaru piasku, który przedostawał się do mąki, z której potem pieczono chleb lub wypiekano ciastka. Spożywanie dużej ilości mąki z pyłem kwarcowym, ścierało szkliwo, powodując infekcję, która przekładała się na resztę organizmu (zęby są niezwykle ważnym czynnikiem naszego zdrowia, jeśli pod dziąsłem zbiera się ropień i nie jest on oczyszczony, wówczas wcześniej czy później odbije się to na reszcie organizmu, szczególnie głowie, sercu a nawet nóg). Co prawda Egipcjanie posiadali też wyśmienitych dentystów, ale bez wątpienia mieli oni bardzo dużo pracy. 

Ponieważ właśnie śmiertelność niemowląt i dzieci była wielka, dlatego tak ważne było cykliczne płodzenie nowego potomstwa (kobieta powinna rodzić co roku, ewentualnie co dwa lata - takie było przekonanie elity władzy). Ojciec z reguły nie odwiedzał dzieci przed piątym rokiem życia (a i potem też bardzo rzadko), zaś matka (mam tutaj na myśli oczywiście rodzinę królewską i elitę dworską) z reguły oddawała niemowlę na wychowanie mamce, obawiając się przywiązać do niemowlęcia (a także karmić je mlekiem. Z reguły bowiem księżniczki karmiły mlekiem do drugiego/trzeciego miesiąca życia noworodka, po czym oddawały go mamce, a same przygotowywały się do porodu kolejnego dziecka - jak wiadomo mleko w piersi kobiety utrudnia poczęcie kolejnego dziecka, stąd szybkie przerwanie karmienia było niezbędne) którego szanse przeżycia wynosiły 1:100. Ponieważ wszystkie dzieci władcy wychowywały się w jego haremie, przeto gdy tylko jedno zachorowało, wkrótce chore były wszystkie lub większość dzieci. Śmiertelność była niesamowita, do tego czyhały jeszcze zagrożenia zewnętrzne, jak skorpiony (dzieci nie miały szans przeżycia ukąszenia skorpiona), pająki i oczywiście krokodyle (zdarzało się, szczególnie w prywatnych domach, że do oczka wodnego przywędrował krokodyl nilowy i wejście tam wówczas było śmiertelną pułapką nie tylko dla dzieci, ale również i dla dorosłych. Dlatego też przed wejściem do takiego leżącego nieopodal domu stawu, służba najpierw kijami sprawdzała czy jest bezpieczny). Jeśli dziecko przeżyło 5-10 rok życia, to było duże prawdopodobieństwo że osiągnie wiek płodny i przeżyje rodziców. Zresztą w pałacu królewskim (i w domach wielmożów) jedzenie było dobre, odżywcze i zbilansowane (kaczki, gęsi, mleko, jagnięcina, baranina, jajka, ryby, owoce, warzywa i placki w tym słodkie ciastka - do tego piwo oraz wino dla dzieci i dorosłych do popicia. Zwykłą wodę pijali zaś głównie ubodzy Egipcjanie).


 
 

Jeśli władca nie posiadał jakichś widocznych ułomności i nie cierpiał na jakąś chorobę, był w stanie rocznie zapłodnić kilka kobiet ze swego haremu. Tak więc haremy to były miejsca, gdzie kłębiło się zarówno mnóstwo kobiet (żon i nałożnic króla), oraz ich dzieci. Niektóre kobiety były w ciąży, inne rodziły, inne zajmowały się dziećmi a jeszcze inne opłakiwały ich śmierć. Takie było życie haremu królewskiego Egiptu faraonów. Znacznie częściej wymieniano w (królewskich dokumentach) zrodzone królewskie córki, niż synów. O synach prawie nie wspominano (stąd tak ubogie przetrwały o nich informacje), jeśli nie byli wybranymi przez ojca następcami tronu. Tylko następca tronu się liczył, jego bracia od chwili swych narodzin byli przygotowywani do zupełnie innej roli, jaką mieli pełnić w przyszłości (jeśli oczywiście przeżyli okres dzieciństwa). Z reguły przysposabiano ich do funkcji administracyjnych i kapłańskich. Mogli więc założyć rodzinę i żyć ze swą żoną i dziećmi w wygodnym pałacu, gdzieś na jakiejś prowincji, administrując przydzielone im nomy. Córki miały o wiele gorzej, gdyż nie wydawano ich za mąż (prócz pewnych wyjątków). Wszystkie one były częścią haremu najpierw swego ojca a potem brata, który wyznaczony został do roli następcy tronu. Taka polityka dynastyczna powodowała iż Egipt nie znał ani walk o tron ani skrytobójczych morderstw (zdarzały się co prawda pewne nieliczne spiski haremowe, ale jak były one wyjątkiem potwierdzającym regułę), gdyż wszyscy synowie znali swoje miejsce w hierarchii. Problem pojawiał się wówczas, gdy wybrany do roli następcy tronu książę umierał, nie doczekawszy się intronizacji. Wówczas sytuacja się zmieniała i następcą stawał się kolejny (wybrany przez króla) syn, który początkowo był przysposabiany do zupełnie innej roli. Następcą Aacheperkare Totmesa (I) został jego syn o imieniu Wadżmose (nie był on zapewne synem Wielkiej Małżonki Królewskiej - Ahmes, tylko dzieckiem jednej z nałożnic, choć oczywiście co do tego nie ma pewności), i to jego przygotowywano do roli księcia-następcy tronu.

Oczywiście po wstąpieniu na tron musiał on poślubić wszystkie swoje siostry (a tę, zrodzoną z królowej Ahmes, uznać kolejną Wielką Małżonką Królewską). Często więc dzieci królewskie, które w dzieciństwie razem się wychowywały, biegając nago wokół domu (co było naturalne dla Egipcjan), potem stawały się małżeństwem. Wadżmose nie przeżył jednak wieku chłopięcego i zmarł na jakąś chorobę. Wówczas wszystko się odwróciło i następcą został kolejny syn władcy - książę Amenmose (który również nie był synem królowej Ahmes). Natychmiast młodemu księciu zmieniono nauczycieli, którzy teraz przygotowywali go do roli "Żywego Horusa", czyli żyjącego pośród śmiertelnych Boga na ziemi. Król musiał być silny, sprawny, dysponować energią witalną i mądrością. Dlatego edukacja sprowadzała się nie tylko do niezwykle czasochłonnej nauki czytania i pisania hieroglifów, lecz także całej królewskiej etykiety, zachowań, nieruchomego siedzenia na tronie całymi godzinami - niczym żywy posąg, a jednocześnie wysiłku siłowego - strzelania z łuku do tarczy, biegania wokół pałacu, powożenia rydwanem wojennym (przy jednoczesnym posługiwaniu się łukiem i oszczepem) i oczywiście udziału w polowaniach. Syn króla, który nagle stawał się następcą tronu, mógł zapomnieć o spokojnym życiu w zaciszu domowym z jedną żoną, teraz miał do swojej dyspozycji cały harem specjalnie dla niego sprowadzanych kobiet z różnych zakątków kraju i z zagranicy (takich jak azjatyckie piękności z krajów Lewantu czy subsaharyjskie księżniczki z Nubii o hebanowym kolorze skóry) z którymi powinien jak najczęściej kopulować, co najmniej... raz dziennie, jak sądzili Egipcjanie, co było potwierdzeniem królewskiej witalności i jego boskiej mocy.

Amenmose był teraz oczkiem w głowie całej dynastii, a szczególnie ojca, który otoczył go najlepszą opieką i ochroną. Przecież w tym młodym księciu spoczywała przyszłość całego kraju, jego pomyślność, rozwój i szczęście ludu. Był słońcem, które wschodziło nad światem i umożliwiało wylewy życiodajnego Nilu, jego szczęście było szczęściem całego kraju a jego smutek lub choroba, oznaczały katastrofę dla państwa. Książę zamieszkał w Memfis w Dolnym Egipcie, z dala od królewskich Teb, pod opieką swoich nauczycieli, gdzie miał uczyć się roli przyszłego władcy. Niestety, to właśnie w rejonie Memfis zdarzył się wypadek, który ponownie przekreślił plany Totmesa I co do jego następcy. Książę polował na lwy (władcy i książęta z reguły polowali na duże i niebezpieczne zwierzęta, jako uosobienie ich potęgi i mocy) w rejonie Gizy. Nie przeżył tego polowania (nie wiadomo co się stało, egipskie dokumenty z epoki nic nie wspominają o tej tragedii, być może książę został przez pomyłkę zraniony, lub zaatakowało go i zabiło dzikie zwierzę), w każdym razie w Tebach znów nastała żałoba. Kolejnym następcą Totmesa został jego trzeci syn, słaby i chorowity Dżehutimes. Jego matką była niejaka Mutnofret  (również spokrewniona z poprzednią dynastią, najprawdopodobniej była ona córką Ahmes-Nefertari i siostrą Amenhotepa I). Nie miał więcej, niż ok. 10 lat, ale przeżył najgorszy i najbardziej niebezpieczny okres dzieciństwa. Ok. 1493 r. p.n.e. po prawie dwunastu latach panowania, faraon Totmes I zmarł, pozostawiając tron i władzę nad krajem w rękach chorowitego dziecka, które do tego było wątłe i słabe. Taki władca nie mógł zapewnić dobrobytu i powodzenia dla kraju, ale żył i to było wówczas najważniejsze.




Dziecko oczywiście nie mogło bezpośrednio sprawować władzy, dlatego też Egipcjanie wprowadzili formę regencji, sprawowanej przez matki panującego władcy. Było to najbezpieczniejsze i najpewniejsze rozwiązanie, jako że matka z reguły nie mogła działać przeciwko interesom swego syna, a tylko jego panowanie zapewniało jej władzę. Nie mogła też mu szkodzić, gdyż gdyby to uczyniła, ten, osiągnąwszy wiek męski, mógł ją zniszczyć. Regencja matek była więc najprostszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem w przypadku małoletności władcy. Jednak w przypadku Dżehutimesa, który przybrał imię Aacheperenre Totmesa (II), to nie jego matka - Mutnofret stała się regentką, ale właśnie księżniczka Ahmes. Prawdopodobnie Mutnofret była jej ciotką, choć różnica wieku pomiędzy tymi kobietami nie musiała być duża. W każdym razie to ona została regentką, a nie matka władcy (która musiała zadowolić się tytułem "Matki Horusa"). Regentka Ahmes (wnuczka wielkiej Ahmes-Nefertari), często odwoływała się do swej babki, biorąc z niej przykład w działaniu. Automatycznie cały harem poprzedniego władcy przechodził na jego następcę i wszystkie siostry Totmesa II, stawały się teraz jego żonami, przy czym funkcję Wielkiej Małżonki Królewskiej pełniła córka Ahmes (ona sama sprawowała funkcję Boskiej Małżonki Amona-Re) - księżniczka Hatszepsut, która była starsza od swego przyrodniego brata/męża o jakieś dwa lata. Teraz to właśnie one, matka i córka wspólnie kierowały państwem, a chorowity faraon był tylko marionetką w ich rękach. Przed tymi kobietami stanęło wiele niezwykle ważnych spraw, którymi musiały się zająć, jak choćby zabezpieczenie granic i stłumienie anty-egipskich buntów.

Już Amenhotep I dotarł z wojskiem do granic II katarakty Nilu, pod Wadi Halfę i zajął Abu Simbel. W Lewancie podporządkował zaś sobie władców Kanaanu, Fenicji i Amurru, i po raz pierwszy północną granicę ustanowił nad Eufratem, stawiając tam królewską stelę. Jego następca - Totmes I dotarł do III katarakty Nilu w Nubii, zajmując stolicę tego kraju - Semnę i zakładając potężną twierdzę w Tombos oraz wzmacniając twierdzę w Buhen - symbol egipskiego panowania w subsaharyjskiej Nubii. W Azji zaś stłumił powstania książąt Fenicji i Kanaanu, oraz podporządkował sobie kraj Retenu i też dotarł do Eufratu, stawiając kolejna stelę graniczną. Po śmierci tego władcy, zarówno w Nubii jak i w Lewancie wybuchły jednak kolejne powstania anty-egipskie. Zbuntowani Nubijczycy oblegli twierdzę w Tombos, Ahmes musiała więc działać szybko i zdecydowania, jeśli chciała utrzymać posiadłości Egiptu na południu i nie umniejszyć władzy i znaczenia nowych rządów. Wysłała wojsko na odsiecz Tombos i rzeczywiście powstanie nubijskie wkrótce zostało stłumione, a głowa (i prawa dłoń, którą trzymał miecz) nubijskiego wodza, złożona u stóp młodego faraona. Znacznie więcej problemów nastręczał bunt w Lewancie. Tutaj mocno bruździli Mitannijczycy, czyli kraj Nahariny (jak nazywano ich w Egipcie). Wspierali oni powstanie "niezależnych" królestw na granicy egipskiej strefy wpływów, których najważniejszym elementem było królestwo Alalach pod rządami Idrimiego. Władcy mitannijscy w zamian za wsparcie przeciwko Egiptowi, uzyskali kontrolę nad handlem syryjskim i zrzeczenie się praw Alalach do miasta Haleb (notabene rezydencji władców Jamchadu). Pieniądze króla Szauszatary z Waszszuganni (stolicy królestwa Mitanni) niewiele dały, gdyż Egipcjanie zgnietli bunt Alalach i w swym pochodzie dotarli nawet do twierdzy Nyy na granicy Nahariny (przekroczenie Eufratu oznaczałoby wojnę z Mitanni, a na to Egipt nie był wówczas gotowy). Po raz pierwszy podczas tej kampanii stykamy się z informacją, jakoby Egipcjanie podporządkowali sobie lud o nazwie Szosu ze stepów Negebu. W skład plemion Szosu wchodziło szczególnie jedno, niezwykle popularne plemię, które nosiło nazwę JHW, a zwano je albo Habiru ("pokryci piachem") albo też Ibri, z którego potem narodzą się Hebrajczycy. W każdym razie królowa-regentka Ahmes poradziła sobie z tym zagrożeniem. 




Natomiast księżniczka Hatszepsut (jeszcze jako dziewczynka i już żona Totmesa II), sprawowała (zapewne przy wsparciu matki) kontrolę nad całym jego haremem. Uczestniczyła też u jego boku w oficjalnych spotkaniach w sali tronowej i przy nim słuchała tego, co mieli do powiedzenia oficerowie oraz kapłani. Od małego rosła więc w niej potrzeba władzy a jednocześnie wciąż była utwierdzana w przekonaniu że jest lepsza od innych kobiet, jest wybranką Boga i małżonką "Żywego Horusa". Do pełni szczęścia i władzy brakowało jej jeszcze syna, którego zrodziłaby ze związku z bratem. Syna który byłby przedłużeniem dynastii i kolejną nadzieją na utrzymanie kraju w kosmicznym porządku wszechrzeczy. Król był jednak jeszcze dzieckiem i jej osoba bardziej go śmieszyła (zapewne bawili się razem jako dzieci), niż powodowała jakiekolwiek inne uczucia. Jednak gdy Totmes II skończył 15 rok życia a Hatszepsut osiągnęła wiek lat 17-tu, spędzili ze sobą noc (wcześniej też to czynili, ale zapewne tylko aby rozmawiać, grać w senet - rodzaj szachów i stroić sobie żarty). Wielka Małżonka Królewska zaszła w ciążę - jeśli urodziłaby zdrowego syna, zajęłaby pozycję matki na czele władzy w kraju. Jadała więc suszone daktyle i piła dużo wina, aby bogowie pobłogosławili ją chłopcem. Gdy nadszedł jednak dzień porodu i zamknięta w sali wraz z innymi kobietami z haremu, chodząc w kółko w bólach porodowych, co jakiś czas kucała, próbując zmusić dziecko do wyjścia na świat (niekiedy taki poród trwał godzinami), w otoczeniu dymu kadzideł, magicznych zaklęć, odganiających demony i głosów kobiet zwróconych do dziecka: "Przyjdź!, Przyjdź!" - wreszcie urodziła. Gdy jednak podano jej dziecko i nie spostrzegła u niego małego członka i jąder, posmutniała. To była dziewczynka, czyli nie dała królowi następcy. Będzie musiała jeszcze raz to powtarzać, póki nie urodzi mu syna. A tymczasem para królewska nadała dziewczynce imię - Neferure.            

         
    
 CDN.

czwartek, 20 czerwca 2019

PRZYSZŁOŚĆ POLSKI I EUROPY WEDŁUG OBJAWIEŃ I PRZEPOWIEDNI - Cz. III

OD UPADKU KU POTĘDZE





Ponownie wracam do przepowiedni i proroctw, wygłaszanych na przestrzeni wieków przez przeróżnych mistyków i ludzi, którzy głosili że przemawia przez nich "Duch Boży". Są to bardzo różne postaci, niektórzy w ogóle nie powinni znaleźć się w spisie wróżów, choć niewątpliwie ich przepowiednie potem sprawdziły się w całej pełni. Mam tutaj choćby na myśli ludzi takich jak amerykański prezydent z czasów Wojny Secesyjnej - Abraham Lincoln, którego obawy (bo tak można to nazwać), dotyczące przyszłości Stanów Zjednoczonych, rzeczywiście się sprawdziły. Jednak mimo prezentacji wielu innych mistyków i wróżów, skupiał się jednak będę przede wszystkim na tych, którzy mówili o Polsce i jej przyszłości - gdyż (choć losy Europy i Świata również mnie żywo zajmują, szczególnie jeśli chodzi o dalszą przyszłość wielkich mocarstw, rozwoju sztucznej inteligencji, przeludnienia planety i innych zjawisk, związanych chociażby z problemem braku wody pitnej i tym, jak można temu ewentualnie zaradzić), dzieje mojego kraju interesują mnie bez wątpienia najbardziej. Otaczająca nas rzeczywistość (według mnie, choć opieram się tutaj na logicznej interpretacji zastanych zjawisk i faktów a nie na przepowiedniach), ma w nas spotęgować poczucie strachu i niepewności, gdyż pewne negatywne zjawiska (które obecnie mają miejsce na Świecie), jakoby wymykają się nie tylko zdrowemu rozsądkowi, ale i zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. 

Pamiętajmy jednak że strach można łatwo pokonać, gdy zdamy sobie sprawę z faktu że nie jesteśmy sami na tej naszej drodze ku czyhającej na nas niepewności. Wystarczy uświadomić sobie że cały czas jest przy nas Siła, która powołała nas do odegrania tego scenariusza i jest on przygotowany i rozpisany, tyle że my musimy go jeszcze odegrać, a nasza rola w tym wszystkim jest kluczowa, gdyż (na szereg gotowych scenariuszy) w ostateczności zawsze musimy wybrać to jedno, które zaważy na naszym (a często nie tylko naszym) losie. Pamiętajmy jednak że choć droga ku przyszłości wydaje się niepewną, mroczną i wyboistą doliną, to jednak zawsze mamy przy sobie nasz GPS i w każdej sytuacji możemy zapytać o drogę. Pamiętajmy też że po każdej nocy przychodzi dzień i znów wschodzi słońce a także rozpoczyna się kolejny etap naszej drogi.    



PRZEPOWIEDNIA UPADKU POLSKI:


PRZEPOWIEDNIA EUSTACHIUSZA

(ok. 1450 r.)



 
 Ok. 1450 r. (1449 r.?) niejaki Eustachiusz, przeor zakonu Benedyktynów pod Warszawą, miał wizję, którą zesłał nań (jak twierdził) sam Bóg. Sprawa może nie byłaby godna uwagi, gdyby nie okazało się że przepowiednia ojca Eustachiusza sprawdziła się w całej pełni, a groza odeń bijąca, sprawiła że autor przepowiedni pozostał nieznany (nie wiadomo o nim nic, ani kiedy się urodził, ani kiedy zmarł, ani też w jakim klasztorze pełnił funkcję przeora), zaś niektórzy (jak choćby król Szwecji - Karol X Gustaw), kazali ją sobie specjalnie przetłumaczyć z łaciny. Oryginalny zapis przepowiedni nie zachował się, a jedynie jego niemiecka kopia z 1758 r. z Bremy. Oto co przepowiedzieć miał ojciec Eustachy (żyjący w czasach wzrastającej w siłę potęgi Królestwa Polskiego), w swej ponurej wizji przyszłości Polski:


 "Ja, Eustachiusz, przeor klasztoru Benedyktynów, przepowiadam ci Polsko, że zażyjesz wiele nędzy w przyszłych stuleciach. Zacna Polsko, jesteś szlachetna, wielka i wspaniała, lecz gardzisz ty swoimi mądrymi królami, a ponieważ nimi gardzisz, przeto pójdziesz w rozsypkę. Lew północy połączy się z czarnym orłem w ciemnej dolinie i zada ci dotkliwe uderzenie w pierś, aż twoje białe pióra krwią się zarumienią. Młodzieniec zza gór zstąpi na twe wyżyny i zada ci wielkie klęski. Potem nadchodzi potężny lew dwugłowy, który sprawi twój upadek, o wielka Polsko! Słońce skryje się przed tobą, a ty będziesz długi czas siedzieć w ciemności. Będą wielkie powstania i wiele krwi niewinnej się przeleje, to wołać będzie o pomstę do nieba, zagniewany Bóg ześle na was taką karę, że nie będzie końca biadaniom. Nieszczęśliwa i pożałowania godna Polsko! Będziesz wzdychała za pokojem, ale ten nie prędzej się zjawi aż w 7-mej liczbie, a spełni się w czasie siedem razy siedem. Wtedy przyjdzie książę pokoju w całym blasku i pokój panować będzie w twych murach i pałacach"


Co można odczytać z tej przepowiedni? Ojciec Eustachiusz przewiduje nastanie klęsk dla Korony Królestwa Polskiego. Stać się to ma w kolejnych wiekach, aż urośnie Polska ku wielkości i wspaniałości. Upadek ma przyjść od narodu, który "gardzi swymi mądrymi królami", znamy to z naszych dziejów pod nazwą "Złotej Wolności" szlacheckiej, która w XVIII wieku przybrała swą karykaturalną wręcz postać i stała się przeciwieństwem tego, z czego powstała - idei demokratycznej wspólnoty wolnych narodów, wolność swą samodzielnie ubezpieczających. XVIII-wieczna Rzeczpospolita stała się karykaturą swojej przeszłości. Słaba władza królewska, co było powodem rozwoju demokracji bezpośredniej (sejmowej i sejmikowej), spowodowała nastanie kryzysu tak wielkiego, że żadna siła wewnętrzna, bez względu na intencje - nie była w stanie nic zmienić, gdyż wszystko rozbijało się o zanarchizowany ustrój "Złotej Wolności" szlacheckiej. To, co było siłą jeszcze dwieście, czy nawet sto lat wcześniej, w XVIII stuleciu stało się zarzewiem katastrofy.  Spowodowane to było oczywiście wielką zmianą mentalności społecznej, gdyż o ile szlachta (która realnie władała państwem, co było wówczas ewenementem na skalę światową, gdyż choć pojęcie zarówno republiki jak i wybierania władców przez lud, znane było w Europie, to jednak nowością i wielkim zaskoczeniem był fakt, iż tylko w Rzeczpospolitej zagłosować na króla mógł... każdy szlachcic, bez względu na stan posiadania i pozycję społeczną. Nawet taki, który prócz posiadania herbu - nie różnił się niczym od zwykłego chłopa, gdyż np. nie posiadał butów lub miał dziurawe spodnie), która jeszcze w XV, XVI czy XVII wieku, swą własną potęgę przy wielkości Korony i Rzeczypospolitej budowała ("Karki nasze za ojczyznę kładziemy"), o tyle w wieku XVIII interes państwa zupełnie przestał ją interesować.
  
"Magnateria do gruntu zdeprawowana, skorumpowana i wyzbyta patriotyzmu, jej wychowanie i obyczaje tłumią w niej wszelką iskrę cnót obywatelskich" - jak pisał w XVIII stuleciu brytyjski dyplomata - Nathaniel William Wraxall. Magnateria i szlachta zdradzała wówczas kraj, wynajmując się na usługi obcym dworom i choć dostawała za to zapłatę, nie robiła tego dla pieniędzy (które posiadała - magnateria była bowiem wręcz nieprzyzwoicie bogata, o czym pisze choćby Waldemar Łysiak: "Te księżniczki w jasnopapuzich robach (...) z fryzurami piętrzącymi się jak morskie bałwany (...) te wieczne dziewice po stu kogutach, okładające twarz cielęciną dla regeneracji (...) te modlące się co niedzielę pobożnisie, które płacą naszyjnikami z pereł za stragan pomarańczy (...) a nie wezmą do ust herbaty jeżeli nie zagotowano jej na węgielkach sprowadzonych z Londynu gdy plebs żre chleb z kory i żywi się tłuszczem skapującym ze świec podczas pańskich iluminacji (zbyt wiele mąki idzie na puder, by prostak mógł marzyć o codziennym chlebie) - czymże uniewinnią swoją zdradę, bo ptasiej etyki i motylej moralności nie muszą. Zapewne "nie było nic lepszego do roboty", a że robili to prawie wszyscy... To już zbiorowa psychoza"). Tak, robili to prawie wszyscy, a dodatkowo czynili tak dla... zabawy, ponieważ "i tak nie było nic lepszego do roboty" (tymi słowy najczęściej polscy magnaci i szlachta odpowiadali obcym posłom, na ich pytania dlaczego tak chętnie zdradzają swój kraj). Tak już ten świat jest zbudowany, że za głupotę się płaci - dobrze, jeśli przyjdzie zapłacić pieniędzmi, gdyż to jest najmniejszy koszt. Gorzej jeśli przyjdzie zapłacić utratą własnych przekonań, własnej wolności i niepodległości. Kraj bez armii, ze słabą władzą centralną i bardzo silnymi, prywatnymi wewnętrznymi księstwami, realnie będącymi zupełnie niezależną siłą lokalną, bez żadnych reform ustrojowych - nie mógł przetrwać w Europie, w której wciąż wzmacniały się tendencje absolutystyczne. I rzeczywiście, kraj, w którym szlachta cieszyła się że jest słaby, bo: "Słabego nikt się nie boi i nikt go nie będzie atakować", został podzielony pomiędzy trzy europejskie mocarstwa Austrię, Prusy i Rosję, prawie bez walki.


 "BODAJ SKONAŁ W ROZPACZY
BODAJ RÓD TWÓJ WYGASŁ,
BODAJ DIABEŁ DUSZĘ Z CIEBIE WYWLÓKŁ
ZDRAJCO, ZDRAJCO, ZDRAJCO
PO TRZYKROĆ ZDRAJCO!!!"



Potem synowie tych herbowych zdrajców, własną krwią musieli zmywać ich hańbę, walcząc u boku Cesarza Napoleona Wielkiego, bijąc z Nim Prusaków, Austriaków i idąc na Moskala, aż do bram Kremlinu (po którym to bruku dwieście lat wcześniej hasały podkowy husarskich koni ich przodków - zdobywców Moskwy i pogromców caratu). Gdy jednak zgasła ta Gwiazda Zaranna, zasypana siłą bagnetów zwolenników skostniałego Ancien Regime z całej Europy (Mickiewicz pisał: "Od czasów Jezusa nikt nie zrealizował na ziemi więcej niż On"), szlachcice polscy dalej walczyli i przelewali krew w powstaniach i zrywach narodowowyzwoleńczych. Opuszczeni, samotni, pozbawieni nadziei na przyszłość, szli do walki z Moskalem i Prusakiem z głęboką wiarą w słuszność tej ofiary. Te młode życia i ta straceńcza krew, przelana w nierównej walce musiała dopiero zmyć głupotę i hańbę ich przodków. Za głupotę zawsze przyjdzie nam zapłacić - pytanie tylko jaka będzie cena. W dalszej części przepowiedni, ojciec Eustachiusz pisze: "Lew północy połączy się z czarnym orłem w ciemnej dolinie i zada ci dotkliwe uderzenie w pierś, aż twoje białe pióra krwią się zarumienią". Mowa jest tutaj o królu Szwecji - Karolu X Gustawie, który w latach 1655-1660, najechał Rzeczpospolitą, co znamy pod nazwą "Potopu" szwedzkiego. Połączył się on z elektorem Brandenburgii - Fryderykiem Wilhelmem I (pradziadem Fryderyka II Wielkiego - króla Prus, którego wielkim fanem był np. Adolf Hitler), panującym równocześnie jako książę pruski - czyli lennik Korony Polskiej. Ponieważ dopuścił się zdrady, gdyż miał jako wierny lennik służyć Rzeczypospolitej, przeto Eustachiusz określił jego działanie mianem "ciemnej doliny". 


 "MY Z NAPOLEONEM - NAPOLEON Z NAMI!"



Wojna ze Szwecją była długa i męcząca, a jednocześnie w tym samym czasie trwała wojna z Rosją, Siedmiogrodem i Kozakami, dlatego też kraj został maksymalnie wyniszczony i wykrwawiony ("aż twoje białe pióra krwią się zarumienią"). W tym czasie z południa, zza gór najechał Rzeczpospolitą (1657 r.) władca Siedmiogrodu - Jerzy II Rakoczy - "Młodzieniec zza gór zstąpi na twe wyżyny i zada ci wielkie klęski". Rakoczy, który dokonał wielkich spustoszeń (szczególnie na Podkarpaciu), ostatecznie został rozbity w dwóch bitwach, stoczonych w lipcu 1657 r.: pod Magierowem i pod Czarnym Ostrowem. "Potem nadchodzi potężny lew dwugłowy, który sprawi twój upadek, o wielka Polsko!" - tym "dwugłowym lwem" była oczywiście Moskwa, co ostatecznie za panowania carycy Katarzyny II doprowadziła do całkowitego upadku państwa polskiego (dzieląc się nim z Prusami i Austrią). Katarzyna kazała sobie przewieść do Petersburga tron polskich władców i zamieniła go w... wychodek. I zdechła na nim (najprawdopodobniej zamordowana z rozkazu jej syna - cara Pawła I). Ostatnie zdania przepowiedni: "Słońce skryje się przed tobą, a ty będziesz długi czas siedzieć w ciemności. Będą wielkie powstania i wiele krwi niewinnej się przeleje, to wołać będzie o pomstę do nieba, zagniewany Bóg ześle na was taką karę, że nie będzie końca biadaniom" - to o czym pisałem wyżej, potrzeba było krwi i poświęcenia kolejnych pokoleń, aby Polskę wyciągnąć z ciemności zaborów, wyrwać Ją z kajdan niewoli (sprowadzonej tam przez gnuśność i głupotę przodków), ku Słońcu Niepodległości. 

Najdziwniejsze są jednak ostatnie słowa i doprawdy nie pojmuję jak można je odczytać - "Nieszczęśliwa i pożałowania godna Polsko! Będziesz wzdychała za pokojem, ale ten nie prędzej się zjawi aż w 7-mej liczbie, a spełni się w czasie siedem razy siedem. Wtedy przyjdzie książę pokoju w całym blasku i pokój panować będzie w twych murach i pałacach". O cóż może chodzić? Siódma liczba, która spełni się w czasie siedem razy siedem i wówczas ma nastać pokój. Profesor Bartłomiej Groch, który interpretował tę przepowiednię w 1938 r. stwierdził że powinno się ją liczyć w następującym systemie, w którym każda siódemka jest zespolona z poprzednią: 1 x 7 + 2 x 7 + 3 x 7 + 4 x 7 + 5 x 7 + 6 x 7 + 7 x 7 = 7 + 14 + 21 + 28 + 35 + 42 + 49 = 196, przy czym odrodzenie Polski ma nastąpić przy końcu szóstego i na początku siódmego okresu, czyli z sumy 196 lat należy odjąć 49 i powstaje wynik 147 lat. Tyle przypada (mniej więcej - należy bowiem pamiętać że przepowiednie bardzo rzadko są dokładne w stu procentach w kwestii liczb, dat czy poszczególnych wydarzeń), od roku 1772 - czyli od pierwszego rozbioru Polski, do roku 1918/1919 czyli odrodzenia państwa polskiego z długiej "Nocy Zaborów". Natomiast liczba 196 lat, liczona od trzeciego i ostatniego rozbioru Polski (1795 r.), przynosi datę 1991 r. czyli upadek (transformacja) systemu komunistycznego i powstanie (quasi) wolnych państw w Europie Środkowej i Wschodniej. Tak wygląda owa pesymistyczna (choć nie pozbawiona wątków optymistycznych) przepowiednia dla Polski, nieznanego przeora zakonu Benedyktynów - ojca Eustachiusza, żyjącego w XV wieku - w czasie rodzącej się wielkiej prosperity Korony Królestwa Polskiego, potem rozszerzonej i przemienionej w Rzeczpospolitą Obojga (Trojga) Narodów. Przejdźmy zatem teraz do Abrahama Lincolna i jego wizji przyszłości Stanów Zjednoczonych Ameryki.                 





CDN.
 

środa, 19 czerwca 2019

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. VII

FILARY SPOŁECZNEGO

ROZWOJU LUDZKOŚCI

I METODY PATOLOGIZACJI

NA PRZESTRZENI WIEKÓW



NAJWAŻNIEJSZE CENTRA KULTUROWE HELLENISTYCZNEGO ŚWIATA


OJKUMENE

CZYLI ŚWIAT PO GRECKU

Cz. III





 ALEKSANDRIA

"ŚWIETNA I NAJŚWIETNIEJSZA"





 Aleksandria była bez wątpienia prawdziwą perłą hellenistycznego świata. Mówiono o niej różnie: "Stolica świata zamieszkałego", "Przy Egipcie" czy też "Świetna i Najświetniejsza". Bez wątpienia budziła powszechny podziw i respekt ze względu na swoje położenie (określenie "przy Egipcie" odnosiło się do odrębności Aleksandrii w porównaniu z resztą egipskiego kraju, nie mającą zbyt wiele wspólnego z egipską tradycją i kulturą). To był zupełnie inny świat, prawdziwe greckie miasto w Egipcie, zasiedlone notabene przez trzy (co najmniej trzy) duże grupy ludności. Pierwszą byli oczywiście Grecy (tutaj istniał też podział na Aleksandryjczyków z urodzenia i przybyłych Greków, którzy byli przez mieszkańców miasta postrzegani raczej jak ubodzy krewni z prowincji), drugą grupę stanowili Egipcjanie (zamieszkali głównie z dzielnicy Rakotis), oraz Żydzi (najwięcej z nich mieszkało w dzielnicy Delta). Aleksandria była jakby zupełnie odrębnym i samonapędzającym się tworem, żyjącym własnym życiem i własnymi sprawami. Oczywiście samo miasto przypominało małą Grecję, mały Egipt i małą Judeę - gdyż wszystkie te elementy kulturowe składały się w kształt całego miasta. Musejon i Biblioteka były bez wątpienia przykładami greckiej sztuki i nauki, Wielka Świątynia Serapisa w Rakotis zaś zawierała głównie elementy budownictwa i wystroju egipskiego (choć sam bóg był tam ukazany na sposób grecki, a nie tak jak w innych częściach Egiptu, gdzie łączono go ze świętym bykiem Apisem. Grecy jakoś nie lubili łączyć swoich bogów ze zwierzętami, stąd ta różnica), natomiast w dzielnicy Delta znajdowała się Wielka Synagoga, częściowo zbudowana na wzór Świątyni Jerozolimskiej i tzw.: Małej Świątyni Jerozolimskiej w dawnej kolonii żydowskiej w Elefantynie. Wróćmy jednak do przykładów greckiej kultury w Aleksandrii, gdyż właśnie to interesuje nas w tym temacie.


MUSEJON




 "Świątynia Muz" w Aleksandrii, której nazwę wymawiano jako Musejon - została założona przez Ptolemeusza I Sotera (jednego z wodzów Aleksandra Wielkiego) ok. 295 r. p.n.e. jako stowarzyszenie religijne na wzór podobnych stowarzyszeń z Aten (Akademii platońskiej i arystotelesowego Liceum). Na czele tej instytucji każdorazowo stał mianowany przez króla kapłan (choć nie musiał on być kapłanem przed nominacją, lecz z chwilą objęcia urzędu przyjmował tytuł kapłański). Pierwszym kapłanem Musejonu aleksandryjskiego został Demetriusz z Faleronu, uczeń sławnego Teofrasta z Eresos - drugiego scholarchosa (kierownik ateńskiego Liceum). Demetriusz był filozofem i jednocześnie tyranem Aten w okresie lat 317-307 p.n.e. Przez ten czas uczynił z miasta kwitnące centrum sztuki, kultury i gospodarki, a wdzięczni obywatele wystawili mu za to nawet pomnik. Do Egiptu (na zaproszenie Ptolemeusza I) przybył ok. 297/296 r. p.n.e. Musejon został skonstruowany właśnie na wzór ateńskiego Liceum (jak również Akademii, gdyż Teofrast był wcześniej zarówno uczniem Platona - ten zaś należał do grona uczniów sławnego Sokratesa - a po jego śmierci przeszedł pod skrzydła Arystotelesa w Liceum, zaś sam Demetriusz był uczniem Teofrasta). Grupował ono jednak (inaczej niż w Atenach) przede wszystkim literatów i naukowców, a nie filozofów. Była to też placówko stricte państwowa, gdyż utrzymywał ją król z własnych środków i to monarcha łożył na mieszkania (powoływanych przez siebie) członków Musejonu (które zlokalizowane były w obrębie pałacu królewskiego w dzielnicy Lochias, niedaleko Regii - czyli portu królewskiego) i to on finansował ich spotkania naukowe.

Członkowie Musejonu nie musieli zupełnie przejmować się sprawami finansowymi (co często było bolączką wykładowców w Liceum czy Akademii, które to stowarzyszenia finansowały się ze składek własnych członków, a co za tym idzie, były zupełnie niezależne od ateńskiego polis). Członkowie Musejonu otrzymywali wygodne domy wraz ze służbą, posiłki, dostawali pensje i nie płacili podatków. Po prostu żyć nie umierać, dodatkowo mieli też swoich uczniów (od których zapewne także pobierali opłaty za naukę - choć nie ma na ten temat żadnych wzmianek). Byli to ludzie nauki: astronomowie tacy jak Hipparch z Aleksandrii, geografowie tacy jak Klaudiusz Ptolemeusz, matematycy, przyrodnicy czy filolodzy (nie było tam jednak filozofów). Każdy z nich mógł w dowolnej chwili opuścić Aleksandrię i porzucić swoje wygodne życie, jeśli tylko tego zapragnął, ale póki tam przebywali, żyli niczym w jakiejś swobodnej bańce, nie musząc się troskać o potrzeby zwykłych śmiertelników (którzy to musieli zarobić na utrzymanie tej instytucji - płacąc podatki). Obok Musejonu powstały dwa ogrody - zoologiczny i botaniczny. Przywożono tam najróżniejsze gatunki roślin i zwierząt, zaś owi naukowcy dokonywali na nich swych badań (przeprowadzając np. sekcje zwłok zdechłych zwierząt). Na potrzeby owego stowarzyszenia miłośników Muz, Ptolemeusz I założył jeszcze dwie placówki zwane Bibliotekami.


BIBLIOTEKA
(WIĘKSZA I MNIEJSZA)
    



 Biblioteka Większa, założona jako dodatek dla Musejonu, znajdowała się w dzielnicy Bruchejon (podobnie jak Musejon). Stworzona została na wzór prywatnej biblioteki Arystotelesa, udostępnionej uczniom w Liceum (Lykejonie). Składała się ona z ok. 376 zwojów (dziś zmieściłoby się to w zaledwie dziesięciu niezbyt grubych książkach - ale należy pamiętać że w tamtych czasach dzieła tworzono nie dla czytelników, ile po prostu do recytacji na wykładach, a te nie powinny być zbyt długie i męczące i winny zawierać kwintesencję całej zebranej wiedzy). Zwoje Arystotelesa, odziedziczył następnie Teofrast, a po nim właśnie Demetriusz z Faleronu, który zabrał je do Aleksandrii i posłużyły jako pierwsze woluminy tworzącej się Biblioteki Aleksandryjskiej. Król Ptolemeusz I, zaopatrzył następnie Demetriusza w pokaźną kwotę pieniędzy i wysłał go z misją nabycia kolejnych wartościowych prac greckiego świata. Ten udał się więc do Aten i na Rodos, gdzie nabywał księgi (zwoje papirusowe lub pergaminowe). Wypożyczył też w Atenach całe archiwum państwowe (z dramatami Ajschylosa, Sofoklesa i Eurypidesa, oraz komediami Arystofanesa), za 15 talentów kaucji. Prac tych nie zwrócono już nigdy, rezygnując jednocześnie z kaucji i ofiarowując Ateńczykom... pięknie przygotowane kopie tych dzieł). Dodatkowo każdy przyjezdny, który odwiedzał Aleksandrię i miał przy sobie jakieś zwoje, miał je natychmiast konfiskowane przy wjeździe. Następnie dokonywano ekspertyzy i zwracano właścicielowi tylko te pozycje, które nie miały większego znaczenia artystycznego, a całą resztę otrzymywał on w formie dokładnie przepisanych kopii.

Taka polityka, prowadzona konsekwentnie od ok. 295 r. p.n.e. do 245 r. p.n.e. zaowocowała zebraniem w Wielkiej Bibliotece ok. 500 000 zwojów (za kolejnych władców, aż do czasów Kleopatry VII ilość ta powiększy się o następne 200 000 zwojów). Umożliwiło to również następcy Ptolemeusza I - jego młodszemu synowi Ptolemeuszowi II Filadelfowi, stworzenie drugiej, mniejszej Biblioteki, tym razem w egipskiej dzielnicy Rakotis, przy Serapejonie - będącej jednak filią Wielkiej Biblioteki z Bruchejonu. Przekazał na jej potrzeby 42 800 zwojów (w Wielkiej Bibliotece do końca panowania Ptolemeusza I znalazło się ok. 200 000 zwojów). Obie Biblioteki zatrudniały szereg skrybów, którzy cały czas przepisywali dzieła, tworząc szereg kopii (na wypadek zniszczenia bądż zaginięcia oryginału, lub jako zadośćuczynienie dla tego, któremu odebrano jego oryginalne księgi). Tam też powstało wiele dzieł świata hellenistycznego, które nie przetrwały jednak do dnia dzisiejszego, ale inne jak najbardziej. Tam właśnie bowiem została spisana Septuaginta - czyli Pismo Święte Starego Testamentu (spisane w formie Tory Ezdrasza - kapłana żydowskiego z V wieku p.n.e.), który wraz z Nehemiaszem, stworzył wybitnie rasistowskie dzieło, opierające się na założeniu "Narodu Wybranego". Rewolucja religijna Nehemiasza i Ezdrasza (takich antycznych hitlerków), rozpoczęła się mniej więcej ok. 459 r. p.n.e. i trwała nieprzerwanie do 432 r. p.n.e. (z różnym natężeniem, szczególnie od czasów Nehemiasza). Czyli objęła ponad dwadzieścia pięć lat, ćwierć wieku, podczas którego diametralnie przemodelowano dotychczasowy sposób życia Izraelitów.





SEPTUAGINTA
(CZYLI PIERWSZA BIBLIA)
 

Żydzi bowiem trafili do niewoli po zdobyciu i spaleniu przez Babilończyków Jerozolimy w 586 r. p.n.e. Jeszcze wcześniej jednak, zostały złożone podwaliny pod dzieło Ezdrasza i Nehemiasza, gdy sypało się w gruzy potężne do niedawna imperium asyryjskie, które wielokrotnie zagrażało niepodległości Judy i narzucało mu daniny a sto lat wcześniej (722 r. p.n.e.) zdobyło Samarię - całkowicie niszcząc królestwo Izraela, a jego mieszkańców uprowadzając w niewolę. Wówczas to w 622 r. p.n.e. arcykapłan Chilkiasz miał odnaleźć w zakamarkach Świątyni Jerozolimskiej zapomniane zwoje Mojżesza i natychmiast zaniósł je królowi Judy - Jozjaszowi. Ten przeraził się słów zawartych w mojżeszowym zwoju (zarówno arcykapłan Chilkiasz, jak i pisarz Safanowi i archiwista Joha - zgodnie twierdzili że jest to zwój z czasów Mojżesza - złożony w miejscu, gdzie potem wzniesiono Pierwszą Świątynię Jerozolimską. W rzeczywistości zwoje te nie pochodziły z czasów tak odległych, a raczej z okresu panowania dziadka Jozjasza, króla Manassesa - który panował dość długo, bowiem prawie 55 lat (w pierwszej połowie VII wieku p.n.e.) a za jego rządów odrzucono wiarę w jednego boga - Jahwe, dopuszczając w kraju ponownie (ponownie, gdyż pierwotna religia Hebrajczyków-Judejczyków-Izraelitów, była politeistyczna, a Manasses nie był wcale pierwszym który odnowił wielobóstwo, przed nim bowiem uczynił to już jego dziadek - Achaz). Zwoje były zestawem ostrzeżeń co czeka królestwo Judy, jeśli lud nie nawróci się na "wiarę ojców". Przepowiadano tam podbój i zniszczenie kraju przez ludy z północy, oraz wytępienie całego plemienia Judejczyków). Król Jozjasz nakazał więc przeprowadzić brutalną reformę religijną, eliminując z Jerozolimy i innych miast Judy, wszelkie obce kulty (w tym kult Molocha, Baala, Aszery i Assura) i wypędzając obcych kapłanów z kraju. Zakazał też świątynnej prostytucji (kobiecej i męskiej), oraz oczyścił rejon Doliny Hinnon, gdzie za czasów jego dziada powrócono do krwawych ofiar z dzieci, składanych na ołtarzu Molocha i Baala (dolina ta nabrała dla Judejczyków pejoratywnego znaczenia i poczęto ją określać mianem "Gehenny" - czyli piekła. Nazwa ta została potem przeniesiona do chrześcijaństwa i pozwoliła utożsamić piekło z płonącymi stosami lub kotłami).

Reformy Jozjasza nie uchroniły jednak Jerozolimy i Judy przed upadkiem, gdy w 597 r. p.n.e. nadciągnął z północy król Babilonu - Nabuchodonozor II. Zdobył wówczas Jerozolimę, ale wycofał się mianując jedynie posłusznego sobie władcę - Sedecjasza. Ten jednak zbuntował się i dekadę później "Król Babelu" (jak oficjalnie brzmiała jego tytulatura), przybył ponownie i po kilkumiesięcznym oblężeniu, zdobył i spalił Jerozolimę (586 r. p.n.e.), a Sedecjasza, jako swego więźnia kazał ciągnąć za żelazne ogniwo (włożone w jego usta) do obozu królewskiego w Riblah, a następnie oślepił tam i uwięził w babilońskim lochu. Wraz z upadkiem Jerozolimy, zaczął się okres tzw.: Niewoli Babilońskiej" dla Żydów. Zesłańców osiedlono wzdłuż rzeki Kebar w trzech miastach Babilonie - Nippur i Erech (Uruk). I od tej pory przez kolejne pięćdziesiąt lat Żydzi przestali być wspólnotą, nastąpił powolny ale systematyczny zanik języka i częściowo kultu judaistycznego. W Babilonie Żydzi żyli pośród wyznawców wielu bóstw, z których najwyższym był Marduk - bóg naczelny panteonu babilońskiego. Spotkali się tutaj z zupełnie inną kulturą niż ich własna, gdzie istniała na przykład tradycja ukrywania własnego imienia (z reguły dzieciom nadawano imię prawdziwe i przezwisko, które ci używali praktycznie do końca życia, gdyż Babilończycy wierzyli że jeśli ktoś pozna prawdziwe imię danej osoby, to wówczas może nią kierować wedle swej woli), lub wylewnego całowania się członków rodziny o świcie, jako wyraz radości że raz jeszcze ujrzeli słońce. Babilon zresztą był miastem występku i niemoralności, gdzie prostytucja świątynna była na porządku dziennym, a kobiety wyzywająco umalowane, nawoływały przechodniów by zasilili skarbiec świątyni, jednocześnie spędzając z nimi czas (stąd potem powstało określenie "Babilońska Nierządnica" - jako synonim zepsucia moralnego i odejścia od tradycji ojców.




Babilończycy uwielbiali także taniec i muzykę, dlatego też wielokrotnie wołali do osiedlonych w ich mieście Żydów: "Zaśpiewajcie nam jakąś z syjońskich pieśni!". W taki sposób zawiązywano znajomości i choć wielu wiernych tradycji Judejczyków płakało na myśl o utraconym Syjonie, a prorok Jeremiasz chodził po gruzach tego, co niegdyś było Jerozolimą i jak głosi Księga Daniela, była to: "Ohyda ziejąca pustką" (Świątynia została ogołocona z wszelkich kosztowności, w tym z słynnego siedmioramiennego świecznika króla Dawida i Salomona - przez wysłannika Nabuchodonozora, tartana armii babilońskiej - Nabuzardanesa, który następnie puścił z dymem zarówno Świątynię, jak i pałac królewski oraz resztę budynków - miało to miejsce w sierpniu 586 r. p.n.e.). Prorok Jeremiasz (przyjaciel księcia Godoliasza, mianowanego przez Nabuchodonozora zarządcą Judy), zamieszkał w Micpie (gdzie teraz mieściła się siedziba babilońskiego namiestnika), miasteczku pod spaloną Jerozolimą i stamtąd nawoływał Żydów aby wytrwali w niewoli i ani myśleli wzniecać bunt przeciwko Babilonowi, jeśli nie chcą zostać doszczętnie wytępieni. Przestrzegał również Żydów przed próbami ucieczki do Egiptu, twierdząc że ci, którzy tak uczynią - zginą, jako że Jahwe skazał Egipcjan na ten sam los co Judejczyków. Mimo to ok. 582 r. p.n.e. Godoliasz został zamordowany przez niejakiego Izmaela, syna Neteniasza, który należał do grona oficerów judejskich, którzy przy pomocy króla Ammonitów - Baalisa, planowali wypędzić najeźdźców i odzyskać kraj. Nie chcieli jednak dokonywać zbrodni morderstwa, a Izmael uczynił to na własną odpowiedzialność, po czym wielu Żydów (w tym wszyscy owi oficerowie) zbiegli do Egiptu, dodatkowo porywając ze sobą proroka Jeremiasza. Natomiast w Babilonii lud judejski (który spotkał tam Izraelitów sprowadzonych do Mezopotamii przez Asyryjczyków po upadku Samarii w 722 r. p.n.e.), żył spokojnie, zajmując się handlem i pracą na roli. Byli traktowani nie jak ludność podbita, a jak współmieszkańcy jednego kraju - imperium nowobabilońskiego.

To właśnie w tym okresie pięćdziesięciolecia zaczęły powstawać pierwsze synagogi, gdzie wierni ustawiali się przy modlitwie twarzą do Jerozolimy. Spotykali się tam w każdą sobotę (w szabas) by wspólnie modlić się i śpiewać żałobne pieśni. Powstawały też midrasze (czyli szkoły), gdzie wykładano zasady Prawa Mojżeszowego. W międzyczasie Nabuchodonozor wyprawił się w 568 r. p.n.e. na Egipt i choć wyprawa zakończyła się niepowodzeniem, to jednak stosunki pomiędzy Babilończykami a Żydami rozwijały się coraz lepiej. Gdy zaś w 562 r. p.n.e. wielki król Nabuchodonozor II spoczął na marach, a w kraju ogłoszono kilkunastodniową żałobę (ciało zmarłego władcy - obmyte i natarte wonnymi olejkami oraz miodem - wystawiono na widok publiczny, aby każdy mógł ujrzeć swego króla, który doprowadził państwo na szczyt potęgi), przy ojcu stanął jego syn - Amel-Marduk, który jako następca przygotowywał się do roli władcy. Gdy ceremonie religijne zostały już dopełnione, ciało władcy (owinięte w całun) włożono do złotego sarkofagu i przeniesiono do sali grobowej w pałacu królewskim. Nowy król od razu zakomunikował Żydom że są traktowani na równi z Babilończykami i wypuścił na wolność (przebywającego w lochu przez 35 lat - starego króla Jerozolimy - Jojakina i ofiarował mu miejsce przy swoim stole. Amel-Marduk został obalony i zamordowany ok. 560 r. p.n.e. Nastał teraz czas przewrotów pałacowych i wreszcie w 556 r. p.n.e. władzę objął niejaki Nabonid. Cierpiał on na pewne dziwne schorzenie, które powodowało iż stronił od ludzi. Ponoć tracił przy tym zmysły i żywił się trawą (w Księdze Daniela jest opis tej choroby, dotyczący jednak Nabuchodonozora II, który miał uciec z Babilonu i żyć przez jakiś czas jak dzikie zwierzę - choć najprawdopodobniej zostali tutaj pomyleni obaj władcy, gdyż historia nic nie mówi o takim zachowaniu Nabuchodonozora, zaś Nabonid rzeczywiście opuścił Babilon i przeniósł się do oazy Tajma - na arabskiej pustyni, gdzie żył - w otoczeniu swego dworu - jak pustelnik). Po trzech latach (ok. 550 r. p.n.e.) powrócił do stolicy i kontynuował rządy.

Nabonid znany jest jako biblijny król Baltazar, któremu na ścianie pałacu Jahwe napisał słowa: "Mene, Tekel, Fares" ("Policzono, Zważono, Podzielono"). Była to zapowiedż najazdu na kraj rosnących w siłę pod młodym monarchą - Cyrusem zwanym Wielkim, który zjednoczył podzielone dotąd szczepy - Persów. Po uporaniu się z Medami (550 r. p.n.e.) i Lidyjczykami (546 r. p.n.e.) w 539 r. p.n.e. Cyrus skierował swój wzrok na Babilonię. Rozbił armię Nabonida w bitwie pod Opis i wkroczył do miasta. W 538 r. p.n.e. wydał Cyrus swój sławny edykt, w którym zwracał wolność Żydom i zezwalał im (w 536 r. p.n.e.) zamieszkać w Judei i odbudować Jerozolimę. Rozpoczęła się ponowna migracja i odbudowa Świątyni Jerozolimskiej (podzielona na dwa etapy i długi okres bezczynności), po czym przyjdzie czas na owych reformatorów Ezdrasza i Nehemiasza, którzy gwałtownie przemodelują judejskie postrzeganie rzeczywistości i odwołując się do Prawa Mojżeszowego, zaczną wprowadzać w życie swoje wybitnie rasistowskie zasady religijne - o czym (krótko, żeby nie zbaczać za bardzo z tematu głównego) w kolejnej części.      

 


            
CDN.