Łączna liczba wyświetleń

piątek, 13 września 2019

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. XVIII

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII

ISTNIAŁ MATRIARCHAT?


IV

KOBIECY SENAT i

RZYMSKI MATRIARCHAT

(218-235)

Cz. X

 

RZĄDY JULII MAMEI

(226-235)

Cz. VIII





NADCIĄGA PERSKA APOKALIPSA

Cz. VII





ORFIZM

OD KULTÓW PITAGOREJSKICH I APOLLIŃSKIEJ

"EKSTAZY"

KU MISTERIOM WTAJEMNICZENIA

Cz. IV



"DWIE OTWIERAJĄ SIĘ PRZED NAMI DROGI: DROGA WOLNOŚCI I DROGA NIEWOLI. DROGA WOLNOŚCI UCIĄŻLIWA JEST ZRAZU I STROMA, ALE IM DALEJ, TYM LŻEJSZA SIĘ STAJE I GŁADSZA. DROGA NIEWOLI, PRZECIWNIE, Z POCZĄTKU BYWA GŁADKA I PRZYJEMNA, ALE W DALSZYM CIĄGU STAJE SIĘ CIERNISTA I CIĘŻKA"


EZOP
(VI wiek p.n.e.)
(NA PYTANIE CO JEST LEPSZE - NIEWOLA I ZACHOWANIE ŻYCIA, 
CZY WOLNOŚĆ ZA KTÓRĄ TRZEBA WALCZYĆ A NAWET ODDAĆ ŻYCIE)





 Gdy Pitagoras przybył do Babilonu (ok. 537 r. p.n.e.), znajdował się on już w rękach Persów, którzy uczynili z Babilonii jedną ze swoich satrapii o nazwie - Babirus (lub Babiruś). Samo miasto Babilon było ogromne i nie mogły się z nim równać żadne inne ośrodki miejskie Egiptu (w którym dotąd pobierał nauki Pitagoras), Hellady czy Azji Mniejszej. Miasto posiadało przestronne bulwary, które przecinały się ze sobą w formie prostokątów. Babilon leżał nad rzeką Eufrat, przy czym większa jego cześć była ulokowana na prawym brzegu rzeki. Główne bulwary lewobrzeżnej części miasta nosiły imiona bogów: Marduka (najwyższego boga Babilonu, uważanego za stworzyciela Nieba i Ziemi) i Zababy (boga opiekuna miasta) i przecinały się pod kątem prostym z ulicami Sina (bóg Księżyca i nocy) oraz Enlila (bóg wiatru). Ulica Zababy dochodziła do mostu (jedynego, za to stałego kamiennego mostu w Babilonie), po czym zamieniała się po stronie prawobrzeżnej w ulicę boga Adada (bóg dobroczynnych deszczów a także burz i wichrów), która mijała po swej prawej stronie świątynię najwyższego bóstwa - Marduka, zaś po lewej sławną Esagilę, zikkurat Etemenanki ("Fundament Nieba i Ziemi" - którą utożsamiano z biblijną Wieżą Babel). Ulicę tę przecinała następnie arteria Szamasza (bóg Słońca, rozpraszający ciemności. Był również bogiem sprawiedliwości), a dalej biegły ulice innych bogów. Miasto otaczały trzy linie murów. Od strony wewnętrznej (przy czym był to także jedyny mur po lewostronnej części miasta) otacza Babilon potężny: Imgur Bel ("Bel był łaskawy"), zaś od strony zewnętrznej znajdował się mur o nazwie: Nimitti Bel ("wzniesiony dla Bela"). Pałace królewskie ulokowane zostały w północnej części miasta (główna rezydencja królewska, dochodząca do Imgur Bel i granicząca od północy z Cytadelą, od południa zaś przylegały doń wspaniałe "Wiszące Ogrody Semiramidy" - wzniesione na rozkaz Nabuchodonozora II dla jego medyjskiej małżonki - Amytis, aby przypominały jej rodzinne strony. Zaś letni pałac królewski znajdował się na północy miasta tuż przy umocnieniach Nimitti Bel). Bez wątpienia była to największa i najludniejsza metropolia ówczesnego świata (samych świątyń w Babilonie było aż pięćdziesiąt trzy). 

Imponujące wrażenie robiła sama Esagila, będąca najwyższym budynkiem w mieście (i wszystko na to wskazuje że najwyższym na całym ówczesnym Bliskim Wschodzie, a może nawet na całym świecie). Była poświęcona Mardukowi, a jej ogrom zadziwia po dziś dzień (archeolodzy odkopali zaledwie część tej majestatycznej budowli). Samo sanktuarium Marduka ("Ekur") znajdowało się na szczycie zikkuratu (do którego droga wiodła przez szereg zewnętrznych schodów i wewnętrznych kaplic). Był tam ogromny posąg boga, ponoć wykonany ze złota (w 479 r. p.n.e. po stłumieniu przez Persów lokalnego powstania Babilończyków - posąg Marduka za karę został przetopiony na sztaby złota i wywieziony z kraju, a sama świątynia mocno ucierpiała i długo nie została odbudowana aż po czasy Aleksandra Wielkiego). Znajdował się tam również stół ofiarny, czary z płonącym ogniem, oraz... łóżko kapłanki, która danego dnia została wyznaczona przez arcykapłana by towarzyszyć bogu podczas snu (była w tym pomieszczeniu zamykana na całą noc). Rano zasuwy ustępowały i do sanktuarium wkraczał arcykapłan (czasem w towarzystwie innych kapłanów), by uwolnić kapłankę i złożyć bogu ofiary. Kapłani Marduka (jak i cały babiloński kler) posiadali niezwykle silną pozycję w społeczeństwie (lecz nie aż tak dominującą jak to miało miejsce w Egipcie), choć oczywiście najwyższym kapłanem był król, który jako "Zarządca Esagili" sprawował nadzór nad całym klerem i tylko on mianował poszczególnych kapłanów (nawet najniższego rzędu). Najwyższą kastą kapłańską, była klasa szangu (odprawiających nabożeństwa i zarządzających świątyniami, a co za tym idzie - ogromnymi terenami ziemskimi należącymi bezpośrednio do świątyni). Niższą kastą kapłańską byli enu (utrzymujący kontakt między bóstwem a świątynią. W ich skład wchodzili: kapłani kipu - odpowiedzialni bezpośrednio przed królem za utrzymanie świątyni w dobrym stanie, kapłani szatammu - odpowiedzialni za pobór podatków od dzierżawców ziem świątynnych, oraz kapłani dubszar-biti - główni skrybowie świątyni). 

Kapłani niższego rzędu, zwani - baru, to wróżbici, których zadaniem było odgadywanie woli bogów. Musieli oni spełniać szereg niezwykle rygorystycznych zasad aby objąć tę (społecznie szanowaną i hojnie wynagradzaną) funkcję. Przede wszystkim musieli być... sprawni fizycznie. Dlaczego akurat był taki warunek? Ponoć pierwszy kapłan, który (według legendy) przepowiadał wolę bogów - Emmeduranki z miasta Sippar, był dobrze zbudowanym i sprawnym fizycznie mężczyzną. Przeto i jego następcy musieli wykazywać się sprawnością fizyczną, pięknem oblicza (dlatego też braki w uzębieniu, lub jakaś inna przypadłość ciała, choćby choroba oczu - całkowicie eliminowała takiego kandydata do roli kapłana-wróżbity). Musieli też wywodzić się z rodzin o nieposzlakowanej opinii. Kapłani baru usuwali całe owłosienie z ciała (podobnie jak to czynili kapłani egipscy) i przechodzili długie szkolenie, wraz z tajemnymi misteriami przejścia. Obok nich byli jeszcze inni kapłani, zwani - kalu, których zadaniem polegało na tym, by śpiewem i muzyką "uspokajać bogów". Dla różnych modlitw układane były inne pieśni (pieśni żałobne, pieśni błagalne lub pieśni dziękczynne). Zupełnie osobną grupę stanowły natomiast kapłanki, które w większości pełniły albo rolę prostytutek świątynnych, albo usługiwały kapłanom (wyższego i niższego rzędu). Prócz zadań pomocniczych i erotycznych, ich rola wśród babilońskiego kleru była praktycznie... żadna. Mieszkały w zakonach obok świątyni i wypełniały każdą wolę kapłanów. Grecki historyk i podróżnik - Herodot, pisał że wszystkie (a już szczególnie dobrze urodzone) niewiasty w Babilonii, muszą przynajmniej raz w życiu oddać się w świątyni obcemu mężczyźnie: "Każda niewiasta musi w tym kraju raz w życiu usiąść w świątyni Mylitty i oddać się jakiemuś cudzoziemcowi (...) Jeżeli niewiasta raz tam usiądzie, nie może wrócić do domu, aż jakiś cudzoziemiec rzuci jej na łono srebrną monetę i poza świątynią cieleśnie się z nią połączy. (...) Wysokie i przystojne wracają do domu dość szybko, brzydkie spędzają w świątyni wiele czasu, nim uda im się spełnić obowiązek określony prawem. (...) Niektóre siedzą w świątyni trzy, nawet cztery lata. Po oddaniu się i spełnieniu świętego obowiązku wobec bogini wraca do domu, i od tej chwili, choćbyś jej nie wiem ile dawał, nie posiądziesz Jej".




Były trzy grupy kobiecej sakralnej prostytucji - dwie kapłańskie i jedna świecka. Pierwszą stanowiły tzw.: "gadisztu" - kapłanki, których zadanie polegało na zdobywaniu dodatkowych środków dla świątyni (notabene, same zbijały na tym ogromne majątki, a ponieważ mogły dodatkowo zajmować się handlem, stawały się też wielkimi właścicielkami ziemskimi - oczywiście w imieniu boga lub bogini, choć po opuszczeniu zakonu mogły zatrzymać część "wypracowanych" dóbr, w tym również ziemi). Drugą grupę stanowiły kapłanki bogini Isztar (Innany), należące do zupełnie odrębnej grupy zakoniu "Służebnic Isztar" ("isztaritu"). Był to zamknięty krąg sakralnej prostytucji, a ich zadania i życie zostało całkowicie poświęcone odprawianiu modłów, śpiewaniu pieśni i prostytuowaniu się (np. gdy dany oberżysta chciał poświęcić swoją tawernę bogini Isztar - by ta chroniła jego interes, zapraszał do siebie Służebnicę Isztar, która powinna oddać się tam wszystkim jego klientom). W skład trzeciej grupy wchodziły zaś kobiety świeckie - zwane "harimtu" (z tego semickiego rdzenia językowego, powstało późniejsze tureckie określenie "harim" lub "haram" - czyli harem). Były to w większości kobiety doświadczone przez los - mężatki wyrzucone z domu przez mężów, niewolnice (w Babilonii jeśli mężczyzna udowodnił swej żonie zdradę małżeńską, mógł zamienić ją w niewolnicę i sprzedać np. do świątyni jako prostytutkę), i takie, które uciekły z domów. Prostytucja świątynna była uważana za szlachetną profesję i otaczana kultem (choć ojcowie często radzili swym synom, aby nie brali oni sobie żon spośród kapłanek, gdyż, jak twierdzili: "mężów jej nie zliczysz"), a kapłanki (i dostojne kobiety) cieszyły się pewnymi względami (jak choćby przywilej zakrycia włosów, którego nie posiadały niewolnice i prostytutki nieświątynne, a jeśli by się odważyły przykryć włosy jakimkolwiek materiałem, miały zostać surowo ukarane: "Dajcie jej pięćdziesiąt kijów, a jej głowę pomażcie smołą" - jak głosiło prawo). Tak właśnie wyglądała różnorodność i struktura kleru chaldejskiego w Babilonie, do którego to przybył Pitagoras.

Prócz Chaldejczyków jednak, po podboju kraju przez Cyrusa II perskiego w 539 r. p.n.e., znajdowali się tam również magowie perscy - kapłani Azura Mazdy (o którym to bogu pisałem wcześniej i do którego jeszcze powrócę), którzy stanowili pewną konkurencję dla dotychczasowego kleru chaldejskiego (choć król Cyrus żył w zgodzie z kapłanami Marduka, Enlila, Ninurty, Szamasza i Isztar - to również i oni stali się reprezentantami jego władzy nad krajem). Trzecią grupę kapłanów, stanowili kapłani żydowscy, wyznający wiarę w boga Jahwe. Co prawda Cyrus II zezwolił Żydom (538 r. p.n.e.) opuścić Babilonię i wrócić do Kanaan (by tam odbudować Jerozolimę i Świątynię), ale tak postąpiła tylko część wziętej do niewoli (w 586 r. p.n.e.) przez Nabuchodonozora II ludności Izraela. Duża część jednak (być może nawet większość z nich, gdyż należy pamiętać że Żydzi doskonale zasymilowali się z Babilończykami. Pozakładali tam rodziny, otworzyli własne warsztaty, nawiązali szereg intratnych kontaktów, które teraz, wraz z opuszczeniem Babilonu musiałyby ulec zerwaniu) pozostała w Babilonie, by tam żyć i mieszkać wspólnie z Chaldejczykami, Elamitami, Persami czy Medami. Mieli swoich kapłanów, swoje bożnice (zwane już wówczas synagogami) i swoje kulty, ale poza tym nie odróżniali się zbytnio do innych mieszkańców Babilonu. Władcą całego kraju po podboju był oczywiście król Cyrus II, który jako najwyższy kapłan sprawował też pośrednictwo między bogami, świątyniami i ludem. Świątynie chaldejskie posiadały ogromne latyfundia, nie tylko te w samym Babilonie, również te w innych miastach Mezopotamii jak choćby sławna świątynia Ennany w Uruk (której posiadłości znajdowały się zarówno w Uruk, jak również w mieście Marad, mieście Sippar i Kraju Nadmorskim). Cała gospodarka Babilonii zebrana była przede wszystkim w rękach kapłanów (co nie znaczy że nie istniała świecka przedsiębiorczość), to oni byli największymi udziałowcami i kredytobiorcami wszelkich przedsięwzięć. Rada kapłanów zbierała się cyklicznie w mieście Uruk i tam podejmowała decyzje gospodarcze i finansowe odnośnie całego kraju. Już jednak w czasach ostatniego chaldejskiego króla - Nabonida (utożsamianego z biblijnym Baltazarem -  panującego w latach 556-539 r. p.n.e.), została wprowadzona instytucja świeckiego "zarządcy kasy królewskiej", którego zadanie polegało na kontroli wykazów finansowych świątyń i odprowadzaniu z tego tytułu odpowiedniego podatku do skarbu królewskiego.




Cyrus nie przebywał jednak w Babilonie na stałe (była to tylko jedna z jego oficjalnych siedzib, takich jak Suza i Pasargady), stąd logicznym stało się mianowanie namiestnika królewskiego w podległej Persom prowincji Babirus. Pierwszym namiestnikiem został satrapa Gobryas, z którym to kapłani musieli uzgadniać wszelkie ewentualne inwestycje oraz wysokość nakładanych podatków oraz danin (istniała jednak swoista oddzielna władza królewska, niepodległa bezpośrednio namiestnikowi. Była to swoista instytucja "królewskich posłańców" do których zadań należała odrębna kontrola nad świątyniami i zajmowaniem się biegiem lokalnych spraw administracyjnych czy sądowych. W Babilonii po perskim podboju istniały bowiem trzy rodzaje sądów: sądy lokalne, świątynne od których można było apelować bezpośrednio do namiestnika, oraz sądy "posłańców królewskich". Swoją drogą instytucja "królewskich posłańców" była takim prawdziwym "bezpieczeństwem w bezpieczeństwie" - jak raczył się o sowieckich nadzorcach wyrazić AL-owski "partyzant" Mieczysław Moczar). Pojawienie się tych posłańców, powodowało wyraźną nerwowość wśród urzędników babilońskich, o czym można chociażby przeczytać w liście, jaki wysłał urzędnik o imieniu Belzerbini do Nabumukinzera (prawdopodobnie jakiegoś przedsiębiorcy, gdyż należy pamiętać że ostatnie lata panowania Nabonida były okresem totalnej anarchii politycznej i gospodarczej, która doprowadziła do wzrostu korupcji i nieformalnych związków pomiędzy urzędnikami a bankierami): "Co miesiąc przybywa posłaniec króla i wizytuje placówki. Nikogo nigdy nie ma na stanowisku. Urzędnicy ze świątyni przybyli, żeby się tym zająć. Ponieważ posłaniec jeszcze nie wystosował raportu do króla, każ zakuć w kajdany człowieka sprawującego nadzór nad bydłem, który porzucił pracę, i przyślij go tutaj". Nerwowość urzędników nie była bezpodstawna, dochodziło bowiem wówczas do wielu nadużyć, o czym świadczy chociażby sprawa prawdziwego "gangstera" tamtych czasów o imieniu Gimillu, który nie bał się nawet przywłaszczyć sobie zwierząt należących do świątyni bogini Ennany z Uruk. Bez zgody rządców i pisarzy zabrał owce z pastwisk świątynnych (mimo iż miały wypalony na skórze znak "Pani z Uruk"). Jego zaś brat - Nadina, porwał tuż przy bramie miejskiej kozła ofiarnego z Larsy należącego do bogini. Mało tego, Gimillu wymuszał też haracze "za ochronę" (od choćby pasterza świątynnego), nie uiszczał też żadnych opłat dla świątyni, ani nawet głównego "podarku noworocznego".

Urzędnicy, tacy jak Ardigula czy Szamaszuballit byli zastraszeni i niezdolni do podjęcia jakichkolwiek zdecydowanych działań, jednak w jeszcze większe przerażenie wprawiła ich wiadomość o przybyciu posłańca królewskiego, mającego skontrolować stan finansów. Pokazując wyliczenia majątku świątyni, musieli mu wyjawić, iż Gimillu przywłaszczył sobie część stad należących do bogini i nie odprowadza doń podatku. Wówczas dopiero podjęto drastyczne środki. Gimillu został aresztowany we wrześniu 538 r. p.n.e. i wytoczono mu proces przed posłańcem królewskim. Świadkowie, którzy od niego ucierpieli - zaczęli zeznawać przeciw niemu i ostatecznie został skazany na zwrot całego zagrabionego mienia i odprowadzenie zaległych podatków oraz wyrównanie wszystkich popełnionych krzywd. Gimillu odwołał się jednak od wyroku do sądu satrapy (przekazując namiestnikowi złoty pierścień). Gobryas przerażony jednak postępkami Gimillu i obawiający się gniewu króla w przypadku wydania innego wyroku (w grę wchodził bowiem majątek świątyni, czyli podatek należny samemu władcy), podtrzymał wyrok posłańca królewskiego. Zabronił również Gimillu opuszczać Babilonu aż do kwietnia 534 r. p.n.e. Wyrok szybko jednak uległ zmianie, gdy Gimillu słał do Gobryasa prośby, porównując go z samym Mardukiem i twierdząc że tak jak bóg, namiestnik jest wszechmocny i że w jego dłoniach leży dobro tego kraju. To podziałało, w grudniu 538 r. p.n.e. Gimillu został uwolniony. Ofiarowano mu także cześć świątynnych wołów, oraz przykazano kapłanom świątyni "Pani z Uruk" pogodzić się z Gimillu (na straży tego pojednania stanął Adadszumusur - główny zarządca Gobryasa) i przestać go dłużej nękać. W ten oto sposób niejaki Gimillu (którego można porównać do współczesnych gangsterów jak Al Capone), pozostał bezkarny, gdyż nikt już więcej nie ważył się świadczyć przeciw niemu.




Warto też nadmienić, że z chwilą klęski Babilonu z Persami w bitwie pod Opis (październik 539 r. p.n.e.) i zajęciu miasta (Babilon poddał się Persom, nie ma bowiem żadnych śladów walk z tego okresu, a mury pozostały nietknięte), uciekł stamtąd inny Grek, rodak Pitagorasa, niejaki - Ezop. Ezop był niewolnikiem o nieznanym pochodzeniu (prawdopodobnie urodził się w którymś z greckich polis w Jonii, a na Samos zamieszkał znacznie później). Żył we Frygii (Azja Mniejsza) w domu swego pana. Ponieważ jednak nie odznaczał się ani urodą, ani sprawnością fizyczną (był garbaty, miał szpetną twarz, łysą głowę i skośne oczy), przez co jego właściciel przeznaczył go do pracy na roli, z dala od domu. Tam zarządca niewolników dopuszczał się różnych przewinień, każąc niewolników za najmniejszy błąd czy uchybienie. Pewnego jednak razu, gdy zarządca ukarał chłosta jednego z niewolników, Ezop odezwał się doń słowami: "Za co go bijesz? Poskarżę się na ciebie u naszego pana". Nim jednak do tego doszło, to zarządca pierwszy oczernił Ezopa, mówiąc iż jest leniwy i nie pracuje wydajnie, radził też aby jak najszybciej się go pozbyć. Tymi słowy przekonał właściciela, który sprzedał Ezopa w ręce handlarza niewolników za zaledwie trzy obole (równowartość mniej więcej 10 złotych lub ok. 3 dolarów). W Milecie wystawił go (wraz z innymi niewolnikami), na sprzedaż. Podszedł wówczas doń pewien majętny mieszkaniec Samos, który najpierw zwrócił się do stojącego obok Ezopa, młodego mężczyzny: "Co umiesz robić?", na to tamten odpowiedział: "Wszystko!" Popatrzył kupiec również na garbatego Ezopa i do niego też zwrócił się z tym samym pytaniem. Ezop odparł - "Nic!". "Jak to nic?" - zdumiał się kupiec, Ezop rzekł: "Wszak tamten zgarnął wszystko, i mnie nic nie pozostawił". Ta odpowiedź bardzo spodobała się kupcowi, który nabył Ezopa za 60 obolów do swego domu na wyspie Samos. 

Kupiec ten nosił imię Ksantos i miał żonę sekutnicę, która wciąż straszyła męża że od niego odejdzie, a ten będzie musiał zwrócić jej posag. Równie chłodno powitała ona Ezopa, gdy przybył on z Ksantosem do jego domu. Ezop postanowił ją za to ukarać i czekał sposobnej temu chwili. Taka się wreszcie nadarzyła, gdy Ksantos nakazał Ezopowi odnieść do domu pakunek z pachnącym podarkiem dla swojej małżonki. Nie były to jednak pachnidła a placek, przyprawiony smakołykami, z poleceniem: "Odnieś to mojej najwierniejszej". Teraz Ezop uznał że chwila zemsty nadeszła i gdy tylko wszedł do domu, położył placek na ziemi, tuż przy leżącym nieopodal psie - a raczej suce - i ta szybko zajęła się konsumpcją smakowitości. Gdy ujrzała to żona Ksantosa, zapytała cóż robi, a Ezop na to: "Pani! Mój pan przysyła gościniec, ale nie tobie, tylko swej najwierniejszej" po czym wskazał na kończącą posiłek sukę. Małżonka Ksantosa wpadła w złość i zrobiła mu sporą awanturę. Ten zwrócił się do Ezopa: "Coś ty uczynił? Kazałem ci oddać placek mej żonie", na co Ezop odparł: "Panie, uczyniłem jak kazałeś. Rzekłeś: "odnieś to mojej najwierniejszej". A czyż twa żona jest twoją najwierniejszą, skoro z powodu każdej błahostki grozi, że cię opuści? Pies natomiast, choćbyś go bił, nie odejdzie od ciebie. Ten twój pies jest najwierniejszą tobie istotą". Sprawa jednak zaszła za daleko, wzburzona małżonka opuściła Ksantosa i wróciła do swych rodziców, każąc mu jednocześnie odesłać jej ślubny posag. Ksantos był załamany a widząc to Ezop powiedział: "Panie, sprowadzę ją z powrotem". Nazajutrz udał się na rynek, nakupił ryb, warzyw, dziczyzny i obładowany tym wszystkim przechodził specjalnie koło domu rodziców żony Ksantosa. Ci ujrzawszy zakupy zdumieli i spytali dlaczego Ezop jest aż tak obładowany. Ten rzekł: "Pan mój urządza dziś wesele". Tego było już za wiele, żona Ksantosa szybko przybyła do domu, z pytaniem: "Z kim urządzasz wesele?", na co Ksantos odparł z uśmiechem na twarzy: "Z tobą". To odmieniło jej serce i pogodziła się z mężem.




Pewnego zaś razu miało miejsce dziwne wydarzenie. Oto bowiem orzeł porwał znienacka pieczęć państwową Samos i ulatując w powietrze, upuścił ją na nogi siedzącego nieopodal niewolnika. Przerażenie wielkie ogarnęło mieszkańców, gdyż był to ewidentny znak, nie było tylko wiadomo co mógł oznaczać. Poradzono się więc Ksantosa, który uchodził za lokalnego mędrca. Ten jednak nie potrafił wyjaśnić zagadki i polecił to uczynić w jego imieniu właśnie Ezopowi. Ezop oczywiście się zgodził, ale... postawił warunek, "chcę wolności" - powiedział. Ksantos nie chciał się początkowo zgodzić, ale pod wpływem okrzyków współobywateli: "wyzwól go!", oraz groźby prytana Samos, który zapowiedział że w razie odmowy, sam wyzwoli Ezopa, dzięki przysługującemu mu prawu - Ksantos wreszcie uległ i obdarzył Ezopa wolnością. Zwrócił się tedy Ezop do mieszkańców Samos: "Samijczycy! Orzeł jest to symbol króla, gdyż tylko królowie noszą symbole orłów w swym berle. Oto co nam grozi - król wschodni zawładnie naszą wolnością obywatelską i podda nas w niewolę". Przepowiednia nie była optymistyczna i rzeczywiście, jakiś czas potem na Samos zjawili się przedstawiciele lidyjskiego króla - Krezusa, który zażądał by: "Za przykładem mieszkańców Miletu (...) musicie i wy płacić mi corocznie daninę. W przeciwnym razie gotujcie się do wojny". Zapytali się więc ponownie Samijczycy co wybrać - niewolę czy wojnę? Ezop wypowiedzieć miał wówczas słowa, które przytoczyłem na początku, iż niewola słodsza jest z początku, ale z czasem staje się coraz cięższa i cięższa. Natomiast wolność choć pierwotnie trudna, gdyż opłacana krwią i poświęceniem, z czasem staje się błogosławieństwem. Samijczycy odkrzyknęli: "Jesteśmy za wolnością!". Gdy król Krezus dowiedział się że to przez niejakiego Ezopa utracił podległość Samos, wysłał na wyspę swych posłów, którzy zaoferowali mieszkańcom zniesienie daniny, w zamian za wydanie w ich ręce owego Ezopa. Rzeczywiście, ciekawa propozycja nad którą zaczęto wówczas rozważać, lecz wtedy wyszedł Ezop i tak rzekł do Samijczyków (których już wówczas uważał za swych współobywateli):

"Niegdyś wilki toczyły walki z owcami. Owce wiele cierpiały z powodu tej wojny, ale wciąż stawiały opór, gdyż miały wsparcie wśród psów pasterskich, które śledziły wilki i nie pozwalały im dopaść owiec. Wtedy wilki zaoferowały owcom pokój, pod warunkiem że owce wydarzą im psy. Owce w głupocie swej zgodziły się i wydały wilkom owczarki. Wilki natychmiast je rozszarpały, potem przy pierwszej sposobności wydały owcom nową wojnę. W wojnie tej owce już nie miały obrońców, więc wilki z łatwością je pokonały i również rozszarpały". Ta przypowieść otworzyła oczy mieszkańcom Samos i zadeklarowali posłom że nie wydadzą w ich ręce Ezopa. Ten jednak, nie chcąc narażać wyspy na królewski gniew, zapowiedział że dobrowolnie pojedzie z posłami do króla. Gdy przybył do Sardes i stanął przed obliczem Krezusa, ten począł mu ubliżać i polecił ostatecznie wydać go w ręce kata, jako winnego utraty danin z Samos. Ezop poprosił króla tylko o jedną rzecz, aby dane mu było opowiedzieć bajkę. Król się zgodził i Ezop rzekł: "Rolnik zbierał szarańczę, która oblepiła jego rolę i chciał ją rzucić w ogień. Wtem wśród szarańczy ozwał się głos konika polnego: "Ulituj się, człowieku! Ja kłosom nie sprawiam szkody, ja żyję rosą niebieską i rozweselam swą pieśnią przechodniów podczas letniego upału". Urzeczony tym głosem rolnik darował życie konikowi polnemu, wypuszczając go na wolność. Krezus też był oczarowany śmiałością i błyskotliwością Ezopa, darował mu więc karę a nawet zapowiedział iż może go prosić o co tylko zechce (licząc zapewne że ten zapragnie złota, którego król miał pod dostatkiem). Ezop upadł wówczas do stóp monarchy i począł go błagać: "Zawrzyj pokój z Samos!" Zdziwiony tym Krezus musiał dotrzymać słowa i przystał na prośbę Ezopa, który, gdy przybył na Samos, rzekł do współobywateli: "Za wolność, którą wyście mnie obdarzyli i ja przynoszę Wam wolność". Wdzięczni mieszkańcy obwołali Ezopa pierwszym obywatelem i w podzięce ufundowali mu nawet dom na wyspie. 

Ezop jednak podziękował im za tę wspaniałomyślność (zdając sobie sprawę że ludzka wdzięczność trwa krótko i często zamienia się potem w gorycz, tak jak kielich pełen wybornego trunku, który się pije dopóty, dopóki na dnie nie osiądzie mąt). Opuścił więc wyspę, zachowując dla siebie dobrą pamięć i udał się najpierw do Egiptu, potem właśnie do Babilonii (skąd musiał uciekać po zwycięstwie Cyrusa II). Następnie ponownie zjawił się na dworze królewskim w Sardes, ostrzegając króla Krezusa przed potęgą Persów. Dalsza jego historia jest tragiczna, bowiem został niesłusznie oskarżony przez kapłanów boga Apollona w Amfiktionii Delfickiej, o kradzież wotywnego pucharu i skazany przez to na karę śmierci. Ale była to już zupenie inna historia. W każdym razie pamięć o Ezopie przetrwała w jego licznych opowiadaniach i bajkach, w których głównymi bohaterami uczynił on zwierzęta (dla Greków jego bajki były podstawą nauki czytania, i mawiano nawet - by podkreślić czyjąć głupotę: "Ten to nie czytał nawet bajek Ezopa"). Potem wielu bajkopisarzy wzorowało się właśnie na Ezopie, jak choćby Rzymianin - Fedrus, Francuz - La Fontaine czy nasz rodzimy - Krasicki. A tymczasem Pitagoras nawiązał w Babilonie znajomości z perskimi magami, którzy pokazali mu przedziwne lampy (widział je uprzednio również w Egipcie) zwane tutaj "lwem niebieskim", które... dawały światło elektryczne rozświetlając mrok nocy (już kiedyś pisałem że starożytni Egipcjanie czy Babilończycy znali prąd elektryczny i potrafili go wykorzystać do własnych celów). O tym jednak opowiem w kolejnej części.


   




  
   

CDN.

środa, 11 września 2019

POLSKA I NIEMCY - KU NOWEJ EUROPIE

CZY MOŻLIWA JEST 

WSPÓLNA PRZYSZŁOŚĆ?



"PRZESZŁO TYSIĄC LAT TEMU PIERWSZY GOŚĆ, KTÓRY PRZYBYŁ Z NIEMIEC DO POLSKI, CESARZ OTTON III, PRZYSZEDŁ DO TEGO KRAJU BOSO JAKO ZWYKŁY PIELGRZYM, PRZYSZEDŁ BOSO NA ZNAK POKOJU I POKORY. TAK SAMO JA STOJĘ DZISIAJ PRZED POLSKIM NARODEM BOSY, JAKO CZŁOWIEK, JAKO NIEMIEC, OBARCZONY WIELKIM, HISTORYCZNYM BRZEMIENIEM. NIC NIE MOŻE COFNĄĆ PRZESZŁOŚCI. SŁOWA NIE MOGĄ UŚMIERZYĆ BÓLU. CZYNY NIE MOGĄ PRZYWRÓCIĆ UTRACONEGO. STOJĘ PRZED PAŃSTWEM BOSY, ALE NATCHNIONY DUCHEM POJEDNANIA, KTÓRYM POLSKA NAS OBDARZYŁA. 

Z TEGO MIEJSCA 40 LAT TEMU PAPIEŻ POLAK W DNIU ŚWIĘTA ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO ZAWOŁAŁ DO ZGROMADZONYCH TŁUMÓW: "NIECH ZSTĄPI DUCH TWÓJ I ODNOWI OBLICZE ZIEMI! TEJ ZIEMI!" TĘ ZIEMIĘ, TEN KONTYNENT POLSKA ODNOWIŁA. TO DUCH POLSKI - TO WASZ DUCH WYZWOLENIA ZERWAŁ ŻELAZNĄ KURTYNĘ. TO WASZ DUCH POJEDNANIA OBDARZYŁ NAS NIEMCÓW NOWYM POCZĄTKIEM. TO WASZ DUCH ODNOWY POZWOLIŁ NAM WSPÓLNIE PRZEBYĆ DROGĘ KU NOWEJ, POKOJOWEJ EUROPIE. NIECH TEN DUCH TAKŻE DZISIAJ TCHNIE Z TEGO MIEJSCA W ŚWIAT!"

PREZYDENT NIEMIEC - FRANK-WALTER STEINMEIER 
(SŁOWA WYGŁOSZONE PODCZAS 80 ROCZNICY 
WYBUCHU II WOJNY ŚWIATOWEJ W WARSZAWIE)
















 "Polska i Niemcy - ku nowej Europie" - takie nieco buńczuczne, choć optymistyczne hasło przyjąłem za tytuł tego tematu. Bo rzeczywiście sam temat ewentualnej (bliższej) współpracy polsko-niemieckiej jest ciekawy i warty rozważenia oraz bliższego się mu przyjrzenia - wraz z podsumowaniem czy rzeczywiście taka relacja jest możliwa. Sławny wódz plemienia OTUA (którego ego od dawna wykracza poza wszelkie rozmiary naszej galaktyki) - "Bolesław" Wałęsa, kilka lat temu raczył stwierdzić (najprawdopodobniej powiedział głośno to, co wcześniej usłyszał w rozmowach nieoficjalnych) że Polska powinna się połączyć z Niemcami. Oczywiście wszelkie "elaboraty" pana "Bolesława" powalam sobie pomijać milczeniem, gdyż nie lubię znęcać się nad ludźmi intelektualnie niedojrzałymi - jednak muszę się przyznać że wówczas takie stwierdzenie mnie po prostu oburzyło. Co to bowiem znaczy: "połączyć z Niemcami?", wcielić? podzielić na (euro)regiony? O co w tym może chodzić? Po latach jednak, przy bardziej dogłębnym przemyśleniu tego aspektu doszedłem do dość ciekawego wniosku, który można by streścić w słowach: "Dlaczego nie?" Pomysł jest ciekawy i pozwolę sobie wyjaśnić sposób mojego myślenia, aby jednocześnie zostać dobrze zrozumianym. Otóż Niemcy i Polska są sąsiadami od co najmniej tysiąca lat (zapewne nie muszę tłumaczyć już tak oczywistego faktu, iż w średniowieczu nie było nie tylko żadnego państwa niemieckiego, ale nawet nie istniał naród niemiecki. Jedyną wspólnotą był język, który krystalizował się dość długo, wchłaniając sąsiednie dialekty - w tym języki słowiańskie - i tylko on był jedyny wyznacznikiem niemieckości aż do... XIX wieku). Można się tutaj oczywiście doczepić do pewnych detali, ale ważne jest to że słowiańscy Lechici graniczyli z Frankami Wschodnimi, których dialekt różnił się znacznie od języka słowiańskiego (w początkach średniowiecza dominującego na terenach od Renu - potem od Łaby - aż po Kaukaz). Oczywiście "Niemi" (jak ówczesnych Franków Wschodnich powszechnie nazywano w średniowieczu na terenach słowiańszczyzny, a szczególnie w Polsce) stanowili duże zagrożenie cywilizacyjne i kulturowe, przynosili bowiem nową wiarę i nowe idee.




Od średniowiecza trwały więc walki z ciągłymi najazdami Teutonów i ich "parciem na Wschód", jednak walki te nie wykraczały poza ogólnie przyjęty w średniowieczu sposób wojowania (który opierał się raczej na zależności lennej, niż na brutalnym podboju nieprzyjacielskich ziem). Frankowie walczyli i przejmowali ziemie "pogan", czyli słowiańskich Sasów, Wieletów i innych ludów, które to ludy nie przyjęły nauki Chrystusa (podobnie potem czynili Krzyżacy, dla których tereny pogańskich Prusów, Bałtów i Litwinów były polem wdrażania w życie polityki fizycznej eksterminacji, którą potem na Wschodzie kontynuował Hitler). Jednak formujące się (po rozpadzie Wielkiej Lechii) państwo polskie, przyjęło chrzest (w owym 966 r.) z Czech, a nie z Cesarstwa, więc Teutonowie utracili swoją ideologiczną podbudowę pod dalszą ekspansję terytorialną (notabene - o czym już też wcześniej pisałem - wraz z powstaniem Polski zakończył się niezwykle intratny handel słowiańskimi niewolnikami - porywanymi na Zachód Europy i potem sprzedawanymi do krajów islamskich). Były próby podważania prawdziwości naszego chrztu, twierdzenia że nie jesteśmy chrześcijanami, że tylko udajemy etc. etc. Wszystko miało uzasadniać dalszą ekspansję terytorialną na nasze ziemie, która została ograniczona do rzek Odry i Nysy. Dalej ekspansja Franków Wschodnich już nie dotarła, została skutecznie zatrzymana choćby w bitwie pod Cedynią w 972 r. Polska pod rządami Mieszka I Piastowica i jego syna Bolesława I Chrobrego stała się nie tylko silnym europejskim państwem, lecz kolejną potęgą, która swą siłą dorównywała potędze Cesarstwa i zaczęła odzyskiwać utracone niegdyś przez Lechitów ziemie na Zachodzie (trzy wojny toczone przez Bolesława z cesarzem Henrykiem II od 1002 r., ostatecznie zakończyły się w 1018 r. zdobyciem przez Polskę dzisiejszych wschodnich terenów Niemiec - Milska i Łużyc - opanowaniem Słowacji i Moraw oraz zdominowaniem Czech). W tymże samym 1018 r. Bolesław Chrobry wyprawił się na Wschód, zdobył Kijów i przyłączył do Polski Grody Czerwieńskie. Oto przykład, że po zjednoczeniu i przyjęciu chrztu, bardzo szybko Polska stała się jednym z największych europejskich mocarstw średniowiecza, dominującym zarówno na Zachodzie jak i na Wschodzie.

Jednak same walki między Polakami a Frankami Wschodnimi (jeszcze raz powtarzam - w średniowieczu nie istnieli Niemcy, więc używanie tej nazwy byłoby naginaniem rzeczywistości), choć niezwykle zapalczywe i krwawe, nie były w średniowiecznej Europie niczym szczególnym. Przecież równie wielkie wojny toczyli ze sobą Francuzi i Anglicy, włoskie państewka czy monarchie kastylijska i aragońska na Półwyspie Iberyjskim. Mało tego, bardzo intensywne walki toczyliśmy również z Węgrami, których przecież dziś uważamy za naszych bratanków (i jest w tym dużo prawdy). Nawet jeszcze w czasach króla Batorego (druga połowa XVI wieku) dochodziło do wzajemnych walk Polaków i Węgrów, a najazd księcia Siedmiogrodu - Jerzego II Rakoczego w 1657 r., był równie dewastujący jak potop Szwedzki czy walki z Moskwą. Ale kto dziś o tym pamięta? chyba jedynie historycy. W świadomości narodu, w pamięci pokoleń ukształtowała się wzajemna polsko-węgierska jedność historyczna, która wręcz zakrawała o jedność kulturową i genetyczną (co akurat nie jest prawdą, więcej bowiem łączy Polaków z Niemcami czy nawet Francuzami niż z Węgrami). Określenia: "Polak-Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki" są dziś niezwykle popularne, a przekazy o dwóch dębach splątanych wzajemnie korzeniami podkreślały wzajemną narodową bliskość. Węgrzy odmówili też Hitlerowi nie tylko inwazji na Polskę w 1939 r. ale nawet użyczenia Niemcom ich infrastruktury wojskowej do przeprowadzenia tego ataku z południa. Premier Węgier - Pal Teleki miał się zwrócić do ambasadora Niemiec w Budapeszcie iż: "prędzej wysadzi własne linie kolejowe, niż weźmie udział w inwazji na Polskę". Gdy część polskich oficerów i żołnierzy po inwazji sowieckiej z 17 września 1939 r. znalazła się na terytorium Węgier (przedzierając się do Francji), Węgrzy co prawda (na życzenie Berlina) musieli ich internować, ale przypominało to bardziej komedię niż rzeczywiste uwięzienie. Obozów gdzie internowano Polaków pilnowano połowicznie. Przymykano oczy na codzienne ucieczki, a wręcz pomagano polskim oficerom przedostać się na Zachód (jak uczynili na przykład pewni węgierscy żołnierze, którzy spotkawszy na ulicy polskiego oficera w mundurze, wskazali mu drogę na peron kolejowy i poszli sobie). Węgrzy pomagali ludności polskiej także podczas Rzezi Wołyńskiej z rąk ukraińskich bandytów spod znaku Bandery (chroniąc ludność polską i brutalnie pacyfikując wioski ukraińskie, jeśli tylko zaszło podejrzenie że tamtejsi mieszkańcy brali udział w mordowaniu Polaków - zdarzało się i tak, że to sami Polacy musieli ich prosić by nie przelewali więcej krwi, by wzajemna nienawiść całkowicie nie zatruła do ludzkich serc i umysłów), czy podczas Powstania Warszawskiego. Po wojnie Polacy odwdzięczyli się Bratankom w 1956 r. gdy Sowieci brutalnie zgnietli Powstanie Węgierskie, w całej Polsce organizowano pomoc dla Węgrów. Ludzie masowo oddawali krew, oraz przekazywali żywność, ubrania, nawet zabawki dla dzieci węgierskich - co kto miał (a przecież Polska jako ofiara II Wojny Światowej, była krajem doszczętnie zniszczonym).


 PRZYZNAM SIĘ SZCZERZE ŻE SCEN TYCH MORDÓW, POPEŁNIANYCH NA POLSKIEJ LUDNOŚCI CYWILNEJ I ŻOŁNIERZACH WOJSKA POLSKIEGO PRZEZ BANDYTÓW UKRAIŃSKICH SPOD ZNAKU STEPANA BANDERY NIE JESTEM W STANIE OGLĄDAĆ, DLATEGO UMIESZCZAM TYLKO ZWIASTUN FILMU "WOŁYŃ"



Z Niemcami była trochę inna historia. Po raz pierwszy z planem "Nowej Europy" wystąpił właśnie cesarz frankoński Otton III. Zjechał on w 1000 roku do Gniezna, przybywszy tam jako pielgrzym i jako dyplomata, który planował (przy wsparciu Stolicy Apostolskiej) odnowić Europę pod sztandarem Jezusa Chrystusa, opartej na kooperacji i wzajemnym podziale zadań i celów, a nie na wojnie oraz brutalnym narzucaniu swojej woli. Otton III przybył do Polski, o której mawiał iż w Niej: "Nie postała nigdy stopa żadnego Rzymianina" (sam cesarz miał się za Rzymianina, nawet nie za Franka - szczególnie że bardziej wolał spędzać czas w Rzymie, niż w nudnej Moguncji czy Akwizgranie), z wielkim przepychem, lecz ujrzawszy przepych Bolesława Chrobrego nie mógł się mu nadziwić - jak pisze Gall Anonim: "Złoto bowiem było w owych czasach w tak powszedniej u wszystkich cenie, jak dzisiaj srebro, a srebro miano za nic niewartą plewę". U granic (w ziemi Dziadoszan) powitał go Bolesław ze swym orszakiem o którym Dietmar (kronikarz cesarski - notabene niechętny Bolesławowi i mający za złe Ottonowi że odbył ową pielgrzymkę do Polski), napisał w krótkich słowach: "To jest niesamowite! To jest niezgłębione!" Bolesław uszykował na równinie liczne zastępy rycerstwa, które mnożyły się, gdy tylko cesarz przybywał do kolejnych miast. Największe jednak wrażenie zrobiła różnobarwność i niezwykłe bogactwo szat, które prawie zawsze miały bławaty i złotogłowie. Drogę z Poznania do Gniezna (którą cesarz przebył boso, idąc do grobu swego przyjaciela i nauczyciela - św. Wojciecha, zamordowanego przez Prusów w 997 r., gdy próbował ich nawrócić na wiarę Chrystusową. Ciało św. Wojciecha Bolesław wykupił od Prusów i pochował w katedrze gnieźnieńskiej - stał się on tym samym pierwszym polskim męczennikiem za wiarę), wyłożono dla cesarza czerwonym suknem. Podczas przyjęcia w Gnieźnie stoły uginały się od jadła i napitku, a cesarz mógł zabrać wszystkie naczynia w których podawano potrawy wraz z ozdobami w podarunku. Tutaj rzuca się w oczy ogromna różnica pomiędzy ówczesnym Cesarstwem (Niemcami) a Polską. Otton III był zdumiony widząc bogactwo kraju, mnogość ludności, liczne, gęste i wielkie grody, wspaniały kościół gnieźnieński i wiele sztuk broni oraz rycerstwa (ponoć był nawet niewielki oddział uzbrojonych kobiet - swoistych lechickich amazonek). Cesarza biła w oczy różnica ówczesnych "Niemiec" i Polski, miał to wyrazić słowami: "Tam mury, u nas wszystko proste, wieśniacze". Bolesław Chrobry rozdawał też cesarzowi i i członkom jego dworu bogate upominki (jak dodaje Gall Anonim: "Nie zapomniał o nikim, o największym i najmniejszym (...) ani jeden ciura nie wyszedł bez upominku z Polski"). 

Otton III widząc to bogactwo i mnogość rycerstwa, zdjął z własnej głowy swoją koronę cesarską i łożył ją na głowę Bolesława, twierdząc iż władca takiej potęgi zasługuje nie tylko na tytuł królewski ale i cesarski - jest równy jemu samemu, świeckiej głowie całego zachodniego chrześcijaństwa. Tak oto Otton uznał Bolesława za równego sobie monarchę, nazwał go bratem i współwładcą cesarstwa. Przekazał mu władzę ustanawiania biskupstw i arcybiskupstw we wszystkich krajach pod jego panowaniem (i tymi które w przyszłości miał zdobyć). W Gnieźnie powstało arcybiskupstwo (niezależne od Magdeburga - a należy pamiętać że w średniowieczu taka deklaracja nie ograniczała się jedynie do kwestii religijnych. To  był jawny akt polityczny - kto bowiem rządził Kościołem w danym kraju - ten miał realną niezależność polityczną). W Krakowie, Kołobrzegu i Wrocławiu ustanowiono kolejne biskupstwa (w Poznaniu istniało już biskupstwo od 968 r.). Bolesław ofiarował Ottonowi dodatkowo 300 rycerzy na prowadzenie wyprawy do Italii, zaś Otton odwzajemnił się, ofiarowując Bolesławowi włócznię św. Maurycego i relikwię gwoździa z Krzyża Chrystusowego. Bolesław odprowadził w drodze powrotnej cesarza aż do Akwizgranu (gdzie Otton miał mu ofiarować jeszcze tron Karola Wielkiego, dając tym samym do zrozumienia że on i Bolesław to najpotężniejsi i równi sobie monarchowie w całej chrześcijańskiej Europie). Tak to wyglądało ponad tysiąc lat temu, choć wkrótce potem (1002 r.) cesarz Otton III zmarł w młodym wieku, a tron cesarski objął Henryk II, który odrzucił pojednawcze gesty i plany Ottona i wstąpił na ścieżkę wojenną. Trzy wojny polsko-cesarskie trwały do 1018 r. i zakończyły się ostatecznie zwycięstwem Bolesława Chrobrego. Przepadł wówczas ostatecznie bardzo ciekawy plan utworzenia "Nowej Europy", która firmowana była dodatkowo powagą papieża - Sylwestra II (papieża-naukowca, człowieka o bardzo otwartym umyśle, o którym mówiono iż czynił cuda. Wedle legendy miał nawet spętać i uwięzić w podziemiach Bazyliki watykańskiej szatana). Nowa Europa w planach cesarza Ottona wyglądała następująco: Cesarstwo (Niemcy) i Francja rządzą Europą Zachodnią, Włochy Europą Południową a Polska Europą Środkową i Wschodnią. Tak właśnie miał wyglądać podział władzy w ówczesnej Europie między Romę (Włochy), Germanię (Niemcy), Galię (Francja) i Sclawinię (Polska). Tak na marginesie można dodać, że ostatnio minister spraw zagranicznych Niemiec -Heiko Maas powiedział że po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej należy zmienić układ sił we wspólnocie, tak by wiodącymi krajami Unii było pięć państw: Niemcy i Francja na Zachodzie, Włochy i Hiszpania na Południu i Polska w Europie Środkowej i na Wschodzie.




Plan ten jednak wówczas upadł, co nie znaczy że jego idea ostatecznie przepadła. To przemówienie, jakie wygłosił na uroczystościach zakończenia II Wojny Światowej prezydent Niemiec - Frank-Walter Steinmeier, było właśnie powrotem do idei dialogu pomiędzy Polską i Niemcami. Dialogu, który przecież ma również w historii swoje niezwykle mocne podstawy. Bowiem Od XIII wieku, aż do rozbiorów Polski w wieku XVIII, granica polsko-niemiecka była... najspokojniejszą granicą w Europie. 500 lat pokoju, to mało aby uznać iż między Polakami i Niemcami wcale nie musi dochodzić do konfliktów? Już wielokrotnie wcześniej pisałem że były również okresy, gdzie albo Polska była potężniejsza i zamożniejsza od Niemiec, albo Niemcy potężniejsze i zamożniejsze od Polski. W czasach Bolesława Chrobrego w X i XI wieku to Polska była potęgą, ale już w wieku XII a szczególnie XIII to właśnie "Niemcy" stały się krajem znacznie zamożniejszym i potężniejszym. Wiek XIV to znów odwrócenie tej tendencji, wraz ze zjednoczeniem Polski przez Władysława I (IV - bowiem jako monarcha był on czwartym władcą o tym imieniu, ale jako król pierwszym) Łokietka i ponownym jej wzmocnieniu za syna jego - Kazimierza III Wielkiego, to właśnie Korona Polska stała się ponownie znacznie silniejszym i bogatszym królestwem od Rzeszy. Wiek XV, a szczególnie XVI tylko wzmocnił te tendencje. Rzeczpospolita wieku XVI i XVII była ekonomiczną i militarną potęgą w Europie. Od naszego zboża uzależniona była cała Europa (tak jak dziś w dużej mierze od rosyjskiego gazu). Byliśmy w Moskwie, robiliśmy rajdy aż do granicy z Persją, decydowaliśmy o tym kto zasiądzie na tronach w Moskwie, Szwecji czy księstwach naddunajskich, a wielosettysięczne tureckie armie były niszczone przez garstkę, zaledwie kilkutysięczną wojsk Rzeczpospolitej. Taka to była wówczas siła - pewien francuski podróżnik stwierdził nawet że gdyby Polacy zaprzestali wzajemnych niezgód i zjednoczyli się we wspólnym celu - żaden naród w Europie nie byłby w stanie ich zatrzymać, a cała Azja i Grecja (Bałkany) stały by się ich łatwym łupem. To prawda, tylko że Polacy nigdy nie mieli w sobie potrzeby napadania i niewolenia innych narodów. My zawsze podchodziliśmy pokojowo, powoli poprzez układy i unie wzajemne budowaliśmy potęgę naszego kraju. Nie mieczem a rozumem a nawet sercem przyjmowaliśmy tych wszystkich, którzy z nami chcieli budować przyszłość.




W całej naszej historii próżno odnaleźć choćby jakiegoś ewidentnie hańbiącego przykładu którego moglibyśmy dziś wstydzić. Nie było nic takiego! Gdy inne narody (a szczególnie nasi sąsiedzi Niemcy, Rosja) jak mówił Piłsudski po prostu "się skurwili", my pozostaliśmy nieubrudzeni wszelką niegodziwością. Doprawdy można by wymieniać w nieskończoność: nigdy nie prześladowaliśmy Żydów (podczas gdy prześladowała ich prawie cała Europa), nigdy nie paliliśmy kobiet na stosie, oskarżając je o czary (podczas gdy w Europie była to praktyka dość częsta w pewnych okresach historycznych). Nie mieliśmy kolonii zamorskich (choć były takie plany) i nie budowaliśmy swej potęgi ekonomicznej na trudzie i krwi czarnych niewolników (a tak czyniło wiele państw europejskich). I ostatecznie nigdy nie poddaliśmy się tyranii. Nigdy nie ugięliśmy karku przed totalitaryzmem nazistowskim ani komunistycznym, choć mieliśmy możliwość wyboru takiej drogi (pójść z nazistowskimi Niemcami lub ze Związkiem Sowieckim) po prostu "nie skurwiliśmy się", zachowaliśmy godność i człowieczeństwo -  i tak dziś jesteśmy jedynym narodem, który przetrwał nieopisane męczeństwo - śmierć, niewolę, ogromną biedę jaką przynieśli nam nasi zaborcy oraz okupanci - a mimo to nie pohańbiliśmy się. Co za to dostaliśmy? Zniszczenie naszych miast i wsi, okrutne cierpienia ludności i traumę kolejnych pokoleń, które pozbawione wolności musiały żyć w niewoli (czy to zaborców, czy nazistów czy też komunistów). Nasze położenie geopolityczne, jak wielokrotnie mawiali historycy, publicyści i politycy jest oczywiście naszym przekleństwem - to prawda, jest! Pamiętam jak kiedyś czytałem, iż taka np. Portugalia jest krajem szczęśliwym, położonym na uboczu, nikt jej nie napada nie morduje jej obywateli, nie niszczy dorobku całych pokoleń - jakże pięknie byłoby być taką właśnie Portugalią - prawda? Otóż... NIE! Jak już wcześniej wspomniałem, nasze położenie geopolityczne jest co prawda naszym dziejowym przekleństwem, ale tylko wówczas gdy jesteśmy słabsi od naszych sąsiadów. Gdy zaś zaczynamy dominować nad przynajmniej jednym z nich, natychmiast - NATYCHMIAST nasze położenie zmienia się nie do poznania i staje się prawdziwym błogosławieństwem. Właśnie tak - B-Ł-O-G-O-S-Ł-A-W-I-E-Ń-S-T-W-E-M!







My sobie zapewne nawet nie zdajemy sprawy w jak genialnym leżymy miejscu Europy. Jeśli miałbym to porównać do jakiegoś innego przykładu z historii, to rzekłbym że obecnie Polska jest taką - Italią przed wybuchem I wojny punickiej z Kartaginą. Celem ostatecznym będzie zaś Italia z czasów największej świetności Imperium Rzymskiego, bo właśnie do tego zobliguje nas nasze położenie. Oczywiście nie znaczy to, że tutaj mam na myśli jakiś podbój militarny na kształt podbojów rzymskich - nie, nie oto chodzi. Chodzi zaś o potęgę którą możemy się stać (i wszystko przemawia za tym że tak właśnie będzie), potęgę nie tylko ekonomiczną, ale polityczną i duchową Europy. Europa musi się bowiem nauczyć moralności od narodu, którego rany są tak wielkie że to jedynie cud iż wciąż jeszcze funkcjonuje, a mimo to ten kraj mówi - WYBACZAM! Wybaczam wam wszystkim! Polska - jak mawiał Marszałek Piłsudski - może być albo wielka, albo nie będzie jej wcale, wszelkie stany pośrednie, typu uzależnienie lub wchodzenie na drogę ku potędze (jak to dzieje się właśnie teraz) - są przejściowe i zawsze prowadzą do jednego z wyżej niewymienionych celów. Nie jesteśmy i nigdy nie będziemy Portugalią, jesteśmy Niemcami przyszłości, a nawet więcej Stanami Zjednoczonymi przyszłości i tak właśnie należy nas odbierać. Uczcie się już dziś języka polskiego, bo z całą pewnością będzie to jeden z głównych języków w świecie jutra. Co ciekawe, nam służy nawet klimat. O tym się głośno nie mówi, ale Polska będzie jednym z nielicznych krajów, które nie tylko nie stracą na zmianach klimatycznych (nie są one też niczym szczególnym w naszych dziejach, wielokrotnie już w historii dochodziło do podobnych zmian i teraz przyszła kolejna tego typu faza klimatyczna), a wręcz.... zyskają. Polska jest jedynym krajem w Europie który realnie zyskuje na zmianie klimatu, Niemcy natomiast są krajem który co prawda nie zyskuje ale też nie traci. Natomiast najwięcej stracą kraje śródziemnomorskie, Francja i częściowo również Wielka Brytania. I nie są to ani moje wymysły, ani pobożne życzenia, wystarczy przejrzeć projekt EPSON Climate sfinansowany przez Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego z 2013 r., by przekonać się że to o czym piszę jest prawdą. Oczywiście o tym się głośno nie mówi, tak jak i o tym że co prawda w wielu krajach (w tym głównie w USA) zmniejsza się populacja pszczół, natomiast akurat w Polsce populacja tych niezwykle pożytecznych owadów - rośnie i będzie rosła w przyszłości gdyż powodem tego są w dużej mierze zmiany klimatyczne.

Zmiany klimatyczne doprowadzą również w przyszłości do sytuacji, że staniemy się krajem samowystarczalnym żywnościowo (już teraz jesteśmy jednym z największych eksporterów żywności). Nawet sobie nie uświadamiany jakie zmiany następują na naszych oczach i jak bardzo Opatrzność wskazuje na Polskę, jako prawdziwą nową "Ziemię Obiecaną" - dosłownie mlekiem i miodem płynącą. Oczywiście nie znaczy to jednak iż zmiany klimatyczne nie niosą dla Polski też pewnych zagrożeń, owszem niosą (takie jak choćby fale upałów, powodzie, susze w sezonie wegetacyjnym, silne wiatry etc. etc.), tylko że trzeba jednocześnie sobie uzmysłowić że bilans strat jest zupełnie nierównomierny do bilansu zysków, jaki natura niesie nam w darze. Mówię otwarcie - przyszłość należy do Polski i nawet jeśli dziś można jeszcze zaklinać rzeczywistość, to droga po której kroczymy i nasze położenie geopolityczne - są jednoznacznie pozytywne. I tutaj powstaje pytanie - czy połączyć Polskę z Niemcami. Może to nie jest najlepszy przykład, ale Hitler stwierdził kiedyś: "Polacy są najbardziej inteligentnym narodem ze wszystkich, z którymi spotkali się Niemcy podczas tej wojny w Europie (...) Polacy (...) są jedynym narodem w Europie, który łączy w sobie wysoką inteligencję z niesłychanym sprytem. Jest to najzdolniejszy naród w Europie, ponieważ żyją cięgle w niesłychanie trudnych warunkach politycznych, wyrobili w sobie wielki rozsądek życiowy, nigdzie indziej nie spotykany." Uważam że pytanie to w przyszłości samo się rozwiąże, gdy Niemcy z pewnością będą chcieli się przyłączyć do nowej Polski w Nowej Europie (już teraz na Ukrainie słychać głosy że może lepiej przyłączyć się do Polski, bo wtedy natychmiast Ukraina znalazłaby się w Unii Europejskiej. Ja uważam że w obecnej sytuacji ani Ukraina ani Polska nie są na takie połączenie gotowe i wywołałyby one więcej komplikacji niż korzyści. Ale w przyszłości? nic nie stoi na przeszkodzie). Uważam wręcz że tak się po prostu stać musi i że będzie to jeden z filarów nowej Unii Jagiellońskiej.




Jednak obecnie pomiędzy Niemcami a Polską istnieje wiele kości niezgody, które będzie trzeba w przyszłości rozwiązać (a Niemcy ewidentnie bez Polski sobie nie poradzą, podobnie jak i my, przynajmniej na razie - nie poradzimy sobie bez Niemiec). Jednym z podstawowych jest kwestia zadośćuczynienia finansowego za II Wojnę Światową. Za wszystkie zbrodnie, mordy, krew, zniszczenia, za grabież dóbr kultury, za odbieranie polskim rodzinom, wywożenie i germanizację polskich dzieci, za cofnięcie nas o co najmniej pięćdziesiąt lat do tyłu i wreszcie za całkowite zniszczenie naszej stolicy - która (choć odbudowana) dziś utraciła już swoją duszę. Stała się miastem powstałym z popiołów i nie jest już tym samym, czym była kiedyś. To bez wątpienia sprawa do załatwienia i nie ma tu żadnych wymówek typu: "Polska dostała nasze ziemie wschodnie". Po pierwsze - jakie "nasze?" To były dawne tereny słowiańskie, germanizowane od końca XII wieku (na większą skalę w wieku XIII). A poza tym to co Niemcy utracili - czyli nasze "Ziemie Odzyskane", miały być zadośćuczynieniem ze utratę przez Polskę naszych Kresów Wschodnich z Wilnem i Lwowem na czele. Więc o czym my mówimy? Ja sam, mając korzenie niemieckie nie pragnę niczego bardziej, jak rzeczywistego zbliżenia polsko-niemieckiego, opartego jednak na prawdzie historycznej (która - co należy przyznać padła jednoznacznie z ust niemieckiego prezydenta podczas obchodów 80 rocznicy II Wojny Światowej w Warszawie) oraz na zadośćuczynieniu polskim ofiarom niemieckich zbrodni. To trzeba rozwiązać - nie można bowiem budować przyszłości bez stabilnych fundamentów, jakimi są prawda, pamięć i odpowiedzialność. Jak już wcześniej wspomniałem Polska może wybaczyć (ja w swoim imieniu wybaczam) ale zapomnieć NIGDY! Te zbrodnie, te nieprawdopodobne straty żyją w genotypie kolejnych pokoleń Polaków i choć na co dzień ich nie widać, to wystarczy usiąść i porozmawiać, by dowiedzieć się że nie było w Polsce rodziny, która nie straciłaby kogoś podczas wojny. Na razie oszacowano koszty reparacji na ponad 850 miliardów dolarów (w ramach łaski wybaczenia można by zmniejszyć tę sumę do 750 miliardów dolarów, wliczając - przynajmniej teoretycznie - Ziemie Odzyskane za część rekompensaty). Ale nie może być tak, że Niemcy mówią - nic się nie stało, albo "oddaliśmy nasze ziemie wschodnie. My też "oddaliśmy nasze ziemie wschodnie", tylko nie dlatego że przegraliśmy wojnę którą wywołaliśmy i doprowadziliśmy do śmierci  milionów ludzi, ale dlatego że zostaliśmy bandycko napadnięci najpierw przez Niemcy i Związek Sowiecki, a potem "wyzwoleni" przez Sowietów. A właśnie Niemcy są za to wszystko odpowiedzialne.






Piękne słowa prezydenta Stienmeiera, skierowane do 40 delegacji z całej Europy i Ameryki, spowodowało też pewną nerwowość powstałą w dwóch krajach. Oczywiście pierwszy z tych krajów to Rosja - której oficjalna propaganda brzmi iż to czerwonoarmiści przynieśli wolność i wyzwolenie Europie od nazistowskiej okupacji. W "Rossijskaja Gazieta" czytamy zatem: "Warszawa sprywatyzowała II wojnę światową (...) Choć Polska była nie pierwszą i nie ostatnią ofiarą reżimu nazistowskiego, a później kraj wyzwoliła Armia Czerwona, uroczystości żałobne przemieniły się w odpychające show PR-owskie, zorganizowane przez rządzącą partię Prawo i Sprawiedliwość (...) Kiedy polscy urzędnicy tchórzliwie nie zapraszają realnych wyzwolicieli swojego państwa (...) i objaśniają swój krok przestrzeganiem "współczesnych kryteriów", to mówi to nie tylko o krótkiej pamięci i o niewdzięczności historycznej władz polskich". Innymi słowy wylewają swoje łzy nad upadkiem mitu "niezwyciężonej Armii Czerwonej", która niosła na swych bagnetach wolność i pokój całej Europie. Po pierwsze - jak Rosjanie mieli przynieść nam wolność, skoro sami byli totalnie zniewoleni? To przecież nielogiczne. Po drugie Armia Czerwona napadała "wyzwalała" również i te kraje, które podczas II Wojny nie walczyły przeciwko Związkowi Sowieckiemu, jak choćby Bułgaria. Kraj ten w 1944 r. ogłosił neutralność, ale żołnierze bułgarscy nie walczyli przeciwko Rosji Sowieckiej. Mimo to ZSRS wypowiedział Bułgarii wojnę, napadł ją i "wyzwolił" 😔. I tak właśnie postępowali, byli niczym dżuma i cholera razem wzięta, niczym komiksowy Galaktus - pożeracz światów. Napadali i "wyzwalali" kolejne kraje, a potem wznosili tam swoje pomniki zwycięstwa i wmawiali ludziom że to dla dobra ich samych - że tak musi być że Armia Czerwona niezwyciężona przyniosła im wolność od faszyzmu. Nie! Nikogo nie wyzwoliliście. Zniewoliliście ponownie pół Europy i narzuciliście jej swój nieludzki, krwawy totalitaryzm. Taka jest prawda historyczna drodzy Rosjanie. Ostatnia sprawa to owa "niezwyciężoność" Armii Czerwonej. Doprawdy? Myślę że żołnierze polscy z 1920 r. mieli by na ten temat inne zdanie, szczególnie wtedy jak dali wam takiego kopa, że spieprzaliście tak szybko, że gdyby Lenin nie wyprosił pokoju, zatrzymalibyście się pewnie za Uraem. I co - gdzie ta wasza "niezwyciężoność" bracia Rosjanie?




Drugim krajem, który również przeżywa swoistą traumę po ostatnich obchodach II Wojny Światowej, jest... Izrael. W dzienniku "Haaretz" ukazał się artykuł, w którym autor Ofer Aderet pisze: "Prawicowy, nacjonalistyczny rząd Polski może świętować wielkie zwycięstwo. W długiej wojnie o "kulturę pamięci", którą za cel obrał sobie po dojściu do władzy w 2015 r., wczoraj (czyli 1 września 2019 r.) zdobył ostatni bastion. Po tym, jak Izrael uznał polską narrację - podkreślającą cierpienie narodu polskiego (umowa polsko-izraelska z czerwca 2018 r. prawnie zrównująca antypolonizm z antysemityzmem - czego do dziś wielu Żydów nie może przeboleć) i umniejszającą jego rolę w zadaniu cierpienia innemu narodowi - teraz także Niemcy i Stany Zjednoczone zostały przekonane o słuszności polskiego postulatu (...) Przedstawicieli narodu polskiego opisano jako bohaterów i bojowników o wolność, którzy ryzykowali życiem dla całego kontynentu europejskiego i płacili najwyższą cenę w wojnie przeciwko Niemcom: ich kraj przestał istnieć jako niezależny podmiot, ich miasta zostały zniszczone, a trzy miliony ich ludzi, chrześcijan, zapłaciły życiem (...) Ale Żydzi - grupa która w drugiej wojnie światowej zapłaciła najwyższą cenę - byli niemal całkowicie nieobecni w przemówieniach, zgromadzeniach, uroczystościach i marszach (...) Możliwe, że organizatorzy uroczystości i mówcy czuli, że kalendarz jest już pełen dni pamięci o żydowskim Holokauście i teraz nadszedł czas, aby zwrócić uwagę na cierpienia członków polskiego narodu - na którego okupowanej ziemi miał miejsce Holokaust (...) Być może stało się tak dlatego, że organizatorzy uroczystości i prelegenci nie chcieli otworzyć puszki Pandory, ponieważ wszelkie wzmianki o żydowskich cierpieniach podczas Holokaustu wymagałyby rozwiązania delikatnej i złożonej kwestii roli, jaką odgrywali obywatele polscy w zbrodniach nazistów". Czyli tradycyjna, stara śpiewka o mordowaniu Żydów przez Polaków, bez wskazania jakiegokolwiek choćby przykładu takiej zbrodni. 

Izrael i diaspora żydowska w USA i innych krajach nie może się po prostu pogodzić z faktem że cierpienie ludności wyznania mojżeszowego podczas II Wojny Światowej (którzy w ogromnej większości byli narodowości polskiej), nie było wcale takie wyjątkowe i nieprawdopodobne jak się to próbuje nam tłumaczyć. Wiele narodów cierpiało podczas tej wojny, a już szczególnie w Europie Środkowej i Wschodniej, gdzie doszło do prawdziwego Holokaustu Słowian na ogromną skalę (gdyby Niemcy wygrali II Wojnę Światową, narody Polski, Rosji, Ukrainy czy Białorusi zostałyby albo w większości eksterminowane, albo po prostu zamienione w niewolników, pasących świnie gdzieś za Uralem dla niemieckich "nadludzi". Taki był cel polityki niemieckiej - eksterminacja "podludzi" czyli właśnie Słowian, Żydów, Cyganów i innych. Nie udało się tylko dlatego, że III Rzesza istniała zaledwie 12 lat. Ale nie doszłoby nawet do tych zbrodni, jakie zostały popełnione podczas tej wojny, gdyby obalono Hitlera już w 1933 r. jak chciał Marszałek Piłsudski, ewentualnie w 1936 gdy Hitler remilitaryzował Nadrenię, lub w 1938 gdy zażądał on części ziem Czechosłowacji, lub wreszcie w 1939 r. gdy rzucił 90 % swych sił zbrojnych przeciwko Polsce, na granicy zachodniej utrzymując słabe wojsko (złożone głównie z weteranów) i nie posiadające broni pancernej. Jedno uderzenie francusko-brytyjskie przełamałoby te siły, ocaliło Polskę (Stalin by się wówczas nie ruszył z atakiem, on przecież właśnie dlatego dokonał inwazji 17 września, bo wiedział że Alianci nie przyjdą Polsce z pomocą, co zostało oficjalnie postanowione już 12 września). Francuzi i Anglicy wybrali jednak przeczekanie, poświęcili Polskę licząc że uda im się przygotować do wojny. Efekt - klęska Francji i prawie udany podbój Wielkiej Brytanii przez Hitlera (gdyby nie poświęcenie polskich pilotów w Bitwie o Anglię, wyspa ta padłaby łupem Niemców a król i królowa angielska wspólnie by hajlowali Hitlerowi, licząc że ten zostawi w spokoju monarchię).






Zresztą II Wojna Światowa okazała się przegrana dla wszystkich stron które teoretycznie wyszły z niej zwycięsko. Polska - która od pierwszego do ostatniego dnia wojny walczyła z hitlerowskimi Niemcami i ostatecznie znalazła się w gronie państw zwycięskich, realnie tę wojnę przegrała. Została bowiem "wyzwolona" przez Armię Czerwoną i na prawie pół wieku utraciła suwerenność i trafiła w sowiecką strefę wpływu, stając się swoistą kolonią Związku Sowieckiego. Francja i Wielka Brytania też teoretycznie tę wojnę przegrały - utraciły bowiem swoje ogromne kolonie, dzięki którym wspólnie panowali nad 1/3 terenów całej Ziemi. Dziś potomkowie tamtych Francuzów i Brytyjczyków konsumują już ostatnie frukty polityki kolonialnej (tylko dlatego gospodarki tych krajów jeszcze dość dobrze prosperują), za to mają u siebie niezliczone hordy potomków mieszkańców swoich dawnych kolonii. Jedynym zwycięzcą tej wojny były Stany Zjednoczone - które urosły wówczas do roli światowego supermocarstwa i Związek Sowiecki - tworząc świat dwubiegunowy. Związek Sowiecki rozpadł się w latach 1989-1991, a dzisiejsza Rosja nie jest już nawet jego cieniem. Natomiast siła i potęga USA również słabnie z roku na rok, z dekady na dekadę, rośnie zaś międzynarodowa pozycja Chin. Świat ulega ponownemu przebiedowaniu - jedne państwa znikają, inne rosną w siłę - jak śpiewał Lech Makowiecki. Takim państwem, który zniknie z powierzchni ziemi w przeciągu kilku kolejnych dekad będzie właśnie... Izrael (który już teraz jest bankrutem a funkcjonuje tylko dzięki datkom diaspory żydowskiej). Nic więc dziwnego że trwają zakusy międzynarodowej bandyterki syjonistycznej, szermującej hasłami Holokaustu, aby nie tyle ograbić Polskę (niesławna ustawa 447 o zwrocie mienia BEZDZIEDZICZNEGO), ale by na polskiej ziemi stworzyć... nowy Izrael, swoistą "Ziemię Obiecaną" - kraj Polin (zamieniając Polaków w to, w co chciał ich zmienić Hitler - niewolników, zaś najbardziej oporne grupy fizycznie eksterminując tak, jak to się dziś dzieje z Palestyńczykami). Po to tylko potrzebna jest wyjątkowość Holokaustu - jako nowej, świeckiej religii, umożliwiającej przetrwanie narodu żydowskiego. Tutaj walka nie toczy się o żadne pryncypia, ani nawet o żadne pieniądze - tutaj walka toczy się o fizyczne przetrwanie jednego bądź drugiego narodu.




Holokaustianizm jest więc niezwykle ważną i pożądaną w tym celu religią, ale Żydzi (mimo wszystko) nie biorą pod uwagę faktu że sytuacja się zmienia diametralnie i naród, który podczas II Wojny Światowej wycierpiał z rąk zarówno Niemców, Rosjan, Ukraińców czy nawet Żydów - już nie odda swej niepodległości i wolności. Nie schyłek bowiem przeżywamy (tak jak choćby Izrael) ale młodość. Mamy państwo które rośnie w siłę - czujemy w sobie radość tworzenia i błogosławieństwo Boże - dlatego nie pozwolimy żadnej międzynarodowej bandyterce ponownie nas ograbić. Co zaś się tyczy Niemiec a nawet Rosji, to jestem wręcz przekonany że za kilkadziesiąt lat (może wcześniej) same poproszą o wejście w skład odrodzonej Unii Jagiellońskiej, nowego Imperium Polonorum - imperium które odnowi Europę i zaprowadzi tutaj pokój na kolejne dekady a może nawet na kolejne stulecia. To tyle - nieco się dziś rozpisałem.  






poniedziałek, 9 września 2019

KANONY LUDZKIEGO PIĘKNA - Cz. II

JAK ZMIENIAŁY SIĘ PRZEZ LATA

I CO JE DETERMINOWAŁO




 I

STAROŻYTNY EGIPT

SYMBOLE URODY I SEKSAPILU:

KOBIETY - DŁUGIE, GĘSTE WŁOSY I PIĘKNE OCZY

MĘŻCZYŹNI - SZEROKIE RAMIONA

Cz. II




 "NIECH MI PRZYPROWADZĄ DWADZIEŚCIA NIEWIAST O PIĘKNYCH KSZTAŁTACH, O PIERSIACH WYNIOSŁYCH, O WŁOSACH SPLECIONYCH MISTERNIE, O ŁONACH NIE OTWARTYCH JESZCZE RODZENIEM, A TAKŻE NIECHAJ PRZYNIOSĄ PRZEJRZYSTE I LUŹNE SZATY I NIECHAJ DADZĄ JE TYM NIEWIASTOM, GDY ZDEJMĄ SUKNIE SWOJE"

"OPOWIADANIE O CUDOWNYCH ZDARZENIACH"
(PAPIRUS WESTCAR)
ŻYCZENIE FARAONA SNOFRU





 Starożytni Egipcjanie bardzo dbali o higienę własnego ciała. W rodzinach arystokratycznych myto się nawet po kilka razy dziennie i nie ograniczano się przy tym do mycia rąk czy twarzy ale całego ciała - szczególnie zaś dbano o oczy. Oczy były dla Egipcjan "lustrami duszy" i miały niezwykle ważne znaczenie duchowe oraz estetyczne (podobnie jak nos, uszy i usta), dlatego też ich stała ochrona należała do najważniejszych zadań każdego Egipcjanina który nie tylko chciał się podobać płci przeciwnej za życia, ale również dostąpić nieśmiertelności w Zaświatach. Uszkodzenie oczu, uszu, ust lub nosa, w zasadzie eliminowało taką osobę z kręgu nieśmiertelności, co też tłumaczy dlaczego faraonowie - chcąc się zemścić na swych poprzednikach, niszczyli ich wizerunki z kartuszy i malowideł świątynnych - każąc wykuć lub zamazać szczególnie całą twarz. Ochrona oczu stała się jednak koniecznością ze względu na warunki pogodowe w jakich przyszło żyć Egipcjanom. Palące słońce było zabójcze dla oczu, które niezabezpieczone (a przecież nie znano ani okularów przeciwsłonecznych ani nawet kapeluszy słomkowych - te pojawiły się znacznie później) często prowadziły do ślepoty nawet w młodym wieku. Dlatego też ochrona oczu była nie tylko elementem dekoracyjnym twarzy, mającym upiększyć daną sylwetkę, ale służyła przede wszystkim celom praktycznym - ochronie własnego zdrowia. Dziś, gdy widzimy egipskie malowidła, na których zarówno kobiety jak i mężczyźni mają silnie podmalowane oczy, może nam się wydawać że jest to element swoistej pedanterii graniczącej ze zniewieścieniem - nic podobnego. Egipcjanie malowali sobie powieki właśnie dlatego by chronić oczy przed zabójczym promieniowaniem UV i nie utracić własnego wzroku.

Malowano więc oczy specjalnym tuszem (lub jak kto woli mazidłem), w skład którego wchodziła brązowa ochra, galenit, malachit, antymon, ruda miedzi, tlenek magnezu, tlenek żelaza i bitum. Dzięki temu uzyskiwano znaczne zmniejszenie negatywnego wpływu promieniowania UV na oczy (choć oczywiście go całkowicie nie eliminowano), umożliwiając normalne funkcjonowanie. Jak już wspomniałem - oczy malowały sobie zarówno kobiety jak i mężczyźni, ale o ile kobiety nakładały również czerwoną ochrę na usta i używały różu do policzków, mężczyźni już tego nie czynili. Jednak dbanie o higienę osobistą było wręcz oczywistością w kraju o takim klimacie i co ciekawe mimo że Egipcjanie kąpali się nawet kilka razy dziennie (przed posiłkiem i po posiłku), nie uchroniło ich to od nieprzyjemnych konsekwencji związanych z pasożytami (w sarkofagach trumiennych nawet faraonowie mieli we włosach lub na ciele jajeczka najróżniejszych wszy lub innego robactwa), nie dziwi więc tak często higiena, która również bardziej wynikała z konieczności niż z estetyki. Kobiety (jak już wspomniałem w poprzedniej części) goliły i depilowały sobie całe ciało (pewnie aby ustrzec się wszelkich pasożytów), niektóre ścinały nawet zupełnie włosy do gołej skóry, jako że i tak najczęściej nosiły peruki. Mężczyźni nie depilowali swego ciała (z wyjątkiem kapłanów, którzy pozbywali się wszelkich włosów na ciele ze względów kultowych), aczkolwiek dbali o krótko przyciętą fryzurę i o pozbycie się zarostu na twarzy. Codzienna toaleta w zamożnym domu zabierała sporo czasu i to zarówno mężczyznom jak i kobietom. Służący lub niewolnicy musieli bowiem obciąć swemu panu włosy (najczęściej bardzo krótko), ogolić go, natrzeć wonnymi olejkami (które maskowały przykre zapachy wydostające się z ciała), obciąć mu paznokcie u rąk i nóg, podmalować oczy (oczywiście wszystko to działo się po porannej kąpieli, umyciu twarzy oraz zębów) i dopiero wówczas pomagano mu się ubrać.

Kobietom higiena osobista zajmowała znacznie więcej czasu niż mężczyznom. Niewolnice depilowały swą panią całkowicie, usuwając wszelkie możliwe włoski z ciała (czasami kobiety goliły również głowę a czasami nie, ale peruk używały wszystkie eleganckie i zamożne damy). Oczywiście kompletny manicure, pedicure, układanie włosów w modne loczki i warkoczyki (najczęściej więc damy po prostu przywdziewały gotowe peruki, które wkładały albo na ogoloną głowę, albo na swoje włosy), których zaplatanie było niezwykle czasochłonne i trwało nawet kilka godzin. Potem przychodził czas na malowanie twarzy (oczu, ust, policzków), nacieranie wonnymi olejkami i masaż całego ciała. Egipcjanie korzystali z całego rezerwuaru wszelakich flakoników z pudrami, różami, szminkami do ust - wiele czyniono aby upiększyć swoje ciało i nadać mu odpowiednią gibkość. Następnie przechodzono do ubioru. W Starym Państwie (III - VI Dynastia) stroje nie należały do wyszukanych. Mężczyźni nosili raczej przepaskę na biodra zwaną szendżot, która okrywała genitalia (i wierzono że ma magiczną moc wzmacniającą męską potencję, dlatego też szendżot mogli nosić jedynie mężczyźni po osiągnięciu pełnoletności). Poza tym okrywano się również lnianą spódniczką owiniętą wokół bioder. Kobiety zaś nosiły proste, jasne sukienki na ramiączka (chyba że pracowały fizycznie, to wtedy nosiły również krótkie spódniczki okrywające łono). Po okresie zawirowań wewnętrznych (I Okres Przejściowy - Dynastie VII - X) i nastaniu Średniego Państwa (XI - XII Dynastia), stroje się nieco zmieniły, suknie nabrały większego kolorytu i barwy, ale największa rewolucja modowa nastąpiła za czasów Nowego Państwa (XVIII - XX Dynastia).




Mężczyźni (z arystokracji) wciąż nosili szendżot, ale okrywali ją już długą, lnianą szatą (wkładano również cienkie płaszcze). Kobiety zaś nosiły plisowane suknie o kształcie i krojach znacznie bardziej finezyjnych niż w okresach poprzednich. Zresztą czasy Nowego Państwa to również okres swoistej rewolucji obyczajowej. Wcześniej bowiem jakiekolwiek formy biesiad i zabaw, które przedstawiano w sztuce sakralnej, były niezwykle pruderyjne. Mężczyźni i kobiety oddzieleni od siebie rzędami, siedzieli przykucnięci na podłodze wokół gospodarza - często był też pokazany moment składania ofiary bóstwu. Natomiast od XVIII Dynastii następuje zdecydowana zmiana w przedstawianiu bankietów, do czego musiała doprowadzić jakaś rewolucja obyczajowa (najprawdopodobniej powstała z większego otwarcia się Egiptu na inne ludy, z podbojów i napływu ogromnych ilości dotąd luksusowych towarów, wielkich rzesz niewolników i niewolnic). To spowodowało że dawne obyczaje uległy rozluźnieniu, a przykład szedł z góry, od faraona i możnych. W zasadzie aż do czasów panowania królowej Hatszepsut, sceny biesiad elity władzy, przedstawiane w świątyniach grobowych były wciąż jednoznacznie pruderyjne. Postać centralną wypełniał zmarły, jako pan domu i najważniejsza osoba, reszta gości siedziała w pozycji przykucniętej rzędami na podłodze. Postacie były sztuczne, pozbawione uczuć i stanowiły jedynie tło dla zmarłego gospodarza. Jednak od rządów Hatszepsut (ok. 1479 r. p.n.e. - ok. 1458 r. p.n.e.) uległo to powolnej zmianie. Ta władczyni wprowadziła (to znaczy nie ona sama, po prostu za jej rządów zaistniały pewne dodatkowe elementy upiększające świątynie grobowe scenami przyjęć i bankietów odprawianych za życia zmarłej osoby) indywidualność (postacie nie były już tak bardzo do siebie podobne), uczucia (twarze nie są jednakowe) i pojawia się też więcej kobiet, zarówno wśród gości jak i wśród gospodarzy przyjęcia. 

Kolejna duża zmiana następuje za rządów jej siostrzeńca - Totmesa III Wielkiego (ok. 1458 r. p.n.e. - ok. 1425 r. p.n.e.). Ukazane zostają wówczas (po raz pierwszy) postaci nagich niewolnic (czego wcześniej nie było), usługujących gościom. Za jego czasów mężczyźni podczas przyjęć mogą już usiąść na niskich krzesłach wraz z gospodarzem (kobiety wciąż przedstawiano w pozycji przykucniętej na podłodze). Dopiero za rządów syna Totmesa III - Amenhotepa II Mocnego (był to bodajże najsilniejszy faraon w dziejach, panował w latach ok. 1425 r. p.n.e. - ok. 1397 r. p.n.e.), po raz pierwszy posadzono kobiety na krzesłach obok mężczyzn. Rządy jego syna - Totmesa IV (ok. 1397 r. p.n.e. - ok. 1388 r. p.n.e.) i wnuka - Amenhotepa III (ok. 1388 r. p.n.e. - ok. 1350 r. p.n.e.), to już rozkwit pełnego równouprawnienia w sztuce, oraz ukazywania wszelkich, nawet najbardziej intymnych szczegółów (wzajemne obejmowanie się par - przy czym to najczęściej kobieta obejmuje mężczyznę, pocałunki, pieszczoty a nawet ukazane zostały... wymioty, gdyż Egipcjanie uważali wymiociny za symbol naprawdę dobrej zabawy). Taka nieskrępowana swoboda w pokazywaniu piękna ludzkiego ciała i wszelkich z tym związanych naturalnych zjawisk, będzie trwała w sztuce aż do czasów rewolucji amerneńskiej i wstąpienia na tron syna Amenhotepa III - Amenhotepa IV, który zaprowadzi w kraju rewolucję religijną i przyjmie imię Echnatona (na cześć swego boga Atona, panował w latach ok. 1350 r. p.n.e. - ok. 1334 r. p.n.e.). Co prawda erotyka przyjęć nie została ograniczona, ale podporządkowana jedynie celom kultowym nowej religii "Światła Atona". I choć intymne części ciała Nefretete (małżonki Echnatona) były w sztuce amarneńskiej podkreślone jeszcze bardziej niż wcześniej odnośnie kobiet z arystokracji, to jednak zniknęła zupełnie cała radość którą teraz zastąpiło religijne dostojeństwo. Zniknął taniec, alkohol, stoły uginające się od jadła, muzyka, nagie niewolnice usługujące gościom, a wszedł religijny purytanizm, który co prawda pozwalał ukazywać piersi i łono królowej, ale tylko podczas składania ofiar i modlitw kierowanych do Atona, a nie podczas publicznych zabaw. 

Kontrrewolucja kapłanów spod znaku Amona-Re obaliła monarchę i całą tę jego rewolucję religijną, która dla zwykłego Egipcjanina była nie tylko niezrozumiała, ale wręcz podważała wyznaczony, pokoleniami ustalony porządek świata. Kapłani wiedzieli że za nimi stoi istniejący już od prawie dwóch tysięcy lat tradycyjny system religijny. Wiedział o tym i sam Echnaton, który odizolował się od całego świata w swym mieście-twierdzy w Achetaton ("Horyzont Atona" - dzisiejsze Tell el-Amarna), wraz z małżonką i garstką zwolenników. Przyparty do muru próbował faraon pertraktacji z klerem Amona-Re, ale bezskutecznie. Wreszcie opuściła go nawet Nefretete (ponoć miała romans ze swym młodym zięciem Semenchkare lub Tutanchatonem). Gdy Echnaton umarł, kapłani i korpus oficerski mianowali nowym władcą najpierw Semenchkare (który został wyznaczony współwładcą jeszcze przez Echnatona ok. 1336 r. p.n.e.), zmarł on jednak już w 1334 r. p.n.e. w kilka miesięcy po swym teściu. Następnie nowym władcą został młody Tutenchaton, któremu natychmiast zmieniono imię na Tutenchamon ("Żywy obraz Amona"), żonaty był on z młodszą córką Echnatona - Anchesenaton (której również zmieniono imię na Anchesenamon - "Ona żyje w Amonie"). Natychmiast usunięto imię Atona z wszelkich inskrypcji i nazw i powrócono do dawnej religii. Na krótko wróciły też stare czasy radości i zabawy prezentowanej w sztuce, ale krótkie rządy Tutenchamona (ok. 1334 r. p.n.e. - ok. 1325 r. p.n.e.) i wezyra Aj (ok. 1325 r. p.n.e. - ok. 1319 r. p.n.e.), niewiele wniosły. Nastały czasy odnowy religijnej założyciela nowej - XIX Dynastii, generała Horemheba (ok. 1319 r. p.n.e. - ok. 1292 r. p.n.e.), za jego rządów rozpoczęło się powolne odchodzenie od swobody w sztuce XVIII Dynastii i powróciły czasy "pruderii".




Za rządów Ramesydów (szczególnie Setiego I - panował od ok. 1290 r. p.n.e. - ok. 1279 r. p.n.e. i jego syna Ramzesa II Wielkiego - panował od ok. 1279 r. p.n.e. - ok. 1213 r. p.n.e.) dochodziło do scen... zamalowywania dekoracji i malowideł świątynnych ze wcześniejszych okresów (mężczyznom domalowywano dłuższe szaty, a kobietom suknie zakrywające piersi i ramiona). Zniknęła też nagość tancerek i niewolników. Zmieniano inskrypcje, nawołujące do używania życia i miłości, takie jak np.: "Przyłącz się do święta w domu szczęśliwości", zastępując je formułkami religijnymi. Pruderia dotknęła społeczeństwo egipskie czasów XIX Dynastii w sposób bardzo podobny do tego, jak zmieniło się społeczeństwo brytyjskie od XVIII wieku do panowania królowej Wiktorii w wieku XIX. Swoboda seksualna czasów przedrewolucyjnej Europy była czymś naturalnym, ale rewolucja i późniejsze wojny a co za tym idzie zmiana spostrzegania świata, spowodowała nawrót do konserwatywnej i niezwykle pruderyjnej epoki, zwanej wiktoriańską (oczywiście szczególnie w Anglii). Notabene pruderia zawsze rodzi rozwiązłość, tak było w czasach królowej Wiktorii (te wszystkie sławne opowiadania erotyczne z "Wenus w futrze" z 1870 r. autorstwa Leopolda von Sacher-Masocha - od którego to nazwiska wzięło się określenie Sado-Maso), tak też było i w Egipcie Ramesydów. To wówczas właśnie, w czasach panującej powszechnie seksualnej pruderii, powstał najbardziej erotyczny, wręcz kipiący i ociekający seksem Papirus Turyński nr. 55001 (którego jednak pozwolę sobie pominąć). Warto tutaj jeszcze wspomnieć o alkoholu. Otóż za Dynastii Totmesydów, w czasach swoistego "równouprawnienia" - kobiety i mężczyźni pijali alkohol wspólnie (przynajmniej tak byli przedstawiani na wizerunkach w świątyniach grobowych). Alkoholem tym było oczywiście wino, gdyż piwo uważano za napój plebejski (nawet wypłacano robotnikom wynagrodzenie w piwie). Natomiast w epoce Ramesydów obie płcie są już widocznie rozdzielone. Nie wzięło się to znikąd, po prostu wino było dla Egipcjan silnym afrodyzjakiem i takie wspólne libacje z reguły kończyły się potem prawdziwymi orgiami, dlatego rozdzielenie kobiet od mężczyzn miało temu skutecznie przeciwdziałać (tym bardziej że samo pijaństwo nie było potępiane). 

Prócz wina (i winorośli), rośliną silnie stymulującą i pobudzającą seksualnie była mandragora (sprowadzana z okolic Syrii i Palestyny), zwana też "jabłkiem miłości". Sadzono ją w przydomowych ogrodach wielmożów i w altanach królewskich od początków Nowego Państwa (XVIII Dynastia). Spożywano nie tylko rozłupany korzeń mandragory (który rzeczywiście działa stymulująco i nie potrzeba żadnej wiagry czy tego typu chemicznych specyfików), ale również owoce (które to nie mają żadnych pobudzających męskość właściwości), ale również suszono ją i wąchano. Często kobiety ofiarowywały zerwaną mandragorę swym oblubieńcom (notabene kobietom nie wolno było zrywać winogron, gdyż wierzono że to przyniesie pecha). Ten afrodyzjak znika też ponownie w czasach XIX Dynastii z wszelkich wyobrażeń w sztuce nagrobnej (jedyny obraz mandragory z czasów Ramesydów, pochodzi z haremu Ramzesa II gdzie kobiety przynoszą siedzącemu na tronie władcy misę pełną owoców granatów i mandragory). Usuwanie wszelkich skojarzeń z seksem, radością i pewną taka swobodą obyczajową za Ramesydów było tak powszechne, iż nie można już się dziwić temu, że ostatecznie Mojżesz wyprowadził wówczas Żydów z ziemi egipskiej do Palestyny (taki żarcik 😄). To tyle na dziś, w kolejnej części przejdę już bezpośrednio do nagości, jaka była powszechna wśród kobiet niepochodzących z arystokracji, a szczególnie służby i niewolnic, oraz do (często dziwnych) skojarzeń, z jakimi Egipcjanie łączyli płeć męską i płeć żeńską.

    


 

    

CDN.

niedziela, 8 września 2019

MIEJSKIE LEGENDY, OPOWIADANIA I NIEZWYKŁOŚCI - Cz. II

CZYLI MAŁO ZNANE TAJEMNICE 

I AUTENTYCZNE WYDARZENIA,

KTÓRE OSNUWA AURA BAJKOWOŚCI

I NIEPRAWDOPODOBIEŃSTWA





SADYSTYCZNA HRABINA

KTÓRA BAŁA SIĘ LUSTER

Cz. II


"ZBYT ZNIENAWIDZIŁAM MĘŻCZYZN, 
BY SIĘ PODDAĆ JEDNEMU Z NICH"

CORA PEARL

  



 Virginia de Castiglione (wraz z mężem Francesco), przybyła prosto z Turynu (stolicy ówczesnego królestwa Piemontu i Sardynii) do Paryża (na osobiste polecenie króla Wiktora Emanuela II) -  wraz z aż sześcioma powozami pełnymi strojów i innego bagażu. Z Franceskiem byli oni małżeństwem od zaledwie dwóch lat, ale przez ten czas młoda, niezwykle piękna dziewczyna zdążyła przejść przez łoże króla Piemontu, który nadał jej wówczas przydomek: "Perły Italii". Teraz Wiktor Emanuel ofiarował ją polecił cesarzowi Francuzów - Napoleonowi III Bonaparte (wiedząc o słabości Napoleona do płci pięknej, chciał przy tym wyzyskać młodą Virginię do pozyskania cesarza dla planów zjednoczenia Włoch). Hrabia i hrabina de Castiglione, przybyli więc do Paryża w styczniu 1856 r. a już wówczas stolica Francji znacząco zmieniła swój wygląd. Zniknęły ciasne i brudne uliczki, zastępowały je szerokie aleje i bulwary, atrakcyjne promenady i ciągi komunikacyjne. Utworzono nowe tereny zielone (Lasek Buloński, Lasek Vincennes i kilka parków). Wprowadzono oświetlenie gazowe na ulicach, rozbudowano wodociągi i kanalizację. Powstało 75 000 nowych, solidnych domów. Paryż powoli zmieniał się w prawdziwą stolicę światowej mody i kultury, którą (teoretycznie) jest po dziś dzień. Pracami budowlanymi kierował od 1852 r. prefekt departamentu Sekwany - baron Georges Haussmann (to on zaprojektował sławne 12 arterii, łączących się przy Łuku Triumfalnym). Napoleon III postawił sobie cel - uczynienie z Paryża prawdziwej europejskiej metropolii (notabene Hitler bardzo podziwiał osiągnięcia urbanizacyjne z czasów II Cesarstwa, pragnąc je skopiować przy budowie - po zwycięskiej dla Niemiec II Wojnie Światowej - powojennych miast Rzeszy Wielkoniemieckiej. Powstawały wówczas doprawdy kuriozalne projekty na miarę gigantomanii führera z Volkshalle - najwyższą budowlą świata, Führerbau - nowej, majestatycznej siedziby Hitlera, Deutsches Stadion - największy stadion sportowy świata, mający pomieścić aż... 500 000 widzów, Ehrentempel, czy majestatyczne pomniki, takie jak choćby "Geniusz Zwycięstwa" - który miał być co najmniej dwa razy większy od amerykańskiej Statuy Wolności i przedstawiał mężczyznę z mieczem w prawej dłoni, uniesionej ku górze, na lewej dłoni siedział mu zaś wielki orzeł z rozpostartymi skrzydłami. Planowano też wykuć w litej skale Uralu, stojące co kilkaset metrów od siebie - wielkie posągi teutońskich rycerzy z obnażonymi mieczami - takie pomysły rodziły się w głowie przywódcy III Rzeszy i jego akolitów).

Napoleon III pragnął również uczynić z Francji pierwszorzędne mocarstwo światowe i przywrócić jej blask i chwałę z czasów swego stryja. Szczególnie zależało mu zaś na obaleniu traktatów z 1815 r. i przywróceniu granic I Cesarstwa Francuskiego (co oczywiście łączyło się z wchłonięciem Belgii, Luksemburga i Sabaudii oraz części Holandii i Niemiec). Zamierzał te plany wcielić w życie na zbliżającym się kongresie pokojowym, który miał obradować właśnie w Paryżu, a który kończył wojnę krymską Rosji z Turcją, Francją, Wielką Brytanią i Sardynią (1853-1856). Ale nim do tego doszło, 9 stycznia 1856 r. hrabia i hrabina de Castiglione zostali przedstawieni Napoleonowi na balu (cesarzowa Eugenia nie uczestniczyła w tym wydarzeniu z powodu zaawansowanej ciąży i obawy o życie nienarodzonego dziecka), zorganizowanym przez księżną Matyldę Letycję Bonaparte (kuzynkę Napoleona III). Sława Virginii dotarła do Paryża jeszcze przed nią samą i gdy tylko się pojawiła, tłum ciekawskich zaczął się kłębić, starając się dostrzec czy uroda hrabiny jest rzeczywiście tak legendarna jak się o niej mówi. Cesarz także (a może przede wszystkim) oczarowany był młodą damą, której nie szczędził komplementów. Jednak nazajutrz, gdy cesarzowa Eugenia dopytywała go o przybyłych z Turynu gości - a szczególnie o Virginię i jej urodę - Napoleon miał stwierdzić iż jest co prawda piękna, ale ewidentnie brakuje jej rozumu (prawdopodobnie odrzekł tak, ponieważ nie chciał aby Eugenia czuła zazdrość i smutek, co mogłoby się odbić na zdrowiu jej i ich dziecka). Gdy więc Eugenia spotkała się z Virginią, była dla niej miła i wydawało się że pozytywnie usposobiona, nawet zaprosiła hrabinę na konną przejażdżkę w swym powozie po Lasku Bulońskim (cesarzowa urządzała codzienne takie przejażdżki w towarzystwie swych dam dworu, ale ze względu na ciążę, musiała je znacznie ograniczyć).

Sacheverell Sitwell w swym: "La Vie Parisienne" ("Paryskim Życiu"), opisuje jak damy radziły sobie w tamtych czasach, nosząc obszerne spódnice: "Dama unosi krynolinę, by wejść na stopień, wspina się do wnętrza pojazdu i opada na siedzenie (...) Krynolina chyba po to została stworzona, by jej wzburzone fałdy wystawiać na pokaz w otwartym powozie. Kiedy się jedzie w lekkim powoziku zaprzężonym w kucyki, krynolina powinna wypełniać całe jego wnętrze, jeżeli jest lato (...) mija nas otwarte lando z dwiema siedzącymi w nim damami, w czepeczkach i z parasolkami, a fałdy ich krynolin wzbijają się wysoko, unosząc się aż do kozła, na którym siedzi stangret. (...) fałdy krynolin obu dam leniwie w nim rozpartych przywodzą na myśl łodzie nurzające się w morskiej pianie". Większość dam podróżowała powozami, tylko nieliczne jeździły konno, jak na przykład cesarzowa Austrii - Elżbieta Bawarska (zwana też Sissi), która dosiadała koni w obcisłych strojach używanych przez kobiety do jazdy konnej, zwanych: "amazonkami". Jednak takie ekstrawagancje jak kobiece jeżdżenie konno, było raczej w złym guście (nawet podróżowanie jednoosobowo dwuosobowym powozem było źle oceniane). W każdym razie obie panie (Eugenia i Virginia) musiały zawrzeć nić sympatii, skoro cesarzowa zaprosiła hrabinę (już po urodzeniu dziecka) na świętowanie przesilenia letniego w pałacyku w Villeneuve-l'Etang. Tam właśnie wydarzyło się coś, co położyło kres dalszej dobrej relacji obu pań. Oto bowiem podczas przyjęcia cesarz Napoleon podszedł do małżonki i stojącej w jej otoczeniu Virginii i... miast żonę, to właśnie Virginię wziął za rękę i zaprowadził do jednej z oświetlonych lampionami łódek. Następnie powiosłował z hrabiną w stronę ustronnej wysepki, czyniąc tym samym asumpt do plotek. Tego dnia Eugenia de Montijo ostatecznie zerwała jakiekolwiek kontakty z młodą hrabiną de Castiglione, tym bardziej że cesarz i Virginia powrócili z wysepki dopiero nazajutrz i byli w dość pomiętych ubraniach (Virginia miała... rozdartą suknię).




Cesarzowa urządziła mężowi istną awanturę, ale ponieważ było to już po narodzinach ich jedynego syna - Napoleona Eugeniusza Bonaparte (marzec 1856 r.) cesarz niewiele się przejął skargami żony. Ona zaś nie potrafiła mu wybaczyć upokorzenia jakiego doznała z jego strony. Bowiem to, że wcześniej czy później hrabina de Castiglione znajdzie się w łożu Napoleona, było pewne i wiedziała o tym również Eugenia. Jednak on upokorzył ją publicznie, przy zaproszonych gościach (wśród których byli ambasadorowie obcych państw, którzy to ochoczo depeszowali potem o tym wydarzeniu do swych monarchów). Uczynił z niej publiczne pośmiewisko i tego właśnie nie mogła mu Eugenia wybaczyć. Jej oburzenie doszło do zenitu, gdy się okazało że cesarz podarował madame de Castiglione szmaragdową, niezwykle cenną kolię, którą ona teraz publicznie nosiła na znak cesarskich względów. Starała się też Virginia podkreślać i eksponować ochoczo swoje piersi (wierzono wówczas że uroda a nawet życie kobiet kończy się... wraz z opadaniem piersi, zaś kłopoty oddechowe i duszności miały być tego początkiem. Ukazywanie więc dorodnych, spiętych gorsetem piersi, podkreślało ciągłą atrakcyjność damy w każdym wieku), co bardzo denerwowało pobożną i niezwykle cnotliwą cesarzową Eugenię. Suknie Virginii jednak nie odsłaniały jedynie ramion, gdyż prawie w całości odkrywały piersi, które były zasłonięte jedynie cienką gazą, obszytą wzdłuż sukni. Można sobie wyobrazić jakie na jej temat krążyły opinie i co mawiały o niej kobiety, oraz jak zachowywali się mężczyżni - one z pewnością utopiłyby ją w łyżce wody z zazdrości, oni leżeli u jej stóp z pożądania. Hrabina de Castiglione brylowała również na przyjęciach organizowanych po zakończeniu konferencji paryskiej (25 luty - 30 marca 1856 r.) kończącej tzw.: wojnę krymską. W wyniku uzgodnionych porozumień Rosja miała wycofać się z Mołdawii i Wołoszczyzny (które w 1862 r. zjednoczyły się pod wspólnym monarchą w jedno państwo zwane odtąd Rumunią). Obie te krainy wracały pod (symboliczną) turecką zwierzchność. Serbia również miała się podporządkować Turcji, choć zastrzeżono sobie że Turcja nie może interweniować zbrojnie w tych państwach bez zgody mocarstw (Francji i Wielkiej Brytanii, potem dołączono jeszcze Austrię). Mocarstwa brały też pod opiekę chrześcijańskich poddanych sułtana, którym ten musiał zagwarantować prawa nietykalności. Dunaj został umiędzynarodowiony dla żeglugi, podobnie jak Morze Czarne i Wyspy Alandzkie, które miały być terenami zdemilitaryzowanymi na których Rosja i Turcja nie mogły utrzymywać floty wojennej (zakaz ten zostanie zniesiony już w 1871 r.). Rosja dodatkowo traciła na rzecz Turcji Kars i skrawek Besarabii. 

Napoleonowi nie udało się jednak na owej konferencji osiągnąć swego głównego celu - znieść traktatów z 1815 r. ograniczających Francję terytorialnie i traktatu chroniącego granice i niepodległość Belgii z 1839 r. Tak na marginesie warto też dodać, że podczas obrad konferencji pokojowej, wielu polonusów z Francji zgłaszało się do cesarza by dopomógł on odbudować państwo polskie, szczególnie teraz, gdy Rosja została pokonana w wojnie krymskiej. Napoleon co prawda wyrażał się pozytywnie co do tego planu, ale po pierwsze uzależniał jego powodzenie od zgody Austrii i Wielkiej Brytanii (miało powstać państewko szczątkowe na wzór Księstwa Warszawskiego). Austriacy oczywiście zdecydowanie odmówili poparcia dla takiego planu, a Anglicy również byli niechętni (szczególnie książę Albert, mąż królowej Wielkiej Brytanii - Wiktorii, był zdecydowanie wrogi podnoszeniu sprawy polskiej na konferencji paryskiej). A po drugie działał Napoleon III tym temacie z równą niemrawością, jak potem podczas nieszczęsnej wojny z Prusami (jego kuzynka, wspomniana wcześniej Matylda Bonaparte, gdy ten wyruszał na wojnę w 1870 r. miała się doń zwrócić: "Spójrz na siebie, czy ty wyglądasz jak żołnierz?"). Dlatego też przystał na obietnice hrabiego Aleksieja Orłowa, iż car zamyśla wkrótce nad autonomią Polski. Poza tym dążył już do zbliżenia z Rosją i spotkania się z nowym carem Aleksandrem II w Stuttgarcie (do spotkania tego doszło w 1857 r.). Potem, gdy w 1863 r. na ziemiach polskich wybuchło Powstanie Styczniowe i do Napoleona zgłaszali się delegaci Rządu Narodowego z prośbą o wsparcie, ten miał powiedzieć: "Panowie, dlaczego nie powstaliście wtedy, gdy wraz z Brytyjczykami toczyliśmy wojnę z Rosją", na co usłyszał odpowiedź: "Przecież to Wasza Cesarska Mość radził nam wówczas zachować spokój". Takie to były te obietnice owego mąciwody, który zapewne tylko przez głupie zrządzenie losu (nie ma pewności czy był on prawdziwym synem Ludwika Bonaparte - brata Napoleona Wielkiego - gdyż jego matka lubiła przyprawiać swemu mężowi rogi) nosił sławne nazwisko swego wielkiego stryja.

Plotki i ekstrawagancje Virginii oburzały jej męża, który już w maju 1856 r. opuścił Paryż i wraz z synem (urodzonym rok wcześniej) powrócił do Turynu, wręczając jednocześnie swej małżonce papiery rozwodowe. Ale hrabina nie przejmowała się tym wcale, imponowało jej że zdobyła tak przemożny wpływ na cesarza, że może go oplatać wokół własnego palca. Bawiła się, wydając jednocześnie ogromne sumy na suknie, klejnoty, utrzymanie służby i inne ekstrawagancje (hrabia di Castiglione rozwiódł się z Virginią zapewne głównie dlatego, że swą rozrzutnością omal doprowadziła go na skraj bankructwa). Uczestniczyła też w specjalnych przyjęciach cesarskich (podczas których wnoszono na półmiskach nagie dziewczęta, przybrane owocami i warzywami. Nie ma jednak żadnej informacji czy sama Virginia w nich uczestniczyła w formie takiego "dania"). Ona sama sądziła że stan oczarowania cesarza jej osobą będzie trwały, dlatego też zachowywała się wręcz jak jego żona, jak przyszła cesarzowa. Kobiety z towarzystwa często się wzajemnie odwiedzały by komplementować swoje suknie i plotkować. Wiadomym jest jednak faktem że solidarność kobiet istnieje, ale głównie w sferze symbolicznej i ogólnej. Natomiast prywatnie kobieta jest największym wrogiem drugiej kobiety - tak było i tak jest po dziś dzień. Dlatego też zdarzało się, że arystokratki miast wzajemnie się obgadywać i ranić słowami, wolały inny sposób rozwiązywania konfliktów, można by powiedzieć bardziej męski - czyli  pojedynek na szpady. Tylko że takie walki toczono w tajemnicy, najczęściej w dobrze odgrodzonej od męskich oczu części domu. Trudno się zresztą temu dziwić, panie bowiem walczyły ze sobą... toples (były całkowicie nagie od pasa w górę). Do dziś pozostały (nieliczne) zdjęcia owych damskich pojedynków i widać na nich kobiety z obnażonymi piersiami, odziane jedynie w suknię oraz... kapelusz na głowie. Wyglądało to doprawdy operetkowo, ale cóż, kobiety mają taki sam honor jak mężczyżni i wówczas też potrafiły go bronić. Niewątpliwie jednak walki takie nie mogły toczyć się pod gołym niebem, gdyż z pewnością przyciągnęłyby masową publiczność.






Kobiety w pewnych sprawach naśladowały mężczyzn, ale jednocześnie dbano by każda płeć znała (że tak się wyrażę) swoje miejsce w szeregu. Brytyjka - Sara Ellis, radziła w 1842 r. w swym poradniku dla kobiet i dziewcząt: "Najistotniejsze to uznać wyższość męża po prostu dlatego, że jest mężczyzną (...) W osobie szlachetnego, oświeconego i prawdziwie dobrego mężczyzny mieści się siła, a zarazem delikatność bliska temu, co zwykłyśmy uważać za przymiot aniołów (...) żadne słowa nie są w stanie wyrazić podziwu i szacunku, jakie sama myśl o nim powinna wywołać (...) Być w jego sercu, korzystać z jego rad, być wybraną partnerką na dobre i złe! Trudno powiedzieć, czy pokora czy wdzięczność winna przepełniać kobietę tak wyróżnioną i tak błogosławioną". Wiele już napisano na temat życia kobiet, a szczególnie feministki wciąż walczą o swoiste "wyzwolenie" z okowów mitycznego patriarchatu, ale bez wątpienia należy stwierdzić że we wszystkich (albo prawie wszystkich) ówczesnych poradnikach dla kobiet, pisanych czy to przez mężczyzn czy kobiety, przewija się jeden ton: posłuszeństwo i uległość mężowi. Doktor Auguste Debay, wydał w latach 40-tych XIX wieku we Francji swój poradnik dla kobiet, w którym pisał: "O żony! Posłuchajcie tej rady. Podporządkujcie się potrzebom waszego męża (...) przymuście się do zaspokojenia go, udawajcie i stymulujcie spazm rozkoszy, to niewinne oszustwo jest dozwolone, jeśli w grę wchodzi utrzymanie męża przy sobie". Czyli nawet udawanie orgazmu miało na celu służyć szczęściu domowego ogniska i samouwielbieniu mężczyzny. Francuzi jednak wobec swych żon nie stosowali kar cielesnych, tak jak to czynili choćby Brytyjczycy, którym prawo pozwalało bić żonę kijem, jeśli ten nie jest on grubszy od męskiego kciuka (choć wśród brytyjskiej arystokracji panowała opinia, że żony biją tylko przedstawiciele nizin społecznych lub ewentualnie klas najuboższych, ale prawo takie istniało, nawet jeśli było w dużej mierze prawem martwym). 




W każdym razie hrabina Virginia de Castiglione sądziła że jest ponad to, zdobyła wpływ na cesarza i dzięki swej urodzie mogła uwieść każdego mężczyznę jakiego tylko zapragnęła - uznała że jest wyjątkowa, znacznie lepsza od całej reszty kobiecego rodu, należy bowiem do nielicznej kategorii kobiet, które nie są przeznaczone do tradycyjnej roli żony i matki - stoją ponad tym, same decydują o własnym życiu. Szybko się jednak okazało że były to w większości pobożne życzenia. Oto bowiem hrabina o urodzie anioła, została zakwaterowana przez cesarza Napoleona w jednym z domów które odwiedzał on niczym swój prywatny harem - mieszkały tam bowiem wraz z Virginią jeszcze dwie inne cesarskie kochanki - madame Walewska (żona hrabiego Aleksandra Colonny-Walewskiego, naturalnego syna szambelanowej Marii Walewskiej i Napoleona Wielkiego) i madame de La Bedoyere. W 1857 r. Napoleon w rozmowie ze swą kuzynką Matyldą, powiedział: "Na parterze jest ta blondynka, madame de La Bedoyere. Chciałbym się jej pozbyć. Na pierwszym piętrze mieszka rudoblond hrabina Castiglione, bez wątpienia bardzo piękna, lecz prostoduszna i pozbawiona smaku. Nudzi mnie. Na drugim piętrze znowu blondynka, madame de Walewska. Chodzi za mną krok w krok. Cóż mam czynić?" Wkrótce cesarz porzucił je wszystkie i skończyło się łatwe, przyjemne życie dla hrabiny. Virginia przeżyła odtrącenie niezwykle emocjonalnie, nie spodziewała się że ktoś - nawet cesarz - może ją oddalić. Utraciwszy cesarskie względy, postanowiła teraz zostać prostytutką i wystawiać swe wdzięki innym mężczyznom w zamian za utrzymanie w miarę wygodnego i dostatniego życia. Z czasem zamieniła się w okrutną dominę, wyżywającą się podczas miłosnych nocy za swoje nieudane związki. Niekiedy dopadała ją melancholia i wyciągała z szafy suknię w której była, gdy Napoleon zabrał ją łódką na wysepkę na rzece Oise. Traktowała ją jak prawdziwą relikwię, pokazując wszystkim dokoła i deklarując że pragnie zostać w niej pochowana. Na starość miała opinię zidiociałej dewotki, która boi się własnego odbicia w lustrze - ale nie wyprzedzajmy na razie faktów i przejdźmy do kolejnego etapu w życiu madame de Castiglione - czyli prostytutki, której powołaniem stało się teraz sprawianie bólu mężczyznom na ich własne życzenie i za ich pieniądze. Cóż, mogłaby Virginia powtórzyć za Corą Pearl (inną sławną paryską kurtyzaną): "Zbyt znienawidziłam mężczyzn, by się poddać jednemu z nich".




 
 
    CDN.