Łączna liczba wyświetleń

środa, 6 listopada 2019

ZA KRÓLA SASA JEDZ, PIJ I POCIĄGAJ PASA - Cz. I

CZYLI W JAKICH 

OKRESACH HISTORYCZNYCH 

ŻYŁO SIĘ W POLSCE NAJLEPIEJ?




 
Zawsze się zastanawiałem, skąd u niektórych ludzi to zamiłowanie do czasów komuny, czyli ustroju ekonomicznie totalnie niewydolnego w którym niedobory produktów były nieodzowną, naturalną codziennością i gdzie pierwsi sekretarze partii chwalili się w mediach że: "lokomotywy staniały", podczas gdy ceny produktów codziennego użytku, takich jak: chleb, masło, cukier, kawa a nawet papier toaletowy nie tylko że rosły w górę, ale były wręcz towarami trudno dostępnymi (nie dziwi zatem gdy czasem chłopak, miast kwiatów lub jakiegoś pierścionka, wręczał dziewczynie po prostu... papier toaletowy, gdyż był on wówczas znacznie wartościowszym produktem, niż takie kwiaty czy nawet pierścionek). Oczywiście rozumiem że w pewnym sensie sympatia do okresu Polski Ludowej, jest tak naprawdę pogonią za upływającym czasem i pięknymi wspomnieniami z przeszłości (wtedy po raz pierwszy się zakochałem, po raz pierwszy całowałem wtedy urodziły mi się dzieci etc. etc.) i to jest takie rozrzewniające wspomnienie własnej młodości, która akurat przypadła w tym ciężkim okresie w naszych dziejach (jak pisał filozof Bohdan Urbankowski: "Nasza młodość była - mimo wszystko - romantyczna"). Z czasem jednak zacząłem pojmować że to moje przekonanie jest co najmniej niepełne, gdyż również w systemie komunistycznym istniały takie okresy, gdzie ludziom żyło się naprawdę dobrze (i mówię to całkowicie serio), a niektórym nawet lepiej niż obecnie. Były to oczywiście wyjątki, bowiem ustrój komunistyczny jest ustrojem który zawsze musi generować biedę - to jest wpisane w jego istotę. Natomiast, nawet w tamtym systemie były podejmowane działania, które dozwalały na powstanie drobnej, prywatnej własności i stymulowały popyt wewnętrzny, poprzez czynniki zewnętrzne (pożyczki, dobra koniunktura gospodarcza, inwestycje). 

Dziś Polacy, którzy z rozrzewnieniem wspominają czasy komuny, w ogromnej większości (choć zapewne nie zawsze zdają sobie z tego sprawę), myślą nie o czasach stalinizmu, czy gomułkowskiej "małej stabilizacji" (moja mama opowiadała, jak będąc nastolatką, ściągali ich całymi szkołami na plac, aby wysłuchać słów pierwszego sekretarza - Władysława Gomułki, który potrafił godzinami nudzić przez radio, rozpoczynając swoje słynne: "Obywatele..." - i to było jedyne słowo, jakie mama zapamiętała), ani o kryzysie gospodarczym lat 80-tych. Nie, oni chwaląc Polskę Ludową chwalą głównie jeden okres historyczny - dekadę gierkowską, która bez wątpienia pozytywnie wyróżnia się na tle wszystkich innych okresów rządów komuny w Polsce. Te dziesięć lat rozkwitu gospodarczego (1970-1980), było naprawdę tym, czym w średniowieczu były reformy króla Kazimierza III Wielkiego (panującego w latach 1333-1370), który całkowicie odmienił obraz Polski średniowiecznej i stworzył ekonomiczne, polityczne i społeczne podwaliny pod sukcesy Korony Polskiej w wieku XV (gdyby nie reformy Kazimierza Wielkiego, z pewnością polskie rycerstwo nie pobiłoby w bitwie pod Grunwaldem [1410 r.] armii Zakonu Krzyżackiego - największej i najpotężniejszej wówczas siły zbrojnej chrześcijańskiego świata. A bez tego zwycięstwa nie byłoby późniejszych triumfów i potęgi, która sięgała bram Moskwy na wschodzie, Dunaju na południu, Estonii na północy i podchodziła pod rzekę Odrę i Śląsk na zachodzie. Nie byłoby ani polskich sztandarów na Kremlu, ani Sobieskiego pod Wiedniem, ani nawet... Beniowskiego na Madagaskarze, stąd praca organiczna króla Kazimierza Wielkiego była tak ważna). Dla wielu ludzi po dziś dzień reformy ekonomiczne Edwarda Gierka i jego geopolityczna koncepcja "Drugiej Polski" - która miała stać się krajem bardzo szybko modernizującym się na wzór Japonii i dziesiątą gospodarką świata. To właśnie wówczas odnosiliśmy również największe sukcesy nie tylko gospodarcze, ale i sportowe (nasza piłkarska "Złota Jedenastak" Kazimierza Górskiego zdobywała wówczas niesamowite triumfy które pamięta się po dziś dzień, poza tym kolarze, lekkoatleci, bokserzy i wielu innych). Po raz pierwszy Polak poleciał w kosmos (Mirosław Hermaszewski w 1978 r.), a inny Polak (choć to oczywiście bez żadnego udziału ekipy Gierka a nawet wbrew nim samym) kardynał Karol Wojtyła został wybrany na papieża i objął pontyfikat jako Jan Paweł II (1978-2005). Był to więc czas dość dużych sukcesów i nic dziwnego że zapadł wielu ludziom głęboko w pamięć.



MÓWIĄ ŻE GIEREK KOMUNISTA, 
A DLA MNIE TO BYŁ KAZIMIERZ WIELKI




TAK RADOWANO SIĘ W POLSCE, 
GDY KAROL WOJTYŁA ZOSTAŁ PAPIEŻEM. Z TEGO ZRODZIŁ SIĘ POTEM 10 MILIONOWY RUCH "SOLIDARNOŚCI", KTÓRY DOPROWADZIŁ DO UPADKU MURU BERLIŃSKIEGO
(FRAGMENT FILMU: "KAROL - CZŁOWIEK KTÓRY ZOSTAŁ PAPIEŻEM")



Ale podobnie przecież było choćby w Związku Sowieckim. Dziś Rosjanie patrzą z nostalgią na epokę komunistyczną, nie tęskniąc wcale za czasami Stalina (poza grupkami fanatyków) czy Chruszczowa, nie mówiąc już o czasach rozpadzu państwa za rządów Gorbaczowa. Tak naprawdę tęskniąc za Związkiem Sowieckim, tęsknią za epoką Breżniewa (1964-1982). Wiem że to może wydawać się dla nas nie do końca zrozumiałe, ale dla Rosjan epoka Breżniewa równa się temu, czym dla wielu naszych rodaków była dekada Gierka, jeśli to ze sobą porównać, łatwiej nam to będzie pojąć i zrozumieć (jako ciekawostkę dodam tylko że Breżniew miał czarnego kota - prezent od dalajlamy - który swym zachowaniem ostrzegał go przed ewentualnymi zamachami na jego życie i wielokrotnie - począwszy od stycznia 1969 r. - obserwując reakcje kota, wychodził cało z różnych zamachów, organizowanych [przez KGB] na jego życie. W marcu 1982 r. kot uciekł na ulicę prosto pod koła nadjeżdżającego auta. W listopadzie tego roku, Breżniew zmarł - najprawdopodobniej został skutecznie "wyeliminowany" przez szefa KGB - Jurija Andropowa, któremu marzyło się zająć miejsce Breżniewa. Zresztą, KGB nie po raz pierwszy w ten właśnie sposób usuwało przywódców partyjnych i państwowych. To KGB przecież pomogło obalić Chruszczowa w 1964 r. i otworzyło drogę dla Breżniewa, a potem dla Andropowa, a jeszcze potem położyło łapę nad - do pewnego stopnia - kontrolowaną "transformacją ustrojową" i nadzorowało oraz wdrażało w życie projekt o nazwie: "upadek komunizmu". Jeśli jednak myślimy że w krajach Zachodu było lepiej, to bez wątpienia jesteśmy naiwni. Tak jak KGB kontrolowała życie polityczne w Związku Sowieckim, tak samo CIA dążyła do narzucenia własnej uzdy na prezydenta i rząd USA. KGB obalało i namaszczało kolejnych genseków partyjnych, zaś CIA robiła dokładnie to samo - zamach na prezydenta Kennedy'ego w 1963 r., wykończenie administracji Johnsona "dobrymi radami" w sprawie Wietnamu i administracji Cartera w sprawie Iranu, zamach na Forda i Reagana, afera Watergate - to mało? W tym wszystkim swoje brudne łapki maczała CIA i podobnie jak w bloku wschodnim KGB rozpoczęła projekt "upadek komunizmu", tak w bloku zachodnim CIA zaczęła firmować projekt "rewolucji kulturowej". Pięknie prawda? I jaka zgoda. CIA, KGB - nie licząc służb specjalnych z innych krajów - były bardziej lojalne wobec siebie samych, niż wobec własnych państw i rządów).




Również w Stanach Zjednoczonych były okresy większej prosperity, które po dziś dzień są wspominane z rozrzewnieniem. Takim okresem w czasach "Zimnej Wojny", były chociażby lata od 1945 do 1965 r. To był w dużej mierze spokojny czas podczas którego Amerykanie głównie się bogacili i rośli w siłę. Stany Zjednoczone posiadały najpotężniejszą i zahartowaną w bojach armię świata i odznaczały się ogromną masą produkcyjną. To właśnie wówczas w głównej mierze wytworzyło się pojęcie "amerykańskiego stylu życia", które potem wielokrotnie było przywoływane. Robotnicy mieli pracę i tym samym napędzali koniunkturę, kupując dobra luksusowe (auta, pralki, lodówki, telewizory) a nowe domy rosły jak grzyby po deszczu. Lata 50-te i 60-te do dziś są więc wspominane z rozrzewnieniem w amerykańskiej kulturze, choć oczywiście postępująca rewolucja kulturowa - czy raczej kontrkulturowa - spod znaku hippisów, make love not war i sex, drugs and rock and roll - zrobiły potem znaczne spustoszenia w społeczeństwie. Ale, czy można się temu dziwić, skoro w samej CIA - nie mówiąc już o poszczególnych administracjach prezydenckich - było więcej zwolenników komunizmu niż amerykańskich patriotów? Choć i tacy też oczywiście byli. Tutaj moja mała dygresja: okres Zimnej Wojny i "cichej walki" USA i ZSRS, przypomina mi Republikę Rzymską z ostatnich dwóch dekad II wieku p.n.e. kiedy to rzymscy wodzowie celowo przedłużali prowadzone przez siebie wojny, po to tylko aby na tym zarabiać. Wojna z Jugurtą [111-105 r. p.n.e.] numidyjskim jest tego doskonałym przykładem. Sowicie opłacani rzymscy dowódcy, tak prowadzili wojnę, aby nie tylko jej nie zakończyć, ale również aby jej nie wygrać, wchodząc w tajne rozmowy z Jugurtą lub wycofując się z błahym pretekstem. Tym samym zbijali olbrzymie majątki, ale odbijało się to na zwykłych żołnierzach, którzy marzyli by już jak najszybciej wrócić do domu i swych rodzin. Nic więc dziwnego że wówczas to rozbłysła gwiazda Gajusza Mariusza, który będąc nieprzekupnym, dążył do jak najszybszego zakończenia wojny. 








Tak samo było w czasie Zimnej Wojny. Dziś bowiem uważamy że Związek Sowiecki był taką potęgą - szczególnie od chwili gdy zdobył broń atomową - iż nie było na niego siły i należało wzajemnie się kontrować. Bzdura! Związek Sowiecki i inne kraje bloku wschodniego można było łatwo pokonać i to bez jednego wystrzału. Wystarczyło tylko... zakręcić kurek z pieniędzmi, towarami pierwszej potrzeby i zamknąć dopływ do najnowszych technologii. Skutek byłby taki sam, jaki był rzeczywiście w drugiej połowie lat 80-tych, z tym że wówczas był to proces w dużej mierze kontrolowany, a tak doszłoby do wewnętrznego rozpadu komunizmu już w latach 50-tych lub na początku 60-tych. Ale przecież lepiej mieć jakiegoś wroga, którym można postraszyć społeczeństwo i robić na tym swoje interesy oraz budować fortuny i konsolidować władzę "państwa w państwie", niż pozbawić się tego atutu. A walka USA z Kubą i Fidelem Castro, podczas której CIA zorganizowała kilkanaście oficjalnych i kilkadziesiąt nieoficjalnych zamachów na życie kubańskiego dyktatora? Tyle lat, tyle dekad nie mogli go dopaść - taki był dobry, tak dobrze chroniony? A może zaistniały tutaj podobne elementy - podobne nie znaczy te same - jak podczas wojny Rzymian z Jugurtą, którego ci też bardzo długo nie mogli dopaść. Gdyby CIA chciała rzeczywiście zabić Castro, to by go zabiła - proste. A tak (ze sobie tylko znanych powodów - zapewne Castro był agentem amerykańskiego wywiadu na początku lat 50-tych) uczyniła z niego tylko playboya, który nie potrafił się opędzić od tysięcy kobiet - także tych z USA - które gotowe były dla niego uczynić wszystko, był dla nich bowiem uosobieniem prawdziwego mężczyzny. Takiego macho z fajką w ustach, który potrafi zarówno klepnąć w tyłek, złapać za cyc i wychędożyć tak, że gdyby to było możliwe, ustawiałyby się do niego kolejki napalonych panien i mężatek. Taką właśnie Castro miał opinię (czytałem kiedyś wspomnienia kilku kobiet które z nim sypiały - i mimo że traktował je jak pojemniki na spermę, nie mogły oderwać się od jego wpływu i były pod jego ogromnym wrażeniem), a jednocześnie na korzyść Fidela przemawiał fakt, że potrafił również pogrozić palcem prezydentowi Stanów Zjednoczonych.






Ale nie o Castro, Zimnej Wojnie, CIA, KGB i Breżniewie pragnę pisać. Temat jaki rozpocząłem, ma za zadanie odpowiedzieć na pytanie, w której to epoce - a raczej w jakich epokach - żyło się w Polsce najlepiej. Było bowiem kilka takich okresów w naszych dziejach o których często dziś nie mamy już bladego pojęcia. Podobnie jak często zapominamy o współczesnych polskich wynalazkach (choćby takich jak: niebieski laser, grafen - cud techniki XXI a nawet XXII wieku, z którego w przyszłości będą wykonywane najróżniejsze urządzenia, stąd też jest niezwykle cennym nabytkiem. Poza tym do tej listy należy dodać hologram, kamizelkę kuloodporną, kamerę filmową, walkie-talkie, pierwszą rafinerię ropy naftowej, która także została zainicjowana przez Polaka - Ignacego Łukasiewicza - wynalazcę lampy naftowej. Jest to oczywiście zaledwie ułamek polskich wynalazków, o których często w ogóle nie mamy pojęcia - ale warto o nich wspomnieć i utrwalić je sobie. To tyle gwoli samego wstępu i wprowadzenia, w kolejnej części przejdę już bezpośrednio do tematu i zaczniemy od czasów, nim jeszcze państwo polskie w ogóle powstało. Udowodnię, że Polska narodziła się dzięki handlowi na linii północ-południe, wschód-zachód, a co za tym idzie - znacznemu rozwojowi gospodarczemu. Dzięki temu zaistniały przesłanki ku zjednoczeniu poszczególnych plemion i już w czasach rządów Bolesława I Chrobrego (992-1025) Królestwo Polskie stało się nie tylko potęgą ekonomiczną (cesarz rzymski - Otton III, który przybył do kraju Bolesława w 1000 r., był zaskoczony potęgą królestwa, którego osiągnięcia znacznie przewyższały to, co widział i znał w ówczesnej Rzeszy), ale również polityczną i militarną. Nie na darmo Michael Morys-Twarowski w "Narodzinach Potęgi" pokazuje jaką siłą w regionie była Polska pierwszych Piastów. Symbolem tego niech będą groźby, które ze zdobytego Kijowa kierował do Konstantynopola - Bolesław Chrobry, żądając by cesarz Bizancjum uznał jego władzę, inaczej również i do niego się pokusi. Nie były to wcale groźby bez pokrycia, o czym świadczy niepokoje, jakie one wywołały w Konstantynopolu. Prawdziwa potęga nadeszła jednak później, gdy chorągwie z Białym Orłem zawisły na Kremlu, polscy namiestnicy zasiadali nad Dunajem, sułtan turecki uciekał z Konstantynopola przed rajdami naszych Kozaków, a język polski stał się językiem międzynarodowym ogromnej części Eurazji. A poza tym - co najważniejsze - w Rzeczypospolitej panowała wolność.
             






NA ZAKOŃCZENIE ŻART, KTÓRY PRZYPOMINAŁ MI SIĘ PISZĄC O BREŻNIEWIE:

Otóż Leonid Breżniew był niezadowolony że w różnych częściach świata o tej samej porze jest inna godzina. Zwołał więc zgromadzenie partyjne i mówi:

 - Towarzysze, nie może być tak, że kiedy dzwonię do Fidela, by mu gratulować rocznicowo, okazuje się, że rocznica była wczoraj, a kiedy dzwonię do Watykanu z kondolencjami po zamachu na papieża, okazuje się, że to dopiero jutro!"



 CDN.

ZEMSTA OFIAR - Cz. I

CZYLI JAK KARANO NIEMCÓW PO

ZAKOŃCZENIU II WOJNY ŚWIATOWEJ






"CHCIAŁOBY SIĘ ZAŁAMAĆ RĘCE NAD TYM, 
W COŚMY SIĘ WPAKOWALI"

FRAGMENT Z "DZIENNIKÓW" JOSEPHA GOEBBELSA



 ECH ŻYCIE, ŻYCIE...






Zemsta ofiar - do tego właśnie tematu przygotowywałem się dość długo, nie wiedząc początkowo jak go rozpocząć. Tytuł oczywiście mówi sam za siebie, ale gdybym zaczął ten temat od przedstawiania tych wszystkich rodzajów kar i zniewag, jakie spadły na ludność niemiecką po wojnie - postąpiłbym nie fair, ponieważ wyrwałbym cierpienia Niemców z całego kontekstu sytuacyjnego, a przecież nic nie dzieje się w próżni. Jedno wyrasta z drugiego, jest akcja i jest reakcja, jest zbrodnia i musi być kara - tak przynajmniej zostałem wychowany. Oczywiście w tym temacie będzie również mowa o zbrodni i karze zbiorowej, dotykającej milionów ludzi różnych narodowości, zamęczonych tylko dlatego że zostali uznani za "podludzi". W samym jednym niemieckim obozie koncentracyjnym w Ravensbrück, w którym więziono (przez cały okres trwania obozu, czyli w latach 1939-1945) ponad 130 tys. kobiet i dziewcząt. 90 tys. z nich zamordowano, z czego prawie 40 tys. to były Polki - zabite tylko za swoją narodowość, za to że były Polkami. Tak jak Żydów zabijali Niemcy za to że byli Żydami, tak samo Polaków zarówno Niemcy jak i Sowieci mordowali tylko za to że byli Polakami. To był drugi, całkowicie zapomniany w świecie Holokaust, który tylko dlatego nie został zrealizowany w pełni, ponieważ Niemcom po prostu zabrakło na to czasu, gdyż przegrali wojnę. Gdyby tę wojnę wygrali, to zarówno Polacy jak i Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini, Litwini i inne narodowości Europy Wschodniej (gwoli wyjaśnienia - z wszystkich tu wymienionych jedynie Polska nie leży w Europie Wschodniej. Polska leży i zawsze leżała w Europie Środkowej - i watro to sobie zapamiętać), szybko dołączyliby do Żydów. Nastałby nieprawdopodobny i nieznany dotąd w dziejach świata Holokaust setek milionów ludzi - Słowian. Przy nim, Holokaust Żydów byłby jedynie "nieznacznym" dodatkiem, a "Totenburgi" (mauzolea chwały żołnierskiej) dla poszczególnych narodów, wyrastałyby jak grzyby po deszczu (projekt Totenburgów przejęli potem Sowieci, a jednym z jego przykładów jest chociażby majestatyczny Kurhan Mamaja w Stalingradzie/Wołgogradzie).

Tak więc gdybym pominął tę kwestię, wyrządziłbym niepowetowaną krzywdę ofiarom niemieckich zbrodni, gdyż późniejsza zemsta ofiar (oczywiście o nieporównywalnej nawet ze sobą skali - z jednej strony bowiem istniał cały państwowy i doskonale zorganizowany przez niemieckich nazistów przemysł masowego ludobójstwa, z drugiej zaś pojedyncze i nieskoordynowane akty zemsty poszczególnych ludzi, którzy częstokroć wcześniej przeszli przez prawdziwe piekło obozów zagłady), była jedynie reakcją na to, czego ci ludzie osobiście doświadczyli. Jeśli ktoś widział jak na jego oczach morduje się całą jego rodzinę, jak matka umiera z zimna, głodu i chorób, jak ludzie mordowani są każdego dnia dla zabawy (już kiedyś wspominałem, że gdy mój dziadek miał 15 lat, trafił ze swym ojcem a moim pradziadkiem do niemieckiego obozu pracy pod Poznaniem - za odmowę podpisania volkslisty i wstąpienia do Wehrmachtu, jako że mój pradziad miał przecież ewidentne korzenie niemieckie i to z obojga rodziców - doświadczył pewnego wydarzenia, o którym opowiedział mi dopiero ojciec. Otóż gdy zwołano komando do pracy i ogłoszono zbiórkę - niemiecki oficer, aby pokazać reszcie co ich czeka, jeśli nie będą dobrze i dokładnie pracować, wywołał z szeregu pewnego młodego chłopaka i kazał mu stanąć frontem do szeregu. Następnie wziął do ręki łopatę i jej ostrą krawędzią uderzył tego chłopaka w głowę w taki sposób, że... przepołowił tę głowę na dwie części. I to był tylko przykład dany całej reszcie, pokazujący co ich czeka jeśli będą źle pracować), to trudno potem wybaczyć i nie myśleć o zemście. To, co opisują ludzie, którzy sami potem mścili się na Niemcach, jest zupełnie nieprawdopodobne i niewyobrażalne i trudno mieć do nich jakiekolwiek pretensje o ich późniejsze okrucieństwo. "To nie ja wymyśliłem zabijanie niewinnych za niewinnych, to nie ja wymyśliłem koryto gipsowe dla mojego ojca. Moja matka po wojnie sześć operacji miała i umarła tak ją wykończyli w obozie, brata mi zastrzelili jeszcze 1944 r." - jak zeznawał po wojnie niejaki Ignacy Sz. jeden z katów Obozu Pracy w Łambinowicach. "Za grzechy nie żałuję. Kończę się tak samo jak ten wiek - wiek diabła. Amen" - a tak brzmiały słowa Czesława Gęborskiego - komendanta komunistycznego (i nadzorowanego przez Sowietów) Obozu Pracy w Łambinowicach (1945-1946), który mścił się w sposób nieludzki na uwięzionych w tym obozie Niemcach i Polakach (ci, trafiali tam albo przez pomyłkę, jako Ślązacy, a przecież dla Sowietów każdy Ślązak to Niemiec, lub jako członkowie organizacji niepodległościowych, walczących z "czerwoną zarazą" przylazłą ze Wschodu). O metodach tam uskutecznianych już pisałem, można tylko przytoczyć niektóre fragmenty z procesu, jaki wytoczono Gęborskiemu najpierw jeszcze w 1945 r. a potem w 1956 r. (ostatecznie uniewinniony został w 1959 r. Zmarł w Opolu w 1973 r.w wieku 48 lat).

"Czasami, dla rozrywki, kazaliśmy jednym wchodzić na drzewo, na sam czubek. A innym piłować. Spadali jak gruszki. Gęborski kazał kiedyś jednemu wejść i krzyczeć, jestem małpą! A my strzelaliśmy. Aż spadł. Buty i do dziury, żył czy nie, jego sprawa. (...) Nie mieliśmy koni, to zaprzęgaliśmy do pługa i brony mężczyzn. Do pługa dwunastu, do brony od ośmiu do dwunastu, zależnie od siły, do siewnika - piętnastu. Zdarzało się, że ciągnęły też kobiety. (...) Piętnastego września zaprzęgnęliśmy do wozu szesnastu, bo mieliśmy zawieźć do wioski ciężkie części. Tłukliśmy ich po drodze kijami, ile wlazło, zaciągnęli. Wracając, w lesie, postrzelaliśmy trochę. Połowę z nich zagoniliśmy strzałami do stawu i potopili. Sześciu zaciągnęło nas na powrót, trzech z nich straciło mowę ze strachu, jeden sam się powiesił". (...) Strzelaliśmy do ludzi na drzewach jak do małp, strzelaliśmy do ludzi w kiblach jak do much. Raz bab za dużo do latryny wlazło, puściłem całą serię, jedne dostały w brzuch, inne w piersi, kule trafiały jak ślepy los. Stękały, jęczały, rzęziły. Do dziury. Żeby śladu nie było, pod ziemię. Wiły się w niej jak duże glisty, zasypaliśmy piachem. (...) Frau Patschke nażarła się mojego gówna, Fraulein Marii Schmolke z Łambinowic naszczaliśmy do gęby i kazaliśmy jej lizać krew z jej niemieckich ziomków, co leżeli na ziemi. Baby i dziewczyny dogorywały na izbie chorych. Kazaliśmy jebać się im nawzajem i nawzajem torturować. Dziewuchom "płaciliśmy" tak, że wsadzaliśmy im między nogi banknoty namoczone w nafcie i zapalali. Smród szedł okropny. Wsadzaliśmy im do pochwy rozpalone pogrzebacze, wpuszczaliśmy tam szczury i myszy". Straszne, prawda? Należy jednak pamiętać że ci ludzie, wówczas młode chłopaki z których nowe, komunistyczne władze uczyniły sobie komendantów i nadzorców Obozu Pracy - wcześniej przeszli prawdziwe piekło, albo osobiście siedząc w niemieckich obozach zagłady, albo na własne oczy widząc śmierć swoich bliskich. Mścili się i to w sposób okrutny, to prawda - czy można ich usprawiedliwiać? Uważam że nie, gdyż każdy człowiek jest kowalem własnego losu i każdy sam decyduje o swoim życiu. Jednak potrafię sobie wyobrazić jak silna musi być też nienawiść i chęć zemsty na tych, którzy wymordowali całą moją rodzinę. 

A mściły się również kobiety, np. Żydówki które uniknęły śmierci w obozie zagłady i widziały jak niemiecki strażnik zabija ich siostrę, tylko za to że ta próbuje wykopać ze śniegu trochę zmarzniętej trawy, żeby zapchać nią brzuch. One też potrafiły się mścić. Oczywiście były to mimo wszystko raczej indywidualne historie, chociaż podczas przesłuchań złapani w mundurach Niemcy, byli bici tak długo, póki nie powiedzieli kim naprawdę są (byli bowiem tacy oficerowie Wehrmachtu, którzy przebierali się w mundury żołnierskie i twierdzili że są zwykłymi żołnierzami, najczęściej pracujący w polowej kuchni lub sanitariacie. Najgorsze katusze przechodzili zaś ci, którzy należeli do SS - a to było bardzo łatwo sprawdzić gdyż każdy esesman miał tatuaż po prawą pachą). To były oczywiście ekstremalne przypadki, ale w ogóle ludność niemiecka, która nie uciekła przed frontem, licząc na to że po wojnie ziemie przygraniczne i tak wrócą do Niemiec - była poddana szeregowi licznych (drobnych, choć uciążliwych) zniewag, jak choćby obowiązkowi kłaniania się polskim sąsiadom poprzez ściąganie czapki z głowy, zakaz chodzenia ulicą (tylko drogą lub jezdnią), zakaz podróżowania komunikacją miejską (chyba że w towarzystwie Polaka lub Rosjanina), zakaz mówienia po niemiecku na ulicy lub nakaz pisania słowa "Niemcy" małą literą. Nie mówiąc już oczywiście o tym, przez jakie piekło przeszli niemieccy żołnierze wzięci do niewoli sowieckiej na froncie wschodnim, którzy zostali wysłani na Syberię i tam, w przejmującym mrozie, dochodzącym nawet do -40 stopni Celsjusza, musieli pracować w kopalniach niczym najprawdziwsi niewolnicy (większość z nich wróciła do Niemiec dopiero po roku 1955, czyli po układzie Chruszczow-Adenauer, gwarantującym niemieckim jeńcom powrót do ojczyzny). Należy jednak pamiętać, że ci żołnierze (w ogromnej większości z Wehrmachtu a nie tylko z formacji SS) częstokroć wcześniej byli sprawcami mordów na froncie wschodnim, zabijając całe rodziny, paląc domy (z mieszkańcami w środku) lub wykopując doły i zaganiając tam ludność wsi, po czym wrzucając granaty. "Bohaterski" Wehrmacht - to był też ich kara i katharsis.


 TEN FRAGMENT FILMU "NASZE MATKI, NASI OJCOWIE" JEST NIEPRAWDZIWY. POKAZANY JEST TAM BOWIEM "ZŁY" OFICER SS i DOBRZY ŻOŁNIERZE WEHRMACHTU. PRAWDA BYŁA TAKA, ŻE WIĘKSZOŚĆ ZWYKŁYCH ŻOŁNIERZY WEHRMACHTU MORDOWAŁA Z ZIMNĄ KRWIĄ BEZ SKRUPUŁÓW ŻYDÓW, POLAKÓW I ROSJAN - NIE JAKO NAZIŚCI, GDYŻ 90 proc. NIEMCÓW (W TYM OCZYWIŚCIE ŻOŁNIERZY WEHRMACHTU) NIE NALEŻAŁA DO PARTII NAZISTOWSKIEJ. ZABIJALI WIĘC JAKO NIEMCY - "PRZEDSTAWICIELE NARODU PANÓW" - NA CHWAŁĘ TYSIĄCLETNIEJ RZESZY NIEMIECKIEJ



 TYSIĄCLETNIA RZESZA TRWAŁA ZALEDWIE DWANAŚCIE LAT, A TO CO MUSIELI PRZEJŚĆ ŻOŁNIERZE WEHRMACHTU, BYŁO ICH POKUTĄ





Bo przecież większość z tych niemieckich zbrodniarzy II Wojny Światowej (zarówno bezpośrednich wykonawców, jak i tych zza biurek), to byli tzw.: normalni ludzie, częstokroć bardzo dbający o swoje rodziny. Przecież jak się czyta "Dzienniki" Goebbelsa, to wyłania się z nich obraz człowieka niezwykle wrażliwego, na zabój zakochanego w swej żonie i dzieciach. Gdy pisze, jak mu dobrze gdy czuje ciepło swej ukochanej żony, jak odpoczywa w towarzystwie dzieci, to człowiek nabiera przekonania że taki ktoś w żaden sposób nie byłby w stanie popełnić jakiejkolwiek zbrodni (zresztą przecież ani Hitler, ani Goebbels, ani Himmler ani żaden z owych nazistowskich zbrodniarzy, osobiście nikogo nie zastrzelił, często nawet nie uderzył w twarz - Himmler na przykład mdlał na widok... krwi cieknącej z nosa). A jednak gdy wracał do swoich codziennych zajęć, zmieniał się nie do poznania i był gotów (oczywiście nie on sam) na wszelkie ofiary, byleby tylko Fuhrer i III Rzesza przetrwały. Ci "zwykli ludzie" doprowadzili do wywołania największej wojennej hekatomby w dziejach ludzkości, wydając rozkazy mordów i zbrodni na milionach - ostatecznie sami utopili się we własnej krwi. Ale jakim kosztem? Jedna tyrania została pokonana przy pomocy drugiej tyranii, która zajęła dla siebie pół Europy i nastał czas tzw.: "Zimnej Wojny" (w dużej mierze pozorowanej, jako że służby specjalne - i nie tylko - obu stron tego konflikty, były bardziej lojalne wobec siebie samych, niż wobec własnych państw i rządów - ale to zupełnie inny temat). Tak więc, bez ukazania cierpień, przez które przeszły narody ofiar: Żydów, Polaków, Rosjan, Białorusinów, Ukraińców, etc. etc., nie jest możliwe zaprezentowanie pełnego obrazu doświadczeń, jakie spadły na naród niemiecki po zakończeniu II Wojny Światowej. Nie chciałbym jednak (mimo wszystko) ograniczyć się tylko do pokazywania cierpień narodów rzuconych w wir wojny. 


"NIE MOGĘ PATRZEĆ NA BITEGO CZŁOWIEKA 
- NIE MOGĘ!
JEŻELI BIJE KTOŚ INNY"

 

Trudno bowiem zrozumieć dlaczego w ludziach wyrosły żywe bestie, gdy spojrzy się na ostatnie miesiące pokoju w Europie. Na ten spokojny, błogi czas miłości, szaleństw, opalania się w gorących płomieniach letniego słońca, które w roku 1939 było tak upalne, że ludzie i asfalt rozpuszczali się z gorąca, oraz szalonych tańców i atmosfery niekończącego się szczęści - wszystko to nagle zniknęło dnia 1 września 1939 r. jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki złej czarownicy. Skończył się dawny świat i rozpoczynał nowy, okrutny, który przyniósł niewyobrażalne morze cierpienia i krwi. Ale któż mógł się tego spodziewać w tych ostatnich miesiącach pokoju w Europie? Tamci ludzie z radością obchodzili karnawał, szykowali kreacje na zabawy, planowali wakacyjne wycieczki i emocjonowali się sportową rywalizacją swoich drużyn i zawodników. Czytając to i wiedząc jednocześnie co ich wkrótce spotka, żal serce ściska, szczególnie gdy widzi się z jaką beztroską ludzie podchodzili do życia, jak chcieli roztopić się w szczęściu i zabawie. Na myśli przychodzą mi w tym momencie jedynie słowa, które niezwykle trafnie można odnieść do cieni Tamtego Świata, a które brzmiałyby niczym donośny głos z otchłani czasu, który wołał wraz z nimi wszystkimi: "Kochani, bawmy się - jeszcze żyjemy!".      




 



 
CDN.

niedziela, 3 listopada 2019

MEMORIAM - Cz. XII

ZEMSTA JEST ROZKOSZĄ BOGÓW









"ZŁOTO I PRAWOŚĆ SĄ JAK DWA CIĘŻARY 
POŁOŻONE NA SZALACH WAGI"

PLATON


Po zawarciu pokoju z władcą Pontu - Mitrydatesem VI w Dardanos (85 r. p.n.e.) Lucjusz Korneliusz Sulla urządził sobie kilkunastomiesięczne wakacje, które początkowo spędzał w Atenach, a następnie w miejscowości zwanej Ajdepsos, gdzie leczył podagrę. Z Aten zabrał sławną wówczas bibliotekę Apellikona z Teos (potem zostanie ona przewieziona do Rzymu, co spowoduje pierwsze zapoznanie się Rzymian z twórczością Arystotelesa i Teofrasta, wcześniej tam zupełnie nieznanych). W Ajdepsos zaś spędzał czas Sulla na przyglądaniu się scenicznym występom aktorskim, oraz braniu ciepłych kąpieli i kurowaniu swych zdrętwiałych nóg. Tymczasem w Italii niepodzielnie władał Gnejusz Papiriusz Karbon - przywódca stronnictwa popularów, który również gromadził siły spodziewając się nieuchronnego starcia z Sullą. Po porażce, jaką w prowincji Afryka zadał Kwintusowi Metellusowi Piusowi, pretor Gajusz Fabiusz, uciekł stamtąd z niewielkim oddziałem do obozu Sulli - Marek Licyniusz Krassus (którego ojciec i brat zostali zamordowani z polecenia Lucjusza Korneliusza Cynny - poprzednika Karbona). Sulla, otaczał się młodymi, zdolnymi ludźmi, którzy za kilka lat będą decydowali o polityce Rzymu (Lukullus, Krassus, Pompejusz), Krassus przejdzie do historii jako pogromca zbuntowanych niewolników spod znaku gladiatora Spartakusa, ale stanie się to dopiero za kolejną dekadę, teraz zaś, 30-letni Krassus dołączył do Sulli i wraz z jego legionami przeprawił się przed Adriatyk do Italii. Przerzut armii z Grecji, umożliwiła flota Lucjusza Licyniusza Lukullusa, choć akurat on sam otrzymał zadanie pozostania w Helladzie i dopilnowania wprowadzenia w życie pokoju z Dardanos, a było jeszcze kilka naglących kwestii które należało niezwłocznie rozwiązać (jak choćby sprawa miasta Mityleny na Lesbos, które wciąż nie poddało się się Rzymowi).

Sulla wylądował ze swą armią w porcie w Brundyzjum (wiosna 83 r. p.n.e.). Jednak nim jeszcze wylądowali na italskiej ziemi, Sulla wziął od swych żołnierzy solenną przysięgę, iż nie rozproszą się oni po miastach i nie przystąpią do rabunku, tak jakby to czynili w kraju podbitym (żołnierze byli ślepo oddani Sulli, gdyż to właśnie dzięki niemu zdobyli ogromne bogactwa na wojnie z Mitrydatesem pontyjskim, a teraz, gdyby udało się jeszcze poskromić popularów w Rzymie, staliby się bogatsi również o znaczne posiadłości ziemskie w Italii). Przysięgli więc że Italii nie wyrządzą żadnej krzywdy. Po wylądowaniu szybkim marszem wojska Sulli przemaszerowały do Tarentu drogą Via Appia, która przez Venusię, Beneventum, Kapuę i Tarracinę wiodła bezpośrednio do Rzymu. Tymczasem w Picenum, w swych posiadłościach ziemskich, bawił młody Gnejusz Pompejusz, który niedawno ożenił się z córką trybuna ludowego (z 88 r. p.n.e.) i pretora - Antystiusza - Antystią. Młoda para wyjechawszy do majątku Pompejusza w kraju Picenów i spędzała tam przyjemnie czas, odwiedzając lokalne miasta (Asculum, Firmium, Hadrię), gdzie żywa była jeszcze pamięć jego ojca - Gnejusza Pompejusza Strabona. Na wiadomość o przybyciu do Italii Sulli, Pompejusz zebrał wśród weteranów swego ojca nową armię w liczbie trzech legionów (wcześniej próbował ich zwerbować w imieniu Karbona niejaki Wediusz, ale nie powiodło mu się i próbę tę przypłacił życiem). Dołączył na ich czele do sił Sulli, by w wieku 23 lat stać się wodzem i otworzyć tym samym sobie drogę do wielkiej polityki. Tak oto w obozie Korneliusza Sulli znaleźli się dwaj późniejsi członkowie Pierwszego Triumwiratu - zaś trzeci z nich, najmłodszy, pozostawał w Rzymie, po drugiej stronie politycznej barykady. Warto teraz na moment zaprezentować ich sylwetki. To, jakimi byli ludźmi, nim stali się politykami, wodzami i triumfatorami odciskającymi swe olbrzymie piętno na losach Miasta i całej Republiki.

Zacznijmy może od najstarszego z nich - Marka Licyniusza Krassusa. Przyszedł on na świat w roku konsulatu Gajusza Porcjusza Katona i Marka Acyliusza Balbusa (114 r. p.n.e.). W roku tym nieszczęsnym na lud Kwirytów (czyli Rzymian - określenie Kwiryci czasem pojawia się w źródłach literackich), spadła hańbiąca niegodziwość, która nastepnie skutkować będzie gniewem bogów i za lat kilka doprowadzi do najazdu barbarzyńców z Północy. Szaleństwo jakoweś ogarnęło "Święte Dziewice" bogini Westy, a Miasto nie widziało takiej zbrodni od stu lat. Już Eurypides (w swej "Audzie") pisał że nieujarzmiona niewieścia natura może doprowadzić do nieszczęść wszelakich, a przyroda tak stworzyła kobietę iż jest ona podatna na wszelkie zmysłowe bodźce. Także Cyceron pisał iż: "Czystość natury wielu niewiast, cierpi za zmysłowość wszystkich kobiet", stąd należy chronić niewiasty przed nimi samymi, gdyż pozostawione bez kontroli prowokują jedynie katastrofy. Tak też się stało w tymże roku, w którym narodził się późniejszy triumwir - Marek Licyniusz Krassus. Oto niejaka Emilia, wywodząca się ze sławnego, patrycjuszowskiego rodu, kapłanka bogini Westy, uległa pewnemu mężczyźnie, niepomna zbrodni jakiej się dopuszcza. Ten, gdy już ją posiadł, chciał by spotykała się z nim częściej, ona jednak po pewnym czasie zapragnęła zakończyć tę znajomość i jakby nigdy nic wrócić do grona "Wiecznych Dziewic". Mężczyźnie to się nie spodobało, zaczął więc ją szantażować, że jeśli mu odmówi kolejnych miłosnych uniesień, wyjawi iż go uwiodła i dopuściła się grzechu śmiertelnego wobec bogini i wobec obywateli. Westalka Emilia spotykała się więc z nim dalej, mimo ciążącej nad jej głową kary. Nie dość na tym, gdyż ów mężczyzna zapragnął również innych jej "sióstr" (w rozumieniu sióstr z jednego zakonu) i wciągnął w ten proceder kilku swoich kompanów, jej samej nakazując szantażem sprowadzenie innych kobiet. Emilia nie mając wyjścia, namówiła jeszcze dwie inne westalki - Licynię (notabene daleką ciotkę Marka Licyniusza Krassusa) i Marcję. One równie chętnie przystały do zbrodni, zakażając atrium bogini Westy swymi grzechami i zamieniając je w zwykły dom rozpusty.




Nie wiadomo jak długo trwałaby ta niegodziwość gdyby nie tragedia, jaka się wkrótce potem wydarzyła. Otóż dostojną westalkę o imieniu Helwia - zabił piorun gdy ta jechała akurat konno za Miasto. Znaleziono ją leżącą przy trupie konia, z odsłoniętą głową, bez welonu i z... podkuloną suknią, spod której widać było nie tylko gołe nogi, ale i łono. Przerażenie ogarnęło Miasto, cóż to się mogło stać że dobra bogini ukarała tak okrutną śmiercią jedną ze swoich kapłanek. Zwrócono się czym prędzej do haruspików (wieszczów - przepowiadających przyszłość z trzewi ofiarnych zwierząt). Ci orzekli że martwy koń z rozerwanym rzędem oznacza rozpasanie stanu rycerskiego (ekwitów), zaś odsłonięte łono westalki - zbrodnię jaką dopuścić musiały się jej siostry. Natychmiast wszczęto oficjalne śledztwo w tej sprawie a Pontifex Maximus (Najwyższy Kapłan - jako ich bezpośredni zwierzchnik) przeprowadzał ciągłe kontrole w domu Westy, każąc chłostą te westalki, które w jakiś sposób uchybiły swym obowiązkom wobec bogini (notabene - w tym czasie chłostą nie karano już nawet najuboższych obywateli, a westalki wciąż poddane były tejże każe, wykonywanej oczywiście ręką samego Pontifexa). Niczego jednak nie znaleziono, lecz oto znalazł się niewolnik, który (zwabiony obietnicą wyzwolenia i nagród, jakie oferowano za wskazanie winnych) należał do jednego z mężczyzn, wywodzących się właśnie ze stanu rycerskiego - który wyjawił prawdę. Po nitce do kłębka złapano wszystkich winnych niegodziwości wyrządzonej bogini, a ponieważ Pontifexem był wówczas niejaki - Lucjusz Cecyliusz Metellus Dalmatikus (zatwardziały konserwatywny arystokrata) nikt z oskarżonych nie mógł mieć nawet cienia nadziei że uda mu się ocalić życie (przynajmniej teoretycznie).

Okazało się jednak że wyrok trybunału jakiemu on przewodził, nie był aż tak dotkliwy, jakby się można było spodziewać. Na śmierć skazano jedynie samą Emilię i tych mężczyzn, którzy korzystali z jej wdzięków, natomiast dwie pozostałe westalki - Licynia i Marcja zostały uniewinnione z oskarżenia o sprzeniewierzenie się bogini. Mężczyźni zostali skazani na karę chłosty (aż do śmierci), ale kara, jaką musiała przejść Emilia była niezwykle okrutna. Za to że "zhańbiła swą dziewiczość" została pogrzebana żywcem. Przy Bramie Kollińskiej znajduje się pas ziemi nazywany przez jednych "groblą", a przez innych "Polem Zbrodniczym" gdzie od wieków już chowano te ze "Świętych Dziewic", które złamały przysięgę złożoną bogini i dały się pozbawić cnoty. Sprowadzono tam ową Emilię (niesioną w całkowicie osłoniętej przed wzrokiem ludu lektyce). Czekał tam już na nią wykopany głęboki grób o dość sporych rozmiarach, zaś w środku znajdowało się posłane łóżko a przy nim zapalona lampka. Było tam też nieco jedzenia - chleb, woda, mleko, oliwa (był to oczywiście dar symboliczny, bowiem westalka nigdy nie miała możliwości z niego skorzystać). Gdy lektyka przybywa na miejsce, niewolnicy rozwiązywali rzemienie (uniemożliwiające ciekawskim zajrzenie do środka) i wyciągnęli leżącą cały czas kapłankę. Pontifex Maximus wzniósł ręce ku niebu i odmówił modlitwę, zaś lud w milczeniu po raz ostatni żegnał się z "Wieczną Dziewicą". Był to szalenie smutny moment. Gdy arcykapłan zakończył modły, wyciągnął rękę do westalki i pomógł jej podejść do drabiny, którą ta zejść miała do swojego grobu. Gdy tak się już stało, drabinę wyciągnięto się na zewnątrz, a na westalkę aczęto sypać ziemię, tak aby ostatecznie zakryć i potem wyrównać to miejsce. Dziewczyna ginęła w strasznych męczarniach z braku powietrza. Potem co roku, w Dzień Zaduszny, przybywał Pontifex w to miejsce, aby złożyć ofiary za duszę "wiarołomnej córy" i odprawić mdły do bogów (Najwyższy Kaplan był uważany za ojca wszystkich westalek, stąd jako jedyny mógł wymierzać im sprawiedliwość i karać za przewinienia, oraz nagradzać za wszelkie dobrze wykonane prace oraz modlić się za ich dusze. Poza tym po ukończeniu 30-letniej posługi w świątyni Westy - do której to służby Pontifex wybierał dziewczęta w wieku od 6 do 10 lat - kobiety stają się najbardziej pożądanymi kandydatkami do ożenku, a arcykapłan - jako ich duchowy ojciec - osobiście dawał im takiego kandydata na męża, który po pierwsze zapewniał im dostatnie życie a po drugie miał nieposzlakowaną opinię. Jeżeli taki małżonek źle traktował byłą "córę Pontifexa" i jeśli ona się na niego poskarżyła, mężczyzna musiał zostać ukarany. W każdym razie była westalka mogła też się z nim rozwieść, jeśli oczywiście miała ku temu powód).

Świętokradztwo Emilii i jej skazanie na śmierć bynajmniej nie zakończyło całej sprawy. Oszczędzone westalki - Licynia i Marcja nie cieszyły się długo wolnością, gdyż powrócono do tego tematu w roku następnym (113 p.n.e.) za sprawą trybuna ludowego -  Sekstusa Pudyceusza, który na zgromadzeniu ludowym przedstawił ustawę o zmianę struktury trybunału sędziowskiego, jaki miał orzekać w sprawach cudzołóstwa i wszelkich innych zbrodni popełnionych przez "Święte Dziewice". Proponował by trybunał kapłański zamienić w trybunał świecki, w którym miast Najwyższego Kapłana, orzekać będzie wcześniej wybrany (przez zgromadzenie ludowe) sędzia. Ustawa ta została gremialnie przyjęta przez lud na zgromadzeniu a pierwszym sędzią został wybrany (znany ze swojej prawości, uczciwości, a przede wszystkim surowości w kwestiach moralnych) Lucjusz Kasjusz - który postulował aby roztoczyć nad westalkami jeszcze większą kontrolę niż dotychczas. Kobiety należy bowiem chronić przed nimi samymi - czyż nie tak postępowali nasi przodkowie? Gdy barbarzyńscy Galowie zajęli Rzym (387 r. p.n.e.), w mieście pozostało jedynie kilku starych senatorów, aby dać odpór barbarzyńcom w imię bogów, których miasto ludność porzuciła uciekając w popłochu. Wtedy to również ojcowie nasi przewieźli westalki do etruskiego Caere, by ochronić ich dziewictwo i honor przed zbrukaniem. Wtedy potrafiono zadbać o kapłanki Westy, ale w czasach o których jest mowa, zaufanie do stanu senatorskiego znacznie podupadło. Lud widział nieprawości, przekupstwo i niegodziwość nobilów. Widział sprzedajność wodzów, którzy opłacani przez wrogich Kwirytom królów, tak prowadzili wojny, aby ostatecznie toczyć je latami i przedłużać w nieskończoność. Widziano co się dzieje na posiedzeniach senatu, na tę powszechną pustkę polityczną, która im bardziej przypominała wydmuszkę, tym z większą zapalczywością biła w przeciwną stronę. Popularzy oskarżali optymatów o wszelakie niegodziwości i na odwrót, a niekiedy mordowali się w bratobójczych walkach. O co? O lud? Żadne stronnictwo polityczne nie miało już dobra ludu na swych sztandarach, im tylko chodziło o władzę dla samej władzy. A lud to widział. Widział jak prostytuują się córy najlepszych rzymskich rodów, choć wiele z nich miało potem usta pełne napomnień o moralności i brało udział w publicznych modłachoraz ofiarach ku czci bogów, których wcześniej znieważyli.




Dlaczego Licynia i Marcja uniknęły losu Emilii - pytano wówczas powszechnie. Dlatego tylko że obie wywodziły się z możnych, senatorskich rodów, a ich obrońcami byli Lucjusz Licyniusz Krassus (jeden z najsławniejszych mówców swoich czasów) i Marcjusz Filip - szczycący się rodem o korzeniach królewskich. Emilii - również pochodzącej z możnego rodu, nie dało się już uratować bo sprawa była nazbyt oczywista, ale pozostałe kobiety uniewinniono, mimo że również i one brały udział w akcie cudzołóstwa. Nic dziwnego że ustawa trybuna Pudyceusza spotkała się z tak dużą aprobatą ludu rzymskiego. W końcu trybuni ludowi występować mają w obronie ludu, a gdyby takiego świętokradztwa dopuściła się kobieta z ludu (droga do zakonu "Świętych Dziewic" otwarta była bowiem dla wszystkich dziewczynek, bez względu na ich pochodzenie społeczne czy majątek), niechybnie spotkała by ją taka sama kara śmierci, której doznała Emilia. Dlaczego więc tamte kobiety uniewinniono? Nowy trybunał sądowy pod przewodnictwem Lucjusza Kasjusza, wznowił proces i ponownie wezwano obie kobiety, by dokładnie opowiedziały w jaki sposób znieważyły boginię (innymi słowy - ile razy i w jaki sposób oddawały się cieleśnie mężczyznom). Licynia i Marcja raz jeszcze musiały przejść przez poniżające przesłuchania, z tym że teraz nikt nie traktował ich ulgowo. Grozy upokorzenia dodawał fakt, że o ile trybunał kapłański odbywał się w świątyni, poza oczyma ciekawskich, o tyle obecny, świecki trybunał Pudyceusza był otwarty dla wszystkich, przeto każdy mógł się przysłuchiwać w jaki sposób obie westalki obraziły boginię. W tych warunkach nawet płacz i wszelkie przysięgi niewiele znaczyły, gdy lud domagał się ukarania cudzołóstwa - jako zbrodni popełnionej przeciwko bogom. Najlepsi obrońcy niewiele mogli tu wskórać a wyrok mógł być tylko jeden - śmierć przez zakopanie żywcem. Tak oto w rok po swej zakonnej siostrze Emilii, z woli ludu rzymskiego zgładzono również Licynię i Marcję, obie kobiety które myślały że uda im się uniknąć kary.

Cudzołóstwo westalek i pogrzebanie ich żywcem zawsze znamionowało jakoweś klęski - jakąś karę nałożoną przez bogów na Miasto za nikczemność jednostek. Ileż to już było w przeszłości takowych przypadków, gdy Pole Zbrodnicze pochłaniało kapłanki Westy. Pierwszą bodajże - jeszcze za rządów króla Tarkwiniusza Starego (panował ok. 617-578 r. p.n.e.) - która doświadczyła takiej śmierci, była westalka o imieniu Pinaria. Kolejną (wedle tego, co udało mi się zliczyć) westalka Opimia, która (w roku 485 p.n.e.) oddając się cieleśnie mężczyźnie, pełniła jednocześnie posługi kapłańskie przy Wiecznym Ogniu Westy, kalając tym samym zarówno "Święty Płomień" jak i cały przybytek. Po tym jak morowa zaraza (dżuma) dosięgnęła kobiety (szczególnie te ciężarne), wykryto kolejne świętokradztwo z zakonie "Świętych Dziewic" i niejaka Orbinia dołączyła do niechlubnego grona zakopanych za życia niewiast na Polu Zbrodniczym (472 r. p.n.e.). W czasie, gdy na wschodzie Aleksander Wielki wyruszał na podbój Persji, za konsulatu Spuriusza Postumiusza Albinusa i Tytusa Weturiusza Kalwinusa (334 r. p.n.e.) podejrzenie na siebie ściągnęła niejaka - Minucja, która będąc westalką miała nad wyraz duże upodobanie do pięknych strojów i klejnotów. Także i ona podążyła do dołu śmierci i gdyby nie relacja Liwiusza, zniknęłaby też w mrokach dziejowej niepamięci. Dwa pokolenia później (273 r. p.n.e.) również pewna Sekstylia oskarżona została o cielesne obcowanie z mężczyzną i również ją pochłonęło Pole Zbrodnicze. Wojna z Pyrrusem z Epiru spowodowała upadek moralności wśród ludu Kwirytów czego nie uniknęły również i westali. Niedługo po ukaraniu Sekstylii nowa wybuchła afera w domu Westy (264 r. p.n.e.), gdy okazało się że nad swą chucią także nie motrafiła zapanować westalka Kapparonia. Ta jednak, nie czekając końca procesu i wyroku skazującego na tak okrutną śmierć, jaką było zakopanie żywcem w ziemi, wolała popełnić samobójstwo. Klęska kannanejska, doznana w krwawej wojnie z Hannibalem (216 r. p.n.e.) również doprowadziła do wszczęcia śledztwa i wykrycia cudzołustwa dwóch "Świętych Dziewic" - Opimii i Floronii, przy czym ta pierwsza została stracona, a druga popełniła samobójstwo.




Sto lat był spokój, który zakłóciła właśnie sprawa Emilii, Licynii i Marcji. Była to też ostatnia taka zniewaga bogini Westy w naszych dziejach (rzeczywiście, potem już nie spotyka się przypadków karania westalek śmiercią za cudzołóstwo, choć istnieją informacje że nadal niektóre z nich spotykały się potajemnie z mężczyznami, jak choćby niejaka Licynia - kochanka Krassusa, o czym niżej). Ale przecież nie tylko kwestie cielesności były powodem ukarania westalek, równie ważny był aspekt ich wiary (w czasach późniejszych, gdy do tradycji przejdzie wystawianie posągów najsławniejszych westalek - dojdzie również do pewnego zdarzenia które spowodowało zniszczenie imienia westalki z wystawionego jej posągu w świątynnym ogrodzie Westy. Zbrodnia musiała być spora, gdyż imię westalki zostało zatarte, prócz pierwszej i ostatniej litery "C....E". Jej posąg w ogrodzie świątynnym stanął w roku 364, już po śmierci cesarza Jowiana i na początku panowania braci: Walentyniana I i Walensa, niedługo po śmierci cesarza Juliana Apostaty - 363 r. - co wydaje mi się, jest ważne. Czasy w których żyła owa kapłanka Westy, były okresem tak zwanej zmasowanej reakcji chrześcijańskiej, gdyż po tajemniczej śmierci Juliana Apostaty - który próbował odnowić w społeczeństwie rzymskim na powrót kult dawnych bogów - atak, jaki nastapił na pogaństwo w połowie lat 60-tych IV wieku, był tak zmasowany, że niewielu zdolnych było mu się przeciwstawić. Prawdopodobnie owa westalka, której imię zniszczono - choć litery i wolne miejsca pasują akurat do imienia Klaudii [CLAUDIAE] - popełniła ten grzech, że... zmieniła religię i stała się chrześcijanką. Oczywiście nie ma tu stuprocentowej pewności, gdyż w źródłach nie zachowało się wyjaśnienie tego potępienia pamięci, ale istnieje silne przypuszczenie, przechodzące w pewność że to właśnie zmiana wyznania była powodem utraty czci - jej posągu nie zniszczono tylko dlatego że został on poświęcony bezpośrednio bogini, ale jej imię starto na proch, by pamięć po niej na wieki zaginęła. Należy tu też dodać że, szczególnie od IV wieku naszej ery, chrześcijaństwo zaczęło zdobywał ogromną popularność wśród Rzymian w całym Imperium, a najwiekszy atak chrześcijan szedł właśnie na instytucję westalek i kultu bogini Westy, gdyż była to najmocniejsza ostoja pogaństwa [podobnie dziś największy atak współczesnego pogaństwa - neomarksizmu, genderyzmu, feminizmu i tego całego lgbt - idzie na chrześcijaństwo a szczególnie na Kościół Katolicki, jako najsilniejszą ostoję Dawnego Świata, który należy zniszczyć, aby na jego gruzach zbudować Nowy Porządek Świata - świat totalnej inwigilacji i totalitarnych rządów] Św. Ambroży z Mediolanu - żyjący w latach ok. 340-397 - pisał [nie bez dozy satysfakcji], że poganom coraz trudniej przekonać wiernych do swoich kultów, a szczególnie problem mają ze skompletowaniem skałdu zakonu "Świętych Dziewic" Westy, gdyż współczesne dziewczęta i kobiety tam się nie garną, natomiast zapełniają masowo chrześcijańskie klasztory).


KRASSUS ZWYCIĘZCA SPARTAKUSA



Tak wiec Marek Licyniusz Krassus przyszedł na świat w roku wstydu i pohańbienia zakonu kapłanek bogini Westy. Ojcem jego był Publiusz Licyniusz Krassus - człowiek co prawda niskiego rodu, ale wielkiego ducha, konsul (roku 97 p.n.e.), cenzor (roku 89 p.n.e.), oraz triumfator nad hiszpańskim plemieniem Luzytan (z roku 93 p.n.e.), matka jego zaś nie jest znana. Młody Krassus wychowywał się w domu, w którym się nie przelewało i miał jeszcze do tego dwóch braci. Ten okres pozostał mu w pamięci i jak mawiano, prócz wielu zalet jakimi się odznaczał, tę jedną miał wadę, że bardzo pożądał bogactwa. Wdał się w romans ze starszą od siebie westalką o imieniu Licynia (wsześniej wymienione przypadki kobiet które oskarżono i uśmiercono za cudzołóstwo, były przypadkami udowodnionymi. Natomiast ile było takich które nigdy nie ujrzały światła dziennego, przez co nie pozostał po nich żaden ślad w historii? Sam fakt że mówi się o potajemnym romancie Krassusa z westalką jest w tej kwestii niezwykle wymowny). Co ciekawe, nie czynił tego jednak powodowany miłością czy pożądaniem a... chciwością, gdyż miała Licynia sporych rozmiarów majątek ziemski pod Miastem, na który miał chrapkę Krassus. Czarował więc ją, szepcząc piękne słówka o miłości i tak długo nachodził, aż kobieta oczarowana jego względami, przepisała na niego cały swój majatek. Gdy to uczyniła, zaloty się skończyły a Krassus - twierdząc że muszą przestać się spotykać ze względu na podejrzenia jakie wokół ich kontaktów narastają - przestał ją więcej odwiedzać. Krassus był przykładem biznesmena bez skrupułów, dażącego do raz obranego celu wręcz po trupach. Miał też jednak ciekawe pomysły i żyłkę pioniera, wiedział w co zainwestować aby zbić na tym spory majątek. Tak było choćby w czasie, gdy przyłączywszy się do wojsk Sulli, gdy ten zdobył Rzym, wiele budynków w mieście padło ofiarą ognia wywołanego przez rozzuchwalone żołdactwo. Krassus wpadł wówczas na ciekawy pomysł, otóż ze swoich niewolników utworzył pierwsze w Rzymie, stałe oddziały straży pożarnej, które (za odpowiednią opłatą), gasiły pożary w Mieście (częstokroć Krassus skupował poważnie zniszczone domy czynszowe, odnawiał je potem dzięki pomocy swoich niewolników-architektów i następnie wynajmował za odpowiednie pieniądze. Dzięki temu zbił ogromny majątek. Ponoć istniała taka plotka, jakoby ludzie Krassusa specjalnie podpalali budynki na których mu zależało i nie gasili płonącego domu dopóty, dopóki mieszkańcy nie sprzedali go Krassusowi po takich cenach jakie ten sobie zażyczył - dopiero potem przystępowali do gaszenia pożaru. Ale czy była to tylko plotka?).




Gnejusz Pompejusz - drugi wielki Triumwir, urodził się na dzień przed kalendami października (dokładnie 29 września 106 r. p.n.e., jako że wrzesień liczył w rzymskim kalendarzu 29 dni, zaś kalendy rozpoczynały się zawsze pierwszego każdego miesiąca), za konsulatu Kwintusa Serwiliusza Cepiona i Gajusza Atyliusza Serranusa. Ojciec jego - Gnejusz Pompejusz Strabon (Zezowaty), nie miał (w odróżnieniu od ojca Krassusa) dobrej opinii wśród samych Rzymian (choć wielbiły go oddziały sprzymierzeńców z Picenum, stąd jego syn miał potem łatwiejszą drogę w zwerbowaniu weteranów ojca z tych ziem). Za młodu Pompejusz towarzyszył ojcu podczas walk z popularami. Tam też wykrył spisek niejakiego Lucjusza Terencjusza, który namówiony przez Cynnę poprzysiągł zgładzić obu Pompejuszów - ojca i syna. Został jednak złapany w pułapkę i stracony (wcześniej ktoś bowiem zdradził Pompejuszowi co Terencjusz planuje uczynić i ten był już przygotowany). Gdy Pompejusz Strabon zginął rażony piorunem (87 r. p.n.e.), młody 19-letni Pompejusz Młodszy wycofał się na pewien czas w domowe pielesze (tym bardziej że został mu wytoczony proces o nadużycia finansowe ojca, lecz udało mu się udowodnić że za całą sprawę odpowiada niejaki Aleksander - wyzwoleniec Pompejusza Strabona, który miał pieczę nad księgami i przez jego ręce przechodziły wszelkie łupy oraz kosztowności). W tym też czasie zwolennicy Cynny zdemolowali mu dom. Pompejusz zakochał się następnie w kurtyzanie o imieniu Flora. Pompejusz miał ponoć przystojny wygląd i miły sposób bycia. Z Florą spędzał wiele wolnego czasu i ponoć raz doszło na tym tle do sporu z niejakim Geminiuszem (przyjacielem Pompejusza), który także chciał "stosunków z Florą". Ponieważ była ona kurtyzaną, jej czas był cenny i każdy chętny musiał zapłacić za jej towarzystwo, ale ponoć z Pompejuszem miała szczególny kontakt i zawsze rozstawała się z nim z żalem. Cóż, we Florze zakochał się także Pontifex Maximus - Lucjusz Cecyliusz Metellus Dalmatikus (notabene - ojciec Cecylii Metelli - żony Korneliusza Sulli), ten sam, który sądził westalki: Emilię, Licynię i Marcję (114 r. p.n.e.). Ponoć, gdy ozdobił (na własny koszt) świątynię Dioskurów (Kastora i Polluksa), umieścił w niej również portret Flory - jako bogini, wschodzącej Jutrzenki (oczywiście obraz nie zachował się do naszych czasów). Po rozstaniu z Florą, Pompejusz nawiązał krótki romans z żoną swego wyzwoleńca - Demetriosa (choć potem - pomimo jej niezwykłej urody - zerwał z nią, gdy zaczęto mu wytykać że sypia z mężatkami). Ostatecznie poślubił córkę pretora Antystiusza - Antystię (choć potem nie uda mu się ochronić teścia przed śmiercią, gdy Sulla zacznie wprowadzać w Rzymie swoje krwawe rządy i mścić się na każdym, na którego choćby tylko padnie blady cień sympatii dla Mariusza, Cynny, Karbona i innych popularów). 

Do tego obozu należał też trzeci późniejszy Triumwir, ożeniony właśnie z córką Korneliusza Cynny - Kornelią, którą szczerze kochał i z którą odmówił rozwieść się nawet pod groźbą utraty życia (dyktator Sulla dał mu propozycję nie do odrzucenia - albo rozwiedzie się z Kornelią i wówczas może żyć w spokoju, albo też czeka go śmierć). Tym trzecim Triumwirem był oczywiście 17-letni wówczas potomek bogini Wenery - Gajusz Juliusz Cezar, ten który następnie ocali Republikę (i zapoczątkuje nową formę rządów zwaną cesarstwem, choć pierwszym princepsem stanie się dopiero jego stryjeczny wnuk - Gajusz Oktawiusz, zwany również Oktawinem Augustem). Ale o nim już w nastepnej części. 
 

PIERWSZE SPOTKANIE POMPEJUSZA I CEZARA




TRZYDZIEŚCI PIĘĆ LAT PÓŹNIEJ CI DWAJ PRZYJACIELE 
STANĘLI PRZECIWKO SOBIE W WALCE O WŁADZĘ NAD 
RZYMEM I CAŁYM IMPERIUM






CDN. 
 

sobota, 2 listopada 2019

DZIEŃ ZMARŁYCH - DNIEM WYZWOLONYCH

KILKA MOICH PRYWATNYCH 

OPINII NA TEMAT DNIA 

WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH I ZADUSZEK







  
"Co jest w niebie?" - takie pytanie zadał mi dziś (notabene, nie po raz pierwszy) mój siostrzeniec, mój chrześniak, który w styczniu skończy już cztery lata (jak ten czas leci). Na początku gdy zadał mi to pytanie, próbowałem się nieco wymigać mówiąc że na niebie jest słońce, są chmury etc. etc. ale nie, nie o to mu chodziło, koniecznie chciał się dowiedzieć co jest w niebie i gdzie są ci, których już z nami nie ma. Ciężko jest podjąć taki temat z małym dzieckiem, gdyż nie pojmuje on jeszcze pewnych niuansów, które dla ludzi dorosłych są (lub powinny być) oczywiste. Uważam jednak że trzeba z dziećmi mimo wszystko starać się rozmawiać na poważnie i tłumaczyć im zawiłości życia otwarcie, choć może niekiedy nie wiadomo jak się do tego zabrać. Ja w każdym razie, na tak postawione pytanie, odpowiedziałem że w niebie jest Bozia i każdy z nas po jakimś czasie (przyjmijmy że "na starość") wróci do nieba, czyli do Bozi. Może to trochę takie infantylne, ale wydaje mi się że jak dla czterolatka - wystarczające by jakoś sobie to pojęciowo uporządkował. Należy też jednak uważać co się mówi, bo dziecko w tym wieku chłonie wszystkie słowa jak gąbka i każde, wypowiedziane przez przypadek słowo, które dla nas nie ma większej wartości, dziecko zapamięta i będzie potem powtarzało w najmniej spodziewanych momentach. Ale to on sam zadał mi pytanie o takie właśnie kwestie egzystencjalno-duchowe.

Gdy zaś byłem dzieckiem, to zarówno z siostrą jak i z kuzynostwem, zawsze na 1 listopada (prócz zniczy zapalanych na grobach zmarłych bliskich i znajomych), chodziliśmy wspólnie również i na groby wojskowe, by zapalić tam znicz i pomodlić się. Pamiętam jak czekaliśmy by pójść "na groby żołnierzy" - i to była dla nas taka dziecinna frajda, móc tam właśnie zapalić ten płomyk pamięci za dusze poległych i pomordowanych w czasie wojny. Tę tradycję staram się kontynuować i gdy tylko jestem w Warszawie (z reguły przed Wszystkimi Świętymi) zawsze idę zapalić znicze na kilku innych grobach m.in. w Alei Zasłużonych (w tym roku również na grobie Jana Kobuszewskiego). Gdy zaś jestem u siebie, również staram się (szczególnie z dziećmi) zapalić znicz na żołnierskich grobach (tym bardziej że pradziad mojego dobrego szkolnego przyjaciela, służył w 50 pułku piechoty we Wrześniu 1939 r. i tam właśnie jest (m.in.) tablica poświęcona żołnierzom tego pułku, którzy stanęli do walki z niemiecką nawałą w obronie Ojczyzny). Staram się też (jak oczywiście nie zapomnę - co ostatnio zdarza mi się częściej) zapalić świeczkę na dawnych grobach z XIX wieku, w tym prawosławnych Rosjan. Ci ludzie tworzyli przecież wspólną społeczność, mieli swoje radości i zmartwienia a teraz leżą w obcej już ziemi z dala od swojej ojczyzny (choć w tamtym czasie była to również i ich ojczyzna, a zwykli Rosjanie nie byli winni temu że Rosja ciemiężyła Polskę pod zaborami. Tym bardziej tradycja Rzeczypospolitej zawsze łączyła narody i kultury ponad podziałami - oczywiście przy zachowaniu dominacji kultury polskiej, zawsze bowiem musi istnieć kultura dominująca, inaczej dojdzie do anarchii i rozpadu). Teraz wszak ważne jest, by młode pokolenie przejęło i kontynuowało te tradycje, co ja w każdym razie staram się czynić i propagować.

A tak w ogóle to w stu procentach zgadzam się ze słowami jasnowidza - Krzysztofa Jackowskiego, który mówi: "Dzień Zmarłych - Dniem Wyzwolonych" - tak właśnie jest, prawdziwą wolność dostąpimy dopiero po śmierci. To życie jest tylko pewnym etapem naszego istnienia, bardzo krótkim, nietrwałym i tymczasowym etapem naszej Wieczności. Żyjemy po to, aby umrzeć, nasze ciała psują się nie tylko po śmierci, ale również za życia. Z każdym rokiem stajemy się starsi, mniej sprawni, nasze ciała przestają funkcjonować tak, jak to było w młodości. I nie ma w tym nic niezwykłego, jeśli tylko zdołamy sobie uświadomić że to nasze życie to taka "chwilówka", jak wyjście do szkoły z której wcześniej czy później musimy powrócić do domu. Człowiek jest niesamowitą, boską istotą, która posiada moc o jakiej "fizjologom się nie śniło" (jak mawia Ferdek Kiepski). Możemy tworzyć i zapisywać nowe karty swojego życia, wedle własnego uznania - tylko musimy sobie uświadomić dwie sprawy. Po pierwsze że w ogóle możemy to zrobić, a po drugie że tak naprawdę istniejemy poza tym naszym życiem, do którego się mocno przyzwyczailiśmy i które uważamy za jedyne i niepowtarzalne. Jeśli będziemy zdawali sobie sprawę że nic na tym świecie nie jest trwałe i wszystko zmierza od życia do śmierci i od śmierci do życia - nasze istnienie stanie się znacznie łatwiejsze, spokojniejsze a nawet przyjemniejsze. Bowiem to, że istniejemy poza życiem, jest niezaprzeczalne. Pamiętam jak niedługo po śmierci mojej mamy, miałem takie dziwne wrażenie że najprawdopodobniej jej dusza jeszcze nie odeszła. Może to się wyda dość nietypowe (dla niektórych nawet śmieszne), ale w myślach podziękowałem wówczas mojej mamie za wszystko co dla mnie zrobiła, za to że mnie urodziła i dodałem że nigdy o Niej nie zapomnę - i będę Ją zawsze nosić w swym sercu. Ale teraz nie musi już tu być i może spokojnie wrócić do Domu, może odpocząć. I wiecie co - wydaje mi się że właśnie na to czekała, na takie słowa, bowiem nigdy potem nie miałem już wrażenia że - mówiąc kolokwialnie - "nie jestem sam" (choć nikogo przy mnie nie było). 

Wydaje mi się więc że dusze z jednej strony czują nieopisaną radość z pozbycia się tej klatki, jaką jest dla duszy nasze ciało, a drugiej czują żal żyjących (szczególnie gdy ci zalewają się łzami i lamentują). W naszej kulturze przyjęło się płakać po zmarłych, ale według mnie jest to nielogiczne. Płakać bowiem należy nad żyjącymi, a nie nad zmarłymi. Za zmarłych należy podziękować Bogu, że tacy ludzie kiedykolwiek żyli. To tyle, co chciałem napisać (tak na szybko) w Dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki. Pamiętajmy o zmarłych, ale nie rozpaczajmy po nich - oni naprawdę są już wolni. Nam jeszcze pozostało sporo nauki, bowiem to życie jest piękne, jest cudem (dlatego też samobójstwo to kompletna głupota, bez względu na okoliczności - pokazuje bowiem że jesteśmy słabi i zamiast wykorzystać nasze atuty, te, które posiadamy, wybieramy drogę na skróty  i "wylogowujemy się". To jednak nic nie daje, bowiem naukę należy dokończyć. Każdy z nas przeszedł w życiu różne zawirowania losu, choć większość z nas zupełnie nie rozumie że droga jaką kroczymy jest tylko i wyłącznie naszym własnym wyborem i do nikogo nie możemy mieć o to pretensji. Mamy niesamowite możliwości aby poprawić nasze życie, tylko trzeba chcieć, trzeba wykonać ten pierwszy ruch, pokazać naszą siłę - tę wewnętrzną siłę naszej Duszy, którą posiadamy. Dlatego też samobójstwo jest nie tylko wyrazem słabości ale przede wszystkim głupoty). Ja sam staram się w życiu podążać dwiema zasadami: Pierwsze, to motto gen. Bolesława Wieniawy-Długoszewskiego, które brzmi: "Przeżyłem swoją wiosnę dumnie i bogato, dla własnej przyjemności a durniom na złość". Drugie zaś, które stało się życiową drogą rotmistrza Witolda Pileckiego: "Zawsze starałem się żyć tak, abym w godzinie śmierci mógł się bardziej radować, niż smucić". Jest jeszcze trzecia zasada, równie dla nas ważna, o ile nie najważniejsza - pamiętaj:



"KIM TY JESTEŚ, JA BYŁEM. 
KIM JA JESTEM, TY BĘDZIESZ!"     








 


 



   




  


 

piątek, 1 listopada 2019

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. VI

NIM JESZCZE 

NAD KONSTANTYNOPOLEM

ZAŁOPOTAŁ ZIELONY

SZTANDAR MAHOMETA





I

JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM

(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA" 

NA RZYMSKIM PALATYNIE)

Cz. V







"I CO JA ZROBIŁEM TAK STRASZNEGO?"


Rządy Marka Dydiusza Juliana od samego początku były bardzo niepopularne wśród ludu, a rzymska ulica widziała jedyne wybawienie dla Miasta i Imperium w namiestniku Syrii - Gajuszu Pescenniuszu Nigrze. Problem polegał jednak na tym, że oprócz niego swoich wodzów okrzyknęły imperatorami również legiony naddunajskie i legiony w Brytanii - Niger nie był więc jedynym konkurentem do cesarskiej purpury. Najbliżej do Rzymu miał z Panonii właśnie Septymiusz Sewer i to on pierwszy w połowie kwietnia (podobnie jak przed stu-dwudziestu-czterema laty Antoniusz Primus) wyruszył w drogę do Italii (w tym samym czasie jego konkurenci - Pescenniusz Niger i Klodiusz Albin, dopiero co otrzymali wiadomość o zamordowaniu cesarza Pertynaksa i ledwie co rozpoczynali mobilizację). Sewer minął Alpy (Dydiusz Julian nie zdążył nawet obsadzić górskich przełęczy) i wszedł do doliny Padu, gdzie również nie napotkał żadnego oporu (tamtejsze miasta masowo otwierały przed nim swe bramy - zresztą było im zupełnie obojętne który z kandydatów do cesarskiej purpury będzie nimi władał), podobnie dalsza droga w głąb Italii przypominała spacerek. Julian nie miał wystarczająco dużo wojsk i w zasadzie w samym Rzymie musiał polegać głównie na pretorianach, mimo to - aby zachować godność i powagę - słał gniewne listy do Sewera nakazując mu zawrócić, strasząc, iż w razie odmowy, zostanie uznany za wroga ludu. Oczywiście Sewer nie zawrócił i Julian zmusił senat by go ogłosił wrogiem ludu (innymi słowy - wyjętym spod prawa bandytą), jednocześnie wyznaczając jego żołnierzom termin złożenia broni, po upływie którego również i oni zostaliby uznani za wyjętych spod prawa. To jednak nie skutkowało a Julian pragnął się zabezpieczyć w każdy możliwy sposób. Na początku zmusił senat by ten przyznał jego małżonce - Manli Skantilli i córce - Dydi Klarze tytuły august. Jednocześnie usamodzielnił swą córkę i przekazał jej część swego majątku (w razie gdyby przegrał, wówczas majątek córki nie podlegałby konfiskacie) a jej męża - Korneliusza Repentyna uczynił prefektem miasta. 

Starał się też Dydiusz Julian pobić Septymiusza Sewera w inny sposób. Nie rezygnował nawet z... zaklęć magicznych które miały uderzyć w jego konkurenta. Gdy to nie pomogło, wysłał do obozu Sewera zabójcę, z rozkazem zgładzenia wodza naddunajskich legionów. Oczywiście takie próby nie mogły się powieść, a to z tego względu że każda "nowa gęba" w obozie od razu rzucała się w oczy i bardzo szybko tacy ludzie byli demaskowani. Julian zdawał sobie doskonale sprawę, że prócz legionów Sewera, ma też przeciwko sobie lud rzymski, a to oznacza że lojalność pretorianów stoi pod wielkim znakiem zapytania. Imał się więc najróżniejszych sposobów aby utrzymać ich przy sobie. Uwięził i skazał na śmierć Kwintusa Letusa - prefekta pretorium i jednego ze sprawców mordu na (uwielbianym przez pretorianów) Kommodusie. Podobnie uczynił z Marcją (która poślubiła wówczas byłego niewolnika Kommodusa, niejakiego Elektusa i miała z nim dziecko), uznając winną zdrady cesarza, którego niegdyś była niewolnicą. Gdy i to okazywało się niewystarczające, postanowił porozumieć się z Sewerem, ofiarowując mu współrządy (pytanie tylko po co tamten miałby się na to godzić, skoro już i tak był zwycięzcą, zaś pozycja Juliana z dnia na dzień stawała się coraz słabsza). Ostatecznie zarządził więc obronę Rzymu i zamienienie miasta w twierdzę. W tym celu ściągał okoliczne oddziały skąd tylko mógł, nawet z floty w Misenum (w czasach cesarstwa utrzymywanie floty wojennej, a szczególnie w Italii, nie miało większego sensu, choćby dlatego że już do zamierzchłej przeszłości odeszły czasy gdy na przybrzeżnych wodach grasowali piraci, dlatego też zarówno gwardia pretoriańska jak i korpus floty w Misenum - nie przypominały formacji wojskowych, a tamtejsi żołnierze głównie opływali w dostatki i organizowali parady, natomiast całkowicie odwykli od trudów jakiejkolwiek wojaczki). Problem polegał na tym, że ci żołnierze byli kompletnie nie przygotowani do walki, ponoć nie potrafili nawet ćwiczyć. Podobnie wyglądały próby umacniania Rzymu, które wśród  mieszkańców budziły ogromne politowanie i mnóstwo śmiechu (ściągnięto co prawda nawet i słonie bojowe do wzmacniania stanowisk, a i tak wszystko to na darmo, gdyż brakowało zarówno dobrego planu operacyjnego, jak i wykonania a przede wszystkim żołnierskich umiejętności).

Żołnierzy z gwardii pretoriańskiej do działania mobilizowała tylko jedna rzecz, niepewność jak w stosunku do nich zachowa się nowy władca Imperium. Gdyby tylko dał im jakiś znak że pozwoli  zachować dotychczasowe przywileje, natychmiast (albo jeszcze szybciej) porzuciliby Dydiusza Juliana i przeszli pod rozkazy Sewera. Septymiusz Sewer doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że nawet najgorsze, najbardziej rozleniwione wojsko, będzie walczyć odważnie i dzielnie, jeśli od tego zależeć będzie życie tych żołnierzy. Po co więc ma tracić siły na niepotrzebne przelewanie krwi, lepiej ogłosić że pretorianów nie spotka żadna kara jeśli tylko obalą Dydiusza Juliana i jego uznają za cesarza. Wysłał więc do Rzymu swego oficera, który miał pretorianom złożyć taką właśnie propozycję - zachowacie życie, jeśli obalicie Juliana. Tych nie trzeba było długo namawiać, sami oczekiwali właśnie takiego gestu, gdyż nie zamierzali walczyć (człowiek który opływa w dostatki, nie ma wcale ochoty, ani nie widzi też sensu by walczyć i ginąć. Jedynym wyjątkiem jest bezpośrednie zagrożenie życia, ale w każdym innym przypadku taki człowiek jest gotów pójść na wszelakie ustępstwa). Natychmiast ruszyli więc na Palatyn, wyciągnęli Dydiusza Juliana z pałacu cesarskiego i uśmiercili go (ponoć w ostatnich słowach, Julian miał zadać im pytanie: "I co ja zrobiłem tak strasznego?"), był 1 czerwca 193 r. Natychmiast też w Ateneum zebrał się senat, który wydał uchwałę skazującą Juliana na śmierć (ten panował tylko 65 dni), odebrał jego małżonce i córce tytuły augusty oraz zaliczył Pertynaksa (w którego imieniu występował Septymiusz Sewer) w poczet bogów. Przyznał też wszelkie tytuły i zaszczyty Sewerowi, który rozłożył się obozem pod miastem. 




Dlaczego cesarz nie wkracza do Rzymu? Co jest powodem tej zwłoki? - zapewne wielu mieszkańców, senatorów i pretorianów zadawało sobie wówczas to pytanie. A Septymiusz Sewer zwlekał. Wreszcie wydał rozkaz: wszyscy pretorianie mają się stawić pod miastem w celu złożenia przysięgi wierności nowemu panu Imperium i na znak czci przybyć w strojach paradnych, ale bez broni. Budziło to pewne podejrzenia, ale przecież nie można było postąpić wbrew cesarskiemu rozkazowi. Dlatego też żołnierze karnie stawili się w wyznaczonym miejscu, pięknie przyodziani z gałązkami wawrzynu w dłoniach zamiast mieczy. Ustawili się na środku placu w zwartych szeregach, oczekując pojawienia się cesarza i złożenia mu przysięgi wierności (którą wiarołomnie składali i łamali już wielokrotnie). Po ich bokach zaś rozlokowali się żołnierze z legii naddunajskich, którzy coraz bardziej zacieśniali krąg wokół zgromadzonych. Gdy wreszcie otoczyli ich zupełnie, wysunęli przeciwko nim ostrza włóczni. Przerażenie ogarnęło pretorianów, nie mieli przecież przy sobie broni (jedynie paradne mieczyki, nie nadające się do walki). I wtedy właśnie ukazał im się nowy cesarz - Septymiusz Sewer, który ozwał się do zgromadzonych szeregów niedawnej jeszcze wojskowej elity, tymi oto słowy: "Zamordowaliście Pertynaksa, dostojnego starca i znakomitego władcę, choć waszym świętym obowiązkiem było strzec i osłaniać go przed wszelkim niebezpieczeństwem. Sprzedawaliście potem za pieniądze godność cesarza rzymskiego, którą dotąd zawsze okrywał majestat. Zdradziliście jednak nawet swego wybrańca. Zasługujecie więc na śmierć po tysiąckroć. Ja wszakże oszczędzę was, aby nie stać się naśladowcą waszych zbrodni. (...) Nie jesteście już żołnierzami. Złożycie tu i teraz cały strój i odejdziecie jak najdalej od Rzymu, a którykolwiek z was ośmieliłby się w przyszłości pojawić bliżej niż sto mil od miasta, zostanie ukarany śmiercią". Tak więc dotychczasowa wojskowa "elita" stała się pośmiewiskiem, upokorzona i zmuszona do porzucenia intratnej służby. Pretorianom odebrano wszystko co posiadali - miecze, pancerze, włócznie, nawet nagromadzone kosztowności. Musieli też porzucić swe konie (niektóre nie chciały odejść od swych panów) i od tej pory żyć jak zwykli, ubodzy wieśniacy. 

Dopiero po rozprawieniu się z pretorianami mógł Septymiusz Sewer swobodnie wjechać w mury Rzymu, gdzie od kilku dni oczekiwał go senat i lud. Był 9 czerwca 193 r. gdy w uroczystym orszaku, wkraczał nowy pan Imperium w mury Wiecznego Miasta (początkowo jechał konno, jak wódz w zbroi, ale tuż przed samymi murami wdział togę i szedł już pieszo, tym samym zamierzając pokazać iż szanuje tradycję i rzymskie - dawno już zapomniane - republikańskie obyczaje). Kasjusz Dion pozostawił relację z tego wydarzenia: "Było to najwspanialsze widowisko jakie kiedykolwiek oglądałem. Wieńce z kwiatów, wawrzyny, różnobarwne kobierce zdobiły całe miasto. Wszędzie pełno było świateł i płonęły kadzidła. Mieszkańcy jasno odziani i promieniejący weselem wznosili radosne okrzyki. Żołnierze prezentowali się znakomicie, gdy maszerowali w swych zbrojach jak podczas uroczystego pochodu świątecznego. Także my, senatorzy, kroczyliśmy w porządku, tłum natomiast kłębił się i cisnął, wszyscy bowiem pragnęli ujrzeć cesarza i usłyszeć jego słowa". Uroczysty pochów oczywiście udawał się na Kapitol, gdzie po złożeniu ofiar Jowiszowi Najlepszemu Największemu, cesarz Septymiusz Sewer oddał cześć innym bogom. Dopiero wieczorem (lub zgoła w nocy) udał się do swych cesarskich komnat w pałacu na Palatynie - był to pierwszy dzień jego rządów. Dnia następnego (10 czerwca), wygłosił w senacie uroczystą mowę, jednocześnie podkreślając iż jego panowanie będzie okresem sprawiedliwości i szczęścia dla obywateli (który władca i która władza nie uważa własnych rządów za najlepsze i najsprawiedliwsze dla poddanych?). Oczywiście obiecał wolność słowa i zakazał wszelkich donosów (każdy "cesarz" - nawet ci nam współcześni, którzy uważają się za demokratów - tak właśnie zaczynają. A jak kończą? Oto jest pytanie - prawda? "Nie jest ważne jak mężczyzna zaczyna, ale jak kończy" - rzekł niegdyś pewien klasyk).




Mimo tych szumnie zapowiadanych deklaracji, cesarz zrobił kilka wyjątków. Po pierwsze, córce Dydiusza Juliana - Dydi Klarze odebrano majątek ojca, który ten wcześniej jej przekazał. Po drugie, swemu zaufanemu oficerowi - Plaucjanowi, nakazał odnaleźć i uwięzić dzieci Pescenniusza Nigra - który obecnie stanowił poważne zagrożenie, jako potencjalny kandydat do cesarskiej purpury. Septymiusz Sewer przeprowadził też reformę gwardii pretoriańskiej, przyznając służbę w tej elitarnej jednostce, nie jak dotąd zblazowanym mieszkańcom Rzymu i Italii, którzy nie zamierzali służyć długich lat w niebezpiecznych regionach, tylko od razu załatwiali sobie "ciepłą posadkę" w formacji doskonale opłacanej a przy tym nie mającej praktycznie żadnych obowiązków. Odtąd do pretorianów można było wysłać jedynie wyróżniających się żołnierzy z formacji nadgranicznych (notabene, który dowódca chciałby się też pozbywać dobrego żołnierza?). To rozwiązanie budziło pewien sprzeciw w senacie, ale niezbyt głośny, gdyż w mieście wciąż jeszcze przebywali legioniści znad Dunaju, którzy dla Rzymian niewiele różnili się od barbarzyńskich ludów spoza granicznego limesu. Byli nieokrzesani, wulgarni, a poza tym mieli miecze i jak chcieli coś mieć to... po prostu sobie to brali - któż mógłby im bowiem zabronić? To oni zwyciężyli, to oni teraz stanowili prawo w Rzymie. A tymczasem cesarz Sewer postanowił urządzić dwie wielkie uroczystości, które miały znamionować chwałę nowych rządów. Pierwszą był majestatyczny, ponowny pochówek cesarza Pertynaksa. Rzymianie od bardzo dawna nie oglądali takiego święta przy takiej obstawie i splendorze. Na Forum Romanum stanął budynek otoczony czterema kolumnami ze złota i kości słoniowej. W jego środku ustawiono trumnę ze zwłokami cesarza Pertynaksa, złożoną na przetykanych złotem i srebrem kobiercach. Ciało Pertynaksa co prawda nie nosiło jeszcze oznak rozkładu, ale bez wątpienia nie pachniało zbyt dobrze, przez co przyciągało szereg drobnych insektów, szczególnie much. Potrzebny więc był ktoś, kto stojąc przy zwłokach będzie odganiał owe muchy. Wybrano do tej roli przystojnego młodzieńca, przebranego w śnieżnobiałą tunikę (choć oczywiście Pertynaks twarz miał przykrytą woskową podobizną). 

Nim rozpoczęła się cała uroczystość, najpierw przebrany w czarny, żałobny strój, do trumny zbliżył się cesarz Septymiusz Sewer wraz z małżonką - Julią Domną, by oddać cześć swemu przybranemu ojcu (Sewer zaliczył się bowiem do rodu Pertynaksa i panował odtąd jako: Imperator Cezar Lucjusz Septymiusz Sewer Pertynaks Augustus). Następnie kroczyli wszyscy senatorowie (wraz z małżonkami), potem ekwici (z małżonkami) i wreszcie lud cały, który z oddali (aby nie uszkodzić ciała ani wzniesionego naprędce budynku) przyglądał się, zamordowanemu z końcem marca tego roku, władcy. Następnie ubrane w czerń kobiety weszły do przybytku, mężczyźni zaś stanęli na zewnątrz i rozpoczęła się uroczystość pogrzebowa (która była raczej demonstracją potęgi nowego władcy). Pertynaks - jako triumfator, miał "doglądać" przechodzącej przed jego trumną parady wielkich rzymskich zdobywców, wodzów i polityków z dawnych wieków, których niesiono teraz posągi. Następnie pojawił się chór, złożony z mężczyzn i chłopców - śpiewających żałobne pieśni ku czci zmarłego. Potem prezentowano wszystkie podbite przez Rzymian ludy, których postaci (przybrane w rodzime stroje) uwidocznione zostały na kolejnych posągach. Następnie przemaszerowały kolegia zawodowe (w tym również członkowie tak popularnych w Rzymie frakcji cyrkowych, specjalizujących się w wyścigach rydwanów. Były cztery takie frakcje - Czerwoni, Zieloni, Biali i Błękitni, przez pewien czas istniała też frakcja Złotych - a kibice każdego z nich potrafili nawet wzajemnie się mordować podczas swoistych "kibolskich ustawek"). Za nimi pojawiły się wizerunki sławnych Rzymian, którzy przeszli do historii jako wielcy poeci, twórcy i wynalazcy. Pochód zamykali żołnierze w pełnych zbrojach, następnie dary pogrzebowe jakie miano złożyć na ołtarzu ku czci Pertynaksa, oraz niesiony złoty ołtarz, przetykany drogimi kamieniami i kością słoniową, sprowadzaną aż z Indii. Gdy dopełniono tych wszystkich uroczystości i złożono dary na stosie pogrzebowym (na którym spoczęło też ciało cesarza Pertynaksa), konsulowie wzięli pochodnie w dłonie i cisnęli je na mary które stanęły w płomieniach (w tym momencie z klatki umieszczonej pod ołtarzem wypuszczono orła, który miał symbolizować ulatującego ku niebiosom cesarza). Bez wątpienia musiało to być niezwykłe widowisko.




Drugim, równie wielkim przedstawieniem, były wspaniałe munera, urządzone podczas czerwcowego święta (obchodzonego zwykle 24 czerwca) ku czci bogini Fortuny. Rzymianie, po dopełnieniu obowiązków związanych z pielgrzymowaniem tego dnia do dwóch pod-rzymskich świątyń bogini (najczęściej płynięto tam łodzią po Tybrze, była to też okazja dla zakochanych by ci spędzili ze sobą trochę czasu), mogli następnie uczestniczyć w trwających kilka dni cesarskich munera, odbywających się zarówno w Cyrku Wielkim (wyścigi rydwanów) jak i w Koloseum (walki gladiatorów, walki z dzikimi zwierzętami). W tym ostatnim miejscu cesarz urządził swemu ludowi prawdziwy crème de la crème - czyli naumachię, pokaz walk morskich (w tym celu część Koloseum zostało wypełnione wodą i wciągnięto tam okręty, których składy złożone były oczywiście z gladiatorów). Okres niekończących się zabaw i radości na koszt państwa trwał do początku lipca 193 r. Wciąż było bowiem trzech władców Imperium a pozycja Sewera - mimo zdobycia Rzymu - wcale nie była taka pewna, tym bardziej że Pescenniusz Niger wciąż był bardzo popularny, a wdzięczność ludu (za owe igrzyska i uroczystości) szybko poszłaby w zapomnienie, gdyby tylko tamten przedostał się z wojskiem do Italii. Należało więc działać błyskawicznie, gdyż teraz każda zwłoka mogła już kosztować życie. Aby nie prowadzić wojny na dwóch frontach, Sewer musiał najpierw rozwiązać kłopotliwy problem słabszego (posiadającego mniejsze wojska) Klodiusza Albina, który, jak na razie, nie przeprawił się jeszcze z Brytanii na kontynent i można go było próbować przekupić. Głównym zagrożeniem zaś był Niger, bowiem on też nie próżnował i zgromadził sporą armię, szykując się do wyprzedzającego ataku na Italię.   






CDN.