Łączna liczba wyświetleń

środa, 8 lipca 2020

JAK ŻYĆ MORALNIE I DOSTATNIO - Cz. II

CZYLI ANTYCZNE PORADY JAK ZDOBYĆ

FINANSOWĄ NIEZALEŻNOŚĆ I ŻYĆ W

ZGODZIE Z WŁASNYM SUMIENIEM






OPOWIEŚĆ PIERWSZA:

STAROŻYTNA BABILONIA




  

HISTORIA ARKADA - NAJBOGATSZEGO CZŁOWIEKA W BABILONIE I JEGO SYNA NAMASIRA, W OPOWIEŚCI:


"PIĘĆ PRAW TYCZĄCYCH ZŁOTA"
 
 
" - Worek pełen pieniędzy czy glinianą tabliczkę z wyrytymi pełnymi mądrości słowami - gdybyś miał wybór, co byś wybrał? Większość ludzi wzięłaby złoto i uciekła, prawda? Nie dbaliby o mądrość, zmarnowaliby złoto, a potem przyszliby znowu, zawodząc i nie mając nic... Złoto jest zarezerwowane dla tych, którzy znają jego prawa i ich przestrzegają. Innymi słowy, słuchaj uważnie i przestrzegaj tych prostych nauk, Namasirze. 

Syn Arkada nie był taki jak większość bogatych dziedziców - on musiał sam zdobyć swe dziedzictwo, ponieważ Arkad nie popierał dawania ludziom, którzy nie wykazali się zdolnością zdobywania, chronienia i pomnażania bogactwa. Namasir otrzymał worek z pieniędzmi oraz glinianą tabliczkę z pięcioma prawami dotyczącymi złota. Potem został wysłany w świat, by poznać te prawa i wrócić za dziesięć lat jako człowiek zdolny i wartościowy.

Dziesięć lat minęło jak jeden dzień - i oto Namasir stoi przed ojcem, by złożyć mu sprawozdanie:

- Dałeś mi hojnie swego złota. Dałeś mi też hojnie swej mądrości. Co do złota, cóż, niestety. Muszę się przyznać do swych fatalnych działań... Uciekło mi z mych niedoświadczonych rąk równie szybko, jak zając ucieka z dłoni młodzieniaszka, który go pochwycił.

I Namasir szczegółowo opowiada o swych niepowodzeniach w wykorzystaniu tego początkowego worka złota. Sporo stracił na pewnej ryzykownej inwestycji, potem kupił biznes, który okazał się czymś innym, niż się tego spodziewał. Potem nierozsądnie wydał pieniądze na pewne nie całkiem konieczne rzeczy. W końcu musiał sprzedać konie, niewolników i szaty, aby mieć co jeść i gdzie spać. 

- Jednak nawet w tych smutnych dniach pamiętałem, ojcze, o twoim zaufaniu do mnie. Posłałeś mnie w świat, bym stał się mężczyzną, i byłem zdecydowany to osiągnąć. Przeczytałem więc jak najdokładniej słowa twojej mądrości i zdałem sobie sprawę z tego, że gdybym od razu szukał mądrości, nie straciłbym mojego złota. 


PIĘĆ PRAW TYCZĄCYCH ZŁOTA
 
  1.  Złoto przychodzi chętnie i w coraz większej ilości do każdego, kto odkłada nie mniej niż dziesiątą część swych zarobków, by stworzyć kapitał na przyszłość dla siebie i dla swej rodziny.
  2. Złoto pracuje cierpliwie i wytrwale na swego mądrego właściciela, który znajduje mu zyskowne zajęcie, dzięki któremu ono rozmnaża się niczym stado na pastwisku.
  3. Złoto gromadzi się pod opiekuńczymi skrzydłami, by uzyskać ochronę ze strony ostrożnego właściciela, inwestującego zgodnie z radami ludzi naprawdę znających się na inwestowaniu.
  4. Złoto wymyka się ludziom inwestującym w coś, na czym się nie znają, albo w coś, czego nie aprobują ludzie wprawni w inwestowaniu.
  5. Złoto ucieka od ludzi próbujących je zmuszać do generowania niemożliwych zysków, jak też tym, którzy idą za głosem oszustów i kanciarzy, oraz tym, którzy w inwestowaniu ufają własnym pragnieniom lub własnemu niedoświadczeniu.

I Namasir, opierając się na powyższych zalecaniach, zaczął powoli oszczędzać miedziaki, potem srebrne monety, w końcu zaś, pod kierunkiem mądrych ludzi, zaczął inwestować i złoto. Z upływem lat jego fortuna rosła coraz szybciej.

- Poprzez moje nieszczęścia, moje wysiłki i moje sukcesy przetestowałem raz za razem, ojcze, mądrość twoich praw dotyczących złota. Okazały się słuszne za każdym razem. Bogactwo, które szybko przyszło, znika równie szybko. Bogactwo, które pozostanie, by dawać radość i satysfakcję swemu właścicielowi, przychodzi stopniowo".

  


 
HISTORIA BANKIERA MATHONA, W OPOWIEŚCI:


"BANKIER"


"Rodan (w tej opowieści producent oszczepów) czuł się szczególnie zadowolony z siebie, idąc i słysząc rozkoszny brzęk złotych monet we własnej sakiewce. Nigdy nie miał takiej ilości złota - całe pięćdziesiąt złotych monet! Zastanawiał się, jak i gdzie zainwestować tę fortunę. Przyszło mu do głowy, by zapytać o radę bankiera Mathona. I tak też zrobił, Mathon zaś rzekł mu te słowa:

- Wielu ludzi przychodzi do mnie po złoto na zapłacenie za swe szaleństwa, ale rady jakoś nigdy nie pragną. A któż może być bardziej kompetentny w udzielaniu rad, niż lichwiarz, do którego tak wielu przychodzi, gdy nadejdą ciężkie czasy?

Rodan był nieco skonfundowany, bo jego ukochana siostra prosiła go o pożyczenie nieco pieniędzy na nowy biznes swego męża, Aramana. Mathon tak to skomentował:

- Powiem ci, żebyś wiedział, że w pożyczaniu pieniędzy jest więcej, niż tylko przechodzenie ich z ręki do ręki. Jeśli pragniesz pomóc przyjacielowi, uczyń to w taki sposób, by nie brać na siebie jego obciążeń.

I Mathon opisuje, w jaki sposób udziela swoich pożyczek: ma specjalną skrzynię na żetony, które oznaczają wzięte przez klientów pożyczki. Niektóre żetony na zawsze już pozostają w skrzyni. Najbezpieczniejszą pożyczką jest taka, gdy pożyczkobiorca posiada własność o wyższej od sumy pożyczki wartości. Są to pożyczki oparte na własności. W razie konieczności własność może zostać sprzedana w celu spłacenia pożyczki. Inni mają możliwość spłacenia sumy pożyczki i należnych odsetek, ponieważ mają dochody. I będą je mieli tak długo, jak długo pozostaną uczciwi i nie przydarzy im się żadna tragedia. Są to pożyczki oparte na dochodach. Inni nie mają ani własności, ani wystarczających dochodów. Ich pożyczki są zabezpieczone przez rodzinę albo dobrych przyjaciół. 

- Nie zniechęcam do pożyczania złota, raczej do tego zachęcam, jeśli jest to pożyczka na rozsądny cel.

Mathon posiada też dobrze rozwinięte metody oceny wypłacalności ewentualnego pożyczkobiorcy. Odpowiadając na pytanie Rodana, Mathon stwierdza, że sam nigdy by na taki cel nie pożyczał. 

- Jego ambicja, choć sama w sobie wartościowa, nie jest praktyczna i ja bym mu żadnego złota nie pożyczył. Pożyczać komuś jest łatwo. Jeśli nie była to rozsądna pożyczka, trudno jest pieniądze odzyskać. Nie lubię bezczynnie leżących pieniędzy, ale jeszcze bardziej nie lubię zbytniego ryzyka. 

Na pożegnanie Mathon mówi coś, co odnosi się zarówno do biorących, jak i do udzielających pożyczek:

- Lepiej nieco ostrożności niż wiele żalu".






 HISTORIA STAREGO BANZARA, W OPOWIEŚCI:


"MURY BABILONU"


"Babilon przetrwał wiele stuleci, ponieważ był zabezpieczony murami wysokimi na sto sześćdziesiąt stóp. Banzar był dzielnym wysłużonym weteranem pilnującym przejścia prowadzącego na sam szczyt miejskich murów. W tych dniach, kiedy to Babilon znowu był oblegany przez wrogów, Banzar wypatrywał z murów wszelkich istotnych wydarzeń. Był zawsze najlepiej poinformowany o wszystkim związanym z obronnością, pierwszy zawsze wiedział o każdym następnym wściekłym ataku wroga. Wielu zmartwionych mieszkańców miasta podchodziło doń i prosiło go o informację. Kupcowi, zaniepokojonemu o losy swojej pozostającej poza murami żony, Banzar rzekł:

- Uspokój się, dobry człowieku, wszystko będzie dobrze.

Kobiecie, której mąż był chory, Banzar nakazał surowo: 

- Szybko wracaj do męża! Powiedz mu, że bramy są mocne i wytrzymają uderzenia taranów, a wchodzenie na mury po drabinach także nic wrogom nie da. Wracaj, a po drodze uważaj na siebie!
Przestraszonemu dziecku Banzar rzekł pocieszającym tonem: 

- Niebój się, mury Babilonu obronią i ciebie, i twoją matkę, i twojego młodszego brata, i to najmniejsze niemowlę.

Po niemal czterech tygodniach stałych ataków mury Babilonu jeszcze raz odparły napastników. Nie możemy sobie pozwolić na pozostawanie bez należytego zabezpieczenia".





 
 HISTORIA DABASIRA - HANDLARZA WIELBŁĄDÓW, W OPOWIEŚCI:


"HANDLARZ WIELBŁĄDÓW"

 
"Im ktoś głodniejszy, tym sprawniej pracuje jego umysł. Tarkad nie miał nic w ustach od dwóch dni. W dodatku właśnie natknął się na kogoś, kogo wcale widzieć nie pragnął - handlarza wielbłądów o imieniu Dabasir. Tarkad był Dabasirowi winien pieniądze i to nie tylko miedziaki, ale także kilka srebrnych monet. 

- Zły los dotyka każdego, kto woli pożyczać niż oddawać - powiedział tłusty Dabasir, siedząc przy suto zastawionym stole tuż przed wygłodniałym Tarkadem. - Słyszałem od jakiegoś wędrowca, który wrócił właśnie z Urfy, o kamieniu tak cienkim, że wszystko przez niego widać. Czy sądzisz, że mogłoby się komuś wydawać, że cały świat ma inne kol-ry niż te prawdziwe? - spytał Dabasir. 

Potem Dabasir, pragnąc dać Tarkadowi nauczkę, zaczął jemu i przygodnym słuchaczom opowiadać o tym, jak z niewolnika w Syrii stał się handlarzem wielbłądów. Dabasir mianowicie pożyczył pieniądze od swych przyjaciół, a potem nie mógł ich zwrócić. W dodatku działo mu się coraz gorzej i gorzej. Jego żona wróciła do domu ojca, a on sam musiał opuścić Babilon. Został napadnięty przez zbójców i sprzedany jako niewolnik w Syrii. Na targu niewolników kupił go za dwie srebrne monety pewien przywódca syryjskiego pustynnego plemienia, u którego Dabasir zaczął służyć jako poganiacz wielbłądów. Córka właściciela zainteresowała się losem Dabasira i zaczęła go wypytywać:

- Jeśli ktoś ma w sobie duszę wolnego człowieka, to czy nie będzie w swoim mieście szanowany i honorowany mimo swych nieszczęść? Zamierzasz spłacić wszystkie swoje długi w Babilonie? - pytała.

- Tak, oczywiście, pragnę, ale nie widzę sposobu - bronił się Dabasir.

- Widzę, że masz nędzną duszę niewolnika. Tylko taki ktoś może nie mieć sam do siebie szacunku, zaś nie może mieć do siebie szacunku ktoś, kto nie spłaca uczciwych długów. 

Długi Dabasira były jego wrogami, on zaś, zamiast walczyć jak mężczyzna, uciekł z miasta. Gdyby pozostał na miejscu i walczył, odnalazłby ludzki szacunek.

- Gdybym miał duszę wolnego człowieka, dostałbym się jakoś z powrotem do Babilonu, spłacił ludzi, którzy mi zaufali, przyniósł szczęście mojej żonie, która naprawdę mnie kochała, oraz spokój i zadowolenie mym rodzicom. Wtedy zdarzyło się coś dziwnego i cały świat zdawał się zmienić koloryt. W końcu dostrzegłem prawdziwe wartości. Poczułem niezwykłe zdecydowanie.

Tarkad, który słuchał w skupieniu, był głęboko poruszony.

- Ukazałeś mi wizję, już czuję, jak rośnie we mnie dusza wolnego człowieka.

Tam, gdzie jest determinacja, znajdzie się i sposób".





 
HISTORIA DABASIRA - HANDLARZA WIELBŁĄDÓW I BANKIERA MATHONA, CZĘŚĆ DALSZA OPOWIEŚCI:


"HANDLARZ WIELBŁĄDÓW"

 
"Dabasir skonsultował się z bankierem Mathonem na temat wprowadzenia w życie takiego oto planu.

  • Po pierwsze, ten plan ma zapewnić przyszłą zamożność, a więc dziesiąta część wszystkich zarobków będzie odkładana i zaoszczędzana.
  • Po drugie, siedem dziesiątych zarobków będzie opłacało wszelkie konieczne wydatki. 
  • Po trzecie, dwie dziesiąte zarobków posłużą do spłacenia na czas wszystkich długów.

Dabasir odwiedził wszystkich swych wierzycieli, informując ich, że spłaci należne im 119 sztuk srebra i 141 sztuk miedzi. Spotkało się to z mieszaną reakcją z ich strony.

- Moje serce jest lżejsze, niż było kiedykolwiek od naprawdę długiego czasu.

Dabasir stopniowo spłacał wszystkie swoje długi, jego żona mogła wreszcie kupić potrzebne rzeczy i osobiste drobiazgi, a dłużnicy w coraz większym stopniu nabierali dla Dabasira szacunku.

- Moja żona spojrzała na mnie jasnym wzrokiem, wlewającym wiarę w serce mężczyzny. Tak, to ten plan stał się moim sukcesem. Jestem pewien, że jeśli będę tak nadal postępował,uczyni mnie to bogaczem pomiędzy ludźmi -  mówił Dabasir z dumą.

Więcej radości stwarza tworzenie bogactwa, niż można by mieć z jego wydawania".





 
 HISTORIA SHARU NADA - NAJWIĘKSZEGO KUPCA W BABILONIE, W OPOWIEŚCI:


"NAJSZCZĘŚLIWSZY CZŁOWIEK W BABILONIE"

 
"Sharu Nada, patrycjusz i największy kupiec w Babilonie, wyglądał dokładnie tak, jak ktoś taki powinien wyglądać - w pięknych szatach, na wspaniałym koniu jadący na czele bogatej karawany. Zdawało się, że niczego już więcej mu nie może brakować do szczęścia. W istocie był jednak zmartwiony. Tyle że wcale nie martwił się o siebie, tylko o młodego człowieka, wraz z którym podróżował. Tym młodym człowiekiem był Hadan Gula, wnuk Arada Guli, dawnego partnera Sharu Nady w interesach. Partnera, wobec którego Sharu Nada miał dług wdzięczności, tak wielki, że po prostu nie sposób było go spłacić. Teraz Sharu Nada bardzo chciał coś uczynić dla jego wnuka, ale ten młodzieniec swym zachowaniem i swym charakterem czynił to niemal niemożliwym. Sharu Nada wciąż jednak żywił nadzieję, iż zdoła jakoś pomóc mu wystartować w życiu i usunąć ogromne szkody, które ojciec chłopaka uczynił w odziedziczonym przez tę rodzinę majątku. 

Hadan jednak także wydawał złote szekele równie szybko, jak je zdobywał, jeśli nie szybciej. Zawsze nosił najpiękniejsze szaty i najcenniejsze klejnoty. Przybywszy zaś do Babilonu, Hadan od razu głośno stwierdził, że wyraźnie widać, iż ani on, ani jego ojciec nie posiadają tego talentu do przyciągania pieniędzy, z którego słynął jego dziadek. Wtedy Sharu Nada, zwyczajem Babilończyków, zaproponował młodzieńcowi, że mu opowie, jak to kiedyś on sam, wraz z dziadkiem Hadana, założył spółkę, która okazała się być tak ogromnym sukcesem. I Sharu Nada zaczął opowiadać, jak to stał się niewolnikiem - po tym, jak zabił swego przyjaciela w czasie sprzeczki. Ujęto go, a kiedy jego ojciec nie miał na zapłacenie grzywny, sprzedano go jako niewolnika. Wkrótce od pewnego mądrego niewolnika, z którym pracował, Szaru Nada dowiedział się, jakim skarbem jest praca.

- Praca jest najlepszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałem. Przyniosła mi wszystko dobre, co posiadam: moją fermę, moje krowy, moje zboże, wszystko! Pamiętaj, że dobrze wykonana praca jest korzystna dla tego, kto ją wykonuje. Czyni człowieka lepszym.

Potem Sharu Nada został sprzedany innemu panu, piekarzowi o imieniu Nana-naid. Uważał się za najszczęśliwszego człowieka w Babilonie, bo wybrano go po to, by mógł się uczyć zawodu, który go interesował. Sharu Nada zaczął produkować do datkowe bochenki chleba, które potem sprzedawał na ulicy, wynegocjowawszy przedtem ze swym panem udział w zyskach. Jednym z regularnych klientów piekarni był Arad Gula, dziadek Hadana. Sharu Nada i Arad Gula zostali serdecznymi przyjaciółmi. Nana-naid z każdym dniem coraz bardziej niecierpliwie oczekiwał powrotu Sharu Nady, aby odebrać mu swoją część zysków i móc je postawić w domach hazardu, do których gorliwie uczęszczał. Pewnego razu Arad Gula wyznał Sharu Nadzie, że także jest niewolnikiem, ale niedługo ma szansę się wykupić i odzyskać wolność. Słysząc to teraz, jego wnuk wyraźnie poczuł się obrażony i wykrzyknął: 

- Nie będę słuchał, jak obrażasz pamięć mojego dziadka!

(...) Arad Gula poradził Sharu Nadzie, by nie przywiązywał się za bardzo do swego pana. 

- Odzyskaj poczucie, że jesteś wolnym człowiekiem. Postępuj jak człowiek wolny i odnieś sukces jak człowiek wolny!

Kiedy następnym razem Sharu Nada spotkał Arada Gulę, ten był już kimś całkiem innym. Był bowiem wolnym człowiekiem. 

Swasti, gospodyni jego pana, Nana-naida, przyszła do Sharu nad wyraz wzburzona.

- Twój pan ma kłopoty - powiedziała.

- Dlaczego mielibyśmy się przejmować jego szaleństwem? - odpowiedział Sharu Nada. - Przecież nie jesteśmy jego opiekunami.

Jednak było się czym przejmować, bo Nana-naid sprzedał prawa do swego niewolnika Sharu Nady wierzycielowi, który teraz mógł go zabrać i sprzedać wedle swej woli, nie troszcząc się o to, co o tym myśli Nana-naid, o samym niewolniku już oczywiście nie wspominając. I następnego ranka przybył właśnie handlarz niewolników, by zabrać Sharu Nadę. Sharu Nada wpadł w głębokie przygnębienie. 

- Czyż mam pracować przez resztę życia, niczego nie osiągając, bez sukcesu i bez przyjemności?

I nagle przybywa posłaniec od nowego pana Sharu Nady, Sasiego. Chwyta jego sakiewkę i szaty, po czym zaraz wybiega.

- Widziałem, że Arad Gula na mnie czeka. 

- Szukałem cię wszędzie. Musiałem się ostro targować i zapłaciłem za ciebie niebotyczną sumę, ale jesteś tego wart. Twój rozum i twoja przedsiębiorczość stały się mą inspiracją do nowego sukcesu. 

Bowiem Arad Gula kupił Sharu Nadzie wolność.

- Łzy wdzięczności napłynęły mi do oczu. Wiedziałem, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem w Babilonie. 

- Czy to praca była tą tajemnicą mego dziadka, która przyniosła mu tyle złotych szekeli?

- Kiedy go spotkałem, był to jego jedyny klucz. Praca dała mu wielu przyjaciół... Praca przyniosła mu wiele zaszczytów... Praca była źródłem tych wszystkich rzeczy, którymi mógł się cieszyć. Życie jest bogate i zawiera wiele przyjemności, którymi człowiekmoże się cieszyć - powiedział Sharu Nada. - Każda z nich ma swoje miejsce. Cieszę się, że praca nie jest zarezerwowana wyłącznie dla niewolników. Gdyby tak było, zostałbym pozbawiony mej największej przyjemności.

Historia opowiedziana przez Sharu Nadę naprawdę odmieniła Hadana Gulę. Kiedy ją tylko przemyślał i zrozumiał, zdecydowany było dmienić swe życie.

- Teraz, kiedy rozumiem, podziwiam go o wiele bardziej i jeszcze bardziej pragnę stać się takim jak on. Obawiam się, że nigdy nie zdołam ci odpłacić za to, że dałeś mi prawdziwy klucz do sukcesu".







TO TYLE, JEŚLI CHODZI O BABILOŃSKIE GLINIANE TABLICZKI. W KOLEJNEJ CZĘŚCI PRZEJDĘ DO PRAKTYCZNYCH RAD POMNAŻANIA MAJĄTKU (I NIESTETY, WYKORZYSTYWANIA DARMOWEJ PRACY NIEWOLNIKÓW - CO AKURAT NIE POWINNO BYĆ PRZYKŁADEM DLA WSPÓŁCZESNYCH DOROBKIEWICZÓW) AUTORSTWA STAROŻYTNYCH GREKÓW I RZYMIAN  



CDN.

niedziela, 5 lipca 2020

DRUGA KADROWA - Cz. I

CZYLI - JAK TO KONTYNUATORZY

DZIEŁA MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO 

z PROMETEJSKIEJ "HYDRY"

ZAMIERZALI WYRWAĆ KRAJ 

SPOD SOWIECKIEJ OKUPACJI po 1945 r. 






"W ŻYCIU LUDZKOŚCI NIE MA TAKICH ZACISZY, W CZASIE KTÓRYCH MOŻNA BY SPOKOJNIE I BEZPIECZNIE WIĆ SOBIE GNIAZDO CICHEGO SZCZĘŚCIA, NIE MA TYCH ZACISZY, W CZASIE KTÓRYCH NARÓD MÓGŁBY SOBIE POWIEDZIEĆ: DOŚĆ JUŻ SIĘ NAHAROWAŁEM, DOŚĆ JUŻ TEJ WIECZNEJ SŁUŻBY NA POSTERUNKU, DOŚĆ JUŻ TEGO WYSIŁKU. NARÓD, ZDOLNY DO WYPEŁNIENIA SWEJ MISJI DZIEJOWEJ, WIELKOŚCIĄ SWEGO WYSIŁKU I JEGO DŁUGOTRWAŁOŚCIĄ MIERZY SWE SIŁY ŻYWOTNE (...) TAKI NARÓD WIE, ŻE Z POSTERUNKU NIGDY SIĘ NIE SCHODZI, ŻE MOŻE BYĆ TYLKO MOWA O LUZOWANIU NA TYM POSTERUNKU, O LUZOWANIU JEDNEGO POKOLENIA PRZEZ POKOLENIE NASTĘPNE"


MARSZAŁEK EDWARD RYDZ-ŚMIGŁY



 Czym był "Ruch Prometejski" i "Prometejska Konspiracja"? Zapewne bardzo niewielu ma o tym zjawisku jakieś większe pojęcie, gdyż określenie to praktycznie nie istnieje w odniesieniu do kluczowych zjawisk historycznych, jakie miały miejsce w Europie (i na Świecie) w ciągu ostatnich stu lat. Praktycznie rzecz biorąc, jeśli w ogóle mówi się o Prometeizmie, to tylko w odniesieniu do koncepcji Józefa Piłsudskiego zrodzonej już po odzyskaniu niepodległości Polski w 1918 r. i kształtowanej dopiero w latach 20-tych i 30-tych ubiegłego stulecia - czyli innymi słowy: Ruch Prometejski był autorstwa Piłsudskiego i dążył do politycznego rozczłonkowania Rosji (a raczej Związku Sowieckiego), poprzez wzmacnianie ruchów odśrodkowych wśród zgnębionych przez Moskali innych narodów wchodzących w skład byłego Imperium Rosyjskiego a potem Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. I w zasadzie nasza wiedza na ten temat w tym miejscu już się kończy. Ruch Prometejski okazuje się nie spełnił swoich zamierzeń politycznych, przez co został zmarginalizowany i ostatecznie przestał istnieć. To tyle - jeśli chodzi o jakąkolwiek wiedzę na ten temat. Szkoda że jest ona tak płytka i tak powierzchowna, iż opiera się tylko na oficjalnych definicjach, które - co prawda odzwierciedlają pewien stan faktyczny, ale - jednak nie opisują nam całości zagadnienia i nawet nie próbują udawać że na poważnie podchodzą do tematu. Pytanie bowiem nie brzmi tylko i wyłącznie czym był Ruch Prometejski, ale również (a może przede wszystkim) jakie były/są jego prawdziwe korzenie, kiedy tak naprawdę powstał, oraz (co równie ważne) czy istnieje po dziś dzień? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w tej właśnie blogowej serii (pewne odniesienia do tematu czyniłem już co prawda kilkukrotnie wcześniej, choć jeszcze na poważnie o tym nigdy nie pisałem). Może więc warto poznać prawdziwe dzieje tej formacji, aby uświadomić sobie że zarówno jej początek jak i koniec wcale nie nastąpiły tam, gdzie chcieliby je widzieć autorzy piszący (choćby w Wikipedii) o tym właśnie pojęciu. Mało tego, Ruch Prometejski nie tylko że nie zakończył swej działalności po roku 1945 i końcu II Wojny Światowej, ale działał jeszcze długie lata - i to często w samym sercu sowieckiego "ula" - mało tego ... on nigdy nie przestał działać!



RUCH PROMETEJSKI - POCZĄTEK

CZYLI 

"BÓG JEST Z NAPOLEONEM, 

NAPOLEON Z NAMI" 

 Cz. I





 Bezpośrednim powodem wykrystalizowania się koncepcji prometejskiej, stał się upadek państwa polskiego w końcu XVIII wieku, upadek do którego w ogromnej mierze przyczyniła się rodzima Targowica. Warto jednak (pokrótce) przypomnieć sobie jak to się w ogóle stało, że pojawili się ludzie, którzy gotowi byli jawnie działać przeciwko interesowi Rzeczpospolitej, żebrząc wręcz o interwencję obcych mocarstw w celu przywrócenia w Polsce "demokracji". Uświadomienie sobie tego aspektu jest o tyle ważne, że żyjąc współcześnie i obserwując historyczne wydarzenia bogatsi o wiedzę kolejnych dziesięcioleci - często ulegamy pewnym kalkom myślowym, które przekładają obecną wiedzę w tamte czasy. Tak dzieje się również wśród historyków, którzy np. twierdzą że lepiej byłoby dla Polski, gdyby król Jan III Sobieski nie wyruszył na odsiecz obleganego przez Turków Wiednia, bo wówczas z gry zostałby wyeliminowany austriacki zaborca. Myślenie to jest o tyle płytkie, że opiera się jedynie o analizę wiedzy historycznej którą posiadamy my, natomiast tej wiedzy nie mieli ludzie żyjący w tamtym czasie i dla nich wówczas ogromnym zagrożeniem była właśnie ekspansja muzułmańska na Europę. Przecież po upadku Wiednia, co prawda Austria Habsburgów przestałaby istnieć i nie stałaby się w sto lat później jednym z zaborców Rzeczpospolitej, ale... jej miejsce mogła równie dobrze zająć Porta Osmańska i dziś zastanawialibyśmy się czy lepiej by było , gdyby Sobieski jednak wyruszył na odsiecz Wiednia. Ta sama kwestia dotyczy i innych aspektów historii, polityki i geopolityki. Ktoś bowiem powie: nie doszłoby do rozbiorów, gdyby w XV lub XVI wieku Korona Polska i Wielkie Księstwo Litewskie "usunęło" Rosję z mapy Europy (i Azji), a była wówczas taka możliwość. Gdyby w pierwszych dekadach XVII wieku Rzeczpospolita wykorzystała sprzyjającą sytuację i rozbiła Rosję - również nie doszłoby do rozbiorów. A Prusy Książęce (główna przyczyna późniejszego rozbioru ze strony Brandenburgii), gdyby je włączyć w granice Polski już po sekularyzacji w 1525 r. sprawa byłaby rozwiązana. To prawda, problem polega jednak na tym, że tak wówczas nie rozumowano. Bowiem sądzono iż zarówno zhołdowanie Zakonu Krzyżackiego, jak i wyrwanie Moskwie ogromnych terenów na Wschodzie - jest już wystarczającym sukcesem i rzeczywiście, mimo wszystko na tamte czasy to były bezapelacyjne triumfy. Tyle tylko że my, bogatsi o dzisiejszą wiedzę historyczną, możemy mieć co do tego pewne zastrzeżenia.

Należy też pamiętać że Rzeczpospolita była potęgą, była mocarstwem, ale mocarstwem... pokojowym, w którym siła budowana była nie poprzez miecz i krew, a właśnie poprzez dobrowolne unie polityczne, które przyciągały do nas inne państwa i inne ludy - niczym magnes (wówczas bycie Polakiem, to było coś niesamowicie wręcz nobilitującego). Oczywiście nie znaczy to, że siła Polski opierała się wówczas tylko na uniach, układach i sojuszach - bo to nie prawda. Do dziś w polskiej świadomości historycznej istnieje na przykład mit Grunwaldu - bitwy, w czasie której Korona Polska i Litwa ostatecznie powstrzymały ekspansywną politykę Zakonu Krzyżackiego. Niestety - to bzdura! Grunwald 1410 r. nie był wcale bitwą obronną, bitwą gdzie jedynie broniliśmy się przed teutońską ekspansją. Bitwa to bowiem była początkiem mocarstwa, które następnie dominowało w Europie Środkowej i Wschodniej przez kolejne cztery wieki. Grunwald był więc aktem erekcyjnym przyszłego Imperium Polonorum, a nie żadnym powstrzymaniem ekspansji niemieckiej. To ta właśnie bitwa dała początek państwu o silnej demokracji i samorządności, o posuniętym niekiedy do przesady umiłowaniu wolności, o sile prawa (oczywiście im dalej na wschód, tym oddziaływanie prawa było słabsze), o powszechnej tolerancji religijnej, a jednocześnie państwa przed którym drżały sąsiednie mocarstwa, państwa które (jako jedyne w historii Europy, nie licząc krótkiego epizodu napoleońskiego) zajęło i utrzymało Moskwę, które narzucało swoje prawa i swoje obyczaje okolicznym ludom i które dominowało od Dunaju po Estonię i od granic miasta Moskwy do rzeki Odry. Cztery wieki takiej potęgi, gdzie król miał bardzo słabą pozycję polityczną i gdzie dominowała "wola ludu" wyrażana na sejmach i sejmikach ziemskich (a należy pamiętać że demokracje z reguły są słabsze od dyktatur, jako że podejmowane decyzje muszą tam uwzględniać tzw.: opinię publiczną - która często bywa zmienna, natomiast w dyktaturach i monarchiach absolutnych liczy się tylko wola władcy) i gdzie szlachta bardzo sceptycznie podchodziła do królewskich planów zwiększenia wojska - widząc w tym zamach na własne prawa i na ową demokrację, która wówczas stała się dla nich wręcz nową religią. A mimo to w polu wojsko Rzeczypospolitej było praktycznie nie do zatrzymania (i to nie tylko wojsko zaciężne, ale również pospolite ruszenie szlacheckie, które wielokrotnie - wbrew istniejącym kalkom propagandowym, aplikowanym naszemu społeczeństwu w czasach komunizmu - rozgramiało w bitwach liczniejszą od siebie zawodową armię wroga).




Na czym jednak polegała słabość Rzeczpospolitej, bowiem taka słabość rzeczywiście istniała? Otóż polegała ona na tym, że szlachta (tworząca naród Rzeczpospolitej) była aż do bólu pacyfistyczna i jeżeli istniała możliwość załagodzenia konfliktu na drodze pokojowej, to angażowano się w to, nie myśląc już nawet o wojaczce (tak właśnie zaprzepaszczona została koncepcja wielkiej wojny z Osmanami i wyzwolenia Bałkanów oraz likwidacji muzułmańskiego zagrożenia Europy, jaką chciał w latach 40-tych XVII wieku przeprowadzić król Władysław IV - o czym zresztą pisałem w oddzielnej serii blogowej). Szlachta bowiem bała się wojować nie dlatego że była pacyfistyczna ze swej natury (bo to bzdura), a właśnie dlatego, iż uważała że każda wojna prowadzi do nowych podatków, zaś sformowanie stałego wojska oznaczać może tylko jedno - wzmocnienie władzy królewskiej i wzrost tendencji absolutystycznych, a co za tym idzie powolny upadek demokracji szlacheckiej i odebranie szlachcie przywilejów jej "Złotej Wolności". Żeby to tak ładnie podsumować i dobitnie podkreślić, należałoby stwierdzić - Rzeczpospolita nie chciała się bić będąc bardzo silną i dlatego musiała potem bić się, będąc już bardzo słabą. I to właśnie jest całe podsumowanie naszej szlacheckiej tradycji (która - co bardzo ważne - realnie wykrystalizowała genotyp Polaka i to bez względu na jego pochodzenie społeczne. Przecież oglądając "Potop" czy "Pana Wołodyjowskiego" w kinach w latach 70-tych, potomkowie chłopów i mieszczan polskich przeżywali to w taki sposób, jakby rzeczywiście byli dziedzicami tamtej polskości i potomkami tamtych narodowych bohaterów - wywodzących się przecież w ogromnej większości ze szlachty). Dawna Rzeczpospolita nie padła więc dlatego, że nasi sąsiedzi byli tacy potężni, ale dlatego że my sami zrezygnowaliśmy z naszej potęgi, zaczynając realnie wierzyć że jesteśmy słabi. A skoro już uwierzyliśmy że staliśmy się słabi - to naturalnym stało się, iż musieliśmy mieć nad sobą jakiegoś protektora.

Długo trwały roszady kogo wybrać do tej roli - króla Szwecji - Karola XII, czy też cara Rosji - Piotra I (stąd wzięło się potem powiedzenie "Jedni do Sasa, drudzy do Lasa" - mające być odpowiedzią na kierunek "sojuszu", czy też podległości w czasie toczącej się Wojny Północnej, gdyż dotychczasowego króla Polski i elektora Saksonii - Augusta II Mocnego wspierał car Piotr, natomiast Stanisława Leszczyńskiego - "króla Piasta" - Karol XII). Dopiero 1 lutego 1717 r. na sejmie (który Rysiek Petru nazwał "głuchym" 😅) niemym (nazwa wzięła się stąd, iż żadnego z posłów nie dopuszczono wówczas do głosu, a nową konstytucję sejmową przyjęto jedynie poprzez jej odczytanie). Rzeczpospolita wówczas stawała się realnie "sojusznikiem" Rosji, a car Piotr publicznie deklarował iż: "wolności polskiej nie odstąpi", i przedstawiał się jako jedyny gwarant nienaruszalności ustroju Rzeczpospolitej. Sejm ten obradował w Warszawie pod rosyjskimi bagnetami (wysłany przez cara gen. Roenne wkroczył w granice Rzeczpospolitej z 18 000 żołnierzy już z końcem września roku poprzedniego) i jedynie milcząco potwierdzał warunki podpisanego 3 listopada 1716 r. traktatu warszawskiego. Warunki te sprowadzały się do kategorycznego usunięcia z Polski saskich urzędników króla Augusta II (na tym etapie August i Piotr konkurowali już o nowy model ustrojowy Rzeczpospolitej, przy czym ten pierwszy dążył do umocnienia swej królewskiej władzy w Polsce - również obsadzając stanowiska ministrami z Saksonii, co bardzo drażniło polską szlachtę, zaś ten drugi uznał że utrzymanie dotychczasowego ustroju Rzeczpospolitej - to znaczy decentralizacji państwa [panie Rafale Trzaskowski - mówi to panu coś 😑], liberum veto, oraz postępującej anarchizacji życia politycznego - jest jak najbardziej korzystne z punktu widzenia interesów rosyjskich. Dlatego też ogłosił się obrońcą "polskich swobód" [jak to się powtarza - prawda? Dziś pani Merkel też stoi na straży - choć oczywiście nieoficjalnie, jakże by inaczej - polskiej postkomunistycznej i postubeckiej demokracji oraz konstytucji Kwaśniewskiego z 1997 r. Ktoś już kiedyś powiedział, że wystarczy jedynie nauczyć się historii naszego upadku z XVIII - aby mieć podkładkę również i pod wydarzenia dziejące się współcześnie 😬]). Poza tym zmniejszono wówczas liczbę wojska do 24 000 (choć przeznaczono na jego potrzeby stałe podatki), królowi zabroniono wszczynać wojen bez zgody sejmu i więzić szlachtę bez wyroku sądowego (ale to wszystko obowiązywało już od czasu ustawy "Neminem captivabimus..." z 1425 r.). Wprowadzono także nienaruszalność "praw kardynalnych", czyli artykułów henrykowskich i pacta conventa, wolnej erekcji (😇) elekcji, liberum veto, nietykalności osobistej szlachty oraz dożywotności sprawowanych urzędów. Car Rosji bardzo szybko, gdyż już w lutym 1720 r. zawarł dodatkowo jeszcze układ z Prusami/Brandenburgią, mający na celu utrzymanie w Rzeczpospolitej "Złotej Wolności" i nie dopuszczenie do jakichkolwiek zmian ustrojowych.



"BYŁA DEMOKRACJA, 
WIĘC KAŻDY MÓGŁ PIĆ, ILE CHCIAŁ.
O PODATKACH DECYDOWALI SOBIE SAMI, 
WIĘC ICH NIE PŁACILI,
A W DODATKU MOGLI SOBIE WYBRAĆ KRÓLA NAJGORSZEGO Z MOŻLIWYCH"

"TO SIĘ NAZYWAŁO - WOLNA EREKCJA"
"I ZOSTAŁO CI DO DZISIAJ" 😅

 "I PODCZAS WOLNEJ ELEKCJI, WYBRALI SOBIE KRÓLA STANISŁAWA AUGUSTA, KTÓRY BYŁ TROCHĘ ZNIEWIEŚCIAŁY, ALE ORGANIZOWAŁ BANKIETY - W KAŻDY CZWARTEK"

"GDZIE SA FRANCUSKIE TANCERKI?"

"MIAŁ BYĆ STRIPTIZ" 😄

"A MOŻE BY TAK KUPIĆ TROCHĘ ARMAT... I RAKIETY ZIEMIA-POWIETRZE" 😅 




Wojska rosyjskie opuściły granice Rzeczpospolitej w grudniu 1718 r., jednak nie wyniosły się Kurlandii (będącej od 1561 r. lennem Rzeczypospolitej). Przez długie lata istniał konflikt o opuszczenie Kurlandii przez rosyjskie wojsko (w styczniu 1719 r. zawarto nawet w tej sprawie sojusz między Polską, Austrią i Wielką Brytanią, które to państwa miały zmusić Moskwę do opuszczenia kurlandzkiej ziemi, ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Potem jeszcze dwukrotnie w 1726 i 1731 r. wzywano Rosję do przestrzegania granic i opuszczenia zajętego terytorium - bezskutecznie, bowiem władzę w Kurlandii sprawowała od 1711 r. Anna Iwanowna Romanowa - córka cara Iwana V). Po raz kolejny wojska moskiewskie wkroczyły w granice Rzeczpospolitej w październiku 1733 r. (w czasie wojny o sukcesję polską z lat 1733-1735) i przebywały tutaj do końca tej wojny. W 1736 r. sejm ponownie wezwał Moskwę do opuszczenia Kurlandii i wezwanie ponownie okazało się bezskuteczne (dyplomacja bez siły militarnej, jest niczym motyl bez skrzydeł), dodatkowo też w latach 1738 i 1739 wojska rosyjskie dwukrotnie naruszyły granicę z Rzeczpospolitą na Ukrainie, zaś w 1748 r. caryca Elżbieta Piotrowna (córka Piotra I) wysłała wojska, które miały przemaszerować do Niemiec przez terytorium Polski (w czasie wojny o sukcesję austriacką, toczoną w latach 1740-1748) - i tak też się stało. Jednak okres między 1735 a 1757 r. uważany był w Polsce za niezwykle długi czas pokoju i to właśnie wówczas narodziło się powiedzenie: "Za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa". Rosjanie ponownie przekroczyli granicę Rzeczpospolitej w lecie 1757 r. na początku wojny siedmioletniej (toczonej w latach 1756-1763) i przeszli przez Litwę, czyniąc tam ogromne szkody (w samych dobrach kanclerza litewskiego - Michała Czartoryskiego, spalono kilkanaście wiosek), zaś w lutym 1759 r. do Wielkopolski wkroczyli także Prusacy Fryderyka Wielkiego - czyniąc kolejne spustoszenia. Prusacy ostatecznie wycofali się jednak do 1763 r. (ostatnie ich większe starcie na ziemiach polskich z Rosjanami miało miejsce w lecie 1761 r.), natomiast Moskale pozostali tu aż do 1789 r.

Warto tutaj również odnotować zgubny wpływ liberum veto na polski parlamentaryzm i skuteczne wykorzystywanie go przez inne państwa do blokowania jakichkolwiek (niekorzystnych z punktu widzenia obcych dworów) zmian ustrojowych w Rzeczpospolitej. Weto po raz pierwszy zostało użyte na sejmie 9 marca 1652 r. przez posła z Upity - Władysława Sicińskiego (który potem był symbolem najgorszych klęsk Rzeczpospolitej. Mówiono też, że za ów postępek trafił go piorun, a ziemia nie chciała przyjąć jego zwłok, dlatego też po 1672 r. zabalsamowano je i pokazywano przez długie lata - jeszcze w XIX wieku - w kościele w Upicie - jako symbol zdrady i upadku dawnej Rzeczpospolitej), zaś w kolejnych dziesięcioleciach stało się tak popularne, że mało który sejm w XVIII wieku doszedł do skutku i zdążył uchwalić konstytucję (niektóre zrywano nawet jeszcze przed wyborem marszałka sejmu). Problem z liberum veto polegał na tym, że w polskim parlamentaryzmie obowiązywała zasada jednomyślności (czyli po staropolsku "ucierania się"), a obrady trwały tak długo, aż osiągnięto  wspólny konsensus. Dlatego też nawet jeden głos zdecydowanego sprzeciwu, oznaczać mógł storpedowanie długo przygotowywanych planów reform ustrojowych i wzmocnienia wojska, co też powodowało że ze zrywania sejmów korzystały szczególnie obce dwory. I tak, Moskwa (przez przekupionych posłów), zerwała sejmy w latach: 1718, 1719, 1720, 1722, 1724, 1726, 1729, 1730, 1732, 1733, 1760 i 1762. Francja zerwała sejmy w latach: 1681, 1698, 1735, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1754 i 1758. O Prusach zaś nie ma co nawet pisać, bo z ich inicjatywy zostały zerwane praktycznie wszystkie sejmy, począwszy od XVIII wieku, więc nie ma sensu ich wymieniać. Warto jeszcze dodać, że sejmy zrywali też polscy magnaci, jak choćby Potoccy, którzy czynili to w latach: 1720, 1729, 1730, 1732, 1738, 1740, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1758 i 1760. Sapiehowie: 1688, 1689, 1695, 1698, 1701, 1729 i 1730. Lubomirscy: 1664, 1665, 1666 i 1754. Warto zauważyć że wiele dat się wzajemnie pokrywa, co oznacza że interes magnaterii częstokroć szedł w parze z interesem obcych mocarstw. W każdym razie Rzeczpospolita stała się pośmiewiskiem Europy, niezdolnym do przyjęcia jakiegokolwiek prawa i podjęcia decyzji, trwała zaś jedynie siłą rozpędu, wpadając coraz bardziej w całkowitą zależność od Moskwy (Wielki Wezyr Osmański - Ali Pasza, żalił się publicznie w 1743 r. - iż system panujący w Rzeczpospolitej przypomina całkowitą anarchię i nic nie można tam uzgodnić - pisał więc: "Cóż mamy czynić z narodem, gdzie dla wykonania jakiejś rzeczy, trzeba najpierw trzydzieści tysięcy głów nakryć jedną czapką"). W takich warunkach wypracowanie wspólnego konsensusu było praktycznie niemożliwe.   


"MUSIMY ZNALEŹĆ KONSENSUS...
POROZMAWIAĆ ZNACZY"  😎 



Inną zupełnie kwestią były projektowane plany rozbiorów tego apatycznego już wówczas i pogrążającego się w coraz większej politycznej anarchii państwa, jakim stała się Rzeczpospolita Obojga Narodów. Pierwszy plan rozbioru Polski został przedstawiony we wrześniu 1392 r. przez księcia Władysława Opolczyka (założyciela klasztoru na Jasnej Górze w Częstochowie i tego, który przewiózł i umieścił w tym klasztorze w 1384 r. cudowny obraz Madonny z Jezusem), proponował on wówczas Krzyżakom rozbiór ziem Korony Polskiej pomiędzy Zakon, Czechy i Węgry (jak oczywiście wiadomo, plany te nie doszły do skutku, gdyż Polska była na drodze ku potędze, a po 1410 r. i bitwie pod Grunwaldem, stała się jednym z największych europejskich mocarstw). Ponownie powrócono do planów rozbiorowych w czasie Potopu szwedzkiego, wojny z Moskwą i agresji księcia siedmiogrodzkiego - Jerzego II Rakoczego w 1657 r., ale i wówczas okazały się one jedynie wydmuszką (Rakoczy został rozbity w bitwach pod Magierowem i Czarnym Ostrowem i to tak, iż musiał podpisać kapitulację, Szwedzi zaś zostali wypędzeni z Rzeczpospolitej do 1658 r. zaś Moskwa - która od 1654 r. zajęła sporą część Litwy, Ukrainy i Białorusi, została rozbita w bitwach pod Lachowiczami, Połonką, Basią i Cudnowem w 1660 r. zaś w roku następnym działania wojenne toczyły się już na terytorium rosyjskim). Wówczas więc, póki Rzeczpospolita była silna, plany rozbiorów mogły co najwyżej powstać na papierze i warte były tyle, co ów papier na którym zostały wydrukowane. Jednak już w XVIII wieku, gdy Korona Polska nie była zdolna do przeprowadzenia podstawowych reform ustrojowych, rozbiory stały się realnym zagrożeniem. Już w styczniu 1733 r. król August II Mocny zaproponował (w rozmowie z pruskim ministrem Fryderykiem Grumbkowem) zajęcie Prus Królewskich wraz z Toruniem (bez Gdańska), zaś Ukrainę, Białoruś i dużą część Litwy (bez Wilna) zamierzał oddać Rosji. Plan ten ostatecznie nie doszedł do skutku, gdyż August Mocny zmarł 1 lutego 1733 r. w Warszawie.

Kolejny plan rozbioru Rzeczpospolitej, opracowała już nowa władczyni Rosji, zaraz po swym wstąpieniu na tron w lipcu 1762 r. - Katarzyna II. Plan ten przewidywał, iż Kurlandia i Inflanty Polskie zostaną włączone do Rosji, w zamian za to Polska miała otrzymać kosztem Prus - Prusy Książęce z Królewcem. Plan ten wciąż przewidywał utrzymanie Rzeczpospolitej w stanie zależności od Moskwy. Nie mógł też się powieść, gdyż po pierwsze został opracowany "na gorąco" (zaraz po obaleniu i zamordowaniu męża Katarzyny - cara Piotra III, który był wielkim miłośnikiem Prus i pruskiego militaryzmu), jako policzek wymierzony w męża carycy, a po drugie Fryderyk II z pewnością nie zgodziłby się na jego realizację i pomimo osłabienia królestwa w długiej wojnie siedmioletniej, toczyłby dalsze walki o Prusy Książęce, a tej wojny Katarzyna już nie zamierzała prowadzić. W 1768 r. opracowano (tym razem w Wiedniu) kolejny plan rozbiorowy. Cesarzowa Austrii - Maria Teresa zaproponowała Katarzynie i Fryderykowi następujący podział ziem polskich: Prusy otrzymają Kurlandię, Semigalię i Warmię, w zamian za co zwrócą Austrii Śląsk (zdobyty przez Fryderyka w roku w 1742 r.). Rosja natomiast miała utrzymać w Rzeczpospolitej w dalszym ciągu stan całkowitej zależności. Plan ten jednak został storpedowany przez Prusaków, gdyż król Fryderyk nie zamierzał oddawać swej najbogatszej prowincji, w zamian za niewiele znaczące ziemie w Prusach i Inflantach. Dlatego też już w 1769 r. opracowany został plan Fryderyka, który zakładał podział ziem polskich: Pomorze i Żmudź miały zostać włączone do Prus (ewentualnie jeszcze Wielkopolska, ale z niej król pruski mógł zrezygnować, gdyby napotkał zbyt duży opór ze strony Rosji), reszta Polski miała zaś zostać włączona bezpośrednio do Rosji. Projekt króla Prus nie spodobał się Katarzynie (zresztą trudno się dziwić i tak kontrolowała całą Polskę, po co więc miała doprowadzać do rozbiorów i dzielić się tymi ziemiami z Prusakami). Jednak jeszcze w tym samym 1769 r. Austria zajęła Spisz i Orawę (ziemie na Węgrzech będące we władaniu Rzeczpospolitej od 1412 r.), zaś w 1770 r. dodatkowo jeszcze Sądecczyznę i Podhale wraz z kopalniami soli w Wieliczce i Bochni, dlatego też stosunek Katarzyny do rozbiorów uległ zmianie. 




Rzeczpospolita była już realnie od 1768 r. (i podpisaniu niekorzystnego układu z Moskwą o "wieczystej przyjaźni", w którym co prawda Katarzyna dawała gwarancje nienaruszalności granic Polski, ale jednak Rosja stawała się gwarantem utrzymania "Złotej Wolności" szlacheckiej i ustroju panującego w Rzeczpospolitej. Tym samym Polska realnie i oficjalnie stawała się rosyjskim protektoratem). Wybuch antyrosyjskiej konfederacji barskiej (z lat 1768-1772) przyspieszył tylko zgodę carycy na rozbiór ziem polskich, do którego doszło ostatecznie 5 sierpnia 1772 r. układem podpisanym przez trzy mocarstwa: Rosję, Prusy i Austrię w Petersburgu. Rosja zajęła 92 tysiące kilometrów kwadratowych i 1 milion 300 tysięcy ludności, były to ziemie województw połockiego, witebskiego i mścisławskiego - tworząc tam gubernię białoruską. Prusy zajęły 36,5 tys. km. kw. i 580 tysięcy ludności - całe Pomorze (bez Gdańska), Warmię, Kujawy i ziemię chełmińską, tworząc tam Okręg Nadnotecki i Prusy Zachodnie. Austrii zaś przypadło 81 tys. km. kw. i 2 miliony 650 tysięcy mieszkańców - czyli województwa krakowskie, ruskie, bełskie i część sandomierskiego. Rzeczpospolita utraciła łącznie 30 procent swego terytorium. Oczywiście zaborcy domagali się, aby rozbiory zatwierdził sejm, jednak aby nie doszło do jego zerwania przez liberum veto (i teraz właśnie weto byłoby bardzo pomocne) caryca domagała się, aby sejm przekształcić w konfederację, gdzie decyzje miały zapadać zwykłą większością głosów i tak właśnie się stało - 18 września 1773 r. sejm przekształcony w konfederację (którego marszałkiem wybrany został kuchmistrz koronny, płatny szpieg Moskwy Adam Koniński) zatwierdził rozbiór. Był to pierwszy w historii rozbiór ziem polskich, dwa kolejne miały nadejść jeszcze w XVIII wieku, zaś do czwartego doszło w... 1939 r. gdy hitlerowskie Niemcy i stalinowski Związek Sowiecki napadły na Polskę i ją sobie wzajemnie podzieliły między siebie (jak również całą Europę Środkową). Lecz prometejska konspiracja, która doprowadziła do odrodzenia Polski w 1918 r., cały czas intensywnie pracowała nad "rwaniem" - owego sowieckiego kolosa - głównie po szwach narodowych, choć nie tylko. I to się udało, w latach 1989-1991 cały blok komunistyczny musiał upaść (inna sprawa, że bolszewicy mieli przygotowane wyjście awaryjne w postaci "transformacji ustrojowej"). Pamiętajcie też że prometejska hydra [w takiej lub innej formie] działa intensywnie po dziś dzień.

PS: Co ciekawe, o ile w czasach panowania Augusta II Mocnego na 13 sejmów zerwano aż 9, za jego syna - Augusta III na 13 sejmów zerwano... 12, natomiast za panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego nie został zerwany żaden sejm, dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta, o ile pozycja Rosji, jako hegemona w Rzeczpospolitej nie była wcześniej oficjalna, o tyle Moskwa musiała polegać na sprzedajnych posłach i ich wecie wobec niekorzystnych dla siebie ustaw i propozycji reform. Ale odkąd Rzeczpospolita już realnie stała się rosyjską kolonią, utrzymywanie weta jako politycznej blokady wprowadzanych ustaw, było nie tylko niepotrzebne, ale wręcz stawało się szkodliwe z punktu widzenia Moskwy. Tym bardziej że za króla Stasia i tak głosowano na sejmach to, czego życzyła sobie caryca Katarzyna, dlatego też weto było tylko zagrożeniem i mogło służyć do blokowania korzystnych dla Rosji ustaw. Dlatego też żaden sejm w latach 1764-1795 nie został już zerwany za pomocą tej broni (inna sprawa że liberum veto zostało zniesione przez Konstytucję 3 Maja w 1791 r.). I wszyscy posłowie musieli się temu podporządkować, a kto był oporny, to czekał go los owych nieszczęśników: biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna, porwanych na sejmie delegacyjnym na rozkaz rosyjskiego ambasadora - Nikołaja Repnina - 14 października 1767 r. i wywiezionych do Kaługi. 


PS2: W kolejnej części omówię jeszcze dwa pozostałe rozbiory i przejdę już bezpośrednio do prezentacji początków Ruchu Prometejskiego, który (a jakże) najbardziej sprzyjające warunki zyskał u boku korsykańskiego generała, co wkrótce potem stał się cesarzem Francuzów, a w 1812 r. rozpoczął próbę wskrzeszenia dawnej Rzeczypospolitej, najeżdżając Rosję i ogłaszając II Wojnę Polską (stąd potem powstał nawet na ten temat wiersz, który brzmiał: "Głupi Napoleonie, gdybyś za Renem siedział nigdy by się o tobie Hudson Lowe nie dowiedział". Dla przypomnienia - Hudson Lowe był brytyjskim gubernatorem św. Heleny na którą trafił Cesarz Napoleon po swej ostatecznej klęsce pod Waterloo w 1815 r.). Tak więc u boku Bonapartego, zrodziła się konspiracja, która przetrwała potem cały XIX wiek, pracując intensywnie nad jednym celem - rozbicia Rosji i wskrzeszenia Polski (oraz innych ciemiężonych przez Moskali narodów) i to im się ostatecznie udało w listopadzie 1918 r. (nic więc dziwnego, że po klęsce Polski w 1939 r. Stalin z takim zamiłowaniem na przełomie 1939/1940 r. oglądał sztukę Michała Glinki pt.: "Życie za cara", opowiadającej o wypędzeniu Polaków z Moskwy w 1612 r. Szczególnie zaś podobała mu się jedna scena - właściwie oglądał to oglądał tę sztukę tylko dla niej - pokazująca jak Polacy ostatecznie tonęli w bagnie. Potem zaś był Katyń... Czyżby Stalin tak bardzo bał się prometejskiej Hydry, że wydał rozkaz zabicia wziętych do niewoli, ponad 22 000 żołnierzy i oficerów Niepodległej Polski?






CDN.

sobota, 4 lipca 2020

PORADY DLA MĘŻCZYZN I KOBIET - Cz. X

OD ANTYKU PO WSPÓŁCZESNOŚĆ






GRECJA KLASYCZNA

ATENY

(V - IV wiek p.n.e.)

Cz. X



WYCHOWANIE MŁODYCH KOBIET

(HETERY)

Cz. VIII



W KRĘGU SYMPOZJONÓW

Cz. III




  
ASPAZJA z PERSEPOLIS
Cz. III



 "ZLIKWIDUJ PROSTYTUCJĘ, 
A W ŚWIECIE POWSTANIE CHAOS"

ŚW. AUGUSTYN


 Aspazja przybyła do Persji wraz z heterami idącymi u boku greckich najemników wynajętych przez Króla Królów - Artakserksesa III Ochosa i dowodzonych przez Lakratesa, Nikostratosa i Mentora, tuż przed perską wyprawą na Egipt w 343 r. p.n.e. Kampania ta zakończyła się ponownym zajęciem całego Egiptu przez Persję w 341 r. p.n.e., w tym zaś czasie młoda hetera stała się już kochanką perskiego władcy, który szybko się w niej zakochał. Spędzał z nią większość czasu, poddając się urokom greckiej kultury i obyczajów. Razem z nią uczestniczył monarcha w sympozjonach, podczas których ona była albo całkiem naga, albo też ubrana w lekką, prześwitującą tunikę. Grywali razem w kottabos - grę zręcznościową, polegającą na umiejętnym strącaniu resztkami niedopitego wina, mis lub czar stojących na wysokim słupku. Ten z graczy, któremu udało się strącić taką misę - wygrywał, otrzymując w nagrodę np. słodkie smakołyki, lub też erotyczne przyjemności (również pocałunek był nieodłącznym elementem tej gry, o czym świadczą niektóre zachowane greckie puchary - jak choćby te, ze zbiorów w muzeum w Bolonii). Kottabos była niezwykle popularną grą w ówczesnej Helladzie, a po wzajemnym przenikaniu się kultur (np. Grecy przejęli od Persów wschodni kult Adonisa), Persowie coraz częściej przejmowali również i greckie obyczaje (w tym również seksualne). Innym elementem miłosnej gry wstępnej między Aspazją a Artakserksesem, była chociażby grecka rozrywka zwana - akromatą. Polegała ona na zmysłowym tańcu heter, powiązanym również z umiejętnościami akrobatycznymi (np. skokami nad wystającymi ostrzami sztyletów umieszczonych pionowo na ziemi). Akromata (która była wykwintną sztuką, łączącą erotykę z występami scenicznymi, przedstawiającymi wybrane sztuki teatralne) kończyła się zbiorowym, wyuzdanym seksem - dlatego też najczęściej uczestniczyło w niej kilka heter, oraz młodzi męscy tancerze i działała tak bardzo stymulująco na biesiadników, że (jak opisuje to w "Sympozjonie" Ksenofont) "robi to na widzach tak silne wrażenie, że ci z nich, którzy jeszcze są wolni, przysięgają jak najszybciej się ożenić, a żonaci wsiadają na koń, by czym prędzej znaleźć się w ramionach swych małżonek".

W otoczeniu Króla Królów zawsze było dużo kobiet (ojciec Artakserksesa III Ochosa - Artakserkses II Mnemon, miał ponoć w swym haremie 360 nałożnic na każdy dzień roku), a gdy hellenizacja Persji również zaczęła święcić triumfy, urządzano akromatę złożoną z kilku, a nawet kilkunastu kobiet jednocześnie. Niektóre były całkiem nagie, inne miały opaski na biodrach, jeszcze inne przystrojone były w lekkie tuniki - w każdym razie takie zabawy pozwalały damom haremowym zaznać miłości znacznie częściej, niż tylko... raz do roku (kobiety które długo nie doznały "łaski" znalezienia się w królewskiej alkowie, musiały radzić sobie w inny sposób - co też często ukazane jest na greckich amforach z Persji, gdzie np. pokazany jest taniec nagiej nałożnicy z... dwoma sztucznymi fallusami w dłoni, lub też naga kobieta grająca na flecie, okrakiem dosiadająca odwróconej amfory, której podstawa wchodzi w jej łono). Król z reguły podczas tych zbiorowych orgii, początkowo przypatrywał się jedynie erotycznym tańcom swoich kobiet - przystrojony w biało nakrapiany chiton (który mógł nosić jedynie monarcha), białe lub karmazynowe spodnie i spiczaste buty (z reguły okrywał się jeszcze purpurową wierzchnią szatą), zaś jego broda była ufarbowana i odpowiednio przycięta na wysokości piersi. Szybko jednak władca pozbywał się odzienia i w otoczeniu swych dam, oddawał miłosnym uciechom (bardzo często spotykany był wówczas w Persji stosunek analny, lub też taki, w którym kobieta odwrócona jest do swego kochanka tyłem z wypiętą pupą w jego stronę). Król był oczywiście jedynym samcem w stadzie i nikt inny - żaden mężczyzna - nie mógł uczestniczyć w owej królewskiej akromacie (męscy młodzi tancerze uczestniczyli w niej jedynie w Grecji) i tylko on miał prawo do ciał swych nałożnic oraz kurtyzan. Oczywiście bardzo rzadko się zdarzało, aby król mógł zadowolić wszystkie uczestniczki owej orgii, dlatego też nieodzownym ich towarzyszem był wszędobylski olisbos (czyli sztuczny fallus). Niekiedy olisbosów było tyle, że wręcz... wisiały na ścianie haremu pałacu królewskiego w Babilonie, a czasem zdarzało się że niezadowolony władca... bił nimi po plecach kobiety, które wykonywały mu fellatio (te wszystkie praktyki są ukazane na erotycznych wazach greckich z IV wieku p.n.e., znalezionych w Babilonie lub w Persepolis).




Aspazja ponoć była bardzo piękną kobietą, więc nic dziwnego że bardzo szybko zdominowała inne damy z królewskiego haremu, stając się jedyną królewską nałożnicą. Nie wiadomo jednak jak inne damy reagowały na ich związek (nie ma na ten temat żadnych informacji) ale wiadomo że król spędzał w towarzystwie pięknej Greczynki większość czasu, całkowicie pomijając inne kobiety. Zdaje się że Aspazji podobało się to, jak działała na króla (o czym świadczą jej późniejsze żale - gdy monarcha odesłał ją do świątyni boga Amona-Re w Egipcie i kategorycznie zabronił stosunków z innymi mężczyznami). Nie przewidziała jednak tego, że zakocha się w niej również syn i następca Artakserksesa III - książę Arses. Z pewnością - w tajemnicy przed królem - zaczęła się z nim spotykać, licząc na to że utrzyma swą pozycję również po śmierci obecnego władcy. Niestety, Arses zakochał się w dziewczynie bez pamięci i ostatecznie zażądał od ojca by ten mu ją oddał, gdyż zapragnął ją poślubić. Tego było już za wiele, gdyż perski książę - następca tronu, nie mógł poślubić ani niewolnicy, ani też cudzoziemskiej prostytutki, a taką właśnie była Aspazja. Oczywiście ojciec odmówił i zyskał przy tym wsparcie swej oficjalnej małżonki (matki Arsesa), królowej Atossy, która nie wyobrażała sobie synowej ladacznicy. Arses jednak bardzo źle przyjął ojcowską odmowę, był bowiem tak uroczony wdziękiem greckiej hetery, że zamyślał nawet nad jej uprowadzeniem i ucieczką z kraju, a ostatecznie groził również samobójstwem, jeśli ojciec nadal będzie się upierał przy swoim. Taka sytuacja zaniepokoiła Atossę, która ostatecznie uprosiła męża, aby oddalił Aspazję ze swego haremu, gdyż jej obecność powodowała jedynie niezgodę pomiedzy ojcem a synem. To zapewne królowa zgotowała Aspazji ten ciężki los, odsyłając ją (ok. 340 r. p.n.e.) do dalekiego Egiptu, by w świątyni boga Amona-Re została zamknięta do swej śmierci i już nigdy więcej nie mogła oddać się żadnemu mężczyźnie (nad jej odpowiednim prowadzeniem się, miały czuwać "damy haremowe" ze Świątyni Amona-Re w Luksorze). Miała tam pozostać do końca swego życia i spędzić ten czas na służbie bogu (być może - jako "akrobatka" uczestniczyła również w corocznym święcie Opet, które odbywało się w tej świątyni i polegało na występach artystycznych - takich jak akrobacje, tańce i rozciąganie ciała - "dam haremowych" ku czci boga). Ponoć Aspazja rozpaczała nad swym losem, łkając iż nie przywykła do wstrzemięźliwości.

W 338 r. p.n.e. król Artakserkses III Ochos - po dwudziestu latach panowania - został zamordowany (wraz ze swą żoną i kilkoma innymi członkami dynastii Achemenidów) z polecenia eunucha Bagoasa - swego osobistego doradcy, a na tron Persji wstąpił książę Arses (który był tylko marionetką w rękach wszechwładnego ministra). W dwa lata później Bagoas kazał zamordować również i Arsesa, a na tron wprowadził przedstawiciela bocznej linii dynastii - Artaszatę, który przybrał królewskie imię Dariusza III. Pierwsze co uczynił nowy władca, to kazał... zamordować Bagoasa, zdając sobie sprawę że jeśli tego nie uczyni, to sam wkrótce dołączy do reszty swojej rodziny. Panowanie nowego króla nie trwało jednak długo, gdyż już w 334 r. p.n.e. Hellespont przekroczył na czele swej armii, młody macedoński monarcha o imieniu Aleksander, który w ciągu kolejnych czterech lat podbił i zlikwidował Imperium Perskie (z którym to Grecy zmagali się od prawie dwustu lat), tworząc tam własne władztwo (które jednak też długo nie przetrwało, a po śmierci Aleksandra w 323 r. p.n.e., kraj został rozszarpany przez jego wodzów, którzy na tych ziemiach założyli sobie własne hellenistyczne królestwa, tym samym rozpoczynając nowy etap w historii Orientu). Co zaś się tyczy Aspazji, to nic więcej na jej temat nie wiadomo. Prawdopodobnie zakończyła życie w egipskiej świątyni i nigdy już więcej nie poznała męskiego dotyku.




 
PS: W kolejnej części historia hetery Rodopis - trackiej niewolnicy, która otrzymała wolność i stała się małżonką Charaksosa, brata sławnej greckiej poetki - Safony. 






CDN.  

czwartek, 2 lipca 2020

FEMINISTYCZNA UTOPIA! - Cz. I

FUTURYSTYCZNA WIZJA

SPOŁECZEŃSTWA 

KONTROLOWANEGO PRZEZ KOBIETY






Dziś chciałbym zaprezentować książkę (mało znanego) amerykańskiego pisarza, o nazwisku - Parley J. Cooper, który jest autorem futurystycznej opowieści z gatunku fantasy, o świecie opanowanym przez kobiety (a właściwie feministki - bo jednak jest to znacząca różnica), w którym mężczyźni zostali sprowadzeni do roli "ruchomej własności nadającej się tylko do prokreacji". Książka pt.: "The Feminists" została wydana już dość dawno temu, w 1971 r. i opowiada o post-apokaliptycznym świecie, w którym teraz dominują kobiety (feministki), a mężczyźni nie mogą nawet zbliżyć się do kobiet, bez specjalnego pozwolenia - w przeciwnym razie czeka ich kara śmierci. Jeden z mężczyzn (główny bohater tej książki), który łamie to prawo, musi teraz uciekać aby ocalić swoje życie i po drodze wpada na tajną męską organizację, która - ukrywając się w podziemiach nowojorskiego metra - toczy partyzancką wojnę o wyzwolenie męskich niewolników. Akcja wydarzeń rozgrywa się w roku 1992 i pokazuje jak totalitarny system społecznej kontroli i zniewolenia jednostki (w tym przypadku wyobrażony w postaci reżimu feministek), prowadzi do upadku wszelkich wartości, upodlenia ludzkiej godności i w konsekwencji zawsze kończy się tak samo - zbrodnią i (jak w przypadku wszelkich marksizmów) masowymi mordami. 

Futurystyczna i utopijna wizja Cooper'a przypomina nieco film Juliusza Machulskiego pt.: "Seksmisja" z 1983 r. (o którym już kilka razy pisałem na tym blogu), ukazującym bardzo podobne żeńskie społeczeństwo, powstałe po atomowej zagładzie ludzkości i wymarciu męskich genów na skutek specjalnie skonstruowanej (przez prof. Kuppelweisera) Bomby M. Jedyna różnica polega na tym, że w świecie Machulskiego wszyscy mężczyźni (poza głównymi bohaterami - dwoma ochotnikami poddanymi hibernacji jeszcze przed wybuchem III wojny światowej i jednym mężczyzną ukrywającym się pod żeńską postacią i sprawującym władzę nad tym babińcem w postaci "Jej Ekscelencji") wyginęli, natomiast w świecie Cooper'a mężczyźni sprowadzeni zostali do roli niewolników i "dawców spermy". Nie wiadomo która wizja jest gorsza i właśnie dlatego w tym temacie pozwolę sobie tę utopijną pozycję zaprezentować, lecz ponieważ książka Cooper'a nie została przetłumaczona na język polski, tłumaczenie będzie również mojego autorstwa). 




 "FEMINISTKI"





ROZDZIAŁ PIERWSZY



Było już późno po północy i padał deszcz. Strażnicy uliczni, kobiety, których zadaniem było zapobieganie przestępczości mężczyzn, porzucili swoje posterunki i siedzieli skuleni w drzwiach, z karabinami schowanymi pod prochowcami, a ich głowy schowane były wewnątrz wielkich kołnierzy w celu ochrony przed wiatrem. Na wschodzie Central Park wyglądał niczym cmentarz przyrody, gdyż w wyniku porzucenia programu ekologii na początku lat siedemdziesiątych, nie było już liści ani źdźbła trawy, które mogłyby wchłonąć padające krople deszczu, by zapobiec gromadzeniu się ulewnych strumieni i jezior; na południu wysokie budynki biurowe Manhattanu wyłaniały się jak czarne olbrzymy na ciemnym niebie. 

Keith Montalvo, pozbawiony płaszcza i przemoczony, pospiesznie ruszył w stronę Broadwayu, zbliżając się do budynków, aby ukryć się w cieniu. Miał około dwudziestu lat, silną twarz i solidne, potężne ciało. Jego ciemne włosy były spłaszczone na wysokim czole, a oczy błyszczały strachem i determinacją. Każde przejście, które musiał minąć, stanowiło zagrożenie. Mężczyzna na ulicy w nocy bez autoryzowanej przepustki musiał zostać natychmiast aresztowany i uwięziony. Opierając się o szorstką cegłę budynków, otarł deszcz z twarzy i spojrzał na ciemną ulicę przed sobą. Udało mu się uniknąć dwóch budzących grozę strażników ulicznych, zbyt zajętych ich osobistym dyskomfortem, aby go zauważyć, ale przed nim stały jeszcze cztery długie przecznice, aż cztery długie przecznice. 
Niespełna pół godziny wcześniej spał spokojnie w cieple swojego pokoju na poddaszu. Przebudzony stukotem butów na dolnym podeście, otworzył oczy na oślepiający blask nagiej żarówki i leżał drżąc, wstrzymał oddech i zacisnął pięść, czekając na dźwięk, którego obawiał się od czasu poddania się fizycznej spełnieniu z Marianną, dziewczyną, która pracowała z nim w Archiwum. Te chwile, zanim usłyszał skrzypienie schodów prowadzących do jego pokoju, wydawały się wiecznością, ale kiedy nadeszły, strach zastąpił instynkt przetrwania. Seks między mężczyzną i kobietą bez zgody Komitetu był karany śmiercią. Musiał więc uciec jeśli nie chciał zginąć. Wyskoczył z łóżka i wspiął się przez okno, zanim schody wydały drugie ostrzeżenie. Gdy biegł przez dach, usłyszał walenie w drzwi i przenikliwy głos kobiet-żołnierzy domagających się wejścia. Teraz jednak dopadła go beznadziejność jego położenia. Nawet bowiem gdyby dotarł do mieszkania swojego przyjaciela, nie mógł być pewien, że Graham przyjąłby uciekiniera. Tym bardziej że zagroziłby swojemu bezpieczeństwu i zostałby aresztowany za współudział w przestępstwie. Grzmot rozległ się na zachodzie, a pierwszy błysk pioruna oświetlił opustoszałe ulice. Niemal natychmiast przenikliwy dźwięk gwizdka rozległ się po jego prawej stronie i strażnik uliczny wyszedł zza drzwi, usiłując uwolnić karabin ze swego ubrania.

- Męska świnio! - krzyknęła - Stój!

Ulica nagle wypełniła się ogłuszającym gwizdkiem. Kolejna strażniczka podeszła do chodnika zza drzwi w następnym bloku. Biegła do przodu z karabinem podniesionym w pozycji do strzału. Decyzja Keitha była natychmiastowa. Lepiej, pomyślał, zginąć podczas próby ucieczki niż umrzeć jak baranek prowadzony na rzeź. Wyskoczył z budynku i pobiegł przed siebie. Jego celem była boczna ulica, a jego silne nogi dawały mu przewagę nad prześladowcami. Nastąpiła eksplozja i coś szarpnęło mu ucho. Biegł zygzakiem, dopóki nie minął ostatnich latarni i nie dotarł do krawędzi parku. Tutaj, schowany przy pniu bezlistnego drzewa, zatrzymał się, przycisnął dłonie do piersi, by uciszyć bicie serca, i rozejrzał się wokoło. Wszystkie budynki w Zachodnim Central Parku były ciemne. Wyobraził sobie zaciekawione twarze przyciśnięte do tamtejszych okien. W 1992 roku nikt nie angażował się w takie incydenty; nawet inny sympatyczny mężczyzna, którego instynkt podpowiadał mu, iż ów ścigany przez strażników ulicznych jest zbiegiem, nie ośmieliłby się mu pomóc. To było całkowicie matriarchalne społeczeństwo, a on złamał jedno z jego najsurowszych praw. Dwie strażniczki minęły latarnię uliczną na środku bloku. Szły powoli, sprawdzając każde możliwe miejsca kryjówek. Keith spojrzał na sękate cienie drzew w parku. Trująca atmosfera całkowicie zniszczyła roślinność; powodując iż nie można było ukryć się na całej wielkiej przestrzeni parku.

- Jest w parku - usłyszał krzyk kobiety z jednego z ciemnych okien.

W panice rozejrzał się za miejscem, w którym mógł się ukryć, a jego oczy padły na ciemną dziurę nie dalej niż trzy stopy dalej. Nie zastanawiając się nawet co to jest, rzucił się do przodu i zszedł po betonowych schodach zaśmieconych gruzem. Kiedy dotarł do dolnej części i odkrył zgniłe deski przybite do drzwi, wiedział, że natknął się na opuszczone wejście do metra. Cały podziemny system tranzytowy został zamknięty przez pierwszą damę jako niebezpieczny. Obracając się, Keith zobaczył promienie latarek przecinające ciemność nocy. Wiedział, że strażniczki, choć mogły zapomnieć o metrze, nie przegapią otwartej czarnej dziury. Uwięził się jak przestraszony królik. W gniewie i frustracji zaczął rozrywać deski i poczuł, jak się poddają. Jedna, a potem druga puściły, a on wdrapał się przez wąski otwór. Wewnątrz zszedł kilka kroków, poruszając się powoli z wyciągniętymi rękami. Stęchły zapach kłuł go w nozdrza, a coś małego ocierało się o jego stopę, gdy uciekało przed siebie. Dysząc, przykucnął przy wilgotnej betonowej ścianie. Usłyszał, jak obcasy butów uderzają o szczyt zewnętrznych schodów. W opuszczonym metrze usłyszał krzyk jednej ze strażniczek. 

- Myślisz, że wszedł do środka?

Wymamrotana odpowiedź utonęła w grzmocie błyskawic. Promienie latarki przesuwały się powoli nad zabitym deskami wejściem i oświetlały wnętrze podłogi. Na zniszczonych przez lata użytkowania schodach leżały kałuże wody, a na górze unosiły się gruz. Oczy szczura zabłysły, a gdy trafiło w nie światło latarek, pisnął, odwrócił się i zniknął w szczelinie betonu. Keith nadal kucał, czekając. Widział metalową rurę na podłodze w pobliżu schodów. Gdyby strażnicy zaczęli schodzić, użyłby jej jako broni. Posunął się za daleko, by teraz poddać się schwytaniu bez walki.

- Założę się, że uciekł do parku - usłyszał. 

Głos kobiety miał autorytarny ton; miała prawdopodobnie wyższą rangę niż jej towarzyszka. Było więcej bełkotania, jakby obje debatowały nad drogą jego ucieczki. Potem światła zgasły i otoczyła go ciemność. Przez kilka chwil się nie ruszał. Bolała go klatka piersiowa, a prawe ramię zostało przecięte na gwoździu, gdy przeciskał się przez wąski otwór. Czuł ciepły przepływ krwi na swoim zimnym ciele. Jego zęby szczękały bardziej ze strachu niż z zimna. Wiedział, że strażnicy wrócą do metra, gdy ich próby odnalezienia go w parku zawiodą. Prawdopodobnie dołączyliby do nich inni, a liczna grupa, zeszłaby wówczas do opuszczonego tunelu. Nie miał wyboru, musiał spróbować ruszyć drogą wzdłuż torów, przynajmniej póki nie zgubi swoich prześladowców. Kiedy wstał, błyskawica oświetliła ciemną jaskinię z betonu i stali. Miał jasnoszary, choć krótki, widok bramek obrotowych, podążył w ich kierunku i opuszczonego pociągu leżącego jak czarna gąsienica na wewnętrznych torach. Kiedy ciemność znów się zbliżyła, ruszył naprzód z większą pewnością, pierwsze kroki jego drogi zapadły mu w pamięć. Poruszał się tylko kilka kroków, gdy dosięgnęły go z tyłu ostre dźwięki. Odwrócił się, gotowy do walki i spojrzał w ciemność.

- Wiem, że tam jesteś - powiedział. Nigdy nie weźmiesz mnie żywego! 

Nie było odpowiedzi, tylko odgłos spadających kropli deszczu, zmieniających się w kałuże. Keith Cofnął się powoli w kierunku bramek obrotowych, sądząc, że jeśli uda mu się dotrzeć do torów, może zaryzykować ucieczkę w ciemności. Gdy błyskawica po raz kolejny oświetliła wnętrze, w mgnieniu oka zobaczył młodą kobietę stojącą w pobliżu dawnego stanowiska poboru opłat. Miała na sobie krwistoczerwoną sukienkę i wysokie czarne buty. Włosy miała zupełnie nieuporządkowane, rozrzucone wokół jej twarzy, a jej usta rozchyliły się w uśmiechu. Widok tej kobiety był bardziej przerażający niż widok strażniczek ulicznych. Keith uniósł jedną nogę i upadł na ziemię po przeciwnej stronie. Jej śmiech przerwał ciszę, odbijając się echem ze wszystkich stron niczym śmiech szalonej kobiety.

- Jesteś uwięziony - rzekła - witamy w podziemnym domu.

Keith odwrócił się aby uciec w stronę toru, ale coś twardego uderzyło go w czaszkę i opadł na kolana, pogrążając się w otchłani nieświadomości, a jej śmiech wypełnił mu głowę.






CDN.