Łączna liczba wyświetleń

piątek, 17 lipca 2020

GDY RZYM NIE BYŁ RZYMEM - Cz. IX

CZYLI JAK WYGLĄDAŁO

WIECZNE MIASTO W CZASACH

NIEWOLI AWINIOŃSKIEJ

I COLA DI RIENZI?






INNOCENTY III

CESARZ KOŚCIOŁA I PAPIEŻ EUROPY

Cz. VIII

 




"TYLKO DLATEGO, ŻE PRZYWIEŹLI CIĘ, O CESARZU, ZGODNIE Z WOLĄ BOŻĄ, NIE POZWÓL IM NA AROGANCJĘ. PONIEWAŻ ZWRACAJĄC TRON PRAWOWITEMU CESARZOWI ODEGRALI ONI ROLĘ SŁUG, NIECH TERAZ BĘDĄ ULEGLI JAK PRZYSTOI SŁUGOM"


NIKEFOROS CHRYZOBERGES

NADWORNY MÓWCA I PISARZ BIZANTYJSKI, TYMI SŁOWY ZWRÓCIŁ SIĘ DO CESARZA ALEKSEGO IV ANGELOSA Z MOWĄ POTĘPIEŃCZĄ WOBEC PRZYBYŁYCH Z EUROPY KRZYŻOWCÓW
(6 Stycznia1204 r.)


 Po swej cesarskiej koronacji z dnia 5 lutego 1204 r., Aleksy V Murzoflos (Krzaczastobrewy), zaczął postrzegać krzyżowców, jako zdanych na jego łaskę błagalników i dlatego nie zamierzał respektować umów jakie z nimi zawarł jego poprzednik na cesarskim tronie - Aleksy IV Angelos. 7 lutego nowy władca Bizancjum spotkał się z dożą Wenecji - Enrico Dandolo, by porozmawiać o wypłaceniu krzyżowcom należnej im kwoty, jednak teraz, gdy Aleksy IV został już obalony, Murzoflos nie tylko nie zamierzał niczego płacić, ale wręcz uznał taką propozycję ze niedopuszczalną i obraźliwą dla władcy Konstantynopola. Ledwie już chodzący o własnych siłach, ślepy i głuchy 97-letni Dandolo, zażądał od nowego cesarza 5 000 funtów złota w zamian za opuszczenie rejonu miasta przez oddziały krzyżowców, jednak Aleksy V zdecydowanie odmówił. Mógł on dość łatwo kupić sobie spokój i (względne, jako że w świecie Bizancjum - przy często zmieniających się władcach, niestabilnych granicach i częstych atakach wrogich ludów zarówno w Anatolii jak i na Bałkanach, nie było to możliwe na stałe) bezpieczeństwo, jednak uznał że krzyżowcy są po pierwsze słabi, a po drugie zdani na jego łaskę. Niestety, był to błąd którego potem szybko pożałował. Wcześniej jednak, obawiając się aby ponownie nie spróbowano przywrócić na tron zamkniętego w lochu Aleksego IV - kazał go zadusić już 8 lutego 1204 r. (jego ojciec - Izaak II Angelos zmarł również w lochu, otruty z polecenia Murzoflosa - 28 stycznia). Niezadowoleni z takiego obrotu sprawy krzyżowcy postanowili złupić okolicę i przypuścili atak na tereny wokół miasta Filee. Dwa dni grabiono tę okolicę zdobywając bydło i drób, które następnie przewieziono do swego obozu (częściowo drogą morską). Murzoflos, pragnąc przywołać łacinników do porządku i pokazać im że teraz to on jest panem całego Imperium i władcą Konstantynopola, wyprowadził przeciwko nim swoją armię. Jednak francuska jazda - pod dowództwem hrabiego Henryka z Hainaut - skutecznie odparła atak sformowanych na szybko oddziałów katafraktów i zmusiła ich do ucieczki. W ręce krzyżowców wpadła wówczas również  ikona Maryi Matki Bożej "Obrończyni Konstantynopola", co miało katastrofalny wpływ na morale ludu oraz armii stolicy Bizancjum (a krzyżowcy dodatkowo umieścili ów obraz na jednym ze swych okrętów i pływali z nim po Złotym Rogu w tę i z powrotem, dokładnie pokazując mieszkańcom swój łup).

Utrata tej ikony była jednocześnie dowodem, że Opatrzność nie wspiera już cesarza Aleksego V i że teraz Bóg "jest przy krzyżowcach". Aleksy zdawał sobie sprawę z wagi tego aktu, utrata bowiem tak cennej ikony (prawdopodobnie nie była to jednak owa słynna Hodegetria) mogła zaważyć na jego dalszym losie i to nie tylko w kwestii utrzymania się przy władzy, ale również zachowania życia (tym bardziej że lud już zaczął z niego otwarcie kpić i wyśmiewać go, iż bardziej nadaje on się do wrzecion i kobiecych sukien, niż do wojaczki i przewodzenia miastu - a nie ma nic gorszego dla władzy jak drwiny własnych obywateli, bowiem władza może nawet być okrutna - ale w żadnym razie nie może stać się śmieszna). To spowodowało że cesarz zapragnął ponownie nawiązać rozmowy z krzyżowcami i przekonać ich do zwrotu świętej ikony. Takie spotkanie zorganizowano w monasterze św. Kośmy i Damiana pod Konstantynopolem, ale krzyżowcy nie zamierzali już rozmawiać. Zjawili się co prawda w umówionym miejscu, lecz tylko po to aby porwać i uwięzić Aleksego. Ten co prawda - dzięki poświęceniu swej ochrony - zdołał się wymknąć i uciec, jednak tym samym wszelkie rozmowy zostały definitywnie zerwane. Dla krzyżowców też sprawa była jasna - Aleksy Murzoflos w żaden sposób nie mógł już dłużej pozostać na tronie i należało go czym prędzej wymienić. Tylko... na kogo? To pytanie trapiło przywódców krucjaty i nie mogli oni długo podjąć decyzji w tej sprawie. Co prawda proponowano osadzenie na tronie w Konstantynopolu króla Rzymian (Niemców) - Filipa I Szwabskiego (który, jako spowinowacony z dynastią Angelos przez swoją żonę Irenę Angelinę - córkę cesarza Izaaka II Angelosa - miał prawo dziedziczyć tron Bizancjum), jednak był on daleko, a poza tym ciążyła nad nim (od 1201 r.) papieska klątwa, więc nie był to dobry kandydat do objęcia władzy z punktu widzenia uczestników IV Krucjaty. 24 marca 1204 r. w obozie krzyżowców została zwołana rada, która miała zadecydować o dalszych losach Konstantynopola i całego Cesarstwa.

 


Tam właśnie - po odmówieniu wspólnej modlitwy - zaczęto już wprost nawoływać do ataku na miasto, w celu usunięcia "Zdrajcy-Mordercy-Królobójcy" i zastąpienia go kimś godnym zaszczytu zasiadania na tronie tak sławnego Cesarstwa. Kapłani dali zielone światło, twierdząc że ta "wojna jest zgodna z prawem i sprawiedliwa", gdyż nie została spełniona obietnica (złożona jeszcze przez Aleksego IV w Italii, a potem potwierdzona w Zadarze) zjednoczenia Kościołów: Wschodniego i Zachodniego (owe zjednoczenie miało polegać na tym, że patriarcha Konstantynopola miał uznać nad sobą prymat rzymskiego papieża). Udzielano więc rycerstwu i czeladzi powszechnego rozgrzeszenia za udział w tej walce, stawiając jednocześnie atak na Konstantynopol na równi z podjętą na początku misją krucjaty do Ziemi Świętej. Należy też pamiętać, że ogromna większość przybyłych z Europy rycerzy - to byli prawdziwi ideowcy, ludzie dla których do rangi świętości urastały takie kwestie jak dotrzymywanie umów, ideał rycerskiej wierności i cnót oraz walka z muzułmanami w obronie Świętego Krzyża i Świętego Grobu. Żaden z nich również nie ruszyłby do walki z innymi chrześcijanami, gdyby nie uzyskał jasnej deklaracji duchowieństwa o konieczności takiej walki w obronie Bożej Sprawiedliwości i przeciwko złu, jakim dla wielu z tam obecnych było królobójstwo. Dlatego też, bez apostolskiego rozgrzeszenia z pewnością nie podjęliby oni tej walki (co innego Wenecjanie. Ci bowiem podchodzili do tych spraw znacznie bardziej pragmatycznie i głównie interesowało ich ile sami mogą na tym zyskać oraz co zyskałaby Republika św. Marka po "wymianie" władcy Konstantynopola. Kwestie religijne były dla nich zupełnie drugorzędne i wręcz nieistotne). Wiele złego uczyniła również wzajemna niechęć Łacinników i Bizantyjczyków (ci pierwsi uważali tych drugich za zniewieściałych i zdradliwych tchórzy, ci drudzy zaś mieli krzyżowców za okrutnych i dzikich pół-barbarzyńców). Tak więc po zawarciu porozumienia i podziale stref wpływów w zdobytym mieście, przystąpili krzyżowcy do intensywnych prac przygotowawczych (budowa machin oblężniczych, balist, mangonel i pomostów i jednocześnie tak wyposażając swe okręty, aby zapewnić im ochronę przed nieprzyjacielskimi pociskami).

Bizantyjczycy również nie próżnowali i podjęli się naprawy murów oraz bram obronnych, a zniszczone podczas poprzednich walk wieże zostały uzupełnione i wzmocnione drewnianymi konstrukcjami, zaczęto również powiększać wały wokół miasta. Cesarz Aleksy V Murzoflos zagonił do tych prac zarówno lud stolicy, jak i armię, jednak po utracie ikony Maryi Matki Bożej, bardzo trudno było mu ponownie wzbudzić entuzjazm wśród swych poddanych. Ludzie, którzy stracili wiarę we wsparcie Opatrzności co prawda pracowali, ale bez większego zaangażowania. Wychodzili bowiem z założenia, że skoro sam Bóg pozwolił krzyżowcom zwyciężyć, to znaczy że odwrócił się od nich. A z całą pewnością odwrócił się od ich władcy. Co innego krzyżowcy, którzy zostali podbudowani apostolskim rozgrzeszeniem i nawoływaniami do zadośćuczynienia Bożej Sprawiedliwości i ukarania owego mordercy, zdrajcy oraz uzurpatora, który wciąż jeszcze zasiadał na tronie w Konstantynopolu. Podczas narady uzgodniono że po zdobyciu miasta zostanie wybrany nowy cesarz, które to zadanie powierzono wybranym elektorom w liczbie 12 (6 Franków i 6 Wenecjan). Przyszły cesarz miał otrzymać 1/4 część Cesarstwa Bizantyjskiego a reszta terytoriów miała zostać zgodnie podzielona pomiędzy krzyżowców (Franków i Wenecjan). Zadania podziału terytoriów pomiędzy poszczególne ludy mieli się podjąć również wybrani na naradzie przedstawiciele w liczbie 24 (12 Franków i 12 Wenecjan). Obdarowani mieli prawo przekazywania tych terenów swym spadkobiercom (i to zarówno synom jak i córkom - co zostało jasno zdeklarowane), lecz wszyscy Frankowie musieli złożyć przysięgę wierności lennej nowemu cesarzowi (jeśli oczywiście cesarzem zostałby wybrany któryś z Łacinników), zaś Wenecjanie byli z tego wymogu zwolnieni. Jeśli jednak cesarzem zostałby wybrany Frank, to automatycznie patriarchą miał być Wenecjanin - któremu przypadłaby świątynia Mądrości Bożej (doszło by również do podziału pozostałych świątyń pomiędzy kler prawosławny i katolicki). Złożono uroczystą przysięgę dotrzymania zawartej tu umowy i obłożono klątwą każdego, kto tylko spróbowałby złamać jej założenia. Co ciekawe, złożono również "przysięgę na relikwie, że nikt nie podniesie ręki na mnichów, księży ani innych duchownych, z wyjątkiem uprawnionej obrony". Oszczędzone miały być również wszystkie kościoły, oraz kobiety i to zarówno panny, mężatki jak i oczywiście zakonnice (Niketas Choniates pisze w swej "Kronice...": "Wszyscy z wojska ślubowali na święte relikwie (...) że kobiet nie wezmą przemocą, nie będą zrywać z nich odzienia, w które są odziane, ponieważ tego, którego przyłapią czyniącego gwałt, oddadzą na śmierć". Tak oto wczesnym rankiem 9 kwietnia 1204 r. doszło do bitwy o Konstantynopol w imię: "Boga, Papieża i Cesarstwa".




Pierwszy szturm na mury miejskie Konstantynopola zakończył się dla krzyżowców niepowodzeniem, jako że tego właśnie dnia wiał bardzo silny wiatr, uniemożliwiający oddawanie odpowiednio silnych strzał z katapult oraz skuteczne manewrowanie flotą w Złotym Rogu (tylko pięć statków zdołało wówczas zbliżyć się do miasta, ale ich ataki zostały odparte przez obrońców). Atak więc należało przerwać i poczekać na bardziej sprzyjający moment. Ten czas starał się wykorzystać cesarz Aleksy Murzoflos, który próbował przekonać swych poddanych i wojsko że Bóg jest jednak z nimi, gdyż przeszkodził Łacinnikom w dostaniu się na miejskie mury. Wydaje się jednak że niewielu mu w to uwierzyło (choć radość z zatrzymania pierwszego ataku krzyżowców była duża w samym mieście i nawet żołnierze na murach, widząc cofających się Łacinników zdjęli swoje odzienie i wypięli w ich stronę nagie pośladki), zapewne też cesarz znacznie więcej by zyskał gdyby udało mu się (w jakikolwiek sposób) odzyskać świętą ikonę Maryi Matki Bożej. Co ciekawe, również i w obozie krzyżowców postał z tego powodu pewien niepokój i natychmiast (miało to miejsce 11 kwietnia) zaczerpnięto zdania duchownych, pytając czy rzeczywiście Bóg pragnie aby podnieśli oni miecz na Konstantynopol. Biskupi jednak zgodnie odpowiedzieli że sprawa jest jak najbardziej słuszna i Niebiosa są z nimi. Jednocześnie wszyscy duchowni modlili się całą noc o zesłanie "Bożego wsparcia" dla "armii sprawiedliwych" i rzeczywiście, 12 kwietnia (podczas kolejnego ataku na mury Konstantynopola) pojawiła się tak silna bryza, że wręcz sama pchała ona okręty krzyżowców pod mury miasta, wiejąc tym samym prosto w oczy obrońców. Wenecjanie i Frankowie dostawili drabiny do murów i wspięli się na nie bez większych strat własnych, przedostając się do miasta od strony Pałacu Blacherneńskiego (północny-zachód Konstantynopola). Pierwszy na mury wdarł się Wenecjanin - Piotr Albertini, ale przypłacił swój wyczyn śmiercią. Drugim, który z powodzeniem dostał się na wieżę, był Frank (francuski rycerz) Andrzej Durebiose, który uczepiwszy się drewnianej konstrukcji, wdarł się po niej do środka umocnień. Co ciekawe, obrońcy wówczas miast powstrzymać go lub próbować zrzucić z murów, po prostu... zbiegli na niższą kondygnację, umożliwiając kolejnym Frankom wdarcie się do środka. Był to błąd, który potem został przez krzyżowców nazwany "Drugim Cudem Boskim". W innym miejscu śmiałego czynu dokonał kolejny Frank - Piotr Bracieux, który opanował aż dwie wieże. 

Najwięcej jednak przysłużył się mnich o imieniu Alaume de Clari, który wraz z Piotrem z Amiens, 10 innymi rycerzami oraz 60 żołnierzami, odnalazł sekretne wejście do miasta (nieużywane od stuleci i z pewnością zapomniane przez samych obrońców). Toporami, mieczami i drągami - jednocześnie chroniąc się przed deszczem strzał swymi tarczami - rozbito wejście i ujrzano "tylu ludzi (...) że wydawało się, iż było tam pół świata". Początkowo krzyżowcy obawiali się wejść do środka widząc taką masę ludzi, ale odwagę wzbudził w nich ponownie ów mnich - Alaume de Clari, który pierwszy przestąpił prób, wołając (z krzyżem w jednej ręce i mieczem w drugiej) do swych towarzyszy: "Panowie, idźcie śmiało! Widzę, że oni odchodzą bardzo rozbici i uciekają" i rzeczywiście jak na prośbę Opatrzności, tłum (wśród którego byli żołnierze, mogący z całą pewnością zmusić tę grupkę atakujących do odwrotu) zaczął się cofać (nazwano to potem "Trzecim Cudem Boskim"). Cesarz Aleksy (stojący: "tak na rzut kamieniem") widząc rozłam w murze, rozkazał swej gwardii wareskiej uderzyć na napastników, ale ci ujrzawszy porządek w szeregach Łacinników i determinację na ich twarzach, zawahali się i również poczęli się cofać (sam cesarz opuścił wówczas swoje stanowisko i wycofał się do Pałacu Blacherny). Frankowie natomiast w opanowanych przez siebie wieżach otwarli bramy, wpuszczając do środka więcej krzyżowców, a ci nie zważając ani na wiek ani na płeć rżnęli swymi mieczami wszystkich napotkanych mieszkańców, dokonując masakry i powodując panikę wśród uciekających. Łacinnicy jednak nie posunęli się od razu wgłąb miasta (zakaz taki wydali baronowie) obawiając się zasadzek i skrytobójczych ataków, które bardzo łatwo można było dokonać w wąskich ulicach miasta i na otwartych licznych placach Konstantynopola. Miasto to bowiem było prawdziwym ulem, a drugiego takiego nie można było spotkać w całej Europie (nawet Rzym w owym czasie bardziej przypominał miasto typu wiejskiego niż prawdziwą metropolię), zaś Bizantyjczycy zapewne byli dobrze uzbrojeni, stąd krzyżowcy spodziewali się jeszcze długotrwałych walk o każdą z dzielnic miasta (zakładano nawet że walki mogą potrwać... kilka miesięcy) i postanowili noc z 12 na 13 kwietnia spędzić wokół zdobytych przez siebie murów, planując jednocześnie (w przypadku długotrwałej obrony) podpalić całe miasto. Zresztą nie czekano wcale na wznowienie walk i jeszcze tej nocy ludzie markiza Bonifacego z Montferrat, podłożyli ogień i wkrótce pożarem zajęła się cała dzielnica, a ogień szedł dalej w kierunku dzielnicy Platea i Forum Konstantyna Wielkiego. W tym pożarze (jak podaje kronikarz wyprawy Gotfryd z Villehardouin): "spłonęło wiele domów, więcej niż w trzech największych miastach królestwa Francji". Tej samej nocy cesarz Aleksy Murzoflos (wraz z kilkoma dostojnikami, częścią straży wareskiej, swą żoną Eudoksją Angeliną i jej matką Eufrozyną - żoną Aleksego III) uciekł z miasta. Skierował się w kierunku Mesynopolis w Tracji, gdzie pragnął zgromadzić swych zwolenników i zebrać nowe wojsko (ostatecznie zstał oślepiony przez swego teścia - Aleksego III i oddany krzyżowcom, którzy w grudniu 1204 r. skazali go na śmierć).




Tymczasem w Konstantynopolu wśród obrońców, po ucieczce Aleksego panika spotęgowała się jeszcze bardziej i próbując ratować sytuację 13 kwietnia wyciągnięto z domu przerażonego arystokratę - Teodora Laskarisa i ofiarowano mu koronę cesarską. Ten się wzbraniał jak mógł, prosił i próbował przekupić owych oferentów, ale ci siłą zaciągnęli go przed ołtarz kościoła Mądrości Bożej i tam (również siłą) koronowali na nowego cesarza. Jeszcze tego samego dnia nowy władca wraz z rodziną uciekł z miasta na jednej z podstawionych galer i skierował się do Nikei na anatolijskim wybrzeżu (swoją drogą to on właśnie stał się założycielem nowej dynastii, która w Nikei odrodziła dawne Cesarstwo Bizantyjskie i doprowadziła - po 57 latach do ponownego odbicia Konstantynopola z rąk Łacinników i reaktywacji starego Cesarstwa). Z miasta uciekali już wszyscy dworacy i arystokraci, szukając jakiegokolwiek schronienia zarówno w Anatolii jak i w europejskiej części byłego już Imperium Bizantyjskiego. Krzyżowcy tymczasem oczekiwali nadejścia sił obrońców i podjęcia kolejnej walki, a tymczasem do ich obozu przybyła delegacja kapłanów, mieszkańców stolicy i straży wareskiej, która pragnęła nie tyle zakończenia walk, ale wręcz oddawała się pod opiekę Łacinników, a Bonifacego z Montferratu wręcz tytułowano: "Święty Cesarz Markiz". Bonifacy, w otoczeniu swych rycerzy, kapłanów i ludu Konstantynopola, wkroczył do Pałacu Bukeleon (znajdującego się w południowo-wschodniej części miasta, tuż nad Morzem Marmara), w którym to schroniło się wiele dam z bizantyjskiej arystokracji, a wśród nich były: cesarzowa Agnieszka (małżonka Aleksego II i Andronika I Komnenów, oraz córka króla Francji - Ludwika VII i siostra króla Filipa II Augusta) oraz cesarzowa Małgorzata - żona Izaaka II Angelosa i córka króla Węgier - Beli III). Margrabia z Montferratu zdobył tam również pokaźny skarbiec. Natomiast Pałac Blacherny został opanowany przez Henryka Flandryjskiego (w którego ręce również wpadł tamtejszy cesarski skarbiec), zaś doża Enrico Dandolo zajął Wielki Pałac cesarski. Inni baronowie zajmowali pozostałe pałace dla siebie, obsadzając je swą załogą, jednocześnie (w wyniku skarg wysuwanych przez rycerstwo i mnichów) zapowiedzieli że każdy żołnierz ma trzy dni na zdobycie dla siebie bogactwa, co oznaczało trzy dni bezwzględnego plądrowania miasta (choć jak twierdzi kronikarz wyprawy Robert de Clari - brat owego mnicha Alaume'a, który jako pierwszy wkroczył do Konstantynopola - "Gdy miasto zostało wzięte, nie czyniono krzywdy ani biedakom, ani bogaczom").

Niketas Choniates (którego to dom został oszczędzony od rabunku za sprawą jego przyjaciela - weneckiego kupca, który stanął w drzwiach domu i udawał że jest żołnierzem, który przywłaszczył sobie ów budynek) opisuje rabunek Konstantynopola, jak prawdziwą hekatombę, porównywaną jedynie do złupienia Rzymu przez Wandalów w 455 r., jednak wiele przykładów z jego relacji może świadczyć że była to raczej spora nadinterpretacja zdarzeń (np. Choniates chwali się że ocalił jedną z dziewczyn, którą tłum żądnych mordu, dzikich krzyżowców pragnął pozbawić cnoty. Co ciekawe, ci żołnierze z obnażonymi mieczami i gotowi do mordowania każdego, kto tylko stanie na ich drodze, nagle łagodnie posłuchali nieuzbrojonego Greka, który prawił im komunały i puścili ową dziewczynę? Ktoś tutaj chyba nieco przesadzał ze swym przekazem i wydaje się że jednak prawdziwsza w tej kwestii jest relacja Roberta de Clari). Należy też pamiętać, że to byli w ogromnej większości ludzie bardzo religijni i dla nich (jak już wcześniej wspomniałem) złamanie raz danego słowa było równoznaczne z pohańbieniem i krzywoprzysięstwem, które skutkowałoby jedynie karą potępienia po śmierci. Oczywiście bogactwo Konstantynopola robiło na nich duże wrażenie i zapewne siłą zdobywali to, czego chcieli (Choniates pisze: "Jeśli któryś próbował ich uspokoić, ci szydzili z niego (...) często wyciągali miecz przeciwko tym, którzy odważali się z nimi dyskutować"), lecz zapewne starali się ograniczać używanie przemocy i mordowanie mieszkańców do minimum (jednak do mordów dochodziło, o czym bezspornie świadczy potępieńczy list papieski Innocentego III z połowy 1205 r., skierowany właśnie do krzyżowców). Ja osobiście nie daję też wiary opisom, takim jak te: "Francuzów i Flamandów ogarnął szał niszczenia. Rozpasany motłoch rozbiegł się po ulicach, rabując wszystko, co błyszczało, niszcząc wszystko, czego nie można było zabrać, zatrzymując się tylko po to, aby mordować i gwałcić (...) Nie oszczędzono ani klasztorów, ani kościołów, ani bibliotek (...) W klasztorach gwałcono zakonnice. (...) Na ulicach konały od ran kobiety i dzieci (...) aż w końcu to piękne miasto obróciło się w ruinę". Być może jednak doszło do kilku naprawdę gorszących scen (jak choćby usadzenia na patriarchalnym tronie nagiej prostytutki, która piła z kielicha mszalnego i śpiewała przy tym sprośne piosenki), ale też nie ma co do tego żadnej pewności (tym bardziej że wszystkie prostytutki, które były dotąd obecne w obozie krzyżowców, zostały przed atakiem z 12 kwietnia odwiezione na okręcie poza rejon walk, aby nie prowokowały sobą rycerstwa i aby mogli się oni skupić na sprawie "Bożej sprawiedliwości" i ukarania podstępnego mordercy Aleksego V). 


  

W każdym razie Robert de Clari twierdził, że łupy pozyskane przez krzyżowców w Konstantynopolu "były to największe zdobycze od czasów Aleksandra Wielkiego" i że ich łączną wartość oszacowano na 900 tys. srebrnych marek, choć wydaje się że prawdziwa wartość łupów była dużo niższa i oscylowała w granicach 300 tys. srebrnych marek. W takim wypadku Frankowie i Wenecjanie podzielili się po połowie zdobytą kwotą, z tym że ci pierwsi byli jeszcze winni tym drugim 50 tys. marek za transport wyprawy, przeto zostało im zaledwie 100 tys. marek do podziału, podczas gdy Wenecjanie zainkasowali 200 tys. Rycerze otrzymali 20 marek na głowę, duchowni i żołnierze jazdy (nie będący rycerzami) 10 marek, zaś zwykli piechurzy po 5 marek. Tak oto zakończyła się historia Cesarstwa Bizantyjskiego (a przynajmniej pewnej jego części) i zaczęło się panowanie zupełnie nowego tworu, efemerydy Zachodu nad Bosforem, zwanej Cesarstwem Łacińskim lub po prostu Romanią - które jednak z każdym kolejnym rokiem słabło, aż wreszcie w 1261 r. zakończyło swe istnienie i ponownie Konstantynopol został opanowany przez Bizantyjczyków z Cesarstwa Nicejskiego (dynastii Laskaris). W każdym razie upadek stolicy wschodniego chrześcijaństwa był niezwykle istotną sprawą, gdyż nigdy wcześniej tych murów nie zdobyły potężne armie Persów, Awarów, Słowian czy Arabów, zaś upadło ono pod mieczem krzyżowców, ogarniętych wizją odzyskania Grobu Chrystusowego w Jerozolimie z rąk Saracenów. Jednak ci sami rycerze, którzy zdobyli miasto, nie byli w stanie długo i skutecznie nim zarządzać - lecz to była już zupełnie inna historia. Dla nas ważnym pozostaje jeszcze że dnia 9 maja 1204 r. głosami 12 elektorów wybrano nowego, łacińskiego cesarza Konstantynopola (doszło tutaj do rywalizacji pomiędzy Bonifacym z Montferratu a Baldwinem IX hrabią Flandrii, zaś ten pierwszy - aby zwiększyć swoje szanse na cesarską koronę - poślubił Małgorzatę, wdowę po Izaaku II Angelosie, co jednak nie spotkało się z aprobatą i było uznane jako próba wywarcia presji na elektorach). Cesarzem został wybrany hrabia Baldwin z Flandrii (Bonifacy był nie do przyjęcia dla Wenecjan, którzy nie chcieli na tronie nowego Cesarstwa zbyt silnego władcy wywodzącego się ze świetnego rodu, dysponującego ogromnym majątkiem, jednocześnie wsławionego jako wódz IV Wyprawy Krzyżowej i mającego poparcie gwardii wareskiej). Nowy cesarz został koronowany w katedrze Hagia Sophia (która to świątynia została przejęta przez katolików), dnia 16 maja 1204 r. i tego właśnie dnia narodził się nowy byt polityczny - Romania, czyli Cesarstwo Łacińskie. Jednocześnie tego samego dnia w Pałacu Bukeleon, dokonał Baldwin drugiej koronacji w obrządku bizantyjskim, która miała dowodzić iż jest władcą zarówno Łacinników jak i Greków. Kilka dni później wybrano pierwszego katolickiego patriarchę Konstantynopola i został nim Wenecjanin - subdiakon Tommaso Morosini. 


PODZIAŁ CESARSTWA BIZANTYJSKIEGO 
WEDŁUG PLANÓW KRZYŻOWCÓW





Jednocześnie zwycięzcy podzielili między siebie zarówno samo miasto, jak i całe Imperium Bizantyjskie tak, iż większą część Konstantynopola z pałacami: Blacherny, Bukeleon i Wielkim Pałacem otrzymał cesarz Baldwin Flandryjski, natomiast katedrę Mądrości Bożej (Hagia Sophia), dzielnicę Wenecką, Pizańską i część Platei dostali Wenecjanie (rugując stąd swych konkurentów handlowych Genueńczyków i Pizańczyków). Poza tym w granicach Cesarstwa Romanii znalazły się: Anatolia, Tracja oraz wyspy Lesbos, Chios i Samos. Bonifacy z Montferratu otrzymał władzę w Tessalii i Macedonii - tworząc tam królestwo Tessalonik. Peloponez dostał się w ręce Wilhelma Champlitte i powstało tam księstwo Achai (do którego pretensję wnosili jednak Wenecjanie). Powstało też księstwo Aten - które otrzymał (w 1205 r. z rąk Bonifacego) Otton de la Roche. Wenecja zaś zajęła handlowe miasta Metone i Koron na Peloponezie, Dyrrachion i Raguza w Dalmacji, wyspy: Kretę, Eubeę (zwaną Negropontem) i Naksos oraz porty w Gallipoli i Rhaedestos na Morzu Marmara. Natomiast bizantyjska arystokracja, która zbiegła ze stolicy przed krzyżowcami i dotarła na prowincję, musiała żyć często w bardzo trudnych warunkach, będąc jednocześnie przedmiotem drwin swych dotychczasowych poddanych, którzy szydzili z nich jawnie, widząc niedawnych panów i wszechwładnych poborców podatków - teraz proszących jedynie o nieco strawy. Lud witał też owych, łacińskich panów, jako swych obrońców (głównie przed fiskalnym wyzyskiem dotychczasowych władców, którzy łupili lud niemiłosiernie, sami zaś opływając w ogromne bogactwa), jednak te nadzieje szybko zostały skonfrontowane z ponurą rzeczywistością, gdyż nowi panowie również nakładali swoje podatki, a poza tym wprowadzili dodatkowy podatek od wyznawania "wiary greckiej", zmuszając wyznawców prawosławia do płacenia pieniędzy na wsparcie Kościoła Katolickiego (lecz na poziomie parafii nic się nie zmieniło i Bizantyjczycy nadal mogli swobodnie wyznawać swą wiarę, a jedynie na wyższych szczeblach hierarchii duchownej biskupów prawosławnych zastapili katoliccy). 

Zaczął się też od razu (w niektórych miejscach) rodzić bunt przeciwko rządom Łacinników i tak jeszcze w kwietniu 1204 r. dwaj bracia - Aleksy i Dawid Komnen (wnukowie Andronika I) opanowali Trebizond nad Morzem Czarnym, tworząc tam jedno z miejsc zorganizowanego oporu. W Epirze (który miał co prawda przypaść Wenecji, ale ta nie była w stanie opanować go w całości i poprzestała jedynie na kilku nadbrzeżnych portach) władzę swą ustanowił Michał Angelos (kuzyn cesarzy: Izaaka II i Aleksego III), zaś Teodor Laskaris ("wymuszony cesarz") stał się władcą Nikei i powstałego wokół niej Cesarstwa Nicejskiego. Tak oto na gruzach Imperium Bizantyjskiego, narodziły się trzy dodatkowe twory, kontynuujące dawną grecką tradycję Konstantynopola). A tymczasem 7 listopada papież Innocenty III w swym liście do przywódców krucjaty zadeklarował wzięcie w opiekę nowego Cesarstwa Romanii, uznanie patriarchy Morosiniego i zdjęcie klątwy nałożonej na Wenecjan po zdobyciu Zadaru. Tak oto powstał zupełnie nowy twór polityczny na wschodzie Europy, lecz w zakresie zainteresowań papieża były również i inne kierunki działań, jak choćby kwestie walk z Maurami w Hiszpanii, zorganizowania kolejnej krucjaty do Ziemi Świętej jak również w północno-wschodnich rubieżach Europy, do krajów pogańskich Prusów i Litwinów (o czym również warto wspomnieć), czy też walk z nową, niebezpieczną dla papiestwa sektą rodzącą się w południowej Francji, zwaną... Albigensami.     






 CDN.
 

wtorek, 14 lipca 2020

CENTRUM ŚWIATA - Cz. IV

PODRÓŻ W CZASIE






"ZAPCHAŁ KRAMAMI MIASTO SKLEPIKARZ ZUCHWAŁY,
NIGDZIE NA SWOICH MIEJSCACH PROGI NIE ZOSTAŁY.
PRZESTRZEŃ NAGLE TWÓJ EDYKT STWORZYŁ, GERMANIKU,
DROGA - MIEJSCE ZAJĘŁA WĄSKIEGO PRZESMYKU.
JUŻ BUTLE W ŁAŃCUCH SPIĘTE NIE WISZĄ NA SŁUPIE,
JUŻ BŁOTO PRETOROWI POD NOGĄ NIE CHLUPIE (...)
WOLNA OD SZYNKÓW, JATEK, GARKUCHNI ULICA.
RZYM DZIŚ - GDZIE ONGIŚ BYŁA TARGOWICA"

MARCJALIS
"EPIGRAMY"



 

V

ARGILETUM



 Opuszczając Forum Wespazjana (zwane również Forum Pokoju) i przechodząc przez Forum Nerwy (zwane też "Przechodnim"), a kierując się w stronę Forum Cezara i Forum Romanum, wchodzimy na ulicę Argiletum - przy której mieszczą się warsztaty rzemieślnicze oraz sklepy i sklepiki usługowe. Od razu można dojrzeć tutaj stragany rybne (choć, jak wspominałem wcześniej - największą różnorodność ryb z Italii i innych regionów Imperium Romanum, można było dostać na Forum Trajana w halach targowych, zwanych "Mercati Traiani", budowanych w latach 107-110). Ryby kupowane na ulicy Argiletum były znacznie tańsze od tych z hal targowych, gdyż towar należało sprzedać jeszcze tego samego dnia, gdyż kilkudniowe ryby szybko traciły świeżość i zaczynały brzydko pachnieć. Ryby te pochodziły od rybaków sprzedający bezpośrednio swój towar handlarzom z portu w Ostii, jednak na Argiletum handlowali nimi jedynie ubożsi kupcy, tacy, których nie stać było na wystawienie swych towarów na halach Mercati Traiani. Na tej ulicy, która wpasowywała się doskonale pomiędzy dwa fora: Cezara i Nerwy - można było również uprać swoje ubranie w tamtejszych ulicznych pralniach, ostrzyc się i ogolić u golibrody (była to praktyka dość częsta wśród Rzymian, którzy bardzo rzadko sami golili się w swych domach i woleli oddać tę czynność w ręce specjalisty). Czynność ta obejmowała także obcinanie paznokci, skubanie brwi, czyszczenie uszu, a nawet (jak zabrakło dentysty) również i wyrywanie zębów. W omawianym okresie jeszcze nie nastała moda na bujne brody, ale czas ten miał już nieubłaganie nadejść (za rządów Hadriana), w każdym razie golibroda czy fryzjer zajmował się również depilacją twarzy i (bardzo rzadko) ciała, co (biorąc pod uwagę ówczesne narzędzia - zaokrąglona brzytwa, oliwa, krew nietoperza, starta i sproszkowana skóra żmij) kończyło się częstymi skaleczeniami i otarciami skóry. Lecz mimo to fryzjerzy na brak klientów nie narzekali i choć zawód ten był zdominowany przez mężczyzn, również i kobiety potrafiły się tutaj dość dobrze odnaleźć (co można stwierdzić po żeńskich nagrobkach, na których owe panie chwaliły się wykonywanym przez siebie zawodem). Niestety jednak fryzjerki miały znacznie gorszą i bardziej niewdzięczną pracę do wykonania, jako że obsługiwały jedynie kobiety, a te często zamawiały sobie najróżniejsze usługi, jak choćby ukrycie siwizny, rozjaśnienie lub też przyciemnienie włosów, zaś były to długotrwałe i niezwykle uciążliwe zadania.




Oczywiście na Argiletum można było także zakupić sobie niewolnika. Handlarze wystawiali ich nago na podwyższeniu, a każdy z nich musiał mieć na szyi tabliczkę z wypisaną narodowością, wiekiem, stanem zdrowia i wszelkimi innymi ułomnościami (jak choćby ukrytymi chorobami, skłonnością do kradzieży, czy buntowniczym charakterem), jeśli zaś handlarz nie umieścił takich informacji, musiał opuścić znacznie cenę sprzedawanego niewolnika i włożyć mu na głowę specjalną czapkę (która sugerowała brak wiedzy o jego pochodzeniu i wieku). Jeśli zaś specjalnie zataił przed klientem jakąś wadę sprzedawanego niewolnika, podlegał surowej karze (przywołany we wstępie "Epigramu" Marcjalisa - Germanik, to właśnie cesarz Domicjan, który takie właśnie surowe prawo odnośnie kupców wydał, jednocześnie porządkując ruch uliczny i zakazując rozkładania kramów w dowolnych miejscach na forach i przed kuriami). Zresztą klient miał zawsze gwarancję i mógł "zwrócić towar" w ciągu sześciu miesięcy, jeśli okazałoby się że informacja o niewolniku okazała się fałszywa lub niepełna. Handlarze niewolników częstokroć zbijali prawdziwe fortuny na swym procederze (jak choćby sławny Toranius w czasach Oktawiana Augusta), ale jednak ich zawód był szalenie niebezpieczny, jako że byli oni obiektem nienawiści swych ofiar, oraz niewdzięczności klientów, częstokroć czujących się oszukanymi. Zdarzało się też (wcale nie rzadko) że gladiatorzy lub inni niewolnicy, których wcześniej handlarze sprzedali do cyrków, a którzy u swego pana zrobili karierę i nawet zbili własny majątek, po jakimś czasie okrutnie się na nich mścili (jak choćby ów Grek - Hermotimas, który został zakupiony przez kupca Panioniosa z Chios - specjalizującego się w kastrowaniu młodych chłopców i sprzedawaniu ich bogaczom jako swoiste maskotki. Po latach ów Hermotimas - wykastrowany za młodu przez Panioniosa - zdobywszy poparcie i majątek u boku swego pana, postanowił okrutnie zemścić się na swym prześladowcy. Wynajął ludzi, którzy pochwycili Panioniosa i postawili go przed obliczem Hermotimasa. Ten zamierzał poddać handlarza okrutnym torturom i pozbawić życia, ale zapowiedział że gotów jest od tego odstąpić, jeśli tylko Panionios wykastruje wszystkich swych czterech synów - których ten również porwał - a gdy tak się stało, polecił im aby oni wykastrowali ojca. I tak oto dokonał Hermotimas swojej zemsty).

Na ulicy Argiletum można było także wytatuować swego niewolnika (Rzymianie tatuowali jedynie niewolników, gdyż uważali że ten rodzaj ozdabiania skóry jest hańbiący dla ludzi wolnych, stąd właśnie nadali mu nazwę - stigmata). Oczywiście sam proceder był niezwykle bolesny, gdyż skóra była nakłuwana ostrymi igłami, na którą potem nakładano barwnik z kory, octu, kwasu siarkowego i żółci (co często prowadziło do zakażeń skóry i innych niepożądanych powikłań). Mimo to ceny tatuaży nie były wysokie, stąd Rzymianie tatuowali własnych niewolników niekiedy tylko po to, aby... dopełnić jakąś transakcję lub poświadczyć umowę między wspólnikami (zdarzało się wówczas że tatuowano wybranemu niewolnikowi na czole słowa: "transakcja dopełniona", lub "podatek zapłacono"). Niewolników piętnowano również haniebnym tatuażem za niektóre przewiny, jak choćby ucieczki (wówczas tatuowano im na czole słowo "uciekam" lub "jeśli ucieknę, odprowadź mnie do mego pana"), czy też za nieprzykładanie się do swojej pracy. Piętno hańby takiego tatuażu niewolnik nosił do końca swego życia (szczególnie na wsi gdzie zawsze brakowało rąk do pracy i gdzie niewolnicy mogli zapomnieć o tym, iż uda im się kiedykolwiek zasłużyć na łaskę swego pana i uzyskać wolność). Oczywiście zdarzało się że po wyzwoleniu niewolnika, ten pragnąc usunąć piętno ze swego ciała, zwracał się do owego tatuażysty, który za odpowiednią opłatą (znacznie większą od tej jaką pobierał za wykonanie tatuażu) podejmował się usunięcia owego znaku hańby z czoła, twarzy lub torsu niewolnika. O ile jednak proces nakładania tatuażu był niezwykle bolesny, o tyle jego usuwanie kończyło się czasami nawet... amputacją jakiejś kończyny (np. ręki lub nogi), a proces ten był niezwykle długi i trwał co najmniej trzy tygodnie (oczywiście jeśli zakończył się powodzeniem bo na to nie było żadnej gwarancji). Ci zaś, którzy nie mieli pieniędzy lub nie chcieli tyle cierpieć, zakrywali tatuaż nakryciem głowy, bujniejszą fryzurą lub strojem, który całkowicie zasłaniał wytatuowane miejsce na ciele. W każdym razie należy pamiętać, że dla starożytnych Rzymian tatuaże były oznaką hańby, stąd żaden szanujący się Rzymianin nigdy sam z własnej woli tak by się nie poniżył.

Można oczywiście wymieniać jeszcze inne usługi, które wystawiali kupcy na straganach Argiletum, ale warto jedynie o nich wspomnieć bez zbytniego wgłębiania się. Byli tam więc kucharze, którzy oferowali "dania na ciepło" (książki kucharskie cieszyły się również ogromną popularnością w rzymskim świecie), piekarze, garncarze, malarze, jubilerzy, szewcy a także dentyści i lekarze - którzy w takich miejscach również szukali klientów. Warto jeszcze wspomnieć, że na Argiletum mieścił się jeden z wielu w Rzymie publicznych toalet. Korzystano z nich oczywiście bez względu na płeć, siadając na kamiennych sedesach, pod którymi płynęła bieżąca woda, doprowadzana do miasta z akweduktów (pierwszy akwedukt w Rzymie, zwany Appijskim, powstał dzięki staraniom Appiusza Klaudiusza w 312 r. p.n.e. Kolejny: Anieński [zwany też "Starym"] zbudowany został w 270 r. p.n.e. Trzeci ufundował niejaki Marcjusz, stąd też ów akwedukt otrzymał nazwę Aqua Marcia i został otwarty po czterech latach budowy w 140 r. p.n.e. Czwarty wodociąg, zwany "Tepulskim" budowany był w latach 127-116 p.n.e., a kolejne zakładali Marek Wipsaniusz Agryppa w 20 r. p.n.e. [Akwedukt "Dziewiczy" - Aqua Virgo], oraz cesarz Kaligula [prace został rozpoczęte w 40 r. a ukończone dopiero w 52 już za cesarza Klaudiusza], a był to akwedukt, który otrzymał nazwę "Nowy" [Novus]). Toalety publiczne stały się również miejscem spotkań, choć ze względu na zapachy, długo tam nie przebywano (po wykonaniu czynności fizjologicznej używano gąbek - które były przymocowane do kijków, znajdujących się nieopodal klozetu. Oczywiście nad ich umieszczaniem i czyszczeniem latryny co noc pracowały zastępy niewolników - szczególnie dużo pracy mieli oni w czasie igrzysk, gdy ludzie gromadzili się wokół amfiteatrów i cyrków, korzystając przy tym ze znajdujących się w pobliżu wychodków. W czasach cesarza Trajana było ich wszystkich razem w Rzymie ponad 150).



  


VI

FORUM CEZARA



Gdy opuścimy już ulicę Argiletum, wchodzimy teraz bezpośrednio na Forum Cezara, skąd już niedaleka droga do Forum Romanum - najbardziej reprezentacyjnego rynku w całym Imperium. Forum to zwało się oficjalnie "Julijskim" (Forum Iulium), a jego autorem był Gajusz Juliusz Cezar, który postanowił w ten właśnie sposób uczcić swój ród, wywodzący się według przekazów mitologicznych od bogini Wenus Rodzicielki (Venus Genetrix). Forum Cezara to był plac o wymiarach prostokąta, mierzący 160 na 75 metrów. Wzdłuż jego dłuższych boków ulokowane były portyki, w których to ustawiono rzeźby przedstawiające bogów i boginie, zaś na ścianach zawieszono obrazy o tematyce mitologicznej. Forum zostało założone w 54 r. p.n.e., lecz znajdująca się tutaj świątynia Wenus, powstała w latach 40-tych I wieku p.n.e. (po bitwie pod Farsalos z 48 r. p.n.e. podczas której Cezar ślubował wybudowanie bogini dostojnej świątyni, jeśli tylko pomoże mu ona odnieść zwycięstwo nad Pompejuszem Wielkim. Co ciekawe, hasłem Pompejusza było: "Herkules Niezwyciężony", zaś hasło Cezara brzmiało: "Wenera Zwycięska". I w tejże bitwie Wenus co prawda pokonała Herkulesa, ale... na krótko, bowiem kult tego herosa bardzo szybko zawładnął Rzymem). Świątynia została ukończona już podczas rządów Gajusza Oktawiusza (Oktawiana) w drugiej połowie lat 30-tych I wieku p.n.e. 

Bogini Wenus - czyli pramatka rodu Juliuszów - przed hellenizacją religii rzymskiej nie pełniła tej samej roli, z którą potem była utożsamiana. A mianowicie nie była boginią piękna i zwycięstwa, tylko patronką... owczarzy. Jej świątynie powstawały w Rzymie już od początku III wieku p.n.e. ale utożsamienie jej z grecką Afrodytą nastąpiło dopiero w 217 r. p.n.e., gdy Kwintus Fabiusz Kunktator wzniósł w Rzymie świątynię Wenus Eryceńskiej (była to jednak bardziej punicka niż grecka bogini, gdyż jej kult pochodził z góry Eryx na Sycylii). Druga, jeszcze okazalsza świątynia Erycyny, powstała w 181 r. p.n.e. tuż za bramą Kollińską po wschodniej stronie miasta. Świątynie te były głównie miejscami opanowanymi przez rzymskie prostytutki, jako że Wenera Erycyna była właśnie ich patronką. Pierwsza świątynia greckiej Afrodyty w Rzymie, powstała dopiero po wielkiej aferze, związanej z odkryciem świętokradztwa popełnionego przez część westalek w 114 r. p.n.e. Aby więc przebłagać bogów nieobyczajnym postępkiem "Świętych Dziewic" bogini Westy, ufundowano świątynię Venus Verticordii. Największe znaczenie zyskała jednak ta bogini w I wieku p.n.e. właśnie za sprawą Juliusza Cezara, który rozpropagował powielany w swej rodzinie mit, o początkach rodu od boskiej Venus Genetrix (zaś późniejsze dzieła - w tym "Eneida" Publiusza Wergiliusza Marona - jeszcze bardziej utwierdziły jej związki z rzymską rodziną panującą i tym samym stała się Wenus jedną z największych bogiń w Imperium). Wzniesienie Forum Cezara i Świątyni Wenery - jako głównego punktu tego placu - było już tylko ukoronowaniem owego aktu.






I tak oto kończymy nasz spacer po cesarskich forach Rzymu w czasach rządów imperatora Trajana i przenosimy się na centralny punkt miasta (i całego Imperium Rzymskiego) - czyli na Forum Romanum, które właśnie teraz będziemy zwiedzać.         




CDN.

OPOWIADANIE BDSM - TYLKO DLA OSÓB DOROSŁYCH (18+!) - Cz. IX

NIEDAWNO ODNALEZIONE, STARE

(CHOĆ NIE MOJEGO AUTORSTWA)

OPOWIADANIE BDSM

AUTOR NIEZNANY






DALSZA CZĘŚĆ OPOWIADANIA O TEMATYCE BDSM
W KTÓREJ JEST SPORO SEKSUALNEGO WYUZDANIA, ZATEM:


TEKS JEST PRZEZNACZONY TYLKO DLA OSÓB POWYŻEJ 
18 ROKU ŻYCIA




 
Głośne stukanie do drzwi wyrwało ją ze snu. Na dworze było już całkiem jasno. Rozprostowała ścierpnięte nogi i podeszła aby otworzyć. Wpuściła mężczyznę, który przedstawił się jako adwokat Czarnego. Przyniósł ze sobą jakieś papiery i dopiero po chwili do Moniki dotarło to co mówił. Miesiąc temu Czarny zmienił swój testament. Dom na wyspie i swoje udziały w kilku firmach przepisał na Monikę. Także polisa na jego życie wystawiona na ogromną kwotę była wypisana na jej nazwisko. Monice zabrakło tchu. Usiadła i kazała jeszcze raz powtórzyć adwokatowi co i jak. Dom i udziały stały się jej własnością od momentu podpisania dokumentów przejęcia. Na pieniądze z polisy musi poczekać aż do wyników śledztwa. Była zaskoczona tym co się dowiedziała a jej serce ścisnął ogromy ból. Od dawna podejrzewała, że Czarny ją pokochał ale nie myślała, że to wiąże się z podarowaniem jej tego wszystkiego. Na koniec adwokat wręczył jej list. Gdy wyszedł ona stała i patrzyła na niego przez chwilkę. Rozdarła kopertę i siadając na łóżku w sypialni zaczęła czytać. 


"Niewolnico moja, jeśli czytasz to znaczy że przytrafiło mi się coś złego. Wiedziałaś zapewne kim jestem, byłem. Liczyłem się z tym co się stało. Moja "praca" była bardzo ryzykowna. Pewnie jesteś zaskoczona tym co powiedział Ci mój adwokat. Tak moja kochana Moniko to wszystko jest Twoje. Wiem ile wycierpiałaś i ja też dołożyłem się do tego. Chcę Ci to wynagrodzić bo jesteś tego warta. Czytasz ten list bo mnie już nie ma, nie mogę zrealizować drugiej części mojego planu. Chciałem abyś została moją żoną. Nie wiem co byś odpowiedziała i to już nie ma znaczenia. Wiedz że zabezpieczyłem Twoje życie. Żałuję, że kiedyś omal Ci go nie odebrałem ale byłem zaślepiony Tobą, od pierwszego spotkania, nigdy nikogo nie pragnąłem tak jak Ciebie moja Ty słodka niewolnico. Wiem, że kochałaś Adama i jeśli postanowisz z nim być życzę Ci szczęścia. On myśli, że Cię zabiłem, wybacz. Pod spodem masz jego adres i numer telefonu. Żegnaj moja piękna". 


Monika trzęsącymi się rękami odłożyła papier. Po jej policzku płynęła łza. 

- Powiedziałabym tak mój Panie - szepnęła. 

Wszystko tak szybko się działo, tyle spraw, myśli. Monika spakowała wszystkie rzeczy i wróciła na wyspę. Powitano ją tam jako nową właścicielkę i pracodawcę. Poznała służbę i wszystkich innych dyskretnych mieszkańców domu. Poznała także dom do końca. Pokazano jej wszystkie sekretne pomieszczenia. Teraz ona była tu Panią. Gdy została sama weszła do pokoju w którym Czarny zakładał jej kolczyki. Dotykała sprzętu i przypominała sobie wszystko. Teraz nie było to straszne, teraz ją to podniecało. Żal jej było kolczyków, zostały w tej okropnej kotłowni. Wróciła do swojego pokoju. Była podniecona wspomnieniami i tym co ją czekało. Rozebrała się i delikatnie zaczęła dotykać swoje ciało. Było to miłe ale ona wolała już inne pieszczoty. Sięgnęła do szafki i wyjęła gumową dmuchaną zatyczkę. Nawilżyła ją i delikatnie wprowadziła w swój tyłeczek. Na sutki zapięła klamerki i podczepiła ciężarki. Patrzyła na siebie w lustrze. Pierwszy raz robiła to sama, pierwszy raz zadawała sobie ból i to ją podniecało. Co chwilkę powiększała pompką intruza w swoim ciele. Sutki zaczynały ją boleć. Klękła przed lustrem i patrząc na swoje odbicie onanizowała się palcami. Dotykała łechtaczki i zanurzała palce w cipkę, przez delikatne ścianki czuła twardą zatyczkę. Nacisnęła ponownie kilka razy pompkę. Ból rozciąganych mięśni się zwiększył, kolejne razy i kolejne dotknięcia cipki. Czuła jak powoli oblewa ją fala orgazmu. Potem już nie dotykała się a pompowała zatyczkę aż nie poczuła mocnego skurczu który zawładnął jej ciałem. Przeżyła wspaniały orgazm cały czas patrząc na siebie w lustrze. Po chwili wstała, oswobodziła się ze wszystkiego i podeszła do lustra. Pocałowała je. A po chwili poszła wyłączyć kamerę która nagrała to wszystko. Wyjęła kasetę i zapakowała w czarny papier. To był jej pożegnalny prezent dla Czarnego, zamierzała go włożyć do trumny jutro przed pogrzebem. 

Monika myszkowała po domu. Poznała już wszystkie pokoje i zakamarki. Odkryła także miejsce z którego Czarny obserwował cały dom. Stał tam komputer, monitory i szafka z kasetami. Przeszukała biurko i w szufladzie znalazła kilka zapisanych brulionów. Najpierw nie zwróciła na nie uwagi ale po chwili zainteresowały ją numery na okładkach. Wyglądały jak daty. Zaciekawiona otworzyła pierwszy zeszyt, wielkie było jej zdziwienie gdy okazało się, że to pamiętnik. Przeglądała go pobieżnie. Znalazła kilka informacji o sobie i innych dziewczynach Czarnego. Była zaskoczona ale i zafascynowana znaleziskiem. Wiedziała, że tak naprawdę Czarny nie był całkiem złym człowiekiem, że w jego wnętrzu czaił się ktoś inny, delikatny, ktoś kto jest zdolny do pisania pamiętnika. Wysypała zawartość szuflad i ułożyła zeszyty według dat. Usiadła wygodnie w fotelu Czarnego i zaczęła czytać najstarszy. 


"(3 marzec 1980 r.) Mam dziesięć lat. W szkole pani kazała nam zacząć pisać własny dziennik, takie głupie zadanie domowe. No ale trzeba to trzeba, zaczynam więc. Jestem sierotą, mieszkam w domu dziecka i nie cierpię tego miejsca. Dziś mam urodziny, to dobry czas aby zacząć pisać ale co z tego... sto lat! Dupku..."

"(30 marzec) Nadal piszę, to nawet zabawne tak opisywać co się zrobiło. Dziś pobiłem kolegę. Jeszcze się nie poskarżył ale pewnie wieczorem zamkną mnie za to do karceru. No i co z tego - było warto, nie będzie mi więcej pączka zabierał". 

"(12 kwiecień) No to znów oberwę. Tym razem poszedłem z chłopakami podglądać dziewczyny pod prysznicami. Niektóre mają już cycki i obrośnięte cipki. Chłopaki mieli radochę a ja nie bardzo wiedziałem z czego, a potem nas złapali. Za to grozi dwadzieścia rózg na dupę, cholera jeszcze się poprzednie ślady nie zagoiły". 

"(10 maj) Dziś napiszę o tym co wczoraj zrobiłem. Na lekcji plastyki rysowaliśmy ulubione zwierzęta. Narysowałem warczącego wilka. Dostałem za to piątkę. Podobno dobrze rysuję ale na pytanie dlaczego wilk jest moim ulubionym zwierzęciem nie potrafiłem odpowiedzieć. W sumie nie chciałem... tak naprawdę to chcę być taki jak ten wilk silny, dziki i wolny".   


Monika czytała kartkę po kartce poznając troski i problemy dorastającego Czarnego. Zeszyty były bardzo starannie prowadzone, często pojawiały się rysunki. Obejrzała szkic wilka i była pełna podziwu. Zabrawszy zeszyty ze sobą przeszła do sypialni Czarnego. Teraz byłą to jej sypialnia. Zmieniła trochę wystrój pokoju aby pozbyć się surowości tego miejsca. Dodała trochę kolorów. Zauważyła też obrazy na ścianach, wcześniej nie wiedziała tego ale teraz poznawała rękę ich twórcy. Zamówiła kawę i usadowiła się wygodnie na łóżku. Po chwili służąca przyniosła jej aromatyczny napój. 

- Wiedziała Pani kto namalował te obrazy - zapytała.

- Oczywiście - odparła służąca - Pan kiedyś pięknie malował - dodała ze smutkiem w głosie. Zrobiła łyk kawy i zaczęła czytać dalej.

 



"(23 lipiec 1984 r.) Dziś stało się coś dziwnego, widziałem jak wychowawczyni uderzyła w twarz jedną z dziewczyn. Poczułem się dziwnie. Stałem wpatrzony w nią i jej łzy. Nie mogłem oderwać oczu, moje ciało przeszedł dreszcz i poczułem, że dzieje się coś dziwnego w moich majtkach. Czasem rano budziłem się w takim stanie ale nigdy nie przytrafiło mi się to w dzień. Pobiegłem do łazienki i zsunąłem spodnie. Dotknąłem mojego ptaszka. Zrobiło mi się przyjemnie. Przed oczami miałem twarz tej dziewczyny z czerwonym śladem na policzku". 

"(4 sierpnia) Byliśmy dziś na basenie, chyba dorastam bo też oglądam się za dziewczynami w strojach kąpielowych. Napatrzę się cały dzień a wieczorem "walę konia" jak mawia mój kolega Maciek. Tylko ja nie myślę o ich cyckach ja widzę łzy tej dziewczyny i to mnie podnieca. Maciek chwalił mi się, że dotykał już jedną panienkę. Jest w naszym sierocińcu taka jedna co pozwala się macać za czekoladę. Jutro po szkole będę z nią rozmawiał". 

"(6 sierpień) No i jestem mężczyzną. Zaniosłem jej czekoladę. Pozwoliła się obmacać. Dotykałem jej cycek ale jak chciałem włożyć jej rękę w majtki nie pozwoliła. Wkurzyłem się. W spodniach czułem twardego członka. Coś mnie poniosło i uderzyłem ją w twarz. Była zaskoczona i oszołomiona, zanim zdążyła krzyknąć zatkałem jej dłonią usta. Nastraszyłem ją, że jeśli nie pozwoli mi zrobić tego co ja chcę, powiem wszystko pani o niej. Miała strach w oczach a mnie to podniecało jeszcze bardziej. Nie szarpała się gdy wkładałem palec w jej mokrą, gorącą cipkę. Dziwnie się czułem, nie mogłem myśleć rozsądnie, chciałem posłuchać jak ona płacze, jak prosi abym tego nie robił. Wepchnąłem w nią dwa palce, drgnęła, widziałem, że ją boli. Pokręciła głową patrząc na mnie błagalnie. Pchnąłem ją na ścianę i mocno przytrzymałem ręką jej usta. To było niesamowite. Gdy na siłę wciskałem trzeci palec ona zaczęła płakać. Jej zły kapały na moją dłoń. Kiwała tylko głową w niemym geście a ja penetrowałem jej wnętrze. Popatrzyłem w jej załzawione oczy i w tym momencie poczułem eksplozję. Moje majtki pokryła ciepła sperma. Cofnąłem palce z jej ciała i powąchałem, był to dziwny zapach, kwaśny a zarazem słodki. Kazałem jej przyjść w sobotę wieczorem pod tylną ścianę drewutni. Maciek pokazał mi obluzowaną deskę przez którą można było wejść do środka. Zabiorę ją tam. Uzbierałem kasę na czekoladę z orzechami jak będzie miła to może jej dam". 

"(10 sierpień) Przyszła. Bała się mnie i to mi się podobało. Pokazałem jej wejście do drewutni. Gdy byliśmy w środku ja usadowiłem się na deskach i patrzyłem na nią jak stoi niepewna tego co się stanie. Była zdenerwowana i wyłamywała palce. Robiła to nieświadomie ale mi się bardzo podobało. W środku było duszno i mroczno, przez małe okienko wpadało światło podwórzowej lampy tworząc plamę światła. Kazałem jej stanąć w tym miejscu i się rozebrać. Robiła to drżącymi rękami. Wiedziałem, że się bała mnie i moich gróźb ale i wyczuwałem, że coś ją do mnie ciągnie. Zdejmowała bluzkę potem spodenki i na końcu majtki. Stała zawstydzona a ja oglądałem ją w podnieceniu. Dotykałem ją i wąchałem. Czułem lekki zapach potu. Na jej pośladkach widniały prawie zagojone ślady po rózdze. Uśmiechnąłem się. Myśl, że ją wychowawczyni bije jeszcze bardziej mnie podniecała, wtedy uświadomiłem sobie, że ona jest tą dziewczyną którą widziałem kiedyś na korytarzu. Zadałem jej kilka pytań. Była jeszcze dziewicą ale bawiła się czasem z koleżankami pod prysznicem. Nie miałem ochoty jej przelecieć, wolałem na nią patrzyć, dotykać i badać jej ciało palcami. Drżała ale nic nie mówiła, pozwalała mi w milczeniu na wszystko. Ściskałem jej sutki patrząc jak reagują na dotyk. Bawiłem się nią jak lalką. Potem kazałem jej uklęknąć, zrobiła to z lekkim wahaniem. Wyjąłem swojego członka i zrobiłem sobie dobrze ochlapując jej twarz i cycki. Patrzyłem potem na nią jak zawstydzona ściera moje soki ze swojego ciała. Zobaczyłem że ukradkiem polizała ubrudzony palec ale udałem, że tego nie widzę. Pozwoliłem jej się ubrać i dałem jej czekoladę, zasłużyła. Kazałem jej przyjść w to samo miejsce za tydzień. Maciek wypytywał co robiliśmy ale ja nie chcę mu opowiadać. Wolę pisać". 

"(15 wrzesień) Robi się chłodno. Moje spotkania z Izą stają się coraz częstsze. Widzę jak ona na mnie patrzy na przerwach. Udaję, że jej nie znam, ignoruję ją. Ale gdy przychodzi pod drewutnię witam ją gorącym pocałunkiem. To ona mnie nauczyła całować się. Poprosiła pewnego razu o to. Spodobało mi się. Czasem każe jej klęczeć w plamie światła z rękami w górze i opowiadać o sobie, o tym co robiła już z chłopcami, a co z dziewczynami. Zakazałem jej kontaktów z innymi ma należeć tylko do mnie. Pokiwała głową, że zrozumiała. Raz gdy się spóźniła dziesięć minut na spotkanie byłem zły. Czekałem na nią w środku i z nudów oglądałem narzędzia. Było tu dużo rupieci. Znalazłem długi kawałek sznura. Gdy Iza przyszła tłumacząc swoje spóźnienie nie rzekłem ani słowa. Rozbierała się pospiesznie widząc moje zdenerwowanie. Stała grzecznie w plamie światła. Niespodziewanie chwyciłem jej ręce i oplotłem sznurem. Drugi koniec przerzuciłem przez belkę w suficie. Podciągnąłem ją wysoko aż musiała stanąć na palcach. Zdjąłem jej tenisówki i teraz stała gołymi stopami na ziemi. Byłem zły, przyzwyczaiłem się, że jest mi posłuszna a tu tak długo musiałem na nią czekać. Tłumaczyła się ale ja nie miałem ochoty słuchać. Wyciągnąłem pasek ze spodni. W jej oczach zobaczyłem strach. Prosiła abym jej nie bił. To mnie tylko jeszcze bardziej podnieciło i rozjuszyło. Uderzałem mocno, po tyłku, po plecach. Iza płakała i szarpała się starając utrzymać równowagę. Gdy rozbolała mnie ręka popatrzyłem na nią. Jej skóra była pokryta czerwonymi pręgami a ona cichutko chlipała. Dotknąłem jej cipkę. Była mokra. Potarłem miejsce o którym mi mówiła. Drgnęła a jej skóra pokryła się gęsią skórką. Potarłem mocniej i włożyłem w nią palce. Rozchyliła nogi. Na jej policzkach zawitał rumieniec wstydu ale mocniej wypięła w moją stronę cipkę naciskając na moją rękę ciałem. Poruszałem palcami i dotykałem pulsującego pączka. Po chwili poczułem jak coś w środku mocno ściska moje palce. Dziewczyna wiła się i skomlała cicho. Na myśl przyszło mi, że piszczy ja mały piesek. Jak suczka. Od tamtej pory nazywam ją moją suczką. Ostatnio chodzi za mną myśl aby dać jej polizać mojego członka. Chyba to zrealizuję na następnym spotkaniu. Jest już późno idę spać". 


Monika także poczuła się senna. Z zapartym tchem czytała jak jej Pan zaczynał swoje seksualne podboje. Myślała o tej dziewczynie. O tym jak wyglądały jej początki z mężczyznami. Żałowała, że nie poznała Czarnego wcześniej i w innych okolicznościach. Podobał jej się BDSM w który ją wprowadzono ale żal jej było, że nie poznała tego tak jak Iza. Powoli, krok po kroku.  




 
 TO JUŻ DEFINITYWNY KONIEC TEJ "ROMANTYCZNEJ" HISTORII EROTYCZNEJ, UKAZUJĄCEJ JEDNOCZEŚNIE ŻE TAK NAPRAWDĘ ŻE W KAŻDEJ KOBIECIE JEST UKRYTA ULEGŁOŚĆ - SĄ TYLKO TAKIE KOBIETY, KTÓRE JESZCZE O TYM NIE WIEDZĄ I TACY MĘŻCZYŹNI, KTÓRZY NIGDY SIĘ O TYM NIE DOWIEDZĄ.








 

piątek, 10 lipca 2020

POD FLAGĄ BIAŁO-CZERWONĄ!

PARĘ SŁÓW O 

NIEDZIELNYCH WYBORACH, 

TUŻ PRZED CISZĄ WYBORCZĄ





 

 Piękna pogoda szykuje się na cały lipiec (nie licząc oczywiście pewnych nieprzyjemnych anomalii pogodowych, jak choćby ulewne deszcze czy mini tornada w niektórych rejonach kraju) i człowiek znów rozmarza się na temat wakacyjnego wypoczynku. Niestety, tak mi się zdaje że ponownie w tym roku nie będzie mi dane wypocząć, wygrzać się w słońcu i zanurzyć w morskich falach, gdyż tak się akurat składa - któryś rok z kolei - że ciężko mi będzie wyrwać się na dłużej, niż kilka zaledwie dni. Ostatnimi czasy - z powodu natłoku spraw zawodowych - odpuściłem sobie zarówno siłownię jak i basen, a z powodu tej całej pandemii koronawirusa zrezygnowałem także z kilku innych przyjemności (takich jak kino, teatr czy skoki na spadochronie - chciałem sobie nawet wyrobić na to licencję). Co prawda zamierzam do tego wszystkiego jeszcze powrócić, podobnie jak do wyrobienia sobie uprawnień do prowadzenia autobusu i ciągnika rolniczego (co prawda nie jest mi to do niczego potrzebne, ale zawsze lepiej jest mieć takie prawko, niż go nie mieć - prawda?). Cóż, zamierzam się zmobilizować i konsekwentnie realizować wyznaczone cele (koronawirus stał się doskonałą wymówką dla mojego lenistwa). Ale nie o sobie chciałbym pisać w tym temacie, gdyż nieubłaganie zbliża się już druga tura wyborów prezydenckich i (niestety) muszę tutaj wcisnąć swoje "dwa zdania". Piszę "niestety" - ponieważ wolałbym tego nie czynić i zająć się zupełnie innym tematem, ale nie mogę, zbyt wiele jest do stracenia, aby przejść nad tym do porządku dziennego. Oczywiście nie zamierzam (bo nigdy wcześniej tego nie czyniłem na tym blogu) agitować tutaj za jednym czy drugim kandydatem do roli prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, a pragnę tylko wyrazić moje skromne zdanie. 

Pierwsza tura wyborów prezydenckich zakończyła się dwa tygodnie temu (dokładnie 28 czerwca) zwycięstwem dotychczasowego prezydenta Andrzeja Dudy z wynikiem 43,50 % głosów. Drugie miejsce zajął kandydat opozycji totalnej Rafał Trzaskowski, osiągając wynik 30,46 % głosów. Tym samym ci dwaj panowie przeszli do drugiej tury wyborów i jak widać ostro ze sobą rywalizują (sondaże dają im prawie równe szanse na zwycięstwo). Pozostali kandydaci: reprezentant TVN-u Szymon Hołownia (13,87 %), konfederata Krzysztof Bosak (6,78 %), "rozpacz ZSL-u"  Władysław Kosiniak-Kamysz (2,36 %), kandydat lgbt Robert Biedroń (2,22 %), oraz totalny polityczny plankton: Stanisław Żółtek (0,23 %), Marek Jakubiak (0,17 %), Paweł Tanajno (0,14 %), Waldemar Witkowski (0,14 %) i Mirosław Piotrowski (0,11 %) - że też im się chciało kandydować? Ale to już historia, zaś przed nami druga tura wyborów które - i to mówię z całą pewnością - mogą przesądzić o naszym losie nawet nie na pięć, ale na co najmniej dekadę, choć wydaje się wręcz że na całe pokolenie. Dzisiejszy wpis będzie krótki, gdyż nie ma co się tutaj zbytnio rozwodzić nad tematem, bowiem jacy owi dwaj kandydaci do prezydentury są - każdy widzi, problem polega jednak na tym, że nie wszyscy potrafią sobie wykalkulować co niosą ze sobą obie wizje prezydentury. Zacznę może od Andrzeja Dudy. W zasadzie nie ma co tu komentować - bardzo mnie on rozczarował, gdy po raz pierwszy zawetował ustawę (autorstwa Prawa i Sprawiedliwości) dotyczącą reformy sądownictwa. Miało to miejsce dokładnie trzy lata temu, w lipcu 2017 r. Przyznać się muszę, że zadeklarowałem wówczas że na tego pana więcej już nie zagłosuję, a czarę goryczy przelała kwestia nieupublicznienia tajnego raportu do aneksu WSI (czyli tej zmory postubeckiej, ciążącej nad Polską niczym jakiś złowrogi cień).




Wybitnie denerwuje mnie również ta jego serwilistyczna polityka (jeśli można ją nazwać polityką) wobec USA (choć ja sam jestem mocno proamerykański, ale w żaden sposób nie pochwalam pozycji serwilistycznych i klientystycznych, tym bardziej że w obecnej sytuacji polityki i geopolityki oba nasze kraje mają sobie do zaoferowania interes typu fifty-fifty i każda ze stron powinna być z tego zadowolona). Choć oczywiście w zbliżającym się globalnym konflikcie USA i Chin bez wątpienia poparłbym Stany Zjednoczone (lecz najpierw sami Amerykanie powinni zrobić porządek we własnym kraju i ostatecznie opowiedzieć się przeciw lewactwu niszczącemu ich kraj, obalającemu pomniki ich bohaterów, palącemu amerykańskie flagi i próbującemu stworzyć sobie na terytorium USA jakieś żałosne lewackie enklawy - choć akurat w tym przypadku, a nawiązuję tutaj do niedawnych wydarzeń w Seattle i powstania tam "strefy wolnej od policji", zwanej oficjalnie "Capitol Hill Autonomous Zone", w skrócie CHAZ - ten pomysł mi się podoba. Donald Trump mówił co prawda że może zakończyć istnienie tego tworu w ciągu pół godziny, choć nic w tej sprawie nie uczynił i to uważam za poważny błąd. Ale nie dlatego, że chciałbym aby Gwardia Narodowa czy US Army wkroczyły na ten lewacki grajdołek, tylko dlatego że byłaby to doskonała okazja do zademonstrowania debilizmu komunizmu. Skoro bowiem Antifa ogrodziła tych kilka przecznic zasiekami i proklamowała tam niezależne od USA państwo, należało czym prędzej wysłać w to miejsce Federalną Straż Graniczną, obstawić wejścia i... nie wpuszczać ani nie wypuszczać stamtąd nikogo, póki nie zostanie uzgodniona kwestia wymiany handlowej i dyplomatycznej z tym nowym "państwem". Donald Trump powinien obstawić dodatkowo cały teren kamerami telewizyjnymi i nagrywać to, co dzieje się w środku non stop, 24/h. I zero jakichkolwiek dostaw, zero jedzenia, wody, prądu, gazu - nic, skoro chcą niezależności, niech sami pokażą że potrafią coś zrobić i że do czegokolwiek innego się nadają, prócz darcia ryja na wiecach w imię "walki z kapitalizmem". Jestem przekonany że relacja z CHAZ, cieszyłaby się ogromną popularnością w USA [niczym swoisty Big Brother na żywo] i pokazałaby ludziom, do czego dąży komunizm i jak komunizm się kończy. A gdy antifiarze i reszta tej marksistowskiej hołoty zaczęłaby już się słaniać z głodu i pragnienia, wszedłbym do środka i dał po uszach całej tej hałastrze, aby nauczyć ją rozumu na przyszłość). Wróćmy jednak z powrotem do Polski i zbliżających się w naszym kraju wyborów prezydenckich.

Andrzej Duda mocno mnie rozczarował - zresztą nie tylko on jeden, rozczarował mnie cały PiS, partia, na którą pełen entuzjazmu głosowałem w wyborach parlamentarnych w 2015 r. Wówczas wydawało mi się że głosuję na Piłsudskiego, że po zwycięskich wyborach nastąpi konsekwentna sanacja całego państwa, oczyszczenie jego struktur i skrupulatna odnowa moralna. Niestety, nic takiego nie nastąpiło, a dziś już ostatecznie straciłem nadzieję na to, że Prawo i Sprawiedliwość stanie się swoistą "grupą rekonstrukcyjną Sanacji", szczególnie dobitnie zostało to wyartykułowane,  po wymianie premier Beaty Szydło na technokratę Mateusza Morawieckiego w grudniu 2017 r. Niestety, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma i zarówno Andrzej Duda, jak i Prawo i Sprawiedliwość są na dzień dzisiejszy jedyną rozsądną opcją i choć prezydent Duda wypowiada się ostatnio dość ostro o uniemożliwieniu indoktrynacji dzieci w szkołach przez ideologów lgbt, o tym że "chłopak i dziewczyna to polska rodzina" - to ja się zapytuję: Dlaczego wcześniej się tym nie zajęliście, dlaczego dopiero teraz, gdy w oczy zaświtała wam groźba porażki wyborczej (i utraty Pałacu Prezydenckiego), próbujecie ten temat wciągnąć na publiczną wokandę? Dlaczego nie było i nie ma żadnych zdecydowanych kroków rządu i prezydenta w sprawie wypłaty przez Niemcy reparacji za II Wojnę Światową? Bowiem te reparacje - a mówimy tutaj o astronomicznej kwocie 1 biliona dolarów - Niemcy, czy chcą czy nie, będą musieli wcześniej czy później zapłacić. I nie ma w tej sprawie czegoś takiego, jak przedawnienie - zresztą czego przedawnienie - waszych zbrodni? Mordowaliście, paliliście i gwałciliście na potęgę. Zniszczyliście nam kraj i cofnęliście w rozwoju o kilkadziesiąt lat do tyłu, całkowicie zburzyliście i spaliliście naszą stolicę - "Paryż Północy" - jak przed wojną nazywano Warszawę. I co? Przedawniło się, tak? Nic się nie przedawniło, gdyż krew pomordowanych wciąż domaga się sprawiedliwości, a wy drodzy przyjaciele Niemcy - wybraliście sobie bydlaka na wodza, a potem zniszczyliście cały kontynent w morzu krwi, a po wojnie dawni  naziści znajdowali "ciepłe posady" w różnych miejscach odrodzonego państwa niemieckiego (np. w niemieckim ministerstwie spraw zagranicznych po wojnie pracowało więcej nazistów, niż... w czasach III Rzeszy, a jest to tylko jeden wybrany przykład). Jedyne więc co możemy dla Was zrobić, drodzy niemieccy sojusznicy z NATO i Unii Europejskiej, to rozłożyć wam tę kwotę na raty, abyście od razu nie zarżnęli swojej gospodarki - i tyle.






Drugą ważną sprawą, która ponownie wraca w kampanii wyborczej, to jest kwestia owych bezprawnych (wręcz zbrodniczych) żądań organizacji żydowskich (głównie, choć nie tylko) z USA, w sprawie pożydowskiego mienia bez-spadkowego (czyli takiego, gdzie zarówno właściciel już nie żyje, jak i nie pozostawił po sobie żadnych następców). W tym temacie odpowiedź jest tylko jedna: kierunek Berlin, chcecie pieniędzy, proszę bardzo, zwróćcie się do narodu sprawców Holokaustu Żydów i Holokaustu Słowian (w tym głównie Polaków - gdyż nasz kraj stracił najwięcej obywateli w przeliczeniu na liczbę mieszkańców), a nie do narodu ofiar, gdyż gdyby nie Polacy, nigdy nie powstałoby żadne państwo Izrael (należy bowiem pamiętać, że Polska lobbowała za powstaniem Izraela w Palestynie jeszcze w latach 30-tych XX wieku, zaś po 1948 r. pierwszym językiem odrodzonego Izraela, był właśnie język polski, zaś hymn tego państwa także został wzorowany na polskim hymnie narodowym - Mazurku Dąbrowskiego), a Niemcy wymordowaliby znacznie więcej Żydów, niż stało się to w rzeczywistości. Dla nas temat bez-spadkowych roszczeń nie istnieje i tyle, szkoda tylko że dopiero teraz prezydent Andrzej Duda zdaje sobie to uświadamiać. Inna sprawa - to przekop Mierzei Wiślanej i budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego (jednego z największych lotnisk w Europie). Tutaj (szczególnie w tej pierwszej kwestii) podoba mi się upór rządu i prezydenta, aby te inwestycje doprowadzić do końca. Ani Rosja, ani Niemcy ani żaden inny kraj nie będą nam mówić, jakie inwestycje możemy u siebie podejmować i co się nam bardziej opłaca. Z CPK jest trochę więcej zawirowań związanych niestety z obsadzeniem dyrekcji mającej zajmować się tym projektem, przez tzw.: "BMW" (Biernych, Miernych ale Wiernych). Cóż się jednak dziwić, skoro prawie połowa PiS-u to jest Platforma Obywatelska lub dawna Unia Wolności, więc wcale nie należy się dziwić.

Bardzo ważną sprawą jest również edukacja (przecież te wszystkie marksizmy i Antify rodzą się głównie na uniwersytetach). Prawica i konserwatyści (na świecie) popełnili ogromny błąd - zostawili edukację w rękach lewicy, a efekty takiego kroku nie dały na siebie długo czekać. Wystarczyły zaledwie dwa pokolenia, aby całkowicie przeorać umysły młodych ludzi w USA i Europie Zachodniej (w Polsce oczywiście ten proces także postępuje - choć w znacznie mniejszej skali). Dziś właśnie tacy ludzie zakładają CHAZ, palą amerykańskie flagi i opowiadają brednie o komunizmie - jako o wspaniałym ustroju. Jaki "wspaniały" to ustrój, widać było dobitnie na przykładzie owego nieszczęsnego CHAZ-u, gdzie co prawda rozpoczęto uprawę jakiegoś zielska w okolicznym parku (zwanym "Ogrodem") ale oczywiście nic z tego nie wyszło, gdyż geniusze po wyższej szkole marskizmu-leninizmu (dziś to się już inaczej nazywa - marksizm-genderyzm, lub jak mawia prof. Chodakiewicz: marksizm-lesbianizm) sadzili również ukradzione ze sklepów rośliny w doniczkach, postawionych na... wysypanych piaskiem kartonach 😅. Nic dziwnego że wszystko im pousychało w ciągu dwóch dni. Tak więc, bez zmiany systemu edukacji, nie ma mowy o podjęciu jakiejkolwiek realnej walki z tą chorą marksistowską ideologią, gdyż co roku kilkaset tysięcy młodych ludzi kończy szkoły i uczelnie wyższe i wychodzi stamtąd psychicznie okaleczona, ze spaczonym światopoglądem, nastawiona roszczeniowo i niezdolna do podjęcia jakiejkolwiek efektywnej i pożytecznej pracy dla społeczeństwa. Prezydent Andrzej Duda wielu z tych kwestii w ogóle nie podjął i dopiero teraz, tuż przed samymi wyborami, gdy na gwałt poszukuje większości, która pozostawiłaby go u władzy – dopiero teraz zaczyna o tym mówić.



 
Mimo to, mimo tych błędów i zaniechań, mimo częstokroć bezmyślnej, serwilistycznej polityki względem USA, jego wybór i tak jest po stokroć lepszy, niż wybór jawnego reprezentanta "opcji niemiecko-brukselskiej" – pana Rafała Trzaskowskiego. O ile bowiem co do prezydenta Dudy mogę mieć jeszcze jakieś nadzieje, związane ze zmianą dotychczasowej polityki, o tyle w przypadku Trzaskowskiego nadziei nie ma ŻADNEJ! Jest to bowiem człowiek dotychczasowego establishmentu, wychowanek szkoły Sorosa, który doskonale się odnajduje wśród byłych ubeków (jak choćby pani Jolanta Gontarczyk-Lange), a także gotów jest powiedzieć i uczynić wszystko, byle tylko osiągnąć cel jakim jest odbicie Pałacu Prezydenckiego. Nic więc dziwnego, że ostatnimi czasy wypowiada się pozytywnie o Konfederacji, Marszu Niepodległości (okazuje się że dla Rafała to już nie są faszyści, tylko patrioci – powstają nawet memy, jak Rafałek krzyczy: "Czołem wielkiej Polsce!" 😂). Wychodzi na to że "pisowskie mordy" to też ludzie i że można do nich pisać listy i kierować apele (o czym Rafał ostatnio także sobie przypomniał). Najciekawsze jednak są jego poglądy na kwestię przyjmowania przez Polskę uchodźców. Okazuje się bowiem że ta sprawa już została rozwiązana i że Rafał także dziś byłby przeciwko przyjmowaniu imigrantów do Polski. Lecz jakże pięknie te słowa współgrają z jego deklaracjami z 2015 r., gdy mówił że musimy przyjąć na początek (choć on oczywiście nie dodawał że to jest dopiero początek) jakieś 5 000 migrantów i że decyzje już zapadły, i że nie udało się zebrać w Parlamencie Europejskim większości zdolnej aby ten proceder zatrzymać. Pięknie mówił też że i tak będziemy musieli przyjąć uchodźców, czy tego chcemy czy nie. Gdy jednak po wyborach z 2015 r. okazało się, że Polska nie zamierza przyjmować muzułmańskich hord darmozjadów (swoją drogą Niemcy ostatnio płakali że Polacy nie chcą przyjeżdżać do zbioru szparagów, gdyż przez 500 + i inne świadczenia socjalne – jakie wprowadził rząd PiS-u, nie potrzebują już się tak upokarzać pracą "u bauera". Czyżby więc Niemcy zapomnieli że mają u siebie pokaźną liczbę imigrantów, którzy - jak mówił Trzaskowski - przyjeżdżają tutaj aby szukać schronienia i pracy, więc mogą się podjąć zbierania szparagów - prawda? A może ktoś tutaj perfidnie kłamie i migranci nie tylko nie zamierzają, ale nawet nie myślą o podjęciu jakiejkolwiek pracy zarobkowej?), wówczas Rafał Trzaskowski zmienił swoją retorykę i okazało się że PiS jednak dobrze uczynił nie wpuszczając tutaj muzułmańskich "kardiochirurgów z opuchniętymi jądrami", czekających na wyposzczone białe kobiety.

To co mówi, co reprezentuje i czym się szczyci pan Rafał Trzaskowski, jest mi tak odległe, tak abstrakcyjne i tak nieprawdopodobnie obce, że nie ma nawet porównania z moimi żalami, niespełnionymi nadziejami i żądaniami (tak, właśnie ŻĄDANIAMI - bowiem jako wyborca który głosował na Dudę, mam prawo wymagać od niego prowadzenia bardziej podmiotowej polityki zagranicznej, oraz zdecydowanej obrony polskich interesów i wspierania Polonii na całym Świecie) jakie kieruję pod adresem obecnego prezydenta. Nie mam złudzeń - PiS to nie dawna Sanacja, a Duda nie przypomina nie tylko Walerego Sławka, Gustawa Orlicz-Dreszera czy choćby nawet prezydenta Ignacego Mościckiego (a wiadomo jaki wierszyk krążył za życia Piłsudskiego o Mościckim, bardzo podobny jak dziś o Dudzie porównywanym do "długopisu" prezesa Jarosława Kaczyńskiego - i brzmiał on następująco: "Tyle znacy co Ignacy, a Ignacy gówno znacy"). Skoro więc nie mam tego, czego bym oczekiwał, staję przynajmniej za kandydatem pod FLAGĄ BIAŁO-CZERWONĄ, a nie tęczową, różową, błękitną albo... czerwoną. Wybór więc jest oczywisty z mojego punktu widzenia i mam nadzieję że Andrzej Duda wygra te wybory - dla dobra Polski, dla dobra naszych dzieci i ich przyszłości. A potem będziemy go rozliczać z jego wyborczych obietnic.





 
 DZIĘKUJĘ ZA UWAGĘ!


czwartek, 9 lipca 2020

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. XIX

NAJWAŻNIEJSZE I (NIEKIEDY)

NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI

GWAŁTÓW W HISTORII






 145 r. p.n.e.

GWAŁT NA WESELU

Cz. V







 BÓG Z ODLEGŁEJ KRAINY

Cz. V



"JEŚLI ZAŚ IDZIE O ZAKRES MOŻLIWOŚCI, TO SILNIEJSI OSIĄGAJĄ SWE CELE, A SŁABSI USTĘPUJĄ (...)
WYSTĘPUJEMY TU W INTERESIE NASZEGO PANOWANIA"

ATEŃCZYK EUFEMOS W SWEJ MOWIE DO OBYWATELI KAMARINY
(415 r. p.n.e.)



 Już w kilka lat po zakończeniu Wojny Peloponeskiej, dotychczasowi sojusznicy Sparty zaczęli się od niej odwracać, widząc w hegemonii lacedemońskiej nie tyle ochronę przed perskimi dążeniami do odzyskania ziem Jonii, Eolii i małoazjatyckich wysp Morza Egejskiego, lecz jedynie "wejście w buty Aten" - czyli innymi słowy: zajęcie miejsca bezwzględnego hegemona. Ateny co prawda zawsze rozmawiały ze swymi sojusznikami z pozycji siły, częstokroć traktując inne polis jak pokonanych nieprzyjaciół, a nie jak członków jednej wspólnej organizacji - Związku Morskiego. Domagali się też określonej ilość trybutu (nazywanego oficjalnie składkami na cele obronne Związku Morskiego) i brutalnie oraz konsekwentnie ściągali te pieniądze ze wszystkich swych sprzymierzeńców - nie oglądając się na żadne konwenanse (częstokroć upokarzano tych, którzy zwlekali ze składką, a szczególnie ewidentnie było to widoczne podczas święta Wielkich Panatenajów ku czci bogini Ateny, odbywających się w Atenach co cztery lata. Wówczas to szła procesja miast - członków Związku, które zapłaciły już składkę [ci ateńscy młodzieńcy byli przystrojeni w białe tuniki], oraz tych, które wciąż jeszcze nie wysłały Ateńczykom pieniędzy [tu w procesji szli niewolnicy, przystrojeni w czarne szaty hańby]. Choć były też i inne przykłady upokorzeń, jak na przykład w sztuce komediopisarza Eupolisa pt.: "Poleis", gdzie sprzymierzeńcy Aten - którzy nie opłacili składek związkowych - zostali przedstawieni nieżyczliwie, jako... kobiety [a należy pamiętać że dla Greków przedstawienie danego polis w formie żeńskiej - jeśli oczywiście nie odnosiło się to do określonej bogini, tylko zwykłej kobiecej postaci - było dużą ujmą, gdyż sprowadzenie mieszkańców do roli kobiet, oznaczało odebranie im dumy oraz szacunku wyrosłego chociażby z dokonań przodków]). Przytoczona wyżej mowa ateńskiego posła Eufemosa do mieszkańców miasta Kamariny - jest tego dobitnym przykładem, jako że Eufemos wprost (nie bawiąc się w żadne ceregiele) wykłada po co przybył i czego żąda, a jednocześnie mówi im że domaga się tego, ponieważ stoi za nim potęga Aten. Poza tym Ateńczycy odbierali swym sojusznikom suwerenność (choć ich ziem nie przyłączali bezpośrednio do Aten), szczególnie w kwestii polityki zagranicznej oraz wymiaru sprawiedliwości (obywatele innych polis mogli na przykład odwoływać się do Aten ze skargą na swoje rodzime miasto, jeśli czuli się tam prawnie pokrzywdzeni), a także zakładali na ziemiach swych sojuszników własne kleruchie (kolonie), które były całkowicie eksterytorialnymi enklawami i ściśle podlegały prawodawstwu ateńskiemu.

Jeśli zaś ktokolwiek się buntował, czekały go bardzo surowe represje (np. w Sykionie w 421 r. p.n.e. i na Melos w 415 r. p.n.e. Ateńczycy wymordowali wszystkich tamtejszych mężczyzn, a kobiety i dzieci uprowadzili w niewolę - choć oczywiście tak radykalne działania należały do rzadkości). Mimo to przez cały okres istnienia Związku Morskiego i ateńskiej hegemonii na Morzu Egejskim, Persowie nawet nie mogli marzyć o odzyskaniu małoazjatyckich polis, gdyż nad wszystkim dominowała ateńska flota - która skutecznie wyeliminowała z tych wód także i piratów. Natomiast po klęsce Aten w Wojnie Peloponeskiej, powszechnie uważano że teraz to Sparta przejmie obowiązki Aten na Wschodzie, jako obrońca całej Hellady. Jednocześnie dotychczasowa praktyka łagodnej polityki Lacedemonu w odniesieniu do własnych sprzymierzeńców ze Związku Peloponeskiego, była korzystnym prognostykiem na przyszłość i wiele greckich polis radowało się z przejęcia przez Spartę hegemonii w Grecji. Dzień zburzenia ateńskich Długich Murów (spartański wódz - Lizander obserwował to wydarzenie siedząc na krześle niczym na tronie, w towarzystwie sprowadzonych z miasta fletnistek, które przygrywały mu w takt rozpadających się murów), stał się dniem powszechnej radości w całej Helladzie i był obchodzony bardzo uroczyście, jako prawdziwy "dzień wolności" wszystkich Greków. Szybko jednak okazało się, że Lacedemończycy wcale nie są tacy skorzy do obrony Hellenów z Azji Mniejszej przed Persami, a niektóre wypowiedzi spartańskich harmostów (mianowanych namiestników nowo zdobytych ziem - do ich zadań należało wspieranie lokalnych oligarchów, wyłapywanie ukrywających się demokratów i utrzymywanie spartańskich garnizonów), wręcz jawnie sugerowały, że Sparta nie kiwnie nawet palcem w obronie Jonów i Eolów z Azji Mniejszej (np. wypowiedź harmosty Lichasa, który raczył stwierdzić, że: "Wszyscy Hellenowie żyjący na dawnym terytorium Króla, powinni w pewnej mierze służyć Tissafernesowi i starać się o jego względy". Tissafernes był oczywiście perskim satrapą Lidii, Karii i Jonii).

Jednocześnie coraz dobitniej okazywało się, że ateńska hegemonia została w całości zastąpiona hegemonią Lacedemonu. Dotychczasowa euforia i pro-spartańskie nadzieje (które znalazły ujście choćby w dziełach takich poetów jak: Chojrylos, Antylochos, Antymach, Nikeratos, Arystoon czy Duris, w "Lizandrei" z Samos, złotego okrętu z Akantos i posągu Lizandra z Delf - nie licząc oczywiście wielu innych posągów, ustawianych w całej Grecji na cześć owego Lacedemończyka), powoli zaczynały ulatywać. Wiele przyczyniły się do tego działania i wypowiedzi samego Lizandra, który mając cięty język i dość wybuchowy charakter - często nie zważał na dyplomatyczne konwenanse, tylko otwarcie mówił to, co myśli (jak wówczas, gdy do przedstawicieli miasta Argos - którzy domagali się niewielkiej korekty granicznej ze Spartą, podając przy tym wiele argumentów, tak iż trudno było nie przyznać im racji - Lizander w pewnym momencie wyciągnął swój miecz i rzucił go na stół przy którym radzono, po czym rzekł: "O, jakże słusznie prawicie. Lecz najlepiej przemawiać w obronie swego kraju potrafi nie ten, co ma giętki język, a ten, co potrafi władać tym oto mieczem". Innym zaś razem, gdy pewien Megaryjczyk wystąpił z ostrą mową przeciwko Sparcie, Lizander przerwał mu, mówiąc: "Tak, miły przyjacielu - piękne są twe słowa. Tylko wiedz że nie stoi za nimi silne państwo!" Gdy zaś Beoci protestowali przeciwko spartańskiej interwencji w Attyce [przeciw ateńskim demokratom Trazybulosa w 403 r. p.n.e. - o czym pisałem w poprzedniej części], Lizander spytał: "To jak chcecie abyśmy przeszli przez wasz kraj, z włóczniami trzymanymi poziomo czy pionowo?" - co już było jawną groźbą skierowaną do sojuszników). Gdy więc w 400 r. p.n.e. Lacedemończycy zażądali od Elidy pokrycia (części) kosztów Wojny Peloponeskiej oraz wyzwolenia Tryfilitów (których Elidyjczycy zamienili w periojków - czyli ludność zależną), a ci odmówili - wówczas Spartanie wkroczyli zbrojnie na ich ziemie. Mieli oni z Elidyjczykami również i swoje prywatne porachunki sprzed kilku lat, gdy w czasie Igrzysk Olimpijskich (w 408 r. p.n.e.) obywatele Elidy (na ziemi których leżała Olimpia) wykluczyli Lacedemończyków z zawodów pod zarzutem wspierania przez nich Persów kosztem wschodnich Hellenów. Elidyjczycy oczywiście nie mieliby większych szans w starciu ze spartańską machiną wojenną (co ciekawe - w tej kampanii Lacedemończycy otrzymali wsparcie jedynie z... Aten, które po spartańskiej zgodzie na odrodzenie demokracji w 403 r. p.n.e. podpisały porozumienie, na mocy którego w Atenach istniał rząd demokratyczny, zaś Eleusis zarządzali dotychczasowi ateńscy oligarchowie wspierani przez Spartę, natomiast Ateny pozostały w sferze hegemonii Lacedemonu - mimo iż spartański kontyngent wojskowy miał opuścić Akropol, na którym obozował od kapitulacji Aten w kwietniu 404 r. p.n.e. Eleusis ponownie zostało przyłączone do Aten w 401 r. p.n.e. po wymordowaniu tamtejszych oligarchów), lecz wówczas wydarzyło się coś, co przesądziło o porażce spartańskiej interwencji w Elidzie.




Zeus Gromowładny wpadł w wielką złość za świętokradczą próbę napadu na jego miasto - czym tłumaczono sobie trzęsienie ziemi, jakie w tym właśnie czasie nawiedziło Lakonię (ziemię Spartan). Spartanie pospiesznie opuścili Elidę (jednocześnie składając liczne ofiary przebłagalne), jednak pospieszna ewakuacja wojsk z Elidy mogłaby zostać odebrana w greckim świecie jako słabość, dlatego też należało mimo wszystko przykładnie ukarać Elidyjczyków. Zatem roku następnego (399 p.n.e.) spartańska armia ponownie wkroczyła do Elidy i pustoszyła tamtejsze wsie oraz pola, ale... nie zbliżała się do miasta Zeusa - czyli Elidy. Jednocześnie starano się obalić dotychczasowe demokratyczne władze Elidy i zainstalować tam kontrolowany przez Lacedemon, oligarchiczny rząd. Spartańska armia rozbiła obóz nieopodal Elidy i choć nie zbliżała się do samego miasta (które - co ciekawe - nie miało nawet murów obronnych, a ich skuteczną bronią była jedynie wiara w okrutny gniew Zeusa, co okazywało się nad wyraz skuteczne, gdyż Spartanie nie odważyli się wejść do miasta. Jakże prawdziwym w tej sytuacji jest powiedzenie że "wiara czyni cuda"), to jednak obecność lacedemońskich wojsk w Elidzie była niezwykle uciążliwa. W lecie 398 r. p.n.e. wspierani przez Spartę oligarchowie z Elidy próbowali dokonać przewrotu i zdobyć władę, ale demokraci byli czujni i uniemożliwili im tę próbę. Zdając sobie jednak sprawę z ciągłego niebezpieczeństwa, postanowili jakoś porozumieć się z Lacedemończykami i wypracować wspólny konsensus. Ostatecznie zgodzono się na uwolnienie Tryfilitów, wydanie Sparcie całej floty, zburzenie dwóch twierdz i zawarcie ze Spartą przymierza (podobnego do tego, jaki zawarli demokraci z Aten), w zamian za co tamtejsi demokraci mogli zachować władzę, a lacedemońskie wojsko opuściło Elidę (co by jednak nie mówić - były to dość ciężkie warunki pokoju, tym bardziej że Elida należała do Związku Peloponeskiego i w czasie wojny z Atenami walczyła po stronie Sparty. Był to też pierwszy dobitny sygnał, że Lacedemończycy zaczynają postępować ze swoimi sprzymierzeńcami dokładnie tak samo, jak niegdyś ze swoimi postępowali Ateńczycy). 

To, co uczyniono z Elidą to jeszcze nic, gorsze było to, jak Spartanie zareagowali na jawny sprzeciw ich polityki, podniesiony na zgromadzeniu Związku Peloponeskiego w 399 r. p.n.e. Beocja i Korynt zaprotestowały zdecydowanie, zaś Etolia (nie należała do Związku Peloponeskiego) wysłała do Elidy jako wsparcie 1000 wyborowych hoplitów. Jawnie też zbuntowali się Trachici (gdzie w Heraklei Trachijskiej Spartanie utrzymywali swój kontyngent wojskowy - a było to związane z faktem iż z Heraklei wiodła droga przez Termopile do Grecji środkowej, dlatego też utrzymanie tego obszaru było niezwykle ważne ze względów strategicznych. Osiemdziesiąt lat wcześniej w rejonie Heraklei Persowie rozbili swój obóz i stąd właśnie wychodziły ataki na Greków w Termopilach). Natychmiast wysłano tam posiłki, które... dokonały krwawej rzezi mieszkańców Heraklei (zamordowano ok. 500 obywateli tego polis, a większość mieszkańców wypędzono z okolicznych terenów). Te wszystkie działania spowodowały powszechne oburzenie - szczególnie wśród dotychczasowych sojuszników Sparty, a gdy do Lacedemonu przybyło perskie poselstwo od Króla Królów - Artakserksesa II Mnemona, domagające się (zgodnie z układami z 412 i 411 r. p.n.e.) oddania Persom miast i wysp Jonii i Eolii, Spartanie w tym momencie nie mogli już sobie pozwolić na całkowity upadek swojego autorytetu w świecie greckim i musieli Persom zdecydowanie odmówić. To zaś oznaczało wojnę (tym bardziej że Lacedemończycy aktywnie uczestniczyli w niedawnym buncie księcia Cyrusa Młodszego w 401 r. p.n.e. a dowódcą Greków był Spartanin Klearch - który walczył do końca pod Kunaksą w obronie Cyrusa, za co po swej śmierci - na polecenie królowej-matki Parysatis - jego grób miał być przystrajany świeżymi liśćmi palmowymi - o czym już wcześniej pisałem). Po śmierci brata (i uczynieniu z jego głowy piłki do kopania dla żołnierzy) Artakserkses II postanowił ostatecznie rozprawić się z Grekami i zażądał zwrotu obiecanych wcześniej ziem. Ponieważ Spartanie (nie mogąc postąpić inaczej - gdyż byłoby to totalne pogrążenie ich dotychczasowej polityki, gdzie występowali jako obrońcy Hellady) odmówili, wojna z Persją stała się faktem, a satrapa Lidii - Tissafernes rozpoczął zajmowanie wschodnich polis (w zachodniej Azji Mniejszej). Był rok 400 p.n.e. czyli początek konfliktu z Elidą, więc Spartanie nie zamierzali kierować większych sił na Wschód. Wysłano tam zaledwie 4000 hoplitów z miast Związku Peloponeskiego, 1000 neodamodów (wyzwolonych helotów) z Lakonii oraz 300 jeźdźców z Aten. Wojskiem tym dowodził Lacedemończyk - Tibron.




Pierwsze greckie oddziały wylądowały w Jonii z końcem 400 r. p.n.e., a w tym czasie satrapa Tissafernes zajął Cylicję (likwidując jej autonomię), oraz opanował Salaminę Cypryjską (a z nią cały Cypr) gdzie poddał się Persom tamtejszy grecki tyran - Euagoras. Wkrótce po wylądowaniu Greków w Jonii, na stronę Persów przeszedł wódz ateńskiej jazdy - Konon, którego następnie król Artakserkses mianował dowódcą perskiej floty (budowanej w tym czasie na Cyprze). Natomiast Grecy uzyskali wzmocnienie ze strony najemników, którzy w 401 r. p.n.e. wyszli z Cyrusem Młodszym i ponieśli klęskę w bitwie pod Kunaksą w Babilonii. Udało im się jednak przetrwać i dokonać odwrotu, który zamienił się w długi marsz powrotny do Grecji (ich drogę opisał Ksenofont - uczestnik tej wyprawy - w swym dziele "Anabaza"). Ci hoplici - idąc przez skrajnie nieprzyjazne tereny (np. przez ośnieżone góry Armenii) i odpierając ataki kolejnych ludów - doszli wreszcie do Trapezuntu (na pamiątkę dotarcia do morza i swego ocalenia, ułożyli tam kopiec z kamieni), gdzie świętowali uroczyste igrzyska. Potem zaś wybrzeżem przeszli do Troady, gdzie natknęli się na wojska Tibrona - z którymi się połączyli (z 10 000 Greków, jacy wyruszali na pomoc Cyrusowi, ostatecznie przeżyło ok. 6 000), co też stanowiło poważne wzmocnienie sił spartańskich w Azji Mniejszej. Do Tibrona przyłączyli się również lokalni greccy rządcy, jak Aleksander (dowódca greckiego garnizonu na usługach Persów w Eolii), Eurystenes - władający z woli króla Persów Pergamonem (jego dziadek - Spartanin Damaratos odznaczył się w walkach z Persami w latach 70-tych V wieku p.n.e.), oraz Prokles z Teutranii (brat Eurystenesa). Do koalicji przyłączył się również i inny Grek na perskim żołdzie - Gorgion z Myriny (prawnuk Gongylosa, towarzysza Pauzaniasza, który uciekł do Persów). Strategiczny plan Spartan polegał na opanowaniu Karii - co miało doprowadzić do odcięcia perskiej floty od portów w Azji Mniejszej. Niestety, eforowie z Lacedemonu odebrali Tibronowi dowództwo nad flotą, przez co ten, nie mając możliwości synchronizacji własnych działań, ruszył na północ, do Lidii, którą pustoszył (ale nie udało mu się ani zmusić Persów do bitwy, ani też - z braku machin oblężniczych - zdobyć jakiegokolwiek miasta).

Z braku jakichkolwiek osiągnięć wojennych, żołnierze poczęli grabić poszczególne (niebronione) osiedla i tak się rozzuchwalili, że atakowali również osady sojusznicze - przy czym dowództwo przyzwalało (lub przymykało oko) na te ataki. Wreszcie na jesieni 399 r. p.n.e. Grecy z Jonii i Eolii oskarżyli Tibrona o wydanie zezwolenia na rabunek sprzymierzonych miast, co spowodowało że został on odwołany z dowództwa, skazany na zapłacenie wysokiej grzywny i skazany na wygnanie z Lacedemonu. Jego miejsce zajął teraz nowy spartański wódz - Derkyllidas. Nowy dowódca zawarł sojusz z Tissafernesem i wyruszył do walki przeciwko Farnabazosowi (z którym akurat miał osobiste porachunki). Musiał jednak przejść przez tereny kontrolowane przez dardańską księżniczkę - Manię, która starając się utrzymać swoje władztwo, aż nadto skwapliwie wysyłała Artakserksesowi daniny ze swych ziem, zmuszając ludność (głównie grecką) do płacenia wysokich podatków. Mania pozowała na amazonkę, nosiła pancerz (ze specjalnie wyprofilowanym miejscem na kobiece piersi), miecz, a nawet osobiście powoziła rydwanem. Zmusiła też do podporządkowania swej władzy trzy miasta w Eolii: Larissę (zasiedloną przez egipskich jeńców, sprowadzonych tutaj przez ojca Artakserksesa II - króla Dariusza II), Hamaksitos i Kolonaj. Teraz, w tych dniach zmagań z Grekami Derkyllidasa, zamierzała Mania wysłać wsparcie do Farnabazosa (była uważana bowiem nie tylko za jego doradczynię, ale i kochankę - choć nie ma na to żadnych dowodów). Nim jednak to się stało, Mania (po swych 40 urodzinach) została zamordowana przez męża swej córki - Midiasza, który zgładził również jej siedemnastoletniego syna. Midiasz zagarnął też pokaźny skarbiec Manii i opanował dwa jej miasta (Gergis i Skepsis, inne odmówiły uznania jego władztwa). Gdy zaś wysłał daninę do Farnabazosa, deklarując mu swoją wierność, ten jej nie przyjął, a nawet poprzysiągł zemstę za śmierć przyjaciółki. I wtedy właśnie nadciągnął z wojskiem Derkyllidas.




Szybko też poddały mu się Larissa, Hamaksitos, Kolonaj, Neandria, Ilion, Kokylion, Kebren i Skepsis (gdzie Derkyllidas złożył ofiarę w tamtejszej świątyni w intencji swego zycięstwa). Spartański wódz wszędzie oddawał władzę w ręce miejscowych Greków, usuwając jedynie wszelką ich zależność od Persji. Wreszcie obległ miasto Gergis, gdzie ze swym wojskiem skrył się uzurpator Midiasz. Derkyllidas obiecał że jeśli ten otworzy bramy miasta, daruje mu życie i pozwoli pójść w swoją stronę, jeśli nie - to jego głowę wyśle Farnabazosowi. Midiasz przyjął propozycję Derkyllidasa (co ciekawe - nie miał on machin oblężniczych, więc nie było wcale takie pewne że uda mu się zdobyć miasto. Co najwyżej mógł zmusić obrońców do kapitulacji głodem) i otworzył bramy Gergis, po czym Derkyllidas przyjął jego wojsko pod swoją komendę (zdobył też skarbiec, dzięki czemu od razu wypłacił żołnierzom żołd). Midiasza (zgodnie z umową) puścił wolno, zaś do Farnabazosa wysłał posłów aby się opowiedział, czy przez zimę pragnie wojować, czy też zawrze rozejm. Ten zdecydował się na rozejm (zawarty z końcem 399 r. p.n.e.), po czym Derkyllidas ruszył do Bitynii, którą doszczętnie złupił. Na wiosnę 398 r. p.n.e. przedłużono rozejm (zaś Farnabazos udał się do króla z prośba o posiłki), a tymczasem w Sparcie miały miejsce ciekawe wydarzenia o charakterze polityczno-obyczajowym.      




 
 PS: Wojna między Spartą a Persją ma kluczowe znaczenie z punktu widzenia wydarzeń dziejących się w Egipcie, dlatego też staram się je w miarę dokładnie opisać, aby ukazać ów kontekst wspólnej, antyperskiej koalicji spartańsko-egipskiej, która zostanie zawiązana już na wiosnę roku 397 p.n.e.






CDN.