Łączna liczba wyświetleń

piątek, 14 sierpnia 2020

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. XIII

NIM JESZCZE 

NAD KONSTANTYNOPOLEM

ZAŁOPOTAŁ ZIELONY

SZTANDAR MAHOMETA




 

I

JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM

(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"

NA RZYMSKIM PALATYNIE)

Cz. XII



 


 
GDY WYPEŁNIŁ SIĘ CZAS

 
 Kiedy właściwie upadła Troja? Dokładnie nie wiadomo, bowiem część archeologów datuje jej kres na XIII wiek p.n.e. (np. Carl Belgen z Uniwersytetu w Cincinnati, który twierdzi że Troja uległa zniszczeniu ok. 1250 r. p.n.e.), większa zaś część badaczy przyjmuje jednak za najbardziej realne pierwsze dekady XII wieku p.n.e. (prace wykopaliskowe Penelope Mountjoy pozwoliły jej przyjąć okres lat ok. 1190-1180 p.n.e. za najbardziej zbliżony do ostatecznego upadku tego miasta). Oczywiście nawet jeśli przyjmiemy tę drugą możliwość, to jednak musimy pamiętać że Troja tak naprawdę upadała co najmniej trzy - jeśli nie więcej - razy. Naukowcy uważają bowiem że ok. 1300 r. p.n.e. miasto to zostało zniszczone w wyniku trzęsienia ziemi, po czym na powrót odbudowane i po raz drugi upadło zapewne właśnie ok. 1250 r. p.n.e. już w wyniku jakiegoś zbrojnego ataku (na ulicach odkopanej Troi VII A z tego okresu, znaleziono bowiem ludzkie szczątki, oraz tkwiące w ścianach domostw groty strzał). Po raz ostatni zaś Troja miała zostać zdobyta właśnie ok. 1180 r. p.n.e. Dlaczego o tym piszę i jakie to ma właściwie znaczenie w omawianym temacie? Otóż niezwykle istotne, jako że Septymiusz Sewer właśnie w roku 204 naszej ery (był to wówczas 957 rok ery rzymskiej, liczonej od założenia Rzymu) zorganizował wielkie igrzyska, zwane Ludi Saeculares - czyli po prostu "Igrzyska Wieku". Dlaczego właśnie odbyły się one w 204 r., przecież (licząc od założenia miasta, czyli od 753 r. p.n.e.) nie przypadał wówczas ani pełny wiek tysięczny, ani nawet żadna okrągła data, mogąca świadczyć o doniosłości tego wydarzenia. Przypadał wówczas zaledwie 957 rok rzymskiej ery, dlaczego więc Sewer właśnie wówczas zorganizował Igrzyska Wieku, będące właśnie upamiętnieniem założenia Wiecznego Miasta? Otóż cesarz wzorował się na pierwszych na taką skalę przeprowadzonych igrzyskach, zorganizowanych w czasach Oktawiana Augusta, a dokładnie w roku 17 p.n.e. Idąc tym tropem i kierując się zasadą 110-letniego wieku, właśnie w roku 204 wypadała 220 rocznica rozpoczęcia tamtych igrzysk. Tylko pytanie brzmi, dlaczego Oktawian August zorganizował je w 17 r. p.n.e. i czemu właściwie Rzymianie liczyli wiek nie jako pełne sto lat, ale właśnie w jako 110-letnie okresy dziejów? Skąd to się wzięło? Odpowiedź ta jest dość prosta, lecz aby ją poznać, musimy niestety ponownie cofnąć się do czasów mitycznej Troi.

Rzymianie uważali się za potomków Trojan, a miasto to za swą pramatkę. W czasach Republiki każdy rzymski wódz, polityk lub dyplomata który podążał na Wschód, musiał obowiązkowo po przekroczeniu Chersonezu złożyć ofiarę i oddać cześć "cieniom wielkiego Priama". W taki to sposób Rzymianie uważali się za kontynuatorów dzieła mitycznej Troi, a po zajęciu Grecji w latach 147-146 p.n.e. uznali iż w pełni dopełniła się zemsta na potomkach Agamemnona, Menelaosa i Achillesa za spalenie "świętego miasta" i rzeź oraz niewolę jego mieszkańców. Warto tutaj też podkreślić, że Grecy w swych mitach uwzględnili nie tylko tę ostatnią zagładę Troi, ale również... wcześniejszą. Opowiadali oni bowiem o królu Laomedoncie (ojcu Priama), twórcy murów Troi (co też jest symptomatyczne i może odnosić się do kwestii ponownej odbudowy tego miasta po wielkim trzęsieniu ziemi), który zawarł układ z bogami: Posejdonem i Apollem, że za udzieloną pomoc przy wznoszeniu murów, obdarzy ich wspaniałą nagrodą. Niestety, Laomedont szybko zapomniał o swym przyrzeczeniu, co spowodowało iż wzburzony Posejdon zesłał na miasto przerażającego potwora morskiego, który pustoszył całą okolicę, żywiąc się mieszkańcami miasta. Kapłani orzekli wówczas, że jedyną szansą na pozbycie się owego monstrum będzie wyrównanie bogom poniesionych strat i odpokutowanie swego krzywoprzysięstwa, w postaci złożenia w ofierze potworowi córki króla - pięknej Hezjone. Zrozpaczony Laomedont musiał przystać na tę propozycję, gdyż jedynie w taki sposób można było ocalić miasto, ale traf chciał że wówczas do Troady przybył Herakles, który uratował dziewczynę i zabił potwora, uwalniając mieszkańców od tego niebezpieczeństwa. Laomedont obiecał Heraklesowi czwórkę swoich pięknych, białych rumaków, ale gdy niebezpieczeństwo już minęło, ponownie zapomniał o swej obietnicy. Wówczas to Herakles zebrał grono wojowników, napadł na miasto i podbił Troję (czyżby było to odniesienie do prawdziwego upadku miasta z ok. 1250 r. p.n.e.?). Oczywiście dla zwykłych ludzi - czy to Greków czy Rzymian - problem daty upadku Troi miał takie samo znaczenie, jak wspomnienie topniejącego śniegu sprzed dziesięciu lat, jednak było to ważne dla ujednolicenia chronologii dziejów, dlatego też, tej trudnej misji podjął się niebagatelny umysł epoki hellenistycznej - Eratostenes (ten sam, który zmierzył i to w sposób niezwykle dokładny - choć nie posiadał żadnych nowoczesnych przyrządów - powierzchnię Ziemi). To on właśnie podjął się trudnej sztuki obliczenia daty upadku Troi.




W swym (niezachowanym do naszych czasów) dziele: "Chronographiai" ustalił ten rok na 1183 p.n.e. (oczywiście licząc współczesną rachubą lat) i uznał go punktem wyjścia dla całej chronologii. Eratostenes, żyjąc sobie wygodnie w Egipcie greckich Ptolemeuszy, nie przejmował się ani faktem, iż podana przez niego data wkrótce obejmie tysiąclecie dziejów, ani też przepowiedniami mówiącymi wówczas o końcu świata (zmarł w 194 r. p.n.e.). W monarchii Seleucydów czy w Grecji właściwej, również niezbyt przejmowano się zbliżającą okrągłą rocznicą tysiąclecia zburzenia Troi. Inaczej jednak było w niezwykle wrażliwym na punkcie przepowiedni Rzymie. Tym bardziej że znano przepowiednię Sybilli kumańskiej (najważniejszej wieszczki Rzymu), która: "Sybilla o ustach natchnionych, mówiąca bez ozdób, bez wonności, sięga swym głosem tysiąca lat dzięki swemu bogu" - jak pisał Heraklit. To ona była autorką sławnej przepowiedni, która w samym Rzymie budziła prawdziwą trwogę, a mianowicie podzieliła ona czas na dziesięć wieków, (licząc od zniszczenia Troi) po których miał nadejść "koniec świata" i upadek Rzymu. Gdy więc Eratostenes wyznaczył zniszczenie Troi na 1183 r. p.n.e., nic dziwnego że kolejne lata zbliżającego się tysiąclecia musiały budzić przerażenie. Tysiąclecie bowiem było wymowną datą i to zarówno dla Greków jak i dla Rzymian. To przecież (według mitów) przez tysiąc lat mieli wysyłać Lokryjczycy swe dziewice do Troi, na służbę u boskiej Ateny Pallady. To przez tysiąc lat mieli ateńscy efebowie nosić żałobę po heroldzie Kopreuszu, zabitym przez ich króla - Demofona, to wreszcie tysiąc lat trwał okres pokuty za grzechy duszy w Tartarze, nim ponownie trafiłaby ona na Łąki Asfodeli. Dlatego też obawy przed końcem świata były w tamtym czasie w Rzymie znacznie większe, niż owa panika, jaka rozpętała się na Świecie (głównie w Europie i USA - pamiętam że jacyś cwaniacy sprzedawali wówczas schrony w Afryce czy Azji, bo osobiście znalazłem w internecie takie ogłoszenie) przed rokiem 2012 i końcem kalendarza Majów. Po krótkim (ok. dziesięcioletnim) okresie wytchnienia, związanego z powstrzymaniem kartagińskiego niebezpieczeństwa, ponownie odżyła  trwoga i rozpacz z czasów wojny z Hannibalem. Wciąż bowiem pamiętano doznane klęski, zadane Rzymowi nad Ticinusem i Trebią w 218 r. p.n.e., nad Jeziorem Trazymeńskim w 217 r. p.n.e. czy pod Kannami w 216 r. p.n.e. Pamiętano też, że po tych bitwach Rzym realnie stał się miastem kobiet, a raczej miastem płaczących wdów. Teraz zaś dzieci i wnuki poległych wówczas mężów, sami również mieli doświadczyć zagłady.

Zaś wydarzenia ostatnich lat przed zbliżającą się rocznicą tysiąclecia upadku Troi, wcale nie napawały optymizmem. Co prawda w 188 r. p.n.e. udało się (po czteroletniej wojnie) zawrzeć wreszcie pokój z pokonanym helleńskim królem Syrii z dynastii Seleucydów - Antiochem III Wielkim i doprowadzić do rozpadu jego imperium (szczególnie zaś w Anatolii), to jednak kolejne lata zapowiadały już zbliżającą się katastrofę. Oto bowiem w 186 r. p.n.e. wykryty został w Rzymie tzw.: "spisek bachanaliów", który był swoistą próbą przejęcia lub też narzucenia Rzymowi pewnej niewybieralnej władzy, złożonej z tajnego zakonu pitagorejczyków (o których pisałem już w innej serii), który to częściowo przypominał tajne zakony lóż masońskich, powstających w Europie od końca XVII wieku. Pitagorejczycy, będący wyznawcami orfizmu i wtajemniczeni w misteria orfickie, uważali że ludzi powinno się dzielić  na wtajemniczonych i niewtajemniczonych. Tym pierwszym przyświecał bóg Dionizos - uosabiający prawdę ezoteryczną dostępną jedynie dla wybranych, zaś tym drugim bóg Apollo - jako gwarant stabilizacji życia społecznego. Apollon był uosobieniem wieszczbiarstwa i przepowiedni dostępnych dla ludu, jednak obaj bogowie byli jednym i tym samym bóstwem, podzielnym jedynie dlatego, aby odróżnić tych mądrzejszych, bardziej podatnych na "ewolucję ducha" i przez to uprzywilejowanych do pełnienia władzy, oraz resztę, która jeszcze tkwiła na poziomie "ewolucji ciała" i przez to przeznaczona była do roli tych, nad którymi się panowało. Pitagorejczycy wyznawali również wiarę w nieustanną powtarzalność wszechrzeczy (czyli innymi słowy: "rozpad - odrodzenie - rozwój - dekadencja - rozpad" itd., co też jest niezwykle trafnym spostrzeżeniem i można by powiedzieć: "Wszystko zmierza ku śmierci", gdyby jednak słowa te nie były tak obłudne, gdyż śmierć naprawdę nie istnieje, więc właściwe słowa powinny brzmieć: "Wszystko zmierza ku Życiu", które to przechodzi przez różne etapy duchowego i materialnego rozwoju). Rzymianie jednak niewiele wówczas z tego mogli zrozumieć, a gdy na kilka lat przed spodziewanym "końcem świata" odkryto tajne zgromadzenie, które miało nieco arystokratyczny charakter i które uznano za niebezpieczne dla republikańskiego ustroju Rzymu - wówczas zaczęły się prawdziwe represje.




Szkoła pitagorejska została założona przez Pitagorasa z Samos w italskim Krotonie w 529 r. p.n.e. Po buncie mieszkańców - wymierzonym w rosnący w siłę ruch pitagorejski i spaleniu Świątyni Muz (wraz z kilkudziesięcioma pitagorejczykami) ok. 500 r. p.n.e. uczniowie Pitagorasa przenieśli się do doryckiego Tarentu, gdzie powstała kolejna orficko-pitagorejska "loża". Po zdobyciu Tarentu przez Rzym w 272 r. p.n.e. (początkiem tego konfliktu była owa "gówniana afera" z 282 r. p.n.e., gdy przedstawiciele senatu zostali upokorzeni przez mieszkańców Tarentu, a jeden z nich publicznie oddał kał i podtarł się fałdą togi Rzymianina, który miał wówczas rzec: "Zmyjesz to własną krwią". Wojna z miastem - które wsparł król Epiru Pyrrus - trwała dziesięć lat i zakończyła się zniszczeniem tego greckiego grodu oraz wzięciem w niewolę jego mieszkańców), tak oto wielu pitagorejczyków znalazło się nad Tybrem, gdzie wkrótce założyli dość prężnie działającą szkołę (lożę). Pierwotnie, gdy na czele tego zgromadzenia stał wróżbita z Etrurii, ruch pitagorejski nie budził większego zakłopotania, gdyż uważano go za kolejny przejaw "orientalnych kultów", do których zdążono już się już w Rzymie nieco przyzwyczaić (szczególnie gdy w roku 213 p.n.e. tłumy kobiet, które utraciły mężów i synów na wojnie z Hannibalem, opanowały Kapitol i składały tam ofiary i odprawiały modły na wzór grecki - hellenistyczny - co wówczas jeszcze budziło niesmak wśród Rzymian, a Liwiusz pisał: "Taka religijna trwoga przeważnie obcokrajowego pochodzenia opanowała Rzym, że mogło się zdawać, iż albo ludzie, albo bogowie nagle stali się innymi. Już nie tylko po kryjomu i między ścianami domostw usuwano obrzędy rzymskie, nie, nawet publicznie, na forum, na Kapitolu zjawiały się rzesze kobiet, składających ofiary i wznoszących modły nie według ojczystych obyczajów"). Poza tym modły były odprawiane jawnie, w biały dzień, więc nie budziło to żadnego podejrzenia. Problemy zaczęły się z chwilą śmierci owego "ofiarnika i wróżbity" ("sacrificulus et vates"), i gdy jego miejsce zajęła teraz kapłanka, czyli kobieta - zaś Rzym nie był wówczas na to przygotowany (oczywiście kapłanki w Rzymie wówczas były - jak choćby westalki - a religijność kobiet miała swoją bogatą obrzędowość i rytuały - jak choćby wrześniowe procesje dziewic w czasie święta ku czci Junony Królowej, czy czerwcowe Westalia w czasie których kobiety urządzały procesje do świątyni Westy - jednak nigdy jeszcze nie zdarzyło się, aby dużym zgromadzeniem religijnym kierowała w Rzymie kobieta). Samo to budziło już spore podejrzenia, a przecież na tym wcale się nie skończyło.

Owa kapłanka zakonu pitagorejczyków (pochodząca z Kampanii - czyli z pewnością Greczynka) zmieniła teraz zasady odprawiania kultu z pory dziennej na nocną. To zaś zaczęło rodzić plotki, które potęgowały jedynie grozę ostatnich lat przed spodziewanym "końcem świata", a ludzie opowiadali sobie niestworzone historie, jakie ponoć odbywały się w świątyni pitagorejskiej. Mówiono o "szkaradnej rozpuście" (ponoć miano tam siłą deflorować dziewice, a sama kapłanka na ołtarzu Dionizosa oddawała się... kilkudziesięciu mężczyznom w ciągu jednej nocy, zaś posąg fallusa w stanie wzwodu miał być obecny podczas każdych odprawianych tam misteriów), mówiono również że fałszuje się tam dokumenty, oraz że składa krwawe ofiary z młodych kobiet (dziewic) i dzieci. Nic więc dziwnego, że taka opinia musiała budzić uzasadnione obawy i świadczyć dobitnie o upadku ludzkości oczekującej swego nieuchronnego kresu. Konsul (roku 186 p.n.e.) Spuriusz Postumiusz w swej mowie przed senatem, mówił więc o: "wzrastającym i rozszerzającym się złu", które: "zagraża istnieniu Republiki". Obawy budził również fakt, że misteryjny kult orficko-pitagorejski przyciągał do siebie szczególnie rzymską młodzież, która - jak uważano - idzie tam aby móc swobodnie uprawiać rozpustę (takie antyczne "dzieci-kwiaty" 😉). Być może jednak powodzenie ruchu brało się z zupełnie innej przyczyny, a mianowicie z potrzeby uznania i akceptacji (pitagorejczycy co prawda dzielili ludzkość na dwie kategorie - rządzących i przeznaczonych do wykonywania poleceń - ale jednocześnie głosili iż przez poznanie samego siebie można poznać "Wszechświat i Bogów" i że prawem życia jest nieustanna ewolucja. Poza tym w ruchu pitagorejskim nie było podziału na mężczyzn i kobiety, gdyż uważano - idąc za nauką Pitagorasa - że obie płcie są tak samo zdolne do rozwoju jak i do zastoju i obie podążają zarówno duchową drogą Dionizosa jak i cielesną ścieżką Apolla). Dlatego też Postumiusz twierdził że owi wyznawcy greckiego kultu: "umysłami ludzi (...) zawładnąwszy, do wszelakich popychają je nieprawości i występków". Postumiusz uzyskał więc zgodę senatu na podjęcie zdecydowanych kroków przeciwko nowemu zakonowi i rozpoczęły się okrutne prześladowania, jakich nigdy wcześniej Rzym jeszcze nie widział i jakich w przyszłości miał nie ujrzeć przez kolejne 250 lat, aż do czasu pierwszych prześladowań chrześcijan za rządów cesarza Nerona, z roku 64.




Dochodziło do dantejskich scen, gdy ludzi wywlekano na ulicę, okrutnie bito a nawet zabijano na miejscu. Rozbijano też figurki Dionizosa i Apolla, uważając je za świętokradcze oraz występujące przeciwko rzymskim obrzędom i obyczajom przodków (szczególnie aktywny był w tej kwestii Marek Porcjusz Katon). W samym Rzymie w wyniku paru tygodni prześladowań zginęło aż 3000 osób, zaś w całej Italii ta liczba była co najmniej dwa razy większa. Można sobie zatem wyobrazić skalę represji przedstawicieli jednego tylko kultu religijnego. Po zakończeniu owych prześladowań, ruch pitagorejski został całkowicie wytępiony i nie pojawił się już w takiej skali nigdy więcej ani w samym Rzymie ani też w Italii (choć w I wieku p.n.e. były próby jego reaktywacji). Nie był to jednak koniec wydarzeń które zajmowały Rzymian w ostatnich latach przed spodziewanym "końcem świata" i już wkrótce potem dały o sobie znać kolejne niepokoje, znamionujące okres nieuchronnego upadku - jak sądzili Rzymianie - całego państwa. W 185 r. p.n.e. w Apulii wybuchło powstanie niewolników (szybko jednak zostało stłumione), ale za to w Rzymie pojawiła się kolejna odsłona niedawnych prześladowań. Oto bowiem w posiadłości pewnego rzymskiego nobila, odnaleziono dwie trumny. Jedna, w której miały znajdować się szczątki zmarłego przed pięciuset lat rzymskiego króla - Numy Pompiliusza - była całkiem pusta. Druga zaś trumna zawierała pisma tego króla (jednak pergamin, na którym je spisano pojawił się długo po śmierci tego władcy, a poza tym pisma były w nienaruszonym stanie, co mogło dziwić nawet ówczesnych potomków Romulusa, jak to bowiem możliwe aby przez 500 lat papier nie uległ rozkładowi, zaś ciało - w tym kości - króla zmienić miały się w proch?). Zwojów łącznie było czternaście - 7 spisanych po łacinie i dotyczących prawa pontyfikalnego, 7 kolejnych zaś po grecku, mówiących o filozofii Pitagorasa. Sugerowało tym samym że król Numa Pompiliusz był... uczniem Pitagorasa na ponad sto lat przed narodzinami owego filozofa (dla Rzymian nie było to jednak wielkim problemem, liczyła się bowiem mitologiczna opowieść, a nie chronologiczna dokładność dat i postaci), zatem religia rzymska miała opierać się już u swych początków na pitagoreizmie.

Oczywiście nie można było obalić tego przekonania, bez wcześniejszego dokładnego zbadania autentyczności owych zwojów, które ponoć miały wyjść spod ręki samego króla Numy. Powołano więc kwestora Kwintusa Petyliusza, który miał orzec czy pisma są autentyczne czy nie i co należy z nimi dalej uczynić. Petyliusz oczywiście od razu stwierdził że to falsyfikaty i wszystkie je kazał publicznie spalić na Zgromadzeniu Ludowym, co też ostatecznie ucięło wszelkie plotki na ten temat. Ostatnim przejawem zbliżającego się "końca świata", było zaś objęcie w 184 r. p.n.e. stanowisk cenzorskich przez Lucjusza Waleriusza Flakkusa i oczywiście znanego piewcy starorzymskiej religii i moralności, wielkiego wroga hellenizacji Rzymu - Marka Porcjusza Katona. Zaczęła się polityka "walki ze zbytkiem", a w celu odrodzenia starorzymskiej moralności, czyli cnoty (virtus) i chwały (gloria), Katon nakazywał nawet niszczyć rury, doprowadzające wodę (w tym również ciepłą, jako że była podgrzewana) do willi majętnych nobilów i kazał im - zgodnie z obyczajem przodków - kąpać się w zimnej wodzie, jak na mężczyzn przystało (Rzymianie twierdzili bowiem że gorące kąpiele dobre są jedynie dla kobiet, zaś mężczyźni powinni zażywać jedynie kąpieli zimnych). Poza tym urządzono prawdziwą "rzeź" w senacie, skreślając ze składu senatorów wszystkich tych, którzy byli zwolennikami zarówno greckiej kultury jak i obyczajów. Katon też wielokrotnie przed senatem pomstował na szerzący się zbytek i zniewieściałość Rzymian, na ich umiłowanie pięknych strojów i grzmiał ostro, iż w taki oto sposób: "Widać chylenie się Rzeczpospolitej ku upadkowi po tym, że za pięknych chłopców płaci się więcej niż za pole, a za puszkę marynaty rybnej więcej niż za pachołka do wołów na roli". W tych warunkach wszyscy (głównie ludzie wykształceni i ewentualnie politycy, gdyż większość rzymskiego ludu i tak zajęta była swymi codziennymi sprawami) oczekiwali nadejścia zapowiadanego przez swą narodową wieszczkę - Sybillę - końca świata, który jednak jak na złość wcale nie chciał nadejść. 

Gdy więc przyszedł ów 183 r. p.n.e. okazało się że... nic się nie stało, słońce wstawało każdego dnia, by potem nocą pogrążyć świat w ciemnościach do kolejnego świtu, Tybr płynął niezmącony, nic szczególnego więc się nie wydarzyło tego roku. O przepraszam - miały miejsce wówczas trzy sławne zgony - jeden Hannibala (ścigany w Bitynii przez Rzymian, popełnił samobójstwo), drugi zaś jego zwycięzcy spod Zamy (202 r. p.n.e.) Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego (który zmarł spokojnie, we własnej willi), trzeci zaś Filopomena - sławnego wodza Achajczyków (nazywanego "następcą Aleksandra").  Był to wówczas jedyny widomy znak - oto odeszło z tego świata dwóch wielkich wodzów, którzy kształtowali rzeczywistość przez kolejne dekady i byli wzorem dla potomnych. W każdym razie w owym roku nie nastąpiła zagłada państwa i nie było też końca świata. Cóż się zatem stało i czy Sybilla mogła się pomylić? Ale jak to, to przecież ona nakazała Rzymianom sprowadzenie kultu Matki Idajskiej do Rzymu (205/204 r. p.n.e.) co miało dopomóc w zwyciężeniu Hannibala (wielu wierzyło iż sukces Scypiona był spowodowany działaniem Wielkiej Macierzy, czyli bogini Kybele, czyli właśnie Matki Idajskiej - jak nazywali ją Rzymianie. Podobnie dziś wielu powtarza bzdury o "cudzie nad Wisłą" z 1920 r. przypisując boską interwencję w powstrzymaniu sowieckiej inwazji na Europę i tym samym odbierając odwagę i bitność żołnierzowi polskiemu oraz strategiczny geniusz dowództwa, które ten sukces opracowało wręcz genialnie, co oznaczało iż tej bitwy po prostu przegrać nie mogliśmy w żadnym razie, a Sowieci byli wyśmienicie rozegrani, szczególnie na polu wywiadowczym, gdy ich tajne meldunki były czytane przez deszyfrantów niczym poranna gazeta. Stąd też doskonale wiedziano o uzbrojeniu, morale oraz stanie liczebnym przeciwnika. Wiedziano również o stanie liczebnym Grupy Mozyrskiej - która była najsłabszym ogniwem sowieckiego natarcia - tylko uważano że w tym przypadku dane są niespójne i obawiano się sowieckiej zasadzki. Nie było zasadzki, było zaś wielkie zwycięstwo, które ocaliło ówczesną Europę przed bolszewizmem).




Teraz zatem wieszczka miałaby się pomylić? Ta sama Sybilla, której przepowiednie były nazywane "sumieniem losów ludu rzymskiego"? To niemożliwe! Ktoś inny musiał popełnić błąd, ale nie ona. Mówiła co prawda o dziesięciu wiekach, dzielących upadek Troi od upadku Rzymu, ale przecież nie wyznaczyła ich długości (sto lat w odniesieniu do wieków przyjęli za cezurę sami Rzymianie, wychodząc z prostego założenia że jest to maksymalna granica ludzkiego życia). Zaczęto więc szukać odpowiedzi i w taki sposób odkurzono stare, etruskie teorie "wieków naturalnych", mówiących że życie ludzkie nie musi ograniczać się jedynie do stu lat, za to jego zakończenie poprzedzane jest przez cudowne zjawiska. To jednak nie wyjaśniało zagadki pomyłki wieszczki Sybilli, więc szukano dalej. Te poszukiwania zaprowadziły rzymskich dziejopisów ponownie do Egiptu, gdzie dowiedziano się ie wiek tak naprawdę liczy nie 100 a 110 lat. Nie wiadomo w jaki sposób natrafiono na tę teorię i jak przedostała się ona na rzymski grunt, wiadomo jednak że przyjęto ją i zaakceptowano natychmiast w całej pełni. Oznaczało to więc dużą zmianę w obliczeniach, a prawdziwą datą końca świata nie był już 183 r. p.n.e. tylko... 83 r. p.n.e. (licząc od wyznaczonej przez Eratostenesa daty zdobycia Troi w 1183 r. p.n.e.). W tej zmienionej sytuacji wiek sybillański liczył nie 100, a 110 lat więc dziesięć wieków wyznaczało właśnie datę roku 83 p.n.e. Tylko że nadal nie daje to nam odpowiedzi, dlaczego Oktawian August wyznaczył właśnie rok 17 p.n.e. jako jubileusz "Igrzysk Wieku". Ale na to pytanie odpowiem już w kolejnej części, gdy się też okaże, że kolejne daty wyznaczane w obrębie 110-letniego wieku, również nie przynosiły końca świata (choć było wówczas mnóstwo wydarzeń politycznych, w czasie których z pewnością dla wielu kończył się ich świat - jak choćby dla tych, którzy wpisani zostali na listy proskrypcyjne dyktatora Sulli po roku 83 p.n.e. i dla zysku byli perfidnie mordowani przez żądny łatwego zarobku motłoch).       


 



CDN.

środa, 12 sierpnia 2020

RĘKOPISY NIE PŁONĄ! - Cz. I

CZYLI SPISANE PAMIĘTNIKI 

z KLUCZOWYCH WYDARZEŃ 

w DZIEJACH POLSKI I ŚWIATA






"OBYŚ ŻYŁ W CIEKAWYCH CZASACH"
 

 W tej serii chciałbym rozpocząć prezentację części zachowanych pamiętników, spisanych przez ludzi, którzy byli świadkami wielkich a często tragicznych wydarzeń w dziejach Polski, Europy i Świata. Pamiętniki te są o tyle interesujące, że spisywali je ludzie, którzy osobiście bardzo przeżywali te wszystkie dziejowe zmiany i wydarzenia które dokonywały się bezpośrednio na ich oczach, dlatego też często jest w nich zawarty silny przekaz emocjonalny, co jeszcze bardziej podkreśla tragizm wydarzeń o których myśmy jedynie czytali w książkach lub uczyli się na lekcjach historii. Mam nadzieję że nowa seria spodoba się czytelnikom tego bloga, gdyż owe relacje spisane zostały na kartach pamiętników przez ludzi, którym przyszło żyć "w ciekawych czasach" (jak mówi stare chińskie przekleństwo) i którzy jakoś w tych dziejowych zawieruchach próbowali odnaleźć normalność i spróbować na nowo ułożyć sobie życie. Niech potwierdzeniem tych słów będzie fragment relacji, zaczerpniętej z pamiętników pani Heleny Stankiewicz z majątku w Berżenikach na Litwie (do 1939 r. miasto to wchodziło w skład województwa wileńskiego), która tak oto relacjonowała atak Niemiec na Polskę 1 września 1939 r.: "Wiele było dramatycznych zdarzeń w moim życiu, ale tamta noc we wrześniu 1939 roku zamknęła szczęśliwy okres, choć nie zdawałam sobie wówczas z tego sprawy (...) Słuchaliśmy pilnie komunikatów radiowych. Sytuacja była trudna, ale przecież nasi żołnierze walczyli. Hel się bronił, Warszawa trwała. Czekaliśmy na pomoc wojsk sojuszniczych. Jednak, gdy usłyszałam przez radio wiadomość, że Niemcy zajęli Kraków, a przy grobie Marszałka żołnierze Wehrmachtu zaciągnęli wartę, nogi się pode mną ugięły. Upadłam na kolana i zaczęłam się gorąco modlić, żeby nasi odbili miasto i nie pozwolili zbezcześcić czczonego przez wszystkich Polaków grobu". 



Zapraszam do lektury:     






I

PAMIĘTNIK BOHDANA JANUSZA

Cz. I



 PAMIĘTNIK AUTORSTWA HISTORYKA I ETNOGRAFA BOHDANA JANUSZA, OPISUJE WKROCZENIE WOJSK ROSYJSKICH DO LWOWA (PO EWAKUACJI STAMTĄD WOJSK AUSTRIACKICH) NA POCZĄTKU I WOJNY ŚWIATOWEJ I OKUPACJĘ TEGO MIASTA, TRWAJĄCĄ od 3 WRZEŚNIA 1914 r. do 22 CZERWCA 1915 r.)



 


"293 DNI RZĄDÓW ROSYJSKICH 
WE LWOWIE"



Szybko następowały po sobie lipcowe i sierpniowe wypadki ubiegłego roku. Nie zapomniane zostaną dla wszystkich we Lwowie zwłaszcza ostatnie dnie sierpnia: przewaliła się wówczas przez miasto istna wędrówka ludów, tem różna od swych dawniejszych poprzedniczek, iż królował nad nią bystro w przyszłość wpatrzony wielki umysł dzisiejszych organizatorów-wojowników, że przywiecał jej karny ład i świadomość celu. Przypominamy sobie, iż te olbrzymie fale, co na znak dany spłynęły zewsząd w jedno morze ludzkie, na rozkaz też jeden zwróciły swą siłę niszczącą w kierunek wytyczony, poddając się jak uległy olbrzym nowemu poleceniu - zakołysały się,zachwiały w swym pędzie naprzód i karnie ustąpiły na nowe stanowiska. Sprawność z jaką setki tysięcy żołnierza w przemarszu przez Lwów odeszły w tył, była tak zdumiewająca, iż cała, bez wyjątku chyba, ludność Lwowa z największem zdziwieniem spostrzegła długo potem dopiero, że armia pożegnała miasto, że zostało ono osierocone. Mimo faktu dokonanego, ogół nie chciał, bo też i nie mógł uwierzyć temu - tak się to stało wszystko składnie i sprawnie. I jeśli "sądem ostatecznym" nazwał kto ostatnie dnie sierpnia, z pewnością nie miał na myśli zgiełku wojennego, ruchów armii, bo ta karną swą organizacyą w zdumienie wprost wprowadzała niesforne, a nie przeliczone tłumy niezbrojnego ludu, spieszącego w gorączce na dworzec kolejowy. Te właśnie tłumy nieprzeliczone odegrały rolę w zaaranżowanym przez zbyteczne umiłowanie osób swych "sądzie ostatecznym", one to rozpacznę swą bezradnocią, ale wybitną chęcią do życia, wypełniły szczelnie wspomnienia nasze z dni tych nie zapomnianych.

Trwożne wieści z źródeł najprzeróżniejszych rozchodzić się poczęły już dość długo przed ewakuacyą Lwowa. Dnia! 27. sierpnia 1914r. musiała c.k. [cesarsko-królewska] Komenda wojskowa ogosić: "Ze względu na lekkomyślnie rozsiewane fałszywe pogłoski, wywołujące pewne zaniepokojenie wśród ludności miasta Lwowa, oznajmia się, że wojska nasze stoją na silnych pozycyach, które zajęły i że miastu bezwarunkowo nie grozi żadne niebezpieczeństwo". Rozbudzone raz obawy nie ucichły już jednak, podtrzymywane skutecznie przez zbiegów z okolic działań wojennych, którzy z stanowiska osobistych interesów swych, niewygód i przykrości w jak najczarniejszych potrafili kreślić kolorach djabła, nieoglądanego zresztą wcale na oczy własne. Wiadomo zaś, iż zło każde groźne jest, jak długo nie spojrze mu się w oczy - by się zaś na to zdobyć trzeba wprzód zrzucić z siebie skórkę zajęczą, co też nie za łatwą rzecz uchodzi. Rzucili się więc w popłochu do ucieczki nie tylko ci, którym obowiązek to nakazywał. A kto i jak nie ucieka? Wskutek powstałego w czwartek 28. sierpnia popłochu, jakoby z powodu zbliżania się do miasta od rogatki Łyczakowskiej oddziałów kozackich, prezydent miasta udał się do komendy placu i stwierdził tam, że pogłoska jest nieprawdziwa, a komenda rozesłała wspomniany komunikat. Celem zaś zapobieżenia podobnym zajściom wydała dyrekcya policyi następujące obwieszczenie:

"Na zasadzie ustpu10 obwieszczenia c.k .namiestnictwa z dnia 26. lipca 1914 l. 17,727 o wydanych przez całe ministerstwo na podstawie ustawy z dnia 5. maja 1869 nr. 66 Dziennika praw państwa, zarządzeniach wyjątkowych, zarządza c.k. dyrekcya policyi co następuje:
  1. Na ulicach przystawać i gromadzić się bez warunkowo nie wolno.
  2. Wszystkie szynki oraz w ogóle wszystkie kamienice mają być zamknięte o godz. 8. wieczorem, zaś wszystkie restauracye i kawiarnie o godz. 12. w nocy. 
  3. Po godz. 10 wieczorem osobom cywilnym bez legitymacyi (t. zw. Passierschein) nie wolno pojawiać się na ulicy. Legitymacye w razie udowodnionej potrzeby wystawia dyrekcya policyi. 
  4. Wykroczenia przeciw powyższym przepisom, o ile według istniejących ustaw nie podpadają cięższej karze, karane będą policyjnie po myśli końcowego ustępu wyżej powołanego obwieszczenia grzywną aż do kwoty 2000 K (koron), względnie aż do 6 miesięcy. 
Lwów, 28. sierpnia 1914".

Zarządzenia te zdołały uspokoić, ale najodważniejszych tylko, do czego przyczynił się też i komunikat urzędowy z wojennej kwatery prasowej, ogłoszony 30. sierpnia. Stwierdzał on: "Wielka bitwa, która rozpoczęła się 26. sierpnia, trwa dalej. Sytuacya naszych wojsk jest korzystna. Jest ciepło i słonecznie". Niemniej jednak tysiące ludzi poczęło na gwałt pakować manatki, by jeszcze w czas, ich zdaniem, znaleźć się w bezpieczniejszem miejscu, niż nim być mógł Lwów, niepokojony coraz to nowymi alarmami. Poczęła się też gromadna wędrówka nieprzeliczonych tłumów, zwłaszcza niewiast i dzieci. Ulice, prowadzące na dworzec kolejowy, bywały chwilami formalnie 
zatarasowywane wozami i pieszymi, obciążonymi mnóstwem pakunków, a przez te tłumy przeciskały się liczne oddziały wojskowe, piechota i konnica. Na dworcu starali się wszyscy od razu znaleźć przy pociągach wprawdzie bardzo licznych, ale jednak za szczupłych, by zdołać pomieścić tylu uciekinierów, którym do tego aż tak bardzo się spieszyło. Oglądać też można było sceny, zgoła nie przynoszące zaszczytu płochliwym Lwowianom, chociaż mimo trwogi nie przyszło do żadnych zaburzeń spokoju publicznego. Trwało to dni trzy, a do największych rozmiarów doszło w sobotę, oraz w nocy z soboty na niedzielę (30 - 31sierpnia). Ciężka to była noc owa. Gościńce, ulice, najdrobniejsze nawet drogi, wszystko to uginało się wprost od wozów ładownych, furgonów, automobili, rowerów, fiakrów, powózek, a widzieć też można było nawet taczki ręczne, wózki dziecinne, naprędce sklecione skrzynie z kołami. Za odwiezienie kilku pakunków na dworzec płacono niewiarygodnie wielkie sumy, w braku zaś wózków choćby i nie ze wszystkiemi kołami - bo i takie widzieć można było - objuczano się jak wielbłądy i to na to, by w rezultacie wszystko zostawić na los szczęścia i samemu bohaterskimi wysiłkami wywalczyć sobie miejsce choćby na stopniach wagonów. 

Ścisk w wagonach był tak ogromny, że przez stłoczone masy nie można się było przecisnąć, wobec czego ryzykowniejsi - a było ich nie mało - windowali się przez wąskie okna, Boga chwaląc, że przecież się im udało. Przed pociągami wyrastały w jednej chwili stosy olbrzymie kufrów, skrzyń, pakunków, za którymi napróżno sięgali właściciele - nie było na nie miejsca w wagonach, wobec czego pozostać musiały na opatrzności boskiej. Masy szczęśliwców odjeżdżały, ale bardzo niewielu tylko wiedziało, gdzie właściwie znajdą upragniony kąt pewny - tysiące pozostawały, wyglądając z niecierpliwością nowych pociągów i w oczekiwaniu tem nocowało na ulicach, spoczywając na stosach pakunków, których nie mieli wziąć ze sobą. Na alarm "pociąg stoi" wszystko rzucało się do szturmu na wagony, zdobywając mężnie pozycye, słabo bronione przez dzieci i kobiety. Rodziny całe gubiły się nawzajem, bo cudem było we dwójkę lub trójkę ulokować się w tym samym pocigu: zgubione dzieci wciągano w takich razach przez okna, a sposobu nie było wydostania się z wozu z powrotem. Nad wszystkiem zaś tem kłębiły się obłoki wyziewów, spieka i wrzawa, w której nie sposób było się porozumieć. Tymczasem odjeżdżał jeden pociąg za drugim i do każdego nie zdążyło wsiąść przynajmniej kilka tysięcy ludzi, nie udało się ulokować olbrzymiego taboru spakowanych kufrów. Tysiące "nieszczęliwców", którym nie powiodło się pożegnać Lwowa, już w kilka dni potem za szczęście to sobie poczytało. Nie mogli jednak o tem wiedzieć ci, których lokomotywy powiozły w odległe strony na losy nieznane. 

Jak grom rozeszło się pomieście w poniedziałek 31. sierpnia, że Wydział krajowy z urzędnikami przeniósł się do Nowego Sącza, gdzie też odjechał Bank krajowy po czasowem zamknięciu lwowskiej filii Banku austro-węgierskiego. Stało się to nagle, całkiem niespodzianie. Równocześnie władze państwowe w komplecie opuściły miasto w nocy z 30. na 31 sierpnia. Kolej przygotowała pociągi ewakuacyjne, zawiadomiono późnym wieczorem urzędników, niektórych budzono w nocy. Jak niespodziewane było to dla ogółu mieszkańców, dowodzi tego okoliczność, że na przykład nauczyciele, jak zwyczajnie, pospieszyli rano po pensye, nie domyślając się nawet, co zobaczą pod gmachem namiestnictwa. O godz. 4. nad ranem ruszył z gównego dworca pociąg, przeznaczony dla wojskowych i ich rodzin, a niedługo po nim pociąg urzędniczy. W kilka godzin potem ewakuacya była już faktem dokonanym. Wyjeżdżali jeszcze w poniedziałek i wtorek ludzie prywatni, którzy gdyby chcieli, bez przeszkody pozostać by mogli. W poniedziałek, wczesnym rankiem, nie wiadomo z czyjego polecenia policyanci i żandarmi chodzili od bramy do bramy, zabraniając dozorcom otwierania kamienic i wypuszczania lokatorów, nie pozwalając na wydanie dzienników. I to dopiero wznieciło popłoch ogromny: do ucieczki rzucił się jeszcze kto mógł sobie na to pozwolić. W południe miasto jakby zamarło, sklepy zamknięto, ulice opustoszały. Rządy objęło miasto. 

W poniedziałek 31. sierpnia o godzinie 5. po południu odbyło się w sali ratuszowej zgromadzenie obywateli stolicy w sprawie utworzenia Miejskiej Straży Obywatelskiej. Przedtem jeszcze dnia 16. sierpnia 1914 r. odbyło się posiedzenie Rady miasta w sprawie M. S. O. pod przewodnictwem prezydenta Neumana, który przedstawił zebranym projekt statutu straży. Wybrano wówczas komisyę, celem opracowania regulaminu straży i uchwalono, iż naczelnikiem jej będzie prezydent miasta, prócz tego będzie komendant, oraz 6 zastępców, którym przydzieli się poszczególne dzielnice miasta. Postanowiono też wówczas, iż straż uzbrojona będzie w rewolwery i szable, a składać się będzie z obywateli chętnych do tego. Projekt ten został zaakceptowany przez namiestnictwo i dyrekcyę policyi, ale nie zrealizowany natychmiast, ulec musiał zmianom w stosunkach zmienionych. Chwila potrzeby skłoniła do szybkiego działania: policya wycofana została z miasta. Zebranie z 31. sierpnia zagaił wiceprezydent dr. Tadeusz Rutowski. Wyjaśnił, iż nieprzewidziane wypadki sprawiły opuszczenie miasta przez wadze, wobec czego musi ono samo sobie radzić. Apelując do obywatelstwa, aby stanęło na wysokości swego zadania, zaznaczył, iż nie jest wykluczone, że sytuacya zmienić się jeszcze może. Chwila obecna wymaga utworzenia straży obywatelskiej, która by czuwała nad bezpieczeństwem i mieniem mieszkańców. Zaznaczając jak wielkie posłannictwo składa miasto w ręce straży obywatelskiej, przestrzegał przed jakąkolwiek prowokacyą nieprzyjaciela, gdyby wkroczył w mury stolicy, w takim bowiem razie mógłby powiedzieć, że go zaatakowano i na atak odpowiedzieć atakiem. Następnie zawiadomił, że naczelnictwo straży objął radny miejski radca Schneider. P. Schneider objaśnił zebranie o zadaniach straży, podzielonej na dzielnice z komendantami dzielnicowymi na czele, z siedzibami w odnośnych komisaryatach. Poruszono dalej rozmaite szczegóły, co do wydania i ogoszenia publicznie specyalnych instrukcyi i odezwy do mieszkańców, która też pojawiła się wnet na murach. 

Straż zaś obywatelska zaczęła natychmiast funkcyonować. Każdy członek jej nosił na ramieniu odznakę ze wstążki amarantowo-niebieskiej (barwy miasta) z literami M. S. O. Na wykonawców zaś rozporządzeń Straży powołano straż akcyzową, pożarną i ochotniczą. Urzędujące prezydyum miasta - wiceprezydenci: dr. Rutowski, dr. Stahl i dr. Schleicher wydali następującą odezwę:

"Obywatele! Z dniem dzisiejszym obejmuje Miejska Straż Obywatelska czuwanie nad porządkiem w miecie. 
Każdy obywatel winien członkom Straży bezwarunkowe posłuszeństwo. 
Odznaka: przepaska na ramieniu o barwach miasta. 
We Lwowie, d. 31. sierpnia 1914. 
Prezydyum miasta: 
Dr. Tadeusz Rutowski, Dr. Leonard Stahl, Dr. Filip Schleicher. 
Naczelny komendant Straży: 
Adam Schneider. 

"Obywatele! Wzywamy was do największego spokoju. Nie wolno się płoszyć. Straż Obywatelska czuwa nad bezpieczeństwem mienia i życia. Należy jej zupełnie ulegać. W komisaryatach miejskich urzędują komendy straży. Niech wraca normalne życie w mieście. Sklepy, zwłaszcza z żywnością mają być otwarte. Bramy domów winny być otwarte do godziny 8 wieczór. Żadnych prowokacyi. Na Boga! Spokój, ład, porzdek. 
Prezydyum:
Rutowski, Stahl, Schleicher"


Regulamin Miejskiej Straży Obywatelskiej kreśli następująco jej działalność:


  1. Współdziałanie z rządowymi organami bezpieczeństwa publicznego przy ochronie bezpieczeństwa mienia i życia mieszkańców miasta Lwowa.
  2. Współdziałanie z odnośnymi organami na placach i ulicach miasta, oraz wspieranie w ogóle organów rządowych bezpieczeństwa publicznego przy wykonywaniu obowiązków służbowych i udzielanie potrzebnej pomocy.
  3. Czuwanie nad tem, aby majątek i dobro obywateli i gminy miasta Lwowa nie były narażane i zapobieganie uszkodzeniu wszelkich urządzeń i zakładów publicznych, tak miejskich jak i rządowych.
  4. Przestrzeganie utrzymania porządku na miejscach publicznych, plantacyach, drogach i w realnościach, oraz dopilnowanie zachowania odnośnych ustaw i przepisów.
  5. Osobom, które nagle na ulicy zasłabły, dostarczanie jak najsprawniejszej pomocy lekarskiej i zawiadomienie o tem, jak i o spostrzeżonych wypadkach chorób zakaźnych odnośnego komisaryatu.
  6. Przestrzeganie, aby na targach i w handlach przy sprzedawaniu artykułów żywności nie przekraczano ogłoszonej taryfy maksymalnej.

Do Miejskiej Straży Obywatelskiej może należeć tylko mieszkaniec miasta Lwowa, przyjęty przez Komendanta straży na podstawie opinii Komitetu zarządzającego - odpowiednio uzdolniony. Naczelnikiem M. S. O. jest prezydent miasta lub tegoż zastępca, który mianuje komendanta straży, tegoż sześciu zastępców, po jednym na każdą dzielnicę miasta. Ci wszyscy tworzą Komitet zarządzający M. S. O.






C.D.N.
 

wtorek, 11 sierpnia 2020

MIĘDZYKULTUROWI RASIŚCI

CZYLI SZCZYPTA HUMORU 

NA UPALNE DNI


 



PONIŻEJ PREZENTUJĘ KILKA WYBRANYCH FILMIKÓW, GDZIE W ZABAWNY SPOSÓB PORUSZONA JEST KWESTIA RASIZMU. MIŁEGO OGLĄDANIA




"13 POSTERUNEK"

"TRZEBA ŁYSYCH POKRYĆ PAPĄ, 
A CZARNYCH ASFALTEM"
(kultowa scena w wykonaniu Czarka Pazury 😂)


1:15 - "POWIEDZIAŁ ŻE JEGO PLEMIĘ RZUCI NAS NA POŻARCIE SIMBIE 😄





"CHCĘ ZABIĆ NIEMCA!"


0:00 - "COŚ MI SIĘ WYDAJE ŻE TO RASIŚCI"

"JACY RASIŚCI? JESTEŚMY ZUPEŁNIE NORMALNI, JAK WSZYSCY POLACY - TOLERANCYJNI I OTWARCI NA ODSZCZEPIEŃCÓW" 😅

0:45 - "POLNISCHE RASSISTEN. RAUS!"

"SŁYSZYCIE? ON MÓWI DRUTEM KOLCZASTYM" 😄

1:00 - "MOIM PRZODKIEM BYŁ ZAWISZA CZARNY. NIEMCY GO ZABILI!"

"ZABILI GO TURCY!"

"ALE NIEMCY IM KAZALI"

"MIAŁEŚ CZARNYCH PRZODKÓW, BRACIE?"

"NIEMCY TO NASZ WRÓG, BRACIE!" 😎


 


"INTEGRACJA MIĘDZYKULTUROWA: 
POLAK, FRANCUZ I JAPOŃCZYK"


 0:40 - "TO JAKIŚ RODZAJ OBŁĘDU!"

"TO JEST RODZAJ POPĘDU. GWAŁCIMY ZAWSZE W PRACY" 😉 

1:40 - "TU JEST POLSKA I TU SIĘ PIJE!" 😋

1:50 - "CO TU SIĘ DZIEJE?"

"INTEGRACJA EUROPEJSKA!..."

"JAPONIA NIE LEŻY W EUROPIE"

"BO PRZEGRAŁA WOJNĘ. TO NIE JEST ICH WINA" 😅

4:15 - "JAPOŃCZYK, KTÓRY Z MIECZEM SAMURAJSKIM GONIŁ DZIŚ PO POŁUDNIU GRUPĘ POSŁÓW, ZOSTAŁ ZATRZYMANY POD ŁOWICZEM, GDY PRÓBOWAŁ ZATRZYMAĆ POCIĄG I WYMUSIĆ OD MASZYNISTY WÓDKĘ" 😂






A TERAZ PRZYKŁAD AMERYKAŃSKIEGO MIEDZYRASOWEGO HUMORU W WYKONANIU AMERYKAŃSKIEGO CZARNOSKÓREGO KOMIKA - ERICA BLAKE'A. 
ŚWIETNY SKECZ, POKAZUJĄCY DOBITNIE, JAK AMERYKANIE MUSZĄ UWAŻAĆ ABY NIE PODPAŚĆ CENZURZE POLITYCZNEJ POPRAWNOŚCI


"NIGGER!" 😅

 




NA KONIEC CHCIAŁBYM DODAĆ ŻE JEDNYM Z MOICH ULUBIONYCH POLSKICH BOKSERÓW JEST IZU UGONOH. WOLAŁBYM MIEĆ W KRAJU WIĘCEJ TAKICH WSPANIAŁYCH, POLSKICH PATRIOTÓW JAK IZU, A W ZAMIAN Z RADOŚCIĄ ODDAŁBYM WIELU BIAŁYCH LEWACKICH MIERNOT SPOD ZNAKU SIERPA I MŁOTA
 




niedziela, 9 sierpnia 2020

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CXXXVII

PRZYBYSZE Z PROCJONA

PRZODKOWIE SŁOWIAN i CELTÓW

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI






WIELKIE ROZPROSZENIE RODÓW 

i POWSTANIE IMPERIUM UJGHUR

(ok. 104 800 r. p.n.e. - ok. 70 000 r. p.n.e.)







 IMPERIUM IRYJSKIE


 Opuszczanie antarktycznej wyspy Daarii przez procjońskie plemiona/rody, rozpoczęło się w roku 109 806 p.n.e., po czym Darowie, Harowie, Swiatowie i Rasenowie osiedlili się w Lemurii (która została przez nich nazwana krainą Mo-Uru), w samym centrum cywilizacji Mu. Żyli oni tam w zgodzie z czerwonoskórymi potomkami przybyszów z planety Aremo przez następne 3 000 lat. Ok. 106 800 p.n.e. rozpoczął się proces kolejnej migracji rodów ku Zachodowi i Północy, a ponieważ nie wszyscy oni w jednym czasie opuścili Lemurię, przeto ten właśnie okres otrzymał w channelingach nazwę: "Wielkiego Rozproszenia Rodów". Pierwsi kontynent lemuryjski opuścili Harowie (Haryjczycy) i skierowali się ku brzegom dzisiejszej Ameryki (prawdopodobnie Środkowej lub Południowej) gdzie założyli państwo o nazwie Atlania (co się z nimi dalej stało, niestety nie wiadomo. Pewnie zostali wchłonięci przez przybyłych do Ameryki czerwonoskórych Lemurian po upadku cywilizacji Mu ok. 25 000 r. p.n.e.). Było to pierwsze "Wyjście z Mo-Ura", kolejne migracje skierowały się już ku Północy. Ok. 104 800 r. p.n.e. wyspę opuścili Rasenowie i dotarli na tereny dzisiejszych Chin (przy oczywistym założeniu że ówczesna linia brzegowa znacznie różniła się od obecnej), po czym przenieśli się jeszcze dalej na Wschód (zapewne w rejony obecnej Syberii) i tam też założyli miasto o nazwie Iria (104 778 r. p.n.e.), zwane także Asgardem. Niewiele wiadomości przetrwało o tym państwie, wiadomo jedynie że była to pierwsza duża cywilizacja w tym regionie, od czasu upadku Hyperborei (żółtoskórzy potomkowie kolonistów z Bakaratini wiąż żyli na tych terenach, ale ich rozwój cywilizacyjny od czasów Zagłady [czyli od ok. 1 320 000 r. p.n.e.] wciąż pozostawał na dość niskim poziomie, przeto dali się oni potem łatwo podporządkować przybyłym z Lemurii założycielom Imperium Ujghur). Iria kontrolowała znaczne obszary dzisiejszej Syberii i nawiązano wówczas kontakty nie tylko z Lemurianami z Mu, ale także z Toltekami z Atlantydy (I Imperium Atlantydy) a potem również i z Nagami. Jedyne co więcej można jeszcze powiedzieć na temat tego państwa, to informacja że wybór władcy odbywał się tutaj na zasadzie wiecu, podczas którego dorośli mężowie (którzy osiągnęli już wiek męski i którzy spłodzili dzieci) mieli prawo głosu i mogli decydować o wyborze swego króla. Nie wiadomo jednak jakie ów władca miał realne kompetencje i możliwości rządzenia oraz czy był ograniczany przez ów wiec również i w innych sprawach politycznych czy społecznych. Nie wiadomo tak naprawdę nic więcej o owym Imperium Iryjskim aż do czasu powstania Imperium Ujghur.







ZJEDNOCZENIE PLEMION "WIELKIEJ RASY" 
i ZAŁOŻENIE IMPERIUM UJGHUR
(ok. 70 000 r. p.n.e.)  


Do końca nie wiadomo dlaczego przedstawiciele plemion/rodów Swietów i Darów opuścili Lemurię dopiero ok. 70 r. p.n.e. a nie wcześniej, tak jak ich poprzednicy. Wiadomo natomiast że ich przybycie do Azji spowodowało ponowne zjednoczenie rodów i powstanie przymierza "Wielkiej Rasy" (taką nazwę nosi biała rasa w channelingach, zresztą nie tylko), mającego na celu przejęcie całkowitej dominacji nad całym regionem dzisiejszej Wschodniej i Środkowej Azji (dziś już nauka obaliła dotychczasowy pogląd, że wszyscy ludzie na Ziemi wywodzą się z Afryki. Okazało się bowiem że na terenach Środkowej Europy znaleziono czaszki białych ludzi znacznie starsze niż te, dotąd odnajdowane w Środkowo-Wschodniej Afryce, uważanej za "kolebkę ludzkości". W Ameryce Północnej także odnaleziono czaszkę białego człowieka, starszą nawet niż początek migracji Indian na ten kontynent. Tylko jakoś dziwnym trafem więcej na ten temat się nie mówi). Zawiązanie przymierza "Wielkiej Rasy" spowodowało konieczność usankcjonowania istnienia potomków dawnych Bakaratinian rasy żółtej. Pierwotnie uznano ich za "ludność sprzymierzoną" i tak też traktowano, jednak z czasem te relacje zaczęły się zmieniać i wraz rozwojem Imperium Ujghur, pozycja żółtoskórych mieszkańców tego Imperium zaczęła słabnąć. Ostatecznie zostali oni obróceni w niewolników, a ich niewola trwała aż do czasu upadku państwa Ujghurów w wojnie z Atlantami (ok. 18 000 r. p.n.e.) i ich migracji na Zachód, ku dzisiejszej Europie. Potomkowie Bakaratinian rasy żółtej (przodkowie dzisiejszych Chińczyków) zostali wówczas nazwani dziećmi "Rasy Wielkiego Smoka" i tak już zostało. W tym momencie rozpoczyna się klasyczna historia Imperium Ujghur, którą opisałem już w tym TEMACIE, nie będę więc się powtarzał, warto jednak zaznaczyć, że mieszkańcy Irii (którzy połączyli się ze swymi pobratymcami z Procjona i wspólnie założyli główne miasto oraz stolicę całego Imperium - Kara-Kotę), ok. 42 550 r. p.n.e. stali się twórcami innego dużego miasta, zwanego Wielką Saar(ą). Było to jedno z najważniejszych centrów kulturowych późniejszych Ujghurów, z których po upadku Imperium, wywodziły się "święte kapłanki", prowadzące rozbite ludy (na czele których stali oczywiście wybieralni wodzowie) - podzielone potem się na dwa główne plemiona jednego ludu: Słowian i Celtów - ku nowemu życiu, czyli ku Europie. 

 



PS: W kolejnej części opowiem o konflikcie jaki wybuchł pomiędzy rasą żółtą a niedobitkami Ujgurów, którzy zdecydowali się pozostać we Wschodniej Azji po klęsce, jaką ok. 18 000 r. p.n.e. Imperium poniosło z rąk Atlantów. Następnie przejdę do tworzenia się pierwszych ujgurskich (czyli aryjskich) cywilizacji w Europie.



CDN.
 

piątek, 7 sierpnia 2020

WIELCY W OBJĘCIACH MORFEUSZA - Cz. I

CZYLI O CZYM ŚNIŁY 

SŁAWNE POSTACI W HISTORII 

I CZY ICH SNY MIAŁY SWOJE

KONSEKWENCJE NA JAWIE?






 Temat snów wydaje mi się dość ciekawy a nawet fascynujący i już dawno planowałem podjąć się tego zagadnienia na tym blogu, szczególnie że sam mam pewne "doświadczenia" w tej kwestii. Kilka lat temu bowiem nieco eksperymentowałem z tzw.: "świadomym śnieniem", czyli innymi słowy snem o którym wiemy że śnimy. Nie potrafię dokładnie powiedzieć kiedy zacząłem swoje zabawy ze świadomym śnieniem, ale wiem iż trwało to jakiś czas i było dosyć ciekawą przygodą "jawy podczas snu". Pamiętam, że gdy tylko zaczynałem o czymś śnić (np. o czymś negatywnym lub wręcz koszmarnym), samoistnie już podczas snu zacząłem sobie tłumaczyć iż cały ten sen jest jedynie projekcją, którą w rzeczywistości mogę dowolnie sterować, jeśli tylko uświadomię sobie że rzeczywiście śnię. I gdy tylko zasypiałem i śniłem o jakiś niemiłych scenach, które poniekąd były relacjami zakodowanymi w mym umyśle ze świata jawy, wówczas uruchamiałem "procedurę" snu na jawie, w czasie której docierało do mnie że dana (nieprzyjemna) projekcja, jest jedynie snem i wówczas automatycznie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się zmieniało. To co wcześniej budziło niepokój lub poddenerwowanie, nagle stawało się komiczne. Tam gdzie była noc, nagle stawał się dzień, a tam gdzie był środek ciemnego lasu, nagle pojawiała się polana pełna kwiatów. Mało tego - zapewne większość z nas zdaje sobie doskonale sprawę jak ciężko biegnie się w czasie snu!? Po prostu wydaje się człowiekowi że stoi w miejscu i nie może się ruszyć, choć wciąż przebiera nogami. I właśnie uświadomienie sobie faktu świadomego śnienia, powodowało eliminację tej przeszkody. Zresztą nie tylko tej, gdyż podczas świadomego snu w zasadzie możesz uczynić wszystko, co tylko podpowiada ci twoja wyobraźnia - możesz biegać, pływać, latać w powietrzu jak ptak - praktycznie nie ma żadnych ograniczeń, poza twoją wyobraźnią. I tak to właśnie trwała moja przygoda z ową "jawą we śnie", aż wreszcie - ponownie jak za dotknięciem różdżki - nagle... przestałem śnić. To znaczy być może coś tam śniłem, ale po wybudzeniu zupełnie niczego nie pamiętałem z mego snu, tak więc nie mogłem już bawić się w świadome śnienie.

Nie wiem co spowodowało fakt, iż przestałem wówczas śnić, ale zapewne w pewnym momencie po prostu "przegiąłem pałkę" i system się zresetował. Należy bowiem pamiętać, że choć nasze sny są najczęściej podświadomym zapisem tego, co przeżyliśmy w trakcie minionego dnia (lub też sumą naszych lęków, marzeń i zamierzeń) to jednak zdarzają się sny, podczas których płyną do nas pewne informacje o naszej przyszłości (o naszych ewentualnych wyborach). Są bowiem sny prorocze i sny które otrzymujemy od bliskich nam osób zmarłych (najczęściej są to sny kojące, podczas których mamy się uspokoić i przestać rozpaczać nad ową stratą. Także miałem takie sny), dlatego też świadome śnienie nie jest właściwym rozwiązaniem problemu tzw.: koszmarów (choć oczywiście przez jakiś czas może wydawać się przyjemne). Trudno bowiem dotrzeć do naszych umysłów, gdy cały czas przekierowujemy myśli na kwestie naszych własnych przyjemności sennych. Dlatego też (tak mi się wydaje) ja osobiście nagle przestałem śnić i przez długi czas zupełnie nic nie pamiętałem z moich sennych podróży w objęciach Morfeusza. Dziś znów śnię (choć wciąż dość rzadko), ale nie bawię się już w świadome śnienie i nie eksperymentuję w poprawianie moich snów, a raczej skupiam się na wytłumaczeniu sobie, co też ów sen mógł oznaczać. I dzisiejszy temat właśnie będzie dotyczył odpowiedzi na niektóre z tych pytań, ale nie na zasadzie objaśniania sennika, a właśnie na podstawie snów historycznych, których doświadczały sławne postaci w dziejach. Historia, literatura a nawet religia, zostawiły nam bowiem (wbrew pozorom) wcale nie tak mało zapisków snów wielkich ludzi w historii i dziś przynajmniej niektóre z nich możemy zaprezentować, opisać i spróbować jakoś wyjaśnić. Weźmy choćby sny faraona, które tłumaczył biblijny Józef (syn Jakuba - sprzedany przez swych braci do niewoli). Weźmy proroczy sen Kalpurnii, żony Cezara, która w noc przed Idami Marcowymi miała złowróżbny sen tyczący jej męża. Weźmy sen Prokuli - żony Piłata, weźmy sen faraona Totmesa IV (wówczas jeszcze następcy tronu) o zakopanym pod piaskami pustyni Sfinksie, weźmy sen Filipa II Macedońskiego. Takich przykładów jest znacznie więcej w dziejach i o nich to właśnie w tym temacie zamierzam napisać.     




 

SEN KRÓLA MEDÓW - ASTIAGESA

(585 - 550 r. p.n.e.)



 

 Król Medów o imieniu Astiages, był prawnukiem założyciela dynastii medyjskiej - Dejokesa. Medowie byli ludem aryjskim (podobnie jak Persowie) i osiedlili się w pasie ciągnącym się od gór Alwand aż po dolinę rzeki Safid-rud (dziś: Ghezel Ouzan). Medowie żyli pośród ludów niearyjskiego pochodzenia, takich jak: Mechri, Zamua czy Lullubi, a ich głównym grodem stała się Ekbatana (Ha'matana - "wielki targ", zapewne pierwotnie odbywały się tutaj zjazdy wieców plemiennych). Pierwsze informacje o tym plemieniu pojawiają się dopiero w zapiskach z kampanii wojennych Asyryjczyków, którzy w latach 883-880 p.n.e. uzależnili od siebie kraj Zamua (tamtejsi mieszkańcy, w obawie przed wymordowaniem lub wzięciem w niewolę, uciekli w góry). Asyryjski władca - Aszurnasirpal II utworzył tam nową prowincję o nazwie: Mazamua (jednak po wycofaniu się Asyryjczyków, mieszkańcy ludu Zamua powrócili na swą ziemię, lecz musieli odtąd uznawać zwierzchność Asyrii i opłacać się władcom z Kalchu - dokąd w 878 r. p.n.e. Aszurnasirpal II przeniósł z Assuru swą stolicę (jak więc widać wszystkie wojny tego świata, począwszy od najdawniejszej starożytności aż po czasy współczesne, toczyły się ZAWSZE o jedno: o to kto kogo będzie okradał). Aszurnasirpal był królem, który dążył do podbijania i uzależniania obcych ludów, ale jego syn - Salmanasar III (wstąpił na tron w 859 r. p.n.e.) uczynił z wojny element sportu, polegający nie tylko na podbijaniu i uzależnianiu obcych ludów, ale również na odbieraniu im nadziei. Organizowano więc cykliczne rajdy wojenne nawet na ziemie, które opłacały się Asyryjczykom, a to z tego powodu aby zabić w nich na przyszłość jakikolwiek przejaw oporu i wyrobić całkowitą uległość (np. lud Zamua za czasów jego ojca nie musiał pracować jak niewolnicy przy budowie asyryjskich umocnień, a po objęciu tronu przez Salmanasara, zamuańscy robotnicy byli już przenoszeni na odległe tereny, gdzie wykorzystywano ich do darmowej pracy na rzecz asyryjskiego Imperium). To właśnie Salmanasar III zapoczątkował politykę, z której potem tak sławni (w tym negatywnym sensie) stali się Asyryjczycy, czyli zabijania i przesiedlania ludności podbitych terenów na inne ziemie, aby tylko wyrobić w nich posłuszeństwo i zasiać strach przed asyryjską potęgą. Polityka ta jednak (choć zapewniała posłuszeństwo) to jednak prowadziła do ruiny gospodarczej, bowiem najeżdżane tereny długo potem musiały być przywracane do pierwotnego stanu.

W 843 r. p.n.e. Salmanasar po raz pierwszy starł się z aryjskim ludem o nazwie Parsua (pierwsza zapisana informacja na temat Persów). Wówczas jednak nie odniósł większych sukcesów i powrócił tam dopiero dekadę później (w 834 r. p.n.e.) podporządkowując sobie cały kraj (na "Czarnym Obelisku" Salmanasara III wyryta jest informacja iż przyjął on dary od... 27 królów z ludu Parsua, co może świadczyć o dość dużym rozbiciu tego plemienia na poszczególne szczepy). W tym też roku po raz pierwszy Asyryjczycy wkroczyli na ziemie plemienia Medów (zwanych wówczas: A-ma-da-a-a-i), które to zostały doszczętnie złupione. Syn i następca Salmanasara - Szamszi-Adad V (którego żoną była sławna królowa Semiramida), ponownie wyruszył w 819 r. p.n.e. na Medów i ponownie ich pokonał (jednak kraj leżący za górami Zagros nie był łatwym celem i aby ich całkowicie ujarzmić, trzeba by było stale utrzymywać tam wojsko, co nie było możliwe. Góry zapewniały więc Medom względne bezpieczeństwo i tak naprawdę asyryjska kontrola nad nimi ograniczała się od jednej wyprawy wojennej, do drugiej, a pomiędzy nimi kraj Medów był w zasadzie niezależny). W 815 r. p.n.e. podczas trzeciej wyprawy Szamszi-Adada przeciw Medom i Elamitom, ci pierwsi zostali pokonani w otwartej bitwie (dotąd raczej stosowali taktykę partyzancką i uciekali w trudno dostępne tereny). Uznali jednak że już są na tyle silni, iż zdołają oprzeć się Asyryjczykom - pomylili się. Ci co nie zbiegli lub nie polegli w czasie bitwy, a trafili do niewoli, zostali w sposób barbarzyński wymordowani, kobiety zaś i dzieci tego ludu doświadczyły niewolniczego losu. W VIII wieku p.n.e. najazdy asyryjskie na Medię stały się bardzo rzadkie, lecz nie oznaczało to wcale bezpieczeństwa, jako że Asyryjczyków zastąpili teraz Urartyjczycy, którzy przez większość VIII wieku p.n.e. konkurowali z Asyrią o dominację w tym regionie. W latach 784-783 p.n.e. przeprowadzili Urartyjczycy atak na Medów i Persów i podporządkowawszy ich, zmusili te ludy do płacenia im daniny. Podległość Persua i A-ma-da-a-a-i Asyrii, przywrócił ponownie dopiero Tiglat-Pilesar III w latach 737-736 p.n.e. (nie był on przedstawicielem starej dynastii, wywodzącej się od niejakiego Lullaji, który ok. 1620 r. p.n.e. zapoczątkował drugą dynastię asyryjską po śmierci Bazaja wywodzącego się z dynastii Belu-bani, powstałej ok. 1700 r. p.n.e. po czasach rządów królów-pasterzy). Tiglat-Pilesar III objął tron w 745 r. p.n.e. po obaleniu Aszur-nirari V (wnuka Szamszi-Adada V) i zapoczątkował nową, trzecią już dynastię starożytnej Asyrii (będzie to najkrócej panujący ród w historii tego kraju, zaś dynastia Lullaji rządziła łącznie prawie... 900 lat).

Natomiast Urartu (lud niearyjski) swoje najlepsze lata zawdzięcza panowaniu kilku kolejnych władców: Iszpuini (825-805 p.n.e.), Minuy (805-787 p.n.e.), Argiszti (787-765 p.n.e.) i Sarduri II (765-732 r. p.n.e.). Wówczas to państwo urartyjskie mogło się mierzyć z Asyrią i z tej konfrontacji często wychodziło zwycięsko. Byli to władcy równie wojowniczy jak ich odpowiednicy z południa (kraina Urartu leżała na północ od źródeł rzeki Tygrys za jeziorem Wan w dzisiejszej wschodniej Turcji). Szczególnie w latach 60-tych i 50-tych VIII wieku p.n.e. udało się Urartu zdominować cały region, począwszy od gór Zagros aż do Zatoki Perskiej (na Asyryjczyków spadały wtedy same nieszczęścia, jak choćby dżuma, która pojawiła się w 764 r. p.n.e. i zebrała spore śmiertelne żniwo, zwłaszcza w Asyrii i północnej Babilonii. Efektem tej epidemii była rewolta ludności, która już w roku następnym wybuchła w mieście Assur [najważniejszym ośrodku kultowym Asyrii] i król Aszur-dani III musiał skierować tam swoje wojsko [które w latach 768-758 p.n.e. nieustannie pozostawało pod bronią, tłumiąc jedynie bunty wewnętrzne] a i tak walka z buntownikami trwała całe dwa lata (gdy się zakończyła, zaraz wybuchło powstanie w Arrappie - 761 r. p.n.e. a następnie w Guzanie - 759 r. p.n.e., zaś w 758 r. p.n.e. Asyrię nawiedziła druga fala epidemii dżumy, znacznie silniejsza od tej pierwszej). Epidemia wyludniła znaczne połacie kraju, zaś polityka wojennych eksterminacji i najazdów dla sportu okazała się zabójcza dla państwa (potem ten rodzaj działalności przejęli od Asyryjczyków Spartanie, którzy również dla sportu organizowali najazdy na niewolnicze wsie podporządkowanych sobie helotów. Napady te - połączone z paleniem osiedli i mordowaniem na miejscu całej miejscowej ludności, łącznie z noworodkami, którym dla zabawy roztrzaskiwano główki, lub nabijano na włócznie - zwano krypteia. Było to jedno z najważniejszych etapów wprowadzających młodych Spartiatów do świata wojowników. Tak również zaczynał swą przygodę z wojaczką ów sławny król Leonidas spod Termopil - od nabijania na włócznię dzieci zniewolonej ludności Mesenii. Dlatego też napis w Termopilach powinien brzmieć: "Przechodniu, idź i powiedz Sparcie, że nim legliśmy w cieniu perskich strzał, zdążyliśmy wymordować w Mesenii wiele ludzkich istnień - wierni do końca prawom Lacedemonu").   



 
Owe wyludnienie znacznych obszarów Asyrii i ruina gospodarcza państwa, były główną przyczyną upadku tamtej dynastii i objęcia władzy przez Tiglat-Pilesara III w 745 r. p.n.e. W czasie swych 18-letnich rządów zdołał on przeprowadzić wiele niezbędnych reform (utworzył np. stały królewski pułk - który był pod jego osobistym dowództwem, oraz zmienił uzbrojenie i taktykę armii asyryjskiej, wprowadzając doń wiele nowinek z innych krajów). Aby zasiedlić opustoszałe ziemie, potrzebował nowych jeńców wojennych, na których w zamian za darowanie życie, wymusiłby osiadłą pracę na rzecz Asyrii na wybranym terenie. Udało mu się ponownie ożywić wyludnione obszary dzięki polityce przesiedlania (na masową skalę) całych narodów (np. w 729 r. p.n.e. przesiedlił 154 000 Chaldejczyków z południowej Babilonii na północne i północno-wschodnie ziemie Asyrii, właśnie tuż nad granicę z Urartu. W 720 r. p.n.e. Sargon II przesiedlił do Asyrii 90 000 Syryjczyków, zaś w 701 r. p.n.e. po zdobyciu Jerozolimy i podboju królestwa Judy, przesiedlił Sancheryb do Asyrii i północnej Babilonii aż 200 000 Żydów. Oczywiście liczby te nie uwzględniają ludności zniewolonej i tej, która zginęła podczas działań wojennych). Już w 735 r. p.n.e. wznowiono wojnę z Urartu, wcześniej ponownie podporządkowując sobie Persów i Medów. Tiglat-Pilesar podszedł wówczas ze swą armią pod mury Tuszpy (stolicy Urartu, położonej nad jeziorem Wan), której co prawda nie zdobył, ale znacznie spustoszył ten kraj. Na północy stworzył również asyryjski król, system silnych twierdz, mających chronić ludność przed najazdami Urartyjczyków. Ponieważ wydarzenia dziejące się na zachodzie Imperium Asyryjskiego - z racji omawianego tematu - nas nie interesują, skupmy się jedynie na tym, co działo się w bezpośredniej bliskości Medów i Persów. Otóż w latach 734-731 p.n.e. trwał w Babilonie kryzys dynastyczny, spowodowany śmiercią dotychczasowego władcy - Nabonassara (jego synowie toczyli ze sobą śmiertelne boje, starając się jednocześnie przypodobać Asyryjczykom i uzyskac ich wsparcie). Ale tam gdzie dwóch się bije, trzeci korzysta i w 731 r. p.n.e. tron Babilonu przejął Chaldejczyk o imieniu Ukinzer (panował jako Nabu-mukin-zeri). Nie spodobało się to Tiglat-Pilesarowi, więc w 729 r. p.n.e. wyprawił się on z kampanią wojenną do Babilonu i zdobył to miasto, po czym wyruszył przeciw Chaldejczykom i ich również pokonał. Babilon jednak nie został ukarany, a Tiglat-Pilesar sam przyjął tytuł "króla Babelu, Sumeru i Akadu".

Po śmierci tego władcy, na tron obu krajów (Asyrii i Babilonii) wstąpił jego syn - Salmanasar V (727 r. p.n.e.), który panował zaledwie pięć lat i został obalony przed przedstawiciela trzeciej i ostatniej już (ale najsławniejszej) asyryjskiej dynastii Sargonidów - Sargona II. Nowy król nie został jednak uznany w Babilonie i tam władzę zdobył Chaldejczyk o imieniu Marduk-Baladan II, zaś połączone wojsko chaldejsko-urartyjskie zadało klęskę armii asyryjskiej (721 r. p.n.e.) i zmusiło Sargona do uznania tego stanu rzeczy na jakiś czas. Postanowił za to zemścić się na Urartu i w 714 r. po wcześniejszym upokorzeniu króla Rusy (panującego od 732 r. p.n.e.), przez wysłanie mu w podarunku głowy jego posła, wyprawił się zbrojnie na ten kraj. Kampania okazała sie dużym sukcesem, choć ponownie nie udało się zdobyć Tuszpy, to jednak skutecznie splądrowano cały kraj, odbierając Urartyjczykom ich święte miasto - Musasir (gdzie był zarówno królewski skarbiec jak i cały harem Rusy), centrum kultowe boga Chaldi (następnie posąg tego boga Sargon kazał przewieźć do Kalchu i umieścić go w świątyni Assura. Miało to bardzo silny wyraz symboliczny, oto bowiem bóg Urartu kłaniał się wielkiemu Assurowi w jego świątyni, ukazując tym samym który bóg jest silniejszy i jaki lud ma wsparcie Niebios). Atak Asyryjczyków z południa (połączony z inwazją Kimmerów z północy, którzy przeszli przez Urartu kierując się w stronę Anatolii), jedynie na krótko osłabił państwo urartyjskie. Już bowiem za rządów Argiszti II (panował w latach 713-685 r. p.n.e.) Urartu ponownie wróciło do swej imperialnej polityki. Jego zaś następca - Rusa II (685-645 r. p.n.e.) znów zaczął konkurować z Asyryjczykami o ludy Medów i Persów, co oznacza że inwazja z 714 r. p.n.e. (choć przedstawiana w asyryjskich źródłach jako wielkie zwycięstwo, po którym wróg nie będzie się już w stanie podnieść) nie zniszczyła kraju na tyle, aby nie mogło ono ponownie odbudować swej potęgi. Następcy Rusy II (Sarduri III, Rusa III, Erimena czy Sarduri IV) jeszcze wielokrotnie pokazywali Asyryjczykom... gdzie raki zimują (okej 😉).




Przejdźmy teraz jednak do samych Medów. Otóż pierwotnie był to lud o dość dużej wolności wewnętrznej, który wybierał sobie władców na zjazdach (wiecach plemiennych). Kraj dzielił się na szereg miast-państw, zarządzanych przez wybieralnych (z czasem dziedzicznych) "Panów Miast". Jednak aryjskie plemię Medów (A-ma-da-a-a-i) było zbyt nieliczne i dopiero po połączeniu się z niearyjskimi ludami Mechri, Zamua i Lullubi - można było stworzyć jakiś większy organizm państwowy. Tam właśnie ok. 727 r. p.n.e. władzę objął niejaki Dejokes, który dokonał zjednoczenia sześciu plemion medyjskich (Busów, Paretakenów, Struchatów, Arizantów, Budiów, Magów) i stał się pierwszym księciem tego kraju (Herodot pisze o nim: "Zebrał lud medyjski w jedno państwo i zawładnął nim"). Wzrost znaczenia Medów zaczął poważnie niepokoić zarówno Asyryjczyków jak i Urartyjczyków, ale to ci pierwsi w 715 r. p.n.e. wyprawili się do Medii i zmusiwszy Dejokesa do kapitulacji, pochwycili go i wraz z rodziną deportowali do Syrii. Udało mu się jednak stamtąd zbiec (zapewne w czasie wyprawy wojennej Sancheryba - syna i nastepcy Sargona II, wówczas jeszcze księcia - na podbój Judei w 701 r. p.n.e.). W każdym razie ok. 700 r. p.n.e. ponownie jest uznany władcą Medii, gdzie panował już do swej śmierci w 674 r. p.n.e. Tron po nim objął syn - Fraortes. Przez ponad dwadzieścia lat panował nad swym krajem, ciesząc się powodzeniem, aż do chwili, gdy w 653 r. p.n.e. zjednoczony sojuszem z Elamem (krajem na południe od Medii) i tamtejszym władcą - Teummanem (jest to skrót jego imienia, gdyż podane w całości - Temp-Humbaninszuszinak - byłoby jednak zbyt długie i trudne do wymówienia), postanowił zaatakować samą Asyrię. Stało się tak po skutecznym wypędzeniu Asyryjczyków z Egiptu, do którego to doszło w 655 r. p.n.e. a dokonał tego założyciel nowej - XXVI Dynastii, faraon Uahibre Psametyk I. Asyryjczycy najechali Egipt po raz pierwszy w 671 r. p.n.e. i zajęli całą Deltę wraz z Memfis, gdzie w ręce króla Asarchadona (syna Sancheryba i wnuka Sargona II) dostał się też cały harem faraona Chunefertemre Taharki, który uciekał tak szybko do Tebaidy a potem do Nubii, że zapomniał ze sobą zabrać swoich kobiet (notabene Taharka był członkiem XXV Dynastii, zwanej też nubijską, panującej w Egipcie wówczas już od stu lat. Był też jednym z niewielu w egipskiej historii, czarnoskórych władców). W 669 r. p.n.e. Taharka odzyskał Memfis i ponownie narzucił swą władzę książątkom z Delty, ale w 666 r. p.n.e. syn i następca Asarhaddona - Aszurbanipal, znów wyprawił się do Egiptu i znów odzyskał Memfis. W 663 r. p.n.e. Asyryjczycy ruszyli jeszcze dalej na południe, zajmując całą Tebaidę (królewskie Teby zostały wówczas zdobyte i spalone). W 655 r. p.n.e. ostatecznie pokonał ich i wygnał z kraju nad Nilem jeden z książąt saickich z Delty - Psametyk I.


W FILMIE "FARAON", JEST UKAZANA SCENA, PODCZAS KTÓREJ RAMZES XIII DŁUGO KAŻE KLĘCZEĆ POSELSTWU Z ASYRII TWARZAMI PRZY ZIEMI. ARCYKAPŁAN AMONA - HERHOR ZAPYTUJE GO (0:45): "KRÓLU, DO CZEGO DĄŻYSZ?", A ODPOWIEDŹ BRZMI: "DO WOJNY!", PO CZYM RAMZES DODAJE: "NIE SPOCZNĘ, PÓKI NIE NALICZĘ 10 000 ODCIĘTYCH ASYRYJSKICH DŁONI", A DO ŻOŁNIERZY MÓWI: "ŻOŁNIERZE, PRZYJDZIE DZIEŃ, ŻE PONOWNIE, JAK PRZED WIEKAMI RYDWANY NASZE STRATUJĄ ASYRYJSKĄ ZIEMIĘ". 
CZASY UKAZANE W POWIEŚCI BOLESŁAWA PRUSA I FILMIE "FARAON", PRZEDSTAWIAJĄ OKRES UPADKU EGIPTU ZA RZĄDÓW OSTATNICH WŁADCÓW XX DYNASTII (RAMZES XIII JEST JEDNAK POSTACIĄ WYMYŚLONĄ, CHOĆ ODPOWIADA RZECZYWISTEJ OSOBIE RAMZESA XI)


 

Rozpoczął się wspólny medyjsko-elamicki atak na Asyrię (połączone armie dotarły pod samą Niniwę - która od 705 r. p.n.e. była już oficjalną stolicą państwa asyryjskiego). Tam jednak Asyryjczycy wciągnęli ich w pułapkę i doszczętnie rozbili (653 r. p.n.e.). W bitwie tej poległ król Medów - Fraortes a jego kraj w tym samym czasie został najechany przez Scytów, którzy opanowali go na prawie 30 lat. Dopiero ok. 624-622 r. p.n.e. ostatecznie wypędził Scytów z Medii syn i następca Fraortesa - Kjaksares, który stał się następnie władcą odrodzonego państwa. W tym samym czasie (623-622 r. p.n.e.) na Asyrię spadł potężny najazd Scytów z północy, doprowadzając do radykalnej zmiany geopolitycznej w całym regionie i znacznego osłabienia państwa asyryjskiego, z którego nie było ono już w stanie się podnieść (wzmianki o tym ataku Scytów są również w Biblii). A tymczasem Kjaksares wypędził z kraju ostatnich Scytów i odbudował wojsko (czerpiąc z doświadczeń asyryjskich i urartyjskich, przekształcił oddziały w regularne formacje bojowe na zasadzie armii zawodowej, a nie jak dotąd w klany rodowo-plemienne). A tymczasem Babilon opanował (i koronował się tam 25 listopada 626 r. p.n.e.) Chaldejczyk o imieniu Nabopolasar, który rozbił Asyryjczyków w bitwie pod miastem, zaś w ciągu kolejnej dekady uwolnił całą Babilonię z asyryjskich garnizonów. W 616 r. p.n.e. ruszył on na Asyrię i choć poniósł początkowo klęskę w bitwie nad rzeką Balich z wojskami asyro-egipskimi (faraon Psametyk I uznał wówczas że lepiej dla jego kraju będzie dopomóc słabej Asyrii, niż potem zmierzyć się z potęgą odrodzonego pod Chaldejczykami państwa nowobabilońskiego), jednak już w 615 r. p.n.e. zwyciężył Nabopolasar w bitwie nad Małym Zabem. W tym samym roku na Asyrię uderzyli od wschodu również i Medowie, zajmując twierdzę Arrapcha. W następnym, 614 r. p.n.e. Nabopolasar ruszył na Assur, jednak próba opanowania tego świętego dla Asyryjczyków miasta zakończyła się dla niego klęską i został zmuszony do odwrotu. Ścigających go Asyryjczyków udało się zatrzymać dopiero w twierdzy Takritain (dzięki bohaterskiej obronie tego grodu przez jego mieszkańców), zaś po ataku Medów na samą Niniwę (614 r. p.n.e.) wojska asyryjskie musiały opuścić Babilonię i wrócić do zagrożonego najazdem kraju. Medowie jednak odstąpili od oblegania Niniwy i ruszyli na Assur, który zdobyli. To święte asyryjskie miasto teraz stanęło w ogniu, a jego ludność została doszczętnie wymordowana. Był to widomy znak zbliżającego się upadku asyryjskiego ciemiężyciela ludów, któremu najgorszych mąk życzyły okoliczne narody (np. w biblijnym "Proroctwie Nahuna", powstałym jako odpowiedź na modlitwy upokorzonych przez Asyryjczyków ludów - głównie zaś Żydów - można przeczytać [3:7, 18]: "I stanie się, że każdy, kto cię ujrzy, oddali się od ciebie i zawoła "Spustoszona Niniwa" (...) Wszyscy, którzy ujrzą wieść o tobie, w dłonie klaskać będą nad tobą: bo na kogóż nie przychodziła ustawiczna złość twoja").

W zdobytym Assur w ręce Medów wpadła bogata korespondencja asyryjska, wyliczająca "usługi" jakie lokalni książęta medyjscy wyświadczali królom z Niniwy. Nabopolasar miał więc w ręku potężną broń polityczną do walki ze swymi możnymi wasalami, ale (ponoć) nakazał spalić wszystkie te spisane tabliczki oczerniające jego poddanych. Do splądrowanego do fundamentów Assuru, przybył również Nabopolasar (zburzenie Assuru nie było na rękę babilońskiej plutokracji, która również związana była silnymi związkami z tym miastem i jego kapłańską elitą, ale ostatecznie Babilończycy pogodzili się z jego upadkiem), gdzie już oficjalnie zawarto sojusz babilońsko-medyjski, przypieczętowany ślubem Kiaksaresa z córką Nabopolasara. Teraz, połączone siły Medów i Babilończyków ruszyły na Niniwę, która padła po długim oblężeniu w sierpniu 612 r. p.n.e. Król Szin-szar-iszkun spłonął wraz ze swym dworem (haremem i eunuchami) w królewskim pałacu, stojącym nieopodal świątyni boga Nabu na wzgórzu Kujundżik. Cała Niniwa została obrócona w gruzy (podobnie jak wcześniej Assur), zaś mieszkańcy wymordowani lub wzięci w niewolę. Na gruzach tego wielkiego niegdyś miasta, będącego nienawistnym symbolem okrutnego imperium, stał teraz tartan (główny dowódca) armii babilońskiej, syn Nabopolasara i następca tronu Babelu, Sumeru i Akadu - Nabuchodonozor. W jego głowie zapewne już wówczas układały się plany nowych wypraw i podbojów. W biblijnym "Proroctwie Nahuma" [3:13-17] można przeczytać radosną informację o upadku znienawidzonej Niniwy: "Pochłonie cię ogień, wytnie cię miecz, pożre cię jak szarańcza, choćbyś się rozmnożyła jak chrząszcz". Jednak armia asyryjska nie została jeszcze doszczętnie rozbita i po śmierci Szin-szar-iszkuna (syna Aszurbanipala i pra, pra-wnuka Sargona II) nowym królem armia obrała stryja tamtego władcy - Aszur-uballita II (nosił on imię króla, panującego w latach 1363-1328 p.n.e., który zbudował Assur i uczynił z tego miasta asyryjską stolicę. Miało to więc symboliczne znaczenie, oto bowiem Aszur-uballit II, podobnie jak jego imiennik, stanie się odnowicielem Imperium i z pomocą boga Assura zniszczy wszystkich wrogów Asyrii), który zebrał dość znaczne siły w Harranie. Poza tym miał wsparcie Egiptu i ludu Mannów (graniczącego od wschodu z Medami). Była więc nadzieja, że jednak nie wszystko jeszcze stracone i pomimo tylu klęsk, uda się zwycięsko wyjść z tej wojny i ponownie narzucić zwierzchnictwo Babilonowi oraz Medom.




Przez cały 611 r. p.n.e. obie strony szykowały się do decydującego starcia - Asyryjczycy gotowali się do wojny w Harranie, zaś Babilończycy zatrzymali się w twierdzy Nasibina. Kampania została wznowiona latem 610 r. p.n.e. i szybko obróciła się na niekorzyść Nabopolasara. Utracił on bowiem Nasibinę i został zmuszony do odwrotu do północnej Babilonii. Jeszcze raz dała o sobie znać potęga rozpędzonej machiny, jaką dla współczesnych była asyryjska armia (można ją tylko porównać do siły i niezwyciężoności falangi macedońskiej z czasów Aleksandra Wielkiego, lub rzymskich legionów z najlepszych lat Republiki i Cesarstwa). Zwycięski Nabopolasar i jego syn Nabuchodonozor, którzy już widzieli się Harranie, Syrii, Judei czy nawet w Egipcie, teraz ponownie musieli uchodzić do swych ziem, ścigani przez Aszur-uballita II. Gdy armia asyryjska znajdowała się nieopodal Sippar (zaledwie kilka kilometrów od Babilonu), przyszła wiadomość o uderzeniu Medów na tyły armii asyryjskiej i zdobyciu przez nich twierdzy Harran. To zmusiło Asyryjczyków do odwrotu i ocaliło Babilon przed ponowną (tak jak w 689 r. p.n.e. w czasach panowania Sancheryba) eksterminacją z asyryjskich rąk. Ale Aszur-uballit wcale nie zamierzał składać broni, dopiero teraz pokazał że jest dobrym wodzem i wojownikiem, godnym swych poprzedników. W 609 r. p.n.e. (z pomocą Egiptu) odbił Harran z rąk medyjskich i znów wypędził wrogów z tego kraju. Brakowało mu jednak żołnierzy, kraj był zniszczony i wyludniony, nie miał  więc skąd czerpać rekrutów. Natomiast Medowie i Babilończycy - nawet jeśli ponosili klęski - mieli możliwość ich uzupełniania i już w 608 r. p.n.e. ponownie zjawili się pod murami Harranu i po raz drugi go opanowali. Aszur-uballit z resztką wojsk uciekł za Eufrat, w stronę Syrii, kierując się w kierunku Egiptu i mając nadzieję że nowy faraon (syn Psametyka I), panujący od 610 r. p.n.e. Uehemibre Necho II, również będzie skory do udzielenia mu pomocy militarnej w dalszej walce. Ale okazało się że Egipcjanie uznali iż sprawa Asyrii jest bezpowrotnie stracona, więc Aszur-uballit (który zdołał się do nich przedostać) został "uciszony", gdyż wszelki słuch po nim odtąd zaginął (milczą o nim zarówno medyjskie, babilońskie jak i żydowskie źródła pisane). Asyria przegrała i przestała istnieć, należało więc tak wymanewrować sytuację tak, aby Egipt najbardziej na tym skorzystał (Nechonowi zależało na opanowaniu całej Syro-Palestyny aż do granic Eufratu). Zawarł on więc układ z władcą Urartu - które zaniepokojone wzrastającą potęgą Medów - ochoczo przystało na taki sojusz.





Kjaksares najechał jednak Urartu (ok. 607-606 r. p.n.e.) i dotarł z wojskiem pod Tuszpę, którą zdobył  i spalił. Tak oto, w przeciągu kilku lat upadły dwie wielkie mocarstwa zagrażające Medom i Persom - Asyria i Urartu. Nechon nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy i w latach 608-605 p.n.e. rozpoczął kampanię, mającą na celu opanowanie całej Palestyny i Syrii. Ostatecznie dotarł aż do Eufratu, gdzie w 605 r. p.n.e. pod Karkemisz wydał mu bitwę Nabuchodonozor II, nowy król Babelu, Sumeru i Akadu. Nechon poniósł w niej druzgocącą klęskę i musiał zapomnieć o ponownym zajęciu Syro-Palestyny oraz powrócić do kraju piramid. Po tym zwycięstwie, dokonany został nowy geopolityczny podział Bliskiego Wschodu. Medowie otrzymali całe Urartu i Armenię aż po rzekę Halys w Kapadocji, oraz większą część byłej Asyrii, wraz z Niniwą i Harranem. Babilończycy zajęli Assur i Karkemisz, zaś Syria miała stać się miejscem ich kolejnej ekspansji. Wróćmy jednak do Medów. Otóż gdy dotarli do rzeki Halys, rozpoczęła się ich konfrontacja z Lidyjczykami. Był to rdzenny lud Anatolii, należący do plemion hetycko-luwijskich. Do ok. 680 r. p.n.e. wchodzili oni w skład królestwa Frygów (będących jednym z pozostałości inwazji tzw.: "Ludów Morza", przybyłych z dalekiej Północnej Europy. Pisałem już o tym że Ludy Morza w ogromnej większości były spokrewnione ze Słowianami. Ich przedstawicielami w Palestynie stali się zaś Filistyni, których artefakt świadczą dobitnie o niezwykle silnych związkach z "Lechitami" z Północy. Mogę na ten temat podać kilka mocnych argumentów - ale to już w zupełnie innym temacie). Państwo Frygów upadło pod ciosami przybyłych ze Wschodu Kimmerów, którzy totalnie przeorali całą Anatolię, umożliwiając jednocześnie zdobycie dominacji w regionie przez Lidyjczyków. Ich głównym miastem stało się Sardes w zachodniej Anatolii. Pierwszym historycznym władcą tej krainy, był Gyges (syn Daskylosa), założyciel dynastii Mermnadów, który objął władzę około 680 r. p.n.e. i panował przez kolejne prawie 30 lat (według legendy Gyges, członek dworu poprzedniego władcy Lidów - Kandaulesa, podpatrzył przygotowującą się do snu żonę króla, a ta, odkrywszy jego obecność, postawiła mu ultimatum. Albo zabije jej męża i tym samym uwolni ją z tego związku, albo o wszystkim powie Kandaulesowi, a ten skarze go na śmierć. Gyges wybrał pierwszą możliwość i tak właśnie został królem Lidii) i poległ ok. 652 r. p.n.e. w bitwie z Kimmerami, a na tron wstąpił jego syn - Ardes (który jednak musiał przyjąć zwierzchnictwo Asyrii). Próbował on zdobyć brzeg morza i uzależnić od siebie greckie kolonie w zachodniej Anatolii, ale jego próby na dłuższą metę okazały się bezskuteczne. Udało mu się tylko zrzucić zależność od Asyrii (627 r. p.n.e.). Ten władca panował długo, bowiem prawie 50 lat i ok. 605 r. p.n.e. na tron wstąpił jego syn Sadiattes, a po nim (ok 590 r. p.n.e.) jego syn - Aliattes. Ok. 560 r. p.n.e. tron królestwa Lidii objął zaś najsławniejszy przedstawiciel dynastii Mermnadów, który zyskał sławę dzięki greckim mitom - król Krezus (ponoć został dotknięty przez bogów straszną karą za swą próżność i umiłowanie zbytku - odtąd czego tylko się dotknął, od razu zamieniało się w złoto, co spowodowało że w krótkim czasie Krezus - nie mogąc zjeść nawet kromki chleba, która w jego ustach zamieniała się w złoto - umarł z głodu). 

Tyle legenda, natomiast około 590 r. p.n.e. doszło do pierwszego, dużego konfliktu Medów z Lidami. Odtąd wzajemnie napadano na przygraniczne tereny i palono osady po przeciwnych stronach rzeki Halys, ale dopiero w pięć lat później (585 r. p.n.e.) doszło do ostatecznego starcia nad Halys. Miało to miejsce 28 maja, a dzień ten przeszedł do historii, ponieważ wypadło wówczas zaćmienie słońca, które (jako widomy znak bogów) doprowadziło do pojednania zwaśnionych stron i ustalenia trwałego pokoju pomiędzy obu państwami. W tym też roku zmarł król Kjaksares, a na tron wstąpił jego syn - Astjages (bohater naszej opowieści, do którego wreszcie dobrneliśmy). W chwili objęcia przez niego władzy, Media była najrozleglejszym państwem Bliskiego Wschodu i jednym z najpotężniejszych w całym basenie Morza Śródziemnego. W skład tego państwa wchodziły dawne ziemie Urartu i Asyrii, a także Armenia, Kapadocja, Hyrkania, Partia, Aria, Karmania, Baktriana, Sogdiana, Arachozja, Elam i oczywiście Persja. Krajem rządziła elita wojskowa, która objęła we władanie szereg prowincji (zwanych po medyjsku: saxrapa(h) - satrapiami, którą to nazwę potem odziedziczyli Persowie) oraz mniejszych okręgów, noszących nazwę pehata. Kraj co prawda nie posiadał zbyt wiele dużych miast, za to miał sporo małych osad i kilka dużych fortec. Niewolnictwo zaś było podstawą gospodarki tego kraju (podobnie zresztą jak i innych państw w całym regionie). Medowie jako pierwsi wprowadzili do użytku spodnie, które swoją międzynarodową karierę zyskały dopiero po kilkunastu wiekach (Persowie potem również przejęli od nich ten zwyczaj, a dla Greków mężczyzna noszący spodnie był uważany za... zniewieściałego, jako że przypominały one nieco kobiece suknie, sięgające aż do stóp. Dlatego też żaden szanujący się Grek nigdy nie przywdziałby spodni). Niezwykle silną pozycję mieli w społeczeństwie medyjskim kapłani świętego ognia - Atara, zwani magami. Na ołtarzu Atara magowie składali krwawe ofiary (najczęściej z byków). Atar był najsilniejszym z bógów, ale oddawano również cześć boginiom wody, zwanym - Apy, na których czele stała wielka bogini Harahwati ("Władająca Wodami"). Czczono wiatr (bogowie Wata i Waju), słońce (Hwar) i księżyc (Mah). Najważniejsze w życiu człowieka (według Medów), było utrzymanie równowagi i naturalnego porządku świata - tak zwanej Aszy. Czcili również  boga Warunę - patrona przysiąg i Mitrę - związanego z Atarem boga-siłacza. To właśnie wyznawcą tego ostatniego bóstwa był król Astiages, który pewnej nocy miał bardzo dziwny sen.




I tutaj dochodzimy do sedna sprawy, czyli właśnie do snu Astiagesa, który jest głównym tematem tej serii. Otóż władca ten, wydał swą córkę - Mandane, za jednego z podległych sobie książąt. Był nim Kambizes I - władca Partów z Anszanu. Gdy Mandane zaszła w ciążę, Astiages miał sen, w którym śniło mu się, że jego córka - niczym suka - swym moczem zalała całą Azję. Był to ewidentnie zły znak i gdy król uzyskał potwierdzenie swych obaw u magów (wyjawili mu bowiem, że z łona Mandane wyjdzie wódz, który podporządkuje sobie całą Azję i zaleje ją niczym potop), postanowił działać. Nie chcąc narażać życia swej córki, poczekał do narodzin i gdy na świat przyszedł chłopiec, który otrzymał imię Cyrus - polecił zgładzić go jednemu ze swych możnych, niejakiemu Harpagosowi, który wykradł dziecko Mandane, lecz nie był w stanie pozbawić je życia i porzucił je w lesie. Tam zawiniątko z łkającym dziecięciem odnalazł pasterz o imieniu Mitrydates, który zabrał go do swojego domu. Żona Mitrydatesa nosiła imię Kyne (co znaczyło właśnie "suka"). Ona wykarmiła małego Cyrusa, który dorastał sobie w domu pasterza Mitrydatesa. Gdy zmężniał i poznał swoje pochodzenie, poprzysiągł dziadkowi zemstę. W wieku ok. dwudziestu lat w 559 r. p.n.e. objał tron po swym ojcu Kambizesie I i rozpoczął przygotowania do wdrożenia w życie planu zemsty. Natomiast Astiages dowiedziawszy się że Cyrus żyje i objął tron Persów w Anszanie (który to kraj był wówczas zależny od Medów), postanowił przykładnie ukarać Harpagosa. Zabił jego syna, a następnie zaprosił go do siebie na ucztę, podczas której podał mu... ugotowane ciało jego potomka (jest to relacja mityczna i zapewne nie doszło do tak okrutnej zbrodni, ale sam fakt że została przedstawiona, świadczy dobitnie iż między królem a medyjską arystokracją rodową doszło wówczas do poważnego konfliktu). Te napięcia wykorzystał młody Cyrus, który w 553 r. p.n.e. (po uprzednim zjednoczeniu dwóch wrogich sobie plemion perskich) wszczął antymedyjskie powstanie. Astiages w celu jego stłumienia, wysłał tam z wojskiem Harpagosa, który jednak poniósł porażkę i musiał się wycofać z kraju Persów. W roku następnym, Cyrus postanowił uderzyć na ziemie swego dziadka, ale poniósł klęskę i musiał zawrócić do kraju. W 551 r. p.n.e. stoczona została trzecia bitwa, tym razem pod Pasargadami (stolicą Persów z Anszanu), którą zwyciężył Cyrus. Nie wygrał jej jednak na polu bitwy, zwyciężył ją poprzez niechęć medyjskiej arystokracji do ich króla, a to spowodowało że całe dowództwo z Harpagosem na czele... przyłączyło się do Cyrusa i złożyło mu pokłon. Dysponował on teraz ogromną siłą i na jej czele ruszył do Ekbatany, gdzie umocnił się Astiages. Wysłał on przeciwko wnukowi drugą armię, ale i ta przyłączyła się do Cyrusa. 

Gdy sytuacja stała się już beznadziejna i gdy padły umocnienia Ekbatany (według Strabona Astiages bohatersko walczył wraz z żołnierzami w obronie swej stolicy), król Medów schronił się w cytadeli. Ostatecznie jednak skapitulował (550 r. p.n.e.), a wnuk (ponoć) przebaczył mu wsześniejsze winy i darował życie (ponoć - ponieważ wkrótce potem Astiages zginął w podejrzanych okolicznościach na pustyni. Czyżby więc uprowadzono go z pałacu i tam zamordowano? Czy mogło to się stać bez wiedzy i zgody Cyrusa? Ja osobiście w to wątpię). Po zwycięstwie jednak Cyrus postąpił w dość nieprzewidywalny sposób, oto bowiem (pomimo faktu że na jego stronę przeszła cała medyjska elita i armia) pozwolił swym żołnierzom doszczętnie splądrować Ekbatanę - stolicę królestwa Medów i jedną z największych ówczesnych metropolii Bliskiego Wschodu. Czemu tak postąpił? Być może w tym mieście ukrywali się jeszcze stronnicy Astiagesa, których chciał dopaść, a być może uczynił to z zemsty. Jaka była prawda - nie wiadomo? Podsumowując jednak: sen Astiagesa okazał się proroczy, gdyż młody Cyrus II z rodu Achemenidów z Anszanu, rzeczywiście okazał się prawdziwą pompą która zalała całą Azję. Podporządkował sobie największe ziemie, nad którymi jeszcze dotąd nigdy nie panował jeden człowiek, zajmując nie tylko całe imperium medyjskie, ale również Babilonię (539 r. p.n.e.) Syrię i Palestynę. Cylicję i Lidię (546 r. p.n.e.), oraz Cypr, zaś jego portomkowie zajęli Egipt (525 r. p.n.e.) i o mały włos nie doprowadzili do podboju i ujarzmienia Grecji w latach 492-490 p.n.e. i 480-479 p.n.e. Ale to już zupełnie inna historia... 





 CDN.