Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 27 czerwca 2021

NIEMIECKI ODWET ROKU 1934 - Cz. I

CZYLI JAK TO PO ZAKOŃCZENIU 

I WOJNY ŚWIATOWEJ 

NIEMCY PLANOWALI ODRODZIĆ

DAWNĄ POTĘGĘ RZESZY? 





 
 Książka, którą pragnę teraz zaprezentować, jest już całkowicie zapomniana i to do tego stopnia, że nawet jej autorzy nie są do końca znani. Nic zresztą dziwnego, w końcu Europa przeszła w czasie II Wojny Światowej przez prawdziwe piekło, a do tego doprowadziła polityka ustępstw wobec Niemiec Adolfa Hitlera, koncesji finansowych przyznawanych Rzeszy Niemieckiej i w dużej mierze skrywany, ale jednak istniejący podziw nad ideologią narodowego socjalizmu i niemieckiej potęgi (np. podczas Igrzysk Olimpijskich 1936 r. reprezentacja Francji, Włoch i Hiszpanii weszła na stadion olimpijski z podniesioną do góry ręką w nazistowskim pozdrowieniu). Tak krótkowzroczna polityka, doprowadziła do wybuchu wojny, a wraz z nią niewyobrażalnych cierpień dla milionów ludzi, którzy nie pasowali do wizji niemieckiej "Nowej Europy". Można wręcz powiedzieć, że Hitler i jego kompani byli "pierwszymi Europejczykami" w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, bowiem haseł o stworzeniu silnej Europy, używano wówczas bardzo wiele, a tamta "Nowa Europa" różniłaby się od obecnej Unii Europejskiej tylko tym, że Niemcy dominowaliby w niej również militarnie, a nie tylko gospodarczo i politycznie. Książka, którą pragnę przedstawić, została napisana w Niemczech na początku lat 20-tych XX wieku (prawdopodobnie 1920, lub 1921 r.) przez byłego majora F. E. Solfa (prawdopodobnie był on spokrewniony z Wilhelmem Heinrichem Solfem - niemieckim dyplomatą i duchownym, ale nie ma co do tego pewności) i opatrzona przedmową pułkownika Bauera - zaufanego sztabowca generała Ericha Ludendorffa. Bauer brał udział w marcu 1920 r. w monarchistycznym tzw.: "puczu Kappa", czyli próbie zamachu stanu, mającej na celu obalenie Republiki Weimarskiej i ponowne zainstalowanie na tronie Hohenzollernów. Był on też współautorem planu zgniecenia węgierskiego powstania, jaki w końcu sierpnia 1921 r. wybuchł w Burgenlandzie, czyli części ziem zachodnich Węgier, które miały zostać przyłączone do Austrii na mocy traktatu pokojowego z Trianon z 4 czerwca 1920 r.). Byli to dwaj wybitni planiści i wkrótce po zakończeniu I Wojny Światowej - której wynik i narzucone przez zwycięskie mocarstwa traktaty pokojowe, uważali oni za upokarzające dla Niemiec - napisali książkę, która miała odrodzić Rzeszę i pozwolić jej powrócić do dawnej potęgi, mniej więcej około roku 1934 r. (niewiele się pomylili, gdyż w tym właśnie czasie Adolf Hitler doszedł do władzy i szybko zaczął odbudowywać niemiecką armię i gospodarkę). 

Ponieważ nie posiadam oryginalnej pozycji owych dwóch niemieckich planistów wojskowych, dlatego też muszę korzystać z polskiego tłumaczenia tej książki z roku 1922 r. autorstwa Macieja R. Wierzbińskiego. Już wówczas (w 1922 r.) uznał on za niezwykle ważne przetłumaczyć tę książkę na język polski, jako że zdawał sobie doskonale sprawę, iż zawarte w niej tezy stanowią nie tylko manifest odnowienia Rzeszy Niemieckiej, ale jasny plan odrodzenia niemieckiej potęgi, która - wiadomym faktem - przede wszystkim musiałaby powetować swe straty kosztem ziem niedawno odrodzonej Polski Niepodległej. Zresztą warto w tej kwestii oddać głos samemu autorowi, czemu w ogóle poświęcił czas na jej przetłumaczenie: "dlatego, że jest ona wiernym zwierciadłem zbiorowej duszy niemieckiej w dzisiejszym stanie, a zatem zawiera bardzo cenną oświatę dla tych, zawsze jeszcze nader licznych zastępów polskich, które nie znają charakteru narodowego swych sąsiadów zachodnich, nie odczuwają bezmiaru ich plemiennej nienawiści, nie zdają sobie sprawy z ich potencjalności i zamierzeń w zakamarkach duszy pieszczonych. A Polska pierwsza winna otworzyć na to oczy i wyciągnąć naukę z tej książki, z tych prądów, pragnień, prac i wysiłków niemieckich, gdyż ona pierwsza byłaby, albo raczej będzie (w oryginale słowo to jest celowo wyeksponowane) bez najmniejszej wątpliwości wystawiona na atak odwetowców spod krzyżackiego znaku (...) wszystko to jest wyraźną wskazówką, jaki charakter będzie posiadała w ogóle wojna przyszłości, i każe się domyślać, że będzie ona jeszcze daleko więcej zabójczą niż ostatnia. Nawet ludność cywilna w spokojnych miastach, w ustronnych siołach, w sennych zakątkach wystawiona będzie na ogromne niebezpieczeństwo ze strony eskadr lotniczych, przeróżnych pocisków trujących (...) Czytając tę opowieść, Polak niejednokrotnie przyjmie wykrzyknikiem zdumienia przebłyski niemieckiej autoadoracji i junkierskiego zaślepienia (...) Jednakże całą tę "Wojnę roku 1934" poczyta zaprawdę za ogromnie pouczającą książkę, której kwintesencja da się zamknąć w następującym aksjomacie: Wojna spadnie na nas jak piorun wtedy, skoro tylko Niemcy zdobędą jaki środek wojenny, odpowiadający doniosłością swą "promieniom elektrycznym". Wyłania się to z kart tej opowieści. Wyziera z niej i urąga nam w oczy nieposkromione, żywe i groźne niebezpieczeństwo niemieckie, tak, iż wynosimy pewność, że czeka Polskę walna rozprawa z wrażym i wieczystym prawrogiem na śmierć i życie - rozprawa, w której Polska krwią i najwyższym poświęceniem, mocą ramienia i ducha będzie musiała zdobyć sobie ostateczne prawo, do posiadania tego, co posiada dzisiaj, prawo do pełnego, świetnego życia narodowego i mocarstwowego". 
  
 
 



ZACZNIJMY ZATEM:


 
PRZEDMOWA 
 
 
Kto upatruje w dziejach świata rękę Opatrzności, lub kto widzi w nich jedynie przyczyny i skutki czy też prawo rozwoju, mógłby zaiste stracić wszelką wiarę wobec rewolucji niemieckiej z dnia 9 listopada 1918. Tak była ona bezsensowną, tak niestosowną, zwłaszcza w tym momencie. Bo w chwili, gdy należało zespolić wszystkie materialne i moralne siły w celu odparcia zewnętrznego wroga, rozbiła ona te siły i wydała Niemcy na niełaskę nieprzyjaciół w "pokoju" wersalskim. Było to grzechem przeciwko świętemu duchowi niemczyzny, i to, zważywszy ideę przenikającą jej przywódców, grzechem świadomym i nie ostatnim! A z tego zbrodniczego czynu powstała klątwa, powstał moralny, ekonomiczny i polityczny upadek, w którym ugrzęźliśmy bez widoków ratunku. Mocarstwa zachodnie w służbie kapitału światowego wyzyskały, jak zwykle, zręcznie tę wdzięczną sposobność. Nie można nawet poczytywać im tego za złe, gdyż niepodobna oczekiwać od wilka, aby zbłąkane owieczki przywodził znów do stada. Jednakże pasterz w tym razie zabija wilka, daleki od tego, by w dodatku oddawać mu potem jeszcze całe stado na pastwę samowolnie. A tak stoją rzeczy dzisiaj! Jest to haniebne, ale nie mniej prawdziwe, że istnieją Niemcy, którzy własnymi rękoma pełnią usługi katowskie przeciw swemu własnemu narodowi! A brak szerokim kołom narodu przede wszystkim poczucia niewysłowionej hańby. Cóż to je obchodzi, że odebrano narodowi najświętsze prawo i najwyższy obowiązek Germanina noszenia broni na obronę ojczyzny? Mają one wyłącznie zrozumienie dla nauk kapitału jedynie zapewniającego zbawienie - nauk, które, jaskrawo osłonięte gałgankami fałszywej demokracji i fałszywego socjalizmu, przenikają mieszczanina zarówno jak i robotnika. Jednakowoż budzi się w zakamarkach duszy zbiorowej wątpliwość, budzi się lęk wobec kwestii: co nas czeka? Odpowiedź prosta: z posiewu zła powstaje straszna klęska. Zamykać na to oczy byłoby głupotą i nikczemnością. Bo czyż Niemcy mają runąć w otchłań zagłady?... Jeśli tak być musi, to w taki sposób: w walce!

Jaki cel może mieć wobec tego książka taka jak ta, którą przedkładamy narodowi - książka, mogąca chyba tylko dolać oliwy do ognia nienawiści naszych wrogów - spytają ludzie o sercach zajęczych. Otóż najpierw zaleca się, by, miast w formie teoretycznych spostrzeżeń odmalować w sposób plastyczny, jak to z wyżyn siły i obowiązkowego wyładowywania energii spadliśmy i spadamy coraz niżej, jak to zamiast "uszczęśliwienia życia ludzkiego w ogóle" - jeśli mam użyć wyrażenia głównego rewolucjonisty - idą na nas bieda, niedostatek, nikczemna pojęciowość niewolników i żądza używania. O! gdyby za przykładem pani Irmgard z tej powieści miliony kobiet niemieckich zechciało z pogardą spozierać na każdego mężczyznę nieskłonnego do walki za kraj - walki najpierw bronią duchową a potem, gdy wybije godzina, bagnetem, sztyletem i - cepami. Po wtóre zaleca się wypowiedzieć śmiało, że wszystko co dzisiaj wyprodukujemy i zdobywamy drogą wynalazków, trzeba wziąć pod uwagę pod kątem pożytku, jaki dałoby się z tego wyciągnąć w opałach w jakich jesteśmy. I ten wskaźnik trzeba obwieścić ogółowi, że każdy, posiadający środki i zdolności odpowiednie, ma obowiązek wyszukiwania takich dróg i środków, albo też pomagania tym, którzy nastręczają takie środki. A kto obecnie zaprzedaje zagranicy dla zysków wynalazki, które mogą nam oddać usługi, jak to niestety zdarzyło się już niejednokrotnie, ten jest łajdakiem, tak samo, jakby zdradzał koalicji ukryte składy broni. Grzechów przeciw świętemu duchowi narodu nie przebacza się nigdy! Jeżeli zaś ludzie małego, trwożliwego ducha mówią: "nie można śnić o zemście, gdy jesteśmy bezsilni", to mylą się. Francja i tak będzie nas uciskać, jak tylko może, uległość z naszej strony nie wpłynie na zmianę pod tym względem. 

Jesteśmy wprawdzie w tych czasach rozprzężeni wewnętrznie, niezgodni i do podjęcia zemsty niezdolni, jednakowoż trzeba nam utrzymywać naród w czujności, aby nie zapadł się w beznadziejność. Przecież w roku 1806, gdy Napoleon gnębił Niemcy - chociaż ani w przybliżeniu tak, jak tak zwani "zwycięzcy" z 1918 r. - w epoce, gdy nikt jeszcze nie myślał o odwecie, poeta niemiecki wołał: "Bij! Zabij! Bez troski o sąd ludzki i boski". (...) Złączcie się zatem, jak Szwajcarzy ongiś na Rutli, do przysięgi: "Chcemy być jednym ciałem braci!" a będzie to wstępem do wyzwolenia się z jarzma, z hańby i opresji. Zemsta nie jest naszym hasłem, chodzi nam po prostu o broń ratunkową w zabójczym ucisku. Jeśli obali się ów pokój niosący nam śmierć, który nie jest wcale pokojem, jeśli odzyskamy nasz honor, naszą samodzielność i owoce naszej pracy, gotowi jesteśmy chętnie żyć w spokoju. Nie my, lecz koalicja a zwłaszcza Francja rzuca świeży posiew krwi. Nam zaś chodzi jedynie o to, czy damy się jak jagnięta zarżnąć, czy też przy tym zdobędziemy się przynajmniej na podniesienie broni. 

BAUER







I

NA WSI



Berlin, 20. 03. 1934 r.

Mój drogi Fritz!
 
Czy jesteś zawsze jeszcze tym samym co dawniej? Wiem, że tak jest, nawet bez odpowiedzi. Piszę zatem krótko i węzłowato: potrzebujemy Cię. Oczekuję Cię dnia 25 bieżącego miesiąca najpóźniej o 5-tej po południu w swym mieszkaniu. Im prędzej przybędziesz, tym lepiej. Zamieszkasz u mnie.

Znając mnie, wiesz, że nie nadaremnie wzywam cię do tej podróży. Przygotuj się na kilkumiesięczną nieobecność w domu. Wszystko inne - ustnie. 

A więc - do widzenia. Pozdrowienie i uścisk dłoni. 

Twój Werner


Z gestem nieukontentowania cisnął Fritz von Seelow list na stół. Przeczytał go bodaj kilkanaście razy i teraz, podniósłszy się w całej swej długości ze starego fotela, w którym dotąd chuda jego figura ginęła niemal zupełnie, przeciągnął się tak, iż wysłużony żakiet myśliwski o mało nie rozpękł się w szwach, i przeszył palcami przerzedzone i nieco siwiejące włosy. Utopiwszy ręce w kieszeniach rajtuzów, począł, jak miał we zwyczaju, przechadzać się po pokoju, od okna, w narożniku pomiędzy stołem a kominkiem, do drzwi i z drugiej strony, obok sędziwej otomany skórzanej i na powrót. Nikt nie zliczy, ile razy Fritz von Seelow odbywał taką przechadzkę, bo wszystkie kwestie na dobre rozbierał i rozwiązywał, chodząc po pokoju. W ostatnich czasach jednak zagadnienia te nie były zbyt zawiłej lub podniecającej natury. Czy starą kobyłę należy sprzedać, czy też rok jeszcze trzymać przy dyszlu, dla ilu prosiąt stanie trawy i ilu z nich trzeba się pozbyć - były to bodaj najtrudniejsze do rozwiązania kwestie. 

Dawniej bywało inaczej, w pierwszych latach po wojnie i rewolucji przystępowały doń inne zagadnienia. Wówczas młody, pozasłużbowy rotmistrz von Seelow biegał co wieczór jak opętany po pokoju swej starej siedziby w niewielkim pomorskim majątku Woltersdorf. Nie mogło mu się to po prostu pomieścić w głowie! Największym złem nie była przegrana wojna, bo przemocy ulec może najsilniejszy, ale ów niepojęty upadek prawie całego narodu, to rozmiękczenie kości, ten zanik wszelakiego poczucia honoru i przyzwoitości - to było najstraszniejsze. Wszystko co dobre, silne, szlachetne pierzchło, jakby nigdy nie istniało. I to po czterech latach najwyższego heroizmu, najwyższego poświęcenia. Raz stawał mu przed oczyma czerwony, krwawy plakat, jaki ujrzał po powrocie z pola bitew w Berlinie. Obok tysięcy innych Rad miała być wybrana "Rada urlopników i dezerterów". Rada uciekinierów! Jak to możliwe? Przecież dezerter, osobnik opuszczający towarzyszy broni w obliczu nieprzyjaciela, uchodził od dawna i przed całym światem za stworzenie nikczemne i pogardy godne. A teraz chlubiono się swą własną hańbą. 

Zaraz po rozwiązaniu swego pułku, Seelow, pełen wstrętu do Berlina, opuścił go i pospieszył w swe sielskie ustronie. Tam znał on ludzi, każdego we wsi, tam musiał przecież wiać inny wiatr aniżeli wśród wielkomiejskiego motłochu, bogatego i ubogiego. Czekało go może najboleśniejsze rozczarowanie. Jednym z pierwszych, którego spotkał, był marynarz. Jeszcze przed rokiem widział go na urlopie. Wówczas opowiadał mu marynarz z błyszczącymi oczyma o bitwie morskiej pod Skagerakiem, jak to flota miażdżyła pociskami łodzie angielskie. Ze słów jego bił szczery, nadzwyczajny zapał. Rozstali się wtedy z serdecznym uściskiem dłoni. A teraz wlókł się on niedbale i leniwie, a zagadnięty, opowiadał, jak na pokładzie "Turyngii" doszło do buntu. Gdyby do tego marynarze nie doprowadzili, spoczywaliby wszyscy na dnie Morza Północnego. I z jakiej przyczyny? Z uśmiechem urokliwym majtek mówił, że "dla honoru".

Rotmistrzowi żyły nabrzmiały na czole, lecz opanował się i rzekł:

- Ach, i ty Jurgenie, kiedyś jeszcze zrozumiesz, co to istotnie znaczy honor dla jednostki i narodu. 

Nastały czasy nieustannej wewnętrznej zawieruchy, niechęci do pracy i ogólnej chciwości. Płace i ceny szły na przemian w górę do obłędnych wyżyn. W Berlinie maszyny wyrabiające banknoty pracowały dzień i noc i zalewały kraj pozorami bogactwa. Z drugiej strony szruby podatkowe napięto do niemożliwych granic, aby zaspokoić swe własne potrzeby i bezmierne żądania wrogów. Wszystkie zaś, rzeczywiste walory wędrowały za granicę, aż wreszcie żaden Niemiec nie był właścicielem ani cegły swego domu, ani piędzi swej roli. Pozostała jedynie powódź papierowych pieniędzy i - nieprzeliczone miliardy długów. Długo zamykała na to oczy większość ogółu i zdumiewająco długo bronił się przemysł niemiecki przeciwko nieuniknionemu bankructwu. Aż wreszcie załamało się wszystko i w następstwie przyszło bezrobocie milionów, głód i wojna domowa, nędza i niedola wszelakiego rodzaju.

Czasy nadeszły spokojniejsze, bo miliony ludzi wymarły, zmarnowały się, a miliony opuściły ten kraj nędzy. Kto pozostał, pracował za marne wynagrodzenie i skąpy kawałek chleba od rana do nocy. O postępie nie było można myśleć. Niesłychane podatki i daniny różnorodne pożerały wszelki, nawet skromny nadmiar. Płynął on w kieszenie Brytów i Francuzów oraz tych, co z ich polecenia ssali kraj. Na najpotrzebniejsze rzeczy nie było pieniędzy. Młody nauczyciel wiejski, który w czasie rewolucji marzył o uniwersytecie i wygłaszał szumne mowy o swobodnym dostępie do kariery dla uzdolnionych ludzi, o braterstwie ludów i związku narodów, który protestował przeciwko polityce silnej pięści i tajnej dyplomacji, przeciwko militaryzmowi i nacjonalizmowi - ucichł od dawna. Zamiast 40 uczniów miał teraz w szkole 80. A przecież z dachu izby szkolnej ciekł deszcz, i ani gmina ani rząd nie miały środków na zaradzenie temu.

Również majtek Jurgen zaniemówił. Najpierw spędził pewien czas w Berlinie. Co tam robił, o tym nie było można się dowiedzieć. Dość, że pewnego dnia zjawił się znów we wsi z rzadką miną, ale zadowolony, że może objąć w posiadanie domek i kilka hektarów ziemi od starego ojca. O swych bohaterstwach rewolucyjnych nie wspominał więcej. Seelow z mozołem przebijał się przez życie. Zrazu próbował wsączać w ludzi rozsądek, lecz słowa jego były z góry skazane na bezpłodność. Był przecież właścicielem majątku, oficerem i w dodatku szlachcicem. Panowie dziennikarze w mieście okręgowym wiedzieli wszystko o wiele lepiej i - inaczej. Jako prawdziwi przyjaciele ludu mieli ogólny posłuch, a nie dziedzic. Więc wreszcie i on ucichł, pozostawiał ludzi ich myślom. Oprócz starej gospodyni, co pielęgnowała go jeszcze jako dziecko, i swego ordynansa, który przez cały czas wojny był przy jego boku a potem służył u niego jako foryś i kamerdyner, nie miał nikogo, z kim mógłby zamienić kilka słów. Przez pewien czas stosunki z sąsiedztwem wprowadziły trochę urozmaicenia w jego życie. Właściciela Bornhagen poznał bliżej na wojnie, po której powrócił on do domu ciężko chory. Żona, młoda osoba, pielęgnowała go z poświęceniem, a Fritz pomagał jej o tyle, że bawił chorego rozmową i rozweselał go jak mógł. Po śmierci sąsiada Seelowa służył młodej wdowie radą i pomocą w gospodarstwie. Przedtem pełen podziwu dla jej poświęcenia przy boku chorego męża, teraz obserwował z uznaniem jej energię, z jaką zabrała się do kierowania sprawami majątku. Gdy opanowała sytuację, Seelow stał się zbędnym, lecz ona stała się dlań niemal niezbędną, i pewnego dnia oświadczył się o jej rękę. Pani Irmgard wysłuchała słów jego poważnie, po czym spojrzała mu w oczy.

- Zobowiązał mnie pan wielce i pragnęłabym spełnić dług wdzięczności, lecz prośby pańskiej spełnić nie mogę - rzekła - Nie mogę. My, kobiety niemieckie nie rozumiałyśmy wielu rzeczy w epoce upadku i przewrotu. Pytałyśmy się, gdzie byli nasi mężowie, gdzie byli prawdziwi mężowie niemieccy, gdy wszystko w państwie zachwiało się i runęło? Gdzież podziały się przysięgi wierności, duma, męskość? Być może, żądamy za wiele, lecz dość, że kolec pozostał w mej piersi i wielu innych kobiet. Nie mogę tego uczucia w sobie pokonać i ślubowałam, że nie oddam ręki już nikomu, dopóki Niemcy leżą powalone w prochu. Dopiero gdy zmyjemy z siebie niewysłowioną hańbę, gdy nasi mężowie znów będą mogli podnieść głowę z dumą i poczuciem wolności, dopiero wówczas mogłabym oddać się komuś na własność i to jedynie komuś, co przyłożył rękę do dzieła zmartwychwstania. A jeśli dnia tego nie doczekam... to będą musiała się tego wyrzec, chociaż to niełatwo, panie Seelow. 

On pożegnał ją krótko i pocwałował do domu, jakby z goryczą na języku. Czegóż żądała odeń ta kobieta? Jakżeż miał on naraz wyzwolić Niemcy z pęt? Obłęd, chimera kobieca. Wtedy przechadzki jego po pokoju dworu w Woltersdorfie trwały dłużej niż zwykle, a ruchy jego zdradzały, że miota nim burza. A nie doprowadziły do niczego i kończyły się zwykle jednym z całym przekonaniem wyrzuconym słowem: głupstwo! Pewnego dnia wszakże rotmistrz siadł do biurka i skreślił list do dawnego przyjaciela z akademii wojskowej Wernera Sollinga, który jako pozasłużbowy major sztabu generalnego mieszkał w Berlinie i był w stosunkach ze wszystkimi wielkomiejskimi kołami. Zapytał go, co tam ludzie w tym wielkim środowisku myślą i robią, i czy na horyzoncie nie pojawia się już blask jutrzenki odrodzenia. Odpowiedź nie brzmiała zbyt radośnie, nie budziła nadziei. Ot, ludzie pracowali w różnych kierunkach, robili co mogli, lecz tym czasem nie było widać żadnej możności polepszenia doli. Gdyby wszakże potrzeba było pomocy, Werner Solling obiecywał nie zapomnieć o przyjacielu. 

Upłynął od tego czasu bodaj rok. Pani Irmgard widywała Fritza tylko rzadko i przelotnie. Wyrzekł się on nadziei, aby miała zmienić swe postanowienie. Aż raptem spadł nań ten list! Cóż mogło nagle zajść tak ważnego? Czytając gazety wiedział, że w położeniu politycznym nie zaszła żadna, nawet najmniejsza zmiana. Nonsensem wydawało się spodziewać jakiejkolwiek poprawy w sytuacji Niemiec. A miał zapomnieć o zasiewach wiosennych i wyjeżdżać do Berlina - na kilka miesięcy. Jednakże Werner nie był przecież fantastą, pisząc do niego tak stanowczo, miał do tego ważny powód. Nie pozostawało przeto nic innego jak jechać i to zaraz pojutrze, jeśli przy wadliwej komunikacji miał przybyć nad Sprewę na czas. Przypomniał sobie ów dawny list, w którym Werner pisał, że nie zapomni o nim, jeśli będzie można uczynić cokolwiek dla dobra ojczyzny. Czyżby miał dla niego jakaś misję? Tak trzeba było przypuszczać. A więc musiał jechać, a przedtem pożegnać się z panią Irmgard. Na tym stanęło, gdy późno po północy skończył swą przechadzkę po pokoju.  

   
 
 
CDN.

piątek, 25 czerwca 2021

POŻEGNANIE Z EURO 2020/21

 NIE MOGŁEM SOBIE DAROWAĆ 

TEJ MAŁEJ ZŁOŚLIWOŚCI





  
 W zasadzie nie ma o czym pisać, gdyż należałoby po prostu wrócić do starej śpiewki kibiców reprezentacji Polski i zadeklamować: "Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!" Pytanie tylko czy warto, gdyż czas poświęcony na oglądanie meczów polskiej reprezentacji (szczególnie pod przewodem trenera Paulo Sousy - choć po prawdzie to też nie jest do końca jego wina, być może miał za mało czasu na odpowiednie przygotowanie i "dotarcie" drużyny), wydaje się być czasem straconym i w zasadzie gdyby nie Robert Lewandowski i może jeszcze Wojtek Szczęsny, który w meczu z Hiszpanią fenomenalnie bronił swojej bramki, to w zasadzie nie ma żadnego powodu, by o kimkolwiek w drużynie napisać coś pozytywnego. Po upokarzającym blamażu ze Słowacją, meczu z Hiszpanią miałem nie oglądać, ale ze względu na to że wybraliśmy się na wypoczynek i spotkałem dawnego kumpla ze szkoły, mecz wydawał się jakoby naturalną rozrywką miło spędzonego czasu na łonie natury. Co zaś się tyczy spotkania ze Szwecją, to po drugiej bramce strzelonej przez Forsberga, wyłączyłem telewizor i dopiero po jakimś czasie, gdy od sąsiada (dwa domy dalej) dało się słyszeć gromkie okrzyki, ponownie sprawdziłem wynik i było 1:2 a wkrótce potem Lewandowski podwyższył wynik na 2:2 i był remis. Przyznam się szczerze, że miałem jeszcze cień nadziei, że uda się strzelić tą trzecią, ostatnią i zwycięską bramkę. Udało się, ale Szwedom i spotkanie zakończyło się wynikiem 2:3 dla Szwecji. 






Nie ma sensu komentować gry naszej reprezentacji, ale w sieci jest piękne podsumowanie ostatniego mundialu z 2018 r. autorstwa Kabaretu Młodych Panów, który dokładnie podsumowuje nie tylko tamten mundial, ale również i Euro 2020/1, zakończone dla nas w fazie grupowej (jak zwykle, w ostatnich latach raz tylko w 2016 r. udało się nam wyjść z grupy). Zapraszam zatem do obejrzenia tego zabawnego skeczu i pamiętajcie proszę że nadzieja zawsze umiera ostatnia... dopiero po nadziei może umrzeć kibic polskiej reprezentacji. 😏
 


NAJZABAWNIEJSZE MOMENTY
 


"MOŻE TRZEBA BYŁO SIĘ BARDZIEJ POSTARAĆ, TAK JAK SENEGAL - MIELI SWOJEGO SZAMANA"

"U NAS TEŻ BYŁ BISKUP, POŚWIĘCIŁ AUTOKAR, WSPÓLNIE MODLILIŚMY SIĘ ABY BYĆ DŁUŻEJ NIŻ NIEMCY I SIĘ UDAŁO" 😄

"JAK MAM SIĘ DO PANA ZWRACAĆ?"

"TO MOŻE ORZEŁ"

"ROZUMIEM, ORŁY NAWAŁKI"

"NIE ROZŚMIESZAJ MNIE, ORZEŁ BO MI TO LATA" 😅

"W TAKIM RAZIE, CO NIE ZAGRAŁO?"

"STARY, TAM NIC NIE GRAŁO OD POCZĄTKU... 😄

"WZIELIŚMY W NOCY TEGO NAWAŁKĘ DO BAGAŻNIKA I DAWAJ Z NIM DO LASU, WYCIĄGAMY GO I MÓWIMY "CHŁOPIE, KOPIESZ GRÓB... PRZEPRASZAM, ALE TEN GŁOS TAKI FAJNY, PONIOSŁO MNIE" 😂

"GLIK NIE MÓGŁ GRAĆ!"

"CZYLI NIE BYŁ W FORMIE?"

"ON BYŁ W SZCZYTOWEJ FORMIE, ON PO TRZY, CZTERY REKLAMY DZIENNIE GRAŁ" 😄

"O CO WYŚCIE TAM W OGÓLE POJECHALI?"

"TEN MUNDIAL, TO BYŁY NAJLEPIEJ ZORGANIZOWANE WCZASY W ŻYCIU, NIGDY SIĘ TAK DOBRZE NIE BAWILIŚMY" 😎

"ALE JAK TO, PRZECIEŻ JUŻ PO PIERWSZYM MECZU WSZYSCY WIDZIELIŚMY U WAS ŁZY"

:ŁZY, ŁZY - WSZYSCY LALIŚMY ZE ŚMIECHU, BO KAŻDY WIDZIAŁ JAK GRAMY" 😂

"ALE TO CO, NIE CHCIELIŚCIE WYJŚĆ Z GRUPY?"

"CHCIELI, NIE CHCIELI - CHŁOPAKI MIELI JUŻ ŻYCIE POUKŁADANE, PAZDAN NA LIPIEC MALARZY MIAŁ ZAMÓWIONYCH W DOMU. POWIEM TAK - TEN MUNDIAL NAS TROCĘ ZASKOCZYŁ" 😁




 

HISTORIA POLSKIEGO KOMUNIZMU - Cz. V

INTERNACJONALIZM

NA ZIEMIACH POLSKICH

 
 
OBŁĘDU CIĄG DALSZY
 
 
 
POLSKA SOCJALNO-REWOLUCYJNA
PARTIA "PROLETARIAT" (II)
Cz. II 






"LEPIEJ ZGINĄĆ W OBRONIE KLASY ROBOTNICZEJ NIŻ POWOLNĄ ŚMIERCIĄ GŁODOWĄ Z RĄK FABRYKANTA. NIE ZAPOMINAJMY ŻE PO TRUPACH NASZYCH SOCJALIZM DOJDZIE DO TRIUMFU!"


FRAGMENT ODEZWY KOMITETU ROBOTNICZEGO (I PROLETARIATU)
WARSZAWA - 9 Listopada 1883 r.


 
 Powstający w latach 60-tych i 70-tych XIX wieku socjalizm polski, był na najlepszej drodze do przeistoczenia się w silny ruch patriotyczno-społeczny, tym bardziej że polskie koła konserwatywne były coraz bardziej nastawione lojalistycznie do zaborców, w tym oczywiście również do zaborcy rosyjskiego. Początkowe skupienie się na antagonizmach istniejących pomiędzy klasami społecznymi i próba wypracowania zasad przebudowy (lub reformy) ustroju gospodarczego - mogła się dokonać nie poprzez jakiś abstrakcyjny "proletariat" i partię tym proletariatem sterującą, ale poprzez ludzi dobrej woli z różnych klas społecznych. I to był właśnie ten polski pierwiastek pierwotnego ruchu socjalistycznego, który jednak został zupełnie zatracony i podporządkowany pierwiastkom obcym, kosmopolitycznym, które to do Polaków przenikały z Zachodu, przez... Rosję. Głównym celem polskiej koncepcji socjalistycznej powinno być przede wszystkim dążenie do odzyskania niepodległości Polski, a dopiero potem zreformowanie stosunków społecznych, ale na zasadzie ogólnonarodowego kompromisu wszystkich klas społecznych. Jednak to, co z Zachodu przyszło do Polski przez Rosję, było antytezą takich właśnie koncepcji. Jak już wspomniałem w poprzednich częściach, grupą najbardziej zrewolucjonizowaną i rozpolitykowaną w Rosji (i nie tylko w Rosji) byli studenci. Natomiast liczba Polaków, studiujących na rosyjskich uczelniach od lat 70-tych XIX wieku, regularnie się zwiększała, rocznie o ok. 2000 studentów. W Petersburgu w 1869 r. pierwszy spis ludności wykazał 11 157 osób, deklarujących język polski jako swój język ojczysty, w 1890 r. już 22  307 osób. W Moskwie w 1871 r. było 3600 Polaków, w Odessie w 1873 r. - 6000, w Rydze w 1881 r. 3100, zaś w Tyflisie w 1876 r. zamieszkiwało 2600 osób narodowości polskiej. Pierwsze polskie kółka studenckie na rosyjskich uniwersytetach powstały w latach 40-tych XIX wieku, a największym z nich było "Towarzystwo Polaków Studentów w Petersburgu". Nic więc dziwnego, że to właśnie stamtąd szły główne idee socjalistyczne i tam też najsilniej rozwijała się marksistowska ideologia.

Po upadku I Proletariatu z Waryńskim, Kunickim, Dicksteinem i Konem w 1883/1884 r. (choć partia ta oficjalnie istniała do 1886 r.), zwanego też "Wielkim Proletariatem", w 1888 r. grupka polskich studentów z rosyjskich uniwersytetów, zafascynowanych terrorystyczną działalnością Narodnej Woli, postanowiła uczynić terror podstawą walki mas o "proletariackie wyzwolenie". Byli to jednak przede wszystkim studenci, którzy niejednokrotnie nigdy nawet nie trzymali w ręku rewolweru, nie mówiąc już o bardziej złożonych konstrukcjach bojowych (tak jak miało to miejsce chociażby w przypadku konstruktorów bomb: zabójcy cara Aleksandra II z marca 1881 r. - Ignacego Hryniewieckiego, oraz Józefa Łukaszewicza, konstruktora bomby w nieudanym zamachu na życie cara Aleksandra III z 1887 r.). Jednak II "Proletariat" - jak też owi studenci nazwali swoją partię, opierał się przede wszystkim na walce terrorystycznej i na koncepcjach Francuza: Augusta Blanqui'ego, który pisał że: "obowiązkiem rewolucjonisty jest ciągła walka" i dodawał (w swej instrukcji z 1868 r.): "Tysiące młodych, wykształconych ludzi, robotników i mieszczan drżą pod znienawidzonym jarzmem. Czy myślą o tym, by sięgnąć po miecz? Nie! Sięgają po pióro, ciągle po pióro, nic tylko po pióro. Dlaczego nie pragną jednego i drugiego równocześnie, tak jak nakazuje obowiązek republikanina? W czasach tyranii pisanie jest rzeczą dobrą, ale walczyć jest rzeczą jeszcze lepszą, szczególnie gdy zniewolone pióro jest bezsilne. (...) Bojownicy ludowi górują nad przeciwnikiem ofiarnością, a zwłaszcza świadomością celów walki. (...)  Czego więc brak im do zwycięstwa? Brak im jedności i umiejętności wspólnego działania, brak im tej wartości, która dodaje sił, pomaga w skoncentrowaniu wszystkich wysiłków w jednym kierunku - szeregom ludowym brak organizacji. Bez niej nie ma żadnej nadziei na zwycięstwo. Organizacja daje gwarancję zwycięstwa, rozproszenie sił zapowiada zagładę". Ale przede wszystkim czerpali oni "natchnienie" dla swych działań z aktów terrorystycznych Narodnej Woli (w której również było bardzo wielu Polaków i nie tylko ci dwaj wyżej wymienieni konstruktorzy bomb).

II Proletariat założyli doktrynerzy - Ludwik Krzywicki, Ludwik Kulczycki i Marcin Kasprzak, którzy pragnęli stać się wielkimi bojowcami-rewolucjonistami. Z tej trójki jedynie Kasprzak wypełniał definicję prawdziwego terrorysty, gdyż pozostała dwójka to byli głównie pisarze - Krzywicki był socjologiem i antropologiem, zaś Kulczycki znawcą doktryn politycznych (dziś powiedzielibyśmy o nim - politolog). Ale za to Marcin Kasprzak był nie tylko rewolucjonistą-terrorystą, lecz również i niezłym... psychopatą (o jego wybrykach usłyszymy jeszcze, gdy będzie on członkiem Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy i III Proletariatu). Działalność II Proletariatu była nieco komiczna, ponieważ jego członkowie zakładali sobie daleko idące akcje terrorystyczne, obejmujące działalność ekonomiczną (podkładanie bomb pod te fabryki, których szefostwo nie godziło się na ultimatum partii w sprawie "zaprzestania wyzysku robotników"), działalność dezorganizatorską, zwaną też centralną (skopiowaną głównie z Narodnej Woli, a polegającą na dokonywaniu zamachów na przedstawicieli władzy, w celu destabilizacji sytuacji politycznej w kraju), działalność obronną (ochrona partii przed wrogami zewnętrznymi i agentami policji, zwanymi w marksistowskiej nowomowie "prowokami"). Dochodził do tego jeszcze terror rabunkowy (ekspropriacyjny) polegający na dokonywaniu rabunków, w celu zbierania funduszy na działalność partyjną. Jednak żadna z tych zapowiadanych form terrorystycznych nigdy nie została użyta przez członków II Proletariatu. W 1891 r. doszło jednak do rozłamu w partii i jej szeregi opuściła grupa, która nie zgadzała się na terrorystyczne akcje, jakie zapowiadało szefostwo partii, a grupie opornych, przewodził Edward Abramowski - założyciel Zjednoczenia Robotniczego, które w 1892 r. przyłączyło się do Polskiej Partii Socjalistycznej. W 1893 r. doszło też do samorozwiązania II Proletariatu i przejścia większości jej członków do nowej, marksistowskiej partii - SDKPiL (część działaczy znalazła się także w PPS.   
 
 
 
 
ZWIĄZEK ROBOTNIKÓW POLSKICH 
 


"MAS DO WALKI TAKIEJ NIE POTRZEBUJEMY POWOŁYWAĆ, WALKA TAKA WYNIKAĆ WINNA Z JEDNOSTKOWEJ DZIAŁALNOŚCI, PRZYBIERAĆ CHARAKTER SKRYTEJ, TAJEMNICZEJ KARY I ZEMSTY" 


 
 Istniał w latach 1889 - 1892 i był złożony prawie wyłącznie z robotników, co też stanowiło prawdziwy ewenement wśród partii socjalistycznych (składających się głównie z rozpolitykowanych studentów i idealistów społecznych). Związek Robotników Polskich nie godził się na żadne formy terroru zbiorowego czy indywidualnego, a opierał się na walce o codzienny byt robotnika i starał zapewnić mu wsparcie, natomiast polityczne cele ideologii marksistowskiej (czyli krwawej rewolucji proletariackiej), odkładał na czas późniejszy. Członkowie ZRB czerpali przede wszystkim z tradycji tzw.: rosyjskich "ekonomistów" (zwanych później mieńszewikami, których ostatecznie Lenin kazał wymordować). Do założycieli tej partii, należeli m.in.: Stanisław Grabski, Adolf Warszawski-Warski, Ludwik Krzywicki i Julian Marchlewski (Karski). Partia w większości została rozbita aresztowaniami z listopada 1891 r., zaś w listopadzie 1892 r. część członków tej organizacji przyłączyła się do stworzonej właśnie Polskiej Partii Socjalistycznej (niektórzy zaś, jak Adolf Warszawski-Warski, czy Julian Marchlewski odnaleźli się w SDKPiL-u). 

 
  

POLSKA PARTIA SOCJALISTYCZNA
(CZYLI BIAŁO-CZERWONI REWOLUCJONIŚCI)
Cz. I



"POSTANOWIŁEM PO POWROCIE DO KRAJU WSTAPIĆ DO PROLETARIATU I STARAĆ SIĘ ZREFORMOWAĆ GO W KIERUNKU, KTÓRY OBECNIE NAZYWA SIĘ P.P.S-owym (...) Z TYM POSTANOWIENIEM PRZYJECHAŁEM DO DOMU W DRUGIEJ POŁOWIE 1892 r. I... KU WIELKIEJ SWEJ RADOŚCI PRZEKONAŁEM SIĘ, ŻE MOJA ZAMIERZONA PRACA REFORMATORSKA JEST JUŻ ZBYTECZNĄ"


JÓZEF PIŁSUDSKI
"JAK STAŁEM SIĘ SOCJALISTĄ"
PISMA ZBIOROWE - WARSZAWA Tom II - 1937 r.






 Początkowo zastanawiałem się, czy tę partię w ogóle umieścić w temacie, ponieważ najmniej tu ona pasuje. Jednak po przeanalizowaniu wszystkich "za" i "przeciw", doszedłem ostatecznie do wniosku, że jednak należy ją umieścić w tym zestawieniu, a to dlatego, że była to także partia oparta na marksistowskich założeniach, jedynie akcenty zostały w niej nieco inaczej postawione, wysuwając na czoło przede wszystkim hasło odzyskanie przez Polskę niepodległości, a dopiero potem dążenie do systemowych zmian politycznych (jednak co ciekawe - odrzucali oni w większości rewolucję, jako konieczność dziejową zaprowadzenia "dyktatury proletariatu" i upadku "Starego Świata"). Dlatego też jedynie wspomnę o tej partii, gdyż z prawdziwym marksizmem-rewolucjonizmem nie miała ona wiele wspólnego. Początki tej partii sięgają spotkań w mieszkaniu Dominika Rymkiewicza przy ulicy Święciańskiej w Wilnie, gdzie grupka socjalistów (sierot po rozbitym przez carską policję Wielkim Proletariacie) zbierała się, aby wspólnie czytać zakazane książki i socjalistyczne broszury. Częstymi gośćmi Rymkiewicza byli: Kazimierz Pietkiewicz, Aleksander Sulkiewicz (którzy dojeżdżali z Warszawy), Kazimierz Rożnowski, Witold Jodko-Narkiewicz, Roman Dmowski (zamieszkały wówczas w Mitawie) i kilku innych. Potem (w połowie 1892 r.) doszedł jeszcze, niedawno zwolniony z syberyjskiego zesłania - 25-letni Józef Piłsudski. Partia została jednak oficjalnie założona w Paryżu w listopadzie 1892 r. z połączenia Związku Robotników Polskich, Zjednoczenia Robotniczego i członków rozbitego Wielkiego Proletariatu. Program nowej partii (która wówczas jeszcze nosiła nazwę Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich - jako że założona została głównie przez socjalistycznych emigrantów polskiego pochodzenia i jedynie Sulkiewicz oraz Jan Stróżecki byli jedynymi reprezentantami z "kraju") głosił konieczność walki o niepodległość Polski (która miała powstać jako demokratyczna republika w federacji z Litwą i Rusią) a także dążenie do budowy socjalizmu na zasadach ewolucyjnych, nie zaś rewolucyjnych. Polska Partia Socjalistyczna została założona w styczniu 1893 r. z inicjatywy Stanisława Mendelsona i kilku innych działaczy emigracyjnych. W tamtym czasie starano się rozszerzyć działalność partii, poprzez nawiązanie kontaktów z Ligą Narodową, ale to nie wypaliło na dłuższą metę. 




Głównym pismem nowej partii był, wydawany w Londynie od 1891 r. "Przedświt". W listopadzie 1892 r. redaktorem naczelnym tego pisma został Witold Jodko-Narkiewicz, który w maju 1893 r. z narażeniem swego życia przewiózł maszynę drukarską z Londynu przez granice do kraju i odtąd "Przedświt" wydawany był już w Kongresówce. W piśmie tym przede wszystkim drukowano artykuły związane z potrzebą walki o niepodległość Polski, zaś tematyka marksistowska... była marginalna i gazeta ta nie przypominała klasycznego pisma socjalistycznego. Potem, w lipcu 1894 r. (pierwszy numer z 12 lipca) ukazał się "Robotnik", już pod redakcją Józefa Piłsudskiego i Aleksandra Sulkiewicza. Pismo to było praktycznie całkowicie zdominowane przez tematykę niepodległościową, zaś wątki socjalistyczne były tam przemycane jedynie po to, aby gazeta zachowała swój socjalistyczny korzeń. Piłsudski jednak tematykę socjalistyczną zawsze traktował marginalnie i tylko jako środek, służący zjednoczeniu narodu do walki z zaborcą (w 1931 r., w wywiadzie przeprowadzonym przez dziennikarza - Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego, Marszałek mówił: "Wówczas panowała moda na socjalizm. (...) Ja nigdy nie miałem do tego głowy. (...) "Kapitału" Marksa nie byłem w stanie przeczytać do końca, choć wciąż podejmowałem kolejne próby (...) Wtedy socjalizm był najbardziej rozwojową ideą walki o wolność, dziś zaś stał się okrutnym systemem tyranii i zniewolenia ludzkości"). Pierwszy zjazd PPS odbył się w lasach ponarskich pod Wilnem (czerwiec/lipiec 1893 r.). Zjechali tam przedstawiciele wszystkich trzech sekcji: warszawskiej, wileńskiej i petersburskiej. To właśnie podczas tego zjazdu, zapadła decyzja o rozpoczęciu wydawania "Robotnika" oraz jeszcze raz podkreślono (choć część działaczy była temu przeciwna) konieczność odzyskania niepodległości i budowy samodzielnej "Rzeczpospolitej demokratycznej". Piłsudski stale o tym pisał na łamach "Robotnika", tak jak choćby w numerze 9: "Hasłem (...) może być tylko Niepodległa Polska, która dzięki wpływowi proletariatu inną, niż demokratyczna, być nie może (...) Niepodległość Polski to śmierć caratu!" Wiele było tam informacji na temat przymusowej rusyfikacji, zakazie mówienia w języku polskim w szkołach, urzędach a nawet na ulicach (nic dziwnego że mając takie traumy z dzieciństwa, Józef Piłsudski stwierdził potem: "Gdy zdobędę Moskwę, każę napisać na murach Kremla - zabrania się mówić po rosyjsku", jednak gdy miał takową okazję, nigdy z niej nie skorzystał i wolał pójść na Kijów zamiast na Moskwę, nie popełniając tym samym błędu Napoleona, który gdyby poszedł na Kijów zamiast na Moskwę i zaczął odnawiać na tych ziemiach dawną Rzeczpospolitą, wygrałby wojnę roku 1812 w cuglach, podobnie jak ten idiota Hitler, który potrafił z kretesem przegrać już wygraną wojnę ze Związkiem Sowieckim). 

Tematyka antycarska i antyrosyjska wielokrotnie przewijała się na łamach "Robotnika". Np. z okazji śmierci cara Aleksandra III w 1894 r., Piłsudski w "Odezwie na śmierć cara Aleksandra III" tak pisał o tym monarsze: "Tchórzliwy despota, cierpiący na obłęd samowładzy absolutnej i szowinizmu narodowego - oto co powie o nim historia (...) Dobrze pojęty interes klasowy każe nam się domagać Niezależnej Polski (...) Wezwiemy w końcu do walki te miliony różnych ludów, które, jak my, skuci są kajdanami carskiej niewoli. Przed taką siłą nie ostoi się potęga caratu". To dobitnie pokazywało cele PPS-u: najpierw Niepodległość i sojusz z innymi uciemiężonymi przez Rosję narodami, potem odbudowa Polski w federacji z Litwą i Rusią w granicach z 1772 r. , a dopiero na końcu socjalizm (jeśli w ogóle będzie na to jeszcze czas 😂). I tym sposobem Józef Piłsudski (nie tylko on zresztą, ale głównie to była jego koncepcja) stworzył zupełnie nowy rodzaj socjalizmu - socjalizmu bez żadnych socjalistycznych konotacji (😅), a jedynie pod biało-czerwonym sztandarem z Orłem Białym lecącym ku Niepodległości. Nic dziwnego że wielu marksistowsko nastawionych członków PPS-u widziało w Piłsudskim zagrożenie dla zapowiadanej przez Marksa i Engelsa rewolucji komunistycznej. 







PS: W kolejnej części przejdziemy już do głównego "raka" tego tematu, zatruwającego polską scenę polityczno-społeczną na długie dekady, czyli do Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy - typowo marksistowskiego tworu, z którego potem wykluły się: Komunistyczna Partia Polski, Polska Partia Robotnicza i ostatecznie Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Zaś dziś popłuczyny tamtych totalitarnych zamordystów, próbują nam tu zaimplementować rewolucję w stylu gender-elgiebete. 






CDN.

środa, 23 czerwca 2021

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. XXIII

NAJWAŻNIEJSZE I (NIEKIEDY) 

NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI

GWAŁTÓW W HISTORII

 
 



 145 r. p.n.e.

GWAŁT NA WESELU

Cz. IX




KAMBYZES II JAKO WŁADCA EGIPTU
(KAPŁANI SETA I HORUSA PRZEPROWADZAJĄ 
PROCEDURĘ PURYFIKACJI)



 
 BÓG Z ODLEGŁEJ KRAINY
Cz. IX
  
 
 Ponieważ temat ten nieco się wydłużył o wydarzenia w Helladzie (choć bez wątpienia istotne, biorąc pod uwagę fakt, że to właśnie z Macedonii i Grecji nadejdzie ostatecznie wyzwolenie Egiptu z perskiej niewoli), powróćmy zatem teraz ponownie do Egiptu. Kraj ten został zajęty przez Persów króla Kambyzesa II w 525 r. p.n.e. (według legendy, powodem wojny miało być oszustwo faraona Ahmose II [Amazisa], który zamiast swej własnej córki - z którą nie chciał się rozstawać - posłał Kambizesowi jako kandydatkę na żonę, córkę swego poprzednika Apriesa, niejaką Nitetis. Cała sprawa jednak szybko się wydała i rozgniewany Król Królów postanowił ukarać za to Egipcjan - tyle mówi sama legenda). Po zwycięstwie w bitwie pod Peluzjum oraz zdobyciu twierdz: w Sais, Heliopolis i w Memfis - Egipt stał się kolejną perską satrapią o nazwie Mudraia (potem Kambizes wyprawił się w górę Nilu, zajął Oazę Charga, dotarł do drugiej katarakty i posłał swych szpiegów do kraju Kusz na południe od Egiptu. Poniósł jednak też i klęski, gdy jego wysłany w celu zajęcia Oazy Amona-Re, oddział, został zasypany przez burzę piaskową). Rządy Kambizesa II przedstawiano potem - głównie w greckich kronikach - jako ewidentny przykład krwawej tyranii. Kambizes miał bowiem kazać zabić świętego byka Apisa i próbować spalić wyrocznię Amona-Re. Jednak w rzeczywistości rządy Kambizesa były raczej znośne dla Egipcjan (to prawda że za jego panowania święty byk Apis zdechł - 524 r. p.n.e. - ale perski władca nie miał z tym nic wspólnego, a potem nakazał umieścić swe imię na jego oficjalnym sarkofagu, tak, jak czynili to wcześniej rodzimi faraonowie. Zaś jego to rządów narodził się kolejny święty byk Apis, który żył do 518 p.n.e.). Kambizes dbał także o egipskie świątynie i wypędził z Sais, ze świątyni "Boskiej Matki Neit" greckich kolonistów, którzy w jej pobliżu pobudowali sobie domy. Po śmierci Kambizesa i objęciu władzy w Persji przez maga Gaumatę (podającego się za zamordowanego na polecenie Kambizesa jego młodszego brata Bardiję) w marcu 522 r. p.n.e. w Imperium Perskim doszło do wielkich buntów podbitych krain, które to otrzymały wspólną nazwę perskiej "Wiosny Ludów". Zbuntowali się wówczas również i Egipcjanie, ale ich bunt był słaby (w porównaniu do innych ludów Imperium) i wkrótce potem został zdławiony (łącznie Imperium trwało w stanie rozbicia i chaosu przez ponad półtora roku, zaś ostatnie bunty zakończyły się w listopadzie 521 r. p.n.e.).

Na tronie "dobrego kraju z dobrymi końmi i dobrymi mężami" (jak sami Persowie o sobie mawiali) czyli "Parsy", zasiadł teraz (po zamordowaniu Gaumaty we wrześniu 522 r. p.n.e.) "Chszajathija Chszajathijanam" (czyli Król Królów) Dariusz I z bocznej linii dynastii Achemenidów. Egipt pod jego rządami rozwijał się wspaniale i był prawdziwym "klejnotem" w koronie Imperium Persów. W 519 r. p.n.e. zarządził on dogłębną kodyfikację prawa egipskiego (prace te trwały kilkanaście lat) obejmującą wszystkie dziedziny życia i angażującą w to zarówno kapłanów, pisarzy jak i żołnierzy. W 518 r. p.n.e. osobiście przyjechał nad Nil i objechał kraj przeprowadzając jego dogłębną inspekcję (wznowił zarzucone po 525 r. p.n.e. prace nad przekopem kanału pomiędzy Nilem a Morzem Czerwonym, otworzył kamieniołomy w Wadi Hammat, dając pracę tysiącom robotników, oraz nakazał budowę świątyni Amona-Re w Oazie Charga). Dariusz traktował Egipcjan na równi z Persami i Medami - co było prawdziwym ewenementem, ale pod jego rządami Egipcjanom żyło się dobrze i można wręcz powiedzieć że nastąpiła rewitalizacja kultury z czasów saickich (XXVI dynastia). Król Królów polecił również egipskiemu generałowi o imieniu Amazis, przeprowadzenie uroczystego pochówku (urodzonego za Kambizesa II) byka Apisa, który wówczas zdechł. Dariusz kazał się też umieszczać w scenach świątynnych, jako egipski faraon (np. w Oazie Charga dwóch bogów - Chnum i Ptah - lepi Dariusza na kole garncarskim, jako "przywódcę świata", zaś na innym świątynnym reliefie Dariusz stoi w objęciach dwóch egipskich bogiń: Mut, która karmi władcę i Amonet przekazująca mu dar życia, powodzenia i zdrowia). Mimo to, po śmierci Dariusza (październik 486 r. p.n.e.) Egipcjanie w Delcie znów się zbuntowali (pod dowództwem lokalnego wielmoży - Psammetycha), zaś rebelię tę zdławił syn i następca Dariusza - Kserkses I w 484 r. p.n.e. (w 480 r. p.n.e. egipskie okręty wojenne w służbie perskiej, brały udział w bitwie z Ateńczykami pod Salaminą). Na dwadzieścia lat znów zapanował spokój w kraju nad Nilem, jednak czasy względnej autonomii i rozwoju egipskiej kultury - tak jak to było za rządów Dariusza Wielkiego - odeszły w zapomnienie, zaś w kraju dawała się odczuć coraz wyraźniejsza perska okupacja (Kserkses dążył do pozbawienia Egipcjan złudzeń co do możliwości odzyskania niepodległości i w tym celu - poprzez swego młodszego brata Achemenesa, którego mianował satrapą Egiptu - starał się prowadzić taką politykę, aby uświadomić Egipcjanom że tylko lojalność i posłuszeństwo wobec Króla Królów zapewni im bezpieczeństwo i dalszy rozwój kraju).

Gdy Kserkses I zmarł (sierpień 465 r. p.n.e.) Egipt ponownie powstał do buntu i walki o swoją wolność. Tym razem hasło do powstania rzucił libijski książę Inaros - syn wodza poprzedniego buntu Psammetycha, który to po klęsce tamtego powstania musiał uchodzić do Libii (wówczas nie zajętej przez Persów). Dołączył do niego książę Amyrtajos - potomek ostatnich niezależnych władców Egiptu. Bardzo szybko opanowali oni całą Deltę i zdobyli Memfis. Nawiązali też sojusz z Ateńczykami i dzięki ich wsparciu zwyciężyli bitwę pod Papremis (460 r. p.n.e.) w której poległ satrapa Egiptu - Achemenes. Wydawało się, że odrodzenie dawnego Egiptu jest już tylko kwestią czasu, jednak na nieszczęście, ateńskie okręty zostały zablokowane na mieliźnie w Delcie w rejonie Sais (gdy wpłynęły na Nil), co spowodowało iż załogi te musiały skapitulować, a Ateny wycofały się ostatecznie z tego konfliktu. Osamotnieni Egipcjanie walczyli jednak dalej. W 454 r. p.n.e. Inaros został rozbity w bitwie i uwięziony na wyspie Prosopis, a następnie przewieziony do Suzy i tam publicznie stracony. Amyrtajos toczył jeszcze partyzanckie walki przez kilka kolejnych lat, aż ok. 450 r. p.n.e. nowy perski satrapa - Sasarmas (listę poszczególnych satrapów przedstawiłem w poprzednich częściach) ofiarował mu honorową kapitulację oraz gwarancję nietykalności dla niego samego i jego potomków (syn Amartajosa - Pausiris oraz syn Inarosa - Tamyras, znaleźli się nawet w gronie nowych doradców Sasarmasa, a ich włości i urzędy zostały im zwrócone), na co ten przystał, nie widząc sensu prowadzenia dalszej walki. W Egipcie znów wprowadzono swoistą polityczną "odwilż" (uznając że polityka represji i rabunków - którą prowadził Kserkses - do niczego nie prowadzi i na dłuższą metę jest przeciw skuteczna). Znów satrapowie deklarowali swoje wsparcie dla egipskich świątyń, bóstw i kapłanów (głównie opierano się na pozyskaniu kapłanów i możnych, zdając sobie sprawę że to właśnie oni mają największy wpływ na resztę egipskiego ludu), a do praktyki perskich naczelników w Egipcie weszło też i zmienianie sobie imion z perskich na egipskie, poślubianie Egipcjanek a nawet przyjmowanie egipskiej wiary (podobnie czyniono w satrapiach Azji Mniejszej, gdzie Persowie brali sobie za żony Greczynki i częstokroć deklarowali się jako wyznawcy greckich bogów).




Dopiero konflikt, jaki wybuchł w Syene w 410 r. p.n.e. doprowadził do zmiany uległego już i podporządkowanego Persom, egipskiego ludu. Wówczas to wzburzony tłum Egipcjan napadł na żydowską twierdzę Elefantyna i spalił tamtejszą świątynię Jahwe. Żydzi cieszyli się w Egipcie Achemenidów dużą wolnością i przywilejami. W 419 r. p.n.e. król Dariusz II Ochos wydał nawet dekret, na mocy którego święto Paschy Żydzi mogli swobodnie obchodzić w całym Egipcie, nigdzie z tego powodu nie niepokojeni. Niestety, podczas święta Paschy składano na ołtarzu ofiary ze zwierząt, a głównie z baranów, owiec i jagniąt, a to dla Egipcjan było zwykłym świętokradztwem. Swoje niezadowolenie wyrazili oni szczególnie mocno właśnie w Syene, gdzie znajdowała się świątynia boga Chnuma, mającego ciało człowieka i głowę barana, który miał być stworzycielem ludzkości i najważniejszym egipskim bóstwem całej Delty. Egipcjanie wcześniej starali się dojść z Żydami do porozumienia, prosząc ich, aby podczas święta Paschy nie składali w ofierze  baranów ani owiec, gdyż dla Egipcjan jest to niedopuszczalną obrazą ich bogów, ale żydowscy kapłani niewiele sobie z tego robili, twierdząc że zgodnie z dekretem królewskim mają prawo świętować według własnej tradycji i obyczajów. Gdy więc w Elefantynie zaczęło się szlachtowanie jagniąt na ołtarzu Jahwe i lała się krew tych zwierząt, Egipcjanie - obawiając się kary boskiej - prowadzeni przez Nefajana (syna dowódcy wojsk stacjonujących w rejonie Syene - Hydarnesa), ruszyli do ataku na Elefantynę i wyłamując bramy, dostali się do środka żydowskiego osiedla. Świątynia Jahwe stanęła w ogniu, a wcześniej zrabowano z niej złote i srebrne naczynia wotywne. Gdy tylko satrapa Egiptu - Arsames (który był nieobecny w czasie całego zajścia) powrócił z Suzy, kapłani Jahwe natychmiast mu się poskarżyli, a ten przystąpił do wyszukiwania i karania winnych całego tego wydarzenia. Zapadło wiele wyroków śmierci, stracono też Hydarnesa i Nefajana - jako głównych prowodyrów całego zajścia. To wyrobiło wśród Egipcjan przekonanie, że deklarowane przez Persów przywiązanie do egipskich kultów i szacunek dla egipskich świątyń, jest swoistą pokazówką, mającą uśpić egipski lud i pozwolić mu wierzyć, że Persowie nie uczynią niczego, co byłoby sprzeczne z ich religią. Jawna obraza jednego z największych egipskich bogów - Chnuma, została przez Persów niedostrzeżona, ale gdy lud zaprotestował i zakończył to "świętokradztwo", wówczas posypały się wyroki śmierci. Takie przekonanie doprowadziło Egipcjan z powrotem do myśli o zrzuceniu perskiej niewoli i odzyskaniu kraju dla siebie i dla swoich bogów.

Jeszcze w 410 r. p.n.e. doszło do partyzanckiego powstania niejakiego Amartajosa z Sais (który twierdził że jest wnukiem Amartajosa - dowódcy poprzedniego antyperskiego powstania). Udało mu się opanować Memfis w 404 r. p.n.e. tuż po śmierci króla Dariusza II Ochosa i nastaniu krótkiego okresu bezkrólewia w Persji. Wkrótce potem również i Górny Egipt z Tebami oraz Karnakiem zadeklarował mu swoją wierność. W Persji tymczasem trwał spór o następstwo tronu, pomiędzy Artakserksesem II i jego młodszym bratem Cyrusem (wspieranym przez matkę, królową Parysatis), dlatego też sprawa niepodległości Egiptu zeszła teraz na plan dalszy a perscy władcy (jeden i drugi) milcząco uznawali ów przejściowy w ich rozumieniu stan rzeczy. Wierni Persom pozostali jedynie - osamotnieni i odcięci w Elefantynie - Żydzi. Jednak i oni, nie widząc żadnej szansy na perską odsiecz (i licząc że Egipcjanie zezwolą na odbudowę świątyni w Elefantynie, na co zgody nie mogli uzyskać nawet od kapłanów Świątyni Jerozolimskiej) - ostatecznie podporządkowali się władzy faraona Amartajosa (400 r. p.n.e.). Amartajos był założycielem XXVIII egipskiej dynastii - której członkiem był tylko on sam. Niewiele też wiadomo o jego rządach, które trwały jedynie sześć lat, gdyż nie pozostawił po sobie żadnego pomnika. Wiadomo tylko, że po klęsce w bitwie pod Kunaksą (401 r. p.n.e.), w której to Cyrus poległ, a jego greccy sojusznicy musieli odbyć ciężką przeprawę ku brzegom Morza Czarnego i Egejskiego, część Greków zbiegła do Egiptu i właśnie Amartajos tamtych zbiegów skazał na śmierć (zapewne nie chcąc prowokować Persów i stwarzać powodów pod ewentualną inwazję na jego kraj). Ok. 399 r. p.n.e. pojawił się nowy konkurent do władzy, w postaci pochodzącego z Mendes (o prawdopodobnie libijskich korzeniach, choć nie ma co do tego żadnej pewności) wielmoży o imieniu Neferites. Udało mu się pokonać Amartajosa (choć o toczących się walkach wspomina tylko jedno źródło - Papirus Aramejski, znajdujący się obecnie w Muzeum na Brooklynie, inne informacje na ten temat podają zaś, że do zmiany władzy doszło w sposób pokojowy) i wziąć go do niewoli, a następnie stracić w Memfis. Na jesieni 398 r. p.n.e. Egiptem władał już nowy król, którego pełne imię brzmiało teraz - Bienre Neferites I.

Przeniósł on stolicę z Sais do Mendes i był założycielem (równie efemerycznej co poprzednia) XXIX egipskiej dynastii - choć sama koronacja zapewne miała miejsce w Memfis, jako symbolu, łączącego władców XXIX dynastii z władcami dynastii XXVI (czyli ostatnimi niezależnymi królami Egiptu - a symbole częstokroć mają moc silniejszą, niż całe zastępy wojska i często nawet nie ma znaczenia ich zgodność z faktami, liczy się bowiem odwołanie do dawnej wielkości, mającej stać się zapowiedzią nowych wspaniałych czasów). Z informacji na temat jego panowania wiadomo jedynie, iż w 396 r. p.n.e. zawarł on przymierze ze Spartą - toczącą wówczas wojnę z Persją w Azji Mniejszej - oferując jej zboże i wyposażenie dla 100 okrętów (jednak błyskawiczna akcja ateńskiego stratega - Konona, który zniszczył spartańską flotę u wybrzeży Rodos w 395 r. p.n.e., zniweczyła ową egipską pomoc dla Sparty). W 396 r. zdechł również święty byk Apis, którego pochówek był ważnym wydarzeniem krótkich rządów Neferitesa I. Zdążył on jednak rozpocząć prace budowlane i na jego konto można zapisać wzniesienie magazynów darów ofiarnych w świątyni Amona-Re w Karnaku, oraz początek prac nad budową kaplicy-repozytorium przed I pylonem w Tebach. Nie wiadomo, co było powodem jego śmierci, która nastąpiła z początkiem 393 r. p.n.e. Wiadomo jednak, że śmierć władcy otworzyła drogę do władzy dla kolejnych ambitnych wielmożów. I choć co prawda tron początkowo objął syn Neferitesa I - Muthis (koronowany jako Harnebcha Muthis), ale panował on bardzo krótko i ok. 391 r. p.n.e. obalił go Psammutis (koronowany jako Userre Psammutis). W Kronice Demotycznej (czyli tekście zapisanym z końcem III wieku p.n.e. na egipskim papirusie) znajdującej się w Bibliotece Narodowej w Paryżu (ach ten Napoleon, wyprawiając się do Egiptu przywiózł stamtąd wiele bezcennych dzieł cywilizacji), zapisane jest, że Psammutis był nie tylko uzurpatorem, ale i... bezbożnikiem (co ciekawe w Kronice Demotycznej próżno szukać jakichkolwiek pozytywnych opinii o którymkolwiek z faraonów, panujących po odzyskaniu niepodległości i wypędzeniu Persów. Autor tej kroniki równo bowiem wszystkich razem miesza z błotem). Jego rządy trwały wyjątkowo krótko i już w 390 r. p.n.e. tron objął Achoris z Delty, który to swoje panowanie zaczął liczyć od śmierci Neferitesa I (stąd pewne dysproporcje w obliczeniach) a koronował się jako Chnummaatre Achoris. Jego panowanie, które trwało dwanaście lat, spowodowało wreszcie pewną stabilizację polityczną Egiptu. Odrodzenie kulturalne co prawda nie nastąpiło w takiej skali, w jakiej było ono obecne w czasach saickich (XXVI dynastia), ale Achoris dokończył budowy wielu rozpoczętych wcześniej obiektów sakralnych, szczególnie w Tebach i w Elefantynie (która wówczas stała się już osiedlem głównie egipskim, gdyż Żydzi, nie otrzymawszy zgody na odbudowę swojej świątyni w tym miejscu - wyprowadzili się stamtąd). Ponownie rozwinął się też handel (szczególnie z Grekami, ale także z Syrią, Fenicją, Cyrenajką i Kartaginą).


NAPOLEON W EGIPCIE
("Z TYCH SZCZYTÓW SPOGLĄDA NA NAS 40 WIEKÓW")




Jednak nad tym wszystkim - niczym miecz Damoklesa - wisiała groźba nieuchronnej inwazji ze strony Persji, która nigdy nie wyrzekła się Egiptu i uważała go jedynie za czasowo zbuntowaną prowincję. Achorisowi początkowo pomagały niepowodzenia Persji w walkach z Grekami, oraz tyranem Euagorasem z cypryjskiej Salaminy (który właśnie w 390 r. p.n.e. podniósł antyperski bunt, atakując trzy będące na usługach Persów miasta na Cyprze - Amatus, Soloi i Kition). W 389 r. p.n.e. Achoris zawarł sojusz z Atenami, starając się jak najdłużej przeciągnąć konflikt greckich polis z Persją, aby tym samym zyskać czas na zebranie sił i środków potrzebnych do obrony kraju, przed niemal pewną perską inwazją. Jednak, gdy w 386 r. p.n.e. ogłoszono powszechnie zawarty pomiędzy Persją a Grekami tzw.: Pokój Antalkidasa (od imienia spartańskiego polityka, który ów akt negocjował), na mocy którego Persowie przejęli, utracone w latach 479-477 p.n.e. wyspy, miasta i ziemie Greków małoazjatyckich - było więcej niż pewne, że teraz przyjdzie kolej na Cypr i na Egipt. Coraz bardziej przerażony wizją nieuchronnej konfrontacji (i utraty władzy) Achoris, robił co mógł, aby tylko uchronić kraj przed kolejnym zniewoleniem. Zaraz więc po zawarciu Pokoju Antalkidasa, ściągnął do siebie ateńskiego stratega Chabriasa, oferując mu - oraz innym greckim najemnikom - złoto i wszelkie kosztowności, aby tylko chcieli przybyć i walczyć za Egipt. Zawarł też sojusz ze zrażonym do Artakserksesa II władcą Karii - Hekatomnosem, oraz ze zbuntowanymi Pisydyjczykami (z południowo-zachodniej Azji Mniejszej) i z Grekami z Barki. Wyznaczeni przez Króla Królów do "ostatecznego rozwiązania kwestii egipskiej" satrapowie - Farnabazos, Titraustes i Abrokomas, zebrali w Syrii potężną armię inwazyjną, zdolną nawet do ciężkich, pustynnych marszów. Wszystko było prawie gotowe i zapięte na ostatni guzik, a oczekiwano jedynie królewskiego rozkazu wymarszu (Ponoć trzej satrapowie założyli się nawet między sobą, który z nich pierwszy zetnie głowę Achorisa i odeśle ją do Suzy). Niestety, wymarsz został uniemożliwiony przez wydarzenie, które co prawda błahe, ale jednak musiało zostać wyjaśnione i rozwiązane, nim perscy żołnierze stanąć mieli na egipskiej ziemi. Tym wydarzeniem był mord, dokonany przez arcykapłana Świątyni Jerozolimskiej - Johanana, na jego bracie Jozuem, któremu satrapa Judei - Bagoses, zamierzał powierzyć urząd arcykapłana. 

Niby nic, ot zwykłe morderstwo, jakich wówczas popełniano wiele, a jednak uniemożliwiło ono (przez kilka miesięcy) wymarsz na Egipt. Bagoses już od dawna (licząc od dokonanego morderstwa, czyli od prawie dwudziestu lat) był w konflikcie z arcykapłanem Johananem i co jakiś czas straszył, że go usunie ze Świątyni siłą. Gdy swoje groźby zaczął wdrażać w życie, wówczas Johanan dokonał mordu na swym bracie (i konkurencie do urzędu) Jozuem. Bagoses osobiście udał się do Świątyni, pragnąc przeprowadzić śledztwo, lecz przed wejściem zatrzymała go spora grupa Żydów, którzy uniemożliwiali mu wstąpienie w próg Świątyni (niewiernym bowiem nie było wolno wejść do Świątyni Jahwe). Bagoses wiedział, że jeśli wymusi na nich siłą swoją wolę, tylko pogorszy sprawę i zapewne doprowadzi do jakichś niesnasek lub nawet buntów w Judei, czego zarówno on sam, jak i wielki król zamierzali uniknąć przed spodziewaną inwazją na Egipt. Zaczął zatem ich przekonywać, że przybył tu z polecenia samego króla, aby wyjaśnić sprawę morderstwa, lecz argumenty te nie docierały do zebranych, którzy wciąż uniemożliwiali mu wejście do Świątyni. Ostatecznie więc zwrócił się do nich z takim oto pytaniem: "Czyż nie jestem czystszy aniżeli zwłoki męża, który zabity został w tej świątyni?" Ten argument przekonał zebranych, którzy ostatecznie pozwolili mu wejść do środka. Bagoses uznał Johanana za winnego popełnionego morderstwa i nałożył na Świątynię opłatę 50 drachm za każde jagnię, złożone tu na ołtarzu ofiarnym (przeliczając mniej więcej tę kwotę na współczesne pieniądze, można przyjąć że 50 ówczesnych drachm odpowiadałoby dzisiejszym ok. 400 złotym lub też ok. 110 dolarom amerykańskim). Notabene jeszcze wcześniej, tuż po spaleniu świątyni w Elefantynie i podejmowanym próbom jej odbudowy, Bagoses radził tamtejszym Żydom, aby w ogóle przestali składać krwawe ofiary ze zwierząt, co ułatwiłoby wydanie zgody na odbudowę świątyni. Żydzi jednak te propozycje uważali za wielce oburzające i podważające zasady ich wiary. Bagoses usunął również Johanana z urzędu i na to miejsce powołał jego syna - Jeddoaia (a ten znów wkrótce potem popadł w konflikt z Manassesem - arcykapłanem świątyni na górze Gerizim w Samarii, powstałej w 420 r. p.n.e. nieopodal miasta Sychem. Żydzi bowiem uważali Samarytan, modlących się w świątyni na górze Gerizim, za sektę i mocno ich zwalczali - nic więc dziwnego że w Biblii pojawiło się określenie "dobry Samarytanin", jako przykład czegoś wyjątkowego, co często się nie zdarza, gdyż Żydzi ogólnie uważali Samarytan za swych śmiertelnych wrogów. Otóż Manasses wziął sobie za żonę kobietę, która nie była ani Samarytanką, ani Żydówką, a zapewne Aramejką lub Fenicjanką. Zaś Jeddoai zażądał od niego by się rozwiódł, lub też zrezygnował z pełnienia urzędu arcykapłana. Jednak Manasses gwizdał sobie na zakazy i groźby rzucane pod swoim adresem przez Jeddoaia, gdyż jego jurysdykcja nie obejmowała świątyni Samarytan w Gerizim. I tak oto powstał kolejny duży konflikt, który znów będzie się ciągnął latami, a Jeddoai jeszcze wielokrotnie uprzykrzał będzie życie Manassesowi i nakładał na niego kolejne ekskomuniki).

A tymczasem w Egipcie, zwerbowany przez Achorisa Chabrias intensywnie zabrał się do pracy nad przygotowaniem kraju do obrony. Atak mógł nadejść nie tylko ze strony lądu, ale również z morza, dlatego też rozpoczęto cykliczne ćwiczenia bojowe egipskich marynarzy, zgodnie z zasadami panującymi we flocie ateńskiej (która do 404 r. p.n.e. była bez wątpienia drugą najsilniejszą siłą morską w basenie Morza Śródziemnego po flocie kartagińskiej i pierwszą w całym greckim świecie). Zatrudniono więc tłumaczy, którzy mieli Egipcjanom przekazywać komendy i tłumaczyć ateńskie zasady walki na morzu. Czas naglił a obrona wybrzeża nie była jeszcze w pełni ukształtowana. Uczono więc Egipcjan ateńskiej taktyki a nawet... sztuki wiosłowania dużymi okrętami. Chabrias objechał cały rejon pomiędzy twierdzą w Peluzjum na granicy Synaju, a odnogą Nilu w rejonie bagien serbonickich, i cały ten teren kazał otoczyć palisadą - tworząc swoisty "Mur Chabriasa" (pozostałości tych umocnień oglądał jeszcze 350 lat później Gajusz Oktawiusz Cezar, gdy pokonał Marka Antoniusza w bitwie pod Akcjum i zajął Egipt w 30 roku p.n.e.). W tym też rejonie Chabrias nakazał wznieść obóz, z którego było można szybko przyjść z pomocą na zagrożony odcinek (swoją drogą nikt nie mówi ile poszło na to drzewa. A przecież ten nieodzowny wówczas budulec, w Egipcie nie występował i trzeba było go sprowadzić z zewnątrz. Jednak na szczęście dla Achorisa, Fenicja - będąca przecież perską satrapią - wciąż utrzymywała kontakty handlowe z Egiptem, a cedr libański uważany był wówczas za wyśmienity budulec). Obóz ten potem zmienił się w miasto, które nosiło nazwę "Miasta Chabriasa". Wszyscy oczekiwali z niepokojem nadejścia Persów, dlatego też starano się ludność natchnąć wiarą i odwagą, dając im jako przykład Greków, których Persowie nigdy nie byli w stanie podbić. Poza tym bardzo ważna w utrzymaniu wiary w zwycięstwo była symbolika religijna. Achoris osobiście udał się nawet do Arabii, aby w świątyni boga Sopeda "Pana Wschodu", błagać o wsparcie wszystkich możliwych bóstw, nie tylko tych egipskich. A tymczasem (w 385 r. p.n.e.) perska armia inwazyjna ruszyła na podbój Egiptu.          

   

FARAON ACHORIS NEGOCJUJE Z CHABRIASEM WARUNKI
UDZIELENIA PRZEZ GREKÓW POMOCY EGIPCJANOM




 
 CDN.
  

poniedziałek, 21 czerwca 2021

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XXVII

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY

DO ABDUL HAMIDA II

 
 



SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

 Cz. XVI


 
 
ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI ROKSOLANY/HURREM
(1534 - 1558)
Cz. I
 





SMUTEK I RADOŚĆ
 
 
 Matka sułtana - Ayse Hafsa, zmarła w Konstantynopolu w marcu 1534 r., nim jeszcze ten opuścił stolicę i udał się na wyprawę do Persji. Sułtanka w chwili śmierci miała 56 lat. W wieku lat 14, została wysłana przez swego ojca, chana krymskiego - Mengli I Gireja do Konstantynopola, jako kandydatka na żonę dla ówczesnego księcia Selima, syna sułtana Bajazyda II. Ponoć była bardzo piękną kobietą, a w Trabzonie - którego gubernatorem wówczas był Selim - powiła czterech synów (Orhana, Musę, Korkuta i Sulejmana) z czego trzech pierwszych zmarło młodo na skutek epidemii, oraz dwie córki - Hatice i Fatmę (dwie inne córki Selima - sułtanki Beyhan i Sah urodziła jego druga żona - Ayse Hatun). Od roku 1512 i objęcia władzy przez Selima I Groźnego (który zdetronizował a następnie kazał zamordować swego ojca), wyjechała wraz z synem do Manisy, którą to prowincję młody Sulejman objął we władanie. Około 1518 r. ocaliła życie swego syna, gdy ojciec posłał mu w podarku nasączony trucizną kaftan. Selim bowiem - wówczas już popadający w coraz większą paranoję i pamiętający własną zdradę jakiej dopuścił się na swoim ojcu - obawiał się, iż Sulejman pragnie go obalić i odebrać mu tron, dlatego też był gotów na tak szaleńczy plan, jak zamordowanie własnego syna i pozostawienie państwa w stanie chaosu (co prawda żył jeszcze syn wygnanego sułtana Cema - Murad, ale ten akurat, jak na ironię, wyrzekł się islamu i przyjął chrześcijaństwo, a przebywał zaś na Rodos. Sulejman, po zdobyciu wyspy w 1522 r. skazał go na śmierć, wraz z jego synami). Prawdopodobnie (choć oczywiście nie ma na to żadnych dowodów) to właśnie sułtanka Hafsa skróciła żywot swego małżonka, aby ten kolejny raz nie spróbował uśmiercić Sulejmana. Ayse Hafsa była protektorką Ibrahima Paszy i zapewne również zwolenniczką wyniesienia na osmański tron (w przypadku nagłej śmierci Sulejmana) swego najstarszego wnuka - Mustafy, zrodzonego z sułtanki Mahidevran (jej prawdziwe imię brzmiało Gulbahar), córki czerkieskiego księcia - Mirzy Temruka z dynastii Kabardynów. Nie wiadomo zaś, jakie były jej stosunki z Roksolaną/Hurrem, ale zapewne nie pałała do niej zbytnią sympatią (tym bardziej, że opinia o Hurrem do dziś jest bardzo negatywna w Turcji i wzięło się to z pewnością z plotek, jakie jej wrogowie o niej rozgłaszali. Podobne opinie głoszono w Anglii o Annie Boleyn, a w Polsce o Bonie Sforzie, czego przykładem niech będzie fakt, że gdy w czasie II Wojny Światowej polscy żołnierze przybyli do Bari, gdzie znajdował się grób Bony, większość z nich wyrażała się o niej bardzo negatywnie).

Ayse Hafsa odeszła do lepszego świata (została pochowana w meczecie wzniesionym przez swego męża - Selima, tuż obok jego trumny), a wówczas Hurrem doprowadziła do końca to, czego już od dawna tak pragnęła i o czym wciąż przypominała Sulejmanowi - czyli o małżeństwie (sam fakt, że nie doszło do niego za życia Ayse Hafsy, świadczy dobitnie iż nie godziła się ona na związek syna ze zwykłą niewolnicą). Hafsa potrafiła też umiejętnie dobierać nałożnice dla syna, tak, aby nie czynić sobie konkurencji i gdy tylko dostrzegła, że jakaś panna zbyt często pojawia się w łożnicy Sulejmana, a nie ma na to jej przyzwolenia, było pewne że taki stan długo się nie utrzyma. Przecież to ona obaliła pierwszą miłość Sulejmana - Daje Hatun, która liczyła na to, że zdoła podbić serce padyszacha bez konieczności uzyskania przyzwolenia u jego matki. Daje była ponoć bardzo piękna, ale szybko została odsunięta na dalszy plan, a w zamian matka posyłała do sypialni Sulejmana Mahidevran, która też szybko zdobyła jego serce, zaś piękna Daje poszła w zapomnienie. Była to nauczka dla wszystkich kobiet, że bez woli sułtanki-matki nic się nie może wydarzyć i jeśli spróbują ponad jej głową zdobyć uznanie sułtana, ona szybko doprowadzi je do upadku (co prawda rzadko, ale zdarzało się że niektóre z owych dziewcząt kończyły zaszyte w worku i wrzucone do Bosforu). Jest prawie pewne że Hurrem nigdy nie uzyskała zgody Ayse Hafsy na spędzenie choćby jednej nocy z jej synem, a mimo to potrafiła sama o siebie zadbać i umiejętnie oczarowywała Sulejmana swą osobą, tańcem, humorem i seksapilem. Sulejman bardzo kochał i szanował swoją matkę, ale w przypadku Hurrem postępował według własnej woli. Jednak dopóki sułtanka-matka żyła, Hurrem pewnej granicy nie zdołałaby przekroczyć, a tą granicą było bez wątpienia wyniesienie jej do oficjalnej roli małżonki, czyli swoistej "królowej" u boku padyszacha, co mogłoby zapewnić jej synom następstwo tronu, z pominięciem księcia Mustafy. Cóż, czegóż to matka nie uczyni dla swych dzieci, a szczególnie dla swych synów? I tak Hurrem podczas łóżkowych igraszek z Sulejmanem wielokrotnie mu przypominała o swoim podrzędnym, niewolniczym stanie. Turecki dramaturg - Orhan Ascena w oparciu o kroniki, tak oto przytaczał słowa Hurrem: "Mój Władco (...) w każdej chwili możesz mnie wezwać do swego łoża, nawet gdybym cię nie kochała, możesz mnie sprzedać, podarować. Ty masz prawo wybierać, ja tylko mogę być posłuszna", a gdy zdziwiony sułtan zapytał, czego zatem ona pragnie, Hurrem odparła: "Wolności! - którą możesz mi dać biorąc ze mną ślub oficjalny". Gdy więc ostatnia przeszkoda do zawarcia takiego związku zniknęła, było pewne, że ślub odbędzie się w ciągu kilku kolejnych tygodni.

I tak właśnie się stało, ślub zorganizowano z wielką pompą, a zaproszenia nań wysłano do wielu państw Europy i Azji (oczywiście żaden monarcha większego królestwa nie przybył, a większość krajów przysłała jedynie swych przedstawicieli dyplomatycznych). Nie zachowało się zbyt wiele dokumentów o tej uroczystości, wiadomo tylko że ślubu udzielał szejk Ali Dżemali Zembili Efendi, zaś Hurrem w ciągu tego dnia kilkukrotnie zmieniała szaty. Najpierw pojawiła się w białej, jedwabnej sukni do kostek, a potem zmieniła strój na turkusowy, szmaragdowy, rubinowy i ostatecznie na złoty. Oczywiście ślub był urządzany w pomieszczeniach pałacowych, a zgromadzeni goście stali nieco dalej, zaś Hurrem miała cały czas na głowie woalkę zasłaniającą jej twarz i włosy, a dodatkowo państwo młodzi odgrodzeni byli od reszty wielkim parawanem (co ciekawe, Sulejman też był od żony odgrodzony parawanem). Sułtan najpierw wyzwolił Hurrem, a dopiero potem ją poślubił. Ten ślub był wielkim wydarzeniem w całym osmańskim państwie, gdyż ostatnim sułtanem, który w ten sposób się ożenił, był panujący dwieście lat wcześniej - Orchan, syn założyciela państwa - Osmana I - który poślubił córkę cesarza bizantyjskiego Jana VI Kantakuzena - Teodorę (przyjęła ona imię Nilufer, choć odmówiła przejścia na islam). Cały Konstantynopol tonął w kwiatach, a samo wesele trwało przez tydzień. Główne uroczystości zorganizowano na hipodromie, gdzie też wzniesiono specjalną trybunę dla władcy i jego gości, oraz drugą, dla Hurrem i jej dam (które były zasłonięte specjalną kratą przed wścibskimi oczyma gapiów). Po arenie paradowali akrobaci i treserzy dzikich zwierząt (które uczono tańców oraz skoków przez przeszkody). Były tam żyrafy, słonie, lwy, a nawet jeden hipopotam (którego na tę uroczystość specjalnie przewieziono znad Nilu). Z okazji ożenku, Sulejman nakazał również przebudowę apartamentów Hurrem w starym Seraju (jeszcze przed jego pożarem w 1541 r.). Tak więc ambitna Słowianka ostatecznie dopięła swego i stała się teraz najpotężniejszą kobietą w Imperium Osmańskim.
 




 
NEPTUN CZY POSEJDON?
Cz. I


 Radość dni weselnych i haremowe przyjemności nie mogły oczywiście sprawić, aby Sulejman stracił z oczu sprawy istotne dla dynastii i imperium, a do takich należała osmańska dominacja zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. O tym, jak wyglądała wojna z Persją Safawidów, pisałem w poprzednich częściach, teraz pora zająć się równie istotnymi zmaganiami na Morzu Śródziemnym, a tam konkurentem Porty była głównie Wenecja i Hiszpania. Szczególnie ta druga bardzo szybko rozbudowywała swoją potęgę morską, a do tego, zdobyła jeszcze zamorskie kolonie w Nowym Świecie, który to od 1507 r. (po wyprawie Włocha, będącego na usługach Hiszpanii - Amerigo Vespucciego z lat 1499-1502) nosił nazwę "Ameryki". Podbój wielkich indiańskich imperiów - Azteków oraz Inków również robił wrażenie, gdyż król Hiszpanii stawał się teraz posiadaczem najbardziej rozległych terytoriów ze wszystkich władców Europy (a należy pamiętać, że Sulejman jeszcze w latach 30-tych XVI wieku, pragnął dotrzeć do Ameryki, podbić ją i założyć tam centra islamskiej wiary). Co prawda Hiszpania - podobnie jak Turcja - zaczynała swoją przygodę z morzem od zera, i gdy Kolumb odkrywał Amerykę, flota hiszpańska była tak nieliczna, że nie była nawet brana pod uwagę w konfliktach toczonych na Morzu Śródziemnym. Jednak panowanie na hiszpańskim tronie cesarza rzymskiego - Karola V Habsburga odmieniło sytuację i nieliczna oraz będąca wciąż w defensywie hiszpańska armada, przeszła teraz do działań ofensywnych. Stało się tak szczególnie, gdy w 1528 r. Karol V zdołał pozyskać na swoje usługi - jednego z najgenialniejszych admirałów w historii, Genueńczyka - Andrea Dorię. Aby go tylko przyciągnąć do siebie (od 1522 r. Doria był na usługach króla Francji - Franciszka I) bez żadnych warunków przystał na wszystko, czego ten tylko sobie zażyczył (Doria, niezadowolony z polityki Franciszka co do jego rodzinnego miasta i faworyzowania przez króla Savony - handlowej rywalki Genui, oraz prywatnych niesnasek co do łupów, których król Francji go pozbawił, zażądał od Karola V m.in. deklaracji przywrócenia Genui autonomii, oraz podporządkowania jej władzy Savony). 



ANDREA DORIA JAKO NEPTUN - WŁADCA MÓRZ




Dzięki tym ustępstwom, cesarz zyskał genialnego wodza, który już za swego życia (także z racji urodzenia) był nazywany "Neptunem". Stał się on ważnym nabytkiem, gdyż dzięki Andrea Dorii flota hiszpańska zaczęła zyskiwać na znaczeniu i skutecznie bić, zarówno berberyjskich korsarzy, jak i Francuzów. To właśnie Doria dokonał nieco brawurowego rajdu morskiego, którego efektem było zdobycie w 1532 r. dwóch tureckich portów na Peloponezie - Koron i Patras. Co prawda Hiszpanie długo się tam nie utrzymali i już w 1534 r. ewakuowali się stamtąd (w obawie odcięcia przez flotę turecką dostaw z Italii), to jednak ambicją Karola V stało się teraz stworzenie prawdziwego morskiego imperium, opartego (co najmniej) na trzech kontynentach. Turcja również nie szukała początkowo sławy na morzach, zdając sobie sprawę, że nie dysponuje takimi żeglarzami jak Kolumb, Magellan, Vasco da Gama, Cabral czy właśnie Doria. Jednak w czasach Sulejmana, opatrzność sprawiła, że osmańską flotę zasilili dwaj genialni żeglarze - Piri Reis (autor "Księgi Mórz" z 1525 r. i kartograf ukazujący nieznane wówczas lądy, łącznie z wybrzeżami... Ameryki. To właśnie dzięki jego mapom Sulejman rozmarzył się o podboju Nowego Świata) oraz Hayreddin zwany Barbarossą. Ten drugi urodził się w rodzinie muzułmańskiego garncarza z greckiej Mityleny i miał trzech starszych braci - Arudża, Eliasza i Izaaka. Wraz z przejmowaniem przez Turków kolejnych greckich ziem i wysp, wszyscy bracia  nie chcąc kontynuować ojcowskiego dziedzictwa - postanowili zostać piratami. Napadali więc teraz na chrześcijańskie statki i rabowali wioski, porywając tych mieszkańców, którzy nadawali się na sprzedaż na targach niewolników. Jednak w czasie walki z rycerzami Zakonu Szpitalników z Rodos (1501 r.) Eliasz został zabity, zaś Arudż dostał się do niewoli i przez trzy kolejne lata był galernikiem na okrętach Joannitów. Gdy udało mu się wreszcie uciec, wznowił swój piracki proceder, lecz tym razem przeniósł się na Zachód, gdzie łatwiej było o łupy i istniała mniejsza obawa przed wpadnięciem w zasadzkę. Ostatecznie bracia nawiązali kontakty z władcami Tunisu z dynastii Hafsydów i oferowali im swoje usługi w zamian za bezpieczeństwo i ochronę. Tak też z piratów, stali się korsarzami.

Szybko wyrośli na postrach zachodniego Morza Śródziemnego, a od ok. 1506 r. swoją główną bazę operacyjną założyli na wyspie Dżerba (u wybrzeży Tunezji). W 1516 r. zdobyli na Hiszpanach Algier (jedynie fort Penon pozostał w hiszpańskich rękach do 1529 r.). Algier był we władzy Hiszpanii od 1510 r. ale sułtan Tlemencen (Algierii) - Selim-at-Tumi, poprosił braci, by wypędzili stąd chrześcijan, a ci się oczywiście zgodzili, ale po zdobyciu miasta nie zwrócili go już Selimowi, tylko sami je zajęli i w nim zarządzali. Gdy Selim ostro zaprotestował i zażądał zwrócenia mu miasta, Arudż zaprosił go na rozmowy, które zakończyły się tym, iż Selim nie wyszedł już z nich żywy (ponoć Arudż osobiście zadusił go swym turbanem), a jednocześnie to właśnie Arudż oskarżył Selima o próbę zabójstwa i zadeklarował że jedynie się bronił przed atakiem (jak to się mówi, jeśli zamierzasz coś ukraść, to musisz najpierw głośno krzyczeć: "Łapać złodzieja!"). Po dokonaniu tej zbrodni, Arudż ogłosił się nowym sułtanem i władcą Algieru. W 1517 r. przeciwko samozwańczemu sułtanowi wystąpił sułtan Tunisu - Hamid, lecz w bitwie, w rejonie Tlimsan armia Hafsydów została rozbita, zaś Arudż i Hayreddin triumfowali. Ich radość nie trwała jednak długo, gdyż w 1518 r. Hiszpanie znów zjawili się pod Algierem i zdobyli miasto. W czasie walk zginął Arudż (jego głowa została ścięta przez Garcię de Tineo, który to po przewiezieniu owego "trofeum" do Toledo, otrzymał od króla Karola I - jeszcze wówczas nie cesarza - szlachectwo), a Hayreddinowi (zwanemu również w skrócie Hizir Reis) udało się uciec. Tylko on pozostał z czterech braci (Izaak początkowo pozostał na Mitylenie, choć w tym czasie też już nie żył), ale zdając sobie sprawę z politycznego rozbicia Maghrebu i podzielenia go na szereg zwalczających się muzułmańskich księstw, doszedł do wniosku, że aby utrzymać się w Afryce Północnej, należy albo zbudować silne, zjednoczone imperium, albo też jakiemuś imperium się podporządkować. To pierwsze było wówczas mało realne, ale to drugie jak najbardziej, szczególnie, że takie imperium już istniało i było to Imperium Osmańskie.

Tak więc, jeszcze z końcem 1518 r. Barbarossa uznał nad sobą zwierzchność sułtana Selima I i zwrócił się do niego z prośbą o pomoc. Sułtan ochoczo przystał na tę propozycję i wysłał Hizirowi 2000 swych żołnierzy oraz działa, a jednocześnie ogłosił apel do poddanych, deklarując, że ktokolwiek z nich przyłączy się do sił Barbarossy, będzie otrzymywał żołd równy temu, jaki otrzymują janczarzy. Wzmocniony tymi posiłkami, w 1519 r. Barbarossa odbił z rąk Hiszpanów Algier (twierdza Penon pozostała niezdobyta do 1529 r.) i panował tam z woli sułtana, jako realnie niezależny władca. Przez długi czas Sulejman w ogóle nie interesował się Algierem i Barbarossą, gdyż miał inne sprawy na głowie, ale w obawie przed atakami Wenecji i rosnącej w siłę Hiszpanii (szczególnie gdy Karol V w 1530 r. ofiarował Maltę wypędzonemu przez Sulejmana z Rodos Zakonowi Joannitów, zobowiązując ich jednocześnie do ochrony sycylijskich cieśnin) z końcem 1533 r. Sulejman wezwał go Hizir Reisa do Konstantynopola. Hayreddin Barbarossa liczył sobie wówczas 55 lat i od co najmniej dwóch dekad posiadał opinię nieustraszonego żeglarza, srogiego korsarza i doświadczonego admirała. Gdy zaś wpływał na czele swych osiemnastu galerach do portu w Konstantynopolu, wzbudził powszechną sensację mieszkańców, a sam sułtan był oczarowany jego osobą. Na dowód swej sympatii, powierzył mu tytuł wielkiego admirała (kapudana paszy) oraz bejlerbeja wysp Morza Egejskiego i Algieru. Jednocześnie zobowiązał go też, do stworzenia nowej, potężnej osmańskiej floty, która byłaby zdolna rywalizować na morzach z największymi chrześcijańskimi potęgami. Hayreddin Barbarossa wywiązał się z tego zadania wyśmienicie i już w ciągu kilku kolejnych miesięcy mógł się pochwalić zupełnie nową flotą. Okręty tureckie wreszcie mogły skutecznie rywalizować w walkach o prymat na Morzu Śródziemnym z potęgą chrześcijańskich państw Wenecji i Hiszpanii, co sułtana napawało dumą i pragnieniem dokonania nowych podbojów. Nic więc dziwnego, że Hayreddin Barbarossa nazywany został (również ze względu na miejsce swego urodzenia) "Posejdonem" - władcą mórz. Już wkrótce potem ów wielki admirał udowodnił do czego zdolna była ta nowa osmańska flota pod jego osobistym dowództwem.        






CDN.