Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 7 września 2021

NIEMIECKI ODWET ROKU 1934 - Cz. VII

CZYLI JAK TO PO ZAKOŃCZENIU

I WOJNY ŚWIATOWEJ

NIEMCY PLANOWALI ODRODZIĆ

DAWNĄ POTĘGĘ RZESZY?

 
 



VII

SPEŁNIENIE






 
 Gdy rotmistrz po raz pierwszy otworzył oczy, zrozumiał, że spoczywa w łóżku w całkiem nieznanym otoczeniu. Wzrok jego ślizgał się powoli dookoła, z jednego przedmiotu na drugi. Widocznie był w lazarecie, ale jakim sposobem? Chciał unieść się, lecz uczuł dojmujący ból w piersi i padł na poduszkę z cichym jękiem. Na to zjawiła się przy jego boku pielęgniarka.

- Nic nie trzeba mówić, rotmistrzu! - rzekła - Bezwarunkowo milczeć! Spoczywać bez ruchu jak najspokojniej i, jeśli można, usnąć.

Zamknął oczy posłusznie. Próbował uprzytomnić sobie co zaszło, ale nie udawało mu się to. Miał wrażenie, jakby w mózgu była pustka, i rzeczywiście wkrótce zasnął. Gdy znów się ocknął, ujrzał się w tym samym otoczeniu i, poruszywszy się, zwabił do siebie przez to siostrę pielęgnującą rannych.

- Och! Już rozbudzony! - ozwała się do niego - Zachowywał się pan rotmistrz dobrze, bo spał przez całe 24 godziny prawie. I miewa się pan lepiej. Ale mówić i ruszać się nie wolno jeszcze wcale. Jedynie wolno słuchać, co panu opowiadają, i to nie dłużej niż pół godzinki. Przyślę panu kogoś, kto pragnąłby go zabawiać - pewną panią, dobrą przyjaciółkę. Lecz nie wolno się wcale radować z tego, gdy się ona pokarze. To mogłoby zaszkodzić.

"Przyjaciółka?" - myślał sobie Seelow - "Nie może to być nikt inny jak tylko pani Irmgard".

Istotnie nie upłynęło więcej niż kilka minut, a już stała ona przy jego łożu, i ściskając lekko jego dłoń, spoglądała z przyjaznym uśmiechem w jego oczy.

- Cóż to za historia?! Przybywam do Berlina, chcąc zobaczyć, co się dzieje, a pan każe mi zamieniać się w pielęgniarkę! Lecz... mówiąc serio, cieszę się niezmiernie, że przyjechałam w odpowiednim momencie, aby panu trochę pomóc. Dostało się panu okropne pchnięcie bagnetem przy ulicy Karola. Czy pan pamięta, co się tam zdarzyło?

On kiwnął głową słabo.

- Przez dwa dni prawie spoczywał pan bez przytomności, straciwszy wiele krwi. Ale może pan bez troski patrzeć w jutro, przychodzi pan już do siebie. A teraz pragnie pan dowiedzieć się, co tam się stało? Mam opowiadać?

Seelow znów dał znak potwierdzający, a ona zaczęła:

- Dobrze, wszystko dobrze. Pańscy Francuzi z ulicy Karola wnet się poddali, widząc, jak bezskutecznym jest ich opór przeciwko coraz więcej wzmagającym się tłumom. Podobnie zaś miały się rzeczy przy wszystkich innych koszarach. W tym czasie zgromadziły się wielotysięczne masy dookoła pomnika Bismarcka. Z pochodem od strony cyrku Buscha połączył się tłum z ogrodu zoologicznego i jeszcze inne zastępy. Więc wypędzono zewsząd francuskie posterunki i patrole tak jak z mostu zamkowego, chociaż Reichswehra trwała na stanowisku wyczekującym. Nagle pojawił się przed pomnikiem generał i wygłosił przemówienie natchnione, utwierdzając ludzi w mniemaniu, że wszystko było przygotowane i wybiła godzina odwetu i wyzwolenia. Żądał ustąpienia rządu i powszechnego powstania ludu, i usunął wszelkie wątpliwości, wskazując na dokonany już pogrom francuskiej załogi w Berlinie. Skończywszy, ruszył na czele tłumów do parlamentu. Nie przybył tam niespodzianie. Posłowie, w spisek wtajemniczeni, objaśnili natychmiast innym, i prezydium parlamentu oczekiwało generała na schodach, by wprowadzić go w triumfie do sali posiedzeń. Odbyło się tam krótkie a podniosłe posiedzenie, a fala uczuć patriotycznych spiętrzyła się jeszcze wyżej aniżeli wówczas, dnia 4 sierpnia 1914 r. Na posiedzeniu tym prezydent złożył urząd, i wśród jednomyślnych okrzyków obrano w jego miejsce generała, wyposażając go w nieograniczoną władzę i upoważniając do podjęcia wszystkich środków koniecznych do oswobodzenia ojczyzny. Członkowie dotychczasowego rządu znikli gdzieś chyłkiem. Czy pan rotmistrz zadowolony z takiego przebiegu wypadków? - spytała wreszcie pani Irmgard i dorzuciła - Na dziś jeszcze dodam, że ogólne powstanie i mobilizacja odbywają się wśród ogromnego entuzjazmu w całym kraju i postępują naprzód bardzo szybko. A teraz musi pan znów poddać się przepisom lekarskim i spoczywać spokojnie, a nie oddawać się medytacjom ani radości. Powrócę jutro i przyniosę dalszy ciąg opowieści. Do widzenia rotmistrzu!

Musnęła dłonią jego czoło, rzuciła mu uśmiech, i rotmistrz znów pozostał sam. Tym razem nie usnął tak szybko, ilustrował wszystko, co słyszał. Myślami uwiązł przy swym pułku jazdy, który zapewne był już w drodze nad Ren, a którym on nie mógł dowodzić.

Gdy nazajutrz pani Irmgard weszła do pokoju chorego, zauważyła, że poczynił znaczne postępy na drodze do zdrowia. Siedział już w łóżku oparty o poduszkę i powitał ją z uśmiechem, w oczekiwaniu dalszych wiadomości.

- Ach, jak dobrze, że pan tak już przyszedł do siebie! - rzekła pani Irmgard na wstępie - Mam dzisiaj tak cudowne dla pana wiadomości, że w przeciwnym razie lękałabym się wyjawić je, by nie zrobiły na panu zbyt silnego wrażenia. Od dzisiaj bowiem poczynamy znów odbierać raporty codzienne z frontu. Odczytam panu zaraz pierwszy z nich:

"Wielka Kwatera. Kassel, dnia 1 kwietnia 1934.
Od wczorajszego wieczoru Kolonia jest znów w naszym ręku. Wczoraj w południe oddziały, wysłane tam potajemnie przed kilku dniami, wysadziły w powietrze wszystkie składy amunicji w fortach i koszarach. Ludność, która w wielkim popłochu wybiegła na ulicę, objaśniliśmy natychmiast, przyłączyła się entuzjastycznie do przywódców, po czym wkrótce pokonała resztki załogi nieprzyjacielskiej. Jednocześnie ruszył wojska Reichswehry i pospolite ruszenie z Nadrenii i Westfalii przeciwko kolońskiemu przyczółkowi mostowemu, gdzie po wysadzeniu w powietrze amunicji wkrótce pobito nieprzyjaciela i wzięto w większości do niewoli. W ten sam sposób pierwsze oddziały zmobilizowane zajęły Kehl i strasburski przyczółek mostowy. A przyczółki mostowe w Moguncji i Koblencji nieprzyjaciel sam opuścił dzisiaj rano dobrowolnie. Naszej flotylli torpedowców, wysłanej w Kanał, udało się wczoraj zatopić dwa angielskie i trzy francuskie krążowniki, tak iż, jak nam donoszą, Kanał wolny jest od nieprzyjaciela i przystępny dla wielkich statków. Mobilizacja postępuje dalej według planu. Polacy i Czesi wzmacniają swe wojska pograniczne, lecz dotychczas nie przedsięwzięli żadnych kroków. Wysunęliśmy już przeciwko nim wystarczająco silne wojska, aby odeprzeć ewentualne ataki.
Pierwszy Generalny Kwatermistrz".




- Więc jest pan chyba ze mnie zadowolony! - rzekła pani Irmgard po przeczytaniu komunikatu i dorzuciła, widząc na twarzy rotmistrza bolesny wyraz - Albo jeszcze nie? Może nie dość szybkim tempem idą wypadki? Ale nie może pan przecież niecierpliwić się tak bardzo. Wszystko dotychczas szło gładko, jak z płatka. A gdyby pan widział te tłumy na ulicach! - mówiła po chwili - Te tłumy rozpromienionych ludzi! Zatarły się wszelkie różnice, nikt nie stroni od nikogo, wszyscy wymieniają najświeższe wiadomości. Dożyliśmy wspaniałego momentu! Zewsząd śmieją się do nas znów nasze dawne, drogie chorągwie i barwy czarno-biało-czerwone. Nie potrzeba było na to nakazu z góry, lub uchwały parlamentu. Rozumiało się to samo przez się. Cóż to będzie, jak pan znów u siebie wciągać będzie na drzewce w Woltersdorf i w Bornhagen wiernie przechowywane tam stare chorągwie.

Rotmistrz kiwnął z lekka głową i uścisnął jej rękę z podziękowaniem, wszelako...


(W TYM MIEJSCU BRAK DWÓCH STRON)


- ... kraj wolny od wroga! Mam takie wrażenie, jakby teraz dopiero można było oddychać. A pamięta pan - dodała stłumionym głosem - co mówiłam wówczas? Teraz nasi mężowie mogą znowu nosić głowy wysoko, a z nimi my wszyscy.

- Tak, wszyscy prócz mnie - szepnął rotmistrz z bolesnym uśmiechem na ustach - Moja jazda potykała się w bitwie beze mnie i beze mnie wkracza w kraj nieprzyjacielski.

Na to poświata padła na twarz pani Irmgard. Pochyliwszy się nad nim, rzekła cicho:

- Rotmistrzu, przelewałeś krew za ojczyznę. Więcej nie może nikt uczynić, tutaj czy tam. Mnie to wystarcza.

Spojrzeniem i uściskiem ręki podziękował jej, a ona złożyła pocałunek na jego czole.




SŁOWO KOŃCOWE





Bezsilni i bezbronni wydani jesteśmy na pastwę naszych wrogów. Co to znaczy, nie zdają sobie z tego jeszcze sprawy znaczne masy naszego narodu, a jakie będzie to jeszcze miało następstwa, przeczuwa niewielu. Bo czekają nas jak najgorsze czasy. Kto kocha swój naród, nie może zajmować się niczym innym jak wyszukiwaniem środków i dróg, by wyprowadzić go z pognębienia. Istnieją może różne drogi, jedną z nich wskazuje ta książka. Która z nich ostatecznie doprowadzi do celu, nikt nie wie, ale trzeba nam wejść na wszystkie te drogi, gdzie uśmiecha się do nas nadzieja. Bezcelowym byłby przeto spór, czy akurat te przypuszczalne wynalazki leżą w granicach możliwości i pożytku. Jeżeli nie, równie dobrze mogą przyjść nam z pomocą inne wynalazki. Bądź jak bądź wszakże, należy szukać i pracować, i to nie tylko każdy z osobna, lecz wszyscy zespoleni wspólnymi siłami.

Sierpień, 1921







MOJA OPINIA






To prawda że Niemcy po I Wojnie Światowej zostały upokorzone i zrzucono na nich całą winę (co oczywiście nie oznacza że nie byli winni, chodzi tylko o skalę tej winy) za rozpętanie tej "najkrwawszej z wojen". Wrażenia niesprawiedliwości i zdrady dopełniał również fakt, że Rzesza Niemiecka tę wojnę przegrała, pomimo faktu, iż wróg nie przekroczył przedwojennej granicy i nie wkroczył w głąb Niemiec. Klęska nastąpiła na odległych frontach w Belgii i północnej Francji (nie mówiąc już o zajęciu ogromnych terenów Wschodu, wraz z ziemiami polskimi, Ukrainą, Białorusią, Litwą, Łotwą, Estonią i południową częścią Finlandii). Jednak pomimo faktu, że fronty przebiegały przez inne kraje, realnie Niemcy nie były w stanie tej wojny wygrać, gdyż była ona na dłuższą metę dla nich zabójcza przede wszystkim gospodarczo, ale i liczebnie (od chwili gdy do wojny przystąpiły Stany Zjednoczone). Jedyną szansą ocalenia niektórych zdobyczy wojennych, mógł być separatystyczny pokój, zawarty najlepiej z Rosją. Zresztą w niemieckich kręgach politycznych, wojna z Rosją nie była popularna. Co prawda późniejszy kanclerz Rzeszy - Bernard von Bülow, pisał w liście z 1887 r. iż: "Jeśli nadarzy się sprzyjający moment, musimy utoczyć Rosjaninowi tyle krwi, by nawet (...) dwudziestopięciolatek nie mógł ustać na nogach. Musimy na długo zasypać źródła rosyjskiej gospodarki: spustoszyć ich czarnoziemne gubernie, zbombardować ich miasta na wybrzeżach, zniszczyć ich przemysł i handel. Musimy odepchnąć Rosjan od obu mórz, Bałtyckiego i Morza Czarnego, na których opiera się ich pozycja na świecie. (...) Pokój w takim kształcie (...) uda się osiągnąć tylko wtedy, gdy staniemy nad Wołgą", ale takie głosy należały jednak do mniejszości.

Powszechnie uważano, że wojna z Rosją byłaby dla Niemiec "nieszczęściem", które przyniosłoby jedynie straty. Zresztą nie widziano dokładnie korzyści takiej wojny i w Reichstachu pytano wręcz oficjalnie: "Czego moglibyśmy zażądać od Rosji?" i odpowiadano: "Polaków? Mamy wystarczająco dużo kłopotu na naszymi Polakami, nie potrzeba nam rosyjskich". Dlatego też dążono w Niemczech do jak najszybszego zawarcia pokoju z Rosją (carską, republikańską czy bolszewicką - nie miało to znaczenia), aby przerzucić siły z Frontu Wschodniego, na Zachód i tym samym pokonać Aliantów i wkroczyć do Paryża. I choć taki manewr się powiódł przy samym końcu wojny (3 marca 1918 r. podpisano w Brześciu nad Bugiem układ, na mocy którego Rosja Sowiecka wycofywała się z wojny z Niemcami - w końcu Lenin był niemieckim agentem - i dzięki temu mogli Niemcy przerzucić gros swych sił ze Wschodu, na Front Zachodni. Ale mimo wszystko, ich zwycięstwo w tej wojnie nie było już możliwe i choć w lipcu 1918 r. w ofensywie zajęli wiele miejscowości i znacznie przesunęli front w kierunku Paryża, to jednak nie zdołali nawet dojść do tych pozycji, które osiągnęli tuż na początku wojny, we wrześniu 1914 r., a silny opór Francuzów, wspartych przez Brytyjczyków i Amerykanów powstrzymał ich dalsze natarcie i zmusił do cofnięcia się (walczyli tam również Polacy w Kompani Bajończyków, formowanej w Bajonne od sierpnia 1914 r. Wykrwawili się oni w maju 1915 r. Vimy pod Arras i formacja ta została rozwiązana - kiedyś jeszcze o nich więcej napiszę. Potem powstała, złożona z trzech Korpusów - Armia Polska we Francji, której dowódcą został gen. Józef Haller, formowana od czerwca 1917 r. Z tego co wiem, mój pradziadek - Niemiec z pochodzenia który znacznie się już wówczas spolonizował, dotarł przez Austro-Węgry i Włochy do Francji i wstąpił do "Błękitnej Armii" Hallera, z którą w maju 1919 r. powrócił do Polski. Potem brał udział w wojnie z bolszewikami. Jeszcze mój ojciec, opowiadał mi o "błękitnym" hełmie, który pozostawił pradziadek z wojny, ale ze względu na kilka przeprowadzek hełm ten jest już niemożliwy do odnalezienia).

Z punktu widzenia Francji, sojusz z Rosją był kluczowy, jako że angażował niemieckie siły na Froncie Wschodnim, które zapewne byłyby w stanie (w pierwszych miesiącach wojny) zająć Paryż i wygrać wojnę. Jednak dzięki wsparciu Amerykanów w końcowej fazie wojny, udało się zwyciężyć i zmusić Niemcy do podpisania kapitulacji, oraz zgody na traktat pokojowy, który zmuszał ich do pewnych cesji granicznych i finansowych. To właśnie wówczas rodząca się Polska, zaczęła stopniowo przejmować swoje dawne przedrozbiorowe ziemie i kształtować nowe granice. Sytuacja opisana w tej książce realnie nie byłaby w stanie się zdarzyć (pomijając już mrzonki o "super broni" którą nagle Niemcy by obmyślili - choć oczywiście różne tego typu plany nad opracowaniem takiej broni rzeczywiście były, ale ostatecznie zakończyli je Amerykanie, tworząc pierwszą w nowożytnych czasach bombę atomową). Gdyby bowiem doszło do takiego powstania w Niemczech (które przecież realnie nie musiało wybuchać, bo Niemcy nie były okupowane) i walk z Francuzami, Belgami i Brytyjczykami, to jestem więcej niż pewien, że Polska zaangażowałaby się w ten konflikt i wspólnie cała ta "rewolucja" zostałaby szybko stłumiona. Nie mogło bowiem być inaczej, gdyż nasze bezpieczeństwo zależało od utrzymywania na zachodniej granicy słabych Niemiec. Wszelkie bowiem plany podważenia przez Niemcy i Rosję (bolszewicką) warunków Traktatu Pokojowego z Wersalu, godziły bezpośrednio w bezpieczeństwo nasze i krajów Europy Środkowej.

Pięknie zostało to powiedziane w przytoczonej we wcześniejszych tematach, sztuce Teatru Telewizji pt.: "Marszałek Piłsudski", w którym znalazły się pamiętne słowa - od 26:10 minuty: "My doskonale rozumiemy co to znaczy wojna, a kapral Hitler najwyraźniej tego nie wie. Ale ten bezczelny dekownik mówi nam czego chce... Panie profesorze, pan czytał "Mein Kampf"? To co tam jest napisane o Polsce?", "Chyba tylko tyle, że Republika Weimarska prowadzi niekonsekwentną politykę wobec Polski. Nie doprowadziła ani do pojednania, ani do konfliktu, Chyba tylko tyle", "Tylko tyle? A ja myślę że tam jest dużo więcej o Polsce (...) Oni chcą zmienić kierunek niemieckiej ekspansji na Wschód i sam "los" podsuwa im ten kierunek. Los! (...) I co tam było o Polsce?", "Nic, panie Marszałku, o Polsce nie było ani słowa!", "I to właśnie o to chodzi panowie. Ponieważ Polska dla tych ludzi już nie istnieje, nie ma jej na mapach. Dlatego zdecydowałem, że to my uderzymy pierwsi! (...) Wojna zacznie się w Gdańsku, pod byle pretekstem. Kilku zdolnych gryzipiórków udowodni światu że musieliśmy użyć artylerii, kawalerii, lotnictwa, floty". Znamienne są też słowa, wypowiedziane w 34:30 minucie: "Ja nie widzę, ja po prostu nie widzę żadnego powodu, dla którego Polska znowu miałaby przestać istnieć, choćby to się miało zakończyć wojną... Zaborcy ruszą, żeby odrobić straty poniesione w Wojnie Świtowej. A te straty to JESTEŚMY MY!, i nasi sąsiedzi". Dlatego też jest więcej niż pewnym, że gdyby Niemcy otwarcie próbowali podważyć założenia Traktatu Wersalskiego, Polska nie czekałaby z założonymi rękoma, tylko przeszła do działania, w myśl zasady Geogre'a Pattona: "Cała naprzód i na pohybel sukinsynom!". 

  




sobota, 4 września 2021

"JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. III

CZYLI, JAK TO W POLSCE

NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?




 
 

PIERWSZA ELEKCJA

1573 r.






 
 I nadszedł wreszcie ten nieszczęśliwy czas, gdy życie króla Zygmunta II Augusta dobiegło kresu. Król nie był wcale jeszcze taki stary, w chwili śmierci miał zaledwie pięćdziesiąt dwa lata, a tak gdzieś do roku 1565 wyglądał jeszcze dość młodo i pomimo tego, iż cierpiał na różne dolegliwości (które nasiliły się jednak dopiero około 1568 r.) to stosując najróżniejsze leki i mankamenty medyczne (za radą swego medyka - Piotra z Poznania, sprowadzał król z Italii różne maści i płyny do nacierania ciała) utrzymywał się w miarę dobrym zdrowiu. Załamanie przyszło dopiero w kwietniu 1572 r. gdy król coraz bardziej odczuwał problemy z pęcherzem (stwierdzono potem że były to początki kamicy), jak też zaczął tracić zęby (szczególnie w górnej szczęce). Jego największym zmartwieniem - potęgującym pojawienie się nowych chorób - były ciągłe troski o przyszłość dynastii Jagiellonów, gdyż pomimo tego, że trzykrotnie wstępował w związek małżeński, żadna z jego dotychczasowych żon nie dała mu syna (ani córki). Można by było sądzić, że problem leżał u podłoża samego monarchy i że to król mógł być bezpłodny. O bezpłodności Zygmunta Augusta mawiano już od 1550 r., dziwiąc się iż król, który cały czas przebywa w gronie wielu kochanek (które nazywał swymi "sokołami"), z żadną z nich nie miał dotąd potomstwa. Twierdzono, że to Barbara Radziwiłłówna - jego kochanka od 1543 r. i żona od 1547 r. a potem koronowana królowa Polski od grudnia 1550 r. do maja 1551 r. - najprawdopodobniej zaraziła go kiłą. Ale ten zarzut był bezpodstawny, jako że Zygmunt spłodził córkę ze swą kochanką - Barbarą Giżanką (córką warszawskiego rajcy), która przyszła na świat w 1571 r., i nigdy też nie leczył się na syfilis. Król co prawda miał bardzo wiele kochanek, gdyż przebywanie w otoczeniu żon (wykluczając Barbarę) czyli Elżbiety a potem jej siostry Katarzyny Habsburg, traktował jako przykrą konieczność i starał się jak najmniej czasu spędzać w ich łożu. Będąc pod wrażeniem szybkich zgonów - najpierw Joachima II elektora brandenburskiego, który zmarł w styczniu 1571 r. a następnie swego młodego siostrzeńca Jana Zygmunta Zapolyi, zmarłego w marcu tego roku - król postanowił sporządzić testament. Większość  majątku zapisał swym siostrom: Annie, Zofii i Katarzynie Jagiellonce (ta ostatnia była wówczas żoną króla Szwecji - Jana III Wazy i matką późniejszego króla Rzeczpospolitej - Zygmunta III Wazy). Przekazał im nie tylko swój ruchomy i nieruchomy majątek, ale także prawa spadkowe do majętności włoskich, oraz do sum, pożyczonych niegdyś przez ich matkę - Bonę Sforzę, królowi Hiszpanii - Filipowi II Habsburgowi (Zygmunt August zaznaczył w swym testamencie, że po śmierci sióstr ofiarowany im majątek miał przejść na własność Korony i Litwy, co było precedensem, gdyż dotąd władcy traktowali swoje domeny i czerpane z nich zyski, jako majątek prywatny, rodowy, a nie krajowy). Niewielką tylko część swego majątku, ofiarował król wybranym przez siebie kościołom.

Król Zygmunt II August zmarł dnia 7 lipca 1572 r. w Knyszynie, o godzinie (według Świętosława Orzelskiego) szóstej po południu. Jak już wcześniej pisałem, jego zgon był katastrofą dla kraju, jako że wszystkie instytucje (a szczególnie sądy) działały i orzekały w imieniu monarchy, zaś jego zgon powodował natychmiast anarchię i niebezpieczne bezkrólewie. Naoczny świadek tamtych dni - Andrzej Lubieniecki, tak oto pisał o śmierci Augusta: "Obywatele krajów naszych, i wielcy ludzie i mali, zwątpiwszy o potomku królewskim, tak wyglądali i oczekiwali z bojaźnią tego tam interregnum (bezkrólewia), jako sądnego dnia zwykli ludzie, złe sumienie mający". Zaś ów dyplomata i kronikarz (o którym już wspomniałem, jako że z jego to opracowań czerpię mnóstwo informacji o tych czasach) Reinhold Heidenstein, dodawał: "Dziwna obawa i troska o losy kraju osiadły wszystkich umysły (...) jakoby po śmierci jego państwo całe razem z nim zginąć miało". Wielu twierdziło, że oto potęga Rzeczypospolitej chyli się ku upadkowi, grozę niepokojów dopełniały krążące wśród ludu przepowiednie, oraz kometa, która niechybnie ukazać się miała na niebie. Warto też wspomnieć o tym, iż nastrój grozy tamtych dni, przyjął się również wśród służby królewskiej, która po śmierci Augusta opuściła Zamek Wawelski, zabierając ze sobą wcześniej co tylko się dało. Był to przykry, haniebny widok, gdy - jak pisał Świętosław Orzelski: "Taki okropny widok opuszczenia przedstawiał nieboszczyk, iż nie było czym przykryć nagi trup jego. Dopiero biskup kazał zrobić całun na ten użytek, a doktor Fogelweder włożył na ciało zmarłego złoty pierścień z kosztownym kamieniem i łańcuch złoty z krzyżem". To samo pisze Heidenstein: "Wielu obiegło go zaraz po śmierci i tak ciało jego zaniedbane leżało i kiedy nikt się o niego nie troszczył, Stanisław Czarnkowski, referendarz koronny, kazał własnym kosztem suknie i inne rzeczy do ubrania ciała potrzebne sprawić". Kradzieże majątku królewskiego, które nastąpiły zaraz po jego zgonie, nie były jednak liczne (tylko część ciżby rzuciła się do rabowania mienia, zaś większa część królewskiej służby tego nie czyniła), szybko też senatorowie nakazali opieczętowanie komnaty, w której zgromadzono srebra królewskie, pierścienie, złote wisiory i inne cenne przedmioty, w tym rzeczy po Barbarze Radziwiłłównie (chociaż słynne perły Barbary wówczas zaginęły i ostatecznie odkupił je od rabusiów wysłannik królowej Anglii - Elżbiety I i trafiły potem do angielskiego skarbca. Gdzie przebywają dziś - tego niestety nie wiadomo).




A tymczasem, aby uniknąć niepokojów wewnętrznych (np. co odważniejsi szlachetkowie już zaczęli dokonywać zajazdów na posiadłości swych sąsiadów z którymi miewali zatargi, wiedząc doskonale że żadne sądy ich za to nie skażą, skoro zostały zawieszone po śmierci króla) oraz zewnętrznych (wciąż toczyła się wojna z Moskwą Iwana Groźnego, a niepewni byli również i Tatarzy, dla których taki czas był wyśmienity dla odbycia nowej wyprawy łupieżczej) czym prędzej należało wybrać nowego króla. Jeszcze przed śmiercią Zygmunta Augusta, prymas Jakub Uchański zwołał zjazd panów szlachty z całego kraju do Łowicza, jednak zjechało się tam (16 lipca 1572 r.) tylko "rycerstwa bardzo wiele" lecz z samej Wielkopolski, oraz 30 senatorów z tejże dzielnicy. Pięć dni oczekiwano tam przybycia Małopolan, aby wspólnie radzić nad wyborem nowego monarchy, ale ci (14 lipca) zebrali się w Krakowie. Panowie jednej i drugiej dzielnicy starali się narzucić reszcie swoje przewodnictwo i swą wolę, tym bardziej, że powstał jeszcze spór o to, kto powinien zwoływać zjazdy i obejmować przewodnictwo interreksa (regenta) po śmierci króla. Wielkopolanie twierdzili, że rola ta przypada arcybiskupowi gnieźnieńskiemu i prymasowi Polski, którym wówczas był Jakub Uchański. Prymas pełnił bowiem nieoficjalny tytuł "pierwszego księcia" w państwie, a także był jedynym, który nie musiał nigdy czekać na audiencję u króla. Jednak Małopolanie widzieli to inaczej i te same przywileje przyznali marszałkowi wielkiemu koronnemu - Janowi Firlejowi z Dąbrowicy, który dodatkowo był kalwinem i przywódcą protestantów. Była to więc walka nie tylko o dominację jednej czy drugiej dzielnicy, ale również o przewodnictwo katolicyzmu i protestantyzmu (nowowierstwa). Zjazd krakowski różnił się też od łowickiego o tyle, że o ile do Łowicza zjechała prócz senatorów również liczna szlachta wielkopolska, to jednak nie została ona dopuszczona do obrad, zaś w Krakowie marszałek Firlej (starając się oprzeć na szlachcie w swej walce o władzę) dopuścił ją również do obrad wraz z małopolskimi senatorami, dzięki temu zjazd krakowski miał znacznie większe znaczenie, niż łowicki, gdyż był zjazdem zarówno magnaterii jak i szlachty, a także zapadające na nim postanowienia szybciej rozesłane zostały do innych prowincji Rzeczypospolitej.

Podstawowym problemem było oczywiście zapewnienie bezpieczeństwa w kraju, w którym sądy przestały funkcjonować. Poradzono sobie z tym, powołując do życia "kaptur", czyli sądy kapturowe, które zastąpić miały w bezkrólewiu sądy królewskie (nazwa prawdopodobnie wywodzi się od łacińskiego słowa "capere" co znaczy łapać przestępcę), a po raz pierwszy taki rodzaj sądu ogłoszono już w 1382 r., po śmierci Ludwika Węgierskiego. Drugim problemem było "zaopatrzenie" granic przed najazdami i utrzymanie załóg twierdz przygranicznych - szlachta nie zgodziła się jednak na specjalne podatki w tej kwestii, twierdząc że: "Jak teraz poczujem się do podatku, to już się nigdy z niego nie wyprężymy", dlatego też problem ten spadł niestety na barki hetmanów, którzy - własnymi pocztami - musieli je zastępować i finansować. W Krakowie szczególną uwagę zwrócono na obronę granicy śląskiej i węgierskiej przed ewentualnymi "cesarskimi zakusami", a w Łowiczu powołano pod broń pospolite ruszenie, co spowodowało że: "sposobili się do konia wszyscy i czyścili oręż". Ponieważ oba zjazdy były od siebie niezależne, nie dało się powziąć żadnej decyzji na temat wyboru nowego monarchy i tak też się one zakończyły (łowicki - 25 lipca, zaś krakowski dzień wcześniej). Nie były to jednak jedyne zjazdy w kraju, gdyż owe konfederacje (w jakie zamieniały się szlacheckie zjazdy) odbywały się teraz we wszystkich prowincjach kraju. 17 lipca w Krasnymstawie zebrała się (na polecenie podkomorzego chełmskiego - Mikołaja Sienickiego, zwanego też "polskim Demostenesem" ze względu na swobodę wymowy i trafność przekazu, którym zjednywał sobie współobywateli) szlachta ziemi chełmińskiej. 21 lipca zebrała się w Bełzie szlachta województwa bełskiego, a przewodził jej starosta - późniejszy kanclerz i hetman wielki koronny - Jan Zamojski. Tego samego dnia zebrała się szlachta kujawska na sejmiku w Radziejowie. 31 lipca w Glinianach odbył się wspólny zjazd województw ruskiego i podolskiego a w kolejnych dniach odbył się zjazdy sejmików na Litwie i Ukrainie. Były oczywiście zjazdy ważne i ważniejsze, np. już 21 lipca w Radziejowie odrzucono postanowienia konfederacji łowickiej (szlachta była bowiem mocno wzburzona, że jej przedstawicieli nie dopuszczono tam do obrad wraz z senatorami i dlatego zagrano na nosie magnatom, odrzucając ich uchwały), potem uczyniła to na zjeździe w Środzie (8-10 września) również i szlachta wielkopolska. Duże znaczenie zaś miały konfederacje: krakowska, krasnostawska i bełska, których postanowienia przyjmowała szlachta innych prowincji.

W Krakowie wyznaczono wspólny zjazd wszystkich senatorów Rzeczpospolitej do Knyszyna na 10 sierpnia 1572 r., Wielkopolanie zaś wyznaczyli miejscem zebrania - Środę, dnia 8 września (na ten drugi zjazd nikt nie przybył, poza samą szlachtą z Wielkopolski). W Knyszynie zebrano się jednak dopiero 24 sierpnia, lecz i tutaj nie dotarła spora część przedstawicieli z innych prowincji (np. Wielkopolanie, a poza tym nie przybyli senatorowie z województw: ruskiego, podolskiego i pruskiego). Wielkopolanie stwierdzili, że nie przybędą na zjazd knyszyński, gdyż został on zwołany bez porozumienia z prymasem Uchańskim, jako interreksem. Zjawiła się też bardzo nieliczna delegacja litewska, której przewodził marszałek wielki litewski - Jan Chodkiewicz (ojciec sławnego pogromcy Szwedów spod Kircholmu i bohatera wojny z Moskwą - Jana Karola Chodkiewicza). Zjazd knyszyński miałby doniosłe znaczenie i zapewne Jan Firlej - pomysłodawca jego zwołania - uzyskałby znaczną przewagę nad prymasem Uchańskim w walce o pierwszeństwo w państwie, gdyby nie popełnił podstawowego błędu. Ów zjazd bowiem został wyznaczony jedynie dla senatorów, czym Firlej zraził do siebie stan szlachecki. I choć zapadły tam dość ważne postanowienia i wyznaczono miejsce wyboru króla na dzień 13 października w Bystrzycy pod Lublinem, to jednak pominięcie szlachty oznaczało odrzucenie uchwał knyszyńskich na sejmikach w Środzie (Wielkopolska), Radziejowie (Kujawy), Raciążu (Mazowsze) i Nowym Korczynie (Małopolska). Szlachta tym samym wysyłała jasny komunikat do magnaterii - nic o nas, bez nas. Zwołany przez Wielkopolan kolejny sejmik w Kole (15-18 października) ostrzegł Małopolan, że jeśli spróbują na własną rękę wybrać króla, będzie to miało bardzo poważne konsekwencje. Widząc że pozycja Fireja słabnie - jego przeciwnicy - Piotr Zborowski i Walenty Dembiński porozumieli się z prymasem Uchańskim i wyznaczono wspólny zjazd senatorów obu prowincji (wysłano także zaproszenia do Litwy, Prus Królewskich, Inflant i Wołynia) w miejscowości Kaski pod Sochaczewem, na dzień 25 października.




W czasie obrad zjazdu kaskiego (25 października - 2 listopada) zaniepokojona tym szlachta ziem różnych Rzeczypospolitej, odbywała w tym samym czasie swoje sejmiki, gdzie zarzucano magnatom uzurpowanie sobie całej władzy i dążenie do samodzielnego wyboru przez nich króla. Domagano się zwołania wspólnego zjazdu szlachty i magnaterii, oraz jak najszybszego wyboru nowego monarchy, najlepiej jeszcze przed zimą 1572 r. To ostatnie jednak stało się niemożliwe i ostatecznie zwołano (oraz zaakceptowano na sejmikach) sejm konwokacyjny do Warszawy na dzień 6 stycznia 1573 r. Sejmiki wyznaczyły więc posłów i dnia tego (wraz z senatorami) zebrała się pod Warszawą dość duża liczba przedstawicieli (prócz wybranych posłów, zjechała tam również i szlachta, aby się przypatrywać obradom) z Małopolski, Wielkopolski, Mazowsza, Rusi, Litwy, Prus, Inflant, Podola, Wołynia i Ukrainy. Sejm konwokacyjny różnił się tym od zwykłego, iż senatorowie zasiadali tam wspólnie ze szlachtą i nie wybierano też marszałka, a obradom przewodniczył codziennie poseł z innego województwa. Podczas obrad zatwierdzono sądy kapturowe (którym nadano jednolity charakter sądów ostatniej instancji), uchwalono podatki na obronę granic, zakazano "wyprowadzania koni i sprzętów wojennych" za granicę, uchwalono też do czasu wyboru nowego króla zamknięcie wszystkich karczem i zakaz zabaw publicznych. Posłom obcych dworów przyznano specjalne listy starościńskie, bez których nie mogli oni podróżować po kraju (chciano tym samym zniwelować wpływ obcej agentury, która już zaczęła szukać kontaktów, przekonując szlachtę do poparcia swych władców). Posłowie musieli teraz zatrzymać się przy granicy i tam czekać na przyznanie listów przez prymasa, umożliwiających im wjazd do Rzeczpospolitej (posłom Habsburgów wyznaczono takie miejsce w Urzędowie w ziemi lubelskiej, zaś posłom francuskim Konin w ziemi kaliskiej).

Podczas obrad musiano zająć się również podstawowymi problemami, takimi jak: przyznanie pierwszeństwa do tytułu interreksa prymasowi lub marszałkowi wielkiemu koronnemu, a także uzgodnienie kwestii, czy głos jednego szlachcica miał znaczyć tyle samo, co głos senatora. Ostatecznie uzgodniono (po przemowie Jana Zamojskiego i Jakuba Ponętowskiego - cześnika łęczyckiego) iż wybór nowego monarchy winien być udziałem całego narodu. Zamojski, powołując się jeszcze na uchwałę sejmu z 1530 r. w tej sprawie, stwierdził: "Senat, poselstwo, są urzędem, stan rycerski zaś narodem, a gdy równe są swobody całego rycerstwa, sprawiedliwą było rzeczą, aby, jako do obrony Ojczyzny, tak do wyboru króla każdy z rycerstwa równo się przykładał". Uznano więc, iż będzie sprawiedliwym, by wszyscy "panowie bracia" bez względu na sprawowane urzędy i posiadane majętności, mieli równe prawo głosu co do wyboru wspólnego Rzeczypospolitej monarchy. Zdecydowano się jednak wyłączyć z elekcji przedstawicieli książąt hołdowniczych (pruskiego i kurlandzkiego), tak, aby nigdy nie mieli oni wpływu na wybór króla Polaków, Litwinów i Rusinów. Wyznaczono też miejsce pod przyszłą elekcję królewską, a ponieważ szlachcie i magnatom było dobrze obradować pod Warszawą, to właśnie to miejsce (wieś Kamień na Pradze) wybrano teraz na wybór monarchy (zaważyła przy tym również opinia prymasa, który dobrze wiedział że większa część szlachty mazowieckiej jest katolicka i że stawi się ona tłumnie pod Warszawą, przechylając w razie konieczności szalę na korzyść Kościoła Katolickiego). Ostatecznie uzgodniono też, że każdy nowy król, będzie zobowiązany zatwierdzić dawne przywileje szlachty, oraz przyjąć na siebie pewne zobowiązania, aby Rzeczpospolita która oddaje mu swą koronę, mogła mieć z niego jakiś pożytek (szlachta bała się bowiem tego, że może wybrać niewłaściwego króla, który potem okaże się np. tyranem lub będzie miał jakąś inną wadę. Pytano więc: "Sprawy sejmowe można odbywać przez posłów, bo łatwe do naprawy, ale jak naprawić wybór złego króla?". Ostatecznie nową elekcję królewską wyznaczono na dzień 6 kwietnia 1573 r. we wsi Kamień. Tuż przed samym zakończeniem sejmu konwokacyjnego (29 stycznia), podjęto jeszcze jedną decyzję o fundamentalnym znaczeniu dla dziejów kraju i Europy.




Zawarto bowiem (26 stycznia) wzajemną zgodę religijną i tolerancję wyznaniową. Było to spowodowane wrażeniem dokonanej w Paryżu (23/24 sierpnia 1572 r.) tzw.: "Nocy św. Bartłomieja", podczas której katolicy wymordowali protestantów/hugenotów. Aby więc nigdy w Rzeczypospolitej do podobnej zbrodni nie doszło, katolicy i protestanci wspólnie ułożyli zasady religijnej zgody narodowej (było to tak naprawdę potwierdzenie stanu faktycznego, gdyż takowa zgoda istniała w mniejszym lub większym stopniu od początku Reformacji religijnej, a od roku 1563 i pozbawienia sądów duchownych władzy nad protestantami, oraz od zrzeczenia się przez króla sądzenia spraw o herezję - 1570 r. stała się realnie faktem obowiązującym). Akt Konfederacji Warszawskiej 1573 r. (bo taką to nazwę nosiła odtąd zgoda religijna) spisało 15 wybranych przedstawicieli (7 katolików, 7 protestantów i biskup kujawski - Stanisław Karnkowski). Uzgodniono: "Pokój między sobą zachować dla różnej wiary i odmiany w kościele krwi nie przelewać, ani się penować (karać) konfiskatą dóbr, skazywać na infamię, więzienie lub wygnanie i zwierzchności żadnej, ani urzędowi do takowego progresu  żadnym sposobem nie pomagać". Innymi słowy, zobowiązywano się do powstrzymania od wzajemnych prześladowań na tle religijnym, a także do przeciwdziałania takim próbom, gdyby wychodziły one od króla lub sądów królewskich. Konfederacja Warszawska była pierwszym tego typu dokumentem, który jasno określał zasady zgodnego współżycia wyznawców różnych religii chrześcijańskich, drugim takim aktem, będzie - wydany w 1598 r. przez króla Francji Henryka IV Burbona - tzw.: Edykt Nantejski, ale jakoś dziwnym trafem głównie mówi się na Zachodzie o tamtym, zaś Konfederacji Warszawskiej, wcześniejszej o 25 lat, w ogóle się nie dostrzega. A przecież to w tamtych czasach Europa Środkowa nadawała ton wszelkiej wolnościowej idei, gdyż to, co potem z biegiem dekad obmyślali filozofowie Zachodu, w naszej części Europy już funkcjonowało, jako żywa praktyka ustrojowa, oparta na zasadzie prawa, wolności i tolerancji jednostki. Konfederacja Warszawska została podpisana przez senatorów oraz delegatów z miast koronnych i "głośno przyjęta" przez posłów - 28 stycznia 1573 r. W dniu następnym sejm konwokacyjny zakończył obrady.

W międzyczasie, do chwili zwołania sejmu elekcyjnego, ponownie obradowały (w marcu) sejmiki ziemskie, gdzie radzono nad postanowieniami przyjętymi na sejmie konwokacyjnym. Sejmiki województw: krakowskiego, mazowieckiego, lubelskiego i ruskiego wprowadziły obowiązek uczestnictwa szlachty na zjeździe elekcyjnym, pozostałe sejmiki innych ziem i prowincji stawiały na dobrowolność w tej kwestii. W rzeczywistości było tak, że spora część szlachty pozostała w domach ze względu na niechęć do ponoszenia kosztów podróży oraz z powodu zapewnienia bezpieczeństwa granic i porządku wewnętrznego. Najbardziej licznie oczywiście zjawiła się we wsi Kamień pod Warszawą szlachta mazowiecka, której było jakieś 10 000. Szlachta z pozostałych ziem Rzeczpospolitej liczyła łącznie ok. 40 000 osób (a do tego należy doliczyć również i liczną służbę, jaką ze sobą sprowadzano, co powodowało że łącznie zebrało się pod Warszawą prawie 200 000 głów). Oczywiście wyborcy przybyli "pod bronią", zaś niektórzy panowie nawet "działa ze sobą przywiedli" (jak pisał Teodor Morawski). Było to więc ciekawe zgromadzenie: połączenie zamiłowania do darmowej kuchni (jaką serwowano podczas zjazdów sejmowych) z paradami pocztów wojskowych. Senatorowie zostali rozlokowani przez marszałków (dwóch koronnych i dwóch litewskich - którzy mieli obowiązek czuwania nad bezpieczeństwem i organizacją zjazdu) w kamienicach warszawskich, zaś pozostałą szlachtę rozmieszczono w okolicznych wsiach (w odległości nie większej niż trzy mile). Połączenie wsi Kamień (miejsce obrad) z Warszawą, zapewniał wielki most przez Wisłę, którego budowę rozpoczął jeszcze król Zygmunt August w 1568 r. a zakończyła (własnym sumptem) księżna Anna Jagiellonka właśnie w 1573 r. Ów most zaliczał się do prawdziwych cudów ówczesnego świata, liczył sobie 500 metrów długości i był najdłuższym drewnianym wówczas mostem w Europie. Jego otwarcie nastąpiło tuż przed zjazdem sejmowym 5 kwietnia 1573 r. i budził prawdziwy podziw (w latach późniejszych wzniesiono od strony Warszawy Bramę Mostową ze strażniczą wieżą, która miała chronić most przed ogniem, a także zatrudniono specjalną straż, która pilnowała mostu zarówno w dzień, jak i w nocy. Przetrwał on łącznie 30 lat, gdy w 1603 r. kra lodowa zerwała przęsła mostu i ten się zawalił. Potem jeszcze kilkakrotnie próbowano go odbudować, ale aż do stworzenia pierwszego stałego, stalowego mostu warszawskiego - czyli Mostu Kierbedzia w 1864 r., konstrukcje te były jedynie czasowe).




Warto też nadmienić, że postać księżnej Anny Jagiellonki w tamtym czasie nabrała znaczenia, a to z powodu majątku, jaki odziedziczyła ona po swym bracie Zygmuncie Auguście. Co prawda pani ta liczyła już sobie 50 lat, ale z powodu majątku i faktu, że przez ożenek z nią można było zdobyć polską koronę, stała się bardzo pożądaną partią w ówczesnej Europie. Wysyłali jej propozycje małżeństwa książęta znacznie młodsi (np. 19-letni książę Ernest Habsburg). Posyłano też swoje obrazy, aby księżna mogła naocznie ujrzeć, jak przystojny jest dany kandydat do jej ręki. Szlachta zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa takiego kroku i poślubienia przez Annę jakiegoś książątka, na którego naród by się nie godził, zmusili księżnę do opuszczenia Warszawy i przeniesienia się do Piaseczna (22 lipca 1572 r.). Stamtąd przeniosła się ona następnie do Łomży, a potem do Płocka. Szlachta przyznała jej co prawda tytuł infantki, ale jednocześnie przydzieliła "kuratorów", którzy mieli czuwać nad jej decyzjami. W tych dniach żaliła się ona w liście do siostry (Zofii): "Co czynię, z kim mówię, co piszę, do kogo, chcą o wszystkim wiedzieć, komu odpisać mam to mi rozkazują jako chcą". Posiadając wielki majątek po bracie, w rzeczywistości nie mogła z niego korzystać bez zgody szlachty i żyła bardzo skromnie (ksiądz Piotr Skarga, który był jej powiernikiem w tym czasie, pisał potem że miała w tym okresie tylko jeden srebrny kubek, który zwała "sierotką"). Wciąż była strofowana (szlachta mawiała: "Wasza Królewska Mość, ty nam chcesz tę koronę stracić dla siebie (...) ty nam obierać nie będziesz pana!", zaś biskup kujawski - Stanisław Karnkowski upominał ją słowami: "Już widzimy, że Wasza Królewska Mość coś czynisz bez woli naszej. Tak się nie godzi!"). Mimo to, tuż przed samym zjazdem elekcyjnym, księżna Anna Jagiellonka powróciła na Zamek do Warszawy, czym wzbudziła sensację i... przerażenie (pisała potem w liście do swej siostry Zofii, że: "Senatorowie zlękli się, ujrzawszy mnie"), przybyła tam bowiem bez wiedzy jej opiekunów. Jednak wjazd potomkini królewskiej dynastii Jagiellonów nie mógł zostać zignorowany i oczywiście zarówno senat, jak i posłowie oraz cała szlachta przybyli ją powitać, jak należało to uczynić w stosunku do osoby królewskiego rodu. Anna wyprawiła dla nich ucztę, na której to doszło do nieprzyjemnego incydentu, gdy podpity wojewoda sandomierski - Piotr Zborowski, zaczął oskarżać księżnę o próbę otrucia całej szlachty. Tego incydentu jednak prawie nikt nie pamiętał, bowiem większość szlachty była już wówczas tak pijana, że trzeba ich było od stołu wynosić z komnaty za ręce i nogi.

Księżna miała licznych wrogów (Radziwiłłów, Zborowskich, Firlejów, prymasa Uchańskiego, biskupa krakowskiego - Franciszka Krasińskiego), miała jednak poparcie wśród licznej drobnej i małej szlachty (szczególnie mazowieckiej). Wielcy panowie mieli jej za złe, że pragnie podważyć postanowienia Unii Lubelskiej z 1569 r. tworzącej jedną polsko-litewską Rzeczpospolitę (księżna pragnęła to uczynić, aby odzyskać dziedziczenie na Litwie, gdzie możni już zajęli wiele zamków i włości należących niegdyś do jej matki, królowej Bony Sforzy i nie pozwalano jej skorzystać z testamentu po zmarłym bracie, gdyż wszystko zostało opieczętowane i zamknięte na klucz). Co jakiś czas  do jej komnat pukali też posłowie, oferujący jej małżeństwo ze swymi władcami. Najczęściej przebywał w jej komnatach poseł habsburski, który namawiał ją do wybrania jednego z arcyksiążąt austriackich (Maksymiliana lub Ernesta), ale już w październiku 1572 r. przybył też wysłannik króla Francji Karola IX Walezjusza - biskup Walencji Jean de Monluc, który przekonywał Annę do małżeństwa z młodym następcą francuskiego tronu - Henrykiem d'Anjou. Ponoć pomysłodawcą ożenku Anny z Henrykiem, był turecki wezyr - Tawil Sokollu Mehmed Pasza, który w interesie sułtana czynił wszystko, aby na polskim tronie nie zasiedli Habsburgowie, z którymi to Turcy Osmańscy od dawna już zmagali się orężnie na Węgrzech. Dwór paryski entuzjastycznie przystał na tę turecką propozycję, tym bardziej że Karol IX szczerze nie znosił swego młodszego brata, który był oczkiem w głowie matki - królowej Katarzyny Medycejskiej i pragnął czym prędzej pozbyć się go z Francji. Karol IX, aby pokazać swoją niechęć do Henryka, często nawet porywał się na niego w gniewie z rękoma do bicia i matka obawiała się, by ostatecznie nie zlecił morderstwa Henryka (tym bardziej, że Karol miał wciąż w głowie dawną przepowiednię Nostradamusa, którą usłyszał na własne uszy, gdy był jeszcze dzieckiem, a brzmiała ona, że wszyscy synowie Katarzyny Medycejskiej zasiądą na francuskim tronie). Wysłanie go do Polski było więc o tyle korzystne, że eliminowało zagrożenie przejęcia władzy przez Henryka we Francji i jednocześnie stwarzało możliwość wzięcia Habsburgów w kleszcze z obu stron: Polski i Francji.




Henryk jednak nie pragnął wyjeżdżać do odległej Polski, a już perspektywa małżeństwa ze starą (50-letnia kobieta była już wówczas uważana za starą) Anną Jagiellonką, tym bardziej go nie radowała. Miał już zresztą wcześniej być kandydatem na męża angielskiej królowej - Elżbiety I, także starszej od niego o prawie dwadzieścia lat (podczas pobytu w Londynie, Henryk przybył tam ze swoimi "mignonami", z którymi często przebierał się w kobiece suknie i zachowywał jak kobieta. Raz nawet Elżbieta odkryła go w takim przebraniu i wybuchła gromkim śmiechem, co zupełnie zraziło Henryka do jej osoby). Potem matka chciała go jeszcze ożenić z królową Szkocji - Marią Stuart, ale ten mariaż także nie doszedł do skutku. Ostatnim planem Katarzyny Medycejskiej, było zrobienie z Henryka... króla Algieru (oczywiście za zgodą Wielkiej Porty), ale Turcy odmówili wsparcia w tej sprawie (Henryk musiałby przejść na islam, co było wykluczone). I w tej właśnie sytuacji pojawiła się wizja zdobycia korony polskiej (luty 1572 r.), przez małżeństwo Henryka z podstarzałą Anną Jagiellonką. Katarzyna, wespół z Karolem IX, posłali więc do Rzeczpospolitej młodego Jeana de Montluc (nieślubnego syna biskupa Walencji - Jeana de Montluc, który w 1567 r. uznał swego nieślubnego syna za dziedzica i dał mu swoje nazwisko. Wcześniej młody Jean zwał się bowiem Balagny). Młodzieniec jechał przez Wiedeń (gdzie w obawie aby go tam nie zatrzymano, rozgłaszał, że jedzie zwiedzić Polskę, Szwecję i Danię w celach naukowych, jako że niedawno ukończył Uniwersytet w Padwie), dzięki temu przejechał szczęśliwie i w czerwcu 1572 r. przekroczył granicę Rzeczypospolitej, udając się następnie do Knyszyna, do umierającego króla Zygmunta Augusta, który jednak nie był już w stanie go przyjąć. Kolejne miesiące przeznaczył Montluc na zgłębianiu charakteru narodowego Polaków, goszcząc często w siedzibach magnatów i szlachty (gdzie upijał się do utraty przytomności, podejmowany licznymi trunkami i wybornym jadłem, wśród którego były nawet specjalnie dla niego sprowadzane z Francji małże, a także wiele gatunków wina i konfitur). W zasadzie młody Montluc nie miał czasu by wytrzeźwieć, gdy z dnia na dzień gościł na innych przyjęciach. Po śmierci Zygmunta Augusta (7 lipca) Jean de Montluc powrócił do Paryża, aby zdać relację królowi Karolowi i jego matce. 

Katarzyna Medycejska tym razem jednak (zapewne nie ufając relacjom młodego bawidamka), posłała do Polski jego ojca, biskupa Walencji o tym samym imieniu - Jean'a de Montluc. Pochodził on ze starej, gaskońskiej szlachty (spokrewnionej z d'Artagnanami, której to rodziny to jeden z członków stał się sławny, dzięki Aleksandrowi Dumasowi i jego powieści o przygodach Atosa, Portosa, Artamisa i d'Artagniana pt.: "Trzej muszkieterowie"). W życiu miał różne zakręty, nim został biskupem Walencji. Jean de Montluc przeszedł nawet na protestantyzm i o mały włos nie został spalony za to na stosie (za złamanie ślubów bezżeństwa, bowiem będąc już księdzem, ożenił się i zmienił wiarę). Ocaliła go od takiej śmierci interwencja królowej Katarzyny Medycejskiej, której Montluc wpadł w oko. Obsypany przez nią honorami, powrócił do katolicyzmu i został biskupem Walencji. Za uratowanie mu życia, służył potem wiernie swej pani podczas licznych poselstw do wielu krajów. Teraz odbył z jej polecenia podróż do Polski (choć starał się od tego wymigać, twierdząc że zdrowie nie pozwala mu na tak daleką podróż). Wyjechał z Paryża 17 sierpnia 1572 r. (na tydzień przed masakrą hugenotów w Dzień św. Bartłomieja) i już w Niemczech doszły go słuchy o tej zbrodni (doświadczył też tam wielu upokorzeń oraz niemiłych spotkań z rajtarami), ale ostatecznie 15 października przekroczył granicę Rzeczypospolitej. Tam starał się przypodobać szlachcie, roztaczając przed nią wizję Henryka, jako nowego króla Polski, połączonej sojuszem z Francją w celu zniszczenia potęgi domu habsburskiego. Spotkał się tu jednak ze sporą konkurencją, jako że nie tylko posłowie Habsburgów przybyli agitować za swymi władcami, ale również posłowie z Prus Książęcych w imieniu księcia Albrechta Fryderyka Hohenzollerna (syna Albrechta - ostatniego wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego linii pruskiej, który w 1525 r. złożył hołd lenny Koronie Polskiej i został przez króla Zygmunta I mianowany "księciem w Prusiech", a wcześniej musiał się wyrzec wszystkich miast i twierdz pruskich, ofiarowanych Zakonowi z woli papieża i cesarza rzymskiego, a następnie otrzymywał je z powrotem, tym razem z woli króla polskiego, co miało być dowodem jego i jego potomków podległości Koronie Polskiej), jak również posłowie ze Szwecji, występujący w imieniu króla Jana III Wazy, posłowie siedmiogrodzcy optujący za poparciem swego księcia - Stefana Batorego, a także przybyło poselstwo od cara Iwana IV Groźnego, które obiecywało w imieniu swego "gosudara" utrzymanie przywilejów szlacheckich, połączenie Polski i Litwy z Rosją, a nawet przyjęcie przez cara katolicyzmu (jeśli wiara ta zostanie uznana za lepszą w dysputach teologicznych z prawosławiem). Konkurencja była więc spora, dlatego też postanowiono wprowadzić specjalne listy starościńskie dla posłów, aby ci nie rozjeżdżali się samoistnie po kraju i nie agitowali "na zgubę Rzeczypospolitej".




Szybko jednak Montluc zyskał poparcie biskupa kujawskiego - Stanisława Karnkowskiego i wojewody sieradzkiego - Olbrachta Łaskiego (którego ród z Francją od dawna był związany, np. jego ojciec, Hieronim Łaski posłował w latach 1524 i 1531 do króla Franciszka I, a wuj Stanisław długo przebywał na paryskim dworze i brał też udział u boku króla Franciszka w bitwie pod Pawią w 1525 r. Zaś jeden z kuzynów - Jan Łaski wiele podróżował po Francji, Niemczech i Anglii i stał się jednym z filarów Reformacji religijnej, szczególnie w Anglii). Łaski był wielkim magnatem, którego ambicją było zostać hospodarem mołdawskim. Jednocześnie był to człowiek, który pomimo swego gruntownego wykształcenia, okazywał się często gwałtownikiem i warchołem, dwa razy zmieniał wyznanie (z katolicyzmu przeszedł na protestantyzm i ponownie powrócił do katolicyzmu w 1569 r.) trzykrotnie był żonaty (ostatnią żonę Francuzkę - Sabinę de Sauve poślubił, gdy jego druga żona - Beata Ostrogska/Kościelecka jeszcze żyła, czym popełnił bigamię - którą zresztą w ogóle się nie przejmował). Jean de Montluc przekonał do poparcia Henryka Walezjusza wielu magnatów i szlachtę, ale cieniem na jego wysiłku położyła się wiadomość o rzezi hugenotów w Paryżu. Była to karta przetargowa dla Habsburgów, którzy poczęli rozgłaszać teraz, że jeśli Polacy obiorą sobie francuskiego księcia, ten gotów wzniecić tu te same wojny religijne, które miały miejsce we Francji. Nagle cała misterna praca Montluca poczęła się rozpadać, a on nie krył tym swego rozczarowania w listach, pisanych do sekretarza stanu w Paryżu - Brulart'a. W jednym z nich znalazły się takie słowa: "Zrozumcie, jak dalece ten nieszczęsny wiatr, który wieje we Francji, cofnął łódź, którąśmy już dowiosłowali do wejścia do portu. (...) Jeżeli miano ochotę na to królestwo polskie, trzeba było wstrzymać wykonanie tych egzekucji, które się stały". Błagał też, aby w tych warunkach odwołano go z Polski, gdyż nic więcej nie jest tu w stanie zdziałać, tym bardziej że agenci Habsburgów opisują ze szczegółami zbrodnie, jakich dokonywano na hugenotach w Paryżu, tak, iż jemu samemu zbiera się na wymioty. Twierdził też że dostał wysokiej gorączki i niedomaga z tego powodu.

Jako wsparcie dla biskupa Walencji (a raczej niezależnie od niego) wysłała królowa Katarzyna Medycejska do Polski swego karła, Polaka - Jana Krasowskiego, który przez lata przebywał na jej dworze i którego bardzo tam polubiono. Pochodził on z dobrej rodziny, a także nie raził innych swoją powierzchownością, bo pomimo niskiego wzrostu, był dobrze zbudowany, dowcipny i miły w obejściu. Potrafił zdobywać zaufanie i przekonywać innych do swych planów (zbił też znaczny majątek). Ale także i on pisał do Katarzyny, że Noc św. Bartłomieja bardzo popsuła mu zadanie. Twierdził bowiem: "Niemcy, którzy wyrzucili już 60 000 talarów na wybór arcyksięcia, zaczęli rozpisywać takie oszczerstwa, których nie śmiem powtarzać. Odważyli się mówić, że król i duc d'Anjou biegali po ulicach Paryża, krzycząc "śmierć hugenotom!". Wszyscy protestanci tego królestwa, a są bardzo liczni, którzy byli po naszej stronie, nie wiedzą, co robić i gdzie się zwrócić" (w podobnym duchu pisał poseł francuski w Wenecji, który twierdził, że oburzenie rzezią paryską jest tak powszechne, że dotyczy nie tylko protestantów, ale i katolików. Zaś Niemcy, którzy jeszcze do niedawna rozważali możliwość wyboru księcia Henryka na tron cesarski, teraz już nawet o tym nie wspominają). Członek francuskiego poselstwa Montluca - Jean Choisin, tak też pisał w swych pamiętnikach: "Nasza popularność nie trwała dłużej, jak dwadzieścia cztery godziny, gdyż przybył ktoś, kto przywiózł fatalną wiadomość, wzbogaconą wieloma szczegółami, a w kilka godzin już złorzeczono imieniu francuskiemu. Co tydzień przynoszono ryciny, przedstawiające sposoby, w jaki męczono hugenotów. Rozpruwano kobiety, aby wydzierać dzieci z ich łona. (...) Te rysunki z odpowiednimi podpisami tak dalece oburzały umysły, że mnóstwo osób nie cierpiało, aby w ich przytomności wspominano nazwisko Karola IX, panie mówiły o wydarzeniach paryskich z płaczem, jak gdyby były świadkami tych egzekucji".




W takiej sytuacji - aby jeszcze ratować to, co zostało z misji francuskiej - sekretarz stanu Brulart nakazał Montluc'owi posłużyć się kłamstwem i drukować pisma (po łacinie - który to język był drugim obowiązującym w Polsce, i po francusku), twierdzące, że w czasie Nocy św. Bartłomieja zginęło nie więcej, jak ok. czterdziestu szlachciców. W tym celu Montluc sprowadził z Francji samego Guy'a de Faur de Pibrac - poczytnego pisarza francuskiego, który w tamtym czasie stał się zwykłym propagandystą na usługach Korony Francuskiej, mającym w pięknych słowach usprawiedliwić ową rzeź. Otrzymał za to spore honorarium i wsparcie króla, oraz Katarzyny Medycejskiej. Montluc ściągnął go do Polski, aby ocalić to, co pozostało z "imienia Francji " w tym kraju. Pibrac przystąpił do nowego zadania, w myśl sentencji, którą się kierował w życiu, a brzmiała ona tak: "Kochaj rząd taki, jaki los przygodził. Jeśli królewski, kochaj króla-pana, jeśli zaś władza pospólna jest dana, kochaj ją takoż, boś się pod nią zrodził". Pisma Pibrac'a krążyły po Warszawie, gdy pod wieś Kamień zjechała się szlachta Rzeczypospolitej, aby wybrać sobie nowego króla. Jakie odniosła ona skutek, o tym w następnej części... 

     

CDN.
  

czwartek, 2 września 2021

WOJNA 39 - Cz. I

NA PODSTAWIE RELACJI RZĄDOWYCH,

INSTRUKCJI I ARTYKUŁÓW PRASOWYCH

DZIEŃ PO DNIU 

od 5 stycznia do 27 grudnia 1939 r.

 



 

PROLOG


 
 Ponieważ wczoraj minęła 82 rocznica zbrodniczej napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, postanowiłem podjąć się tematu opisania Wojny 1939 roku (zwanej też Wojną Obronną Polski, lub - opierając się o propagandę Goebbelsa - "Kampanią 18 dni" a co za tym idzie powielaną przez komunistów: "Kampanią Wrześniową"). Zamierzam jednak podejść do tego tematu nieco inaczej niż zwykle i miast suchych faktów, chciałbym się przede wszystkim skupić na raportach polityków, instrukcjach i artykułach prasowych (a podczas wojny wszystkie strony korzystały z usług propagandy - co oczywiście jest zrozumiałe, jako że celem było ostateczne zwycięstwo, dlatego też wszelkie negatywne fakty dla niemieckiej i polskiej opinii publicznej były przez nie pomijane w prasie i w instrukcjach, a uwypuklano błędy przeciwnika). Wydaje mi się że będzie to temat dość ciekawy, jako że II Wojna Światowa sama w sobie jest ciekawym tematem, a jej początek - czyli właśnie atak hitlerowskich Niemiec, dnia - 1 września 1939 r. na Polskę, a następnie uderzenie Sowietów - 17 września, wydaje mi się że jest bardzo mało znane i mało doceniane poza Polską. A przecież straty, jakie w czasie walk w Polsce poniósł Wehrmacht, uniemożliwiły mu szybkie przerzucenie jednostek na front zachodni i podjęcie walki jeszcze przed końcem 1939 lub na początku 1940 r. Dopiero po uzupełnieniu owych strat, Niemcy mogły ruszyć na Norwegię, Danię, Holandię, Belgię, Luksemburg i Francję. Na Zachodzie panuje też wiele mitów na temat tej wojny, jakoby Wojsko Polskie zostało rozbite w przeciągu... osiemnastu dni (stąd nazwa "Kampania 18 dni" - powielana w niemieckiej prasie na podstawie wydanych przez Goebbelsa instrukcji). Tak naprawdę wojnę z Polską zakończyli dopiero Sowieci, bowiem to ich interwencja realnie pomogła Hitlerowi tę wojnę wygrać (znane są przecież projektowane na drugą połowę września, wielkie kontrnatarcia w celu odciążenia Warszawy i wyparcia Niemców z dużej części Małopolski, ale po 17 września plany te przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, a jedyną szansą utrzymania siły oddziałów bojowych, było wyprowadzenie ich z kraju przez granicę - na Węgry lub do Rumunii, skąd miały następnie dotrzeć do Francji). Sowieci zresztą wspierali Hitlera od pierwszego dnia wojny - o czym również opowiem w tym temacie.

Polska odzyskała niepodległość w listopadzie 1918 r. (11 listopada zaczęto rozbrajać Niemców stacjonujących w Warszawie - stąd też ta właśnie data, połączona z kapitulacją Niemiec w I Wojnie Światowej, podpisaną tego właśnie dnia - została przyjęta jako Dzień Niepodległości Polski). Polska odrodziła się po 123 latach niewoli (a dokładnie 150, jako że należy liczyć od 1772 r. czyli pierwszego rozbioru ziem polskich, do 1922 r. czyli ostatecznego zjednoczenia terytorium odrodzonego na nowo państwa). Niewoli, która spadła na owe "państwo bez stosów" i ów raj dla szlachty oraz Żydów niczym grom z jasnego nieba. Dawna Rzeczpospolita polsko-litewska, potęga, która zdolna była zająć Moskwę, zmusić sułtana do ucieczki z Konstantynopola, a także wprowadzać na trony państw naddunajskich najróżniejszych włodarzy, a jednocześnie było to państwo, które nie miało stałej armii, ani stałych podatków (co zakrawa na paradoks - jakże bowiem możliwe jest istnienie mocarstwa, które nie posiada stałej armii, a mimo to jest zdolne rozbijać wielokrotnie liczniejsze siły w boju, jak np. w bitwie z Tatarami pod Hodowem w 1694 r., 400 husarzy pobiło... 40 000 armię chana krymskiego). Jednocześnie było to państwo wielkiej wolności - może nawet zbyt wielkiej, gdyż wolność jest oczywiście niezwykle ważną cnotą, ale wolność bez odpowiedzialności zamienia się w anarchię, a niestety społeczeństwo szlacheckie I Rzeczpospolitej było bardzo niekonsekwentne. Potrafiono bowiem się zmobilizować i zmusić do wielkich wyrzeczeń (również finansowych) w sytuacji niepowodzeń i klęsk na frontach (np. po katastrofalnej klęsce z Turkami pod Cecorą z 1620 r.,, która to dzięki wielkiej mobilizacji szlachty i wystawieniu nowej armii zamieniła się w wielkie zwycięstwo w bitwie pod Chocimiem w 1621 r., a bitwa ta stała się sławna w całej ówczesnej Europie. Między innymi za tę właśnie klęskę sułtan Osman II został zamordowany przez janczarów w maju 1622 r.), ale, gdy tylko sytuacja się zmieniała i zaczęto odnosić spore sukcesy w walkach z nieprzyjacielem, szlachcie natychmiast przechodziła ochota do dalszego wojowania i wypatrywali oni okazji do jak najszybszego zawarcia pokoju. Dlatego też Rzeczpospolita Obojga (Trojga) Narodów nie była nigdy w stanie stać się prawdziwym imperium, choć miała ku temu ogromne możliwości. Jednak świadomość że król mógłby użyć silnej armii przeciwko narodowi, powodowała, że szlachta nie godziła się na jakiekolwiek wzmocnienie armii, a przez to państwo nie było w stanie prowadzić długotrwałej ekspansji zewnętrznej (bo krótkotrwałe ekspansje były wielokrotnie podejmowane).



"SPOJRZELIŚMY DOKOŁA SIEBIE - RYGA Z GÓRY, 
Z DOŁU WIEDEŃ, MOSKWA ZAŚ O RZUT BERETEM ALBO PÓŁ.
O JAKŻE WIELKĄ NAM UWITO, NIEPOSPOLITĄ RZECZPOSPOLITĄ"
 
 

 

Mimo to, Rzeczpospolita rozrastała się nie dzięki podbojom, ale dzięki dobrowolnym uniom politycznym z innymi krajami, a ponieważ przywileje szlachty i wolność (słowa, wyznania oraz druku) jaka panowała w Polsce, przyciągała innych, którzy także chcieli żyć w taki sposób i nie musieć obawiać się kary panującego władcy, za to w co wierzą, lub jak żyją. Stąd też przyciąganie polskości, rozumianej wówczas jako idea wolności, było po prostu OGROMNE. Innymi słowy - każdy chciał być wówczas Polakiem (nie muszę pisać, że nie dotyczyło to tylko Litwinów czy Rusinów, ale również Niemców - np. sławny prawnik i kronikarz króla Stefana Batorego i Zygmunta III - Reinhold Heidenstein był spolonizowanym Niemcem z Prus Książęcych, a takich było sporo, jak choćby Johann Boner, bankier krakowski i przyjaciel króla Zygmunta I - oraz Szkotów, Włochów, Francuzów, Anglików i wielu innych). 




Lecz takie państwo nie mogło istnieć w nieskończoność, tym bardziej że wokół niego powstawały absolutystyczne monarchie, rozbudowujące swą siłę zbrojną. W takich warunkach "państwo bez armii" nie było w stanie utrzymać swojej mocarstwowej pozycji. Jak bowiem stwierdził pisarz, dziennikarz i publicysta - Witold Gadowski: "Pierwsza Rzeczpospolita Obojga Narodów była krajem o jakim marzyłby Arystoteles - pierwszą republiką świadomych obywateli. Była krajem tolerancji i naturalnego ładu społecznego, którego nie uczynił żaden wymyślony system, a genialne dostosowanie ustroju do codziennej praktyki i wymagań ziemi. Wokół Rzeczpospolitej szalały wojny religijne, wzmacniały się absolutystyczne monarchie i tyranie, a na jej obszarze kwitły tolerancja i szacunek wobec głosu wolnego, wolność ubezpieczającego. Tamta Polska była fenomenem na skalę świata, a ukształtowała się tak nie z pomysłu jakiegoś szaleńca, ale w drodze wlewania charakteru zamieszkujących ją narodów do kielicha wspólnego ustroju. Gdyby nie zdziczenie i prymitywizm naszych sąsiadów, trwalibyśmy tak przez długie wieki jeszcze. Cóż, było to jednak zbyt piękne, aby mogło trwać długo. Spójrzcie jednak - mieliśmy kraj, który przodował w tolerancji, samorządzie i próbach budowania rozsądnej demokracji - wedle marzeń samego Arystotela. Nigdy przy tym nie kolonizowaliśmy nikogo, nie wyzyskiwaliśmy. Jeśli jakiś lud dołączał się do naszego wysiłku, to szybko dopuszczaliśmy go do równoprawnej kompanii. W naszej Polsce dobrze żyli sobie i Żydzi i Rusini i moi dalecy przodkowie Tatarzy i cała reszta. Taką Polskę zepsuły germańskie i ruskie watahy barbarzyńców. (...) Polska to wielka Rzecz a przy tym Pospolita dla wszystkich tych, którzy dołączają do naszej wspólnoty etycznej, Polakiem bowiem może być każdy, kto godzi się na taką wspólnotę i chce ją upowszechniać". W XVIII wieku, w sytuacji gdy na wschodzie istniało już silne państwo moskiewskie i po reformach Piotra Wielkiego (bardzo powierzchownych, ale jednak do pewnego stopnia skutecznych) kraj ten się znacznie zmodernizował i (przynajmniej wizualnie) zeuropeizował, zaś na zachodzie rosły w siłę fryderycjańskie Prusy/Brandenburgia - istnienie ogromnego państwa wolności i demokracji w środku Europy, do tego pozbawionego armii i silnej władzy centralnej, zaś uzależnionego od narodu (szlachty), której poszczególnych przedstawicieli bardzo łatwo było przekupić lub po prostu przekonać do wspierania obcych interesów - w takich warunkach istnienie Rzeczypospolitej zostało bardzo poważnie zagrożone. 

Ale okazało się, że naród szlachecki nie do końca zgłupiał i gdy widać już było całkowite uzależnienie od Moskwy oraz możliwość utraty państwowości, wreszcie obudzono się z długiego "letargu niemocy" do działania i podjęto akcję reanimacyjną owego chorego państwa, jakim już wówczas stała się Rzeczpospolita Obojga Narodów (jak śpiewał Jacek Kaczmarski: "Czas ratować państwo chore, szlag mnie trafia ergo sum! (...) Pojedziemy do stolicy, wszak Warszawa to nie Rzym. Tam rabują sprzedawczycy - poświecimy im! (...) Już w Wiedniu Sobieskich i w Pskowie Batorych dziś każdy inaczej pamięta. (...) Jest nas patriotów siła, żaden nam nie straszny wróg, a Ojczyzna sercu miła i łaskawy Bóg. Rozniesiemy na szabelkach zdrajców co nam wodzą rej, Rzeczpospolita jest wielka - starczy dla nas Jej!"). Na Sejmie Wielkim z lat 1788-1792 przeprowadzono gruntowne reformy, całkowicie odmieniające strukturę i formę rządów, oraz zmieniające kraj (Litwa została ostatecznie włączona do Korony). 3 Maja 1791 r. ogłoszono pierwszą w Europie i drugą na świecie po amerykańskiej - Konstytucję (Francuzi się nieco spóźnili, gdyż ogłosili swoją konstytucję dopiero cztery miesiące potem - 3 września 1791 r.). Konstytucja 3 Maja wprowadzała stałe wojsko, podatki, określała i reformowała wiele dotychczasowych stosunków społecznych (wśród szlachty, mieszczan oraz chłopów), wprowadzała też dziedziczną monarchię. Niestety, było już za późno i Rosja nie mogła pozwolić, by u jej boku Polska wybiła się na niezależność i urosła w siłę - musiała interweniować. Wojna 1792 r. w Obronie Konstytucji 3 Maja, zakończyła się klęską (głównie z powodu zdrady samego króla - Stanisława Augusta Poniatowskiego, który obawiał się gniewu swej dawnej kochanki, carycy Rosji - Katarzyny II). Co prawda w Koronie w kilku bitwach wojska rosyjskie zostały pokonane, ale na Litwie front się załamał i Rosjanie podeszli pod Warszawę. Król skapitulował i oddał się "na łaskę imperatorowej". To był koniec myśli o ocaleniu państwa w dotychczasowym kształcie, ale nie koniec dalszej walki o Niepodległość.
 
 


Karą za próbę wyrwania się z objęć Moskwy, był Drugi Rozbiór kraju (pierwszy przeprowadzili zaborcy: Rosja, Prusy i Austria w 1772 r.), pomiędzy Rosję i Prusy (1793 r.). Było pewne, że naród pragnący wolności nie zaakceptuje obcej władzy i kadłubowego państwa, jakim wówczas stała się Polska. W marcu 1794 r. Tadeusz Kościuszko (bohater walk o niepodległość USA, autor m.in. umocnień pod Saratogą, których Brytyjczycy nie byli w stanie pokonać, a zwycięstwo to było punktem kulminacyjnym i pozwoliło Amerykanom przejść do ofensywy, zakończonej ostatecznym triumfem nad Imperium Brytyjskim. Kościuszko opracował i wzniósł również mury Akademii Wojskowej w West Point, a także znany był z wyzwolenia wszystkich niewolników murzyńskich, pracujących na ziemi, jaką otrzymał od amerykańskiego Kongresu, a także utworzył fundusz, który miał się zajmować kształceniem czarnoskórych byłych niewolników, tak, by stali się pełnoprawnymi członkami nowego amerykańskiego społeczeństwa. Podczas zorganizowanej przez demokratów próby obalenia Donalda Trumpa w lecie 2020 r., pomnik Tadeusza Kościuszki w Waszyngtonie został zdewastowany przez tzw.: "BLM". Warto też nadmienić, że inny sławny Polak, też uczestnik Wojny o Niepodległość Stanów Zjednoczonych - Kazimierz Pułaski, poległy w bitwie pod Savannah w październiku 1779 r., był twórcą... amerykańskiej kawalerii).  



KOŚCIUSZKO POD SARATOGĄ
1777




ŚMIERĆ KAZIMIERZA PUŁASKIEGO POD SAVANNAH
11. X. 1779







Tak więc z Kościuszką jako Naczelnikiem Państwa, rozpoczęło się 24 marca 1794 r. Powstanie, mające na celu wyparcie Moskali z kraju i odrodzenie Rzeczypospolitej. Pomimo zwycięstwa pod Racławicami (4 kwietnia) i nieudanej próbie porozumienia się z rewolucyjną Francją, na pomoc Rosji ruszyły Prusy i wspólnie zdławiły ową insurekcję. Rzeczpospolita po Trzecim Rozbiorze (1795 r.) ostatecznie przestała istnieć, rozdarta na trzy części. Ale właśnie wówczas zaistniała sposobność, do bliższego związania losów Polski z Francją i u boku młodego generała, (walczącego wówczas we Włoszech z Austriakami), zawiązały się Legiony Polskie gen. Henryka Dąbrowskiego (1796 r.). Tak rozpoczęła się niesamowita, prawie dwudziestoletnia baśń napoleońska, która porwała tysiące polskich serc i długo jeszcze po upadku Cesarza kwitła w naszym narodzie (Józef Piłsudski napisał kiedyś w swych wspomnieniach, iż u jego kołyski zatrzymał się duch Napoleona Wielkiego, idący szlakiem swej wielkiej wyprawy na Moskwę).  




Potem zaś było Powstanie Listopadowe (1830-1831), Powstania Wielkopolskie (1846 i 1848), Krakowskie (1846) i wreszcie Powstanie Styczniowe (1863-1864), na którego to micie wychował się Józef Piłsudski. 





"PRECZ! TO JEST MÓJ DOM, MÓJ KRAJ - NIEDŁUGO PRZYJDĄ ZZA WISŁY NOWE KORPUSY gen. BOSSAKA I ZNOWU WSZYSCY POLACY PORWĄ SIĘ DO BRONI I NIE ZOSTANIE TU NIKT Z WAS!"







To właśnie w kulcie tego Powstania dorastał młody "Ziuk" Piłsudski, i to myśl o tej klęsce (przyszły Marszałek urodził się trzy lata po zakończeniu Powstania Styczniowego, w grudniu 1867 r.) oraz nienawiść do rosyjskiej szkoły, w której musiał słuchać kalumnii o Polsce i Jej historii, wyrobiła w nim żywą potrzebę i konieczność podjęcia ponownej walki o odrodzenie Ojczyzny i wyparciu Moskali z polsko-litewsko-ruskiej ziemi. 






To właśnie dzięki Jego determinacji (i wielu Jemu podobnych) ta Polska odrodziła się wreszcie po Wielkiej Wojnie z niewoli. Nikt nam, Polakom, tej Niepodległości nie dał w darze, nikt nam jej nie ofiarował w prezencie - wszystko musieli Legioniści Piłsudskiego a potem żołnierze odrodzonego Wojska Polskiego wyrywać samodzielnie, wywalczyć w bojach, uświęconych hektolitrami krwi. Zaraz też po odrodzeniu i pierwszych oddechach wolności, zostaliśmy zmuszeni stawić czoła ogromnemu niebezpieczeństwu, można wręcz rzec - kierując się nieco mistyczną konwencją - odrodzonemu złu, które zakiełkowało na Wschodzie (lecz narodziło się na Zachodzie) i zmierzało przez Polskę do Niemiec oraz dalej na Zachód. W sierpniu 1920 r. w Bitwie Warszawskiej (porównywanej do Maratonu, Salaminy czy hannibalowych Kann) zatrzymaliśmy pochód Czerwonej Armii na Europę, a we wrześniu w Bitwie Niemeńskiej doszczętnie rozbiliśmy ostatnie cztery sowieckie armie. Dzięki geniuszowi strategicznemu Józefa Piłsudskiego oraz nieprawdopodobnej mobilizacji całego narodu, udało się odnieść niesamowite wprost zwycięstwo. Ocaliliśmy Europę, która żyjąc sobie spokojnie i ciesząc się pokojem po zakończonej I Wojnie Światowej, nawet tego nie zauważyła. Było oczywiście wielu ochotników z Zachodu (np. Meriann C. Cooper czy Charles de Gaulle), którzy walczyli z Sowietami w roku 1920 u boku Wojska Polskiego, ale realnie nie została wysłana żadna dywizja, która mogłaby nas wówczas wesprzeć. Niemcy wręcz radowali się z upadku Polski, Anglicy już szykowali się do robienia interesów ze zwycięskimi Sowietami (ciekawe co by powiedzieli, jakby Sowieci doszli pod Kanał La Manche?) i... krytykowali Polskę za Jej opór. Amerykanie zajęli stanowisko wyczekujące, a Francuzi - choć oficjalnie wsparli Polskę, to realnie żadnej pomocy nam nie przysłali. Jedyną prawdziwą pomoc, jaką otrzymaliśmy - przyszła od Węgrów, którzy oddali nam.... cały zapas swojej amunicji (ponieważ kraj był zniszczony działaniami wojennymi, nie istniała tu ani jedna fabryka amunicji i trzeba ją było sprowadzać z zagranicy. A wysyłkę broni oraz amunicji blokowali skomunizowani dokerzy w portach brytyjskich, w porcie w Gdańsku i oczywiście Czechosłowacja. Gdyby więc 12 sierpnia na dworzec w Skierniewicach nie wjechał pociąg, w którym znajdowały się skrzynie wypełnione amunicją od naszych Bratanków, nie Wojsko Polskie nie miałoby czym strzelać i wojna wnet zostałaby przegrana, a Europa stanęłaby otworem przed Armią Czerwoną.




Wywalczona i ocalona Ojczyzna wracała po zwycięstwie do niepodległego bytu, a pamięć stoczonych bitew i przelanej krwi, jeszcze bardziej umocniła świadomość potrzeby utrzymania Polski suwerennej i niepodległej, Polski wielkiej i potężnej o jakiej śnili ojcowie, cierpiący w niewoli zaborów. Na straży tej Niepodległości stanęła potężna armia (czwarta co do wielkości w Europie i siódma na świecie). Armia ta jednak była przygotowywana przede wszystkim do przyszłej wojny ze Związkiem Sowieckim i dlatego tak licznie występowała tu formacja kawaleryjska (nie było lepszej i szybszej formacji na wielkie rosyjskie odległości, niż właśnie kawaleria, gdyż czołgi i samochody bardzo często zakopywały się w dużym śniegu i nie sposób było ich potem uruchomić. Wówczas kawaleria była wprost zbawienna, a przekonał się o tym sam Hitler, który w 1943 r. zaczął formować jednostki kawaleryjskie - lecz było już na to za późno, Niemcy tę wojnę już przegrywali). Kawaleria nigdy też nie atakowała czołgów bezpośrednio z szarży, a w starciach z jednostkami pancernymi, kawalerzyści zsiadali z koni, brali do ręki karabiny przeciwpancerne i ze wzgórz ostrzeliwali zbliżające się tanki - np. w Bitwie pod Wizną to właśnie polska kawaleria (Wołyńska Brygada Kawalerii) zniszczyła prawie 40 niemieckich czołgów a kilkadziesiąt uszkodziła. W każdym razie było silne wojsko, były wielkie ambicje (również kolonialne) często podkreślano że Polska jest mocarstwem równym wielkim potęgom tego świata. W 1933 r. Józef Piłsudski opracował plan wojny prewencyjnej, mającej obalić Hitlera i unieszkodliwić Niemcy na kolejne dekady, ale odmowa Francji uczestnictwa we wspólnej akcji zbrojnej (która była jedynie wyprzedzeniem tej wojny, która wybuchła realnie, bowiem każdy zdrowo myślący polityk w Europie zdawał sobie wówczas sprawę, że celem Hitlera jest dominacja, podbój oraz eksterminacja, dlatego też - jak mawiał Marszałek - każda akcja zaczepna przeciwko niemu, była tak naprawdę wojną obronną. Gdyby więc udało się Hitlera "zdmuchnąć jak świeczkę" w 1933 r., nigdy II Wojna Światowa by nie wybuchła, bo Stalin także nie mógł niczego uczynić bez wsparcia Hitlera, a Hitler bez wsparcia Stalina. W takiej sytuacji reżim sowiecki by sobie po prostu powoli zgnił (komunizm zamknięty w jednym kraju, bez możliwości ekspansji nie byłby w stanie długo przetrwać, gdyż ten system był niczym wirus, aby przetrwać musiał wciąż zakażać kolejne organizmy, a gdy nie miał takiej możliwości - to po prostu obumierał i tak też się stało w latach 80-tych), zaś Europa byłaby wolna od wielu nieszczęść obecnie ją trapiących (być może pojawiłyby się jakieś inne, ale tego nigdy do końca nie można przewidzieć).  




Druga Rzeczpospolita Polska przetrwała więc zaledwie dwadzieścia lat. To bardzo niedużo, ale gdyśmy nie mieli tej tradycji Dwudziestolecia Międzywojennego, gdybyśmy zostali tego pozbawieni w 1920 r., nie mielibyśmy tej wspaniałej pamięci lat 20-tych i 30-tych i stworzenia państwa od nowa.




A także wychowania i ukształtowania młodzieży, która swym czynem nakreśliła nieśmiertelny wkład w opór niemieckiemu i sowieckiemu najeźdźcy w czasie II Wojny Światowej. 




To tyle jeśli chodzi o taką retrospekcję nowożytnych dziejów Polski. W kolejnej części zajmę się krótkim nakreśleniem (dosłownie w telegraficznym skrócie) dziejów polsko-niemieckich, i aby już więcej nie przedłużać, przejdę następnie już bezpośrednio do tematu wojennych relacji wybuchu II Wojny Światowej, ukazanych na podstawie raportów, sprawozdań oraz artykułów prasowych (zarówno polskich, niemieckich, sowieckich jak i częściowo francuskich - choć akurat tych posiadam bardzo mało). Zatem do dzieła...  



CDN.

środa, 1 września 2021

NIEMIECKI ODWET ROKU 1934 - Cz. VI

CZYLI JAK TO PO ZAKOŃCZENIU

I WOJNY ŚWIATOWEJ

NIEMCY PLANOWALI ODRODZIĆ

DAWNĄ POTĘGĘ RZESZY?

 



 

VI

BURZA SIĘ ZRYWA 





 
 Nazajutrz, gdy Seelow wczesnym rankiem wyszedł na ulicę, na wszystkich narożnikach widniały wielkie plakaty wzywające na wiece protestacyjne z powodu tego, że mocarstwa nie chciały znieść okupacji Nadrenii. Największe zebrania miały się odbyć w cyrku Buscha i hali wystawowej ogrodu zoologicznego. W niejasnych zwrotach zapowiadano jakieś wielkie wypadki i łącznie z tym wskazywano na zatopienie nieprzyjacielskich okrętów w Kilonii. Pomimo że godzina była wczesna, już mnóstwo ludzi stało przed plakatami i dyskutowało żywo. W pobliżu dworca przy ulicy fryderykowskiej rotmistrz spotkał kilku panów, którzy dopiero co przybyli, jak wnosić było można z tego, że każdy z nich miał w ręku torbę podróżną. Powitawszy się lakonicznie, skierowali się na "Schlutersteg". Kilku innych poprzedziło ich już, skierowawszy się na most Weidendamm. Tymczasem Seelow miał stanąć na czele "komendy Kalstrasse", a zadaniem jego było unieszkodliwić batalion francuskiej straży przy ambasadzie, który zajmował koszary dawnego drugiego pułku piechoty gwardyjskiej. Poszczególne role były już rozdzielone. Otoczenie koszar i wyjścia z Kalstrasse na ulice Luizy i Albrechta były obsadzone posterunkami z promieniami. Umieszczono je w pokojach na ten cel wynajętych, w oknach piwnic oraz w poszczególnych sklepach, których właściciele byli wtajemniczeni. Ustawiono tam owe torby ręczne w ten sposób, że można było z nich rozsiewać promienie na całą ulicę jak najdalej. 

Rotmistrz odwiedził wszystkie swe posterunki, wydał ostatnie rozporządzenia i następnie udał się na swój punkt obserwacyjny i bojowy, do pokoju położonego na drugim piętrze kamienicy, naprzeciwko wejścia do koszar. Można było stamtąd doskonale ogarnąć wzrokiem dziedziniec koszarowy i gmach, a mianowicie ubikacje, gdzie znajdowały się naboje załogi. Przyboczny sztab rotmistrza składał się z dwóch ludzi, mających torby ręczne, i dwóch innych, na kurierów wyznaczonych. Zrazu w koszarach nie było można dostrzec nic nadzwyczajnego. Ponieważ wiece w zamkniętych lokalach były dozwolone, Francuzi nie mieli tymczasowo żadnego powodu do wystąpienia na ulice, czego można było oczekiwać dopiero wtedy, gdy rzesze wiecujących wyjdą na miasto. Mogło to zaś nastąpić dopiero około jedenastej w południe do tej chwili przeto trzeba było uzbroić się w cierpliwość.

Seelow raz jeszcze uprzytomnił sobie wypadki dnia poprzedniego i frunął myślami do domu, do Woltersdorfu i Bornhagen. Wysłał już przedtem depeszę po swego wierzchowca i ordynansa, bo był wyznaczony na dowódcę pułku jazdy berlińskiej Reichswehry i cieszył się na spotkanie z nieprzyjacielem. Według zapewnień Sollinga, szeregowcy, podoficerowie i większość młodych oficerów byli owiani duchem narodowym i z pewnością przyłączą się entuzjastycznie do ruchu powstańczego. Jedynie na wyższych stanowiskach były wszędzie figury rządu, to jest zagranicy. Dopiero po usunięciu tychże można było liczyć na pomoc pułku. Następnie Seelow uprzytomnił sobie panią Irmgard i list, jaki od niej otrzymał dnia poprzedniego. Zapowiadała w nim swój przyjazd do Berlina, pisząc, że musi dowiedzieć się, co się dzieje, bo w niepewności na ustroniu wyżyć nie może. Już dnia tego mogła przybyć.




Posłaniec na rowerze przeciął pasmo myśli rotmistrza, siedzącego przy oknie. Na jego widok spojrzał szybko na zegarek. Wskazywał 10:30. Wszystko poszło prędko. Posłaniec wszedł do pokoju i począł opowiadać o przebiegu zebrania w cyrku Buscha gdzie mówca wiecowy wzywał do powstania i zrzucenia jarzma. Gdy zapewnił słuchaczy, że wynaleziono środki odpowiednie do tego, podziałało to jak prąd galwaniczny, i powstał entuzjazm nie do opisania. Wzniesiono ramiona do przysięgi na wierność ojczyźnie. Na to oficer Reichswehry, nadzorujący wiec, chciał wkroczyć, lecz natychmiast otoczyło go kilku panów, którzy wyjaśnili mu położenie i zachęcali do współdziałania. Wahając się, zaniechał dalszych kroków - wobec zwartej woli zebrania byłby zresztą bezsilny. Tylko dziesięć minut trwała mowa i zakończyła się wezwaniem do gremialnego pochodu pod pomnik Bismarcka. Z mówcą na czele, pochód ruszył wkrótce do Lustgartenu, a z prawej i lewej jego strony towarzyszyli mu nieznacznie panowie z torbami ręcznymi, którzy, zdawać się mogło, przybyli dopiero co z dworca "Giełda". Bezczynnie przyglądali się temu policjanci i posterunki Reichswehry, i jakby ogarnięci ogólnym podniesieniem ducha, zapomnieli o przepisach odnoszących się do publicznych pochodów. Inaczej wszakże zachował się główny, przez Francuzów stale obsadzony odwach. Otrzymał on przez tajnych agentów wiadomość o tym co zaszło, gdyż w chwili gdy pochód wkraczał na Plac Zamkowy, ujrzano już na moście zamkowym łańcuch francuskich posterunków z wymierzonymi karabinami. Idący na czele ludzie zachwiali się, lecz przywódca wezwał ich, by spokojnie szli dalej, a jednocześnie dał znak na uboczu idącym w sposób niepodpadający. "Podróżni" chwycili za swe "torby" i raptem nastąpiła na moście żywa strzelanina karabinów. Część żołnierzy francuskich padła ugodzona, reszta w przerażeniu wypuściła broń i dymiące ładownice, i odbiegła, rany swe dłońmi zakrywając. Odpowiedzią na to było gromkie "hurra!" i pochód coraz liczniejszy sunął naprzód przed siebie.

Do tego momentu obserwował wypadki posłaniec, po czym szybko odjechał, by poinformować o tym rotmistrza. Wtem dał się słyszeć sygnał trąbki z koszar i przyciągnął rotmistrza do okna. Naprzeciwko zaalarmowano koszary. Załoga pospiesznie pobiegła do izb, by przygotować się do marszu, i wnet pojawiły się na dziedzińcu pierwsze zastępy. Potem cztery kompanie stanęły w szyku jedna za drugą i wysłały ludzi po ostre naboje. A jeden po drugim schodzili się też oficerowie z miasta. Skoro pierwsze dwie kompanie były gotowe, wyruszyły z dziedzińca, i czołowe szeregi zwróciły się w stronę ulicy Luizy.

- Tak jest - bąknął do siebie Seelow - idą do Tiergartenu.

Tymczasem wśród trzeciej kompanii poczynano właśnie rozdzielać naboje, a czwarta kompania była jeszcze przy skrzyniach z nabojami.

- Stacja pierwsza kieruje promienie na kompanię trzecią, stacja druga najpierw na skrzynie z nabojami, następnie na odwach. Gotów! - zarządził Seelow i śledził bacznie wzrokiem dwie oddalające się kompanie. A gdy czołowe ich szeregi były jeszcze ok. 100 metrów oddalone od ulicy Luizy, zakomenderował - Ognia!

Podniosły się przysłony u obu przedtem dobrze ustawionych torb ręcznych, i w tej samej chwili powstał z drugiej strony ulicy ogłuszający, szybko grzmot strzałów, po czym nastąpiło kilka silnych wybuchów, a jakby echo ozwała się od ulicy Luizy szybka strzelanina. Dziedziniec koszarowy i ulica zamieniły się w pobojowisko i powstał obraz niepodobnego do opisania zamętu. Więcej niż połowa Francuzów rannych spoczywała na ziemi. Szczególnie strasznym był skutek promieni eksplodujących w pobliżu składu nabojów. Najszczęśliwiej wyszła część czwartej kompanii, która trzymała się na uboczu, ale i tam większość odniosła lekkie rany. Bez ducha i bez rady spoglądali na siebie ci, co stali jeszcze na nogach. Dopiero po chwili przyszli do zmysłów i poczęli zajmować się rannymi. Kilku uciekło z ulicy do koszar, inni zbierali swe w strachu porzucone karabiny. A nowy postrach spowodowały nagłe eksplozje w izbie odwachu.

- A teraz trzeba systematycznie obrzucić promieniami całe koszary - rozkazał Seelow i dodał - Ja muszę biec w dół.

Gdy wyszedł na ulicę, słychać było już hałas bojowy od strony ulicy Luizy, gdyż tam kilku ludzi zawezwało szybko gromadzący się tłum do odebrania poległym Francuzom broni, oraz do zaatakowania reszty i wzięcia ich do niewoli. W pierwszej chwili Francuzi, przeważnie ranni, nie stawiali oporu, ale wkrótce wystąpili do boju i rozpoczęła się regularna walka na bagnety. A że tłum zwiększał się, więc powoli odpierano Francuzów. Nadbiegło wielu ludzi z ulicy Albrechta i garść demonstrantów, około 50-ciu, z cyrku Buscha. Objaśnieni przez kilku w spisek wtajemniczonych przybiegli tutaj, po drodze uzbroiwszy się w drągi i nahajki i co tylko wpadło im w ręce. Seelow objął nad nimi dowództwo. Trzeba było odciąć drogę powrotną do koszar tym Francuzom, którzy znajdowali się na ulicy, oraz zastawić wyjście tym, którzy zostali w koszarach. Ale to już się nie udało. Ukazała się bowiem w wyjściu załoga koszar z bagnetami. Seelow wydał rozkaz do ataku, i wkrótce wywiązała się wściekła walka. Z dzikim zapałem rzucili się Berlińczycy na Francuzów, którzy jednak lepiej byli uzbrojeni i lepiej wyćwiczeni w walce na bagnety. Zresztą czuli, iż nie mogą oczekiwać litości od tak długo z pogardą traktowanej i udręczonej ludności. Powoli odpierali napastników.

Rotmistrz utworzył sobie wnet spośród najlepiej uzbrojonych coś w rodzaju oddziału bojowego i czyhał na pomyślną sposobność do ataku. Aż ujrzał, jak pewien francuski podoficer tłumaczył coś komenderującemu oficerowi i wskazywał ręką w górę, w kierunku okien, gdzie stały aparaty z promieniami. Oficer kiwnął na to głową i wnet skoczyła garść Francuzów z podoficerem na czele ku drzwiom przeciwległej kamienicy. Temu trzeba było przeszkodzić za wszelką cenę.

- Za mną! - krzyknął Seelow do swych ludzi i wielkimi skokami rzucił się przeciwko Francuzom.

Odbił swą ciężką laską najbliższy bagnet i uderzył dowodzącego podoficera przez głowę. A towarzysze jego natarli mężnie z jednej i drugiej strony. Odparto Francuzów ostatecznie od ulicy Luizy. Ale rotmistrz spoczywał na ziemi, wielkim uderzeniem bagnetu w pierś powalony - leżał bez zmysłów...        
 




PS: Przyznać się muszę, że odczuwam do Francuzów dziwny rodzaj sympatii, połączonej z dużym szacunkiem dla ich kultury. Staram się oczywiście z tego w jakiś sposób "leczyć", gdyż zdaję sobie sprawę że jest to zauroczenie dość toksyczne, ale jednak nie potrafię do końca się z tego wyzwolić. Może wpływ na to ma moja Kobieta, która jest Francuzką, a może wielki szacunek i podziw, jaki noszę w swym sercu do człowieka, który - jak stwierdził kiedyś Goethe: "Był najpiękniejszą władzą, jaką znam", czyli do Cesarza Napoleona Bonaparte. Trudno powiedzieć co jest przyczyną tej mojej sympatii do Francji? (choć to przecież Francuzi opuścili nas we wrześniu 1939 r., to Francuzi odmówili współdziałania w projektowanej przez Marszałka Piłsudskiego wojnie prewencyjnej z Niemcami - która ocaliłaby Europę i Świat przed groźbą II Wojny Światowej, a z Hitlera uczyniła pinczerka, pamiętanego głównie jako tego z kanclerzy, który złamał warunki Traktatu Pokojowego z Wersalu i tym samym sprowokował interwencję państw sąsiednich. Tak się jednak nie stało, bo Francuzi obawiali się podjąć akcji zaczepnej, która kosztowałaby ich bardzo niewiele, a zyski byłyby nieograniczone). Piłsudski był bezradny, a sam nie mógł Niemiec zaatakować, gdyż narażał się na potępienie całego świata, jako agresor - musiała to więc być większa koalicja. A ta ze względu na odmowę Francji i Belgii nigdy nie doszła do skutku i Hitler doprowadził do tego, co znamy z historii. 






Dlatego też uważam że to moje zauroczenie Francją nie jest raczej powodem do chwały. Ale tak samo mam z USA, też nie mogę wyzwolić się od pewnego mitu tego kraju, który tkwi we mnie od dzieciństwa, mimo że współczesne Stany Zjednoczone coraz bardziej przypominając nazistowskie Niemcy lub komunistyczną Rosję (szczególnie tam, gdzie rządzą demokraci), niż ten kraj, który utkwił w mej pamięci jeszcze z lat 90-tych (choć byłem wtedy zaledwie nastolatkiem). Co się zaś tyczy Niemiec, to - pomimo moich korzeni - w stosunku do tego kraju nie odczuwam nic, zupełnie nic. No, może trochę żalu i rozgoryczenia faktem, że ten naród - miast stać się narodem muzyków, filozofów i pisarzy - stał się narodem oprawców i złodziei. Taka żałość ogarnia człowieka, jak się w to głębiej zanurzyć.  



 

 
CDN.