Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 13 września 2021

WOJNA 39 - Cz. II

NA PODSTAWIE RELACJI RZĄDOWYCH,

INSTRUKCJI I ARTYKUŁÓW PRASOWYCH

DZIEŃ PO DNIU

od 5 stycznia do 27 grudnia 1939 r.





  
"Nie damy się odepchnąć od Bałtyku" - hasło ustalone na tegoroczne "Dni morza", jest jednym z tych typowych, negatywnych, defensywnych, minimalistycznych haseł, całkowicie obcych odczuciom powojennego pokolenia polskiego. "Nie damy", "Nie rzucim ziemi", "Nie chcemy już od was uznania...", a nawet: "Jeszcze nie zginęła" - to wszystko są zabytki z okresu dążenia do niepodległości, kiedy to, czego się chce, określało się przez to, czego się nie chce; to wszystko są zabytki z okresu buntu przeciw złowrogiej, upokarzającej, podległej rzeczywistości polskiej lat niewoli.

Że "nie damy się odepchnąć od Bałtyku" - to jest coś tak oczywistego, jasnego i niewątpliwego, iż wbijanie takiego hasła w mózgi jest albo zbędne, albo wręcz szkodliwe: samo bowiem podkreślanie oczywistości wywołać może wrażenie, że nie dla wszystkich jest ona równie oczywista, co byłoby wierutną bajką. Podczas tegorocznych "Dni morza", myśleć będziemy nie o defensywie, nie o konserwowaniu tego skrawka wybrzeża morskiego, jaki nam przyznano w Wersalu, ale o konieczności, nieuchronnej dziejowej konieczności, rozszerzenia naszego stanu posiadania nad Bałtykiem, o polskim Bałtyku przyszłości, który powinien - kiedyś - stać się wewnętrznym morzem polskim. Za śmiało krojone? Maleńki Rzym kroił ongiś śmielej, gdy rozpoczynał na stulecia obliczoną walkę o Morze Śródziemne. I wykroił. Trzeba rzeczywistość naginać do dążeń, a nie na odwrót; jesteśmy narodem młodym i na dorobku; dużo mamy jeszcze do zdobycia, zanim tak się rozwałkonimy w dosycie, że wystarczy nam obrona.

Nasze myśli morskie, w dniach, które nadchodzą, nie zatrzymają się na północy. Równie mocno pamiętać będziemy o południu. Bałtyk na północy, a Morze Czarne i Adriatyk na południu, muszą się stać - wcześniej czy później - granicami bloku środkowo-europejskiego, któremu przewodzić będzie Polska. "Wedle trzech stawów grobla" - określił to przed kilku laty w "Prosto z mostu" Wasiutyński. "Blokiem B. P. A." (Balticum - Pontus - Adria) – nazwał to K. L. Koniński, zanim się zmorżował. "Imperium Środka" - zdefiniował to Jerzy Braun w "Zecie". Owóż linia demarkacyjna pomiędzy myśleniem kategoriami małej Polski a myśleniem kategoriami Wielkiej Polski - przebiega właśnie w tym miejscu, gdzie się kończy hasło "Nie damy się odepchnąć od Bałtyku", a gdzie się zaczyna koncepcja - Trzech Mórz.

Właśnie w chwili obecnej, kiedy przedwojenni minimaliści z wszystkich partyj polskich, ku uciesze czwartego (wewnętrznego) zaborcy, bałamucą opinię "orientacjami" i ideologią defensywną, trzeba ciągle i nieustannie myśleć, mówić i pisać o koncepcji Polski Chrobrego i Jagiellonów, o koncepcji Imperium Polskiego w Środkowej Europie, o koncepcji Trzech Mórz. Nie ma miejsca w tej części Europy na państwo małe, zamknięte w sobie, stawiające za cel obronę szczupłych granic, nie interesujące się tym, co się dzieje w najbliższym sąsiedztwie, nie chcąc wziąć odpowiedzialności dziejowej za losy całego międzymorza bałtycko - czarnomorsko - adriatyckiego. Nie ma tu miejsca na państwo bez wielkich ambicyj. Gdyśmy te ambicje tracili - przychodził po Bolesławach okres podziałów, a po Jagiellonach okres upadku, wiodącego aż do rozbiorów. Od tego, czy ambicje takie potrafimy dostatecznie silnie teraz rozbudzić w narodzie zależy byt Polski. Nie mniej i nie więcej.

Podświadomość (bo o świadomości może byłoby mówić za wiele) tego stanu rzeczy istniało w Polsce powojennej. I płynące z niej wyczucie tych punktów drażliwych w Europie powersalskiej, które paraliżowały nasze możliwości kierowniczego organizowania bloku państw między Bałtykiem a Morzem Czarnym i Adriatykiem. Na południu Czesi. Stara to historia, o tysiącletniej tradycji. Rywalizacja Polski i Czech o przywództwo nad Słowiańszczyzną Środkową sięga czasów pierwszych Piastów. Chrobry (choć sam syn Czeszki) próbował rzecz rozwiązać podbojem. Jagiellonowie do Pragi sięgali mariażami. Odkąd Czechy dostały się już na trwałe we władanie niemieckie - polityka polska na południu ponosiła klęskę za klęską. Po Wielkiej Wojnie, kiedy wskrzeszono Czechosłowację obok Polski jako państwo niepodległe, stara rywalizacja odżyła. Czesi byli tymi, którzy zorganizowali Małą Ententę, ubiegając Polskę w zmontowaniu wielkiego bloku Trzech Mórz, zorganizowali tę koniunkturalną kombinację polityczną mało - ententową źle i głupio; nie rozporządzając istotną siłą własną, liczyli tylko na łaskę pańską Wielkich Demokracyj. Z Polską zadarli. Skutek wiadomy.

Na północy znów Litwa. I to historia nie nowa. Panowie małopolscy w XIV-ym wieku rozwiązali zagadnienie zaproszeniem na tron polski Jagiełły. Dało to nam na długie lata istotne szanse walki o Bałtyk, zmarnowane potem w znacznej mierze zgodą na sekularyzację Prus Książęcych. Gdy Polska powstała po Wielkiej Wojnie, nie wróciły już do niej ani Prusy, ani etnograficzna Litwa, która nie tylko, że ogłosiła się państwem niepodległym, ale odcięła się od nas chińskim murem martwej granicy, utrudniając Polsce wpływy na kraje bałtyckie w ogóle. Okres powojennego rozkładu Niemiec został bezpowrotnie zmarnowany dla polskich możliwości zorganizowania Europy Środkowej: na południu przez Czechów, na północy przez Litwinów.

Nie jest sprawą przypadku, że odradzające się Niemcy Hitlera na te właśnie dwa punkty: na Czechy i na Litwę, skierowały swój napór. "Protektorat" nad Czechami i Słowacją oraz aneksja Kłajpedy - to było uprzedzenie Polski, to było wytrącenie nam z ręki niezbędnych atutów polityki środkowo - europejskiej. Zamiast przez Polskę organizowanego bloku wolnych narodów - zaczęła się rysować na kontynencie Mitteleuropa pod pruskim butem. Nie dopiero wtedy, kiedy upojony sukcesami Hitler sięgnąć spróbował po Gdańsk, ale już wtedy, kiedy zajmował Pragę i Kłajpedę, starcie polsko - niemieckie stało się nieuchronne.

Czy można było tę wielką partię rozegrać inaczej, niż się ona rozegrała? Zapewne tak, choć oczywiście wszelkie "gdybanie" to zawodna metoda rozumowania. Więc np. gdyby po Anschlusie Polska nie była się ograniczyła do "normalizacji" stosunków z Litwą, ale w jej własnym interesie choć wbrew jej woli ulokowała polski desant w Kłajpedzie, nie byłaby mogła wpaść potem Kłajpeda w łapy niemieckie a prestige nasz w państwach bałtyckich wzrósłby ogromnie. Podobnie gdyby po zajęciu przez Niemców Sudetów zdecydowała się była Polska na roztoczenie opieki nad Słowacją i czynnie pomogła Węgrom w uzyskaniu z nami wspólnej granicy w Karpatach, inaczej wyglądałaby nasza sytuacja na południu: w Budapeszcie, Bukareszcie, Białogrodzie i Sofii.

Starcia z Niemcami nie uniknęlibyśmy oczywiście przez to. Można nawet z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że doszło by do niego w gorszych dla nas, niż to obecnie się rysuje, warunkach. "Wielkie Demokracje" nie byłyby zachwycone naszą "zaborczością". O prawo zorganizowania Środkowej Europy musielibyśmy zapewne walczyć z Trzecią Rzeszą sami. Tyle, że sytuacja byłaby jaśniejsza i trudniej byłoby wewnętrznym wrogom Polski mącić opinię. Jest tak jak jest. Niczego cofnąć ani odrobić się nie da, ale też niczego nie ma powodu żałować: starcie z Niemcami będzie, bo musi być dla Polski, zawsze tym samym starciem o koncepcję Trzech Mórz. Nie o "prowincjonalne miasto Gdańsk", jak usiłują świat zabajtlować Niemcy, nie o wywalenie hitleryzmu w Niemczech, jak suflują żydy, nie o dylemat: totalizm czy demokracja, jak stawiają sprawę masony, ani nawet nie o obronę granic Polski, jak krzyczą minimaliści polscy przedwojennego chowu. O imperium idei polskiej.

Bo właśnie wypadki ostatnich miesięcy z przeraźliwą jasnością wykazać musiały nawet tym najbardziej opornym, a przez swój upór najbardziej poszkodowanym: Czechom i Litwinom, że bezpieczeństwo wolnych narodów środkowej Europy jest możliwe tylko w bloku pod przewodnictwem Polski. Nie tylko z powodów geopolitycznych, ale i z powodów ideowych. Totalizm niemieckiej rasy na równi z masońskim totalizmem Wielkich Demokracji, niosą małym narodom hegemonię pięści i pieniądza. Totalizm idei katolickiej, reprezentowanej przez przyszłą Polskę, niesie narodom wolność, opartą o wspólnotę stosunku do Boga i świadomość ładu Bożego na ziemi".

 
Artykuł STANISŁAWA PIASECKIEGO w tygodniku "PROSTO z MOSTU"
2 lipca 1939 r. - na dwa miesiące przed wybuchem II Wojny Światowej
(z którym ja osobiście zgadzam się - prawie - w stu procentach) 
 

 




 

STOSUNKI POLSKO-NIEMIECKIE 

NA PRZESTRZENI DZIEJÓW

(RETROSPEKCJA HISTORYCZNA) 




 
 Ponieważ nie zamierzam sięgać zbyt daleko w przeszłość (aby niepotrzebnie nie wydłużać wstępu), dlatego też pominę czasy sprzed ukształtowania się klasycznego państwa polskiego w X wieku. Warto jedynie wspomnieć, że gdy na początku VII wieku osłabła znacznie luźna federacja słowiańskich plemion lechickich i zaczęły się tworzyć bardziej niezależne byty (jak na przykład państwo Samona, powstałe w 623 r. ze związku: Czechów, Morawian, Słowaków, Karyntian i Słoweńców, zaś w latach 50-tych VII wieku Związek Lechicki realnie przestał istnieć), skorzystały z tego formujące się na zachodzie państwa, które wyłoniły się z istniejącego od V wieku Królestwa Franków. Gdy w sierpniu 843 r. w Verdun trzej bracia: (synowie Ludwika I Pobożnego i wnukowie Karola Wielkiego, odnowiciela w 800 r. Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego) Lotar (otrzymał środkową część Cesarstwa z Italią i pasem ziemi między Rodanem, górną Sekwaną, Mozą i Skaldą na Zachodzie, oraz Renem na Wschodzie), Karol (zajął ziemie na zachód od dzielnicy Lotara, które potem otrzymały nazwę "Francji") oraz Ludwik (wschodnia część Cesarstwa, ciągnąca się od Renu po Łabę i Salę, a na Południu po Austrię, Słowenię część północnej Chorwacji. Ziemie te otrzymały potem nazwę "Niemiec") podzielili między siebie ojcowiznę, dało to początek trzem zupełnie nowym państwom, które powoli zaczęły się krystalizować w ciągu kolejnych dziesięcioleci. Przyjmuje się oficjalnie, że "Niemcy" (choć jeszcze nie pod tą nazwą) zrodziły się wraz z wygaśnięciem wschodnio-frankońskiej linii Karolingów i objęciem władzy przez rezydującego we Frankfurcie - Konrada I z rodu Konradynów z Oberlahngau, lub z wyborem na króla "Franków i Sasów" - Henryka I z saskiej dynastii Ludolfingów (mającej słowiańskie korzenie) w 919 r. 

W tym samym czasie Królestwo Francji realnie zaczyna się, wraz z objęciem paryskiego tronu przez Hugona Kapeta w 987 r. i to właśnie jego domenę (królewskie księstwo terytorialne wokół Paryża) zaczęto nazywać po prostu: "Francia" (choć należy pamiętać, że objęcie władzy przez pierwszego z Kapetyngów nie było wówczas poprzedzone niczym szczególnym i stało się zaczątkiem państwa francuskiego dopiero z biegiem wieków, gdy dynastia ta umocniła się już u władzy. To jest właśnie to, że często wydarzenia, które potem przechodzą do historii, dla współczesnych temu osób nie przedstawiają większego znaczenia, jak choćby przykład - obalenie ostatniego cesarza zachodniorzymskiego - Romulusa Augustulusa w 476 r. było wydarzeniem które prawie nie zostało dostrzeżone przez żyjących wówczas ludzi, a przecież oznaczało upadek dawnego Rzymu i początek średniowiecznej Europy. Tylko że ta świadomość wykrystalizowała się dopiero po kilkunastu wiekach). Co ciekawe - wracając do Niemiec - to oczywistym było, że językiem literatury i dworu "Sasów" była łacina, natomiast język niemiecki uważany był za mowę chłopską (np. uczony mnich - Otfried z Weißenburga, który ok. 865 r. spisywać zaczął rymowane dzieje biblijne w języku teutońskim, czyli ludowym, twierdził wówczas: "Nasz język uważany jest za mowę chłopską, gdyż ci, którzy się nią posługują, nigdy nie kultywowali go w dziełach pisanych ani w gramatyce").

Ważne jest, aby uświadomić sobie, że już w 765 r. (czyli na trzy lata przed objęciem władzy przez Karola Wielkiego), jego ojciec - Pepin Mały zawarł swoisty układ polityczno-handlowy z kalifatem Abbasydów, na mocy którego nawiązywano stosunki polityczne i zezwalano na wzajemny handel. A ponieważ najbardziej dochodowym wówczas towarem byli niewolnicy, przeto rozpoczęto swoiste "polowania" na niewolników, porywając lub kupując ich od słowiańskich plemion. Z czasem stał się to niezwykle dochodowy przemysł (którym jednak zajmowali się głównie Żydzi gdyż - oficjalnie przynajmniej - chrześcijanie nie mogli mieć nic wspólnego z handlem niewolnikami) i to do tego stopnia, że po dziś dzień, słowo "Słowianin" we wszystkich językach Zachodniej Europy, jest bardzo bliskie słowu "niewolnik" ("slave", "sklave", "esclave", "esclavio" czy "schiavo" wywodzi się od starofrancuskiego słowa "sclave", powstałego z łacińskiego "sclavus" - "niewolnik", a łączy się ono z łacińskim etnonimem: "Sclaveni" czyli "Słowianie"). Pierwotnie tak nie było, gdyż ludy frankońskie używały wcześniej na określenie niewolników słowa: "liti", lub "aldii", a dopiero potem, wraz z napływem słowiańskich niewolników, słowo "sclave" zaczęło być powszechnie używane (swoją drogą tak się zastanawiam, skoro wszyscy dziś tak bardzo żałują i przepraszają za rasizm i kolonializm, a wielu piłkarzy specjalnie klęczy na jedno kolano, oddając tym samym - przynajmniej w teorii, gdyż dla mnie jest to zwykła głupota i wystarczy wskazać ręką na napis "Respect" na koszulce piłkarza, aby dać wyraz swej niechęci wobec rasizmu - szacunek ofiarom rasizmu i niewolnictwa, to może nie jest to wcale tak do końca głupie, gdyż skala wczesnośredniowiecznego handlu słowiańskimi niewolnikami była tak powszechna, że wręcz porównywalna z późniejszym handlem czarnoskórymi niewolnikami z Afryki, zwożonymi na statkach do obu Ameryk. Może więc narody Zachodu rzeczywiście mają przed czym klękać. A poza tym, wcale bym się nie obraził, gdyby przed każdym meczem reprezentacja Niemiec i Rosji, leżałaby krzyżem na murawie, oddając tym samym cześć polskim ofiarom zbrodni dokonanych przez ich przodków. 😉). 

Intratny handel Słowianami, dający krociowe zyski frankońskim narodom Zachodu (gdzie były trzy główne ośrodki handlu niewolnikami - Ratyzbona, Verdun i Wenecja, oraz kilka mniejszych: Lyon, Narbonne, Arles, Magdeburg i Moguncja), jak również władających plemionami wschodniosłowiańskimi - Rusów (czytaj - Waregów lub Normanów, gdyż Rurykowicze rządzący "Rusią". to nie była dynastia słowiańska, a nordycka, germańska. Jeszcze nawet sam Iwan IV Groźny nie uważał się za Rosjanina, tylko za "potomka Ruryka" - wareskiego najeźdźcy) z ich głównym niewolniczym centrum w Kijowie (również Praga - wówczas we władaniu Wielkomorawian pełniła podobną rolę niewolniczego targowiska) a muzułmańskimi Abbasydami, kwitł w najlepsze do czasu, gdy między Odrą, Wisłą i Bugiem nie ukształtowało się ostatecznie państwo polskie, którego powstanie (druga połowa X wieku - 966 przyjęcie chrztu z Czech przez księcia Mieszka I) położyło ostateczny kres handlowi słowiańskimi niewolnikami. W XI wieku informacje o transportach Słowian drogą morską lub lądową do Al-Andalus, Maghrebu, Syrii czy Iraku zupełnie znikają ze źródeł pisanych, co jest jasnym dowodem upadku tej gałęzi "handlu" wraz z umocnieniem się w Środkowej Europie piastowskiego państwa Bolesławów. Warto też wspomnieć, że Europa Zachodnia, a szczególnie Północna, miała we wczesnym średniowieczu inny związek ze Słowianami z naszej część Bałtyku, a mianowicie ze słowiańskimi/lechickimi piratami, którzy niejednokrotnie bywali gorsi od Wikingów. Zresztą ziemie Wikingów były regularnie plądrowane przez Słowian, o czym śpiewało i pisało w swych sagach wielu tamtejszych bardów. Czy to nie dziwne, że jedyny obszar, który nie został najeżdżany przez wojowników "Muchomorza" - jak zwano Wikingów, to właśnie rejon Pomorza, ciągnący się od Łaby aż do Dźwiny, natomiast zarówno na Zachodzie (Anglia, Francja, Niemcy, Hiszpania, Włochy), jak i na Wschodzie (Wschodni Słowianie znad Dniepru i Bizancjum) tamtejsze ludy doświadczyły łupieżczych najazdów wojowników Odyna?




Wracając jednak do wzajemnych relacji polsko-niemieckich na przestrzeni dziejów, warto podkreślić, że już od VIII wieku ludy frankijskie rozpoczęły pierwszą kampanię wojenną, w celu podboju słowiańskich plemion na zachód od Odry. Od 772 r. trwały wojny Karola Wielkiego z Sasami (pierwotna nazwa tego plemienia to "Siekierowie", a została zniekształcona na "Sahsnotas" co potem ewoluowało w "Sasów"). Już w 775 r. Karola Wielki miał powziąć postanowienie, że tak długo walczył będzie z Sasami, aż ich ostatecznie pokona i podda chrystianizacji, albo też całkowicie wykorzeni. Ostatecznie do 802 r. udało mu się ich podporządkować i zjednoczyć z Frankami. W 788 r. zajął  chrześcijańską Bawarię zamieszkaną przez lud Bawarów (ich pierwotna, słowiańska nazwa to "Bojowarowie"). Jego synowie i następcy poszli już wytyczonym szlakiem i dążyli ku Odrze. Już w 806 r. uzależnieni od Franków zostali Czesi (musieli płacić coroczną daninę). 13 stycznia 845 r. Czechy (a konkretnie 14 czeskich książąt) przyjęło chrzest w obrządku zachodnim (rzymskim) a kraj został uzależniony od diecezji w Ratyzbonie. Ponieważ Słowianie byli wówczas postrzegani na Zachodzie jako niewolnicy lub barbarzyńcy, rodziła się do nich niechęć i rasistowska nienawiść (ponoć na dworze biskupa z St. Gallen, gdy wprowadzono tam Słowian, jeden z mnichów miał rzec: "Cóż nam czynić z tym robactwem?" - choć niektórzy historycy twierdzą że słowa te wypowiedział jeden z rycerzy). Św. Bonifacy-Winfryd (zwany "apostołem Niemców") żyjący w latach 673-754, wypowiadał się o Słowianach, jako o: "Najbardziej odrażającym i najgorszym rodzaju ludzki" (dlatego też nie dziwcie się, że twierdziłem i twierdzić będę, iż niemiecki nazizm nie pojawił się wraz z Hitlerem, ale miał głębsze podłoże i sięgał samego świtu średniowiecza oraz krystalizowania się "germańskiego narodu panów". Dlatego też ja osobiście widzę to tak - jedyna szansa dla Niemców w przyszłości, to rozpad zjednoczonego "krwią i żelazem" państwa na niezależne od siebie niemieckie kraje, które - w taki lub inny sposób odnajdą się w przyszłym środkowoeuropejskim "Imperium Polonorum", gdyż Niemcy to wielki naród, ale zjednoczeni dostają małpiego rozumu i zamiast tworzyć, wszystko niszczą - w tym również siebie samych. Wystarczy bowiem popatrzyć na granice Cesarstwa Teutońskiego w średniowieczu, w czasach II Rzeszy i obecnie. Kolejnym etapem będzie już tylko ponowne cofnięcie się do okresu sprzed 1871 r. Przykłady wierność Niemców dla Polski są też mimo wszystko dość liczne i kiedyś jeszcze wrócę do tego tematu, zaś na szybko mogę wymienić chociażby: Heidensteina, Prisbachiusa czy... siebie samego 😄).

Ponoć w ciągu prawie 400 lat (od 789 r. i pierwszej wyprawy Karola Wielkiego na słowiańskich Lutyków, aż do 1157 r. czyli najazdu cesarza Fryderyka I Barbarossy i Henryka Lwa na synów Bolesława III Krzywoustego) Frankowie, Wschodni Frankowie i Teutoni podjęli łącznie aż... 170 wypraw zbrojnych przeciwko Słowianom i państwu polskiemu. Oczywiście Lechici nie pozostawali im dłużni i również sięgali daleko na zachód (np. w czasach Bolesława I Chrobrego, czy Bolesława III Krzywoustego). Zresztą na krótko przed niemiecką agresją na Polskę w 1939 r. pojawił się plakat, na którym było napisane: "Polacy! Nie jesteśmy tu od wczoraj. Sięgaliśmy daleko na Zachód! Najdrobniejszy proch ziemi polskiej wróci do Macierzy!" Jednak sojusz Niemców i Rusów a potem Moskali zawsze był dla nas zabójczy, zaś pierwszy taki wspólny atak nastąpił w 1031 r. powodując upadek władzy królewskiej w Polsce i pierwszej potęgi państwa Bolesławów. Trzeba było poczekać kolejne dwie dekady, nim państwo ponownie (choć znacznie umniejszone terytorialnie) podjęło walkę o dominację w Europie Środkowej z żywiołem niemieckim. W czasach rozbicia dzielnicowego (1138-1320) ziemie polskie znajdowały się nie tylko pod silnym wpływem Cesarstwa, ale także nastąpiła niemiecka kolonizacja ziem polskich (nowe "Drang nach Osten" tylko że teraz prowadzone nie przy użyciu miecza, a osadników). Ponoć zapoczątkował tę (trwającą łącznie dwa stulecia) akcję kolonizacyjną cesarz Lotar III z Supplinburga, panujący w latach 1125-1137. W tym mniej więcej czasie św. Bernard z Clairvaux nawoływał do... zniszczenia wszystkich Słowian. Niemiecki proces kolonizacyjny nie doprowadził jednak ani do ujarzmienia, ani do wyniszczenia Słowian (w tym narodu polskiego), choć duże obszary ziemi uległy germanizacji (Turyngia, Łużyce, Pomorze, częściowo Śląsk, rejon Sudetów). Od chwili, gdy za czasów Władysława I Łokietka (króla od 1320 r.) nastąpiło powolne jednoczenie ziem polskich, niemiecka akcja kolonizacyjna dobiega wówczas kresu (podczas powstania w Krakowie z lat 1311-1312, które wybuchło przeciwko Łokietkowi, a na czele którego stanął wójt krakowski - Albrecht i biskup Jan Muskata - obaj pochodzenia niemieckiego, wraz z niemieckim patrycjatem miasta dążyli do obalenia księcia i sprowadzenia czeskiego lub niemieckiego władcy. A gdy już Łokietek odzyskał władzę w mieście, srogo rozprawił się z buntownikami. Język niemiecki zniknął wówczas z miejskich ksiąg a zastąpiła go łacina, zaś tym, spośród mieszkańców, którzy nie potrafili poprawnie wymówić słów: "Soczewica, koło, miele młyn" - kazał obcinać języki, aby jako "Niemi" czyli Niemcy takimi już pozostali, a niektórym również nosy, zaś pewną część nakazał ciągnąć końmi i potem powiesić za miastem) 




Syn i następca Władysława Łokietka - Kazimierz III Wielki, musiał się zmagać (nie militarnie wszakże, a politycznie, wytaczając im procesy o zwrot Pomorza Gdańskiego) z Krzyżakami, których to nieopatrznie sprowadził do Polski książę mazowiecki - Konrad I w 1226 r. Ostatecznie zostali oni pobici na polach Grunwaldu w 1410 r. gdzie również złamana została buta zakonnej niemczyzny. Potem doszło jeszcze do Wojny Trzynastoletniej (1454-1466), zakończonej zdobyciem Gdańska, Torunia (1454) i Malborka (1457) - wielkiego zamku, stolicy teutońskiego Zakonu Krzyżackiego. Ostatecznie w Pokoju Toruńskim - 1466 r. Zakon musiał oddać całe Pomorze Gdańskie, Ziemię Chełmińską, Michałowską i Warmię, a sam sprowadzić się do roli lenna Korony Polskiej. Od chwili gdy Rzeczpospolita stawała się europejskim mocarstwem, konflikty z Niemcami gasły, a granica zachodnia (i od 1525 r. również) północna - były najspokojniejszymi granicami w Europie, a stan taki utrzymał się przez ponad 400 lat (od 1331 do 1772 r.). Wraz z osłabieniem Polski (które nastąpiło z końcem XVII wieku) i wzrostem monarchii pruskiej w wieku XVIII, sytuacja znów zaczęła przybierać dla nas niekorzystny obrót. W 1772 r. doszło do pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej pomiędzy trzy kraje: Rosję Romanowów (z tym, że wówczas w Rosji rządziła Katarzyna II, która z Romanowami miała tyle wspólnego, co ja z Januszem Korwin-Mikke), Prusy Hohenzollernów i Austrię Habsburgów. W 1793 r. po przegranej Wojnie w obronie Konstytucji 3 Maja, nastąpił drugi rozbiór ziem polskich (Rosja i Prusy), a potem, po Insurekcji Kościuszkowskiej, trzeci (w 1795 r. pomiędzy Rosję, Prusy i Austrię). 

Tak oto Polska zniknęła z mapy Europy na 123 lata i odrodziła się ostatecznie w listopadzie 1918 r., w dniu, w którym Niemcy zostały zmuszone do podpisania ostatecznej kapitulacji w I Wojnie Światowej. Powoli, dawniej zrabowane ziemie polskie zostawały "odkrajane" od Rzeszy, i tak najpierw wybuchło Powstanie Wielkopolskie (27 grudnia 1918 - 16 lutego 1919 r.) zakończone sukcesem powstańców oraz ostatecznym przyłączeniem tej ziemi od odradzającej się Polski - 28 sierpnia 1919 r. Potem wybuchło Pierwsze (16-24 sierpnia 1919 r.), Drugie (19-25 sierpnia 1920 r.) i Trzecie (2 maja - 5 lipca 1921 r.) Powstanie na Śląsku, i pomimo zwycięstwa Niemców w referendum w tej prowincji (20 marca 1921 r.) Polacy jasno zaprotestowali, jako że Niemcy dopuścili do głosowania wszystkich, którzy na Śląsku byli rodzeni, a tam nie mieszkali. Powstało prawdziwe pospolite ruszenie, gdy specjalnymi pociągami zwożono ludzi z całej Rzeszy, aby tylko zagłosowali na Śląsku. Trzecie powstanie doprowadziło do podziału Śląska na niemiecki i polski a ziemia ta została oficjalnie przyłączona do Macierzy - 20 czerwca 1922 r. Traktat Wersalski (dzięki wytężonej pracy Paderewskiego i Dmowskiego) przyznał Polsce również część Pomorza (28 czerwca 1919 r.), ale bez Gdańska (który stał się Wolnym Miastem pod kontrolą Ligii Narodów). W dniach 17 stycznia - 10 luty 1920 r. gen. Józef Haller przyłączył te ziemie do Polski, a 10 lutego w Pucku oficjalnie dokonał "Zaślubin Polski z Morzem" - po wsze czasy. 11 lipca 1920 r. odbył się też plebiscyt na Warmii i Mazurach, który jednak przyniósł sukces Niemcom (akurat w tych dniach pod Warszawę zbliżała się Armia Czerwona i było więcej niż pewne, że Polska nie przetrwa tego uderzenia. Nic więc dziwnego iż obawiano się - w przypadku sukcesu Polski w tym plebiscycie, ziemie te trafią do Sowietów. Po zwycięstwie w Bitwie pod Warszawą 13-25 sierpnia 1920 r., było już jednak za późno, aby cokolwiek zmieniać, a polskie powstanie - tak jak na Śląsku - w Prusach Wschodnich niestety nie wybuchło.



KU CZCI POWSTAŃCÓW ŚLĄSKICH




W takich warunkach państwo polskie znalazło się na kursie kolizyjnym zarówno z Berlinem, jak i z Moskwą (zwycięstwo w wojnie z bolszewikami i zajęcie znacznych obszarów na Wschodzie) i było pewnym, iż wcześniej czy później owi zaborcy ruszą aby odrobić straty doznane w czasie Wielkiej Wojny i pierwszych lat powojennych. Niestety nie powiódł się plan Marszałka Piłsudskiego wojny prewencyjnej z Niemcami, aby tym samym zlikwidować przynajmniej jednego potencjalnego agresora. Teraz przyszło nam już tylko czekać na pierwsze uderzenie naszych "Odwiecznych Pra-wrogów" (bardzo podoba mi się to stwierdzenie, które odnalazłem w książce: "Niemiecki odwet 1934 r."). W tym czasie mieliśmy zawarty (19 lutego 1921 r.) układ sojuszniczy z najpotężniejszym zwycięzcą I Wojny Światowej - Francją, która jednak dążyła w ciągu lat 20-tych i 30-tych do poluzowania tych sojuszniczych zobowiązań. Dobre relacje z Francją zaczęły się psuć już od końca 1932 r., a ta tendencja nasiliła się w roku 1933. 29 listopada 1932 r. został podpisany francusko-sowiecki pakt o nieagresji a proces zbliżenia Paryża z Moskwą ewidentnie postępował. Co prawda Polska również w 1932 r. (25 lipca) zawarła z Sowietami układ o nieagresji, ale dla obu stron było wiadome, że jest to pakt tymczasowy, dopóty, dopóki ZSRS nie poczuje się na tyle mocny, aby uderzyć. Już w styczniu 1933 r. Marszałek Piłsudski wysłał do Paryża swego zaufanego człowieka - Jerzego Potockiego, który oficjalnie jechał tam z kurtuazyjną wizytą, a nieoficjalnie miał wybadać nastroje we francuskim rządzie i dowództwie, czy jest szansa na ewentualną wspólną akcję przeciwko Niemcom. W marcu i kwietniu 1933 r. akcja ta została powtórzona i również (jak poprzednio) nie odbywało się to oficjalną drogą dyplomatyczną, tylko w sposób tajny (Piłsudski, podobnie jak Napoleon - lubił nieoficjalną dyplomację, bo zawsze łatwiej można było się wówczas z czegoś wycofać, a jednocześnie poznać opinie i wyrobić sobie plan działania). Była to misja pułkownika Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego - jednego z najbardziej zaufanych oficerów Marszałka (jak również wielkiego ekscentryka i miłośnika "życia i pięknych kobiet". Znane są jego dowcipy jakich się dopuszczał i zwariowane kawały - jak np. pewnego razu w restauracji Adria rozebrał się do bielizny i wskoczył do wielkiego akwarium, które tam się znajdowało, a gdy wezwano policję, nie chciał wyjść z wody, argumentując że... podlega teraz policji morskiej bo znajduje się w wodzie 😅. Jednocześnie był to dobry żołnierz i kawalerzysta. Wieniawa powtarzał też, że chłopiec może stać się mężczyzną tylko na dwa sposoby: 1) wybierając drogę artysty lub poety, 2) zostając kawalerzysta - miał mawiać: "Nie zna życia, kto nie służył w kawalerii"). 



"A GDYBY MI KAZAŁY WYROKI PONURE,
NA ZIEMI SIĘ MELDOWAĆ BY RAZ JESZCZE ŻYĆ,
CHCIAŁBYM STARĄ WRAZ Z MUNDUREM
WDZIAĆ NA SIEBIE SKÓRĘ,
PO DAWNEMU WOJOWAĆ, KOCHAĆ SIĘ I PIĆ"

gen. BOLESŁAW WIENIAWA-DŁUGOSZOWSKI




W kwietniu 1933 r. Polska już zdecydowanie szykowała się do wojny z Niemcami. 7 kwietnia na posiedzeniu rządu Rzeszy Konstantin von Neurath (minister spraw zagranicznych Niemiec) zaprezentował wielostronicowy dokument na temat stosunków z Polską oraz kwestii granic, w którym stwierdził, że nie może być mowy o żadnym porozumieniu z Warszawą, póki kwestia granic nie zostanie rozwiązana (oczywiście rozwiązana po myśli Berlina). Dodał również, że być może nie obejdzie się wówczas bez "nowego rozbioru Polski". Tymczasem zarówno w Niemczech jak i w Polsce trwała ostra kampania prasowa - Niemcy pisali i mówili o "płonącej granicy" i o potrzebie dania odporu "polskiej bucie", Polacy zaś wytykali problem ograniczania praw Żydów w Niemczech, a także szykan, jakich mieli doświadczać członkowie mniejszości polskiej i obywatele polscy w Rzeszy. 17 kwietnia Piłsudski przyniósł do podpisu prezydentowi Ignacemu Mościckiemu dekret o powołaniu rządu "obrony i jedności narodowej" na wypadek wybuchu wojny. W dniach 20-21 kwietnia zarządzono również koncentrację i wielką defiladę wojskową w Wilnie (połączoną z przerzucaniem wojsk z garnizonów wschodnich, na Zachód), a wypowiedzi wielu oficerów oraz polityków, które przenikały wówczas do prasy, zdawały się potwierdzać chęć rozpoczęcia wojny z Niemcami. Niemcy jednak do wojny nie były zupełnie przygotowane, dlatego też istniała ogromna szansa nie tylko "zdmuchnięcia Hitlera" ze stanowiska kanclerza III Rzeszy, ale wymuszenia na Niemcach przestrzegania warunków Traktatu Wersalskiego i rezygnacji z budowy armii, floty oraz lotnictwa. Hitler wiedział, że to jest dla niego śmiertelne niebezpieczeństwo (mówi się, że już nigdy nikogo w życiu nie bał się tak bardzo, jak w tych dramatycznych kwietniowych dniach 1933 r. ataku ze strony Polski i konsekwencji Marszałka Józefa Piłsudskiego). W lutym tego roku, miał nawet ostrzec swych oficerów tymi słowy: "Niebawem okaże się, czy Francja posiada przywódców z prawdziwego zdarzenia. Jeśli tak, to nie pozostawi nam czasu i na nas napadnie wraz z Polską i Czechosłowacją".




Ale Francja nie miała najmniejszego zamiaru wszczynać wojny. W styczniu 1933 r. francuscy i niemieccy przedstawiciele kół przemysłowych i finansowych radzili nad... kwestią rekompensaty dla Polski w postaci portu w Kłajpedzie, w zamian za oddanie Niemcom Pomorza. Francja była gotowa uczynić wszystko, aby do wojny nie doszło, choć bez względu na próby łagodzenia Hitlera i ofiarowania mu kolejnych ziem, wojna i tak by wybuchła (Winston Churchill wyraził się o tym dość dobitnie, mówiąc: "Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę a wojnę i tak będą mieli"). W lutym 1933 r. na Konferencji Rozbrojeniowej w Paryżu doszło do sławnego sporu przedstawiciela Francji - premiera Paula Boncoura z delegatem Rzeczpospolitej Polski - Edwardem Raczyńskim, w czasie której ten drugi zaprotestował przeciwko wspólnym planom rozbrojenia, argumentując iż: "Polska, jako mocarstwo, ma prawo do własnego zdania w tej kwestii", na co wielce oburzony Boncour odparł: "O tak, Polska jest mocarstwem, ale należy pamiętać że są wielkie mocarstwa i jest Polska". Było wiadome że Francja uczyni wszystko, aby nie musieć przystępować do wojny u boku Polski. Hitler jednak zdawał sobie sprawę, że jeśli teraz przeciągnie strunę (w prasie nawoływał rząd polski do zwrotu "starych, niemieckich ziem" - Pomorza i Śląska), to dojdzie do wojny, a on do wojny zupełnie nie był przygotowany i potrzebował czasu na dozbrojenie armii. Tym bardziej że niemiecki wywiad alarmował go w tych dniach, iż Polacy są w stanie zająć Berlin w ciągu tygodnia od wybuchu konfliktu. I nagle stop - z początkiem maja 1933 r. nastąpił koniec antypolskiej nagonki w niemieckich mediach, a 2 maja Hitler spotkał się z polskim posłem w Niemczech - Alfredem Wysockim na 40-minutowej rozmowie, podczas której... przyjął wszystkie polskie propozycje rozwiązania tego konfliktu na drodze pokojowej. Sam siebie określał Hitler jako "pacyfistę" i "zapalonego nacjonalistę, który rozumie także nacjonalizm polski". Uznał też istniejące status quo w kwestii granic, za jedyne, mogące zagwarantować pokój w Europie na dekady. W następnych dniach, tygodniach i miesiącach pojawiały się kolejne deklaracje pokoju, sympatii i wzajemnego partnerstwa, aż ostatecznie 26 stycznia 1934 r. podpisana została polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy, a wzajemne poselstwa zostały podniesione do rangi ambasad. W kolejnych latach, aż do początku 1939 r. trwała niczym nie zmącona polsko-niemiecka sielanka, aż dochodziło do tego, że inne narody zaczęły się zastanawiać jak to się stało, że wzajemna odwieczna wrogość polsko-niemiecka teraz zmieniła się w taką przyjaźń. Ale to była tylko cisza przed burzą, która miała nieuchronnie nadejść.

A tymczasem poprawa stosunków z Niemcami, paradoksalnie doprowadziła w latach 1933-1936 do pogorszenia relacji na linii Warszawa-Paryż. W 1934 r. szef sztabu armii francuskiej i naczelny wódz na wypadek wojny - gen. Maurice Gamelin postulował nawet rozluźnienie sojuszu z Polską i zawarcie takowego z Rosją Sowiecką. Dopiero od 1936 r. i złożonej przez ministra spraw zagranicznych Polski - Józefa Becka propozycji wspólnego ataku na Niemcy, gdy te otwarcie już złamały Traktat Wersalski wkraczając do Nadrenii (7 marca 1936 r.) doprowadził do ponownego odrodzenia się tego sojuszu, (choć... Francuzi co prawda podziękowali za wsparcie ze strony Polski na wypadek wojny z Niemcami, ale sami takiej deklaracji nie złożyli). Hitler od 1939 r. rozumiał już, że jeśli teraz ruszy na Zachód (co pierwotnie planował), to Polska uderzy na niego ze Wschodu i wówczas dojdzie do wojny na dwa fronty, której kategorycznie chciał uniknąć. Ale jeśli zaatakuje Polskę, to Francja i Wielka Brytania nie kiwną w tej sprawie nawet palcem. Miał rację - tak właśnie się stało - wojna zaczęła się w Polsce.  
 





CDN.
 

sobota, 11 września 2021

"JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. IV

CZYLI, JAK TO W POLSCE

NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?



 

 

PIERWSZA ELEKCJA

1573 r.

Cz. II

 



 
 Szlachta zjechała się na zjazd elekcyjny do wsi Kamień pod Warszawą już 5 kwietnia 1573 r. oczywiście "pod bronią" i w ogromnej liczbie (łącznie było jakieś 200 000 głów, z czego samych wyborców, czyli szlachty ok. 40 000), a ponieważ niektórzy magnaci przywiedli ze sobą również działa, całość wyglądała tak, jakby właśnie szykowano się do podboju obcego królestwa, niźli radzono nad wyborem nowego króla. Nad zapewnieniem porządku na polu elekcyjnym, czuwało czterech hetmanów (dwóch koronnych i dwóch litewskich) i oni to podzielili "obszar wyborczy" na poszczególne ziemie, tak, iż każdy z wojewodów stawiał oddzielny namiot dla szlachty ze swojej ziemi, a dodatkowo jeszcze marszałek wielki koronny - Jan Firlej postawił na środku pola elekcyjnego wielki namiot, w którym zgromadzono wszystkie "sprzęty" po Zygmuncie Auguście, czyli koronę, berło i wszystkie inne oznaki monarsze. Otoczony wysokim parkanem namiot (praetorium), mógł pomieścić wewnątrz jakieś 6000 ludzi, a stale obradowali w nim senatorowie i tam tam też przyjmowane były obce poselstwa. Jednak każdy szlachcic miał wolne wejście do tego namiotu, tak, aby można się było przysłuchiwać obradom senatu i obietnicom obcych dworów. Nieopodal tego centralnego namiotu senatorskiego, postawiono nieco mniejszy namiot poselski (rota equestris), w którym obradowali deputaci województw, wybrani wcześniej na sejmikach ziemskich, których marszałkiem obrany został Rafał Leszczyński - przywódca wielkopolskich protestantów. Deputaci zostali wybrani, aby mogli razem z senatorami debatować nad kandydaturą kolejnych książąt aspirujących do polskiej korony, i jednocześnie byli łącznikiem pomiędzy senatem a narodem w kwestii prezentowania opinii zarówno magnaterii, jak i szlachty. Obrady toczono zarówno w namiocie senatorskim, poselskim, jak i w rozłożonych na ponad 20 kilometrów namiotach wojewódzkich. Marszałkiem całego sejmu obrany został referendarz koronny - Stanisław Sędziwój Czarnkowski, a także wybrano sąd sejmowy, który miał czuwać nad przestrzeganiem porządku i bezpieczeństwa podczas obrad (na pole elekcyjne nie było wolno wejść z bronią palną i wolno było mieć przy sobie tylko szable, koncerze lub miecze, ale wyjęcie szabli z pochwy było zakazane i groziło wysoką grzywną, zaś zranienie lub zabicie kogokolwiek (choćby strażnika strzegącego mostu warszawskiego) groziło karą śmierci. Nie wolno też było wejść na pole elekcyjne pijanym, ani też posiadać przy sobie jakiegokolwiek alkoholu - a jeśli takowy znaleziono, ulegał on konfiskacie).

5 kwietnia rozpoczęto obrady uroczystą mszą świętą w kolegiacie św. Jana w Warszawie (katolicy), zaś protestanci oddawali cześć Bogu w swoich zborach. Następnie na Zamku Królewskim senatorowie i wybrani posłowie ustalili porządek głosowania, który potem musiały zaakceptować poszczególne województwa (nie obyło się bez sprzeciwów i niesnasek, ale ostatecznie warunki te wszędzie przyjęto). Uzgodniono wspólnie, iż elekcja będzie się odbywać zasadą viritim (osobiście oddanym głosem każdego szlachcica, głosującego w ramach swojego województwa), ale protestantów przerażała duża nadreprezentacja szlachty katolickiej (licząca jakieś 30 000 ludzi) i obawiali się, że w takiej sytuacji ich kandydat może przepaść w głosowaniu bezpośrednim, dlatego też postulowali, aby głosy oddali jedynie wybrani na sejmikach posłowie i oczywiście senatorowie (wśród których lekko dominowali protestanci). Jednak stronnictwo prymasowsko-profrancuskie, wsparte przez starostę Jana Zamoyskiego, wymogło głosowanie zasadą virtim, jako najbardziej zgodną z kwestią równości szlacheckiej (głosowano najpierw w ramach województw, a następnie zliczano głosy danego województwa i podawano jako jeden głos i zwyciężał ten kandydat, który uzyskał akceptację większości województw), odrzucono przy tym zarówno zasadę głosowania "w kupie" - czyli całej szlachty jednocześnie (swoją drogą przypomniały mi się zabawne słowa ze "Starej Baśni" Ignacego Kraszewskiego, w której lud na słowiańskim wiecu debatuje nad obaleniem księcia Popiela i miast wybrać wodza, wołają: "Kupą się zwalim" 😂), zasadę głosowania senatorsko-poselskiego (czyli reprezentacyjnego, wspieranego przez protestantów), jak również zasadę jednomyślności (w tej sytuacji miano obradować tak długo, aż większość przekona całą mniejszość do swego zdania i dojdzie do jednomyślnego wyboru nowego władcy. Uznano jednak że taka elekcja zbyt długo by się przedłużała, a króla należało wybrać bezzwłocznie, ze względu na zarówno zewnętrzne jak i wewnętrzne zagrożenia państwa). 
 
 

 
8 kwietnia przystąpiono do wysłuchania cudzoziemskich posłów, a pierwszym z nich był nuncjusz papieski w Polsce - Giovanni Francesco Commendone. Przemawiał on kilka godzin, starając się przekonać senatorów, posłów i całą szlachtę do wyboru "króla-katolika", a jednocześnie ostro wystąpił przeciw zawiązanej niedawno Konfederacji Warszawskiej (o której to pisałem w poprzedniej części), gwarantującej pokój religijny w państwie. Oburzony jego atakami na ów akt, w pewnym momencie przerwał mu Piotr Zborowski (kalwin), który stwierdził, iż nuncjusz jest jedynie posłem, a nie radcą, na co Commendone odrzekł, że również i Zborowski nie jest senatem, aby samodzielnie decydować, co wywołało niemałe zamieszanie, a kilku krewkich szlachciców chwyciło za rękojeści swych szabel, choć oczywiście do żadnych poważniejszych zatargów nie doszło. Commendone występował wówczas za kandydaturą jednego z Habsburgów (chociaż potem, gdy stwierdził, iż nie ma on większych szans, przerzucił - za zgodą papieża - swoje poparcie na kandydata francuskiego). 9 kwietnia przemawiali posłowie czescy za kandydaturą arcyksiążąt z rodu Habsburgów (co ciekawe, cześć Czechów nieoficjalnie jeździła po polu elekcyjnym i rozmawiając z wyborcami mówiła im: "Tylko nie wybierajcie Niemca. Spójrzcie jak nas uciemiężyli"). Pierwszy głos zabrał (po czesku) Wilhelm Rosenberg, który przemawiał za kandydaturą Ernesta Habsburga (20-letniego syna cesarza Maksymiliana II), który poprzez swą babkę - Annę Węgierską spokrewniony był z Jagiellonami. W swej przemowie Rosenberg rysował zjednoczenie trzech królestw: polskiego, czeskiego i węgierskiego oraz wielkiego księstwa litewskiego pod jedną dynastią Habsburgów. Byłoby to odnowienie dawnej potęgi jagiellońskiej, która władała tymi właśnie czterema krajami. Twierdził też, że dzięki tej kandydaturze, Rzeczpospolita miałaby olbrzymie wsparcie nie tylko Węgier i Czech, ale również Austrii i krajów niemieckich w walce z Turkami, Tatarami oraz Moskwą, a także łatwiej dałoby się zjednoczyć Inflanty i Prusy Książęce z resztą Rzeczpospolitej, jako że w tych krajach dominował żywioł niemiecki. Mało tego, obiecywał on zwrot księstwa Bari w Italii, oraz wypłacenie owych sum neapolitańskich, których król Hiszpanii - Filip II winien był Zygmuntowi Augustowi. Zapowiadał również, że jego pan utrzyma w mocy wszystkie przywileje szlacheckie, a nawet przyzna kolejne. Przychylni tej kandydaturze byli magnaci, większość biskupów i przedstawiciele niektórych miast (które również miały prawo głosu) jak: Krakowa, Gdańska, Elbląga, Torunia i Rygi, oraz szlachta Prus Królewskich, Inflant i część Litwinów (którzy to tylko w niewielkiej grupie zjechali się na zjazd elekcyjny pod Warszawę). Zdecydowanie jednak wroga była tej kandydaturze cała reszta szlachty (i pozostałe miasta elekcyjne: Warszawa, Poznań, Lwów i Sandomierz).

Jeszcze tego samego dnia (9 kwietnia) przemawiać miał poseł francuski - Jean de Montluc, ale czując wzrastającą wrogość (spowodowaną wydarzeniami Nocy św. Bartłomieja w Paryżu) wytłumaczył się niedyspozycją zdrowotną i poprosił o przełożenie swej mowy o jeden dzień. W tym czasie już, po polu elekcyjnym zaczęły krążyć pisma sprowadzonego z Francji - Guy'a de Faur de Pibrac, w których ten, piękną łaciną (a język ten był w Polsce bardzo popularny, o czym pisał choćby w swej relacji, obecny na owej elekcji poseł wenecki - Lippomano: "Polacy (...) Uczą się (...) prawie wszyscy języka łacińskiego, wielu włoskiego, niektórzy niemieckiego. Ale język łaciński jest między nimi w tak powszechnym używaniu, że mało jest takich nie tylko między szlachtą lecz nawet pomiędzy mieszczanami i rzemieślnikami, którzy by go nie rozumieli i płynnie nim nie mówili") starał się wytłumaczyć ową masakrę, spiskiem, który jakoby miał przygotowywać na króla Karola IX - admirał Gaspard de Coligny, przywódca hugenotów, zamordowany w czasie Nocy św. Bartłomieja. Pibrac'owi odpowiadał w swych broszurach inny uczestnik elekcji, spolonizowany Niemiec - Wolfgang Prisbachius (jednak należy tutaj dodać, że gdyby go nazwać Niemcem - choć wywodził się z niemieckiej rodziny, zapewne by się obraził, gdyż sam siebie określał iż: "zrodziłem się w Polsce i Polak jestem z urodzenia"), który zarzucał Pibrac'owi, iż ten dopuszcza się jawnego kłamstw, gdyż Coligny nie planował zamachu, a oskarżenia te są jedynie wymysłem jego katów. Nocą zaś (9/10 kwietnia) Jean de Montluc, wraz z magnatem wielkopolskim - Janem Zborowskim, opracowali treść dokumentu, któremu nadano nazwę: "Postulatum Polonicum", a był on po prostu wierną kopią zawartej w styczniu 1573 r. Konfederacji Warszawskiej, która wprowadzała powszechny pokój w Rzeczpospolitej między katolikami i protestantami. Otóż "Postulatum Polonicum" przewidywał wprowadzenie we Francji dokładnie takiej samej zgody religijnej pomiędzy katolikami i hugenotami, w tym szeroką wolność publicznego kultu, powrót wygnańców, restytucje majątków, ukaranie morderców Nocy św. Bartłomieja, a nawet wprowadzenie wolności słowa i wolności druku. Pod tym dokumentem podpisało się dwóch z trzech głównych francuskich posłów wysłanych przez Karola IX do Polski (Montluc i Guy de Lanssac), odmówił podpisu jedynie opat de Noailles, twierdząc, że król i tak nie zaakceptuje tego dokumentu, gdyż został on spisany w ramach przekroczonych przez Montluca pełnomocnictw. To jednak nie miało większego znaczenia, liczyło się tylko to, aby polska szlachta uzyskała potwierdzenie, iż we Francji również zapanuje zgoda religijna i wolność słowa. To bowiem bardzo zwiększało wybór księcia Henryka d'Anjou na króla Rzeczpospolitej.

10 kwietnia wybuchł konflikt o pierwszeństwo zabrania głosu, pomiędzy posłem francuskim - Montluca'em, a posłem hiszpańskim - don Pedro Fassaro, który to ostatecznie zwyciężył Montluc, uzyskując zgodę na pierwszeństwo przed senatem. Obrażony tym Fassaro opuścił pole elekcyjne i wyjechał z Polski (jednak przed odjazdem pożegnał się - jak to było w zwyczaju - z księżną Anną Jagiellonką). Ówczesna Francja była pod dużym wpływem Hiszpanii, a Hiszpanie dosłownie rządzili się tam, jak u siebie. Król Filip II Habsburg pisał dyrektywy do swego posła w Paryżu - don Francesca de Alva, a ten bezpośrednio przedstawiał je (jako "życzenia" króla Hiszpanii) Karolowi IX i jego matce - Katarzynie Medycejskiej. To właśnie Filip już w 1571 r. pisał o admirale Coligny iż: "Jest zamiarem skończenia z tym obrzydliwym człowiekiem, co by było aktem wielkiej zasługi i rzeczą honoru!" Najwidoczniej dwór francuski podzielał te plany, gdyż (przeczuwający zapewne co się święci) monsieur de Montpensier (z osobistego orszaku króla Karola), który spotkał Coligny'ego na zamku w Blois, miał go ostrzec tymi słowy: "Jakże mało dbasz o swoje życie, że tak samotnie tutaj się przechadzasz. Czyż nie wiesz, z jakimi ludźmi masz do czynienia? Gdyby ci co złego się stało, powiedziano by tylko, że byłeś nieostrożnym". Admirał zapytał jednak: "Przecież jestem w domu naszego króla", na co tamten odparł: "Tak, ale w domu, w którym król nie zawsze jest panem". To jawnie świadczyło o hiszpańskich wpływach na francuskim dworze królewskim, chociaż owe mieszanie się Hiszpanów do polityki francuskiej zaczynało być dokuczliwe dla wszystkich, a szczególnie dla Karola IX, jak również (częściowo) dla Katarzyny Medycejskiej, i obawiał się Filip, że niechęć do Hiszpanów może zwyciężyć wśród Francuzów i połączyć tamtejszych katolików z protestantami. Jednak gdy z końcem października 1571 r. dotarła do Francji wiadomość o wielkim zwycięstwie Hiszpanii w bitwie morskiej z Turkami pod Lepanto, nagle projektowane po cichu plany antyhiszpańskiego wystąpienia i zajęcia Flandrii (jakie Coligny snuł z królem Karolem) stały się teraz nieaktualne (nie warto było narażać się na wojnę z taką potęgą, która - jak mawiał sułtan Selim II, syn i następca Sulejmana Wspaniałego  - "podcięła mu brodę", i była zdolna zarówno do akcji ofensywnej na morzu, jak i - dzięki doskonałej hiszpańskiej piechocie - również na lądzie). Zresztą przeciw zajęciu Flandrii przez Francję ostro wystąpiła także i Anglia Elżbiety I (Coligny w styczniu 1571 r. miał prywatną rozmowę z sir Middlemorem - jednym z agentów angielskiej królowej, który jasno i otwarcie stwierdził, że Anglia nie ścierpi zajęcia Flandrii przez Francję, gdyż to oznaczałoby duże zagrożenie dla angielskiego handlu). Anglicy nieco złagodnieli po hiszpańskim zwycięstwie pod Lepanto, ale plan wojny Francji z Hiszpanią już i tak upadł (angielski poseł w Paryżu, sir Walsingham donosił do Londynu, że usłyszawszy o Lepanto, król Karol IX, na skutek próśb i płaczu swej matki - zrezygnował z planów wojny z Hiszpanią). Tak oto triumf nad Selimem II zapewnił Filipowi II utrzymanie pokoju, ale to jednak mu nie wystarczało.





Gdy więc do Madrytu doszły wiadomości o rzezi hugenotów w Paryżu (podczas których ludzie z białymi przepaskami na ramieniu i białym krzyżem na kapeluszu, mordowali dosłownie każdego, kto nie miał przy sobie białego znaku - ginęły więc dzieci, kobiety i starcy, a żądne krwi "tygrysy" wpadały do domów - oznaczonych kredą, i urządzały tam krwawą jatkę - oczywiście przy poparciu samego króla i akceptacji jego matki. Potem morderstwa te przeniosły się na resztę miast Francji - w Orleanie ponoć trwały aż trzy dni - a łącznie miało zginąć 50 000 osób, z czego 2000 w samym Paryżu), król Filip II wręcz podskoczył z radości w górę i klasnął w dłonie, gdyż Francuzi nie mogli dać mu wówczas lepszego prezentu. Wiedział bowiem, że ta zbrodnia na długo złączy Francję z Hiszpanią, gdyż pozostałe kraje (poza Stolicą Apostolską, gdzie papież Grzegorz XIII również kazał bić w dzwony i odśpiewać Te Deum w Pałacu św. Marka, a posłańcowi, który mu przyniósł tą wiadomość, kazał wypłacić hojną premię) teraz odsuną się od Francji, jako kraju, w którym król osobiście nawołuje do mordów swoich poddanych (ponoć w pierwszych dniach po dokonaniu owej zbrodni, Karol IX cieszył się, że ona nastąpiła i że dokonana została pod jego przewodem, ale gdy już nieco ochłonął i zastanowił się nad tym, co się stało, uznał że jednak nie było to godne królewskiej godności i zaczął całą sprawę zrzucać na prywatny spór rodów Lorraine i de Chatillon). Król Filip II pisał potem w liście do Katarzyny Medycejskiej, że bardzo go raduje, iż wychowała ona takiego syna i tytułował Karola IX "arcykatolickim" królem. Swą radość potwierdził też, pisząc list do nowego posła Hiszpanii w Paryżu - don Cunigi, w którym stwierdzał, że dokonana we Francji zbrodnia: "była jedną z moich największych radości w życiu". Noc św. Bartłomieja wiele zmieniła w stosunku narodu francuskiego do monarchii, którą wcześniej uważano za "nietykalną" i nikomu by do głowy nie przyszło, że można otwarcie wystąpić przeciw własnemu królowi. Teraz monarchia stała się współwinna zbrodni i europejskie kraje odwracały się od dynastii Walezjuszy oraz Francuzów jako takich (swoją drogą nimb króla, jaki panował w Polsce, był taki sam jak wcześniej we Francji. Nikt u nas nigdy nie ośmieliłby się nie tylko otwarcie wystąpić przeciwko królowi - wyłączając spory sejmowe, które często przybierały różne oblicza - ale w obecności króla nie było wolno podnieść głosu ani też wyciągnąć szabli, za to bowiem groziła kara śmierci - nie mówiąc o tym że w ogóle można by było w jego obecności dokonać zbrodni. Król też zawsze był bezpieczny, bez względu na okoliczności. Po prosu w naszym kraju panował duży szacunek dla władzy monarszej, mimo że król realnie tej władzy w Polsce posiadał bardzo niewiele).

Jean de Montluc zabrał więc głos i począł zachwalać młodego (nie mającego jeszcze nawet 22 lat) księcia Henryka d'Anjou. Przede wszystkim mówił o podobieństwach obyczajów polskich i francuskich, twierdził że "jeden jest duch rycerski, jedna szlachetność i ludzkość" miedzy Francuzami i Polakami i że nigdy nie było między nimi żadnych konfliktów i nieprzyjaźni. Porównywał też Parlament Paryża do polskich sejmów, a także stwierdził, że bogactwo Henryka jest tak wielkie, iż z własnej kieszeni pokryje on wszystkie długi Rzeczypospolitej. Tłumaczył też, że dzięki Henrykowi Polska zachowa pokój z Turkami Osmańskimi (co było silnym argumentem dla niechętnej do ponoszenia kosztów prowadzenia wojen - polskiej szlachty). Na koniec, na pytanie o utrzymanie tolerancji religijnej, panującej w Rzeczpospolitej, kazał rozdać (wydrukowany w 1500 egzemplarzach) manifest "Postulatum Polonicum", który miał zostać wprowadzony również we Francji, a dotyczył zagwarantowania wolności religijnej pomiędzy katolikami i protestantami. Dodał również, że Karol IX bardzo żałuje tego, co się stało podczas Nocy św. Bartłomieja i twierdził że król sam próbował powstrzymać rzezie, wyruszając na miasto na czele 800 kawalerzystów i 1000 piechurów, a gdy ktoś stwierdził, że ci sami żołnierze przyłączyli się potem do rzezi i rabunków, Montluc odparł, że król nie nad wszystkim mógł zapanować i że tak naprawdę to nie była jego decyzja o dokonaniu tej zbrodni, tylko wrogów Francji - Habsburgów, którzy mieli zły wpływ na Katarzynę Medycejską. Wybór Henryka Walezego na króla Polski wspierali: Olbracht Łaski (liczący że uda mu się uzyskać tytuł hospodara Mołdawii), ród Zborowskich, Dembińskich, Opalińskich (czyli większość Wielkopolski i duża część Małopolski) oraz wsparcie biskupa Stanisława Karnkowskiego. Zdołał też Montluc przekonać księżnę Annę Jagiellonkę do małżeństwa z dużo młodszym od niej księciem Henrykiem, twierdząc (m.in.) że Francuz będzie lepszym małżonkiem i lepszym królem, niż Niemiec. I rzeczywiście, widać było że księżna "rozkwitła" na myśl, że zostanie żoną młodego i przystojnego króla, jak bowiem pisał potem Jean Choisin: "Ta dostojna pani ma lat około czterdziestu (ciekawe, bowiem większość zagranicznych posłów odmładzała Annę o jakieś dziesięć lat - czy naprawdę na tyle wyglądała, mając w 1573 r. lat 50, czy też była to zwykła "dyplomatyczna grzeczność?"), ale jest tak świeża i czerstwa, że gdyby wyszła za mąż, mogłaby jeszcze spodziewać się potomstwa". Anna otrzymała też portret Henryka, z którym ponoć się nie rozstawała. 

     

 
16 kwietnia głos zabrał szwedzki poseł - Lorch, który występował w imieniu swego króla - Jana III Wazy. Uważał on, że tron polski powinien zostać nadal w rękach dynastii Jagiellonów, choćby była ona tylko po kądzieli (małżonką Jana III była siostra króla Zygmunta Augusta - Katarzyna Jagiellonka, która była również matką 7-letniego wówczas Zygmunta Wazy). Co prawda Jan wyznawał wiarę luterańską, ale Katarzyna pozostała katoliczką i w takiej to wierze wychowywała swego syna. Jan III był zresztą bardzo pozytywnie usposobiony do katolików i nawet zamyślał czy nie zmienić wyznania, ale ostatecznie uznał że jednak Szwecja nie jest jeszcze na to gotowa i pozostał przy protestantyzmie. Byłby to wymarzony kandydat zarówno dla katolików, jak i protestantów, człowiek o wielkiej tolerancji religijnej. Poza tym sojusz ze Szwecją (czy też wspólna unia personalna) mógłby być bardzo przydatny w ostatecznym odepchnięciu Moskwy od Bałtyku i wyrwaniu jej dawnych litewskich ziem: Smoleńska, Połocka, Siewierza, Księstw Wierchowskich, a nawet Pskowa i Nowogrodu Wielkiego. Jan był też bardzo dobrze wykształcony (znał osiem języków: łacinę, niemiecki, polski, francuski, włoski, angielski, fiński i grecki) i cieszył się znakomitym zmysłem estetycznym, ale jednocześnie był gwałtownikiem (który podczas częstych wybuchów gniewu, ciskał ze złości ciężkimi i ostrymi przedmiotami, np... sztyletami). Jednocześnie był wiernym mężem (za wiernym, żył bowiem bardzo cnotliwie, wręcz tak, jakby był pustelnikiem i w niczym nie przypominał swego rozwiązłego brata i konkurenta do władzy - Eryka XIV, który nawet stworzył sobie swój prywatny "Harem Północy", do którego sprowadzał najpiękniejsze damy swego - i nie tylko swego - królestwa). Nim Jan został królem Szwecji, wiele podróżował (zwiedził m.in.: Gdańsk, Rygę, Wilno, Antwerpię, Kopenhagę, Lubekę, Wyborg, Malmo i Londyn). Nosił długą brodę i zajmowały go głownie sprawy państwa, religii, kartografii i nauki, natomiast całkiem zaniedbywał swą żonę - Katarzynę Jagiellonkę. Szczerze nienawidził też cara Rosji - Iwana IV Groźnego i pisywał do niego pełne nienawiści, obraźliwe listy, jak choćby ten: "Dostaliśmy twój list i czytając go jak i poprzednie, widzimy stosowaną przez ciebie wobec Nas niedorzeczność, chłopską pychę, kłamliwość i pogardę. Gdybyśmy nie słyszeli, że twój ojciec był wielkim księciem Rusi, to moglibyśmy na tej podstawie sądzić, że twoim ojcem jest jakiś mnich albo chłop, bo piszesz tak ordynarnie, jakbyś wychował się wśród chłopstwa lub innych powsinogów bez honoru" (😀). Iwan nie pozostawał dłużny i pisał choćby tak: "Zanim twój ojciec nie wstąpił na tron, nikt w ogóle nie słyszał o jakimś królestwie Szwecji", po czym żądał - w zamian za podjęcie negocjacji pokojowych - wysłania mu jako zakładników do Moskwy żony Katarzyny i dwóch synów Jana. Tak to sobie "ćwierkali" jeden z drugim (oczywiście nie cytuję bardziej pikantnych listów, gdzie oboje obrzucali się po prostu obelgami i porównywali do niewolników, kłamców, tyranów i... ścierw). Kandydaturę Jana wspierało kilku senatorów z Prus Królewskich, marszałek Firlej i wojewoda podolski - Mikołaj Mielecki, większego poparcia Jan III jednak nie zyskał - przynajmniej na razie.

W kolejnych dniach przemawiali posłowie Rzeszy Niemieckiej (oczywiście za Habsburgami - Ernestem, Rudolfem lub ich ojcem, samym cesarzem rzymskim - Maksymilianem II). Potem przemówił w imieniu cara Iwana IV Groźnego, polski poseł wracający z Moskwy i Nowogrodu, który został upoważniony przez Iwana, aby przedstawił jego kandydaturę - Rusin Michał Haraburda (odznaczy się on potem wielce w czasie wojen Stefana Batorego z Moskwą). Tę kandydaturę wspierała szlachta litewska (zagrożona ciągłą wojną z Moskwą i słabym jak dotąd wsparciem ze strony "Koroniarzy") oraz część tamtejszej magnaterii. Jednak Iwan oficjalnie nie zgłosił swojej kandydatury, wychodząc z założenia że to nie on powinien się prosić o koronę, ale to jego należy poprosić, by ją przyjął. Proponował zjednoczenie Polski, Litwy i Rosji w jedno państwo, przy czym korona polsko-litewska miała odtąd stać się dziedziczna i pozostać w jego rodzinie, a on sam miał zostać przy prawosławiu (chyba że katoliccy kapłani pokonaliby w starciu na argumenty swoich prawosławnych odpowiedników i tym samym udowodnili wyższość religii katolickiej). Jedyne co ze swej strony gwarantował, to utrzymanie dotychczasowych praw i wolności szlacheckich, a nawet obiecywał je rozszerzyć. Co ciekawe, polecił Haraburdzie dodać, że gdyby Polakom jego argumenty nie odpowiadały, to cóż, zadowoli się przynajmniej samą Litwą, która miałaby zostać przyłączona do Moskwy. Iwan - patologiczny morderca (który delektował się widokiem umierających w kaźni ludzi, a nawet osobiście ich torturował i zabijał - o czym chociażby pisał naoczny świadek jednego z takich wydarzeń, angielski poseł Jerome Horsey) mimo poparcia szlachty litewskiej, wśród Polaków nie znalazł zrozumienia i jego kandydatura do tronu Rzeczpospolitej przepadła jeszcze szybciej, jak kandydatura Jana III Wazy. 




Potem przemawiał jeszcze poseł wołoski, który w imieniu wielkiego wezyra, odczytał list, spisany z poparciem sułtana Selima II. Wielki Wezyr Sokollu Mehmed Pasza doradzał Polakom wybór kandydata rodzimego ("Piasta") lub ewentualnie kandydata francuskiego, ale przestrzegał przed wyborem Habsburga, deklarując, że panujący od czterdziestu lat układ pokojowy polsko-osmański (zawarty jeszcze za czasów Hurrem i królowej Bony Sforzy, przez przedstawicieli Sulejmana Wspaniałego i króla Zygmunta I Jagiellończyka), zostałby poddany poważnej próbie wytrzymałości. Jednocześnie obiecywał, że osobiście przykazał Tatarom i Wołochom, aby powstrzymali się oni od najazdów łupieżczych na ziemie Polski i Litwy. Rodzimy kandydat do tronu nie wchodził w rachubę, jako że nie było nikogo, kto zdobyłby sobie poparcie i szacunek całej magnaterii oraz szlachty i mógłby założyć swoją dynastię. Zresztą wybór "Piasta" przeciął sam Jan Zamoyski, deklarując, aby na czas głosowania wszyscy kandydaci (obcy i ewentualnie rodzimi) opuścili pole elekcyjne (4 maja wysłano posła habsburskiego do Łowicza, francuskiego do Płocka, a szwedzkiego do Zakroczymia). Nikt z magnatów i szlachty się na to nie zdecydował, więc nie było żadnej innej kandydatury "Piasta", poza osobą księżnej Anny Jagiellonki, której po prostu należało wybrać męża. Oczywiście nie od razu przystąpiono do głosowania nad danym kandydatem, a kolejne dni mijały na rozpatrzeniu spraw ważnych dla kraju (żołdu dla wojska, zbadania nadużyć sług, którzy po śmierci Zygmunta Augusta dopuścili się kradzieży części jego majątku). W dniach 20 kwietnia - 2 maja, zajęto się korekturą praw i ostatecznie - w burzliwych dyskusjach - przedstawiono senatowi projekt uchwał (które potem otrzymają nazwę Artykułów Henrykowskich) zawierających spisane prawa, których to król bezwzględnie musiał przestrzegać, a gdy to już ostatecznie uzgodniono, przystąpiono wreszcie do samej elekcji.

4 maja rozpoczęło się głosowanie. Każdy z kandydatów otrzymał oddzielne arkusze papieru, na których zapisywano nazwiska głosujących na daną kandydaturę. Głosowano oczywiście województwami, po czym opieczętowane arkusze przekazywano do senatu i tutaj zliczano głosy oraz ogłaszano wyniki. Najmniej głosów uzyskali: "Piast" (nikt bowiem się nie zgłosił jako kandydat ogólnonarodowy, bo nikt nie chciał się ośmieszyć) oraz car Rosji - Iwan IV Groźny. Najwięcej głosów zdobyli: królewicz francuski - Henryk, arcyksiążę Ernest oraz król Szwecji Jan III Waza i tylko ta trójka jeszcze się liczyła. Przystąpiono teraz do ponownego wysłuchania argumentów, przemawiających za wyborem danego kandydata, po czym ponownie rozpoczęto głosowanie, które pozostawiło już tylko dwóch kandydatów: Henryka i Jana, zaś Ernest, jako "Niemiec" odpadł z dalszej rywalizacji. Znów więc wysłuchano argumentów za wyborem kandydatów i raz jeszcze zabrano się do głosowania (ale tylko w tych województwach, w których panowało duże rozbicie głosów, natomiast te głosy szlachty z województw gdzie zdecydowanie opowiedziano się za danym kandydatem - były już wcześniej zaliczone). 9 maja zaznaczyła się zdecydowana przewaga kandydata francuskiego (głosowało za nim 27 województw, a jedynie 5 było za królem Szwecji), jednak wówczas powstał spór z częścią niezadowolonej z takiego obrotu spraw szlachty (głosującej wcześniej głównie na Ernesta Habsburga, a teraz na Jana III), która opuściła pole elekcyjne i przeniosła się pod Grochów. Nie można było tego tak zostawić, należało bowiem doprowadzić do zgody i pojednania zwaśnionych stron. Głosy (m.in. Jana Zamoyskiego i starosty żmudzkiego - Jana Chodkiewicza) za tym, aby "nie rozdzierać" i "nie ranić" Rzeczpospolitej, przeważyły nad partykularnymi interesami oraz osobistymi animozjami i mniejszość spod Grochowa, uznała wybór większości.




12 maja 1573 r. ogłoszono więc wybór królewicza francuskiego - Henryka d'Anjou, jako nowego króla Polski i wielkiego księcia Litwy, Prus, Rusi, Inflant etc. etc. Tego też dnia przyjęto i podpisano Artykuły Henrykowskie, w których nowy król zobowiązywał się do przestrzegania praw i wolności obywatelskich panujących w Rzeczypospolitej i potwierdzenia ich, jako niezaprzeczalnych i niezmiennych. Konkretnie Montluc i inni Francuzi z jego poselstwa, zobowiązywali się w imieniu młodego Henryka do: utrzymania wolnej elekcji, łożenia z własnych dochodów na wojsko kwarciane (zaciężne oddziały formacji narodowych, formowane w celu obrony Kresów południowo-wschodnich głównie przed Tatarami), zwoływania sejmu co najmniej raz na dwa lata, zwoływania pospolitego ruszenia szlachty i nakładania nowych podatków tylko za zgodą sejmu. Jako kontrolerów tej umowy, wyznaczono 16 senatorów-rezydentów, którzy mieli prawo wypowiedzieć królowi posłuszeństwo i wezwać do buntu (rokoszu) cały naród szlachecki, jeśli król złamałby któreś z owych postanowień. 13 maja dołączono do Artykułów Henrykowskich również i Konfederację Warszawską (czyli wymóg utrzymania przez króla pokoju religijnego w kraju). Następnie przystąpiono do spisywania Pacta Conventa - co znaczy osobistych obietnic króla, które ten miał wypełnić podczas swego panowania. Przedstawiciele francuskiego poselstwa w imieniu nowego króla Henryka IV (choć w polskiej historiografii funkcjonuje on bez przypisanego sobie numeru, jako że był pierwszym polskim królem o tym imieniu, więc realnie powinien nosić imię Henryka I, ale ponieważ był to już czwarty Henryk - władca Polski  [poprzedni byli książętami], przeto taką też stosuję numerację).

Zatem obiecywał Henryk opłacić długi po zmarłym Zygmuncie Auguście, wpłacać do skarbu państwa corocznie kwotę w wysokości 450 000 złotych, odnowić Akademię Krakowską, zapewnić (na swój koszt) naukę i wychowanie w Krakowie lub w Paryżu dla 100 osób spośród szlacheckiej młodzieży, poślubić księżną Annę Jagiellonkę (ponoć ten warunek Henryk przyjął bardzo niechętnie, gdyż nie uśmiechało mu się poślubienie "starej baby", ale jego doradca - Claude de Bourg wytłumaczył mu to tak, mówiąc o Polsce i Litwie, jako nowym królestwie Henryka: "Potęga tak wielkiego królestwa, które wystawia do boju osiemdziesiąt tysięcy dobrych koni, uczyni zawsze siostrę królewską bardzo młodą i pożądaną", więc Henryk - chcąc, nie chcąc - musiał się zgodzić na ślub). Ale to wcale nie koniec zobowiązań, które musiał spełnić Henryk, otóż miał jeszcze zawrzeć trwały sojusz polsko-francuski, sprowadzić z Francji posiłki wojskowe na wojnę z Moskwą, zbudować polską flotę wojenną na Bałtyku (jej budowę rozpoczął od 1561 r. król Zygmunt II August. a w marcu 1568 r. powołał nawet specjalną Komisję Morską z siedzibą w Gdańsku, mającą za zadanie administrowanie flotą i obronę wybrzeża, jako swoisty zaczątek polskiej admiralicji, ale po śmierci króla w 1572 r. zarówno flota jak i Komisja zostały rozwiązane), dalej miał król Henryk zahamować a następnie zlikwidować rosyjski handel narewski, oraz ograniczyć do niezbędnego minimum liczbę cudzoziemców na swoim dworze. Po podpisaniu tych dokumentów, po raz drugi już oficjalnie - 16 maja 1573 r. Henryk d'Anjou został obrany królem Rzeczpospolitej i od tej chwili oczekiwano jego przybycia do nowego królestwa. Do Paryża wiadomość o zwycięstwie Henryka w elekcji do polskiego tronu dotarła dopiero po miesiącu, dokładnie 17 czerwca 1573 r., a królowa matka - Katarzyna Medycejska usłyszawszy ją... rozpłakała się. 


 CDN.
   

czwartek, 9 września 2021

WIELKA TRWOGA - Cz. II

CZYLI WOJNY GRECKO-PERSKIE.

WIDZIANE OCZYMA

NIE TYLKO ZWYCIĘSKICH

ATEŃCZYKÓW I SPARTAN,

LECZ GŁÓWNIE MIESZKAŃCÓW

ZAGROŻONYCH PRZEZ

PERSÓW GRECKICH WYSP I MIAST

 



 

Ο φόβος των Περσών 

Cz. II 





 
 Po opanowaniu Sardes i śmierci króla Lidii - Krezusa (grudzień 547 r. p.n.e.) zwycięski Cyrus Perski przystąpił teraz do nowej organizacji greckich miast na małoazjatyckim wybrzeżu, dotąd podlegających Lidyjczykom. Co prawda, jeszcze w trakcie wojny z Krezusem, Cyrus posłał do wielu greckich polis swoich wysłanników, którzy mieli zaproponować Grekom wystąpienie przeciw Lidii i zawarcie nowego układu z Persami (który miał się opierać na zasadzie utrzymania dotychczasowego, dogodnego dla Greków status quo). Miasta te, zostały podporządkowane Lidii jeszcze za czasów pra-pradziada Krezusa, króla Gygesa - założyciela dynastii Mermnadów, który miał panować od ok. 687 r. p.n.e. Według legendy, pierwotnie miał on być pasterzem kóz i pewnego razu, gdy jak co dzień wypasał swe stado w dolinie Tmolosu, doszło do niewielkiego trzęsienia ziemi, które spowodowało wyrwę w ziemi i odsłoniło leżący w rozpadlinie dziwny obiekt, który nieco przypominał gigantycznego konia. Gyges wszedł do środka i choć wewnątrz panował mrok, oświetlił sobie drogę łuczywem i szedł dalej, aż dotarł do sali, w której leżały szczątki człowieka o nadludzkiej posturze. Uwagę Gygesa przyciągnął wspaniały pierścień, który ów olbrzym miał na palcu i zerwawszy go, zabrał go ze sobą. Dzięki temu pierścieniu, trafił Gyges na dwór królewski do Sardes i zdobył zaufanie króla Kandaulesa z rodu Heraklidów, zostając jednym z jego ministrów. Nawiązał też romans z żoną króla - Nyssą, która namówiła go do zamordowania jej męża, aby mogła poślubić i oficjalnie zostać żoną Gygesa. Ten, początkowo wzbraniał się na myśl o morderstwie człowieka, który był jego dobroczyńcą, ale ostatecznie zwyciężyła pycha i ambicja zostania nowym królem. Zaczaił się więc w sypialni Nyssy, gdy odwiedził ją tam król Kandaules, a gdy ten zasnął, Gyges wbił w niego swój sztylet. Nyssa ogłosiła, że ostatnią wolą jej męża, było przekazanie władzy w ręce Gygesa i tak oto były pasterz, został teraz nowym władcą Lidyjczyków. Niestety, spora część z nich nie zaakceptowała go jako swojego króla i oskarżyła o zamordowanie Kandaulesa. Aby ostatecznie uciszyć te głosy i uzyskać akceptację, wysłał on posłów do wyroczni Apollina w Delfach (ofiarowując Świątyni pokaźny datek i) prosząc o "boską akceptację" swego panowania. Pytia miała stwierdzić, że bóg nie jest zadowolony z postępku Gygesa, ale udziela mu swego błogosławieństwa, jednak tylko do piątego pokolenia. Według przepowiedni, pra-prawnuk Gygesa miał zostać zabity z ręki potomków rodu Heraklidów. Potomkiem Gygesa w piątym pokoleniu był właśnie Krezus, obalony przez Cyrusa, który to uznał się za mściciela Kandaulesa i całego rodu Heraklidów).

Za rządów Gygesa nastąpiły daleko idące zmiany w polityce i ekonomii Lidii, które oddziaływały także na inne ziemie. Przede wszystkim to właśnie od panowania Gygesa, Lidyjczycy (a za nimi Grecy) zaczęli bić na szeroką skalę monety, dając tym samym początek gospodarce walutowej, która zastąpiła dotychczasowy handel wymienny (co prawda wcześniej handlowano również złotem, srebrem, diamentami etc. etc. ale nie wybijano monet z domieszką tych szlachetnych metali). Gyges i Lidyjczycy zapoczątkowali więc cały system ekonomii, który właściwie trwa po dziś dzień, a który mocno rozpropagowali Grecy (Milet i Efez, a potem Fokaja, Chios i Samos). Ale system monetarny sensu stricte stworzony został w Argos, a jego twórcą był król Fejdon, który panował mniej więcej w czasie (ok. 650 r. p.n.e.), gdy ostatecznie ukształtował się system relacji pieniądza do różnych metali (w zależności od tego, z jakich był wybity). Powstały dwa systemy monetarne. Pierwszym był system lidyjski (zwany potem eubejskim), zapoczątkowany na Samos i obejmujący Lidię, Milet, Efez, Fokaję, Chios, Chalkis, Korynt, Cyrenę i (od 593 r. p.n.e.) Ateny. Drugim był system eginecki, obejmujący Eginę, cały Peloponez, Beocję, Megarę i (do 593 r. p.n.e.) Ateny. Gyges też jako pierwszy rozpoczął politykę wojenną, zrywając z dotychczasową pokojową polityką rodu Heraklidów wobec greckich polis małoazjatyckich. Toczył walki z Miletem, podporządkował sobie Kolofon, a jego syn i następca - Ardys (panował ok. 652-603 r. p.n.e.) zdobył Priene w Jonii. W tym też czasie (ok. 652 r. p.n.e.) Jonię i Eolię spustoszyli koczowniccy Kimmerowie pod królem Lygdamisem (którzy na krótko zdobyli także i Sardes). Następca Ardysa - Sadyattes (ok. 603-590 r. p.n.e.) kontynuował wojnę z Miletem (w latach 597-591 p.n.e.), ale nie udało mu się go zdobyć, musiał też wycofać się spod Klazomenaj. Ograbił jednak świątynię Ateny Asseja w Jonii i wkrótce potem poważnie zachorował, co poczytywano właśnie jako karę bogów za dokonanie owej profanacji. Król postanowił więc ostatecznie zawrzeć z Miletem pokój i oddać skradzione ze świątyni kosztowności, jednak niewiele mu to pomogło, gdyż zmarł w kilka miesięcy później. Jego syn - Alyettes (ojciec Krezusa, panujący ok. 590-560 r. p.n.e.) podbił i podporządkował sobie większość greckich miast-państw Jonii i Eolii, jednocześnie dalej utrzymywał pokój z Miletem (co było korzystne dla obu stron, bowiem Lidyjczycy - eliminując z wojny Milet - po kolei zdobywali poszczególne polis, a Milezyjczycy utrzymali dominację handlową na wodach Morza Egejskiego i Śródziemnego). Do ok. roku 580 p.n.e. stworzył potężne mocarstwo lidyjskie, które na Wschodzie sięgało rzeki Halys i graniczyło z Medami, na Zachodzie opanowało Karię, Jonię (wraz z Efezem - handlowym konkurentem Miletu) i Eolię. Nie udało mu się tylko zdobyć Lycji oraz Pamfilii na Południu, Myzji i Frygii na Północy, a także greckich małoazjatyckich wysp na Morzu Egejskim.




Sojusz z Miletem trwał nadal, ale widząc że niewspółmiernie wzmacnia on to greckie polis, Alyattes zaproponował Efezowi i pozostałym greckim portom przez siebie ujarzmionym, że nie będzie się wtrącał do ich wewnętrznej polityki i zadowoli się jedynie corocznymi daninami, które miasta te miały mu wypłacać również ze swych przychodów handlowych, a w zamian on otworzy przed greckimi kupcami z tych ośrodków rynki Lidii i całej Azji Mniejszej. Dzięki takiej polityce, gdy na tron wstępował Krezus (ok. 560 r. p.n.e.) Lidia była niezwykle majętnym królestwem, a sam władca cieszył się opinią wielkiego bogacza (porównywano go do mitycznego Midasa, który czego się dotknął, zmieniał to w złoto). Gdy więc przeciwko takiemu królestwu wyruszył na wojnę Cyrus, zaproponował on małoazjatyckim greckim polis wystąpienie przeciwko Krezusowi i zawarcie takiego samego polityczno-handlowego układu z Persami. Układ był korzystny dla zarządzającej polis oligarchii kupieckiej, ale Grecy postanowili dochować wierności Krezusowi i odrzucili perską propozycję sojuszu. Jedynie Milet (który uznał, że na zmianie pana może jedynie zyskać) przyjął tę propozycję. Aby usprawiedliwić swoją polityczną woltę, zwrócili się Milezyjczycy do Świątyni Apollona w Didymach (na południe od Miletu, na skrawku cyplu wychodzącego na morze), a tamtejsza wyrocznia miała im doradzić taki właśnie krok (nie wiadomo tylko ile perskiego złota tam poszło, aby ostatecznie "przekonać" kapłanów Świątyni do takiego kroku, wiadomo jednak że po zdobyciu Sardes, Cyrus miał do dyspozycji całą dotychczasową fortunę Krezusa i mógł ją wydać w dowolny dla siebie sposób). W każdym razie Milezyjczycy usprawiedliwiali się potem wyrocznią Apollona w tej sprawie. Gdy zaś miasta Jonii i Eolii przekonały się, że źle wybrały, postanowiły wysłać swych posłów do Cyrusa (wiosna 546 r. p.n.e.), z propozycją przystania na wcześniejsze warunki Persów. Cyrus uznał to za zuchwalstwo i odmówił im, żądając jednocześnie by wpuścili do siebie perskich naczelników. Małoazjatyckie polis, widząc że nic więcej nie ugrają, poczęły szykować się do wojny, przystępując do budowy i umacniania murów obronnych, angażując hoplitów oraz budując okręty wojenne. Wysłano też poselstwa z prośbą o pomoc - głównie do Sparty, która była wówczas najpotężniejszym polis kontynentalnej Grecji.

Lacedemończycy jednak, od chwili swego zwycięstwa nad Tegeą (ok. 560 r. p.n.e.), w której to wojnie pomścili swą klęskę sprzed piętnastu lat, postanowili oficjalnie zmienić dotychczasowa politykę podbojów i aneksji i zastąpić ją polityką układów z innymi miastami Peloponezu, opartych na zasadzie wzajemnej pomocy. A ponieważ Spartanie byli w tym układzie najsilniejsi, to właśnie oni zaczęli dominować w zaprojektowanym (ok. 556 r. p.n.e. za eforatu Chilona, kierując się przykazaniami mędrcy Glaukusa, syna Epikidesa) Związku Peloponeskim. Nie wiadomo ile w tym wszystkim było podstępu (tak naturalnego Grekom), ale wyrocznia delficka zapowiedziała Lacedemończykom, że nie pokonają Tegei dopóty, dopóki nie odnajdą i uroczyście nie pochowają kości owego Orestesa, syna Agamemnona i Klitajmestry (który pomścił śmierć ojca - zabitego przez matkę i jej kochanka, mordując jego zabójców, za co bogowie zesłali na niego szaleństwo), którego kości miały spoczywać gdzieś w nieuświęconej ziemi. Co w tym momencie uczynili Spartanie? Ano wygrzebali skądś kości jakiegoś rosłego mężczyzny i przedstawili je jako te orestesowe, po czym uroczyście złożyli je do grobu i... natchnąwszy tym samym swych obywateli do nowej wojny, ruszyli przeciwko Tegei i tym razem odnieśli sukces (uwalniając swych pobratymców, którzy przez piętnaście lat musieli - jako zakuci w kajdany niewolnicy, obrabiać pola wokół tego miasta). "Kości Orestesa" natchnęły Spartę nowym duchem (taka to jest moc symboli), jednak nie była ona już zdolna do ekspansji militarnej w celu podporządkowania sobie całego Peloponezu, dlatego też (za eforatu Chilona) nastąpiła zmiana tej polityki, na "progrecką" (Chilon miał wypowiedzieć te oto słowa: "Poniechajmy odtąd wszelkiej myśli o podboju ziem sąsiednich. Jeżeli jesteśmy silniejsi od innych - użyjmy siły naszej, żeby bronić Hellenów od wspólnego wroga i wspierać sprawiedliwość tam, gdzie będzie deptana"). Tak oto stworzona została potęga Symmachii Spartańskiej, ale w czasie, gdy małoazjatyckie polis szykowały się do wojny z Cyrusem, Sparta musiała jeszcze poskromić jedno uparte miasto na Peloponezie - Argos, stolicę Argolidy, która nie chciała przyłączyć się do owego Związku. Wojna 546 r. p.n.e. i mit "kości Orestesa" zrobiły swoje, a Argos zostało pokonane w bitwie (choć Argiwczycy również ogłosili zwycięstwo, ale potem wycofali się do swego miasta, czym dali Lacedemończykom okazję do pochowania swych zmarłych i postawienia pomnika zwycięstwa na placu bitwy). Musiało więc ono oddać Sparcie terytorium Cynurii z Tyreą (północno-wschodni rejon Lakonii), lecz wciąż zachowało swą niezależność.




Sparta była więc zajęta wojną, w czasie gdy miasta-państwa wybrzeża wschodniego gotowały się do odparcia perskiej inwazji, jednak - kierując się zasadą "obrony Hellenów" - nie mogła po raz drugi (Sparta nie udzieliła już raz pomocy Krezusowi, który miał z nią wzajemny sojusz od 555 r. p.n.e. i pozwoliła zniszczyć jego królestwo), zachować się w tak haniebny sposób. Wysłali więc Lacedemończycy do "Króla Królów" swoje poselstwo (pod przywództwem Lakrinesa), ostrzegając go, aby nie ważył się podnieść ręki na małoazjatyckich Greków, bo jeśli to uczyni, Sparta go ukarze. Cyrus musiał przysłuchiwać się tych gróźb zarówno z rozbawieniem (ponoć wybuchł śmiechem) jak i z zażenowaniem, jako że do tej pory znał Spartan głównie z faktu nieudzielenia pomocy Lidyjczykom, a jednocześnie zdumiony był tak hardą przemową skierowaną w jego stronę. Odpowiedział posłom, że uczyni tak, jak zechce, a jednocześnie zapowiedział, że jeśli raz jeszcze spotka posłów z Lacedemonu, a ci wcześniej nie upadną przed nim na twarz, ten ich nie przyjmie i nie wysłucha. Tak wyglądała wzajemna rozmowa, po czym poselstwo odpłynęło do Sparty, a Cyrus wrócił do Ekbatyny, powierzając dowodzenie wojskiem w Lidii nowo mianowanemu satrapie - Paktyesowi. A tymczasem małoazjatyccy Grecy musieli się naradzić, co czynić w sytuacji, gdy Sparta nie przyśle im pomocy (słowa i traktaty nie poparte siłą mieczy oraz włóczni nie były przecież nic warte). Zebrano się więc w Świątyni Posejdona w Panionion i radzono nad dalszym postępowaniem. Wielu mówców zabierało głos, niektórzy byli bardzo radykalni w swych planach - jak choćby Bias z Priene, który twierdził, że przewaga Persów jest zbyt duża i nie ma żadnego ratunku, poza opuszczeniem dotychczasowych miast i... emigracją na Sardynię. Tales z Miletu uważał zaś, że dotychczasowy związek 12 miast (Dodekapolis, w skład którego wchodziły: Fokaja, Klazomenaj, Erythraj, Teos, Lebedos, Kolofon, Efez, Priene, Myus, Milet oraz dwie wyspy - Samos i Chios) jest już nieefektywny i należy pomyśleć nad stworzeniem ściślejszego sojuszu politycznego wszystkich Jonów z głównym ośrodkiem na Teos. Ostatecznie postanowiono dalej trwać w oporze i nie poddawać się (jedynie Fokejczycy i Tejczycy postanowili zaprzestać dalszej walki i ratować się ucieczką - do nich jeszcze powrócę w kolejnej części).




Grecy mieli jednak nieco szczęścia, ponieważ mianowany przez Cyrusa satrapa - Paktyes, który pozostał w Sardes (i miał odesłać do Ekbatany złoto króla Krezusa), zapragnął sam obwołać się władcą Lidii i przejął cały tamtejszy skarb. Wojna z Cyrusa z Paktyesem (546/545 r. p.n.e.), który zaczął najmować do swej armii greckich hoplitów - trwała krótko i gdy z początkiem nowego roku został on oblężony w Sardes, przez posłanych w celu stłumienia tej rebelii: Persa Tabalosa oraz Meda Mazaresa, jego żołnierze (widząc przewagę liczebną wroga) odmówili dalszej walki i poddali się Persom, ale Paktyes zdołał zbiec z miasta i schronił się w Kyme (chodzi o małe miasto w Eolii, a nie to sławne polis z Kampanii na italskiej ziemi). Mieszkańcy Kyme wysłali poselstwo do Amfiktionii Apollona w Didyme, z pytaniem czy mają wydać zbiega w ręce Persów. Ponieważ zaś u milezyjskich Brachnidów dała się od początku tego konfliktu zauważyć wyraźna sympatia pro-perska (szczególnie gdy Cyrus obsypał Świątynię złotem Krezusa), przeto kapłani nakazali natychmiastowe wydanie Paktyesa w ręce Tabalosa, ale wówczas pewien Kymeńczyk, io imieniu Aristodikos, syn Herakleidesa, zabrał głos na zgromadzeniu współobywateli i... odmówił wykonania wyroku "boga" (co było rzadkością w tamtym czasie, gdyż groziło to oskarżeniom o bezbożność, a to znów wykluczało zarówno jednostkę, jak i całą społeczność z grona Hellenów i wystawiało ich na wszelkie niebezpieczeństwa losu bez widoków na jakąkolwiek pomoc). Stwierdził on bowiem że bóg musiał "się pomylić" (był to oczywiście eufemizm - wiadomo było o co chodzi, to nie "bóg się pomylił", tylko Brachnidzi z Didymy wzięli zbyt dużo złota od Persów i wyrok był taki, jakiego tamci oczekiwali). Wysłano więc do Świątyni nowe poselstwo na czele z Aristodikosem, który zadał Apollonowi podobne co wcześniej pytanie - czy naprawdę mają wydać w ręce Persów błagalnika, który prosi ich o schronienie? gdzie pewnym jest, że tam czeka go śmierć. Odpowiedź boga, jakiej udzielono mu za pośrednictwem kapłanów, była taka sama, jak poprzednio. 

Wówczas Aristodikos namówił swych towarzyszy do popełnienia świętokradztwa i wyłapania wszystkich ptaków (oraz jaj) z drzew okalających Świątynię, które to - w opinii wiernych, uchodziły za błagalników Apollona. Wtedy ze Świątyni rozległ się potężny głos (akustyka w takich miejscach musiała być zadziwiająca, ale podobnie było w świątyniach egipskich, gdzie "wytwarzano" potężny, często przerażający "głos boga", który musiał oddziaływać na umysły zgromadzonych wiernych). Ozwał się więc ów głos słowami: "Człowieku najnikczemniejszy z nikczemnych, jak śmiesz to czynić? Jak śmiesz usuwać mych błagalników ze świątyni?" Towarzysze Aristodikosa zdrętwieli słysząc te przerażająco głośne słowa i wypuścili z rąk schwytane ptactwo, jednak sam Aristodikos, upadłszy na kolana zapytał: "O Panie, jakże to: swoim błagalnikom chcesz nieść pomoc, a Kymejczykom nakazujesz wydać ich własnego?". Bóg (a z pewnością mówiący w imieniu Apollona do pewnej niosącej echo tuby  kapłan) odrzekł wówczas: "Tak właśnie nakazuję, żeby was tym bardziej zgubiła wasza bezbożność i byście nigdy więcej nie przychodzili po wyrocznię w sprawie błagalników!" Decyzja co prawda cofnięta nie została, ale swoim podstępem wykazał Aristodikos obłudę Brachnidów, którzy podszywając się pod miłosiernego Apolla, bardziej pokochali perskie złoto, niźli wypatrywanie boskich znaków. Co prawda Aristodikos nie został ukarany za swoją próbę "porwania" ptaków Apollona, ale ponieważ stanowisko Świątyni pozostało niezmienne w sprawie Paktyesa, nie mógł on dalej przebywać w Kyme - jeśli polis to nie chciało zesłać na siebie niechęci ze strony zarówno Persów, jak i Greków. Poradzono mu więc, aby się udał do Mityleny na Lesbos. To była wyspa, więc był bezpieczny, gdyż Persowie wówczas jeszcze nie mieli floty, zaś wyrocznia z Didymy odnosiła się tylko do Kymejczyków, nie zaś do mieszkańców Mityleny. Tak też postanowiono, jednak o tych planach i zawartych umowach dowiedzieli się Persowie, którzy zamierzali przekupić Mityleńczyków, by ci wydali uciekiniera. Gdy więc okręt z Kyme (na którego pokładzie znajdował się Paktyes) dopłynął na Lesbos, dowiedziano się o odstępie Persów i szybko odpłynięto na Chios, do tamtejszej Świątyni Ateny, gdzie przy jej ołtarzu miał Paktyes prosić o łaskę dla siebie. Chioci przysięgli, iż zapewnią błagalnikowi ochronę i nie wydadzą go Persom, bez względu na ich groźby, więc żeglarze okrętu z Kyme wrócili do siebie w nadziei dobrze spełnionego obowiązku.




Niestety, może i rzeczywiście na perskie groźby Chioci byli odporni, ale nie byli odporni na perskie złoto i wkrótce potem dobito targu z wysłannikiem Tabalosa. Nieszczęsnego Paktyesa wydarto siłą (co było jawnym świętokradztwem) sprzed ołtarza bogini Ateny i haniebnie ciągnięto go po ziemi, by potem jakby nigdy nic, oddać w ręce Persów. W zamian za to, wyspa Chios otrzymała mieścinę na stałym lądzie w Atarneus (naprzeciwko Wysp Arginuzy). Paktyes został zaś przewieziony w klatce do Ekbatany i tam zawieszony za nogi na cienkich drewnianych belkach nad płonącym poniżej stosem. Król i jego świta zapewne przyjmowali zakłady, czy najpierw ogień skruszy belkę i Paktyes wpadnie w stos, czy też płomienie osmolą mu włosy i z płonącą głową wyzionie ducha. Trochę to koszmarne, ale kto się niegdyś przejmował takimi detalami jak humanitarne pozbawianie człowieka życia, należało to raczej do pewnego rodzaju zabawy, która często rozpraszała nudę na królewskich dworach. Teraz Persowie przystąpili już bezpośrednio do pacyfikacji zbuntowanych greckich polis w Jonii oraz w Eolii, i do nich to (będę je wymieniał każde z osobna) przejdę w kolejnej części.
 






PS: Piękny mecz rozegrała z Anglią nasza reprezentacja i choć to tylko remis (1:1) to wydaje się, jakbyśmy pokazali większą klasę niźli Anglicy. Spokojnie mogliśmy ten mecz wygrać, zabrakło nieco więcej szczęścia (było kilka "pewnych" sytuacji, które nie zostały wykorzystane - szkoda). Niepotrzebnie wpadła ta pierwsza bramka, strzelona przez Harry'ego Kane'a, ale cóż, to zawodnik światowej klasy, a nasi obrońcy nieco przyspali i po prostu wykorzystał nadarzającą się okazję, strzelając z pierwszej piłki. Pięknie natomiast wyrównał Damian Szymański w 92 minucie meczu - wielkie brawa, piękne podsumowanie dobrej gry Polaków. Szkoda że tylko 1:1, mogło być co najmniej 3:0 dla nas w meczu z wicemistrzami Europy.



ANGLICY SKŁADAJĄ HOŁD POLSKIM PILOTOM, 
ZA ICH UDZIAŁ W BITWIE O ANGLIĘ 😉









  
CDN.