Łączna liczba wyświetleń

sobota, 12 lutego 2022

"JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. XIII

CZYLI, JAK TO W POLSCE

NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?

 


 

DRUGA ELEKCJA

1575 r.

Cz. II






Sejm, który rozpoczął się 4 października 1575 r. był bardzo nieliczny, przybyło bowiem nań zaledwie pięciu senatorów, podobnie zresztą jak i posłów (tylko dwóch z Małopolski i pięciu z Wielkopolski). Nie przybyły przedstawicielstwa z innych ziem i prowincji (z Prus Królewskich przyszedł za to list, w którym tamtejsza szlachta ostrzegała przed pochopnym wyborem nowego monarchy i zapowiadała że takowego nie poprze i pozostanie wierna Henrykowi). Prymas Jakub Uchański planował jeszcze wysłać do Paryża kolejne poselstwo, z nowym terminem powrotu króla Henryka Walezego do Polski, ale ponieważ przeciwni takiemu pomysłowi byli biskupi i posłowie, ostatecznie z niego zrezygnował. Wyznaczył jednak termin wyboru nowego króla na 7 listopada na zjazd pod Warszawę i ponownie potwierdzono stan bezkrólewia panujący w Polsce, po czym sejm konwokacyjny (już 5 października) dobiegł końca. Następnie odbywały się lokalne sejmiki ziemskie (październik/listopad) mające wybrać posłów na zjazd elekcyjny, jak i (w niektórych przypadkach) zająć się sprawą obrony granic w sytuacji, gdy większość szlachty krajowej wyjedzie obrać nowego króla. 7 listopada 1575 r. otwarty został zjazd elekcyjny we wsi Wola, pod Warszawą (od tej pory wszystkie elekcje miały się odbywać właśnie tutaj - na Woli, dziś jednej z dzielnic Warszawy. Notabene Warszawa w tamtych czasach była jeszcze małym miastem, ograniczonym do zaledwie Starego i Nowego Miasta oraz Zamkiem Książęcym - który potem, po przebudowie stanie się Zamkiem Królewskim i murem, otaczającym miasto od strony zachodniej, a obejmującym tylko Stare Miasto; natomiast cała reszta terenów, to były peryferia na których było też kilka kościołów i dość dużo - przeważnie drewnianych - szlacheckich dworków. Rozwój Warszawy co prawda postępował, ale aż do drugiej połowy XIX wieku był bardzo wolny, natomiast już w latach 70-tych i 80-tych XIX wieku Warszawa zaczęła się szybko rozwijać, tak, iż sam twórca Kanału Sueskiego -  Ferdynand Lesseps stwierdził, że przy takim tempie rozwoju już wkrótce Warszawa stanie się największym miastem Europy).

Starosta stężycki - Bartosz Żeleński miał rozebrać i przeprawić Wisłą a następnie ponownie wznieść ów budynek, który pierwotnie stał w czasie zjazdu pod Stężycą, ale ze względu na niski stan wody w rzece, nie udało się przetransportować owej rozebranej budowli pod Warszawę, wobec czego wzniesiono na Woli namiot, który pierwotnie użyto podczas pierwszej elekcji Henryka Walezego (łącznie wystawiono tam pięć namiotów, razem tworzących jedną całość), a cały plac ogrodzono wałem. Na zjazd przybyli głównie posłowie (samej szlachty było ok. 12 000 z wszystkich ziem Rzeczpospolitej, czyli zaledwie garstka) i senatorowie (tych również nie było zbyt wielu), a powodem tej absencji była z jednej strony jesienna i już prawie zimowa pora roku (na niektórych terenach olbrzymiego państwa, jakim była ówczesna Rzeczpospolita - już spadł śnieg, na innych obficie padały deszcze, tworząc ogromne roztopy i błota, a na innych znów pogoda była jeszcze letnia), a z drugiej strony panowała obawa przed ponownym najazdem Tatarów (do tego stopnia, że nawet szlachta mazowiecka - najmniej zagrożona najazdem, podjęła decyzję - 31 października - na prośbę szlachty województw: ruskiego, podolskiego i bracławskiego - o wyprawie na południe przeciwko Tatarom). Wiele niezagrożonych najazdem ziem - takich jak na przykład Prusy - przysłały delegację zaledwie kilku posłów, co uznano za niedopuszczalne, jako że województwa bezpieczne mogły się pokusić nie tylko o większą liczbę wyborców, ale i o przyjazd szlachty tamtejszych ziem, dlatego też np. dwóch posłów pruskich (którzy chcieli reprezentować trzy stany swojej ziemi) nie dopuszczono jako reprezentantów całych Prus Królewskich, a marszałek nadworny koronny - Andrzej Zborowski stwierdził wręcz: "Prusaków, którzy gnuśnieją w pokoju, oddani gospodarstwu, niepomni na Rzeczpospolitą, leniwie życie pędzą i daleko więcej troszczą się o nędzne uzbieranie grosza, niż o dobro publiczne". Podobnie delegacja litewska - która również przybyła w znikomej liczbie, nie została uznana za reprezentantów całego Wielkiego Księstwa Litewskiego (choć oni sami twierdzili że są "połową Królestwa"). Marszałkiem sejmu ponownie wybrany został Mikołaj Sienicki, a obrady - choć rozpoczęły się 7 listopada uroczystym nabożeństwem (przy czym oczywiście katolicy modlili się w kolegiacie św. Jana, zaś protestanci w swoich zborach), to jednak szlachta oraz przedstawiciele miast królewskich (Krakowa, Warszawy, Poznania, Gdańska, Torunia i Elbląga) zjeżdżali się powoli i często przybywali jeszcze nawet w kilkanaście dni po rozpoczęciu obrad. Cały zjazd cechowała ogromna nieufność między szlachtą a magnaterią i obie strony uważały że druga knuje przeciwko nim i sama chce wybrać króla. Dlatego też szlachta ostatecznie zrezygnowała z głosowania województwami i zbiła się w jedno wspólne koło "dla bezpieczeństwa narodu i ku sprawiedliwej Rzeczpospolitej posłudze". Pierwsze dni trwały rozprawy nad porządkiem elekcji i zapewnieniem ogólnego bezpieczeństwa zjazdu, dopiero 12 listopada zaczęto wysłuchiwać pierwszych zagranicznych posłów, których władcy zamierzali starać się o polską koronę, a było ich kilku.


CO TO ZA BAŁAGAN? POLACY! WY SIĘ WRESZCIE DOGADAJCIE - KURWA MAĆ! 😂 




Pierwszym z nich był oczywiście car moskiewski - Iwan IV Groźny (który miał pewne poparcie wśród Litwinów - skorych do zakończenia długoletnich wojen o Inflanty, Połock, Smoleńsk i Siewierszczyznę - ale wśród Polaków nie miał on żadnych szans na wybór i zdaje się że chyba zdawał sobie z tego sprawę. Drugim kandydatem był król Szwecji - Jan III Waza, kolejnym książę Ferrary i Modeny - Alfons II d'Este (który w swym herbie miał również Białego Orła), następnie Wilhelm z Rozembergu (majętny czeski wielmoża, który jednak szybko wycofał swoją kandydaturę, tak, aby nie licowała ona z kandydatem Habsburgów) i oczywiście arcyksiążę austriacki - Ernest (22-letni syn cesarza Maksymiliana II Habsburga) oraz jego wuj - arcyksiążę tyrolski Ferdynand, a także książę Transylwanii (Siedmiogrodu) - Stefan Batory. Była też kandydatura dość zabawna, a mianowicie poseł tatarski zgłosił kandydaturę swego władcy - chana Dewlet I Gireja, obiecując w zamian zaprzestanie najazdów, lecz ta kandydatura oczywiście nie była nawet przez moment rozważana, ale warto odnotować że i ona została zgłoszona. Ponieważ jednak duża część szlachty pragnęła wybrać kandydata krajowego - "Piasta", aby polskie sprawy nie wynosić na inne dwory, przeto zgłoszono także kandydatury wojewody sandomierskiego - Jana Kostki, wojewody bełskiego - Andrzeja Tęczyńskiego, wojewody podolskiego - Mikołaja Mieleckiego oraz wojewody sieradzkiego - Olbrachta Łaskiego. Wszyscy oni byli jednak przestraszeni ciężarem korony królewskiej, a co za tym idzie odpowiedzialności, jaką wzięliby na swoje barki i - prócz Łaskiego - wszyscy oni odmówili kandydowania. Pierwszy - 12 listopada - głos zabrał przedstawiciel Habsburgów - Marcin Gerstman. Zachwalał on arcyksięcia Ernesta, mówiąc że jest młody, czyli długo panować będzie, że dobrze zna język czeski - dość bliski polskiemu, a także łacinę - tak rozpowszechnioną w Rzeczpospolitej, iż wydawałoby się że jest drugim językiem tego kraju, i że w ogóle szybko nauczy się też polskiej mowy. Podkreślał również Gerstman, że wyborem Ernesta Rzeczpospolita zyskiwałaby wiernego sojusznika w postaci domu austriackiego i wszystkich jego ziem koronnych a także całej Rzeszy Niemieckiej, wszystkich jej elektorów i książąt, oraz Hiszpanii (rządzonej również przez Habsburgów), a co za tym idzie również także Włoch (zaś do Italii bardzo często wyjeżdżało w podróż wielu Polaków). Twierdził również, że taki wybór przyniósłby pokój na Wschodzie, z carem Iwanem, który także pragnie przyjaźni z cesarzem Maksymilianem. Poza tym obiecywał habsburski poseł uregulowanie przez cesarza długów poprzednich monarchów polskich i wypłatę zaległego wojsku żołdu. 13 listopada głos zabrał poseł występujący w imieniu arcyksięcia Tyrolu - Ferdynanda Habsburga (brata Maksymiliana) i również zachwalał swego pana iż język czeski zna, biegły jest w sztuce wojennej, a przede wszystkim jego matką była córka króla Czech i Węgier Władysława II Jagiellończyka - Anna Jagiellonka, zatem spokrewniony jest z domem Jagiellońskim i godnym jest, aby zasiąść na tronie w Krakowie. Poseł Ferdynanda obiecywał też, że jego pan przeznaczy corocznie 50 000 talarów na budowę i umocnienie pogranicznych twierdz, a 150 000 corocznie wpłaci do skarbu Rzeczpospolitej ze swoich dóbr tyrolskich. 

Następnie głos zabrał przedstawiciel króla szwedzkiego - Andrzej Lorch (Lorichius). Namawiał on do wspólnej z Rzeczpospolitą wojny z Moskwą o Inflanty, lub - gdyby to się nie podobało - do odstąpienia Inflant królewiczowi Zygmuntowi Wazie (synowi Jana III i córki króla Zygmunta I Jagiellończyka - Katarzyny). Lorichius twierdził również że w przypadku obioru Jana III Wazy, król nie dopominałby się o spadek dla swej małżonki, obiecany w testamencie Zygmunta II Augusta (posag plus sumy neapolitańskie Bony Sforzy w wysokości 50 000 dukatów, które Zygmunt scedował na Katarzynę). Poza tym roztaczał korzyści płynące ze związku dwóch bałtyckich królestw - szwedzkiego i polsko-litewskiego, wspólną wojnę z Moskwą i odebranie jej wszystkich zamków w Inflantach i portów morskich (w tym Narwi - stanowiącej dużą przeszkodę zarówno dla handlu szwedzkiego, jak i polskiego), obiecywał również pokój na granicy południowej, z Turkami i Tatarami. Oczywiście wszystkie prawa i wolności szlachty miały zostać potwierdzone, ale jeśli Polacy niechętnie patrzyliby na brodatego króla Szwecji, przeto poseł proponował kandydaturę jego córki - księżniczki Anny Wazówny (mającej wówczas zaledwie siedem lat), która miała być podobna do angielskiej Elżbiety I i przede wszystkim z własnych dochodów miała spłacić wszelkie długi Korony i Wielkiego Księstwa. Poseł twierdził, że księżniczka jest bardzo bystra i już doskonale włada zarówno językiem szwedzkim, jak i polskim, a także łaciną, włoskim i niemieckim (rzeczywiście księżniczka Anna była bardzo mądrą kobietą i była wsparciem dla swego starszego brata, gdy został on już wybrany polskim królem w 1587 r. To właśnie bowiem ją często pytał o radę i to ona wchodziła potem do najbliższego kręgu zaufanych doradców króla. A poza tym Anna Wazówna - co podkreślają też obrazy z tamtej epoki - była bardzo ładną niewiastą. Uroda, mądrość i roztropność - to cechy które niewątpliwie powinny kształtować każdego monarchę, a ona miała ich aż w nadmiarze i gdyby nie to, że urodziła się kobietą, zapewne również byłaby mężnym królem-wojownikiem).




Czwartym posłem, który zabrał głos, był przedstawiciel księcia Ferrary i Modeny - Guarini. Zachwalał on swego władcę, twierdząc iż jest on mężnym wojownikiem, który wielokrotnie toczył boje u boku Habsburgów z wojskami Sulejmana Wspaniałego i że pochodzi on ze szlachetnego rodu d'Este, równego tym monarszym. Obiecywał Guarini że książę zachowa wszystkie prawa szlachty, niczego też nie przedsięweźmie bez zgody senatu i stanów sejmujących, pokój religijny zachowa, z Italii sprowadzi uczonych profesorów do Akademii Krakowskiej i sam ich utrzymywać będzie. Postara się także o wybudowanie portu, który ułatwiłby żeglugę polskim kupcom do Włoch (nie wiadomo tylko gdzie ten port chciał postawić - na Morzu Czarnym, które w większości i tak było opanowane przez Turków?, czy na Bałtyku, gdzie i tak były już dwa duże porty - Gdańsk i Elbląg). Poza tym książę - na wypadek wojny - zobowiązuje się sprowadzić z Włoch i utrzymać przez pół roku 4000 strzelców, a długi Korony i stanów spłaci własnym kosztem. Poza tym w jego osobie nie należy upatrywać żadnego niebezpieczeństwa z zewnątrz, jako że zarówno Ferrara, jak i Modena nie są skonfliktowane z żadnymi innymi krajami i jego wybór jest całkowicie bezpieczny. Mało tego, obiecywał ofiarować Polsce posiadane przez siebie we Francji księstwo kornuteńskie (Chartres), a jeśli król francuski zechce je wykupić, wówczas pieniądze te ofiaruje Rzeczpospolitej. Obiecywał również utrzymać i wyszkolić w sztuce wojennej w Italii - 50 wybranych przedstawicieli młodzieży szlacheckiej, a także wpłacić do skarbu już w dwa miesiące po swej elekcji - 300 000 złotych. Poseł książęcy mówił też, że Alfons włada biegle łaciną i językiem niemieckim, a i polskiego szybko się nauczy, jeśli tylko wybrany zostanie. Jako piąty przemawiał poseł księcia pruskiego - Albrechta Fryderyka Hohenzollerna (lennika Korony Polskiej), a następnie przedstawiciele sześciu elektorów Rzeszy Niemieckiej (m.in. hrabia Budlingen Wolfgang z Isenburga, oraz Hermann Cronberg) - którzy zgodnie poparli kandydaturę Habsburgów (głównie Ernesta). Jednak wkrótce potem kandydatury Ernesta i Ferdynanda zostały wycofane, na korzyść samego cesarza Maksymiliana II - który ponoć miał mieć większe szanse na wybór.

Ostatnim był zaś poseł księcia siedmiogrodzkiego Stefana Batorego - podkanclerzy Marcin Berzeviczy, jednak nie mógł przybyć na czas z powodu choroby i w jego imieniu głos zabrał poseł siedmiogrodzki - Jerzy Blandrata (15 listopada). Przedstawił on wizję zjednoczonych bratnich ludów - polskiego i węgierskiego, a następnie wychwalał swego księcia (który rodem nie mógł się równać ze swymi kontrkandydatami) mówiąc iż jest to mąż wszelkich przymiotów: pobożny katolik, biegły w naukach, rzetelny w postępkach, skromny i ludzki, a także hojny dla ubogich, sprawiedliwy i mężny. Deklarował też, że książę Batory zna dobrze łacinę, więc trudności w porozumieniu się z poddanymi nie będzie, a poza tym szybko opanuje język polski, gdy tylko królem już obrany zostanie. Jako zarzut, iż jest on lennikiem sułtana i płaci mu daninę, Blandrata odpowiadał iż książę wiele uczynił dla utrzymania niezależności swego księstwa i to zarówno od Turków, jak i od cesarza, zaś daninę nie on zaczął płacić, lecz jego poprzednicy: król Jan I Zapolya jak i jego syn - Jan II Zygmunt (którego matką była córka Zygmunta I Jagiellończyka - Izabela Jagiellonka, od której ród Batorych z linii Somlyo doznał wiele dobrego. Izabela już w 1541 r. ze swym maleńkim synkiem przybyła do Budy, do obozu sułtana Sulejmana i potwierdziła tam że jej syn - tak jak ojciec - będzie lennikiem sułtana i w zamian za poparcie oraz pomoc przeciw Niemcom i Austriakom będzie mu płacił daninę. Ponoć wówczas, w obozie pod Budą na początku września 1541 r. sułtan miał wziąć 14-miesięcznego Jana Zygmunta na swe ręce na znak szacunku i sympatii do jego matki, córki polskiego króla, z którym w 1533 r. zawarł "wieczny pokój").  


KRÓLEWNA IZABELA JAGIELLONKA 
Z SYNKIEM U SULEJMANA
(1541 r.)
  


Stefan Batory, który wybrany został księciem Siedmiogrodu po śmierci Jana II Zygmunta w 1571 r. przejął już księstwo zależne od Turków, dlatego też nie jest jego winą, że aby ochronić swoich poddanych i nie narażać ich na gniew sułtana, dalej płaci daninę Osmanom. Poza tym Blandrata obiecywał w imieniu Batorego utrzymanie wszystkich praw i wolności szlacheckich, spłatę długów królewskich, wznowienie wojny z Moskwą, gdyż Rzeczpospolitej nie potrzeba ani wsparcia obcych sił, ani też wielkich sojuszy, gdyż sama swą potęgą jest w stanie pokonać Moskwę, brakuje jej tylko dobrego ku temu wodza, a takiego właśnie otrzyma w postaci Stefana Batorego. Poza tym wybór księcia Siedmiogrodu byłby zgodny z wolą sułtana i gwarantowałby utrzymanie "pokoju wieczystego" z Osmanami, a także spokój od strony Tatarów. Stefan obiecywał też zabezpieczyć granice Rzeczpospolitej, tak, by nikt nie mógł im zagrozić (i na te potrzeby ofiarowywał 800 000 złotych z własnych zasobów). Batory miał także wykupić polskich jeńców, przebywających w moskiewskiej niewoli, oraz osobiście - a nie przez namiestników czy hetmanów - dowodzić wojskiem na wojnie. Takie były kandydatury, ale gwoli ścisłości należy też nadmienić, że choć co prawda nikt nie przemawiał w sprawie (popieranej przez Litwinów) kandydatury cara Iwana Groźnego, to jednak na polu elekcyjnym (pod głównym namiotem obrad) wystawiono krzyż, na którym umieszczono napis: "Kto cesarza mianuje ten śmierć sobie gotuje. By chciał być Fiodor, jak Jagiełło - dobrze by nam z nim było" (chodziło o osobę Fiodora - syna cara Iwana). Tego krzyża długo nikt nie śmiał usunąć i uczynił to dopiero biskup płocki - Piotr Myszkowski (który własnoręcznie ów krzyż obalił). Posłowie moskiewscy zaś nie przybyli na czas, gdyż senatorowie nie wydali posłom odpowiednich paszportów (zapewne celowo, aby utrącić kandydaturę Iwana). W każdym razie kandydatura cara nie cieszyła się większym poparciem wśród szlachty koronnej i nie miała żadnych szans na sukces.

Warto też przyjrzeć się, jak szlachta reagowała na poszczególne kandydatury i tutaj zacząć należy od początku, czyli od Habsburgów. Otóż kandydaturę cesarza Maksymiliana popierali przede wszystkim Litwini (większość z nich wspierała Habsburgów, pewna zaś mniejszość cara Moskwy), licząc na to, że Austriak zwróci im ziemie Ukrainy, Wołynia i Podlasia - utracone na rzecz Korony na sejmie lubelskim w 1569 r. Za Habsburgami byli również: przedstawiciel księcia Pruskiego i posłowie z Prus Królewskich, a także miasta Gdańsk i Elbląg. Za Austriakiem opowiedziała się też większość senatorów (31 z 50 obecnych na elekcji) i to w zasadzie wszystko, co tyczy się poparcia. Natomiast przeciwna "Niemcom" była przede wszystkim szlachta (szczególnie z województw południowych, najbardziej zagrożonych najazdem turecko-tatarskim w przypadku wrogiego Osmanom Habsburga). Wielu twierdziło że Habsburg niczego w kraju nie naprawi, zaś wiele pogorszy i jako przykład pokazywano Węgry oraz Czechy, gdzie kraje te, po opanowaniu przez ów austriacki ród przestały być niezależnymi i zasobnymi krajami. Twierdzono że Habsburgowie będą chcieli wprowadzić dziedziczną monarchię i ograniczyć lub nawet znieść szlacheckie wolności (co stało się np. w Czechach i na Węgrzech). Twierdzono też, że Rzeczpospolita zostanie wchłonięta przez Niemców i Austriaków i stanie się swoistą prowincją (obawiano się podziału państwa pomiędzy synów cesarskich, oraz utrzymania zależności Prus Książęcych, jako że cesarz wciąż nie uznał likwidacji Zakonu Krzyżackiego w Prusach z 1525 r. Twierdzono też otwarcie, że Niemcy - po objęciu władzy na Wawelu, będą dążyli do wynarodowienia Polaków i odsunięcia ich na dalszy plan). Poza tym kandydaturze Maksymiliana ostro sprzeciwiała się Turcja, było więc pewne, że jeśli taki kandydat zostanie wybrany, to na Rzeczpospolitą ruszy cała potęga nie tylko Tatarów, ale i Turków, zaś pomoc austriacko-niemiecka byłaby zbyt mała, aby to przezwyciężyć (mówiono więc iż Polska sama jest wystarczająco bogata i potężna i może się obyć bez ewentualnego wsparcia ze strony Habsburgów oraz Rzeszy, jedynie czego Polakom potrzeba, to dobrego króla-wojownika, który poprowadziłby ich zarówno przeciwko Moskwie, jak i ewentualnie przeciw Tatarom czy Turkom. Aczkolwiek lepiej nie prowokować losu i nie tworzyć sobie niepotrzebnych wrogów, tym bardziej że "wieczny pokój" z Imperium Osmańskim trwał nieprzerwanie od ponad czterdziestu lat). Kandydat "niemiecki" był więc mało popularny.

Co się tyczy kandydatury Jana III Wazy, to popierało go sześciu senatorów i pewna część szlachty, która podkreślała korzyści z zawarcia polsko-szwedzkiego sojuszu, sprowadzające się do wyparcia Moskali z Inflant i likwidację moskiewskiego handlu bałtyckiego, prowadzonego głównie z portu w Narwie. Przeciwnicy tej kandydatury twierdzili jednak, że w Szwecji prawie nie ma szlachty, tylko prosty lud, co powoduje że król szwedzki nie ma doświadczenia w relacjach z herbowymi i może dążyć do wprowadzenia monarchii absolutnej oraz likwidacji szlacheckich wolności. Poza tym Szwedzi będą chcieli opanować Inflanty dla siebie (o czym nieopatrznie wspomniał szwedzki poseł). Zaś kandydatura Zygmunta Wazy czy Anny Wazówny również nie wchodziła w grę, jako że wciąż były to jeszcze dzieci, zaś państwo polsko-litewskie potrzebowało konkretnego władcy, z przysłowiowymi "jajami", który byłby zarówno królem-wojownikiem, jak i dobrym gospodarzem, a do tego trzeba wiedzy i doświadczenia. Poza tym szwedzka kandydatura wypadła blado, ze względu na nieudolność i pewnego rodzaju butę posła Lorichiusa, który od razu nie przypadł szlachcie do gustu. Podobnie nie spodobała się kandydatura księcia Ferrary i Modeny - Alfonsa d'Este (głosowało za nim siedmiu senatorów), była bowiem uważana za zbyt "egzotyczną". I wreszcie kandydatura Stefana Batorego, nie mającego co prawda królewskich korzeni, ale jednak władającego księstwem, które oparło się "wzburzonym falom" Turków oraz Niemców, a co najważniejsze przetrwało. Poza tym Batory miał zadatki na dobrego władcę i jeszcze lepszego wodza, poza tym duże znaczenie miała bliskość kontaktów polsko-węgierskich. Jak pisał Stanisław Orzelski: "Najdzielniejszy naród węgierski z powodu sąsiedztwa i ścisłych stosunków cieszył się zawsze jednakim z niezwyciężonym narodem polskim szczęściem" (po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Węgry podarowały Uniwersytetowi Stefana Batorego w Wilnie obraz namalowany przez węgierskiego malarza Gerona pt.: "Zaproszenie Stefana Batorego na tron polski", który to zawisł w sali uniwersyteckiego senatu). Teraz więc rozpoczęły się debaty i przystąpiono do głosowania.   




CDN.
 

czwartek, 10 lutego 2022

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CLVI

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI

SŁOWIANIE I CELTOWIE

 


 

PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE

SŁOWIANIE

(CYWILIZACJA FILISTYŃSKA)

(ok. 1200 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)

Cz. I

 




 

FILISTEA

OSADNICTWO, KONSOLIDACJA I INTEGRACJA

(ok. 1200 - ok. 1100 r. p.n.e.)

Cz. I 

 
  
 W Starym Testamencie panuje pewne pomieszanie pojęć, dlatego też bardzo często napotkać można najróżniejsze problemy w interpretacji zdarzeń i oczywiście w próbach chronologicznego uporządkowania tematu związanego z Filistynami. Nieustannie bowiem łączy się tam Filistynów z Kananejczykami i to w taki sposób, iż wydaje się że jest to jedna i ta sama ludność. Nic zatem dziwnego, że w Biblii mówi się wprost o Filistynach jako o autochtonach ziemi Kanaan, zaś lud, który pod przewodnictwem Mojżesza opuścić miał Egipt - pokazywany jest na kartach Starego Testamentu jako lud najeźdźców. Tu już następuje swoiste pomieszanie pojęć, jako że grupy tworzące zbiorowość zwaną jako Apiru (Habiru) wywodziły się w ogromnej większości właśnie z ziem Kanaanu, zaś Filistyni (Peleset) przybyli tutaj jako najeźdźcy, o czym zresztą piszą nie tylko egipskie ale i hetyckie i syryjskie kroniki z okresu migracji tzw. Ludów Morza. Dlaczego jednak Stary Testament przedstawia te wydarzenia zupełnie na odwrót i dlaczego Filistyni są tam traktowani jako autochtoni, zaś Żydzi (Apiru-Habiru-Hebrajczycy, innymi słowy "pokryci piaskiem") pokazani są jako najeźdźcy? Wydaje się że jest to spowodowane co najmniej kilkoma powodami. Po pierwsze - warto uświadomić sobie, że gdy Stary Testament był spisywany, Filistyni zamieszkiwali nie tylko Kraj Nadmorski, ale również Szefelę i odległy kraj Danitów (Danaoi) na północy Palestyny i rzeczywiście byli uważani już wówczas za autochtonów (np. Danici w IX wieku p.n.e. ulegli stopniowej hebraizacji), a pamięć kulturowa Hebrajczyków nie sięgała czasów pojawienia się Filistynów w Palestynie. Po drugie - proces integracji najeźdźców z autochtonami przebiegał sprawnie i szybko i praktycznie zakończył się w ciągu dwóch pierwszych pokoleń po najeździe, tak, iż rzeczywiście trudno było wówczas odróżnić Filistyna od Kananejczyka. Po trzecie wreszcie - lud Habiru był ludem złożonym z koczowniczych plemion, które zamieszkiwały miedzy Beer-Szebą a Sychem i które niewiele ze sobą łączyło, prócz - religii mojżeszowej, stanowiącej wówczas jedyne lepiszcze, spajające tych, którzy wyszli z niewoli egipskiej i powrócili na ziemie, skąd niegdyś ich przodkowie wywędrowali do Egiptu.

Najpierw jednak należy stwierdzić, że skoro Hebrajczycy/Żydzi przyjęli sobie za przodka niejakiego Abrama (Abrahama) który wywędrował z miasta Ur w Mezopotamii (wraz ze swym ojcem - Terachem co zmarł w czasie podróży w mitannijskim Charranie, oraz żoną Saraj, bratem - Lotem i swymi sługami) i przybył najpierw do Sychem, potem do Betel, do Hebronu i wreszcie do Gerar, to w czasie kiedy on przemierzał ten szlak (ok. 1850-1840 r. p.n.e.) Filistynów w Kanaanie jeszcze nie było, Księga Rodzaju co prawda mówi głównie o Kananejczykach, Amorytach (którzy bez wątpienia byli największym ludem przed eksodusem Żydów do Palestyny i przed pojawieniem się tam tzw. Ludów Morza) którzy zamieszkiwali nie tylko Hebron, ale i Jebus (czyli ówczesną Jerozolimę) czy Anakitach, to jednak Filistyni również są wymienieni w tych czasach i co prawda w Hebronie Abram sprzymierza się z trójką braci Amorytów: Mamre, Eszkolem i Anerem, to już w Gerar (miasto na południowy wschód od Gazy i północny zachód od Beer-Szeby) oddaje swą żonę - Saraj, filistyńskiemu władcy tego miasta - Abimelekowi (czasem Abimelek jest zamieniany na faraona, któremu podczas podróży Abrama do Egiptu również spodobała się Saraj i zapragnął ją posiąść. Abram w obawie o swoje życie oddaje żonę faraonowi i władcy Gerar - Abimelekowi). Skąd jednak w XIX stuleciu p.n.e. wzięli się w Palestynie Filistyni, skoro przywędrowali oni dopiero z końcem wieku XIII p.n.e., a osiedlili się na dobre w Kanaanie w pierwszych dekadach XII wieku p.n.e.). I to jest właśnie ten błąd o którym piszę - pomieszanie pojęć, jakie występuje w Starym Testamencie. Łączenie Filistynów z Kananejczykami stało się czymś naturalnym (o filistyńskości Abimeleka z Gerar otwarcie mówi Księga Rodzaju 26,1), wydaje się więc, że dla tych, którzy spisywali tę Księgę, wydawało się oczywistym że Filistyni byli tutaj przed wyjściem Izraelitów z Egiptu i tak właśnie opisywali tamte wydarzenia. Podobnie rzecz ma się z poszukiwaniem żony dla Izaaka, gdzie wszystko również odbywa się na filistyńskiej ziemi (Rdz. 26).

Wszędzie tam dominuje narracja, że Filistyni (Kananejczycy, Amoryci) są panami miast (Sychem, Hebron, Gerar) a Hebrajczycy muszą żyć na peryferiach - ale jest to wyraźne odwzorowanie wydarzeń już z czasów po eksodusie, gdy rzeczywiście dominacja Filistei była niepodważalna, a szybka integracja "najeźdźców Północy" z lokalnymi autochtonami, umożliwiła im ekspansję na całą Palestynę (do czego jeszcze wrócę w kolejnych częściach). Należy bowiem pamiętać, że choć dzieje Abrama/Abrahama, Izaaka i Jakuba zostały napisane jako historia jednej rodziny, to tak naprawdę opowiada ona o wydarzeniach dziejących się w okresie ok. 1850 r. p.n.e. do ok. 1360 r. p.n.e. (gdy Izraelici mieli przywędrować do Egiptu). Pięć stuleci obejmuje historia trzech mężów (i ich kobiet) będącymi jedynie symbolami dominacji ludów, z których potem nastąpiła migracja do Egiptu, a były to: Abraham tożsamy z Hebronem (miastem Amorytów), Izaak z Beer-Szewą (osada Peryzytów) i Jakub z Sychem (miasto Hiwitów - czcicieli bogini Hebat). Najprawdopodobniej to z tych terenów powędrowała główna migracja do Egiptu w czasach panowania w tym kraju faraona - Nebmaatre Amenhotepa III (za jego to rządów odnotować można postać niejakiego Aper-Ela jako królewskiego wezyra, który z pewnością - świadczy o tym imię, miał semickie pochodzenie i należał do ludu Habiru, a co za tym idzie, był odwzorowaniem biblijnego Józefa, dlatego też migrację ludu Habiru do Egiptu wyznaczyłem na ok. 1360 r. p.n.e. czyli właśnie rządy Amenhotepa III (choć z pewnością pierwsze migracje z Kanaanu do Egiptu miały miejsce już za czasów Hyksosów ok. 1730- ok. 1550 r. p.n.e.). Początkowo Kananejczykom żyło się dość dobrze w Egipcie, ale potem przyszły zawirowania okresu rewolucji religijnej i wprowadzania solarnego kultu Atona (od ok. 1345 r. p.n.e.) przez faraona Nefercheperure Amenhotepa IV (Echnatona) i gdy ostatecznie tebański kler Amona-Re odniósł zwycięstwo (ok. 1330 r. p.n.e.), to wówczas nie tylko wyznawcy znienawidzonego Atona poddani zostali represjom, ale i inni obcy, wyznający nieegipskich bogów. Kananejczycy/Habiru nie byli tutaj wyjątkiem i zapewne właśnie wtedy obrócono ich w niewolników. Kolejne pokolenia - aż do wyjścia z Egiptu pod wodzą Mojżesza, zapewne ok. 1210 r. p.n.e. żyły w Egipcie i z Egiptem się ściśle utożsamiały (nawet jako niewolnicy) i nie znali innego życia, ani innych ziem - stąd potem tak łatwo dochodziło do najróżniejszych rozłamów w tej luźno ze sobą zjednoczonej grupie. Rozbicie owe, było też powodem faktu, że po wejściu do Kanaanu musieli oni żyć na peryferiach nowej, filistyńsko-kananejskiej cywilizacji (bo o żadnych walkach - jak choćby tych, opisanych w Księdze Jozuego nie mogło być wówczas mowy - jest to więc wymysł późniejszych twórców, którzy pragnęli pokazać niezwykłość "ludu wybranego" i wsparcie, jakiego udzielił mu bóg Jahwe w zdobyciu wrogiej ziemi). A tymczasem pierwszy okres zasiedlania Kanaanu przez Filistynów postępował w najlepsze. Oto jak proces ten wyglądał w miastach:

  




 ASZDOD / TELL MOR
(ta druga nazwa jest niesemicka)
  

"Panowie miast" - czyli Filistyni doskonale się zorganizowali i po zajęciu Aszdod bardzo szybko zezwolili ludności miejscowej (kananejskiej) na powrót do miasta i wspólne jego odbudowanie (po zniszczeniach wojennych) i zasiedlanie (miało to zapewne związek z faktem że Filistynów nie było wówczas aż tak wielu i opierali się oni również na wsparciu ludności lokalnej, stąd późniejsza tak szybka asymilacja i stopienie się ze sobą jednej i drugiej strony). Ok. 1170 r. p.n.e. miasto to ponownie stało się silnym ośrodkiem gospodarczym i militarnym. Tutejsza twierdza górowała nad całą doliną Ela, a cały Kraj Nadmorski (z przyległymi ziemiami Szefeli) to było wówczas centrum cywilizacyjne Palestyny, zaś tereny za rzeką Bet-Choron (ziemia Efraima), czy też na wschód od Ekronu i Gat - to były peryferie z którymi nawet nie prowadzono wymiany handlowej, bo tamtejsze ludy nie dysponowały niczym, czym warto było handlować.



ASZKELON / ASKELON  


O Aszkelonie niewiele można dodać poza tym, co pisałem w poprzedniej części. Jego znaczenie wzrośnie dopiero w epoce filistyńskiej ekspansji (ok. 1100 - 925 r. p.n.e.). Z tym miastem wiąże się również postać sędziego Izraela - Samsona (o czym w następnej części).



EKRON / AKIR 


W epoce osadnictwa i integracji Ekron (Akir - niesemicka nazwa miasta) skupiał się również na handlu. W mieście tym urodził się olbrzym Goliat, ale tu znów wkraczamy już w czasy ekspansji.



GAT / ZAFIT

Leżał na południe od Ekronu i na wschód od Aszdodu. Gat rozwinie się w epoce ekspansji i będzie ważnym ośrodkiem w czasach rządów króla Izraela - Dawida. Był to najdalej na wschód wysunięty duży ośrodek filistyński, dlatego też w jego pobliżu znajdował się kamień graniczny o nazwie Haezer. 


 
GAZA


Miasto odebrane Chiwwijczykom (wcześniej nosiło nazwę Bejt-Eglaim). Potężny ośrodek wojskowy i jedno z najważniejszych miast filistyńskiego Pentapolis. 



A tymczasem - nim przejdziemy do następnego okresu historycznego - warto na moment zatrzymać się przy plemieniu Habiru, które to ok. 1170 r. p.n.e. weszło do ziemi Kanaan. Otóż wkraczali oni do ziemi swych przodków bardzo niepewnie i bardzo powoli. Oczywiście nie było mowy o toczeniu żadnych walk i bitew, gdyż lud ten był słabo ze sobą zjednoczony i bardzo podatny na wszelkie tendencje odśrodkowe (takie jak na przykład lokalne kulty religijne). Nie doszło również do biblijnego zdobycia Jerycha (którego mury miały zawalić się pod wpływem dźwięku trąb), gdyż to wielkie niegdyś miasto... w tym czasie już leżało w ruinie (badania archeologiczne dowodzą, że ostatnie miasto zostało tu zniszczone przed 1300 r. p.n.e. i potem nie zostało już odbudowane). Plemię Habiru (którego jedynym spoiwem - i to nie zawsze pewnym - była religia mojżeszowa) aby przetrwać w kraju zdominowanym przez Filistynów i lokalne plemiona im się wysługujące (Amorytów, Moabitów, Edomitów, Ammonitów czy Amalekitów) podzieliło się na dwanaście klanów: Józefa, Beniamina, Lewiego, Symeona, Rubena, Judy, Issachara, Zewuluna, Dana i Neftalego oraz Gada i Aszera. Klany te nie żyły ze sobą, żyły jakby obok siebie i raczej szukały porozumienia z lokalnymi plemionami, na ziemiach których się znajdowały, niż dążyły do jakiejś "ogólnonarodowej" jedności wszystkich Hebrajczyków (zgromadzenie narodowe ustanowione przez Jozuego w Sychem jest mitem z czasów późniejszych, bowiem świadomość wspólnotowa "narodu wybranego" kształtowała się przez dekady i swój ostateczny kształt przybrała dopiero w czasach króla Saula (ok. 1020 - 1006 r. p.n.e.) i króla Dawida (ok. 1006 - ok. 970 r. p.n.e.). 

Najwyższą władzą w klanie była rada starszych, zaś w wyjątkowych sytuacjach zagrożenia wojennego, wybierano sędziów (szoftim), ale chronologiczna lista sędziów (począwszy od Jozuego, który miał objąć władzę w 1576 r. p.n.e., poprzez kolejnych sędziów: Otonjela, Aoda, Deborę, Baraka, Gedeona, Abimela, Tola, Jaira, Jeftego, Abesena, Elona, Abdona, Samsona i Heliego) jest błędna, dlatego nie przytaczam oficjalnych lat ich rządów. Być może ci sędziowie rzeczywiście istnieli (na pewno zaś tak zwani "sędziowie więksi", czyli - Otoniel, Debora, Gedeon, Jefty i Samson), ale lata ich rządów (obejmujące okres od 1576 r. p.n.e. do 1120 r. p.n.e. są całkowicie błędne. Sędziowie ci często rządzili obok siebie w różnych klanach, dlatego też nie należy ich utożsamiać z całością ludu Habiru. O dalszych losach tego plemienia opowiem w kolejnym temacie, który będzie dotyczył epoki ekspansji Filistynów na cały Kanaan i pokażę niszę, jaką próbowali sobie wytworzyć Hebrajczycy, aby przetrwać ze swą wiarą w jednego boga Jahwe.





CDN.

poniedziałek, 7 lutego 2022

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. XXII

NIM JESZCZE

NAD KONSTANTYNOPOLEM

ZAŁOPOTAŁ ZIELONY

SZTANDAR MAHOMETA

 



 

II

Z EMESY DO RZYMU

(CZYLI AGRYPPINA WSCHODU)

Cz. I




 
 Cesarz Marek Aureliusz Antoninus Karakalla został zamordowany dnia 8 kwietnia 217 r. w mezopotamskim mieście Karre (Carrhae). Jego morderca - Marcjalis, zginął od razu podczas ucieczki z miejsca zbrodni i nikt nie dochodził, czy działał sam i z pobudek osobistych (Karakalla odmówił mu wcześniej awansu na centuriona), czy też miał wspólników. Nikt się wówczas w obozie pod Karre nad tym nie zastanawiał, jako że obecnych trapiły znacznie poważniejsze sprawy, jak choćby wciąż nie zakończona wojna z Partami (którzy właśnie szykowali się do ofensywy), a także kwestia następstwa władzy - ktoś bowiem musiał zająć miejsce zabitego Karakalli, gdyż w przeciwnym razie cały aparat państwowy uległby destabilizacji, co było szczególnie niebezpieczne w sytuacji wojennego zagrożenia. Kogo jednak należałoby ogłosić nowym cezarem, gdy poprzedni cesarz nie zostawił po sobie żadnego następcy? Czy należałoby zostawić ten problem senatowi i jemu powierzyć wybór nowego imperatora? Teoretycznie tak właśnie powinno się postąpić, ale nie było to możliwe co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze - odległość dzieląca wojska pod Karre od Rzymu była tak duża, że wysyłanie wiadomości, analizowanie kandydatów i ich ewentualna akceptacja trwałyby miesiącami, co nie wchodziło w rachubę ze względów praktycznych (armia szybko potrzebowała wodza, a Imperium cesarza). Po drugie zaś - żołnierze przyzwyczaili się już do tego, że to oni wybierają nowych władców, a swój wybór następnie narzucają senatowi, nie zaś odwrotnie, tym bardziej że Karakalla - choć znienawidzony w Rzymie - był bardzo popularny w armii i żołnierze szczerze opłakiwali jego śmierć. Tak więc decyzja o obraniu nowego imperatora musiała zapaść właśnie tam - w obozie pod Karre.

Kandydatów do cesarskiej purpury był dwóch. Obaj byli najwyższymi dowódcami i dobrze znali plany wojenne Karakalli. Jednym z nich był niejaki - Makrynus, drugim zaś Adwentus. Ten drugi kandydat był znacznie starszy od pierwszego i choć łączyło go z nim pochodzenie (obaj bowiem wywodzili się z ubogiego plebsu i jedynie dzięki swej odwadze oraz sile fizycznej dostąpili najwyższych awansów w armii), to dzieliło wszystko inne. Adwentus był bowiem analfabetą i choć służąc w armii kilkadziesiąt lat, nauczył się pisać swoje imię, to nic poza tym i nie nadawał się na cesarza. Zresztą sam przyznał to otwarcie, mówiąc: "Wiadomym jest, że władza mnie się należy, bom starszy od Makrynusa, ustępuję mu jednak ze względu na mój wiek podeszły". Makrynus zaś - pomimo swego pochodzenia - zdołał skończyć prawo i rozpoczął praktykę adwokacką, dlatego też bardziej nadawał się do sprawowania funkcji imperatora. Tak oto - 11 kwietnia 217 r. to on właśnie wybrany został przez wojsko nowym cesarzem. Zaraz też złożył przysięgę, że pod jego rządami nikt nie zostanie oskarżony o obrazę majestatu i nie zostanie za to skazany na śmierć, wygnanie czy konfiskatę dóbr (ale tak na dobrą sprawę, iluż przed nim składało takie przysięgi, a potem postępowali zupełnie inaczej, np. Gajusz Kaligula - ku wielkiej uciesze współobywateli - nawet publicznie spalił wszelkie donosy i oskarżenia, wytaczane wobec nieprzyjaciołom jego matki i braci, a potem okazało się, że spalono wówczas jakieś szpargały, a owe donosy cesarz wciąż posiadał). Początek rządów zawsze jednak musiał być wzniosły i czysty, aby oddzielić go od tego co było wcześniej. Makrynus zaraz też napisał list do senatu, w którym deklarował, iż pragnie, aby senatorowie stali się jego "współtowarzyszami rządów", tak, by ponownie Rzymem władali najlepsi. On, który pochodził ze społecznych nizin i nigdy nie piastował funkcji senatora (był pierwszym cesarzem w historii Starożytnego Rzymu, który przed swym wyborem nie był senatorem), teraz deklarował, iż jego życzeniem jest powrót do czasów, w których rzeczywiście panowali "najlepsi z najlepszych" ("najlepsi" czyli najdostojniejsi i najmajętniejsi). Senat oczywiście zatwierdził wszystkie tytuły jakie przysługiwały nowemu władcy, a jego dziewięcioletniego syna - Marka Opeliusza Diadumeniana (który wraz z Makrynusem przebywał wówczas w obozie pod Karre), ogłosił cezarem i przywódcą młodzieży (ojciec dodatkowo nadał synowi nazwisko Antoninus, jako nawiązanie do "starych, dobrych czasów" Marka Aureliusza i Antoninusa Piusa).

Urnę ze szczątkami Karakalli przewieziono do Rzymu i pochowano ją w Mauzoleum Hadriana (w średniowieczu to miejsce zostanie zamienione na Zamek św. Anioła i stanie się siedzibą papieży). Wielu senatorów jednak wprost nazywało poprzedniego cesarza "krwawym tyranem" i wymieniano głośno nazwiska jego ofiar, a także zamierzano uczcić pamięć jego zabójcy, choć nikt z owych senatorów nie odważył się uznać otwarcie Karakalli za wroga publicznego (co wiązałoby się z wykreśleniem jego imienia z dokumentów i inskrypcji). Wszyscy oni bowiem dobrze wiedzieli jaką miłością cieszył się ów cesarz u żołnierzy i nie widzieli siebie w roli "bohaterów z poderżniętymi gardłami" (przecież pretorianie również byli ulubieńcami Karakalli, choć ten raczej bardziej ufał oddziałom barbarzyńskim służącym w armii rzymskiej). Dlatego też sami się hamowali w rzucaniu oskarżeń, choć nienawiść i rządza zemsty wprost z nich kipiała. A tymczasem do Antiochii, gdzie przebywała matka zmarłego cesarza - Julia Domna, dotarła wreszcie wiadomość o śmierci Karakalli. Dla Domny, która pięć lat wcześniej straciła jednego syna, śmierć drugiego była prawdziwą katastrofą z którą nie była w stanie się pogodzić (złośliwcy twierdzili że rozpaczała nie tyle z powodu śmierci syna, co z powodu utraty dotychczasowych wpływów i znaczenia, jakimi cieszyła się od prawie... 25 lat). Ponoć nawet targnęła się na własne życie, ale zamach ów się nie powiódł. Makrynus traktował ją dobrze, nie odebrał jej straży pretoriańskiej, ani nie wygnał z pałacu w Antiochii, gdzie ta nadal mieszkała, otoczona służbą i blichtrem dawnej władzy. Śmierć syna i upadek jaki się z tym wiązał dla jej rodziny, powodował jednak, że w umyśle Julii Domny zaczęły powstawać najbardziej niedorzeczne i nierealistyczne plany. Zamierzała bowiem namówić oficerów swej straży, aby to ją ogłosili cezarem i dali tytuł już nie augusty, a augusta. Chciała więc osobiście objąć władzę, co było niemożliwe dla kobiety (należy bowiem pamiętać że Rzym - pomimo wszystkich oficjalnych tego oznak - nie był monarchią, a system dziedziczenia był bardzo podobny do tego, jaki panował potem w Osmańskiej Turcji. Każdy obywatel, dysponujący odpowiednim majątkiem i potrafiący zdobyć sobie poparcia wojska - mógł poważyć się o zdobycie cesarskiej purpury - która nie była uświęcona mocą Boga - jak to miało miejsce w monarchiach, a była "jedynie" oznaką władzy wojskowej, władzy nad armią. Stąd też nigdy w dziejach Rzymu władzy takiej nie sprawowała kobieta, gdyż wojsko nie zaakceptowałoby nad sobą takiego wodza. Kobieta mogła zostać królową, mogła zostać cesarzową w czasach Bizancjum, ale nigdy nie zostałaby imperatorem Rzymskiej Republiki - a Rzym także i w czasach Cesarstwa, uważany był przez współczesnych za Republikę). Gdy więc Makrynus dowiedział się o planach Domny, ostatecznie nakazał jej opuścić Antiochię i udać się do rodzinnej Emesy (zabronił jej także wracać do Rzymu - zresztą, po co i do kogo miałaby tam wracać?).Tam też Julia Domna wkrótce potem zmarła (prawdopodobnie na raka piersi, którą to chorobę przyspieszył nieudany samobójczy zamach jakiego się dopuściła, choć część historyków twierdzi że Domna raczej zagłodziła się w Emesie na śmierć).




W Antiochii przebywała wówczas też młodsza siostra Domny - Julia Meza, której Makrynus też zamierzał pozbyć się z Antiochii i jej również polecił wyjechać do Emesy (wraz z córkami - Julią Soemias i Julią Mammeą). Ona sama była już wówczas wdową (małżonek - Juliusz Awitus Aleksianus zmarł w owym 217 r.), podobnie jak jej córki (Soemias straciła męża - Sekstiusza Wariusza Marcellusa w 215 r., zaś maż Mammei - Marek Juliusz Gessiusz Marcjanus straci życie w kilka miesięcy później w 218 r.). Julia Domna była niezwykle ambitną kobietą, ale tę ambicję posiadała również jej młodsza siostra, która teraz nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Ona nie postępowała lekkomyślnie jak siostra (próbująca jeszcze uchwycić się strzępków władzy), ona miała wnuków. Dwóch chłopców: syna Soemias - 13-letniego Wariusza Awitusa Bassianusa i syna Mammei - 9-letniego Marka Gessiusza Bassianusa Aleksianusa. Byli oni kuzynami zamordowanego Karakalli - którego wojsko darzyło tak wielką miłością i oddaniem - i to był ogromny kapitał, który można było doskonale spożytkować, wykorzystując błędy Makrynusa - a te bardzo szybko dały o sobie znać. Rzeczywiście, Makrynus nie zdołał ustrzec się karygodnych (i rzucających się w oczy) wizerunkowych błędów. Na początku musiał powstrzymać atak Partów w kierunku Syrii, gdyż zachęcony dotychczasowymi niepowodzeniami Rzymian, Król Królów - Artabanos IV (wsparty przez swego wasala, władcę krainy zwanej Adiabena - Szahrada Chromego), już rozpoczął wielką ofensywę. Makrynus początkowo próbował negocjować z władcą Partów, ale ten zażądał wycofania się Rzymian z Mezopotamii i zapłacenia odszkodowania za spalone osady. Żądania te były nie do spełnienia, jako po pierwsze oznaczałyby klęskę Rzymu (a nowy cesarz nie mógł przecież rozpoczynać swego panowania od porażek, bo to godziłoby w jego prestiż i stanowiłoby zachętę dla innych do odebrania mu władzy), a po drugie Makrynus nie miał pieniędzy na wypłatę żołdu swemu wojsku w takiej wysokości, w jakiej płacił im Karakalla, a co dopiero mówić o zapłaceniu odszkodowań Partom. Dalsza wojna była więc koniecznością. 

Wojsko nie chciało już jednak walczyć (dał się zauważyć znaczny upadek dyscypliny), więc gdy pomaszerowano na zachód w kierunku Nisibis, natknięto się tam na armię partyjską Artabanosa i Szahrada. Bitwa pod Nisibis (lato 217 r.) zakończyła się jednak dla Rzymian upokarzającą klęską, a Artabanos wtargnął do Syrii i zaczął pustoszyć tę prowincję. Makrynus nie miał wyjścia, musiał przyjąć pokój na warunkach Partów, a brzmiały one następująco: Rzym musiał zapłacić ogromną kontrybucję w wysokości 200 milionów sesterców z czego 50 milionów płatne od razu (z tego powodu Makrynus musiał nałożyć nowe podatki na mieszkańców Syrii, Cylicji i prawdopodobnie również Kapadocji). Armenia miała pozostać w strefie partyjskiej (władała nią boczna linia Arsacydów partyjskich, zaś nowym królem Armenii po śmierci na początku 217 r. Chosrowa I, został jego syn - Tirydates II), zaś jedynym ukłonem w stosunku do Rzymu, było oficjalne (lecz czysto symboliczne) uznanie przez Tirydatesa II rzymskiej zwierzchności (Makrynus odesłał Tirydatesowi jego matkę - która dotąd przebywała w rzymskiej niewoli, oraz królewski diadem zabrany wcześniej z Artaksaty przez Karakallę). Poza tym Rzym musiał oddać Partom kilka przygranicznych twierdz w północnej Mezopotamii. Tak więc sukces Partów był w tym momencie bezapelacyjny, a Makrynus kupił sobie pokój, kosztem ogromnych wyrzeczeń i upokorzenia jakiego na Wschodzie doznał autorytet Rzymu. Pokój jednak był Makrynusowi niezbędny, musiał bowiem umocnić swoją władzę (choć klęska w bitwie i haniebny pokój wcale temu się nie przysłużyły, pomimo umieszczenia na monetach napisu "Victoria Parthica"). Nowy cesarz  starał się więc przekonać do siebie zarówno możnych, jak i rzymski lud i  ułaskawił osoby oskarżone o obrazę majestatu za czasów Karakalli, oraz obniżył podatki od wyzwolenia niewolników, od spadków i od darowizn (znacznie podwyższone za Karakalli). Poza tym Makrynus starał się upodobnić do Marka Aureliusza i zapuścił nawet brodę podobną do niego. Chciał się pokazać jako człowiek wykształcony i godny sprawowania najwyższej władzy cesarskiej, choć i tutaj popełniał wiele błędów. 

Mianował bowiem prefektem Rzymu i senatorem - Adwentusa, który wcześniej łaskawie na jego korzyść zrezygnował z władzy. Jeśli bowiem Makrynus starał się przypodobać senatowi, to był to najgorszy z możliwych kroków, bowiem mianował on senatorem człowieka nie tylko nie potrafiącego czytać i pisać, ale również dał mu władzę nad kohortami miejskimi, co wywyższało go jako pierwszego senatora w Rzymie. A poza tym Adwentus pochodził z ubogiej rodziny plebejuszy, nie mógł więc zyskać poważania w oczach zapatrzonych we własną wyjątkowość (i wielkość swych rodów) senatorów. Jednak nowy cesarz musiał się jakoś odpłacić człowiekowi, który sam zrezygnował z władzy by oddać ją w jego ręce, nie było to więc popularne, ale na pewno szlachetne działanie. Innym jego błędem było wycofanie się do Antiochii, gdzie korzystał z życia oraz możliwości, jakie dawała władza. Otóż Makrynus (przystrojony jak Marek Aureliusz - a co starsi obywatele Imperium pamiętali jeszcze jego czasy) lubił leniwie spacerować ulicami miasta (oczywiście nie był na tyle nierozsądny, aby chodzić bez ochrony) i prowadził dysputy z napotkanymi mieszkańcami Antiochii. Nocą zaś urządzał przyjęcia, oglądał tancerki, słuchał gry muzyków i popisy aktorów sprowadzanych do tamtejszego pałacu. To wszystko budziło jednak duży niesmak oficerów i żołnierzy, którzy pamiętali iście spartański sposób bycia uwielbianego przez siebie Karakalli. Do tego dochodziły opóźnienia w wypłaceniu obiecanego żołdu, oraz obozowe trudności, z jakimi zmagali się ściągnięci do Syrii żołnierze z innych (głównie naddunajskich, ale i również nadreńskich) rejonów Cesarstwa. Żołnierze z tamtych terenów nie byli bowiem przyzwyczajeni do syryjskiego słońca i męczyli się tu szybciej od tutejszych oddziałów (podobnie było z wysyłanymi nad Ren legionami wschodnimi, które tam po prostu marzły, nieprzygotowane do śniegów północnej Galii). A cesarz uporczywie ich tam przetrzymywał i nie pozwalał wrócić do siebie (obawiał się bowiem wznowienia wojny z Partami). Ostateczną kroplą, która przelała czarę goryczy żołnierzy, było ogłoszenie przez Makrynusa, iż nowi rekruci będą otrzymywali żołd taki, jaki dostawały wojska za czasów Septymiusza Sewera, czyli znacznie niższy od wprowadzonego przez Karakallę. Co prawda nie godziło to w weteranów i tych żołnierzy którzy już służyli od paru miesięcy, ale jednak i oni też poczuli się zagrożeni. W końcu nowy cesarz również i im mógł odebrać to, co tak łaskawie przyznał zamordowany Karakalla. W wojsku więc zaczął dojrzewać powolny bunt i niezadowolenie.




I właśnie tę sytuację postanowiła wykorzystać Julia Meza, która z końcem 217 r. przybyła do Rzymu, wioząc ze sobą urnę z prochami swej zmarłej siostry, aby złożyć ją w Mauzoleum Augusta przy Via Lata w Rzymie. Oczywiście otrzymała zgodę Makrynusa na tą podróż, ale zapewne jej zamiarem było także wybadać atmosferę, jaka panowała w Rzymie po śmierci Karakalli. Już w Rzymie dotarła do niej wiadomość o zgodzie nowego cesarza na deifikację zarówno Karakalli jak i jego matki. Był to jasny gest polityczny, bowiem Makrynus informowany o nastrojach panujących w armii - postanowił im przeciwdziałać i wykonać gest dobrej woli - deifikować człowieka uwielbianego przez żołnierzy, w którego śmierć najprawdopodobniej osobiście był zamieszany (byłoby to prawdopodobnie pierwsze w historii ubóstwienie ofiary przez zabójcę). Senatorowie zacisnęli więc zęby i ogłosili Karakallę bogiem, przyznając mu świątynię i publicznych kapłanów. To samo uczyniono z Julią Domną, czyniąc z niej boginię. Makrynus sądził że ten gest pozwoli uspokoić wzburzone nastroje w armii, ale wkrótce sytuacja znów się zmieniła i to właśnie za sprawą Julii Mezy, która postanowiła wykorzystać niezadowolenie wojska na korzyść swoją i swoich wnuków oraz ratując tym samym upadłą już dynastię Sewerów. A mianowicie rozpuściła wieści, iż posiada znaczny majątek i hojnie wynagrodzi żołnierzy, którzy dopomogą jej wnukowi - 14-letniemu już wówczas Wariuszowi Awitusowi, kapłanowi lokalnego boga Elah-Gabala (zwanego przez Greków Heliogabalem), w uzyskaniu cesarskiej purpury. Poleciła rozgłaszać również, że młody Awitus był synem samego cesarza Karakalli, a wynieść do władzy syna uwielbianego władcy i jeszcze dostać za to sowitą nagrodę - żołnierzom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać i wkrótce potem Awitus (zwany też Heliogabalem) zgromadził wokół siebie znaczne siły. Ale to miało miejsce dopiero w maju roku 218. Nim jednak do tego przejdę, jeszcze kilka słów powiem o wydarzeniach dziejących się w roku wcześniejszym, a mających związek z rzymską (i nie tylko rzymską) gminą chrześcijańską.

Otóż w roku 217 zmarł papież Zefiryn. Pełnił on swój pontyfikat przez osiemnaście lat i przez ten czas nie wydarzyło się nic szczególnego w chrześcijańskim świecie. Warto odnotować, że za jego poprzednika, papieża Wiktora I (pontyfikat z lat 189-199) doszło do ustalenia oficjalnej daty Wielkanocy (ok. 190 r.), gdyż był to bardzo poważny problem dzielący dotąd parafie Wschodu i Zachodu. Otóż na Wschodzie świętowano Wielkanoc (czyli święto Paschy) zgodnie z kalendarzem żydowskim w 14 dniu miesiąca Nisan (marzec-kwiecień) i tego dnia kończono post. Natomiast parafie Zachodu trzymały się postu aż do pierwszej niedzieli po 14 dniu miesiąca Nisan, gdy - jak wierzono - tego dnia zmartwychwstał Chrystus. Mimo to problem nie był aż tak poważny aż do 120 r., gdy większa część chrześcijan parafii wschodnich przybyła do Rzymu gdzie już dobitnie ukazały się owe różnice. Bowiem gdy jedna część gminy chrześcijańskiej kończyła post, inna jeszcze pościła aż do następnej niedzieli, co rodziło wzajemne urazy i pytania o teologiczną słuszność. Ok. 160 r. w tej właśnie sprawie do Rzymu przybył biskup Smyrny - Polikarp, aby omówić tę kwestię z papieżem Anicetem - lecz do wzajemnego porozumienia wówczas nie doszło, choć obie strony zadeklarowały, że wzajemnie będą tolerować owe różnice w świętowaniu Wielkanocy. Dopiero właśnie za pontyfikatu Wiktora sprawa ta odżyła na nowo, a to z powodu listu napisanego "Do Wiktora i do Kościoła rzymskiego" przez biskupa Efezu - Polikratesa, w którym było zapisane: "My tego dnia nie święcimy lekkomyślnie; nic nie dodajemy, nic nie ujmujemy. Albowiem w Azji wielkie zaszły gwiazdy, które wzejdą w dniu przyjścia Pańskiego, kiedy z niebios przyjdzie w chwale, i wzbudzi wszystkich świętych". Następnie wymienia Polikarp świętych, którzy narodzili się na Wschodzie i którzy "spoczywali na piersi Pana", jak: Filip - jeden z dwunastu apostołów, pochowany w Hierapolis i jego trzy dziewicze córki (jedna z nich miała swój grób w Efezie), Jan Apostoł spoczywający w Efezie, biskup i męczennik - Polikarp w Smyrnie, biskup i męczennik - Sagarias w Laodycei, Meliton - który, aby nie mieć pokus, sam odciął sobie swoje przyrodzenie - w Sardes, i Polikrates dodawał: "Ci wszyscy przestrzegali czternastego dnia Paschy, według ewangelii, i w niczym od tego nie odstąpili (...) Tak i ja, Polikrates (...) idę za tradycją krewnych swoich. (...) Otóż siedmiu krewnych moich było biskupami, ja zaś jestem ósmy. I zawsze krewni moi dzień ten święcili. (...) Tedy ja, Bracia, który żyję w Panu siedemdziesiąt i pięć lat, i który obcowałem z braćmi świata całego (...) ja się nie boję żadnych pogróżek, albowiem więksi ode mnie powiedzieli: "Należy więcej słuchać Boga, aniżeli ludzi".

Na tak jawnie prowokacyjny list, papież Wiktor nałożył ekskomunikę na wszystkie kościoły Azji Mniejszej. Biskup Polikrates odpowiadał, że Wiktor nie ma władzy ekskomunikować Kościoły Azji Mniejszej, które zachowują tradycję apostolską i poparł go w tym biskup Lugdunum (dziś Lyon) - Ireneusz, który list swój pisał w imieniu "Braci w Galii". Ireneusz (choć urodzony w Smyrnie) obchodził Wielkanoc zgodnie z zachodnią tradycją, to jednak w swym liście napominał papieża Wiktora, że ten powinien dążyć do zgody pomiędzy Kościołami, a nie do konfliktów. Pisał bowiem: "Otóż nie tylko o kwestię dnia spór się toczy, ale także o sam sposób poszczenia. Jedni bowiem sądzą, że tylko przez jeden dzień pościć powinni, inni znowu, że przez dwa dni, inni wreszcie, że jeszcze dłużej. (...) Taka różnorodność zwyczajów nie powstała dopiero dzisiaj, za dni naszych, ale już wiele dawniej, przed nami, wśród naszych poprzedników. (...) Wszyscy mimo to żyli w pokoju, i my jedni z drugimi w pokoju żyjemy, a różnica w poście stwierdza tylko wiary naszej jedność". Ireneusz słał listy w sprawie pokoju i jedności również do innych Kościołów. Odpowiedzieli mu we wspólnym liście biskupi: Cezarei - Teofil i Jerozolimy - Narcyz, a także Tyru - Kasjusz i Ptolemajdy - Klarus. W liście do Ireneusza padły takie oto słowa: "Otóż oznajmiamy Wam, że w Aleksandrii święci się Wielkanoc tego samego dnia, co u nas. Porozumieliśmy się bowiem listownie, tak że zgodnie i razem obchodzimy dzień święty". Innymi słowy biskupi Palestyny i Egiptu opowiadali się za utrzymaniem tradycji apostolskiej, czyli święceniem Paschy tak, jak to było dotychczas na Wschodzie. To spowodowało, że papież Wiktor zdjął ekskomunikę z parafii Azji Mniejszej i każda strona pozostała przy własnym świętowaniu, jednak od tego czasu (ok. 190 r.) tradycja apostolska zaczęła powoli ustępować tradycji zachodniej, aż ostatecznie zwyciężył rzymski sposób ustalania daty Wielkanocy na pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca.




Papież Zefiryn miał jednak ten sam problem z utwierdzeniem dominacji Kościoła rzymskiego nad innymi, a szczególnie ostro przeciwko temu protestowały parafie Palestyny i Azji Mniejszej, twierdząc że to tam właśnie narodziło się chrześcijaństwo i tam nauczał Chrystus; nie ma więc żadnego powodu, aby podporządkowywać się Rzymowi. Wyliczano przy tym często ilu i gdzie spoczywa apostołów w parafiach Palestyny oraz Azji Mniejszej. Na jeden z takich listów, napisanych przez niejakiego Proklusa z Kościoła hierapolitańskiego w Egipcie, papież Zefiryn odpowiedział: "A ja mogę ci pokazać trofea Apostołów. Jedź do Watykanu, albo udaj się na drogę prowadzącą do Ostii, a ujrzysz tam trofea tych, którzy założyli Kościół rzymski" ("trofea" - czyli groby męczenników). Zefiryn był też krytykowany (szczególnie przez Hipolita i Tertuliana) za uleganie montanizmowi - czyli ruchowi religijnemu, założonemu ok. 150 r. przez niejakiego Montana. Wyznawcy tej doktryny byli przekonani o nieuchronnym powtórnym przyjściu Chrystusa na Ziemię i w tym celu planowali założenie "Niebieskiego Jeruzalem", wyznaczając jego miejsce na równinie, koło frygijskiego miasta Papuza. Tam wyznawcy Montana mieli oczekiwać na powtórne przyjście Chrystusa, a swego przewodnika (który ogłosił się prorokiem Ducha Świętego w kościele w Ardaban na pograniczu Frygii i Myzji w Azji Mniejszej) uważali za kontynuatora dzieła Jezusa Chrystusa. Montan stworzył sobie grupę wiernych towarzyszy, których posyłał z misją na Wschód i na Zachód, do Rzymu, do Hiszpanii i do Galii. Główną doktryną montanizmu było przyjęcie tego, co zsyła nam los, a wobec nieuniknionego powtórnego przyjścia Pana i wskrzeszenia przez Niego wszystkich świętych, należało wręcz dążyć do męczeństwa za wiarę i nie próbować od tego uciekać - gdyż za to czekać miała nagroda w postaci życia wiecznego u boku Chrystusa. Montan nakazywał również przestrzeganie bardzo surowych postów i wyrzeczenie się małżeństwa. Co ciekawe, najbardziej gorliwych zwolenników zyskał on wśród... kobiet, a szczególnie otoczył się dwiema z nich - Pryscyllą i Maksymillą, które to głosiły że życie w dziewictwie uzdalnia je do wizji i prorokowania (często też wpadały w ekstatyczne stany). Montan zmarł w 179 r. będąc u szczytu sławy, Pryscylla i Maksymilla kilka, kilkanaście lat później, tak więc w czasach Zefiryna ruch ten był już znacznie słabszy (nie zbudowano "Niebieskiego Jeruzalem"), ale mimo to wciąż rozsiany od Hiszpanii po Galię i od Azji Mniejszej po Egipt, Zefiryn zaś wystawiał zwolennikom Montana "listy pokoju", gdy ci udawali się do innych parafii. Ostatecznie sekta Montana zniknęła całkowicie w pierwszych dwóch dekadach III wieku.

Po śmierci Zefiryna w 217 r., jego następcą (jak wspomniałem) został Kalikst I. Wcześniej wiódł on żywot niewolnika niejakiego Kaprofora - zajmującego się udzielaniem pożyczek na procent. Okradł jednak swego pana, za co trafił do kopalń Sardynii - prawdziwego piekła na ziemi, gdzie najtwardsi wytrzymywali nie więcej niż rok (żyło się tam ponoć jedynie od sześciu do czternastu miesięcy). Praca była ciężka, ponad siły, dlatego ludzie umierali masowo z przemęczenia, odwodnienia i ran. Ponieważ jednak do tych kopalń zsyłano wielu chrześcijan, papież Wiktor starał się o ich uwolnienie, a pomocną w tym okazała się kochanka cesarza Kommodusa - Marcja, która też była chrześcijanką. Wcześniej, jako niewolnica trafiła do cesarza w roku 182, po nieudanym spisku na jego życie, zawiązanym przez siostrę - Lucillę. Marcja - zyskując uznanie jako kochanka Kommodusa, stała się bardzo wpływową osobą, gdyż miała bezpośredni kontakt z cesarzem i potrafiła na niego wpłynąć (o czym zresztą pisałem już wcześniej w tym temacie). To ona właśnie doprowadziła do wyzwolenia chrześcijańskich niewolników z kopalni na Sardynii (189 r.), według listy, jaką przekazał jej papież Wiktor. Co ciekawe - na owej liście nie było Kaliksta, choć on również należał do grona chrześcijan. Ale Wiktor nie umieścił go tam zapewne celowo, gdyż jego wyrok dotyczył nie tyle wiary chrześcijańskiej, co kradzieży, dlatego też papież uznał zapewne, że złodziej nie powinien znaleźć się wśród wyznawców Chrystusa. Kalikst dobrze wiedział, że jeśli nie wyjdzie z resztą chrześcijan, to w tej kopalni zginie. Dlatego też zadeklarował że on również jest chrześcijaninem, a brak jego nazwiska na liście to zwykła pomyłka lub niedopatrzenie. Dzięki temu opuścił kamieniołomy, a po śmierci papieża Zefiryna obrano go biskupem Rzymu, czyli papieżem. Kalikst zamierzał znacznie powiększyć liczbę chrześcijan i ogłosił że odpuszcza winy każdemu cudzołożnikowi, który odprawi pokutę (a należy pamiętać, że w tamtym czasie cudzołóstwo karano w Rzymie śmiercią, lub też zsyłano na galery czy do kopalń). Poza tym Kalikst wyświęcał na kapłanów mężczyzn, którzy się rozwiedli i którzy mieli jednocześnie po dwie lub trzy żony. Kobietom wolnym również zezwalał na spółkowanie bez ślubu, czy był to człowiek wolny, czy też niewolnik.

I z tym właśnie nie zgadzał się Hipolit. Napisał on wiele dzieł, takich jak m.in.: "O Wielkanocy", "O Pieśni nad Pieśniami" czy "Zwalczanie wszelkich herezji". W 217 r. stanął na czele opozycyjnej do Kaliksta grupy chrześcijan i został przez nich wybrany papieżem (był pierwszym antypapieżem w dziejach). Ostro piętnował wszelkie nadużycia i sprzeciwiał się przyjmowaniu do grona chrześcijan ludzi niemoralnych (a za takich uważał chociażby cudzołożników oraz kobiety sypiające z niewolnikami). Choć nie odciął sobie przyrodzenia (co było wówczas dość częstą praktyką wśród chrześcijan, którzy sądzili że w ten właśnie sposób unikną pokus tego świata i szybciej dostąpią zbawienia), to jednak był zdecydowanym wrogiem uprawiania seksu w jakiejkolwiek postaci. Tolerował jedynie seks małżeński, ale tylko w taki sposób, aby małżonkowie spłodzili potomstwo (twierdził, że gdyby nie grzech Adama i Ewy, mężczyzna i kobieta nie odczuwaliby żadnej przyjemności z uprawiania seksu i dzięki temu byliby szczęśliwi). Hipolit sprawował swój pontyfikat przez osiemnaście lat, gdy 235 r. nowy cesarz - Maksyminus Trak zesłał go wraz z papieżem Poncjanem do "kopalni śmierci" na Sardynii, gdzie obaj panowie się ostatecznie pojednali i gdzie zmarli. W każdym razie rok 217 był tym pierwszym, w którym pojawiło się dwóch papieży jednocześnie, ale my wróćmy teraz do wydarzeń, jakie nastąpiły w maju 218 r. w Emesie...     

 



 CDN.
 

piątek, 4 lutego 2022

BAT NA FEMINISTKI!

 CZYLI JAK REWOLUCJA 

POŻERA WŁASNE DZIECI

 
 
 
 
 Dziś krótko, choć temat który zamierzam omówić jest istotny a przy tym niestety w większości pomijany w oficjalnym mainstreamie medialnym (co oczywiście nie jest przypadkiem, jako że media w ogromnej większości lewicowo-liberalne nie mogą o tym mówić i pisać, bo to po prostu by ich ośmieszało). A o co konkretnie chodzi? Chodzi o feminizm! O ten współczesny feminizm, który bardzo często robi kobietom, a szczególnie młodym dziewczętom wodę z mózgu - wmawiając im że ich największymi wrogami są mężczyźni (i to bardzo konkretni - biali, heteroseksualni mężczyźni) i że powinny wstąpić na barykady walki z "męską opresją" zwaną potocznie patriarchatem! Patriarchat jest bowiem doskonałą opcją zastępczą określenia "męska opresja", bowiem nie jest aż tak ostro sprecyzowany i oficjalnie nie mówi o mężczyznach (a część feministek - szczególnie te "mniej wtajemniczone" w kanony feministycznej religii, a jedynie uważające się za feministki - przyznają oficjalnie, że przecież one wcale nie walczą z mężczyznami, że feminizm to "równość", że feminizm to "sprawiedliwość społeczna" i że one pragną jedynie "wolności wyboru" etc. etc.). Zupełnie inaczej brzmiałoby oskarżenie, że to mężczyźni są winni całemu złu tego świata i że to z nimi należy podjąć zdecydowaną i bezkompromisową walkę. Taka deklaracja z całą pewnością odrzuciłaby od feminizmu większość kobiet (które jedynie za feministki się uważają i jedynie pragną "równości", ale nie chcą z mężczyznami konkurować, ani tym bardziej z nimi walczyć). Zupełnie inaczej brzmi więc hasło: "Walki z Patriarchatem" - które jest nieostre i tak naprawdę nie wiadomo (teoretycznie - nie wiadomo) przeciwko komu jest wymierzone. Patriarchat jest więc w tym przypadku doskonałym zamiennikiem, swoistym ersatzem ideologii feministycznej, który nie godzi bezpośrednio w sens samej ideologii. Tak naprawdę jednak zarówno pomiędzy patriarchatem a męskością w ogóle istnieje w całym feminizmie znak równości, i nie ma żadnego znaczenia (jak znów pragną twierdzić "nieradykalne" feministki), żeistnieje wiele odłamów feminizmu. Owszem, istnieje, tak samo jak w XIX wieku istniało bardzo wiele odłamów socjalistycznego marksizmu (często odłamy te były ze sobą mocno skonfliktowane), ,a jednak udało się w wieku XX doprowadzić do tego, że marksizm (w wydaniu bolszewickim) zwyciężył w kilku krajach świata (w tym w Rosji i w Chinach) i nigdy nie porzucił planów podboju całego świata. 
 
Tak samo jest z feminizmem - istnieje wiele odłamów, ale cel jest jeden - bezwzględna walka z "opresyjnym systemem", który to niby ma niszczyć i upokarzać kobiety, który ma je kontrolować i zniewalać - czyli z patriarchatem (czytaj - z męskością). Większość kobiet w to wierzy i żyje w świecie iluzji, w którym zniszczenie patriarchatu byłoby lekiem na całe zło świata i pozwoliłoby wreszcie zaprowadzić ową mityczną równość pomiędzy płciami (o tym że równości  - i to nie tylko pomiędzy płciami, ale przede wszystkim poszczególnymi ludźmi nigdy nie było i nigdy nie będzie - pisałem już wielokrotnie). Problem polega jednak na tym, że kobietom najlepiej żyje się właśnie w systemach stricte patriarchalnych, gdyż każde "poluzowanie" tych systemów oznacza anarchizację życia społecznego, a to w żadnym wypadku nie służy kobietom. Wystarczy spojrzeć na dzieje świata, aby przekonać się, że choroba marksizmu feminizmu godzi przede wszystkim w same kobiety, a służy jedynie kilku wybranym "aktywistkom", o to też bardzo nielicznym, które dzięki temu ruchowi robią kariery polityczne. Owszem, mężczyźni w systemach patriarchalnych narzucali na kobiety pewne ograniczenia (szczególnie związane z obyczajowością), ale to akurat było całkowicie zrozumiałe, gdyż mężczyzna, w przeciwieństwie do kobiety nigdy nie mógł mieć pewności, że jego dzieci są rzeczywiście jego, a było to bardzo ważne w kwestii dziedziczności pokoleń. Innymi słowy - facet po prostu chciał mieć pewność, że wychowuje i przekazuje swój majątek dziecku, które jest JEGO synem lub córką. Poza tym jednak życie kobiet w systemie patriarchalnym było znacznie lepsze niż życie mężczyzn. Ci bowiem od dziecka byli przygotowywani do odpowiedzialności, odwagi i konsekwencji w działaniu (co przede wszystkim służyło samym kobietom - natomiast mężczyźni nic na tym nie zyskiwali). Obrona domu rodzinnego, miasta lub ojczyzny była podstawą wychowania młodych mężczyzn w systemach patriarchalnych, a przecież gdyby zabrakło owych obrońców, kobiety stałyby się łatwym łupem wielu łotrzyków, wykorzystujących anarchię polityczno-społeczną do swoich celów (prawo silniejszego). Mężczyźni więc ginęli na frontach wielu wojen po to właśnie, aby ocalić swoje rodziny i swoje kobiety (i dopiero gdy przegrywali kobiety i dzieci trafiały do niewoli, a wcześniej były seksualnie upokarzane i wykorzystywane).
 
 

 
Spójrzmy bowiem na historię. Antyczna Grecja była wielka w czasach, gdy dominującym systemem społecznym był tam patriarchat - wówczas panował nie tylko porządek społeczny, ale poprzez jasne definicje religijne - również wymuszano sprawiedliwość i budowano wolność (przecież kolebką demokracji w dziejach świata były Ateny - miasto, w którym kobieta bez zgody swego męża nie mogła nawet wyjść na ulicę). Co się zaś stało, gdy Grecy po podbojach Aleksandra Macedońskiego znacznie rozszerzyli swój horyzont obyczajowo-polityczno? Gdy kobiety zaczęły zyskiwać większy wpływ na rządy? Doszło przede wszystkim do większej seksualizacji życia społecznego, a po drugie do osłabienia jedności obywatelskiej, a co za tym idzie do znacznego osłabienia odpowiedzialności mężczyzn za obronę własnego domu. Dokładnie te same czynniki zaistniały w Starożytnym Rzymie. W czasach gdy dominowało patriarchalne poczucie jedności i odpowiedzialności za ojczyznę (rozumianą przede wszystkim jako ojczysty dom), gdy na czele rodziny stał ojciec (pater familias) z praktycznie nieograniczoną władzą, obejmującą wszystkie dziedziny życia rodzinnego (patria potestas), gdy w życiu społecznym i obywatelskim Rzymu dominowała cnota (virtus), wolność opinii (libertas), chwała (gloria), szacunek i pobożność (pietas), wierność (fides) i poważanie (dignitas), Rzym rósł w siłę, a mieszkańcy Imperium byli bezpieczni i żyli spokojnie (odnosi się to przede wszystkim do kobiet i dzieci). Jednak, począwszy od I wieku naszej ery, a szczególnie w wieku II i III, gdy te mechanizmy bezpieczeństwa zaczęły zawodzić (m.in. poprzez większą emancypację kobiet - mówcie bowiem co chcecie, ale to się ze sobą wiąże - emancypacja wiąże się z anarchizmem), gdy mężczyźni zapomnieli o obowiązku obrony własnej ojczyzny (przecież w III, IV i V wieku naszej ery rodowici mieszkańcy Imperium Romanum bardzo rzadko, lub prawie wcale nie wstępowali do armii, woląc płacić za ochroną swych granic owym "barbarzyńcom", którymi tak pogardzali), a co za tym idzie następowała swoista feminizacja mężczyzn (która nieodłącznie związana jest z emancypacją kobiet i anarchizacją życia społecznego), prowadziło to do sytuacji, gdy kobiety nie mogły znaleźć dla siebie odpowiedniego partnera (a co to znaczy "znaleźć dla siebie odpowiedniego partnera?" - to znaczy znaleźć odpowiedzialnego za swą rodzinę ojca, który zapewni byt i ochroni przed zagrożeniem), a to wymuszało na nich procesy maskunalizacyjne (innymi słowy faceci się feminizowali a kobiety starały się przejąć męskie role), co oczywiście tylko pogłębiało anarchizację i prowadziło do jeszcze szybszego upadku społeczno-cywilizacyjnego (kobieta bowiem nigdy nie będzie w stanie zastąpić mężczyzny, a mężczyzna kobiety). A że takie procesy postępowały wówczas, wiadomo chociażby z dzieł Juwenalisa czy Marcjalisa - którzy ostro ganili rozprzężenie obyczajów, panujące w ich czasach, feminizację mężczyzn i maskulinizację kobiet).
 
Wiadomo jak kończył się takie "eksperymenty?" Najazdem nowych, patriarchalnych społeczeństw, które ponownie tworzyły cywilizację, ale już na swoich warunkach. Tak było w przypadku monarchii hellenistycznych - które jedną po drugiej wchłaniał Rzym, i tak też było z samym Rzymem - którego wchłonęli "barbarzyńcy" z Północy, którzy reprezentowali silną kulturę patriarchalną. Dlatego też bardzo śmieszą mnie te wszystkie deklaracje i opinie, że oto wiek XXI będzie wiekiem kobiet i że teraz to kobiety będą tą "silniejszą płcią". Nie będzie tak, ponieważ - podobnie jak nigdy w dziejach cywilizacji nie stworzono prawdziwej równości, która jest niemożliwa na tym świecie - nigdy nie powstanie cywilizacja matriarchalna. Okresy większej emancypacji kobiet, zawsze idą w parze w anarchizacją społeczną, większą seksualizacją i powolnym upadkiem cywilizacyjnym. Nie było bowiem w dziejach społeczeństwa, które rozwijałoby się, kierując się systemem matriarchalnym lub matrylinearnym (czyli takim, w którym dziedziczenie następuje w linii żeńskiej). Nigdy nie było takiego społeczeństwa i nigdy ono nie nastąpi. Społeczeństwa matriarchalne (lub matrylinearne) które przetrwały do naszych czasów - są to niewielkie, zanikające zbiorowości, które niczego nie stworzyły i niczego nie rozwinęły, za to bardzo często wydały mężczyzn o skłonnościach sadystycznych (np. dziedziczący w linii żeńskiej - północnoamerykańscy Irokezi, byli niezwykle brutalnymi wojownikami i nawet przez wspierających ich Brytyjczyków - byli uważani za zwyrodniałych bandytów). Tak więc okresy emancypacji (czyli anarchizacji) są czasem przejściowym, pomiędzy jednym systemem patriarchalnym a drugim systemem patriarchalnym (często znacznie radykalniejszym od poprzedniego). Tak było dawniej, tak jest i dzisiaj, gdzie zaklinacze rzeczywistości piszą o "nowym wieku kobiet", nie dostrzegając wielkiego niebezpieczeństwa, jakie przed nimi stoi - a mianowicie wielkiego zniewolenia kobiet w postaci triumfu nowego patriarchatu - triumfu islamu.
 
 


A teraz podsumowując - islam nie jest jedynym zagrożeniem, jakie może spotkać kobiety w "nowym wieku". Nowe, poważne zagrożenie, które już podważa całą tę feministyczną narrację i ją kompletnie dezawuuje w taki sposób, że najbardziej radykalne feministki są bezbronne niczym małe dziewczynki. A o co konkretnie się rozchodzi? O genderyzm! Dziś mężczyzna, który tylko zadeklaruje, że czuje się kobietą, ma prawo (u nas co prawda jeszcze nie, ale wszystkie te negatywne tendencje szybko płyną do nas zarówno z Zachodu jak i ze Wschodu) wejść do żeńskiej ubikacji, ma prawo przebierać się w żeńskich przebieralniach i gdy popełni przestępstwo - trafi do żeńskiego więzienia. Co się bowiem dzieje z kobiecym sportem? Następuje jego powolny rozkład, gdyż jeśli do żeńskich konkurencji dopuści się mężczyzn, to wiadomo że kobiety w takim starciu nie mają żadnych szans (faceci, którzy deklarują się jako "kobiety" biorą dodatkowo duże ilości estrogenu, który osłabia organizm, a mimo to i tak wygrywają z najlepszymi kobietami. I nikt nie może nic na to poradzić, nikt nie może nawet się odezwać, bo od razu zostanie mu przypięta łatka homofoba lub osoby nietolerancyjnej. A co robią z tym kolejnym zniewoleniem kobiet - "siostry radykalne feministki?" Nic, kompletnie nic - siedzą cicho bo dobrze wiedzą jaka jest "kolejność dziobania". Wiedzą dobrze że nie tylko nie mogą tego krytykować, że wręcz muszą ten destrukcyjny proces przenikania mężczyzn do świata kobiet - entuzjastycznie chwalić, bo inaczej środki pieniężne, jakie idą na wsparcie ruchów feministycznych (a konkretnie tych feministek, które na kobietach chcą się wybić do polityki lub do mediów) przestaną płynąć. Źródełko dochodów wyschnie i co wtedy począć z radykalizmem i pieprzeniem głupot o "nowym wieku kobiet". Nowy wiek kobiet właśnie nadchodzi, tylko kobiety nie mają z tym nic wspólnego.
 
 

 
Genderyzm jest bowiem ruchem, który bezpośrednio godzi w feminizm i podważa jakiekolwiek "dokonania" matek feminizmu z przeszłości. A co najśmieszniejsze - feministki muszą takie ruchy wspierać i muszą je chwalić, choć są one bezpośrednio wymierzone w kobiety. Co bowiem mają zrobić młode dziewczęta, które damskich ubikacjach są molestowane seksualnie przez męskich zwyrodnialców uważających się za kobiety? Nie mogą się nawet poskarżyć, bo od razu zostaną uznane za homofobki i zapewne "zwolenniczki patriarchatu". Mało tego, jeśli się poskarżą, lub będą krytykować mężczyzn przebierających się za kobiety (albo tylko deklarujących iż są kobietami) mogą nawet trafić do więzienia, jak to się stało z feministką - Jennifer Swayne z Walii, która za rozklejanie ulotek z hasłami: "Nikt nie rodzi się w niewłaściwym ciele" trafiła na dwanaście godzin do policyjnego aresztu i traktowana jest jako "zbrodniarka". W tym "Nowym Wspaniałym Świecie" nie wolno podważać ustalonych dogmatów i trzeba znać swoje miejsce w marksistowskiej hierarchii ofiar, a tu akurat kobiety znajdują się znacznie poniżej homoseksualistów, genderystów i oczywiście muzułmanów (islamu też feministkom krytykować nie wolno - wolno im jedynie krytykować białych, heteroseksualnych mężczyzn - czyli ich dziejowych obrońców). Co zrobiono z ikoną feminizmu - J.K. Rowling, gdy ta zaczęła jasno i logicznie podważać absurdy nowej odmiany marksizmu - czyli właśnie genderyzmu? Ta tak majętna i popularna autorka serii książek o Harrym Potterze, która dotąd była wielbiona i wynoszona pod niebiosa - nagle została odsunięta i zmarginalizowana (nie zaproszono jej nawet na galę promującą jej twórczość). Została odsunięta przez siły znacznie od niej potężniejsze i tym samym pokazano innym "siostrom feministkom" co się z nimi stanie, jeśli podważą kanony nowej religii (a może właśnie "prawdziwej religii" - o której już wcześniej pisałem). Wydaje się że w tym przypadku rewolucja znów zjada własne dzieci. Feministki zrobiły swoje godząc w mężczyzn, teraz można je odsunąć (jak niepotrzebny przedmiot - aby nie użyć mocniejszego języka) jeśli zaczną protestować przeciw ustalonej hierarchii. Swoje już zrobiły, teraz mają chwalić swoich nowych oprawców (genderystów i islamistów) i dawać się gwałcić oraz molestować przez zboczonych przebierańców i cierpieć w milczeniu. A, zapomniał bym - a przede wszystkim walczyć z tym okropnym patriarchatem i dominacją białych, heteroseksualnych mężczyzn. 😔
 
 
 


 
 NA KONIEC "RUSKIE ŁZY" STAŚKA WIELANKA
(MOJA ULUBIONA PIOSENKA TEGO AUTORA)
 
 

 
 

środa, 2 lutego 2022

APOLONIUSZ - POGAŃSKI JEZUS - Cz. IX

KIM BYŁ NAJBARDZIEJ TAJEMNICZY

"RÓWIEŚNIK" JEZUSA?

 



 

ŚWIĄTYNIE APOLONIUSZA z TYANY

Cz. IV





 
 Po opuszczeniu wyspy Lesbos (na której odnowił grób Palamedesa w Metymnie) Apoloniusz wraz z towarzyszącymi mu kompanami, płynął teraz wodami Morza Egejskiego w kierunku Aten. Minęli oni południowy brzeg wyspy Chios, a następnie wpłynęli do przesmyku, który oddzielał od siebie wyspy Andros i Eubeę, wszędzie - pomimo jesiennej pory roku - morze było nadzwyczaj spokojne, co niezwykle dziwiło towarzyszy Apoloniusza. Następnie okręt minął wyspę Keos oraz prawie bezludną małą wyspę Heleny (zakotwiczoną u brzegu Attyki, niczym łódka przy okręcie), zbliżano się ku południowym wybrzeżom Attyki. Pierwsze co ujrzeli towarzysze Apoloniusza, płynąc wzdłuż brzegów tej krainy, to błyszcząca się z oddali białymi kolumnadami, majestatyczna świątynia Posejdona na Przylądku Sunion (najdalej na południe wysunięta ziemia i miasto Attyki). Teraz wpłynięto w Zatokę Sarońską, której pierwszą "bramą" była maleńka wysepka Patrocli Charax, a potem jeszcze mniejsza Elaeussa, aż wreszcie po zachodniej stronie zamajaczyły kontury wyspy Eginy, z widoczną na horyzoncie białą świątynią bogini płodności i urodzaju - Afai (czczonej tylko na samej Eginie). Niegdyś, w czasach przed-rzymskich, Ateny i Egina były wrogimi sobie polis, ale już w V wieku p.n.e. Egineci zostali całkowicie podporządkowani Ateńczykom (potem zaś ta kontrola zelżała). Teraz dawne podziały - jeśli jeszcze istniały - nie miały już takiego znaczenia, gdyż nad wszystkimi owymi krajami Hellady cień swój rzucała nieprzenikniona postać rzymskiej wilczycy. Następnie przed oczyma podróżnych zajaśniał majestatyczny szczyt góry Hymettus, skokami schodzący ku morzu w kierunku miasta Halimus, gdzie nad brzegiem stała sobie, niczym pochodnia dziejów - stara świątynia Apolla. Minąwszy Hymmettus, Apoloniusz i jego towarzysze ujrzeli dolinę Pentelikonu, skąd już było zaledwie parę kroków do Aten. 

Okręt Apoloniusza - minąwszy piaszczysty brzeg Faleronu - wpłynął teraz do portu w Pireusie. Miasto to było głośne i zatłoczone i wydawało się jakoby, przybysz już znalazł się w samych Atenach, ale to był dopiero przedsmak tego, co zaoferować mogło mu jedno z największych miast hellenistycznego świata (opartego wszakże o rzymskie orły). A poza tym Apoloniusz i jego towarzysze trafili wówczas na święto misteriów eleuzyńskich (o których to pisałem tutaj i tutaj). Pojawienie się Apoloniusza (który już wówczas zdobył sobie sporą popularność), spowodowało zgromadzenie u jego boku tłumów Pirejczyków i Ateńczyków, wtajemniczonych w misteria i tych nie wtajemniczonych - w każdym razie ciekawskich pojawienia się człowieka, którego otaczał nimb niezwykłości. Podróżnicy jednak kierowali się w stronę plaży Faleronu, gdyż pora była jeszcze wczesna, a pogada przepiękna. Podziwiano wówczas regularną sieć ulic Pireusu przecinających się pod kątem prostym, a także czystość tego miasta (choć - ze względu na przygotowywanie posiłków na świeżym powietrzu, szczególnie dla przybyłych tam klientów - zapachy też musiały być bardzo różne). Idąc do Faleronu, Apoloniusz i jego towarzysze musieli przejść przez duży, prostokątny, zatopiony w jaworach i białych marmurach świątyń - plac Hippodamosa (przyjaciela Peryklesa i właściwego założyciela Pireusu, choć uważa się że pierwotnym założycielem tego miasta miał być Temistokles). Następnie mijając od południa dawny port wojenny - Ziaję, kierowali się ku świątyni Artemidy, stojącej na niewielkim wzniesieniu w dzielnicy munichijskiej (południowo-wschodnia część Pireusu). Nic nie wiadomo o tym, czy zwiedzono wówczas ów przybytek, wiadomo za to że konsekwentnie podążano ku brzegom piaszczystego Faleronu. Co prawda była jesień, ale nad brzegami Morza Egejskiego, a szczególnie w Attyce jesienna pogoda była równie wyśmienita co letnia. Było bardzo gorąco (jednak dzięki łagodnemu zefirowi - wiejącemu od południowego zachodu, upały nie doskwierały zbytnio mieszkańcom Attyki), nic więc dziwnego że opuszczając Munichię, za cel obrano sobie piaski Faleronu, gdzie można było wypocząć po podróży, delektując się jednocześnie przyjemną kąpielą w morzu (według "Życia Apoloniusza z Tyany" autorstwa Filostratosa, Apoloniusz: "poszedł pospiesznie ze statku do miasta; ale idąc dalej, wpadł na wielu uczniów filozofii w drodze do Faleronu. Niektórzy z nich rozebrali się i cieszyli się upałem, ponieważ jesienią słońce jest gorące nad Ateńczykami, inni studiowali księgi, niektórzy ćwiczyli swoje przemówienia, a inni dyskutowali"). Apoloniusz napotkanych tam ludzi miał pochwalić za studiowanie filozofii w świętym gaju Apollona w Lykeionie (od tej nazwy wzięło się współczesne słowo "liceum". Szkołę filozofii w Lykeionie założył jeszcze Arystoteles, ale równie sławnym - a może nawet sławniejszym - twórcą tej "placówki pod gołym niebem" był jego uczeń - Teofrast, który objął kierownictwo szkoły w 323 r. p.n.e. i sprawował je przez kolejnych prawie pięćdziesiąt lat).

Apoloniusz miał wziąć udział w inicjacji misteriów eleuzyńskich, jednak hierofant (przewodzący misteriom) odmówił mu tego, twierdząc, że Apoloniusz jest czarownikiem (γόης) i szarlatanem, a on nie otworzy rytu eleuzyńskiego ku czci bogini Demeter w obecności człowieka który parał się nieczystymi obrzędami. Misteria te były bowiem dla Greków - a szczególnie Ateńczyków - porównywalne z chrztem, jakiego nad brzegiem rzeki Jordan w Palestynie na osobie Jezusa Chrystusa dokonał Jan Chrzciciel (ponoć miało to miejsce w niedzielę - 13 stycznia 26 r.), dlatego też Apoloniusz pragnął w nich uczestniczyć, a ponieważ hierofant odmówił mu tego przywileju (nie każdy mógł zostać wtajemniczony w misteria), ten rzekł do niego: "Nie wspomniałeś jeszcze o jednym moim przewinieniu, który polega na tym, że posiadam większą niż ty wiedzę o obrzędzie inicjacji, a jednak pomimo tego przyszedłem do ciebie prosząc o inicjację, tak, jakbyś był mądrzejszy ode mnie". Ta odpowiedź spodobała się zebranym tam ludziom i poczęli oni bić brawo Apoloniuszowi za te słowa, a jednocześnie przekonywali hierofanta, by ten ową inicjację przeprowadził. Nie mając innego wyjścia i widząc nieprzychylny sobie tłum, hierofant uległ, lecz od razu dodał, zwracając się do Apoloniusza: "Wtajemniczę cię, skoro już przyszedłeś, mimo że wydaje ci się że jesteś mądrym człowiekiem". Na te słowa Apoloniusz zrezygnował z inicjacji i rzekł: "Zostanę zainicjowany kiedy indziej, a zainicjuje mnie ten oto mąż" - po czym wskazał palcem na stojącego w tłumie mężczyznę, będącego jednym z hierofantów (tak też się stało, cztery lata później - czyli ok. 33 r. - ów mężczyzna dokonał inicjacji Apoloniusza w misteria eleuzyńskie). Potem Apoloniusz wraz ze swymi towarzyszami udał się do Aten (przechodząc wokół ruin dawnych Długich Murów). Wszyscy oni weszli do miasta przez Bramę Itońską do której wiodła droga falerońska (zbudowana już w rzymskich czasach).




Wchodząc do miasta które już wówczas zwano "ogniskiem całej Hellady", oraz "siedzibą mądrości", kontynuował Apoloniusz tutaj swoje nauki, ostro krytykując "zniewieściałość" Ateńczyków okazywaną szczególnie podczas święta Bachanaliów (święto wina, życia i radości - również tej seksualnej - odprawiane ku czci boga Dionizosa), a także ostro potępił walki gladiatorów (będące jeszcze wówczas swoistym novum w Helladzie, ale i tam też coraz bardziej popularne, szczególnie wśród greckiej młodzieży) napominając Hellenów aby ci "nie stawali się Rzymianami". Jako pierwszy wziął jednak za cel odprawianie obrzędów i ceremonii religijnych, gdyż widział że Ateńczycy są "uzależnieni od ofiar". Tak więc na Agorze (choć nie tylko) w podcieniach wzniesionego w V wieku p.n.e. przez Kimona Stoa Poikile z pięknymi freskami na ścianach, przedstawiającymi odwagę Ateńczyków i wielkość Aten - nauczał jak należy oddawać cześć bogom, jak się do nich modlić, jak prosić o łaski, a przede wszystkim Apoloniusz jak należy formułować swoje modlitwy, kierując je do konkretnych bogów. Jednocześnie twierdził że ofiary są potrzebne, ale należy je składać w odpowiednim czasie i dostosować do swojej modlitwy. Jednak kategorycznie sprzeciwiał się składaniu krwawych ofiar na ołtarzach bogów, twierdząc że bogowie nie są demonami i nie potrzebują krwi ofiarnych zwierząt, aby wysłuchać naszych próśb i modlitw. Bogów należy czcić sercem i umysłem a jako ofiary składać na ołtarzach kwiaty, upieczone przez siebie ciasto lub wino. Nauka Apoloniusza z Tyany stała więc w sprzeczności z oskarżeniami jakie wobec niego rzucił ów hierofant, oskarżając go o paranie się nieczystymi obrzędami (a wtajemniczeni w misteria również nie składali krwawych ofiar na ołtarzach, gdyż uważali że jest to właśnie "obrzęd nieczysty" i stanowi dlań przeszkodę na ich dalszej duchowej drodze ku Polom Elizejskim i Wyspom Błogosławionych).

Apoloniusz krytykował też zachowanie Ateńczyków podczas przedstawień teatralnych ku czci Dionizosa organizowanych w miesiącu antesterion (luty-marzec). Sądził bowiem że zebrane tam tłumy, będą słuchać hymnów i rytmicznych kompozycji procesyjnych w ciszy i skupieniu, ale gdy ujrzał jak Ateńczycy zaczęli tańczyć w Odeonie, naśladując wojenny taniec Spartan (a taniec ten w wykonaniu Ateńczyków był niezwykle lubieżny), w takt wykonywanych melodii podczas przedstawienia eposu o Orfeuszu. Wstał wówczas ze swego miejsca i wielce oburzony rzekł: "Nieszczęśni Ateńczycy! Przestańcie tańczyć, niszcząc tym samym reputację swych przodków - zwycięzców spod Salaminy i innych dobrych ludzi, którzy odeszli z tego świata. Gdyby rzeczywiście była to lacedemońska forma tańca, powiedziałbym: "Brawo żołnierze!" Ponieważ jednak jest to taniec miękki i zniewieściały, cóż ja mam rzec Ateńczycy o waszych narodowych trofeach?", i dalej kontynuował: "Pewna kobieta dowodziła statkiem płynąc wraz z Kserksesem z Karii (Apoloniusz miał zapewne na myśli królową Halikarnasu - Artemizję, która brała udział w bitwie pod Salaminą w 480 r. p.n.e., u boku Persów), a wokół niej nie było nic kobiecego, a ona sama nosiła męski strój i zbroję. Teraz, gdy na was patrzę, Ateńczycy, widzę, że jesteście bardziej zniewieściali, niż kobiety z czasów Kserksesa (...) nikt z was nie nosi hełmu, a przebraliście się w kolorowe stroje niczym żeńskie arlekiny". Podobnie postąpił, gdy widział jak Ateńczycy lubowali się w oglądaniu krwawych walk skazywanych na śmierć przestępców, takich jak zabójcy, cudzołożnicy i porywacze. Ci ludzie musieli ze sobą walczyć na rzymski sposób u stóp Akropolu, w Teatrze Dionizosa. Apoloniusz krytykujący zniewieściałość Ateńczyków, jednocześnie pomstował na ich rządzę krwi i śmierci, mówiąc: "Jakże jestem dziw, że wielka bogini nie porzuciła jeszcze Akropolu, gdy pod jej oczyma przelewacie tu tyle krwi" i dodawał, że już wkrótce Ateńczycy podczas procesji panatenajskiej (Wielkie i Małe Panatenaje) na Akropol, nie będą składać w ofierze byka, a ludzi. Wołał też w stronę Dionizosa: "Czy po takim rozlewie krwi, o wielki Dionizosie, wciąż pragniesz jeszcze odwiedzać ten teatr? Nie przychodź tu i pozostań tam, gdzie jesteś, w swym Kitajronie, który jest czystszy od tego plugastwa".




Będąc w Atenach Apoloniusz nie mógł sobie oczywiście odmówić wejścia do ateńskich świątyń na Akropolu, szczególnie zaś do przybytku Dziewiczej Pallady - do Partenonu. O tym jednak jak wyglądały świątynie Akropolu i jak przebiegała dalsza część podróży Apoloniusza po Helladzie (i jakie świątynie tam odwiedził) opowiem w następnej części.  
 
 
 
 CDN.