Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 7 lipca 2022

RĘKOPISY NIE PŁONĄ! - Cz. IX

CZYLI SPISANE PAMIĘTNIKI

z KLUCZOWYCH WYDARZEŃ

w DZIEJACH POLSKI I ŚWIATA

 

 
 

I

PAMIĘTNIK BOHDANA JANUSZA

Cz. IX

 
 
 PAMIĘTNIK AUTORSTWA HISTORYKA I ETNOGRAFA BOHDANA JANUSZA, OPISUJE WKROCZENIE WOJSK ROSYJSKICH DO LWOWA (PO EWAKUACJI STAMTĄD WOJSK AUSTRIACKICH) NA POCZĄTKU I WOJNY ŚWIATOWEJ i OKUPACJĘ TEGO MIASTA, TRWAJĄCĄ od 3 WRZEŚNIA 1914 do 22 CZERWCA 1915 r.
 
 
 

 
 
 293 DNI RZĄDÓW ROSYJSKICH 
WE LWOWIE
 
 
 
 Walkę w dniu 9 września zwiastowała już od samego rana nieustająca kanonada. Na rogatkach zachodnich rozróżnić można było dokładnie sznurowy huk armat, od których aż ziemia drżała. Sznur tych strzałów szedł jak grzmoty z piorunami podczas burzy nawalnej, straszliwym i wstrząsającym hukiem na przestrzeni od Gródka w kierunku do Janowa, kończąc się grubym łoskotem potężnym. Ludzie, co rzekomo z Janowa przybyli opowiadali, iż staw tamtejszy wypełniony jest górami trupów potopionych czy zalanych żołnierzy rosyjskich. Z wody jakoby wystawały tylko zatopione ciała, wysterczały karabiny, szable i piki. Jednem słowem, stawy te miały odegrać rolę pułapek na Moskali, jak zresztą sami żołnierze to rozgłaszali, powiadając do Lwowian z goryczą, że oni nie są przecież szczurami ani żabami, by ich zatapiano tak bez litości. Rzeczom tym musiano dawać ogólnie wiarę w mieście, bo też ogólnie słyszano i widziano, co dzieje się z żołnierzem rosyjskim. Setki ludzi świadkami było scen do głębi poruszających umysły - na rogatkach widziano rannych żołnierzy, klękających na ziemi i wyciągających ręce do nieba z prośbą, by już raz pokój przyszedł, by skończyło się piekło na ziemi. Biedni żołnierze, pędzeni wbrew swej woli do walki, za najszczęśliwszych się uważali, jeśli im się udało w jaki sposób wykręcić od tego nieszczęścia. 
 
Postrachem ich było zwłaszcza jakieś "czarne wojsko", o którem najdokładniej opowiadali między sobą i mieszkańcom Lwowa. Wiadomości o tych "czarnych wojskach" rozpowiadali ranni żołnierze z takimi szczegółami, iż nawet najbardziej sceptycznie nastrojeni dawali opowiadaniom tym wiarę, chociaż nie umieli sobie w żaden sposób wytłumaczyć, kto by to miał być w istocie. Najlepszym zaś dowodem, jak głośno było o tych "czornych didkach" w mieści, służyć może okoliczność, iż nawet dzienniki próbowały rozwiązać tajemniczą tę zagadkę - nie wierzono oczywiście baśniom tym bez zastrzeżeń, ale w każdym razie, wobec kategorycznych oświadczeń żołnierzy, przyznawano im pewną podstawę. Żołnierze rosyjscy twierdzili mianowicie, że największe spustoszenie w szeregach ich sprawiają jacyś dzicy, czarni wojownicy, na pół nadzy, uzbrojeni w dłuższe od kozackich piki, karabiny i puklerze na piersiach; taki czarny, ugodzony pociskiem, podskakiwał wysoko do góry i znowu stawał na ziemi, gromiąc wszystkich nieprzyjaciół dokoła. Pogłoski te tak uporczywie trzymały się między żołnierzami, tak szczegółowo o nich rozprawiali wszyscy, że inteligentniejsi z między Lwowian spróbowali dociec ich źródła, bardzo szybko jednak wpadli w błędne koło, bo przyjmując, iż są to istotnie Murzyni (analogię widziano w kolorowych wojskach kolonialnych Francyi), musieli mutatis mutandum wyjaśnić, w jaki też sposób sprowadzeni zostali z afrykańskich kolonii niemieckich. Na pomoc odważniejszym przyszła tajemnicza jeszcze podówczas historya z dwoma pancernikami - Goebenem i Breslauem, które według nich przekradły się na wybrzeże afrykańskie przez kanał Sueski, zabrały na pokład dzikich Hererów i przywiozły ich przez morze Adryatyckie do Tryestu, skąd już koleją przywieziono ich na front galicyjski.
 
 

 
Inni znów, wychodząc z twierdzenia Rosyan o jakoby niemieckich wojskach, walczących z austryackiemi nad Wereszycą, wyjaśniali, iż czarnymi tymi "didkami" są najpewniej wojska bawarskie, jakoby ubrane w czarne mundury. Wyjaśnienie to znalazło najwięcej wiary, chociaż w rezultacie, zdaje się, iż paniczny ten popłoch między żołnierzami cara sprawili huzarzy węgierscy, ubrani w ciemne mundury, a i sami ciemni na twarzy. Wnosić tak można i z tego, że żołnierze rosyjscy ni słowa nie mogli zrozumieć z ich mowy, skąd też i poszło, iż mieli to być jacyś dzicy ludzie, używający dziwnego języka. Lwowianie utrzymywali zatem, że wojska rosyjskie ponoszą na każdym kroku olbrzymie straty. Przywożono do szpitali mnóstwo rannych dzień cały. Przed szpitalami odbywały się przejmujące sceny, żołnierze rzucali się na kolana, modląc się już o pokój i żałując, że muszą iść na braci. Jeden z ciężko rannych zobaczył w tłumie niewiastę z małym chłopakiem, przypadł do niej i począł całować dziecko, ponieważ podobne było do jego najstarszego dziecka, które pozostawił z żoną w domu. W ogóle żołnierze rosyjscy, przeważnie Ukraińcy, życzliwie odnosili się w tym czasie do ludności, która też ze swej strony bardzo z nimi współczuła i na ogół dobrze ich traktowała, pomagając rannym i chorym, odnosząc się do nich z sercem.
 
Gubernatora nie było w tym dniu w mieście, co ludzi tem bardziej utwierdziło w przekonaniu, że "Moskale będą uciekać". W przekonaniu tem utwierdził ludność nakaz, wydany jakoby przez Straż Obywatelską, by o godzinie 6-tej wieczorem zamknięte były wszystkie bramy kamienic i sklepy, a ulice wolne od przechodniów. Polecenie to tłumaczono sobie w danej chwili tem, że albo "Moskale będą uciekać", albo też zwozić będą mnóstwo rannych i nie chcą by ludność to widziała, albo też dlatego, że przez miasto podążać będą oddziały rosyjskie. Równocześnie wybębniano, że bezrobotni zgłosić się mają do robót koło Sokolnik. dług domysłów rozchodziło się o sypanie Rosyanom szańców, wobec czego ludzie powiadali, że mogą sobie zdrowo czekać nim im kto pokaże się do roboty - nie chcą ich pieniędzy, ale też i nie myślą o sypaniu szańców przeciw własnym braciom. W ogóle mieszkańcy Lwowa sercem całem stali przy walczących braciach, o których powodzenie drżeli ciągle: na ulicach pocieszali się, że "niedługo już będzie panowania rosyjskiego". Okrutnie też oburzało ludzi, nawet prostych, bezwstydne zachowanie się dziewcząt i niewiast wobec Moskali, do których się wdzięczyły, a nawet całkiem bez ogródek zbliżały, chodząc pod ramiona, ciągnąc ich po mieszkaniach opuszczonych. Nierzadko też stawiano je pod pręgierz, pokpiwając z ich serca dla braci walczących, którym dni jeszcze temu kilka kwiaty dawały.
 
 

 
Rozeszła się po mieście wieść, że Rosyanie wywożą z ratusza wszystką broń tam złożoną, na kilku automobilach. Srogi nakaz składania jej przedtem tłumaczono sobie tem, że bali się oni pogromu przez ludność w razie cofania się z miasta. Na dowód, że na wszystko gotowi, wytoczyli na podwórze ratusza armatę, a po rozmaitych miejscach robili rewizye, szukając ukrytą broń. Wieczorem na przykład rewidowali dom przy ulicy Staszica, w którym była komenda skautów, ale niczego nie znaleźli, bo zawczasu wszystko stamtąd usunięto. Dla dobitniejszego nakreślenia nastroju, panującego w dniu tym we Lwowie, przytoczymy prócz powyższych zapisków współczesnych i kilka notatek dziennikarskich o panice wspomnianej, której właściwą przyczyną było przeświadczenie, że Rosyanie cofać się będą ze Lwowa. Kronikarz jednego dziennika ("Słowo Polskie" z dnia 10 września) zapisał: "Bezpodstawną panikę wywołały wczoraj jakieś nieznane indywidua, które polecały rzekomo z rozkazu Straży Obywatelskiej, zamykanie bram i sklepów przed godziną 6-tą wieczór. Pogłoska o tem rzekomem zarządzeniu rozeszła się lotem błyskawicy po całym mieście, wywołując oczywista niepokojące komentarze. Kiedy wiadomość o tem przyszła do prezydyum miasta, prezydyum rozesłało urzędników i członków Straży Obywatelskiej, aby uspokoili kupców, było to jednak już spóźnione i przed godziną 8 ruch uliczny w mieście ustał. Równocześnie niemal gromada pauprów (kronikarz dodaje, żydowskich) zachowywała się tak wyzywająco wobec patrolu wojskowego pod ratuszem, że żołnierze dobyli broni. Straż Obywatelska uspokoiła żołnierzy i natychmiast rozpędziła tłum".
 
W podrażnieniu ogromem żyli wszyscy w mieście. Coraz to nowe pogłoski, alarmujące wieści, wzrastająca stopniowo kanonada, zbliżanie się odgłosów bitwy okrutnej pod same niemal rogatki, opowiadania żołnierzy, "kartki z aeroplanów", zapewnienia jeńców, prowadzonych przez ulice, że "z naszymi dobrze" - wszystko to nastrajało już mieszkańców na najsprzeczniejsze wrażenia. Atmosfera była tak ciężka i przykra, że byle drobnostka poruszyć mogła na poczekaniu miasto całe, byle szczegół mniej jasny trwożył i niepokoił. Sensację też dnia następnego stanowiły dwa nowe ogłoszenia urzędowe, rozlepione na ulicach. Komentując je na najrozmaitsze sposoby możliwe, czytali Lwowianie rano następujące - "Obwieszczenie":
 
 
Wszyscy austro-węgierscy oficerowie i obowiązani do służby wojskowej mają stawić się między 5 a 6 godziną wieczorem (czas lwowski) dnia 29 sierpnia (11 września) 1914 w Namiestnictwie (ulica Czarnieckiego).
Niestosujący się do powyższego rozporządzenia, będą podlegali surowej odpowiedzialności.
Obwieszczenie to nie dotyczy lekarzy i sanitaryuszy austro-węgierskich, którzy podlegają rosyjskim władzom szpitalnym
 
Wojenny Gubernator miasta Lwowa
Pułkownik Cheremeteff.
Miasto Lwów 28 sierpnia (10 września) 1914" 
 
 
Ogłoszenie powyższe brzmiało tak na plakatach, rozlepionych po mieście, a charakterystycznem było, że tekst jego kazano wydrukować w dziennikach w całkiem odmiennej stylizacji, co oczywiście także nie pozostało bez odpowiednich komentarzy ze strony ludności. W dziennikach opublikowano rozporządzenie następująco:
 
 
"Wezwanie.
Wszyscy oficerowie i wojskowo obowiązani austro-węgierskiej armii mają się stawić 11 września bieżącego roku do sztabu armii (dom namiestnictwa).
Kto by się nie stawił, ukarany będzie według prawa wojennego.

Wojenny gubernator
pułkownik Cheremeteff"
 
 
Najogólniejszem przekonaniem było, że wszystkich wezwanych zabiorą do Rosyi jako jeńców, albo też zamkną jako podejrzanych o pozostanie we Lwowie w celach szpiegowskich na rzecz Austryi. Z przyjemnem więc zadowoleniem dowiedziano się, że po stawieniu się aż 150 osób, spisano ich tylko, puszczając na razie do domu. Później dopiero okazać się miały skutki tego spisu.
 
Za cały czas trwania bitwy w najbliższem sąsiedztwie Lwowa rozciągnęła wojskowość przez główniejsze ulice druty telegrafu polowego i to częstokroć tak nisko i tak słabo wsparte, że np. wyższe wozy naładowane uszkodzić je mogły bardzo łatwo, nie wspominając już o bagnetach na długich karabinach żołnierskich, którymi nawet niechcąco zrywano nieraz druty. Władze więc rosyjskie, wietrząc wszędzie skryte cele i dybanie na całość ich armii, nie omieszkały pogrozić spokojnym Lwowianom z tej okazyi szubienicą lub kulką w głowę. Czytali więc mieszkańcy, 10 września, rano, co następuje:
 
 
"Obwieszczenie.
Mając na uwadze, że w ostatnich czasach, był notowane wypadki zbrodniczego psucia rosyjskich telegraficznych i telefonicznych linii, urządzonych przez wojskowość dla celów wojennych, niniejszem podaję do wiadomości mieszkańców miasta Lwowa, że odpowiedzialności za zepsucie i niszczenie wyżej wymienionych telegrafów i telefonów podlegają nie tylko bezpośredni sprawcy, ale też według prawa wojennego i właściciele realności, obok których przechodzi telegraf lub telefon.
Żądam więc od właścicieli domów, obok których te linie przechodzą, aby ze względu na ciężką odpowiedzialność zwracali ścisłą baczność i uwagę na całość linii telegrafu i telefonu przy swej realności. W razie spostrzeżenia jakiego zamachu na te linie mają właściciele domów zgłosić się natychmiast do mnie, przytrzymawszy zbrodniarzy. 
Sprawcy zbrodniczego uszkodzenia telegraficznych linii, jak w ogóle środków komunikacyi, urządzonych dla celów wojskowych, mają być na podstawie prawa wojennego karani śmiercią.
 
Gubernator wojenny
Pułkownik Cheremeteff"  
 
 
 
 
Obwieszczenie to napędziło strachu i tak przepłoszonej ludności, która widziała w nim bardziej "czepianie się płotu", niż potrzebę rzeczywistą i to tem bardziej, że znano kilka wypadków nieumyślnego uszkodzenia drutów właśnie przez żołnierzy rosyjskich. Obawiano się zaś go, ponieważ nic łatwiejszego nie było dla kogoś złośliwego, jak umyślnie uszkodzić przewody przed czyimś domem i następnie posądzić rzekomo winnego o zbrodnię rozmyślną. Sprawa ta dość się ważną zdawała dla mieszkańców w danej chwili, ale nie sposób było odezwać się, bo za krytykę urzędowego głosu czekała kara dotkliwa (...) zatem jeden tylko z dzienników odważył się w oględny sposób zwrócić uwagę władz na bezpodstawność podejrzeń, nie narażając się równocześnie na konfiskatę. Czytamy następującą notatkę kronikarską ("Kuryer lwowski" z 11 września): "Wobec skonstatowania złośliwych uszkodzeń rosyjskich przewodów telefonicznych, należy stwierdzić, że bywają i uszkodzenia przypadkowe. Doszła nas np. relacya naocznego świadka, że na ulicy Pańskiej żołnierz rosyjski, jadący na jakimś furgonie, zerwał przypadkowo drut bagnetem, wzniesionym do góry, a nie zauważywszy tego zapewne, pomknął dalej. Słyszeliśmy i o innym podobnym wypadku". Notatka ta sprytna, okazała się niepotrzebną, bo nie zaszło żadne "zbrodnicze" uszkodzenie przewodów.
 
W dzień publikowania powyższych odezw wczesnym już rankiem odezwało się potężne granie armat, dochodzące zwłaszcza od Mikołajowa, poczem niedługo poczęto rogatką Stryjską zwozić mnóstwo rannych. Miasto opustoszało z wojska, które całe wyruszyło na zachód. Pozostali tylko saniteci, zajmujący wszystkie niemal wolne budynki na lazarety. Ulokowali się też w ukraińskim "Akademickim domu", gdzie przed tygodniem nieledwie jeszcze przebywali strzelcy ukraińscy, przygotowujący się do walki właśnie z nimi. Dzień ten upłynął jak poprzedni - na gorączkowem wyczekiwaniu czegoś niezwykłego - spodziewano się nadal odwrotu.Jak zwyczajnie, widać było dwa aeroplany austryackie wysoko nad miastem. Wieczorem wzywał pachołek miejski bąbnieniem ludzi do sypania szańców dla wojska rosyjskiego, ale jak od kilku dni, tak i tym razem spotkał się z wyśmianiem i zapewnieniem, że "nie ma takich, co by szli na swoich sypać wały" - nie dano mu dokończyć wezwania, oddalając się z kpinami szybko do domów.
 
 
 

 
 
 
CDN.
  

wtorek, 5 lipca 2022

SOCREALIZM NAD WISŁĄ - Cz. I

 CZYLI POWOJENNA POLSKA 

W OBIEKTYWIE APARATU I KAMERY

 
 
 
ZGLISZCZA WOJENNE, OGROMNE STRATY LUDZKIE I FINANSOWE, NIEZLICZONE CIERPIENIA I TRAUMY LUDZI, KTÓRZY PRZEŻYLI CZASY II WOJNY ŚWIATOWEJ I TERAZ MUSIELI SIĘ ODNALEŹĆ W NOWEJ, KOMUNISTYCZNEJ RZECZYWISTOŚCI - TO WŁAŚNIE OBRAZ POWOJENNYCH LAT tzw.: "LUDOWEJ POLSKI". ALE CZY TYLKO? W TEJ SERII ZAPREZENTUJĘ ZAPOMNIANE JUŻ NIECO ZDJĘCIA I FILMY Z TAMTEJ, POWOJENNEJ RZECZYWISTOŚCI, GDZIE MILIONY LUDZI CHCIAŁY WRESZCIE WRÓCIĆ DO JAKIEJKOLWIEK (NAWET NIENORMALNEJ) RZECZYWISTOŚCI, A ZALEDWIE GARSTKA ZAPALEŃCÓW-SAMOBÓJCÓW WALCZYŁA DALEJ AŻ DO ŚMIERCI Z KOMUNISTYCZNĄ "WYZWOLEŃCZĄ" SOWIECKĄ GADZINĄ.
 
I JA PRZYZNAM SIĘ SZCZERZE, ŻE GDYBYM WTEDY ŻYŁ, BYŁBYM JEDNYM Z TYCH TYSIĘCY BEZIMIENNYCH OFIAR, ZAKOPANYCH W ZBIOROWYCH MOGIŁACH, GDZIEŚ PRZY WYSYPISKACH ŚMIECI. MOŻE, GDYBYM MIAŁ DZIECI, TO MYŚLAŁBYM INACZEJ, ALE WTEDY STAJE MI PRZED OCZAMI LIST, JAKI NAPISAŁ, SIEDZĄCY W CELI ŚMIERCI PODPUŁKOWNIK WOJSKA POLSKIEGO ŁUKASZ CIEPLIŃSKI, ZAMORDOWANY 1 MARCA 1951 r. LIST TEN NAPISAŁ DO SWEGO SYNA, A BRZMIAŁ ON TAK:
 
"ANDRZEJKU! WYMODLONY, WYMARZONY I KOCHANY MÓJ SYNKU. PISZĘ DO CIEBIE PO RAZ PIERWSZY I OSTATNI. W TYCH DNIACH BOWIEM MAM BYĆ ZAMORDOWANY. CHCIAŁEM BYĆ TOBIE OJCEM I PRZYJACIELEM. BAWIĆ SIĘ Z TOBĄ I SŁUŻYĆ RADĄ I DOŚWIADCZENIEM W KSZTAŁTOWANIU TWEGO UMYSŁU I CHARAKTERU. NIESTETY OKRUTNY LOS ZABIERA MNIE PRZEDWCZEŚNIE, A CIEBIE ZOSTAWIA SIEROTĄ. DLATEGO PISZĘ I PŁACZĘ. JA ODCHODZĘ - TY ZOSTAJESZ, BY W CZYN WPROWADZAĆ IDEE OJCA. (...) ODBIORĄ MI TYLKO ŻYCIE. A TO NIE NAJWAŻNIEJSZE. CIESZĘ SIĘ, ŻE BĘDĘ ZAMORDOWANY JAKO KATOLIK ZA WIARĘ ŚWIĘTĄ, JAKO POLAK Z POLSKĘ NIEPODLEGŁĄ I SZCZĘŚLIWĄ. JAKO CZŁOWIEK ZA PRAWDĘ I SPRAWIEDLIWOŚĆ.WIERZĘ DZIŚ BARDZIEJ NIŻ KIEDYKOLWIEK, ŻE IDEA CHRYSTUSOWA ZWYCIĘŻY I POLSKA NIEPODLEGŁOŚĆ ODZYSKA, A POHAŃBIONA GODNOŚĆ LUDZKA ZOSTANIE PRZYWRÓCONA. TO MOJA WIARA I MOJE WIELKIE SZCZĘŚCIE. (...) ŻEGNAJ MÓJ UKOCHANY. CAŁUJĘ I DO SERCA TULĘ. (...) OJCIEC"
 
 

 
 
PRZY CAŁKOWITYM BRAKU CHĘCI ZACHODU DO WYPARCIA ARMII CZERWONEJ Z POWROTEM POD MOSKWĘ, SAMODZIELNA WALKA GRUPKI ZAPALEŃCÓW BYŁA WIĘC TAK NAPRAWDĘ MISJĄ SAMOBÓJCZĄ I TYLKO MOŻNA BYŁO WYBRAĆ W JAKI SPOSÓB PRAGNIESZ ZGINĄĆ - Z BRONIĄ W RĘKU, SAMEMU ZADAJĄC SOBIE ŚMIERĆ, CZY TEŻ (PO NIELUDZKICH TORTURACH) W KATOWNIACH URZĘDU BEZPIECZEŃSTWA I INFORMACJI WOJSKOWEJ SKOŃCZYĆ Z PRZESTRZELONĄ GŁOWĄ.
 
ALE TO TYLKO OWI NIELICZNI, CAŁA RESZTA SPOŁECZEŃSTWA PO PROSTU CHCIAŁA ŻYĆ. ROZUMIEM TO. 
 
 


 
NOWA RZECZYWISTOŚĆ
CZYLI: "NIECH ŻYJE WÓDZ, SŁONECZKO STALIN..."
 
 
 
 
 
POCHÓD PIERWSZOMAJOWY
WARSZAWA
(początek lat 50-tych)
 

 
 
"CHARAKTERY"
OBRAZ WOJCIECHA FANGORA PROMUJĄCY NOWY TYP KOBIETY-PROLETARIUSZKI, WYKONUJĄCEJ TE SAME PRACE CO MĘŻCZYZNA 
I SPRZECIWIAJĄCEJ SIĘ DAWNEJ "ZGNIŁEJ BURŻUAZJI". 
W TYM CZASIE MODNE BYŁO HASŁO: "KOBIETY NA TRAKTORY!"
(1950)
 

 
 
 "BUDUJEMY NOWĄ KULTURĘ"
A CO SIĘ STAŁO ZE STARĄ?
CZYŻBY ZOSTAŁA ROZSTRZELANA W KATYŃSKIM LESIE ORAZ W TYSIĄCACH BEZIMIENNYCH MIEJSC, NA KTÓRYCH DO DZIŚ SPOCZYWA PIASEK ZAPOMNIENIA?




RUINY WARSZAWY A W TLE
PAŁAC KULTURY I NAUKI
"DAR STALINA" DLA WARSZAWY.
NIE ROZUMIEM DLACZEGO NIE MOŻNA TEGO KLOCA PRZYNAJMNIEJ PRZEBUDOWAĆ, ALBO TAK ZMIENIĆ, ABY CAŁKOWICIE ZATRACIŁ SWÓJ PIERWOTNY KSZTAŁT I ZNACZENIE?
(1955) 
 

 
 
 BUDOWA PAŁACU KULTURY I NAUKI
WARSZAWA
(1952)
 

 
 
WARSZAWA
PLAC KONSTYTUCJI
(1955)
 


 
 
BUDOWA MIASTA - NOWA HUTA
SZTANDAROWEGO DZIEŁA CZASÓW STALINIZMU
WARSZAWA
POCHÓD PIERWSZOMAJOWY ZE "SPONTANICZNYM" POPARCIEM MIESZKAŃCÓW DLA CELÓW PARTII I RZĄDU
(1952)
 

 
 
RZEŹBY I NAPISY UMIESZCZONE NA 
PAŁACU KULTURY I NAUKI
(MAŁA CIEKAWOSTKA, NA SAMYM DOLE TEJ TABLICY BYŁ JESZCZE TOWARZYSZ STALIN - A JAKŻE, ALE PO 1956 r. ZOSTAŁ "WYMAZANY". NAJWIDOCZNIEJ ÓW KNUR NIE PASOWAŁ JUŻ DO RESZTY ŚWIŃ)
  

 
 "REFORMA WALUTOWA"
CZYLI RABUNEK PIENIĘDZY, PRZEPROWADZONY W TAJEMNICY PRZEZ RZĄD (CZYLI TYCH, KTÓRZY "PEŁNILI OBOWIĄZKI POLAKÓW" WOBEC SWEGO MOCODAWCY Z MOSKWY) TAK, ABY ODEBRAĆ POLAKOM OSTATNIE OSZCZĘDNOŚCI
(1950)
 

 
 
NA RAZIE TYLE, ALE PONIEWAŻ DZIŚ PRZYPADA 4 LIPCA, CZYLI AMERYKAŃSKIE ŚWIĘTO NIEPODLEGŁOŚCI, JA RÓWNIEŻ PRAGNĘ ZŁOŻYĆ AMERYKANOM ŻYCZENIA Z OKAZJI ICH NARODOWEGO ŚWIĘTA
 
GOD BLESS AMERICA!
 
 
 
 
 


 
 
 
CDN.
  

poniedziałek, 4 lipca 2022

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! Cz. II

CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA

KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO

 
 
KILKA ZDJĘĆ PREZENTUJĄCYCH OBRAZY ŚWIATA, KTÓREGO JUŻ NIE MA, KTÓRY POCHŁONĘŁA LUDZKA NIENAWIŚĆ, CHORE IDEOLOGIE I MNÓSTWO CIERPIENIA. ŚWIAT TEN PRZETRWAŁ JEDNAK NIE TYLKO W PAMIĘCI OSTATNICH ŻYJĄCYCH JESZCZE ŚWIADKÓW TAMTYCH DNI, ALE RÓWNIEŻ W POSTACI ZDJĘĆ, OBRAZÓW A NIEKIEDY AUDYCJI RADIOWYCH LUB FILMÓW. DZIĘKI TEMU MOŻEMY DZIŚ UJRZEĆ NA WŁASNE OCZY ŻYCIE LUDZI W CZASACH NIE TAK ODLEGŁYCH JESZCZE, ALE ZE WZGLĘDU NA TRAGEDIE WOJENNE XX WIEKU I ZMIANY SPOŁECZNO-MENTALNE POWSTAŁE W ICH WYNIKU, WYDAJE SIĘ JAKOBY POWSTAŁY ONE W INNYM ŚWIECIE. DLATEGO TEŻ TERAZ PRAGNĄŁBYM KILKA Z OWYCH ZDJĘĆ ZAPREZENTOWAĆ JAKO DOWÓD ŻE POMIMO UPŁYWU LAT I WCIĄŻ ZMIENIAJĄCYCH SIĘ RZECZYWISTOŚCI - MY, POLACY
 
 
BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY!
 
 

 
 
WAKACJE, ACH WAKACJE!
 
 
   
PLAŻA WE WŁADYSŁAWOWIE
(1935)
 

 
 
 ZAKOPANE
(1939)
 

 
 
ZALESZCZYKI
(lata 30-te)
 

 
 
NA STRAŻY OJCZYSTYCH ZIEM
"MORZE, NASZE MORZE - WIERNIE CIEBIE BĘDZIEM STRZEC!"
STRZELEC 1 MORSKIEGO BATALIONU W WEJHEROWIE
(1937)
 

 
 
PIERWSZE OBCHODY ŚWIĘTA MORZA
GDYNIA - POCHÓD ULICĄ 10 LUTEGO
(1932)
 

 
 
PIERWSZE OBCHODY ŚWIĘTA MORZA
GDYNIA
PREZYDENT RZECZPOSPOLITEJ POLSKI
IGNACY MOŚCICKI NA POKŁADZIE ORP "MEWA"
(1932)
 

 
 
 PIERWSZE OBCHODY ŚWIĘTA MORZA
PRZELOT NIEMIECKIEGO STEROWCA "ZEPPELIN"
GDYNIA
(1932)
 

 
 
POMNI DAWNYCH TRADYCJI MORSKICH...
 



OBROŃCY POLSKIEGO MORZA Z NADZIEJĄ 
PATRZYLI W PRZYSZŁOŚĆ.
MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI W PORCIE W GDYNI
"Bez silnej floty ani nie zdobędziecie, ani nie utrzymacie kolonii"
(1931)
 

 
 
PREZYDENT RZECZPOSPOLITEJ POLSKI
IGNACY MOŚCICKI
NA POKŁADZIE ORP "MAZUR"
GDYNIA
(1937)
 

 
 
PREZYDENT RZECZPOSPOLITEJ POLSKI
IGNACY MOŚCICKI I KONTRADMIRAŁ JÓZEF UNRUG
NA POKŁADZIE ORP "MAZUR"
GDYNIA
(1937)
 

 
 
NISZCZYCIEL ORP "WICHER"
ŚWIĘTO MORZA
GDYNIA
(1932)
 

 
 
NISZCZYCIEL ORP "GROM"
ŚWIĘTO MORZA
GDYNIA
(1937)
 

 
 
 NISZCZYCIEL ORP "BŁYSKAWICA"
OKRĘT-MUZEUM
GDYNIA
 

 

 
 
WOJNA Z BOLSZEWIKAMI
STANOWISKO OGNIOWE POD RADZYMINEM
(1920)
 

 
 
WOJNA Z BOLSZEWIKAMI
PLACÓWKA 2 PUŁKU UŁANÓW GROCHOWIECKICH
(1920)
 

 
 
WOJNA Z BOLSZEWIKAMI
PRZYSIĘGA ŻOŁNIERZY PRZED PAŁACEM SASKIM
WARSZAWA
(1920)
 

 

 
 
WOJNA Z BOLSZEWIKAMI
POLSKA KAWALERIA W MARSZU PRZEZ UKRAINĘ
(1920)
 

 
 
WOJNA Z BOLSZEWIKAMI
OCHOTNICZA LEGIA KOBIET
(1920)
 
 
 
 


 
 
BAL SYLWESTROWY W KASYNIE 1 PUŁKU SZWOLEŻERÓW
NA PIERWSZYM PLANIE PO LEWEJ
gen. BOLESŁAW WIENIAWA-DŁUGOSZOWSKI
WARSZAWA 
(1932)
 
 
 

 
CDN.
 

sobota, 2 lipca 2022

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XXXVI

 HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY

DO ABDUL HAMIDA II

 


 

SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXV






 
ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. X
 


WIELKA PODRÓŻ

 
 Po klęsce w bitwie morskiej pod Prewezą (28 września 1538 r.) cały śródziemnomorski świat chrześcijański ogarnął prawdziwy strach przed potęgą Sulejmana, który konsekwentnie zmierzał ku Zachodowi i to zarówno na morzu, jak i na lądzie. Sułtański sztandar Mahometa powiewał już w Budzie (stolicy Węgier) skąd niedaleko było do Wiednia. Sułtan kontrolował też większość portów Morza Śródziemnego i całkowicie zdominował te wody - do tego stopnia, że przerażeni mieszkańcy Italii, Sycylii, Malty, Sardynii, Korsyki, Balearów, Aragonii, Walencji i Andaluzji wszędzie widzieli osmańskie lub berberyjskie okręty. W przerażeniu powtarzano sobie, że sułtan zamierza dokonać najazdu na Hiszpanię lub Italię i że na morzu jest niezwyciężony. Było to oczywiste, tym bardziej że Imperium Osmańskie dysponowało ogromnymi rezerwami ludzkimi, aprowizacyjnymi i materiałowymi, a świat chrześcijański był wewnętrznie skłócony, rozdarty i niegotowy do kolejnego starcia z islamem, tym bardziej że rajdy wzdłuż wybrzeży Andaluzji i Walencji osmańskiego gubernatora Algieru - Saliha Paszy, oraz wokół Balearów - Pijala Paszy, przyprawiały Karola V o ból głowy. Tak oto teraz sułtan pluł mu bezpośrednio w twarz i to praktycznie na jego własnej ziemi, jego, cesarza całego chrześcijańskiego świata, jego, uosobienie nowego Cezara (za jakiego się uważał) - to było nie do pomyślenia i dlatego król Hiszpanii i cesarz rzymski - Karol V Habsburg wpadł na pomysł uderzenia wyprzedającego, tak, aby odebrać Osmanom swobodę w poruszaniu się po zachodnich wodach Morza Śródziemnego. Najpierw (jak już wspomniałem w poprzedniej części) zamyślał on o przeprowadzeniu desantu bezpośrednio na Konstantynopol, ale szybko zdał sobie sprawę, że do takiego uderzenia potrzebne będzie wsparcie prawie całej chrześcijańskiej Europy, zatem plan ten okazał się nierealny. Ale był i drugi plan - atak na Algier, potężną twierdzę i port w południowo-zachodniej części Morza Śródziemnego, której zdobycie uniemożliwiłoby Turkom i Berberom rajdy i ataki na hiszpańskie wybrzeże. Plan co prawda jeszcze nie był dopracowany, ale Karol już postanowił i był pewien ostatecznego zwycięstwa.

Niestety, w tym czasie inne problemy spadły na jego głowę, które dla cesarza podobne były w swej wymowie do ataku Osmanów na Hiszpanię. Cóż to zatem było? Śmierć ukochanej małżonki Karola - królowej Izabeli Portugalskiej, która odeszła z tego świata dnia 1 maja roku 1539. W chwili śmierci miała zaledwie 35 lat, a żoną Karola pozostawała od 10/11 marca 1526 r. (para pobrała się bowiem nocą, podczas prywatnej ceremonii). Karol bardzo kochał swoją małżonkę i choć wielokrotnie ją opuszczał (polityka, wojny, podróże itd.) to zawsze starał się jej jakoś wynagrodzić swoją (często długoletnią) nieobecność (od 1526 do 1539 r. Karol łącznie spędził w podróży i na wojnach z dala od swej małżonki i dzieci jakieś siedem lat). Królowa jednak nie skarżyła się na swój samotny los (choć w listach, które pisywała do męża, pojawia się ogromna tęsknota za nim i pragnienie by jak najszybciej mogli się spotkać), choć nie potrafiła ukryć łez, gdy Karol planował kolejny wyjazd lub wojnę. Izabela urodziła Karolowi łącznie siedmioro dzieci - pięciu synów i dwie córki, ale tylko jeden syn i dwie córki przeżyły okres niemowlęctwa. Śmierć każdego z dzieci Izabela przeżywała bardzo mocno (najpierw, w lipcu 1530 r. zmarł siedmiomiesięczny Ferdynand, 29 czerwca 1534 r. Izabela urodziła martwego syna, następnie w marcu 1538 r. zmarł pięciomiesięczny Jan, a po raz ostatni królowa urodziła martwego syna - 21 kwietnia 1539 r., na kilka dni przed swoją śmiercią). Ostatni poród bardzo ją osłabił, tym bardziej że już wcześniej źle się odżywiała i bardzo schudła (niektórzy dworzanie twierdzili że wychudła tak bardzo, iż przestała przypominać kobietę). Nie wiadomo dokładnie co było przyczyną zgonu, ale można podejrzewać że królową osłabiły ciągłe podróże po kraju (szczególnie częste podczas nieobecności męża), które odbywała najczęściej z obawy przed wybuchającymi gdzieniegdzie lokalnymi epidemiami (najczęściej jeździła między Madrytem, Toledo, Ocaną, Valladolid i Burgos). Sporo wysiłku kosztowało ją ciągłe zmaganie się o pieniądze z Kortezami (szczególnie Aragonii i Andaluzji), a także wychowywanie dzieci (ponoć była sprawiedliwą, ale i twardą matką i wielokrotnie za ich przewinienia osobiście wymierzała dzieciom karę rózgi). Karol, gdy tylko opuszczał kraj, nakazywał swym poddanym we wszystkim być posłusznym: "najjaśniejszej, najdostojniejszej i największej cesarzowej i królowej Izabeli, naszej najdroższej i najukochańszej żonie". Miał też do niej całkowite zaufanie w sprawach polityki i wielokrotnie powierzał jej pełnomocnictwa regentki. Dlatego też śmierć Izabeli była dla niego prawdziwym ciosem (nadworny kronikarz - Alonso de Santa Cruz, pisał w tych dniach: "Gdyby zechcieć opisać ból, jaki Jego Cesarska Mość odczuł z powodu jej śmierci, tego nieszczęścia, byłaby to opowieść bez końca".




Swe żale cesarz opisywał potem w listach do siostry, namiestniczki Niderlandów i byłej królowej Węgier - Marii. Wychwalał w nich osobę Izabeli, porównując ją do świętych i pobożnych, a także rozpływał się w smutku nad jej stratą. Najgorsze było to, że panowanie rodu Habsburgów w Hiszpanii wcale nie było takie pewne, jako że Karolowi został teraz tylko jeden syn i następca - 12-letni don Felipe (przyszły król Filip II, który w 1588 r. wyśle swoją Wielką Armadę na podbój Anglii), oraz dwie młodsze córki - Maria i Joanna; ale król nie chciał nawet słyszeć o nowym ożenku (mimo że dotąd stracił aż czterech synów). Zamknął się w klasztorze Sisla na prawie dwa miesiące (do końca czerwca 1539 r.), gdzie w samotności przeżywał żałobę. Ale życie toczyło się dalej i nie dało zapomnieć o tym Karolowi. Będąc jeszcze w Sisla, otrzymał on wiadomość o buncie Gandawy, miasta we Flandrii, którego mieszkańcom bardzo nie spodobało się wymuszenie na nich podatków na wojnę z Francją w 1537 r. i postanowili zbuntować się przeciw władzy namiestniczki Marii - siostry Karola (a tak naprawdę przeciwko niemu samemu). Ten bunt był jawnie rzuconą rękawicą przeciw władzy królewskiej, czego Karol w żaden sposób nie mógł tolerować ani zbagatelizować. Musiał interweniować i choć niechętnie opuszczał klasztor Sisla, uczynił to aby ratować królestwo, którego dziedzicem miał być jego syn (jednak w międzyczasie, na początku lipca 1539 r. napisał do Marii list, w którym poprosił ją, aby ta - jeśli takowy posiada - przysłała mu obraz jego zmarłej małżonki, ponieważ - jak twierdził - on wcześniej nie zadbał oto, aby ją w taki sposób uwiecznić. Maria posłała bratu do Madrytu takowy obraz). W tym samym czasie cesarz gromadził wojsko, które ostatecznie miało zdławić bunt ludu Gandawy i zmusić go do uległości (łącznie było to ok. 5000 niemieckich najemników). Aby jednak można było wojsko to przetransportować do Flandrii, należało albo popłynąć drogą morską wzdłuż wybrzeży Francji, albo też przejść przez Francję. To ostatnie było możliwe, w końcu pomiędzy obu krajami znów panował pokój (od czerwca 1538 r.). Król Franciszek sam wyszedł z propozycją przejazdu Karola przez jego kraj, czego cesarz nie mógł (wiązałoby się to z obrazą króla Francji i zapewne nową wojną) i nie chciał odrzucić. Umożliwiało mu to bowiem swobodne przejście aż do Flandrii, dlatego też skwapliwie skorzystał z francuskiej propozycji gościnności (jednak wcześniej uzyskał Karol od Franciszka zapewnienie, że podczas jego wizyty we Francji nie będą poruszane sprawy polityczne) i z końcem listopada 1539 r. cesarz ruszył na Północ.




Była to już jego czwarta w życiu wizyta we Francji. Po raz pierwszy wybrał się tam, będąc jeszcze młodzikiem (16 lat) w 1516 r. Dwadzieścia lat później zjawił się tam ponownie z wojskiem, atakując Prowansję, a wkrótce potem (1538 r.) przybył do zamku Aigues-Mortes na spotkanie z Franciszkiem. Teraz wyprawiał się po raz czwarty do kraju jego wroga, którego jednak osobiście szanował (a nawet długo podziwiał, jednak ów podziw skończył się po 1526 r. gdy Franciszek nie dotrzymał umowy, podpisanej w madryckiej niewoli, oddającej Karolowi księstwo Burgundii. Dla Karola - który wychowywany był w duchu honoru i średniowiecznego ideału sprawiedliwego władcy-rycerza - przysięga na swój honor i jej niedotrzymanie było potworną obrazą, całkowicie eliminującą danego człowieka z kręgu ludzi godnych zaufania i szacunku). Jednak w czasach o których mówimy, Karol nie nazywał Franciszka inaczej, niż: "podłym i złym" (Franciszek bowiem kierował się zupełnie innym systemem wartości - miał liczne kochanki i na potęgę zdradzał swoje żony [pierwszą i drugą], podczas gdy Karol był wierny jednej wybrance swego serca. Franciszek był też pragmatykiem i kierował się korzyścią, a Karol znacznie więcej pochłonięty szczytnymi ideałami - często potem dostawał od życia kopa w d...ę). Cesarz Karol przekroczył więc Pireneje i pomaszerował na Północ w stronę Bordeaux. Na całej trasie jego przejazdu Franciszek zadbał, by powitać go z najwyższym uznaniem, dlatego też tam, gdzie pojawiał się Karol, tam witano go wystrzałami armatnimi, wznoszono dla niego łuki triumfalne, odbywały się publiczne powitania, przemowy burmistrzów, bicie w kościelne dzwony, uwalnianie jeńców z więzień itp. Karol przemierzał trasę Bordeaux-Poitiers-Blois-Orlean w towarzystwie synów króla Franciszka - 20-letniego Henryka (Delfina Francji) i 17-letniego Karola (księcia Orleanu). W Orleanie powitał go ze swą małżonką Eleonorą (siostrą Karola) król Franciszek, i już razem 21 grudnia 1539 r. opuścili to miasto. Na Zamku w Fontainebleau król Francji powitał swego gościa w sposób szczególny. Otóż kazał przemienić tamtejszy ogród w prawdziwie czarodziejski las, pełen faunów, satyrów, driad, które pojawiały się i znikały, tańczyły i śpiewały przy akompaniamencie trąb i piszczałek. Przed zamkiem wznosił się łuk triumfalny, na którym umieszczono postaci króla i cesarza w rzymskich togach i z liśćmi wawrzynu na głowach, w otoczeniu symboli pokoju i zgody.

Wystrojem Zamku w Fontainebleau zajmowała się królewska metresa - Anna de Pisseleu d'Heilly, księżna d'Étampes (jako ciekawostkę powiem, że owa piękna blondynka weszła w konflikt z królewskim architektem, Włochem - Benvenuto Cellinim, i to dlatego, iż ten stracił do niej cierpliwość, gdy po swym przyjeździe do Francji postanowił się jej przypodobać i aby nie wchodziła mu w drogę - wymyślając jakieś nowe pomysły - udał się do niej, niosąc w darze srebrną wazę. Niestety jednak, przyszedł o świcie, gdy księżna d'Étampes jeszcze spała, a potem długo się ubierała, potem udała się na śniadanie i tak aż do wieczora nie znalazła dla biednego Celliniego czasu. Ten, rozdrażniony tym nietaktem, poszedł do kardynała de Lorraine, aby to jemu sprezentować ową wazę, a w księżnej miał odtąd Benvenuto Cellini zagorzałego wroga). Oczywiście księżna d'Étampes była wówczas obecna w Fontainebleau, gdy przebywał tam cesarz Karol V. To ona miała urządzić dla niego sypialnie (choć prywatnie go nie lubiła i raczej namawiała króla Franciszka do ciągłej konfrontacji z Karolem, ale zapewne nie o Karola jej chodziło, a o siostrę tego, a żonę Franciszka - królową Eleonorę, która w tym czasie już nie gościła w sypialni swego małżonka), a wybrano na ten cel apartament w pawilonie pieców (Franciszek był dumny z owego pawilonu, do którego kazał z Niemiec sprowadzić piece - wówczas była to zupełna nowość we Francji, gdyż Francuzi nie używali piecy tylko kominków). Kolejne dni upływały na polowaniach, festynach, balach (często trwających aż do rana), tak iż niektórzy nie mieli czasu nawet się wyspać (jak bowiem pisał w swej kronice Pedro Giron: "Cały czas spędzano na łowach, noce zaś na tańcach"). Doszło tam wówczas do pewnego incydentu, który mocno zniesmaczył cesarza Karola. A mianowicie podczas przejażdżki konno, młodszy syn króla Francji - Karol, książę Orleanu zsunął się nagle ze swego siodła i wskoczył poza siodło Karola V, objął go wtedy w pasie oburącz i rzekł: "Teraz jesteś moim niewolnikiem". Karol V był z tego wyraźnie niezadowolony, tym bardziej że francuscy dworzanie widzieli całą tę sytuację i Karol poczuł się tym upokorzony.




Dnia 1 stycznia 1540 r. cesarz Karol w towarzystwie króla Franciszka i jego dworu wjechał do Paryża. Pod baldachimem ze złotogłowia, w czarnym stroju, jedynie z naszyjnikiem Zakonu Złotego Runa na piersi, kierował cesarz swe pierwsze kroki ku Katedrze Notre-Dame, by tam wziąć udział w nabożeństwie. Następnie - w towarzystwie króla Francji - udał się do Pałacu Królewskiego (który został mu oddany na rezydencję), a zaraz potem odprawiono ucztę, po której panie i panowie w maskach odtańczyli tańce mauretańskie. Kolejne dni wyglądały podobnie, rano msza święta, potem polowanie, potem uczta, potem gry i zabawy, następnie tańce aż do późnej nocy. Gdy w połowie stycznia orszak Karola V wkroczył do Flandrii, wciąż obecni byli przy nim synowie Franciszka i inni dworacy tego króla, a to oznaczało że "wesoły pochód" trwał w najlepsze (polowania, uczty, zabawy, tańce) i doszło do tego, że Hiszpanie pragnęli już, by Francuzi wreszcie odjechali i można było zakończyć te szalone rozrywki (Pedro Giron pisał: "Powiadają, że Delfin i książę Orleanu wyrusza jutro do Francji, i bardzo byśmy tego pragnęli, bo dość już mamy uroczystości, te bowiem, które się odbyły, wystarczą nam na całe życie" (Francuzi wyjechali po wejściu orszaku cesarskiego do Valenciennes w Niderlandach). Karol V i Hiszpanie z jego orszaku, mieli jednak bardzo pozytywne wrażenia z podróży po Francji, a sam Paryż wywarł na nich nie małe wrażenie (pytanie tylko czy samo miasto, czy też Paryżanki, które licznie wypełniały ulice i okna pobliskich domostw, wiwatując na cześć cesarza). Wiadomo że Karol odwiedził Notre-Dame i Sainte Chapelle oraz wieżę Saint-Jacques (lubił zresztą antyki, np. będąc w Rzymie przechadzał się nocami wśród ruin Forum Romanum, zaś w Grenadzie, pośród murów dawnej Alhambry kazał wybudować swój nowy Pałac).

14 lutego 1540 r. cesarz Karol V (wraz ze swą siostrą Marią) wkroczył do Gandawy, a trzy dni później powołał trybunały sprawiedliwości, które zaczęły skazywać mieszkańców miasta pod zarzutem buntu i zdrady - zapadło też wiele wyroków śmierci. 29 kwietnia cesarz odebrał miastu dotychczasowe przywileje, herb oraz nałożył na miasto wysoką kontrybucję, ale aby jeszcze bardziej upokorzyć mieszkańców, nakazał by publicznie proszono go o zmiłowanie. 3 maja ulicami Gandawy przeszła procesja błagalników - mężczyzn ubranych na czarno, z odkrytymi głowami i boso; orszak zamykali skazańcy, którzy usłyszeli wyrok śmierci, szli więc przez miasto ze stryczkiem na szyi. Cesarz błagalników - idących ku niemu na kolanach - przyjął, siedząc na tronie w pałacu w Gandawie. Łaskawie przebaczył buntownikom, dając im jednak do zrozumienia że to on jest panem i jeśli jeszcze raz coś podobnego się powtórzy, miasto zostanie zniszczone. Kazał też usunąć część murów miejskich i wznieść tam nowy Zamek dla siebie, jako przykład swej niepodzielnej władzy nad miastem i całą Flandrią. Wracając w drogę powrotną do Hiszpanii (gdzie władzę regenta powierzył swemu 13-letniemu synowi Filipowi, dodając mu w charakterze doradcy, starego i sprawdzonego pomocnika królowej Izabeli - kardynała Juana Pardo de Tavera) Karol obmyślił sposób na zaprowadzenie trwałego pokoju pomiędzy Francją, Hiszpanią i Cesarstwem, a polegać on miał na małżeństwie księcia Orleanu z Marią, córką Karola, która otrzymałaby od ojca w posagu całe Niderlandy. Wówczas (w zamian za zrzeczenie się Franciszka praw do Mediolanu), Francja otrzymałaby Niderlandy, a książę Orleanu dostałby również Burgundię. Franciszek jednak odmówił przyjęcia tej propozycji, gdyż nie zamierzał rezygnować z praw do Italii, a szczególnie Mediolanu. Karol powrócił do Hiszpanii niezadowolony, gdyż zdawał sobie doskonale sprawę, że konflikt z Francją nie jest zakończony i że wkrótce znów wybuchnie z nową siłą.

A tymczasem nad Bosforem, stary lis - Tommaso Contarini wciąż domagał się zwrotu twierdz i wysp, które Turcy zdobyli w niedawnej kampanii, a sułtan żądał (w zamian za dopuszczenie kupców Serenissimy do handlu w Konstantynopolu i całym Imperium Osmańskim) oddania twierdz Nauplionu i Monemwazji (które wciąż się broniły przed ostrzałem gubernatora Morei - Kazima Paszy). Rozmowy stanęły w martwym punkcie a Republice św. Marka bardzo zależało na odnowieniu handlu, dlatego też w lipcu 1540 r. odwołano starego 89-letniego Contariniego i na na jego miejsce wysłano senatora - Luigi Badoero. Posyłane mu z Wenecji instrukcje, miały co prawda żądać zwrotu zagrabionych wysp, ale jeśli poseł Serenissimy uznałby, że nie ma na to najmniejszych szans, miał podpisać pokój na takich warunkach, na jakie przystanie sułtan (co ciekawe, wiadomość o owych instrukcjach dotarła do Turków przez Francuzów, a konkretnie przez francuskiego ambasadora w Wenecji - Guillaume'a Pallisiera, który to dostał je od Agostina Abbondia, a jemu przekazali te wiadomości sekretarz Rady Dziesięciu - Constantin Cavazza i jego brat, sekretarz Senatu - Nicolo Cavazza). Gdy Turcy dowiedzieli się, że Wenecja pragnie pokoju za wszelką cenę, to oczywiście utwierdzili się na swoich warunkach i dopiero 20 października 1540 r. podpisany został w Konstantynopolu pokój, na mocy którego (w zamian za Nauplion i Monemwazję) Wenecjanie ponownie mogli handlować z całym muzułmańskim Orientem (potem wydało się, kto stał za przeciekami tajnych instrukcji dla Badoero i nakazano ich aresztowanie. Agostino Abbondio schronił się w weneckiej ambasadzie Francji, ale zbrojni wyłamali bramy ambasady i pomimo protestów Pallisiera wdarli się do budynku, aresztowali Abbondino i postawili przed sądem - podobnie jak dwóch kolejnych zdrajców. Wszyscy oni zostali straceni). Nie wiadomo zaś, czy sułtan podziękował królowi Franciszkowi za tę wiadomość, choć wiadomo że w listach do niego, Sulejman tytułował Franciszka... "królem prowincji francuskiej". A tymczasem z końcem 1540 r. w haremie miało miejsce radosne wydarzenie. Oto bowiem sułtanka Mihrimah, która niedawno wyszła za mąż za Rustema Paszę, była w ciąży. Dziewczynka, która urodzi się w 1541 r., będzie oczkiem w głowie sułtana Sulejmana.   
 




 
 
 CDN.