Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 25 czerwca 2023

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. XXVIII

NIM JESZCZE 
NAD KONSTANTYNOPOLEM
ZAŁOPOTAŁ ZIELONY
SZTANDAR MAHOMETA





III

RZYMIANKA Z WYBORU

(W TROSCE O SYNA)

Cz. II







KRÓL KRÓLÓW
Cz. II


 Po zawarciu umowy (20 r. p.n.e.) pomiędzy Gajuszem Cezarem Oktawianem Augustem a królem Partów -  Fraatesem IV, dla obu stron owe porozumienie okazało się niezwykle korzystne. Oktawian zyskał sławę zwycięzcy, który bez wyciągnięcia miecza potrafił zmusić Partów do uległości i zajął Armenię (wybito bowiem wówczas w Rzymie monety z napisem "Armenia capta"). W Rzymie z tej okazji wzniesiono na Forum Romanum łuk triumfalny przez który jednak zwycięski Oktawian nie przejechał, gdy 12 października 19 r. p.n.e. wrócił do Rzymu po powrocie z inspekcji wschodnich prowincji. Stało się tak, ponieważ Oktawian pragnął uniknąć uroczystej owacji jaką szykowano na jego cześć i wjechał do miasta nocą, a zarówno senatorowie jak i lud dowiedzieli się o tym dopiero około południa, gdy imperator był już w swoim domu na Palatynie od kilku godzin. Senat jednak dzień jego powrotu do miasta (po trzech latach nieobecności) uznał za "dzień święty" i wyznaczył coroczne obchody igrzysk zwanych Augustaliami. Wzniesiono wówczas też ołtarz Fortuny Redux (Bogini Dobrego Powrotu). W tym też czasie ukończył budowę akweduktu zwanego Aqua Virgo rówieśnik, przyjaciel i zięć Oktawiana - Marek Agryppa, a przybyłe wówczas z Indii poselstwo, przywiozło ze sobą (prócz innych darów m.in. ogromnych węży) wówczas, po raz pierwszy widzianego w Rzymie tygrysa (notabene jeszcze w Atenach jeden z przedstawicieli tego poselstwa imieniem Zarmatos, publicznie stwierdził, że życie straciło dla niego sens i informując o tym fakcie wszystkich obecnych, kazał rozpalić ogromny stos, po czym wskoczył w płomienie i zginął. Oktawian ponoć widział to na własne oczy będąc jeszcze w Atenach. Zresztą podczas swej podróży po Wschodzie, przybrany syn Juliusza Cezara był świadkiem kilku innych, równie nieprzyjemnych wydarzeń. Gdy bowiem przebywał na Samos, mieszkańcy Cyzyku urządzili - praktycznie tuż pod jego nosem - rzeź obywateli rzymskich którzy mieszkali w tym mieście, Oktawian musiał ich za to srogo ukarać. Potem będąc w Atenach, spotkał tam Wergiliusza - twórcy sławnej Eneidy, który szukał w Grecji inspiracji dla swej poetyckiej twórczości, ale spotkawszy orszak Imperatora, postanowił wraz z nim powrócić do Rzymu. Wcześniej jednak pojechał zwiedzić pobliską Megarę i w czasie dużych upałów doznał tam udaru słonecznego i zasłabł. Wracając do Rzymu był już ledwie żywy, a zmarł 21 września 19 r. p.n.e. w Brundyzjum, zaraz po przybyciu do Italii).

Korzyści z zawartego z Rzymem układu odniósł jednak również i król Fraates IV, który co prawda musiał zwrócić znaki legionowe zdobyte na Krassusie, Saksie i Antoniuszu, ale za to zyskiwał trwały pokój z Rzymem. Poza tym Oktawian ofiarował mu również piękną niewolnicę o imieniu Musa, która bardzo szybko zdominowała wszystkie pozostałe cztery żony króla z jego haremu. I chodź Fraates IV miał już wcześniej kilku synów, to jednak zrodzony w 19 r. p.n.e z Musy syn o imieniu Fraatakes, stał się jego ulubieńcem. Pozycja Musy jako matki następcy tronu, rosła z każdym kolejnym rokiem, aż ok 10 r. p.n.e. w wyniku jej knowań Fraates odesłał swoich czterech synów (Seraspadenesa, Rhodaspesa, Fraatesa i Wononesa - wraz z żonami dwóch ostatnich i ich czterema synami) do Syrii, powierzając opiekę nad nimi namiestnikowi Syrii - Markowi Titiusowi. Książęta mieli zostać przewiezieni do Rzymu, gdzie wieść mieli spokojny i ostatni tryb życia z dala jednak od polityki i rodzinnego kraju. Tym samym Fraates IV otwarcie wybrał kandydata na swego następcę, którym okazał się właśnie syn Musy. W tym czasie granica wpływów Imperium Rzymskiego i Królestwa Partów biegła od Armenii po Eufrat, przy czym to co było na zachód od tej linii (wraz z Armenią jako królestwem zależnym od Imperium) należało do Rzymu, a na wschód do Partów. Państwo Partów nie było jednak jednością, nie było królestwem scentralizowanym, a jak pisałem w poprzedniej części składało się z wielu pomniejszych królestw (Media Atropatene, Adiabene, Osroene na północy i zachodzie kraju, oraz Elimais, Characene i Persia na południu oraz wschodzie) których to władcy byli lennikami króla Partów, piastującego również tytuł: Króla Królów.




Musa zaś, po prawie dwudziestu latach życia z Fraatesem IV (który ją wyzwolił i uczynił królową, spychając na dalszy plan inne swoje żony), ok. 2 r. p.n.e. otruła swego męża, aby wprowadzić na tron syna Fraatakesa, który objął władzę jako Fraates V. Realnie jednak rządziła jego matka (na monetach bitych wówczas w kraju Partów - greckie drachmy i tetradrachmy - występuje ona zawsze u boku swego syna), dla której tytuł królowej to było za mało, postanowiła więc nazwać siebie boginią, przyjmując tytuł Thea Musa (czyli Bogini Musa), jak również tytuł Urania (Niebiańska). Zdobyła pozycję jaką nigdy wcześniej w kraju Partów, czy też w Persji Achemenidów, ani nigdy potem nie miała żadna kobieta. Uczyniła to zapewne aby uprawomocnić władzę jej syna, gdyż ona sama wśród niechętnych jej dworzan była wciąż nazywana niewolnicą a Fraatakes synem niewolnicy. Zdając sobie sprawę z tego faktu i wiedząc że w Rzymie przebywają legalni synowie Fraatesa IV którzy mają większe prawa do tronu niż on, od początku swego panowania prowadził Fraates V politykę antyrzymską, sądząc że Rzymianie będą grali kartą jego braci aby pozbawić go władzy. Aby udowodnić że ma prawo do korony Partów, wkrótce po swym wstąpieniu na tron najechał zbrojnie Fraates V Armenię i wypędził stamtąd  dotychczasowego władcę zależnego od Rzymu - Artawazdesa III (2 r. p.n.e.). Wobec takiego pogwałcenia zawartego pokoju zaprotestował Oktawian August, wkrótce potem do Rzymu przybyło partyjskie poselstwo, ale nie udało się dojść do porozumienia. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta a Oktawian wysłał do Fraatesa list, w którym "zapomniał" zatytułować go królem i zażądał wycofania się z Armenii. W odpowiedzi Fraates również wysłał list do Rzymu, w którym Oktawiana nazwał tylko cezarem i domagał się wydania jego czterech braci, co od prawie dekady przebywali w Rzymie. 

W tej zagmatwanej plątaninie listów i not dyplomatycznych, coraz bardziej na horyzoncie kiełkowała nowa wojna na Wschodzie, której Oktawian August starał się uniknąć. Posłał więc na wschód swego najstarszego wnuka 19-letniego Gajusza Juliusza Cezara, z zadaniem rozwiązania w sposób pokojowy sprawy partyjskiej (1 r. p.n.e.). Młody Gajusz był już dotąd konsulem (w wieku lat 14), przywódcą młodzieży, członkiem zakonu pontyfików, senatorem i dowódcą jazdy a August widział w nim swego następcę (jego popiersia i posągi były wystawiane w wielu miastach Italii i prowincji, a jego władza w tak młodym wieku była ogromna). Obejmując teraz władzę prokonsularną i zdążając na Wschód, spotkał się młody Gajusz na wyspie Chios z przebywającym wówczas od pięciu lat na wygnaniu na Rodos - synem Liwii (małżonki Augusta) Tyberiuszem. Żył on na Rodos niczym pustelnik, unikając kontaktu z ludźmi (szczególnie z Rzymianami, którzy jeśli tam przebywali to tylko po to, aby prawić mu kłamane grzeczności, widząc iż jego kariera dobiegła już końca). Teraz Tyberiusz postanowił spotkać się z Gajuszem, aby życzyć mu sukcesów w jego kampanii na wschodzie, ten jednak przyjął go bardzo chłodno. Wkrótce potem z Rzymu przyszła wiadomość, że pojawiły się pogłoski iż Tyberiusz planował wpłynąć na nastroje legionów którymi niegdyś dowodził w Germanii, aby te utorowały mu drogę do władzy. Oktawian August nigdy zbytnio nie lubił Tyberiusza. Nie znosił jego charakteru i tolerował go tylko ze względu na Liwię. Teraz jednak oskarżenie było poważne i mogło wiązać się z wyrokiem śmierci. Dlatego też przerażony Tyberiusz słał listy do Augusta, domagając się (a raczej prosząc) by przysłano na Rodos nadzorcę wszystkich jego słów i czynów. Wcześnie starał się podkreślić iż zrywa z polityką i odtąd pragnie żyć jako człowiek prywatny.




Tymczasem zdążający na wschód Gajusz wcale się zbytnio nie śpieszył aby spotkać się z fratesem. Rozmiłowany w zawodach sportowych i konkursach (w Rzymie np. mierzył się w pojedynkach z gladiatorami aby udowodnić swoją odwagę i sprawność fizyczną. Oczywiście wiadomym było że żaden z gladiatorów nie może go zranić, jeśli nie chce stracić życia). Tak więc dwa pierwsze lata po swym wyjeździe z Rzymu (1 r. p.n.e. - 1 rok naszej ery - należy też pamiętać że nie było roku zerowego, tak więc zaraz po pierwszym roku przed naszą erą nastał pierwszy rok naszej ery - przynajmniej według tych, którzy w VI wieku ustalili współczesny kalendarz. Zresztą Rzymianie tak w ogóle nie znali zera i dopiero przyjęcie cyfr arabskich zmieniło tę sytuację) młody Gajusz Cezar spędził w Grecji, w Azji Mniejszej, w Egipcie, w Syrii i w Palestynie (odbyć miał nawet wyprawę do Arabii) poświęcając się tam innym rozrywkom niż polityka czy dyplomacja. Z Fraatesem spotkał się dopiero z końcem 1 roku naszej ery (wówczas to jego dziadek, Oktawian August wysłał doń list, w którym pisał: "Witaj, mój Gajuszu, mój osiołku najmilszy, do którego zawsze tak bardzo tęsknię, kiedy nie ma Cię przy mnie. Ale moje oczy pragną widoku Gajusza najbardziej w takich dniach jak dzisiejszy; tego Gajusza, który, gdziekolwiek jest tego dnia, z pewnością w dobrym nastroju i zdrowiu obchodził 63 rocznicę moich urodzin. Jak widzisz, przeszedłem próg wspólny wszystkim ludziom starszym i ukończyłem lat 63. Proszę bogów, abym mógł spędzić w zdrowiu i przy wielkiej pomyślności Rzeczypospolitej ile tam jeszcze zostało mi życia; a Wy obaj abyście stali się dojrzałymi mężczyznami i przejęli mój posterunek" (August pisał tutaj zarówno o Gajuszu jak i o jego młodszym bracie Lucjuszu - obaj byli synami jego córki Julii i najlepszego przyjaciela Marka Agryppy). Fraates zrezygnował z żądania wysłania doń jego braci (co oczywiście wiązałoby się z ich egzekucją) i zgodził się wycofać z Armenii aby ocalić pokój. Był to duży sukces Gajusza, porównywalny z tym, co przed dwudziestu laty osiągnął jego dziadek. 

Na początku 2 roku naszej ery nad brzegiem Eufratu wyprawiono wspólne rzymsko-partyjskie przyjęcie, mające przypieczętować zawarte porozumienie. Tam wówczas wyszła afera związana z działalnością Marka Lolliusza (osobistego wroga Tyberiusza, będącego jednym z doradców Gajusza Cezara na Wschodzie). Miał on pobierać łapówki od najróżniejszych okolicznych książąt (dzięki czemu jego majątek wzrósł niewspółmiernie i to do tego stopnia, że nawet po jego egzekucji jego rodzina żyła w nieprawdopodobnym wręcz  luksusie). Rozczarowany doń, Gajusz skazał go na śmierć i polecił mu wypić truciznę. Ponieważ jednak Lolliusz był wrogiem Tyberiusza, Gajusz zgodził się na opuszczenie przez niego Rodos i powrót do Rzymu (Oktawian August dał mu bowiem władzę zdecydowania o dalszym losie Tyberiusza). Gajusz Cezar zaś osadził na tronie Armenii Ariobarzanesa II (2 rok) szybko jednak w wybuchł przeciwko niemu bunt podsycany przez Partów. Zwabiony podstępem na rozmowy przez przywódcę owego buntu Abbadona, otrzymał Gajusz Cezar nieprzyjemną ranę i ledwie uszedł z życiem (wrzesień 2 r.). Co prawda bunt został stłumiony, ale rana - którą otrzymał młody Cezar - nie chciała się zagoić, co rodziło w nim zniechęcenie i frustrację. Wreszcie w 3 roku w liście do dziadka Gajusz postanowił zrezygnować z dalszej kariery politycznej. Oktawian starał się go pocieszyć i namawiał aby wrócił do Italii gdzie jego stan zdrowia (zarówno fizycznego jak i psychicznego) zapewne się poprawi, ten jednak odmówił. Zmarł w lutym 4 roku w Licji w wieku 23 lat (wcześniej, bowiem w sierpniu 2 roku zmarł w Massalii (Marsylii) w wieku 18 lat, jego młodszy brat Lucjusz Cezar, tym samym August w krótkim czasie stracił dwóch swoich wnuków i pozostał mu wówczas najmłodszy i ostatni wnuk Marek Agryppa Postumus ("Pogrobowiec" - bo urodził się już po śmierci swego ojca Marka Agryppy), który w 4 roku naszej ery liczył sobie zaledwie 15 lat.




A tymczasem w kraju Partów wzrastała opozycja wobec coraz mniej popularnej pro-rzymskiej polityki, uprawianej przez Fraatesa V i jego matkę Musę, która samoistnie nazywała się boginią, a którą wszyscy wielcy dworzanie mieli za niewolnicę. W 4 roku doszło do buntu przeciw władcy i obalenia Fraatesa V. On i jego matka zbiegli najpierw do Syrii, a potem do Rzymu, gdzie zostali przyjęci przez Augusta i gdzie pozostali już do końca życia. W miejsce obalonego króla wybrali Partowie niejakiego Orodesa III, który co prawda pochodził z rodu Arsacydów, ale jego związki Fraatesem IV i jego poprzednikami są nieznane. Nowy król panował zresztą krótko, bo zaledwie 2 lata, po czym został zamordowany, a w jego miejsce obrano jednego z synów Fraatesa IV - Wononesa I, który dotąd przebywał w Rzymie. Nowy król nie zyskał jednak poparcia swych poddanych, gdyż raziły ich jego rzymskie zwyczaje, Partia więc znowu pogrążyła się w wojnie domowej, gdy przeciwko niemu wystąpił (ok. 10 roku) niejaki Ardawan -  którego matka pochodziła z rodu Arsacydów. Ostatecznie to on zwyciężył i ok. 12 roku koronował się w Ktezyfonie (jako Ardawan II) na Króla Królów. Wononesa zaś uciekł do Armenii, gdzie zszedł na tamtejszym tronie (12 r.). Gdy w 14 roku zmarł Oktawian August a władzę w Imperium objął jego pasierb Tyberiusz, Ardawan uznał że nadarzyła się okazja aby usunąć Wononesa z Armenii i tym samym podporządkować sobie ten kraj. W tym czasie jednak wytworzyła się silna polaryzacja na partyjskim dworze. Część wielmożów bowiem wspierała starą, pierwotną linię Arsacydów (której ostatni przedstawiciele w większości przebywali w Rzymie, a tym samym była to partia pro-rzymska), Druga zaś część opowiedziała się po stronie Ardawana, tym samym wspierając boczną linię (po kądzieli), reprezentującą politykę anty-rzymską. Ardawan już ok. 16 roku opanował zbrojnie Armenię i wypędził stamtąd Wononesa (który z biegł do Syrii a w roku następnym został tam zabity).

Tyberiusz w tej sytuacji odwołał swego bratanka - Germanika (ojca późniejszego cesarza Kaliguli i Agrypiny Młodszej - matki Nerona) z dowództwa w Germanii i skierował go na wschód (17 r.). Ten niezwykle popularny w Rzymie syn Druzusa (młodszego brata Tyberiusza), z początkiem 18 roku rozpoczął działanie zbrojne i wkroczył do Armenii, osadził na tamtejszym tronie Zenona z Pontu pod imieniem Artaksjasa i zmusił Ardawana do wycofania się. Nie mogąc odnieść zwycięstwa, król Partów przystąpił więc do rozmów pokojowych, które zaczęły się z początkiem 19 roku i zakończyły oficjalnym uznaniem dotychczasowego status quo na linii Armenia-Eufrat. Po zawarciu tego pokoju przez kolejne 16 lat w stosunkach Rzymu z Partami panował pokój, a Ardawan zajęty był walkami toczonymi na wschodzie swego kraju. Warto też dodać że w 18 roku w Mezopotamii, nieopodal Babilonu wybuchło powstanie miejscowych Żydów przeciwko Partom. Powstaniu temu przewodzili dwaj bracia - Anilai i Asinai (którzy będąc wcześniej zwykłymi rzezimieszkami, stali się nagle przywódcami walczącymi o wyzwolenie religijne i narodowe). Ardawan pod wpływem ich sukcesów i determinacji w tym że 18 roku przyznał im prawo do stworzenia własnego księstwa (zależnego od władzy Ardawana tylko symbolicznie). Państwo otrzymało nazwę Nehardea i mieściło się kilka kilometrów na zachód od Ktezyfontu (głównej siedziby władców Partii, aczkolwiek nie jedynej). Państwo to miało być swoistym żydowskim królestwem narodowym (oczywiście królestwem bez króla, rządzonym w sposób dyktatorski przez owych dwóch braci). Gdy zaś Anilai poślubił córkę jednego z partyjskich wielmożów, coraz bardziej oddalał się od religii mojżeszowej i przybliżał do religii swej nowej małżonki, czyli do zaratusztranizmu. Asinai nie mógł się z tym pogodzić i często krytykował brata za jego odstępstwo od wiary przodków. Gdy Asinai został otruty przez żonę Anilaia, władza w owym żydowskim państewku zupełnie się zanarchizowała a ludność - pozbawiona stabilnej władzy - uciekała stamtąd. Tak więc po piętnastu latach istnienia Nehardei w 33 roku (czyli jak głosi większość przekazów - choć oczywiście nie wszystkie - w roku ukrzyżowania, śmierci i zmartwychwstania w Palestynie Jezusa Chrystusa, według mnie zaś rok śmierci Mistrza należy cofnąć o 3 lata, do 30 roku naszej ery), państwo to oficjalnie już przestało istnieć.




CDN.

sobota, 24 czerwca 2023

DZIEŃ OJCA...!

CZYLI KIM JEST TATA?


Dziś Dzień Ojca. Warto więc się zastanowić kim w dzisiejszych czasach (zresztą w dzisiejszych czy w dawniejszych również) jest tata, jaką ma rolę do spełnienia i czy jego obecność przy dziecku jest ważna (bowiem jak wiadomo ojciec jest tak samo ważny jak matka, jak matka gdzieś wyjedzie to nawet ważniejszy 😅).




Ja swojego tatę straciłem 17 lat temu (jak ten czas szybko leci), nagle i w sposób gwałtowny, gdy zginął zgnieciony przez dwa autobusy i skonał na moich rękach. Zawsze jednak miałem z nim lepszy kontakt niż z mamą, jakoś tak potrafiliśmy nadawać na tych samych falach. Teraz tylko zostały mi już wspomnienia, a życie toczy się dalej. I tak być musi, po to bowiem tu jesteśmy, żeby żyć, doświadczać i nim sami opuścimy ten świat będziemy świadkami innych odejść, naszych rodziców, bliskich, a czasem naszych dzieci (co jest szczególnie bolesne). Żal bowiem, który nas trapi z powodu odejścia najbliższym nam osób, często jednak tłumi w nas świadomości, że śmierć nie jest wcale zła, śmierć jest najpiękniejszą rzeczą jaką możemy doświadczyć jeszcze na tym łez padole i nie przypomina w niczym truposza z kosą. Taki właśnie obraz śmierci został wytworzony przez ludzi całkowicie i obsesyjnie wręcz miłujących życie, które przecież jest tylko jedną chwilką, mgnieniem dosłownie w nieskończonym trwaniu naszego istnienia. Jest ważne, gdyż to tutaj właśnie uczymy się co to jest ból, złość, nienawiść, niechęć i odrzucenie ale również radość, śmiech, życzliwość i miłość. Jest formą lekcji którą przeżyć musimy i którą przeżywamy, dlatego też uważam że bez względu na wszystko co nas spotyka w życiu, zarówno radości jak i smutki, to nie należy przesadzać ani w zbytnim radowaniu się ani też w rozpaczy, bo to wszystko jest tylko formą naszych doświadczeń które musimy zebrać aby przejść dalej i tyle.

Nie o tym jednak chciałem tutaj pisać, lecz opowiedzieć o tym, czy rola ojca jest tak samo ważna jak rola matki i jakie są różnice w wychowaniu dzieci przez ojca a jakie przez matkę - ale o tym opowiem dopiero na końcu. Tymczasem zapraszam na kilka wybranych przeze mnie fragmentów filmów i seriali (często zabawnych) ukazujących ojców i ich stosunek do dzieci.



RYŚ
(2007)

"Ojciec jest najlepszą matką, zawsze" 😅

"Dwa tygodnie po moim urodzeniu przestaliśmy się widzieć na 30 lat"

"Tak, ale ile ja przez te dwa tygodnie dałem ci serca" 🤭




RODZINA ZASTĘPCZA
(1999-2009)
Piotr Fronczewski jako Jacek Kwiatkowski - ojciec rodziny




RODZINKA.pl
(2011-2020)
Tomasz Karolak jako Ludwik Boski - ojciec rodziny




ŚWIAT WEDŁUG KIEPSKICH
(1999-2022)
Ferdek i Walduś Kiepscy.
Nowa dziewczyna Waldusia






CHŁOPAKI NIE PŁACZĄ
(2000)

2:10 - Weźmiesz najładniejsze panienki, najlepszy alkohol i tyle koksu ile zdołasz unieść. Jeżeli któryś z nich odkręci kran w kiblu ma z niego płynąć Johny Walker, jeżeli będzie chciał przelecieć murzynkę..."

"Nie mam w agencji murzynki"

"To pomalujesz jednego z naszych chłopców czarną farbą 😅 ... A jeżeli będą chcieli pójść do muzeum lotnictwa to zabierzesz ich do muzeum lotnictwa kurwa jego mać!" 😂




DZIEŃ ŚWIRA
(2002)

1:00 - "Gdzie ty się spieszysz tato, kurwa?"

"Do domu się spieszę, kurwa"

"Do domu się spieszysz, kurwa" 😚

"No kurwa niby racja"




A na zakończenie przykład toksycznego ojca który dla władzy gotów jest zamordować własnych synów czyli

SULEJMAN I JEGO SYNOWIE

























Rola ojca jest niczym latarnia morska oświetlająca drogę jego dzieciom. Ojciec jest jak ostoja, jak pewna przystań do której zawsze można się skierować, jest jak busola która wskazuje prawdziwą drogę postępowania i życia. Rozwój dziecka - zarówno syna jak i córki - pozbawionych roli ojca w rodzinie, to rozwój niezwykle ubogi i często kaleki, sprowadzający na dzieci najróżniejsze przeszkody i nieszczęścia na które one nie są przygotowane. Nie od dziś wiadomo że synowie wychowani w domach, gdzie nie było ojca i silnego męskiego wzorca a wychowywani jedynie przez matki, potem wyrastają na różnego rodzaju zdemoralizowane jednostki (oczywiście nie uogólniam ale jest to dosyć oczywista zasada). Najwięcej gwałcicieli i najwięcej ludzi którzy stosują przemoc wobec kobiet pochodzi bowiem z rodzin pozbawionych męskiego wzorca, w których ojca nie było, bo odszedł albo zmarł. Podobnie jest w przypadku dziewcząt dla których rola ojca jest znacznie ważniejsza niż dla synów. Jeśli w młodości w trakcie wychowania pozbawione zostały tej ojcowskiej miłości jaka często cechuje relacje ojciec-córka, to potem wyrastają na najróżniejsze i najdziwniejsze feminoidy, często nienawidzące mężczyzn, bo wychowane tylko i wyłącznie w żeńskiej formalinie. Dlatego rodzinę pozbawione czy to ojca czy to matki to rodziny kalekie niestety, bo każda płeć ma swoje role do odegrania w życiu dzieci - kolejnego pokolenia. Wskazanie właściwej drogi postępowania i wytyczenia bezpiecznego kierunku, którym potem będą mogły podążać przez życie. Taka jest i taka zawsze była rola ojca, ostoi bezpieczeństwa, racjonalnego myślenia i steru pokazującego właściwy kierunek rejsu jego potomków przez życie.

środa, 21 czerwca 2023

W ODPOWIEDZI!

ZGNILIZNA POLSKIEJ RADYKALNEJ PRAWICY JEST WPROST NIEPRAWDOPODOBNA




 Niestety znów muszę wrócić do tematu szurii, czyli całej tej żałosnej, totalnie (jak widać) zinfiltrowanej przez Moskwę polskiej radykalnej prawicy (jeśli tak to środowisko w ogóle można nazwać, bo ono samo tak próbuje się nazywać). Przyznam się szczerze że dotąd nie sądziłem iż poziom zidiocenia wśród ludzi - którzy oficjalnie zwą się polskimi patriotami - jest tak ogromny. Ponieważ ja jednak nigdy do żadnych tego typu organizacji nie należałem i nie miałem z nimi większej styczności, przeto moja świadomość była nieco idealistyczna i nie myślałem że to wszystko poszło w tak groźną stronę. Teraz widać że w środowiskach radykalnej prawicy jest mnóstwo ludzi, którzy deklarują się jako jawni stronnicy Moskwy, i to już nawet nie chodzi o kwestie wojny na Ukrainie, tu chodzi o kwestie polskiej suwerenności a nawet niepodległości. Ponieważ ja sam ponad dwadzieścia lat temu z pewnością nie nazwałbym się człowiekiem prawicy (i dziś również się tak nazwać nie mogę, ponieważ byłby to błąd poznawczy), wtedy bowiem miałem jakieś dziwne zauroczenie lewicowością, pamiętam jak czytywałem urbanowskie "Nie", "Wyborczą" czy inne temu podobne pisemka. Wtedy jednak szukałem zapewne jakiejś własnej drogi, choć przyznać się muszę że zawsze bliżej mi było do lewicy niż do prawicy. Potem zrozumiałem że lewicowość dobra jest dla młodych umysłów i w pewnym sensie kształtuje charakter, uczy wrażliwości społecznej, ale trzeba też wiedzieć kiedy z tego wyjść, bo to jest na dłuższą metę trucizna (to tak samo jak z solą, poprawia smak kiedy stosuje się ją do potraw, ale jeśli mielibyśmy zjeść całe opakowanie soli to byśmy tego nie przeżyli gdyż jest to trucizna). Dobrze jest być lewicowcem za młodu, kiedy się jeszcze wierzy w pewne ideały, ale z czasem trzeba wychodzić z tego, bo inaczej utoniesz w tym środowisku. Dla mnie cezurą ku temu był stosunek lewicy do komunizmu, Armii Czerwonej, Związku Sowieckiego a przede wszystkim do Polskiej Tradycji Niepodległościowej która była albo traktowana po macoszemu, albo zakłamana. Ale prawdopodobnie przeważył stosunek do Żołnierzy Niezłomnych, który na lewicy przecież nie mógł być inny niż był i niż jest do tej pory.

Tak więc nie jestem lewicowcem (i całe szczęście). Ale też nie uważam się za prawicowca, tym bardziej gdy patrzę na to, co się dzieje po tak zwanej prawej (radykalnej) stronie polskiej sceny politycznej (a nawet nie tylko politycznej, gdyż szuria mimo wszystko jeszcze do polityki ma dosyć daleko). Jestem zatem i pozostanę już człowiekiem środka, choć może bardziej dokładnie nazwałbym się zwolennikiem ponownej sanacji państwa polskiego. Przeglądając najróżniejsze fora (zarówno lewicowe jak i prawicowe) doszedłem do wniosku, że ci ludzie - mimo oficjalnych różnic które je niby dzielą - że im jednak do siebie jest bardzo blisko, szczególnie radykalnej lewicy i radykalnej prawicy. Zauważyłem, że tam jest nieprawdopodobna tendencja do niszczenia dorobku Polskiej Tradycji Niepodległościowej, szczególnie zaś do atakowania idei twórcy państwa polskiego, które po 123 latach (a realnie 150) ponownie pojawiło się na mapie Europy - czyli Marszałka Józefa Piłsudskiego. Na forach lewicowych spotkałem się z nieprawdopodobną wręcz ojkofobią (oczywiście nie dotyczyła ona w stu procentach ludzi którzy mają poglądy lewicowe, ale jednak jest to bardzo odczuwalne w tamtym środowisku i wręcz nie dałoby się - tak czuję - porozumieć z tymi ludźmi w żaden sposób, nawet wówczas gdy mówimy tym samym językiem (pamiętam kiedyś Tadeusz Drozda śpiewał taką piosenkę, zapamiętałem jedną ze zwrotek:  "Ja mam trzy córki, pan ma syna, dla nich to jeszcze puste słowa, im wszystko jedno gdzie przyczyna, czy jest odnowa czy budowa. Załatwmy to, nim zaczną gadać i patrzeć na nas bykiem, czy to tak trudno się dogadać mówiąc tym samym językiem?). Tak więc ludzie o mentalności postkomunistycznego betonu, wyznający dla zasady (albo dla innych korzyści) "nowoczesne", współczesne ideologie, to dla mnie środowisko totalnie obce i wręcz nieprawdopodobnie odległe, a wręcz wrogie.

Ale na tak zwanej prawicy szuria jest równie potężna i jej nieprawdopodobne wręcz zapatrzenie się w stronę Moskwy sugeruje że to nie są ludzie, którzy - wbrew ich własnym deklaracjom - mają jakiekolwiek patriotyczne cele i dla których polskość jest ideą samą w sobie (idą Wolności, suwerenności i Człowieczeństwa, bowiem w wielu przypadkach - a śledzę dzieje różnych krajów i narodów - nie spotkałem się z takim umiłowaniem zarówno Wolności jak i zwykłej ludzkiej Godności i prawa do Szczęścia, które przecież też w naszym narodzie jest bardzo silne, a które niestety przez ostatnie ponad 300 lat było nam skrupulatnie odbierane). Ci ludzie z tak zwanej prawicy, ze środowisk które na ustach mają Boga i Ojczyznę, które deklarują na każdym kroku swoją polskość, ci ludzie są gotowi widzieć Polskę już nawet nie tyle jako kraj mały i słaby w typie prl-u, ale wręcz jako nowy model Królestwa Kongresowego podczepionego pod Moskwę. I to nie są żarty. Wśród tzw. środowiska "kamratów" - czyli tych wszystkich ... ... związanych z Olszańskim/Jabłonowskim czy Jabłonowskim/Olszańskim, a także z "polskim ruchem antywojennym" Sykulskiego, żywo produkującym się na Twitterze, rzuciła mi się w oczy kolejna postać (niestety jedna z wielu) którą nazwać szurem to byłoby zbyt słabe określenie, bo ten człowiek (a jest to pan o imieniu "Marian Konarski") już jawnie pragnąłby podporządkować Polskę Moskwie i wszystko pozostałe (wojna na Ukrainie, jak również jakiekolwiek działania międzynarodowe Polski) służą tylko temu celowi. Nie chciałbym się tutaj szczególnie rozpisywać o nim, gdyż przykład tego pana traktuję tylko jako wzór pokazujący tendencję, która niestety jest bardzo silna w środowiskach radykalnej polskiej prawicy - nieprawdopodobnej i dla mnie totalnie niezrozumiałej rusofilii, a nawet wręcz wrogości do wszystkiego co byłoby związane z Polską Niepodległością, która (tak wyszło w historii) często była skierowana przeciwko imperialnym planom moskowi.

Moje oburzenie (choć może powinno się takie poglądy i środowiska zwalczać na zimno, bez emocji), spowodowały szczególnie dwa tweety tego pana, pierwszy w którym pisze tak: "Często czytam że pozbawiono nas, Polaków, elit. Jakich niby elit nas pozbawiono? Sanacyjnych? To były elity? Elitą narodu są ludzie nieprzekupni, brzydzący się nepotyzmem i tumiwisimem , o różnym statusie wykształcenia i majątkowym. Przedkładający przetrwanie Narodu nade wszystko". I drugi, w którym pisze: "Moim zdaniem większość Polaków którzy zostali fajno i ukro poliniakami zrezygnowała z jakiejkolwiek suwerenności gdyż zrozumieli że likwidując PRL zlikwidowali Polskę. Państwa nie da się reaktywować będąc w UE i NATO. Powrót do statusu Królestwa Polskiego może uratować Polaków". Co ten kamrat zatem nam sugeruje? Otóż pisze on że tak naprawdę nic się nie stało, co prawda wybili nam okupanci jakieś tam elity, ale to nie były polskie elity, tylko jakieś sanacyjne, wiecie, nie wiadomo jakie na pewno gorsze, bo to nie były elity o mentalności moskiewskich pachołków. A tak w ogóle to nic się nie stało, bo te śmierci otworzyły drogę pod budowę nowej Polski która przecież też była naszą ojczyzną - no bo jakże inaczej? Ta nowa Polska była naszą ojczyzną może nawet bardziej niż tamta, sanacyjna Polska, bo tamta była zbyt suwerenna, zbyt niepodległa, zbyt polska. A to się nie może przecież podobać ludziom o mentalności kacapskich spierdolin.
 





Dlatego też powinniśmy powrócić do prl-u a może nawet i do Królestwa Kongresowego, tego żałosnego, kaleckiego państewka, które istniało realnie 16 lat (1815-1831) a potem to już była tylko męka pod moskiewskim knutem. Tak więc dla kamratów (i tego pana Konarskiego) te wszystkie powstania, ta krew przelana w obronie wolności i niepodległości była na marne, bo Polacy powinni się zrusyfikować, podporządkować, powinni być wiernymi poddanymi cara wszechrusi czyli wszechtyrana rodzaju ludzkiego. Niedoczekanie wasze szczekające pieski zdychającej kacapi.



POWSTANIE LISTOPADOWE
(1830-1831)






POWSTANIE STYCZNIOWE
(1863-1864)






A WRESZCIE 
LEGIONY
I ODRODZENIE POLSKI
(1914-1918)




I TRIUMF NAD PARSZYWYM RUSKIM BOLSZEWIZMEM
(1919-1920)





Warto o tym pisać i mówić, ponieważ toksyczne środowisko polskiej radykalnej prawicy jest w stanie (szczególnie młodym ludziom) robić mętlik w głowie i prowadzić ich niczym na carskim powrozie - ku nowej moskiewskiej niewoli. Dlatego jeszcze chciałbym przypomnieć co w dwudziestą rocznicę odzyskania przez Polskę Niepodległości pisano w Ilustrowanym Kurierze Codziennym (czyli w słynnym IKC-u) z 11 listopada 1938 r. w artykule pod znamiennym tytułem:



"TRZY POKOLENIA PATRZĄ NA ODRODZONĄ POLSKĘ"


Gdy w przeddzień Święta dwudziestolecia niepodległości głośniki radjowe przekazały audycję szkolną dla dzieci z okazji tego pamiętnego dnia - uprzytomniliśmy sobie prawdę pozornie jasną, a nawet banalną, o której w gruncie rzeczy myślimy tylko rzadko i z której nie umiemy nieraz wyciągać praktycznych konsekwencyj. Prawda ta powiada, że w polskich szkołach powszechnych, średnich a częściowo i nawet na wyższych uczelniach kształci się pokolenie, które urodziło się już w niepodległej Polsce.

Niema zaś wogóle wśród młodzieży kończącej studja już rocznika, który mógłby pamiętać okres wojny światowej. Pojęcie niewoli, obcej władzy w Polsce, najezdniczego munduru, jest dla tej dorastającej Polski czemś obcem, w gruncie rzeczy mało …prawdopodobnem.

O moskiewskich satrapach, o pruskich pikelhaubach, czy austrjackich zaborcach czytają ci nasi młodsi bracia i synowie, tak jak my czytaliśmy o wypadkach historycznych, luźno już tylko związanych z przeżywaną historją współczesną.

Nie chce się wierzyć, ale w rzeczywistości przecież jest tak, że także dla odbywających obecnie czynną służbę wojskową roczników nawet wojna polska z roku 1920 jest… zamierzchłą historją. Ci bowiem żołnierze Rzeczpospolitej, którzy dzisiaj defilować będą na ulicach miast polskich, reprezentując siłę zbrojną wskrzeszonego państwa polskiego, mieli w roku wojny polsko-bolszewickiej trzy, cztery, pięć a najwyżej sześć lat. Dla nich w gruncie rzeczy niema wielkiej różnicy pomiędzy cudem nad Wisłą (1920) a odsieczą Wiednia (1683) czy bitwą pod Kircholmem (1605). Tu i tam pokonali Polacy - ich przodkowie - przemoc wroga. Sami nie pamiętają ani jednego, ani drugiego. Historją dla nich jest Batory pod Pskowem (1581-82), historją Jan III pod Wiedniem, historją Piłsudski pod Warszawą czy Wilnem.

Tak więc najmłodsze, najbardziej prężne elementy, Polska ucząca się i Polska w żołnierskim mundurze, nie jest już obciążona schorzeniami psychicznemi, jakie przynosi z sobą niewola. Umie ona patrzeć na świat bardziej radośnie, bardziej zdobywczo; niema w niej śladu z kompleksu niższości. Jest to pokolenie, które mogłoby być pokoleniem znacznie silniejszem od nas, gdyby tylko umiało odnaleźć swą właściwą drogę i gdyby pokolenie starsze, pokolenie walki o Polskę, pokolenie wielkiego przełomu umiało tą młodzieżą pokierować.

Spójrzmy teraz na starsze pokolenia, czyli na tych, co już odeszli i po prostu spójrzmy na siebie samych. Ludzie znajdujący się dziś między czterdziestym a siedemdziesiątym piątym rokiem życia mieli w 1918 r. od lat dwudziestu do lat pięćdziesięciu pięciu. Byli więc wówczas młodzieżą i pokoleniem średniem; starsza część tej grupy ludzkiej kierowała już życiem publicznem, młodsza stała z bronią w ręku w różnych okopach, pod własnym i obcym sztandarem, zdążając poprzez krwawy odmęt ostatnich miesięcy wojennych ku jednemu celowi: ku Polsce niepodległej, która ziściła się w pamiętne listopadowe dni tej wielkiej jesieni ludów, która stała się powrotną wiosną Polski.

Wtedy to obok nas, obok ówczesnej młodzieży i "średniaków", tłoczyła się na ulicach Polski w kościołach na dziękczynnych nabożeństwach i w salach, w których odbywały się pierwsze w wolnej Polsce zebrania polityczne - ówczesna starsza Polska. Ówczesne pokolenie ludzi starszych i starców: nasi ojcowie i nasze matki lub starsi bracia najstarszych z pośród nas. Dziś niema ich już na świecie. Kości ich spoczęły na cmentarzach i odwiedzaliśmy je niedawno w Dnie Zaduszne. Było to może najszczęśliwsze polskie pokolenie, pokolenie, które wyrosło w niewoli, marzyło o wolności i w swym wieku męskim kładło pozytywne podwaliny pod przyszłą wskrzeszoną Ojczyznę, pokolenie, które jeszcze własnemi oczyma widziało wolną Polskę i zmarło w ekstazie radosnej.

Wówczas w roku 1918 ludzie ci płakali z radości na ulicach. Pamiętamy ich przecież, jak padali sobie w objęcia, jak nieprzytomni ze szczęścia pokazywali sobie wzajemnie polskie mundury i polskie orły na urzędach. Było to jednak już wówczas pokolenie odchodzące, które nam, młodszym, jako testament zostawiało rok po roku, w miarę topnienia własnych szeregów, jeden tylko nakaz:

Umiejcie w Polsce tak żyć, jak umieliście o Nią walczyć; nie zakłócajcie nowego polskiego domu waśniami, kłótniami, które z chwilą wskrzeszenia Polski stają się czemś przebrzmiałem, odnajdźcie nową polską prawdę, prawdę miłości i jedności w waszych sercach. Starzy pomarli, młodzi dojrzewają, a my, my, pokolenie dziś już ludzi w średnim wieku i ludzi starych, mamy w dwudziestolecie Niepodległej Polski odpowiedzieć sobie na pytanie: czy spełniliśmy swój obowiązek? Bo przecież my, a nie ludzie w roku 1918 siwi ani też ludzie, którzy wtedy bawili się w piasku, odpowiadamy za historyczny dorobek ubiegłych lat 20-tu.

Rachunek ten nie wypada najgorzej. Przez tych lat 20 odbudowaliśmy zniszczony kraj, obroniliśmy go zaraz w zaraniu niepodległości od wrogów na wszystkich granicach, położyliśmy fundamenty pod mocny ustrój wewnętrzny wcześniej niż to uczyniły inne narody i państwa, a dzięki Opatrzności, która na przełomie dziejów dała nam Wielkiego Wodza i Nauczyciela, przetrwaliśmy wszelkie burze dziejowe ostatniego dwudziestolecia jako organizm nie tylko zdolny do życia, ale i do walki. Samo niemal dwudziestolecie uczciliśmy przyłączeniem Zaolzia, odwiecznego klejnotu rodzinnego wszystkich ziem polskich.

W ubiegłą niedzielę sporządziliśmy taki bilans naszego dorobku na kilkunastu kolumnach "Kuryera". Przed oczyma czytelnika przewijała się praca naszej dyplomacji i wojska, dorobek naszej gospodarki, nasza praca kulturalna i wychowawcza. Z uczuciem słusznej dumy patrzyliśmy na fotografje odzwierciedlające rozwój naszych miast, powstanie Gdyni, czy tworzenie się COP-u. Z radością bezmierną patrzyliśmy na różnice pomiędzy źle umundurowanymi, licho uzbrojonymi oddziałami z roku 1918, a potężną zmotoryzowaną armią z roku 1938, wkraczającą na odzyskane Zaolzie.

Nie zamierzamy więc dziś w generalnym skrócie powtarzać raz jeszcze tego, co już powiedziano. Chcemy bowiem popatrzeć w dzisiejszych rozważaniach na Polskę w roku 1938 nie od strony dzieł dokonanych, nie od strony dorobku materjalnego, czy nawet nie od strony trwałych osiągnięć kulturalnych - ale od strony żyjącego na ziemi polskiej człowieka, jako podmiotu działań historycznych. I tu wróćmy znowu do trzech pokoleń i do konsekwencyj, jakie z porównania tych trzech pokoleń wysnuć trzeba. Mówiliśmy o naszej młodzieży, która jest u bram życia publicznego i która już nie pamięta niewoli. Wspomnieliśmy o pokoleniu, które będąc w chwili odzyskania wolności pokoleniem schytkowem, zostawiło nam testament zgodnej, uczciwej, wspólnej pracy dla Polski.

A jakiem właściwie pokoleniem jesteśmy duchowo my, owa młodzież i owi "średniacy" z roku 1918?, my istotni czynni gospodarze Rzeczypospolitej przez ostatnich lat 20? Jesteśmy pokoleniem przełomu, pokoleniem walki orjentacyjnej, pokoleniem największego skłócenia o wizję przyszłej Polski i o sposób jej urządzania. Dokonaliśmy wspólnie wielu rzeczy, przeszliśmy, borykając się wzajemnie, szmat życia. Wypaliło się z nas po drodze wszystko, co najlepsze, a zostały - dawne kwasy, spory przeszłości, dawne porachunki, dawne - jakże dziś śmiesznie nieaktualne - spory o zasługi historyczne, dawne - jakże już dziś dziwaczne - linje podziału. Wszystko to ciąży na nas, ale ciąży także na życiu Polski.

I jeszcze jedno powiedzmy - może na usprawiedliwienie przed samymi sobą. Życie jest inne, aniżeli wyśnione ideały. Musi być inne. W czasie niewoli idealizowaliśmy sobie przyszłą wyśnioną Polskę. Gdy marzenie stało się ciałem, musiało nas spotkać niejedno rozczarowanie. Dla młodych, wchodzących dopiero w życie, takie borykanie się z losem, z ułomnościami natury własnego społeczeństwa, takie pojawienie się życiowych zmarszczek na obliczu ojczyzny - jest czemś samo przez się zrozumiałem. Dla nas każde takie najmniejsze rozczarowanie stawało się wewnętrznym dramatem. Nikt z nas nie chce przecież widzieć zmarszczki na twarzy ukochanej kobiety, nikt nie chce widzieć wad i błędów w dorastającem dziecku, nikt z nas nie patrzy chętnie w zwierciadło, gdy daje ono świadectwo prawdzie, iż starzejemy się i że takie czy inne defekty przesłaniane woalem młodości zaczynają się ujawniać coraz bardziej jaskrawo. Wszystko to razem spowodowało, żeśmy powoli zaczęli zatracać wspólny język i z naszymi ojcami i z naszemi dziećmi.

Na stare pokolenie patrzyliśmy, jak na romantyków, którzy na odchodnem prawią nam kazania. Młodego pokolenia już nie rozumiemy. Gniewamy się, gdy myśli kategorjami, których nie znała nasza własna młodość, narzucamy temu pokoleniu nasze stare walki o tytuły i zasługi historyczne, nasze przebrzmiałe spory orjentacyjne, echa naszych walk partyjnych, nasze zastarzałe kwasy i urazy. Mimo woli stwarzamy więc atmosferę, która odgradza Polskę idącą od Polski dzisiejszej, która utrudnia nam wobec młodzieży rolę przewodników i wychowawców.

Stąd wiele błędów w życiu, nie tylko naszem, ale i w życiu młodzieży, która z kolei nas już nie rozumie, a wiedząc, iż pogrążeni jesteśmy w nieaktualnych sporach, zaczyna uważać, że Polska zaczyna się dopiero od nich, od dwudziestolatków, a my jesteśmy już tylko chodzącymi rekwizytami historji, upiorami, które straszą, staremi ciotkami, które zanudzają wszystkich opowiadaniem o swoich pierwszych balach lub weteranami, którzy powinni co prędzej znaleźć się w przytulisku. Jeszcze raz powtarzamy: nie wińmy o to naszej młodzieży. Jeśli ta młodzież nas nie rozumie, jeśli często schodzi na manowce, to nasza w tem wina, wina pozorów, które stwarzamy.

Bo cóż mają myśleć młodzi, gdy widzą i słyszą, że w czasie gdy cały świat się wali, gdy tytułem do pierwszeństwa w narodzie winna być współczesna praca i coraz to nowy wysiłek, my ludzie starsi wyciągamy z muzeów, archiwów i biur ewidencyjnych stare dokumenty i kłócimy się o to, kto przed dwudziestu czy trzydziestu laty lepiej Polsce służył! Zechciejmy wreszcie zrozumieć, że dla nich, dla młodych, wszystkie nasze walki mają takie znaczenie, jak dla nas miały wspomnienia walk "białych" i "czerwonych" w rządzie narodowym 1863. Nie obchodziło nas już nic to, co ich dzieliło; wszystkich ich jednakowo szanowaliśmy za ich przeszłość i za ich walkę, ale nigdy nie zgodzilibyśmy się na to, aby ich przebrzmiałe spory miały nam młodym zatruwać życie lub stawać na drodze w tworzeniu się nowych form polskiego bytowania!

Wyjdziemy dziś znowu na ulice polskich miast, miasteczek i wsi. Patrzmy na maszerujące oddziały, na młodych chłopców pod staremi sztandarami, patrzmy na dzieci szkolne, które tworzyć będą szpalery i - radujmy się życiem. Radujmy się odzyskaną wolnością, radujmy się wizją Polski przyszłej, zaklętej w rozpromienionych oczach idącego pokolenia. A potem, wróciwszy do domu - zróbmy raz jeszcze rachunek sumienia; i wejrzyjmy w siebie, uznajmy popełnione błędy! I wieczorem, przy naszych rodzinnych stołach, w kole najbliższych, szukajmy, każdy z osobna i wszyscy razem, drogi, która wiedzie ku wspólnej, twórczej pracy, nie obciążonej echami dawnych swarów, a która wiedzie zarazem ku sercom i umysłom młodego pokolenia, co tylko wtedy spełni swe historyczne zadanie, jeśli ze swej strony potrafi odnaleźć wspólność myśli i ciągłość tradycji historycznej z Polską dzisiejszą i wczorajszą.

Przez dwadzieścia lat usuwaliśmy gruzy niewoli z wielkiego pobojowiska, zwanego Polską. Usuńmy je teraz z naszych serc i z naszych mózgów. Uczcijmy w ten sposób dwudziestolecie Niepodległości.


PIĘKNE 




poniedziałek, 19 czerwca 2023

DEMETRIUSZ, PYRRUS, ARATOS... - Cz. VI

CZYLI, PRAWDZIWI "CELEBRYCI" 
EPOKI HELLENISTYCZNEJ





I

DEMETRIUSZ POLIORKETES

(337-283 r. p.n.e.)

Cz. VI







"Życie nas wszystkich, jak gdyby kierowane przez któregoś z bogów porusza się w kręgu dobra i zła, na przemian, przez cały czas"

Diodor
(czyli zmienność ludzkiego losu, między powodzeniem a niepowodzeniem)



 Tymczasem, gdy Antygon Jednooki pokonał w bitwie na równinie orkińskiej w połowie 320 r. p.n.e. armię Eumenesa a jego samego zamknął i obległ w twierdzy Nora w górach Taurus, wszystkie swe siły skierował teraz przeciwko dwóm pozostałym towarzyszom Perdikkasa - Alketasowi i Attalosowi. Nieprzyjaciel był podzielony (Alketas stacjonował wówczas w Pizydii, zaś Attalos z flotą i zwerbowaną przez siebie armią przebywał w fenickim Tyrze), co stwarzało szansę na łatwe i szybkie zwycięstwo (Antygon jednak nie wiedział że Attalos zdołał się już połączyć z wojskiem Alketasa). Po przejściu ponad 450 km z Kapadocji do Pizydii (maszerując w dzień i w nocy, a robiąc jedynie krótkie postoje na odpoczynek dla koni i posiłek - co mocno wyczerpało jego armię), po siedmiu dniach i siedmiu nocach Antygon dotarł do Kretopolis - miasta założonego jeszcze przez Aleksandra Wielkiego i zasiedlonego przez kolonistów z Krety. Pomimo wyczerpania spowodowanego forsownym marszem, Antygon zdołał zyskać element zaskoczenia i zajął strategicznie ważne wzgórze, nim w ogóle Alketas i jego żołnierze zdołali rozeznać się w sytuacji. Zaskoczenie było całkowite, ale brat Perdikkasa nie stracił zimnej krwi, od razu też rzucił swoją jazdę (którą dowodził osobiście), aby ta odbiła wzgórze - tak oto rozpoczęła się bitwa pod Kretopolis. Hetajrowie Alketasa (pomimo tego iż byli konno) mieli utrudnione zadanie, gdyż musieli atakować pod górę, tam zaś czekała już na nich ustawiona do boju i najeżona długimi sarissami (niczym igłami jeża) falanga Antygona. Rozpoczęła się więc krwawa walka i po obu stronach padło wielu zabitych oraz rannych (był koniec 320 r. p.n.e.). Wówczas Antygon rzucił do boju 6 000 swojej jazdy, celem odcięcia jazdy Alketasa od głównego zaplecza i to się im udało. Teraz hetajrowie Alketasa (z nim samym na czele) wpadli w pułapkę Antygona i zostali odcięci od swojej piechoty. Widząc że nie ma możliwości ocalić swej jazdy przed nieuniknioną zagładą (atakowani byli bowiem z dwóch stron - z przodu, gdzie atak był łatwiejszy dla obrońców jako że atakowali z góry i od tyłu), Alketas wydostał się z pola bitwy, porzucił swoich konnych żołnierzy i dotarł do obozu piechoty. Nim jednak zdołał Alketas ruszyć ponownie do ataku, celem odciążenia swej jazdy walczącej na wzgórzu, Antygon posłał do boju swoje siły pancerne (tzw.: pancerne wojska starożytności) czyli słonie bojowe, o których nieprzyjaciel nie wiedział. Zresztą armia Alketasa była znacznie mniej liczna, posiadał bowiem zaledwie 16 000 żołnierzy i jakieś 900 konnych hetajrów, natomiast Antygon miał do dyspozycji armię złożoną z 40 000 żołnierzy i 7 000 konnych. Gdy więc słonie Antygona natarły na falangę piechoty Alketasa, jego żołnierze zaczęli ustępować (w obawie przed zmiażdżeniem przez te zwierzęta), tym samym czyniąc wyłomy we własnej formacji. Bitwa zaczęła zamieniać się w masakrę sił Alketasa, część jego żołnierzy poddała się lub dostała do niewoli (w tym sam Attalos, jego młodszy brat  Polemon - który dwa lata wcześniej próbował przeszkodzić Ptolemeuszowi w przejęciu ciała Aleksandra Wielkiego, co mu się ostatecznie nie udało - oraz Diokimos). Natomiast alkietas z częścią swej piechoty uszedł z bitwy i przedostał się do miasta Termessos (ok. 35 km. na północny zachód od miasta Antalei - dziś Antalyi) i tam szukał schronienia.

Tymczasem po ucieczce Alketasa jego żołnierze złożyli broń, a zwycięski Antygon obiecał im nie tylko darowanie życia, ale zdobycie nowych łupów, jeśli tylko dołączą do jego armii. Tak też się stało. Natomiast mieszkańcy Termessos (którym wcześniej Alketas wyświadczył wiele dobrego, podobnie zresztą jak i innym mieszkańcom Pizydii), teraz klęli się na swój własny honor i na nieśmiertelnych bogów, że za żadne skarby nie wydadzą go Antygonowi. Jednak gdy Antygon ze swą armią stanął obozem pod Termessos i zażądał wydania zbiegów, wielu starszych wiekiem mieszkańców miasta (z których składała się rada miejska) postanowiło wydać Alketasa aby uniknąć zniszczenia miasta przez wojska Antygona. Przeciwko temu zaprotestowała młodzież, twierdząc że złamanie danego słowa będzie nie tylko obrazą bogów, ale wręcz wyrzeczeniem się wszelkich oznak męstwa i honoru z czego ponoć słynęli mieszkańcy Pizydii. Starsi próbowali tłumaczyć że siły Antygona liczą kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, zaprawionych w bojach macedońskich falangitów, natomiast obywateli Termessos jest zaledwie 6000 mężczyzn (kobiet było zapewne drugie tyle, ale kobiet wówczas nie wliczano do liczby obywateli miast), czy warto więc dla jednego Macedończyka ryzykować zagładę miasta? Młodsi jednak stwierdzili, że jeśli Alketas zostanie wydany, oni wyrzekną się swych rodziców i opuszczą miasto. Rada miejska nocą i w tajemnicy wysłała więc posła do Antygona, zgadzając się wydać mu Alketasa, ale w taki sposób, aby podejrzenie nie padło na nich. Członkowie rady oczywiście nie wiedzieli na ile szantaż młodych był prawdziwy. Gdyby bowiem mieli oni opuścić miasto, byłaby to katastrofa dla Termessos, gdyż oznaczałoby to wyludnienie i upadek tego grodu. Z drugiej jednak strony młodzi musieliby szukać sobie innego miejsca do zamieszkania, co nie było wcale łatwe (pisałem już kiedyś z jaką niechęcią Grecy przyjmowali uchodźców i uciekinierów z innych polis, a Termessos - choć leżące w Pizydii, było miastem greckim). Starsi poprosili więc Antygona aby przez kilka dni atakował miasto (a przynajmniej udawał że tak czyni) co by spowodowało że młodzi musieliby stanąć do walki w obronie swego grodu. Ostatecznie Antygon miał się wycofać pozorując ucieczkę, a w tym czasie oni (czyli starsi) mieli mu dostarczyć Alketasa - żywego lub martwego. Tak też się stało, Antygon rozpoczął pozorowany atak na miasto zmuszając młodych do podjęcia obrony i wyjścia poza mury. W tym czasie starsi - wspomagani przez niewolników - zamierzali pochwycić Alketasa, co im się ostatecznie nie udało, ponieważ ten, widząc co się dzieje i nie chcąc być wydanym w ręce Antygona, popełnił samobójstwo. Jego ciało złożono w lektyce, przykryto płaszczem i boczną bramą (tak aby nie dosięgnął ich wzrok obrońców) zanieśli je Antygonowi. Ten zaś - gdy otrzymał już to, czego żądał - wycofał wojsko i zawrócił. 




Radość młodych z odniesionego "zwycięstwa" nie trwała jednak długo. Gdy bowiem przybyli do miasta i dowiedzieli się o śmierci Alkietasa, zapałali potwornym gniewem w kierunku swych własnych ojców. Zarzucając im zdradę i złamanie przysięgi danej bogom, gotowi byli podpalić całe miasto z żalu za tak perfidne świętokradztwo. Gdy więc zapalili pochodnie i ruszyli by palić domostwa swych ojców, jedynie prośby ich matek, sióstr i żon powstrzymały młodych przed popełnieniem owego czynu. Nie chcąc jednak przebywać w tym przeklętym przez bogów mieście, opuścili je i przez kolejne miesiące pałali się swoistą partyzantką, napadając na mniejsze oddziały armii Antygona. Po jakimś czasie odnaleźli gnijące już i porzucone w polu ciało Alketasa, które nosiło ślady licznych cięć i podpaleń (gdyż Antygon poddał je trzydniowym torturom, odkrawając poszczególne części ciała Alketasa i paląc je, a następnie wyrzucając resztę zwłok bez należytego pogrzebu). Wyprawili mu pogrzeb i oddali należną cześć jako swemu dobroczyńcy (jak wspominałem wyżej, Alketas wyrządził mieszkańcom Pizydii wiele dobrego i dlatego był tutaj dobrze pamiętany). Antygon zaś wycofał się do Kretopolis, gdzie przebywał przez kilka kolejnych miesięcy roku 319 p.n.e. Tam też przybył do niego z Pelli niejaki Arystodemos z Miletu (Grek, który był jednym z najbardziej zaufanych współpracowników i prawdopodobnie również przyjaciół Antygona Jednookiego), informując go o śmierci regenta Antypatra i przejęciu władzy regencyjnej przez Poliperchona. Ta nominacja była na rękę Antygonowi, i pomimo iż poparł Kassandra (syna zmarłego Antypatra) jako nowego regenta (który pełnił dotąd funkcję chiliarchy - czyli dowódcy tysiąc osobowej gwardii pieszej), to właśnie w Poliperchonie widział nadzieję na wykrojenie dla siebie własnego królestwa w Azji. Zamierzał teraz otoczyć się przyjaciółmi tworząc z nich wiernych wasali i obdarzając ich tytułami oraz przydziałami ziemi po to, aby zbudować nową elitę nowego królestwa rodu Antygonidów (dlatego też zaproponował sojusz i złożenie przysięgi wierności przez Eumenesa, zamkniętego w twierdzy Nora, o czym pisałem w poprzedniej części). Tworząc wiernych wasali, chciał zapewnić tron sobie i swemu synowi - młodemu Demetriuszowi, tym samym wyrzekając się wierności dotychczasowym królom Macedonii.

Eumenes jednak go przechytrzył. Złożył co prawda przysięgę wierności, ale przede wszystkim była ona skierowana do królów (i do Olimpias - matki Aleksandra Wielkiego) a Antygon był tam wymieniony niejako przy okazji. Potem Eumenes sprzymierzył się z Poliperchonem i zajął skarbiec królewski mieszczący się w mieście Kyinda w Cylicji, oraz dowództwo nad oddziałem Srebrnych Tarcz - elitarnej formacji pamiętającej czasy Filipa II (bowiem wiek większości żołnierzy tej formacji wynosił więcej niż czterdzieści lat). Eumenes jasno się więc opowiedział jako przeciwnik (a nawet wróg) Antygona i jego wielkich królewskich planów. Nim jednak doszło do nowej walki pomiędzy tymi dwoma wodzami, Antygon musiał jeszcze zająć się pewną kwestią która się w tym czasie pojawiła, a mianowicie satrapa Frygii Hellesponckiej - Arridajos, zdając sobie sprawę z zamiarów Antygona, również postanowił zadbać o swój interes i wprowadzić własne załogi wojskowe do kluczowych miast Frygii, które dotąd były miastami wolnymi, a jednym z takich miast (największym i najważniejszym) było Kyzikos, leżące nad Propontydą (dziś jest to Morze Marmara, leżące pomiędzy cieśninami Bosfor i Dardanele, które w starożytności nosiły nazwy: Bosfor Tracki i Hellespont). Kiedy więc Arridajos udał się tam, prowadząc ze sobą 10 000 najemników pieszych, 1000 macedońskich falangitów i 500 perskich łuczników oraz procarzy, a także wszelkiego typu machiny oblężnicze do zdobywania miast, natychmiast przystąpił do oblężenia tego dużego grodu i zażądał od mieszkańców zgody na wprowadzenie w mury swojej załogi. Atak Arridajosa był całkowitym zaskoczeniem dla mieszkańców Kyzikos i to do tego stopnia, że większość z nich w tym czasie przebywała poza murami miasta. Nie mogli oni teraz dostać się do środka aby stanąć w jego obronie, ale jednocześnie nie zamierzali tracić suwerenności i godzić się na żądanie satrapy Frygii (Kyzikos było jednym z greckich wolnych miast nie należących do macedońskich satrapii stworzonych po upadku Imperium Perskiego). Wysłali więc do Macedończyka swych posłów, twierdząc, że gotowi są uczynić wszystko czego sobie Arridajos zażyczy, poza wpuszczeniem w obręb murów macedońskiej załogi. Potajemnie zaś gromadzili młodych, a zdatnych do walki mężczyzn i chłopców, oraz uzbrajali niewolników, obsadzając nimi mury miejskie.




Celowo też przeciągali narady z Arridajosem, twierdząc że jego żądanie wprowadzenia wojska macedońskiego w obręb murów musi być zaakceptowane przez radę miejską, a nie wszyscy jej przedstawiciele znajdują się w obrębie miasta, dlatego też uzyskali zgodę Arridajosa na ich sprowadzenie z powrotem do grodu. Spuścili więc swe okręty na wody Propontydy i zbierali po okolicy wszystkich rozproszonych obywateli swego miasta, szczególnie tych zdolnych do walki. Wysłali też prośbę o pomoc do Bizancjum (innego dużego greckiego wolnego miasta na Propontydzie), które przysłało wsparcie w postaci machin miotających kule. W ciągu dosłownie kilku dni od pojawienia się Arridajosa Kyzikos było gotowe do odparcia jego ataku, a poza tym miasto było doskonale naturalnie przygotowane do obrony, zabezpieczone przed atakiem od północy, wschodu i zachodu a jedynie podejście południowe dawało jakieś szanse atakującym, ale też tylko w sytuacji wyzyskania elementu zaskoczenia, które w tym momencie zostało zaprzepaszczone. Ostatecznie więc odmówili Arridajosowi wpuszczenia jego załogi w obręb murów swego grodu, a ten, widząc że miasto jest doskonale przygotowane do długiej obrony, zrezygnował z dalszego oblężenia, zwinął obóz i wrócił do swojej prowincji. O wydarzeniach spod Kyzikos wkrótce dowiedział się Antygon, który przebywał wówczas w swej ulubionej frygijskiej miejscowości - Kelajnaj (potem miasto to ok. 300 r. p.n.e. otrzyma nazwę Apamea, nadaną mu przez Antiocha I Sotera, syna Seleukosa - jednego z wodzów Aleksandra Wielkiego. Antioch nazwie tak owe miasto na cześć swej matki Apamy. 188 r. p.n.e. w Apamei podpisany zostanie pokój pomiędzy Rzymem a Imperium Seleucydów po przegranej przez Antiocha III Wielkiego w wojnie z rzymską Republiką). Antygon natychmiast zebrał 20 000 żołnierzy piechoty i 3000 jazdy i z tymi siłami ruszył na odsiecz Kyzikos, ale dotarł w chwili, gdy sił Arridajosa nie było już pod miastem. Oczywiście zapewnił mieszkańców o swym poparciu i prawie Kyzikos do suwerenności, a następnie wysłał posłów do Arridajosa i oskarżył go iż ośmielił się zaatakować greckie miasto, które w niczym nie zawiniło. Oskarżył go tym samym o zdradę i próbę stworzenia własnego władztwa (czyli o to samo do czego dążył sam Antygon), nakazał mu też opuścić satrapię frygijską, wybrać sobie jedno z miast i tam osiąść do końca życia, by w spokoju i z dala od polityki wieść dostatnie życie. Arridajous wysłuchawszy żądań Antygona wpadł w gniew i o mały włos nie skazał posłów - którzy przynieśli taką wiadomość -  na podobną karę, na jaką zaraz po śmierci ojca w sierpniu 320 r. p.n.e skazał Kassander posłów z Aten - Demadesa i jego syna Demeasa (których w więzieniu zasieczono kijami na śmierć, za to tylko, iż w imieniu Aten zażądali wycofania się macedońskiej załogi z twierdzy Munichia, leżącej w Pireusie nieopodal Aten. Nie wspominałem o tym, gdyż temat ten bezpośrednio nie dotyczył ani Antygona ani też jego syna Demeteriusza, który jest tutaj głównym bohaterem tej części).

Arridajous w tej sytuacji uznał się za wroga Antygona i wysłał swoich posłów do twierdzy Nora w której zamknięty był wówczas Eumenes, proponując mu sojusz a także uwolnienie z oblężenia. Nim jednak do tego doszło, Antygon uderzył pierwszy i zmusił Arridajosa do zamknięcia się w mieście Kios, które obległ (319 r. p.n.e.). Antygon jednak nie zamierzał tracić czasu na oblężenie zamkniętego Arridajosa (w tym czasie pokonał już dwóch swoich wrogów - Alketasa i Attalosa, ten drugi przebywał w jego niewoli, dwóch pozostałych zamknął w twierdzach i odciął, jednego w Kios a drugiego w Norze) i postanowił w tym czasie zawalczyć o poszerzenie własnego władztwa na obszarze Azji Mniejszej, atakując satrapię Lidii należącą do Klejtosa. Ten jednak mając mniej żołnierzy nie zamierzał się bronić, a wsiadłszy na okręt popłynął do Macedonii, aby tam na miejscu poskarżyć się królom i Poliperchonowi na samowolne poczynania Antygona w Azji. Antygon zaś (przy pomocy kilku obywateli miasta) zajął podstępem Efez, a gdy przybył tam z Cylicji Ajschylos z Rodos, wioząc na czterech okrętach 600 talentów srebra, które wiózł dla królów do Macedonii, Antygon skonfiskował mu te środki twierdząc, że sam musi opłacić armię i potrzebuje na to pieniędzy. Zasilony tymi środkami szybko przejął pozostałe miasta Lidii i podporządkował je swej władzy. Jednak wzrastająca pozycja Eumenesa jako realnego przeciwnika Antygona, była dla niego policzkiem, dlatego też postanowił zdyskredytować Eumenesa w oczach armii, nim dojdzie do pierwszego starcia pomiędzy ich armiami. Niczego jednak Antygon nie osiągnął, bowiem i w tym przypadku szczęście jakie nieodstępowało Eumenesa od dłuższego czasu, raz jeszcze mu do pomogło.



Bitwa pod Paraitakene
(Srebrne Tarcze Eumenesa przeciw falandze Antygona)
317 r. p.n.e.



CDN.

środa, 14 czerwca 2023

ZABAWNE SCENY Z POLSKICH FILMÓW I SERIALI - Cz. XXVI

 DZIŚ TROCHĘ KLASYKI I WSPÓŁCZESNOŚCI 


Na pierwszy ogień stara komedia pt.:



"NIC ŚMIESZNEGO"
(1995)


Sztuczny penis 

"Zrobili go na drucie zbrojeniowym, jak on mi wyskoczy przez rozporek to utnie mi jaja" 😄



Winda

"Na górę jedzie?"

"A gdzie ma jechać w bok!" 🤔



Kapitalna scena:
Mieliśmy robić wspólny film

"To chuj ci w dupę stary, ja tu na deszczu wilki jakieś..." 😂



Wybuch mostu

"To nie był ten most!?"

"Tak był niestety panie producencie" 😄



Wiertła

"Trzynaście lat temu zamieszkał pode mną jakiś kretyn, zatrudniony gdzieś jako aktor który codziennie po przyjściu z pracy przez większość dnia i część nocy wierci dziury w ścianach i suficie"

"Dzisiaj przychodzą do mnie koledzy z wiertłami udarowymi będziemy razem borować dziury" 🤣



Dziewczyna

"No i co ty w mordę pierdolone bambusie co ty, w chuja lecisz ze mną czy się z własnym kutasem na łby pozamieniałeś" 🤪




"JAK POKOCHAŁAM GANGSTERA"
(2022)


"Nie mam ciągu. W dalszym ciągu nie mam ciągu. Przydałaby się trzecia dziura" 😂





"Za mną stoi grupa pruszkowska, a to są faceci z jajami. A ty masz jaja? Pokaż jaja! No pokaż jaja! (...) Kurwa, nie śmiejemy się, nie śmiejemy się!" 🤭




To tyle na dziś. Swoją drogą jak się patrzy na te filmy z lat 90-tych, to można dojść do wniosku że przepaść dzieląca nas od tamtych czasów wydaje się być wręcz epokowa, a nie licząca zaledwie trzydzieści lat. To też pokazuje jak wielki skok cywilizacyjny zrobiliśmy od tamtych czasów i to jest naprawdę niesamowite.


NIEZWYKŁE ZDJĘCIA... - Cz. V

ZE STAREJ KLISZY



Dziś dalsza część cesarskich Niemiec i miasta Berlin z roku 1888






BERLIN

(1888)



Rok 1888 zaczął się sukcesem kanclerza Rzeszy Otto von Bismarcka, gdy Reichstag przyjął ustawę o przekształceniu Landwehry (Obrony krajowej) w armię polową w przypadku wybuchu wojny (6 luty). Stało się tak głosami tzw. "partii kartelowych" (blok konserwatywno-narodowo-liberalny), które zdominowały Reichstag po wyborach z lutego 1887 r. i które wspierały politykę Bismarcka. Taka polityka (jak również zwiększenie armii stałej o 10 % w czasie pokoju - do 468 000 żołnierzy), spowodowana była napięciami międzynarodowymi, a szczególnie wzrostem rewanżystowskich głosów we Francji, które skupiły się na osobie byłego ministra wojny z lat 1886-1887 Georges'a Ernesta Boulangera (zwanego też "monsieur revanche"), który dążył do zwiększenia liczebności i siły Armii Francuskiej w celu wznowienia konfliktu z Niemcami i odebrania im Alzacji i Lotaryngii (utraconych w wyniku wojny 1870-71). Boulanger (i jego zwolennicy) był również przeciwnikiem ustroju republikańskiego i dążył do odnowienia Cesarstwa. 2 stycznia tego roku, Boulanger spotkał się w Szwajcarii z mieszkającym tam członkiem rodu Bonaparte - Napoleonem Józefem (przedstawiciele dynastii Bonaparte, podobnie jak obu gałęzi rodu Burbonów zostali wygnani z Francji z zakazem powrotu), synem Hieronima, najmłodszego brata Napoleona Wielkiego i króla Westfalii w latach 1807-1813. Boulanger namawiał tam księcia Napoleona do podjęcia wspólnych działań w celu obalenia III Republiki Francuskiej (Republika Francuska została ogłoszona 4 września 1870 r. po klęsce pod Sedanem armii marszałka Mac-Mahona - 1 września 1870 r., w wyniku której do niemieckiej niewoli dostał się cesarz Napoleon III. III Republika Francuska została jednak oficjalnie potwierdzona dopiero w konstytucji z 30 stycznia 1875 r. która weszła w życie 16 lipca tego roku). Na fali poparcia swoich zwolenników Boulanger dostał się do parlamentu w wyborach uzupełniających do francuskiego Zgromadzenia Narodowego z końca lutego 1888 r. Jeszcze wyższe poparcie zdobył w kolejnych wyborach z sierpnia tego roku i od tej chwili już jawnie dążył do przeprowadzenia referendum w sprawie likwidacji Republiki i odrodzenia Cesarstwa. Taka polityka stała jednak w sprzeczności z koncepcją Bismarcka, którego celem w polityce zagranicznej było m.in. polityczne okrążenie i izolacja Francji na arenie międzynarodowej, wspieranie francuskiego republikanizmu i polityki kolonialnej (czyli jak najmniej Francji w Europie), oraz uniemożliwienie Francuzom realizacji polityki rewanżu. Bismarck jednak nigdy nie był zwolennikiem wojny, choć wojny oczywiście nie wykluczał gdy była taka konieczność, ale doskonale wiedział że wojna ogranicza jego pozycję i kanclerska władzę na rzecz generałów, dlatego też starał się wszelkie konflikty rozwiązywać na drodze dyplomatycznej.

9 marca w wieku 90 lat w Berlinie umiera cesarz Wilhelm I, długoletni promotor Bismarcka i jego polityki. Panował on od 2 stycznia 1861 r. czyli od śmierci jego starszego brata - Fryderyka Wilhelma IV (realnie władał Prusami czasowo już od 1857 r. a na stałe od października 1858 r. gdy jego brat zaczął zdradzać objawy silnej nerwicy i nie był zdolny do sprawowania swoich obowiązków). 18 stycznia 1871 r. w Wersalu pod Paryżem, książęta niemieccy i przedstawiciele Wolnych Miast Rzeszy, ogłosili Wilhelma cesarzem nowopowstałego Cesarstwa Niemieckiego (należy dodać że to się Wilhelmowi nie spodobało i w rozmowie z synem Fryderykiem Wilhelmem stwierdził potem, że musiał zamienić "błyszczącą koronę Prus na tę brudną koronę Niemiec"). W tym też czasie Otto von Bismarck (pełniący od 8 października 1862 r. funkcję premiera Prus), został podniesiony do rangi księcia i mianowany kanclerzem Rzeszy Niemieckiej (21 marca 1871 r.). Śmierć starego cesarza i przyjaciela oznaczała duże przetasowania na szczeblu władzy, czego Bismarck się spodziewał i czemu nie był w stanie przeszkodzić. Nowym królem Prus i cesarzem Niemiec stał się teraz syn i następca Wilhelma I - "wielka nadzieja liberałów" Fryderyk Wilhelm, który objął władzę jako Fryderyk III (piszę "objął władzę" a nie koronował się, ponieważ ostatnią koronację przeprowadził 18 października 1861 r. w Królewcu - w rocznicę Bitwy Narodów w 1813 r. pod Lipskiem - właśnie Wilhelm I). Fryderyk III był już jednak bardzo poważnie chory. Od 1887 r. cierpiał na poważny obrzęk krtani, który prawie uniemożliwiał mu mówienie. W listopadzie 1887 r. oficjalnie zdiagnozowano u niego raka gardła. Co prawda podróże do Wielkiej Brytanii (na jubileusz 50-lecia panowania królowej Wiktorii) jak i do Włoch przyniosły lekką poprawę jego stanu zdrowia, ale po objęciu władzy cesarskiej choroba wróciła ze zdwojoną siłą. Już 11 marca 1888 r. (czyli zaledwie 2 dni po wstąpieniu na tron), Fryderyk III nie był w stanie w ogóle mówić i porozumiewał się jedynie za pomocą swej małżonki, brytyjskiej księżniczki (i córki królowej Wiktorii) - Wiktorii, lub pisemnie. To spowodowało że już 21 marca jego syn, 29-letni książę Wilhelm, został uznany zastępcą swego ojca w sprawowaniu władzy. Ostatecznie 15 czerwca 1888 r. po 99 dniach panowania w wieku 56 lat cesarz Fryderyk III zakończył swój żywot, a na tron wstąpił teraz jego syn, który przyjął tytuł Wilhelma II. Rok 1888 będzie odtąd określany w Niemczech jako "rok trzech cesarzy".

16 kwietnia prywatna niemiecka firma zajmująca się handlem fosforem -Jaluitgesellschaft, obejmuje patronat nad wyspą Nauro na Morzu Południowym (w 1906 r. wraz z Wyspami Marshalla stanie się ona częścią Niemieckiej Nowej Gwinei).

29 kwietnia brytyjska ekspedycja kierowana przez dziennikarza i badacza Afryki - Henry'ego Mortona Stanleya, po prawie trzech latach odcięcia od kontaktu ze światem, uwalnia niemieckiego badacza Afryki Eduarda Schnitzera (znanego jako Mehmed Emin Pascha). Schnitzer pełnił funkcję gubernatora brytyjsko-egipskiej prowincji równikowej, a w czasie powstania Mahdiego w Sudanie odcięto go w 1885 r. i uniemożliwiono kontakt zarówno z rządem Niemiec jak i Wielkiej Brytanii.

5 maja wyrokiem sądu zakończyła się wreszcie sprawa Georg'a Rittera von Schönerer'a. Bowiem ten niemiecki arystokrata i członek austriackiego Reischratu, oskarżony został o napad i pobicie redaktorów pisma "Neues Wiener Tageblatt", za to, że przedwcześnie donieśli czytelnikom o śmierci cesarza Wilhelma I. Za ten czyn sąd odebrał mu szlachectwo, pozbawił prawa wyborczego i skazał na cztery miesiące więzienia.

14 czerwca zniesiono w Niemczech obowiązek uiszczania opłat za uczęszczanie dzieci do szkół podstawowych w miejscu ich zamieszkania. Do tej pory bowiem szkoły podstawowe (jak i wszelkie inne) były płatne.

15 czerwca (w dzień zgonu cesarza Fryderyka III) w Stuttgarcie zamieniono dotychczasowe konne tramwaje po raz pierwszy na tramwaje o napędzie spalinowym (z wykorzystaniem silnika Daimlera), które szybko się przyjęły i następnie również i inne miasta w Niemczech zaczęły coraz częściej wprowadzać tego rodzaju tramwaje.

14 sierpnia w konserwatywnym piśmie "Kreuzzeitung" ukazuje się apel Adolfa Stoeckera (nadwornego kapelana cesarza Wilhelma II), domagający się dymisji kanclerza Bismarcka. Ów "list palny" (jak potem ten apel zostanie nazwany), doprowadzi do konfliktu pomiędzy Stoeckerem a Bismarckiem, który będzie go uważał za głównego sprawcę niechęci ze strony nowego cesarza do prowadzonej przez kanclerza polityki. Ostatecznie w 1889 r. Bismarck z musi stackera do rezygnacji z czynnej działalności politycznej.

31 sierpnia negatywną sławę rozpoczyna w Londynie Kuba Rozpruwacz, mordując swoją pierwszą prostytutkę.

Tego samego 31 sierpnia w Niemieckiej Afryce Wschodniej (dziś Tanzania, Rwanda i Burundi), rozpoczyna się arabskie powstanie pod przywództwem byłego handlarza niewolnikami - Hassana Buschiriego. Arabowie sprzeciwiali się niemieckiej dominacji w tej części Afryki jak również zakazowi handlu niewolnikami. Powstanie zostało brutalnie stłumione w roku następnym (1889) przez komisarza Rzeszy - Hermanna von Wissmanna.

4 października Georg von Siemens (przy wsparciu kanclerza Bismarcka) uzyskuje dla Deutsche Bank koncesję na budowę Kolei Anatolijskiej w Imperium Osmańskim.

Z końcem listopada niemieckiemu fizykowi - Heinrichowi Hertzowi udaje się udowodnić istnienie fal elektromagnetycznych, co daje podstawę do późniejszych prac nad stworzeniem radia.

W tym też roku Vincent van Gogh maluje swoje słynne "Słoneczniki".



PAŁAC CESARSKI
Ludzie gromadzą się przed pałacem na wieść o śmierci cesarza Wilhelma I





BISMARCK w REICHSTAGU
(Luty 1888 r.)





PISMO "DER BAZAR"
Moda kobieca 1888 r.





ZMARŁY KAJZER WILHELM I





FRYDERYK III i WIKTORIA 





KAJZER FRYDERYK III NA ŁOŻU ŚMIERCI 





WILHELM II
(1888)







OBJĘCIE WŁADZY PRZEZ WILHELMA II





POGRZEB WILHELMA I






W następnej części Niemcy w roku 1890


CDN.