Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

HEJ, SŁOWIANIE!

JAK ŁATWO ZE SŁOWIANOFILA UCZYNIĆ TĘPEGO RUSOFILA?





 "My Słowianie wiemy jak nasze na nas działa..." Jak śpiewała w swoim sławnym teledysku Cleo. Teledysk nie powiem udany i przyjemnie się go ogląda, lecz temat Słowian i Słowiańszczyzny został tam przedstawiony w nieco zabawnej, a jednocześnie szyderczej formie. Ja na temat Słowian pisałem już wielokrotnie (i zapewne jeszcze będę pisał), ale nie na tym chciałem się dzisiaj skupić. Ja bowiem słowiańskość traktuję tylko jako część dawnej genetycznej wspólnoty - jedności Ludów z dominującą haplogrupą R1a1 - pozbawionej jednak jakiejkolwiek politycznej konotacji. Dla mnie określenia "jedności Słowian", "braci Słowian" czy ogólnie rozumianego słowianofilstwa nic nie znaczą i są jedynie hasełkami, które jednym uchem wlatują, drugim wylatują. Zresztą opierać się na jakiejś dawnej jedności ludów słowiańskich, celtyckich czy jakichkolwiek innych byłoby co najmniej nierozważne, biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo poszczególne narody się zmieniły przez te wieki i jak bardzo historia wpłynęła na poszczególne podziały wewnątrz tej dawnej niby jedności (piszę "niby" ponieważ takiej jedności Słowian, jaką chciliby widzieć słowianofile, tak naprawdę nigdy nie było. Zawsze były bowiem jakieś dominujące plemiona słowiańskie, które pokonywały inne plemiona słowiańskie, zmuszając je np. do migracji na południe. Tak było już od wczesnej starożytności, a przykładem takiego postępowania jest chociażby bitwa w Dolinie Dołęży z ok. 1250 r. p.n.e. w czasie której Ślężanie pokonali m.in. Sorbów, zmuszając ich do migracji w kierunku Półwyspu Apenińskiego, a potem zaczęła się wielka migracja ludów słowiańskich na południe przez Grecję, Azję Mniejszą, Syrię aż do Egiptu (piszę o tym w temacie "Historii świata i wszelkiej cywilizacji"). Zawsze istniały podziały między poszczególnymi plemionami, potem krajami i narodami, a te najbliżej siebie sąsiadujące albo ulegały asymilacji do silniejszych, albo też toczyły z nimi nieustanne walki. 

Piszę o tym, ponieważ na Twitterze znalazłem profil jakiegoś polskiego szura (nie będę go reklamował), który wychwala Moskwę, pisząc że jest słowianofilem i peroruje, że Rosja - jako najpotężniejszy kraj słowiański - powinna wokół siebie zjednoczyć innych Słowian (a wszystkie inne słowiańskie narody powinny się rozmyć w rosyjskości jako we wspólnej słowiańskości - czy coś w tym stylu), ponieważ realnie jest krajem niezależnym od nikogo 🤭. Wiecie, tak sobie pomyślałem, że taka menda pluje na własny kraj (bo oficjalnie deklaruje się jako Polak, a nie wiem jakie są jego rzeczywiste konotacje rodzinne) i jednocześnie wychwala moskiewską breję zwaną dla niepoznaki Federacją Rosyjską. Ja mam bardzo dużo empatii do różnych ludzi i ich poglądów, ale przyznam się szczerze, że takich rzeczy nie jestem w stanie wytrzymać (mój stopień tolerancji zostaje tutaj gwałtownie przerwany). Co innego gdybym czytał opinie jakiegoś propagandysty ruskiego szamba miru z Moskwy, bowiem każdym ma prawo do swoich mrzonek, nawet Moskale. Ale tutaj mamy do czynienia z jawnym zdrajcą, który wmówił sobie, że jako Słowianin (słowianofil?) ma w dupie własną ojczyznę i będzie wspierał moskiewskich bandytów w imię jakiejś wyciągniętej z chorego łba jedności Słowian której nigdy nie było 🤮. Wiem że mamy pokój, mamy demokrację i każdy idiota może sobie pisać co chce. Problem tylko polega na tym, że w kraju tak bardzo doświadczonym przez bandytyzm moskiewski i niemiecki, w kraju tak zniszczonym, wyludnionym, rozkradzionym, rozstrzelanym i praktycznie fizycznie unicestwionym - jakiekolwiek sympatie dla bandytów ze wschodu czy ich pomagierów z zachodu osobiście traktuję jako coś tak obrzydliwego, że nie jestem w stanie tego wyrazić słowami.

Banda popaprańców bawiących się w Słowian, a jednocześnie będących jawnymi (lub ukrytymi) zwolennikami ruskiego szamba miru, będzie mi tutaj po polsku pisała że powinniśmy się zjednoczyć z Rosją, bo jest niezależna, bo jest największym słowiańskim państwem, albo że jest w stanie ochronić wszystkie ludy słowiańskie 🤭😂🤣. Ludzi tego pokroju po prostu inaczej nazwać nie można, jak zwykłą mędownią i nie jest to wcale obraza takiej osoby, a zwykle stwierdzenie faktu. Jeżeli tak ci tęskno jeden z drugim do moskiewskiego miru, to wyjedź sobie do Moskwy, pojedź do Donbasu, idź na pierwszą linię frontu i walcz o swoją matuszkę rassiję - palancie. Nie będziesz w mojej Ojczyźnie, w moim Domu ("Domku mój luby, Opatrzności darze! Domku pokoju i dawco wygody..." - jak pisał Józef Wybicki), nie będziesz robił za piątą kolumnę! Nigdy nie czułem nienawiści do Rosjan, do Niemców czy do jakiegokolwiek innego narodu (w ogóle nienawiść jest tym uczuciem, które staram się jak najusilniej eliminować z własnego życia), ale jawnych zdrajców, volksdojczów i wszelkiej innej szmalcowniczej zarazy nie toleruję, choćby nawet zarzekali się że oni to robią dla jedności Słowian. Hallo, obudź się człowieku Słowian już nie ma, są zaś niepodległe państwa i narody które wyodrębniły się z różnych większych Ludów i których interesy bardzo często są ze sobą sprzeczne (tak jak interes Moskwy i Polski, a również niestety interes Polski i Niemiec). Nie chcę też żadnego moskiewskiego gówna, opakowanego w ładny, słowianofilski papierek. Tu jest Polska i tu nigdy nie będzie ani Rosja ani nic innego.

Ale jestem w stanie zrozumieć potrzebę odniesienia do pewnej wspólnoty Słowian, i biorąc pod uwagę jak bardzo dane osoby (które tak żywo wypowiadają się za jednością Słowian), naciskają na zbliżenie ludów słowiańskich, to ja mam dla nich bardzo ciekawą propozycję. Ta propozycja nazywa się nowa, odrodzona po kilku wiekach Unia Międzymorza, Unia Wolnych Narodów (nie tylko słowiańskich), w której odnajdziecie swoje umiłowanie do słowieckości. Jednak nie będzie tam już miejsca dla żadnego ruskiego miru, a Rosja będzie mogła dołączyć do tej federacji Wolnych Narodów dopiero jak rozpadnie się na szereg mniejszych państewek (coś w rodzaju puzzli). Oczywiście jest to nocny koszmar dla wszystkich moskarofilów, którzy udają Słowian, ale taka przyszłość jest dla was jedynym rozwiązaniem i możecie być pewni, że szybciej ujrzycie nową Unię Jagiellońską w Europie Środkowo-Wschodniej, niż zobaczycie jakikolwiek ruski mir na Ukrainie, w państwach bałtyckich, czy w Polsce - eto bol'she ne povtoritsya!

Chciałbym jeszcze nadmienić, że mój stosunek do słowiańskości jako takiej, jest podobny do tego, co reprezentował Bismarck w odniesieniu do idei pangermańskiej. Po roku 1871 Bismarck starał się utrzymać dobre stosunki z Rosją (chodziło mu bowiem o to, aby pokonana Francja nie mogła znaleźć w Europie silnego sojusznika, który pomógłby jej wystąpić przeciwko Niemcom i w nowej wojnie odzyskać utracone ziemie -  Alzację i Lotaryngię. W polityce Bismarcka Francja miała być totalnie izolowana i skupiać się jedynie na ekspansji kolonialnej w Afryce czy Azji). Niestety stosunki z Rosją nie zawsze były łatwe i przyjemne, szczególnie do ostrego zgrzytu doszło w czasie kongresu berlińskiego w 1878 r. (którego notabene Bismarck był gospodarzem, a z czego starał się jak tylko mógł wykręcić, zdając sobie sprawę że to może tylko pogorszyć jego stosunki z Rosją lub z Austrią. Ostatecznie mu się to nie udało i konferencja pokojowa kończąca wojnę turecko-rosyjską została zorganizowana w Berlinie). Pokój w San Stefano podpisany został w marcu 1878 r. i kończył się całkowitym zwycięstwem Rosji, która wymusiła na Imperium Osmańskim zgodę na powstanie tzw. Wielkiej Bułgarii, będącej realnie rosyjskim przyczółkiem na Bałkanach. Pokój berliński (głównie dzięki dyplomacji brytyjskiej i austriackiej) zresetował tamten traktat i wyznaczył nowe granice Bułgarii, która co prawda zyskiwała suwerenność, ale wciąż była turecką z satelitą (zresztą Bułgarię - znacznie okrojoną - podzielono jeszcze na dwie części, Bułgarię właściwą czyli północną i Rumelię Wschodnią). Był to ogromny policzek dla Rosjan. Książę Aleksander Gorczakow - który stał wówczas na czele rosyjskiej dyplomacji - zaraz po zakończeniu kongresu otwarcie twierdził, że głównym sprawcą tego policzka wymierzonego Rosji i kradzieży rosyjskiego zwycięstwa na Bałkanach, jest właśnie Bismarck.




Bismarck był tym atakiem mocno zaskoczony, ponieważ on nie zamierzał w żaden sposób zaszkodzić Rosji, po prostu uznał, że taka sytuacja będzie wówczas najbardziej optymalna (nalegali no to przede wszystkim Brytyjczycy, zaś Austriacy uzyskali to, co chcieli - czyli okupację Bośni i Hercegowiny). Gdy na początku 1879 r. do cesarza Wilhelma I Hohenzollerna napisał list/skargę car Aleksander II, w którym zarzucał Niemcom obłudę, ponieważ Rosja pozostała neutralna w roku 1870, dzięki czemu Niemcy mogli spokojnie pokonać Francję na zachodzie, a teraz Niemcy w taki właśnie sposób odwdzięczają się Rosji. W liście tym również jako głównego sprawcę owego "rosyjskiego nieszczęścia" wymieniał car Bismarcka. Ten, gdy dowiedział się o tych zarzutach, postanowił zagrać Moskalom na nosie, i co prawda przerażony wizją niezgody w spokrewnionych rodach panujących Wilhelm I był kuzynem Aleksandra), cesarz Wilhelm natychmiast wysłał list do Petersburga z propozycją spotkania obu cesarzy, aby osobiście móc się wytłumaczyć. Tak też się stało, do spotkania doszło wkrótce potem nieopodal Torunia do którego przyjechał cesarz. Po drugiej zaś stronie granicy (a raczej kordonu rozrywającego ziemie polskie) była teoretycznie Rosja i tam też Aleksander II zorganizował ćwiczenia wojskowe. Obaj monarchowie spotkali się na granicy, porozmawiali ze sobą, a Wilhelm wytłumaczył się dlaczego doszło do takiej właśnie reakcji Niemiec i ostatecznie Aleksander stwierdził, że nie ma żalu do swego stryja i żeby wcześniejszy list traktował jako niebyły. Zadowolony Wilhelm wracał do Berlina, gdy doszła do niego wiadomość, że w Wiedniu (z inspiracji Bismarcka, który z austriackim ministrem spraw zagranicznych - hrabią Andrassy'm,  spotkał się w jednym z tyrolskich kurortów, w którym obaj panowie pobierali zdrowotnych kąpieli) doszło do podpisania niemiecko-austriackiego traktatu wymierzonego w Rosję (październik 1879 r.). Cesarz Wilhelm nie chciał się na niego zgodzić, twierdząc że rozwiązał już z carem wszystkie sporne sprawy i taki traktat byłby skazą na jego honorze. Bismarck się jednak uparł i przekonał do tego wielu wpływowych polityków i oficerów niemieckich, a także następcę tronu kronprinza Fryderyka. Ostatecznie gdy Bismarck zagroził swoją dymisją, Wilhelm zgodził się na ów traktat, mówiąc: "Bismarck jest bardziej potrzebny Niemcom, niż ja". 


KONGRES BERLIŃSKI
BISMARCK NA PIERWSZYM PLANIE,
OBRAŻONY KSIĄŻĘ GORCZAKÓW SIEDZI NA KRZEŚLE PO LEWEJ STRONIE



Po co jednak o tym piszę? Otóż dlatego że w owym traktacie było wiele odniesień do Wielkich Niemiec ("Wielkie Niemcy" rozumiane były w tamtym czasie jako dawne Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, które w średniowieczu obejmowało również ziemie północnej Italii, Czechy, Burgundię, Niderlandy i całą północną oraz zachodnią Francję. Zaś "Małe Niemcy", to były te Niemcy, które pod dominacją Prus zjednoczył we wspólnym państwie Bismarck bez Austrii). Było tam wiele odniesień do mistycyzmu germańskiego, do jedności Nibelungów Wagnera etc. etc. Traktat ten wyglądał jakby napisał go jakiś nacjonalista albo zagubiony w czasie pieca germanizmu, i Bismarck podpisał się pod tym traktatem co by sugerowało że zgadzał się stuprocentowo z jego brzmieniem. Otóż nie! Bismarck był praktykiem, on służył Niemcom nie na zasadzie mistycznych przekonań i odniesień do jedności Nibelungów czy dawnych Germanów, ale do faktów. Sojusz z Austrią wymierzony przeciw Rosji (który notabene został upubliczniony - ale też nie w całości - dwa lata później, a oficjalne brzmienie całego traktatu Bismarck ujawnił w jednej z niemieckich gazet na dwa lata przed swoją śmiercią w 1896 r.), Był kanclerzowi Niemiec potrzebny tylko jako wybieg taktyczny, który miał zmusić Rosję do ponownego powrotu do rozmów z Niemcami. I chociaż w traktacie tym mnóstwo było odniesień do jedności Germanów, to jestem przekonany że gdyby Bismarck miał wybierać pomiędzy sojuszem z Rosją, a sojuszem z Austrią, to wybrałby ten pierwszy i to zdecydowanie. Dla niego takie hasełka jak jedność Nibelungów nic nie znaczyły, ot po prostu puste słowa, które wpadały jednym uchem a wypadały drugim (to Hitler był debilem, bo myślał że Wielka Brytania sprzymieszy się z Niemcami właśnie dlatego, że jest krajem germańskim). 

Dlatego też dla mnie nie ma żadnego znaczenia jakakolwiek jedność słowiańszczyzny. Dla mnie w tym momencie ma znaczenie to, jak szybko Ukraina odzyska swoje terytoria i jak długo potrwa uświadomienie obecnym ukraińskim elitom faktu, że przyszłość ich państwa związana jest nierozerwalnie z Polską (oczywiście tutaj też nie chodzi o jakieś wspólne polsko-ukraińskie państwo -jak głoszą niektóre moskiewskie szczury - a raczej o Unię która byłaby początkiem i rdzeniem większej całości i powstałaby dla zapewnienia bezpieczeństwa i realizacji wspólnych interesów obu państwa. Przecież Unia polsko-litewska zawarta po raz pierwszy w Krewie w 1385 r. przechodziła też bardzo różne koleje losu, kilkukrotnie była zrywana, wielokrotnie podważana. Też osobiste ambicje liderów brały górę nad dobrem wspólnoty, ale ostatecznie skończyło się Unią Lubelską i zjednoczeniem w Rzeczpospolitą Obojga Narodów w 1569 r.).




Tak więc słowianofilskie (a raczej moskiewskie) suk...ny- won za Don, nie chcemy tutaj - na polskiej i ukraińskiej ziemi waszej ruskiej brei. 🤮




niedziela, 20 sierpnia 2023

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CLXIX

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI
SŁOWIANIE I CELTOWIE





PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE

SŁOWIANIE

(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)

(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)

Cz. III




FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. III



EGIPSKI NASTĘPCA TRONU POBIERA NAUKI STRZELANIA Z ŁUKU





EGIPSKI ARMAGEDDON
(925 r. p.n.e.)
Cz. III



 Ponad 40-letnie rządy "Gwiazdy, która ukazała się nad miastem" - jak oficjalnie brzmiało imię Psusennesa I, były okresem spokoju i względnego dobrobytu. Nowy władca nie prowadził forsownych kampanii militarnych, tylko skupił się bezpośrednio na rozwoju wewnętrznym kraju (a raczej dwóch krajów - Dolnego i Górnego Egiptu) oraz na budowie nowych świątyń. Osiadł w Tanis (podobnie jak wcześniej jego ojciec - Pinedżem I, a jeszcze wcześniej faraon Smendes, który rozpoczął wznoszenie tego miasta po wcześniejszym rozebraniu do fundamentów Pi-Ramzes). Oficjalnie władzę dzielił ze swym bratem, arcykapłanem Amona-Re w Tebach Królewskich w Górnym Egipcie - Mencheperre, realnie jednak (podobnie jak jego ojciec) zjednoczył obydwa kraje pod swoją władzą. W Tanis przyjął tytuł najwyższego kapłana Świętej Trójcy (Amona, Mut i Chonsu) i wzniósł nowy, okazały mur wokół świątyni poświęconej tym bóstwom (tak naprawdę była to głównie świątynia Amona-Re, świątynia bogini gwiazd i sklepienia niebieskiego - Mut znajdowała się na południowy wschód, zaś świątynia księżycowego boga Chonsu - na północ od świątyni Amona, leżącej tuż obok Świętego Jeziora). Psusennes przyjął również imię Ramzesa i zwał się odtąd Ramzes Psusennes I (było to nawiązanie do czasów Ramzesa XI, a zapewne również do wielkości Egiptu z czasów Ramzesa II Wielkiego). Podczas jego czterdziestoletniego panowania tak naprawdę nie wydarzyło się nic szczególnie istotnego (może poza faktem że w Tanis - jak również w kilku innych miastach Delty - coraz częściej zaczęli osiedlać się Libijczycy, głównie z plemienia Meszwesz, co budziło w Egipcjanach - szczególnie wśród kapłanów - pewne niezadowolenie, ale nie odnotowano żadnych radykalnych ku temu sprzeciwów).

Psusennes kazał sobie zbudować świątynię grobową na południowy zachód od kręgu Świętej Trójcy w Tanis (notabene z budowli Psusennesa wznoszonych głównie z wypalanego wapna w Świętym Kręgu pozostało niewiele, to co tam się znajduje do dziś powstało głównie w czasach późniejszych, szczególnie w epoce greckich Ptolemeuszów). Tam też miała spocząć małżonka (i jednocześnie młodsza siostra tego faraona) Mutnedżmet. Nie wiadomo czy była ona matką syna i następcy Psusennesa - księcia Amenemope, ale sam fakt, że ten właśnie władca kazał pochować się nie w specjalnie dla siebie przeznaczonej komorze grobowej w świątyni swego ojca, tylko w komorze Mutnedżmet, sugeruje że jednak mogła ona być jego matką. Poza tym niewiele więcej informacji o rządach tego władcy, następcy Pinedżema i prawnuka Herhora - można jeszcze dodać. Być może to nawet lepiej, bowiem jak mówi stare chińskie przysłowie (a raczej chińskie przekleństwo) "obyś żył w ciekawych czasach", jest co prawda gratką dla historyków (gdy natłok zdarzeń dziejowych w krótkim czasie jest bogaty), natomiast te lata, gdzie przez dłuższy czas nie wydarzyło się nic szczególnie istotnego, nie należą do ulubionych przez dziejopisów epok historycznych (przykładem niech tutaj będą chociażby rządy w Imperium Rzymskim Antonina Piusa w latach 138-161, sam muszę przyznać że równie nudnego okresu próżno mi było spotkać w całych dziejach Imperium Rzymskiego, a jednocześnie był to jeden z najbardziej spokojnych, dostatnich i bezpiecznych okresów w historii Rzymu - oczywiście z punktu widzenia zwykłych ludzi). Egipt za Psusennesa nie przeżywał wielkich migracji, najazdów, czy choćby częstych napadów na świątynie grobowe (jak to miało miejsce za poprzedników tego władcy), a nawet jeśli do takowych sporadycznie dochodziło, to nie zostało to odnotowane (co raczej się nie zdarzało, ponieważ takie ataki rabunkowe musiały zostać gdzieś odnotowane i nawet jeśli pierwotne dokumenty - spisane albo na tablicach albo na papirusach - a potem gdzieś zaginęły, lub zostały zniszczone, to mogły przecież zostać odnotowane przez późniejszych historyków piszących o tych latach, którzy mieli do nich bezpośredni dostęp).

TANIS



Jedynym godnym jeszcze odnotowania wydarzeniem z tego okresu, była wielka inspekcja świątyń, przeprowadzonych w Górnym Egipcie (zapewne zaś głównie w Tebajdzie) przez arcykapłana Mencheperre w 40 roku panowania jego brata Psusennesa (ok. 1003/1002 r p.n.e.). Efektem tej kontroli była decyzja wybudowania muru na północ od świątyni Amona w Karnaku, aby oddzielić tę świątynię od coraz bardziej zbliżających się ku niej domów mieszkalnych "zwykłych ludzi" (kapłani najwidoczniej nie życzyli sobie ich wzroku, bowiem wstęp do świątyni i tak był zarezerwowany głównie dla kapłanów, a wierni składali dary i modlili się w przedsionku świątyni lub przed świątynią). Mur ten wzniesiono w osiem lat, po dokonaniu owej inspekcji przez arcykapłana Mencheperre. Jednak w niedługi czas po dokonaniu owej inspekcji Mencheperre zmarł (Wikipedia podaje, że Mencheperre przeżył swego brata, ale to mi się nie zgadza, biorąc pod uwagę fakt, że jego następca Smendes II, wysłał do swego wuja - faraona Psenusennesa - złote bransolety, aby zakomunikować mu objęcie funkcji arcykapłana Amona-Re w Tebach. Te same złote bransolety znaleziono potem w komorze grobowej Psenusennesa w Tanis). Miejsce zmarłego arcykapłana, zajął teraz jego syn Smendes II. Faraon Psenusennes nie przeżył zbyt długo swego brata i zmarł wkrótce potem (ok. 1000 r. p.n.e.). Na tron po nim wstąpił jego pierworodny - Amenemope. Było to więc już piąte pokolenie rodu Herhora, czyli tak naprawdę Libijczyków z plemienia Meszwesz, którzy niepodzielnie władali Egiptem już od prawie stu lat (dokładnie od 90). Wkrótce po objęciu władzy przez nowego faraona z Tanis przyszła smutna wiadomość, arcykapłan Smendes II zmarł. Nie wiadomo co było przyczyną jego śmierci, ale należy założyć że Smendes nie był już młodzieniaszkiem i zapewne miał jakieś pięćdziesiąt lat, tak więc śmierć mogła nastąpić z przyczyn naturalnych. Pełnił on swą funkcję zaledwie przez dwa lata, a nowym arcykapłanem został jego młodszy brat Pinedżem II.

Amenemope niczym szczególnym się nie zasłużył i jego panowanie również nie należy uznać za wyjątkowo interesujące. Zmarł on po prawie dekadzie panowania (ok. 992 r. p.n.e.) i kazał się pochować w świątyni wzniesionej przez swego ojca, ale w komorze grobowej Mutnedżmet - zapewne swojej matki. Jego panowanie to ogromny wzrost potęgi Libijczyków z plemienia Meszwesz, którego książę o imieniu Acheperre Setepente (zwany też Osorkonem), przejął teraz władzę nad Egiptem, zapoczątkowując druga dynastię libijską (to z niej właśnie będzie wywodził się Szeszonk I, który w 925 r. p.n.e. najedzie Palestynę i złamie potęgę Filistei). Osorkon I (Osochor?) był zaś z synem libijskiego księcia Szeszonka (który sam był synem owego Paihutiego, o którym wspomniałem dwa tematy wcześniej - zapewne założyciela libijskiej dynastii ludu Meszwesz). Oczywiście ród Herhora nie wygasł jeszcze zupełnie, w Górnym Egipcie, w królewskich Tebach władał przecież jako arcykapłan Amona-Re - Pinedżem II wywodzący się właśnie z tego rodu. Deltę jednak teraz opanował już ród Paihutiego. Osorkon jednak nie władał zbyt długo i już ok. 985 r. p.n.e. zakończył swój żywot. Tron teraz przypadł (ożenionemu z córką Osorkona księżniczką Karimali) rdzennemu Egipcjaninowi - Siamunowi. Był to pierwszy Egipcjanin na tronie Dwóch Krajów od prawie stu lat. Zapewne gdzieś na początku jego panowania miała miejsce ostatnia wielka grabież grobów królewskich w Tebach, co zmusiło arcykapłana Pinedżema do przeniesienia mumii królewskich do grobowca Inhapi. Siamun panował przez prawie dwadzieścia lat i były to aktywne rządy, co świadczy o fakcie iż Egipt przełamał dotychczasowy kryzys i zaczął odzyskiwać dawna siłę. Siamun podczas swoich rządów wzniósł drugą świątynię Amona w Tanis, rozbudował świątynię Horusa w Mesen, w Memfis kazał wznieść świątynię dla jednego z wcieleń Amona, budował też w Heliopolis i prawdopodobnie chciał odbudować dawne Pi-Ramzes (świadczy o tym inskrypcja, jaką tam znaleziono), ale to akurat mu się nie udało.


EGIPSKA KSIĘŻNICZKA



Nie wiadomo dokładnie jak układały się stosunki Siamuna z Pinedżem? W każdym razie do walk nie dochodziło, a sam faraon wszedł do libijskiego rodu panującego. Wiadomo jednak że z Siamun oparł się nie na potędze kapłanów Amona i nie ich wspierał, a kapłanach boga Ptaha z Memfis. Jednak jego rzeczywista władza ograniczała się tylko do Delty, na południu zaś niepodzielnie władał Pinedżem. Za rządów Siamuna miało dojść (ok. 970 r. p.n.e.) do egipskiego ataku na miasto Gezer w Filistei (czego odniesienia mamy zarówno w Biblii, jak istnieje relief w Tanis, ukazujący rytualną rzeź nieprzyjaciół). Jak już jednak wcześniej pisałem, nie wydaje mi się, aby atak na Gezer miał miejsce wcześniej, niż w czasach Szeszonka I, czyli właśnie w owym 925 r. p.n.e. Relief z Tanis o niczym nie świadczy, mógł przecież powstać te 50 lat później, zaś wiadomości zawarte w Starym Testamencie często łączą ze sobą wydarzenia odległe o kilkanaście a nawet kilkadziesiąt lat. W tym przypadku bez wątpienia uważam że atak na Gezer nie nastąpił za rządów Siamuna a dopiero właśnie za Szeszonka (opieram się tutaj m.in. na badaniach archeologów izraelskich, którzy twierdzą że brak jest dowodów na podwójne zniszczenie miasta Gezer w odstępie kilkudziesięciu lat, tym bardziej że zniszczenie Gezer pociągnęło za sobą realną dominację Izraela i Judy na tych ziemiach, a próżno szukać takowych przed 925 r. p.n.e.). Oczywiście nie zabraniam nikomu wierzyć w to, że taka interwencja wówczas miała miejsce - ja po prostu tak nie uważam. Bez wątpienia jednak Egipt za czasów Siamuna odzyskał dynamikę polityczną, jakiej brakowało mu właściwie od śmierci Ramzesa III (ok. 1155 r. p.n.e.), czyli od jakichś dwustu lat. Na pewno złożyły się na to stabilne rządy Pinedżema I i jego syna Psusennesa I, które z pewnością pobudziły Egipt gospodarczo.

Ok. 975 r. p.n.e w Tebach zmarł arcykapłan Pinedżem II (10 rok panowania Siamuna). Na tym stanowisku zastąpił go syn - Psusennes II. Pragnął on odbudować potęgę swego rodu i w tym celu nawiązał bliższe stosunki z Siamunem. Było bowiem jasne że Siamun nie ma potomka i po jego śmierci władza musi przypaść ponownie rodowi Herhora. Nie wiadomo jakie plany snuł w tej kwestii Siamun, wiadomo tylko że skoro nie wspierał kapłanów Amona-Re w Tanis (tak jak czynili to wcześniejsi władcy), to zapewne nie był z tego faktu zadowolony. Ale jaki inny miał wybór? albo oddanie władzy w ręce Psusennesa II (potomka Herhora - libijskiego wojownika z rodu Meszwesz, który stał się arcykapłanem), albo całkowita dominacja libijska potomków Paihutiego. Nie wiadomo co gorsze z punktu widzenia rdzennego Egipcjanina. Co prawda faraon Siamun założył sobie pokaźny harem (wypełniony dziewczętami z różnych krain - najwięcej było Egipcjanek ale równie sporo Libijek, Nubijek i Kananejek, a prawdopodobnie również Filistynek), nie wiadomo jednak nic aby zdołał spłodzić z nimi jakiekolwiek dzieci, nie mówiąc już o tym, że z królową Karimali też mu nie wychodziło. Ok. 967 r. p.n.e. wydał swoje ostatnie tchnienie na tej ziemi, a jego miejsce zajął teraz arcykapłan Psusennes II. Ten władał jeszcze przez ponad kolejne dwadzieścia lat, w coraz bardziej nerwowej atmosferze dworu, gdyż on również nie był w stanie spłodzić potomka. Udało mu się ponownie zjednoczyć oba Kraje pod wspólnym panowaniem, ale nie miał komu tego przekazać. Ok. 943 r. p.n.e. przeniósł się do podziemnej krainy Ozyrysa (boga i opiekuna zmarłych) i wtedy Egipt wpadł w ręce rodu Paihutiego, dynastii libijskiej również (jak ród Herhora) wywodzącej się z plemienia Meszwesz, która z klasycznymi Libijczykami - odznaczającymi się ciemniejszym kolorem skóry (oczywiście nie czarnym, a jedynie ciemniejszym od egipskiego), nie miała wiele wspólnego, a wręcz przeciwnie - wydawało się że Libijczycy, którzy przejęli władzę nad Egiptem, mieli bardziej białą skórę niż rdzenni Egipcjanie.




Władzę objął teraz Szeszonk I "pogromca Filistynów" (syn Nimlota - wodza plemienia Meszwesz i władcy Libii. Nimlot był młodszym bratem Osorkona - faraona o którym pisałem wyżej - a synem Szeszonka Starszego i wnukiem Paihutiego). Tak oto teraz bezpośrednio przechodzimy już do panowania Szeszonka i jego inwazji na Palestynę, która zmieni geopolitykę tego regionu oddając Judejczykom kontrolę nad Filisteą i Szefelą.




CDN.

piątek, 18 sierpnia 2023

A GDYBY UKRAINA... PRZEGRAŁA?

CZYLI TROCHĘ HISTORII ALTERNATYWNEJ





 Dziś chciałbym jedynie zaprezentować ciekawą próbkę historii alternatywnej, autorstwa dr. Jacka Bartosiaka - specjalizującego się w kwestii geopolityki - zamieszczonym na portalu Strategy and Future w dzień Święta Wojska Polskiego i 103 rocznicy zwycięstwa nad bolszewicką Rosją - czyli 15 sierpnia 2023 r. Bartosiak kreśli tam niezwykle ciekawą - choć wydaje mi się że nie do końca pełną - analizę tego, jak mogłyby potoczyć się dalej wydarzenia, gdyby Moskalom udało się w ciągu paru dni zdobyć Kijów i opanować Ukrainę aż po Karpaty. Przyznać się muszę że jest to dosyć nieprzyjemny obraz sytuacji i niestety gdyby się ziścił, oznaczałby realnie albo początek III wojny światowej (co byłoby raczej mało prawdopodobne ze względu na zachowanie państw w Unii Europejskiej, a szczególnie Niemiec i Francji, ale przede wszystkim również na niechęć do konfrontacji z Rosją USA -  a raczej obecnej administracji Joe Bidena), albo też ziszczenie się planów Eurazji od Władywostoku po Lisbonę (czy też - jak wolą to nazywać Francuzi - od Władywostoku po Brest). 

Byłaby to wizja zupełnie nie do przyjęcia dla nas, Polaków - wiązałoby się to bowiem z zagrożeniem istotnych, wręcz kluczowych instytucji państwa i ze sprowadzeniem Polski do roli wydmuszki politycznej (czegoś na kształt osiemnastowiecznej Rzeczpospolitej, pozbawionej armii i będącej realnie moskiewską podkolonią). Problem polega na tym że w pierwszej fazie tego konfliktu, wszyscy staraliby się w jakiś sposób zachować pokój (bo każdy by liczył na to, że Rosja już dalej się nie posunie bo już zdobyła to, co chciała. Notabene tak samo mówiono o hitlerowskich Niemczech. przecież premier Wielkiej Brytanii Neville Chamberlain po powrocie z Monachium 30 września 1938 r. obwieścił swoim rodakom i światu całemu, że "przywozi pokój naszych czasów", bo Niemcy połknąwszy Austrię i czeskie Sudety - już dalej się nie posuną. Co z tego wyszło wszyscy wiemy). Zanim by do wszystkich (z NATO i Unii Europejskiej) dotarło że pokoju się utrzymać już nie da, byłoby za późno, bo Moskwa zdołałaby opanować co najmniej Państwa Bałtyckie i zapewne rozpoczęłaby jakieś działania hybrydowe lub zaczepne we wschodniej Polsce (o czym również mówi analiza Bartosiaka). Najgorsze są jednak złudzenia, wydaje nam się że przeciwnik nie posunie się już dalej, bo to może doprowadzić do katastrofy, z której nie będzie potem odwrotu i wszyscy na tym przegrają. Niestety często nie uświadamiamy sobie jak silne jest przekonanie tyranów i ludzi, którzy mają mentalność imperialną, o swej nieomylności i ufności we własną ideę lub dzieło, które zamierzają doprowadzić do końca. Tak postępował Hitler, tak postępował Stalin, tak postępował Mao Zedong, a także Czang Kaj-szek czy Pol Pot (choć ci ostatni jedynie na skalę lokalną). Fanatyków nie można powstrzymać inaczej niż militarnie, ewentualnie zdecydowanym położeniem tamy ich politycznym żądaniom, inaczej najpierw oddamy wszystko czego tamci sobie życzą, a na końcu i tak będziemy mieli wojnę, bo żądania się nie skończą a będą się tylko mnożyć i staną się coraz bardziej bezczelne. 

Człowiek który wierzy w swoją gwiazdę tak bardzo, że gotów jest rozpętać piekło aby tylko wprowadzić w życie własną (często chorą i odczłowieczającą) wizję świata, powinien być jak najszybciej usunięty przez społeczność międzynarodową póki jest słaby, inaczej potem będzie tylko gorzej. Dlatego też Marszałek Piłsudski doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak jak wielkim niebezpieczeństwem jest ten krzykacz z Berlina - Adolf Hitler, który póki jest słaby to musi się jeszcze układać, ale na potęgę wzmacnia swoją siłę zbrojną i mając już gotową ideologię oraz jasno wytyczony cel jej realizacji w przyszłości (zarówno polityczny jak militarny), wcześniej czy później rozpęta piekło, które cały europejski Kontynent oraz znaczną część świata skąpie w morzu krwi. Dlatego właśnie w 1933 r. Piłsudski chciał uderzyć na Niemcy pierwszy, bo zdawał sobie sprawę że wojna z Hitlerem - jakkolwiek napastnicza - i tak byłaby wojną obronną. My byśmy się tylko bronili przed tym, co i tak miało nastąpić w przyszłości i tylko ślepy mógłby tego nie widzieć. W przytaczanym przeze mnie już parokrotnie Teatrze Telewizji pt.: "Marszałek", jest właśnie taka scena, gdy Józef Piłsudski mówi wprost do swoich najbliższych współpracowników: "Dlatego właśnie zdecydowałem, że to my uderzymy pierwsi". Na pytanie Aleksandra Prystora (granego przez Andrzeja Grabowskiego) "My uderzymy pierwsi?!", odpowiada: "Tak jest, my uderzymy pierwsi. Wojnę dobrze będzie zacząć w Gdańsku, a jak trzeba będzie  zrównać miasto z ziemią, to zrównam,  Gdynia już stoi i na dobrą sprawę ład gdański nie jest nam potrzebny". Prystor dopytuje: "Ziuk, teraz to my zaczniemy wojnę?!", "My, my zaczniemy wojnę! (...) Niebezpieczeństwo sojuszu niemiecko-rosyjskiego zawsze istnieje dla Polski i zawsze jest śmiertelne. (...) Ja nie widzę, Ja po prostu nie widzę żadnego powodu dla którego Polska znowu miałaby przestać istnieć, nawet jeśli miałoby to się skończyć wojną", "Miejmy nadzieję że się nie skończy" - odpowiada prof. Kazimierz Bartel "Zaborcy ruszą żeby odrobić straty poniesione w Wojnie Światowej, a te straty to jesteśmy my... i nasi sąsiedzi" - podsumowuje Marszałek - "Ja tylko mówię że nie ma końca historii, teraz decyduje się los Polski na wiele pokoleń. My nie jesteśmy wyspą, nie jesteśmy Anglią, żyjemy w przeciągu i choćby wszędzie na świecie ogłaszano koniec historii to tutaj historia nie kończy się nigdy! (...) Tak więc moi panowie będziemy mieli wojnę, teraz, tej jesieni", "Naprawdę? - pyta Prystor - "naprawdę jesteśmy na to gotowi? Jesteśmy gotowi na cmentarze pełne grobów polskiej młodzieży, jesteśmy gotowi na sieroty, na zgliszcza, naprawdę jesteśmy na to gotowi?", i wówczas Marszałek odpowiada słowami które należałoby za każdym razem podkreślić: "Olek, my tego nie unikniemy, Co się odwlecze..." Niestety ani Francja ani Belgia nie chciały wspólnej interwencji przeciwko III Rzeszy która ocaliłaby nie tylko Europę ale i Świat, a sama Polska nie mogła być agresorem i do wojny wówczas nie doszło. Wybuchła ona we wrześniu 1939 roku i trwała do września 1945 r. (wojna na Pacyfiku), a pochłonęła kilkadziesiąt milionów ludzkich istnień.




I teraz pytanie czy Piłsudski zdawał sobie sprawę z tego co przyniesie przyszłość i do czego dąży Hitler i jak to się może zakończyć przy bierności zachodu stąd też powtarzał że zachód jest parszywieńki?. To że Marszałek był profetą w wielu kwestiach przewidział np wybuch I Wojny światowej i to jak ona się zakończy jeszcze w lutym 1914 powiedział w Paryżu: "Zwycięstwo w przyszłej wojnie będzie szło z Zachodu na Wschód, najpierw Niemcy i Austro-Węgry pokonają Rosję, a potem Wielka Brytania i Francja, lub Wielka Brytania, Francja i Stany Zjednoczone pokonają Niemcy i Austro-Węgry". W 1915 r na froncie wschodnim mówił do swoich towarzyszy broni "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia". Wiadomo też że Marszałek (nie tylko zresztą On spośród oficjeli II RP) korzystał z usług jasnowidzów, m.in. Ferdynanda Ossendowskiego - bodajże najsławniejszego polskiego jasnowidza Międzywojnia, który doskonale przewidział nie tylko wybuch II Wojny Światowej, ale i jej konsekwencje zarówno dla Polski, Niemiec jak i innych krajów oraz stwierdził jak dokładnie będzie wyglądała sytuacja powojenna i że Polska znajdzie się w sowieckiej strefie wpływów - mówił wprost: "Najpierw będą Polską rządzić komuniści, a potem szubrawcy i świnie, a następnie powstanie jeszcze większa niż jest teraz, ale my już tego nie dożyjemy, dopiero nasze wnuki". 

Jak to się więc stało, że nikt inny (może poza Stalinem, ale ten zdawał sobie sprawę że Hitler jest dla niego trampoliną do zajęcia całej Europy, dlatego też go wspierał) nie widział zagrożenia związanego z władzą Adolfa Hitlera i z tym do czego dążył? Każdy chciał po prostu robić interesy, bogacić się i każdy wierzył że wojna jest niemożliwa, wojna nie może wybuchnąć, bo ludzie już mieli doświadczenie z czasów I Wojny Światowej, doświadczyli tych cierpień, tych okropieństw i dwa razy nie popełnią już tej samej głupoty? Błąd, ludzie nie kierują się ani doświadczeniem, ani wiedzą, ani też nie mają najczęściej wkodowanego zmysłu logicznego myślenia, bowiem to co wydaje im się nieprawdopodobne i niemożliwe do realizacji, niekoniecznie takim jest dla ludzi, którzy mają inny ogląd rzeczywistości. Często też nie potrafią odróżnić agresorów, od ludzi którzy zmuszeni zostali przez okoliczności dziejowe do walki i wrzucają wszystkich do jednego wora (przykładam jest chociażby Cesarz Napoleon Bonaparte, którego wciąż cię oskarża o to, że rozpętał wojny w Europie. Człowiek, który jedynie o czym marzył, to zakończenie walk i powrót do pokojowego życia - czego oczywiście nie mógł zrealizować ze względu na wciąż ponawiane koalicji antyfrancuskie, które godziły bezpośrednio w jego kraj. Co miał więc uczynić, miał się poddać, bo tego chciała zblatowana ze sobą i zblazowana na dzisiejszą modłę ówczesna elita?).




Wracając jednak do głównego tematu, chciałbym teraz zaprezentować opinię doktora Jacka Bartosiaka (link do tekstu podam na końcu), a teraz jedynie wybiorę najbardziej ciekawe (według mnie) fragmenty z jego tekstu. Zacznijmy zatem.


Przedstawiam alternatywny bieg historii. Co by było, gdyby Rosjanie zrealizowali swoje cele i zajęli w lutym 2022 roku Kijów w błyskotliwej kampanii w ciągu czterech dni, i w rezultacie ustanowili przychylny sobie rząd, realizujący w pełni wolę Moskwy? Opowieść zaczyna się 28 lutego 2022 roku...


 "28 lutego 2022 roku. Po tym gdy dzień wcześniej wszyscy mogliśmy zobaczyć na ekranach telewizyjnych prezydenta Zełenskiego ewakuującego się z Kijowa wraz z połową rządu amerykańskim śmigłowcem z terenu amerykańskiej ambasady, Rosjanie ogłosili zawieszenie aktywnej fazy działań wojskowych w Kijowie i okolicach, wkrótce mieli to uczynić także na całym obszarze Ukrainy.

Pojawiły się raporty, że od strony Pińska i Brześcia weszły na terytorium Ukrainy wojska białoruskie i wraz z rosyjskimi idą na Lwów, Łuck i Stanisławów, by odciąć Ukrainę i ewentualną partyzantkę niepodległościową od pomocy z Polski. Celem podstawowym było zduszenie w zarodku partyzantki ukraińskiej, którą planowali szkolić Amerykanie i szykowali się do tego już na długo przed wojną. Wieczorem 28 lutego doszło do pierwszych kontaktów w punktach styczności z wojskiem polskim i polską strażą graniczną, która czujnie monitorowała sytuację za granicą.

Sytuacja na Ukrainie pozostawała napięta, ale wobec ucieczki rządu i prezydenta, widocznych oznak kontroli stolicy przez Rosjan oraz masowego poddawania się kolejnych jednostek ukraińskich powoli regularne jednostki ukraińskie składały broń. Kaskadowo spadało morale, po tym jak w mediach społecznościowych można było zobaczyć helikopter unoszący uciekające ze stołecznego Kijowa władze, a z telewizji płynęły kolejne apele wzywające do zaprzestania walki i powrotu ludzi do normalnego życia. Pojedynczy żołnierze i pododdziały, zachowując wierność sprawie ukraińskiej, kierowali się na zachód, w dzikie Karpaty, by kontynuować walkę konspiracyjną i partyzancką.

Dyplomacja rosyjska wysłała noty do wszystkich państw, z którymi utrzymywane były stosunki dyplomatyczne, informując o powstaniu i uznaniu nowego rządu w Kijowie i zakończeniu działań wojennych oraz "z radością" ogłaszając "powrót Ukrainy do rodziny narodów ściśle ze sobą współpracujących".

Wieczorem 1 marca pod Rzeszowem wylądowały pozostałe pododdziały amerykańskiej 82. Dywizji Powietrznodesantowej. Koło Wyszkowa wylądowała amerykańska 172. Brygada Powietrznodesantowa. W Łasku pojawiły się amerykańskie raptory, podobnie w Powidzu. Wojsko Polskie pozostawało w stanie gotowości od początku inwazji na Ukrainę, niektóre jego pododdziały skierowano na wschód. Od dłuższego czasu nad Polską krążyły amerykańskie i NATO-wskie AWACS-y, aby kontrolować sytuację blisko granicy z państwami NATO, na wschodniej flance.

2 marca. Po podjętej dzień wcześniej przez rząd w Warszawie decyzji kierowcy w Polsce zobaczyli długie kolumny pojazdów 10. i 34. brygady pancernej zmierzających z zachodniej Polski w nowe rejony dyslokacji na wschodnich przedmieściach Warszawy. Chodziło o to, by chronić Warszawę, gdyby Rosjanie chcieli wykonać jakąkolwiek akcję zaczepną wobec stolicy Polski położonej zaledwie 200 km od granicy z Białorusią. W nocy z 1 na 2 marca rząd w Warszawie zebrał się na alarmowym posiedzeniu i podjął dodatkowe następujące decyzje: odwołanie wszystkich przepustek wojskowych, wręczenie kart mobilizacyjnych wszystkim nadającym się i przeszkolonym rezerwistom, których okazało się zaledwie 12 tysięcy. Rząd uczynił to skrycie, by prasa nie rozdmuchała tematu, jakoby "Polska ogłaszała mobilizację". Podjęto decyzję, by skierować do sejmu pracę nad ustawą przywracającą obowiązek powszechnego szkolenia wojskowego, oraz nakazano przegląd magazynów wojskowych i materiałowych, a także schronów - wszystko to na wypadek wojny. Zobowiązano się do utrzymania postanowień nocnej narady alarmowej w ścisłej tajemnicy przed prasą i dziennikarzami, ale okazało się to niemożliwe i wkrótce mieszkańcy Polski mówili tylko o jednym: czy Rosjanie na nas uderzą i czy rząd polski rozpoczął przygotowania wojenne. Rząd w nocy podjął też bohaterską decyzję, by przyjąć wszystkich uchodźców z Ukrainy, których setki tysięcy już stały na granicy (szacowano, że może ich być nawet kilka milionów).

Drugiego marca o godzinie 12.00 Rosjanie ogłosili, że "11. korpus pochodzący z obwodu królewieckiego, uczestniczący dotychczas w operacji specjalnej na Ukrainie, wraca do macierzystego obszaru stacjonowania" i że oczekują, iż "ani Polacy, ani Litwini nie będę w tym procesie przeszkadzać". O godzinie 14.00 rzecznik ministerstwa obrony Rosji wydał oświadczenie, że wieczorem Rosjanie przeprowadzą ćwiczenia z niestrategiczną bronią nuklearną, które mogą obejmować strzelanie pociskiem manewrującym z głowicą nuklearną i realnym wybuchem nuklearnym, ale to nie jest jeszcze przesądzone. Decyzja zostanie podjęta w trakcie ćwiczeń. Podkreślił wyraźnie, że głowica będzie miała moc niestrategiczną lub - jak kto woli - taktyczną i nie wpłynie w jakikolwiek sposób na strategiczną równowagę nuklearną USA - Rosja, "która satysfakcjonuje Moskwę".

Nie satysfakcjonuje natomiast Moskwy nierównowaga konwencjonalna oraz "wpychanie palców przez Amerykanów w odległe od Ameryki regiony świata" i Rosjanie właśnie "obecną polityką m.in. wobec Ukrainy chcą przywrócić zaburzoną równowagę". Rzecznik dodał, że "dążące do wojny państwa Europy Środkowo-Wschodniej powinny przemyśleć swoją postawę i politykę bezpieczeństwa w obliczu dokonań armii rosyjskiej nad Dnieprem i jej dominacji w tej części świata".

Drugiego marca o godzinie 22.00 agencje informacyjne świata poinformowały, że Rosjanie przeprowadzili prawdziwą próbę nuklearną na Dalekiej Północy wskutek odpalenia manewrującej wersji pocisku Iskander. Rząd w Warszawie wydał oświadczenie potępienia i jednocześnie zaczęto naciskać Amerykanów, by jak najszybciej rozmieścili swoje siły nuklearne w Polsce. Amerykanie stanowczo odmówili, jednocześnie namawiając Polskę, by przyjęła rząd ukraiński na uchodźstwie i by z Warszawy i Rzeszowa mógł on wpływać na sytuację na Ukrainie. Amerykanie naciskali także na to, by Polska zdecydowała się pomóc w rozbudowie ukraińskiej partyzantki w Karpatach.

3 marca, godzina 11.00. Rosjanie ogłosili, że ze względu na "niejasną sytuację" na Ukrainie ustanawiają na sześć miesięcy strefę zakazu lotów aż do linii Wisły, efektywnie blokując ruch lotniczy nad połową Polski i całym obszarem państw bałtyckich. Jednocześnie Rosjanie oświadczyli, że niektóre samoloty otrzymają ich zgodę na przeloty i że tymczasowo taką zgodę mają wszystkie wojskowe samoloty amerykańskie, ale polskie już nie. I od tej zasady nie będzie wyjątków ze względu na postawę Warszawy, która "chce wciągnąć mocarstwa do wojny światowej dla swojego egoistycznego interesu". Przy czym Rosjanie od razu oświadczyli publicznie i upewnili się, że dotrze to do światowej opinii publicznej, że amerykańskie samoloty będą – co do zasady - dopuszczane do zakazanej strefy. Wobec samolotów polskich zapowiedziano surowe egzekwowanie zakazu i poinformowano o dyslokacji na zachodnią Białoruś systemów S300/400/500 wraz z nowoczesnymi samolotami przechwytującymi.

Amerykanie niezwłocznie poprosili Polaków, aby nie latali na wschód od Wisły, "dopóki USA i NATO nie przyjmą wspólnych zasad postępowania w sprawie rosyjskich wymuszeń". Amerykańskie samoloty zaczęły latać na patrole wschodniej Polski, a Siły Powietrzne RP zaprzestały aktywności. Prezydent Joe Biden powiedział na wieczornej konferencji prasowej, że "nie chcemy dodatkowych kłopotów na wschodzie, Ukraina nie była w NATO, nie miała gwarancji bezpieczeństwa, rząd USA pomaga uchodźcom oraz pomógł legalnemu rządowi Ukrainy osiąść w Polsce; jednocześnie namawiał Polaków do takiego zachowania, które zapewniłoby utrzymanie pokoju na świecie".

W polskich mediach internetowych i ośrodkach opiniotwórczych pojawiły się alarmujące głosy, że Rosjanie zaczęli mieć sprawczość nad państwem polskim, zaraz jednak zgasił je chór głosów, że najważniejsza jest "solidarność NATO". Argumentacja, że Amerykanie tracą wiarygodność, została zbyta tradycyjnym argumentem, że "przecież w Polsce stacjonują wojska amerykańskie, nawet w większej liczbie niż przed 24 lutego". W polskim MSZ pojawiły się przed północą przecieki, że kanclerz Niemiec rozmawiał z premierem i Jarosławem Kaczyńskim, apelując o "polski rozsądek" i "umiar" oraz sugerując, żeby Polska nie ogłaszała żadnych reform wojskowych ani nie robiła niczego, co świadczyłoby o możliwości eskalacji i wojny w obliczu i tak bardzo trudnej przyszłości w tej nowej sytuacji geopolitycznej w Europie. To - jak mówił kanclerz Scholz - może rozdrażnić Moskwę jeszcze bardziej, a przecież "potrzebujemy pokoju i współpracy" w Europie.

4 marca. Rano nastrój stopniowego uspokojenia sytuacji popsuli Rosjanie, ogłaszając, że kolejne ćwiczenia Zapad odbędą się na jesieni 2022 roku i że Ukraina także weźmie w nich udział. Dwie godziny później Łukaszenka poprosił Moskwę w apelu telewizyjnym o zacieśnienie współpracy związkowej Rosji i Białorusi i wyraził radość, że do państwa związkowego dołączy Ukraina. Zaraz potem zaapelował o wysłanie na Białoruś większej liczby wojsk rosyjskich "opromienionych sukcesem na Ukrainie". Zwrócił się z tą prośbą ze względu na wojowniczą postawę Polski i "wrogich kręgów w Warszawie".

W odpowiedzi na to rządy państw bałtyckich wprowadziły obowiązkową służbę wojskową od zaraz oraz dokonały częściowej mobilizacji, nie oglądając się na struktury NATO i na USA. Amerykański ambasador w Wilnie był wściekły z powodu tego ruchu - nieuzgodnionego z Waszyngtonem. Litwini naciskali na Polskę, żeby postąpiła podobnie jak oni. Polacy nie chcieli tego jednak uczynić, pozostając pod wpływem USA, Berlina i Brukseli. Żadnych ruchów w kierunku eskalacji, żadnych głośnych reform wojskowych - mówią Niemcy. Żadnych prowokacji wobec Rosjan - mówią Amerykanie, zwiększając jednocześnie obecność sił lotniczych w Polsce, ale już nie wojsk lądowych.

O godzinie 19.00 tego dnia minister spraw zagranicznych Rosji Ławrow na konferencji prasowej ponowił żądanie wobec USA i NATO dotyczące dostosowania się ich do żądań zawartych w ultimatum z grudnia 2021 roku, ustanawiając termin jego spełnienia na koniec kwietnia 2022 roku. Zapowiedział także daleko posunięte kroki wobec wojowniczej postawy państw bałtyckich i Polski, bez precyzowania, co dokładnie ma na myśli. Nie dotyczyło to Rumunii, która w obliczu upadku Ukrainy pozostawała dziwnie spokojna i nie ogłaszała żadnych działań mających na celu zwiększenie swojego bezpieczeństwa czy przeprowadzenie reform w wojsku. Rumunia pozostawała jakby na uboczu spraw dziejących się w Europie. 

Tego samego dnia o godzinie 22.00 czasu moskiewskiego wezwano do rosyjskiego MSZ w Moskwie ambasadorów krajów bałtyckich i Polski, którym przedstawiono listę żądań Rosji. W wypadku państw bałtyckich była to redukcja wojska o 50% stanów oraz likwidacja systemu uzupełnienia rezerw i szkolenia obywateli, a także obowiązek konsultacji polityki energetycznej i surowcowej z Rosją, wreszcie ustalenie zasad tranzytu przez te kraje dla rosyjskich firm przewozowych. Pojawiło się także dziwnie zredagowane żądanie konsultowania z Rosją inwestycji i rozbudowy oraz remontów dróg ekspresowych i autostrad, a także portów i instalacji przeładunkowych. Takie same żądania zostały postawione Polsce, ale dodatkowo Moskwa zażądała od Polaków, by na wschód od Wisły nie mogły stacjonować żadne jednostki Wojska Polskiego i by nie mogły tam ćwiczyć na poligonach ani w ogóle się pojawiać. Do tego Rosjanie zażądali podpisania umowy gazowej, rozebrania terminalu gazowego w Świnoujściu oraz kontrolnej puli udziałów w zakładach azotowych w Puławach i w porcie kontenerowym w Gdańsku dla wspólnie powołanych do tego celu polsko-rosyjskich spółek joint venture.

Reakcja Warszawy była stanowcza i bezkompromisowa. Bez zbędnej zwłoki premier RP powiedział, że nie ma mowy o przyjęciu tego rodzaju żądań i Polska przystępuje do zmiany swojej polityki bezpieczeństwa, do wielkiej rozbudowy Wojska Polskiego. Premier przypomniał także, że Polska jest członkiem najpotężniejszego sojuszu w historii świata - NATO.

Prasa niemiecka podchwyciła od razu temat i poczęła obwiniać Warszawę o to, że chce "wepchnąć UE do wojny z mocarstwem nuklearnym". Tymczasem po tym jak Rosjanie zajęli Kijów, "ich żądania na pewno nie będą dotyczyć spraw rdzeniowych Europy". Tak czy siak w akcie Rosja - NATO z 1997 roku zapisano, "że i tak istotne wojska NATO miały nie stacjonować na wschodniej flance", a Rosjanie pozostają "niezbędnym elementem równowagi europejskiej, więc trzeba się z nimi dogadać".

Amerykanie zajęli inne stanowisko: potępili "agresję rosyjską" na Ukrainę oraz bezpodstawne ultimatum Ławrowa z grudnia oraz ultymatywne roszczenia wobec państw bałtyckich i Polski, ale jednocześnie wezwali rząd w Warszawie do umiaru i stonowania. Odmówili też przerzucenia swoich zdolności nuklearnych do Polski pomimo stanowczej prośby Warszawy po rosyjskiej próbie nuklearnej oraz postanowili nie zwiększać obecności wojsk lądowych w Polsce. Kanałami wojskowymi zasygnalizowali Rosjanom gotowość do rozmów o "strategicznej równowadze w Europie", obiecując im, że nie sprzedadzą Polakom żadnych systemów uzbrojenia, które będą ofensywne lub będą mogły zmienić układ sił w tej części Europy.

W polskim świecie eksperckim zaczęto podnosić kwestię wiarygodności amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa i zastanawiać się, czego one właściwie dotyczą. Czy rozszerzonego parasola nuklearnego? Czy art. 5 na pewno jest automatyczny?

5 marca. Rano rozpoczął się nagły szturm imigrantów na granicę polską od strony białoruskiej, w tym przez raczej wąski na granicy Bug, który imigranci przepływali, czym się dało. Wśród nich przedarło się do Polski w cywilnym przebraniu wielu operatorów Specnazu oraz wagnerowców, którzy mieli za zadanie wszczynać zamieszki, podpalać budynki władzy publicznej, niepokoić ludność i siać zamęt w miasteczkach wschodniej Polski. W ciągu kolejnych trzech dni rząd Polski dość skutecznie zatrzymywał kolejne fale uchodźców przed dalszym pochodem w głąb Polski, przy czym niepokoiło wszystkich to, że Rosjanie zaczęli przerzucać na Białoruś kolejne jednostki wojskowe, a na granicy polsko-ukraińskiej rozpoczęli ćwiczenia wojskowe "Silna bariera", twierdząc, że planują jedynie przygotować się do odparcia "polskiej agresji na Ukrainę zachodnią".

9 marca. W nocy wjechała do Polski kolumna rajdowa rosyjskich najemników Grupy Wagnera w sile około tysiąca żołnierzy, bez insygniów i w mundurach, uzbrojona po zęby i zajęła stanowiska koło Hajnówki, niedaleko dużego obozowiska uchodźców. Zaskoczeni funkcjonariusze straży granicznej nie interweniowali, nie mieli zresztą jak wobec takiej liczby ludzi z ciężkim zmechanizowanym sprzętem. W Warszawie nie wiedziano, co zrobić.

Wagnerowcy zajęli stanowiska obronne przy obozie uchodźców oraz nadali w świat oświadczenie, że przyjechali chronić "niewinne dzieci i kobiety przed barbarzyńskimi Polakami, którzy prą do wojny i represjonują cywilów". W komentarzu do oświadczenia dodano, że Polacy nie potrafią pokojowo żyć w tej części świata, ponieważ na przykład nie spełnili oczekiwań Moskwy z ostatnich dni, co przyniosłoby Europie trwały pokój. Rząd w Warszawie był wściekły. Ameryka jako patron i gwarant bezpieczeństwa nie instruowała, co robić. Różnica czasu powodowała, że trudno było się nawet dodzwonić do decydentów amerykańskich. A wojskowi amerykańscy w Polsce i Europie nie mieli uprawnień do podejmowania decyzji, tym bardziej do podejmowania decyzji wobec sojusznumów. (...) Tracono cenne godziny, podczas których Wojsko Polskie mogłoby interweniować. 

W tym czasie część wagnerowców zajęła także urząd gminy i budynki szkolne niedaleko obozowiska uchodźców. Wreszcie dodzwoniono się do Amerykanów, którzy nakazali umiar i tonowanie, a na pewno nie strzelanie do wagnerowców, którzy w tym czasie zaczęli sobie swawolnie poczynać w Hajnówce i okolicach: podpalili kościół i terroryzowali ludność w poszukiwaniu żywności. Lada moment mogły się pojawić ofiary wśród ludności cywilnej. Wojsko polskie i służby mundurowe wycofały się w trakcie zamieszania decyzyjnego, by nie eskalować sytuacji, która pachniała wojną światową. Moskwa zaprzeczyła stanowczo, by to były jej wojska. Amerykanie nakazywali nadal tonowanie, Niemcy wprost zmierzali do akceptacji rosyjskich żądań i do zmuszenia Polski do przyjęcia faktów zaistniałych przy granicy jako dokonanych.

W Warszawie w rządzie zapanował strach i popłoch. Pojawiły się w końcu kluczowe pytania: co z art. 5? Kiedy on właściwie działa? Co z naszymi decyzjami? Kiedy możemy podjąć je sami, zważywszy, że jesteśmy w sojuszu? Co z naszymi własnymi zdolnościami do reakcji? Dlaczego Amerykanie każą nam tonować sytuację? Co z ich wiarygodnością? Dlaczego z każdą sprawą czekamy na reakcję Waszyngtonu? Dlaczego Niemcy tak się zachowują i co z solidarnością Zachodu, NATO, UE? Dlaczego nikt się nie sprzeciwił zbrojnie inwazji na Ukrainę i dlaczego teraz nikt nie oponuje zbrojnie wobec hybrydowej agresji Rosji? Dlaczego rosyjska strategia salami i powolnego gotowania żaby działa? Czy Amerykanie są po prostu słabi? Nie mówiąc już o państwach Europy…

Szkoda tylko, że nie próbowano sobie odpowiedzieć na te pytania dużo, dużo wcześniej."


Oto link do artykułu:







I tutaj się kończy analiza Bartosiaka, dalszą część można sobie dopowiedzieć samemu i dopiero na tym przykładzie uwidacznia się jak wielką rolę odegrali Ukraińcy w tych pierwszych dniach inwazji, broniąc swój kraj przed inwazją moskiewskich barbarzyńców - jednocześnie ocalili dużą część Europy Środkowo-Wschodniej (tak jak myśmy ocalili Europę w 1920 r.) Oczywiście nie stałoby się tak bez wsparcia i pomocy, jaka płynęła na Ukrainę (i płynie po dziś dzień) ze strony USA, Polski, Wielkiej Brytanii i kilku innych krajów (Niemcy na tej liście wypadają blado, choć w kwestii deklaratywnej rzeczywiście wygląda to imponująco, gorzej z wykonaniem tego, co obiecali Ukrainie przysłać). Polska przyjęła na początku ponad 7 milionów ukraińskich uchodźców. Dziś zostało z nich w naszym kraju ponad 3 miliony, które są utrzymywane z budżetu Polski bez żadnej pomocy czy to z Unii Europejskiej, czy z innych państw. Poza tym na Ukrainie są nasze czołgi, armatohaubice, karabiny przeciwpancerne i bojowe etc. etc. Poza tym w Polsce (i w Wielkiej Brytanii) szkoleni są ukraińscy żołnierze, pomoc więc płynie - może jest nieco mniejsza niż na początku, ale jest i teraz chodzi tylko o to, żeby Ukraińcy uświadomili sobie że ich podstawowym interesem jest przetrwanie. Pomoc wszelką - przynajmniej ze strony Polski - otrzymają, tylko powinni troszeczkę inaczej myśleć zarówno o obecnej wojnie (w której Polska bez wątpienia jest kluczowym partnerem Ukrainy i bez Polski Ukraina nie przetrwa nawet tygodnia, gdyż nie ma możliwości dostarczenia tam sprzętu nigdzie indziej poza Polską, gdyż granicy z Rumunią jest wybitnie niebezpieczny ze względu na bliskość Naddniestrza, jak również możliwość zaatakowania kolumn idących tamtędy przez rosyjskie pociski wystrzeliwane znad Morza Czarnego), jak również uświadomić sobie jaki jest podstawowy interes Ukrainy już po zakończeniu tej wojny i wypędzeniu stamtąd rosyjskich orków. A podstawowy interes Ukrainy jest taki, że tylko i wyłącznie Polska może zagwarantować istnienie Ukrainy jako niepodległego państwa - tylko i wyłącznie i żaden inny kraj w Europie (może poza Stanami Zjednoczonymi - przynajmniej na razie), nie są w stanie dać im takiej gwarancji. 




Piszę to, aby nieco uświadomić Ukraińców że pewne podjęte przez nich w ostatnich miesiącach decyzje, niekoniecznie muszą być korzystne dla nich samych i warto zastanowić się jak skończyła Ukraińska Republika Ludowa w 1919 i 1920 r. - tyle i tylko tyle chciałem powiedzieć odnośnie władz na Ukrainie. Chmielnicki przykozaczył i skończył w ruskim mirze, a Kozacy pozbawieni zostali wszelkich przywilejów jakie mieli w Rzeczpospolitej - o tym też warto pamiętać.




wtorek, 15 sierpnia 2023

DZIEŃ ZWYCIĘSTWA!

MUREM ZA POLSKIM MUNDUREM





 Dziś świętujemy dzień zwycięstwa, gdy 103 lata temu Polska - która niedawno, niczym Feniks z popiołów odrodziła się na gruzach trzech imperiów zaborczych które upadły po I Wojnie Światowej - musiała stawić czoła potwornemu niebezpieczeństwu jakiego do tej pory nikt w Europie nie doświadczył. W Rosji władzę zdobyli bolszewicy którzy zapragnęli przenieść "płomień rewolucji" do Niemiec, Francji i całej Europy. W czerwcu i lipcu 1920 r. gdy ruszyła wielka ofensywa bolszewicka na Zachód, Zachód realnie był bezbronny. Armia Niemiecka została w większości już zdemobilizowana, a jej ponowne zmobilizowanie i szybkie uzbrojenie nie było możliwe w krótkim czasie; Armia Francuska choć zwycięska, realnie nie była zdolna do podjęcia nowej wojny (ogromna liczba zabitych i rannych w okopach I Wojny Światowej, a przede wszystkim kalek - które wracały do swych rodzin nie tylko z ranami fizycznymi, lecz co gorsze z psychicznymi i ci ludzie musieli latami dochodzić do siebie. Do dziś jeszcze można zobaczyć stare filmy, pokazujące francuskich weteranów I Wojny, którzy nie są w stanie opanować drgawek swego ciała i nawet jak siedzą na krześle to całe ich ciało nadal funkcjonuje w taki sposób, jakby nieustannie przeżywali padaczkę). Francuskie straty były tak ogromne że w wielu przypadkach do francuskich wiosek nie wrócił żaden mężczyzna który wcześniej został tam zmobilizowany, pozostały tam tylko kobiety, starcy i ewentualnie małe dzieci (z tego punktu widzenia nie dziwi strach Francuzów przed kolejną wojną i ich niechęć do angażowania się w wojnę z Niemcami w 1939 jak i w 1940), każdy więc chłopiec urodzony we Francji w latach 1920-1940 był na wagę złota.

Armii USA wówczas już w Europie nie było (i jakakolwiek pomoc z tej strony też raczej nie nadeszłaby szybko - jeśli w ogóle), a Armia zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii była za słaba, aby mogła cokolwiek w tej kwestii przedsięwziąć, tym bardziej, że w kolejnych latach nastąpił proces demilitaryzacji Wielkiej Brytanii i to w takim tempie że w połowie lat 30-tych realnie Wielka Brytania nie tylko była pozbawiona armii, lotnictwa ale i marynarki wojennej (okręty były starego typu, często przez lata nie naprawiane i nie modernizowane). Któż miałby więc ocalić Europę przed sowiecką inwazją w przypadku klęski odrodzonej Polski? Tym bardziej że w samych Niemczech były dosyć silne (choć początkowo spacyfikowane przez rząd, ale szybko mogły ponownie się odrodzić) nastroje komunistyczne i jestem przekonany (bo do tego też dążył Lenin) że Niemcy zgodziliby się stworzyć swoją własną niemiecką armię czerwoną u boku armii bolszewików z którą wspólnie podbito by Zachód (może bez Wielkiej Brytanii, przynajmniej w początkowych latach inwazji). Nie było więc w Europie siły zdolnej realnie powstrzymać bolszewików, a przynajmniej nie byłoby takiej siły, gdyby nie odradzające się od listopada 1918 r. Wojsko Polskie - którego głównym ojcem i patronem był Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. Nie zamierzam teraz opisywać procesu tworzenia ani walk toczonych z bolszewikami w latach 1919-1920 ponieważ czyniłem to na tym blogu już wielokrotnie i nie ma sensu akurat teraz powtarzać się w tym temacie po raz enty. Powiem tylko i podsumuję że bez Polski los Europy byłby godny pożałowania, i to czego Europa doznała (w sposób bardzo wybiórczy, bo to też trzeba przyznać że okupacja niemiecka w czasie II Wojny Światowej na Zachodzie a okupacja niemiecka na Wschodzie to były dwa zupełnie inne światy i tego nawet nie nie można ze sobą porównywać, bo się po prostu nie da) w czasie niemieckiej okupacji, to było nic, w porównaniu z tym, czego doświadczyłaby pod sowiecko-rosyjsko-niemieckim butem.




Dziś jednak pamięć o wielkim zwycięstwie Wojska Polskiego i powstrzymaniu bolszewickiego najazdu na Zachód (bo celem Lenina było dotarcie do Niemiec właśnie po to, aby tam połączyć się z lokalnymi komunistami i wspólnie ruszyć na Zachód, by stworzyć "Europejską Republikę Rad". Lenin nigdy nie chciał budować komunizmu w Rosji, uważał to za zbrodnie wobec całej ideologii, a Rosja miała być tylko odskocznią do celu głównego, czyli przejęcia władzy najpierw nad Europą, a potem nad innymi kontynentami i wreszcie na całym światem), dziś ta pamięć praktycznie w Europie nie istnieje, ponieważ to wszystko, czym piszę nie wydarzyło się, a tamte społeczeństwa żyły tak jak wcześniej, także wydawało im się że nic właściwie się nie stało. Że wojna polsko-bolszewicka, to jakaś lokalna wojna gdzieś na krańcach Europy (były i też takie głosy gdy twierdzono: "oni tam się zawsze o coś biją i nigdy nie wiadomo o co") bez znaczenia dla losów milionów Francuzów, Niemców, Brytyjczyków, Włochów, Hiszpanów etc. Brytyjczycy nawet byli skłonni poświęcić Polskę, pod warunkiem że bolszewicy zatrzymają się na granicy z Niemcami, bo dopiero wejście bolszewików do Niemiec byłoby dla Londynu cienką czerwoną linią, która w zasadzie niewiele by już znaczyła, bo możliwości oddziaływania były w tym momencie żadne (trzeba by było zmęczone wojną społeczeństwo znowu przekonywać że ponownie muszą udać się na Kontynent, by walczyć z jeszcze większym poświęceniem niż dotychczas w obronie Niemiec i Francji - co raczej w Wielkiej Brytanii nie spotkałoby się z pozytywnym przyjęciem). Ale takie było myślenie, w Londynie już zakładano że można będzie z bolszewikami się dogadać, zawrzeć jakiś sojusz, jakiś pakt, że nie będzie tak źle, że się zatrzymają. 🤭 Problem polegał na tym, że bolszewicy to nie byli ludzie z którymi można było się dogadać, to byli z ideologizowani bandyci, którzy mieli swoją wizję świata i los dał im możliwości jej realizacji w tym właśnie czasie - dlaczego mieliby więc się zatrzymać? bo zawarli jakiś głupi pakt? 🤔🤣 Takimi papierkami to oni co najwyżej podcierali sobie tyłki i służyły one im tylko tak długo, o ile byli słabsi. Jeżeli zaś mieli możliwość zademonstrować swą siłę i przewagę, to nic by ich w tym nie powstrzymało - nic poza siłą militarną.

I taką właśnie siłę militarną stworzyli Polacy u świtu swej niepodległości. Armia która w 1920 r liczyła prawie milion żołnierzy ostatecznie była w stanie nie tylko zatrzymać postępy ośmiu sowieckich armii skierowanych na podbój Europy, ale i rozbić ich na tyle, że nie były już zdolne podjąć kolejnej próby inwazji (nie byłyby zdolne tego uczynić nigdy, gdyby w Niemczech władzy nie zdobył Hitler, bo Hitler był wybawieniem dla sowietów i Stalin mocno wspierał dojście Hitlera do władzy w Niemczech. Ci dwaj ludobójcy byli od siebie totalnie uzależnieni, Hitler bez wsparcia Stalina nie napadłby na Polskę, zaś Stalin bez Hitlera nie zdobyłby połowy Europy w 1944/1945 r.). W dwóch wielkich bitwach stoczonych w ciągu miesiąca (w Bitwie nad Wisłą - która zatrzymała pochód sowietów w marszu do Niemiec w sierpniu 1920 r., Oraz w Bitwie nad Niemnem we wrześniu - która definitywnie rozbiła ostatnie sowieckie armie, ostatecznie niwecząc marzenia Lenina na podbój całego Kontynentu), inwazja została zatrzymana, Polska i Europa ocalona a wojna z bolszewikami wygrana. Któż jednak dziś w Europie o tym jeszcze pamięta? A przecież jeśli zapomnimy o historii będziemy zmuszeni nieustannie ją powtarzać, bo będziemy popełniać te same błędy nie ucząc się na tym, co pozostawili i czego doświadczyli nasi przodkowie. 


To tyle na dzisiaj jeśli chodzi o święto Wojska Polskiego, czyli Święto Zwycięstwa. Zapraszam jeszcze do obejrzenia parady, jaka odbyła się dziś w Warszawie z okazji 103 rocznicy Bitwy Warszawskiej i Zwycięstwa w wojnie z bolszewikami.  Parady Armii która jest ponownie odtwarzana, tak jak odtwarzana była Armia w latach 1918-1919. 



PARADA WOJSKA POLSKIEGO
15 SIERPNIA 2023






I na koniec mały bonus którego musiałem wrzucić:

😂




ROK PIERWSZY... - Cz. I

CZYLI POCZĄTKI NADTYBRZAŃSKIEJ WIOSKI





 ZAPOWIEDŹ 


 Od dłuższego już czasu chciałem zacząć temat początków Rzymu, czyli miasta które stworzyło jedno z największych imperiów w dziejach ludzkości. Czy mit o dwóch braciach Romulusie i Remusie jest prawdziwy? kto tak naprawdę założył Rzym? kto wspierał te pierwotne osady lokalnych latyńskich barbarzyńców? oraz dlaczego Rzym stał się realnie kolonią etruską? Te pytania zawsze mnie ciekawiły i przez kilkanaście ostatnich lat zbierałem na ten temat różne materiały historyczne, ale nie tylko ta kwestia mocno mnie interesowała. Przede wszystkim chciałbym tutaj również odpowiedzieć na pytanie (a przynajmniej postarać się to uczynić) skąd w ogóle w Italii wzięli się Etruskowie? jaki to był lud? skąd się wywodził i gdzie właściwie były jego początki? Myślę że odpowiedzi na te pytania będą ciekawe i interesujące, chodź oczywiście prócz najbardziej według mnie oczywistych faktów - jeśli chodzi o pochodzenie Etrusków, wymienię również i te, które także brane są pod uwagę przez historyków, tak aby każdy mógł ewentualnie wyrobić sobie własne zdanie na ten temat. Przede wszystkim jednak w tej serii (oprócz wyżej wymienionych tematów) chciałbym także opisać początki rzymskiej monarchii (a na ten temat mam dosyć sporo - tak mi się wydaje - materiałów) i pokazać, jak z wioski która niczym nie różniła się od setek tysięcy jej podobnych drewnianych osad - stał się w I i II wieku naszej ery najludniejszym i największym miastem ówczesnego świata, zamieszkałem przez ponad 1 200 000 ludzi, którzy realnie nie musieli nawet nigdzie wyjeżdżać, gdyż miasto to zapewniało im praktyczny komfort życia niepodobny do niczego później - aż do początków XX wieku. 




Rzym miał wspaniałe biblioteki (na przykład na Forum Trajana był szeroki taras przy tamtejszej bibliotece,gdzie można było przeglądać księgi i jednocześnie podziwiać widok wychodzący na Forum), bardzo liczne termy (niektóre tak ekskluzywne, że dosłownie za niewielką opłatą można było w nich nie tylko odświeżyć się, biorąc kąpiel zarówno zimną, letnią jak i gorącą, ale także zjeść tam posiłek, od ok. lat 20 i 30-tych II wieku można tam było również zjeść coś, co przypominało dzisiejsze lody - ponoć przepis na ich produkcję przyszedł do Rzymu z Chin). Były też oczywiście ogromne centra handlowe ulokowane w budynkach, znajdujących się bezpośrednio przy forach. Oczywiście Rzymianie nie znali szkła, więc nie mieli w oknach szyb, ale pomimo tego mnóstwo było przykładów nowoczesności w ich codziennym życiu, szczególnie jeśli właśnie chodzi o samą stolicę (Rzym bowiem z czasów świetności Cesarstwa, a Rzym późniejszy z okresu V a nawet X czy choćby XV wieku, to zupełnie inne miasta. Powiem więcej, Rzymianin z II wieku gdyby przeniósł się do czasów Rzymu Borgiów, byłby wybitnie zniesmaczony stanem sanitarnym miasta (gdzie wszelkie nieczystości wylewano bezpośrednio na ulicę, a higiena mieszkańców mimo wszystko pozostawiała wiele do życzenia - piszę "mimo wszystko", ponieważ w okresie średniowiecza ta higiena i tak była znacznie lepsza niż w XVII czy XVIII wieku). Rzym I i II wieku był prawdziwą stolicą świata, Rzym zaś papieski był miejscem brudnym i bardzo niebezpiecznym. Widać więc wyraźnie że nastąpił zdecydowany regres w rozwoju nie tylko miasta ale i całych ówczesnych społeczeństw, które wraz z nastaniem średniowiecza zaczęły się cofać w rozwoju zarówno politycznym i kulturowym jak i społecznym - a z nastaniem epoki Odrodzenia (czyli powrotu do antyku), paradoksalnie ten etap zapóźnienia... jeszcze przyspieszył.




Etap narodzin, powstania Monarchii a także pierwszych stuleci Republiki, to czasy bardzo prymitywnego Rzymu, który w większości wciąż był jeszcze miastem drewnianym (nie licząc kilku murowanych świątyń i oczywiście wzgórza kapitolińskiego). Pierwszy kamienny most w Rzymie powstał dopiero w roku 166 p.n.e., (po tym jak rzymska delegacja powróciła z Chin - a była to pierwsza w historii wizyta Rzymian w Państwie Środka i panującej tam wówczas dynastii Han). Było to więc trzydzieści sześć lat po zwycięstwie pod Zamą i pokonaniu tam Hannibala, siedemnaście lat po jego śmierci i na dwadzieścia lat przed zdobyciem samej Kartaginy. Rzym rozwijał rozwijał się więc bardzo powoli i jeszcze w czasach Cezara w większości przypominał dużą wieś niż miasto (szczególnie miasto typu hellenistycznego). Sama Kleopatra przebywając tam w latach 45-44 p.n.e. nie mogła znaleźć dla siebie miejsca i źle się czuła w mieście, w którym do domu z ulicy wchodziły kury lub świnie, a widok psów obgryzających ludzkie dłonie wcale nie należał do rzadkości (oczywiście jej to nie groziło, ona mieszkała w przygotowanej dla niej willi Cezara, ale sam taki widok był dla niej niemiły i wyrabiał w niej przekonanie że Rzymianie rzeczywiście wciąż są barbarzyńcami (bowiem nie tylko w samej Aleksandrii - która wówczas realnie pretendowała do roli stolicy świata, ale i w Atenach, w Antiochii, w Babilonie, w Seleucji, w Koryncie i w wielu innych miastach greckiego Wschodu, coś takiego było już nie do pomyślenia).


Taki wjazd Kleopatry do Rzymu powstał tylko w wyobraźni reżysera i nigdy się nie wydarzył - nie było to możliwe przede wszystkim z przyczyn technicznych (nie mówiąc już o aspekcie politycznym, byłaby to bowiem demonstracja podległości Rzymu wobec królowej Egiptu)



Znaczna rozbudowa i modernizacja Rzymu nastąpiła więc dopiero w czasach Oktawiana Augusta i jego następców. To za Augusta wzniesiono na Forum Romanum pierwszy zegar który odmierzał czas (oczywiście był to zegar słoneczny), rozbudowano akwedukty i wzniesiono wiele nowych budynków użyteczności publicznej. To również za Augusta na forum wzniesiono pierwszą mapę miasta. Od tej chwili praktycznie aż do końca IV wieku Rzym rozwijał się dynamicznie (czego np. nie można było powiedzieć o reszcie miast oraz prowincji w III i IV wieku, często atakowanych i łupionych przez barbarzyńskie plemiona z Północy). V zaś wiek przyniósł całkowity upadek miasta (dwukrotnie przecież Rzym był zdobyty, najpierw w 410 r. przez plemię Wizygotów Alaryka, a po raz drugi w 455 r. przez Wandalów Gejzeryka - od których to nazwy wzięła się nazwa łupieżców i niszczycieli, gdyż rabowali dosłownie wszystko, zrywając nawet dachówki ze świątyń i domostw).




Między zaś oficjalnym założeniem Rzymu (splecionym z siedmiu osad leżących na wzgórzach Kapitol, Palatyn, Awentyn, Celius, Eskwilin, Wiminał i Kwirynał) a pierwszym zdobyciem tego miasta przez Wizygotów, upłynęło ponad jedenaście i pół wieku. Jest to więc dłuższy okres niż liczy sobie historia Polski liczona od 966 r. czyli od przyjęcia chrztu przez Mieszka I. I właśnie o tym pierwotnym okresie dziejów Rzymu, tym najbardziej barbarzyńskim i zasypanym przez piaski historii pragnę opowiedzieć w tej serii.


Na Forum Romanum, wśród okazałych gmachów publicznych, świątyń i bazylik, stała mała drewniana chatka budząc zdziwienie i kpiny przybywających do tej stolicy wielkiego Imperium ludzi. Na pytanie co robi ten drewniany, kryty słomą budynek (przypominający bardziej lepiankę) w tym właśnie miejscu, mieszkańcy Rzymu odpowiadali: "To pałac Romulusa, pierwszy budynek wzniesiony w Rzymie". 



CDN.