Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 8 grudnia 2024

ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. IX

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO WŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)





KONRAD I MAZOWIECKI
Cz. IX





 Cesarstwo Bizantyjskie za rządów młodego Michała III bezwzględnie z każdym rokiem rosło w siłę i to pomimo kilku nieoczekiwanych perturbacji (jak choćby najazd Rusów na Konstantynopol w roku 806 - zresztą w dużej mierze nieudany). Zmieniała się natomiast sytuacja w państwach graniczących z Cesarstwem (Kalifat Abbasydów mocno osłabł gdy wielkie wpływy zdobyli tam Turcy, którzy wcześniej przybyli jako zwykły niewolnicy lub osiedleńcy, poza tym ambicje lokalnych szejków rozsadzały kalifat od środka; Bułgaria - do tej pory postrach Bizancjum na północy, dryfowała w kierunku chrześcijaństwa, czyli zgody i pojednania na zasadzie religijnej - Konstantynopol dążył do tego aby to pojednanie było określone na ich zasadach, a nie na zasadach wyznaczonych przez papieży rzymskich; w Italii trwał spór pomiędzy papieżem a arcybiskupem Rawenny,  który to cieszył się autokefalią i uważał się za równego biskupowi Rzymu, co osłabiało autorytet papieża i wzmacniało pozycję cesarza konstantynopolitańskiego; kraje leżące w Europie Zachodniej, czyli kraje Franków były w większości poza obecnym interesem Cesarstwa; natomiast Hiszpania już dawno przestała być celem polityki władców Konstantynopola). Co prawda trwał w stolicy Cesarstwa spór o obsadę patriarchatu, do którego pretendowało dwóch kandydatów: mianowany przez cesarza Michała w roku 858 Focjusz (zwany również Wielkim) i pełniący tę funkcję przez dziewięć poprzednich lat Ignacy, który jednak nie pogodził się z decyzją cesarską i odwołał do papieża jako głównego mediatora w tej sprawie. W roku 861 w Konstantynopolu zwołano synod, na którym otwarcie uznano Focjusza za legalnie wybranego patriarchę (legalnie wybranego - ponieważ były co do tego nieścisłości odnośnie jego wcześniejszego stanu duchownego przed wyborem na patriarchię, czyli po prostu nie miał był on osobą duchowną). Pod dokumentem końcowym tego synodu podpisało się dwóch papieskich wysłanników: Radoald z Porto i Zachariasz z Agnani - co bardzo nie spodobało się papieżowi Mikołajowi I (po powrocie do Rzymu dostali oni swoiste OPR za to, że zgodzili się na coś, na co wcześniej nie wyraził zgody papież. Zresztą zastrzegł oficjalnie że ostateczną decyzję podejmie on, a nie jego wysłannicy, co automatycznie przekreślało prawdopodobnie wcześniej zaaprobowaną decyzję Mikołaja o uznaniu Focjusza - piszę "prawdopodobnie", gdyż wydaje mi się że bez wiedzy o tym, wysłannicy papieża nie złożyliby podpisu pod końcowym dokumentem synodu konstantynopolitańskiego, w którym ostatecznie uznano go za legalnie wybranego patriarchę). Papież Mikołaj był dodatkowo wściekły iż jego wysłannicy pominęli kwestię jurysdykcji kościelnej nad Ilirią (czyli ziemiami dzisiejszej Serbii, Chorwacji, Bośni i Hercegowiny), miano  bowiem zażądać przekazania jej w ręce Kościoła Rzymskiego. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. 

Focjusz próbował załagodzić ten konflikt i wysłał list do papieża, deklarując że to nie on stoi za całym tym zamieszaniem i że decyzja o jurysdykcji kościelnej nad Ilirią należy do cesarza Michała, a nie do niego. Papież odpisał że żąda nowych dowodów na winę Ignacego, bez których nie uzna decyzji soboru konstantynopolitańskiego. Ten list został przez Focjusza zbyty milczeniem, co automatycznie oznaczało poparcie papieskie dla Ignacego i jednocześnie konflikt, jaki wówczas zaiskrzył na linii Rzymu-Konstantynopol. Nim jednak zapadła oficjalna decyzja papieska w tej kwestii (863 r.), na Boże Narodzenie roku 861 (które w tamtym czasie było automatycznie nowym rokiem, gdyż to nie 1 stycznia uważano za pierwszy dzień nowego roku, ale właśnie dzień Bożego Narodzenia, czyli 25 grudnia) gruchnęła w stolicy Cesarstwa wiadomość o śmierci w Al-Dżafarijj (mieście wzniesionym w ciągu kilku miesięcy, do którego kalif przyniósł się w lipcu 860 r. na kilkanaście miesięcy przed swą śmiercią) kalifa al-Mutawakkila. Kalif ten, który pragnął przywrócić świetność Kalifatu Bagdackiego z czasów rządów swego dziadka Haruna ar-Raszida, z biegiem lat miał coraz mniej sił do walki o to, aby ów plan wprowadzić w życie. Wycofał się z formuły mutazylickiej wprowadzając na powrót ortodoksję sunny (o czym pisałem w poprzednich częściach), jednocześnie był niezwykle srogi wobec innowierców (głównie chrześcijan i Żydów). Otoczył się turecką gwardią osobistą (ghulamami), przez co znacznie się od nich uzależnił (tak naprawdę ghulamami otoczył się już jego ojciec, kalif al-Mutasim panujący w latach 833-842). Jednym z osobistych przyjaciół i druhów z lat młodzieńczych kalifa al-Mutawakkila, był turecki jeniec o imieniu al-Fath Ibn Chakan, którego kalif uczynił szambelanem swego dworu, a potem (ok. 854 r.) wielkim wezyrem mianował jego bratanka - Ubajd Allaha. To właśnie w otoczeniu Ibn Chakana spędzał al-Mutawakkil noce pełne przebitego alkoholu (podobnie jak w Konstantynopolu czynił to cesarz Michał w towarzystwie wielkiego szambelana - Bazylego). Ulegał mu też w wielu kwestiach, jak choćby w tym, że Kalifat należy podzielić już za życia kalifa pomiędzy jego synów: al-Mutasira, al-Mutazza i al-Mu'ajjada - którzy co prawda w tamtym czasie byli jeszcze dziećmi (lipiec 850 gdy dokonano podziału Kalifatu), ale przecież każdy z nich otrzymał swojego wezyra, którym najczęściej był przedstawiciel tureckiego ludu. Teraz, po ponad dziesięciu latach od tamtego podziału, uzależniony od ghulamów i nie mogący złamać ich potęgi (pragnął to uczynić przenosząc stolicę najpierw do Damaszku a później do Al-Dżafarijj, ale bezskutecznie), kalif, obawiając się że może przestać być potrzebny Turkom i mogą go zastąpić jednym z jego synów (prawdopodobnie najstarszym), postanowił uczynić coś, co zapobiegnie temu niebezpieczeństwu. Odebrał następstwo tronu najstarszemu synowi al-Mutasirowi, a jednocześnie odebrał znaczne posiadłości ziemskie w rejonie isfahanu w Persji wspierającemu go tureckiemu przywódcy korpusu szakirijja - Wasifowi. Wówczas ghulamowie poczuli się zagrożeni i postanowili działać.




7 grudnia 861 r. (W dniu święta Al-Fitr, kończącego ramadan) kalif al-Mutawakkil dokonał przeglądu garnizonu w Al-Dżafarijj, po czym udał się na modły do tamtejszego meczetu, a wracając do pałacu wziął garstkę ziemi i posypał sobie nią głowę. Według kronikarza al-Tabariego (nieodzowne źródło jeśli chodzi o historię Abbasydów do roku 915) kalif: "Na trzeci dzień, we wtorek 3 szawwala (10 grudnia 861 r.) był pełen życia, wesół i szczęśliwy i wszystko potoczyło się zwykłym biegiem. Władca zapragnął ucztować. (...) Rozpoczął biesiadę i wezwał nadimów i śpiewaków. (...) Kabiha, matka al-Mutazza, sprezentowała mu kraciastą narzutę z zielonego jedwabiu, tak wspaniałą że żadna inna nie mogła się z nią równać. Al-Mutawakkil przez dłuższy czas był w nią wpatrzony, wychwalając i podziwiając wielce, a następnie rozkazał przeciąć to na dwie części i odesłał jej mówiąc (...): "Serce mówi mi, że nie będę tego nosił i nie życzę też sobie, aby nosił to ktokolwiek po mnie. Oto dlaczego ją przedarłem". Ponoć wypowiadając te słowa miał spojrzeć na obecnego również tam swego najstarszego syna al-Mutasira. Następnie rozpoczęła się biesiada. Kalif jak zwykle nie wylewał za kołnierz, pił bez umiaru, tak jakby to był ostatni dzień jego życia. Gdy zaś al-Mutasir nie mógł dorównać ojcu w pijaństwie i odmawiał niektórych kielichów, ten kazał mu wypić wszystkie kolejne, a gdy chłopak już nie mógł, kalif zaczął go lżyć, po czym złapał za szyję i wlewał w niego wino, a następnie spoliczkował swego pierworodnego syna przy obecnych tam biesiadnikach. Następnie zwrócił się do wszystkich, iż pozbawia swego najstarszego syna następstwa tronu i zmienia mu imię z al-Mutasir bi Allah ("Chroniony przez Boga") na al-Mustadżil ("Nalegający") twierdząc że to przez jego głupotę. Upokorzony al-Mutasir opuścił salę, udając się na spoczynek. Podobnie uczyniła większość gości i na sali biesiadnej pozostał tylko sam kalif, jego szambelan i osobisty przyjaciel - al-Fath Ibn Chakan, czterech służących i jeszcze jedna osoba. Co prawda dwa i najmłodsi synowie władcy (al-Mu'ajjad i Abu Ahmad) chcieli nadal uczestniczyć w biesiadzie, ale po wyjściu do toalety nie wpuszczono ich już do sali, w której przebywał kalif. Tego dnia miała się bowiem dokonać zemsta tureckich gwardzistów na kalifie, który (jak się obawiano) zamierza odciąć ich od przywilejów które już posiadali i odsunąć ich wybranka, młodego al-Mutasira od następstwa tronu (co też właśnie uczynił). Tej samej nocy z 10 na 11 grudnia 861 r. Do pałacu wdarła się grupa zamachowców pod przywództwem Bugha as-Szarabiego, która pozamykała wszelkie wyjścia z Pałacu poza jednym, wyjściem w kierunku rzeki. Wdarłszy się do sali, od razu zaatakowali kalifa. Najpierw odcięto mu ucho i rozcięto bark, a potem leżącego na ziemi dobito i pocięto na kawałki. Wraz z nim zginął również stojący w jego obronie szambelan al-Fath Ibn Chakan, służba uciekła (jeden niewolnik-eunuch ukrył się za kotarą).

Po dokonanym mordzie Bugha as-Szarabi udał się do komnat al-Mutasira i wedle opisu al-Tabariego rzekł: "Dobre nowiny, o panie wiernych. Allah dał tobie wielką nagrodę w zamian za naszego Pana, księcia wiernych. Był on posłuszny Bogu, a Allah wezwał go i on odszedł w wieczność". al-Mutasir był zaskoczony nie tylko zaistniałym hałasem, ale również tym, co nastąpiło (jak notował al-Tabari), a jednocześnie szybko zaakceptował zmianę na tronie kalifów (tym bardziej że dotyczyła jego własnej osoby). Al-Mutawakkil zginął w wieku 39 lat, panował zaś od sierpnia 847 r. Niego najstarszy syn al-Mutasir w chwili objęcia władzy miał 24 lata. Natychmiast wezwał do pałacu dowódcę korpusu szakirijja - Wasifa i polecił mu zabezpieczyć pałac oraz wszystkie wyjścia. Potem sprowadzono pozostałych synów al-Mutawakkila a braci nowego kalifa, którym kazano publicznie złożyć przyrzeczenie wierności, oraz wyrzeczenia się wszelkich pretensji do tronu. Al-Mutasir nie ufał jednak braciom, kazał ich wszystkich osadzić w dobrze pilnowanych miejscach, których nie mogli opuszczać bez jego zgody. Szczególnie popularny wśród ludu był jego młodszy brat al-Mutazza, dlatego też on był pilnowany wyjątkowo dokładnie. Co prawda kronikarz al-Tabari twierdzi, że śmierć władcy była jedynie wyprzedzeniem jego zamiarów, bowiem planował on zamordowanie swego syna i zgładzenie ghulamów, ale można założyć że słowa te są jedynie usprawiedliwieniem mordu dokonanego na już nieobecnym władcy i jednocześnie wybielenie jego syna, na którym bezwzględnie ciążyło podejrzenie o współudział w owej zbrodni (znacznie łatwiej zrzucić winę na władcę który już nie żyje, niż na tego, który żyje i na jego potomków, którzy mogliby się zemścić - to jest oczywiste. Z drugiej jednak strony nie należy do końca wykluczyć tego, że al-Mutawakkil rzeczywiście planował rozprawić się z ghulamami i "realnie" usunąć syna jak on następcą tronu. Zrobił ku temu już pierwszy zdecydowany krok, a drugi mógł zakończyć się tragicznie dla al-Mutasira). W każdym razie nowy kalif nie zamierzał dłużej pozostawać w tym "zhańbionym przelaną krwią" mieście i ponownie wrócił do Samary, a Al-Dżafarijja od tej pory powoli popadała w ruinę. Miasto, które miało być symbolem sunnickiego odrodzenia, stało się symbolem żałosnego końca panowania kalifa, na którego barki rzucono więcej, niż potrafił on udźwignąć. Ludowi Samary zaś oznajmiono że al-Mutawakkil zachłysnął się zbyt dużą ilością wypitego wina (co też było usprawiedliwieniem tego mordu, jako że Koran zabrania picia wina, a to oznaczałoby innymi słowy że Al-Mutawakkil został ukarany przez Allaha za złamanie jego przykazań 😙).




Dowiedziawszy się o zmianie władzy na tronie Kalifatu, cesarz Michał postanowił rozpocząć kolejną kampanię wojenną na Wschodzie (wiosna lato 862 r.). Ale pomimo panującej już wówczas anarchii politycznej w Kalifacie, nie osiągnął spodziewanych rezultatów, a nawet został zmuszony do odwrotu. Tymczasem nowy kalif myślał jak tu umocnić swoją władzę, jednocześnie pozbawiając swych braci praw do tronu. Zmusił ich co prawda do złożenia przysięgi na wierność, oraz zrzeczenia się władzy. Każdego też otoczył strażą i agentami, którzy donosili mu wszelkich ich poczynaniach. Swego małego synka Abd al-Wahhaba uczynił swym następcą i... w zasadzie byłoby to na tyle jeśli chodzi o to panowanie. Al-Mutasir zmarł bowiem już w czerwcu 862 r. w wieku 25 lat, po zaledwie półrocznym panowaniu. Wiele było teorii na temat powodów jego zgonu: jedni mówili że popełnił samobójstwo, dręczony wyrzutami sumienia po zamachu do jakiego doprowadził na swego ojca; inni, że skaleczył się zatrutym ostrzem; a jeszcze inni, że po prostu został otruty. Nowym władcą obrano teraz 24-letniego Ahmada Ibn Muhammada, wysokiego mężczyznę o jasnej cerze i krętych, rudych włosach (włosy miał po matce, słowiańskiej niewolnicy imieniem Mucharik). Był on jednocześnie bratankiem al-Mutawakkila i kuzynem jego synów. Znaczne poparcie uzyskał nowy kalif (który przyjął imię al-Musta'in) jedynie wśród licznych w Samarze i Bagdadzie Słowian (głównie niewolników, chociaż zajmowali się oni takimi sprawami jak administracja, nauka, zarządzanie itd.), natomiast negatywnie podeszli do niego zarówno Turcy jak i Persowie (a także Berberowie z gwardyjskich formacji Maghariba). Raziła ich bowiem jego blada skóra, i nie chcieli aby ktoś podobny do ludów Północy (albo "barbarzyńców", albo też "niewiernych" jak nazywano chrześcijan), nimi władał. Nieformalną przywódczynią stronnictwa przeciwnego rządom al-Musta'ina, była matka al-Mutazza Kabiha, ulubienica al-Mutawakkila i niezwykle wpływowa kobieta na dworze Abbasydów. Była niezwykle majętna, miała własny pałac i służbę, a każdy liczył się też z jej zdaniem. Teraz stała ona w jednej z pierwszych linii oporu przeciwko rządom nowego kalifa (swoją drogą była to bardzo ciekawa kobieta, a jednocześnie ambitna do bólu, wyrodna matka. Posługiwała się bowiem swym synem tylko i wyłącznie w celu zdobycia realnej władzy, a gdy popadł on w kłopoty i został uwięziony przez gulhamów - o czym postaram się opowiedzieć - nie dała mu nawet jednego dirhama aby wyciągnąć go z kłopotów, a następnie sama uciekła ze swego pałacu, przygotowanym wcześniej podziemnym tunelem, wraz ze swą przyjaciółką z haremu. Postaram się o tym też jeszcze opowiedzieć).




Gdy zaś jesteśmy przy słowiańskich rządach w Kalifacie, to warto jest przenieść się również na tereny Europy Wschodniej, gdzie w tym właśnie czasie miały miejsce dosyć istotne zdarzenia. Oto bowiem bowiem w 862 r. Słowianie Ilmeńscy (znad jeziora Ilmen, nieopodal Nowogrodu Wielkiego) którzy toczyli między sobą wewnętrzne walki, aby zaprowadzić spokój w swoim państwie wezwali wodza szwedzkich Waregów (Wikingów) imieniem Ruryk. Nestor w "Powieści minionych lat" tak przedstawia propozycję, z jaką do Waregów przybyli posłowie z Nowogrodu: "Ziemia nasza wielka jest i obfita, a ładu w niej nie ma. Przychodźcie więc rządzić i władać nami". Wtedy Ruryk, jego bracia i wodzowie "wzięli ze sobą wszystką Ruś" i popłynęli na ziemie Słowian. Wydaje się więc że Rusini to byli po prostu Waregowie/Wikingowie czyli Normanowie - chociaż oczywiście teoria ta ma też wielu przeciwników. Ruski kronikarz z XII wieku Nestor w "Powieści minionych lat" twierdzi, że już w roku 852 istniała Ruś (tym samym poniekąd sam sobie zaprzecza, pisząc że Ruryk wziął ze sobą całą Ruś). Twierdzi bowiem: "Gdy zaczął panować Michał (w Cesarstwie Bizantyjskim), zaczęła się nazywać ziemia ruska. O tym zaś dowiedzieliśmy się stąd, że za tego cara przychodziła Ruś nad Carogród (Konstantynopol), jak napisano o tym w latopisie greckim". Tutaj jednak pojawia się pewien problem i wydaje się że Nestorowi albo pomyliły się daty (bo przecież najazd na Konstantynopol miał miejsce w roku 860 jeszcze przed przybyciem Ruryka do Nowogrodu), albo mówi on o dwóch Rusiach. Pierwszą jest ta, z którą przybyli wodzowie Waregów, ale drugą ta, która znajduje się u źródeł Wołgi, Dźwiny i Dniepru. Potem zresztą to się jeszcze pozmieniało, a w czasach Nestora w wieku XII słowo "Ruś" oznaczało już przede wszystkim ludzi mówiących "jazykiem ruskim", czyli wyznającym ruską wiarę prawosławną (pochodzącą właśnie od Greków z Konstantynopola). A w ogóle to do najazdów mongolskich z lat 30-tych XIII wieku Ruś pod względem geograficzno-politycznym definiowano jedynie jako ziemię kijowską, perejesławską i czernichowską, natomiast nie obejmowała ona Halicza, Wołynia, Smoleńska, Połocka, Nowogrodu Wielkiego, Rostowa czy Sudala. Wydaje się więc że rzeczywiście pierwotnie nazwa Rusi wywodziła się od szwedzkich Waregów, natomiast potem, od roku 882 (czyli po opanowaniu Kijowa przez brata Ruryka - Olega) termin ten stał się określeniem dla całego obszaru skupionego wokół Kijowa i okolic, które potem (w roku 988) przyjęły chrześcijaństwo z Konstantynopola, czyli w obrządku wschodnim. Tak ja to widzę i definiuję, opierając się na przekazach autorów średniowiecznych (kKroniki Nestora, Kroniki Kijowskiej z XII wieku i Kroniki Halicko-Wołyńskiej z XIII wieku).


PRZYBYCIE RURYKA DO KRAJU SŁOWIAN ILMEŃSKICH
(862)



Nadszedł rok 863 i papież Mikołaj I wydał wreszcie decyzję w kwestii prawowitej obsady stolca patriarszego w Konstantynopolu. Ponieważ wcześniej próbowano wymusić jakoby jego decyzję (przynajmniej on to tak widział), przeto teraz, na soborze laterańskim w Rzymie decyzją papieża usunięcie patriarchy Ignacego stało się bezprawne i nakazano przywrócenie go na to stanowisko, natomiast usunięcie z niego Focjusza. Oczywiście ten nie uznał decyzji papieża i po kilku dosyć ostrych w formie listach wymienionych pomiędzy Mikołajem a cesarzem Michałem, dalsza korespondencja całkowicie ustała, a pomiędzy Rzymem i Konstantynopolem zapadła swoista "zimna wojna". Teraz przedmiotem sporu stała się nie tylko Iliria ale również Bułgaria, którą zamierzano szybko schrystianizować, ale pytanie brzmiało kto uczyni to pierwszy, Rzym czy Konstantynopol? Zanim jednak można było odpowiedzieć na to pytanie, przybyło do stolicy Cesarstwa Bizantyjskiego poselstwo z jeszcze innego kraju, Wielkich Moraw, którymi to władał książę Rościsław, z prośbą o przesłanie misjonarzy w celu rechrystianizacji jego kraju. Piszę tutaj o wysłaniu poselstwa z Wielkich Moraw w roku 863, natomiast w oficjalnych tekstach można przeczytać że bizantyjscy kapłani Cyryl i Metody (zwani następnie misjonarzami Słowian) posłani zostali do kraju Rościsława w roku 862, co wydaje mi się niemożliwe z kilku powodów, o których napiszę już w kolejnej części, a związane są one z kwestiami politycznymi w tym regionie właśnie w latach 862-864. Zatem przybycie Cyryla i Metodego wcześniej niż w roku 864 po prostu uważam za n-i-e-m-o-ż-l-i-w-e i wyjaśnię to w kolejnej części.




CDN.

środa, 4 grudnia 2024

HOLLYWOOD A POLSKA

 W LATACH II WOJNY ŚWIATOWEJ





Ten temat nie będzie tematem mojego autorstwa (a przyznam się szczerze, że przyjemnie jest czerpać z pracy innych ludzi i patrzeć jak to oni muszą się męczyć żeby cokolwiek napisać, a ty tylko to... skopiujesz 🤭. Oczywiście żartuję, a może i nie 🤔). W każdym razie dziś chciałbym podjąć temat amerykańskiej "fabryki snów" czyli Hollywood w okresie II Wojny Światowej i tego, jak prezentowano tam Polskę i Polaków. Ponieważ jednak nie jest to mój temat autorski, a jeden z ciekawszych tematów jakie znalazłem na X-ie (dawniej Twitter), pozwoliłem sobie go tutaj umieścić. Autorem tej nitki (jak można to nazwać), jest x-owicz posługujący się profilem "Wojna w kolorze", a konkretnie Andrzej Matowski, którego to stronę na Twitterze zachęcam do obserwowania i wspierania (oczywiście całkowicie bezinteresownie, podobnie jak bezinteresowny jest mój blog Grota Ragnara 😙 gdzie nie uświadczycie żadnych reklam, gdyż jest to taka moja oaza odpoczynku i pewnego rodzaju relaksu, chodź często bardzo pracochłonnego 🧐). Temat który to zaprezentował Andrzej Matowski, bardzo przypadł mi do gustu i postanowiłem go tutaj również zaprezentować, a jak wspomniałem wyżej dotyczy filmów jakie powstawały w Hollywood o Polsce i Polakach w czasie II wojny światowej. 




Warto bowiem zapoznać się z czym mieliśmy do czynienia i czy komisja Josepha McCarty'ego z lat 50-tych rzeczywiście była taka demoniczna (jak próbują nam to wmówić współcześni neomarksiści i wszelkiego typu libkowie), czy po prostu McCarty "miał twarde karty" aby ujawnić i ukarać tych wszystkich pro-sowieckich gogusiów z Hollywood i z wielu innych kluczowych branż w polityce, gospodarce i dyplomacji USA. 
Zapraszam zatem na wątek.







HOLLYWOOD A POLSKA 
(AUTORSTWA ANDRZEJA MATOWSKIEGO 
X-owy PROFIL "WOJNA W KOLORZE")


II Wojna Światowa była pierwszą prawdziwie nowoczesną wojną, w której żadna dziedzina życia nie mogła pozostać obojętna. To samo dotyczyło ogromnego amerykańskiego przemysłu filmowego, zrzeszający tysiące aktorów, scenarzystów, reżyserów - ludzi bardzo bogatych i wypływowych. Hollywood wypluwało z siebie 500 filmów rocznie. Do kin chodziło w 1939 roku tygodniowo 74 % Amerykanów, zostawiając astronomiczne 85 milionów dolarów w kasach. Jak ujął to historyk Robert Fyne: "większość widzów wierzyła w to, co pokazano im na ekranie, niczym w Ewangelię".




W czerwcu 1942 roku "fabryka snów" została objęta nadzorem Urzędu ds. Informacji Wojennej (Office of War Information), konkretnie agencji Bureau of Motion Pictures (Biuro Filmowe). Odtąd BMP opiniowało scenariusze filmów i decydowało, czy i jaki film trafi do produkcji. Filmy miały spełniać podstawową zasadę: pomóc wygrać wojnę z diabolicznym Hitlerem i jego mrocznymi zastępami. Od tego uzależniano zgodę na produkcję. Do końca wojny BMP zrecenzowało 1652 scenariusze, nierzadko wprowadzając własne uwagi i dodając swoje własne sceny.




Wielu z Was zna niektóre filmy z tego okresu. Najsłynniejszym jest bowiem "Casablanca" z 1942 r. z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman, która zwróciła uwagę społeczeństwa USA na okupację Europy przez Niemców i temat ruchu oporu. Uzasadniła też amerykańską inwazję na Algierię.




Propaganda Hollywood kręciła wiele kasowych filmów oddających hołd europejskiemu ruchowi oporu. Zamach na Protektora SS-Obergruppenführera Reinharda Heydricha przez czeskich komandosów w Pradze doczekał się aż dwóch filmów w 1943 r.: "Hitler's madman" i "Hangmen also die!"




Czesi byli lubiani w Hollywood i doczekali się aż sześciu dużych produkcji, sławiących ich udział w wojnie. Ale nie byli jedyni. Z europejskim ruchem oporu utożsamiano Norwegów, którzy tylko w 1943 roku doczekali się aż pięciu dużych produkcji, na czele z "Edge of Darkness".




Nie można było zapomnieć o wielkiej roli Francuzów w walce z Hitlerem. Poza wspomnianą wyżej "Casablanką", w której do historii przeszła scena ze śpiewaniem "Marsylianki", Francuzi doczekali się jeszcze 14 wielkich produkcji, na czele z frankofilską "Joan of Paris" z 1942 r.






No i przede wszystkim, nie można było w żaden sposób zapomnieć o największym przyjacielu "dobrych" Aliantów, sojuszniku pierwszej klasy - masowym mordercy Józefie Stalinie i jego zbrodniczym imperium sowieckim, które od III Rzeszy różniło się jedynie brakiem komór gazowych.




Film "Mission to Moscow" z 1943 r. miał zdemaskować wszelkie nikczemne oskarżenia pod adresem Związku Radzieckiego i pokazać, że Stalin i jego państwo to jedynie "trochę inna demokracja" od USA. Film oparto o wspomnienia byłego ambasadora USA w Moskwie Josepha Daviesa.




"Mission to Moscow" był jedynym amerykańskim filmem wyświetlanym w ZSRR w czasie wojny (co pokazuje stopień jego zakłamania), ale nie był jedyny. Nakręcono szereg innych, na czele z "The Days of Glory" i "The Boy from Stalingrad". Konsultantami byli... radzieccy dyplomaci!




Wszystkie te filmy były pompatyczne i doniosłe. Nikomu nie przyszło do głowy żartować z cierpienia ww. narodów. Scenariusze konsultowano z dyplomatami alianckimi. Wszystkie były poważne i miały uwypuklić wkład narodów w walce z nazizmem. Wszystkich, poza jednym. Polakami. Polacy nigdy nie byli w centrum zainteresowania Hollywood. Przed II WŚ doczekali się właściwie tylko dwóch filmów "As The Earth Turns" i "The Wedding Night". Generalnie traktowano ich z lekceważeniem jako "Hunyaków" - bliżej niezidentyfikowanych imigrantów z Europy Wschodniej.




Oba filmy to całkowicie niedorzeczne koszmarki, stworzone przez ludzi, niemających pojęcia o Polsce. Przedstawiały one Polaków jako nieokrzesanych, pijanych i głupich prymitywów, jedzących z podłogi, porozumiewających się dziwnymi dźwiękami i zbitkami przypadkowych słów. 




Polska także nie była w centrum zainteresowania Hollywood. Przed wojną umiejscowiono w niej tylko jeden film - napoleoński romans "Maria Walewska". Dla porównania, małe Węgry były miejscem akcji aż siedmiu filmów, a filmy o Rosjanach, czy Żydach miały swoje odrębne gatunki.




A po 1939 r.? Generalnie w działaniach BMP nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że Polska... była w zasadzie jedynym pomijanym krajem alianckim w Hollywood. A wydawałoby się, że historia napadniętego przez potężnych sąsiadów kraju, pierwszej ofiary Hitlera byłaby doskonała.




Tymczasem zainteresowanie Hollywood Polską w czasie wojny można przedstawić tak - toczącym się kłaczkiem arizońskim. Polska doczekała się tylko trzech (!) filmów w czasie wojny. Komedii "To Be or Not To Be", romansu "In our Time" i niskobudżetowego "None shall escape". Chronologicznie pierwszym filmem była komedia (!) "To Be or Not To Be" Ernsta Lubitscha z grudnia 1942 r. Powstała więc po ponad 3 latach bestialskiej niemieckiej okupacji, w momencie, gdy w Polsce trwał w najlepsze Holocaust Żydów, egzekucje i wysiedlenia z Zamojszczyzny...




Chociaż film ten jest bardzo sympatyczną komedią (i doczekał się remake'u w reżyserii Mela Brooksa), to niezamierzenie spłycał i ośmieszał realia brutalnej okupacji Polski. Nikomu w USA nie przyszło do głowy robić komedii o żadnym innym okupowanym przez Niemców kraju.




"To Be or Not To Be" opowiada historię trupy teatralnej z Warszawy, która wplątuje się przypadkowo w akcje ruchu oporu. Niewiele w nim powiedziano o roli Polski w wojnie, a dość smutnym aspektem jest zrobienie z Profesora - autorytetu dla Polaków z filmu - agenta Gestapo...




Chronologicznie drugim filmem był niskobudżetowy "None shall escape" ze stycznia 1943 r. Opowiadał on o procesie fikcyjnego niemieckiego zbrodniarza Wilhelma Grimma. Polska jest jedynie miejscem akcji, a film dotyczył głównie zbrodni na Żydach. Przeleżał na półce ponad rok.




"None shall escape" swoją premierę miał dopiero 3 lutego 1944 r. i nie zapadł on nikomu w pamięci. Uznano go za zbyt pospiesznie i niedbale zrealizowany. O roli Polski w wojnie nie pada w nim ani jedno słowo, choć pokazuje on dość pozytywnie relacje polsko-żydowskie.




I - wisienka na naszym zgniłym, hollywoodzkim torcie. Największy film poświęcony Polsce, nakręcony w USA w czasie wojny - "In our Time", który premierę miał 19 lutego 1944 roku. Film absolutnie obrzydliwy, czerpiący garściami z nazistowskiej i sowieckiej propagandy o Polsce.




Wypust studia Warner Bros. opowiada historię londyńskiej ekspedientki Jennifer, która trafia do Polski latem 1939 roku i poznaje tam w Warszawie hr. Stefana Orvida. Para się w sobie zakochuje, ale na drodze zakochanym staje rodzina hrabiego (uwaga, jest coraz śmieszniej).




Rodzina Orvidów to banda arystokratycznych, fanatycznie religijnych snobów - generalnie uosobienie ciemnogrodu. Najgorszy z nich jest wuj Pavel, pracownik polskiego ministerstwa, jawnie prohitlerowski bufon, do ostatnich minut filmu nawołujący do porozumienia z Niemcami.




Choć akcja filmu dzieje się tuż pod Warszawą (i to kilka kilometrów od niej!), to majątek Orvidów wygląda jak wyjęty z XVII wieku - panuje poddaństwo chłopów - jak jeden mąż ciemnych, głupich, bojących się traktorów i elektryczności, a zysk przeliczają na... butelki wina.




Dopiero Jennifer wprowadza odrobinę nowoczesności w tym zatęchłym zaścianku. Londyńska sprzedawczyni (!) edukuje ciemne chłopstwo o nowoczesnym rolnictwie, wujowi Pavelowi mówi, że nie wolno ustępować Niemcom, a z kawalerii - w której służy Stefan - szydzi jako przestarzałej.




Agresja Niemców na Polskę zastaje Orvidów podczas całonocnej, szlacheckiej libacji. Podczas gdy rodzina hrabiego tchórzliwie ucieka z majątkiem, on sam idzie walczyć. Jego dumny pułk kawalerii zostaje rozbity po - a jakże! - szarży z szablami na niemieckie czołgi (!).




Pod wpływem wszechwiedzącej feministki Jennifer Orvid doznaje objawienia. Przeistacza się w ludowego bohatera. Nakazuje spalić pola i posiadłość, by wróg nie miał z nich pożytku. Wymowa jest jasna: Polska może odrodzić się po wojnie tylko, jeśli zmieni się w niej władza.




Cały ten film to powtarzanie sowiecko-niemieckiej propagandy, na czele z szarżami kawalerii na czołgi. Premiera także była nieprzypadkowa. 4 stycznia 1944 r. Armia Czerwona przekroczyła granice Polski, a 22 lutego W. Churchill przyznał, że Polska będzie okrojona po wojnie.




Reżyser filmu wprost przyznawał, że Polska kojarzyła mu się z państwem niewolniczym, rodem z amerykańskiego Południa sprzed wojny secesyjnej. Wytwórnia Warner Bros. przyznała zaś, że miała problem z przedstawieniem ulicy w Warszawie, bo nie wiedziano... jak wyglądają Polacy.




Warto tu jeszcze wspomnieć o kilku innych filmach, w których Polacy powinni być, a ich nie było. W kasowej superprodukcji "The Story of G.I. Joe" z 1945 r. o froncie włoskim i bitwie o Monte Cassino o Polakach nie padło ani jedno zdanie, choć ci zdobywali klasztorne wzgórze.




Z kolei w filmach "Eagle Squadron" i "International Squadron" (w tym główną rolę zagrał Ronald Reagan) o amerykańskich w bitwie o Anglię (których było tylko kilku, ok. 11), o Polakach pada dosłownie jedno krótkie zdanie, wymienionych pomiędzy innymi narodami.




Na wiosnę 1944 r. wytwórnia Twenieth Century Fox planowała premierę komedii "Jakobowsky i pułkownik", opowiadającej o uciekającym przed antysemityzmem z Polski Żydzie i nadętym polskim oficerze. Film jednak ostatecznie wówczas nie powstał i nakręcono go dopiero w 1958 r.




ŻADEN z ww filmów nie był konsultowany nigdy z nikim z polskiego rządu emigracyjnego. W żadnym nie zagrał żaden Polak. Nigdy nie pozwolono Polakom opiniować scenariuszy, w odróżnieniu od innych Aliantów. Polacy jako JEDYNI byli przedstawiani negatywnie. A czemu? Cóż... Hollywood nie lubiło Polski z różnych względów. Głównym powodem były polityczne zapatrywania reżyserów i scenarzystów, nierzadko sowieckiej agentury na pasku Moskwy. Przedstawianie Polski w dobrym świetle oznaczałoby oczernianie ZSRR - a na to nikt w USA nie chciał pozwolić.




ZSRR nigdy nie był obiektem ataków Hollywood. Sowietów - sojuszników Hitlera z lat 1939-40 - jako "wrogów" przedstawiono w raptem trzech filmach, z czego dwa to komedie - "Ninoczka" i "Towarzysz X". Po 1941 r., gdy Sowieci stali się Aliantami, przestano je w ogóle wyświetlać.




W Hollywood w 1935 r. powstała "Anti-Nazi League", kierowana przez agenta Kominternu, Otto Katza, zrzeszająca lewicowych reżyserów i scenarzystów (a nie aktorów, bo tych uznano za... zbyt głupich). Zwłaszcza Żydów. Jej stałym członkiem było bogate i wpływowe Warner Bros. Jednocześnie, sekcją BMP w Hollywood kierował Nelson Poynter - publicysta powiązany z polityką Roosevelta. Rooseveltowcy i lewicowcy mieli jeden wspólny cel: pokonanie Hitlera. A za najważniejszego sojusznika w walce z Hitlerem uznano Sowietów, których nie można było drażnić.




Przypominanie więc losu Polski - napadniętej przez Niemców i Sowietów - byłoby nie na rękę Moskwie. Dlatego Hollywood pomijało rolę Polski w wojnie, a jeśli już musiało mówić - to robiło to oczerniając ją zgodnie z duchem sowieckiej propagandy, przygotowując oddanie jej ZSRR.




Moda na komunizm w Hollywood była powszechna i to tak, że po wojnie wielu filmowców trafiło przed oblicze amerykańskich komisji śledczych jako potencjalni agenci wpływu ZSRR. Działalność OWI/BMP uznano za tak szkodliwą, że w 1944 r. obcięto jej budżet, a potem zamknięto. Wśród przesłuchiwanych znalazł się m. in. Jack Warner, właściciel studia Warner Bros., który srogo pocił się przed komisją Kongresu i komisją senatora Josepha McCarthy'ego. Do dziś zresztą znienawidzonego w Hollywood za łapanie pożytecznych idiotów Kremla.




Tu przypomina mi się, jak parę lat temu polski internet ekscytował się, że założyciele Warner Bros. byli Żydami z Polski, och, ach, jaka duma. Spieszę przypomnieć, że Warner Bros. miało stałą manierę oczerniania Polaków za każdym razem, gdy było to możliwe. Warner Bros. odpowiada za trzy najobrzydliwsze wymienione tu filmy - "In our Time", "Mission to Moscow" (który miał premierę tuż po odnalezieniu polskich grobów w Katyniu - w maju 1943 r.) i "The Wedding Night". W swoich filmach nierzadko nadawali filmowym oprychom imiona polskich bohaterów: Sobieski czy Kościuszko - znanych Amerykanom. Nigdy nie nakręcili ani jednego pozytywnego filmu o Polsce. Kłamstwa o Polsce i Polakach, które rozsiewali prawie 100 lat temu, przetrwały właściwie do dzisiaj. 

Bracia Warner byli bowiem skrajnie lewicowymi Żydami - jak wielu filmowców Hollywood - których z Polską łączyło jedynie miejsce urodzenia, a którzy w niepodległej Polsce nigdy się nie pojawili. Wyemigrowali jeszcze w czasach carskiego zaboru. I jak wielu innych ówczesnych celebrytów, chętnie poddali się propagandzie komunistycznej, szczególnie, że ta kreowała się na przeciwników antysemickiego nazizmu. Warto to mieć w pamięci, gdy znowu usłyszycie ekscytację o "polskich śladach" w Hollywood.







poniedziałek, 2 grudnia 2024

FRANCUSKIM OKIEM - Cz. I

CZYLI PAMIĘTNIKI LEONA NOËLA 

O POLSCE 

lat 30-tych





Jak wyglądała przedwojenna Polska widziana okiem Francuzów? W zasadzie zaś jednego Francuza - ambasadora Republiki w Rzeczpospolitej (od maja 1935 do września 1939 r.) Leona Noëla. O tym opowiedzą jego "Pamiętniki" spisane w latach II wojny światowej, a po raz pierwszy wydane w Polsce w roku 1946. Jak więc wyglądała Polska Piłsudskiego oczami Francuza, jak widział on polską politykę (a należy nadmienić że nie przepadał on za ministrem spraw zagranicznych Rzeczpospolitej - Józefem Beckiem, a tamten również odwzajemniał to uczucie). Wreszcie jak wyglądała agresja niemiecka na Polskę widziana oczami ambasadora Francji? O tym wszystkim zamierzam opowiedzieć, cytując (w większych lub mniejszych fragmentach) pamiętniki Noëla z czasów pobytu w Polsce, zatytułowane: "L'agression Allemande contre la Pologne" ("Agresja niemiecka na Polskę"). Zapraszam.



VARIA




 "Stale i ze wszystkich stron dochodziły do nas wezwania rządu polskiego i naszych polskich przyjaciół (...) stawały się one coraz bardziej trwożne ze względu na jawne pogarszanie się sytuacji militarnej, która rozwijała się z niespotykaną szybkością. (...) Kierownicze sfery wojskowe zaczynały się niepokoić, widząc, że mocarstwa zachodnie nie kwapią się zbytnio z interwencją. Zaczynały się już obawiać, że nastąpi ona zbyt późno, aby ocalić Polskę od inwazji, a wojsko jej od całkowitej klęski. 

W nocy z 2 na 3 września miałem niezmiernie przykrą przez cały czas rozmowę z Beckiem, a potem z panią Beckową, z którą przywitałem się, wychodząc z gabinetu jej męża, podczas gdy ona czekała w małym saloniku obok pełna niepokoju, czy przyniosę wreszcie wiadomość oczekiwaną przez wszystkich Polaków. Nie mogłem nie rozumieć ich zwiększającego się zaniepokojenia, ale nie mając żadnych instrukcji i prawie żadnych wiadomości z Paryża, nie byłem w możności uspokoić ich".


 Po niemieckiej agresji na Polskę 1 września 1939 r. Francuzi czy mieli wszystko, aby tylko nie wejść do tej wojny. Wymyślili więc nową konferencję pokojową z udziałem Wielkiej Brytanii, Niemiec, Włoch i oczywiście Francji, która miała rozwiązać kwestię niemieckich żądań terytorialnych w Polsce i tym samym zakończyć wojnę. francuski rząd Edouarda Daladier mocno liczył na wsparcie Mussoliniego i Włoch, którzy mieli przekonać Hitlera do wycofania wojsk z Polski i Mussolini już 2 września wyszedł z taką inicjatywą, ale od razu odrzucił ją rząd brytyjski Neville'a Chamberlaina, twierdząc że o żadnych układach nie ma mowy, dopóki wojska niemieckie są w Polsce. Część polityków Partii Pracy zaczęła twierdzić iż Wielka Brytania powinna wypowiedzieć wojnę Niemcom bez oglądania się na Francję. Wieczorem 2 września (po konsultacji z Daladierem) ustalono treść brytyjskiego ultimatum, które dnia następnego miało zostać złożone Hitlerowi. 3 września o godzinie 9:00 rano, tekst ultimatum wręczył führerowi Rzeszy Niemieckiej brytyjski ambasador w Berlinie - Neville Henderson, a brzmiał on następująco: jeśli do godziny 11:00 3 września 1939 r. wojska niemieckie nie zaprzestaną agresji przeciwko Polsce, Wielka Brytania znajdzie się w stanie wojny z Niemcami.

Hitler był zszokowany tą deklaracją, gdyż do tej pory był przekonany że Wielka Brytania i Francja nie kiwną palcem w obronie Polski, a utwierdzał go w tym przekonaniu minister spraw zagranicznych Rzeszy - Joachim von Ribbentrop. Po wyjściu Hendersona, Hitler wręczył tekst ultimatum Ribbentropowi ze słowami: "I co teraz?" Niemiecki minister wpatrywał się w ów tekst w całkowity milczeniu i dopiero obecny tam również premier Prus i minister lotnictwa Rzeszy - Hermann Goering powiedział: "Jeżeli przegramy tę wojnę, to niech Bóg ma nas w opiece". Tymczasem w Londynie na Downing Street 10 z niepokojem patrzono na zegarek i mijające minuty, wyczekując przybycia niemieckiego ambasadora z wiadomością o zaprzestaniu działań wojennych w Polsce. Nic takiego nie nastąpiło i gdy Big Ben wybił godzinę 11:00 jeden z brytyjskich sekretarzy zatrzymał zegar, następnie za szklane wieko włożył kartkę z informacją aby nie uruchamiać zegara dopóty, dopóki Hitler nie zostanie pokonany. O godzinie 11:15 premier Chamberlain wygłosił przez radio orędzie do narodu, w którym informował że Wielka Brytania znalazła się w stanie wojny z III Rzeszą Niemiecką. Ludzie słuchali tego orędzia w domach i na ulicach, smutni i pogrążeni w myślach... niektórzy płakali inni pocieszali się wzajemnie, ale te chwile szybko ustąpiły, gdy w mieście rozległy się syreny alarmowe - Nalot!!! Pierwszy od zakończenia I Wojny Światowej. Ludzie rozbiegli się w panice po domach, chowając po piwnicach i innych zakamarkach aby ocalić życie. Szybko okazało się że to był fałszywy alarm, ale życie mieszkańców Londynu i innych miast Wielkiej Brytanii uległo odtąd diametralnej zmianie. 

Jak opisuje to Antony Beevor: "Na czerwonych skrzynkach pocztowych wymalowano żółte pasy, specjalną farbą zmieniającą kolor pod wpływem gazów bojowych. Szyby w oknach zaklejano paskami papieru, chroniącymi przed odpryskami szkła. Wygląd ulicznych tłumów też uległ zmianie: pojawiło się dużo więcej mundurów, a cywile nosili w tekturowych pudełkach na sznurku maski przeciwgazowe. Dworce kolejowe były zapchane ewakuowanymi dziećmi, które miały na ubraniach karteczki z nazwiskami i adresami. (...) Nocami, po zaciemnieniu, niczego nie dawało się rozpoznać. (...) Wielu ludzi po prostu przesiadywał w domach za zaciągniętymi w oknach kotarami, słuchając rozgłośni BBC". Francuzi również poszli w ślady Brytyjczyków (nie mogąc liczyć na żadną konferencję pokojową, która miała ponownie oddać Hitlerowi cudze ziemie i kupić trochę czasu czyimś kosztem) i również wystosowali ultimatum, zostawiając sobie jednak czas na wypowiedzenie wojny do godziny 17:00. Dopiero po upływie tego terminu Paryż ogłosił, że również znajduje się w stanie wojny z III Rzeszą.

W Berlinie nie było bojowego nastroju, panowała natomiast od 1 września jakby skrywana nieco żałoba, a z pewnością nie widać było po ludziach żadnych objawów radości z toczonej wojny, co najwyżej ciekawość. Jednak po wypowiedzeniu wojny III Rzeszy przez Wielką Brytanię i Francję większość Niemców obawiała się klęski w wojnie na dwa fronty, która przecież doprowadziła II Rzeszę do upadku w roku 1918. Zupełnie inne nastroje panowały od 3 września w Warszawie. Na wiadomość o wypowiedzeniu wojny Niemcom przez aliantów zachodnich, ludzie masowo zaczęli gromadzić się najpierw pod ambasadą brytyjską, potem pod francuską i wznosić okrzyki: "Niech żyje Anglia!", "Niech żyje Francja!". Radio grało hymny obu tych państw, a minister Józef Beck (który do tej pory był nabuzowany niczym balon, obawiając się najgorszego), mógł wreszcie odetchnąć, widać było że ciśnienie z niego zeszło. Stwierdził też wówczas: "Naród miał prawo postawić mnie pod mur i rozstrzelać, gdyby oni nie byli weszli do wojny". Na ulicach (wśród głosów chwalących aliantów zachodnich), można było również usłyszeć głosy chwalące Józefa Becka, gdyż jego polityka doprowadziła do wciągnięcia do - jak planował Hitler - lokalnej wojenki, dwa najpotężniejsze państwa Europy Zachodniej. Beck udał się również do brytyjskiej ambasady gdzie wraz z ambasadorem Howardem Kennardem wygłosił z balkonu ambasady krótkie przemówienie do zgromadzonych przed ambasadą tłumów. Również Leon Noël opisywał tłumy pod ambasadą francuską: "Przyjaciele, ale również nieznajomi, względnie ludzie anonimowi, przynosili do ambasady kwiaty, często z listami doprawdy wzruszającymi. Padały okrzyki na cześć Francji i jej przedstawiciela, śpiewano poszczególne zwrotki Marsylianki. Były to sceny nie do opisania, a tłum stawał się tak wielki, że trzeba było zamknąć bramy pałacu, aby uniknąć jego zalewu (...) nie mogłem tym rozentuzjazmowanym i pełnym jeszcze złudzeń tłumom powiedzieć słów, które pragnęły usłyszeć".




W domu państwa Becków na stole stały trzy chorągiewki symbolizujące Francję, Wielką Brytanię i Polskę, ta Polska stała pośrodku i jak opisuje sekretarz ministra Becka - Paweł Starzeński niezwykłe wydarzenie, które miało miejsce wkrótce po wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Wielką Brytanię i Francję: "Na stole w pokoju jadalnym stały (...) tego wieczoru trzy chorągiewki państw, znajdujących się od dzisiaj razem w walce. Polskie barwy były umieszczone między Francją a Wielką Brytanią. Bez żadnego powodu, nikt stołu nie trącił, okna były zamknięte, przeciągu nie było, nasza chorągiewka nagle się przewróciła. Obecni popatrzyli po sobie, nikt się słowem nie odezwał".



AGRESJA NIEMIECKA NA POLSKĘ 
(LEON NOËL)





POLSKA PIŁSUDSKIEGO 
Cz. I


 Przybyłem do Warszawy w ostatnich dniach maja 1935 r. Mój wielce zasłużony poprzednik, pan Jules Laroche, mianowany ambasadorem w Rzymie na miejsce Paul Claudela, który przeszedł na emeryturę, opuścił Polskę zaraz po pogrzebie Piłsudskiego (18 maja). Laroche był ambasadorem Francji w Warszawie dziewięć lat. Objął to stanowisko w przededniu zamachu stanu dokonanego przez Piłsudskiego 12 maja 1926 r., a opuścił je po śmierci pierwszego marszałka Polski. Był to okres dla dyplomacji francuskiej niewdzięczny. Jules Laroche musiał walczyć z licznymi trudnościami, którym stawiał czoło z niezmiernym taktem i cierpliwością dzięki dużemu doświadczeniu zawodowemu. 

Józef Piłsudski zmarł w Warszawie 12 maja 1935 r. na raka żołądka; miał lat sześćdziesiąt osiem (67, był bowiem z grudnia 1867 r.) i organizm przedwcześnie wyczerpany ciężkim życiem spiskowca, bojownika i męża stanu. Śmierć jego okryła żałobą cały kraj. Poza nielicznymi wyjątkami wszyscy, nawet jego przeciwnicy polityczni, nawet ci, którzy byli ofiarami stworzonego przez niego reżimu, który uosabiał, chylili głowę przed jego gorącym patriotyzmem oraz zasługami wobec kraju i przyłączali się do hołdu całego narodu. Uroczystości pogrzebowe odbyły się z wielką wspaniałością w Warszawie i w Krakowie, gdzie zwłoki zostały złożone na Wawelu w Krypcie Królewskiej ("Bo królom był równy...", jak na pogrzebie rzekł prezydent Mościcki) obok Batorego, Sobieskiego, Józefa Poniatowskiego i Kościuszki. 

Od Belwederu, uroczego pałacyku w stylu empire, gdzie mieszkał i zmarł (co ciekawe Marszałek sypiał przy zapalonej lampce, gdyż twierdził że nocami po korytarzach Belwederu przechadza się duch księcia Konstantego Pawłowicza - brata cara Aleksandra I, który mieszkał tutaj w latach 1815-1830), aż do wspaniałego miejsca wiecznego spoczynku cała, rzec można, głęboko wzruszona Polska tworzyła szpaler Marszałkowi, oddając mu hołd, jak rzadko tylko bywa udziałem wybitnych ludzi. Większość państw reprezentowana była przez okazałe delegacje, których brali udział i książęta krwi. Kanclerz Hitler przysłał marszałka Goeringa. Naszą armię reprezentował Marszałek Pétain, a Laval, który udając się do Moskwy zatrzymał się w Warszawie z wizytą oficjalną, powrócił z Rosji aby wziąć udział w uroczystościach krakowskich. (...)

Ten wspaniały pogrzeb i wrażenie wywołane śmiercią Piłsudskiego mogą być łatwo zrozumiałe. Marszałek należał bowiem do tych rzadkich osobistości, o których mówi się, że gdyby ich nie było, historia potoczyłaby się inaczej. Drogi jego życia były niezwykłe, nawet w naszej epoce, tak przecież obfitującej w ludzi nieprzeciętnych. (...) Pomimo popełnionych poważnych błędów politycznych był to człowiek nieprzeciętnej miary i miał niektóre cechy prawdziwego męża stanu. Gdyby go nie było lub gdyby policja carska doprowadziła do jego śmierci, jak tylu innych, na szubienicy czy w jakiejś odległej wiosce syberyjskiej, trudno sobie przedstawić, kto mógłby stanąć na czele polskiego ruchu niepodległościowego. Polska miała w owej epoce, jak zresztą zawsze, ludzi wartościowych i gorących patriotów, jednak nikt z jego współpracowników czy rywali nie posiadał takiego jak on autorytetu, takiego niezwykłego daru intuicji, a nawet tych drobnych specyficznych rysów, które pomagają powstawaniu legendy.



 
Na nieszczęście Polski, gdy powrócił do czynnej roli w 1926 r., Piłsudski był już bardzo wyczerpany fizycznie, a na parę lat przed śmiercią stan jego zdrowia nie pozwalał mu na pełne trzymanie ręki na pulsie wydarzeń, nie mógł więc wpływać na nie, jak byłoby pożądane. Gdyby był młodszy i żył kilka lat dłużej, to zapewne wielkie poczucie realizmu, którego dał wybitne dowody w latach wojny, byłoby uchroniło jego kraj od tragicznych błędów (jakich błędów? Wrzesień 1939 był nieunikniony i jedynym wyjściem była szybka pomoc aliantów, ponieważ Niemiec nie dało się w tamtym czasie pokonać w pojedynkę, tym bardziej że mieli jeszcze wsparcie Związku Sowieckiego, który 17 września również napadł na Polskę. A tak w ogóle to Francuzi mogli się zgodzić na wojnę prewencyjną w roku 1933 i byłoby po sprawie. Dzisiaj nikt nie mówiłby o żadnej Wojnie Światowej, tylko lokalnej krótkiej wojence, w której obalono nazistowski reżim w Niemczech).


CDN.

sobota, 30 listopada 2024

WOKÓŁ AKTU 5 LISTOPADA - Cz. II

CZYLI JAK NIEMCY CHCIELI SOBIE STWORZYĆ "SWOJĄ" POLSKĘ?





RZECZYWISTOŚCI
KRÓLESTWA POLSKIEGO 
PIERWSZE LATA
"ALEKSANDER BŁOGOSŁAWIONY"
(1815-1820)
Cz. I


"Z Bożą pomocą mam nadzieję wskrzesić naród odważny, do którego Pan należy. Dałem uroczystą obietnicę, a dobro narodu polskiego bardzo leży mi na sercu. Okoliczności polityczne stanęły na przeszkodzie ku realizacji moich zamiarów. Przeszkody zostały usunięte w wyniku strasznej, ale zwycięskiej, dwuletniej wojny. Wkrótce Polacy będą mieli Ojczyznę (...) a ja będę rad udowodnić, że człowiek, którego oni uważali za wroga, zapomniał o przeszłości i (...) realizuje ich marzenia"

Fragment listu jaki car Aleksander I wysłał do Tadeusza Kościuszki
 (1814)





DZIECI ROKU 1812
Cz. I


 "Bitwa! gdzie? w której stronie? - pytają młodzieńce, chwytają broń; kobiety wznoszą w niebo ręce; wszyscy, pewni zwycięstwa, wołają ze łzami: "Bóg jest z Napoleonem, Napoleon z nami!" O wiosno! kto cię widział wtenczas w naszym kraju, pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju! O wiosno! kto cię widział, jak byłaś kwitnąca zbożami i trawami, a ludźmi błyszcząca, obfita we zdarzenia, nadzieją brzemienna! Ja ciebie dotąd widzę, piękna maro senna! Urodzony w niewoli, okuty w powiciu, ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu" - jak pisał Adam Mickiewicz w "Panu Tadeuszu", pokazujący niezwykle ekspresyjnie atmosferę, jaka wiosną roku 1812 panowała w Księstwie Warszawskim, przygotowującym się do wielkiej wojny z Rosją o odrodzenie Rzeczpospolitej. Tak, była to bowiem wojna o odrodzenie dawnej Rzeczpospolitej, wojna o odrodzenie Polski i choć dzisiaj wielu mędrków twierdzi, że Napoleon nie zamierzał odbudowywać Polski, że nawet sam pisał że tego pragnie ("Nie myślę przywracać Polski" - takie bowiem słowa znalazły się w liście wysłanym przez Napoleona do francuskiego ambasadora w Petersburgu - monsieur Caulaincourta w lipcu 1810 r. {według mnie był on rosyjskim agentem, a nawet jeśli nie, to z całą pewnością był pod ogromnym wrażeniem cara Aleksandra I. Zastanawia mnie tylko czy Napoleon o tym wiedział, czy nie, bo nie odwołał go z petersburskiej placówki aż do początku kampanii rosyjskiej 1812 r.; a jeśli wiedział, to jaki miał cel w pozostawieniu tego człowieka w Rosji?}. Podobnie twierdził de Champagny, książę de Cadore: "Nie chciał podbić Rosji, nie chciał nawet odbudować Polski; żałował że zrywa sojusz z Rosją. Ale Jego celem było zdobycie stolicy. Podpisanie pokoju na własnych warunkach i hermetyczne zamknięcie portów Rosji dla handlu brytyjskiego"; jak i wielu innych, jemu podobnych). A ja powiem otwarcie - Napoleon nie tylko zamierzał przywrócić dawną Polskę, ale był to jeden z Jego najważniejszych celów europejskiej polityki (i wcale w tym momencie nie przesadzam). Wielu przytacza bowiem kilka wyrwanych z kontekstu zdań, napisanych ręką samego Napoleona pokazując - patrzcie, napisał że nie chce przywracać Polski, czyli sprawa zamknięta, bo sam to napisał. A ja zapytam: kiedy to napisał i w jakim kontekście? W roku 1810, gdy Napoleon zdawał już sobie sprawę że Moskale szykują mu nową wojnę, a jednocześnie oba te państwa Francja i Rosja prowadziły co najmniej od roku 1807 tajne gry dyplomatyczno-agenturalne, mające wydobyć najściślej skrywane informacje drugiej strony (przejście na rosyjską stronę Caulaincourta było z pewnością częścią tych planów, jednocześnie agenci Napoleona podsyłali Aleksandrowi urodziwe dziewoje do łoża).

Napoleon nie był idiotą (a wszyscy, którzy deklarują iż Jego celem nie było odbudowanie Polski w dawnej mocy, właśnie to sugerują). Doskonale zdawał sobie sprawę z geopolityki europejskiej i tego, była wcześniej dla Europy (i Francji) dawna Rzeczpospolita, a była po prostu bastionem odgradzającym Zachód, Południe i poniekąd Północ Europy od zalewu barbarzyńców Wschodu (Moskali) i barbarzyńców południowego-wschodu (Turków Osmańskich). Wiedział bowiem, że tylko Polska i to Polska silna i wielka będzie gwarantem stabilizacji i bezpieczeństwa europejskiego (czyli tego status quo, które wytworzyło się po roku 1807, a które były konieczne nie tylko do utrzymania władzy przez Napoleona, ale przede wszystkim do francuskiej dominacji w Europie). Wielokrotnie też powtarzał że bez Polski pokój europejski nie nastanie, gdyż takie państwa jak Austria, Prusy i Rosja zawsze będą mobilizowane i wspierane finansowo przez Wielką Brytanię, aby ponownie rozpętać europejskie piekło wojny i tym samym zapobiec zagrożeniu samej Wyspy, jak również francuski ekspansji na Indie. Kres temu może tylko położyć silna, odrodzona Rzeczpospolita i do tego właśnie dążył. "Nie chcę wszakże zhańbić się wyrokując, iż Królestwo Polskie nigdy przewróconym nie będzie (...) gdyż powiedzieć że Polska nigdy przywróconą nie będzie, byłoby gorzej jeszcze niż uznać jej podział. (...) Nie, nie ogłoszę się wrogiem Polaków!" - była to tylko jedna z deklaracji Napoleona w kwestii polskiej, dlaczego więc raz pisał tak, a raz inaczej? Odpowiedź jest prosta, w liście który wysłał w lipcu 1810 r do "swego" ambasadora w Petersburgu, deklarował jasno że: "Nie myślę przywracać Polski"... "W tej chwili, gdy mam problem w Hiszpanii, a poza tym muszę na razie jeszcze utrzymać pokój z Rosją. Jeszcze, ale przyjdzie na to czas i to już wkrótce" - tak właśnie brzmiałyby słowa Cesarza, gdyby historycy potrafili czytać pomiędzy wierszami, a nie tylko opiniowali suche tło zapisanego tekstu. Żeby zrozumieć bowiem daną postać, trzeba wejść nieco głębiej w psychikę takiego człowieka, poznać go od środka, poznać go od sfery rodzinnej, politycznej, społecznej itd. itp. a Napoleon był człowiekiem który doskonale wiedział że pewnych rzeczy oficjalnie powiedzieć nie można, mało tego lubił wiele spraw załatwiać w sposób nieoficjalny lub półoficjalny (podobnie jak Marszałek Piłsudski, a do dzisiaj pozostały opinie ludzie - na przykład francuskich polityków z lat 30-tych, którzy oficjalnie twierdzą że nie było żadnej polskiej propozycji w kwestii wojny prewencyjnej z Niemcami w roku 1933, bo nic takiego nie zostało oficjalnie przedstawione na piśmie 😄). 




Już sam fakt że Napoleon wojnę z Rosją roku 1812 ogłosił "Drugą Wojną Polską" (pierwszą była kampania z lat 1806-1807) jest niezwykle symboliczna i zadaje kłam wszelkim twierdzeniom, jakoby Cesarz miał gdzieś Polaków i wykorzystywał ich jedynie jako swoiste "mięso armatnie". Jeszcze w 1809 r. wielki marszałek dworu cesarskiego Géraud Duroc przedstawił Cesarzowi tajny memoriał, w którym jasno stwierdzał, iż w interesie Francji i jej bezpieczeństwa jest nie tylko niedopuszczenie do jakiegokolwiek podzielenia Polski, ale wręcz przeciwnie, do Jej odbudowy i wskrzeszenia jako silnej zapory chroniącej Francję od Wschodu. Tak samo myślał Napoleon. Ambasadzie rosyjskiej w Paryżu udało się zdobyć treść tego memoriału i Kurakin wysłał go do Petersburga (już w roku 1810), dając Aleksandrowi jasne rozeznanie w intencjach Napoleona, oraz w tym, że mami go jedynie twierdzeniami o "nie odbudowywaniu Polski". Podczas rozmowy z Caulaincourt'em car zapytał poirytowany: "Jeśli pański cesarz nie nosi się z zamiarem odbudowywania Polski, to czemu codziennie, w publicznych dokumentach wymienia "Polskę" albo "Wielkie księstwo Warszawskie"? (...) Czy może chcecie ją odbudować? Jeżeli tak, to mówcie od razu, dajcie definitywną odpowiedź, chcę bowiem wiedzieć, czego mam się trzymać". 13 grudnia 1810 r. przyszła odpowiedź którą Rosjanie szybko zrozumieli, a mianowicie tego dnia senat Cesarstwa podjął decyzję o przyłączeniu do Francji księstwa Oldenburg, należącego do Wilhelma I z dynastii Holstein-Gottorp (z powodu choroby psychicznej Wilhelma, księstwem zarządzał jego kuzyn Piotr). Regent Piotr zaś był ojcem następcy tronu Oldenburga księcia Jerzego, który był jednocześnie mężem Katarzyny Pawłowny - siostry cara Aleksandra I. Co prawda decyzja Senatu Cesarstwa Francuskiego nie pozbawiła Piotra regencji, a po prostu... wchłonęła go razem z jego księstwem do Francji (🤭). Była to odpowiedź Napoleona dla Aleksandra, ale również dla jego siostry, która odmówiła małżeństwa z Napoleonem w roku 1808. W odpowiedzi car w grudniu 1810 r. otworzył rosyjskie porty na angielskie towary handlowe (tym samym łamiąc napoleońską Blokadę Kontynentalną Wielkiej Brytanii, na co Rosja zgodziła się w Tylży w roku 1807... a potem w Erfurcie w roku 1808), a jednocześnie nałożył car taryfę prohibicyjną na towary francuskie.




Nie dość na tym, bowiem już w styczniu 1811 r. zlecił Aleksander swemu sztabowi generalnemu (Stawka) opracowanie planu wojny z Francją, a raczej wielkiej inwazji rosyjskiej na Zachód która nosiła kryptonim: "Wiellikoje Dieło" (głównym celem tej inwazji było zdobycie Księstwa Warszawskiego). W ramach tego planu do już stojących na granicach Księstwa 100 000 rosyjskich żołnierzy, miało dołączyć drugie tyle. Francja w tym czasie (mocno zaangażowana w Hiszpanii), była zdolna wystawić do walki jedynie 60 000 żołnierzy, co razem z wojskiem Księstwa Warszawskiego (w liczbie również 60 000) i tak nie gwarantowało skutecznego utrzymania Księstwa. Mimo to Aleksander miał obawy. Powiedział otwarcie do swego przyjaciela księcia Adama Jerzego Czartoryskiego: "Jestem zdecydowany nie wszczynać wojny z Francją, dopóki nie zapewnię sobie współdziałania Polski. (...) Jeśli Polacy mnie wesprą, powodzenie sprawy i zwycięstwo jest pewne, gdyż nie polega ono na nadziei przewyższenia talentu Napoleona, lecz na aktualnym braku sił cesarza Francuzów". Innymi słowy zdawał sobie sprawę, że bez udziału "najlepszych żołnierzy na świecie" (za jakich bez wątpienia uważał Polaków), sukces tej operacji którą planował w roku 1811 (atak miał nastąpić w 1812) nie może się powieść. Gdy 15 sierpnia 1811 r. (w urodziny Cesarza Napoleona) ambasador Kurakin wystąpił z propozycją, aby za księstwo Oldenburg, Rosja uzyskała rekompensatę w postaci części ziem Księstwa Warszawskiego, Napoleon odrzekł - wielce zirytowany: "Zostaliście pobici pod Ruszczykiem (w toczonej wówczas przez Rosję wojnie z Imperium Osmańskim) gdyż mieliście za mało wojska, a wie pan dlaczego?! Bo aż pięć dywizji wycofaliście z armii naddunajskiej, by je pchnąć nad granice Polski! Znam wasze podstępy! (...) Caulaincourt może sobie mówić, co chce, a ja wiem dobrze, że car zamierza napaść na mnie! Nie jestem taki głupi, by przypuszczać, że wam chodzi o Oldenburg, o takie coś nikt się bić nie będzie! Wiem dobrze, o co wam chodzi! - o Polskę!!! (...) Przesyłacie mi tu różne plany dotyczące Polski. Otóż wiedzcie, że nie dam tknąć jednej wsi, jednego młyna, jednej piędzi polskiej ziemi, choćby nawet wasze wojska stały na wzgórzach Montmartre!!!" Kurakin wyszedł wówczas z Pałacu cały roztrzęsiony, a były to bowiem jedne z tych wybuchów złości Cesarza, które były niezwykle ekspresyjne. Jednak mocne słowa które padły owego dnia w otoczeniu korpusu dyplomatycznego państw Europy (i częściowo Azji), nie zostały rzucone na wiatr. Już bowiem nazajutrz (16 sierpnia) Napoleon wydał memoriam, w którym jasno określił cel zbliżającej się konfrontacji z Rosją, a sprowadzał się on do jednego: "odbudowy Królestwa Polskiego". Jeśli to jest instrumentalne traktowanie sprawy polskiej i Polaków jako "mięsa armatniego", to doprawdy współczuję tym, którzy tak myślą.




Napoleon nie chciał wojny z Rosją - i to jest fakt. Nie chciał, gdyż front hiszpański się załamywał (tam Francuzom szło tak źle, że już chyba gorzej nie mogło). Było oczywiste że jedynie osobista interwencja Napoleona na czele Wielkiej Armii może odmienić los fatalnej kampanii hiszpańskiej, ale Cesarz nie mógł ruszyć za Pireneje, gdyż miał nie rozwiązaną kwestię rosyjską na Wschodzie. Było bowiem oczywiste że car uderzy, jeśli Napoleon przekroczy granicę francusko-hiszpańską (o kontaktach rosyjsko-hiszpańskich w tej kwestii mógłbym też sporo napisać, ale nie wydaje mi się to w tym momencie istotne). Aby więc można było rozwiązać kwestię hiszpańską, należało najpierw pobić Rosję. Pokonać ją, zepchnąć w azjatyckie stepy i odbudować potężną Rzeczpospolitą na Wschodzie, będącą barierą odgradzającą Francję od ruskiego miru. I dlatego wojna roku 1812 został została nazwana "Drugą Wojną Polską". Rosjanie oczywiście nie pozostali dłużni w wojnie na tajnym froncie i wiedząc że starcie jest nieuniknione, zaczęli przekonywać zarówno Prusaków jak i Austriaków do wsparcia ich działań przeciwko Francji i... Polsce. W Wiedniu przedstawiciele cara twierdzili, iż: "Cele nasze są wspólne. Jeśli Rosja upadnie, Austria stanie osamotniona w obliczu potęgi Bonapartego i nic jej już nie uratuje!" W Berlinie też odżyła miłość rosyjsko-pruska (wielce zakochaną w Aleksandrze była królowa Prus, małżonka Fryderyka Wilhelma III - Luiza z Hanoweru - swoją drogą niezwykle piękna kobieta - która w nim właśnie widziała ocalenie i nadzieję nie tylko dla Prus, ale również dla siebie samej. Zmarła w roku 1810, była prababką ostatniego niemieckiego cesarza - Wilhelma II który abdykował w roku 1918). Oba te państwa zadeklarowały (oczywiście nieoficjalnie) że będą jedynie markować wsparcie dla Napoleona w zbliżającej się wojnie z Rosją. Cesarz wyjechał z Paryża 9 maja 1812 r. (wciąż jednak sądził że uda się przynajmniej opóźnić wojnę, dlatego jeszcze w maju wysłał do Petersburga swego przedstawiciela "ostatniego epigona pięknych dni Wersalu" - hrabiego Ludwika Marię Jakuba Narbonne-Larę (o którym mawiano że był nieślubnym synem Ludwika XV, był również ministrem w czasach Ludwika XVI). Ten 18 maja spotkał się z carem w Petersburgu. Podczas tej rozmowy car (wskazując na mapie Kamczatkę), stwierdził że nie ustąpi, gdyż ma gdzie się wycofać w razie czego. Dodał: "Przypominam sobie, co mówił do mnie cesarz Napoleon w Erfurcie. Że wojnę rozstrzyga upór. No więc ja go teraz przekonam, że zapamiętałem te nauki!" Wojna stała się więc faktem, a jedną największych armii jakie wzięły w niej udział (drugą zaraz po francuskiej) było Wojsko Polskie.




CDN.