Łączna liczba wyświetleń

środa, 29 marca 2017

NIEMIECKIE OBOZY KONCENTRACYJNE A ROSYJSKO-SOWIECKIE ŁAGRY - CO BYŁO GORSZE? - Cz. I

NA PRZYKŁADZIE PAMIĘTNIKÓW 

I OPOWIADAŃ LUDZI, KTÓRZY

DOŚWIADCZYLI TAMTEGO PIEKŁA



I

ROSYJSKO-SOWIECKIE 

OBOZY KONCENTRACYJNE

(ŁAGRY)






 I
EPOPEJA JEFROSINY KIERSNOWSKIEJ
Cz. I 






 "DMITRIJU ALEKSIEJEWICZU! JUŻ NIE MOGĘ"
 "NIE MOŻESZ? TO ZDYCHAJ"


Dnia 23 sierpnia 1939 r. w Moskwie został podpisany niemiecko-sowiecki "Pak to nieagresji", do którego dołączony był tajny protokół dodatkowy, dzielący Europę na strefę wpływów niemieckich i sowieckich (rosyjskich). Linia podziału pozostawiała Finlandię, Estonię, Łotwę, wschodnią część Polski do linii rzek Narew-Wisła-San (bez Wilna i Wileńszczyzny, które miało zostać oddane Litwie) i rumuńską Besarabię i Bukowinę w strefie sowieckiej. Zaś Litwa (z Wileńszczyzną), zachodnia cześć Polski i Rumunia miały stanowić granicę strefy wpływów niemieckich. 1 września 1939 r. Niemcy rozpoczęli wdrażanie tych planów w życie, atakując Polskę. 17 września do ataku na walczące z Niemcami państwo polskie, przystąpił Związek Sowiecki, ale ponieważ w czasie walk Wehrmacht wkroczył na "część sowiecką", należało przeprowadzić ponowne rozgraniczenie strefy wpływów w kilku miejscach. Stalin oddał więc Hitlerowi polskie ziemie na wschód od Wisły (Lubelszczyzna i część Mazowsza), w zamian zyskując całą Litwę. Według mnie był to mistrzowski krok Stalina (który był mistrzem rozgrywek geopolitycznych), bowiem ziemie, które oddał Hitlerowi, były ziemiami rdzennie polskimi, natomiast sam zajął tereny na których żywioł polski dominował głównie w miastach lub w mniejszych ośrodkach miejskich, ale za to wieś była w dużej mierze albo ukraińska, albo białoruska - potem mógł więc twierdzić że jedynie "wyzwolił" Ukraińców i Białorusinów z niewoli "polskich panów i obszarników".

Bardzo szybko całkowicie uzależnione politycznie i militarnie zostały kraje bałtyckie, zaś w sierpniu 1940 r. stały się one kolejnymi sowieckimi republikami. Tak samo było w przypadku Besarabii i Bukowiny, rumuńskich ziem, zajętych w 1918 r. W czerwcu 1940 r. Sowieci wystosowali do Rumunii ultimatum, żądając przekazania tych terenów Związkowi Sowieckiemu, a ponieważ Rumuni nie mieli w tej sprawie wsparcia Berlina, rząd rumuński króla Karola II musiał się ugiąć i oddać Besarabię wraz z Bukowiną. Stalin przygotowywał sobie pole pod przyszłą inwazję na Niemcy (Hitler atakiem z 22 czerwca 1941 r. ubiegł Stalina tylko o... dwa tygodnie). Jak by wyglądała przyszła sowiecka Europa (a biorąc pod uwagę siły, jakie zgromadzono przy granicy z Niemcami w maju i czerwcu 1941 r. - 200 dywizji i 20 tys. czołgów, należy przypuszczać że równie łatwo jak Hitler wszedł w Związek Sowiecki na początku inwazji, tak samo Stalin wszedłby w III Rzeszę jak w masło, rozbijając Wehrmacht u samych granic i w kilka - kilkanaście - dni potem byłby już w Berlinie, a w miesiąc później w Paryżu, w dwa miesiące w Rzymie, Madrycie i Lizbonie i... byłoby pozamiatane, Stalin zająłby całą Europę w przeciągu dwóch do trzech miesięcy), można sobie wyobrazić na przykładzie obozowych wspomnień pewnej Rosjanki (o polskich korzeniach) - Jefrosiny Kiersnowskiej, zamieszkałej na terenie Besarabii od 1919 r. (gdy jej rodzina uciekła tam z ogarniętej rewolucyjnym szałem Odessy). Opowieść bardzo ciekawa i warta uświadomienia sobie ogromu niebezpieczeństwa, jakie zarówno w 1920 jak i w 1941 r. ciążyło nad Europą. 

28 czerwca 1940 r. do Besarabii zaczęły wkraczać pierwsze sowieckie odziały, kto mógł wcześniej wyjeżdżał z rodziną za rzekę Prut (stanowiącą teraz nową granicę sowiecko-rumuńską), nie wszyscy jednak chcieli uciekać, inni nie mogli, jeszcze inni myśleli że "jakoś to będzie, Rosjanie to też w końcu cywilizowany naród". Tą "cywilizację" można było ujrzeć już pierwszego dnia okupacji, gdy mieszkańcy besarabskich miast i wsi widzieli wkraczających obdartusów (często bez butów), z karabinami przewieszonymi przez ramię na sznurkach i z czołgami, których Związek Sowiecki miał więcej, niż... wszystkie państwa świata razem wzięte, a w których ciągle coś nawalało. Często było tak, że ledwie przekroczono granicę, a czołg już stawał i trzeba było dokonywać remontów (a raczej zwykłego "łatania" na szybko powstałych uszkodzeń - byle jak - aby tylko ruszył i przejechał kolejne parę kilometrów). To wszystko Polacy znali z Września 1939 r., teraz doświadczyli tego i Rumuni. Ale widok sowieckich obdartusów i ich "sprzętu" powodował raczej uśmiech, więc to nie było jeszcze takie straszne, gorzej było, gdy zaraz po wkroczeniu sowieckich sołdatów opustoszały sklepy, bowiem brano co tylko się dało - głównie produkty żywnościowe, ale także zabawki, palta i wiele innych rzeczy (na przykład we Lwowie po sowieckim "wyzwoleniu" w 1939 r. wielokrotnie widziano sowieckich kamandirów ubranych jak do cyrku, w grube palta, obładowanych torbami prosto ze sklepów. Dochodziło też do kuriozów, jak choćby dokwaterowany - wraz z sowieckim "wyzwoleniem" zaczęły się też dokwaterowania oficerów do prywatnych mieszkań, czy ktoś chciał czy nie, musiał przyjąć - do mieszkania pewnej Lwowianki, sołdat, pewnego razu gonił ją po domu z rewolwerem w ręku, gdyż podejrzewał że dokonała sabotażu, mianowicie jak twierdzi, gdy tylko wkłada głowę do muszli klozetowej to woda leci tylko przez chwilę i on nie nadąża z myciem głowy. Innym razem członkinie sowieckiego komsomołu zostały dokwaterowane do jednego z mieszkań we Lwowie, a ponieważ było im zimno... rozpaliły na środku pokoju ognisko, chociaż piec stał w tymże pokoju, ale niestety, nie wiedziały one do czego on służy, wolały więc rozpalić ognisko na środku pokoju w czyimś mieszkaniu).

Ale to raczej były kwestie dość zabawne, tak samo jak zdziwienie "wyzwolicieli" na widok pełnych półek sklepowych i mnóstwa towarów, które bardzo szybko znikało. Zresztą nie tylko sklepy budziły zdziwienie, również poziom życia ludzi, których oni przyszli tu "wyzwalać" budził wręcz ich przerażenie, gdyż oni w ogóle nie uświadamiali sobie że nawet w biednych domach na obiad jest (przynajmniej raz w tygodniu, najczęściej w niedzielę), kiełbasa, mięso, biały chleb - to było coś, czego oni nie znali, czego nie widzieli na oczy od lat (a często całe życie). I tak też właśnie było podczas "wyzwalania" Besarabii. Jefrosina Kiersnowska w swych pamiętnikach pt.: "Ile wart jest człowiek", przedstawiła zabawne spotkanie dwóch światów, sowieckiego sołdata, dokwaterowanego do jednego z mieszkań, oraz ubogiej rumuńskiej rodziny. Ów sołdat bowiem pewnego razu ujrzał na stole właśnie kiełbasę i biały chleb, którymi to delektowali się domownicy i powiedział z wyrzutem w głosie: "Myśmy przez dwadzieścia trzy lata walczyli, głodowali, znosiliśmy wszelkie wyrzeczenia, żeby przynieść ludowi pracującemu całego świata wolność... A wy tu żrecie kiełbasę i biały chleb!", na co jeden z domowników odparł: "A czy myśmy was prosili, żebyście głodowali dwadzieścia trzy lata po to, by nas wyzwolić od kiełbasy i białego chleba?" Kiersnowska przytacza też słowa pewnej starej Rosjanki, którą syn (major Armii Czerwonej) ściągnął do Besarabii po jej "wyzwoleniu". Kobieta ta, podczas jednej z rozmów z Jefrosiną rozpłakała się, a na pytanie: "Babciu, co wam jest? Źle się czujecie?", staruszka odparła: "Biedni wy, biedni! Byliście tacy szczęśliwi... I co was czeka?"




Jefrosina wkrótce przekonała się co ją (i wielu jej podobnych) czeka, gdy w parę miesięcy później - 13 czerwca 1941 r. została wyrzucona ze swego domu (pozwalano wziąć jedynie jedną walizkę), załadowana wraz z innymi do bydlęcego wagonu, gdzie stłoczeni ludzie musieli przebywać przez kilka (a często kilkanaście) dni (można sobie wyobrazić co się działo w tych wagonach - smród, bród i wszechobecne wyziewy kału oraz moczu - ludzie bowiem załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne na stojąco, bezpośrednio w wagonie, bo często był taki tłok, że nie można było nawet usiąść - spać też trzeba było na stojąco, nie mówiąc już o wszechobecnym głodzie i pragnieniu. Nic dziwnego że część ludzi nie dożywała stacji końcowej i umierała na stojąco, wśród całej reszty. A przecież byli też ludzie z małymi dziećmi - nikogo to jednak nie interesowało - żyje to żyje, umarł, to do rowu go, nikt się przecież "cyferkami" przejmować nie będzie). Tak też zaczęła się koszmarna epopeja młodej hrabiny Jefrosiny Kiersnowskiej (wywodziła się bowiem z hrabiowskiego rodu), która trwała aż... 18 lat, do 1959 r. gdy została zwolniona z łagru. Pociąg jechał długie dni aż na Syberię, do tamtejszych kołchozów. Początkowo bowiem trafiła ona do kołchozu (co jakiś czas na stacji otwierano wagony i części zgromadzonej w nich ludności kazano wysiadać, po czym otrzymywali przydziały pracy do konkretnych miejsc, Kiersnowska została przydzielona do kołchozu Benżarep 2.

Już pierwsze wrażenie, jakie rzucało się w oczy było przygnębiające. Liche, rozpadające się chatki, kryte tarcicą, z zewnątrz przedstawiały koszmarny widok, ale i tak lepszy niż wewnątrz. Tam bowiem jak pisze Kiersnowska "ściany same chodziły", przynajmniej takie sprawiało to wrażenie, bowiem kleiły się one wręcz od pluskiew. Pełno ich było, wszędzie, biegały sobie po tych "domkach" jak po własnej zagrodzie. Ludzie tam żyjący przypominali żywe trupy, wynędzniałe, zupełnie nieczułe na czyjeś nieszczęście, pozbawione jakichkolwiek ludzkich odruchów, żyjący w piekle, z którego nie było ucieczki. A był to tylko kołchoz, który, jak sama przyznała Kiersnowska: "był niczym luksusowe wczasy", w porównaniu z tym czego doświadczyła w łagrze. Od rana do wieczora praca, ciężka fizyczna praca, kto nie mógł pracować, był bity i ograniczano mu racje żywnościowe - co w praktyce oznaczało jedno - śmierć. Niektórzy próbowali w jakiś sposób się ratować, choć oczywiście była to raczej na dłuższą metę próba beznadziejna. Najlepiej żyli zarządca kołchozu i reszta jego współpracowników, którzy byli panami życia i śmierci dla zgromadzonych kołchoźników. Kiersnowska opisuje taką sytuację, gdy jedna z pracownic zwróciła się do zarządcy mówiąc: "Dmitriju Aleksiejewiczu! Już nie mogę", na co on odparł: "Nie możesz? To zdychaj!", nikt się nad nikim tam nie litował. Oczywiście były wyjątki, część kobiet bowiem w zamian za lepsze jedzenie, czy skierowanie do lżejszej pracy, oddawało się zarządcom obozu (w łagrach zaś, dochodziło nawet do tworzenia prywatnych haremów przez komendantów obozów, którzy co jakiś czas zmieniali tylko dziewczyny na nowe - chętnych aby przeżyć choć jeden dzień więcej, było bowiem sporo - na ten temat jest też bardzo bogata literatura).

Życie ludzkie zupełnie nic nie znaczyło, trupy po prostu ładowano do magazynów lub wyrzucano (szczury, pluskwy i inne robactwo dokonało reszty, po kilku dniach po człowieku pozostawały same kości, tak ciało było obgryzione z mięsa). Widząc co się wokół niej dzieje i przyglądając się pozbawionym wyrazu, ludzkim cieniom, wśród wrzasków i upokorzeń (które i tak na nich nie robiły już najmniejszego wrażenia), pracowali całymi dniami przy ciężkiej wycince drzew syberyjskiej tajgi (a wystarczyło uciąć o dwa centymetry za krótki bal, aby zostać oskarżonym o sabotaż i zakatowanym na miejscu na śmierć). Ludzkie jadali psie kości, które wcześniej musieli rozbić na drobne kawałeczki, aby je przeżuć (czego osobiście doświadczyła Kiersnowska), lepsze jedzenie, jak kiszki zdechłego na jakąś chorobę konia, zdarzało się naprawdę bardzo rzadko. Nie było nic, ani bydła, ani zwierząt zagrodowych, ani nawet psów (te które były, wcześniej zostały zjedzone). Najgorszy jednak był strach. Strach paraliżował, bo nigdy nie mogłeś wiedzieć, czy nie powiedziałeś lub usłyszałeś czegoś, o czym niezwłocznie będziesz musiał donieść do władz kołchozu, bo jeśli tego nie zrobisz to inni doniosą na ciebie. Donosy i strach oblepiały wszystkich, były niczym "warstwa śliskiego błota". Tutaj nie chodziło tylko o słowa, ale nawet o... myśli. Musiałeś bowiem oskarżony przez kogoś innego, udowodnić że nie myślałeś nic złego o Leninie, Stalinie czy Związku Sowieckim, "raju dla wszystkich ludzi pracujących miast i wsi". A spróbuj udowodnić że nie myślałeś o czymś, o co cię oskarżają. Nic więc dziwnego że twarze tych ludzi pozbawione były wyrazu. 

Jefrosina nie zamierzała podzielić losu ludzi z którymi dzieliła niedolę i podjęła próbę ucieczki. Na niewiele się to jej zdało, gdziekolwiek bowiem widziała jakieś zagrody, do których drzwi by nie zapukała, wszędzie ją przepędzano, jak pisze: "Stukam, stukam, stukam. Kto tam znowu? Dajcie się ogrzać. Wynoś się, skąd przyszłaś! Jestem bardzo słaba, zmęczona. Jak spuszczę psa, to zaraz dostaniesz wigoru". Podczas tej swojej wędrówki, dotarła do Woroncowa, gdzie znajdował się "wzorcowy" (według władz) dom starców. To co opisuje przypomina horror, mianowicie: "Nie, nie mogę nazwać tych widm ludźmi! Czy to mężczyźni, czy kobiety? Najbardziej przypominali chore małpy z zaniedbanego zwierzyńca. Mieszanina zapachów moczu, pleśni i chorego, starego ciała. Twarze pokryte puchem, jak pajęczyną i łyse czaszki. Wszyscy chudzi, bezzębni, z ropiejącymi oczami. Koszmar! Zgarbiony, starzec wyciągający drżącą ręką blaszany kubek i prawie bezdźwięcznie mamlący bezzębnymi ustami: Wody, gorącej wody". Wkrótce potem została złapana przez NKWD (po donosie pewnej dziewczyny). W szybkim procesie skazano ją początkowo na karę śmierci, ale potem zamieniono go na dziesięć lat łagru.         

 



CDN.

poniedziałek, 27 marca 2017

ŻEBY POLSKA BYŁA POLSKĄ - CZYLI POLSKA WOJENNA I POWOJENNA EMIGRACJA POLITYCZNA - Cz. III

JAK RÓWNIEŻ NAJWIĘKSZE AKCJE

ŻOŁNIERZY NIEZŁOMNYCH

W OKUPOWANYM 

PRZEZ SOWIETÓW KRAJU


EMIGRACJA WOJENNA

POLSKIE SIŁY ZBROJNE NA ZACHODZIE

I PAŃSTWO PODZIEMNE W POLSCE

Cz. III


 II
OSTATNIE LATA NIEPODLEGŁEJ POLSKI
POLITYKA - 
(KRAJOBRAZ PO MARSZAŁKU)
1935-1939
Cz. I 


"WIEM, ŻE WSKRZESZENIE CIAŁ Z ODRODZENIEM DUSZY SIŁĘ I PIĘKNO W JEDNO RAZEM ZWIJE. WICHRY ZŁAMIEMY I TARCZĘ OCHRONNĄ PRZECIW WIATROWI ZNAJDZIEMY (...) I WTEDY (...) ZNAJDZIEMY WSPÓLNY UŚMIECH SZCZĘŚCIA Z BYTOWANIA Z DUSZĄ WIELKĄ I ODRODZONĄ (...) ALE ZA TO DZIŚ PRAWDĘ POWTARZAM: BO SĄ CZARY I SĄ DZIWY, BYLE KTOŚ TAM BYŁ SZCZĘŚLIWY"

JÓZEF PIŁSUDSKI 
(OPOWIADAJĄC PRZEZ RADIO BAJKĘ DLA DZIECI)
11 LISTOPADA 1926 r.


 POGRZEB MARSZAŁKA JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO



12 maja 1935 r. o godzinie 20:45 przestało bić serce wielkiego Marszałka, twórcy Niepodległej Polski, swoistego nadczłowieka, który swym życiem i czynem wielokrotnie udowodnił potrzebę walki o wartości najwyższe - Wolność i Niepodległość (ciekaw jestem czy bezpośrednio po śmierci człowiekowi pojawia się film złożony z epizodów jego życia, jeśli tak to Marszałkowi musiał pojawić się obraz sielskiego dworku w Zułowie, twarz matki którą bardzo kochał, obraz rosyjskiego nauczyciela Junickijego z gimnazjum w Wilnie, który tępił wśród uczniów polską mowę, twarze rosyjskich policjantów zatrzymujących go podczas demonstracji studenckiej w Charkowie, następnie proces za próbę zamordowania cara, w której młody Ziuk nie uczestniczył, ale ponieważ brał w niej udział jego starszy brat - Bronisław, to i jego skazano, potem pięcioletni pobyt na Syberii, obraz krwi z wybitych zębów po uderzeniu kolbą rosyjskiego sołdata, powrót do kraju, wstąpienie do Polskiej Partii Socjalistycznej, oblicza jego sympatii i żon, począwszy od Leonardy Lewandowskiej, poprzez małżeństwo z Marią Juszkiewiczową i potem Aleksandrą Szczerbińską, oraz romanse z Eugenią Lewicką i Jadwigą Burhard, ucieczka z petersburskiego więzienia, stworzenie PPS-Frakcji Rewolucyjnej i aktywna walka przeciwko zaborcom, wyjazd do USA i Japonii, nawiązanie kontaktu z japońskimi władzami, potem napad na pociąg z pieniędzmi pod Bezdanami w celu dalszego finansowania ruchu, on jako komendant ruchu strzeleckiego, przygotowującego młodzież do spodziewanej wojny o Niepodległość Ojczyzny, potem jako brygadier legionowy i wódz Legionów Polskich, twórca konspiracyjnej Polskiej Organizacji Wojskowej, aresztowanie przez Niemców za odmowę złożenia przysięgi na wierność cesarzowi Wilhelmowi II, powrót z Magdeburga do odradzającego się kraju i objęcie władzy jako Naczelnik Państwa, zwołanie pierwszego sejmu, tworzenie wojska, wkroczenie do umiłowanego Wilna, wojna z bolszewią na śmierć i życie, wspaniałe zwycięstwo, próba odbudowy dziedzictwa Jagiellonów i haniebny pokój, wycofanie się z życia politycznego i powrót w domowe pielesze do dworku w Sulejówku, najgorsze dni w jego życiu, gdy w przeciągu trzech dni postarzał się o dziesięć lat w wyniku podjętej próby uratowania państwa przed rozrywającymi go klikami partyjniaków, cwaniaków i złodziei, przejęcie władzy i sterowanie nawą państwową z tylnego fotela, troski ostatnich lat o utrzymanie Polski, obawy przed Sowietami i Niemcami, ostatnie rady na łożu śmierci: "Trzeba wciągnąć do wojny Brytyjczyków", "Francuzi nas opuszczą, Francuzi nas zdradzą" i wreszcie zgon po tak bogatym, ujętym w krótkim filmiku scen z życia jednego, nieprzeciętnego człowieka).


"PROWADZĄ BÓG-OJCZYZNA-HONOR I GNIEW
DOPÓKI SZABLA W DŁONI A W ŻYŁACH KREW
DOPÓKI SAM KOMENDANT WIEDZIE NAS NA BÓJ
NIE ZGINIESZ POLSKO - KRAJU MÓJ!"



Józef Piłsudski nigdy nie pełnił najwyższego urzędu prezydenta i choć dwukrotnie sprawował funkcję premiera, to raczej zawsze zajmował jakieś mniej znaczące stanowiska (jak choćby Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych), nigdy nie pchał się na świecznik, wolał bowiem kierować państwem z tylnego siedzenia. Jako prezydenta w wyborach w czerwcu 1926 r. wskazał swego przyjaciela z lat konspiracji i walki w PPS-ie, znanego chemika i wynalazcę - Ignacego Mościckiego, który zwyciężył w głosowaniu, zajmując najbardziej prestiżowe stanowisko w kraju. I wszyscy w kraju wiedzieli że Mościcki w dużej mierze pełni funkcję dekoracyjną, a prawdziwe decyzje wciąż  podejmuje Marszałek, o czym świadczą słowa Kazimierza Bartla, które szybko weszły do języka potocznego i przyjęły się w narodzie: "Tyle znacy co Ignacy, a Ignacy gówno znacy". Mimo to Piłsudski nigdy nie dał odczuć Mościckiemu najmniejszej nawet formy lekceważenia, zawsze publicznie okazywał mu największy szacunek i poważanie, jako głowie Państwa Polskiego (choć prywatnie często podejmował decyzje bez oglądania się na jego zdanie). Mościcki zwyciężył też i w kolejnych wyborach z 1933 r. (opozycja nie wystawiła swoich kandydatów) i zapewne nie czuł się komfortowo, wiedząc co się o nim mówi w gronie piłsudczyków. Ten rówieśnik Józefa Piłsudskiego (starszy o cztery dni), chciał udowodnić że nie jest jedynie "malowanym prezydentem", choć za życia Marszałka było mu trudno cokolwiek uczynić. Mimo to kochał splendor władzy i całą tę otoczkę dostojeństwa, którą dawał najwyższy urząd w państwie. W 1933 r. zmienił sobie nawet żonę na młodszą (po śmierci pierwszej żony - Michaliny Czyżewskiej/Mościckiej, poślubił młodszą o 30 lat sekretarkę - Marię Dobrzańską). Przy nowej żonie od razu odmłodniał, wstąpił w niego nowy duch, zaczął grywać z nią w tenisa i zaczął bardziej dbać o sylwetkę. Maria zaś była miłą osóbką: "brunetką z biustem wydatnym o oczach słodkich i macierzyńskich. Miała w ogóle pewien wdzięk i wydawała się bardzo łagodna i dobra" - jak opisał ją Alfred Wysocki z kancelarii prezydenta. Miała też jedną wadę - lubiła rozkoszować się władzą, otaczając się lizusami i niekiedy prowokowała skandale.  


PREZYDENTOWA MARIA MOŚCICKA 
(SIEDZI OD LEWEJ STRONY FOTELA, W ŚRODKU LADY KENNARD, MAŁŻONKA AMBASADORA WIELKIEJ BRYTANII, ZAŚ PO STRONIE PRAWEJ PREZYDENT RZECZPOSPOLITEJ - IGNACY MOŚCICKI)  




Tak jak choćby podczas pogrzebu Marszałka. 18 maja 1935 r. w Katedrze na Wawelu w Krakowie, trumnę ze zmarłym Marszałkiem ustawiono w centralnej części sali, w pewnym oddaleniu od miejsc siedzących dla żałobników. Przed samym katafalkiem znajdował się tylko jeden klęcznik, zapewne ustawiony tam dla wdowy - pani Aleksandry Szczerbińskiej/Piłsudskiej, ale klęczała tam zupełnie inna postać kobieca. Była to właśnie prezydentowa Maria Mościcka. Jak opisuje to pewna, uczestnicząca w pogrzebie dama: "Przy nim klęczała postać kobieca w żałobnych welonach, z zasłoniętą twarzą. Wiele osób myślało, że to właśnie wdowa, a to była prezydentowa, która nie mogła siedzieć z boku (...) razem ze swoimi paniami z Zamku (...) Czyżby było nie do honoru dla pani Marii pozostanie tutaj z paniami? (...) Wszyscy zebrani byli zbulwersowani, tymczasem Maria... niepostrzeżenie się ulotniła. Podczas składania trumny w podziemiach katedry nie było jej już u boku prezydenta (...) Niewykluczone, że ceremonia po prostu ją znudziła i jak gdyby nigdy nic poszła zaczerpnąć świeżego powietrza". Po raz drugi doszło do dużej niezręczności z jej strony w 1937 r. podczas wizyty w Warszawie króla Rumunii - Karola II. W czasie takich uroczystości, na Zamek Królewski (oficjalną siedzibę prezydenta Rzeczypospolitej w latach 1926-1939), przybyli weterani Powstania Styczniowego 1863 r. Staruszkowie, którzy podczas takich wizyt często przybywali do Zamku i których darzono powszechnym szacunkiem i estymą, a niektórzy wykorzystywali to do celów politycznych, robiąc sobie z nimi zdjęcia. Ludzie ci swą nieugiętą postawą, udowodnili że Polska naprawdę nie zginęła, byli XIX-wiecznymi Żołnierzami Wyklętymi dla ludzi takich jak Marszałek Piłsudski i wielu jemu podobnych (trzeba tu też od razu zaznaczyć, że tamto państwo dbało o takich ludzi, przyznając im wiele ulg, głównie finansowych, a także honorowych i symbolicznych. Byli to bowiem ochotnicy, którzy poświęcili swe młode życie i zdrowie dla idei Niepodległości, tacy ludzie musieli więc w Wolnej Polsce zostać uhonorowani za swą postawę i choć przegrali, nie miało to żadnego znaczenia. Taka jest bowiem różnica pomiędzy państwem realnym i odpowiedzialnym, jakim bez wątpienia była II Rzeczpospolita, a dziadostwem naszej pookrągłostołowej Polski). Tak więc pani prezydentowa Maria Mościcka również postanowiła się z nimi spotkać, ale od razu zapowiedziała że to oni mają przyjść do niej na drugie piętro Zamku, bo ona nie zamierza specjalnie do nich schodzić. Zamiar Marii pokrzyżowały damy, przybyłe do Zamku, które zapowiedziały że jeśli prezydentowa nie zejdzie do weteranów, to one nie pozwolą aby staruszków męczyć wizytą na piętrze u jakiejś "dzierlatki". No i Maria musiała się ugiąć, ale powetowała to sobie, skreślając wszystkie te damy z grona swych znajomych.


POWSTAŃCY STYCZNIOWI 1863 r. W WOLNEJ POLSCE

 "NIECHAJ POLSKA ZNA, JAKICH SYNÓW MA"



Wracając jednak do kwestii politycznych, drugą najważniejsza osobą w państwie (według Konstytucji), był premier, które to stanowisko wówczas pełnił bliski współpracownik Marszałka - Walery Sławek. Jest to postać szczególna i wybijająca się na tle wszystkich swą niezmierną uczciwością i prostotą. Niektórzy poczytują takie cechy za wadę, ale ja uważam że mimo wszystko uczciwość w polityce świadczy przede wszystkim o charakterze człowieka. Może go oczywiście w pewien sposób krępować, gdyż kwestie honorowe w polityce raczej są oznaką albo słabości albo głupoty, ale nie zmienia to faktu że ludzie uczciwi dają przykład potomności, że jednak, pomimo tego wszechobecnego politycznego łajna, zgniłych kompromisów i częstych zdrad, można pozostać człowiekiem honoru. Taką właśnie osobą był Walery Sławek, który nawet na przykładzie Piłsudskiego (Marszałek nie pobierał nawet pensji z funkcji inspektora sił zbrojnych, uważając że nie ma prawa obciążać budżet młodego państwa, o które walczył całe życie z takim poświęceniem. Utrzymywał się głównie ze sprzedaży książek i wykładów), wybijał się swą uczciwością i honorem (zauważcie jaka to była klasa moralna tych ludzi, w porównaniu z tym co mamy obecnie). Sławek wielokrotnie wspierał Piłsudskiego, ale też potrafił się z Nim kłócić o rzeczy, które uważał za niewłaściwe. Marszałek wręczając mu w 1924 r. swą książkę "Rok 1920", napisał na dedykacji: "Jeszcze wczoraj widziałem twe rozdrażnione na mnie oczy i myślałem, ileż to razy mieliśmy na siebie w życiu rozdrażnione oczy". Józef Piłsudski, w 1933 r. powiedział do prezydenta Mościckiego: "gdy będziesz już bardzo zmęczony, powinieneś ustąpić miejsca Sławkowi", czym wyraźnie dawał znać, iż bierze całkiem realnie kandydaturę Walerego Sławka w wyborach 1940 r. (do których oczywiście nie doszło z powodu wybuchu wojny). Mościcki jednak nie zamierzał ustępować miejsca Sławkowi, a po śmierci Marszałka postanowił zawalczyć o realną pozycję głowy państwa (posiadającego znaczne prerogatywy i odpowiadającego według Konstytucji, jedynie: "Przed Bogiem i Historią"), a nie tylko symboliczny urząd. Do wyborów pozostawało jeszcze pięć lat, można było więc na razie ów spór polityczny (Mościcki-Sławek) odłożyć na czas późniejszy.


PREZYDENT IGNACY MOŚCICKI I JÓZEF PIŁSUDSKI NA ZAMKU KRÓLEWSKIM 
(W OTOCZENIU KORPUSU DYPLOMATYCZNEGO)



Najważniejszą teraz kwestią nie tyle polityczną, co wojskową, było obsadzenie stanowiska Głównego Inspektora Sił Zbrojnych po zmarłym Marszałku. Tutaj też było dwóch kandydatów, pierwszym z nich był gen. Kazimierz Sosnkowski - bliski współpracownik Piłsudskiego z PPS-u, szef sztabu Legionów, więziony razem z Marszałkiem w latach 1917-1918 w Magdeburgu (w czasie pamiętnych dni maja 1926 r. i walk Marszałka z Parlamentem, Sosnkowski wysłał wojsko przeciwko Piłsudskiemu, po czym próbował się zastrzelić - celował w serce, a że był leworęczny, kula przeszła przez płuco). Drugim kandydatem był zaś gen. Edward Rydz-Śmigły, również blisko związany z Piłsudskim. Służył w Legionach, stał na czele POW-u i w czasie wojny polsko-bolszewickiej dowodził zdobyciem Kijowa w maju 1920 r. Piłsudski wystawił obu kandydatom dość dobre rekomendacje ale dodawał (w przypadku Sosnkowskiego) że albo posiada "niezbyt silny charakter", albo też (w przypadku Rydza-Śmigłego) jest: "kapryśny i wygodny, szukający ludzi, z którymi by nie potrzebował walczyć, lub mieć jakiekolwiek spory". Poza tym Marszałek uważał Rydza-Śmigłego za dobrego żołnierza i dowódcę, ale jedynie w skali operacyjnej określonych zadań bojowych, zaś uważał że nie posiada on zdolności do pracy w charakterze Głównego Inspektora Sił Zbrojnych (czyli Naczelnego Wodza podczas wojny), gdyż nie potrafi rozumować operacyjnie na większą, państwową skalę. W tej kwestii jednak ostatnie słowo należało do prezydenta, który już w kilkanaście minut po śmierci Marszałka - 12 maja 1935 r., podpisał nominację na stanowisko szefa GISZ-u dla gen. Edwarda Rydza-Śmigłego. Był to krok czysto polityczny, świadczący dobitnie że prezydent zamierza podjąć walkę o władzę w państwie po śmierci Piłsudskiego, a ponieważ mniejsze zagrożenie upatrywał w kompromisowym charakterze Śmigłego-Rydza, to właśnie jego mianował Głównym Inspektorem Sił Zbrojnych. Rozpoczęły się teraz polityczny podchody Mościckiego i Śmigłego-Rydza ze Sławkiem o wyeliminowanie partyjniactwa z polityki, oraz o nowe wybory do sejmu.


WALERY SŁAWEK




 EDWARD RYDZ-ŚMIGŁY JAKO MARSZAŁEK POLSKI
(1936)
 



 CDN.
  

ŻEBY POLSKA BYŁA POLSKĄ - CZYLI POLSKA WOJENNA I POWOJENNA EMIGRACJA POLITYCZNA - Cz. II

JAK RÓWNIEŻ NAJWIĘKSZE AKCJE

ŻOŁNIERZY NIEZŁOMNYCH

W OKUPOWANYM 

PRZEZ SOWIETÓW KRAJU


EMIGRACJA WOJENNA 

POLSKIE SIŁY ZBROJNE NA ZACHODZIE

I PAŃSTWO PODZIEMNE W POLSCE

Cz. II


I
OSTATNIE LATA NIEPODLEGŁEJ POLSKI
(OD ŚMIERCI MARSZAŁKA)
GOSPODARKA, KULTURA I SZTUKA
1935-1939





 "I WTEDY CHŁÓD ŚMIERTELNY ROZUMIEM TEJ PÓŁNOCY, CO ONIG TU NA WSZYSTKICH UPARTYCH PADŁA LUDZI, JAK CIEMNOŚĆ SIĘ PODNIEŚLI I PEŁNI CIEMNEJ MOCY KRZYKNĘLI CZARNĄ WARGĄ DO ŚWIATA: NIECH SIĘ ZBUDZI"

KAZIMIERZ WIERZYŃSKI
"WOLNOŚĆ TRAGICZNA"


 Dnia 12 maja 1935 r. o godzinie 20:45 po długiej chorobie, Marszałek Józef Piłsudski zakończył swą ziemską wędrówkę w wieku 67 lat (urodzony 5 grudnia 1867 r.). Państwo które budował (oczywiście nie sam jeden) z takim poświęceniem od listopada 1918 r. liczyło sobie 389 tys. km. kw. oraz 33,5 mln. ludności w 1933 r. (w 1939 r. 35 mln. ludności). Swym potencjałem, zarówno terytorialnym, jak i ludnościowym ówczesna Polska dorównywała Włochom (odpowiednio Włochy liczyły sobie 310 tys. km. kw. i w 1935 r. 42 mln. mieszkańców), i Francji (41,5 mln. mieszkańców w 1938 r.) oraz aspirowała do poziomu Niemiec (67 mln. mieszkańców w 1937 r.). Było to państwo co prawda młode (nastoletnie), ale już z ugruntowaną, silną gospodarką (choć wiele jeszcze pozostawało do zrobienia, biorąc pod uwagę ogromne zniszczenia czasów I Wojny Światowej i światowe kryzysy gospodarcze), oraz armią (w czasie pokoju utrzymywano 30 dywizji piechoty - w czasie wojny można było wystawić nawet do 60 dywizji piechoty, choć w 1939 r. nie starczyło czasu na taką mobilizację - i 12 brygad kawalerii oraz w 1938-1939 dwie brygady pancerno-motorowe). Dodatkowo po 1935 r. znacznie wzrosła liczba okrętów (zarówno wojennych, jak i floty handlowej i pasażerskiej), oraz samolotów bojowych (6 pułków lotniczych). Polska posiadała silną własną walutę - złotego - wprowadzoną reformą monetarną ministra Władysława Grabskiego w kwietniu 1924 r. (wcześniej obowiązywała głównie marka polska, a zaraz po odzyskaniu niepodległości w obiegu było aż trzy systemy monetarne państw zaborczych, nie licząc monet wydawanych w czasie I Wojny). Grabski również w kwietniu 1924 r. powołał do życia Bank Polski, który otrzymał wyłączne prawo emisji nowych banknotów, których wartość pokrywała się w złocie (przechowywanym w skarbcu) oraz walutami zagranicznymi, mającymi pokrycie w złocie. Była to silna i stabilna waluta, mająca mocną pozycję nie tylko w Europie (w Niemczech w latach 1924-1926 niemieccy chłopi woleli płacić w swoim kraju polską złotówką, niż nową niemiecką marką, którą uważali za: "żydowskie konfetti z Berlina"), ale również na innych kontynentach (jak choćby w Azji czy Afryce).

Wewnętrzna stabilność, zjednoczenie kraju i ujednolicenie prawno-polityczne wszystkich ziem polskich (jako ostatnie było to - 18 kwietnia 1922 r. wcielenie do Polski, istniejącej od 12 października 1920 r. tzw.: Litwy Środkowej z Wilnem jako stolicą, oraz 20 czerwca 1922 r. zajęcie przez Wojsko Polskie części Górnego Śląska), silna waluta i rozwijająca się gospodarka, powodowały napływ obcego kapitału (powstawało wspólnych wiele inwestycji), ale najważniejsze bodajże z nich, to była budowa portu w Gdyni (1923 r.), która to rybacka osada (w 1926 r. Gdynia otrzymała prawa miejskie) w przeciągu piętnastu lat zyskała największy i najnowocześniejszy port morski na Morzu Bałtyckim (1938 r.), oraz Centralnego Okręgu Przemysłowego (1937-1939). Jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nowe zakłady przemysłowe (w tym wiele fabryk broni i amunicji), co spowodowało że znacznie wzrosła liczba osób zawodowo czynnych i nastąpił duży spadek bezrobocia. Zakłady mechaniczne, huty, kopalnie, fabryki, przemysł okrętowy, samolotowy, artykułów gospodarstwa domowego (np. lodówki, radia, samochody w 1939 r. zaczęto projektować pierwsze odbiorniki telewizyjne), zaczęto też projektować nowy port morski we Władysławowie (1938 r.). Był to niesamowity skok cywilizacyjny, dokonany w przeciągu zaledwie dwudziestu lat istnienia niepodległego państwa, a należy pamiętać że startowano z poziomu bardzo niskiego, wręcz niekiedy beznadziejnego. Spowodowało to że Polska bardzo mocno zakorzeniła się w polityczno-prawnej świadomości Europy.


PRZELOT PIERWSZEGO POLSKIEGO SAMOLOTU 
DO BRAZYLII W FILMIE:
"DZIEWCZYNA SZUKA MIŁOŚCI"


To samo dotyczy kwestii kultury, filmów, kin i teatrów. W 1927 r. zorganizowano (odbywający się odtąd co pięć lat) pierwszy Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny imienia Fryderyka Chopina, w 1921 r. otwarto pierwsze Międzynarodowe Targi Poznańskie, w tymże samym roku zorganizowano pierwsze Międzynarodowe Targi Wschodnie we Lwowie, zaś 1928 r. Międzynarodowe Targi Północne, odbywające się w Wilnie. Wystawcy mogli tam pokazać wszystkie najnowsze wynalazki z najróżniejszych dziedzin. W 1929 r. w Poznaniu prezydent Rzeczypospolitej - Ignacy Mościcki, otworzył Powszechną Wystawę Krajową (16 maja-30 września), mającą dokumentować dorobek dziesięciu lat Niepodległości Polski. 18 sierpnia 1925 r. założono spółkę Polskie Radio, które nadawało programy (codziennie od 18 kwietnia 1926 r.) I Stacji Polskiego Radia. Prócz tej warszawskiej stacji o zasięgu długofalowym, zaczęły powstawać także i lokalne stacje radiowe: Kraków (15 lutego 1927 r.), Poznań (24 kwietnia 1927 r.), Katowice (4 grudnia 1927 r.), Wilno (15 stycznia 1928 r.), Lwów (15 stycznia 1930 r.), Łódź (2 lutego 1930 r.), Toruń (15 stycznia 1935 r.), druga lokalna stacja warszawska (1 marca 1937 r.), Baranowicze (1 lipca 1938 r.), Niepokalanów (8 grudnia 1938 r.), we wrześniu 1939 r. planowano uruchomienie jeszcze stacji w Łucku, nie doszło to do skutku z powodu wybuchu wojny. Zaczęły powstawać lokalne programy artystyczne i humorystyczne, jak np. "Wesoła lwowska fala" (od lipca 1933 r.), z udziałem Henryka Vogelfangera (Tońko) i Kazimierza Wajdy (Szczepcio). Stali się oni bardzo popularni nie tylko w województwie lwowskim, ale i całym kraju, a wielu powtarzało sobie ich żarty, jak choćby to: "Będziesz widział Tońciu się będzie działo, będziesz widział! Ty mnie jeszcze Tońciu nie znasz", "Ty mnie też nie", "My się jeszcze oba nie znamy", czy "Ja jestem raptus-nerwus", albo "Szczepciu po jakiemu on gada?", "Tońciu, ja w ty Warszawie nic nie rozumiem" i wiele innych zabawnych powiedzonek. 


SZCZEPCIO I TOŃCIO


Programy radiowe były tak popularne, że instalowano je także w przedziałach pociągów. Warszawskimi spikerami radiowymi byli: Joanna Poraska, Tadeusz Bocheński, Józef Opieński i Zbigniew Świętochowski, zaś swoje prywatne audycje w radiu miały takie osoby jak: Jerzy Szaniawski (pisarz, autor serii opowiadań o profesorze Tutce), Jarosław Iwaszkiewicz (tłumacz, pisarz, felietonista), Karol Irzykowski (krytyk literacki, poeta, dramaturg, tłumacz, znawca filmu i szachista), Zofia Nałkowska (pisarka i publicystka), Maria Jasnorzewska-Pawlikowska (poetka i dramatopisarka), Jan Parandowski (pisarz, tłumacz i znawca kultury antyku: twórca "Mitologii"), Lucjan Szenwald (komunizujący poeta) i Julian Tuwim (pisarz, autor wodewili, skeczy, librett operetkowych, założyciel "Skamandra" i kabaretu "Pod Picadorem"), Witold Hulewicz (poeta, krytyk literacki i tłumacz), Janusz Korczak (pisarz, lekarz, pedagog, opiekun dzieci i młodzieży, który w sierpniu 1942 e. został zamordowany przez Niemców w obozie w Treblince, wraz ze swymi dziećmi z żydowskiego sierocińca, których nie chciał zostawić, aby się ratować), Ewa Szelburg-Zarembina (pisarka, autorka programów dla dzieci i młodzieży) i Hanna Januszewska (poetka, tłumaczka, autorka sztuk teatralnych). Prócz "Wesołej lwowskiej fali", postały inne sagi radiowe, jak: "Dni powszednie państwa Kowalskich", "Anielcia i życie", były też programy dla dzieci i młodzieży. Największą jednak popularnością cieszyło się oczywiście kino (od 1936 r. pracowano również nad uruchomieniem telewizji, i choć pierwszy przekaz telewizyjny przeprowadzono 5 października 1938 r. a po raz drugi 26 sierpnia 1939 r. wyemitowano film: "Barbara Radziwiłłówna" i relację z prac polskiego sejmu. Uruchomienie stałego programu telewizyjnego planowano rozpocząć w połowie 1940 r. co oczywiście nie doszło do skutku, ze względu na wybuch wojny i niemiecko-sowiecką okupację naszego kraju). Dlatego też właśnie kinu w Polsce pragnę poświęcić trochę miejsca.


"PAPA SIĘ ŻENI"
(1936)


W epoce kina niemego (1918-1930) polska kinematografia nie wytworzyła żadnych większych dzieł, raczej dominowały ckliwe dramaty, o tym jak to guwernantki lub pokojówki ratują bogatych paniczów z rąk bandytów i same za nich giną. Powstało też kilka produkcji historycznych i patriotycznych, jednak o niewielkim znaczeniu artystycznym. Niestety, w tym czasie nie postało żadne większe arcydzieło, na miarę sowieckich filmów "Pancernik Potiomkin" (1925 r.), "Matka" (1926 r.), francuskich: "Męczeństwo Joanny d'Arc" (1928 r.) czy "Pies Andaluzyjski" (1929 r.), oraz kina amerykańskiego: "Gorączka złota" (1925 r. z Charlie Chaplinem), "Syn szejka" (1926 r. z Rudolfem Valentino i Vilmą Banky), czy "Życie zaczyna się jutro" (1928 r. z Betty Compson i George'em Bancroftem), nawet mizernie zrobione, zupełnie nieadekwatne do epoki kreacje do filmów "Ben Hur" (1925 r. w którym to aktorki nosiły uczesanie wprost z salonów lat 20-tych a nie starożytnego Rzymu, lub Egiptu) czy "Król królów" (1927 r.), jak również zabawne kowbojskie bijatyki Douglasa Fairbanksa w poważniejszych produkcjach, były ciekawsze od ckliwych historyjek polskich reżyserów. 


"MIŁOŚĆ CI WSZYSTKO WYBACZY"
HANKA ORDONÓWNA


Lata 30-te (czyli epoka filmu dźwiękowego), nie przyniosły tutaj pewne zmiany, choć nie były one kolosalne. Najpopularniejsze filmy z tego okresu (biorąc pod uwagę zarówno kwestie artystyczne jak i kunszt aktorski), to niewątpliwie: "Legion ulicy" (1932 r. z Tadeuszem Fijewskim i Marią Korską w rolach głównych), "Znachor" (1937 r. z Elżbietą Barszczewską i Kazimierzem Junoszą-Stępowskim), "Dziewczęta z Nowolipek" (1937 r. z Elżbietą Barszczewską i Mieczysławą Ćwiklińską i Jadwigą Andrzejewską), "Ludzie Wisły" (1938 r. z Iną Benitą, Stanisławą Wysocką i Aleksandrem Zelwerowiczem), "Granica" (1938 r. z Elżbietą Barszczewską i Jerzym Pichelskim), "Strachy" (1938 r. z Hanną Karwowską i Eugeniuszem Bodo) czy historyczna ekranizacja: "Barbara Radziwiłłówna" (1936 r. z Jadwigą Smosarską i Witoldem Zacharewiczem). Głównie dominowały jednak komedie (uważam że polskie komedie z II Rzeczpospolitej i Polski Ludowej są jednymi z najlepszych na świecie), takie jak: "Antek Policmajster" (1935 r. z Adolfem Dymszą), "Dodek na froncie" (1936 r. również z Dymszą), "Niedorajda" (1937 r. także z Dymszą), "Paweł i Gaweł" (1938 r. z Eugeniuszem Bodo i Adolfem Dymszą), "Będzie lepiej" (1936 r. ze Szczepciem i Tońciem), "Włóczęgi" (1939 r. również ze Szczepciem i Tońciem) oraz "Sportowiec mimo woli" (1939 r. z Adolfem Dymszą, Aleksandrem Żabczyńskim, Iną Benitą i Heleną Buczyńską). Głównie jednak w twórczości filmowej wciąż przewijał się obraz bogatego polskiego dworku, połozonego gdzieś w przepięknej okolicy, otoczonego biedniejszą ludnością polską, ukraińską czy białoruską.




Najpopularniejszymi aktorami lat 30-tych byli bez wątpienia: Eugeniusz Bodo (amant i bawidamek, którego romansami żyła cała Warszawa i większość Polski - został zamordowany przez Sowietów w październiku 1943 r.), Adolf Dymsza (głównie grał w komediach), Aleksander Żabczyński, Kazimierz Junosza-Stępowski, ale prawdziwym amantem, na którego widok dziewczyny miały "mokre majtki", był Igo Sym (który po wybuchu wojny okazał się niemieckim agentem, przyjął niemieckie obywatelstwo i zadenuncjował wiele ukrywających się osób. Za zdradę został skazany na śmierć wyrokiem sądu Polskiego Państwa Podziemnego - wyrok wykonano 7 marca 1941 r. Za jego śmierć Niemcy aresztowali w ulicznych łapankach 100 przypadkowych osób i 21 z nich rozstrzelali w Palmirach). Wśród aktorek do najpopularniejszych należały: Jadwiga Smosarska (1932 r. odrzuciła ona kontrakt z Hollywood, bo... nie chciała wyjeżdżać z Polski), Hanka Ordonówna, moja ulubiona aktorka międzywojenna - Ina Benita (zginęła z maleńkim dzieckiem na rękach w kanałach podczas Powstania Warszawskiego w pierwszych dniach sierpnia 1944 r.), Mieczysława Ćwiklińska i Tola Mankiewiczówna (piękna kobieta). Do tego grona należy dodać całą paletę ludzi, którzy może nie występowali w filmach bezpośrednio, ale bez nich nie byłoby całej tej filmowej produkcji. Mam tutaj na myśli przede wszystkim Jerzego Petersburskiego (autora takich przebojów, jak m.in.: "To ostatnia niedziela" 1935 r. czy "Tango Milonga" (na Zachodzie znane bardziej jako: "Oh Donna Clara") 1929 r. czy Michała Waszyńskiego, genialnego reżysera, który nakręcił w samych latach 30-tych 37 filmów (w czasie wojny przedostał się na Zachód, gdzie potem kręcił kolejne filmy. Co ciekawe, to właśnie on odkrył talent w młodziutkiej brytyjskiej aktorce - Audrey Hepburn, jak również włoską aktorkę, którą ujrzał jako statystkę w amerykańskim filmie "Quo Vadis" z 1951 r. przy którym był obecny, nazywała się wówczas Sophia Scicolone, ale wkrótce zmieniła je na Sophia Loren. Te dwie aktorki "odkrył" dla świata filmu, właśnie Michał Wyszyński).


"TANGO MILONGA"
wykonanie: MIECZYSŁAW FOGG




"OH DONNA CLARA"
("TANGO MILONGA" W WERSJI ANGLOJĘZYCZNEJ)




"OH DONNA CLARA"
("TANGO MILONGA" W WERSJI NIEMIECKIEJ)




"TO OSTATNIA NIEDZIELA" 



Ale przejdźmy i do teatru. W 1936 r. w Polsce działały 103 teatry (w tym 67 polskich i 36 należących do mniejszości narodowych) i choć Jerzy Wasowski stwierdził że: "Normalny świat umarł wraz z wybuchem I Wojny Światowej", to jeśli chodzi o teatry, nie miało to wiele wspólnego z prawdą, bowiem polskie teatry naprawdę odżyły dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Pojawiały się więc sztuki: "W małym domku", "Fircyk w zalotach", "Uciekła mi przepióreczka", "Tumor Mózgowicz", "Wielki człowiek do małych interesów", oraz oczywiście: "Dziady" Mickiewicza, "Kordian" czy "Sen srebrny Salomei" Słowackiego, dzieła Szekspira i wiele innych. Bardzo popularne były też opery, operetki i kabarety, serwujące lekką i przyjemną, odprężającą sztukę. W tamtych czasach sztuka była wciąż jeszcze prawdziwą sztuką (choć też produkowano trochę szmiry, ale to był margines), a nie jak dziś lewackimi "fekaliami" na scenie. Nie powiedziałem jeszcze nic o architekturze, malarstwie II Rzeczypospolitej, ale sądzę że wyczerpująco streściłem ową epokę z tego tematu. W następnym przejdę już do polityki wewnętrznej oraz zewnętrznej ostatnich lat Niepodległości Polski (1935-1939), aby naświetlić całościowy obraz państwa i społeczeństwa, które we wrześniu 1939 r. przyjęło na siebie połączony atak dwóch totalitarnych morderczych systemów zniewolenia ludzkości - niemieckiego nazizmu i rosyjskiego komunizmu. 






CDN.
   

sobota, 25 marca 2017

NIEWOLNICE - Cz.XXXIII

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI 

NIEWOLNICAMI


HISTORIA DRUGA

TEHMINA

NIEWOLNICA Z PAKISTANU

Cz. XII


 



Marzyłam o wolności, ale wyobraźnia rysowała mi rzeczywistość jako mur nie do przebycia. Rozwód był niemożliwy. Prawo brytyjskie i pakistańskie były po mojej stronie, ale w feudalnym świecie mężczyzna zachowuje opiekę nad córką, wiedziałam, że Mustafa wykorzystałby ją jako zakładniczkę, żeby zapewnić sobie moją lojalność. Gotowa byłam poświęcić wszystko, z wyjątkiem Naseeby. Miałam potajemną nadzieję, że Mustafa umrze, ale prędko porzuciłam tę myśl przerażona, że w jakiś sposób się o niej dowie. Ostatecznie każdy więzień poddaje się i popada w monotonną rutynę. Gniew ustępuje, zmysły tracą ostrość, załamuje się w nim duch. Zewsząd zaczęły napływać pieniądze przeznaczone na wspieranie naszej walki. Synowie Bhutto, którzy jeszcze nie tak dawno byli mniej więcej normalnymi młodymi ludźmi, korzystającymi z dobrodziejstw życia w zachodnim społeczeństwie, teraz stali się dobrze sytuowanymi rewolucjonistami. Mustafa także czerpał osobiste korzyści ze swej działalności, kurier od Agha Hasana Abidi z Międzynarodowego Banku Kredytowo-Handlowego dostarczył mu teczkę zawierającą pięćdziesiąt tysięcy funtów, którą Mustafa kazał mi umieścić w sejfie mojej matki. Nowo nabyte bogactwo spowodowało, że Mir poczuł się pewny siebie i zaczął uzurpować sobie prawo do władzy i wpływów, które miał jego nauczyciel. W końcu nazywał się Bhutto, a nazwisko to czyniło cuda. Nie musiał już dzielić się światłami reflektorów z Mustafą. Podtrzymywała go w tym przekonaniu Husna, która ostrzegała chłopaka, że jego ojciec nigdy do końca nie ufał Mustafie i doradzała mu, żeby zaczął działać samodzielnie. Obydwaj bracia wyprowadzili się z naszego mieszkania i wynajęli apartament w pięciogwiazdkowym hotelu.

Młodzi Bhutto zakochali się w swoim własnym wizerunku. Ich rewolucja dokonywała się w iście odrzutowym tempie, dżinsy zamienili na szyte na miarę garnitury i z rozsądnych młodych studentów przeistoczyli się w pyszałków. Kobiety i inne przyjemności życia znalazły się teraz w zasięgu ich rąk. Inni studenci antropologii, którzy już wcześniej przyglądali im się z zazdrością, teraz coraz częściej widywali ich w towarzystwie pań w norkach. Jedną ze stałych towarzyszek Mira była czarująca i o wiele od niego starsza żona pewnego polityka z pewnego kraju śródziemnomorskiego. Dla mnie młodzi Bhutto byli tragiczni i komiczni zarazem, dziwne połączenie Che Guevary i bohaterów "Dynastii". Chociaż ich wzajemne stosunki stawały się coraz bardziej napięte, Mustafa w dalszym ciągu współpracował z chłopcami. Uważając, że Partia Ludowa powinna pokazać światu, że udziela nadal poparcia swemu uwięzionemu przywódcy, wezwali do demonstracji przed ambasadą pakistańską na Lowndes Square. W Pakistanie byłoby to otwartym wezwaniem do masakry, lecz w Wielkiej Brytanii jest to zwykły, cywilizowany protest. Pytanie było jednak następujące: czy zjawią się tam masy, które wyemigrowały z kraju? Przybywali spontanicznie falami z całej Europy, niosąc uszyte w domu transparenty z wypisanymi na nich hasłami. Ich t-shirty ozdabiał napis "Ocalić Bhutto". Uroczyście zebrali się na Speaker's Corner, skąd wijący się jak serpentyna pochód przeszedł przez centrum Londynu. Przed ambasadą Mustafa, Mir oraz kilku innych przywódców wygłosiło płomienne przemówienia. Mieliśmy nadzieję, że sprawozdania z demonstracji transmitowane na cały świat spowodują, że Zia zostanie zmuszony do darowania Bhutto życia.

Przeprowadziliśmy się do małego domku na Arkley Lane w Barnet, bardzo blisko domu moich rodziców. W porównaniu z poprzednim mieszkaniem było tam o wiele lepiej, ale ponieważ dom był urządzony bez smaku, nie czułam się w nim dobrze. Próbowałam coś poprawić, ale cokolwiek bym zrobiła, i tak szkaradne francuskie meble oraz wykładziny ze sztucznego włókna ohydnie kłuły w oczy. Czułam się w tym nowym otoczeniu straszliwie zagubiona. Podczas gdy ja czekałam końca ciąży, sytuacja polityczna coraz bardziej się komplikowała. W więzieniu odwiedził Bhutto jego siostrzeniec, Tariq Islam, i opowiedział nam potem, że jego wuj waży zaledwie pięćdziesiąt kilogramów i że ma opuchnięte ręce i stopy. Już wcześniej cierpiał na chroniczne zapalenie dziąseł, lecz z powodu zaniedbania stan ich znacznie się pogorszył. Poza tym stale męczyły go okropne bóle żołądka. Mimo to, jak powiedział Tariq, jego wuj jest umysłowo sprawny i chętnie dyskutował o polityce. Chciał wiedzieć, co się dzieje zarówno w Pakistanie, jak i za granicą i był zadowolony, że jego synowie zajęli się aktywnie polityką i prowadzili kampanię na rzecz jego ocalenia. Zapytał też o Mustafę, chciał wiedzieć, czy jego protegowany jest dobrym mówcą. Gdy Tariq odpowiedział twierdząco, Bhutto oświadczył z niewyraźnym uśmiechem:
- Ale nie lepszym ode mnie. 
W miarę trwania rozmowy Bhutto stawał się coraz bardziej przygnębiony, dziwił się i nie mógł zrozumieć, dlaczego jego lud nie atakuje bram więzienia, żeby go uwolnić. Gdzie było to spontaniczne powstanie, które miało zmieść z powierzchni ziemi dyktatora? - pytał.

Tariq poprosił Bhutto, żeby ten przekazał mu posłanie do Partii Ludowej, które tchnie w nią na powrót życie.
- Mam ich karmić łyżeczką? - odparł na to Bhutto. - Sami nie wiedzą, co mają robić? 
Zia zadbał o to, żeby Bhutto zmarł wiele razy, zanim został ostatecznie powieszony. Podczas swojego dwuletniego pobytu w więzieniu był stale poniżany i obrażany. Były dumny premier zmuszany był do korzystania z brudnej toalety na oczach strażnika, a w celi naprzeciwko umieszczony został prowokator, który miał za zadanie doprowadzanie go do szału. Człowiek ten znał jego wrażliwe punkty, posługując się najbardziej plugawym językiem, na jaki go było stać, ubliżał i szydził z matki Bhutto tak długo, aż były premier tracił nad sobą panowanie. Trzeciego kwietnia 1979 roku zaprowadzono Benazir do ojca informując ją, że będzie to jej ostatnia wizyta. Była zawiedziona, że odgrodzono ją od niego żelaznymi kratami i olbrzymim stołem, lecz kiedy zaczęła prosić, żeby pozwolono jej go objąć, Bhutto upomniał ją:
- Nigdy ich o nic nie proś. 
Przyniosła mu jego ulubione perfumy, Shalimar, i kilka książek. Perfumy przyjął, ale książek nie.
- Nie wydaje mi się, że będę miał czas je skończyć - wyjaśnił jej z wymuszonym uśmiechem. 
Gdy wręczyła mu brzytwę, zgodził się:
- Dobrze, zgolę tę brodę. Nie chcę umrzeć jak jakiś cholerny mułła. 




Od tego momentu w relacjach fakty mieszają się z fikcją. Możliwe, że nigdy nie dowiemy się, jak było naprawdę. Podobno prowokator, ten sam który dręczył wcześniej Bhutto, wszedł o pierwszej w nocy do jego celi, wręczył Bhutto papier i pióro i kazał mu pisać przyznanie się do winy. Bhutto zaczął pisać. Myśli z pewnością przepełniały mu wspomnienia o chwilach triumfu i o tym, jak wielbiły go tłumy. Gdzie to wszystko się podziało? Oto był tu, przerażająco samotny, z czystą kartką papieru przed oczami. Wiedział, że jeśli poszedłby na kompromis, mógł się uratować. Jednak nagle podarł papier i swoje życie cisnął w kąt. Prowokator wstał i kopnął go w brzuch. Niektórzy mówią, że Bhutto został pobity do nieprzytomności, lecz gdy niesiono go w kierunku szubienicy, odzyskał świadomość, zataczając się wstał, potem upadł, znów wstał i ostatnie kilka kroków przebył z dumnie podniesioną głową. Inni mówią, że gdy go wieszano, już nie żył. Niezależnie od tego, jaka jest prawda, wynik był ten sam: Partia Ludowa i Pakistan miały swojego męczennika.

Któregoś dnia w końcowym okresie mojej ciąży wybraliśmy się z Mustafą z wizytą do rodziców. Ojciec był służbowo w Japonii, ale w domu, ponieważ zaczęły się ferie szkolne, zastaliśmy Minoo. Adila ubrana była tak, jakby wybierała się na przyjęcie. Miała na sobie bluzkę i spodnie z chińskiej krepy, a na tym upiętą z szyfonu stylową zasłonę. Zrobiła sobie skromny makijaż. Pochylona do przodu wpatrywała się w Mustafę, przysłuchując się z wyjątkową uwagą każdemu jego słowu. W pewnym momencie matka przerwała rozmowę.
- Adila, zrób kawę - poleciła jej. 
Moja młodsza siostra zrobiła kwaśną minę.
- Źle się czuję - powiedziała. - Niech Zarmina zrobi.
Zarmina westchnęła i wyszła do kuchni. Adila na powrót przyjęła pełną uwielbienia pozę. Bardzo interesowała się oceną Mustafy aktualnej sytuacji politycznej w Pakistanie i pochylała się do przodu chcąc usłyszeć jak najwięcej. Nie wyglądała na chorą. Nagle Minoo nie znoszącym sprzeciwu tonem rzuciła:
- Adila, wstań i wyjdź z pokoju!
Adila była zaskoczona, lecz posłuchała jej i wyszła. Ciekawa byłam, dlaczego Minoo tak ostro potraktowała Adilę, i po powrocie do domu zadzwoniłam do niej i zapytałam ją o to. Minoo bardzo wzburzona powiedziała mi, że widziała, jak Mustafa zabrał Adilę spod szkoły i razem gdzieś pojechali. Nie wiedziała, dokąd pojechali, ale nie było ich trzy godziny. Zdrętwiałam.
- Gdy przyszliście dzisiaj z Mustafą, obserwowałam Adilę - wyjaśniała dalej Minoo. - Chciałam zobaczyć jej reakcję. Wcześniej, gdy dowiedziała się, że przychodzicie, ubrała się wyjątkowo starannie. Czy zauważyłaś, jak blisko niego usiadła? A te spojrzenia, jakie wymieniali? To wszystko było bardzo wymowne. Nie mogłam tego dłużej znieść, dlatego też powiedziałam, żeby wyszła z pokoju. Istnieje granica, do jakiej można tolerować taki jawny flirt. Zaskoczona jestem, że nikt inny w rodzinie tego nie zauważył. 
Byłam przekonana, że Mustafa zauważył.
- Powiedziałam otwarcie, co o tym myślę, po waszym wyjściu - mówiła dalej Minoo. - Zrobiłam jej awanturę. Mama i Zarmina też przy tym były. Nie można tolerować takiego zachowania. Za kogo ona się uważa?! 

Odłożyłam słuchawkę i stałam kilka chwil jak sparaliżowana. Potem poszłam do Mustafy i zapytałam go o to. Patrząc mi prosto w oczy zaprzeczył całej historii.
- To czysta bzdura - stwierdził. - Nigdy jej nigdzie nie podwoziłem. 
Nie byłam o tym przekonana, ale nie miałam sposobu, żeby dowiedzieć się prawdy. Mustafa szybko przygotował sobie odpowiednią obronę. Zasugerował, że Minoo wciąż miała do niego pretensję po tym, co kiedyś jej zrobił. Kolejny raz zastosował tę samą taktykę: najpierw wyizolować wroga, a potem go zniszczyć. Nie wiedziałam, w co ani komu mam wierzyć. Czy Minoo robiła to, bo źle życzyła Mustafie? Czy była zła, że Mustafa wolał najmłodszą w rodzinie? Czy wszystkie moje siostry ubiegały się o jego względy i chciały stać się jego ulubionymi szwagierkami? Następnego dnia przed południem zadzwoniła do mnie oszalała z niepokoju matka. Adila uciekła z domu i nikt nie wie, gdzie ona jest.
- To wszystko wina Minoo! - warknęła. - Oskarżyła ją o takie straszne rzeczy! Zarzuciła jej, że było coś między nią a Mustafą! Ona na pewno bardzo z tego powodu cierpi. 
Matka jak zwykle bardziej była przerażona perspektywą wybuchu skandalu niż faktami. Mustafa miał jechać tego dnia na mityng do Liverpoolu, ale zgodził się odwołać wyjazd i pomóc nam odnaleźć Adilę. Wyjechał szukać jej po całym Londynie, a ja udałam się do domu matki. Przez całe przedpołudnie Minoo dzwoniła do przyjaciół Adili próbując wpaść na trop naszej siostry. Matka obawiała się najgorszego, ale rozpaczliwie starała się ukryć histerię pod maską spokoju. Chodziła tam i z powrotem po domu, pijąc jedną za drugą filiżankę kawy.

Mustafa zadzwonił po południu z wiadomością, że niczego się nie dowiedział. Matka załamała się przy telefonie i błagała go, żeby nie przerywał poszukiwań. Mustafa zapewnił ją, że tego nie zrobi i że przyjdzie omówić pewien plan. Jego plan polegał na założeniu podsłuchu na telefonie matki oraz naszym. Był pewien, że Adila będzie próbowała skontaktować się z kimś z rodziny.
- A kiedy to zrobi, znajdziemy ją - wyjaśnił. - Rozmawiałem z odpowiednimi władzami, zgodzili się nam pomóc. 
Pojechaliśmy z Mustafą oraz dai Ayeshą i Naseebą do domu. Mustafa zatrzymał się po drodze, żeby kupić dwie butelki wina.
- Jak mogłeś w takiej chwili pomyśleć o winie? - spytałam. - Mamy taki kłopot. Kiedy będziesz miał czas siedzieć i pić wino? 
Zmieszał się i tłumaczył niepewnie, że podobno skończył nam się zapas. Zostawił mnie pod domem z poleceniem, żebym pilnowała telefonu, a sam odjechał kontynuować poszukiwanie. O dziesiątej zadzwoniła Adila. Była obrażona.
- Nie wrócę do tego domu już nigdy - przysięgała. - Oni wszyscy mnie nienawidzą. Oskarżyli mnie, że łączy mnie coś z Mustafą. Mustafa jest dla mnie jak brat. Nawet ty mi nie wierzysz. Nie wrócę do domu, nigdy. Zadzwonię później. 
Telefon zamilkł. Natychmiast zadzwoniłam do mojej matki i powiedziałam jej o rozmowie. Gdy Adila około pół godziny później znów zadzwoniła, zaczęłam nalegać, że muszę się z nią zobaczyć. Przypomniałam jej, że ojciec będzie wściekły, kiedy się dowie o jej ostatnim wybryku. Złagodniała słysząc to.
- Przyjdź do hotelu Hilton, spotkamy się na dole. 
Zanim wyszłam, zadzwonił Mustafa i opowiedział mi, co robił.
- Przyjdź tam porozmawiać z nią - zaproponowałam. - Musimy namówić ją do powrotu. 
Zgodził się spotkać się ze mną w Hiltonie.




Pojechałam taksówką w towarzystwie dai Ayeshy i Naseeby. Ubrana w luźną suknię ciążową weszłam do hotelu zaledwie na kilka minut przed pojawieniem się Mustafy. Gdy Adila wchodziła dumnym krokiem, zauważyłam, że był tam także bliski przyjaciel Mira Bhutto, Nadżib, który odwiedzał nas często w naszym mieszkaniu w Hampstead. Nie podszedł do nas jednak. Usiedliśmy przy stoliku i rozmawialiśmy przyciszonymi głosami. Próbowałam przekonać Adilę, żeby wróciła do domu, lecz gdy zobaczyłam, że się upiera, zmęczona jej wykrętami powiedziałam Mustafie, żeby podniósł ją z fotela i zaprowadził do samochodu.
- Gdyby była twoją córką, zabiłbyś ją już do tej pory, a nie siedział przy stole i negocjował z nią warunki. Pamiętasz, jak było z Minoo? - spytałam. - Po prostu zabierz ją do samochodu. Ona nie ma nic do powiedzenia.
Adila uparcie utrzymywała, że nie wróci do domu.
- Mam chłopaka - oświadczyła dumnie. - Zamieszkam z nim. Nie możecie mi zabronić. Utkwiłam w niej mordercze spojrzenie czekając, aż Mustafa odpowiednio się zachowa, tak jak to było w przypadku Minoo, i weźmie na siebie rolę broniącego honoru rodziny szwagra. Zdumiałam się jednak, gdy zamiast tego usłyszałam:
- Wiesz co, wydaje mi się, że powinniśmy wysłać ją do niego. Z dai Ayeshą jako przyzwoitką.
Trudno mi było uwierzyć, że to naprawdę zaproponował, tym bardziej że znałam jego feudalne poglądy. Byłam oburzona.
- Jak możesz coś takiego proponować? - spytałam. - Adila musi wrócić do domu. Nie ma innego wyjścia.

Adila stała się agresywna. Podniosłyśmy obydwie głos, a ja zaczęłam ją ciągnąć próbując podnieść z krzesła i popchnąć do drzwi. Opierając się podarła mi na szyi sukienkę. Początkowo Mustafa biernie obserwował nasze zmagania. Potem jednak, próbując uniknąć sceny w pięciogwiazdkowym hotelu, wtrącił się i powiedział, że jeśli Adila nie pójdzie z nami albo jeśli ja nie zostawię jej w spokoju, to będziemy musieli wszyscy zostać tu na noc i dojść jakoś do porozumienia. Nagle obok Mustafy jak spod ziemi wyrósł Nadżib i zaczął dla nas wynajmować pokój. Wydało mi się to dziwne, nie wiedziałam jednak dlaczego. Wzruszyłam ramionami, jakbym chciała otrząsnąć się z szoku, poszukałam telefonu i poinformowałam o naszym planie matkę. Mustafa stał obok mnie i pilnował, żebym nie powiedziała, gdzie jesteśmy. Tej nocy ja i Adila spałyśmy w łóżku z Naseebą, a Mustafa i dai Ayesha na podłodze. Bardzo wcześnie rano do naszego pokoju wpadły matka z Minoo. Rozespany Mustafa skoczył zdziwiony na równe nogi i zaczął się szybko tłumaczyć, że musi natychmiast jechać do Liverpoolu. Miałam wrażenie, że wychodząc miał bardzo głupią minę, ale zapomniałam o tym i zajęłam się rodziną. Matka wyjaśniła mi ze złością, że bawiły się z Minoo długo w nocy w detektywów dzwoniąc po wszystkich hotelach w Londynie i wypytując o niepełnoletnią uciekinierkę z domu. W końcu odkryły, że ten właśnie pokój zarezerwował dla Adili poprzedniego dnia Nadżib, na zmyślone nazwisko Saminy Khan Nadżib! Nagle poszczególne części układanki zaczynały do siebie pasować. Przed oczami przesuwały mi się obrazy. Czy Mustafa i Adila spędzili tu razem dzień? Zastanawiałam się też, czy był z nią, gdy do mnie dzwoniła? Czy się z nas śmiali? Bezwiednie rzuciłam wzrokiem na łóżko, w którym przespałam noc. Czy tam wcześniej byli? W tej samej pościeli? Zrobiło mi się niedobrze.

Mój umysł był jak zwiędłe warzywo, nie funkcjonował normalnie i ciągle nie przyjmował do wiadomości tego, co było takie oczywiste. Adila powiedziała nam, że spotkała się z braćmi Bhutto, którzy byli przyjaciółmi jej chłopaka Irańczyka. Utrzymywała, że spędziła z nimi cały dzień. Minoo nie była o tym przekonana, ale matka i ja schowałyśmy głowę w piasek i udawałyśmy, że jej wierzymy. Adila upierała się, że pojedzie ze mną do domu. Matka odmówiła zgody.
- Dlaczego nie mogę mieszkać u Tehminy? - warknęła na nią Adila. - Jeśli mogę mieszkać u Rubiny, to mogę i u Tehminy. Nie jadę do domu, chcę zostać u Tehminy. Nie pozwalasz nam się z nią zbliżyć. Nienawidzisz jej. 
Matka poczuła się zmęczona, więc przestała się z nią kłócić i wyraziła zgodę. Kazała jednak Adili opuścić mój dom, jak tylko Mustafa wróci z Liverpoolu. Bardzo chciałam porozmawiać tego dnia z Adilą, ale ona natychmiast po wejściu do domu połknęła kilka proszków nasennych i poszła spać. Obudziła się dopiero, jak wrócił Mustafa. Przypomniałam jej wtedy, co powiedziała matka o jej powrocie do domu, ale ona znów zaczęła stawiać opór. Mustafa powiedział mi, że Adila chce porozmawiać z nim sam na sam.
- Wydaje mi się, że mogę to z nią załatwić - przekonywał mnie. - Muszę przemówić jej do rozsądku. Zostaw nas na chwilę, żebyśmy mogli porozmawiać.
- Nie widzę powodu, dlaczego nie miałbyś z nią porozmawiać przy mnie - odparłam. - Jest moją siostrą. Czego się boi?
- Nie ufa nikomu z was. Mówi, że powiesz o jej problemach swojej matce. Chce porozmawiać z kimś, komu może zaufać.
Ustąpiłam. Wiedział, że to zrobię. Nie chciałam uwierzyć, że jestem zdradzana i nie wiedziałam, co mam myśleć. Za długo Mustafa pociągał sznurkami i kręcił mną jak marionetką. Teraz te sznurki beznadziejnie, i może już nieodwołalnie poplątały się. 

Tego dnia Mustafa jeszcze raz musiał stawić czoło mojej matce i Minoo, gdy te niespodziewanie wkroczyły wieczorem do naszego domu. Matka wyglądała na załamaną, lecz zachowywała się zdecydowanie. W ręku miała Koran.
- Adila, wsiadaj do samochodu - rozkazała.
Adila zaczęła protestować, ale matka uderzyła ją w twarz i Adila zamilkła. Potem matka zwróciła się do Mustafy.
- Na tę Świętą Księgę, którą trzymam w ręku - powiedziała uroczyście - rozkazuję ci, wynoś się z naszego życia! Jesteś podstępnym i złym człowiekiem! Niszczysz wszystko wokół siebie! Ostrzegam cię: nie igraj z honorem naszej rodziny! Chcę, żebyś natychmiast odesłał mi moją córkę. Nie pozwolę jej pozostać w twoim domu.
- O czym mama mówi? - odparł jej Mustafa. 
Wziął moją matkę pod ramię i zaprowadził do salonu. Jego głos przybrał bardziej opanowany ton.
- Ja ocaliłem honor tej rodziny - oświadczył.
- Ale dajmy temu spokój.
Minoo przerwała mu i oskarżyła, że zdemoralizował osobę niepełnoletnią.
- Nie zmyślaj tu historii, żeby ukryć prawdę - ostrzegła go. - Przejrzałam cię, nie oszukasz mnie.
Zareagowałam na to tak, jak reagują bezwolne kukły, które ani nie potrafią odkryć prawdy, ani sobie z nią poradzić. Byłam posłuszną żoną, która ma świadomość, że jedyne, co jej pozostało, to bronić swego męża. Kazałam Minoo wynosić się z mojego domu, ponieważ go obraża. Matka zaciągnęła Adilę do samochodu i wszystkie trzy odjechały. Musiałam dowiedzieć się prawdy z ust Mustafy. Powiedziałam mu, że jeśli mam go bronić przed moją rodziną, muszę znać fakty. Mustafa przedstawił mi wtedy inny scenariusz.
- Minoo miała rację - przyznał. - Rzeczywiście zabrałem Adilę tego dnia ze szkoły. Nie chciałem nikomu mówić, co z nią robiłem, więc zaprzeczyłem. Adila zaszła w ciążę z tym Irańczykiem. Pojechałem z nią do kliniki na zabieg. Broniłem honoru waszej rodziny i za to robi się ze mnie człowieka pozbawionego honoru. Na tym dziwnym świecie zostaje się potępionym za to, że jest się dobrym... 
Mój Boże, tak bardzo chciałam wierzyć mojemu mężowi.





 
CDN.

piątek, 24 marca 2017

MARKIZA de POMPADOUR - CZY DOPROWADZIŁA FRANCJĘ NA SKRAJ UPADKU? - Cz. II

CZY KRÓLEWSKA FAWORYTA

LUDWIKA XV, WYWOŁAŁA EFEKT

"ŚNIEŻNEJ KULI" KTÓRY POGRĄŻYŁ

FRANCJĘ W ODMĘTACH REWOLUCJI?



"CUDOWNE LATA" 

UMIŁOWANEGO WŁADCY

1723-1726

Cz. I






"SPRAWIEDLIWOŚĆ JEST ZASADĄ POSTĘPOWANIA KRÓLÓW. NIE MA SILNIEJSZYCH DLA KRÓLÓW OBRONNYCH FORTYFIKACJI NIŻ MIŁOŚĆ I PRZYWIĄZANIE LUDÓW"

 LUDWIK XV


Młody król był powszechnie kochany, gdziekolwiek się pojawiał, jadąc ulicami na białym koniu, zgromadzona ludność entuzjastycznie wiwatowała na widok tego nastoletniego chłopca, i nie była to wcale radość wymuszana zwyczajem, ale rzeczywiste uczucie miłości i przywiązania do tego jeszcze pacholęcia. Po raz pierwszy otrzymał przydomek "Umiłowany" ("Le Bien-Aime") w katedrze Notre Dame 11 sierpnia 1721 r. gdy lud po raz pierwszy ujrzał młodego króla zdrowym (Ludwik poważnie zaniemógł 31 lipca i choć stan jego zdrowia poprawił się już 4 sierpnia, to król po raz pierwszy pokazał się publicznie dopiero właśnie 11 sierpnia), wywołało to szał radości Paryżan i wszyscy dziękowali Bogu że zachował im umiłowanego króla. Dwór królewski powrócił do Wersalu (jeszcze decyzją regenta Francji - Filipa II Burbon-Orleańskiego) 9 marca 1722 r. (po sześć i pół rocznym okresie tzw.: "paryskiego wygnania"), choć sam król przybył tam dopiero 15 czerwca. Jego przyjazd był tam już od dawna oczekiwany i wszystko musiało wyglądać doskonale (ponoć służba nie spała całą noc, poprzedzającą jego przyjazd, gdyż kończono sprzątanie pałacu i ostatnie prace porządkowe, aby wszystko lśniło w chwili przybycia młodego władcy). W Wersalu Ludwik XV przystąpił też do komunii świętej - 9 sierpnia i bierzmowania - 15 września 1722 r. W wersalskim pałacu młody król zajął Wielką Salę Ludwika XIV, jako swój apartament, regent zajął apartament "Wielkiego Delfina" (syna Ludwika XIV), zaś dworacy, którzy wraz z nim przybyli do Wersalu zaczęli miedzy sobą walczyć o pokoje... dawnych faworyt Ludwika XIV. Dwór zresztą należało stworzyć od nowa, gdyż albo się już rozpadł (również poprzez działania regenta), albo naturalną sprawą, większość dworaków poprzedniego króla po prostu zmarła.

22 października 1722 r. miała miejsce uroczysta koronacja królewska Ludwika XV w katedrze w Reims. 15 lutego 1723 r. król skończył 13 lat, tak więc Parlament Paryża uznał go za pełnoletniego (22 lutego), zaś 2 grudnia tego roku zmarł regent Filip Orleański - Ludwik XV mógł wreszcie stać się pełnoprawnym monarcha, na wzór swych przodków. Nadal jednak był za młody by osobiście rządzić krajem (tym bardziej że niezbyt chętnie przykładał się do nauki), władzę wiec, po śmierci regenta, przejął książę Ludwik Henryk Burbon, prawnuk Ludwika Burbona Wielkiego Kondeusza (jednego z najsławniejszych wodzów Ludwika XIV). Ludwik Henryk należał do tej niewielkiej liczby ludzi, którzy zbili ogromny majątek w wyniku reformy monetarnej Johna Lawa z lat 1716-1720 (choć w jego przypadku było to podwojenie już istniejącej rodowej fortuny) i choć fizycznie (pomimo młodego wieku - miał bowiem w chwili objęcia rządów 31 lat) był postacią odpychającą (garb i niewidome oko), stworzył pokaźny prywatny dwór, a wiele kobiet wręcz rywalizowało o to, aby uczynił je swymi kochankami. On wybrał ambitną mężatkę - madame de Prie, która wraz z nim rządziła państwem przez kolejne dwa i pół roku. To właśnie ona wybrała młodemu królowi jego małżonkę - Marię Leszczyńską. Przez cały bowiem 1724 r. trwały starania o jak najszybsze ożenienie króla i choć on sam wcale się do tego nie palił, uznano że tak będzie lepiej dla kraju i dynastii, jeśli król właśnie teraz kogoś poślubi. Chodziło również o to, aby kandydatka była osobą nie mającą większego poparcia wśród zagranicznych dworów, jak również taką, która mogłaby się potem odwdzięczyć tym, którzy ją wybrali. Wybór padł na Marię Leszczyńską, córkę obalonego polskiego władcy - Stanisława Leszczyńskiego, przebywającej wraz z rodzicami na zamku w Wissemburgu. Prócz samej kandydatki (która była dość uległego usposobienia, a przez to uważano że będzie "łatwo sterowalna"), spodziewano się uzyskania tronu polskiego dla samego Ludwika XV, co uczyniłoby go najpotężniejszym władcą Europy.

 
KRÓLOWA MARIA LESZCZYŃSKA


5 kwietnia 1725 r. unieważniono zaręczyny króla z młodziutką (wówczas już 7-letnią) hiszpańską infantką - Marianną Wiktorią Burbon, wsadzając po prostu dziewczynkę do karety, dając jej lalki i oświadczając że... jadą na przejażdżkę w odwiedziny do jej ojca - króla Hiszpanii Filipa V (Marianna Wiktoria przebywała we Francji od 2 marca 1722 r.). Dziewczynka ponoć rozpłakała się, gdy się okazało że już nie może wrócić do Wersalu. Zerwanie zaręczyn spowodowało pewne perturbacje dyplomatyczne na linii Madryt-Paryż, z zerwaniem stosunków dyplomatycznych i kilkudniowymi rozruchami antyfrancuskimi w Madrycie. Poza tymi incydentami, nie ów krok nie doprowadził do wybuchu wojny, gdyż ani Hiszpania ani Francja nie były na to przygotowane. 27 maja 1725 r. w niedzielę, król ogłosił zgromadzonym w Wersalu dworakom, chęć poślubienia polskiej księżniczki. Co ciekawe, sama zainteresowana (wówczas 22-letnia kobieta), nie wiedziała o tych planach aż do dnia królewskiego wyboru, ponoć tę informację przyniósł jej, który wszedł do komnaty, w której wraz z matką szydełkowała i powiedział jej krótko: "Córko, jesteś królową Francji". Wybór o siedem lat starszej od króla kobiety, był korzystny dla księcia Ludwika Henryka i jego faworyty, gdyż dawał gwarancję usidlenia króla, przez starszą i bardziej doświadczoną osobę, która z kolei zawdzięczając wszystko swym protektorom, miałaby powierzyć im rzeczywistą władzę nad krajem, również i w kolejnych latach, lecz ta kandydatura nie spodobała się na dworze. Paryski adwokat Edmond Jean Francois Barbier tak pisał o królewskiej oblubienicy: "To małżeństwo nie podoba się nikomu. Wszyscy są ciekawi, w jaki sposób przyjmie ją król, który jest oziębły, jest jeszcze dzieckiem i nie wykazuje żadnego zainteresowania kobietami, tym bardziej że nie jest ona piękna, ani nawet ładna, a jest przy tym nieśmiała. Można się zastanawiać, czy małżeństwo to zostanie, czy nie zostanie skonsumowane".

Okazało się jednak że młodzi oblubieńcy przypadli sobie do gustu od początku, ich pierwsze (4 września 1725 r.) spotkanie na drodze w rejonie Fontainebleau, wypadło nad wyraz pomyślnie, oto relacja z ich spotkania: "Królowa wysiadła z karety i próbowała uklęknąć, lecz król, który stał na ziemi, nie pozostawił jej na to czasu: podniósł ją i pocałował w oba policzki z takim ożywieniem, jakiego nigdy wcześniej u niego nie widziano". Ślub odbył się 5 września w Fontainebleau, po czym nastąpiła niezwykle udana noc poślubna, którą chwalił się książę Ludwik Henryk Stanisławowi Leszczyńskiemu, mówiąc że król obdarzył królową "siedmioma dowodami swojej czułości". I tak upływały kolejne miesiące, które młoda para spędzała w pałacyku w Fontainebleau, gdzie odbywały się przyjęcia, teatry, kawalkady konne i parady wojskowe na cześć króla i nowej królowej, której Francja oczekiwała już od 42 lat (czyli od śmierci Mari Teresy, małżonki Ludwika XIV). Królowi bardzo spodobała się jego oblubienica, jak pisał Barbier: "za męża dostała najprzystojniejszego i najlepiej zbudowanego księcia na dworze, mając jeszcze i to szczęście, że mu się podoba". Ona sama zresztą też była oczarowana młodym małżonkiem, chciała spędzać z nim każdą chwilę czasu i smutniała, gdy informowano ją że to nie przystoi królowej Francji. Nie podobało jej się również to, że kardynał Andre Herkules de Fleury, osobisty wychowawca i przyjaciel króla, wtrąca się do ich pożycia małżeńskiego i nawet każe królowej zdawać relacje z tego jak przebiegają noce w królewskim łożu. Ona sama nie miała na dworze oparcia w nikim, prócz madame de Prie i księcia Ludwika Henryka Burbona, nie wiedziała też czy zostanie zaakceptowana, czy zdobędzie sobie odpowiednią pozycję i posłuch oraz czy po prostu będzie na dworze szanowana. Początkowo więc okazywała całkowitą uległość Fleury'emu i wypełniała jego polecenia oraz przekazywała mu informacje, potem jednak zaczęła się powoli buntować, jednak stary (73-letni) kardynał potrafił łamać jej opór w zarodku, a ona prócz madame de Prie i własnej matki Katarzyny Opalińskiej (również obecnej w Fontainebleau), nie miała komu się zwierzyć (dlatego tak bardzo pragnęła wciąż przebywać w towarzystwie króla).


 

1 grudnia 1725 r. młoda para przeprowadziła się już na stałe do Wersalu. Od tego czasu madame de Prie zajęła się układaniem listy dam dworu królowej, których łącznie było 12 (prócz samej madame de Prie, jeszcze 11 innych kobiet, wybranych spośród osobistych przyjaciółek i znajomych nałożnicy księcia Ludwika Henryka). Starała się stworzyć Marii Leszczyńskiej atmosferę swojskości - aby poczuła się wśród dworu obłudników i kombinatorów, myślących tylko o własnych korzyściach - jak w domu. Dwór wciąż się nudził, więc zajmowano się plotkowaniem, donoszeniem, szpiegowaniem i oczywiście ciągłym balowaniem, polowaniami oraz pochlebstwami, które raczej nigdy nie wyrażały prawdziwych uczuć tych, którzy te słowa wypowiadali. Królowej też przynoszono różne plotki, z którym ona sama nie wiedziała co ma uczynić. Król miał swoje obowiązki, więc królowa większość dnia spędzała w towarzystwie swych dwórek. Co jakiś czas Fleury domagał się od niej wyczerpujących informacji o miłosnych wyczynach króla w alkowie oraz w sposób zawoalowany dawał jej do zrozumienia, że nie życzy sobie, aby młoda królowa wtrącała się do polityki, tylko aby wypełniała jego polecenia. Ten stan podległości zaczął jej bardzo ciążyć, ale jeszcze wówczas nie wiedziała jak ma z tego wybrnąć. Święta Bożego Narodzenia upłynęły wspaniale, król tego dnia prawie nie opuszczał swej małżonki a i ona pragnęła spędzić święta w jego towarzystwie. Rano wybrali się na wspaniały objazd wokół Wersalu, a następnie po mszy świętej wyprawiono świąteczne przyjęcie. Bardzo podobnie było na Nowy Rok, gdzie urządzono wspaniałe uroczystości, połączone z fajerwerkami i iluminacjami (tego dnia 1 stycznia 1726 r. krewny królowej - hrabia Michał Tarło otrzymał z rąk króla Order Świętego Ducha), a następnie wybrano się na kolejne przyjęcia do Marly, gdzie dni spędzano na przechadzkach po tamtejszych ogrodach, zaś noce na blach i w alkowie.

Para królewska wraz z dworem, wróciła do Wersalu dopiero z początkiem marca 1726 r. Wówczas też wybuchł na dworze poważny skandal polityczny, który związany był z działaniami księcia Ludwika Henryka i madame de Prie, mającymi na celu odesłanie kardynała Fleury'ego z dworu i zniwelowanie tym samym jego wpływu na króla. Pani de Prie wciągnęła do tej intrygi również królową Marię, co potem odbije się pierwszym poważnym upomnieniem króla w stosunku do swej małżonki i swoistymi "cichymi dniami" w ich wspólnym łożu. A cała sprawa wyglądała następująco: królowa pewnej nocy poprosiła króla aby odwiedził ją w jej apartamentach. Ten, sądząc że chodzi o noc pełną uniesień w ramionach małżonki, skwapliwie przyjął zaproszenie, lecz okazało się że jest że u niej jest już książę Ludwik Henryk Burbon, który oczekiwał króla, aby wręczyć mu donos na Fleury'ego. Przedstawił w nim kardynała w jak najgorszym świetle, domagając się odesłania go z dworu. Król słuchał tego wszystkiego z nietęgą miną, co jakiś czas spoglądając na swą małżonkę z pytającym spojrzeniem: "Jak mogłaś dopuścić aby obcy mężczyzna wszedł do twojej sypialni?", ale nic wówczas nie powiedział. Gdy książę de Burbon zakończył swą przemowę, zapytał króla jaka będzie jego decyzja. Ten, rozgniewany opuścił komnatę, na drugi dzień zaś zrobił królowej pierwszą od chwili ich poznania, karczemną awanturę, zabraniając jej jakichkolwiek kontaktów z księciem de Burbon i jego małżonką i domagając się odesłania jej z grona dam dworu. Książę de Burbon zaś w kilka dni potem otrzymał dymisję ze swego stanowiska pierwszego ministra Francji, a urząd ten objął właśnie kardynał Fleury. To był kres marzeń królowej o usamodzielnieniu się spod jego wpływów. 







 CDN.