Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 17 grudnia 2017

KOBIETY - PAPIEŻE, PATRIARCHOWIE, BISKUPI, PREZBITERZY - Cz. II

ORAZ TE, KTÓRE PAPIEŻY WYBIERAŁY


PROROKINI DEBORA



Pierwszą kobietą w dziejach Izraela, która pełniła publiczną funkcję, związaną z religią ludu JHW ("Synowie Izraela" wywodzący się z większej grupy plemion tzw.: "Szosu", choć ich pierwotną nazwą było zapewne "Apiru" - "pokryci piaskiem" - czyli koczownicy z pustyni, zwani również tak od kultu boga Baala - "Apir-Baal" - "zakurzony Baal", lub boga Ela - "Apir-El" - "zakurzony El", czyli pierwotnych, największych kultów tych plemion. Termin "Szosu" pojawia się w egipskich tekstach stosunkowo późno, bowiem dopiero w XV wieku p.n.e.), była prorokini Debora, która pełniła odpowiedzialną funkcję sędziego jednego z plemion (klanów) Izraela. Debora była jedyną kobietą, która dostąpiła takiej funkcji, i tylko dlatego że była wieszczką, jasnowidzącą która przepowiadała przyszłość zesłaną od Boga Jahwe. Jednak jej umiejscowienie w czasie nastręcza sporo kłopotów. Wiadomo że jako sędzia pełniła tę funkcję przez 20 lat, z tym że oficjalna historiografia biblijna (w tym talmudyczna), datuje ten czas na lata 1424-1404 p.n.e. Są to daty zupełnie nieprawdziwe, wyrosłe raczej na kanwie mitów i tradycji patriarchalnej ludu "Synów Izraela", nie mające potwierdzenia w jakichkolwiek źródłach. Oficjalnie bowiem twierdzi się, że Jakub - jeden z Patriarchów, syn Izaaka i wnuk Abrahama, miał umrzeć w 1753 r. p.n.e. po czym Izraelici mieli zamieszkać w Egipcie u boku jego syna - Józefa. 

Owszem, można tak wnioskować, jako że w okresie tym Egipt utrzymał jeszcze jedność polityczną, a XIII Dynastia panująca w Icz-Tawi (od ok. 1786 r. p.n.e.), władali w miarę spokojnie, choć nie obyło się bez konfliktów. Problemem było przede wszystkim nadmierny ucisk podatkowy, co powodowało niezadowolenie wśród sporych kręgów społeczeństwa egipskiego. Niezadowolenie zaczęło się wzmagać już od czasów panowania faraona Amenemhata III (panującego w latach ok. 1860-1814 p.n.e.). Wszystkie bowiem poczynania kolejnych władców z XII Dynastii (założonej przez Amenemhata I ok. 1991 r. p.n.e.) zmierzały ku centralizacji władzy monarszej w rękach jednego władcy i likwidacji jakichkolwiek przejawów samodzielności dostojników prowincjonalnych (zostało to przedstawione chociażby w utworze pochodzącym z czasów Amenemhata III: "Nauka Achotesa, syna Dwaufa"). Pomimo okresu dobrobytu (który dla niektórych historyków może się łączyć z biblijnymi "Siedmioma latami tłustymi" - choć są to tylko dywagacje bez jakichkolwiek podstaw) i zajęcia Nubii przez faraona Senusreta I (w 1954 r. p.n.e.), oraz pokoju jaki zawarł z królestwem Kusz, faraon Senusret III (1863 r. p.n.e.), umożliwiający rozwój handlu tak z krajem Kusz, Nubią jak i Puntem, XII Dynastia została obalona (ok. 1786 r. p.n.e.) przez niejakiego Wegafa założyciela XIII Dynastii. Od tego czasu następuje powolny okres rozbicia dzielnicowego kraju, choć jedność zdołano utrzymać jeszcze do ok. 1715 r. p.n.e. Następuje biblijne "Siedem lat chudych".

W tym to właśnie okresie do Egiptu miał przybyć ów Józef, syn Jakuba z plemienia JHW ("Synów Izraela"). A po jego śmierci (po 30 latach), nastąpić miała 400 letnia niewola egipska ludu Izraela. To datowanie jest zupełnie błędne, nie ma bowiem większego odzwierciedlenia w źródłach. W "Tekstach Banitów" (dziele pochodzącym z początku XVIII wieku p.n.e.), jest co prawda lista władców nubijskich, palestyńskich i syryjskich, ale nie ma tam mowy o migracji do Egiptu tych ludów, choć jest opisane wzrastające niezadowolenie społeczne wewnątrz kraju. Dlatego według mnie to nie wiek XVIII p.n.e. był tym, w którym ów biblijny Józef ze swoim plemieniem dotarł do Egiptu, tylko okres o czterysta lat późniejszy - XIV wiek p.n.e. Najprawdopodobniej Izraelici zjawili się w Egipcie właśnie ok. 1360 r. p.n.e. już za czasów Nowego Państwa i panowania XVIII Dynastii. Jest to o tyle prawdopodobne, że jak już wyżej wspomniałem określenie "Szosu" pojawia się dopiero w egipskich źródłach od XV wieku p.n.e. a takim to słowem zostały nazwane ludy, które migrowały potem do Egiptu. Ok. 1360 r. bowiem na dworze królewskim Amenhotepa III w Tebach, znajdujemy człowieka z ludu "Szosu" imieniem Aper-El który pełni dostojną funkcję wezyra. Aper-El najprawdopodobniej był pierwowzorem dla biblijnego Józefa. Nie powinno to wcale dziwić, bo o ile w czasach panowania wcześniejszych dynastii, takie sytuacje należały raczej do rzadkości, o tyle w czasach XVIII i XIX Dynastii była to raczej norma - mianowanie wybitnych przedstawicieli innych ludów i oferowanie im dostojnych funkcji w egipskiej administracji i na dworze.




Oczywiście nie oznacza to, że przybywający do Egiptu obce plemiona były tu traktowane dobrze. Wręcz przeciwnie, Egipcjanie nie zamierzali ani też nie mogli sobie pozwolić, aby takie ludy zaczęły praktykować na ich ziemi swoją religię i kulturę, należało ich spacyfikować, a ponieważ potrzebowano taniej siły roboczej, ludy te zostały zmieniane w niewolników (stąd owa "Niewola Egipska" o czym wspomina chociażby Papirus z Lejdy, mówiący o "Apiru" - "zakurzonych" noszących kamienie pod budowę świątyni, oraz o niewolnikach pracujących w pobliżu haremu władcy w rejonie oazy Fajum). Prawdopodobnie więc jedynie wybrane jednostki z ludów "Apiru" mogły dostąpić zaszczytów i wyższych stanowisk w państwie egipskich, natomiast większość ich pobratymców wiodła życie zwykłych niewolników. Papirusy z Deir-el-Medina, królewskie dokumenty, mówią nam również o pewnym dziecku, które uniknęło niewolniczego losu, zostało zabrane do królewskiej rodziny i wychowane na jednego z książąt. Dziecko to, gdy dorosło, zbuntowało się. Czyżby teksty te mówiły o Mojżeszu o którym również mówi Biblia - "Księga Wyjścia"? Tego nie wiadomo, natomiast wiadomo że egipskie słowo "dziecię" znaczy "mose", co może być równoznaczne z imieniem Mojżesz. Najprawdopodobniej też Żydzi (lud Izraela, choć niekoniecznie odnoszący się do wszystkich Dwunastu Plemion Izraela, prawdopodobnie niewola egipska dosięgła zaledwie niewielką cześć tych klanów, lub zgoła zaledwie jedną rodzinę - ród Józefa, czy raczej Aper-Ela - które to później wydarzenie zostało przeniesione na wszystkie plemiona Izraela, jako część pamięci wspólnotowej), opuścili Egipt ok. 1210 r. p.n.e. (a dokładnie w 1207 r. p.n.e. gdyż wówczas to faraon Merenptah z XIX Dynastii na swej steli informuje o zniszczeniu ludu Izraela: "Izrael został wymazany, nie ma już nasienia"). Najprawdopodobniej więc właśnie wówczas ów Mojżesz wyprowadził lud Izraela z ziemi egipskiej ku "Ziemi Obiecanej" przez Boga.

Niewola Egipska nie trwała więc 400 lat, jak mówią teksty żydowskie, ale ok. 150, po czym nastąpił eksodus. Wedle przekazów starożytnych droga Izraelitów wiodła najpierw ku miastu Letopolis, a następnie do Beelsefonu nad brzegiem Morza Czerwonego (zwanego wówczas Erytrejskim). Stela Merenptaha mówi o zniszczeniu ludu Izraela (prawdopodobnie chodzi tutaj tylko o jedną rodzinę Domu Józefa z plemion Efraima i Manassesa, choć mówi się iż samych mężczyzn, którzy wyszli z Egiptu było 600 000 - kobiet i dzieci nikt wówczas nie liczył. Liczba ta jest zapewne znacznie zawyżona, ale mimo to należy pamiętać że z Izraelczykami z Egiptu najprawdopodobniej wyszły jakieś inne ludy "Apiru", nie koniecznie spokrewnione z domem Józefa), inny egipski tekst z końca XIII wieku p.n.e. mówi zaś o ucieczce Izraelitów, natomiast egipski kapłan i historyk Maneton, żyjący tysiąc lat później, bowiem w III wieku p.n.e. pisze o wypędzeniu Żydów z Egiptu. Nie wiadomo co było tego prawdziwym powodem, wiadomo jednak że Egipcjanie czasem wypędzali z kraju ludy, które uważali za "mącicieli porządku publicznego", więc może rzeczywiście Izraelici zostali stamtąd wypędzeni. W każdym razie dotarłszy do Beelesfontu żywili się zgnieciona i podgrzaną mąką, wielu też zaczęło sarkać, że lepiej im było w niewoli, gdyż przynajmniej nie musieli cierpieć głodu. Nie jest też wcale pewne, czy owi "wygnańcy" nie podzielili się wówczas na kilka grup i w taki sposób próbowali się dostać na Półwysep Synaj. Jedna grupa być może szła trasą wzdłuż "Morza Sitowia" (prawdopodobnie Morze Czerwone), następnie przez "Pustynię Szur", "Marę", Refidium" i dalej ku pustyni Synaj, druga zaś grupa poszła w rejonie "Pi-Ramzes", "Sukkot". "Etam", "Pi-Hachirot, pomiędzy Migdol i morzem, naprzeciw Baal-Sefon". Prawdopodobnie ta pierwsza grupa (choć co do tego nie ma pewności) została zmieciona przez armię egipską faraona Merenptaha, czym chwali się na swej steli z 1207 r. p.n.e. Druga zaś grupa, której udało się bezpiecznie dotrzeć do Synaju, uznała to za szczęśliwy dar od Boga Jahwe i potem dorobiono do tego mit o rozstąpieniu się wód Morza Czerwonego i bezpiecznym przejściu Izraelitów na drugi brzeg.

Trasa jak by nie było do bezpiecznych nie należała, a na każdym prawie odcinku, Izraelici spotykali się z Egipcjanami - w Pi-Hachrot była świątynia egipskiej bogini nieba, Wielkiej Matki - Hathor, w Migdol zaś stacjonował egipski oddział, gdyż była to twierdza nadgraniczna, broniąca przejścia od strony Synaju, w Baal-Sefon znajdowała się zaś świątynia boga Baala, nie jest więc pewne czy rzeczywiście ów Mojżesz ryzykowałby przejście tą trasą - raczej poszedłby pustynią, choć w sytuacji braku żywności i wody, to też nie była bezpieczna trasa. Bez względu na to jaką trasę wybrano, znaleziono się w końcu na Synaju. Tam, na Górze Synaj Mojżesz miał otrzymać dwie kamienne tablice, z wypisanymi na nich "palcem bożym" przykazaniami dla ludu Izraela, zwanymi następnie "Dziesięciorgiem Przykazań". Mojżesz miał przebywać na górze przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy, co spowodowało że Izraelici zwątpili w jego powrót i zaczęli sobie stawiać bogów, na wzór tych, jakie widzieli w Egipcie. Był tam bowiem kult boga Apisa - boga-byka, który miał swą główną świątynię w Sakkarze, a mniejsze również w Tebach i Memfis (skąd ruszała uroczysta procesja ku czci boga). Byli niewolnicy postanowili więc zbudować sobie podobiznę właśnie takiego boga-byka i oddawać mu cześć, bowiem uważano że bóg Mojżesza zawiódł. Ten jednak powrócił i widząc wizerunek byka ("Złotego Cielca" - jak jest to opisane w Biblii), w gniewie roztrzaskał owe dwie kamienne tablice z Dziesięciorgiem Przykazań.




Mojżesz bowiem twierdził że jego bóg jest: "Bogiem Ojców". Należy jednak pamiętać, że był to bóg dwuczłonowy (a raczej bóg, który powstał z połączenia dwóch bóstw - lokalnego boga Jahwe i potężnego boga Ela. Dlaczego El? Chociażby dlatego że sama formuła: "Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego serca swego, z całej duszy swej, ze wszystkich sił swoich" - odnosi się właśnie do zazdrosnego boga El-Kanna, w którego świątyni głoszono właśnie takie wyznanie. Ale wracając do Izraelitów, przebywali oni na górze Synaj przez rok od wyjścia z Egiptu, następnie opuścili to miejsce i zgodnie z zamiarem Mojżesza (który przekonał się że niewolnicy nie są godni wejść do "Ziemi Obiecanej" czyli ziemi Kanaan), błąkali się oni przez kolejne 40 lat po Półwyspie Synaj. Wejście do Kanaanu miałoby zatem miejsce ok. 1165 r. p.n.e. a nie ok. 1576 r. p.n.e. jak chce oficjalna religijna żydowska historiografia. Przez pięć lub sześć ostatnich lat trwały walki Jozuego, syna Nuny -  którego Mojżesz powołał na wodza Izraelitów, z kananejskimi Amalekitami, zakończonych zwycięstwem i zdobyciem głównego miasta Amalekitów - Cheszbonu (ok. 1165 r. p.n.e.). W tym też czasie umiera Mojżesz (przed wejściem do ziemi Kanaan), a Jozue przekracza Jordan, wystawia ołtarz w Gilgat, po czym przystępuje do oblężenia Jerycha. Tak oto Izraelici, już jako wspólnota religijna przybywają do Kanaanu, z którego ich przodkowie (podzieleni na wiele ludów, szczepów i klanów) wyszli stamtąd do Egiptu przed prawie 200 laty (należy jednak pamiętać że do Egiptu weszły tylko klany Efraima, Manassesa, być może jeszcze Judy, inne zaś plemiona pozostały w ziemi Kanaan (z całą pewnością pozostały tam klany Rubena i Gada, co do innych nie ma pewności). Tak oto Jozue został pierwszym sędzią Izraela, Debora zaś będzie piątym sędzią - ale nim do tego dojdzie, postarajmy się te wydarzenia jakoś uporządkować chronologicznie.

                  
 CDN.
 

sobota, 16 grudnia 2017

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. V

CZYLI JAK TO KRÓL

RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV

PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE

CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO 

W KONSTANTYNOPOLU


PÓŁROCZNE BEZKRÓLEWIE

(30 Kwietnia - 8 Listopada 1632 r.)

Cz. IV





"GDYBY POLACY ZJEDNOCZYLI SIĘ W POLITYCZNEJ ZGODZIE - ŻADEN KRAJ W EUROPIE NIE SPROSTAŁBY ICH POTĘDZE, A AZJA I GRECJA STAŁYBY SIĘ ICH ŁATWYM ŁUPEM"

NIEZNANY Z NAZWISKA FRANCUSKI PODRÓŻNIK
(Początek XVII wieku)





Nim przejdę już bezpośrednio do sejmu elekcyjnego, na którym obywatele (szlachta) wybiorą nowego monarchę, królewicza polskiego - Władysława Wazę (którego pełna tytulatura przed wstąpieniem na tron brzmiała: "z Bożej łaski królewicz polski i szwedzki, obrany wielki książę moskiewski, rządca księstwa smoleńskiego, siewierskiego i czernihowskiego", słów kilka należy powiedzieć o ogólnej sytuacji międzynarodowej głównie na kierunku moskiewskim, osmańskim i szwedzkim. Zajmijmy się najpierw Portą Ottomańską. W 1533 r. pomiędzy Królestwem Polski i Imperium Osmańskim zawarty został trwały układ pokojowy, podpisany w Konstantynopolu przez polskiego posła Piotra Opalińskiego (występującego w imieniu króla Zygmunta I), oraz sułtana Sulejmana Wspaniałego. Pokój ten zawarty został początkowo na okres życia obu monarchów (Sulejman nie zgodził się przedłużyć go również na czas panowania swych następców, twierdząc że oni sami zadecydują "czy pójdą w ślady ojców"), ale bez wątpienia ogromną rolę w jego zawarciu odegrały dwie kobiety: polska branka z Rohatyna - sułtanka Roksolana/Hurrem, oraz królowa Bona Sforza, która dążyła do jak największego osłabienia pozycji Habsburgów (zarówno hiszpańskich, którzy najechali i złupili jej włoskie księstwo - Bari, jak i tych austriackich). Nie oznaczało to jednak zakończenia najazdów tatarskich na ziemie polskie. Najazdy tatarskie był podejmowane następnie w latach 1533, 1534, 1537, 1538, 1540 i 1541. Były to jednak stosunkowo wyprawy stosunkowo nieliczne (w porównaniu z latami wcześniejszymi), i w większości kończył się one klęską Tatarów (jedynie w 1541 r. pomimo klęski pod Winnicą, Tatarzy zdołali uprowadzić na Krym ok. 1000 osób jasyru). 

Nie obyło się również bez polskich wypraw odwetowych i tak w 1545 r. oddziały kozaków zaporoskich pod wodzą starosty barskiego Bernarda Pretwicza (i kilku innych polskich możnowładców kresowych), napada na tureckie miasto Oczaków, który zostaje zdobyty i spalony. Turcy ostro protestują w tej sprawie, gorząc wojną, lecz szybko dochodzi do zażegnania konfliktu, gdy królowa Bona (porozumiawszy się listownie z Hurrem), deklaruje wynagrodzenie sułtanowi poniesionych strat i z własnych środków wypłaca Sulejmanowi 155 100 asprów. W kolejnych latach, praktycznie rok w rok dochodziło do kolejnych najazdów tatarskich na ziemie Rzeczypospolitej i rzadszych polskich wypraw odwetowych na Krym, jednak dopiero z końcem XVI wieku zaistniał prawdziwy powód do realnego (symbolicznie wygasł on wraz ze śmiercią Sulejmana Wspaniałego w 1566 r.) zerwania układu pokojowego z 1533 r. W 1595 r. wybuchła nawet mała wojna polsko-turecka o Mołdawię (którą Turcy zamierzali bezpośrednio wcielić do swego imperium). Polacy rozpoczęli kontrakcję 27 sierpnia i 3 września zajęły stolicę Mołdawii - Jassy, osadzając na tamtejszym tronie wychowanego w Polsce - Jeremiego Mohyłę, który uznał Mołdawię za... prowincję Królestwa Polskiego. Sułtan Mehmed III wysłał wówczas Tatarów pod wodzą samego chana Gazi II Gireja. 20 października ok. 25 000 armia tatarska poniosła całkowitą klęskę w bitwie pod Cecorą, z rąk hetmana wielkiego koronnego - Jana Zamojskiego (7 300 żołnierzy). 21 października podpisano pokój, na mocy którego Turcja i Tatarzy uznawali władzę Rzeczypospolitej w Mołdawii. Po zawarciu pokoju Zamojski miał wrócić do kraju (pozostawiając w Mołdawii 10 chorągwi jazdy pod dowództwem starosty kamienieckiego Jana Potockiego), ale im do tego doszło, postanowił ruszyć na południe i... zdobył Wołoszczyznę (dzisiejsza Rumunia), gdzie osadził na tronie Szymona Mohyłę, ale po wycofaniu się stamtąd Polaków, władzę odzyskał dotychczasowy hospodar Michał Waleczny. 

Michał Waleczny w 1599 r. opanował księstwo Siedmiogrodu, a 16 maja 1600 r. pokonał pod Suczawą, wojska Jeremiego Mohyły (Polacy wycofali się z Mołdawii w 1599 r. z powodu opóźnień w wypłacaniu żołdu, wcześniej, w grudniu 1598 r. Potocki rozbił jeszcze siły tatarsko-siedmiogrodzkie pod Suczawą, walcząc w osamotnieniu i dysponując jedynie kilkoma tysiącami żołnierzy, podczas gdy wojska mołdawskie Mohyły, mające ubezpieczać Polaków, po prostu uciekły). We wrześniu 1600 r. hetman Zamojski zjawił się więc ponownie w Mołdawii, prowadząc dużą siłę ok. 21 000 żołnierzy. Przy takiej liczbie wojska, siły Rzeczypospolitej były praktycznie nie do zatrzymania (biorąc pod uwagę że rozbijano 20-30 tysięczne armie, dysponując zaledwie kilkoma tysiącami żołnierzy). Najpierw więc rozbito siły Baby Nowaka, jednego z wodzów Michała Walecznego, grasującego na Pokuciu, następnie zajęto Suczawę (21 września). Przywrócono na tron Jeremiego Mohyłę. Tymczasem Michał Waleczny, dysponujący siłą ok. 40 000 ludzi, cofał się w kierunku Siedmiogrodu, ścigany przez... 7 000 oddział Jakuba Potockiego. 12 października pod Naieni na Wołoszczyźnie, doszło do bitwy z przednią strażą wojsk Michała Walecznego, pod wodzą Baby Nowaka, która po tej bitwie przestała istnieć. Od tej chwili siły Walecznego zmniejszyły się do 16 000, co oznaczało że nie tylko utracił on Mołdawię, Siedmiogród ale również własne państwo - Wołoszczyznę, gdyż z taką siłą nie mógł on nawet marzyć o zwycięstwie nad 20 000 armią polską. I tak też się stało, 20 października doszło do bitwy nad rzeką Telezyną (zwana również bitwą pod Bukową) w wyniku którego wojsko Michała Walecznego przestało istnieć, a on sam musiał się ratować ucieczką. Utracił wszystkie trzy kraje, które stały się lennami Rzeczypospolitej (Mołdawia ponownie została uznana za polskie województwo). W 1602 r. Polacy opuścili Mołdawię, ponieważ sejm znów zwlekał z nowymi podatkami na wojsko i żołd przestał przychodzić.

Jako ciekawostkę mogę przytoczyć "ofertę", jaką wystosował w 1590 r. turecki wysłannik Sinan Pasza, który będąc tego roku w Krakowie, zażądał od Rzeczpospolitej haraczu albo przyjęcia islamu. Doprawdy, przedziwna propozycja "nie do odrzucenia", ale naturalna, jeśli idzie o turecką dyplomację tego i późniejszych okresów, jak bowiem pisze Józef Sękowski: "Ten śmieszny obrządek, wymyślony przez ciemnych teologów, którzy dość niezgrabnie ludzkiemi być chcieli, głęboko jest wrażony w umysły hardych Osmanów, nie umiejących mierzyć sił nieprzyjaciela, i dlatego lekkomyślnie gardzących niemi". W kolejnych latach znów wyprawiali się Polacy "na Multan" (czyli do Mołdawii i krajów na północ od Dunaju), a Kozacy grabili miasta Morza Czarnego, z czego ciekawym jest zdobycie Synopy (zwanej wówczas "miastem kochanków") w sierpniu 1614 r. Kaffy w 1615 r. i przedmieść Konstantynopola w 1615 i 1617 r.  . Kozacy Zaporoscy, namówieni do ataku przez zbiegłych do Rzeczpospolitej byłych osmańskich niewolników, zdobyli twierdzę i spalili całe miasto, biorąc w niewolę rodziny tureckich wielmożów, wraz z ich haremami. Podobnie miało to miejsce w latach 1615 i 1616-1617 gdy sułtan Ahmed I i sułtanka Kosem, obserwowali bezradnie dwa płonące porty w Konstantynopolu, zaś w 1617 r. musiano ewakuować cały pałac, wraz z haremem, obawiając się aby nie wpadł w ręce Kozaków, którzy ponownie grabili przedmieścia i palili okręty w portach stolicy Imperium Osmańskiego. Aby nie doprowadzać do wojny obu państw, 23 września 1617 r. w obozie w Buszy nad Dniestrem, doszło do podpisania kolejnego pokoju pomiędzy Rzeczpospolitą a Turcją Osmańską, podpisanego przez hetmana Stanisława Żółkiewskiego i Iskandera Paszę. Polska godziła się oddać Mołdawię pod zwierzchność Turcji, oraz zakazań Kozakom rabunkowych wypraw na wybrzeża Morza Czarnego, zaś Turcy mieli tak samo poskromić Tatarów przed ich wyprawami na ziemie Ukrainy i Wołynia.




Wojna jednak i tak wisiała na włosku i wybuchła z całą pełnią w 1620 r. Był to też pierwszy od 1533 r. tak wielki konflikt polsko-turecki, angażujący bezpośrednio siły obu tych państw (wcześniej bowiem walczono głównie przeciwko Tatarom lub Wołochom, a Turcy przeciw Kozakom). Bowiem w 1618 r. wybuchła w Niemczech wojna religijna pomiędzy Ligą Katolicką a Unią Protestancką. Rzeczpospolita co prawda nie weszła bezpośrednio do tego konfliktu, ale król Zygmunt III (sam gorący katolik), wspierał stronę cesarsko-katolicką, czyli Habsburgów austriackich. Czynił tak, nie tylko jako Król Polski i Wielki Książę Litewski, ale również jako Król Szwecji (którym oficjalnie był od 1592 r., choć w 1599 r. szwedzki parlament pozbawił go korony, mimo to wciąż się uważał za prawowitego króla Szwecji). Szwedzi natomiast, z ich królem Gustawem II Adolfem, wsparli protestantów. Protestantów wspierał również władca Siedmiogrodu - Gabor Bethlen, który zdobył władzę w tym księstwie, po upadku dynastii (1613 r.) miłych w Polsce Batorych, których zdradził. Poza tym w senacie Rzeczypospolitej dominowali wówczas katolicy (protestanci byli w dużej mniejszości), stąd nic dziwnego, gdy w lutym 1619 r. na sejm do Polski przybył poseł cesarza rzymskiego (austriackiego) hrabia Altheim, prosząc w imieniu swego władcy o wsparcie Rzeczypospolitej i jej króla. "Wsparcia i macierzystej opieki króla polskiego" błagał również biskup wrocławski arcyksiążę Karol. Sejm odmówił jednak włączenia się Rzeczpospolitej do tej wojny, jednocześnie zezwalając (pod wpływem króla Zygmunta III), na prowadzenie zaciągów wojskowych w Polsce przez wysłanników cesarza. Król szczególnie ofiarował Habsburgom oddziały Lisowczyków (których pragnął się pozbyć, jako że była to formacja, która nie otrzymywała żołdu, za to utrzymywała się sama z tego, co zdobyła na wrogu, zresztą grabienie swoich też im nie przeszkadzało). Warto na moment zatrzymać się nad tą formacją i powiedzieć o nich kilka słów.

Kim byli Lisowczycy? Mówiąc o tej quazi pirackiej formacji wojskowej musimy coś wyjaśnić (pirackiej formacji która w swoim czasie nie należała do rzadkości, w Europie XVI - XVII wieku istniały nawet państwa pirackie, i to nie na morzach karaibskim, czy śródziemnym, lecz blisko granic polskich. Takim pirackim państwem byli np. Tatarzy. Chanat Tatarski istniał tylko w jednym celu - by zdobywać łupy. Tam nie chodziło o podbój danego obszaru czy państwa, tam chodziło przede wszystkim o zdobycie jasyru, złota, kosztowności i innych dóbr. To było pirackie państwo lądowe, z którym armia Rzeczypospolitej wojowała i wygrywała na przestrzeni dziejów. Również szkockie klany, były oddziałami przestępczymi, które dopuszczały się ogromnych zbrodni. Był to jeden z powodów dla których Anglicy nie chcieli unii personalnej ze Szkocją, o unii realnej nawet nie wspominano. Anglicy obawiali się że szlachta szkocka "rozpanoszy się po Londynie", jak również nie chcieli dzielić się z nimi swymi uprawnieniami parlamentarnymi. Oto jakie argumenty na początku XVII stulecia przytaczano by przeciwdziałać unii ze Szkocją: "Jeśli przyznamy im nasze swobody, to zlecą się do nas jak bydło do zielonej paszy (...), czego świadectwem jest mnogość Szkotów w Polsce". Cóż Rzeczpospolita wówczas była prawdziwym domem, dla wszystkich wygnanych i szukających schronienia osób w Europie, zaś owa niechęć angielsko-szkocka, była tak silna, że dopiero w ponad sto lat później (1707 r.), udało się stworzyć unię realną tych państw - Wielką Brytanię. Bardzo długo więc biało-czerwona róża Tudorów, nie chciała się zespolić z zielono-różowym ostem Stuartów).

Z Lisowczykami był zawsze jeden problem - nie było wiadomo co właściwie z nimi zrobić. Byli niezbędni na czas wojny, ich ataki, często decydowały o pokonaniu przeciwnika w mniejszych potyczkach. Przydatni byli też w zdobywaniu miast. Problem z nimi zaczynał się po zakończonej wojnie. To była bowiem formacja, dla której pokój mógł w ogóle nie istnieć - oni żyli z wojaczki. Wojaczka była ich życiem. Jeśli zabrakło wroga zewnętrznego, znajdowali sobie "wroga" wewnątrz państwa. Ich ataki na wsie i małe miasteczka, kończyły się zbiorową rzezią mieszkańców. Dlatego też, by pozbyć się ich z kraju, "wypożyczano" ich innym władcom, których państwa znajdowały się akurat w stanie wojny z państwem trzecim. Lisowczycy byli nie do zatrzymania dla wrogów (zresztą nie tylko oni, wystarczy wspomnieć inne polskie formacje wojskowe, ze sławną Husarią na czele, Pancernymi czy Dragonami, którzy w 1617 r. pod dowództwem Jana Sicińskiego przez miesiąc całkowicie sparaliżowali Estonię. Szwedzkie oddziały w Estonii, co najmniej 10-krotnie liczniejsze, bały się wychylić za mury twierdz i miast nadbałtyckich. Wszyscy oczekiwali posiłków ze Szwecji, przeciwko...100-osobowemu oddziałowi polskich dragonów). Lisowczycy (i inne polskie formacje wojskowe), grasowały sobie po państwie rosyjskim, jakby byli u siebie, a Jarosz Kleczkowski - wódz Lisowczyków, powiedział w 1620 r. o kampanii moskiewskiej: "Była ochota i do Persji i z tym narodem ku dobrej nachylonym wierze zwarłszy się, dziedzicznemu nieprzyjacielowi imienia naszego, Turczynowi, w oczy zakoliwszy zastąpić" - innymi słowy, Lisowczycy chcieli nawet zaatakować Persję a następnie Turcję Osmańską od strony rosyjskiej, co świadczy że niewiele sobie robili z ewentualnych sił rosyjskich, perskich czy tureckich, jakie przeciwko nim mogły zostać wystawione (Lisowczycy w swych pochodach po Rosji, dotarli zresztą aż do... Morza Białego, będącego częścią Oceanu Arktycznego).

W 1619 r. król Zygmunt III ofiarował więc Lisowczyków na służbę u cesarza rzymskiego (austriackiego) Ferdynanda II Habsburga. W tym czasie Wiedeń był już oblegany przez siły siedmiogrodzkie Gabora Bethlena (było to tzw.: Drugie oblężenie Wiednia, Pierwsze było w 1529 r. za Sulejmana Wspaniałego, a Trzecie w 1683 r. Podczas tych dwóch ostatnich oblężeń, Wiedeń nie został zdobyty tylko dzięki interwencji Polaków). 23 listopada 1619 r. doszło do spotkania sił siedmiogrodzkich (w liczbie 7 000), z 10 000 formacją Lisowczyków. Wynik tego starcia był z góry do przewidzenia, siły Gabora Bethlena zostały doszczętnie rozbite, a on sam musiał pospiesznie zwijać oblężenie Wiednia i wycofać się do Siedmiogrodu. W 1620 r. Lisowczycy dalej byli na służbie cesarskiej, rozbijając w pył protestanckie wojska czeskie (Kromieryż, Prochacice, nad Lubą i wreszcie w bitwie na Białej Górze pod Pragą - 9 listopada 1620 r.), doprowadzając do całkowitej pacyfikacji protestantów w Czechach (doszło wówczas do ogromnej hekatomby w historii Czech, bowiem ludne i bogate królestwo, pozostające co prawda pod rządami dynastii Habsburgów od 1526 r. ale realnie w dużej mierze niezależne, zostało spacyfikowane i wyludnione z 3 000 000 mieszkańców liczba ludności spadła tam do 800 000. Prawie 600 miast i miasteczek zostało spalonych, podobnie 24 000 wsi, 30 000 szlacheckich rodzin czeskich, musiało uciekać z kraju (w dużej części schronili się oni w Polsce, głównie zaś w Lesznie), a cesarz przywłaszczył sobie ich majątek  na astronomiczną wówczas kwotę 54 000 000 talarów.
 
W tym samym czasie pokonany Gabor Bethlen, poskarżył się sułtanowi na działania Polaków w Czechach i Austrii, co oznaczało zerwanie pokoju w Buszy z 1617 r. Dodatkowo tego samego (1620 r.) doszło do kolejnego ataku Kozaków na tureckie wybrzeża nad Morzem Czarnym i spalenia przez nich Warny (wrzesień), wycinając przy tym kilkaset janczarów i uprowadzając co bogatszych mieszkańców na Ukrainę. Młody sułtan - Osman II wpadł w furię i ostro zbeształ polskiego posła Hieronima Otwinowskiego, wysłanego do Konstantynopola, w celu wytłumaczenia się z ataku i zażegnania ewentualnej wojny. Sułtan żądał wyjaśnień, dlaczego doszło do ataku, skoro Rzeczpospolita w pokoju buszy zobowiązała się do powstrzymywania i kontrolowania kozackich zapędów? Otwinowski próbował się bronić, mówiąc że w 1618 r. doszło do ataku Tatarów na Podole (zabijając Jana Zamojskiego, który z kilkunastoma sługami jechał ze Lwowa do swych majątków nad Dniestrem (jego żona i córki schowały się przed Tatarami w gęstej trzcinie, co je uratowało i nie zostały wzięte w jasyr). Nim jednak na ratunek przybyli hetman polny Stanisław Koniecpolski i Jan Zamojski (syn zabitego), Tatarzy odeszli, uprowadzając z 1000 ludzi w jasyr. Ta opieszałość i brak skoordynowania sił, spowodowały że hetman Stanisław Żółkiewski musiał się z tego gęsto tłumaczyć na sejmie w styczniu 1619 r. a nawet poprosił króla aby przyjął jego dymisję z urzędu hetmana wielkiego koronnego, na co król nie wyraził zgody.




Tymczasem hospodar mołdawski (oficjalnie lennik Turcji Osmańskiej) Gaspar Graziani, poinformował listownie hetmana Żółkiewskiego, o antypolskich knowaniach Gabora Bethlena w Konstantynopolu. Graziani poinformował również, że bejlerbej Rumelii, z okolicznych sandżaków gromadzi Tatarów Akermańskich przeciwko Polsce. Sprawa ta się jednak wydała i sułtan postanowił obalić Grazianiego, ale wówczas z odsieczą postanowił mu przyjść hetman Żółkiewski. Kierując się nie tyle polityką, co raczej lojalnością i honorem (uważał że Rzeczpospolita powinna chronić człowieka, który świadczył na Jej korzyść), przekonał króla do interwencji wojskowej w Mołdawii (co było równoznaczne z wybuchem wojny z Turcją i zerwaniem pokoju z Buszy). Hetman Żółkiewski gromadził swe siły w twierdzy Bar (miasto to zostało założone jeszcze za czasów królowej Bony Sforzy, na pamiątkę jej rodzinnego włoskiego księstwa - Bari). Zgromadził jednak tylko 6 000 jazdy i 2 000 piechoty. Wojsko to przeprawiło się przez graniczną rzekę Dniestr w dniach 3 i 4 września 1620 r. i weszło do Mołdawii. 5 września rozbito obóz nad rzeką Kajnarą (hospodar wołoski - Gracjan obiecał wysłać 15 000 żołnierzy, jednak realnie do polskiego obozu dotarło jedynie 600 Wołochów - 7 września). 9 września wojsko ruszył dalej kierując się ku Jassom, drogą prowadzącą na Cecorę. 12 września dotarli do starych okopów polskich hetmana Zamojskiego sprzed 25 lat (z czasów pierwszej wyprawy na Mołdawię z 1595 r.), Żółkiewski kazał je odbudować i podwyższyć. Zaczęła jednak szwankować zarówno służba wywiadowcza (wysłani na zwiad Lisowczycy, przywieźli tylko kilka uciętych głów, miast jakichś pochwyconych informatorów), oraz karność (obecni w obozie wielcy panowie, zaczęli szeptać przeciwko hetmanowi, twierdząc że wyprawa ta jest niepotrzebna i że trzeba wracać do domu).

17 września w rejonie wsi Cecora, napotkano siły nieprzyjaciela, najpierw pojawili się Tatarzy pod kałgajem Dewlet-Girejem w sile 30 000, w przeciągu dwóch kolejnych dni siły te zwiększyły się do 100 000, gdy przybył z całą armią bejlerbej silistryjski Iskander Pasza, oraz wojska bejlerbeja Rumelii Jusufa i bejlerbeja Nikopola Sarymsaka Teryjaki oraz mutesaryfa Widynia Chyzyr-baszy (siły te więc wyglądały nastepująco 100 000 Turków i Tatarów przeciwko 8 600 Polaków i Kozaków). Do pierwszego starcia doszło 18 września, było to starcie o tabory, które chcieli przejąć Turcy, jednak uderzenie chorągwi husarskich, zmusiło Turków do ucieczki do ich obozu. Główna bitwa rozpoczęła się 19 września i trwała do 7 października. Była bardzo krwawa i uciążliwa, a trup ścielił się gęsto (polegli rotmistrze chorągwii husarskich Wrzeszcz, Goślicki i Kowalkowski, a Jan Żółkiewski i Łukasz Żółkiewski - syn i synowiec hetmana, odnieśli rany. Dowódca piechoty, Denhof, został poważnie ranny, tak że nie mógł wydawać komend. Mimo to wojsko walczyło dzielnie wobec zalewających ich fal nieprzyjaciół (hetman polny Stanisław Koniecpolski sam zwalił z koni kilkunastu nieprzyjaciół). Widząc jednak że bitwa zamienia się w klęskę, cześć wielkich panów zaczęła uciekać (Korecki, Kalinowski), co jednak im się nie udało (Kalinowski utonął w nurtach Prutu, Korecki poszedł by w jego ślady, ale wyratowano go i z pretensjami do hetmana przemoczony wrócił do obozu - hetman odpowiedział mu jednak "Jam suchy, nie ciecze ze mnie prutowa woda" - co było prztyczkiem do tchórzostwa Koreckiego i jego próby ucieczki z pola bitwy).

Hetman Żółkiewski poprzysiągł że bez względu na wynik bitwy, nie opuści żołnierzy: "Jeśli będziem zwyciężeni, nie miedzy jeńcami, lecz między poległymi mię szukajcie", zdążył też napisać list do żony, w którym znalazły się takie słowa: "Nie turbuj się, choćbym poległ, toż ja stary i na usługi Rzeczypospolitej niezdatny; niech się stanie wola Pana, który sprawi, że syn nasz po ojcu miecz wziąwszy, pomści się krwi jego". Teraz myślano (od 29 września) już tylko o tym, aby wyrwać się z okrążenia, wyprowadziwszy tabor, w środku gromadząc na wozach wszystkich rannych, otoczonym wojskiem gotowym do boju - w dzień walczono, nocą posuwano się w kierunku północnym, ku granicy. Nie było czasu ani odpocząć, ani posilić się, brakowało bowiem nawet wody do picia, co powodowało że wielu padało martwych nie od kuli czy miecza nieprzyjaciela, ale właśnie z głodu i pragnienia, niektórzy też popadli w obłęd. Tabor posuwał się jednak dalej, codziennie tocząc uporczywe walki, ku granicy, która byłaby wybawieniem. 5 października dotarto pod Kobołdę, skąd można było już dostrzec Dniepr, granicę i własną ziemię. Żołnierze na ten widok poczęli samowolnie przeprawiać się przez rzekę, tworząc duże luki w taborze, a hetman Żółkiewski nie był w stanie ich powstrzymać. W luki te zaczął wchodzić nieprzyjaciel co powodowało że większość taboru zostało stracone (rannych Turcy i Tatarzy wymordowali). 7 października, widząc całkowitą klęskę, hetman Żółkiewski przebił mieczem swego konia, na znak że nie zamierza uciekać, ścisnął rękę swego syna, każąc mu uchodzić, a sam dobywszy miecza walczył do czasu, gdy mógł jeszcze ustać, kładąc trupem wielu nieprzyjaciół, gdy upadł, został zadźgany i skonał (miał 73 lata). U jego boku walczyło jeszcze 11 oficerów, którzy również zabili swoje konie, aby walczyć do końca - wszyscy trafili do tureckiej niewoli. Po bitwie Turcy odcięli hetmanowi Żółkiewskiemu głowę, i wysłali ją do Konstantynopola, gdzie została umieszczona... pod sklepieniami sułtańskiego pałacu.

Klęska cecorska wywołał ogromne wrażenie w całym kraju (była nawet porównywana do klęski z 1939 r. i zajęcia kraju przez Niemców i Rosję Sowiecką), pospiesznie zaczęto więc gromadzić siły, szybko wystawiono lekką jazdę i uzbrojono wieśniaków pod wodzą Stanisława Lubomirskiego, który miał opóźniać marsz Turków, aż sejm nie uchwali nowych podatków na armię. Sejm zebrał się 3 listopada pod laską Jakuba Szczawińskiego i uchwalił niezbędne podatki na nową armię - wszyscy byli bowiem pod wrażeniem klęski cecorskiej i ujmy, jaką niosła ona na honorze Rzeczypospolitej. Tymczasem sułtan Osman II był pod wrażeniem zwycięstwa i już snuł plany "połknięcia" Polski, której podbój byłby zaczątkiem upadku cesarstwa rzymskiego, zajęcia Niemiec i całej Europy, oraz zniszczenia chrześcijaństwa. Klęska cecorska wywarła też wielkie wrażenie w Europie, szczególnie zaś w państwach niemieckich, bezpośrednio zagrożonych podbojem tureckim. Cesarz Ferdynand nakazał publiczne modły w kościołach, zwane "dzwonami tureckimi", mające przebłagać Boga i nie dopuścić do podboju tureckiego, w przypadku jednak klęski, był gotowy ukorzyć się przed sułtanem (nazwał się nawet pokornie w liście do Osmana II "synem sułtana" co miało być wyrazem jego podległości). W Polsce zaś obawy były tym większe, że nie wiedziano jak zachowa się Rosja, która w pokoju dywilińskim 3 stycznia 1619 r. utraciła na korzyść rzeczypospolitej, ogromne tereny, podchodzące prawie pod samą Moskwę, poza tym książę polski Władysław, syn króla Zygmunta III używał tytułu cara moskiewskiego, a także korona carska dynastii Rurykowiczów, była przechowywana w królewskim skarbcu na Wawelu w Krakowie - car Michał I Romanow, musiał do swej koronacji w 1613 r. użyć więc nowej korony). Wysłany do Moskwy stolnik oszmiański Aleksander Slizień, wrócił z niczym, nie było więc wiadomo jakie będzie stanowisko Moskwy.

Pod wpływem klęski, w kraju doszło też do pierwszego "gwałtu na majestacie królewskim", gdy chory psychicznie Michał Piekarski z Bieńkowic, uderzył czekanem w plecy i krak, wchodzącego do kościoła króla Zygmunta III - rany okazały się niegroźne, a niedoszłego zabójcę ranił w głowę mieczem królewicz Władysław (potem sąd skazał go na śmierć poprzez rozerwanie końmi, stąd w narodzie przetrwało powiedzenie: "Krzyczeć jak Piekarski na mękach"). Zamach na króla, wywołała jednak powszechne oburzenie - "Nie bywało to nigdy w narodzie naszym!" - miał zapisać miecznik koronny Jan Zebrzydowski. Pospiesznie zaczęto też zbierać wojska, tym bardziej że sułtan również zgromadził ogromną armię, ściągając swe siły z najodleglejszych krain i twierdząc że oto nastąpiła ostateczna rozprawa z chrześcijaństwem. Wysłano poselstwa do Wiednia, Rzymu, Paryża, Londynu i Amsterdamu, chodziło bowiem o przyszłość całego chrześcijaństwa. Wyznaczono też przyszłych dowódców armii - przeciwko Turkom i Tatarom miał dowodzić hetman wielki litewski Jan Karol Chodkiewicz, zaś przeciwko Szwedom (z którymi kończył się rozejm) hetman polny litewski Krzysztof Radziwiłł. Tymczasem sułtan zatknął buńczuk przed swoim pałacem w Konstantynopolu (29 kwietnia 1621 r.), na znak że osobiście zamierza dowodzić zwycięską armią, która podbije Europę. Zgromadzono ogromne siły, cała armia liczyła prawie... 400 000 ludzi, do tego 115 ogromnych armat i 260 mniejszych, 10 000 wielbłądów, 20 000 bawołów, cztery słonie, które niosły namioty sułtańskie, król Zygmunt III w liście do papieża Grzegorza XV pisał: "Jeszcze nigdy takiej siły nie widziała Europa, ani też podobnej wojny nie sięga pamięć ludzka".




W Polsce spodziewano się, że przybędą oddziały mające dopomóc w walce z muzułmanami, ale... żadna pomoc nie dotarła. Papież przysłał tylko poświęconą chorągiew i 20 000 złotych zasiłku. Cesarz zaś, zabronił nawet przeprowadzania zaciągów wojskowych dla Rzeczpospolitej na swoich ziemiach, gdyż obawiał się aby nie rozgniewać tym sułtana i nie sprowokować najazdu na Rzeszę. Król Anglii - Jakub I Stuart, obiecał jedynie nakłonić Szwecję do kolejnego rozejmu i zezwolić na pobór w Anglii 5 000 żołnierzy na jego koszt (pod warunkiem aby Polacy sami ich sobie zwerbowali), Francuzi w ogóle żadnego wsparcia nie obiecali, zaś arcyksiążę Flandrii Albert, wysłał do Polski rynsztunek wojenny na kilka tysięcy żołnierzy. Pod Lwowem zaczęto gromadzić armię, która miała liczyć początkowo 60 000 żołnierzy, ale realnie udało się zebrać ok. 35 000 (wielcy panowie Ostrogscy, Czartoryscy, Radziwiłłowie, Sieniawscy, Zamojscy, Sobiescy, Potoccy, Wołuccy i inni - zjeżdżali się pod Lwów bardzo opieszale, prowadząc nieliczne chorągwie). Zgromadzono też 28 armat, ale wkrótce wybuchła "afera prochowa", bowiem okazało się że kule do armat były za lekkie, a proch w dużej części zamoczony, innymi słowy dostawcy tych materiałów dopuścili się oszustwa. Tymczasem sułtan Osman II 7 czerwca 1621 r. wyjechał z Adrianopola, kierując się ku granicy nad Dniestrem. Prowadził ze sobą ogromną potęgę swych poddanych z Europy, Azji i Afryki, gdy jednak doniesiono hetmanowi Chodkiewiczowi o ogromie sił nieprzyjaciela, ten dobył tylko własnej szabli i powiedział: "Ta ich policzy". W dniach 8-16 sierpnia Wojsko Polskie przekroczyło Dniestr i wkroczyło do przygranicznej twierdzy - Chocim. 1 września przybył tam również ataman Kozaków Zaporoskich Piotr Konaszewicz-Sahajdaczny (bodajże jeden z największych kozackich wodzów w Rzeczypospolitej), prowadząc ze sobą 30 000 Kozaków. Zaś 2 września "Zawitał dzień pamiętny dla wszystkiej potomności" - ukazały się bowiem na horyzoncie niezliczone oddziały turecko-tatarsko-egipsko-syryjsko-mezopotamskie sułtana Osmana II.

Hetman Chodkiewicz przemówił do żołnierzy tymi słowy: "...nie o to już chodzi, czy Wołoszczyzna będzie naszą: na naszych prawicach leży zdrowie i nadzieja całej pospolitej rzeczy (...) zasużym się królewskiemu majestatowi i tej sławnej Rzeczypospolitej, albo pomrzemy na Jej całość. (...) Co do mnie (...) jedno mi tylko już pozostaje życzenie, abym życie w obronie kraju położył. Na dane hasło uderzmy zatem na wroga Polacy i Litwini, pomni na pradziadowską chwałę. A ty święta sprawiedliwości potęgo, przez którą królowie i wodzowie panują i zwyciężają, dodaj nam siły; ty, Boże! wstrzymaj pomstę za grzechy nasze; wymierz karę nad niesprawiedliwymi, niech pozna pogaństwo, żeś Bogiem i obrońcą naszym". Wielu się wówczas wyspowiadało przed kapłanami różnych obrządków a następnie odśpiewano Bogarodzicę. Sułtan Osman II pewny łatwego zwycięstwa, bowiem różnica sił była ogromna, postanowił że nie weźmie pokarmu do ust, nim wszystkich "zuchwalców" którzy ośmielili się wystąpić przeciwko niemu, nie rozbije i jeszcze tego samego dnia 2 września nakazał swej armii przystąpić do szturmu. Po całodziennej krwawej walce, pole usiane było trupami nieprzyjaciół, poległ też pasza Sylistrii. Pierwszy szturm zakończył się turecką porażką. 3 września Turcy przesunęli obóz swój bliżej twierdzy i pod Chocimiem rozłożyło się nieprzepastne miasto namiotów, a wśród nich największy, niczym prawdziwy pałac - namiot sułtański z półksiężycem i przylegająca doń wysoka wieża. 3 września do obozu przedarł się również królewicz Władysław, z częścią oddziałów, którego wcześniej choroba ścięła z nóg i miast w polu, przebywał w łożu. Chodkiewicz podzielił obronę w sposób następujący: lewe skrzydło objął osobiście wraz z Litwinami, na prawym stanęli Polacy pod Lubomirskim, zaś królewicz Władysław i cześć oddziałów polskich, węgierskich i niemieckich zajęła środek. Kozacy zaś stacjonowali poza obozem, ukryci wśród drzew i krzewów.

W ciągu dwudziestu następnych dni odpierano kolejne szturmy tureckie (z czego najsilniejsze były przeprowadzone w dniach 3, 4, 9 września), 9 września Turcy zauważyli słaby punkt w obronie, koło bramy przy szańcu hetmana polnego. W sile 20 000 uderzyli więc w tym kierunku pod osłoną nocy i wybili ze stu żołnierzy, praktycznie pogrążonych we śnie pod wodzą rotmistrzów Życzewskiego i Sładkowskiego, nim nie ściągnięto czterech chorągwi husarskich pod osobistym dowództwem hetmana Chodkiewicza i wypchnięto Turków z obozu, nim przybyły posiłki Lubomirskiego. O sile tego ataku, niech świadczy fakt, że kasztelan płocki - Zenowicz, który osobiście walczył w pierwszym szeregu, odniósł aż... 22 rany zmarł rankiem dnia następnego). Wśród Turków jednak straty był ogromne (kilka tysięcy), poległo też dwóch paszów. Polacy i Litwini, choć posiadając tylko 28 armat i to mniejszego kalibru, strzelali jednak znacznie celniej od Turków, powodując tym większe straty w obozie nieprzyjaciół. Miano też przeprowadzić wypad na obóz turecki (w nocy z 12-13 września), ale wtedy właśnie spadł rzęsisty deszcz co spowodowało że pozamakały samopały, przez co odwołano wypad. 15 września Turcy przypuścili szturm największy (Karakasz Pasza przyprowadził dodatkowe 70 000 wojska). Do obrony stanęli wszyscy, łącznie z hetmanem Chodkiewiczem i królewiczem Władysławem (stojącym ze swym oddziałem przy bramie twierdzy). "Poczęła się bitwa okrutna", aż do chwili gdy Karakasz Pasza, prowadząc swe oddziały, nie spadł z konia, trafiony w głowę kulą wystrzeloną z samopału. Szturm wówczas ustał a Turcy powrócili do swego obozu. W nocy z 18 na 19 września ok. 10 000 Kozaków Zaporoskich podjęło atak na obóz turecki. Zniesiono przednie straże, zniszczono obóz Kantemira Paszy, zdobyto czerwoną chorągiew ze złotą skofią, łańcuch i regresy wojskowe Kantemira Paszy. Rozpędzono również 30 wielbłądów i 200 koni.




Tymczasem Turcy grabili okoliczne tereny i ściągali jasyr pod twierdze, aby na oczach obrońców masakrować mężczyzn i gwałcić kobiety wzięte w niewolę. W obozie polskim zaś zaczęło brakować amunicji, a także prowiantu i wody. Do tego w tych właśnie dniach bardzo poważnie rozchorował się sam hetman Chodkiewicz, do tego stopnia że nie mógł realnie dowodzić obroną. Widząc własną niemoc, oraz obawiając się o osobę królewicza Władysława, którego poprzysiągł chronić, zaproponował opuszczenie twierdzy i wymarsz za Dniestr. Zebrani jednak odpowiedzieli że wolą bić się do upadłego, niż uciekać. 21 września królewicz Władysław zebrał dowódców na naradę, postanowiono zmniejszyć linię obrony, adekwatnie do strat poniesionych przez obrońców i wysłać wiadomość do króla o sytuacji. 24 września nad ranem, na Zamku chocimskim po ciężkiej chorobie zmarł hetman Jan Karol Chodkiewicz - miał 61 lat. Ten fakt jednak postanowiono utajnić, aby nie powodować wśród wojska upadku morale, związanego ze śmiercią wodza. Sprawa jednak bardzo szybko się wydała, a wiadomość o śmierci Chodkiewicza przedostała się również do Turków, którzy postanowili wykorzystać okazję i przeprowadzić kolejny szturm. 28 września przeprowadzono kolejny wielki szturm, przy kanonadzie armatniej, do boju ruszyli Janczarzy i Spahowie. Rowami przedarli się do obozu Kozaków i Lisowczyków. Wysłano im na odsiecz piechotę (w tym kilkuset Szkotów ze straży przybocznej królewicza Władysława). Bitwa zakończyła się kolejną klęską Turków, którzy zostali wyparci i musieli powrócić do swego obozu.




Sprawa jednak wyglądała dramatycznie, w polskim obozie pozostała bowiem już tylko... jedna beczka prochu, gdyby więc Turcy przeprowadzili kolejny szturm, nie byłoby czym ich odeprzeć. Turcy już jednak nie ponowili kolejnego ataku, gdyż straty ich były ogromne (prawie 100 000 poległych). Sułtan był zły, ale przystał na propozycję rozejmu, wystosowaną ze strony polskiej. 9 października 1621 r. uzgodniono ostateczny kształt ugody (ze strony polskiej negocjowali Jakub Sobieski - ojciec przyszłego króla Jana III Sobieskiego, pogromcy Turków pod Wiedniem w 1683 r. oraz Stanisław Żórawiński kasztelan bełski - ze strony tureckiej zaś wielki wezyr, sędziwy Dilawer Pasza). Turcy 10 października wycofali się spod twierdzy (co świadczyło o ich klęsce), a po trzech dniach dopiero (12 października) obóz opuścili Polacy, Litwini i Kozacy. Wojsko to jednak przypominało obraz nędzy i rozpaczy, bardziej podobne było do żywych trupów niż do jakichkolwiek ludzkich postaci. Po stronie polsko-litewskiej poległo ok. 15 000 żołnierzy, lecz pozostałe wojsko nie nadawało się już do wojaczki. Zawarty rozejm okazał się trwałym pokojem, Turcy bowiem, pod wrażeniem oporu obrońców spod Chocimia, nie odważyli się już wystąpić zbrojnie przeciwko Rzeczypospolitej, przez kolejne dziesięciolecia (w 1633 r. doszło do niewielkiej wojny, zresztą zwycięskiej dla Rzeczypospolitej). Podobnie cała Europa zaczęła mówić o Polakach, jako obrońcach chrześcijaństwa, do Warszawy zaś zaczęły płynąć listy gratulacyjne, papież Grzegorz XV ustanowił dzień 10 października dniem świętym, na pamiątkę obrony Chocimia, a we Florencji z inspiracji Medyceuszy, wystawiono posąg zmarłego wodza Jana Karola Chodkiewicza, który wysłano wdowie. Stanął on w majątku Chodkiewiczów w Ostrogu.


OSMAN II



Natomiast sułtan Osman II wkrótce potem (20 maja 1622 r.) został zamordowany przez zbuntowanych janczarów. W chwili śmierci nie miał nawet 18 lat. Wkrótce potem (po krótkich rządach niedorozwiniętego umysłowo Mustafy I, władzę nad Imperium Osmańskim przejął w 1623 r. syn sułtanki Kosem - Murad IV (o którym pisałem już kiedyś, że lubował się w strzelaniu z pistoletu ponad głowami swych kobiet z haremu, zmuszając je do zanurkowania w basenie. Wiele kobiet przez to się potopiło, kilka zginęło od kul swego sułtana). W każdym razie po 1621 r. Turcy nie mogli już marzyć, aby kiedykolwiek jeszcze próbować "połknąć" Polskę. Poświęcenie dwóch wielkich hetmanów i innych oficerów i żołnierzy, zaowocowało podkreśleniem polskiej wyjątkowości wojskowej i utrzymaniem mocarstwowości regionalnej, choć musiano zrezygnować z Mołdawii na korzyść Osmanów.                                 



CDN.
       

wtorek, 12 grudnia 2017

FARMAZONY ATAKUJĄ!

CZY JEST NA SALI LEKARZ?





W zasadzie temat, który teraz podejmuję, nie powinien się pojawić, bo nie zwykłem zajmować się nie tylko politycznym planktonem, ale również (najprawdopodobniej) ludźmi o widocznych zaburzeniach umysłowych. Mam tutaj oczywiście na myśli "totalną opozycję", która z każdym kolejnym dniem kompromituje się coraz bardziej (jeśli można sięgnąć dna, to myślę że oni już dawno przez to dno się przebili i kopią dalej). Jak bowiem można traktować ludzi, którzy nie mają żadnego, totalnie ŻADNEGO pomysłu na przekonanie Polaków do swoich racji politycznych i zaprezentowanie jakichkolwiek reform, które przyciągnęłyby do nich elektorat centrowy. Nic, totalne zero pomysłów, planów, programów - NIC! Pustka intelektualna, moralna i duchowa. Przy takiej opozycji w zasadzie Prawo i Sprawiedliwość może rządzić latami, jeśli nie przez dekady, bo nie ma realnej alternatywy. Jest to według mnie sytuacja patologiczna, bowiem każda partia rządząca musi czuć za sobą oddech opozycji, która realnie może odebrać jej władzę. W dzisiejszej sytuacji politycznej w Polsce, realnie opozycja nie istnieje. To znaczy istnieje, ale to nie jest opozycja, z którą jakikolwiek inteligentny człowiek chciałby mieć coś wspólnego. Totalne wyjałowienie, totalna apatia umysłowa, ci ludzie nie mają żadnych programów, nic co można by traktować poważnie. 

Jedyne czego chcą to (jak mówiła Agnieszka Holland) "żeby było tak jak było", czyli jak? Żeby Polska znów zamieniła się w kraj teoretyczny, nie posiadający ani własnego przemysłu, ani stoczni, ani kopalni, ani własnej prasy, ani własnych mediów i tylko realizująca dyrektywy płynące bezpośrednio z Berlina Brukseli, czy innych stolic. Chcą powrotu Polski, w której wywiad rosyjski grasował sobie przez lata (od 2012-2015 r.) zupełnie legalnie, na zaproszenie... szefostwa polskiego wywiadu, mianowanego przez byłego (na szczęście już) premiera Donalda Tuska? Tak, choć to co piszę jest wprost nieprawdopodobne, to przez trzy lata (w ramach "Akcji Wołga"), wywiad rosyjski, zupełnie legalnie zdobywał informacje i pozyskiwał wiedzę na temat naszego kontrwywiadu, właśnie na odcinku rosyjskim. Kiedyś może napiszę o tym więcej, na razie jednak jest jeszcze na to za wcześnie. Ale powiem tak, to już nawet nie jest patologia, to jest ZDRADA! To jest ZDRADA! Takich ludzi, jak aresztowany niedawno generał Piotr Pytel, który stał na czele SKW (Służby Kontrwywiadu Wojskowego), i który pił wódkę z Rosjanami w Obwodzie Kaliningradzkim, a potem zapraszał ich na "szkolenia" do Polski - powinien ponieść karę. Jeśli piszę "karę" to nie mam wcale na myśli kary więzienia, tylko karę najwyższą, bowiem nie ma żadnej litości dla zdrajców (nawet jeśli okazaliby się tylko głupcami). Nie znajduję na opisanie takich ludzi słów innych niż "śmierdzące bydlę", "zdradzieckie śmierdzące bydlę", nie chciałbym nawet takiemu człowiekowi splunąć w twarz, bo uważam to za zwykłą pieszczotę dla takiego indywiduum.


"JESTEŚ ŁOTR, ŁAJDAK I ŚMIERDZĄCE BYDLE, SKOŃCZONE ŚMIERDZĄCE BYDLE. STARCZY, CZY MAM CI JESZCZE W OCZY PLUNĄĆ?"

TAK TYLKO POWINNO SIĘ ROZMAWIAĆ ZE ZDRAJCAMI OJCZYZNY



Proces odradzania się polskiej armii, która przez ostatnie lata doprowadzona była na skraj totalnego upadku (jedyną realnie sprawną formacją Wojska Polskiego, która jeszcze funkcjonowała sprawnie była... kapela wojskowa). I co, nie ma winnych - NIE MA WINNYCH? Spraszanie tutaj rosyjskich agentów i picie wódki z rosyjskimi "tawariszami" to było pewnie "budowanie siły polskiej armii" tak? Brak mi słów, naprawdę, nie chciałbym się tutaj wyrażać w jakiś sposób wulgarnie, bo przecież nie oto chodzi, aby ubliżać - ale naprawdę, jak można trzymać nerwy na wodzy, gdy się słyszy i widzi coś takiego. Na każdym etapie i w każdej dziedzinie przez ostatnie osiem lat (2007-2015) "państwo polskie było tylko teoretyczne", jak wyraził się nagrany (w lipcu 2013 r.) w restauracji "Sowa & Przyjaciele", szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych - Bartłomiej Sienkiewicz. I za to wszystko odpowiadali konkretni ludzie, konkretne osoby. Ja dziś mam ogromne pretensje do PiS-u za jego ślamazarność w rozliczaniu patologii poprzedniej władzy (bowiem każda patologia musi być napiętnowana i rozliczona, a już szczególnie taka, która godzi w żywotne interesy państwa). Dlaczego aneks do raportu WSI (tej komunistycznej, ruskiej jaczejki, która przetrwała jako czyrak na ciele Polski aż do 2006 r. a i dziś ludzie ją tworzący, są politycznie wpływowi), wciąż pozostaje tajny? Dlaczego nic nie zrobiono (a przynajmniej bardzo mało) w kwestii rządowego audytu z początku 2016 r. Dlaczego ludzie, którzy mieli jakiekolwiek związki z Moskwą i poprzednim systemem, wciąż pełnią taką czy inną rolę w polityce lub w wojsku? Dlaczego patologii nie nazywamy patologią? Dlaczego pozwalamy się tak upokarzać? 

Owszem, obóz tzw.: "totalnej opozycji" (którą tworzą lub do której przykleili się jak do mateczki, wszelkiej maści polityczne kreatury poprzedniego, komunistycznego ustroju), to dziś już margines społeczny (wystarczy obejrzeć te wszystkie spędy KOD-u czy Obywateli PRL, aby uświadomić sobie że przychodzi na nie już coraz mniejsza liczba wiernych "bojowników o wolność i demokrację", bo nikt normalny, kto albo realnie nie jest zainteresowany w utrzymaniu poprzedniego systemu patologii, albo też jest zwykłym lewicowym bałwanem, który realnie myśli że w Polsce "nie ma demokracji i wolności słowa", choć on sam może sobie wykrzykiwać na ulicach co chce, obrzucać rządowe auta jajkami i wykazywać się wzrastającą agresją, przy zupełnej bierności policji, gdzie w każdym normalnym kraju, taki osobnik byłby po prostu rzucony na ziemię przez policję i brutalnie spałowany, a u nas nic. Jeszcze mają pretensje że policja ośmiela się spisywać nazwiska najbardziej radykalnie nastawionych bojówkarzy - no rzeczywiście, totalny upadek demokracji i państwo totalitarne niczym Korea Północna. Brak mi słów, bo piszę ten post już późno w nocy i nie będę się teraz specjalnie rozpisywał, wystarczy tylko przyjrzeć się tym wszystkim ludziom, zwolennikom totalnej opozycji i powrotu "państwa teoretycznego", aby zauważyć że wraz ze zmniejszającą się ich liczbą, rośnie jednocześnie poziom ich agresji. Ataki na dziennikarzy, którzy próbują przeprowadzić wywiad, obrażanie policjantów, rozbijanie namiotów przed Pałacem Prezydenckim, i widoczne próby sprowokowania jakichkolwiek ekscesów, aby potem mieć co pokazywać za granicą - "patrzcie, jak totalitarny reżim bije demonstrujących obywateli", już widzę to oburzenie wśród neomarksistów z Unii Europejskiej, którzy obecnie widzą że to właśnie Polska stanowi najpoważniejszą zaporę, przed domknięciem systemu i stworzeniem marksistowskiej zjednoczonej Europy. Szkoda moich słów, zobaczcie sobie sami i sami oceńcie. 



ZWIERZĘTA NA WOLNOŚCI
CZY KTOŚ WIDZIAŁ WETERYNARZA?

TEN CZŁOWIEK Z "TOTALNEJ OPOZYCJI" - FRANCISZEK JAGIELSKI, KTÓRY W TAK WULGARNYCH SŁOWACH ODNOSI SIĘ DO DZIENNIKARKI, PRÓBUJĄCEJ ZROBIĆ MATERIAŁ Z TEJ ICH ŚMIESZNEJ JUŻ DEMONSTRACJI, ZOSTAŁ ROZPOZNANY JAKO BYŁY GANGSTER, Z KONEKSJAMI WŚRÓD ŁÓDZKIEGO PÓŁŚWIATKA, KTÓRY POSIADA PONAD 40 SZTUK BRONI, A JEDNOCZEŚNIE SZEF NIELEGALNEJ FIRMY OCHRONIARSKIEJ "FARMAZON". SPÓJRZCIE ILE W TYM CZŁOWIEKU AGRESJI I JAKA W NIM TYPOWO RUSKA KULTURA W STOSUNKU DO KOBIETY:

DO DZIENNIKARKI: "WIĘCEJ SZACUNKU MAM DLA KURWY SPOD LATARNI, JAK DLA CIEBIE"    

  

         
A TUTAJ BARTOSZ KRAMEK, 
KTÓRY NAWOŁYWAŁ NA FACEBOOKU DO ZORGANIZOWANIA "MAJDANU W WARSZAWIE"



SPÓJRZCIE ILE W TYCH LUDZIACH JEST NIENAWIŚCI. IM JEST ICH MNIEJ, TYM WIĘKSZA NIENAWIŚĆ - DLATEGO TEŻ OGROMNY UKŁON DLA POLICJI, ŻE NIE DAJE SIĘ SPROWOKOWAĆ, BOWIEM IM CHODZI WŁAŚNIE O TO ABY DOSZŁO DO PRZYNAJMNIEJ JEDNEGO PRZYPADKU POBICIA LUB CHOCIAŻBY UDERZENIA TAKIEGO CHOREGO Z NIENAWIŚCI DEMONSTRANTA PRZEZ POLICJĘ. WÓWCZAS MIELIBY CO POKAZYWAĆ ZA GRANICĄ I OCZERNIAĆ TAM POLSKĘ - TAKA TO JEST TA NASZA TARGOWICA, ALE JEDNO CO MNIE CIESZY, TO ŻE CI LUDZIE STRACILI JUŻ JAKIKOLWIEK WPŁYW NA POLAKÓW. TO SĄ ŚRODOWISKA, KTÓRE JUŻ NIE SĄ W STANIE SIĘ ROZSZERZYĆ NA WIĘKSZE GRUPY. I TO JEST PIĘKNE.





 A NA KONIEC KILKA OBRAZKÓW:


"NO UDERZ, NO UDERZ WRESZCIE"




FARMAZON Z KOD-u:  
"ZJEŻDŻAJ DZIWKO, BO CIĘ POŁAMIĘ!"








NIESTETY, TAKA TO JEST TA NASZA "POLSKA OPOZYCJA" - PEŁNA NIENAWIŚCI, A JEDNOCZEŚNIE ŻAŁOSNA I NIEWARTA JAKIEJKOLWIEK UWAGI



BRUTALNIE OBRAŻONA DZIENNIKARKA
ANNA MACHIŃSKA




DOBRANOC!

poniedziałek, 11 grudnia 2017

KOBIETY - PAPIEŻE, PATRIARCHOWIE, BISKUPI, PREZBITERZY - Cz. I

ORAZ TE, KTÓRE PAPIEŻY WYBIERAŁY


"KOBIETA POTRZEBUJE MĘŻCZYZNY NIE TYLKO 
DO PŁODZENIA I WYCHOWYWANIA DZIECI, 
ALE TAKŻE JAKO SWEGO WŁADCY"

św. TOMASZ z AKWINU




Starożytność pogańska zna wiele przykładów kobiet-kapłanek, z czego najpopularniejsze w powszechnej świadomości utrwaliły się kapłanki bogini Westy, zwane westalkami, których obowiązkiem było podtrzymywanie świętego ognia Westy (patronki domowego ogniska), oraz dochowanie dziewictwa (każda westalka, która zostałaby przyłapana na współżyciu z mężczyzną, była automatycznie skazywana na śmierć za złamanie "świętego nakazu Westy", a śmierć z reguły była okrutna i wykonywana była poprzez zakopanie żywcem kapłanki, wraz z jej oblubieńcem - oczywiście w oddzielnych grobach. Do jednej z takich praktyk doszło właśnie w 216 r. p.n.e. po wielkiej klęsce Rzymian w bitwie z Hannibalem pod Kannami. Wówczas obawiano się ataku Kartagińczyków na bezbronny Rzym i prócz powszechnych objaw paniki, jednocześnie doszukiwano się w klęsce kary bożej za grzechy lub świętokradztwo, które mogłoby obrazić bogów. Okazało się że dwie z westalek złamały śluby czystości. Kobiety zakopano więc żywcem wraz z tymi, którzy pozbawili je cnoty. Pozostałe cztery kapłanki - łącznie zawsze było sześć kapłanek Westy - deklarowały iż nic nie wiedziały o postępku swoich dwóch sióstr i wyrzekały się ich oraz potępiały. Niewiele im to jednak pomogło. Zostały uwięzione w lochu i skazane w nim na powolną śmierć głodową - dając im tylko tyle jedzenia, aby starczyło na kilka dni. Ale krwi wciąż było Rzymianom mało, więc... złożyli ostatnie w swych dziejach ofiary z ludzi - na Forum Boarium w okrutny sposób zabito dwie pary, które uznano za wrogów - Greka i Greczynkę oraz Gala i Galijkę, którzy - być może przypadkowo - przebywali wówczas w Rzymie. Wszystko po to aby przebłagać bogów).

Popularne były również kapłanki egipskie (Boskie Małżonki Amona-Re), które od VIII wieku p.n.e. zdobyły dominującą pozycję w hierarchii kapłańskiej Egiptu (począwszy od Szepenupet I, która została Boską Małżonką w 754 r. p.n.e. jako pierwsza w historii kobieta-kapłanka, zdobywając większą władzę i pozycję od arcykapłana Amona-Re). Sławne były również kapłanki sumeryjskie i akadyjskie, z Enheduanną na czele - córką króla Akadu Sargona Wielkiego i arcykapłanką boga Nannara w Ur. W okresie Cesarstwa Rzymskiego największy wpływ i najwięcej wiernych, mieli jednak kapłani trzech potężnych bóstw - boga Mitry (młodego atlety o długich, jasnych włosach, stylizowanego na Herkulesa, boga światła i ognia o ogromnej sile, który miał zbawić ludzkość - przez długi czas był jednym z najpopularniejszych kultów w Imperium, szczególnie wśród żołnierzy rzymskich i mocno zagrażał rodzącemu się chrześcijaństwu). Egipskiej bogini nieba, ziemi, mądrości, macierzyństwa, odrodzenia i władzy, opiekunki kobiet - Izydy, której kult (odprawiany właśnie przez kapłanki), był bardzo popularny w Rzymie (aż dwukrotnie w ciągu roku obchodzono święto ku jej czci - 5 marca obchodzono święto Navigium Isidis czyli Naczynie Izis, gdzie do jej świątyń zanoszono mleko, przyprawy i kwiaty, natomiast od 28 października do 4 listopada, obchodzono święto Isia, symbolizujące wskrzeszenie przez Izydę jej zamordowanego męża - Ozyrysa. Kult bogini Izydy w Rzymie pojawił się w pierwszej połowie II wieku p.n.e. - choć Rzym nawiązał stosunki dyplomatyczne z Egiptem w 273 r. p.n.e. - jednak aż do 45 r. p.n.e. i wizyty w Rzymie królowej Kleopatry VII, kult ten był marginalny.

Choć do pierwszych rozruchów w związku ze zburzeniem ołtarzy Izydy na Kapitolu w Rzymie, doszło już 1 stycznia 58 r. p.n.e. gdy tłum zaczął domagać się odbudowania zburzonych kilka miesięcy wcześniej ołtarzy. Senat ugiął się pod presją tłumów - doszło nawet do tego, że uniemożliwiono nowo wybranym konsulom złożenie ofiar w świątyni Jowisza na Kapitolu, nim nie zadeklarują odbudowania przybytków Izydy, pomimo sprzeciwu Aulusa Gabiniusza, ołtarze odbudowano. Jednak już w pięć lat później - 53 r. p.n.e. -ponownie je zburzono, a nawet zarządzono zburzenie nawet kaplic prywatnych tej bogini, wyjątek poczyniono jedynie dla jednej świątyni Izydy i Serapisa, która była... broniona przez wiernych. Świątynię tę zburzono dopiero w 50 r. p.n.e. choć ludzie znów protestowali, a rzemieślnicy i robotnicy odmówili podjęcia prac rozbiórkowych, wówczas to konsul Emiliusz Paulus, wziął do ręki siekierę i wbił ją w bramę przybytku wybijając w niej dziurę, tym samym zmuszając pozostałych do podjęcia prac. W 45 r. p.n.e. podczas wizyty Kleopatry, odbudowano jedynie ołtarze Izydy na Kapitolu, zaś świątynia po raz drugi została wzniesiona dopiero w 39/40 r. za rządów cesarza Kaliguli.




Trzecim wielkim kultem w Imperium Rzymskim, był też kult kobiecy - małoazjatyckiej bogini Kybele (zwanej również Wielką Matką, Wielką Macierzą lub Matką Idajską). Była czczona głównie przez kobiety, była ich opiekunką podobnie jak Izyda, a także patronką płodności, uzdrowień, była uważana za pramatkę ludów i dawczynię wszelkiego życia górującą nad wszystkimi innymi bogami. Jej symbolem był kwiat lilii, pęk zboża oraz wąż (symbolem Izydy był zaś kwiat lotosu, zaś Mirty płonący ogień, pies a także wąż). Kult tej bogini został sprowadzony do Rzymu z Frygii (a konkretnie z miasta Pesynuntu), w 204 r. p.n.e. Do Rzymu została sprowadzona przez specjalnie wysłaną delegację, jako święty czarny kamień z Pesynuntu, został on odebrany z portu Ostii przez młodego Publiusza Scypiona Nazyka (wybranego przez senat jako najuczciwszy i najbardziej tego godny obywatel), który przybył do portu z grupą szlachetnych matron, mających następnie odnieść święty kamień Kybele do Rzymu na Palatyn, gdzie wzniesiono jej ołtarz (kilka lat później, już po zakończeniu wojny z Hannibalem, wzniesiono bogini na Palatynie okazałą świątynię). Wielka Matka Kybele, również obchodziła dwa święta w roku: pierwsze 4-10 kwietnia zwane Ludi Megalenses (lub po prostu Megalensja), na pamiątkę przybycia bogini do Rzymu i drugi, gdzie występowała ona pod nazwą Bony Dei (Dobrej Bogini). Było to święto kobiet, obchodzone zawsze na początku grudnia. Podczas tych kilku dni, kobiety mogły robić co chciały, zaś mężczyźni mieli zakaz wstępu do pomieszczeń, gdzie odbywał się kult Bony Dei. Oczywiście zarówno w świątyni Izydy, jak i w świątyni Kybele, służyły głównie kapłanki.

Innymi żeńskimi świętami, obchodzonymi w Rzymie były: ceremonia rozpalenia wiecznego ognia w świątyni Westy - 1 marca, święto Anny Perenny, podczas którego odbywały się festyny a tradycją było tego dnia wypić jak najwięcej kielichów wina, bowiem symbolizowało to długość życia pijącego, liczona w latach (jeden kielich, jeden rok) - 15 marca. 12-19 kwietnia odbywało się święto ku czci bogini urodzaju - Cerery. Bogini kwiatów - Flora, miała swoje święto od 29 kwietnia do 3 maja, podczas którego ludzie wzajemnie obdarowywali się kwiatami, oraz przystrajali domy girlandami. 9 czerwca obchodzono Westalia, czyli święto bogini Westy, podczas którego kobiety zamężne, udawały się do świątyni, aby ofiarować bogini dary, w podzięce za szczęśliwe małżeństwo lub prosząc boginię by takim się stało. 24 kwietnia miał miejsce festyn ku czci bogini Fortuny, podczas którego bardzo popularne było żeglowanie po Tybrze na małych łódeczkach, aby złożyć dary w dwóch świątyniach bogini, ulokowanych poza miastem, wieczorem zaś z reguły odbywały się orgie. 13 sierpnia był dniem szczególnie ulubionym przez niewolników, bowiem tego właśnie dnia, w święto bogini księżyca, lasów i przyrody - Diany, mieli dzień wolny. Zaś w dniach 5-19 września obchodzono święto Ludi Romani, ku czci Świętej Triady - Jowisza, Junony i Minerwy, najważniejszych bogów i bogiń rzymskiego panteonu. W tych dniach organizowano właśnie igrzyska, widowiska teatralne, oraz składano bogom ofiarę z byka.

Inne, wielkie kulty kobiece czczone były w Babilonii - Inanna (Isztar), wśród Hurytów - Sauskia, Asyryjczycy czcili wielką boginię Mylittę, Syryjczycy - Atargatis, Fenicjanie - Astarte (lub Aszerę), Grecy - Gaję i Reę, a Rzymianie właśnie Wielką Boginię. Wszystkie te kulty, były kultami odprawianymi przez kapłanki, a mężczyźni pełnili w tych świątyniach funkcje dodatkowe (byli do posług). Żeńskie bóstwa, a szczególnie te największe, były praktycznie równe męskim, Kybele była nazywana "Panią i Matką wszystkich rzeczy", a w świątyniach babilońskich był nawet zwyczaj, aby mężczyźni-kapłani, zwracali się do kobiet-kapłanek kultu Inanny (Isztar) słowem: "Belti" co znaczyło: "Moja Pani", bowiem kapłanki, jako najbliższe córki wielkiej bogini, stały tam wyżej w hierarchii ważności. Pomimo jednak ważności tych kultów i piękna świątyń, żeńskie bóstwa były trochę bagatelizowane w porównaniu z męskimi (w "Eumenidach" Ajschylos wkłada nawet w usta boga Apollona takie oto słowa: "Matka nie daje dziecku życia, jak to się powiada. Ona karmi młody zarodek. Życie płodzi ojciec". W II wieku naszej ery władza ojcowska i mężowska nad kobietą znacznie jednak osłabła, kobiety mogły dziedziczyć majątki na równi z mężczyznami, oraz coraz częściej przejawiały chęci do typowo męskich zajęć, o czym wspomina Marcjalis - pasjonują się polityką, czytają akty procesów, komentujące nowinki nie tylko dworu cesarskiego, ale nawet tego co dzieje się w Tracji, Armenii lub Partii, są "na tyle bezczelne" - jak pisze Marcjalis - "by w obecności swych milczących mężów wykładać z hałaśliwym tupetem własne teorie". Marcjalis pisze następnie że miast chwycić za harfę, wrzeciono lub lirę, upodabniają się do swych mężów i (co szczególnie piętnuje), coraz rzadziej zajmują się dziećmi, powierzając tę rolę piastunkom lub niewolnicom.




Tak więc kobiety zaczęły przejawiać coraz więcej męskich cech, porzucając swoje własne cechy kobiece. Nie tylko w świątyniach, jako kapłanki, ale w rodzinach zaczynają dominować, wymuszając na swych bezwolnych mężach akceptację co do swoich planów i zamierzeń. Mężczyźni zaś coraz bardziej niewieścieją, nie ma w nich już tego ducha męstwa co w poprzednich pokoleniach, upadek władzy i pozycji pater familias, oznaczał jednoczesny wzrost feminizmu i demoralizacji w społeczeństwie rzymskim, bowiem już od II wieku p.n.e. władza męża nad żoną jest coraz bardziej iluzoryczna (a w każdym razie zmniejsza się z pokolenia na pokolenie), już Marek Porcjusz Katon mówił: "Gdyby każdy z nas trzymał się zasady przestrzegania prawa i władzy męża w stosunku do swej żony, to byśmy mniej mieli kłopotu z ogółem kobiet. Tymczasem złamana w domu przez brak powściągliwości u kobiet nasza wolność doznaje również tutaj, na Forum, pognębienia i zdeptania. Nie przytrzymaliśmy każdej z osobna, to się cofamy ze strachem przed ich ogółem". Ale nie tylko te cechy budziły niechęć wśród Rzymian, również "sportsmenki" i gladiatorki były przyjmowane raczej niechętnie (nie licząc mniejszego grona męskich wielbicieli takich rozrywek). Są takie wśród wolnych kobiet, jak pisze Juwenalis, które biegają z odkrytą piersią i biorą udział w wyprawach myśliwskich na równi z mężczyznami. Juwenalis przytacza tutaj przykład niejakiej Mewii, która: "z oszczepem w ręku i odkrytą piersią (...) przebija na wylot dziki w Etrurii". Coraz częściej też kobiety przywdziewają męskie stroje, powożą rydwanami, pasjonują się walką na miecze i praktykują takowy "sport". Juwenalis z obrzydzeniem pisze iż przywdziewają nagolenniki, naramienniki, hełmy i smarują ciała maścią woskową, po czym trenują szermierkę - "Któż nie widział nacięć słupa - pisze - które wydrążają silnymi uderzeniami (...) i na który nacierają z tarczą w garści" i zapytuje: "Czyż może zachować wstyd kobieta w hełmie, która wyrzeka się swojej płci?".

Marcjalis i Juwenalis dostrzegają wzrastającą feminizację społeczeństwa, oraz swoisty bunt dotychczasowych pokornych i posłusznych kobiet. Jedna z nich, żyjąca w II wieku, oznajmia swemu mężowi: "Zawarliśmy niegdyś umowę, że ty będziesz robił, co będziesz chciał, i że ja także będę zaspokajać wszystkie moje fantazje. Możesz sobie krzyczeć i poruszyć  niebo i ziemię: jestem istotą ludzką". Kobiety rzymskie, jak zdają się mówić autorzy, żyją ze swymi mężami, niczym... sąsiadki. Zarówno Marcjalis, Juwenalis jak i inni autorzy tego okresu piszą iż to jest za duża swoboda obyczajów, za mało zaś jest dyscypliny. Próbował z tym walczyć cesarz Domicjan w latach 90-tych I wieku naszej ery, odnawiając stare i zapomniane już prawo: "lex Julia de adulteriss", przywracające mężom możliwość użycia kar cielesnych wobec nieposłusznych żon, za co otrzymał pochwały od Marcjalisa, jako "jeden z największych władców". Prawo to jednak (choć oficjalnie nigdy nie zostało cofnięte), umarło śmiercią naturalną po śmierci Domicjana w 96 r. II wiek to również plaga rozwodów, bowiem mężczyźni porzucali swe nazbyt wyemancypowane żony, szukając pocieszenia w ramionach niewolnic lub prostytutek, natomiast kobiety również uzyskały prawo unieważnienia małżeństwa (choć nie bezpośrednio jak mężczyźni, w przypadku kobiet unieważnić małżeństwo mogli jej męscy krewni). Ten przywilej pochodził jeszcze z początku I wieku p.n.e. i w czasach Marcjalisa i Juwenalisa miał ponad 200 lat. Marcjalis odradza też mężczyznom poślubienie zamożnej kobiety, twierdząc iż tacy mężowie są więźniami posagu własnej połowicy i mogą być przez nią odprawieni, jeśli wcześniej nie: "zostaną uduszeni pod ślubnym welonem". Juwenalis zaś opisywał przypadku porzucania żon przez mężów: "Niech trzy zmarszczki pokażą się na twarzy Bibuli, a Sertoriusz, jej mąż, skwapliwie popędzi za innymi miłostkami. Pakuj swoje rzeczy", zawiadomi ją domowy wyzwoleniec, i wynoś się" - taki to był zwyczaj praktykowania rozwodów, głównie ze strony mężczyzn w Imperium Rzymskim II wieku naszej ery, czyli okresu największej potęgi Rzymu.




Tak właśnie wyglądała pozycja kobiet w społeczeństwie rzymskim, gdy chrześcijaństwo zaczęło wkraczać w okres swego rozwoju (II-III wiek). Chrześcijaństwo zaczęło zdobywać popularność, również wśród warstw wyższych Rzymu tego okresu, właśnie dlatego że jawnie sprzeciwiało się rozwiązłości i rozwodom. Rodziny chrześcijańskie musiały więc żyć nieco inaczej, a w każdym razie mężczyźni nie mogli już tak łatwo oddalić swych żon, bo czekała ich za to swoista infamia wśród współwyznawców. Ale po kolei, nim przejdziemy do kobiet prezbiterów i biskupów, oraz tych, które jednym słowem zmieniały papieży po kilku lub kilkunastu miesiącach pontyfikatu, w zależności od ich kaprysów (np. można Algitruda, która w latach 894-900 wymieniła aż... pięciu papieży, potem następują rządy kolejnej kobiety - Teodory, która od 900 r. zaczyna się zabawiać, osadzając na Tronie Piotrowym kolejnych papieży - łącznie do 914 aż sześciu. Następnie władzę nad papiestwem i papieżami przejęła jej córka Marozja - czas ten nazywa się w historii Rzymu okresem pornokracji). Ale wróćmy do korzeni, zajmijmy się najpierw pierwszą kobietą, od której powinniśmy zacząć nasze rozważania na ten temat - matką Jezusa Chrystusa - Marią.        




CDN.

niedziela, 10 grudnia 2017

KOMUNIZM - CZYM BYŁ, CZYM JEST, DO CZEGO DĄŻY? - Cz. X

ANALIZA NAJKRWAWSZEJ I 

NAJBARDZIEJ TOTALITARNEJ TYRANII

W DZIEJACH LUDZKOŚCI


ODWRÓCENIE POJĘĆ
PODOBNIE JAK "WALKA O POKÓJ" W KOMUNIZMIE
CZY "SPOŁECZEŃSTWO OTWARTE" W NEOMARKSIZMIE



PS1:

HISTORIA DZIEJE SIĘ NA NASZYCH OCZACH, MOŻNA BY POWIEDZIEĆ ŻE "ŻYJEMY W CIEKAWYCH CZASACH" (JAK ZWYKLI MÓWIĆ TO CHIŃCZYCY). OTO NA NASZYCH OCZACH TRWAJĄ GORĄCE NAWOŁYWANIA DO DOMKNIĘCIA SYSTEMU UNII EUROPEJSKIEJ I STWORZENIA MARKSISTOWSKIEGO, TOTALITARNEGO TWORU, W KTÓRYM OBYWATEL BĘDZIE MIAŁ TYLKO TAKIE PRAWA, NA JAKIE ZEZWOLĄ NIEWYBIERALNE ANI PRZEZ NIKOGO NIE KONTROLOWANE "KARDY" CZYLI "ELITY EUROPEJSKIE". SYSTEM MUSI ZOSTAĆ JAK NAJSZYBCIEJ DOMKNIĘTY, BOWIEM NIE MA JUŻ NA CO CZEKAĆ, MIMO KILKU DEKAD URABIANIA "NOWEGO CZŁOWIEKA", MIMO SEKSUALIZACJI DZIECI, WPROWADZANIA I PROMOWANIA FEMINIZMU, IDEOLOGII GENDER I HOMO PROPAGANDY - MOŻNA POWIEDZIEĆ ŻE NA DZIEŃ DZISIEJSZY PO OGÓLNYM PODLICZENIU ZYSKÓW I STRAT, PROGNOZY DLA MARKSIZMU W WIĘKSZOŚCI SPOŁECZEŃSTW EUROPEJSKICH (I USA) SĄ... KATASTROFALNE. 

CO PRAWDA NA ZACHODZIE UDAŁO SIĘ STWORZYĆ WIERNYCH SOBIE POPLECZNIKÓW (ANTIFA I INNE TEMU PODOBNE NEOMARKSISTOWSKIE ORGANIZACJE), ORAZ DOPROWADZIĆ SPOŁECZEŃSTWA DO STANU FAKTYCZNEJ WEGETACJI (POPRAWNOŚĆ POLITYCZNA), ALE JUŻ NA PRZYKŁAD W EUROPIE ŚRODKOWEJ PLANY TE PONIOSŁY TOTALNĄ KLĘSKĘ. CÓŻ Z TEGO ŻE PROMUJE SIĘ GENDER I INNE TEGO TYPU DEWIACJE (PODKREŚLAM ŻE SĄ TO GŁÓWNIE DEWIACJE ZWIĄZANE Z PŁCIĄ I SEKSUALIZACJĄ SPOŁECZEŃSTW,), ŻE ORGANIZACJE PEWNYCH "FILANTROPÓW" WSPIERAJĄ TUTAJ WSZELKIE "SPOŁECZEŃSTWA OTWARTE" (OCZYWIŚCIE NAZWA MYLĄCA - NALEŻY BOWIEM PAMIĘTAĆ ŻE ZWIĄZEK SOWIECKI I KOMUNIŚCI W OGÓLE BYLI WIELKIMI ZWOLENNIKAMI POKOJU, ORGANIZOWANA ZLOTY MIŁOŚNIKÓW POKOJU, DEMONSTROWANO PRZECIWKO WOJNIE, A JEDNOCZEŚNIE ZBROJONO SIĘ NA POTĘGĘ, ABY PODBIĆ EUROPĘ I USA - TAK SAMO JEST ZE WSZELAKIMI "SPOŁECZEŃSTWAMI OTWARTYMI" KTÓRE SŁUŻĄ TYLKO JEDNEMU CELOWI - UCZYNIENIA Z NAS POSŁUSZNYCH NIEWOLNIKÓW, W NOWYM MARKSISTOWSKIM ŚWIECIE). 


MOŻEMY SIĘ Z TEGO ŚMIAĆ,
ALE PAMIĘTAJMY, TO CO ONI NAM SERWUJĄ WCALE ŚMIESZNE NIE BEDZIE


 
TO WSZYSTKO NA NIC, BOWIEM TE ŚRODOWISKA DZIŚ MOGĄ W NAJLEPSZYM RAZIE WYSTAWIĆ ZALEDWIE KILKA TYSIĘCY ZWOLENNIKÓW (I TO JEST ICH MAKSIMUM, Z REGUŁY ZAŚ SĄ TO GRUPKI KILKUDZIESIĘCIO LUB KILKUSETOSOBOWE, ALBO NAWET, TAK JAK OSTATNIO Z AKCJĄ CZYTANIA "GAZETY WYBORCZEJ" ADAMA MICHNIKA, KTÓREGO BRAT JEST ZBRODNIARZEM SĄDOWYM Z CZASÓW STALINOWSKICH I OBECNIE PRZEBYWA W SZWECJI, ABY UNIKNĄĆ ODPOWIEDZIALNOŚCI KARNEJ - NA TĘ AKCJĘ PRZYSZŁY... TRZY OSOBY! "TEJ SIŁY JUŻ NIE POWSTRZYMACIE" - JAK DUMNIE PISAŁA "WYBORCZA" I INNE MARKSISTOWSKIE JACZEJKI - RZECZYWIŚCIE, TRUDNO BĘDZIE NIE UMRZEĆ PRZY TYM... ZE ŚMIECHU). A NA TAKI MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI PRZYCHODZI OD KILKUDZIESIĘCIU TYSIĘCY DO KILKUSET TYSIĘCY, GŁÓWNIE MŁODYCH LUDZI, RODZIN Z DZIEĆMI, OSÓB STARSZYCH, CHCĄCYCH ODDAĆ HOŁD OJCZYŹNIE I POŚWIĘCENIOM POPRZEDNICH POKOLEŃ. KLĘSKA, TOTALNA KLĘSKA. MOŻNA CO PRAWDA JESZCZE ATAKOWAĆ (NAWET TRZEBA, W TEJ KWESTII NIE MA NAWET DWÓCH ZDAŃ), ŻE DEMONSTROWAŁO 60 000 NAZISTÓW, PODCZAS GDY CI, KTÓRZY TAM BYLI, WIEDZĄ JAKA JEST PRAWDA - ALE OGÓLNIE RZECZ BIORĄC - KLĘSKA TOTALNA.

I TU JUŻ NIE MA CZASU NA TO, ABY TO SPOŁECZEŃSTWO "URABIAĆ" TAK JAK NA ZACHODZIE PRZEZ DEKADY, BO TO JUŻ SIĘ NIE UDA. TERAZ JUŻ TYLKO TRZEBA DOMKNĄĆ SYSTEM, NIE MA JUŻ ŻADNEGO INNEGO WYJŚCIA, ŻADNEGO PRZEKONYWANIA, TU JUŻ IDZIE O ŻYCIE. I DLATEGO WŁAŚNIE TAKIE OSOBY JAK JUNCKER CZY SCHULTZ TAK BARDZO SIĘ OSTATNIO UAKTYWNIŁY. SCHULTZ OSTATNIO W BERLINIE NA ZJEŹDZIE SPD MÓWIŁ O KONIECZNOŚCI STWORZENIA "STANÓW ZJEDNOCZONYCH EUROPY" DO 2025 r. I W TEJ KWESTII NIE MA DWÓCH ZDAŃ, TO MUSI ZOSTAĆ ZROBIONE, BO INACZEJ... MOŻNA ZABIERAĆ MANATKI I KOŃCZYĆ CAŁĄ TĘ NEOMARKSISTOWSKĄ, BUDOWANĄ PRZED KILKA OSTATNICH DEKAD PRZYGODĘ. CHCIAŁBYM ZOSTAĆ DOBRZE ZROZUMIANY, TU NIE CHODZI O TO ŻE ONI TYLKO PRZEGRAJĄ, JAK PRZEGRAJĄ - TO BĘDZIE KONIEC, W DOSŁOWNYM TEGO SŁOWA ZNACZENIU, KONIEC FIZYCZNY ICH ISTNIENIA, BO UTRACĄ WSZYSTKO. DLATEGO TU IDZIE O ŻYCIE, A NIE O JAKIEŚ TAM PIERDOŁY. A CO ZROBIĆ, W SYTUACJI GDY CZEŚĆ PAŃSTW BUNTUJE SIĘ PRZECIWKO PRIKAZOM "NOWEJ ELITY"? OBECNIE UCZYNIĆ ONI NIC NIE MOGĄ, BO NIE MAJĄ DO TEGO ŻADNYCH NARZĘDZI, ALE... JUNCKER MÓWI: "CHCEMY WSPÓLNEJ ARMII EUROPEJSKIEJ". A PO CO? 

WŁAŚNIE PO TO ABY DOMKNĄĆ SYSTEM I WCIELIĆ W ŻYCIE PROGRAM ALTIERO SPINELLEGO - TEGO MARKSISTY-LENINISTY, KTÓRY JUŻ W 1941 r. NA VENTOTENE PISAŁ ŻE W PRZYSZŁOŚCI MUSI DOJŚĆ DO LIKWIDACJI ARMII NARODOWYCH I STWORZENIA JEDNEJ, WSPÓLNEJ ARMII EUROPEJSKIEJ (ZRESZTĄ NIE TYLKO ARMII, RÓWNIEŻ NIEZALEŻNYCH GOSPODAREK, ORAZ OCZYWIŚCIE PAŃSTW NARODOWYCH) I PODPORZĄDKOWANIA WSZYSTKIEGO MARKSISTOWSKIM KADROM. ARMIA TA OCZYWIŚCIE ZŁOŻONA BĘDZIE W OGROMNEJ WIĘKSZOŚCI Z... IMIGRANTÓW, BOWIEM UŻYTA MA BYĆ GŁÓWNIE PRZECIWKO BUNTUJĄCYM SIĘ EUROPEJCZYKOM, A DO TEGO NAJLEPSI BEDĄ WŁAŚNIE WYZNAWCY ALLAHA, KTÓRZY BEZ SKRUPUŁÓW MOGĄ MORDOWAĆ, GWAŁCIĆ I OBCINAĆ GŁOWY KAŻDEMU, KTO CHOĆBY OŚMIELI SIĘ SKRYTYKOWAĆ "NOWĄ, WSPANIAŁĄ" MARKSISTOWSKĄ RZECZYWISTOŚĆ. TAK WIĘC JESTEM BARDZO WDZIĘCZNY TYM PANOM, ŻE WRESZCIE OTWARTYM TEKSTEM MÓWIĄ TO, CO PRZEZ LATA BYŁO UKRYWANE - "CHCEMY NOWEJ, TOTALITARNEJ EUROPY - CHCEMY MARKSIZMU".  


PS:2

W POLSCE POWSTAŁ NOWY RZĄD. PANI PREMIER BEATA SZYDŁO, USTĄPIŁA MIEJSCA MATEUSZOWI MORAWIECKIEMU - JAKIE JEST MOJE ZDANIE W TEJ KWESTII? OCZYWIŚCIE NIE SIEDZĘ W GŁOWIE JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO I NIE ZNAM JEGO NAJTAJNIEJSZYCH MYŚLI, ALE UWAŻAM ŻE PIS ROBI DUŻY BŁĄD. DYMISJA PANI PREMIER SZYDŁO (WEDŁUG MNIE DOBREJ PREMIER, KTÓRA DOSKONALE SPRAWDZIŁA SIĘ PRZEZ TE DWA OSTATNIE LATA I WCIĄŻ POZOSTANIE W RZĄDZIE JAKO WICEPREMIER) I ZASTĄPIENIE JEJ PANEM MORAWIECKIM (FLIRTUJĄCYM NA PRZYKŁAD Z MIĘDZYNARODOWYMI SPEKULANTAMI Z GP MORGAN), JEST WEDŁUG MNIE KROKIEM NIEKORZYSTNYM. CO JEDNAK PRZYNIESIE PRZYSZŁOŚĆ - ZOBACZYMY, NAJWAŻNIEJSZE ABY KONTYNUOWANA BYŁA MISJA "DOBREJ ZMIANY" A NIE DOBREJ ZAMIANY I W TEJ KWESTII DLA MNIE NAJWAŻNIEJSZE SĄ TRZY KLUCZOWE RESORTY, KTÓRYCH NIE WOLNO RUSZYĆ - MINISTERSTWO OBRONY (ANTONI MACIEREWICZ), MINISTERSTWO SPRAWIEDLIWOŚCI (ZBIGNIEW ZIOBRO) I MSWiA (MARIUSZ BŁASZCZAK), CO DO INNYCH MINISTRÓW MOŻNA PODYSKUTOWAĆ NAD ICH EWENTUALNĄ ZMIANĄ, ALE TE TRZY RESORTY GWARANTUJĄ UTRZYMANIE KURSU ANTYKOMUNISTYCZNEGO W PRAWIE I SPRAWIEDLIWOŚCI I MUSZĄ POZOSTAĆ NIEZMIENNE.


PS3:

CHCIAŁBYM TUTAJ OD RAZU COŚ WYJAŚNIĆ. JA WCALE NIE JESTEM PRAWICOWCEM, WBREW POZOROM NIE UWAŻAM SIĘ ZA ZWOLENNIKA PRAWICY. MOJE SERCE ZAWSZE BYŁO PO LEWEJ STRONIE I MOGĘ SIĘ OKREŚLIĆ MIANEM LEWICY, ALE LEWICY... PIŁSUDCZYKOWSKIEJ (CHOĆ MOJE POGLĄDY NA GOSPODARKĘ SĄ ZDECYDOWANIE LIBERALNE). JESTEM JEDNYM Z OSTATNICH LEWICOWYCH PIŁSUDCZYKÓW, A JEDNOCZEŚNIE ZDEKLAROWANYM ANTYKOMUNISTĄ I WROGIEM JAKICHKOLWIEK TOTALITARYSTYCZNYCH ZAPĘDÓW WSPÓŁCZESNEGO NEOMARKSIZMU


 POŻEGNANIE PREMIER BEATY SZYDŁO 
I PRZEMÓWIENIE PREZYDENTA 
RZECZYPOSPOLITEJ POLSKI - ANDRZEJA DUDY

 


NO, TO TYLE WSTĘPU, PRZECHODZĘ JUŻ BEZPOŚREDNIO DO TEMATU


MARKSIZM PRZED MARKSEM

Cz. III


PLATON



  Konflikt pomiędzy tymi którzy posiadają większy majątek, a grupami które tego majątku posiadają niewiele, lub zgoła nic - jest stary jak historia Ludzkości i w zasadzie nie ma sensu się nad tym problemem głębiej rozwodzić. Natomiast pierwszym autorem, który zwrócił uwagę na tego typu nierówności społeczne, był żyjący w VII wieku p.n.e. Hezjod. W swoim utworze "Prace i Dnie" opisywał on mityczny Złoty Wiek Ludzkości, gdzie obfitość dóbr była duża i każdy mógł korzystać z tego ile chciał, bowiem panowała pomiędzy ludźmi powszechna zgoda i pokój. Były to jednak rozważania czysto moralizatorskie, nie mające przełożenia na jakiekolwiek próby zmiany zastanego systemu społecznego. Pierwszym autorem-filozofem, którego bez kozery nazwać możemy "komunistą", był bez wątpienia Platon. Twierdził on że my, jako ludzie żyjemy na tym świecie, który jest miejscem naszego wygnania. Świadomi własnej przemijalności, cierpimy, ponieważ nie jesteśmy tym czym jesteśmy, dlatego też w "Prawach" (lata 70-te IV wieku p.n.e.) opisuje on społeczeństwo doskonałe (częściowo przedstawione już w "Politei" - lata 80-te IV wieku p.n.e.), w którym wszyscy ludzie korzystają ze wspólnych dóbr (wspólne są nie tylko przedmioty, ale również... żony i dzieci). Platon marzy o doskonałym społeczeństwie, w którym wszyscy: "będą widzieć, słyszeć i działać wspólnie, a wszyscy mężczyźni z tych samych powodów wspólnie wyrażać będą pochwały i dzielić poczucie winy oraz doznawać radości i smutku".

Uczeń, Platona - Arystoteles, nie kontynuował tych jego bajdurzeń, tylko próbował realnie zdiagnozować problemy społeczne. Sprzeciwił się własności wspólnej, twierdząc że konflikty wśród ludzi budzi nie tyle sama własność prywatna, co po prostu przemożna chęć jej posiadania przez innych ludzi, oraz że społeczeństwa w których byłaby własność wspólna (w tym żony i dzieci), byłyby podatne na częstsze wzajemne konflikty, niż takie, w którym istnieje własność prywatna, bowiem w naturze ludzkiej jest silna tendencja do posiadania własnych dóbr, i jeśli nawet godzi się on (nie posiadając owych dóbr) na to aby je "uspołecznić", to jedynie z tą myślą, że wreszcie dzięki temu zdobędzie na własność to, czego wcześniej nie posiadał. Jeśli zaś odbierze się mu to, co zdołał sobie przywłaszczyć (np. właśnie w wyniku rewolucji), to zacznie się poważniejszy konflikt, dobra które zdobył, uważał za swoje własne, prywatne, a nie za wspólne. Wspólnymi przestały być z chwila, gdy sam je posiadł. Rzymianie nie kontynuowali tego tematu, choć zarówno Wergiliusz jak i Owidiusz (I wiek p.n.e. - I wieku naszej ery) powrócili w swych utworach do tematyki "Złotego Wieku Ludzkości", w którym wszyscy mieli po równo. Jednak prekursorem myśli komunistycznej stał się właśnie Platon i jego następcy, jak choćby Plotyn (III wiek), który znacznie rozszerzył myśl platońską.


PLOTYN

 

Plotyn, w swych filozoficznych rozważaniach twierdził (podobnie jak Platon), że prawdziwa istota człowieka, znajduje się poza nim, a ponieważ człowiek jest bytem czasowym (świadomym swojej przemijalności), jest to element jego upadku. I nie ma od tego ucieczki, ponieważ dusza ludzka dąży ku Absolutowi, ale degeneruje się ona poprzez kolejne hipostazy (czyli kolejne stopnie zła). Dlatego też rozwiązaniem byłoby zaistnienie takiej sytuacji, w której człowiek dzięki własnym przymiotom doprowadzi do eliminacji zła poprzez eliminacją nierówności bytów, czyli innymi słowy następuje tutaj powrót do koncepcji Platona (wspólnotowienie). Polemikę z nim podejmuje św. Augustyn z Hippony (IV-V wiek), który co prawda przyznaje Plotynowi rację, jeśli idzie o kształt natury ludzkiej, jednak widzi wyraźną możliwość uwolnienia się duszy z hipostazy, poprzez zwrócenie się do Boga. Człowiek musi poprosić Boga o pomoc, gdyż własnym wysiłkiem (tak jak twierdził Plotyn), nie jest w stanie osiągnąć tego samego, co może zdobyć dzięki Miłosierdziu Boga. Stworzenie, czyli materia jest dla Plotyna synonimem zła, natomiast Augustyn pisze że stworzenie jest dziełem dobroci Boga, który: "nie z konieczności świat stworzył ani z potrzeby własnej, ale dlatego, iż jest dobry i że tworzenie rzeczy dobrych przystoi Dobroci najwyższej" (Conf. XIII, 2, 2; Civ. Dei XI, 21-23). Stworzenie miało również dopomóc Bogu, który dzięki niemu dostępuje większej doskonałości. 

Bóg, jak twierdzi Plotyn (który nie był chrześcijaninem, ale akceptował pojęcie Absolutu), jest twórcą zła, a przez to również i twórcą nierówności społecznych. Augustyn zaś mówi że Bóg nie stworzył zła, po prostu dopuszcza do jego istnienia, ale go nie tworzy. Zło tworzą istoty rozumne (czyli głównie ludzie), a ich przyczyną jest grzech nieposłuszeństwa Bogu. Nierówność bytów nie jest więc (według Augustyna) złem tak jak u Plotyna, tylko ładem. Złem jest niedostatek, ale człowiek dzięki Łasce Bożej może odmienić swój los, jeśli tylko zwróci się do Boga z taką prośbą. Przykładem tego jest Jezus. Sam żył jako ubogi człowiek, choć mógł mieć wszystko czego zapragnął. Jezus nie wzywał też ludzi do życia w ubóstwie (rzeczywiście, jest to późniejsze kłamstwo, które wdarło się do Kościoła i zostało przezeń wykorzystywane dla celów czysto koniunkturalistycznych), On jedynie twierdził że ubóstwo ułatwia człowiekowi wejście na drogę zbawienia (innymi słowy - ciężkie życie stanowi większą wartość niż żywot w luksusie). Zło nie tkwi więc w posiadaniu pieniędzy, ale w... ich ubóstwieniu. "Czyż złoto nie jest dobrem? Samo w sobie jest nim. Lecz złoto zostało wykorzystane przez zło, dobro (zaś) używa złota dla (czynienia) dobra". Bieda jest więc złem i należy (według Augustyna), karać tych, którzy ją propagują wśród ludzi, bowiem własność prywatna może i powinna służyć dobru (np. poprzez dobroczynność). 


 św. AUGUSTYN z HIPPONY

 

Uważam że nie ma sensu w tym momencie prezentować poglądów innych Ojców Kościoła jak i filozofów starożytności czy średniowiecza, gdyż poglądy ich się częściowo uzupełniały, a w każdym razie nie dotyczyły odrzucenia wiary (a przede wszystkim Boga) jako takiej. Warty tutaj przedstawienia, jest jedynie Tomasz Morus ze swoją "Utopią" (1516 r.). "Utopia" była powrotem do społeczeństwa platońskiego, wyrażonego w "Prawach", czyli społeczeństwa podporządkowanemu ustrojowi totalitarnemu (wszyscy mieszkańcy owej wyspy Utopii, mieszkali w takich samych domach, nosili takie same ubrania, nie mieli prawa podróżować a za prywatne opinie na tematy polityczne, groziła im kara śmierci, a poza tym nastąpiła całkowita likwidacja własności prywatnej, a ludzie zostali sprowadzeni do roli posłusznych niewolników władzy - czyli wypisz wymaluj ZSRS lub dzisiejsza Korea Północna). Pomińmy następnie Johna Locke'a (który również uważał że ludzi można ukształtować wedle uznania),oraz Claudea-Adriena Helvetiusa (który twierdził że poprzez odpowiednie ustawodawstwo i odpowiednie nauczanie, zmusi się ludzi do określonego życia - w tym przypadku chodziło o życie cnotliwe) i przejdźmy już bezpośrednio do francuskich radykalnych filozofów XVIII wieku, którzy jako pierwsi (wcześniejsi reformatorzy społeczni zawsze opierali się bowiem na Bogu i wierze, choć buntowali się przeciwko instytucjom kościelnym), w swych pismach postulowali już bezpośrednio zniszczenie wiary i zastanego ładu społecznego.




 CDN.