Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 25 września 2018

KRYZYSY CHRZEŚCIJAŃSTWA W DZIEJACH - Cz. I

PRZYCZYNY I POWODY KRYZYSÓW

KOŚCIOŁA CHRYSTUSOWEGO 

(W TYM GŁÓWNIE KATOLICKIEGO) 

NA PRZESTRZENI WIEKÓW, 

ORAZ ŚRODKI I KIERUNKI

ZMIERZAJĄCE KU JEGO NAPRAWIE






Kościół Katolicki (Kościół Chrystusowy) przechodzi obecnie ogromny kryzys. To stwierdzenie nie ulega żadnej wątpliwości i nie podlega też żadnym dyskusjom. Problem jednak się zaczyna, gdy zapytamy o przyczyny owego kryzysu, oraz środki jakie mają go zażegnać. Tutaj pojawia się duży problem, ponieważ ostatnio Kościół zyskał sobie bardzo wielu tzw.: "naprawiaczy". Wywodzących się z różnych (często zupełnie z Kościołem nie związanych) środowisk ludzi, którzy mają doskonały plan naprawczy Kościoła Katolickiego - jedyny skuteczny, wspaniały, niesamowity. Ów plan, tak naprawdę sprowadza się do jednego - do ciągłego bicia się Kościoła w piersi i przepraszania za swoje (i często nieswoje grzechy), i to ponoć ma ten Kościół uzdrowić i wzmocnić? Przykładem niech będzie chociażby coraz głośniejsza sprawa pedofilii w Kościele Katolickim, która rozpala emocje do tego stopnia, że gorące głowy zupełnie zwalnia z logicznego myślenia. Ale po kolei. Na początku chciałbym wyjaśnić jak ja to widzę i jakie jest moje zdanie w tej kwestii, otóż - pedofilia w Kościele Katolickim (i każdym innym), to zło totalne, które powinno być ścigane, tępione i wręcz wypalane żelazem, jako że dokonuje się ono na istotach najsłabszych i najmniej odpornych na wszelkie patologie tego świata - na dzieciach. Każdy kapłan, który zostałby przyłapany na fizycznym obcowaniu (lub jakimkolwiek innym świństwie, typu głaskanie miejsc intymnych małych dzieci itd.), powinien natychmiast zostać wyrzucony ze stanu kapłańskiego i trafić do więzienia, gdzie inni więżniowie powinni mu w tam zrobić z dupy swoiste Pearl Harbor.


PEDOFIL ZA KRATKAMI

    

W ogóle ja nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak można czuć jakikolwiek pociąg seksualny do małych dzieci? do najmniejszych, najbardziej delikatnych i najbezbronniejszych istot, które dopiero poznają "ten świat". Ja tego nie rozumiem, podobnie jak nie rozumiem jak można czuć pociąg seksualny np. do zwierząt, drzew (a są takie zboczenia), czy chociażby... osób tej samej płci. Tak więc jeśli idzie o kwestię kary za pedofilię, to tutaj oczywiście uważam że każdego pedofila należy karać, ale jednocześnie leczyć, gdyż pedofilia (podobnie jak zoofilia czy... homoseksualizm), to jest choroba, choroba, którą należy leczyć. I tutaj oczywiście nie ma dwóch zdań. Problem leży zupełnie gdzieś indziej. Otóż zauważmy jedną rzecz, o której zupełnie nie mówią ci wszyscy ateistyczni (liberalni i marksistowscy) "naprawiacze" Kościoła. Zauważmy że ogromna większość przypadków pedofilii w Kościele Katolickim, to są przypadki... homoseksualne, czyli takie, gdzie kapłan molestuje chłopca (znacznie rzadziej dziewczynkę). Czyli w Kościele Katolickim wychodziłoby z tego, największym problemem jest pedofilia homoseksualna. Powiem więcej, w Kościele wielkim problemem jest homoseksualizm kapłanów, co oczywiście nie oznacza że wszyscy księża są homoseksualistami, ale istnieje w samym centrum Kościoła, bardzo silne i wpływowe lobby homoseksualne, które (m.in.:) praktykuje zachowania pedofilskie. I to jest niezwykle potężny problem w Kościele, ale o tym się nie mówi (ci z księży, którzy próbują walczyć z lobby homoseksualnym, są z reguły poddawani najróżniejszym szykanom, a często suspendowani i pozbawiani swoich parafii, a niekiedy (jak w przypadku księdza Paula Kalchika z parafii Zmartwychwstania Pańskiego w Chicago) kierowani na badania psychiatryczne.

Księża, którzy próbują walczyć z pedofilią i homo-lobby w Kościele Katolickim, są uciszani i upokarzani - tak się właśnie dzieje. Ci którzy mówią oficjalnie że pedofilia jest złem, gdyż dotyka najsłabszych i najbardziej niewinnych istot, że homoseksualizm jest chorobą, która należy leczyć, a nie tolerować (jak próbuje nam się wmówić we współczesnym świecie), a już na pewno nie afirmować (do czego często dochodzi np.: parady równości, seksualizacja dzieci od najmłodszych lat w szkołach i propaganda gender - kierowana głównie do chłopców - mówiąca że nie ważne co tam masz między nogami, ważne kim się czujesz. Jak czujesz się kobietą, to jesteś kobietą, a inni muszą cię takim tolerować, bo inaczej są nietolerancyjnymi homofobami, łamiącymi prawo i podlegającymi karze). Dlatego jeżeli chcemy realnie rozprawić się ze zjawiskiem pedofilii w Kościele Katolickim, to niezwłocznie należy rozbić i ujawnić tkwiące w nim ziarno zła - lobby homoseksualne, odpowiedzialne za tuszowanie wielu tego typu spraw. To, że w latach 80-tych, pod wpływem niesamowitej wręcz presji środowisk homoseksualnych (dziś powiedzielibyśmy LGBT), Światowa Organizacja Zdrowia, wykreśliła homoseksualizm jako jednostkę chorobową, nie oznacza wcale że nagle przestał nią być (jeśli złapiemy przeziębienie, nie minie ono samo, jeśli... przestaniemy o nim mówić i na nie zwracać uwagę, nasz stan zdrowia może się wówczas tylko pogorszyć). Lekarze dziś są potwornie zastraszeni (zresztą nie tylko lekarze) i jakiekolwiek porównanie homoseksualizmu do zjawiska chorobowego, mogłoby się dla nich skończyć utratą pracy oraz brakiem możliwości podjęcia owej pracy w innym miejscu.

Chciałbym tutaj też od razu wyjaśnić, że pisząc o homoseksualizmie jako chorobie, nie mam na celu obrażać ludzi, którzy to czytają a sami są (lub mają tendencje) homoseksualne (czy biseksualne). W żadnym razie nigdy na tym blogu nikogo nie chciałem ani nie zamierzam obrażać (nawet komuny czy współczesnych marksistów obrażać nie zamierzam - z nimi bowiem należy realnie walczyć, a nie ich obrażać). Zawsze uważałem, że jeżeli ktoś mówi mi prawdę, choćby nawet była trudna i nie do zniesienia, to wolę poznać prawdę, niż nawet najpiękniejsze kłamstwo, które w konsekwencji nic nie znaczy i do niczego nie prowadzi. Homoseksualizm nie został uznany za chorobę, ze względu na "homofobiczne uprzedzenia" lekarzy specjalistów, ale dlatego, że jest swoistym wyłomem w normalnym rozwoju gatunku, jako całości. Homoseksualizm bowiem nie prowadzi do podstawowej zasady, jaką kierują się wszystkie gatunki żyjące na Ziemi (z naszym włącznie), do przedłużenia i tym samym przetrwania owego gatunku dalej. Jeśli bowiem dany gatunek nie jest zdolny do dalszego przetrwania, jakiekolwiek inne czynniki, które ów gatunek obejmują... całkowicie tracą jakiekolwiek znaczenie. Jeśli my Ludzie, nie jesteśmy w stanie przedłużyć naszego gatunku o kolejne pokolenia, to fakt, jak jesteśmy inteligentni i jaką cywilizację stworzyliśmy, zupełnie traci jakiekolwiek znaczenie. Wszystko sprowadza się bowiem do tego jednego celu - przedłużenia gatunku, naszego gatunku. A homoseksualizm jako defekt, powstały w tym zamiarze, naturalnego rozwoju - jest czymś na kształt... wirusa, defektu, który wszystko psuje i w konsekwencji niweczy cel, jakim jest zapewnienie przyszłości dla kolejnych pokoleń. Tym samym można określić go stanem chorobowym.

Ale wracając do księży pedofilów i Kościoła Katolickiego. Otóż ogromna większość księży, molestujących i uprawiających seks z dziećmi, to homoseksualiści (co nie znaczy, że nie ma księży molestujących dziewczynki, owszem, są - ale to wybitna mniejszość). Natomiast homoseksualizm, jako "styl życia" jest obecnie wręcz afirmowany w wielu zachodnich państwach (np. Niemcy, Szwecja, Kanada). Skoro więc tak jest, to skąd oburzenie na pedofilię w Kościele (która - o czym oczywiście się nie wspomina, w większości jest pedofilią homoseksualną). Otóż nie chodzi tutaj wcale o jakiekolwiek dobro dzieci, o jakąkolwiek prawdę, o jakiekolwiek "oczyszczenie" Kościoła. Jedyne o co w tym wszystkim chodzi, to maksymalne osłabienie Kościoła Katolickiego, tak aby stał się zupełnie bezbronny wobec eksperymentów multi-kulti, refugees welcome, dalszej (homo)seksualizacji dzieci i wprowadzania marksizmu kulturowego, jako panującego ustroju społeczno-politycznego. Kościół Katolicki, ma stać się kościołem liberalnym, otwartym, nowoczesnym i tolerancyjnym - innymi słowy... ma realnie przestać istnieć i stać się taką tęczową kupką tutti-frutti. O nic innego nie chodzi, tym wszystkim "naprawiaczom" Kościoła, którzy z Chrześcijaństwem i Kościołem jako takim, maja tyle wspólnego, co komunistyczna "demokracja ludowa" ze zwykłą demokracją. Tym ludziom nie chodzi o to, aby Kościół wzmocnić, ulepszyć, oczyścić ze złogów - nie, im chodzi o to, co niedawno powiedział Smarzowski (autor obrzydliwego paszkwilu (którego ja sam, człowiek co do Kościoła chodzi może raz, może dwa razy w roku i to głównie na święta), określić mogę jako kupa gówna, po którego obejrzeniu samego zwiastuna, osobiście czuję się jakbym dostał w twarz z półobrotu. Ten człowiek, powiedział właśnie o co chodzi wszystkim środowiskom "naprawiaczy" Kościoła - o to aby: "wyprowadzić Kościół ze szkół bo za dużo jest tam krzyży". I wszystko w temacie. 




Ja osobiście, człowiek który naprawdę nie jest (prawie) zupełnie praktykujący (jak już kiedyś stwierdziłem, są pewne etapy rozwoju człowieka, na których ten nie musi już bezpośrednio uczęszczać do świątyni, aby tam znaleźć Boga - zresztą zapewne czytelnicy tego bloga doskonale wiedzą o co mi chodzi i nie muszę rozwijać tego wątku), czuję się po obejrzeniu zwiastuna, jak osoba, której właśnie mocno przywalono w twarz i jednocześnie napluto na niego. Dlaczego tak jest? Otóż moi drodzy, dlatego, że my Europejczycy (a raczej ludzie z Kultury Zachodniej), i to nie ma żadnego znaczenia - ludzie wierzący, czy agnostycy, ateiści czy dewoci - wszyscy my wyrośliśmy na glebie Kultury Chrześcijańskiej i czy to nam się podoba, czy też nie w naszym genomie została zakodowana pewna kulturowa forma z tym związana, która zabrania nam np. wysadzania się w powietrze i mordowania przy tym innych ludzi, innych wyznań. Publicznych gwałtów na kobietach czy masowego molestowania, upokarzania kobiet, wycinania im narządów rodnych, cho chociażby najzwyklejszej kultury osobistej. Ludzie Cywilizacji Chrześcijańskiej, zupełnie też inaczej podchodzą do kwestii pieniądza i pożyczania na procent - czyli lichwy (zmory naszych czasów, która powoduje wiele ludzkich nieszczęść). Chrześcijaństwo jako JEDYNA religia, oficjalnie zakazuje lichwy, bez względu na okoliczności. W innych religiach (Islam, Judaizm), lichwa jest dozwolona w pewnych okolicznościach (np. w odniesieniu do niewiernych). Wyrośliśmy na pewnych wzorcach, zakodowanych nam właśnie przez Chrześcijaństwo (i wcześniejszą kulturę grecko-rzymską, choć ona oparta była na innych, bardziej racjonalnych podstawach, Chrześcijaństwo zaś dołożyło do tego - Miłość. Człowiek nie jest tylko zwykłym zwierzęciem, które walczy o przetrwanie w świecie zła i przemocy - człowiek jest istota, dążącą ku dobru, ku Miłości Boga, idąca poprzez przeciwności tego świata, nie aby komuś innemu szkodzić, niszczyć go i mordować przelewając krew w oczekiwaniu na mityczny raj pełen nagich niewolnic, tylko głosząc Dobrą Nowinę - głosząc naukę Jezusa Chrystusa, postaci która przybyła, aby wskazać nam kierunek w którym powinniśmy kroczyć. 

Oczyszczajmy więc Kościół Chrystusowy z ludzi, którzy nie są godni mienić się kapłanami i przekazywać innym Dobrą Nowinę, ale czyńmy to z rozmysłem i nie ulegajmy masowej nagonce, która ma za zadanie jedynie zniszczenie, a nie naprawę Kościoła Katolickiego, tak, aby można było czynić "co dusza zapragnie" i by wreszcie "te podłe klechy nie mówiły nam co mamy robić". Mnie osobiście w żadnym razie ani nie przeszkadza ani nie uwiera krzyż w szkole czy budynku instytucji publicznej, natomiast mocno przeszkadzają mi jakiekolwiek symbole bolszewickie z Marksem, Leninem, Che Guevarą, jakiekolwiek symbole nazistowskie i jakiekolwiek symbole LGBT (w tym tęczowe flagi itp.). Ale ja zostałem wychowany na fundamencie Chrześcijaństwa, religii zapoczątkowanej przez Jezusa Chrystusa, który dla wielu jest Synem Boga, zaś dla innych swoistym Mistrzem i Nauczycielem Ludzkości. A Chrześcijaństwo zostało zbudowane przez Chrystusa na skale, nie na pisaku, i nie zdołają go podmyć żadne wzburzone fale. Tym bardziej że obecny kryzys Kościoła Katolickiego (Chrześcijańskiego) nie jest ani pierwszym, ani największym. Wiele było takich kryzysów w przeszłości i wiele równie potężnych ataków na Chrystusową Wspólnotę. I właśnie o nich zmierzam napisać w kolejnej części tego tematu.          






ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND

NEVER WILL APPLY TO POLAND



CDN.
 

niedziela, 23 września 2018

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. II

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE 

OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W 

STAROŻYTNOŚCI I ŚREDNIOWIECZU, 

ORAZ SKĄD I Z JAKICH 

WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ 

POCHODZILI KANDYDACI 

NA NIEWOLNIKÓW




II

ANTYCZNA GRECJA

I ŚWIAT HELLENISTYCZNY

(V wiek p.n.e. - II wieku p.n.e.) 



 

 CHIOS
 PIERWSZE NIEWOLNICZE CENTRUM HELLADY
(V - IV wiek p.n.e.)
Cz. II


 "MYM WIELKIM SKARBEM JEST MIECZ TEN I WŁÓCZNIA, I PIĘKNA TARCZA, CO MI BOK OSŁANIA; TYM ORZĘ, PLON ZBIERAM, TYM SŁODKI SOK WYCISKAM Z GRONA I TO MNIE CZYNI MYCH PODDANYCH PANEM"

HYBRIAS
(KRETEŃSKA PIEŚŃ BIESIADNA)


 Po okresie względnego upadku, ok. 610 r. p.n.e. ponownie odrodził się wschodni handel, co spowodowało bardzo szybki wzrost dobrobytu na greckich wyspach Morza Egejskiego i w greckich miastach małoazjatyckich. Był on oczywiście związany z otwarciem się rynku wschodniego i południowego na towary wyspiarskie. Chios, podobnie jak Samos, Rodos, Naksos i Milet, bardzo szybko znów się bogacił i choć było to polis, które (w przeciwieństwie do sąsiadów, takiego Samos czy Miletu chociażby), praktycznie nie posiadało żadnych swoich kolonii zamorskich (wyjątkiem jest tutaj jedynie Maroneja, niewielka osada, położona na wybrzeżu trackim pomiędzy wyspą Tazos a Chersonezem, która, podobnie jak Chios słynęła z wyśmienitego wina). Jednak w połowie VI wieku p.n.e. Chios i Samos, poczęły powoli ustępować ponownie miejsca takim rynkom jak: Korynt, Rodos, Kreta i spartańska Lakonia. Należy też dodać, że wyspa Chios, była jedną z pierwszych w greckim świecie polis, które... wypuściły pieniądze, jako środek wymiany towarowej (pierwsza połowa VI wieku p.n.e.), dotąd bowiem wszelkie rozliczenia odbywały się na zasadzie handlu wymiennego - towar za towar. Jednak gdy w azjatyckim królestwie Lidii zaczęto po raz pierwszy bić złote i srebrne elektrony (lata 80-te VII wieku p.n.e.), greckie wyspy małoazjatyckie (w tym oczywiście Chios), same poczęły bić własne złote statery z wizerunkiem lwa, pszczoły i jelenia. Pierwszym człowiekiem, który rozpropagował pieniądz w greckim świecie, był król Argos - Fejdon. Jednak dopiero z początkiem VI wieku złote (a częściej srebrne) elektrony i statery, rozprzestrzeniły się w innych greckich polis (Ateny biły własną monetę od 593 r. p.n.e., Korynt od ok. 600 r. p.n.e., Chios, Cyrena, Samos, Milet, Efez i Fokaja zaś od 560 r. p.n.e., zaś od 550 r. p.n.e. własną monetę biły już greckie polis w Italii - Tarent, Sybaris, Metapontion, Kroton, Kaulonia i inne).

Bez wątpienia jednak najpiękniejszą i najczystszą monetę świata starożytnego (aż do czasów Filipa II Macedońskiego i jego syna Aleksandra Wielkiego), bili Persowie. Ich monety (zwane sżgloż - swoją drogą sama nazwa świadczy dobitnie, że Persowie mieli duże związki z... cywilizacją słowiańsko-lechicką z północnej Europy), były bez wątpienia najpiękniej wykonane i najwartościowsze w całym ówczesnym świecie antycznego biznesu. Rozwój pieniądza spowodował powstanie trzech grup helleńskich systemów monetarnych: pierwszy zwany jońskim obejmował Milet, Efez, Chios i Fokaję, drugi zwany egineckim - Eginę i okoliczne wyspy, zaś trzeci zwany korynckim - Korynt, Samos, Ateny i Eubeę. Był też miasta-państwa, które odmówiły wprowadzenia u siebie systemu pieniężnego i kontynuowały handel wymienny, były to - Sparta, Kreta i Bizancjum, co też szybko doprowadziło do ich ekonomicznej zapaści (Kreta już się nie odrodzi jako ważny handlowy gracz, Sparta skupiła się na rozwoju sztuki wojennej, zaś Bizancjum na długie dekady popadł w marazm i swoistą dekadencję - choć przez to miasto przepływały przecież nadczarnomorskie konwoje ze zbożem dla Grecji właściwej). Chios przez długie dekady nie angażował się w żadne konflikty polityczne i militarne, toczone w greckim świecie, przez co rządy nad wyspą sprawowała (nie tak, jak w sąsiednich wyspach i miastach arystokracja, wywodząca swe początki ze sławnych czynów wojennych, a raczej oligarchia kupiecka, gdzie "bogactwo zatarło urodzenie" - jak pisze Teogonis, a Alkajos dodaje: "pieniądz to człowiek i żaden biedak nie jest szlachetny ni godny szacunku". Nic więc dziwnego że wyspa ta, tak łatwo popadła w perską zależność, aby tylko czerpać zyski z ogromnego rynku perskiego imperium. Rynku, który zapoczątkował wielki handel niewolnikami na Chios. 

Na Chios nie było ani wielkich ośrodków kultowych helleńskiego świata, ani też żadnych minerałów (prócz może drewna, potrzebnego do budowy okrętów), dlatego też pieniądze trzeba było zarobić inaczej. Jak już wcześniej pisałem, Chios słynęła z wybornego wina i fig, które to stanowiły podstawę ich zamorskiego handlu, ale dopiero rozwój przemysłu niewolniczego (że tak się wyrażę), zapoczątkował prawdziwy napływ bogactwa na wyspę i uczynienie z niej swoistego "niewolniczego centrum handlowego" Hellady. Podbój Królestwa Lidii przez perskiego władcę - Cyrusa II Wielkiego w 546 r. p.n.e. spowodował upadek niezwykle korzystnego handlu małoazjatyckiego. Zdobycie przez Persów Egiptu w 525 r. p.n.e. oznaczało zaś upadek tamtejszych greckich emporiów - Naukratis i Cyreny, które były mocno związane handlem z Chios. Wyspa, która dotąd przeżywała długie lata rozkwitu i dobrobytu, teraz zaczęła powoli tracić na znaczeniu a jej mieszkańcy ubożeli. W 518 r. p.n.e. doszło zaś do podwójnej katastrofy, która przesądziła o drodze uległości Chios względem Persji. Otóż ok. 520 r. p.n.e. wybuchł konflikt pomiędzy cyrenajskimi miastami - Cyreną i jej kolonią Barką. Królowa Cyreny - Feretima, chcąc doprowadzić do ponownego podporządkowania Barki swej władzy, poprosiła o pomoc króla Persji - Dariusza I, który w tymże 518 r. p.n.e. najechał Barkę, zdobył ją i spalił, zaś mieszkańców zabrał w niewolę. Nie o to do końca chodziło królowej Feretimie, która teraz otrzymała propozycję nie do odrzucenia - albo podporządkuje się Persji i będzie płacić coroczną daninę, dzięki czemu zachowa władzę, albo jej miasto czeka podobny los. Dodatkowo król Dariusz nakazał jej zerwać jakiekolwiek handlowe związki z Grecją właściwą i greckimi wyspami. Feretima nie mając innego wyjścia, podporządkowała się Persom na ich warunkach, ale to już oznaczało poważną gospodarczą zapaść wyspy Chios.




Drugim ciosem pośrednio wymierzonym w wyspę, była... zagłada Samos. W owym 518 r. p.n.e. Persowie bowiem obalili tyrana Samos - Sylosona (którego wcześniej sami powołali, ale gdy próbował zrzucić zależność, stracił i władzę i życie), przy okazji dokonując okrutnej rzezi mieszkańców miasta, po czym wcielono Samos do satrapii libijskiej, będącej pod zarządem satrapy Otanesa. Był to wyraźny sygnał, wypuszczony do innych greckich wysp na Morzu Egejskim - "podporządkujcie się, albo zginiecie". Przerażenie wybuchło w całym greckim świecie, oto bowiem wkrótce po zniszczeniu Barki i rzezi Samos, król Dariusz I zwany Wielkim, wysłał wyprawę morską (pod wodzą Greka - Demokedesa z Krotony), aby zbadano wybrzeża Grecji właściwej i południowej Italii, gdzie najłatwiej jest... dokonać desantu morskiego. Od tej pory zagrożona była już cała grecka cywilizacja i nawet miasta tzw.: Wielkiej Grecji (południowa Italia) nie mogły czuć się bezpiecznie. Od 517 r. p.n.e. Chios i inne greckie wyspy (Lesbos, Rodos, Kos), znajdują się już pod perską władzą, deklarując wierność i coroczną daninę, w zamian otrzymując nieskrępowaną możliwość handlu w całym rozległym imperium, co wkrótce ponownie zaczęło pobudzać gospodarkę wyspy. W 513 r. p.n.e. król Dariusz zorganizował wielką wyprawę na Scytów (ziemie dzisiejszej południowej Ukrainy), idąc szlakiem dunajskim, przez Bałkany. I choć wyprawa ta zakończyła się porażką, oraz sprowokowała najazd Scytów na Chersonez (co doprowadziło wówczas do buntu kilka tamtejszych greckich polis), nie spowodowało upadku perskiej władzy nad Chersonezem, cieśninami i wyspami Morza Egejskiego. Buntownicy zaś (głównie Imbros i Lemnos), zostali ujarzmieni i wzięci w niewolę (509 r. p.n.e.). Swoją drogą ci właśnie greccy niewolnicy, staną się jednymi z pierwszych, którzy trafią na rozpoczynający swą działalność (od ok. 510 r. p.n.e.) wielki rynek niewolniczy na Chios.

Ogromny wzrost handlu niewolnikami nastąpił w czasie tzw.: "buntu jońskiego", mającego miejsce w latach 499 p.n.e. - 494 p.n.e. Persów nie interesowała ani forma rządów w podległych im greckich państewkach, ani też wyznawana przez Greków religia (bardzo często sami Persowie się hellenizowali, żeniąc się z Greczynkami i przyjmowali grecką wiarę oraz obyczaje - co nawet było popierane przez perski dwór królewski), pod dwoma warunkami - całkowitej wierności monarchii perskiej, oraz corocznym, stałym daninom, jakie miały płynąć do czterech stolic imperium: Persepolis, Ekbatany, Babilonu i Suzy. Ci, którzy podporządkowali się tej zasadzie, mogli spokojnie żyć, bogacić się i handlować na wielkim rynku, ciągnącym się aż do granic Indii, ale ci, którzy próbowali się zbuntować, kończyli smutnie (najczęściej byli mordowani, zaś dzieci i młodzież zamieniano w niewolników - młodych mężczyzn np. od razu kastrowano i kierowano do królewskich haremów, zaś dziewczęta przeznaczano na nałożnice Króla Królów - który posiadał haremy w kilku swych stolicach). W 501 r. p.n.e. w bogatej i wciąż niepodległej wyspie Naksos, doszło do zamachu stanu. Dotychczasowi władcy wyspy, bogaci oligarchowie, zostali obaleni przez lud, pod przewodnictwem demokratycznych polityków (demagogów - jak bowiem pisał o nich Arystoteles: "Oni to, zwracając się ze wszystkim do ludu, powodują, że rządzą uchwały, nie prawa"). Uciekli więc do Miletu, rządzonego przez tyrana (mianowanego przez Persów) Aristagorasa. Ten postanowił przysłużyć się Persom (i jednocześnie samemu wywyższyć, jako chociażby władcy Naksos, lub nawet zarządcy całych Cyklad), prezentując perskiemu satrapie Lidii - Artafarnesowi, plan podboju Cyklad. Twierdził że do tego potrzeba jedynie stu okrętów i jakichś 10 000 żołnierzy.

Artafarnes przedstawił cała sprawę królowi Dariuszowi w Suzie (dokąd się udał) i uzyskał od niego zgodę na zajęcie Naksos i innych greckich wysp Morza Egejskiego. Wystawiono więc flotę, składającą się z... 200 okrętów i ok. 20 000 żołnierzy (Persów, Medów, Fenicjan, Syryjczyków i Anatolijczyków, ale nie Greków), wodzem zaś został mianowany królewski krewny - Megabates, co było wyraźnym policzkiem dla Aristagorasa, który marzył że to właśnie on poprowadzi tę wyprawę. Wyprawa zakończyła się fiaskiem (Persom nie udało się nawet dokonać desantu i przez cztery miesiące roku 500 p.n.e. jedynie blokowali wyspę od strony morza, Naksyjczycy zaś wystawili 8 000 hoplitów gotowych do walki w obronie swej ojczyzny). Megabates wrócił z niczym, o niepowodzenie wyprawy oskarżając właśnie Aristagorasa, który miał ponoć ostrzec mieszkańców Naksos przed Persami. Ten, spodziewając się niechybnej kary i utraty władzy (a być może i życia), postanowił się zbuntować przeciwko perskiej władzy w Milecie (był ponoć do tego namawiany przez poprzedniego tyrana Miletu, swego zięcia Histiajosa, który od lat był przetrzymywany jako zakładnik w Suzie. Histiajos zapisał wiadomość do Aristagorasa, tatuując ją na... głowie swego niewolnika - wcześniej goląc go na łyso. Gdy włosy mu odrosły, wysłał go do Miletu). Na przełomie 500 i 499 r. p.n.e. rozpoczął Aristagoras wdrażanie swego planu. Miał bowiem na celu zrzucenie jarzma perskiego, wymordowanie greckich tyranów na usługach Persów i odparcie perskich załóg do Azji. Poza tym chciał odnowić Związek Joński na zasadach bardziej demokratycznych (sam zrzekł się swej funkcji tyrana Miletu i wydał rozkaz wymordowania wszystkich innych tyranów Jonii - co też się stało). Zwołał też radę Miletyjczyków, pytając się obywateli jak należy postąpić - walczyć czy poddać się Persji?




Prawie wszyscy opowiedzieli się na walką, jedynie historyk Hekatajos, który wcześniej dużo podróżował i zwiedził różne krainy perskiego imperium, przestrzegał przed tym nierozważnym krokiem, twierdząc że perski monarcha ma tyle wojsk iż nie sposób ich nawet zliczyć. Radził rozwagę i twierdził że miasto samo gotuje sobie zgubę, pytał się też: "Czy chcecie aby wasze żony i córki, jeśli wcześniej nie zostaną pohańbione, zostały oddane waszym niewolnikom" (jak to miało miejsce chociażby na Samos po sławnej rzezi mieszkańców z 518 r. p.n.e. żony i córki tych, którzy zginęli, zostały oddane jako nałożnice... swym niewolnikom, którzy teraz otrzymali prawa obywatelskie jako nowi mieszkańcy Samos). Niewiele jednak zdziałał, lud był za buntem, za zrzuceniem perskiego jarzma. Widząc że nie zdoła przetłumaczyć współobywatelom swych racji, dodał jedynie że jeśli chcą walczyć, to powinni przede wszystkim zadbać o silną flotę, jako że dzięki temu będą mogli ewentualnie ewakuować się na bezpieczna tereny. Nawoływał więc do budowy okrętów, które ochronią miasto od strony morza i w razie potrzeby nierozważny lud na nich się wydostanie z płonącego miasta. Tymczasem wszystko na razie szło po myśli buntowników, miasta Jonii zrzuciły swych (mianowanych przez Persów) tyranów i podjęły się wspólnej walki z najeźdźcą. Hekatajos jednak wciąż był pesymistycznie nastawiony i radził swym współobywatelom: "Jeśli chcecie przeżyć, sięgnijcie po didymskie złoto" (w Didymie mieściła się wielka świątynia boga Apollona), ale Miletyjczycy uznali że byłoby to świętokradztwem i obrazą bogów, dlatego odmówili.

Na przełomie 499/498 r. p.n.e. Aristagoras wyjechał do Grecji właściwej, szukając sprzymierzeńców. Początkowo skierował swe kroki do Sparty, której król Kleomenes już wcześniej groził Persji interwencją, jeśli ta odważy się napaść na greckie wyspy. Teraz jednak... wahał się. Nie był już tak skłonny do interwencji i pomocy Grekom małoazjatyckim. Ostatecznie odmówił Aristagorasowi swej pomocy (ponoć uczynił tak, gdy usłyszał że stolica Persji - Suza, jest odległa od wybrzeży Azji Mniejszej o trzy miesiące drogi. Zapewne zdawał sobie sprawę z rozmiarów owego państwa i tego że jego armia na tak wielkim terenie z pewnością uległaby rozproszeniu). Następnie udał się do Argos (konkurenta Sparty na Peloponezie). Argiwczycy zwrócili się po radę do wyroczni delfickiej, i otrzymali stamtąd... pogróżkę. Bóg Apollon miał im ponoć przekazać, że Milet, za swą nikczemność zostanie spalony, a jeśli oni mu dopomogą, pójdą w jego ślady. Aristagoras został czym prędzej przepędzony z Argos. Ostatecznie przybył do Aten i tutaj zyskał zrozumienie (Ateńczycy już i tak byli poróżnieni z Persją, odrzucając w 505 r. p.n.e. żądanie króla Dariusza o przywróceniu do władzy obalonego tyrana Hippiasza i spodziewali się perskiego najazdu). Ateńczycy jako pierwsi obiecali więc pomoc dwudziestu okrętów. Do Aten dołączyła Eretria, obiecując wysłanie pięciu okrętów. Zadowolony z chociaż takiego obrotu sprawy Aristagoras, powrócił do Miletu aby objąć dowództwo w walkach z Persami, a przede wszystkim wyprzedzić ich własny atak. Tymczasem przebywający w Babilonie król Dariusz I Wielki, otrzymawszy wiadomość o jońskim buncie i wsparciu ateńsko-eretryjskim, kazał sobie wciąż przypominać o tej zniewadze, nawet gdy siadał do stołu, niewolnik miał mu mówić: "Królu, pamiętaj o Ateńczykach". Zapamiętał, wkrótce wyruszy do Attyki z wielką armią inwazyjną.        

 


 


ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND

NEVER WILL APPLY TO POLAND



 CDN.

piątek, 21 września 2018

SOJUSZ!

JESZCZE NIECO KOŚLAWY, 

ALE TO DOPIERO POCZĄTEK




18 września 2018 r. miała miejsce wizyta prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Andrzeja Dudy w Waszyngtonie u prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Można by powiedzieć, zwyczajna wizyta dyplomatyczna, jakich wiele odbywają głowy państw i szefowie rządów. I rzeczywiście, wszystko oficjalnie wygląda tak, jakby nic wielkiego się nie stało - ot, po prostu jeden prezydent dużego państwa w Europie Środkowej, spotkał się z prezydentem supermocarstwa światowego, niby nic wielkiego, trochę gestów, trochę dyplomacji, uśmiechów dla dziennikarzy i... niepotrzebnych gaf. A jednak, ta wizyta wydaje się być nieco inna, niż wszystkie poprzednie i nieco inna niż się ją oficjalnie przedstawia (szczególnie w Polsce). Oto bowiem w Białym Domu (Gabinecie Owalnym), została podpisana polsko-amerykańska deklaracja o partnerstwie strategicznym Warszawy i Waszyngtonu w zakresie bezpieczeństwa (obronności oraz energetyki). Niby nic, niby zwykła umowa, a jednak coś się realnie zaczęło (choć jeszcze wszystkiego nie widać). Oto bowiem została potwierdzona amerykańska deklaracja bezpieczeństwa dla Polski co jest niezwykle dla nas ważne, wręcz kluczowe i to nie tylko dla nas samych - bo to jest dopiero mała kropelka która uderza o skałę - ale już dla naszych dzieci z całą pewnością, nie mówiąc o wnukach. 

Coś się zmieniło, coś wisi w powietrzu, choć jeszcze dokładnie nie wiadomo co to takiego jest, ale wszyscy zainteresowani tematem (a tych jest kilku wśród głównych europejskich i światowych graczy), czują że coś się zaczyna. Oto swój początek rozpoczyna sojusz, którego co prawda jeszcze nie można nazwać sojuszem strategicznym, ale jest to już pierwsza kropla, która zaczyna drążyć skałę. Oczywiście, nie oznacza to też że "Amerykanin Polakowi bratem" (jak śpiewał Bohdan Łazuka w słynnym musicalu: "Hallo, Szpicbródka" - "Pan Göring znów do Białowieży, na małe polowanko wpadł. Z tego tytułu pogląd szerzył - że Niemiec Polakowi brat. Myśmy już wielu braci znali - Kain i Abel z Biblii, wiesz? Ciociu Klociu Wisła się pali, Wisła się pali - leć i gaś"). To jest po prostu układ biznesowo-polityczny, który został zawarty z różnych względów. Dla Polski sojusz z USA ma (obecnie) znaczenie kluczowe. Tak, kluczowe, gdyż niestety sytuacja tak się pogmatwała, że oto znajdujemy się znów pomiędzy Scyllą i Charybdą, czyli dwoma nowymi "potworami", które czyhają na cały nasz region, niczym na ową cieśninę, przez którą przepływał mityczny Odyseusz. Oto bowiem, na naszych oczach odtwarza się pakt Ribbentrop-Mołotow, który ma na celu doprowadzenie przede wszystkim do całkowitego wyparcia Stanów Zjednoczonych z Europy i budowie wspólnego, euroazjatyckiego organizmu gospodarczo-politycznego, zdominowanego przez Rosję i Niemcy. Ów niemiecko-rosyjski sojusz, ma oczywiście doprowadzić do całkowitej marginalizacji Europy Środkowo-Wschodniej i jej podziału na strefy wpływów pomiędzy Berlin i Moskwę. Oczywiście Polska znalazłaby się w niemieckiej strefie wpływów, ale tutaj interesy rosyjskie mają zostać zagwarantowane i zabetonowane.

Nie muszę chyba pisać, co byłoby konsekwencją takiej euroazjatyckiej wspólnoty, ale nie tylko o Międzymorzu, lecz również o własnym przemyśle i handlu moglibyśmy wówczas całkowicie zapomnieć. To byłby barbarzyński drenaż najlepszych specjalistów z naszego kraju (i państw ościennych) do centrum, czyli do Niemiec, tutaj byłaby totalna prowincja, pozbawiona przemysłu, armii, floty, kopalń, stoczni, etc. etc. (no chyba że byłyby to stocznie i kopalnie niemieckie). Dlatego niebezpieczeństwo idące z sojuszu Berlina i Moskwy jest dla nas kwestią śmiertelnie ważną, wręcz kwestią egzystencjalną. A obecnie nie ma żadnego innego mocarstwa prócz USA, które mogłyby ów niebezpieczną dla nas tendencję nie tylko zahamować, ale i odwrócić. Nie ma obecnie żadnej innej siły na świecie, która mogłaby (i chciałaby) podjąć się takiego wyzwania. Co zaś się tyczy Stanów Zjednoczonych, to w ich przypadku sojusz z Warszawą również jest ważny. Jest ważny choćby dlatego, że jeśli Waszyngton odpuści Warszawę, to utraci jakiekolwiek przyczółki w Europie i bardzo szybko będzie musiał stąd się wycofać. Amerykanie dotąd bowiem w Europie stawiali na Turcję (i Anglię, ale Anglicy nie wystarczą, poza tym właśnie mają opuścić Unię Europejską, a do tego są wyspą). Teraz jednak stosunki Ankary z Waszyngtonem nieco się popsuły, i to do tego stopnia, że Moskwa puszcza oko do Erdogana zapraszając go do wspólnych (antynatowskich) koalicji, którym ten zaczyna powoli ulegać. 

Po utracie Turcji, USA w zasadzie dysponowałyby tylko jednym "lotniskowcem" w Europie - Wielką Brytanią, ale jak już wyżej wspomniałem, to nie przeszkodziłoby w wyparciu Ameryki z Europy kontynentalnej i stworzeniu wielkiego tandemu niemiecko-rosyjskiego, panującego nad całą Europą i większą częścią Azji. Euroazjatyzm - projekt polityczny Aleksandra Dugina ziściłby się w takich warunkach. Dlatego (choć nie ma w Waszyngtonie z tego powodu euforii) USA są skazane również na Polskę, bodajże najbardziej proamerykańsko nastawiony kraj na całym europejskim kontynencie. Bez Polski, czyli tego europejskiego centrum, nie jest możliwe stworzenie żadnego niemiecko-rosyjskiego sojuszu polityczno-handlowego, a jeśli tym bardziej Międzymorze przestanie być jedynie koncepcją quasi-polityczną i zacznie nabierać realnych kształtów wśród państw Europy Środkowej i (być może) Wschodniej (oczywiście przy wsparciu Stanów Zjednoczonych), to już możemy powiedzieć jasno i otwarcie - do żadnego realnego sojuszu Berlina i Moskwy w takich warunkach nie dojdzie, dopóki ten środkowoeuropejski projekt Międzymorza nie zostanie ostatecznie rozbity. A jeśli rozbity nie zostanie (co jest niezwykle trudne przy wsparciu Waszyngtonu dla koncepcji Międzymorza), to już teraz możemy powiedzieć z całą pewnością, że za dwadzieścia lat Niemcy albo się rozpadną na mniejsze podmioty polityczne, albo też w jakiś inny sposób przestaną istnieć (oczywiście na to nakładają się również kwestie związane z muzułmańską imigracją, upadkiem gospodarczym i ogromnym niezadowoleniem społecznym - ale to są jakoby czynniki dodatkowe). A Rosja? No cóż, Rosja nie przetrwa kolejnej dekady w takim kształcie w jakim ją znamy obecnie. Nie sądzę aby do tego doszło na drodze pokojowej, dlatego też spodziewajmy się w jakiejś przyszłości wybuchu konfliktu militarnego, w którym Rosja po raz ostatni już pokaże światu, jakim to jest niebezpiecznym i nieodpowiedzialnym tworem. 




Zobaczymy co świat przyniesie, ale nie sądzę, aby Rosja i Niemcy pozwoliły Polsce spokojnie kontynuować pracę u podstaw nad dokręceniem projektu Międzymorza - to się po prostu ze sobą nie łączy. Nasze państwa zostały ulokowane w takim geopolitycznym miejscu, że nie ich interesy zawsze będą ze sobą kolidowały i zawsze jedno z nich będzie musiało dominować nad drugim. Niegdyś, w starożytności cała północna Europa była podzielona pomiędzy Słowian i Celtów. Potem, gdy zaczęły się kształtować nordyckie wspólnoty, z których (konglomeratu słowiańsko-nordycko-celtyckiego) zaczęły się tworzyć niemieckie państewka, następnie zjednoczone w królestwie a potem cesarstwie, Rzesza zaczęła się rozpychać coraz bardziej na wschód. Gdy rozpadł się Związek Lechicki i słowiańskie plemiona (już wcześniej w dużej części niezależne) zaczęły organizować się w narodowe państwa, nie stanowiły one (rozbite i podzielone) większej zapory dla prącego na wschód w ramach "Drang nach Osten" wschodniofrankońskiego cesarstwa i jego polityki "marchii wschodnich i północnych". Dopiero powstanie państwa polskiego i zjednoczenie plemion słowiańskich wokół rzek Wisły, Odry, Warty, Morza Bałtyckiego i gór Karpat, zapobiegło dalszej frankońskiej ekspansji. Mimo to, nasi władcy wczesnośredniowieczni, woleli wchodzić w sojusze z cesarstwem rzymskim (wschodnio-frankońskim, które potem zaczęto nazywać Niemcami). Niekiedy ze sobą walczono, niekiedy się układano, ale należy powiedzieć że stroną dominującą byli wówczas właśnie wschodni Frankowie, a państwo polskie w niektórych okresach było nawet ich lennem (płaconym z części swego terytorium). 

Zaczęło się to zmieniać w XIV wieku, gdy wschodni Frankowie (już wówczas utożsamiani coraz częściej z Niemcami), zaczęli przeżywać polityczny kryzys, związany z rozpadem wewnętrznym państwa, zaś Królestwo Polskie, od czasów króla Kazimierza III Wielkiego, zaczęło się jednoczyć (po trwającym prawie dwieście lat rozbiciu dzielnicowym) i coraz częściej dążyło ku wschodowi, ku słowiańskim ziemiom Rusi, sytuacja ta zaczęła się powoli zmieniać. Z początkiem wieku XV dała o sobie znać potęga, jaką w latach 1333-1370 budował król Kazimierz Wielki. 







 W 1410 r. na polach Grunwaldu została starta największa potęga militarna średniowiecznego świata - Zakon Krzyżacki, czyli niemiecki zakon rycerski, budzący postrach i okryty sławą wielkich zwycięstw w walkach z poganami (i nie tylko). Zwyciężył ich litewski kniaź Jogaiła, który w 1386 r. wstąpił na polski tron i już jako Władysław II Jagiełło stał się założycielem nowej po Piastach, polskiej dynastii - Jagiellonów, którzy panowali aż do 1668 r. (należy bowiem pamiętać, że Zygmunt III Waza, był po kądzieli Jagiellonem i jako taki panował w Rzeczpospolitej, a nie jako Waza. Wazą był tylko w Szwecji, przez co on i jego synowie to również potomkowie Jagiełły).


   

 Władysław Jagiełło żył długo, panował prawie pięćdziesiąt lat (do 1434 r.) i choć długo nie mógł doczekać się męskich następców, wreszcie jego czwarta żona - Zofia Holszańska (zwana Sonką), dała mu synów, którzy przedłużyli ród Jagiellonów.


 

 Kolejni władcy znacznie rozszerzyli obszar swoich królestw, a wnukowie Władysława II Jagiełły, panowali już w Polsce, na Litwie, Rusi, w Czechach oraz na Węgrzech (które to wówczas państwo zajmowało znacznie większy obszar, niż obecnie), a ponoć jego syn - Władysław III Jagiellończyk, po klęsce w bitwie z Turkami pod Warną (1444 r.) jak mówi legenda (bowiem jego ciała wśród poległych nigdy nie odnaleziono), miał wyjechać do Włoch i Portugalii i tam spłodzić... przyszłego odkrywcę Ameryki - Krzysztofa Kolumba (wyglądałoby więc na to, że, kierując się tymi przypuszczeniami, do którego ostatnio przychylają się również i amerykańscy historycy - Krzysztof Kolumb, odkrywca Ameryki z 1492 r. był... Jagiellonem i po części Polakiem).


 
 


 Wiek XV był również wiekiem upadku niemieckiej Hanzy, czyli spółki handlowej, zajmującej się handlem w rejonie Morza Bałtyckiego i Północnego i będącej w średniowieczu wielką potęgą. W to miejsce weszła Polska, która w 1466 r. odzyskała dostęp do Bałtyku i dzięki temu zaczęła stamtąd eksportować zboże do Europy Zachodniej, bardzo szybko (w XVI wieku) całkowicie ją od siebie uzależniając (polskie zboże, karmiło praktycznie całą ówczesną Europę, a jego wstrzymanie, czy choćby zapowiedż - jaką np. złożył polski poseł w Hadze - Paweł Działyński w 1597 r. - mogła doprowadzić wręcz do klęski głodu na danym terenie. Polska wraz z Litwą i Rusią, stworzyła potęgę, która na trzy stulecia, stała się tamą dla wszelkich osmańsko-moskiewskich prób agresji na Zachód. Podkreślało to wielu polityków jak i historyków, jak choćby Louis Michelet, który (w XIX wieku) stwierdził: "Polska umiejscowiła się na przyczółku Europy, uratowała ludzkość. Podczas gdy próżniacza Europa gadała (...) ci bohaterscy strażnicy chronili ją swymi lancami. Aby kobiety Francji i Niemiec mogły spokojnie prząść swe fatałaszki (...) trzeba było, by Polak, całe życie na posterunku, dwa kroki od barbarzyństwa, czuwał z szablą w dłoni". Również elektor Brandenburgii - Fryderyk Wilhelm mówił na sejmie Rzeszy w 1655 r.: "Korona Polska była zewnętrznym bastionem, który chronił Niemcy, a nawet całe chrześcijaństwo przed złymi i niebezpiecznymi zamiarami różnych barbarzyńskich ludów".  A takich głosów było dużo, dużo więcej. 







W tym samym czasie Niemcy były rozbite i zarówno politycznie jak i gospodarczo nie odgrywała jakiejkolwiek roli w Europie. W XVIII wieku to się zaczęło po woli zmieniać, Rzeczpospolita słabła, po woli stając się rosyjskim protektoratem (od 1768 r.), zaś państwa niemieckie, a szczególnie zaś Prusy, zaczęły rosnąć w siłę, stając się wkrótce (za Fryderyka II Wielkiego, panującego w latach 1740-1786) znaczną potęgą militarną Europy.




 Sojusz prusko-austriacko-rosyjski doprowadził wreszcie do upadku Rzeczpospolitej, państwa wolności i tolerancji (państwa, które w 1791 r. uchwaliło pierwszą w Europie, nowoczesną konstytucję, zwaną Konstytucją 3 Maja - pierwszą w Europie i druga po amerykańskiej na świecie), a przy tym potężnej bariery chroniącej przez stulecia Europę z południa i wschodu. Sojusz Fryderyka II Wielkiego i carycy Katarzyny II, doprowadził ostatecznie w 1795 r. do upadku owe potężne niegdyś środkowoeuropejskie mocarstwo.




 Mimo upadku państwa, nie przestano jednak wierzyć w jego odbudowę. I tak, gdy nadarzyła się okazja i gdy młody francuski generał walczył we Włoszech z Austriakami, u jego boku sformowały się od 1797 r. brygady Legionów Polskich Jana Henryka Dąbrowskiego. Potem, ów generał, już jako cesarz Francuzów - Napoleon Bonaparte, rozpalał polskie serca, gdzie wyczekiwano go z wielką nadzieją i radością. Polacy bili się u boku "swego Cesarza" - jak go nazywano, który (również za Polskę) poszedł na zwarcie z największymi potęgami Europy. Polacy (jako jedyni cudzoziemcy) nie odstąpili Napoleona nawet po klęsce po Waterloo, a także zostali wtajemniczeni w plany... odbicia Cesarza ze św. Heleny.






Potem znów przyszła długa "noc zaborów", trwająca od 1815 do 1918 r. W 1914 r. na początku I Wojny Światowej, zaczęły się formować (na wzór Legionów Dąbrowskiego), oddziały polskie pod komendą brygadiera Józefa Piłsudskiego, które miały wywalczyć (własnymi siłami) tę utraconą niegdyś niepodległość. Nie zawsze było łatwo, naszym nieszczęściem był fakt, że niepodległość mogła nam przywrócić jedynie krwawa wojna światowa, która przeorała kontynent i stała się grobem wielu ludzkich istnień. Ale nie było innej drogi do wolności, jak właśnie przez krwawą kaźń. Legiony Piłsudskiego zapisały piękną kartę wojenną i były podstawą kadry oficerskiej odbudowanej w 1918 r. II Rzeczpospolitej Polski.  




W 1920 r. przyszło się młodemu i ledwie okrzepłemu państwu, zmierzyć z potęgą, która miała na celu podbój nie tylko całej Europy, ale całego wręcz świata. Formowane praktycznie od 1919 r. na większą skalę, Wojsko Polskie, odparło siły Armii Czerwonej, czystego bolszewickiego zła, przy którym wcześniejsze osmańskie inwazje na Europę, były jedynie zwykłymi dziecinnymi igraszkami.




Dzięki poświęceniu i bohaterstwie najlepszych synów i córek odrodzonej Rzeczypospolitej, udało się zachować niepodległość i stworzyć państwo, które miało ambicje prawdziwie mocarstwowe.




 ACH TE LATA 20-te, LATA 30-te







 A tymczasem Niemcy, po klęsce w I Wojnie Światowej, w latach 20-tych zaczęły po woli wbijać się w rytm normalności, życia i zabawy...




Bardzo szybko jednak, bo już w latach 30-tych, tamten czas poszedł w zapomnienie, a Niemcy, miast tanecznym krokiem dancingowym, teraz kroczyli równym krokiem żołnierskim w myśl hasła: "Ein Volk, Ein Reich, Ein Fuhrer" i z zabójczą, kretyńską myślą zdobycia dla siebie "przestrzeni życiowej".




Wybuch II Wojny Światowej, był ogromną zbrodnią, wyrządzoną całej naszej europejskiej cywilizacji, opartej na kulturze chrześcijańskiej, rzymskim prawie i filozofii greckiej. Totalitaryzmy niemiecki i sowiecki - doprowadziły do śmierci milionów ludzi, upodleniu ludzkości, zamykaniu ich w ciasnych wagonach i paleniu w komorach gazowych, lub mordowaniu ciężką fizyczną pracą ponad siły.  






Mimo to, w tych ciężkich czasach, Polacy nie ustawali w walce o niepodległość Ojczyzny. Walczono zarówno w kraju w podziemnych organizacjach, jak również za granicą, w armii polskiej w Anglii i tej na Bliskim Wschodzie. Polski żołnierz walczył na każdym froncie, na którym pojawił się niemiecki okupant, który w sposób barbarzyński napadł na nasz kraj i go niszczył.


 





Oficjalna klęska III Rzeszy i koniec wojny, nie był tym samym w Europie Zachodniej i Europie Środkowo-Wschodniej, dla nas wojna wcale się nie skończyła, po prostu jeden sowiecki okupant, zastąpił okupanta niemieckiego. Walka trwałą dalej, dla wielu kończyła się  śmiercią na polu walki (ci mieli szczęście), lub długimi, brutalnymi torturami, gdy łamano ludziom żebra, wyrywano paznokcie, jeden po drugim, wybijano zęby, wyrywano palce ze stawów, łamano nogi, wyłupywano oczy i bito, bito, bito do nieprzytomności. A mimo to, w tych podłych dniach, znaleźli się ludzie, którzy potrafili to wszystko przetrzymać, którzy nie ulegli. Jestem pełen podziwu nad ich determinacją, gdyż nie wyobrażam sobie, czy ja sam przytrzymałbym choćby połowę tych tortur, które przechodzili ci ludzi. Tylko należy pamiętać, że ich wewnętrzna siła brała się z... ogromnej wiary, oni wiedzieli że postępują słusznie i że życie tutaj jest tylko jakąś koszmarną grą, którą po prostu należy godnie i poczciwie przeżyć (np. rotmistrz Witold Pilecki stwierdził że będzie się modlił za swego kata - skąd wziął taką siłę, żeby przetrzymać tortury i... wybaczyć? Z wiary, z ogromnej wiary. To byli tytani w ludzkich ciałach), CZEŚĆ ICH PAMIĘCI!


ŻOŁNIERZU NIEZŁOMNY, NAGRODĄ CI BLIZNY, DROGOWSKAZEM ZAWSZE 
BÓG - HONOR - OJCZYZNA




POLSKA JEST JEDNYM Z NAJBARDZIEJ PROAMERYKAŃSKICH PAŃSTW W EUROPIE, 
JEŚLI NIE NA ŚWIECIE



Tak więc podsumowując, uważam że sojusz polsko-amerykański, ten pierwszy kamyczek, będzie drążył skałę, która już w kolejnym pokoleniu powinna wydać owoce. Oto bowiem świat się zmieni, nadchodzi nowa era naszej, środkowoeuropejskiej potęgi. To już stanie się faktem dla naszych dzieci, oni będą żyli w zupełnie innym świecie, w zupełnie innej Polsce, która powróci do swych dawnych korzeni. Czas ten nastąpi i nareszcie będziemy mogli powiedzieć: "za Polskę wolną od tyrańskich tronów, za Polskę dawną Piastów, Jagiellonów". Teraz tylko musimy pilnować, aby kolejne szaleństwo, na miarę niemieckiego nazizmu czy rosyjskiego bolszewizmu nie próbowało znów oplatać ludzkie umysły. Dziś takimi szaleństwami bez wątpienia są neomarksizm i islamizm. Owa Scylla i Charybda, które wcześniej czy później zakończą swoje istnienie - Oby tylko mocno wierzyć i doczekać tego pięknego dnia, upadku tych totalitarnych ideologicznych kreatur.

 
 

ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND

NEVER WILL APPLY TO POLAND