Łączna liczba wyświetleń

piątek, 23 sierpnia 2019

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. IV

NIM JESZCZE

NAD KONSTANTYNOPOLEM

ZAŁOPOTAŁ ZIELONY

SZTANDAR MAHOMETA





 I

JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM

(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA" 

NA RZYMSKIM PALATYNIE)

Cz. III



 
 Rzym roku 190, czyli w ostatnich latach rządów Kommodusa, był już zupełnie innym Rzymem niż jeszcze pięćdziesiąt lat wcześniej. Co prawda negatywne tendencje zarówno w polityce, wojskowości jak i przede wszystkim w gospodarce jeszcze nie wystąpiły z taką siłą jak w III wieku, to jednak zostały one już rozpoczęte i zwiastowały koniec pewnego świata. To co narodzi się później i co ponownie uporządkuje rzymską państwowość z czasów Aureliana, Probusa, Dioklecjana czy Konstantyna Wielkiego, będzie już budowane na zupełnie innych podstawach niż ów Pryncypat stworzony przez Augusta i jego następców. Nie będzie to więc kontynuacja, a budowa zupełnie czegoś nowego, zupełnie innego ustroju społeczno-polityczno-gospodarczego. Można wręcz powiedzieć że kryzys III wieku (który był nieporównywalnie dotkliwszy dla ludności Imperium, niż kryzysy czasów końca Republiki i zamiany jej w jedynowładztwo Augusta), narodził się właśnie w ostatnich dwóch dziesięcioleciach wieku II, czyli pod rządami Kommodusa. Bardzo zmienił się rzymski świat lat 80-tych II wieku, od tego sprzed zaledwie pięćdziesięciu lat, z roku 143, gdy Eliusz Arystydes pisał swą pochwałę Rzymu, twierdząc iż świat w którym żyje jest najlepszym z możliwych światów, a czasy najlepszymi ze wszystkich wcześniejszych. Wojen wówczas nie prowadzono nawet na najodleglejszych rubieżach Imperium Romanum, miasta kwitły i prześcigały się w swej piękności i świetności, upiększane wspaniałymi budynkami: teatrami, bazylikami czy amfiteatrami, wznoszonymi na modłę rzymskiego Koloseum (notabene, to właśnie te budowle doprowadziły w III wieku do kryzysu finansowego wielu miast Imperium, gdyż, choć majestatyczne i piękne, nie były funkcjonalne i same na siebie nie zarabiały. Ale dzięki temu że je wznoszono, dziś jeszcze możemy podziwiać ich ruiny które przetrwały wieki). W czasach rządów Kommodusa i jego następców, w tym również Septymiusza Sewera - rozpoczął się proces rozkładu, który w III wieku doprowadzi do kryzysu politycznego i anarchizacji życia społecznego. To co się narodzi potem, ów system zwany Dominatem - będzie już zupełnie innym tworem politycznym, budowanym też na zupełnie innym społeczeństwie niż to z czasów Eliusza Arystydesa.

A tymczasem dwór cesarski pod wpływem oderwanych od rzeczywistości kaprysów Kommodusa, żył w swoim świecie. Cesarz zaczął do swej tytulatury dokładać kolejne przydomki: i tak zwał się już "Pobożnym", "Niezwyciężonym", "Szczęsnym", "Obrońcą Pokoju", "Sarmackim", Brytańskim", "Germańskim". Urządzał częste munera (walki gladiatorów), podczas których sam, odziany w skórę lwa bądź lamparta, z maczugą w dłoni walczył z dzikimi zwierzętami niczym zwycięski Herkules. Owe dzikie zwierzęta tak naprawdę były odpowiednio dobierane by nie mogły wyrządzić władcy żadnej krzywdy. Z reguły bezpośrednio walczył on na arenie głównie ze... strusiami, którym ścinał głowy mieczem (a potem z zadowoloną miną pokazywał ów ścięty łeb strusia struchlałym z przerażenia senatorom, tak jakby chciał powiedzieć: "spójrzcie, oto co i was czeka"). Jeśli walczył z innymi drapieżnikami, to tylko w taki sposób że wyznaczano tym zwierzętom odpowiedni tunel, po którym mogły się przemieszczać, tak, aby nie stanowiły zagrożenia dla stojącego na arenie cesarza który ciskał w nich swą włócznią (czasem ciskał nią także ze swojej cesarskiej loży) i ponoć po jednym ciosie nie musiał zwierzęcia drugi raz dobijać, taką miał mieć celność. Walki te były skrupulatnie organizowane i pieczołowicie się do nich przygotowywano. Kommodus realnie wierzył że jest wcieleniem Herkulesa, niezwyciężonym władcą i obrońcą ludu. Podczas tych pokazów wszystko było z góry wyreżyserowane a poszczególni aktorzy tego kabaretu wiedzieli jak mają się zachować (choć niejednemu chciało się śmiać na widok cesarza gnającego za strusiami i ścinającego im głowy). Swą kochankę - Marcję, przebierał zaś Kommodus w strój amazonki i kazał jej tak publicznie paradować i oklaskiwać jego wyczyny w amfiteatrze. Do kobiety jednak coraz częściej docierało że władca nie jest w pełni zdrowy na umyśle i że pogłębiająca się paranoja - skazywanie na śmierć kolejnych współpracowników i ulubieńców, może doprowadzić z czasem do tego, że i ona sama stanie się obiektem cesarskich podejrzeń, a co za tym idzie czeka ją egzekucja (z tym akurat Kommodus nie miał najmniejszych problemów i skazywał ludzi bez mrugnięcia okiem na śmierć, jeśli tylko padł na nich choćby cień podejrzenia o udział w ewentualnym spisku na jego życie).




W 191 r. Kommodus jednak poszedł dalej w swej paranoi. Oto bowiem nakazał ogłosić ludowi że miasto Rzym otrzymało nową nazwę i zwie się odtąd: "Colonia Commodiana". Cesarz uznał się też nowym założycielem Rzymu na wzór Romulusa. Natomiast z początkiem roku 192, ogłosił się już oficjalnie (wcześniej bowiem jedynie popisywał się w Koloseum swoją celnością i siłą na wzór Herkulesa, ale były to tylko zabawy dla ludu. Teraz jednak ogłosił się już oficjalnie bogiem) "Niezwyciężonym Herkulesem" - "Obrońcą Pokoju". Każdy, kto tylko miał jakiekolwiek ku temu obiekcje, kończył marnie, bowiem cesarz opłacał mnóstwo donosicieli oraz rozbudował tajną policję ("Frumentari"), której zadanie polegało właśnie na ściganiu nieprawomyślnych zachowań, poglądów i postaw. Wszyscy dworzanie musieli się do niego zwracać jak do boga i oddawać mu boską cześć. Zaczął też liczyć czas od momentu swego "ziemskiego objawienia", kazał nazywać okres swego panowania "Złotym Wiekiem". Zmienił też nazwy miesięcy, i tak lipiec miał się odtąd zwać "Aurelius" (nazwisko rodowe Kommodusa), sierpień - "Commodius", październik - "Herculeus", a styczeń, na cześć Marcji, nazwano: "Amazonius". Powstało też mnóstwo popiersi i obrazów cesarza (zniszczono je wszystkie po jego upadku), przedstawiających go jako Herkulesa. Jako nowy bóg i heros w jednej osobie, postanowił ulżyć ludowi i ogłosił obniżenie cen żywności. Piękne, ale wówczas kompletnie nierealne ze względu na potęgujący się kryzys gospodarczy. Tak więc wkrótce po obniżeniu cen żywności, większość żywności zniknęła z miejskich targowisk a ta żywność która się ponownie pojawiła, była sprzedawana po... znacznie wyższych cenach niż przed "obniżką". Jeśli bowiem wcześniej ok. 500 gram mięsa kosztowało (oczywiście w zależności od jakości) od 6 do 20 denarów, a litr wina od 8 do 30 denarów, para butów zaś od 50 do 120 denarów, o tyle po "obniżce" ceny te wzrosły co najmniej dwukrotnie. A należy pamiętać że rzemieślnik otrzymywał wówczas ok. 50 denarów dniówki (przy czym płacono mu tylko za czas wykonywanej pracy, nie otrzymywał zaś stawki miesięcznej i jeśli nie miał zleceń to przymierał głodem), rolnik 25 denarów dniówki. Można sobie policzyć ile tym ludziom zostawało pieniędzy w kieszeni po opłaceniu czynszu za mieszkanie, podatków publicznych (ściąganych np. na cesarskie munera), zakupie jakiejś odzieży (przynajmniej dwóch par - do pracy i do domu), oraz wyżywienia dla swej rodziny? Ci ludzie po prostu żyli na granicy minimum biologicznego.

Kommodus zaś, żyjący w swoim świecie zabaw, orgii i występów cyrkowych, w ogóle nie był świadomy stopnia zubożenia rzymskiego ludu. Co ciekawe kryzys ten dotknął również warstwy wyższe. Rozsypywał się dawny porządek społeczny, oparty na urodzeniu i wynikających z tego tytułu wpływach i bogactwie. W czasach Kommodusa ten proces był już widoczny, a stara arystokracja budziła wśród ludu często wyraz politowania niż szacunek i zazdrość. Niegdyś wielu nowobogackich ekwitów starało się jakoś wżenić w struktury nobilitas, widząc w tym podstawę swego znaczenia i władzy w przyszłości. Teraz, wręcz przeciwnie nie urodzenie było ważne a kompetencje, umiejętności i przede wszystkim odwaga na polu bitwy. Ów upadek potęgi nobilitas, pokazuje choćby zmiana stosunku do miejskich "honores" - niegdyś tak bardzo pożądanych przywilejów, które teraz stały się potwornym obciążeniem finansowym dla jego członków i wielu chciało się z tego "honoru" uwolnić (a zdarzało się że wręcz zmuszano do tej godności obywateli siłą). Przestało mieć znaczenie czy ktoś posiada obywatelstwo czy nie, czy ktoś pochodzi z Italii czy nie, piramida społeczna zaczęła się zupełnie zacierać. Teraz liczył się przede wszystkim majątek i oparcie w armii, kto posiadł te dwie rzeczy, mógł pretendować do władzy najwyższej i nie miało żadnego znaczenia gdzie się urodził, czy z jakiej klasy społecznej się wywodził i czy piastował wcześniej jakiekolwiek funkcje publiczne. Senat w zasadzie został sprowadzony do roli rady miejskiej, która utraciła realny wpływ na politykę. Zresztą upadek i zniewieścienie przedstawicieli klasy nobilitas było tak duże, że - powołując się niekiedy na przykład przodków ("mos maiorum" - "obyczaj przodków"), których byli potomkami, a którzy zapisali się bohaterskimi czynami wojennymi lub krasomówstwem politycznym - ich potomkowie lubowali się np. w... tańcu lub popisach aktorskich na scenie (co niegdyś było praktyką całkowicie hańbiącą - przykładem niech będzie Neron, który lubił komponować muzykę i wygrywał na kitarze swe pieśni - uważany był co najmniej przez arystokratów za oderwanego od rzeczywistości cudaka - ale notabene lud rzymski kochał go właśnie za to że taki był). Więc utyskiwania Kasjusza Diona iż: "teraz nawet dawni tancerze otrzymać mogą ważne funkcje dowódcze" (w rozumieniu ludzi nie wywodzących się z arystokracji senatorskiej) - było wybitnie nie na miejscu. Ta epoka rozkładu i zniewieścienia (którą zapoczątkowało panowanie Kommodusa), pozwoli z końcem III wieku uformować nowe, silne osobowości, które jednak sformatowane będą na zupełnie innych podstawach i zupełnie inny model wychowania będzie im przyświecał.


1:50 - "ZOSTAŁEŚ CHRZEŚCIJANINEM?"

"OD WCZORAJ PANIE. UCZYNIŁEM TEŻ MERKUREMU ŚLUBY, ŻE JEŚLI POMOŻE MI ODNALEŹĆ DZIEWICĘ, OFIARUJĘ MU DWIE JAŁÓWKI KTÓRYM KAŻĘ POZŁOCIĆ ROGI"

"AHA, WIĘC TWOJE WCZORAJSZE CHRZEŚCIJAŃSTWO I TWOJA FILOZOFIA POZWALAJĄ CI WIERZYĆ W MERKUREGO?"

"WIERZĘ ZAWSZE W TO, W CO MI WIERZYĆ POTRZEBA PANIE"


 

A tymczasem rządy Kommodusa stawały się coraz mniej popularne (co prawda ratowało je częste urządzanie igrzysk w amfiteatrach i sprowadzanie najróżniejszych gatunków zwierząt, które potem ginęły na piaskach aren Rzymi i całego Imperium, to jednak igrzyska nie mogły ludowi zapewnić chleba. Niewielu pewnie wie, iż sławne, często przytaczane w kulturze słowa: "Chleba i Igrzysk", wzięły się z niezadowolenia mieszańców Rzymu, że władze urządzają dla nich przedstawienia a oni sami przymierają głodem - "Nie chcemy Igrzysk, dajcie nam chleba" - słowa te miały paść po raz pierwszy z widowni Koloseum właśnie w roku 190, czyli za rządów Kommodusa. Nic dziwnego że podejrzliwy cesarz zaczął baczniej przyglądać się swojemu otoczeniu i sprawdzać czy przypadkiem nie knują oni jakiegoś nowego zamachu na jego życie (w obawie oczywiście o własne tyłki). Rzeczywiście, najbardziej zaangażowaną osobą, która obawiała się że to na niej teraz skupią się cesarskie podejrzenia - była Marcja. Po upadku wszechwładnego prefekta Kleandra (190 r. p.n.e.) to właśnie ona stałą się najbardziej wpływową i najbliższą cesarzowi osobą. To do niej ustawiały się kolejki petentów, prosząc o wsparcie u Kommodusa. To na jej życzenie cesarz powołał i odwołał trzech kolejnych prefektów pretorianów w przeciągu roku - Lucjusza Gratusa Julianusa, Regillusa i Motilenusa (190-191 r.). Czwarty z nich - Kwintus Emiliusz Letus, również był człowiekiem wybranym przez Marcję. To z nim właśnie porozumiała się ona odnośnie dalszych losów Kommodusa. 




Nim jednak taki plan się zrodził, Marcja wspierała również chrześcijan (ponoć sama miała być chrześcijanką, co w tamtym czasie wcale nie musiało być trudne ani całkowicie wyodrębniać daną osobę z rzymskiego świata kultów i wartości. Pierwsi chrześcijanie z I wieku rzeczywiście mieli problem, bowiem samo przyjęcie chrztu automatycznie ustawiało ich poza obrębem rodziny i pozbawiało jakichkolwiek karier zawodowych. Rzymian bowiem przerażało to, co chrześcijanie mówili, a mianowicie o nadchodzącym końcu świata i wyrzekaniu się dóbr doczesnych, oraz potępieniu istniejącego porządku społeczno-religijnego w rzymskim świecie. Można sobie wyobrazić jak bardzo konfliktogennym był fakt, iż członek rzymskiej rodziny nagle deklarował że przyjął chrzest i stał się odtąd chrześcijaninem - tak na marginesie Jezus Chrystus miał powiedzieć do swych uczniów: "Nie pokój Wam przynosze lecz miecz (...) mąż powstanie przeciwko żonie, ojciec przeci synowi, matka przeciw córce". Rzymianie często też mylili chrześcijan z Żydami - dla nich były to praktycznie te same kulty - co oczywiście bardzo drażniło Żydów. Jednak prześladowania z czasów Nerona objęły tylko samo miasto Rzym, a już poza jego granicami do prześladowań chrześcijan nie dochodziło. Natomiast w II i III wieku, chrześcijanie zaczęli zupełnie inaczej podchodzić do pewnych kwestii. Nie asymilowali się od rodzin, często ukrywali przyjęcie chrztu lub starali się jakoś połączyć to z tradycyjnymi wierzeniami np. w Lary i Penaty opiekujące się domem, utożsamiano z Aniołami. Nie rezygnowano także już z kariery w wojsku czy administracji, wychodząc z założenia że są to swoiste elementy służące rozwojowi i utrwalaniu religii Jezusa Chrystusa. Może jest to dość nieprzyjemne porównanie, ale jednak był to taki swoisty stopniowy  i trwający dziesiątki lat, ale bez wątpienia konsekwentny chrześcijański "marsz przez instytucje").

W 189 r. biskupem Rzymu (papieżem) został Wiktor, który zajął miejsce zmarłego Eleuteriusza (piastującego biskupstwo w latach 174-189). W Aleksandrii - drugim najważniejszym wówczas ośrodku chrześcijaństwa, biskupem w owym 189 r. został Demetrios. Na czele Kościoła antiocheńskiego stał zaś biskup Serapion, w Cezarei Palestyńskiej biskupem był Teofil, w Koryncie - Bakchilos, w Efezie - Polikrates, a w Jerozolimie funkcję tę piastował Narcyz. Biskup Wiktor zwrócił się do Marcji o wsparcie i ochronę dla Kościoła Rzymskiego i o pomoc w uwolnieniu wielu chrześcijan z Azji Mniejszej, Italii i Rzymu, którzy trafili do kopalń na Sardynii. Wstawiennictwo Marcji u Kommodusa spowodowało że zostali oni zwolnieni i mogli wrócić do swych domów (co pokazuje jak wielki miała ona wówczas wpływ na cesarza i jak często on jej ulegał). Jako ciekawostkę można jeszcze dodać, że w tym samym czasie pomiędzy poszczególnymi Kościołami, powstał spór "o święcenie Wielkanocy". Kościół: Antiocheński, Jerozolimski i Efeski, głosiły iż na podstawie starej tradycji, święto "Paschy Chrystusowej" (Wielkanocy), należy obchodzić 14 dnia księżyca, kiedy Żydzi mieli rozkaz ofiarowania baranka i że tego właśnie dnia należy zakończyć post. Kościoły: Rzymski, Aleksandryjski, Koryncki i Kościoły Zachodnie, uważały iż święto Wielkiejnocy należy obchodzić zawsze w niedzielę i tylko tego dnia kończyć posty paschalne. Ponieważ nie sposób było dojść do porozumienia, papież Wiktor zaproponował odcięcie jedności Kościołów Azjatyckich od całej reszty (tak jakby uznane zostały za innowiercze - choć to słowo wówczas nie padło). Nie spodobało się to całej gminie chrześcijańskiej, wśród której znalazło się wielu napominających papieża do utrzymania jedności (jak choćby biskup Ireneusz, który pisał z Galii: "Otóż nie tylko o kwestię dnia spór się toczy, ale także o sam sposób poszczenia. Jedni bowiem sądzą, że tylko przez jeden dzień pościć powinni, inni znowu, że przez dwa dni, inni wreszcie, że jeszcze dłużej. Są prócz tego tacy, którzy dzień sobie obliczają na czterdzieści godzin dziennych i nocnych. Taka różnolitość zwyczajów nie powstała dopiero dzisiaj, za dni naszych, ale już wiele dawniej, przed nami, wśród naszych poprzedników, którzy z nieuwagi, jak się zdaje, przez swą prostotę i niewiadomość, zwyczaj ten przyjęli i swym następcom do zachowania przekazali. Wszyscy przecie mimo to żyli w pokoju, i my jedni z drugimi w pokoju żyjmy, a różnica w poście stwierdza tylko wiary w jedność").




Marcja i prefekt pretorianów - Kwintus Letus, postanowili pozbyć się Kommodusa, gdyż jego paranoja zaczęła być już niebezpieczna dla nich samych. Najpierw zaplanowano otruć cesarza. Marcja podczas kolacji podała Kommodusowi zatrute mięso, jednak ponieważ pił on tego dnia sporo wina, zwymiotował wraz z nim również i ową truciznę. Mimo to zapadł na zdrowiu (dostał torsji) i Marcja zaleciła aby przygotować dla cesarza gorącą kąpiel. Gdy Kommodus wypoczywał w wannie wypełnionej wodą, spiskowcy postanowili dokończyć dzieła. Niejaki Elektus (pokojowiec Kommodusa i kochanek Marcji) został wciągnięty do spisku i przekupił gladiatora o imieniu Narcyz, aby ten dokonał zbrodni na cesarzu. Narcyz został wpuszczony do komnaty cesarskiej przez Elektusa i złapawszy osłabionego Kommodusa za gardło - udusił go na miejscu. W taki to sposób zakończył swój żywot syn Marka Aureliusza - "Niezwyciężony Herkules", który jeszcze do niedawna uważał się za "pana świata" i "zbawcę ludu". Umierał w kąpieli, wśród pozostałości własnych żygowin, duszony przez niewolnika. Dokonał żywota ostatniego dnia grudnia (30 grudnia w kalendarzu rzymskim) 192 r. w wieku 31 lat. W zbrodni uczestniczyła kobieta, była niewolnica, którą on pokochał i którą wyzwolił oraz uczynił niezwykle wpływową osobą. Spędzili ze sobą całą dekadę. Problem polegał jednak na tym że Marcja obawiała się iż cesarz zapragnie zastąpić ją jakąś inną kobietą (spośród sporowadzanych sobie na orgie niewiast). Poza tym była zakochana w wyzwoleńcu Kommodusa - Elektusie (miała z nim romans i obawiała się że może się wydać. Ponoć zaszła też z nim w ciążę, co niewątpliwie przyspieszyło decyzję o zamachu). Po dokonaniu morderstwa, zwłoki Kommodusa owinięto w kobierzec i tak wyniesiono z pałacu na Palatynie. Świąteczny okres nowego roku nie sprzyjał zbytniej czujności żołnierzy pilnujących wejścia, toteż udało im się (a raczej owemu Narcyzowi) wynieść owinięte w kobierzec ciało cesarza na zewnątrz, następnie wrzucić je na wózek i tak wywieść za miasto i je tam zakopać. 

Tymczasem perekt pretorianów - Kwintus Letus i Elektus, pospieszyli do domu prefekta Rzymu - Publiusza Helwiusza Pertynaksa, który został przez zamachowców wybrany na nowego władcę Imperium, gdyż był to już człowiek sędziwy (mający 66 lat), poza tym jego ojciec był wyzwoleńcem i drobnym handlarzem - nie stanowił więc wielkiego niebezpieczeństwa dla zamachowców. Udali się oni więc już o świcie w kalendy stycznia (1 stycznia 193 r.) do jego domu, nie zdając sobie zapewne sprawny, jak ich obecność zostanie odebrana. Bowiem w Rzymie Kommodusa - mieście w którym donosicielstwo zostało uznane za przejaw patriotyzmu (i dobrze opłacane), a policja polityczna ("Frumentari") miała rozległe kompetencje, łącznie z prawem aresztowania obywateli w nocy z ich domów i zamykania w lochu lub pozbawiania życia za najmniejszy przejaw krytyki wykazanej w stosunku do władcy - panowała z tego powodu istna psychoza. Nic więc dziwnego że gdy niewolnik Pertynaksa ujrzał zbliżających się żołnierzy, rzekł swemu panu tylko jedno słowo, które oboje dobrze zrozumieli: "Przyszli!". Wiadomo było kto i po co przyszli. Pertynak kazał wpuścić pretorianów do środka i gdy weszli powiedział: "Czekałem na to już od dawna każdej nocy. Właściwie sam się dziwiłem, że Kommodus zwleka tak długo, skoro jestem ostatnim pozostałym przy życiu przyjacielem jego ojca. Czyńcie, co wam rozkazano. Dla mnie będzie to wyzwoleniem od złudnych nadziei i ciągłego strachu". Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy po którymś razie zdołał sobie wytłumaczyć iż nie przyszli oni go zabić, a ogłosić nowym cesarzem, gdyż Kommodus zginął a on jest uważany za najbardziej godnego cesarskiej purpury. Pertynaks długo odmawiał, gdyż uważał że jest to zwykła prowokacja, a Kommodus chce wybadać jego lojalność. Wreszcie zgodził się wysłać zaufanego człowieka który obejrzał ciało cesarza i dopiero wówczas pozwolił odprowadzić się do pałacu cesarskiego na Palatynie.




      
 CDN.
 

środa, 21 sierpnia 2019

RAPORT GEHLENA - Cz. XVII

CZYLI JAK TO NIEMCY ZAMIERZALI

STWORZYĆ WŁASNY RUCH OPORU,

WZORUJĄC SIĘ NA POLSKICH

DOŚWIADCZENIACH

KONSPIRACYJNYCH






RAPORT GEHLENA 

Cz. XVII






CZĘŚĆ II. POWSTANIE WARSZAWSKIE


6. POSTAWA POWSTAŃCÓW ORAZ LUDNOŚCI POLSKIEJ W GENERALNYM GUBERNATORSTWIE


a. Ludność Generalnego Gubernatorstwa


 Wybuch powstania warszawskiego nie trafił w masach narodu polskiego na oczekiwany przez dowództwo odzew, co znalazło swój bardzo widoczny wyraz w tym, że nie doszło do wybuchu kolejnych powstań w innych częściach kraju. Do Warszawy nie skierowano również poważniejszych posiłków. Sama ludność zachowała się biernie, większa jej część bez sprzeciwu zareagowała na niemieckie wezwanie do udziału w pracach przy budowie umocnień (Bzdura! Zarządzenie Ludwika Fischera - niemieckiego gubernatora dystryktu warszawskiego, wydane w dniu 27 lipca 1944 r. i nakazujące, by następnego dnia 100 000 polskich mężczyzn i kobiet zgłosiło się do prac polowych przy budowie umocnień przed zbliżającą się Armią Czerwoną - zostało kompletnie zbojkotowane. Zgłosiło się zaledwie kilkunastu mężczyzn. Natomiast sam rozkaz Fischera był podyktowany chęcią rozbicia ewentualnych planów powstańczych i zebrania większości młodych mężczyzn (i kobiet) po to by ich następnie wywieść do obozów pracy i obozów koncentracyjnych. Niemcy bowiem obawiali się wybuchu Powstania i starali się to niebezpieczeństwo całkowicie wyeliminować. Już 26 lipca 1944 r. na Wawelu w Krakowie odbyło się posiedzenie prezydentów Wydziałów Głównych tzw.: "rządu Generalnego Gubernatorstwa" z udziałem samego generalnego gubernatora Hansa Franka, na którym pojawiły się meldunki o: "przybierającej na sile psychozie i psychologii powstańczej". Hans Frank oświadczył wówczas że daje się odczuć niepewność Polaków, czego przykładem jest zachowanie "Służby Budowlanej"  - "Baudienst" - powołanej w maju 1940 r. na okupowanych przez Niemcy ziemiach polskich, do której wciągano przymusowo polską młodzież, która pracowała w systemie koszarowym na rzecz "niemieckiego planu odbudowy". Aby przyciągnąć polską młodzież do Baudienstu stosowano również propagandę, ale w konfrontacji z codzienną rzeczywistością niemieckich porządków w okupowanym kraju, wszechobecnym terrorem, ulicznymi łapankami ludności, torturami, egzekucjami, konfiskatami, gwałtami, propaganda ta nie miała żadnego odzewu. Dlatego też od 24 lipca 1943 r. za uchylanie się od pracy w Służbie Budowlanej groziła także kara śmierci. - Frank kontynuował swój wywód o Służbie Budowlanej: "W ciągu nocy organizacja ta, jedno z naszych przedsięwzięć zakrojonych na szeroką skalę - po prostu przestała istnieć. Tych kilku junaków, których jeszcze mamy, zapewne zaspało, ale wkrótce pewnie i oni wezmą nogi za pas").

Również rozkaz z końca sierpnia przewidujący nagłe zniszczenia wszystkich plonów, których nie dało się ukryć, aby nie wpadły one w ręce Niemców, nie został wykonany. Jednak stan bezpieczeństwa na terenie Generalnego Gubernatorstwa pogorszył się w tym czasie w widoczny sposób (Niemcy liczyli że stłumią Powstanie w przeciągu kilku dni - Goebbels oczekiwał szybkiego zdławienia Powstania "w ciągu mniej więcej dwóch dni". Potem jednak docierało do nich że tak nie będzie. 3 sierpnia 1944 r. Joseph Goebbels szef Ministerstwa Propagandy Rzeszy, przyjechał do Poznania i w trakcie rozmowy z gauleiterem "Kraju Warty" - czyli Wielkopolski - Arthurem Greiserem, usłyszał od niego iż: "tamtejszego powstania partyzantów w żaden sposób nie można było stłumić". Natomiast w notatce z 10 sierpnia skierowanej do Goebbelsa pisał Greiser: "walki w samej Warszawie ciągle jeszcze trwają (...) a przez miasto można teraz przejechać jedynie pojazdami opancerzonymi"). Mnożyły się napady na Wehrmacht i policję, dworce, nastawnie i pociągi, jak również na poszczególne miejscowości. Wzrosła liczba splądrowanych wsi. Zjawiska te nie obciążają jednak samej ludności, lecz raczej zaliczane muszą być na konto wzmożonej aktywności polskich prosowieckich i czysto sowieckich band.


b. Nastroje w Warszawie


 W pierwszych dniach powstania nastroje były euforyczne, gdyż widoczny początkowy sukces zdawał się przyznawać rację wysokim oczekiwaniom przywódców powstania. Typowa postawa Polaków, charakteryzująca się łatwym wpadaniem w zachwyt i dochodzeniem w nim do granic absurdu znajdowała tu doskonałe warunki rozwoju. To, że powstanie nie było zwykłym słomianym ogniem, który wystrzeliwuje wysoko w górę jasnym płomieniem, aby równie szybko zgasnąć, gdy tylko pozbawiony jest swej łatwej pożywki, pokazuje długie długie trwanie powstania oraz bezwarunkowa wola oporu, również wśród ludności cywilnej, w coraz bardziej niesprzyjających okolicznościach (szczególnie zaopatrzenie w żywność) oraz na koniec w sytuacji całkowitej beznadziei. Był to płomienny wybuch życia narodowego, wrzącego przez lata pod przykrywką konspiracji.





c. Postawa Armii Ludowej


Jak już wspomniano, dowództwo Armii Ludowej dopiero po dłuższych negocjacjach zdecydowało się wziąć udział w powstaniu z użyciem jednostek Armii Ludowej znajdujących się akurat na terenie Warszawy. Jednostki Armii Ludowej na terenie kraju pozostały bierne. Jako dowódca Armii Ludowej na terenie Warszawy występował major Sank (prawdopodobnie były rzemieślnik; stopień wojskowy prawdopodobnie przybrany samozwańczo) (Józef Małecki ps. "Sęk" - członek Komunistycznej Partii Polski od 1923 do jej rozwiązania przez Stalina w 1938 r., agent NKWD, przerzucony do Polski w marcu 1942 r. i szef sztabu Połączonych Sił Zbrojnych Armii Ludowej, Polskiej Armii Ludowej i Korpusu Bezpieczeństwa). Znośne początkowo stosunki pomiędzy Armią Ludową i Armią Krajową stopniowo ulegały pogorszeniu i na końcu były w najwyższym stopniu napięte (pojedyncze ekscesy). Korpus Bezpieczeństwa Armii Ludowej pozostawał pod bezpośrednim dowództwem funkcjonariuszy NKWD. Przy sztabie Armii Ludowej funkcję łącznikowych oficerów z Armią Czerwoną pełniło trzech sowieckich wojskowych. Również sowieccy radiotelegrafiści mieli zostać wysłani do Warszawy. Narastające sprzeczności pomiędzy Armią Ludową i Armią Krajową oficjalnie znalazły swój wyraz w sytuacji, do której doszło 25 września, kiedy to wszystkie prosowieckie ugrupowania polskie w Warszawie, a mianowicie:
  • po pierwsze: przedstawiciele miejscowej Krajowej Rady Narodowej, jako centralnej organizacji partii demokratycznych, socjalistycznych i syndykalistycznych,
  • po drugie: Rada Obrony Narodowej (generalnie nieznane polskie stowarzyszenie prosowieckie, utworzone jako przeciwwaga dla Polskiego Związku Powstańczego) (był to kryptonim Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej w latach 1941-1944),
  • po trzecie: nieznany do tej pory Centralny Komitet Młodzieżowy, założyły nowy związek, który nazwały Powstańcze Porozumienie Demokratyczne. W późniejszym czasie (PPD) nie pojawia się. 
(Gwardia Ludowa i Armia Ludowa były organizacjami całkowicie podporządkowanymi Moskwie. Armia Czerwona parła na zachód i 28 lipca 1944 r. marszałek Związku Sowieckiego - Konstanty Rokossowski, otrzymał rozkaz natarcia na Warszawę. Wtedy uruchomiła się sowiecka propaganda, która zaczęła podburzać mieszkańców Warszawy do jak najszybszego wzniecenia powstania, celem wsparcia oddziałów Armii Czerwonej wkraczających do miasta. 29 lipca radio moskiewskie nadało po polsku apel, wzywający mieszkańców Warszawy do podjęcia natychmiastowej walki z Niemcami. 30 lipca apel ten został powtórzony w kierowanej przez komunistkę - Zofię Muszkat - żonę Feliksa Dzierżyńskiego, rozgłośni "Kościuszko", który brzmiał: "Wojska radzieckie nacierają gwałtownie i zbliżają się do Pragi (prawobrzeżnej części Warszawy). Nadchodzą aby przynieść nam wolność. Niemcy wyparci z Pragi będą usiłowali bronić się w Warszawie. Zechcą zniszczyć wszystko. W Białymstoku burzyli wszystko przez sześć dni. Wymordowali tysiące naszych braci. Uczyńmy, co tylko w naszej mocy, by nie zdołali powtórzyć tego samego w Warszawie. Ludu Warszawy! Do broni! Niech cała ludność stanie murem wokół Krajowej Rady Narodowej, wokół warszawskiej Armii Podziemnej. Uderzcie na Niemców". 29 lipca na ulicach Warszawy została rozlepiona odezwa Polskiej Armii Ludowej, podpisana przez płk. Juliana Skokowskiego, głosząca że z Warszawy uciekło całe dowództwo Armii Krajowej i to właśnie Skokowski przejmuje teraz kontrolę nad "całością sił polskich w mieście" i zarządził mobilizację oddziałów).

(Gdy jednak 1 sierpnia 1944 r. kierowane przez Komendę Armii Krajowej, wybuchło Powstanie Warszawskie, Sowieci i ich polskie matrioszki, natychmiast zmieniły front. Ofensywa Armii Czerwonej została zatrzymana nad Wisłą - a wystarczyło jedno sowieckie uderzenie aby Warszawę odciążyć, o czym apelował do dowództwa Wehrmachtu gen. Nicolaus von Vorman - dowódca 9 Armii niemieckiej, który meldował że bolszewicy przewyższają jego siły w stosunku 7:1 w piechocie, 4:1 w artylerii i 7:1 w czołgach. Dodawał że jedno sowieckie uderzenie spowoduje w takiej sytuacji "całkowite załamanie frontu". Ale uderzenie nie nadchodziło. Mało tego, został wprowadzony kategoryczny zakaz latania nad Warszawą sowieckich pilotów i zakaz... bombardowania niemieckich pozycji. Piloci zaś z państw zachodnich, którzy chcieli dostarczyć jakąkolwiek pomoc walczącej Warszawie, mieli kategoryczny zakaz lądowania na sowieckich lotniskach. Tak oto Hitler i Stalin po raz drugi, tym razem pod Warszawą zawarli nieoficjalny pakt o nieagresji, w celu zniszczenia Warszawy i całej Polski. Dziś zaś ambasador rosyjski śmie twierdzi że dialog historyczny z Polską jest niemożliwy i apeluje: "Uznajcie że was wyzwoliliśmy". Owszem uznajemy - wyzwoliliście nas z dorobku przeszłych pokoleń, gdy wraz z Niemcami napadliście nasze ziemie we wrześniu 1939 r. wyzwalaliście nas z naszych ziem, domów, posiadłości a nawet zegarków czy rowerów, ze wszystkiego co miało jakąkolwiek nawet najmniejszą wartość, również wyzwalaliście nasze kobiety z godności, masowo je gwałcąc. Ale przede wszystkim wyzwalaliście nas z życia).





(Jakże zatem prawdziwe były słowa wiersza Józefa Szczepańskiego "Ziutka", napisane w tych tragicznych dniach Powstania Warszawskiego: "Czekamy ciebie, czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci, byś nam kraj przedtem rozdarłszy na ćwierci, była zbawieniem witanym z odrazą. Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu zbydlęciałego pod twych rządów knutem, czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem swego zalewu i haseł poszumu. Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu (...) Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli - nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej, Świętej, skuwać w kajdany łaski twej przeklętej, cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli. Legła twa armia zwycięska czerwona u stóp łun jasnych płonącej Warszaw i ścierwią duszę syci bólem krwawym
garstki szaleńców, co na gruzach kona. Miesiąc już mija od powstania chwili, łudzisz nas czasem dział swoich łomotem, wiedząc, jak znowu będzie strasznie potem, powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili. Czekamy ciebie nie dla nas, żołnierzy, dla naszych rannych - mamy ich tysiące, i dzieci są tu, i matki karmiące, i po piwnicach zaraza się szerzy. Czekamy ciebie - ty zwlekasz i zwlekasz, ty się nas boisz i my wiemy o tym, chcesz, byśmy wszyscy tu legli pokotem, naszej zagłady pod Warszawą czekasz. Nic nam nie zrobisz - masz prawo wybierać, możesz nam pomóc, możesz nas wybawić
lub czekać dalej i śmierci zostawić. Śmierć nie jest straszna, umiemy umierać. Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły Nowa się Polska zwycięska narodzi, i po tej ziemi ty nie będziesz chodzić, czerwony władco rozbestwionej siły").


d. Zachowanie wobec Sowietów
  
   
W sowim zachowaniu wobec Sowietów narodowi Polacy żywią rozpaczliwą nadzieję na jakieś ewentualne porozumienie, ale w obliczu nieustępliwości bolszewickiego kolosa popadają w paraliżujący stan hipnozy. Z anglo-amerykańską pomocą chcą przed nim uciec, lecz w rezultacie są wobec niego coraz bardziej bezbronni. Wskutek własnych doświadczeń oraz demonstrowanego w trakcie powstania przed całym światem niechętnego, żeby nie powiedzieć wrogiego, stanowiska Sowietów wobec narodowych Polaków szerokie kręgi Armii Krajowej doszły do logicznego wniosku, że Sowieci, nie bacząc na oficjalne zapewnienia, z żelazną konsekwencją prowadzą brutalną politykę wyniszczenia substancji narodu polskiego. Wiedza ta doprowadziła jednak co najwyżej do ochłodzenia się nastrojów, ale nie do zasadniczej zmiany postaw. Wiele debatowano w polskich kręgach na temat nieunormowanych stosunków polsko-sowieckich (25 kwietnia 1943 r. po odkryciu przez Niemców masowych grobów prawie 22 000 pomordowanych polskich oficerów w katyńskim lesie, rząd sowiecki zerwał stosunki dyplomatyczne z Rządem Rzeczpospolitej Polski na Uchodźstwie w Londynie i przez cały czas, aż do 1990 r. Związek Sowiecki twierdził że zbrodni tej dopuścili się Niemcy w lipcu lub sierpniu 1941 r.. Dopiero 13 kwietnia 1990 r. Rosja Sowiecka przyznała że zbrodni katyńskiej dopuszczono się na rozkaz Stalina i Berii w marcu 1940 r. Notabene stosunki dyplomatyczne między Polską z ZSRS zostały zerwane po raz pierwszy 17 września 1939 r. wraz z ich agresją na nasze ziemie od wschodu. Dopiero 30 lipca 1941 r. pod wpływem Anglików i Amerykanów, został zawarty tzw.: "Układ Sikorski-Majski" m.in.: przywracający stosunki dyplomatyczne obu państw, który trwał właśnie do 25 kwietnia 1943 r.) oraz na temat postawy, jaką powinna przyjąć Armia Krajowa w sytuacji postępującej ofensywy sowieckiej.

Komendant krajowy już na początku powstania wydał dziesięć zaleceń dla Armii Krajowej. Pod koniec września z Londynu nadszedł rozkaz, że Armia Krajowa w razie zajęcia Warszawy przez Sowietów ma przejść w sposób zwarty na stronę Armii Czerwonej, ponieważ powrót do konspiracji jest niemożliwy, bo Armia Ludowa zna wszystkich funkcjonariuszy Armii Krajowej oraz większą część jej członków (Bzdura! Taki rozkaz nie nadszedł. Zresztą w planach Armii Krajowej było zarówno przywitanie Sowietów po wyzwoleniu miasta z rąk Niemców - jako "sojuszników naszych sojuszników", jak również, w przypadku gdyby następowały próby rozbrojenia oddziałów Armii Krajowej przez Sowietów - wyznaczony został plan przejścia do dalszej konspiracji i podjęcia walki z Sowietami - były nawet zaznaczone miejsca kryjówek i schronów. O tym że było to możliwe, świadczy fakt jak długo swą walkę toczyły rozproszone oddziały Armii Krajowej czy Narodowych Sił Zbrojnych, już po kolejnym - sowieckim wyzwoleniu zniewoleniu Polski w latach 1944/1945, które nie miały już za sobą jednolitego dowództwa. Ostatni Żołnierz Niezłomny - Józef Franczak ps. "Lalek", wierny żołnierskiej przysiędze do końca, został zastrzelony dopiero w październiku 1963 r.).







e. Zachowanie wobec wziętych do niewoli Niemców i Ukraińców


Zgodnie z relacjami naocznych świadków w pierwszych dniach powstania rozpasana nienawiść świętowała prawdziwe orgie, które urządzał motłoch uliczny, maltretujący wziętych do niewoli Niemców (szczególnie Volksdeutschów) oraz Ukraińców. Natomiast później traktowanie zwłaszcza wziętych do niewoli przedstawicieli Wehrmachtu było, biorąc pod uwagę okoliczności, prawidłowe (przykładów mordów, dokonywanych przez Niemców, Rosjan - służących w niemieckich oddziałach jak choćby oddziały RONA - czy Ukraińców na ludności polskiej nawet nie będę wymieniał, bo zajęłoby to zbyt wiele czasu. Wystarczy tylko uświadomić sobie ilu ludzi zginęło w pierwszych dniach Powstania, w masowych rozstrzeliwaniach na samej tylko Woli. I tak na ulicy Górczewskiej Niemcy zamordowali 4 500 cywili, w Parku Sowińskiego 1 500 cywili, na Staszica 500 cywili, w szpitalu św. Łazarza 1 200 cywili i rannych żołnierzy, a na ulicy Wolskiej 17 700 cywilnych mieszkańców tej dzielnicy. Tylko za to że byli Polakami. Dowodzący niemieckimi oddziałami na Woli gen. Heinz Reinefarth, który po wojnie był długoletnim burmistrzem Westerlandu i "miłym staruszkiem", meldował do dowództwa Wehrmachtu w sierpniu 1944 r.: "To jest nasz najtrudniejszy problem: nie mamy tyle amunicji, aby ich wszystkich zabić"). 









 "CO SIĘ Z TOBĄ DZIEJE?"
"NIC, MAM TERAZ PRZERWĘ W PALENIU MIESZKAŃCÓW DZIELNICY I POSTANOWIŁEM SIĘ NAPIĆ"





7. KAPITULACJA (WZIĘCIE DO NIEWOLI NACZELNEGO WODZA BORA ORAZ SZEFA WYWIADU ORTA)



Pod koniec sierpnia Warszawa była po raz pierwszy bliska kapitulacji. 20 sierpnia, jak wspomniano, zakończyły się nocne angielskie loty zaopatrzeniowe, a 30 sierpnia pokonane zostało centrum oporu na Starówce, przy czym część walczącej tam Armii Krajowej udało się przebić do Śródmieścia. 2 września zlikwidowane zostały ostatnie gniazda oporu na Starówce. Pięciuset do siedmiuset powstańców skryło się w masie liczącego ok. 45 000 osób tłumu uchodźców. Tylko obietnice z Londynu, w szczególności ogłoszona przy wielkim nakładzie środków propagandowych i rozpoczęta 18 września akcja bombowców, sprawiły, że opór nie uległ całkowitemu załamaniu. Pod koniec września położenie powstańców stało się całkowicie beznadziejne. Ponownie podjęto poufne rokowania kapitulacyjne, które jednak nie przyniosły rezultatów ze względu na żądania Bora (gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, Komendanta Głównego Armii Krajowej w latach 1943-1944). Bór żądał:
  • statusu jeńców wojennych dla członków Armii Krajowej (oraz dla nielicznych oddziałów Armii Ludowej, które w większości sabotowały walki powstańcze) jako walczącej jednostki wojskowej zgodnie z Konwencją Haską;
  • zaprzestania niszczenia miasta;
  • pozostawienia ludności cywilnej w mieście;
  • wspólnego ogłoszenia warunków kapitulacji przez radio.
Strona niemiecka przyjęła punkty 1 i 2, natomiast odrzuciła punkty 3 i 4, co doprowadziło do zerwania rokowań. 26 września rozpoczęły się ostateczne rokowania kapitulacyjne. Niezależnie od tego 27 września skapitulował pod presją niemieckiego ataku Mokotów. 30 września praktycznie stłumiono opór na Żoliborzu. Na 1 i 2 października uzgodniono zaprzestanie działań zbrojnych w celu ewakuacji ludności cywilnej ze wszystkich istniejących jeszcze ognisk powstania, przy czym nie rozstrzygnięto, czy Bór rzeczywiście skapituluje. 2 października o godzinie 21:00 została podpisana kapitulacja, która zawierała tylko jeden warunek, mówiący o traktowaniu członków Armii Krajowej (i Armii Ludowej) jak jeńców wojennych. Ewakuacja pozostałej jeszcze ludności cywilnej oraz powstańców rozpoczęła się natychmiast. Również Bór wraz z cześcią swojego ścisłego sztabu, m.in. dowódcą służb wywiadowczych Ortem (pułkownikiem Kazimierzem Iranek-Osmeckim - szefem II Oddziału Komendy Głównej Armii Krajowej) udali się do niewoli. Polska strona z szacunkiem komentuje fakt, że Bór, mimo podstawionego samolotu oraz możliwości ucieczki przez podziemne kanały, wybrał niewolę (kolejny wymysł Gehlena! gen. Tadeusz Bór-Komorowski nie planował ucieczki ani nie miał podstawionego samolotu który miałby mu ją umożliwić. Takie plotki zrodziły się dopiero po upadku Powstania Warszawskiego). 





 CDN.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

PORADY DLA MĘŻCZYZN I KOBIET - Cz. III

OD ANTYKU PO WSPÓŁCZESNOŚĆ





 

GRECJA KLASYCZNA

ATENY

(V - IV wiek p.n.e.)

Cz. III






WYCHOWANIE MŁODYCH KOBIET


"KIEDY SIĘ OŻENIŁEM, Z POCZĄTKU POSTĘPOWAŁEM TAK, ŻEBY ANI KOBIECIE NIE DOKUCZAĆ, ANI TEŻ NIE POZWALAĆ JEJ NA WSZYSTKO. PILNOWAŁEM JEJ DOBRZE I DAWAŁEM BACZENIE, JAK NALEŻAŁO. ALE KIEDY URODZIŁO SIĘ DZIECKO, ZAUFAŁEM ŻONIE ZUPEŁNIE. POWIERZYŁEM JEJ WSZYSTKIE SWOJE SPRAWY (...) I POCZĄTKOWO BYŁA RZECZYWIŚCIE NAJLEPSZĄ Z NIEWIAST: ŚWIETNA GOSPODYNI, NIEZMIERNIE OSZCZĘDNA, WSZYSTKIM ZARZĄDZAŁA ZNAKOMICIE (...) 

PEWNEGO RAZU WRÓCIŁEM DO DOMU ZE WSI NIESPODZIEWANIE. PO WIECZERZY DZIECKO KRZYCZAŁO I BYŁO BARDZO NIESPOKOJNE (...) KAZAŁEM ŻONIE ZEJŚĆ I DAĆ DZIECKU PIERSI, ŻEBY WRESZCIE SIĘ USPOKOIŁO. ONA (...) ZACZĘŁA MI ROBIĆ SCENĘ: "TAK, JA MAM SOBIE IŚĆ, ŻEBYŚ TY MÓGŁ ZABRAĆ SIĘ TUTAJ DO DZIEWCZYNY! JUŻ RAZ PO PIJANEMU RZUCAŁEŚ SIĘ NA NIĄ". JA SIĘ ROZEŚMIAŁEM, ONA ZAŚ WSTAŁA I WYSZŁA (...) 
 ALE WYDAWAŁO MI SIĘ ŻE TWARZ MA UMALOWANĄ (...) 

WIEM WSZYSTKO CO DZIEJE SIĘ W DOMU. WYBIERAJ: ALBO KAŻĘ CIĘ WYSIEC BATAMI I POŚLĘ DO ROBOTY DO MŁYNA, I TO NA ZAWSZE, ALBO POWIESZ CAŁĄ PRAWDĘ, A JA DARUJĘ CI WSZYSTKO! (...) NAJPIERW WSZYSTKIEMU ZAPRZECZYŁA (...) ALE KIEDY TYLKO WSPOMNIAŁEM IMIĘ ERATOSTENESA, PRZESTRASZYŁA SIĘ (...) PRZYPADŁA MI DO NÓG, A JA JEJ ZARĘCZYŁEM, ŻE NAPRAWDĘ NIE SPOTKA JĄ NIC ZŁEGO. WTEDY DOPIERO OPOWIEDZIAŁA CAŁĄ HISTORIĘ"


 FRAGMENT "MÓW" LIZJASZA 

(PRZYWOŁUJĄCY PROCES O ZABÓJSTWO ERATOSTENESA, KTÓRY ok. 400 r. p.n.e.

UWIÓDŁ KILKA ATEŃSKICH MĘŻATEK 

I ZOSTAŁ ZABITY PRZEZ MĘŻA JEDNEJ Z NICH - EUFILETOSA)




 Dziewczynki wychowywane były pod okiem matki i przebywały w gineceum (pokoju specjalnie przeznaczonym dla kobiet) aż do czasu swego zamążpójścia. Choć nauka i pedagogika w Grecji była dość dobrze rozbudowana (z tym że sami pedagodzy - czyli niewolnicy przygotowujący chłopców do zajęć i odprowadzający ich do szkół - nie cieszyli się jednak szacunkiem w społeczeństwie greckim, świadczą o tym choćby słowa Peryklesa, który pewnego razu widząc jak niewolnik zrywając owoce z drzewa, spadł z drabiny i złamał sobie nogę, rzekł: "Oho, teraz pewnie zostanie pedagogiem". Znane w Helladzie było też i inne określenie na osobę która nie dawała długo znaku życia i nie wiedziano gdzie przebywa i co się z nią dzieje: "Albo zmarł, albo gdzieś uczy dzieci", lub takie powiedzenie: "Przez naukę nikt złego człowieka nie przerobił na dobrego"), dziewczęta (z reguły, bo zdarzały się wyjątki od tej zasady) nie pobierały żadnych nauk, prócz tych, które były im niezbędne jako kobietom - w przyszłej roli żon i matek. Sokrates co prawda mawiał że: "Kobiety wcale nie są gorsze od mężczyzn", lecz dodawał: "Wszystko, czego kobietom trzeba, to odrobinę więcej kondycji fizycznej i energii umysłowej", to jednak Grecy traktowali kobiety z prawdziwą pogardą. Młode dziewczęta cały czas przebywały pod okiem matki w gineceum, i o ile dorosła kobieta grecka bardzo rzadko opuszczała swój dom, o tyle młoda dziewczyna bardzo rzadko opuszczała gineceum - o wyjściu na zewnątrz nie było bowiem nawet mowy (mówię tutaj o nastoletnich dziewczętach od ok. 10 roku życia). Dziewczyna nie mogła się z nikim spotykać, a szczególnie z mężczyznami (gdy w domach odbywały się sympozjony z udziałem zaproszonych gości, dziewczęta przebywały w gineceum najczęściej... zamknięte na klucz). 

Młoda dziewczyna nie powinna o wiele pytać, tylko słuchać co się do niej mówi i wykonywać polecenia. Oczywiście siedząc w zamkniętym pomieszczeniu zanudziłaby się na śmierć, więc matka przygotowywała dla córki lub córek zajęcie w postaci przędzenia i tkania (sama zresztą w tych pracach uczestniczyła). To właśnie kobiety i dziewczęta przygotowywały w domach niezbędne części odzieży, zarówno dla siebie samych, jak i dla swego ojca lub braci. Poza tym doich codziennych obowiązków należało także przygotowanie posiłku. Były to dwa podstawowe zajęcia, jakich koniecznie musiały nauczyć się młode dziewczęta, aby przygotować się do przyszłej roli żony i matki - wszystko poza tym, czego ewentualnie się nauczyły (nauka czytania, pisania, rachowania, śpiewu, tańca), zależało od tego czy jej ojciec wyraził na to zgodę i poświęcił swe pieniądze na specjalne kształcenie córki. Rola kobiety greckiej sprowadzała się albo do rodzenia dzieci, albo do umilania czasu mężczyznom, czyli ogólnie mówiąc do prokreacji. Dzieci i dbanie o dom, były najważniejszą funkcją jaka przyświecała greckiej kobiecie. Dziewczęta wydawano za mąż już w wieku ok. 14-16 lat. Ich oblubieńcy najczęściej mieli za sobą lata wspólnej nauki, ćwiczeń w gimnazjonie, pierwszych przygotowań do obowiązków militarnych i politycznych, ścisłych relacji ze swymi rówieśnikami, natomiast dziewczęta mogły im przeciwstawić jedynie umiejętność tkania i przędzenia wełny, przygotowywania posiłków i swej... samotności, spędzonej w czterech ścianach pokoju dla kobiet w domu ich ojca. Nie były więc dla swych przyszłych mężów (których najczęściej widywały po raz pierwszy w dniu ślubu) żadnym intelektualnym (ani jakimkolwiek innym) wyzwaniem i nic dziwnego że sprowadzane były jedynie do roli "chodzących macic". 




Ksenofont przedstawia związek małżeński jako uzupełnienie się dwóch przeciwnych pierwiastków męskiego i żeńskiego. Jeden jest aktywny, przeznaczony do walki, zapewnienia bytu ("żywienia żony") i dominacji, drugi zaś pasywny, przeznaczony przez naturę do dawania potomstwa, opieki nad domem i posłuszeństwa. Żona musi być nie tylko płodna i posłuszna, ale przede wszystkim oszczędna i... wierna. To były najważniejsze cechy dobrej greckiej żony: Płodność - Wierność - Posłuszeństwo - Oszczędność i tak postrzegali je nawet ci filozofowie (jak Sokrates, Platon czy Arystoteles), którzy przyznawali kobiecie równe możliwości intelektualne jak mężczyźnie - nazywając je jednak "ułomnym" lub "niedorozwiniętym mężczyzną". Niektórzy dopatrywali się nawet w kształcie żeńskich genitaliów pozostałości penisa, którego kobiety jako "mniej wartościowe istoty" miały utracić. W zasadzie jak się czyta utwory greckich autorów, to wręcz wylewa się z nich ogromny potok mizoginizmu, którego nie wytworzyło (w takich proporcjach) żadne antyczne społeczeństwo. Wolne kobiety w społeczeństwach helleńskich były nie tylko dodatkami do swych braci i mężów, ale wręcz ich realnymi niewolnicami, żyjącymi tylko i wyłącznie w celu przedłużania męskiego rodu. Znacznie zmieniło się to dopiero w czasach hellenistycznych, gdy kultura grecka zetknęła się z kulturami orientalnymi, wytwarzając swoistą mieszankę wybuchową, dzięki której kobieta grecka odzyskała podmiotowość osobistą i prawną. Na przykład egipska królowa Kleopatra (która Egipcjanką była tylko z nazwy, realnie bowiem płynęła w niej grecka krew, ale ponieważ Ptolemeusze żyli w Egipcie już od trzech wieków, przesiąknęła kulturą egipską znacznie mocniej niż kulturą grecką), odwiedzając Rzym w 46 r. p.n.e. była zdumiona i zniesmaczona pozycją kobiety rzymskiej, która nie różniła się (według niej) od pozycji jakie posiada "niemowlę lub kura". Kleopatra niepomna była tego, że gdyby urodziła się trzysta lat wcześniej nie miałaby nawet tych praw którymi wówczas cieszyły się Rzymianki. 

O pozycji i możliwościach prawnych kobiety greckiej (a konkretnie ateńskiej) świadczy chociażby przykład małżeństwa Alkibiadesa - znanego i bardzo popularnego ateńskiego wodza i polityka (znanego z tzw.: "afery herm" przed wyprawą sycylijską z 415 r. p.n.e.). Otóż jego żona Hippareta (którą poślubił ok. 425 r. p.n.e.) musiała znosić wszystkie jego ekstrawagancje, łącznie z zapraszaniem do domu na sympozjony gości i heter (w tym czasie Alkibiades zamykał żonę na klucz w gineceum). Spokrewniony z rodem Peryklesa - Alkibiades, uważał że w swoim domu może uczynić wszystko - i tak właśnie czynił. Kazał na przykład sprowadzać swą żonę do sali w której odbywały się uczty i... publicznie przy gościach porównywał ją z uczestniczącymi w przyjęciu kurtyzanami i heterami. Nawet w tak niezwykle karykaturalnie podchodzącym do spraw seksu (na przykład na igrzyskach teatralnych nadzy młodzieńcy śpiewali i grali dla publiczności swoje hymny sławiące zarówno bogów, jak i wielkie zwycięstwa) i tak mizoginistycznym społeczeństwie, jakim było społeczeństwo ateńskie, działania Alkibiadesa powodowały niesmak i oburzenie. Hippareta była bowiem szlachetnego rodu, sprowadzanie jej i porównywanie do prostytutek było więc upokorzeniem nie tylko dla niej samej, ale i dla jej rodziny. W 416 r. p.n.e. Alkibiades głosował na Zgromadzeniu Ludowym za wysłaniem ekspedycji karnej przeciwko wyspie Melos. Mało tego, postawił wówczas propozycję (która została zaakceptowana) by wszystkich mężczyzn na wyspie wymordować, a kobiety wziąć w niewolę i przewieść do Aten. Tak też się stało i gdy w 415 r. p.n.e. powrócono z wyprawy, rynek niewolniczy zapełniły setki kobiet z Melos, sprzedawane następnie jako niewolnice w Pireusie lub na Agorze. Sam Alkibiades kupił sobie wówczas pewną młodą dziewczynę, którą zabrał do domu i uczynił z niej swą nałożnicę. Wprowadził ją następnie do gineceum żony. Od tej pory obie kobiety rywalizowały o względy jednego mężczyzny - zarówno upokarzana Hippareta, jak i niewolnica, którą Alkibiades pozbawił wolności i przyczynił się do wymordowania jej rodziny. 

Hippareta urodziła Alkibiadesowi syna około 416 r. p.n.e. (wkrótce po narodzinach, Alkibiades opuścił żonę i pojechał sobie na Igrzyska do Olimpii), niewolnica zaś dała mu syna ok. 414 r. p.n.e. i wówczas po Atenach zaczął krążyć pamflet (sporządzony zapewne przez politycznych przeciwników Alkibiadesa), opowiadający o jego niewierności i upokorzeniu na jakie skazał swą małżonkę, która musiała nie tylko dzielić dom z jego oficjalną nałożnicą, ale teraz jeszcze tamta urodziła mu syna. Rozklejany po ulicach pamflet wołał: "Alkibiades ma syna z kobietą, której zabrał wolność, zamordował ojca i krewnych, zniszczył ojczyznę! A przecież obywatele Aten, takie wydarzenia budzą w was grozę, gdy oglądacie je na scenie teatru. Kiedy zaś coś podobnego dzieje się przed waszymi oczyma, w waszym mieście, nie przejmujecie się tym zupełnie (...) Dobrze natomiast wiecie, że to, na co pozwolił sobie Alkibiades, jest sprzeczne z wszelkimi prawami i pozostajecie obojętni". Cóż, Ateńczycy nie protestowali, bowiem wielu z nich również zakupiło sobie kobiety z wyspy Melos i uczynili je swymi kochankami - ponieważ jednak nie byli to sławni ludzie, historia na ich temat milczy. Hippareta nie była jednak w stanie dłużej znosić tego upokorzenia i uciekła do domu swego brata - Kalliasa. Następnie postanowiła się rozwieść, a ponieważ kobieta ateńska nie mogła tak po prostu anulować małżeństwa wypowiadając oficjalną formułkę, tylko musiała udać się do odpowiedniego archonta miejskiego (archonta eponima) i wnieść dokument rozwodowy (notabene: jeśli nie potrafiła czytać i pisać, musiała jeszcze kogoś prosić by jej ów dokument sporządził, a i tak to ostatecznie archont decydował czy powód dla którego kobieta chce się rozwieść jest warty jego uwagi czy nie). Nim jeszcze do tego doszło, w domu jej brata zjawił się Alkibiades żądając by Hippareta wróciła wraz z nim do domu. Miała ona odrzec, że póki jej gineceum zajmuje niewolnica z dzieckiem, ona nie wróci do Alkibiadesa. Odpowiedź kobiety nie spodobała się mężczyźnie i zwoławszy kilku druhów porwał ją z ulicy na Agorze w biały dzień (gdy ta próbowała doręczyć archontowi pismo rozwodowe) i uprowadził do swego domu. Tam zamknął ją w gineceum i zapowiedział że nie wypuści, ponieważ prawnie wciąż jest jego żoną (miał rację, póki kobieta nie złożyła pisma przed archontem i ten go nie zaakceptował, póty wciąż była żoną swego męża i ten miał prawo nakazać jej powrót do domu. Często więc zdarzało się że mężowie, którzy nie chcieli rozwodu - i zwrotu posagu - zastępowali żonie drogę na Agorze i uniemożliwiali jej dotarcie przed oblicze archonta).




Jednocześnie postanowił ukarać jej brata za to, iż ten śmiał udzielić schronienia jego małżonce. Na początku zarzucił mu że sam rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną (córką Galukona), ponieważ często lubił sprowadzać do domu kurtyzany i hetery (podobnie jak Alkibiades). Potem poślubił drugą żonę (córkę Ischomacha), z którą znów po jakimś czasie chciał się rozwieść, ponieważ... zakochał się w jej matce o imieniu Chryzylla. Dziewczyna jednak prosiła go by jej nie opuszczał, więc... ten wiązł sobie do swego domu zarówno matkę (która wówczas już owdowiała) jak córkę i żył z nimi dwiema jednocześnie. Córka jednak nie potrafiła się pogodzić z tym, że dzieli małżeńskie łoże ze swoją matką - doszło do tego że próbowała popełnić samobójstwo, została jednak odratowana. Następnie opuściła dom męża, usuwając się i zostawiając go swej matce. Romans Kalliasa z Chryzyllą też nie trwał długo i wkrótce i ona mu się znudziła. Znów zaczął sprowadzać do domu prostytutki a ostatecznie nakazał zaskoczonej kobiecie zabrać swoje rzeczy i opuścić jego domu. Kobieta była jednak w ciąży i wkrótce urodziła syna, którego Kallias długo nie chciał uznać. Dopiero gdy chłopiec miał ok. 7 lat, ponownie przyjął Chryzyllę z synem pod swój dach i uznał go za swoje dziecko (złożył nawet uroczystą przysięgę przed rodem Keryków). Takie zachowanie również budziło oburzenie wśród Ateńczyków. Kallias najpierw zostawił pierwszą żonę dla drugiej, potem drugą dla jej matki, którą również wyrzucił z domu i nie chciał uznać ojcostwa, ostatecznie jednak uznał i przyjął ją z powrotem po latach - "Czy takie zachowanie przystoi prawemu mężowi, kapłanowi Demeter i Persefony?" - dopytywał się publicznie Alkibiades. Była to reakcja na wypowiedziane na Zgromadzeniu Ludowym słowa Kalliasa, który stwierdzał iż obawia się zamachu na swoje życie z ręki Alkibiadesa. Nie wiadomo czy Alkibiades planował zamach, ale sam fakt iż Kallias uczynił spadkobiercą swego majątku lud ateński (w przypadku jego bezpotomnej śmierci, cały majątek przechodził bowiem na własność męża jego siostry. Miał co prawda Kallias jeszcze dwóch synów ale byli to nieletni chłopcy i ich prawnym opiekunem stałby się właśnie Alkibiades), jest niezwykle wymowny. 

Co zaś się tyczy Hipparety, to pogodziła się ona ze swym losem. Żyła odtąd w zgodzie zarówno z Alkibiadesem jak i z ową niewolnicą, która również była matką dziecka jej męża. Zmarła jednak w kilka lat później i zapewne szczęścia w swym małżeństwie nie zaznała. Zresztą to co w swym domu wyprawiał Alkibiades było godne pożałowania i zamknięcie się w gineceum było bodajże najlepszym możliwym wyjściem. Miał on bowiem wcześniej romans z niejaką Medontis z Abydos - prostytutką, którą zabrał do swojego domu i żył z nią na zmianę (dzieląc się nią ze swym stryjem - Aksjochosem, który był niewiele tylko starszy od niego). Gdy dziewczyna urodziła córeczkę, obaj mężczyżni twierdzili że to jest dziecko drugiego. Mało tego, gdy dziewczynka podrosła Alkibiades wziął ją do swego łoża jako nałożnicę, oddając ją co jakiś czas (podobnie jak wcześniej matkę) Aksjochosowi 😲. Dopuścić miał się Alkibiades jeszcze jednego haniebnego czynu w stosunku do swej małżonki - Hipparety. Otóż wysłał do niej pewnego mężczyznę, który miał jej obiecać zawrotną sumę 1 000 drachm, za to że spotka się z pewnym, ponoć zakochanym w niej mężczyzną. Celem tej prowokacji było oskarżenie Hipparety o rozwiązłość, co doprowadziłoby do rozwodu bez konieczności zwracania pokaźnego posagu jaki otrzymał Alkibiades na początku małżeństwa. Hippareta jednak nie dała się podejść i odprawiła mężczyznę, deklarując swą wierność mężowi. Ona rzeczywiście była mu wierną aż do śmierci, ale on zdradzał ją na każdym kroku, spraszając do swego domu kurtyzany i hetery. Zostawmy więc na razie żony i przejdźmy do owych heter, gdyż ich istnienie w greckim krajobrazie społeczno-politycznym jest bezdyskusyjne, a choć one same były tylko luksusowymi prostytutkami, niekiedy miały też wpływ na politykę i dalszy bieg dziejów (np. Aspazja przekonała Peryklesa żeby zawiązał sojusz z jej rodzimym miastem Miletem i doprowadził do wojny z Samos - konkurentką handlową Miletu).




Kim były hetery? Słowo "heteirai" znaczy "towarzyszka", czyli były to kobiety, które musiały wykazać się subtelnością, uprzejmością i ujmującym sposobem bycia. Musiały być znawczyniami subtelnej gry erotycznej, dobrymi tancerkami i muzykantkami (np. Alkibiades nie lubił jak hetery grały na flecie, twierdząc że to zniekształca ich twarze). Wielu polityków i ludzi zamożnych (których stać było na taki luksus jak hetera), utrzymywało co najmniej jedną (z reguły bowiem jedna wystarczyła, kobiety Kalliasa które przytoczyłem wyżej - matka i córka, same praktycznie doprowadziły go do bankructwa, tyle na nie wydawał. A na prostytutkę wydawało się znacznie więcej pieniędzy niż na żonę czy tym bardziej niewolnicę). Sam Sokrates prócz małżonki - Ksantypy, miał też "przyjaciółkę" o imieniu Myrto. Tak więc związki miłosne Greków z heterami i niewolnicami były znacznie częstsze, niż ich wizyty w gineceach. Już Hezjod zalecał: "Lepiej kupić kobietę, niż się z nią żenić, bo pochodzącą z zakupu można w razie czego zaprząc do pługa". Eurypides zaś choć często korzystał z usług heter, to jednak w swych sztukach portretował kobiety jako z reguły winne wszelkiemu złu wichrzycielki, nierządnice i plotkary (nie znosił kobiecego plotkowania i skarżył się że kobiety cały czas tylko "coś szepcą" i ośmielają się to czynić nawet w towarzystwie mężczyzny). Wielu mężczyzn też skarżyło się na pazerność kobiet i ich umiłowanie do bogactwa i luksusu. 

Niejaki Lukian z Samosaty, w swych "Rozmowach heter" przytacza dialog pewnego marynarza o imieniu Dorion z heterą Myrtale. Oto on: "Wszystko było dobrze dopóki przywoziłem ci wspaniałe prezenty" po czym wylicza: "Najpierw para trzewików z Sikanii - to dwie drachmy", "Ale za to spędziłam z tobą dwie noce" - odpowiada Myrtale. "Później przywiozłem ci alabastrowy flakon na pachnidła z Syrii, co kosztowało dwie drachmy", "Tak, ale przed podróżą dałam ci piękną koszulę, tę, co drugi oficer zostawił u mnie, gdy ofiarowałam mu noc", "Ale później przywiozłem ci cebule z Cypru, a także pięć śledzi i cztery okonie, a także przyniosłem ze statku sześć sucharów w koszyku, nie mówiąc już o sandałach wyszywanych złotem, ty niewdzięcznico. I jeszcze podarowałem ci cały wielki ser! (...) A ten twój kochaś z Bitynii nie dał ci nawet główki czosnku". Niektóre hetery same informowały swych sponsorów czego im potrzeba, jak owa Filumena, kochanka Krytona z "Listów heter" Alkifrona: "Trzeba mi pięćdziesiąt sztuk złota, a listów nie trzeba. Jeżeli więc kochasz, daj, jeśli zaś kochasz pieniądze, nie nudź. Bywaj zdrów!". 




Warto teraz przejść i zaprezentować (przynajmniej niektóre) najsłynniejsze hetery w dziejach Hellady, szczególnie zaś te, którym naprawdę udało się zbić spory majątek i zdobyć sławę oraz uznanie (bowiem większość kobiet praktykujących ów "najstarszy zawód świata" kończyła z reguły marnie, w najlepszym razie jako małżonki jednego ze swych klientów, lub kobiety prowadzące dom publiczny. W najgorszym zaś, traciły urodę i zdrowie po kilku latach i kończyły na ulicy jako sprzedajne za kilka oboli "porne" - "ku...y"). Nic dziwnego że każda z nich starała się uzyskać jak najwięcej korzyści majątkowych z przygodnych spotkań z klientami, gdyż lata biegły nieubłaganie a wraz z nimi upływał powab i uroda. O tym jednak w kolejnej części.

   

    


 CDN.

sobota, 17 sierpnia 2019

MEMORIAM - Cz. XI

ZEMSTA JEST ROZKOSZĄ BOGÓW



KRÓLESTWO CYNNY i KARBONA




 Gdy w Idy stycznia (13 stycznia 86 r. p.n.e.) umierał w majakach ów starzec Gajusz Mariusz, Rzym był już wówczas w rękach drugiego konsula - Lucjusza Korneliusza Cynny. Terror, jaki nastał po zdobyciu miasta przez wojska popularów (czyli właśnie Mariusza i Cynny), już wówczas zupełnie ustał, choć oczywiście było pewne że ostateczna rozgrywka z toczącym walki w Grecji Lucjuszem Korneliuszem Sullą to tylko kwestia czasu. Można wręcz powiedzieć że od śmierci Mariusza walka toczyła się o panowanie nad Rzymem i całym światem dwóch linii rodowych tej samej rodziny - Korneliuszy. I rzeczywiście, o ile Sulla odpowiadał za zwycięskie zakończenie batalii z Mitrydatesem Pontyjskim na Wschodzie, o tyle w Rzymie i Italii zaczęły się niepodzielne rządy Cynny. Niepodzielne to mało powiedziane - było to prawdziwe królestwo Cynny. Przecież konsulem (zarówno on jak i Mariusz) nie został z wyboru, ale z... mianowania. Wybory zostały zawieszone a o obsadzie stanowisk decydowała osobista wola Lucjusza Korneliusza Cynny. Na opróżnione po Mariuszu stanowisko, wybrał sobie jako kolegę na urzędzie Gnejusza Papiriusza Karbona. Senat też przyjmował wszystkie uchwały, jakie tylko zapragnął sobie konsul, posiadający władzę dyktatorską a zachowujący się jak udzielny władca. Przyjęto więc prawo (86 r. p.n.e.) wpisujące Italików do wszystkich 35 tribus na zasadzie równouprawnienia z Rzymianami (a nie jedynie do 8 tribus miejskich, jak pierwotnie zakładano, co realnie spowodowałoby iż Italikowie nie mieliby żadnego wpływu na kształtowanie polityki państwa, bowiem 8 tribus nie mogłoby w żadnym razie przegłosować pozostałych 27 tribus - a głosowano najpierw w obrębie danego tribus a potem zliczano wszystkie tribus razem na zasadzie większości). Był to krok historyczny, gdyż od tego czasu mieszkańcy Italii realnie stali się obywatelami Rzymu. Rozwiązano też problem długów wśród obywateli (głównie stanu nobilitas, którzy byli zadłużeni często na ogromne sumy u ekwitów), umarzając 2/3 wszystkich zobowiązań. Przeprowadzono reformę monetarną i przywrócono przedwojenne kursy monet złotych i srebrnych, oraz wprowadzono nadzór nad operacjami bankowymi (rzymski sektor bankowy zdominowany był przez stan ekwitów - czyli klasę średnią, nowobogacką, która często dorabiała się na zdzierstwie i lichwie).

Konsulat Sulli i Karbona (rok 86 i 85 p.n.e.) upłynął spokojnie. Wybory się nie odbywały, bowiem uznano że w sytuacji wojennego zagrożenia należy całą władzę przekazać w ręce dowódców wojska (czyli głównie Cynny i dokooptowanego do niego Karbona). Po zdobyciu Aten i Pireusu (87-86 r. p.n.e.) przez Sullę, oraz jego zwycięstwach pod Cheroneą (86 r. p.n.e.) i Orchomenos (85 r. p.n.e.), w Rzymie jego przeciwnicy realnie zaczęli się obawiać nieuniknionej z nim konfrontacji. Karbon nakazał pobór do wojska (druga połowa 85 r. p.n.e.) wszystkich zdolnych do noszenia broni Rzymian i Italików. Pozwoliło to zebrać siłę w wysokości ponad 100 000 żołnierzy. Armia ta była ponad trzykrotnie liczniejsza od sił Sulli, ale miała jeden podstawowy minus - była niewyszkolona, niedoświadczona i nieobyta z wojną a rekruci często zostali wcieleni do oddziałów siłą. Senat, obawiający się kolejnych rzezi po ewentualnym zwycięstwie Sulli, postanowił się z nim jakoś porozumieć. Wysłano więc do Grecji poselstwo, które miało na celu załagodzenie konfliktu i powstrzymanie dalszego rozlewu bratniej krwi. Sulla przyjął senackich posłów w Ajdepsos, gdzie brał gorące kąpiele i wypoczywał, doglądając sztuk teatralnych. Poinformował on posłów iż gotów jest poddać się woli senatu, pod warunkiem wszakże iż zgodę na powrót do Rzymu otrzymają wszyscy zeń wygnani przez Mariusza i Cynnę. Posłowie uznali że ta propozycja jest rozsądna, ale przybywszy do Rzymu szybko okazało się że nie zgadzają się na nią ani Cynna ani Karbon. Mało tego, Karbon złożył wniosek by wziąć w całej Italii zakładników, aby tym samym zapewnić sobie lojalność miast italskich, senat jednak odrzucił ten postulat. Trwał więc w zawieszeniu okres tzw.: zbrojnego pokoju. Cynna i Karbon mianowali się konsulami na kolejne lata (85 i 84 p.n.e.). 

W połowie roku 84 p.n.e. Cynna uznał że już jest gotów przeprawić armię na drugi brzeg Adriatyku i dopaść Sullę w Grecji. Wojna przeciwko Sulli i jego weteranom, nie była jednak popularna wśród oddziałów italskich, a prawdziwy gniew wśród żołnierzy wzbudził rozkaz Cynny, który nakazał by wojsko wsiadło na okręty i przeprawiło się do Grecji. Bunt wybuchł w Ankonie (w której przebywał Cynna, w oczekiwaniu na przeprawę na drugi brzeg Adriatyku). Cynnie udało się jednak stamtąd uciec, ale w drodze do Rzymu doścignął go pewien oficer i niepomny na błagania darowania życia i przekupstwa (Cynna miał ofiarować mu swój złoty pierścień), zakończył żywot Lucjusza Korneliusza Cynny. Teraz Karbon został jedynym konsulem i to na nim spoczęła odpowiedzialność załagodzenia konfliktu lub dalszej eskalacji wojny domowej. Udało się utrzymać dostawy zboża z Afryki do Rzymu dzięki Gajuszowi Fabiuszowi, który opowiedział się po stronie Karbona i popularów. To gwarantowało że w Rzymie nie dojdzie do buntu ludu i dawało Karbonowi czas na przygotowanie się do nieuniknionej walki z Sullą. Nadszedł straszny rok 1 100 rocznicy upadku Troi (83 r. p.n.e.), rok końca świata. Odnaleziono wówczas starą przepowiednię Sybilli, która brzmiała następująco: "Kiedy spełni się okres dla życia ludzkiego najdłuższy (...) wtedy o Rzymie, pamiętaj, choćbyś o sobie zapomniał. O tym co powiem pamiętaj (...) Cała zaś ziemia italska i cała kraina latyńska, berłu powolną twojemu, swój kark tobie odda pod jarzmo". Przerażenie wielkie ogarnęło lud, czyżby wieszczka przepowiadała zagładę Rzymu w dziesięć 110-letnich wieków od czasu spalenia Troi? W każdym razie oczekiwano najgorszego. I stało się! Pożar wybuchł nagle, a płomienie były tak wielkie, że nie sposób było je ugasić. W ogniu stanęła świątynia Jowisza Najlepszego Największego na Kapitolu, a wraz z nią spaliło się wszystko co w niej było, łącznie z przechowywanymi tam Księgami Sybillińskimi. Całe dziedzictwo religijne i historyczne Rzeczpospolitej przestało istnieć.




Świątynia Kapitolińska była bowiem rówieśnicą rzymskiej Republiki, a przechowywane tam Księgi, wyznaczały losy państwa przez kolejne wieki. Teraz wszystko poszło z dymem. Przypomniano sobie również przepowiednię o "trzech ciosach" wyprowadzonych w przeciągu kolejnych dziesięciu lat, po których państwo rzymskie miało upaść. Pierwszy cios został właśnie wyprowadzony, spłonęła Świątynia Kapitolińska - symbol rzymskiego państwa, na kolejne uderzenia oczekiwano z wzrastającym przerażeniem. Nie stwarzało to atmosfery służącej obronie i wpływało raczej zniechęcająco na lud. Karbon zarządził więc szybką odbudowę świątyni, aby pokazać Rzymowi że bogowie nie zostawią ich na pastwę losu i nie pozwolą zginąć marnie. Zaczęto się zastanawiać czy przypadkiem nie doszło też do jakiegoś świętokradztwa i rozpoczęto od skrupulatnych kontroli zgromadzenia "Milczących Dziewic" - czyli westalek. Uważano bowiem że skądś się wziął ów gniew bogów. Pontifex Maximus (najwyższy kapłan) dokonywał przeglądów i kontroli, szukając najmniejszego choćby uchybienia. W normalnej sytuacji uchybienie ze strony westalki karane było karą chłosty, ale teraz, gdy lud ogarnęła obawa rozpadu państwa, bez wątpienia na tym by się nie skończyło. Taka dziewczyna, której udowodniono by jakąkolwiek winę - straciłaby życie i to zapewne w bardzo brutalny sposób. Nic jednak nie znaleziono. A przecież westalki poddane były bardzo surowym zasadom, nie tylko w kwestii zachowania dziewictwa (przez czas pełnienia tejże funkcji - czyli przez trzydzieści lat służby w zgromadzeniu), ale także podczas służby "przy zniczu", udziału w modłach i ofiarach oraz sprzątania świątyni. To ostatnie mogłoby się wydawać nie warte odnotowania, jako że przybytek boskiej Wenery nie należy do dużych, ale jak wiadomo "wieczne dziewice" nie mogą korzystać z miejskich akweduktów ani rzeki. Aby posiąść wodę, muszą westalki udać się do źródła Kamen niedaleko Porta Capena, jak w czasach dawnych króla Numy Pompiliusza (założyciela tego zgromadzenia). I tylko do tego świętego źródła udaje się kapłanka Westy z dzbankiem po wodę. Sprzątanie też nie należy do łatwych, jako że nie wolno westalce użyć zmiotki do wymiecenia śmieci, tylko muszą to czynić ręcznie, znosząc nieczystości w jedno miejsce (przy drodze kapitolińskiej) skąd są wrzucane do Tybru. 

Mimo to westalki są świętymi niewiastami i należąc do zgromadzenia, mogą nazywać się "siostrami", a także opuszczając świątynię towarzyszy jej liktor, noszący rózgę dla powagi i ochrony. "Siostry" które spędziły w zgromadzeniu ponad dziesięć lat, mają także prawo do lektyki noszonej przez niewolników, a potęga ich wówczas jest niesamowita. Skazani przestępcy, gdy upadną przed nią na kolana błagając o łaskę, i gdy ona im go udzieli - muszą zostać uwolnieni, a wszelkie zarzuty anulowane. Poparcie westalki może również gwarantować politykowi zwycięstwo wyborcze. Wsparcia wśród "Milczących Dziewic" szukał również Karbon, ogłaszając decyzję o odbudowie świątyni Jowisza Kapitolińskiego. Nie było jednak zwojów Ksiąg sybillińskich, a bez tego świątynia byłaby zupełnie bezwartościowa. Przypomniano sobie jednak że w małej mieścinie na brzegu Azji - w Erytre naprzeciw wyspy Chios, znajdują się podobne zwoje przepowiedni świętej oblubienicy Apollona - Sybilli i postanowiono zaraz po zakończeniu działań wojennych wysłać poselstwo do "czerwonego miasta" ("erythos" po grecku znaczy właśnie "czerwony") i ponownie przewieść te zwoje do Rzymu. Rok ten (83 p.n.e.) był jeszcze świadkiem innego, niecodziennego wydarzenia. Otóż Kwintus Sertoriusz - późniejszy buntownik, który postawił przeciw Rzymowi całą Hiszpanię, będący pod wrażeniem przepowiedni Sybilli o "trzech ciosach", po których ma nadejść odrodzenie i nowy wiek, w czasie którego ludzkość odnajdzie spokój na Wyspach Szczęśliwych, wyruszył okrętem na ich poszukiwanie i choć do nich nie dotarł, to jednak kolejna, finansowana przez niego wyprawa (bez jego udziału), minąwszy Słupy Herkulesa, dotarła do wysp, które uznało właśnie za owe miejsce wytchnienia dla ludzkości (były to Wyspy Kanaryjskie, skąd przywieziono białą łanię). A tymczasem w Grecji Lucjusz Korneliusz Sulla, biorąc gorące kąpiele i lecząc obolałe nogi, które pokryły się strupami, uniemożliwiając mu chodzenie - przygotowywał się do powrotu i zemsty na tych wszystkich, którzy upokorzywszy go i jego najbliższych, dopuścili się krwawych zbrodni i obrazy bogów. 






 CDN.
 

piątek, 16 sierpnia 2019

NIE ZGINĘŁA I NIE ZGINIE!

"IDĄ TERAZ GODZINY ZA GODZINAMI,

ZWYCIĘSTWO ZA NAMI, 

PRZED NAMI SZEROKIE ŻYCIE"



 
 Dziś krótko o temacie którego ani nie mogłem ani nie chciałem pominąć, choć już wielokrotnie o tym pisałem, wyjaśniałem i przytaczałem. Otóż dziś - 16 sierpnia 2019 r. mija 99 rocznica Zwycięstwa, które ocaliło całą Europę. Zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej które było jednym z dwóch decydujących ciosów zadanych przez Wojsko Polskie w Wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920. Sądzę jednak że takie postawienie sprawy także w dużej mierze nie oddaje skali tego, co tak naprawdę nad Wisłą, Wieprzem i Niemnem uczynił dla Europy polski żołnierz. Tam po prostu ocalona została cała wielowiekowa cywilizacja europejska, tam ocalony został ten podstawowy rdzeń siły i potęgi tego kontynentu (który niestety potem się zdegradował, czy raczej został zdegradowany ale na własne życzenie). Siły, dzięki której dziś w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii czy Włoszech państwo wciąż może żywić ludzi, którzy miast podkasać rękawy i wziąć się do uczciwej i rzetelnej pracy dla dobra swego społeczeństwa - wolą marnotrawić wypracowane przez ich ojców i dziadów (a ocalone przez Polaków) środki na takie bzdury jak feminizm, polityczna poprawność czy ekoterroryzm. Debatują sobie przy filiżance macchiato czy cappuccino o eko-zagładzie jaka czeka Ziemię już za kilka lat, bo rodzi się za dużo dzieci, a w ogóle to krowy śmierdzą i wydalają dwutlenek węgla który nas wszystkich wkrótce zabije. To jest przerażające jak się o tym mówi (i jak się o tym pisze), ale to jest symbol upadku współczesnego świata. Przyszłość, jaką ci młodzi dziś ludzie zostawią swoim potomkom (jeśli w ogóle będą ich mieli bo po pierwsze z homo-związków - nic się nie urodzi, a poza tym dominuje koncepcja że lepiej nie mieć dzieci bo Ziemię czeka zagłada dwutlenkiem węgla, który wytwarzamy my wszyscy - a szczególnie te perfidne krowy) jest nie do pozazdroszczenia. Nic bowiem nie rodzi się z gadania, siedzenia przy latte i pobierania grantów lub zasiłków - pieniądze się kiedyś skończą, i co wtedy ci ludzie zrobią? Co zrobią gdy nie starczy im na czynsz i zostaną wyrzuceni ze swych domów? Co zrobią, gdy nie będą mieli za co wyżywić swojej rodziny lub nawet siebie samych? Te pytania pozostawiam na zupełnie inną okazję, pragnę jedynie podkreślić że społeczeństwo nie jest w stanie przetrwać bez kolejnych pokoleń (pytanie tylko brzmi w jaki sposób zdegenerowani moralnie rodzice, mogą coś wartościowego przekazać swym potomkom, aby ci nie ulegli tej samej lub jeszcze większej degeneracji?).

Dziś książek już się nie czyta - bo po co, są audiobooki (a nawet i to dla sporej części młodego społeczeństwa to zbyt wiele), jest nowoczesność prawda - roboty będą w przyszłości za nas pracowały?! Powiem szczerze, przeraża mnie stopień zdebilenia dzisiejszego świata, bowiem większość osób nie zadaje sobie podstawowych pytań o przetrwanie, fundamentalnych pytań, odnoszących się do ich własnej egzystencji. Oczywiście już Paul Lafargue (zięć Karola Marksa) przedstawił w swojej książce z 1880 r. pt.: "Prawo do lenistwa" taką właśnie przyszłość, w której człowiek nie będzie musiał w ogóle pracować, bo wszystko będą za niego wykonywały roboty. Ta koncepcja została potem znacznie rozbudowana w innych źródłach i wśród innych autorów i wszyscy zgodnie twierdzili że czeka nas "Raj na Ziemi", bowiem roboty będą robiły to, czego nie będą musieli (i nie będą potrafili) zrobić ludzie. Oczywiście taka koncepcja społeczeństwa bajkowych Jetsonów jest po prostu... nierealna, co oczywiście nie znaczy że społeczeństwo w którym roboty (lub androidy) będą wykonywały ponad 90 % wszelkich prac jest niemożliwe. Wręcz przeciwnie - już teraz trwają nad tym prace i są w wielu dziedzinach bardzo zaawansowane. Dlaczego więc taka wizja jest nierealna? Ponieważ Raj o którym się mówi, jest jednocześnie przedsionkiem piekła. Zastanówmy się bowiem, jeśli człowiek nie będzie musiał pracować, lub jeśli jego praca będzie się sprowadzała do godziny lub dwóch godzin dziennie to pytanie podstawowe brzmi - gdzie tu jest raj? Ja nie dostrzegam tutaj raju, z tego powodu że ludzie którzy nie pracują, też muszą jeść, a kto im to jedzenie da za darmo? Kto da im środki na kupno nowego modelu iPhone lub sportowego auta? Kto im cokolwiek da za darmo, skoro nie będą musieli pracować i jednocześnie nie będą posiadali środków na zakup owych dóbr (wytwarzanych cudownie przez roboty) ? Ci ludzie po prostu zaczną masowo umierać z głodu, nie mówiąc już o posiadaniu przez nich żadnych kosmicznych gadżetów w stylu Jetsonów. I gdy już do tego dojdzie, to ludzie wezmą co mają pod ręką i ten cały raj rozbiją w drzazgi. Raj stanie się więc piekłem. 

I właśnie problem polega na tym że ci, którzy dążą do realizacji świata w którym pracują maszyny (kontrolowane przez kogo, lub co?), doskonale zdają sobie z tego sprawę. Wiedzą że jeśli to wprowadzą i dojdzie do rewolucji (głodny człowiek jest zdolny do wszystkiego) do krew płynąć będzie strumieniami. Jak więc tego uniknąć? Odpowiedź jest bardzo prosta - zmniejszyć liczbę ludności na świecie. Wmawiając na przykład ludziom im że lepiej nie mieć dzieci bo to grozi zagładzie planety, propagować aborcję, rozbijać rodzinę i promować związki homoseksualne. To już się dzieje, ta eugenika stosowana na społeczeństwach (głównie tzw.: cywilizacji "Białego Człowieka") dzieje się już teraz, na naszych oczach (zapewne są też opracowywane plany eksterminacji fizycznej większych grup ludności). Dlatego też na zdrowy rozum - jeśli ludzi przy pracy zastąpią roboty lub androidy (np. w telewizji jako prezenterzy lub aktorzy w filmach - a takim androidom nie trzeba płacić i nie mają kaprysów), to ci ludzie owszem, będą mieli dużo wolnego czasu, tylko nic poza tym, a ich egzystencja z idealistycznych i bajkowych bram Raju zostanie sprowadzona do rzeczywistości - czyli do piekła. Tak to właśnie wygląda i przeraża mnie że wydawałoby się inteligentni ludzie posługują się hasłami typu: "Ziemia ulegnie zagładzie, bo rodzi się za dużo dzieci i przez to wytwarza się dwutlenek węgla" (oczywiście przeludnienie jest zupełnie inną kwestią, bowiem to też generuje biedę, ale przede wszystkim należy myśleć logicznie, a nie poddawać się totalnemu praniu mózgów). Oczywiście - dwutlenek węgla jest zabójczy dla ludzkiego organizmu, ale tylko wówczas, gdy jest skondensowany w jakimś zamkniętym pomieszczeniu i gdy jest go zbyt dużo. Natomiast w przyrodzie dwutlenek węgla w ogóle nam nie szkodzi, wręcz przeciwnie, bez dwutlenku węgla nie ma mowy o zaistnieniu procesu fotosyntezy roślin i wytwarzaniu przez nie tlenu. Dlatego jak widzę tę biedną, zmanipulowaną dziewczynkę - Gretę Thunberg, która nie chodzi do szkoły, tylko cały czas "walczy o klimat" (w sposób wręcz beznadziejnie głupi, bowiem teraz okazuje się że płynie na szczyt klimatyczny łódką, w której nie ma toalety, a jest tylko wiaderko do którego wszyscy uczestnicy tego pożal się Boże rajdu, będą oddawać swoje wydzieliny - to ja się pytam, w jaki sposób to ma pomóc środowisku? Gdzie tu jest sens, gdzie logika?), to mi jej po prostu zwyczajnie żal. Żal mi  dziewczynki, która jest manipulowana przez cwaniaków pragnących zarobić ogromne pieniądze na ideologii ekologizmu i wykorzystujących do tego dziecięce obawy i ludzką naiwność.

Ale zostawmy to, nie o tym chciałem pisać. Dziś bowiem przypada 99 rocznica zwycięstwa oręża polskiego nad "czerwoną zarazą" jaka szła od Wschodu. Zarazą morderczego marksizmu, bolszewizmu i tyranii jakiej nie zaznał świat cywilizacji zachodniej bodajże nigdy w całej swej historii. Ale o tym się nie mówi, o tym się nie uczy na lekcjach historii w europejskich państwach (jeśli w ogóle lekcje historii współczesnej jeszcze tam istnieją). Mówi się o Holokauście (oczywiście tylko Żydów, tak jakby inne narody nie przeszły takich samych a często gorszych cierpień i fizycznych eksterminacji) i o nazizmie (z którego całkowicie zostali wycięci Niemcy. Dziś na Zachodzie młodzież nie ma bowiem pojęcia kim właściwie byli owi naziści i skąd się wzięli? (zapewne przybyli z księżyca, tak jak na filmie: "Iron Sky" z 2012 r.), lecz zupełnie pomija się zbrodnie, jakich dopuszczali się komuniści. A to prawdziwe zło, które w 1920 r. szło ze Wschodu (z Rosji) na Europę, było o stokroć gorsze od wszystkich nazistowskich zbrodni razem wziętych. Wiem że stosuję tutaj pewne dziwne zamienniki typu "prawdziwe zło", co jest równie irracjonalne jak stwierdzenie "naziści". Ale ideologii jaka wypisana była na sztandarach Armii Czerwonej która runęła z Rosji na podbój Europy, była prawdziwym, czystym złem. Nic gorszego w całej historii ludzkości nie wymyślono, nic gorszego właśnie od marksizmu - który dziś niestety stał się ideologią panującą w Europie i niezwykle silną w USA. A polski żołnierz w 1920 r. to zło zatrzymał, ocalając Europę i pozwalając jej na dekady spokojnego i dostatniego rozwoju, aby dziś błazny pijące latte rozprawiały o "krowach wytwarzających dwutlenek węgla" i "dzieciach które rodząc się spowodują zagładę naszej planety". Europa powoli umiera od środka, a Polska:


"NIE ZGINĘŁA I NIE ZGINIE"
    








DEFILADA WOJSKA POLSKIEGO (I ARMII SPRZYMIERZONYCH) W KATOWICACH Z OKAZJI 99 ROCZNICY OCALENIA POLSKI I EUROPY OD BOLSZEWICKIEJ NIEWOLI, ORAZ Z OKAZJI 100 ROCZNICY WYBUCHU PIERWSZEGO POWSTANIA ŚLĄSKIEGO



 


 PS: PRZEPRASZAM ZA TAK KRÓTKI I DOŚĆ "SWOBODNY" TEKST DZISIEJSZEGO TEMATU, ALE ODWIEDZIŁ MNIE WŁAŚNIE DAWNO NIEWIDZIANY PRZYJACIEL I MUSIELIŚMY OCZYWIŚCIE ODPOWIEDNIO UCZCIĆ NASZE SPOTKANIE ORAZ ŚWIĘTO ZWYCIĘSTWA ROKU 1920. PRZEZ TO NIESTETY NIE MIAŁEM CZASU PRZYGOTOWAĆ NIC DŁUŻSZEGO.