Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
ZDROWYCH, WESOŁYCH, SPOKOJNYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA. DUŻO RADOŚCI, SZCZĘŚCIA I ZDROWIA, ABYŚCIE SPĘDZILI TEN ŚWIĄTECZNY CZAS NARODZENIA PAŃSKIEGO W BLISKOŚCI NAJBLIŻSZYCH - Z CAŁEGO SERCA ŻYCZĘ WSZYSTKIM CZYTELNIKOM TEGO BLOGA.
ŻYCZĘ RÓWNIEŻ WAM WYTRWAŁOŚCI W DĄŻENIU DO CELU, ORAZ ROZWAGI PRZY PODEJMOWANIU KLUCZOWYCH WYBORÓW ORAZ SPOKOJU NAWET W NAJTRUDNIEJSZYCH CHWILACH ŻYCIA.
KTOŚ KIEDYŚ POWIEDZIAŁ ŻE ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA TO CZAS MAGICZNY, A JA UWAŻAM JEDNAK ŻE NIE TYLE MAGICZNY, CO DUCHOWY. RODZI SIĘ BOWIEM ZBAWICIEL - WSZEGO ŚWIATA ODKUPICIEL I NAWET CI, KTÓRZY PREFERUJĄ BARDZIEJ ATEISTYCZNE (MATERIALISTYCZNE) PODEJŚCIE DO ŚWIATA I LUDZI, MUSZĄ PRZYZNAĆ, ŻE DWA TYSIĄCE LAT TEMU, W MALEŃKIEJ STAJENCE W BETLEJEM, NARODZIŁA SIĘ POSTAĆ NIEZWYKŁA, KTÓRA CAŁKOWICIE ODMIENIŁA I WYPROWADZIŁA NA ZUPEŁNIE INNY POZIOM LUDZKĄ WIARĘ, RELIGIJNOŚĆ A PRZEDE WSZYSTKIM LUDZKĄ DUCHOWOŚĆ.
DLATEGO TEŻ WITAJĄC ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA W SWYCH DOMACH, PAMIĘTAJMY, ŻE TO NIE ON JEST GŁÓWNYM BOHATEREM TEGO DNIA, A WŁAŚNIE OWE MALEŃKIE DZIECIĘ, KTÓRE ODMIENIŁO NASZ ŚWIAT I MILIONY LUDZKICH SERC.
Informacji na temat kanonów piękna w starożytnej Mezopotamii nie jest zbyt wiele, gdyż zarówno Babilończycy jak i Asyryjczycy nie przykładali zbytniej uwagi do przedstawiania scen rodzinnych i zwyczajowych, a to z tego względu iż jakiekolwiek ceremonie, łącznie z wygrawerowaniem uroczystości rodzinnych w grobowcach, zawsze poświęcone były jakimś świętom religijnym. Człowiek jako jednostka nie istniał bez bogów, dlatego też nie było sensu prezentować scen prywatnych, w sytuacji gdy były one zupełnie nieistotne z punktu widzenia ówczesnych ludzi. Moda i uroda zresztą zmieniała się na przestrzeni wieków, a szczególnie duża zmiana nastąpiła z chwilą zdobycia władzy przez Sargona z Akadu i obalenia dynastii sumeryjskich. Akadyjczycy bowiem (o czym pisałem już w innych seriach) wywodzili się z grupy ludów semickich, natomiast Sumerowie to byli... Indoeuropejczycy lub (jak kto woli) Ariowie, stąd różnice w wyglądzie widoczne były gołym okiem. W epoce sumeryjskiej mężczyźni są dokładnie wygoleni (często również głowy pozbawione są włosów, czego przykładem może być choćby posąg księcia Gudei - władcy miasta Lagasz), natomiast od czasów rządów Akadyjczyków następuje widoczna zmiana i mężczyźni noszą już odtąd dość długie brody (natomiast głowy goli się głównie niewolnikom). Ponieważ jednak w tym temacie skupię się jedynie na okresie po-sumeryjskim, przeto omówię głównie samych Babilończyków (ze szczególnym uwzględnieniem czasów nowobabilońskich) i ewentualnie jeszcze Asyryjczyków - jako że to właśnie ich mody i obyczaje przetrwały do naszych czasów jako najpełniejsze wyobrażenia o życiu codziennych mieszkańców antycznej Mezopotamii.
Zacznijmy zatem od kobiet i tego co było wyznacznikiem seksapilu dla ich mężów. Otóż, aby spróbować odpowiedzieć na to pytanie, należy najpierw odpowiedzieć na inne: do czego w ogóle służy kobieta? Paradoksalnie nie jest to pytanie pozbawione sensu, bowiem dla Babilończyków miało ono fundamentalne znaczenie. Kobieta służyła tylko do jednego celu - rodzenia dzieci i jeśli była płodna, dla Babilończyków nie miała znaczenia ani jej uroda ani prezencja. Kobieta-żona miała rodzić dzieci, do tego została stworzona przez bogów i temu musiała się z całą stanowczością poddać. Dlatego też płodne łona były niezwykle poważane, a kobiety, które urodziły gromadkę dzieci otaczano powszechnym szacunkiem. Oprócz płodności, żona musiała być dodatkowo jeszcze oddana i wierna swemu mężowi, powinna dbać o dom, ubierać swego męża co dnia w odpowiedni strój (szkarłat), być uprzejma, mądra i gospodarna, wstawać przed świtem i kłaść się spać po zmierzchu - w każdym razie nie mogła próżnować a poświęcać musiała czas na pracę w domu i obejściu (szyć ubrania, tkać płótna na sprzedaż, zakładać winnice, prowadzić rodzinne rachunki oraz - jeśli ją miała - zawiadywać służbą). Zdrada małżeńska była dla kobiety największą możliwą hańbą, po której traciła wszystkie prawa jako legalna małżonka i najczęściej była porzucana przez męża bez prawa do kontaktów z dziećmi. To było jednak łagodne rozwiązanie, gdyż mąż mógł też (po udowodnieniu zdrady) sprowadzić swą małżonkę do roli niewolnicy i sprzedać ją np. do świątyni jako prostytutkę. Mężczyzna natomiast mógł posiadać oficjalną nałożnicę, nawet wbrew woli żony (pisząc "wbrew" mam na myśli sytuacje gdy kobiety okazywały się bezpłodne i aby utrzymać małżeństwo - gdyż rozwód był równoznaczny z hańbą jaką owa kobieta okrywała całą swoją rodzinę - same starały się zapewnić mężowi "zastępstwo" w łożu, aby mógł spłodzić potomka. Zresztą taki był niepisany zwyczaj - żona musiała zadbać o nałożnicę dla męża, jeśli sama nie mogła dać mu dzieci) i ograniczał go w tym jedynie poziom zamożności oraz... własne sumienie.
Nie znaczy to jednak że tak było i wcześniej, np. w sumeryjskich czasach. Wręcz przeciwnie, Sumerowie akceptowali poliandrię (wielomęstwo) i poligamię (wielożeństwo), choć oczywiście naturalnym było małżeństwo monogamiczne. Jednak tuż przy końcu sumeryjskiego świata, ok. 2350 r. p.n.e. władca miasta Lagasz - Urukagina, zakazał poliandrii i od tego też czasu (aż po dziś dzień) stała się ona tam prawnie zabroniona i karana (natomiast poligamia miała i ma się do dziś na Bliskim Wschodzie - choć w różnych krajach - bardzo dobrze). Konkubiny mieszkały oczywiście pod jednym dachem z oficjalną małżonką i były traktowane jako "zastępcze żony" (np. wtedy gdy żona miała miesiączkę, wówczas mąż - aby pozostać "czystym" nie mógł się nie tylko do niej zbliżyć, ale w ogóle dotykać czegokolwiek, czego wcześniej ona używała. Aby sobie poradzić z tym problemem, żony lub konkubiny w czasie menstruacji zamykano na sześć dni w miesiącu w odosobnionym pomieszczeniu. Po menstruacji kobieta musiała się oczyścić biorąc kąpiel - lub jedynie myjąc ręce, co też miało swoją symbolikę - dopiero wówczas mogła powrócić do łoża swego męża). Zdarzało się też, że mężczyzna miał po kilka oficjalnych nałożnic które utrzymywał i które mieszkały z nim i jego oficjalną małżonką w jednym domu. Oczywiście był też i drugi aspekt z tym związany, gdyż nie było większego upokorzenia dla mężczyzny (może poza zdradą własnej małżonki), gdy nie był on w stanie "stanąć na wysokości zadania" i nie mógł spełnić się w łożu jako mężczyzna. Zarówno Babilończycy, Asyryjczycy (jak i starożytni Hebrajczycy) mieli prawdziwego fioła na punkcie swoich genitaliów, a żona nie mogła bez zgody męża dotknąć jego krocza, gdyż gdyby tak się stało i przez przypadek coś "uszkodziła" (np. gdyby okazało się że małżonek stał się przez to bezpłodny), kobiecie obcinano obie piersi (w przypadku mniejszego przewinienia - palec u ręki). Tak więc owa "szpada" była bodajże najważniejszą dla każdego męża, a wszelkie obawy o męską bezpłodność, można było łatwo obrócić w oskarżenie małżonki że "trzymała palce w jego kroczu".
SYMBOLE URODY:
KOBIETY
Stare sumeryjskie powiedzenie mówiło: "Połóż gorącą rybę na jej pępku". Długo najróżniejsi historycy i językoznawcy zastanawiali się co też owo zdanie może znaczyć. Brano pod uwagę najróżniejsze kombinacje, związane zarówno z kulinariami, jak i aspektem religijnym, jednak nie analizowano najprostszej możliwości, która odnosiła się do kwestii erotycznej. W tym przykładzie bowiem owa "gorąca ryba" była po prostu męskim członkiem, zaś pępek był... po prostu pępkiem. Bowiem Babilończycy wśród symboli niewieściej urody wymieniali przede wszystkim piękny brzuch i pępek. To właśnie tam rosło i rodziło się nowe życie, dlatego też utrzymanie jak najdłużej zgrabnego brzucha, było obowiązkiem każdej antycznej Babilonki. Było to o tyle dziwne, że przecież brzuchy (i pępki) kobiet, nie były widoczne, gdyż suknie zakrywały całe ciało, od stóp do szyi, jednak jeśli wziąć pod uwagę aspekt seksualny, to zgrabny brzuch i kształtny pępek mógł być dodatkowym afrodyzjakiem dla pary zakochanych w sobie ludzi. Zresztą owo powiedzenie sugeruje coś jeszcze - otóż wytrysk nasienia na kobiecy brzuch, był jednym z możliwych sposobów antykoncepcji, natomiast zroszenie pępka nasieniem (i jego staranne wcieranie) mogło też być uważane za swoisty "eliksir młodości i piękna". Mimo to seks dla przyjemności, był powszechnie piętnowany i wyszydzany, gdyż stosunek powinien zawsze prowadzić do zapłodnienia i ciąży.
Równie ważne, co brzuch i pępek, były kobiece dłonie. Zadbane dłonie, świadczyły bowiem o zdrowiu danej niewiasty i dawały nadzieję iż będzie ona płodna i urodzi gromadkę dzieci. Dlatego też (ponieważ brzuchy były zasłonięte) przede wszystkim Babilończycy przywiązywali uwagę do zadbanych, czystych dłoni. A ponieważ znali oni mydło (nie przypominało ono w niczym tego mydła, jakie znamy obecnie, a było raczej mieszanką popiołu, gliny, łoju i oleju), przeto utrzymanie czystości ciała (w tym przede wszystkim rąk) należało do codziennego, porannego obowiązku zarówno kobiet jak i mężczyzn. Włosy nie stanowiły zaś (jak to było np. w Egipcie) silnego afrodyzjaku, choć oczywiście babilońskie elegantki dbając o całe ciało, dbały też i o fryzurę. Babilończycy (zarówno kobiety jak i mężczyźni) nacierali ciała i włosy oliwą, by potem starannie je rozczesać i upleść, ale na temat symboliki włosów nie ma żadnych informacji w tekstach z tamtego okresu. W każdym razie kanonem piękna Babilonki czy Asyryjki, były przede wszystkim piękne i zadbane dłonie, dzięki którym mogły one znaleźć męża, oraz (gdy już legły z nim w jednym łożu) ładny brzuch i zgrabny pępek. To tyle jeśli idzie o symbole niewieściej urody znad Eufratu i Tygrysu.
SYMBOLE URODY:
MĘŻCZYŹNI
"Brody ich długie, kręcone wąsiska, wzrok dziki, suknia plugawa" - jak to pisał w swym "Powrocie taty" Adam Mickiewicz - choć oczywiście ten obraz nie pasuje w całości do wyglądu starożytnych Babilończyków czy Asyryjczyków. Rzeczywiście brody były częstym widokiem wśród dojrzałych mężczyzn (jednak - o czym przypominam - mówimy tu o okresie po dominacji akadyjskiej) i bardzo rzadko można było spotkać mężczyznę który nie miał brody (niektórzy nosili nawet brody sztuczne). Oczywiście długość i zadbanie brody, były związane z pozycją społeczną i majątkiem, co też oznaczało że im człowiek uboższy, tym nosił krótszą brodę. Natomiast dygnitarze nosili brody długie i fryzowane często na kształt kwadratu, przy czym wargi i podbródek były starannie wygolone. Zadbane, ciemne i kształtne brody, należały do kanonu silnych afrodyzjaków i choć byli również mężczyźni nie noszący zarostu (z reguły młodzież lub mężczyźni przed ożenkiem, poza tym niewolników golono do samej skóry), broda taka musiała działać niezwykle silnie na kobiety, gdyż Babilończycy (nawet ubodzy) starali się nawet niedojadać, byle tylko utrzymać swą brodę w nieskazitelnym stanie, stąd też częste ich wizyty u cyrulików. Co prawda w epoce nowobabilońskiej do kanonów męskiej mody należały też i długie (zadbane) włosy, to jednak już w drugiej połowie VI wieku p.n.e. moda te ustąpiła fryzurze krótkiej i taką też była w czasie, gdy nad Babilonem załopotał sztandar króla-królów Cyrusa II z Persji (539 r. p.n.e.).
"POWRÓT TATY"
W WYKONANIU NIESAMOWITEGO
JANUSZA REWIŃSKIEGO
W "TYGRYSACH EUROPY"
PS: W kolejnej części przejdziemy już do antycznej Grecji i prześledzimy tamtejsze kanony ludzkiego piękna
PS2: Jakieś choróbsko złapało mnie i trzyma od dwóch dni - szalenie mnie to irytuje, bo nie przywykłem do spędzania długich godzin w łóżku - całe szczęście jednak już powoli ustępuje. W końcu święta się zbliżają - Bóg się rodzi, moc truchleje - trzeba więc być w formie
"CÓŻ CIĘ W STOSUNKU DO MNIE ODMIENIŁO? ŻE SPÓŁKUJĘ Z KRÓLOWĄ? (...) A TY ZNOWU CZY POPRZESTAJESZ NA JEDNEJ DRUZYLLI? BODAJBYŚ BYŁ TAK ZDRÓW, JEŚLI CZYTAJĄC TEN LIST, NIE UŻYWASZ SOBIE WŁAŚNIE NA TERTULII CZY TERENTILLI LUB RUFILLI ALBO SALWI TITISENII, ALBO NA WSZYSTKICH RAZEM. CZY TO WAŻNE, GDZIE I Z KTÓRĄ ŻĄDZĘ ZASPOKAJASZ?"
Z LISTU MARKA ANTONIUSZA DO OKTAWIANA, KTÓRY ZARZUCAŁ MU ROZWIĄZŁOŚĆ I PODPORZĄDKOWANIE SIĘ KAPRYSOM KRÓLOWEJ KLEOPATRY
Po ostatecznym zwycięstwie nad Sekstusem Pompejuszem w bitwie morskiej w Zatoce Naulochos (3 września 36 r. p.n.e.), wrócił Oktawian do Rzymu w glorii sławy i chwały, jako wielki triumfator i odrodziciel rzymskiej państwowości. 13 listopada w swym pochodzie owacyjnym, wjechał on do Rzymu witany przez tłumy rozradowanych mieszkańców miasta, którzy w zwycięstwie tym widzieli koniec trwających od bez mała 13 lat, wojen domowych. Oktawian, skierował swe kroki wpierw ku Świątyni Jowisza Kapitolińskiego, aby podziękować bogu za odniesione zwycięstwo i prosić go o wsparcie w kolejnych przedsięwzięciach. Dnia następnego, czyli 14 listopada, wygłosił w senacie mowę, w której zaprezentował (najpierw senatorom, a następnie ludowi - powtarzając swą przemowę tego samego dnia na Forum Romanum) cele, jakie obrał sobie, by zakończyć wojny domowe i odnowić potęgę i chwałę dawnego Rzymu. Zapowiedział więc że ostre środki przymusu, jaki stosowany był w latach poprzednich, wynikały z okoliczności niestabilności politycznej i wojny domowej, oraz obiecał że nigdy więcej nie powtórzy się nic podobnego, co mogłoby narazić obywateli na jakiekolwiek szykany, konfiskaty majątków lub wyroki śmierci w ramach list proskrypcyjnych. Przeszłość oddzielił grupą kreską, podkreślając jednocześnie że nadchodzące nowe czasy pokoju, będą okresem szczęścia ludu rzymskiego. Aby nie pozostać gołosłownym, ogłosił anulowanie wszelkich długów, zapowiedział odrodzenie Rzeczpospolitej, oraz złożenie swego urzędu, zarówno w imieniu swoim, jak i Antoniusza. Zapowiedział też że Imperium pozostaje nienaruszalną jednością (był to więc jawny sprzeciw, wobec ogłoszonych przez Antoniusza donacji terytorialnych dla królowej Kleopatry i jej dzieci), oraz ogłosił rychły powrót drugiego triumwira ze Wschodu. Aby podkreślić swój przyjazny stosunek do Marka Antoniusza, polecił by w świątyniach odprawiono modły dziękczynne w intencji jego zwycięstw w kampanii partyjskiej (do Rzymu bowiem spływały jedynie informacje o sukcesach i nie wiedziano tam, że cała ta wyprawa okazała się jedną wielką klapą, która o mały włos zakończyłaby się ponowną klęską, jak ta Marka Licyniusza Krassusa sprzed siedemnastu lat).
Senat obdarzył Oktawiana najróżniejszymi (choć głównie honorowymi) tytułami, jak prawo do nietykalności trybuńskiej (Oktawian nie potrzebował tego zaszczytu gdyż i tak był nie do ruszenia i - choć głosił swoje przywiązanie do wartości republikańskich oraz obiecał rezygnację ze swych funkcji i urzędów - praktycznie stał ponad prawem). Ofiarowano mu również (prócz wystawienia jego złoconego posągu przy Rostrach - mównicy - na Forum Romanum, zdobionej dziobami okrętów zdobytych na Kartagińczykach przez Gajusza Duiliusza w 260 r. p.n.e. w pierwszej wielkiej bitwie floty rzymskiej pod Mylae, oraz ustanowienia dnia 3 września publicznym świętem z okazji zwycięstwa Oktawiana nad Sekstusem Pompejuszem) godność Najwyższego Kapłana (Pontifex Maximus), którą ten jednak odrzucił, twierdząc że to Marek Emiliusz Lepidus (były triumwir, którego rozbroił jeszcze na Sycylii zaraz po swym zwycięstwie nad Pompejuszem) ma do niego większe prawo ze względu na wiek (Lepidus był starszy od Oktawiana o jakieś 25 lat). Wkrótce potem urządzono w domu Oktawiana i Liwii na Palatynie, publiczną ucztę dziękczynną (dla bogów), w czasie której sproszono tam największych i najsławniejszych przedstawicieli rzymskiej nobilitas. Stoły ponoć uginały się od potraw, a prócz świń, dzików, królików, koziołków, podawano również takie rzadkie zwierzęta jak bażanty czy pawie (oczywiście nie licząc owoców i warzyw, takich jak: winogrona, jabłka, gruszki, śliwki, wiśnie, pigwy, oliwki czy pomarańcze). Już wówczas było wiadome, że Oktawian szykuje jakieś poważne reformy (choć na początku ograniczały się one jedynie do kobiet z jego własnej rodziny). Na wyżej wspomnianym przyjęciu, trzymano się bardzo rygorystycznego kanonu rzymskich zasad, które już od dłuższego czasu (od kilkudziesięciu lat, a może dłużej) nie były przestrzegane w rzymskich rodzinach. Otóż mężczyźni i kobiety posadzeni zostali oddzielnie od siebie (chodziło o powrót do starorzymskiej cnoty i moralności).
Oktawian zresztą traktował te sprawy bardzo poważnie i starał się (na ile była to tylko gra polityczna a na ile rzeczywiste jego poglądy w tym temacie - trudno dziś stwierdzić) żyć dość skromnie, nie ukazując bogactwa jakie zdobył i jakim dysponował. Rodzina jego mieszkała w tym samym, niepozornym (w porównaniu z innymi willami nobilitas) domu na Palatynie, w którym się wychował. Oktawian zajmował też ten sam pokój z czasów swego dzieciństwa, ubierał się w skromne szaty (chyba że udawał się do senatu, wówczas wkładał na siebie togę bramowaną fioletowym paskiem, na znak godności senatorskiej) i chwalił się nawet że nie nosi ubrań gotowych lub szytych na miarę przez krawców, a jedynie te, które własnoręcznie wykonała jego żona lub siostra. Zresztą kądziel i wrzeciono było nieodłącznym symbolem Liwii i Oktawii w tych latach, szczególnie podczas porannych salutatio (audiencji klientów z życzeniami lub prośbami do swego możnego patrona). Wówczas (przede wszystkim) Liwia siadała przy krosnach, dając tedy przykład postępowania rzymskiej wiernej i posłusznej żony, prawdziwej Kornelii (Kornelia Młodsza - córka zwycięzcy Hannibala spod Zamy - Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego Starszego, i matka Tyberiusza oraz Gajusza Grakchów - była symbolem wierności małżeńskiej, oddania prawom Rzymu i matczynej miłości do swych dzieci). Odwiedzający więc Oktawiana zarówno jego przyjaciele, jak i klienci, widzieli taki właśnie obraz - milcząca i tkająca żona, nawiązująca swą postawą do starorzymskich cnót - potem przychodzili do domów i dawali ją za przykład swym żonom, siostrom oraz córkom. Przyjęcie z okazji zwycięstwa było jednym z wyjątków w tym okresie, gdyż posiłki jakie kazała służbie przygotowywać Liwia, były nader skromne i składały się głównie z chleba, sera, daktyli, fig. Na kolację podawano również mięso (głównie kury lub inne ptactwo domowe), rzadziej wołowinę czy jagnięcinę, ale zawsze dbano aby potraw na stole nie było więcej niż sześć w ciągu jednego, wieczornego posiłku.
Liwia również zajmowała się wychowaniem jedynej córki Oktawiana - Julii, zmuszając dziewczynkę do wielogodzinnej nauki tkania i przędzenia wełny, oraz (ponoć) ostro strofując ją za każdy błąd. Pomimo publicznie okazywanej cnoty i dostojeństwa cesarskiej rodziny, Oktawian nie zamierzał jednak ukazywać tego na własnej osobie. Miał kilka kochanek (o których zapewne Liwia wiedziała), m.in.: Terencję - żonę swego przyjaciela Gajusza Cilniusza Mecenasa (wiedział on o zdradzie żony i wyrażał na nią zgodę). Poza tym (jak w swym liście do Oktawiana twierdził Marek Antoniusz), również niejaką Tertulię, Terentillę, Rufillę i Salwię Titisenię. Oczywiście nie były to jedyne kobiety, z którymi sypiał wszechwładny triumwir Zachodu, często zdarzało się bowiem, że uwodził również żony gospodarzy, gdy zatrzymywał się na przykład w jakimś zajeździe. Ponoć zdarzało się i tak, że przyjaciele Oktawiana sprowadzali mu wybrane wcześniej panny lub mężatki i... rozbierali je do naga, aby mógł on ocenić walory ich urody (w latach późniejszych całkowicie zaprzestał tego typu praktyk, co nie znaczy że powstrzymał się od skoków w bok, wręcz przeciwnie, ale teraz skupiał swoje zainteresowanie głównie na młodych niewolnicach, które ponoć specjalnie sprowadzała mu do łoża Liwia). Prawdopodobnie Oktawian lubił też seks grupowy z kilkoma kobietami naraz, o czym właśnie wspomina Antoniusz. Miał też młody syn Boskiego Cezara, z całą pewnością jeszcze inny fetysz, który w tych latach z lubością upowszechniał. Otóż lubił sypiać z kobietami starszymi od siebie, często znacznie starszymi, takimi swoistymi rzymskimi milfetkami. Z wiekiem przeszło mu tego typu upodobanie seksualne, ale wówczas przerzucił się znowu na młode niewolnice - a szczególnie dziewice - które uwielbiał deflorować. Natomiast Liwia pozostała mu wierną do końca życia (nie istnieje żadna, choćby tylko pogłoska, sugerująca jakikolwiek jej romans, natomiast córka Oktawiana - Julia, w wieku dojrzałym będzie sypiała z wieloma mężczyznami, za co w 2 r. p.n.e. zostanie wypędzona przez ojca na wyspę Pandaterię, gdzie w piętnaście lat później, każe ją tam zagłodzić z nienawiści, jako że zmuszono go do jej poślubienia i tym samym odtrącenia kobiety którą kochał - Wipsanii Agrypiny - były mąż i nowy władca Imperium - Tyberiusz).
Aby wynagrodzić małżonkę za jej milczenie i tolerowanie tak częstych zdrad, na początku 35 r. p.n.e. Oktawian zatwierdził senacką ustawę, przyznającą jego żonie i siostrze specjalne przywileje i wy
noszącą je ponad inne rzymskie kobiety. Po pierwsze, obie matrony (Liwia i Oktawia) otrzymały prawną opiekę państwa, zwaną sacrosanctias - na mocy której były nie tylko nietykalne, ale również każe podlegało jakiekolwiek publiczne ich znieważenie. Po drugie - otrzymały pełną niezależność prawną i nie potrzebowały już opieki mężczyzny (męża lub brata) przy załatwianiu spraw publicznych, sądowych czy spadkowych (na równi z westalkami, bowiem jedynie kapłanki bogini Westy jako jedyne kobiety posiadały owe przywileje prawne, choć bez prawa sacrosanctias - przysługującego jedynie trybunom ludowym, a w tym przypadku również samemu Oktawianowi, jego żonie i siostrze), mogły też, bez jakiegokolwiek nadzoru zarządzać własnym majątkiem i finansami. Otrzymały również prawo do budowania własnych posągów. Były więc pierwszymi kobietami (nie licząc Kornelii Młodszej), które otrzymały prawo ukazywania swych postaci na posągach i pomnikach. Aby więc dorównać cnotliwej i wiernej Kornelii, ich życie nie mogło budzić najmniejszego podejrzenia (żona Cezara musi być poza wszelkim podejrzeniem - jak brzmi powiedzenie, które przetrwało do naszych czasów) i propagować wszelkie starorzymskie zwyczaje, mody i cnoty. Dlatego też zarówno sam Oktawian (szczególnie w latach późniejszych), jak i Liwia, zapraszali do siebie młodych mężczyzn i młode kobiety, aby z nimi rozmawiać i przekonywać do porzucenia (bardzo modnego na przestrzeni I wieku p.n.e. i I wieku naszej ery) życia na tak zwaną "kocią łapę", czyli w konkubinacie bez małżeństwa. Przekonywano, że obowiązkiem zarówno każdego mężczyzny jak i kobiety, jest małżeństwo i spłodzenie dzieci. Napomnienia te (biorąc pod uwagę ówczesne zwyczaje), nie były jednak zbyt chętnie przyswajane przez młodzież, która uważała że znacznie łatwiej im jest żyć w tzw.: luźnym związku.
Jeszcze w 36 r. p.n.e. (zaraz po swym powrocie do Rzymu) wydał Oktawian polecenie rozwiązania "problemu powołanych pod broń niewolników", którym Pompejusz obiecywał wolność w zamian za przyłączanie się ich do jego wojska. Rozkaz, który wysłał triumwir do podległych sobie oddziałów - miano otworzyć dokładnie tego samego dnia, aby uniemożliwić jakikolwiek przejaw buntu. Nakazywał on rozbroić, pojmać i oddać właścicielom zbiegłych niewolników. Tych zaś, których panów nie sposób było ustalić, ukrzyżowano w miejscach gdzie zostali oni pochwyceni. Jednocześnie powołał Oktawian nowe siły, przeznaczone do walki z rozbójnikami grasującymi na drogach Italii i Sycylii, których naturalnym środowiskiem istnienia, były okresy anarchii politycznej i wojen domowych. Tymi krokami syn Boskiego Cezara dawał obywatelom wyraźny sygnał: prawo będzie przestrzegane z całą surowością, buntownicy i rozbójnicy zostaną schwytani i ukarani, niewolnicy oddani (na zasadzie prawa własności) swym panom, a obywatele mają czuć się bezpiecznie, żyć i pracować w pokoju. Jedyne wojny jakie miano odtąd prowadzić, to były wojny zdobywcze, graniczne, daleko od centrum rzymskiej cywilizacji i od trudów jakie dotąd musieli znosić obywatele. Dlatego też w 35 r. p.n.e. wyprawił się Oktawian zbrojnie przeciwko alpejskiemu plemieniu Japudów, którzy podczas zawirowań wojny domowej, złupili rzymską kolonię w Tergeste (dzisiejszy Triest), oraz poważnie zagrażali nadmorskiej Akwilei (starożytne miasto na lądzie stałym, naprzeciw dzisiejszej Wenecji). Tamtejsza kampania jednak była niczym, w porównaniu do zniewagi, jaką w tymże roku (35 p.n.e.) doświadczyła Oktawia ze strony jej męża - Marka Antoniusza, który coraz bardziej rozpływał się w ramionach egipskiej królowej i mamiony wizją rzymsko-egipskiego imperium na którego czele zasiadłby wraz z Kleopatrą, nie zamierzał już wracać do Rzymu i swej wiernej małżonki...
"BOGOWIE POGRĄŻYLI WAS W SEPARACJI, PONIEWAŻ PRAGNĘLI OBSERWOWAĆ WAS I PROWADZIĆ EKSPERYMENTY. TO DLATEGO NA WASZEJ PLANECIE ISTNIEJĄ RÓŻNE RASY (...) WIELU WIDZI W WAS MYSZKI LABORATORYJNE, KTÓRE NALEŻY BADAĆ, PRZEKSZTAŁCAĆ I ZMIENIAĆ (...) PAMIĘTAJCIE ŻE JESTEŚCIE STAROŻYTNĄ RASĄ"
"ZWIASTUNI ŚWITU"
BARBARA MARCINIAK
WOJNA NA MARSIE
W 1984 r. niejaki Joseph McMoneagle - człowiek obdarzony ponadnaturalnymi zdolnościami i tym samym wykorzystywany przez CIA jako tzw.: "parapsychiczny szpieg" - otrzymał polecenie przeprowadzenia wizji i cofnięcia się w czasie, aby ujrzeć i opisać jak wyglądał Mars prawie milion lat temu. McMoneagle otrzymał też odpowiednie współrzędne (które szczegółowo ograniczały obszar poszukiwań do rejonu Marsa znanego obecnie jako: Cydonia) i rozpoczął sesję, w wyniku której ujrzał jak wyglądało życie na Marsie w czasach, gdy Ziemia nie była jeszcze (oficjalnie) zaludniona przez homo sapiens. Ujrzał jakieś marsjańskie miasto, pełne piramid oraz wysokich, odzianych w jedwab (lub materiał przypominający jedwab) ludzi. Ci ludzie byli niespokojni, bowiem mimo iż dysponowali zaawansowaną techniką, nie byli w stanie ocalić swojej planety przed czymś, co miało nadejść (McMoneagle poczuł smutek i obawy tych ludzi, gdyż ich świat umierał, a oni nie mogli temu przeciwdziałać). Planeta traciła atmosferę w zastraszającym tempie i ówcześni mieszkańcy Marsa, aby ocalić swoją cywilizację, zamierzali przenieść się w inne miejsce - do jakiegoś innego świata. Gdy McMoneagle ruszył ich śladem w swej parapsychicznej, historycznej podróży - dotarł na pewną niezwykle ciepłą, wulkaniczną planetę, porosłą dziwnymi roślinami. Nie był pewien czy to jest Ziemia, ale tego nie wykluczał. To była jedna z najsławniejszych (opisanych) jego wizji dotyczących Marsa. Jak już bowiem wcześniej pisałem w tym temacie, Mars był stopniowo zasiedlany, jako pierwsza planeta w naszym Układzie Słonecznym, od ok. 3 800 000 000 lat temu, a jego pierwszymi mieszkańcami były bez wątpienia Gady z Alpha Draconis, Ursa Major i Ursa Minor. Od ok. 189 000 000 lat temu, na Marsa zaczęli przybywać ludzcy koloniści z takich galaktyk jak Lira, Plejady czy Syriusz. Przez pewien czas istniała nawet kooperacja pomiędzy Galaktyczną Ludzkością a Gadami (już po zakończeniu II Wielkiej Wojny Galaktycznej), a na Marsa przewieziono też niektóre gatunki cofniętych w swym rozwoju Gadów - czyli dinozaurów - jednak po upływie kilkudziesięciu tysiącleci Gady wycofały się z Marsa (choć w channelingach nie zostało wyjaśnione czy uczyniły to dobrowolnie, czy też pod przymusem).
Ok. 113 000 000 lat temu Lirianie (czyli praprzodkowie - cała bowiem Galaktyczna Ludzkość, nie wyłączając nas, Ziemian - wywodzi się właśnie z galaktyki Liry) założyli na Marsie potężną cywilizację - zwaną współcześnie Martines Valley Canyon - i zdominowali planetę. Ok. 69 000 000 lat temu powstał drugi, konkurencyjny ośrodek cywilizacyjny, tym razem złożony przez Plejadian i Syrian na terenie obecnego Tharsis Ridge. Ośrodki te przez długi czas istniały obok siebie i choć wzajemnie konkurowały, to jednak nie dochodziło między nimi do poważniejszych konfliktów. Jednak ok. 2 000 000 lat temu (lub nieco wcześniej - gdyż w tym przypadku daty są płynne i dość trudno je przyporządkować chronologicznie), doszło do otwartej wojny pomiędzy tymi miastami, a zakończyła się ona zniszczeniem Tharsis Ridge (co ciekawe, w mieście tym zamieszkiwali wówczas zarówno Lirianie jak i Plejadianie i Syrianie, nie była więc to wojna typowo "planetarna", a walka pomiędzy dwoma ośrodkami o całkowitą dominację nad Marsem) i zwycięstwem Martines Valley Canyon. Od ok. 2 000 000 lat temu cywilizacja marsjańska była zdominowana przez ten właśnie ośrodek - choć zaczęły powstawać również i inne miasta - który został zniszczony dopiero przez Gady na początku III Wielkiej Wojny Galaktycznej ok. 1 320 000 lat temu. To właśnie wówczas nastąpił rozpad atmosfery i powolne (ale nieuniknione pustynnienie planety). Po zakończeniu III Wielkiej Wojny Galaktycznej ok. 1 240 000 lat temu, Galaktyczna Ludzkość nie wróciła od razu na zniszczonego Marsa, dopiero od ok. 900 000 r. p.n.e. zaczęto ponownie zasiedlać tę planetę, wznosząc tam monumentalne budowle (piramidy a nawet Sfinksa) na pamiątkę dawnej cywilizacji Plejadian, Lirian i Syrian - jednak utrzymanie Marsa okazało się niemożliwe, gdyż planeta po prostu traciła swą atmosferę i zamieniała się w pustynne, pełne burz piaskowych miejsce. Ponownie opuszczono więc tę planetę.
Po raz kolejny Mars odrodził się (w szczątkowej formie), gdy ok. 40 000 r. p.n.e. cywilizacja Atlantów II Imperium zaczęła go ponownie zasiedlać (w celach głównie badawczych i militarnych). Gdy 25 000 lat temu, Atlantyda zniszczyła Imperium Mu, część mieszkańców (prócz głównej swej trasy - na kontynent amerykański, gdzie potem powstały cywilizacje indiańskie), przedostała się też na Marsa, gdzie pobudowała tam podziemne budynki i tunele. Druga wielka migracja na Marsa, miała miejsce ok. 12 500 r. p.n.e. gdy Plejadianie i Syrianie zniszczyli cywilizację II Imperium Atlantydy, jednak Mars był już wówczas pozbawioną atmosfery (atmosfera w szczątkowych ilościach) planetą, a uciekinierzy znaleźli azyl w podziemnych, niewielkich miastach. Ok. 11 000 r. p.n.e. po raz pierwszy na Marsa zbiegł Marduk - przedstawiciel cywilizacji Malonian z Nibiru. Po raz kolejny pojawił się tam ok. 3 450 r. p.n.e. po upadku jego planów zdobycia dominacji nad pozostałymi "bogami z Edenu", która do tradycji religijnej przeszła jako zagłada Wieży Babel (lub po prostu Afera Babel). Natomiast ok. 2 200 r. p.n.e. doszło na Marsie do kolejnej odsłony konfliktu pomiędzy Nibiruanami, gdzie przeciwko sobie stanęli Ninurta syn Enlila i Marduk syn Enkiego. Nie posiadam zbyt rozbudowanych informacji o toczącym się wówczas konflikcie, wiadomo jedynie że Marduk stworzył sporą armię i odniósł druzgocące zwycięstwo najpierw nad samym Ninurtą na Marsie, a następnie uderzył na Nibiru i doprowadził do jego zagłady (utracono sterowność nad owym kosmicznym gwiazdolotem i musiano się stamtąd ewakuować - a uciekinierów z Nibiru zaczęto odtąd nazywać mianem Nefilim - czyli Upadli).
Duża część Nibiruan powróciła na Ziemię, albo też na inne planety naszego Układu Słonecznego (przeniosła się tam również Wielka Rada Nibiruańska). Dzięki broni zdobytej z Nibiru (w tym kryształom mocy - o których kiedyś pisałem już w tej serii) Marduk zdobył dominację, zajmując Mars i kontrolując Księżyc a także część terenów na Ziemi (w tym na przykład Egipt, choć już Mezopotamii nie udało mu się opanować). Więcej informacji na temat konfliktu na Marsie już nie posiadam, ale warto przez chwilę się zastanowić czy Nibiruanie rzeczywiście opuścili Ziemię, tak jak planował to niegdyś dziadek Anu? Otóż wydaje mi się że... że nie, gdyż po utracie sterowności nad Nibiru, w zasadzie nie mieli już dokąd wracać. To zaś, że od tysiącleci do dziś jesteśmy obserwowani przez różnych "obcych" jest faktem niepodważalnym, który po prostu nie został upubliczniony (żyjemy więc w wielkim matrixie) światowej opinii publicznej - z obawy o reakcję ludzi na tego typu informacje - choć obecność sił "nieziemskich" potwierdzali zarówno piloci jak i astronauci (w tym ci ze sławnego Apollo 13, którzy po raz pierwszy stanęli na Księżycu i o których powstał dość ciekawy film z Tomem Hanksem w roli głównej). Potocznie przyjęto określać owych kosmicznych obserwatorów mianem: "Świętych Mikołajów" (o czym sam do niedawna nie wiedziałem), jak choćby w grudniu 1968 r. gdy Walter Schirra z Apollo 8 wleciał w orbitę Księżyca, zameldował do Houston te oto słowa: "Bądźcie proszę świadomi tego, że jest tu Święty Mikołaj". Pytanie więc brzmi - jak długo jeszcze owi "opiekunowie" będą się nam przyglądali? Zresztą obserwacja naszych poczynań to jedno, a kontrola to drugie - ciekaw jestem czy wreszcie zdołamy zerwać tę smycz i wybić się na pełną niezależność od obcych istot (Plejadian, Lirian, Syrian, Nibiruan), którzy są tu od setek tysięcy a nawet milionów lat i choć są to różne istoty, mające różne (często sprzeczne ze sobą) cele, to jednak wciąż pozostaje taka dojmująca świadomość że my, jako ludzie, jesteśmy (w mniejszym lub większym stopniu) ich myszkami laboratoryjnymi, a już z pewnością Ziemia objęta jest swoistą kwarantanną z ich strony. Pytanie tylko brzmi czy to oni bronią nas przed jeszcze innymi istotami z głębi Wszechświata, czy też... chronią siebie przed nami i naszym ekspansjonizmem.
PS: W kolejnej części wracam z powrotem do Sumeru i Akadu, a następnie do Egiptu i po rozwikłaniu kolejnych części przekazów channelingowych, postaram się przedstawić dalszą "mapę drogową" tematów. Trzeba będzie też wrócić do Abrahama i jego związków z "bogami" choć w tym akurat temacie panuje spory rozgardiasz i gdy tylko dojdę o co w tym wszystkim chodzi, postaram się napisać o tym jakiś (w miarę logiczny) tekst.
"ZAPAMIĘTAJ SOBIE TĘ OPOWIEŚĆ, TY, KTÓRY JESTEŚ NASZYM DZIECKIEM, TY, KTÓRY POCHODZISZ Z MECHIKAS, TY, KTÓRY POCHODZISZ Z TENOCHCAN..."
Mijał rok za rokiem szczęśliwego panowania drugiego tlatoani - Huitzilihuitla i choć mieszkańcy bagnistej wyspy, na której założono sławny dziś Tenochcan (Tenochtitlan) wciąż musieli zmagać się z wieloma przeciwnościami zarówno samej natury, jak i niechętnych im sąsiadów, to jednak szybko pokonywano kolejne przeszkody. Ówcześni ludzie w niczym - prócz samego wyglądu - nie przypominali dzisiejszych mieszkańców miasta, odzianych w bawełniane szaty i czerpiących pełną garścią z obfitości, jakie daje nam nasze położenie i nasza potęga. Tamci, biedni ludzie, cieszyli się, jak złapali rybę na jeziorze, nisko lecącego ptaka a nawet bagienną trawę, pełną owadzich jajeczek. Minęło trochę czasu, nim nauczyli się pleść półki wodne ze splątanych ze sobą pasów długich wodorostów (chinampas) i na nich zaczęli uprawę roślin, poczynając od fasoli a kończąc na kukurydzy, która szybko stała się podstawowym posiłkiem naszych przodków. Miasto było jeszcze bardzo małe, z dominującą wciąż trzcinową zabudową i oprócz terenów wokół głównej świątyni, istniały tylko takie dzielnice jak: Huitzilah na drodze ku Itzapalapy na południu wyspy, Tzapotlah na zachodzie na drodze do Tlacopan i część dzisiejszej dzielnicy Atzacoalco na wschodzie, poza tym od kilku już dziesięcioleci rozwijało się odrębne miasto na północy wyspy - Tlatelolco, z własną świątynią (Tenochtitlan oficjalnie założono w 1325 r., Tlatelolco zaś w 1358 r. a w 1473 r. pod wodzą wojowniczego króla Axayacatla, północna część wyspy została włączona bezpośrednio do Tenochtitlanu, po zrzuceniu tamtejszego władcy ze schodów Wielkiej Świątyni) i własnym tlatoani. Przodek mój - Huitzilihuitl nawiązał też przyjazne stosunki w kilkoma sąsiadami, jak Huexotzinco, Tlaxcala czy Cuauhnauac, co zaowocowało również rozwojem handlu. Były to czasy pokoju otaczane opieką przez Kwieciste Pióro - Coatlicue - Matki Ziemi w sukni z węży, boga Tlaloca - patrona deszczu i plonów rolnych, oraz boga Quatzelcoatla - dobroczynną Gwiazdę Poranną. Niestety, nie wszyscy bogowie byli zadowoleni z tego stanu rzeczy i wreszcie Huitzilopochtli - Koliber Lewej Strony (Południa), bogini Cihuacoatl - Kobieta-Wąż, oraz Xipe Totec - Pan Obdarty ze Skóry, zaczęli domagać się krwi jeńców wojennych.
Huitzilihuitl nie mógł więc sprzeciwić się woli bogów. W roku Dwóch Trzcin (1403 r.) wyprawił się więc tlatoani wraz z wojownikami przeciw miastom Mixquic i Cuitlahuac i zdołano zniszczyć czółna rolników uprawiających chinampas, pochwycono też kilku jeńców wojennych, których następnie złożono w ofierze Huitzilopochtli i innym bogom w Wielkiej Świątyni Tenochcanu (jak wyglądała scena złożenia takiego nieszczęśnika w ofierze? Pewną, choć niepełną odpowiedzią na to pytanie niech będzie relacja jezuickiego kapłana z 1637 r., który osobiście widział jak plemię Huronów złożyło w ofierze wojownika Seneków. Oczywiście nie wszystko należy tutaj odnosić do praktyk popełnianych przez Azteków, ale warto przynajmniej uzmysłowić sobie, jak wyglądało to u tych ludów z północy, otóż: "Wyznaczonego wieczoru, wkrótce po zapadnięciu zmroku i po odbyciu przepisowego szeregu uczt, wzdłuż całego domu narad rozpalono jedenaście ognisk. Wśród przybyłego, ciasno stłoczonego tłumu pełno było młodych ludzi z pochodniami, rozradowanych i głośno pokrzykujących - uprzedzono ich, aby hamowali swój entuzjazm, gdyż ofiara musiała wytrzymać przez całą noc. Następnie, podczas gdy wódz powiadamiał zebranych o podziale ciała jeńca, co miało nastąpić po jego śmierci, wprowadzono więźnia śpiewającego pieśń wojenną (...) potem zaczął on biegać w koło między ogniskami, raz za razem, a wszyscy usiłowali go przypalić, kiedy ich mijał. Wrzeszczał jak potępieniec i cała chata rozbrzmiewała wrzaskami i okrzykami. Niektórzy go przypalali, inni łapali za ręce i łamali mu kości, inni wbijali mu patyki do uszu, jeszcze inni zarzucali mu sznury na nadgarstki, ciągnąc za ich końce z całej siły, aby rozciąć ciało i skruszyć kości". Ów rytuał trwał przez całą noc, a gdy nieszczęśnik mdlał, cucono go wodą, a nawet podawano żywność i ponownie zmuszano do tego makabrycznego rytuału. O świcie, gdy ledwie przytomny, poraniony nieszczęśnik nie mógł już chodzić, przywiązywano go do słupa i przypiekano w różne miejsca rozpalonymi ostrzami toporów. Gdy całkowicie opadł z sił, obcinano mu dłonie, stopy i wreszcie głowę, po czym wręczano je tym, którzy mieli to obiecane przez wodza. Następnie te części ciała gotowano i spożywano. Jak już mówiłem, u Azteków rytuał ten przebiegał nieco inaczej - choć również kończył się śmiercią i dzieleniem części ciała ofiary na części które spożywali kapłani i wybrani członkowie elity. O tym, jak wyglądała ta praktyka u Azteków opowiem w kolejnych częściach, gdy dojdziemy już do końca wieku XV, a szczególnie poświęcenia nowej Wielkiej Świątyni w 1487 r. przez króla Ahuitzotla - gdzie w czasie kilku zaledwie dni świątecznych złożono na ołtarzu ofiarnym ponad 20 000 ludzi - a należy pamiętać że są to najniższe liczbowo dane, gdyż sugeruje się że uśmiercono wówczas nawet ponad 70 000 wziętych do niewoli jeńców. I nich mi teraz ktoś powie że wspaniałą cywilizację Azteków zniszczyli podli Europejczycy, którzy przybyli do Nowego Świata ze swoim Bogiem zrodzonym w odległym Betlejem, i którzy ostatecznie położyli kres tym barbarzyńskim praktykom).
W roku Sześciu Trzcin (1407 r.) zamierzano powtórzyć tamtą wyprawę, tym razem kierując się jednak w stronę odległego Chalco (z którym dotąd Aztekowie współpracowali przy uprawie i magazynowaniu kukurydzy). Oskarżono wówczas o nieuczciwość dwóch nadzorców (dozorców kukurydzy) z Chalco i domagano się ich wydania, w celu złożenia w ofierze. Tamtejszy tlatoani odmówił jednak ich wydania, a wsparli go mieszkańcy innych okolicznych miast (Xico, Tlapacoyan, Chimalpa a przede wszystkim Cuitlahuac), którzy rzekli: "Niech no tylko Mechikanie (Aztekowie) spróbują przyjść do nas ze swoimi strzałami i tarczami". Wzajemne wsparcie miast znad jeziora Chalco, doprowadziło ostatecznie do odwołania wyprawy wojennej, a zamiast owych nadzorców musiano poświęcić w Tenochtitlanie jakichś niewolników. Huitzilihuitl zrezygnował z wyprawy, mimo że miał ciche poparcie samego hueytlatoani (wielkiego władcy) Tezozomoca, króla Tapaneków z Azcapotzalco. Szczególnym ulubieńcem Tezozomoca był jego wnuk - Chimalpopoca (Dymiąca Tarcza), dzięki któremu Tenochtitlan uzyskało wiele dobrodziejstw z jego strony, a szczególnie korzystne dla dalszego rozwoju miasta było ograniczenie daniny (Aztekowie bowiem, będąc poddanymi Tepanaków z Azcapotzalco i musieli płacić im narzucony odgórnie pokaźny roczny trybut), który to od czasów narodzin Chimalpopoki (1397 r.) został obniżony do wręcz symbolicznej sumy (dwie kaczki, kilka ryb, parę żab i trochę owadów). Tezozomoc zwykł mawiać, mając na myśli Tenochtitlan: "Niech trochę odpoczną", co jednak nie podobało się ani starszyźnie Azcapotzalco, ani też jego synom, a szczególnie młodszemu i wojowniczemu Maxtli, który uważał że ojciec popełnia błąd, pozwalając wzrosnąć "podłemu miastu na bagnach", kosztem rodzinnego Azcapotzalco. Jednak wola Tezozomoca - wielkiego władcy, którego sława dochodziła do najdalszych krańców ziemi - była niepodważalna i bezdyskusyjna.
Wreszcie nadszedł rok (ok. 1410 r.) będący końcem 52-letniego niebiańskiego cyklu. Następował tedy czas chaosu i zniszczenia do którego należało się przygotować (Aztekowie używali dwóch kalendarzy, 260-dniowego i 365-dniowego. Ten pierwszy, tzw. kalendarz wróżbiarski - podzielony był na dni od 1 do 13 reprezentujących 20 symboli takich jak np. Krokodyl, Wiatr, Dom, Jaszczurka, Królik, Trzcina, przy czym każdy kolejny był numerycznie większy od poprzedniego, jak na przykład po roku Pierwszy Królik, następował rok Drugi Trzcin, nastepnie rok Trzeci Noża, potem rok Czwarty Dom itd. aż do 13-go i znów nastepowała zmiana, polegająca na tym, że rozpoczynano od Pierwszej Trzciny, Drugiego Noża, Trzeciego Dom itd. Na to nakładało się 18 miesięcy po 20 dni + 5 dni dodatkowych, 365-dniowego roku "religijnego" - lub "niebiańskiego", wyznaczającego święta religijne. Natomiast moment w którym oba kalendarze nachodziły na siebie, powtarzał się dokładnie co 52 lata, stąd Aztekowie liczyli okresy istnienia świata właśnie co 52 lata. Był to jednak moment kryzysowy dla państwa i wszystkich jego mieszkańców, gdyż zapowiadał najróżniejsze katastrofy, łącznie z zagładą istniającego świata, który właśnie umierał w swym 52-letnim gwiezdnym cyklu. Noc końca jednego i początku drugiego cyklu, była niezwykle ważna, gdyż świat przechodził na chwilę przez fazę powrotu do stanu chaosu, który poprzedzał powstanie nowego cyklu. Nikt więc tej nocy nie mógł zasnąć, a szczególnie dbano by spać nie poszły małe dzieci, jako iż wierzono że w momencie przesilenia, dzieci które zasnęły, zamienią się w... myszy. Tej nocy należało też wygasić wszystkie ogniska w domach - aby nie prowokować nieszczęścia, oraz usunąć z domów wizerunki bogów i kamieni z palenisk wrzucając je wszystkie do jeziora. Następnie przystępowano do wskrzeszenia nowego ognia - będacego symbolem cyklu stwarzania świata. Jeśliby się nie udało rozniecić takiego ognia, wówczas było pewne że bogowie przeznaczyli owemu nieszczęśnikowi zgubną przyszłość. Dlatego też, aby nie prowokować losu, kobiety w ciąży tej nocy były zamykane w spichlerzach, ponieważ wierzono że w przypadku niepowodzenia przy pomnownym roznieceniu ognia, zamienią się one w krwiożercze bestie, które wraz z demonami pożrą wszystkich domowników).
(Dlatego też tej nocy, wszyscy oczekiwali poranka z duszą na ramieniu i gromadzono się w większe grupy, by wpólnie oczekiwać przejścia chaosu w stan narodzin nowego świata. Przed północą miała miejsce jeszcze publiczna procesja kapłanów, którzy nazywani teonenemi - "kroczący jak bogowie", szli jeden za drugim pod przewodnictwem kapłana z dzielnicy Copolco, na szczyt wzgórza Huixachtlanu, położonego pomiędzy miastami Ixtapalapan i Colhuacan - by tam rozniecić ogień narodzin nowego świata. Nie była to jednak bezpieczna podróż, gdyż obawiano się ataków gwiezdnych demonów - tzitzimime, które miały atakować ludzi lub powodować wśród nich panikę. Gdy udało się rozpalić ogień - a rozpalano go na piersi leżącego jeńca, tuż po wyrwaniu z niego serca i stamtąd dopiero rozniecano ogień w wielkim palenisku, gdzie wrzucano wyrwane serce i całą resztę ciała nieszczęśnika - ludzie gromadzili się przy nim, oczekując wzejścia słońca. Gdy zaświtał nowy dzień, ludzie rzucali się sobie w ramiona, całowali, radując się iż bezpiecznie przeszli do nowego cyklu istnienia świata - był to czas powszechnej radości. Następnie przystepowano do generalnych porządków, czyszczono swe domy i zaopatrywano się w nowe sprzęty, łącznie z wizerunkami bóstw). Po dokonaniu tej ceremonii, wkrótce potem (1411 r.) lud Mechikanów ostatecznie pokonał i zdobył miasto Chalco, z którym wadził się (od co najmniej 1407 r.) już od kilku lat. Była to druga większa zdobycz wojenna Tenochcanu, po opanowaniu żyznych ziem uprawnych terytorium Xaltocanu na północy Jeziora Texcoco (1398 r.). Jednak wśród Tepanaków z Azcapotzalco zrodził się wówczas potężny sprzeciw wobec ekspansji terytorialnej "Miasta na Jeziorze" i domagano się podporządkowania Chalco bezpośrednio Azcapotzalco, jako suwerenowi Tenochtitlanu. Huitzilihuitl musiał się ugiąć i podporządkować, nie miał bowiem jeszcze ani sił ani poparcia by próbować sprzeciwić się potędze Tepanaków. Tak więc Azcapotzalco przejęło teraz Chalco. Był to policzek, który synowie tlatoani z Tenochtitlanu (a szczególnie Montezuma Ilhuicamina - Niebieski Łucznik) dobrze sobie zapamiętali.
W tym samym czasie na tronie w Texcoco (mieście po wschodniej stronie Doliny Meksyku) zasiadł ambitny władca o imieniu Ixtlilxochitla i koronował się na niezależnego (od Azcapotzalco) Wielkiego Chichimecatla. Taki jawny bunt, wymierzony w niepodlegającą dotąd żadnej dyskusji dominację Tepanaków w całej Dolinie Anahuac, musiał spowodować kontrakcję wielkiego tlatoani Tezozomoca. Władca ten co prawda nie podjął wyprawy zbrojnej, ale zaprotestował w inny sposób - zrywając wszelkie kontakty handlowe z Texcoco i nakazując uczynić to samo również Tenochtitlanowi i innym podległym sobie miastom, licząc na to że owa blokada handlowa doprowadzi do ukorzenia się i ponownego podporządkowania Iztlilxochitla władzy Azcapotzalco. Okazało się jednak że nie doprowadziło to do otrzeźwienia chichimecatla z Texcoco, a wręcz przeciwnie, demonstracyjnie mianował on swego synka - Nezahualcoyotla (Głodnego Kojota), kolejnym władcą (a jedynym, który mógł mianować lub potwierdzić następstwo tronu w kraju lennym, był jego suweren, czyli w tym przypadku właśnie Tezozomoc) i stało się oczywiste że bez wyprawy orężnej się nie obędzie. A tymczasem zakończył swój ziemski żywot drugi tlatoani z Tenochcanu - Huitzilihuitl (1417 r.). Rodzimy się bowiem na tym świecie jako esencje duchowe poprzednich istot, obdarzeni "zimnymi" i "gorącymi" pierwiastkami wzrostu. Pierwszy aspekt odpowiada za nasz wzrost i rozwój, drugi zaś - słaby zrazu i niewielki - z czasem zaczyna rosnąć i dominować i odpowiada za wysychanie naszego ciała - co my widzimy jedynie w formie starzejącej się skóry. Esencja duchowa Huitzilihuitla podażyła prosto ku bramom Tlalocanu - wilgotnego, pełnego owoców i kwiatów miejsca wszelkiej obfitości i szczęścia, skąd podąży następnie do Tamoanchanu - centrum kosmosu i pnia świata. Nie wszyscy jednak mogą zmierzać ku bramom Tlalocanu, nie wszyscy są godni by je przekroczyć. Większość ludzi podąża do Mictlanu - krainy zmarłych, zaś ci, którzy odeszli z tego świata w hańbie, zabrała ich choroba zakaźna lub nie odnieśli w boju żadnej chwały - zmierzają prosto ku najniższej z krain podziemnych - Chicnauhmictlanu. Polegli zaś w boju, odchodzą na cztery lata ku słońcu, gdzie towarzyszą mu w jego codziennej wędrówce - zapełniając je swą życiodajną siłą - po czym przechodzą bezpośredniu do Tamoanchanu - miejsca początku wszelkiej istniejącej boskiej esencji.
Nowym, trzecim tlatoani Tenochtitlanu, został syn Huitzilihuitla, zrodzony z córki wielkiego Tezozomoca - księżniczki Ayauhcihuatl - zaledwie dwudziestoletni Chimalpopoca (Dymna Tarcza). Jego najbliższym doradcą i powiernikiem został stryj Itzcoatl (Obsydianowy Wąż), brat zmarłego władcy. Nowy tlatoani dokonał rytualnego objazdu miasta na łodzi, witając swych poddanych i obiecujac im pomyślność bogów oraz przychylność władców (ze szczególnym uwzględnieniem Tezozomoca, od którego przecież zależało utrzymanie symbolicznej wartości wypłacanych Azcapotzalco danin). I rzeczywiście, już wkrótce młody Chimalpopoca musiał zwrócić się z prośbą do swego dziadka Tezozomoca, prosząc go o umożliwienie mieszkańcom Tenochtitlanu dostępu do słodkiej wody na Wzgórzu Pasikonika w Chapultepec, lub też zezwolił na budowę w "Mieście na Jeziorze" akweduktu, gdyż rozwój chinampas (wodnych pól uprawnych, budowanych głównie na okolicznych bagnach wokół wyspy) powodowała, że mieszkańcy pili brudną, zamuloną wodę. Druga z próśb Chimalpopoki została od razu odrzucona przez starszyznę Azcapotzalco pod przewodem syna Tezozomoca - Maxtli. Nik nie zamierzał ani pomagać Mechicanom w dostarczeniu budulca - potrzebnego do budowy akweduktu - ani też wyrażać samej zgody na jego powstanie. Pod wpływem Maxtli odrzucono też pierwszą prośbę, umożliwiającą ludności miasta korzystanie ze źródeł słodkiej wody na Wzgórzu Pasikonika w Chapultepec, jednak tego było już za wiele i potężny Tezozomoc (choć bardzo stary), zdołał przełamać opór możnych i zezwolił mieszkańcom Tenochtitlanu na korzystanie z tych źródeł. W kilka lat później (1426 r.) zezwolono również (przy otwartym buncie Maxtli) Mechicanom na budowę własnego akweduktu i nawet dostarczono im potrzebne do tego materiały oraz ludzi (oczywiście na niepodlegające dyskusji polecenie Tezozomoca, który nie zamierzał opuszczać wnuka w potrzebie).
A tymczasem nadeszła chwila ostatecznego uporania się ze zbuntowanym Texcoco. Ambitny i żądny zwycięstw oraz władzy Maxtla stanął na czele armii Azcapotzalco i pomaszerował wzdłuż Doliny Anahuac (Doliny Meksyku), na spotkanie ze zbuntowanym miastem. Doszło do bitwy (1418 r.) u podnóża Góry Tlaloka, w czasie której armia Ixtlilxochitla została rozgromiona, a on sam dostał się do niewoli i został zamordowany (jego syn, będąc jeszcze niepełnoletnim - Nezahualcoyotl ukrył się na drzewie i dzięki temu, schowany wśród liści uniknął pogromu). Texcoco ponownie więc popadło w całkowitą zależność od Azcapotzalco. Dzięki temu zwycięstwu pozycja Maxtli w spodziewanym konflikcie o władzę po śmierci sędziwego Tezozomoca, znacznie teraz wzrosła a i starszyzna zaczęła w nim widzieć kolejnego tlatoani (mimo że nie był najstarszym synem władcy Azcapotzalco). Ojciec, widząc wzrastające poparcie Maxtli wśród możnych i ludu swego potężnego miasta (o którym mawiano że ludzi jest tam tak wiele, jak mrówek w mrowisku), a jednocześnie pragnąc okazać sprawiedliwość nastarszemu synowi - Tayauhowi, któremu zgodnie z prawem należało się pierwszeństwo w objęciu władzy, starał się godzić wzajemną niechęć pomiędzy synami, jednocześnie coraz częściej ulegał żądaniom Maxtli. Gdy więc (w 1426 r.) Chimalpopoca poprosił o możliwość zbudowania akweduktu w Tenochtitlanie i dostarczenie potrzebnych do tego materiałów oraz ludzi do budowy, władca Azcapotzalco początkowo wyraził zgodę i wysłał swych ludzi by wznieśli akwedukt w "Mieście na Jeziorze". Jednak, gdy Maxtla zdecydowanie zaprotestował, twierdząc że jest to dowód odwrócenia zależności lennej i teraz to Tepanakowie pracują dla ludu Mechikas, król chcąc nie chcąc musiał przyznać mu rację. Wysłani zaś do Tenochtitlanu inżynierowie z Azcapotzalco, z trudem zaciskali zęby, będąc zmuszeni do pracy w tak prowincjonalnym i zależnym politycznie mieście, które w żaden sposób nie mogło się równać z potęgą Azcapotzalco - miasta leżącego po zachodniej stronie Doliny Anahuac. Maxtla wreszcie zażądał od ojca, by ten udowodnił że nie pragnie uwolnić Tenochcanu spod zależności lennej i że "Miasto na Jeziorze" wciąż będzie płacić daniny (zażądał też ich zwiększenia). Tezozomoc, będąc już u kresu swych sił witlanych, a jednocześnie pragnąc zachować pokój między synami po swej śmierci, postanowił zawezwać Chimalpopocę do Azcapotzalco, aby tutaj żył i tym samym nie mógł wyzwolić się spod jego kurateli. Nim jednak wdrożył w życie swój plan, zmarł w wieku lat stu pięciu, z czego panował przez prawie sześćdziesiąt (1426 r.).
Do Azcapotzalco zdążali teraz przywódcy ludów podporządkowanych Tepanakom, a wśród nich byli m.in. Chimalpopoca z Tenochtitlanu, Tlacateotl z Tlatelolco i Nezahualcoyotl z Texcoco. Ciało wielkiego króla Tezozomoca, przez cztery dni spoczywało na trzcinowej macie, by każdy przybyły mógł oddać mu ostatni pokłon, nim ciało zostanie spalone i przeniesione przez Równinę Wielkich Noży, gdzie ostatecznie spocznie. Sędziwy tlatoani pokryty był aż siedemnastoma kocami, wykąpany i przebrany w bogate szaty, w usta włożony miał klejnot jadeitu - symbol życia i śmierci, a twarz jego przykryto turkusową maską. Gdy uroczystości pożegnania zostały już dopełnione, przeniesiono ciało na stos pogrzebowy. Najpierw złożono w ofierze tych niewolników, którzy mieli umrzeć wraz z władcą. Wydarto z ich ciał serca i wrzucono na szczyt płonącego stosu z sosnowych bierwion. Potem zabito karłów i garbatych, którzy również musieli się poświęcić dla swego pana, oraz małego psa (który miał pomóc Tezozomocowi odnależć drogę w Zaświatach). Gdy ceremonia dobiegła wreszcie końca, wszyscy przybyli na tę uroczystość rozjechali się do swych domen, a tymczasem w Azcapotzalco rozgorzał spór o władzę pomiędzy braćmi: Maxtlą i Tayauhą - spór od którego szły iskry tak wielkie, że raziły i spalały za sobą lokalnych władców z innych miast. Pożar ów, skrzeszony od iskier wzajemnej nienawiści obu braci, nie ominął też ani Texcoco ani Tenochtitlanu.
Ściemniało się już, gdy pierwsze powozy zajeżdżały do pałacu hrabiego Aleksandra Bnińskiego w Sannikach. Mgła spowiła całą miejscowość, więc przybywający goście byli słabo rozpoznawalni dla służby, spieszącej żywo z powitaniem ich u drzwi wejściowych. Jednym z przybyłych był również wywodzący się z książęcej rodziny - Henryk Poniński, podchorąży Adam Poniński. W ogromnym wręcz salonie było mnóstwo zieleni - piękne filodendrony i agawy, roślinność popularna i bardziej egzotyczna, goście zostali doprowadzeni do okazałego salonu, który już uginał się od nadmiaru wszelakich potraw na nim ciążących. Zjazd w majątku hrabiego Bnińskiego wcale nie był przypadkowy, oto bowiem na dniach oczekiwano historycznego wydarzenia i wszyscy zebrani byli nim do głębi przejęci. Wreszcie, po ponad trzech latach od swego wstąpienia na tron, do Warszawy miał zajechać król, którego oczekiwano tutaj z wielkim zniecierpliwieniem i nadzieją. Król wielki, samowładnik świata połowicy, przybyć ma do nas z dalekiego Petersburga i koronować się w Warszawie na króla Polski. Car i król w jednym - Moskal i Polakiem mianowany, oto co jeszcze nam zostało - myśl taka przebiegła po głowie podchorążego Ponińskiego, który tylko z racji koligacji rodzinnych i faktu iż akurat przebywał w okolicy, z dala od stolicy, zaproszonym został na tę uroczystość. W głowie jego kłębiły się jednak inne myśli, niż te związane z przyjęciem u hrabiego Bnińskiego - oto bowiem zastanawiał się nad urzeczywistnieniem planu jaki opracowano wcześniej, w gronie kilku zaufanych wykładowców Szkoły Podchorążych Piechoty. Tego bowiem majowego dnia, roku pańskiego 1829 r. podczas koronacji królewskiej Mikołaja I, miano targnąć się na życie władcy. Plan opracowano w ścisłej tajemnicy, w gronie zaledwie kilku podchorążych pod przewodnictwem Piotra Wysockiego. Był tam zarówno Paszkiewicz, Gurowski, Cichowski, Mochnacki, jak i on Adam Poniński, a zabójstwo cara miało być hasłem i powodem wybuchu powstania zbrojnego i ostatecznego wywalczenia pełnej niezależności od Moskwy. Car zaś był symbolem tego wszystkiego, co w duszy rosyjskiej najgorsze: zaborczości, podłości, niestałości i niewolniczego wręcz posłuszeństwa.
Myśli, jakie zaprzątały głowę Adama Ponińskiego, uleciały jednak na widok witających gości dwóch panien, stojących w przestronnym holu owego pałacu. Onieśmielony ich urodą, stanął jak wryty - Cóż to za anioły - pomyślał sobie - Czyżbym umarł i trafił do nieba? Owe panny przedstawiały się jako Izabela Zofia i Julia Bnińkówny, jedna piękniejsza od drugiej tak, iż nie było wiadomo na której dłużej wzrok swój zatrzymać. Przyodziane we wspaniałe suknie o jasnych odcieniach, przetykane złotawą nicią, bił od nich prawdziwy blask, niczym od jakichś nieziemskich istot. Adam stanął jak wryty i przez pewien czas nie mógł wydobyć z siebie głosu, wpatrując się wciąż w to niesamowite, nadludzkie zjawisko. Zaschło mu w ustach a nogi zaczęły się lekko uginać, jakby były z waty - Cóż się ze mną dzieje? - pomyślał, lecz te rozważania przerwał miły, spokojny głos jednej z panien:
- Witamy w domu senatora Aleksandra Bnińskiego, nasz papa jest waćpanu niezwykle wdzięczny za szanowne przybycie.
Poniński nie mógł ukryć rumieńca, jaki pojawił się na jego policzku - Cóż to - pomyślał - Czyż te młode perliczki jednym swym gestem potrafiły uczynić to, czego nie były zdolne najlepsze damy warszawskiej kamaryli? Próbując jednak opanować owe podniecenie, jakie niewątpliwie stało się częścią doświadczenia, którego wcześniej jeszcze nie przeżył w takich warunkach, postanowił się zmobilizować i jak przystało na żołnierza, stanął na wysokości zadania, zasalutował i rzekł:
- Podchorąży Adam Poniński z Warszawy ze Szkoły Podchorążych Piechoty... z Warszawy.
Dziewczęta uśmiechnęły się do siebie, po czym obie wyciągnęły dłonie do powitania. Speszony Poniński wziął w dłoń rączkę panny Julii, ukłonił się i ucałował, a następnie uczynił tak samo z rączką panienki Izabeli.
- Co kawaler taki spięty? Czyżby podróż miał kawaler nieprzyjemną - zwróciła się z pytaniem panna Izabela.
- Ależ nie. Po prostu... nie sądziłem że w domu hrabiego Bnińskiego mieszkają takie muzy - sam nie wierzył że to powiedział.
Dziewczęta ponownie uśmiechnęły się do siebie, po czym lekko dygnęły na znak, iż dziękują za ów komplement, który zapewne słyszały już nie raz, nie dwa.
A Tymczasem tłumy gości zaczęły się tłoczyć w holu, na którym wreszcie pojawił się sam gospodarz wraz z małżonką, zapraszając zebranych do stołu. Wcześniej jednak służba roznosiła kieliszki z nalewką, aby goście poczuli się bardziej swobodnie nim zasiądą do uczty. A gdy już do tego doszło, głos zabrał - ponownie wznosząc toast - sam gospodarz hrabia Aleksander Bniński:
- Szanowni goście - drodzy przyjaciele. Dziękuję wam wszystkim za to, że zechcieliście przybyć tu do mnie, byśmy mogli wspólnie świętować to historyczne wydarzenie, jakim będzie koronacja naszego króla Najjaśniejszego Pana Mikołaja, przybywającego do nas po trzech latach, by dopełnić konstytucyjnego wymogu koronacji. Szanowni Zebrani Przyjaciele, znacie dobrze mnie i mój ród, wiecie więc że wszystko co miałem, zarówno ja, jak i moi przodkowie łożyliśmy zawsze ku szczęściu Ojczyzny, co nie oznacza że nie byliśmy legalistami. Gdy nadeszły owe czarne chmury i kraj nasz pogrążony został w odmętach nicości, jedynie tron carycy Katarzyny - patronki naszej wolności, stał się latarnią, wiodącą nas ku nadziei i niezależnemu życiu przeciw pruskiej i austriackiej przemocy. Gdy zaś nastał Napoleon, jam pierwszy rzucił się pod jego sztandary, budować ojczysty gmach i wyrywać go koronie pruskiej tak, jak wcześniej przezeń został zagrabiony. Z Austriakami walczyłem pod księciem Józefem w kampanii 1809 r. jak i w 1812 podczas owej nieszczęsnej wyprawy moskiewskiej. Byłem też członkiem Konfederacyj Generalnej, która oficjalnie utworzyła Królestwo Polskie. Gdy zaś królem został Aleksander, przyglądałem się jego szlachetnej postawie i jak mało kto mogę dziś powiedzieć że był to mąż nad wyraz nam przychylny. Wciąż w głowie mej dźwięczą słowa, wypowiedziane przez tego wielkiego władcę, podczas zakończenia pierwszego sejmu królestwa z 1818 r., w której - pamiętam jak dziś - mówił Najjaśniejszy Pan: "Starania, jakie winienem mojej ojczyźnie, powołują mnie w dalekie strony, lecz losy wasze zawsze będą obecne mej myśli, wrócę pomiędzy was (...) Polacy! Obstaję przy spełnieniu moich zamiarów, są one wam dobrze znajome". Jakież to były zamiary, oczywiście wszyscy tu dobrze wiemy - rozszerzenie konstytucyj na ziemie nasze zabrane na wschodzie, i włączenie ich w jurysdykcję Korony, której nieodzownym monarchą byłby Aleksander, król i car w jednej osobie.
Wywód Bnińskiego nieco nużył Adama, który co jakiś czas zerkał na śliczne panny Bnińskie, a szczególnie panienka Izabella przypadła mu do gustu. Skóra jej śnieżnobiała i delikatna była jak u anioła, kibić wysmukła, twarz piękna nad wyraz i te oczy... te oczy, można się w nich wręcz utopić.
- Najjaśniejszy Pan nasz jednak odszedł, nie zdoławszy spełnić swoich i naszych zamierzeń do końca. Ale oto brat jego Mikołaj, wielki mąż, sławny w Europie, wstąpiwszy na tron, przybywa do kraju naszego, jako pełnoprawny następca Aleksandra i król nasz miłościwie panujący, aby dopełnić wymogu koronacji. Otóż mili goście, czyż nie jest to dobitny przykład jego umiłowania dla nas i poszanowania zasad konstytucyj, której przecież Moskale sami nie mają? Wielokrotnie będąc w Petersburgu, widziałem mili państwo, te twarze zazdrosne, te miny dworaków cesarskich grymasem owiane. Słyszałem skargi iż cesarz lepiej traktuje Polaków niż ich samych - Ruskich, gdyż im nie nadał imperator Aleksander konstytucyj, a nam i owszem. Widziałem drodzy przyjaciele te zaciśnięte z żalu i bezsilności pięści hrabiego Woroncowa-Daszkowa, kanclerza Nesselrode, ministra hrabiego Panina, księcia Czernyszewa, a nawet porucznika Pułku Preobrażańskiego - Larskiego, z którym rozmawiałem będąc w Rosyi. Mają oni do Aleksandra żal za tę naszą odrębność od Moskwy, widać to zarówno po ich twarzach, jak i po ich czynach. Dlatego dalibóg, nie pojmuję narzekań niektórych mędrków, którzy wciąż zawodzą że Ziemie Zabrane wciąż pod moskiewską jurysdykcją stoją, zamiast do Korony włączone być mogły, że Nowosilcow rządzi się niczym udzielny władca, mając poparcie wielkiego księcia Konstantego, że król nie przestrzega wymóg konstytucyj, że nie zwołuje sejmu - otóż tym wszystkim malkontentom powiem - spójrzcie na Moskali, w ich twarzach wyczytacie prawdę, która ich pali, prawdę tę, która świadkiem Boga będąc, wywyższa naród nasz ponad ich, gdzie car jest jedynowładcą władającym w sposób absolutny. Dlatego też pokładam ufność w Najjaśniejszym Panu i pod jego opiekę się kryję, gdyż on właśnie jest gwarantem życia i trwałości narodu naszego którego tron po wieki się ostoi.
Tę część mowy Bnińskiego sala powitała gromkimi brawami, choć nie obyło się też bez pokątnych szemrań. Ja w każdym razie muszę zadbać by nasza misja pozostała tajemnicą aż do końca, nie mogę więc dać po sobie niczego poznać, szczególnie że szpicli Nowosilcowa nie brakuje zapewne również i tutaj. Myśli te jednak szybko ustąpiły, gdy młody podchorąży powrócił do podziwów nad pięknem panny Izabelli i łapał się na tym, iż pragnąłby zostać z nią na osobności, wyznać jej iż cudniejszej istoty nie widział jak żyje. Móc ją całować w jej wiśniowe usteczka, muskać delikatnie uszka, to prawe, to znów lewe. A potem zejść niżej, jeszcze niżej, znacznie niżej...