Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 20 sierpnia 2020

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. XI

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE

OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W

STAROŻYTNOŚCI I ŚREDNIOWIECZU.

ORAZ SKĄD I Z JAKICH

WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ

POCHODZILI KANDYDACI 

NA NIEWOLNIKÓW





II

STAROŻYTNY RZYM

(II wiek p.n.e. - V wiek)

Cz. II




 DELOS

MAŁA WYSPA - WIELKI RYNEK

(II wiek p.n.e. - I wiek po Chrystusie)

Cz. VI







PIRACI, NIEWOLNICTWO i RZYM

(II - I wiek p.n.e.)




"TEN EKSPORT NIEWOLNIKÓW W WIELKIEJ MIERZE ZACHĘCAŁ DO NIEGODZIWOŚCI, GDYŻ ZACZĄŁ WSZYSTKIM PRZYNOSIĆ ZYSKI. ŁATWO MOŻNA BYŁO NABYĆ NIEWOLNIKÓW, A NIEDALEKO BYŁ WIELKI I PROSPERUJĄCY RYNEK - NA DELOS MOŻNA BYŁO PRZYJĄĆ I WYPRAWIĆ DZIESIĄTKI TYSIĘCY NIEWOLNIKÓW KAŻDEGO DNIA"

STRABON






 PAMFILIA i CYLICJA


 Pierwsze silne i zjednoczone państwo pirackie, powstało w II wieku p.n.e. w krainie leżącej w południowej Anatolii, zwanej Cylicją. Była to niewielka, górzysta kraina, zamykająca (poprzez góry Taurus) wejście do Syrii, a z Syrii przedostanie się do Kapadocji, Pontu, Bitynii i Lidii. Niewiele w tej krainie było ziemi nadającej się pod uprawy i jedynie w nadbrzeżnej Cylicji (zwanej też Cylicją równinną) było nieco więcej żyznej ziemi. Podobnie sytuacja wyglądała w sąsiadującej od zachodu z Cylicją Pamfilii, choć tam akurat było znacznie mniej gór (jedynie na granicy z Pisydią i Licją), zatem warunki bardziej sprzyjające do rozwoju rolnictwa. Ziemie te jednak, będące krainami frontowymi, stały się areną przyciągającą do siebie wszelkich najemników, rozbójników, zbiegłych niewolników a nawet żołnierzy w czynnej służbie hellenistycznych monarchów. Właśnie jednym z takich watażków, był założyciel miasta Korakesjon (powstałego na wybrzeżu cylicyjskim, tuż nad granicą z Pamfilią), niejaki - Diodotos Tryfon. Zbuntował się on przeciwko władzy króla z dynastii Seleucydów - Aleksandra I Balasa i w 143 r. p.n.e. założył owe "miasto najemników", które pierwotnie miało być jedynie centrum mobilizacyjnym sił pretendenta do korony syryjskiej - Antiocha Sidetesa, lecz szybko stało się niezależnym pirackim państewkiem, którego "obywatele" odpowiadali za wiele ataków i porwań okolicznej ludności z wód Morza Egejskiego i Śródziemnego. Diodotos Tryfon pierwotnie był komendantem garnizonu Apamei nad Orontesem i jednym z wodzów armii króla Demetriusza I Sotera oraz Aleksandra Balasa. Jednak gdy wybuchła wojna domowa pomiędzy pretendentami do tronu Seleucydów, Diodotos poparł Sidatesa i wycofał się do Cylicji, gdzie nad brzegiem morza założył obóz warowny dla armii wspierającej tego pretendenta. Jednak wsparcie jakiego mu udzielił, było krótkotrwałe i gdy tylko Diodotos uznał że sam może ogłosić się lokalnym władcą tej rozbójniczej armii - jaką tam właśnie sobie tworzył - wycofał swoje poparcie dla Sidetasa i zaczął działać na własny rachunek, przyjmując jednocześnie przydomek: "Tryfon". 

Diodotos ogłosił więc że w Koraksejon schronienie uzyska każdy przestępca (a jego winy pójdą w zapomnienie), który tylko zdoła tutaj dotrzeć i podejmie służbę pod jego rozkazami. Wkrótce zaczęły więc ściągać tam rzesze wszelakich rzezimieszków i bandytów, byle tylko uniknąć kary za swoje zbrodnie i móc dalej bezkarnie rabować. Dużym problemem w pierwszych kilku miesiącach istnienia osady, był tam dotkliwy brak kobiet, lecz szybko rozwiązano i ten problem, dokonując ataków na okoliczne wybrzeża w Syrii i w Lewancie i porywając stamtąd głównie młode dziewczęta oraz kobiety. W 142 r. p.n.e. Tryfon poprowadził szaleńczy rajd morski na duże lewantyńskie miasto Berytos, po czym zdobył je a ludność uprowadził w niewolę. W tym też czasie ogłosił się władcą Syrii i rzucił wyzwanie pozostałym pretendentom do tronu z dynastii Seleucydów. To spowodowało, że po raz pierwszy piracki Koraksejon został poważnie zagrożony atakiem już w 141 r. p.n.e. gdy wyprawę przeciwko niemu planował Demetriusz II Nikator. Jednak ze względu na atak Partów i zajęcie przez nich Persydy oraz Mezopotamii, skierował swoją armię na wschód, miast na zachód i tym samym osada Tryfona została ocalona. Jednak drugi atak nastąpił w 138 r. p.n.e., a poprowadził go wcześniej zdradzony Antioch Sidates, który wyszedł ze swego miasta w Pamfilii (Side) i skierował się przeciw Tryfonowi, który (jak pisze Strabon): "Zablokowany gdzieś przez Antiocha, syna Demetriosa, musiał sobie odebrać życie. Dla Cylicyjczyków jednak był to początek piractwa. Sprawcą był Tryfon, ale winić należy także nieudolnych diadochów władających w tamtym okresie Syrią i Cylicją". Piractwo się rozprzestrzeniło, a kolejni przywódcy tych morskich rabusiów (znani z imienia są: Zenitekos, Kleochares i Nikon, jednak nie wiadomo w jakich latach uprawiali swą piracką działalność) założyli kilka nowych morskich baz w Cylicji i Pamfilii, które to krainy pod względem geograficznym umożliwiały szybkie schronienie się zarówno statków w porcie, jak i ludzi na lądzie (gdyby np. nieprzyjaciel wysadził desant, lub dokonał ataku ad strony lądu), którzy mogli ujść w góry.




Wkrótce powstały tam prawdziwe pirackie księstewka, które to zaczęły poważnie zagrażać żegludze we wschodnim basenie Morza Śródziemnego. Ataki piratów zaś były coraz bezczelniejsze i nie ograniczali się już do porywania ludności czy palenia miast, ale atakowali również świątynie (gdzie często chroniła się ludność w nadziei że piraci nie odważą się popełnić świętokradztwa i nie oderwą ich znad ołtarzy bogów - mylili się jednak). A ataki na świątynie nie były tolerowane w tamtym czasie, zaś ci, którzy się tego podejmowali, byli uważani za największych zbrodniarzy i można ich było zabić bez wyroku sądowego (tutaj przypomniała mi się sprawa świętokradztwa, jakiego w 173 p.n.e. miał się dopuścić cenzor Kwintus Fulwiusz Flakkus, który jeszcze podczas walk z Celtyberami w Hiszpanii poprzysiągł sobie, że po szczęśliwym powrocie do Rzymu wystawi świątynię bogini Fortunie Equestris  - Szczęsnego Losu Jeźdźców, zwanej też po prostu "Fortuną Jeździecką". Tak też się stało a Fulwiusz zamyślał wznieść świątynię największą i najpiękniejszą z tych, jakie dotąd były w Rzymie. Aby ją dedykować jeszcze w roku swej cenzury i aby wyglądała imponująco, postanowił wykończyć ją dachówkami z marmuru, lecz miast czekać na transport budulca z kamieniołomów, polecił sprowadzić marmur ze świątyni Junony Lacyńskiej [była to świątynia na Przylądku Lacyńskim, koło Krotonu w Bruttium na południu Italii, dziś ten przylądek zwie się Colonne]. Zabrał stamtąd co prawda zaledwie część marmuru, ale wystarczająco dużo by wybić w dachu świątyni wielką dziurę. Dachówki zaokrętowano na statki i po wyładowaniu w Ostii, przewieziono do Rzymu, umieszczając je na dachu świątyni Fortuny. Szybko jednak okazało się skąd są te marmury i Fulwiusz został wezwany do senatu by zdać relację. Nim jednak zdołał cokolwiek powiedzieć, poczęto ciskać w niego najróżniejsze oskarżenia i zarzucać mu najnikczemniejsze chęci, łącznie z próbą wywołania "wojny z bogami". Liwiusz pisze: "Mało mu tego, że naruszył najczcigodniejszą w tamtych stronach świątynię, której nie tknął ani Pyrrus, ani Hannibal, to jeszcze pozbawił ją dachu i oszpecił i skazał niemal na ruinę! Zdjęto ze świątyni pokrycie i odsłonięto goły sufit na deszcze i zniszczenie. I zrobił to cenzor, wybrany dla kierowania obyczajnością ludzi! Człowiek, którego powołano do pilnowania, by kryte budowle były w dobrym stanie do odprawiania przy nich ofiar publicznych (...) wałęsa się po miastach sprzymierzeńców, niszczy święte miejsca i budowle religijne ogołaca z pokrycia! (...) tego on się dopuszcza wobec świątyń, rujnuje je i przez to wikła lud rzymski w winę świętokradztwa: buduje świątynie przez niszczenie innych, jakby nie wszędzie byli ci sami bogowie nieśmiertelni". Senat polecił zwrócić dachówki do świątyni Junony, oraz złożyć jej ofiarę zadośćuczynienia. Co ciekawe dachówki przewieziono z powrotem na Przylądek, ale pozostawiono je na placu przed świątynią, gdyż - jak powiadano - żaden z rzemieślników nie potrafił ponownie umieścić ich na konstrukcji dachu).

Zdarzało się jednak, że ataki piratów cylicyjskich kończyły się dla nich porażką. Tak było właśnie ok. 105 r. p.n.e. gdy zaatakowali oni Efez. Wówczas mieszkańcy wyspy Astypalaja podążyli na pomoc Efezyjczykom i rozbili piratów (jak głosi inskrypcja z Astypalai, ufundowana potem przez wdzięcznych obywateli Efezu): "Mężczyźni z Astypalai  postępowali jak dobrzy i wierni przyjaciele naszych obywateli, dzielnie walcząc przeciw (brak tekstu), po tym, gdy piraci przypłynęli tu i uderzyli na nasze ziemie w Fygeli i uprowadzili ludzi z sanktuarium Artemidy Munichia, zarówno wolnych, jak i niewolników, i złupili ich mienie oraz wiele miejsc w okolicy. Astypalejczycy, stanąwszy do walki w reakcji na wcześniejsze doniesienia Efezyjczyków, wypłynęli, by się zetrzeć z piratami, i ryzykując życie, nie szczędząc umysłów i ciał, lecz wystawiając się na wielkie niebezpieczeństwo w bitwie, do której doszło, zmusili wszystkich przeciwników do ucieczki (brak tekstu) ukarawszy ich na miejscu, stosownie do nienawiści, jaką żywili do złoczyńców, i oswobodziwszy tych, których uprowadzono z naszych ziem (...) opiekowali się nimi wszystkimi i przyjęli ich w swoich domach, zapewniając wszystko, co potrzebne do codziennego życia". Inna stela, tym razem z miasta Aigiale z wyspy Amorgos (z III wieku p.n.e.), mówi o uwolnieniu jeńców, wzięych w niewolę po napadzie  piratów z Etolii, którzy mieli porwać: "Młode dziewczęta i kobiety oraz 30 ludzi wolnych i niewolników". Mimo to piractwo było tolerowane na wodach Morza Śródziemnego i to zarówno przez monarchów hellenistycznych (którzy wykorzystywali piratów w walce ze swymi konkurentami politycznymi), jak i przez Rzym (który długo nie uważał za właściwe zająć się tym problemem, gdyż nie traktował jeszcze śródziemnomorskiego wschodu, jako swego własnego terenu ekspansji - stanie się tak dopiero w I wieku p.n.e. - a poza tym działalność piratów była na rękę szczególnie nobilom, którzy wciąż potrzebowali napływu nowych niewolników do swoich italskich latyfundiów. A poza tym "żeby zjeść rosół, nie trzeba wiedzieć co się stanie z kurą" i z takiego właśnie przekonania wychodzili Rzymianie. Jedni dostarczali towar, a drudzy nie zadawali pytań jak i skąd on pochodzi. Obu stronom bardzo się to opłaciło). 






KRETA


Drugą wielką potęgą piracką na Wschodzie Morza Śródziemnego w II i I wieku p.n.e. byli mieszkancy wyspy Krety. Oczywiście nie wszyscy Kreteńczycy pałali się piractwem, ale było ich tak wielu, że samą wyspę określano często jako "raj dla piratów". Rzeczywiście było tutaj kilka dużych miast (głównie w zachodniej części wyspy) które żyły z piractwa i praktykowały go z pokolenia na pokolenie. Potężny port Falasarna jest tego dowodem, gdyż stamtąd właśnie wywodziło się bodajże najwiecej piratów z całej Krety. Miasto było potężne i bogate, miało dogodne położenie, dobry port i silne mury - czegóż piraci mogli pragnąć więcej. Innym "miastem piratów" była pobliska Polyrrenia (oba miasta leżały w swoim sąsiedztwie), gdzie istniał duży piracki targ, na którym sprzedawano pochwyconych jeńców i który nawet konkurował z Delos o przyciągnięcie nowych klientów (jednak Delos było bezkonkurencyjne jeśli idzie o pozyskiwanie i sprzedaż niewolników. W ciągu kilku dni sprzedawano tam tyle samo ludzi, ile po zwycięstwie nad Macedonią i Epirem wziął w niewolę w latach 168-167 p.n.e. konsul Lucjusz Emiliusz Paulus. Można więc sobie wyobrazić, jakie to były moce przerobowe). Kolejnym portem, z którego piraci czynili swoją bazę wypadową do ataków na wybrzeża Hellady, była Kydonia (na wschód od Falasarny). Niewiele informacji posiadam na temat tego miasta, prócz faktu iż wywodziło się z niego kilku kreteńskich pirackich wodzów. Kreteńczycy stworzyli specyficzną strukturę społeczną, całkowicie opartą na hierarchii rządów oligarchicznych, polegającą na tym, że człowiek rodził się i umierał przypisany do własnego statusu społecznego, co oznacza że do elity nie mógł wejść nikt z ludu i wszystko było już ściśle określone przed narodzinami danego człowieka (w komiksie o przygodach Gala Asteriksa, jego przyjaciel Obeliks czasem powtarza słowa: "Ale głupi ci Kreteńczycy" 😊 i trudno nie przyznać mu racji). W każdym razie kreteńscy piraci stanowili poważne zagrożenie na wodach Morza Egejskiego, czyniąc Cylicyjczykom sporą konkurencję.

Bodajże najsławniejszym Kreteńczykiem, był niejaki Eumaridas z Kydonii, który znany był z tego, że umożliwił Ateńczykom wykupienie uwięzionych wcześniej przez Bukrisa (wodza piratów z Falasarny) mieszkańców Attyki. Wdzięczni Ateńczycy, za to że mogli wykupić swoich ziomków (a nie zostali oni od razu sprzedani do niewoli na Delos lub w Polyrrenii), nadali Eumaridasowi w 216 r. p.n.e. honorowy tytuł proksena. Był to zaszczytny tytuł, a ten, który go nosił, mógł uważać się już nie za bandytę i rzezimieszka, ale za "człowieka honoru", godnego najwyższych zaszczytów - dlatego też dość często piraccy wodzowie umożliwiali obywatelom danego miasta (lub też zamożnym ludziom) wykupienie swoich ziomków z niewoli, nim sprzedano ich handlarzom niewolników i wystawiono na targach (zdarzało się także, że dla zdobycia jakiegoś honorowego tytułu, uwalniali ludzi z niewoli nawet sami handlarze niewolników, jak uczynił to niejaki Semenos z Delos - syn Kosimadosa, który zwrócił wolność kilkunastu kobietom z Theangeli, za co został uczczony przez miejskie władze oficjalnym tytułem "Wyzwoliciela". Miało to miejsce ok. 210 r. p.n.e.). Niektóre miasta (za sowitą opłatą) zawierały też układy z piratami z Krety, na mocy których obywateli tych miast miano zwalniać po wzieciu w niewolę. Niestety, niektóre z tych traktatów były jednak perfidnie łamane przez piratów, gdy na przykład przewożono jeńców na odległe ziemie (np. do kraju Partów), by tam potem sprzedać ich w niewolę, ponieważ taktat obowiązywał z reguły na określonym obszarze i nie sięgał wszędzie (jednak była to rzadkość, gdyż koszty transportu niekiedy przewyższały cenę, za którą potem sprzedawano niewolników i raczej trzymano się postanowień traktatowych).  









IBIZA i BALEARY


Mieszkańcy wyspy Ibizy, byli bodajże ostatnimi przedstawicielami "zamordowanego narodu", czyli Kartagińczyków. Pierwsi Fenicjanie (głównie z Tyru) zasiedlili tę wyspę już w VII p.n.e., zaś w VI wieku p.n.e. zaczęła się tam kolonizacja kartagińska, która znacznie zmieniła pierwotny społeczny przekrój ludności. Głównym miastem Ibizy (i największą piracką bazą po upadku Kartaginy w 146 r. p.n.e.), było Eresos - jedno z najważniejszych ośrodków kultu bogini Tanit. Piraci z Balearów nie byli tak uciążliwi i tak nieposkromieni, jak ich kompani ze Wschodu, ale wystarczająco długo działali Rzymianom na nerwy aby ci pozwolić im istnieć po zakończeniu wojen w Hiszpanii (133 r. p.n.e.). Niewiele przetrwało wiadomości o ich pirackiej działalności, wiadomo tylko że nie stanowili większego kłopotu dla Rzymian walczących w Hiszpanii i zapewne ich piracka działalność była bardzo ograniczona (nie atakowano np. rzymskich miast w Hiszpanii Bliższej [Citerior] i Dalszej [Ulterior] zapewne z obawy przed rzymskim atakiem na wyspę, którego to lokalna społeczność nie byłaby w stanie powstrzymać). Mimo to ostatecznie na wyspę został wydany wyrok, a wypełnił go w latach 123-122 p.n.e. Kwintus Cecyliusz Metellus (który odbył triumf w 121 r. p.n.e. i otrzymał wówczas przydomek "Baliaricus") zdobywając wyspy Baleary i kładąc kres istnieniu ostatniego jeszcze, kartagińskiego państewka (Kartagińczyk Hazdrubal - zwany też Kleitomachem - scholarcha [rektor] Akademii platońskiej w Atenach w latach 127-110 p.n.e., napisał poemat "ku pokrzepieniu serc zamordowanego narodu", sławiący dzieje Kartaginy. Był to ostatni doniosły głos przedstawiciela tego ludu, którego dzieje zostały ostatecznie pogrzebane w piaskach Afryki).


 PATTON: BYŁEM TU 2000 LAT TEMU! NIE WIERZYSZ MI?

"POPRZEZ ZMAGANIA WIEKÓW, POŚRÓD PRZEPYCHU I TRUDÓW WOJNY.

WALCZYŁEM, DĄŻYŁEM I GINĄŁEM, WIELE RAZY NA TEJ GWIEŹDZIE. 

JAKBY PRZEZ SZKŁO I MROK ZMAGANIA WIEKÓW WIDZĘ. WALCZYŁEM W RÓŻNYCH

PRZEBRANIACH I POD WIELOMA IMIONAMI, ALE TO ZAWSZE BYŁEM JA"






PS: W kolejnej części przejdę do wyjaśnienia w jaki sposób i dlaczego Rzymianie ostatecznie zlikwidowali te wyżej wymienione pirackie państwa, a nastepnie opiszę poszczególne niewolnicze powstania przeciwko Rzymowi (jednak bez powstania Spartakusa - które omówię w innym temacie, oraz bez powstania Aristonika w Pergamonie, o którym to pisałem w poprzedniej części. A potem zajmiemy się kolejnymi ośrodkami niewolniczego handlu w antycznym świecie - rzymską Kartaginą, Rzymem (gdzie duży rynek niewolniczy znajdował się obok świątyni Kastora i Polluksa przy Forum Romanum) oraz Antiochią.



CDN. 

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

SZALONY MONARCHA I JEGO EPOKA - Cz. I

CZY KAROL VI 

I JEGO ROZPUSTNA MAŁŻONKA

PRZYWIEDLI FRANCJĘ 

NA SKRAJ UPADKU?






"KOGO BOGOWIE CHCĄ ZNISZCZYĆ, 
NAJPIERW DOPROWADZAJĄ GO DO OBŁĘDU"

EURYPIDES






POD OSŁONĄ NIEWIEŚCICH SUKIEN

Cz. I



Był słoneczny, sierpniowy poranek 1392 r., gdy spory orszak króla Francji - Karola VI, zmierzał ku Bretanii, z której to władcą - Janem V - miał francuski monarcha konflikt natury prawnej (Jan udzielił schronienia człowiekowi, który planował morderstwo jednego z jego osobistych doradców i przyjaciół - nobliwego Oliviera de Clisson, rycerza z Bretanii). Król był niespokojny tego dnia i zewsząd wypatrywał zdradzieckiego ataku na swoją osobę, a ów niepokój został w nim jeszcze wzmocniony przez odzianego w łachmany mężczyznę, który wyszedłszy z lasu i dopadłszy jego konia, rzekł: "Szlachetny królu! Nie jedź dalej, zostałeś zdradzony!". Ów mężczyzna został co prawda odegnany przez królewską straż, ale i tak szedł za orszakiem, wołając z oddali aby król miał się na baczności i nikomu nie ufał. Karol wziął sobie do serca ostrzeżenia owego człowieka i począł zastanawiać się czy dobrze uczynił ruszając na tę wyprawę. W pewnym momencie dał się słyszeć głuchy odgłos opadającego żelaza, gdyż jeden z królewskich paziów przysnął i upuścił trzymaną w ręku lancę, która odbiła się od hełmu jadącego za nim rycerza, wydając dźwięk dobywającego się oręża. Król nie czekał długo, wyjął swój miecz i z okrzykiem: "Zdrajcy! Chcecie mnie wydać wrogom!", ruszył w stronę grupy rycerzy i piechurów, po czym kilku z nich zadał śmiertelne rany. Król był jak w amoku, zapewne położyłby trupem znacznie więcej swych żołnierzy, gdyby nie został zrzucony z konia i przyciśnięty do ziemi. Gdy tak się stało, monarcha stracił przytomność, po czym został przewieziony z powrotem do Luwru. Był to pierwszy przypadek szaleństwa, jakie doskwierało królowi Karolowi VI - który przez to właśnie otrzymał przydomek "Szalony" - już do końca jego życia, a zmarł w trzydzieści lat później. Choroba potęgowała się na różne sposoby, raz np. monarcha nie poznawał ludzi ze swego otoczenia, nawet własnej małżonki, innym razem uznał że jest cały ze szkła i zabraniał komukolwiek zbliżać się do siebie, gdyż obawiał się że może się potłuc (nosił nawet specjalne stroje, które miały uniemożliwić "rozbicie go"). To jednak niewiele zajmowało jego małżonkę - królową Izabellę Bawarską, która w tym samym czasie gościła w swym łożu mnóstwo kochanków, z których to najsławniejszymi (oraz tymi, którym udało się przeżyć, bowiem zazdrosny Karol kazał wszystkich podejrzanych o przyprawianie mu rogów, zaszywać w worki i wrzucać do Sekwany) byli: książę Ludwik Orleański (jeden z najprzystojniejszych możnych ówczesnej Francji) i książę Jan bez Strachu (całkowite przeciwieństwo tego pierwszego - niski, brzydki, ale za to zapewne dobry w łożu, gdyż równie często gościł w sypialni Izabelli). Szaleństwo króla, rozwiązłość jego małżonki (która stawiała wręcz pod znakiem zapytania przyszłość dynastii Walezjuszy i nawet syn królewskiej pary, przyszły król Karol VII - zaczął poważnie obawiać się o swoje pochodzenie, tym bardziej że pewnego razu jego własna matka wprost rzekła, iż Karol "jest bękartem". Pewność siebie i wiarę we własne pochodzenie oraz dziejową misję ocalenia Francji spod angielskiej okupacji, przywróciła Karolowi VII dopiero pewna wiejska dziewczyna, która przeszła do historii pod imieniem - Joanny d'Arc), na to nałożyła się jeszcze wciąż trwająca wojna z Anglią (zwana stuletnią), Wielka Schizma Zachodnia (związana z wyborem dwóch konkurencyjnych wobec siebie papieży), oraz kryzys gospodarczy, który dotknął w tym czasie Europę Zachodnią, a w szczególności zaś zniszczoną toczącą się wojną - Francję. A zaczęło się tak:

Karol VI przyszedł na świat w grudniu roku 1368, gdy królem Francji był jego ojciec - Karol V, zwany "Mądrym". Ów monarcha przyniósł Francji nieco wytchnienia od toczących się nieprzerwanie (od 1337 r.) zmagań wojennych z Anglią, choć wątła budowa ciała i słabe zdrowie raczej nie dawały mu możliwości zdobycia wielkiej rycerskiej sławy (lub choćby wykazania się męstwem w boju, tak jak jego ojciec - Jan II, czy dziad - Filip VI). Karol V lubił spokój, samotność, zacisze Luwru lub uroki Vincennes, ale przede wszystkim kochał książki i całe godziny spędzał w swej bibliotece na zamku w paryskim Luwrze. Na tron wstąpił po śmierci swego ojca (który zmarł w Londynie, jako angielski więzień) w kwietniu 1364 r. w wieku 26 lat. Młody król postanowił że będzie panował w myśl filozofii Arystotelesa jako władca sprawiedliwy. Doskonale zdawał sobie sprawę z ambicji swoich braci, książąt Burgundii, Nawarry czy Andegawenii, których starał się przeciągnąć na swoją stronę, wyposażając hojnie w ziemie, zamki i pensje. Wiedział bowiem dobrze, że książęta, czy też panowie feudalni muszą wciąż pławić się w zbytku, który zastępowałby im myśli o samodzielności i działaniu na szkodę Korony (życie bowiem takiego pana upływało głównie na beztrosce a jego celem była nieustanna radość, zabawa i oczywiście od czasu do czasu jakaś wyprawa wojenna, dla podkreślenia własnego męstwa i sławy swego rodu. Celem książąt, diuków i baronów były słowa, które w momencie śmierci wypowiedział władca Akwitanii - Wilhelm IX, zmarły w 1127 r., a brzmiały one: "W mym życiu zaznałem tylko radości i uciech", zaś mottem francuskich arystokratów były słowa z powieści "Flamenca": "Niechaj największą udręką będzie udręka w miłości"). Karol V dobrał sobie również odpowiednich doradców, do których należał (m.in.): Bertrand du Guscelin, znany rycerz i zawadiaka, któremu powierzył urząd konetabla (naczelnego wodza) Francji. Sama Francja wówczas to w dużej mierze było pojęcie względne, gdyż tak naprawdę poczucie narodu francuskiego ukształtowało się dopiero w połowie XVIII wieku, a szczególnie podczas Rewolucji Francuskiej, natomiast wcześniej istniało "bardzo wiele Francji", gdyż rozdrobnienie polityczne i językowe ziem francuskich - efekt ustroju feudalnego - był silny również w czasach Ludwika XIV czy Ludwika XV, a przejazd z jednej francuskiej prowincji do drugiej często wyglądał jak podróż do innego kraju (również pod względem językowym). Oczywiście nie znaczy to, że tożsamość narodowa powstała dopiero w końcu XVIII, lub też w XIX wieku, wręcz przeciwnie. Na przykład w Polsce pojęcie narodu było znane od wczesnego średniowiecza i jedynie potem częściowo modyfikowane, podobnie było w Anglii, a poza tym tożsamość narodowa znana była już starożytnym. Przecież Ateńczycy walczyli z Lacedemończykami nie jako Hellenowie, ale właśnie jako obywatele Attyki, Rzymianie zaś toczyli boje z Hannibalem, jako potomkowie Romulusa i Remusa znad Tybru itd.




Pierwszym politycznym sukcesem Karola V było zneutralizowanie wpływów Karola Złego z Nawarry w księstwie Normandii (1364-1365) i zakończeniem wojny domowej w Bretanii (1364). Kolejnym krokiem było uporanie się z bandami gaskońskich i angielskich rycerzy, którzy z najemników stali się teraz rabusiami, pustoszącymi drogi i napadającymi na poddanych króla Francji. Ideał rycerski był co prawda znany w ówczesnej Europie i promowany jako najwyższy model idealnego wojownika, obrońcy wiary Chrystusowej i pogromcy niewieścich serc. Niestety, ten ideał dotyczył jedynie arystokratów (a i wśród nich było wiele "czarnych owcy" niegodnych nigdy miana rycerza, jak choćby jeden z najsławniejszych rycerzy u boku Joanny d'Arc - Giles de Rais, który prywatnie był pedofilem i mordercą, porywającym do swego zamku, a następnie gwałcącym i torturującym aż do ich zgonu, młodych chłopców. Przez to nadano mu potem przydomek "Diabeł", gdyż ponoć wyznawał kult szatana). Turnieje rycerskie był co prawda pięknym podkreśleniem rycerskiego ideału, jednak i one były zdominowane przez ludzi możnych. Zasady rycerskie były co prawda proste (bronić Kościoła, walczyć z kłamstwem i niesprawiedliwością, pomagać ubogim, bronić pokoju), to jednak bardzo niewielu przestrzegało ich dosłownie, choć bez wątpienia dla rycerzy bardzo ważny był honor i raz dane słowo (np. przysięga), co czasem prowadziło ich do zguby (jak choćby Antoniego z Burgundii, który przybył z wojskiem już po przegranej przez Francuzów bitwie pod Azincourt w 1415 r., lecz aby wypełnić dane królowi Francji słowo i zachować swój honor, uderzył na Anglików, poświęcając swe życie. Potem jego bratanek - Filip Dobry, wyrażał żal że nie mógł mu - ze względu na swój młody wiek - towarzyszyć w tej pięknej chwili rycerskiego obowiązku). Ci rycerze (głównie książęta i arystokraci) najczęściej marzyli o wielkiej sławie wojennej i miłości wybranki serca (często ta miłość była platoniczna, gdyż rycerz miłował swą wybrankę niczym "święty obraz", jednocześnie uważając by niczym jej nie skalać, w tym również miłością cielesną - przynajmniej do chwili ożenku. Natomiast sam oddawał się przyjemnościom ciała z dziewkami w miastach lub na wsiach). Dlatego też turnieje rycerskie były najlepszą okazją do zademonstrowania swej siły i sprawności bojowej, a jednocześnie obrony honoru wybranki serca (wiele było takich pojedynków, teraz wspomnę jedynie o dwóch. Pierwszy odbył się podczas spotkania cesarza rzymskiego i króla Węgier - Zygmunta Luksemburskiego, oraz króla Polski i wielkiego księcia Litwy: Władysława II Jagiełły - w Budzie w 1412 r. Tam właśnie szczególnie wsławił się rycerz Zawisza Czarny, pokonując wielu wystawionych przeciw niemu przeciwników. Jeszcze raz i to na znacznie większą, europejską skalę, zwyciężył Zawisza turniej z 1415 r. w hiszpańskim mieście Perpignan, gdzie na oczach sproszonego tam rycerstwa z całej praktycznie Europy, pokonał dotychczasowego mistrza - Jana z Aragonii. Starcie tych dwóch sław było krótkie, gdyż Aragończyk padł po pierwszym uderzeniu kopii Zawiszy Czarnego, który od tej pory był uważany za jednego z najsławniejszych rycerzy Europy).







Jednak większa część rycerstwa to byli najemnicy, którzy solidnie opłacani - wynajmowali się do udziału w wojnach u feudalnych panów, a jeśli zabrakło wojaczki, często zamieniali się w zwykłych rabusiów. I co ciekawe - nie zawsze chodziło im o pieniądze, bowiem równie ważna (czasem nawet ważniejsza) była potrzeba "wyszalenia się" i ponownego powrotu do walki, sprawdzenia się w boju, oraz udowodnienia swej przewagi. Karol V jednak ostro tępił owe "kompanie" rabusiów, które grasowały po drogach, choć zamiast siły często stosował podstęp, starając się ich nie tle zwalczyć, co raczej ponownie wykorzystać do walk w swoim interesie. Tak więc du Guscelin zwerbował ich i... wysłał za Pireneje, do Kastylii, gdzie toczyła się wojna domowa i gdzie owi najemnicy dopomogli w uzyskaniu tamtejszej korony przez Henryka II Trastamara w 1369 r. co zaowocowało współpracą Kastylii i Francji przeciw Anglii (Kastylijczycy pomogli Francuzom budować flotę wojenną, która pozwoliła admirałowi Janowi z Vienne opanować Kanał La Manche), więc Karol V za jednym zamachem "upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu". Odzyskał również (w latach 1369-1375) większość ziem dotąd zajętych przez Anglików, jak: Akwitania, Gaskonia czy hrabstwo Armagnac i to w ogromnej większości bez użycia oręża (do nielicznych walk i napadów jednak dochodziło). Potem mawiano, iż ten król odzyskał więcej ziem siedząc w swych komnatach i czytając książki, niż jego ojciec i dziad z mieczem w dłoni na polu walki. Kraj był jednak zrujnowany wojną i rabunkami, poza tym w latach 1373 i 1380 wybuchały we Francji epidemie dżumy, w czasie których było tyle ofiar, że nie wiedziano jak grzebać zmarłych. Zaludnienie zmniejszyło się dramatycznie a wiele wiosek całkowicie wymarło (np. w 1417 r. trzej ostatni mieszkańcy pewnej parafii w Saintonage (San;tonei) przenieśli się do Bordeaux, zaś wieś Magny-les-Hameaux nieopodal Paryża pozostała bezludna od 1341 r. do... 1455 r. gdy osiedlili się tam "trzej ubodzy ludzie z Normandii". A takich przypadków było mnóstwo). Bieda również stała się powszechna i nie opuściła już Francji aż do... XIX wieku (porównanie francuskiego chłopa z XIII a z XV czy nawet XVII wieku, to było zupełne przeciwieństwo. W pierwszym przypadku panował duży dobrobyt, który zaczął się we Francji z końcem XI wieku i trwał nieprzerwanie aż do drugiej dekady XIV wieku i czasy te są nazywane "dobrobytem francuskiej wsi". Natomiast po epoce "Czarnej Śmierci" z lat 40-stych XIV wieku, wojen z Anglikami i Burgundami oraz walk wewnętrznych pomiędzy panami feudalnymi - francuski chłop cofnął się praktycznie do prymitywizmu. W 1465 r. gdy przez Francję przejeżdżał angielski prawnik - John Forescue, to nie mógł się nadziwić że chłopi tutaj przypominają prawdziwych barbarzyńców, gdyż odziani są w łachmany, piją jedynie czystą wodę i jedzą chleb jęczmienny oraz owoce, a z mięsa jedynie flaki i łby zabijanych dla szlachty i mieszczan zwierząt). Zmieniały się też miasta, gdyż podgrodzia praktycznie zniknęły, a ludność przeniosła się za mury miast, odseparowując się od wsi (co w wiekach wcześniejszych było nie do pomyślenia, gdyż wieś żyła przy mieście, a bogate podgrodzia dawały okazję do wzajemnego wzbogacania się. Miasta teraz zamykały bramy przed chłopami, bowiem obawiały się rabusiów, lub też nie chciały kolejnych włóczęgów, oraz bały się zarazy, gdyż kto wie co ze sobą przyniósł taki przybysz. Powstały dwa światy - Francja miejska i wiejska, arystokratyczna i ta dla ludu, a dysproporcja ta rosła z biegiem kolejnych dziesięcioleci, aż swoją kulminację osiągnęła podczas Rewolucji Francuskiej).



 MARAT W WANNIE

0:45 - "MASZ DZIWNĄ MINĘ, MOŻESZ MÓWIĆ SWOBODNIE"
"CUCHNIESZ! TRZEBA CIĘ LECZYĆ, JEŚLI TO JESZCZE MOŻLIWE" 😂


 

Karol V był też człowiekiem, który bardzo sprawnie posługiwał się orężem propagandy, szczególnie w odniesieniu do papieży z Awinionu. Od 1305 r. wszyscy kolejni papieże rezydowali nie w Rzymie, ale w południowo-francuskim Awinionie, w którym żyło im się wygodnie i dostatnio i który od 1348 r. stał się własnością Państwa Kościelnego. Mimo bezpieczeństwa i dostatku, jaki tam otaczał papieży, kardynałów i prałatów, poczęto zamyślać nad powrotem do Rzymu (według Petrarki już za Benedykta XII, pełniącego swój pontyfikat w latach 1334-1342: "Awinion stał się twierdzą udręki, ostoją ofiar gniewu Bożego, gniazdem rozpusty, bagnem moralnym świata, szkołą występku, świątynią herezji (...) kuźnią kłamstwa, potwornym więzieniem, kloaką pełną ekskrementów". Petrarka miał co prawda z Benedyktem swoje własne porachunki - jak choćby fakt, iż papież uczynił swą kochanką jego siostrę, którą, jak pisze Petrarka: "kupił za sporą sumę pieniędzy od jej drugiego brata, Bernarda, by spędzać z nią wolne chwile" - i pewnie nieco przesadzał, jednak z pewnością miał też sporo racji, jako że już za kolejnego papieża, Klemensa VI (1342-1352) - który chełpił się wręcz iż nikt przed nim jeszcze nie wiedział: "jak być papieżem" - Awinion stał się prawdziwym: "Rynsztokiem, w którym gromadziły się wszelkie męty świata. Tam Boga traktuje się z pogardą, czci się jedynie pieniądze, a prawa Boga i człowieka są powszechnie gwałcone. Wszystko, co się tam znajduje, jest kłamstwem: powietrze, ziemia, domy, a nade wszystko alkowy". Ponoć Klemens już się w ogóle nie przejmował zachowaniem jakichkolwiek pozorów i spędzaniem czasu z jedną wybranką, ale utworzył w Awinionie prawdziwy harem, a jego dwór stał się: "Domem pełnym wina, kobiet, pieśni i kapłanów, którzy zachowywali się tak, jakby głosili chwałę nie Chrystusowi, ale świętowaniu i nieczystości". Papież kupił sobie też: "piękny, nowy szacowny burdel", a w dokumencie sprzedaży było zapisane, iż kupna dokonano: "W imieniu Naszego Pana Jezusa Chrystusa", powierzając jego prowadzenie swej ulubionej kochance - hrabinie Cecylii Turenne. W ślad za papieżem podążało także wielu kardynałów i prałatów, utrzymując swe liczne nałożnice). Plany powrotu do Rzymu ponoć miewał Benedykt XII, choć zostały one szybko zarzucone za czasów jego następcy - najbardziej francuskiego z papieży Awinionu - Klemensa VI. 

Do tych planów powrócił Urban V (1362-1370), który po objęciu pontyfikatu zmienił styl papieskiego życia, usuwając luksus z papieskich komnat, a sam - jako były profesor z Montpellier - wolał typowo zakonny tryb życia. Chciał wrócić do Rzymu, aby stamtąd nadzorować projektowaną właśnie wyprawą krzyżową przeciwko Turkom Osmańskim (w tej sprawie również zebrali się monarchowie Europy na krakowskiej uczcie u Wierzynka w 1364 r.). Ulegał też nawoływaniom św. Katarzyny ze Sieny, która błagała go wręcz by powrócił do Italii i ponownie zajął miejsce na tronie św. Piotra. W grudniu 1366 r. ta młoda (zaledwie 19-letnia) niepiśmienna dziewczyna, przybyła na osiołku do Awinionu i od razu została dopuszczona przed oblicze papieża, któremu miała opowiedzieć swój sen, podczas którego nawiedził ją sam Jezus Chrystus i włożył obrączkę ślubną na jej palec. Rzekła również, że Chrystus pragnął by Ojciec Święty wrócił do Rzymu i zajął tam należne mu miejsce jako przywódca chrześcijańskiej wspólnoty. I tak też się stało, gdy z początkiem 1367 r. wyruszyła do Rzymu papieska świta, by w otoczeniu książąt Kościoła, ponownie objąć we władanie tron św. Piotra na Lateranie. I tutaj już bezpośrednio zadziałał król Karol V, któremu nie w smak było opuszczenie Francji przez papieża i który postanowił temu przeciwdziałać (co prawda Awinion od 1348 r. należał do Państwa Kościelnego, ale był zaledwie enklawą zamkniętą w morzu francuskich posiadłości i zdaną - podobnie jak i sam papież - na łaskę i niełaskę francuskiego monarchy, który mógł liczyć na kontrolowanie poprzez papieża - całego świata chrześcijańskiego. Nie ulega bowiem wątpliwości, że to papież był zależny od króla, a nie król od papieża, a jednocześnie papież kontrolował pozostałych monarchów europejskich - przecież Klemens VI szczycił się że jeśli zechce, to uczyni biskupem "tyłek króla Anglii", pod warunkiem jeśli ten wcześniej upadnie do jego stóp i go o to poprosi. Niezadowoleni z takiej chełpliwości papieża kapłani, pewnego razu przyprowadzili do papieskiego pałacu osła, na którego szyi wisiał napis: "Ja również pragnę zostać biskupem Ojcze Święty", co ponoć bardzo rozbawiło Klemensa). Karol V zorganizował więc "pożegnanie" papieża, ustawiając ludzi (opłaconych zapewne przez de la Riviere), którzy zaczęli skandować: "Diabelski papieżu, bezbożny Ojcze, dokąd wiedziesz swe owce", "Szatan cię prowadzi na zatracenie Urbanie", "Potępienie wieczne czeka wszystkich, którzy pójdą za tym szatańskim kapłanem", "Zawróć Urbanie, póki nie jest za późno" itd. Wkrótce okrzyki te podchwycili pozostali mieszkańcy Awinionu i w ten sposób lud miasta żegnał swego papieża. Tak też Karol V starał się przeszkodzić w wyprowadzce papiestwa z Awinionu.

Szybko jednak okazało się, że plan powrotu do Rzymu był mocno nieprzemyślany. Miasto było małe, brudne (liczyło wówczas zaledwie 30 000 mieszkańców). Pałac na Lateranie przypominał bardziej zwierzyniec, niż siedzibę następcy św. Piotra (było tam mnóstwo zwierząt, szczególnie nietoperzy i sów, ale także psów i kotów które uwiły tam sobie ciepłe schronienie, a poza tym pałac był w opłakanym stanie). Podobnie prałaci i kardynałowie mieli trudności ze znalezieniem jakiegoś "odpowiedniego" ich pozycji miejsca i tęsknili do uciech Awinionu. W tych warunkach wytrzymano w Rzymie zaledwie trzy lata i z początkiem 1370 r. papież Urban V zarządził powrót do Awinionu. Mimo apeli św. Katarzyny ze Sieny czy św. Brygidy Szwedzkiej (matki ośmiorga dzieci, która pod koniec życia wstąpiła do zakonu i prowadziła ascetyczny tryb życia), papież nie zdecydował się pozostać w Rzymie. Spotkało się to z wybuchem radości ze strony kardynałów, którzy ochoczo poczęli pakować się i szykować do powrotu na francuską ziemię. Wkrótce jednak, po przybyciu do Awinionu, papież Urban V zmarł w wieku 60 lat. Jego następcą został wybrany kardynał Piotr Roger z Limousin, który przyjął imię Grzegorza XI. 18 czerwca 1376 r. ponownie przybyła do Awinionu św. Katarzyna ze Sieny, która znów przekonywała papieża o powrocie do Rzymu, twierdząc że pobyt w Awinionie "z którego w nozdrza bije odór jak z piekieł" i zależność Ojca Świętego od króla Francji, godzi bezpośrednio w jego autorytet jako następcy św. Piotra. Ta niepiśmienna (w tym czasie ponoć nauczyła się już pisać, ale do końca życia miała ogromne trudności z właściwym składaniem liter i wolała dyktować innym swoje słowa) dziewka, poczynała sobie coraz śmielej. Podczas swego pobytu w Awinionie, zasypywała papieża swymi listami, a nawet odważyła się bezpośrednio pouczać Grzegorza XI, mówiąc doń: "Dalej, żywo, rusz się, Ojcze! Nie stój ciągle w miejscu! Rozpal w sobie ogień wielkiego pragnienia, oczekując wspomożenia Bożego i wyroków Opatrzności Bożej", innym znów razem twierdziła: "Mówię ci, że trzeba słuchać rad ludzi dobrych, a nie tych, którzy kochają tylko własne zaszczyty, urzędy i przyjemności (...) W imieniu Chrystusa Ukrzyżowanego proszę Waszą Świątobliwość o pośpiech. (...) wyjedź natychmiast". Ta ciągła jej presja (ponoć zasypywała papieża listami zarówno rano po przebudzeniu, jak i wieczorem, gdy szedł na spoczynek), spowodowała wreszcie podjęcie ponownej decyzji o powrocie do Rzymu. Teraz jednak postanowił wtajemniczyć w swój plan tylko kilkunastu kardynałów i najbliższe sobie osoby, po czym 13 września 1376 r. wyjechał z Awinionu statkiem na Rodanie, kierując się ku brzegom Italii.

 


Papież nie dotarł jednak do Rzymu, a zatrzymał się w Genui, pomny bowiem doświadczeń Urbana V, wysłał swych ludzi którzy mieli odpowiednio przygotować jego siedzibę na Lateranie. Kardynałom nie spodobała się ta ponowna przeprowadzka i zamierzali czym prędzej wracać do Awinionu. W październiku 1376 r. do Genui przybyła (jadąc na osiołku) św. Katarzyna ze Sieny, która utwierdziła papieża w jego postanowieniu i przekonała o kontynuowaniu dalszej podróży. 17 stycznia 1377 r. przy dźwięku dzwonów kościelnych, zapalonych pochodni i okrzyków radości mieszkańców Rzymu, Grzegorz XI wjechał w mury Wiecznego Miasta. Dla wielu książąt Kościoła powrót do Rzymu był sporą niedogodnością. Miasto to przypominało bardziej dużą wieś i było po prostu brudne (praczki wywieszały swe pranie na ruinach rzymskich świątyń dawnego Forum Romanum, co przetrwało aż do XIX wieku) i wielu słusznie uważało że winną tej nieszczęsnej przeprowadzki jest właśnie św. Katarzyna ze Sieny. Postanowiono odpłacić jej pięknym za nadobne i gdy w roku następnym pojechała do Florencji, aby w imieniu papieża negocjować podporządkowanie miasta Ojcu Świętemu i tym samym zdjęcie papieskiego interdyktu (nałożonego na Florencję 31 marca 1376 r.), omal nie została zabita przez rozwścieczony tłum. Prawdopodobnie był on również podburzany przez niektórych kardynałów, którzy musieli opuścić swoje wygodne pałace w Awinionie i pożegnać swe nałożnice. W każdym razie tłum zaczął szarpać Katarzynę tak, iż prawie zdarł z niej całe odzienie, krzycząc że jest ona wyznawczynią szatana (jedna kobieta wbiła nawet swą szpilkę wyjętą z włosów w stopę Katarzyny, przez co ta długo nie mogła swobodnie chodzić). Wkrótce potem Grzegorz XI zmarł w marcu 1378 r. (w wieku 49 lat), po czym powstał prawdziwy pat z wyborem jego następcy. Otóż w Awinionie (u boku francuskiego monarchy) pozostało większość kardynałów, zaś ci, którzy dotarli do Rzymu (w liczbie 16), w większości też byli Francuzami, którzy chcieli wybrać kolejnego Francuza. Rzymianie jednak nie zamierzali na to się zgadzać i lud miasta otoczył pałac w Watykanie i groził wyłamaniem bram, gdyby kardynałowie nie wybrali Rzymianina. Ostatecznie elektorzy zgodzili się wybrać arcybiskupa Bari - Bartolomeo Prignano, który przyjął imię Urbana VI. Ten wybór nie spodobał się jednak Rzymianom, którzy wywołali zamieszki (8 kwietnia 1378 r.) trwające kilkanaście dni, a wielu kardynałów uciekło wówczas z miasta (również nowy papież), kierując się do Tivoli. Francuzi zaś skierowali się do Anagni, gdzie 20 września wybrano nowego papieża - kardynała Roberta z Genewy, który przyjął imię Klemensa VII.

Tak oto zrodziła się Wielka Schizma Zachodnia, która trwała do 1417 r., ale król Karol V uzyskał to, czego pragnął - czyli ponowny powrót papieży do Francji (w Rzymie zaś wyglądało to następująco: zwolennicy Klemensa opanowali Zamek św. Anioła - dawniejsze Mauzoleum cesarza Hadriana - zaś Urban VI zajął pałac przy kościele Matki Boskiej na Zatybrzu. Gdy w kwietniu 1379 r. Rzymianie zdobyli Zamek św. Anioła - niszcząc go prawie doszczętnie - i wymordowali wszystkich obrońców, Klemens VII opuścił Anagni i powrócił do Awinionu. W taki oto sposób, po zaledwie trzech latach nieobecności, ponownie następcy św. Piotra zjawili się na francuskiej ziemi, co niezwykle uradowało Karola V. Ten zmarł w sierpniu 1380 r. w wieku 42 lat, pozostawiając na tronie Francji swego małoletniego syna - Karola VI - bohatera naszej opowieści - który nie miał wówczas nawet lat 12).

   
O KAROLU VI JEST TU MOWA w 1:40
ZAŚ O św. KATARZYNIE ze SIENY w 4:25





CDN.

sobota, 15 sierpnia 2020

OPÓR!!!

HOMOSEKSUALIŚCI PRZECIW

IDEOLOGII lgbt






DZIŚ NA SZYBKO, CHOĆ TEMAT NIEZWYKLE POWAŻNY I WART SZERSZEJ DYSKUSJI


 Czy jest możliwe wystąpienie osób homoseksualnych przeciwko marksistowskiej - nastawionej na zdobycie władzy politycznej - ideologii lgbt? To dość interesujące pytanie i z pewnością wymaga szerszej dyskusji, szczególnie właśnie po tej tzw.: prawicowej, czy też konserwatywnej stronie, która  nie została jeszcze całkowicie poddana (a przynajmniej nie w tak destrukcyjnym stopniu, jak ma to miejsce na lewicy) antykulturowej obróbce ideologicznej. Uważam bowiem że homoseksualiści stanowią realną siłę (mimo iż jest ich w każdym społeczeństwie z reguły niewielu, od 1 do 3 %) i mogą pokazać swoje niezadowolenie w próbach neomarksistów, wpisania ich w rolę "zastępczej ofiary", której zadaniem jest jedynie pełnić funkcję "mięsa armatniego" i tym samym umożliwić marksistom zdobycie pełni władzy politycznej. Pisałem już wielokrotnie o prawdziwej naturze marksizmu i o jego pasożytniczych skłonnościach bez których nie jest on w stanie funkcjonować, gdyż w normalnych warunkach życia społecznego, po prostu nie jest nikomu do niczego potrzebny - nikomu, prócz samych wyznawców marksizmu, którzy postrzegają siebie jako swoistych nadludzi, przeznaczonych do zarządzania całą resztą ludzkości na zasadzie pasożytnictwa (czyli po prostu ograbiania innych z owoców ich pracy i dzięki temu zapewniania sobie łatwego i zasobnego życia). Marksiści potrzebują więc dawcy - z którego następnie uczynią ofiarę i wyślą go do walki na ideologiczne barykady za ich własny interes, który nie służy ani owej wybranej przez nich ofierze, ani tym bardziej całemu społeczeństwu - służy on tylko marksistom. Dlatego też ofiara (czyli dawca) jest niezbędna, gdyż bez niej wirus - zwany marksizmem - po prostu samoistnie obumiera. Dlatego potrzebuje wciąż nowych dawców, nowych ofiar, które wystawi na barykady, licząc na to że owe ofiary zostaną upokorzone, mocno pobite a najlepiej dla nich byłoby gdyby polała się krew i zginęli ludzie (oczywiście po stronie wybranych przez nich ofiar), wtedy mają już męczenników i mogą dalej urabiać pod to kolejną ideologię, jednocześnie dalej żywiąc się krwią i cierpieniem ludzi, których z pełną premedytacją posyłają na rzeź. Od swych początków marksizm miał tylko dwa cele do zrealizowania - zniszczyć dotychczasową kulturę, religię, cywilizację, rodzinę etc. etc. oraz znaleźć sobie ofiarę, która zostanie złożona na ołtarzu władzy do której zdobycia dążą marksiści, a następnie (na krwi i tej ofiary) zaprowadzenia nowego, totalitarnego porządku, w którym to oni (marksiści) będą kastą uprzywilejowanych władców, a cała reszta jedynie łupionym i bezwzględnie wykorzystywanym (oraz wciąż ogłupianym) przez nich motłochem.

Dlatego też próbowali najpierw z robotnikami i chłopami. Wzywano więc do strajków powszechnych i do "rewolucyjnego zagarniania ziemi" (jak choćby w uchwale II Plenum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Polski ze stycznia 1934 r.) do działalności antypaństwowej (dziś bardziej antyspołecznej), wspierano mniejszości narodowe i podburzano ich do działań na rzecz odrywania się od Polski (dziś mamy dokładnie to samo - w USA zamiast mniejszości narodowych, marksiści z partii demokratycznej i częściowo również, bowiem jest ich tam też sporo, z partii republikańskiej - wykorzystują czarnoskórych aktywistów black lives matter i starają się stworzyć atmosferę ciągłej wrogości pomiędzy białymi i czarnymi Amerykanami, ciągłego, nieustannego konfliktu, który to może ponownie przywrócić im władzę i usunąć wreszcie tego znienawidzonego Trumpa z Białego Domu). Liczy się tylko to, co służy interesom marksistowskiego kolektywu, zatem wszelkie akcje mogące go osłabić, muszą zostać wcześniej wykryte i zneutralizowane (choćby poprzez oskarżenia o: "faszyzm", "rasizm", "homofobię", "islamofobię", "biały supremacjonizm"). Ważne jest więc nieustanne wrzenie, nieustanny niepokój i nieustanna rewolucja. Chodzi o to, aby stworzyć wrażenie, iż jedyną siłą która będzie w stanie położyć kres bezprawiu (tak jak to było w USA, Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Francji po zabójstwie tego czarnoskórego bandyty - George'a Floyda), są właśnie ci, którzy wcześniej wszystko to rozkręcili na potrzeby walki politycznej, czyli ideowi marksiści (głównie trockiści, a także zwolennicy Róży Luksemburg, Spinellego, Adorno czy Marcuse). Tak więc ani robotnicy, ani chłopi, ani czarnoskórzy (murzyni), ani homoseksualiści, ani kobiety, ani jakakolwiek inna ofiara, która zostanie przez nich wyciągnięta na sztandary i puszczona w ogień rewolucji, po to tylko, aby oni - siedząc wygodnie w swoich domach lub biurach i przyglądając się wszystkiemu z bezpiecznej odległości z uśmiechem na ustach - mogli potem wystąpić jako obrońcy ofiar i tym samym przejąć władzę, która to jest ich jedynym (podkreślam - JEDYNYM!) celem. Nie chodzi o żadne prawa dla mniejszości, ani o sprawiedliwość społeczną - chodzi tylko o władzę ("Tylko", albo "", bowiem zdobycie władzy otwiera bardzo wiele możliwości, a w przypadku marksistów jest podstawą do stworzenia opresyjnego systemu totalitarnego, całkowicie przez nich kontrolowanego).

Dlatego też uważam że homoseksualiści powinni (w zgodzie z własnym interesem) zdecydowanie opowiedzieć się przeciw marksistom z lgbt, podobnie jak czarnoskórzy Amerykanie powinni zdecydowanie wystąpić przeciwko black lives matter czy antifie. Uważam jednak że osoby homoseksualne same z siebie nie odważą się na taki krok (i to nie dlatego że popierają lgbt, wręcz przeciwnie - ogromna większość społeczności homoseksualistów to ludzie inteligentni i zdają sobie doskonale sprawę że tu nie chodzi o walkę o równe prawa, tylko idzie o brutalną konfrontację, która ma za zadanie doprowadzić do wrzenia społecznego i stworzyć pierwszych męczenników po stronie homoseksualistów. Tylko że tymi męczennikami, którzy mają stracić życie, nie będą aktywiści lgbt, tylko normalni ludzie, ogłupieni ich propagandą i posłani jak mięso armatnie na barykady "walki o równość". A im więcej w tej walce zginie homoseksualistów, feministek, czarnoskórych, tym lepiej dla lgbt, gender, black lives matter - po prostu dla ideologicznych potomków Karola Marksa). Osoby o orientacji homoseksualnej nie zdecydują się na taki krok dlatego, że po pierwsze nie będą chciały się ujawniać (aby żeby skrytykować lgbt z tzw.: "pozycji wewnętrznych", trzeba jawnie się zdeklarować - "Jestem homoseksualistą i nie popieram lgbt" - a na tki krok niewielu jest gotowych), w obawie np. przez opinią rodziny czy środowiska w którym żyją, a poza tym tacy pojedynczy homoseksualiści spotkają się ze zdecydowaną agresją aktywistów lgbt i ogłupionych przez nich młodych ludzi. A te ataki (nawet jeśli przybiorą jedynie formę internetowego hejtu) mogą być zmasowane i bardzo intensywne, a przez to niestety skuteczne. Dlatego też uważam że osoby homoseksualne nie są w stanie sami (jako jednostki) przeciwstawić się tej neokomunistycznej machinie rozpędzonej nawały lgbt i bez wsparcia środowisk prawicowych (mam na myśli realną, antykomunistyczną, antymarksistowską prawicę, a nie te "farbowane lisy", które przeszły do partii chadeckich lud republikańskich, a mimo to nadal aktywnie wspierają antykulturową ofensywę), po prostu nie dadzą rady. Wsparcie jest więc konieczne i uważam że należy na ten temat rozpocząć rzeczową dyskusję w jaki sposób aktywnie wspierać i pomagać osobom homoseksualnym, które jawnie opowiedzą się przeciw ideologii lgbt, oraz jak wyrwać innych młodych ludzi z ich szponów i pokazać im że istnieje inny świat, bez nienawiści, bez wzajemnego jątrzenia jeden na drugiego. Życie przecież jest wystarczająco poplątane, abyśmy mieli jeszcze wzajemnie skakać sobie do gardeł żyjąc w jednym społeczeństwie i w jednym narodzie. 


CIEKAWA ROZMOWA W JAKI SPOSÓB HOMOSEKSUALIŚCI POWINNI SPRZECIWIĆ SIĘ IDEOLOGII lgbt, PROWADZONA Z WALDEMAREM KRYSIAKIEM Z FACEBOOKOWEJ  STRONY "GEJ PRZECIWKO ŚWIATU" I Z JAKUBEM ZGIERSKIM ZE STRONY "MŁOT NA MARKSIZM"





A TERAZ WYWIAD "ATORA" WOŹNIAKA Z AKTYWISTĄ lbgbt. POSŁUCHAJCIE PROSZĘ UWAŻNIE CO ON MÓWI I JAK OTWARCIE WYKŁADA PRAWDZIWE CELE IDEOLOGII lgbt





 A NA KONIEC PRAWDZIWA DELICJA. FEMINISTKI Z KRYTYKI POLITYCZNEJ DEBATUJĄ NAD... "IDEOLOGIĄ HETEROSEKSUALIZMU"





PS: Nie zamierzam pisać o tym agresywnym działaczu lgbt - Michale Sz. który o sobie mówi: "Margot", a który to 27 czerwca wraz z bandą sobie podobnych wyrostków lgbt - zaatakował samochód Fundacji "Pro-Prawo do Życia" i pobił kierowcę (za co został skazany na 2 miesiące więzienia). 




Nie będę o nim pisał, choć muszę jednak przyznać że to z niego niezły cwaniak, gdyż niewielu potrafiłoby tak podejść dziewczynę i na tyle zakręcić jej w głowie, aby zmusić ją do uznania związku z mężczyzną, mimo że sama deklaruje się jako... lesbijka. Na czym polegała przebiegłość "Margota"? Otóż zakochał się on w dziewczynie, która wolała kobiety i nie chciała zawrzeć z nim znajomości, więc fiku-miku sam "Margot" przerobił się na... kobietę, wmawiając jej (i wszystkim innym) że teraz jest osobą niebinarną (to znaczy że nie wie czy jest kobietą, czy mężczyzną) i choć ma męskie ciało to jednak "drzemie w nim ukryta kobieta". Cóż, w środowiskach (lgbt, gender, feminizm) w których młodzi ludzie mają kompletnie wyprane mózgi i gdzie można zwać się kobietą będąc w pełni heteroseksualnym mężczyzną - taka deklaracja mogła się jedynie spotkać z aprobatą, zatem jej odrzucenie przez ową lesbijkę od razu naraziłoby ją na zarzut "homofobii" czy też "transfobii" (a może i "queerfobii" - po prostu nie nadążam już z tą nowomową), dlatego uznała Michała Sz. ps. "Margot" za kobietę i została jego/jej dziewczyną. Niesamowite - prawda? Młody cwaniak wykorzystał głupotę środowiska lgbo i tym samym zdobył dziewczynę, która w normalnych warunkach nie zaakceptowałaby go - jako mężczyznę. A przecież "Margot" ani nie zmienił płci, ani też nie przestał ubierać się po męsku. Wciąż jest tym samym, heteroseksualnym mężczyzną jakim był wcześniej, tylko że teraz mówi o sobie: "M-a-r-g-o-t" i twierdzi że jest kobietą, więc głupkowata lesbijka zaakceptowała to i zostali parą. Normalnie mistrzostwo świata doskonale pokazujące głupotę tych środowisk.    

 




piątek, 14 sierpnia 2020

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. XIII

NIM JESZCZE 

NAD KONSTANTYNOPOLEM

ZAŁOPOTAŁ ZIELONY

SZTANDAR MAHOMETA




 

I

JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM

(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"

NA RZYMSKIM PALATYNIE)

Cz. XII



 


 
GDY WYPEŁNIŁ SIĘ CZAS

 
 Kiedy właściwie upadła Troja? Dokładnie nie wiadomo, bowiem część archeologów datuje jej kres na XIII wiek p.n.e. (np. Carl Belgen z Uniwersytetu w Cincinnati, który twierdzi że Troja uległa zniszczeniu ok. 1250 r. p.n.e.), większa zaś część badaczy przyjmuje jednak za najbardziej realne pierwsze dekady XII wieku p.n.e. (prace wykopaliskowe Penelope Mountjoy pozwoliły jej przyjąć okres lat ok. 1190-1180 p.n.e. za najbardziej zbliżony do ostatecznego upadku tego miasta). Oczywiście nawet jeśli przyjmiemy tę drugą możliwość, to jednak musimy pamiętać że Troja tak naprawdę upadała co najmniej trzy - jeśli nie więcej - razy. Naukowcy uważają bowiem że ok. 1300 r. p.n.e. miasto to zostało zniszczone w wyniku trzęsienia ziemi, po czym na powrót odbudowane i po raz drugi upadło zapewne właśnie ok. 1250 r. p.n.e. już w wyniku jakiegoś zbrojnego ataku (na ulicach odkopanej Troi VII A z tego okresu, znaleziono bowiem ludzkie szczątki, oraz tkwiące w ścianach domostw groty strzał). Po raz ostatni zaś Troja miała zostać zdobyta właśnie ok. 1180 r. p.n.e. Dlaczego o tym piszę i jakie to ma właściwie znaczenie w omawianym temacie? Otóż niezwykle istotne, jako że Septymiusz Sewer właśnie w roku 204 naszej ery (był to wówczas 957 rok ery rzymskiej, liczonej od założenia Rzymu) zorganizował wielkie igrzyska, zwane Ludi Saeculares - czyli po prostu "Igrzyska Wieku". Dlaczego właśnie odbyły się one w 204 r., przecież (licząc od założenia miasta, czyli od 753 r. p.n.e.) nie przypadał wówczas ani pełny wiek tysięczny, ani nawet żadna okrągła data, mogąca świadczyć o doniosłości tego wydarzenia. Przypadał wówczas zaledwie 957 rok rzymskiej ery, dlaczego więc Sewer właśnie wówczas zorganizował Igrzyska Wieku, będące właśnie upamiętnieniem założenia Wiecznego Miasta? Otóż cesarz wzorował się na pierwszych na taką skalę przeprowadzonych igrzyskach, zorganizowanych w czasach Oktawiana Augusta, a dokładnie w roku 17 p.n.e. Idąc tym tropem i kierując się zasadą 110-letniego wieku, właśnie w roku 204 wypadała 220 rocznica rozpoczęcia tamtych igrzysk. Tylko pytanie brzmi, dlaczego Oktawian August zorganizował je w 17 r. p.n.e. i czemu właściwie Rzymianie liczyli wiek nie jako pełne sto lat, ale właśnie w jako 110-letnie okresy dziejów? Skąd to się wzięło? Odpowiedź ta jest dość prosta, lecz aby ją poznać, musimy niestety ponownie cofnąć się do czasów mitycznej Troi.

Rzymianie uważali się za potomków Trojan, a miasto to za swą pramatkę. W czasach Republiki każdy rzymski wódz, polityk lub dyplomata który podążał na Wschód, musiał obowiązkowo po przekroczeniu Chersonezu złożyć ofiarę i oddać cześć "cieniom wielkiego Priama". W taki to sposób Rzymianie uważali się za kontynuatorów dzieła mitycznej Troi, a po zajęciu Grecji w latach 147-146 p.n.e. uznali iż w pełni dopełniła się zemsta na potomkach Agamemnona, Menelaosa i Achillesa za spalenie "świętego miasta" i rzeź oraz niewolę jego mieszkańców. Warto tutaj też podkreślić, że Grecy w swych mitach uwzględnili nie tylko tę ostatnią zagładę Troi, ale również... wcześniejszą. Opowiadali oni bowiem o królu Laomedoncie (ojcu Priama), twórcy murów Troi (co też jest symptomatyczne i może odnosić się do kwestii ponownej odbudowy tego miasta po wielkim trzęsieniu ziemi), który zawarł układ z bogami: Posejdonem i Apollem, że za udzieloną pomoc przy wznoszeniu murów, obdarzy ich wspaniałą nagrodą. Niestety, Laomedont szybko zapomniał o swym przyrzeczeniu, co spowodowało iż wzburzony Posejdon zesłał na miasto przerażającego potwora morskiego, który pustoszył całą okolicę, żywiąc się mieszkańcami miasta. Kapłani orzekli wówczas, że jedyną szansą na pozbycie się owego monstrum będzie wyrównanie bogom poniesionych strat i odpokutowanie swego krzywoprzysięstwa, w postaci złożenia w ofierze potworowi córki króla - pięknej Hezjone. Zrozpaczony Laomedont musiał przystać na tę propozycję, gdyż jedynie w taki sposób można było ocalić miasto, ale traf chciał że wówczas do Troady przybył Herakles, który uratował dziewczynę i zabił potwora, uwalniając mieszkańców od tego niebezpieczeństwa. Laomedont obiecał Heraklesowi czwórkę swoich pięknych, białych rumaków, ale gdy niebezpieczeństwo już minęło, ponownie zapomniał o swej obietnicy. Wówczas to Herakles zebrał grono wojowników, napadł na miasto i podbił Troję (czyżby było to odniesienie do prawdziwego upadku miasta z ok. 1250 r. p.n.e.?). Oczywiście dla zwykłych ludzi - czy to Greków czy Rzymian - problem daty upadku Troi miał takie samo znaczenie, jak wspomnienie topniejącego śniegu sprzed dziesięciu lat, jednak było to ważne dla ujednolicenia chronologii dziejów, dlatego też, tej trudnej misji podjął się niebagatelny umysł epoki hellenistycznej - Eratostenes (ten sam, który zmierzył i to w sposób niezwykle dokładny - choć nie posiadał żadnych nowoczesnych przyrządów - powierzchnię Ziemi). To on właśnie podjął się trudnej sztuki obliczenia daty upadku Troi.




W swym (niezachowanym do naszych czasów) dziele: "Chronographiai" ustalił ten rok na 1183 p.n.e. (oczywiście licząc współczesną rachubą lat) i uznał go punktem wyjścia dla całej chronologii. Eratostenes, żyjąc sobie wygodnie w Egipcie greckich Ptolemeuszy, nie przejmował się ani faktem, iż podana przez niego data wkrótce obejmie tysiąclecie dziejów, ani też przepowiedniami mówiącymi wówczas o końcu świata (zmarł w 194 r. p.n.e.). W monarchii Seleucydów czy w Grecji właściwej, również niezbyt przejmowano się zbliżającą okrągłą rocznicą tysiąclecia zburzenia Troi. Inaczej jednak było w niezwykle wrażliwym na punkcie przepowiedni Rzymie. Tym bardziej że znano przepowiednię Sybilli kumańskiej (najważniejszej wieszczki Rzymu), która: "Sybilla o ustach natchnionych, mówiąca bez ozdób, bez wonności, sięga swym głosem tysiąca lat dzięki swemu bogu" - jak pisał Heraklit. To ona była autorką sławnej przepowiedni, która w samym Rzymie budziła prawdziwą trwogę, a mianowicie podzieliła ona czas na dziesięć wieków, (licząc od zniszczenia Troi) po których miał nadejść "koniec świata" i upadek Rzymu. Gdy więc Eratostenes wyznaczył zniszczenie Troi na 1183 r. p.n.e., nic dziwnego że kolejne lata zbliżającego się tysiąclecia musiały budzić przerażenie. Tysiąclecie bowiem było wymowną datą i to zarówno dla Greków jak i dla Rzymian. To przecież (według mitów) przez tysiąc lat mieli wysyłać Lokryjczycy swe dziewice do Troi, na służbę u boskiej Ateny Pallady. To przez tysiąc lat mieli ateńscy efebowie nosić żałobę po heroldzie Kopreuszu, zabitym przez ich króla - Demofona, to wreszcie tysiąc lat trwał okres pokuty za grzechy duszy w Tartarze, nim ponownie trafiłaby ona na Łąki Asfodeli. Dlatego też obawy przed końcem świata były w tamtym czasie w Rzymie znacznie większe, niż owa panika, jaka rozpętała się na Świecie (głównie w Europie i USA - pamiętam że jacyś cwaniacy sprzedawali wówczas schrony w Afryce czy Azji, bo osobiście znalazłem w internecie takie ogłoszenie) przed rokiem 2012 i końcem kalendarza Majów. Po krótkim (ok. dziesięcioletnim) okresie wytchnienia, związanego z powstrzymaniem kartagińskiego niebezpieczeństwa, ponownie odżyła  trwoga i rozpacz z czasów wojny z Hannibalem. Wciąż bowiem pamiętano doznane klęski, zadane Rzymowi nad Ticinusem i Trebią w 218 r. p.n.e., nad Jeziorem Trazymeńskim w 217 r. p.n.e. czy pod Kannami w 216 r. p.n.e. Pamiętano też, że po tych bitwach Rzym realnie stał się miastem kobiet, a raczej miastem płaczących wdów. Teraz zaś dzieci i wnuki poległych wówczas mężów, sami również mieli doświadczyć zagłady.

Zaś wydarzenia ostatnich lat przed zbliżającą się rocznicą tysiąclecia upadku Troi, wcale nie napawały optymizmem. Co prawda w 188 r. p.n.e. udało się (po czteroletniej wojnie) zawrzeć wreszcie pokój z pokonanym helleńskim królem Syrii z dynastii Seleucydów - Antiochem III Wielkim i doprowadzić do rozpadu jego imperium (szczególnie zaś w Anatolii), to jednak kolejne lata zapowiadały już zbliżającą się katastrofę. Oto bowiem w 186 r. p.n.e. wykryty został w Rzymie tzw.: "spisek bachanaliów", który był swoistą próbą przejęcia lub też narzucenia Rzymowi pewnej niewybieralnej władzy, złożonej z tajnego zakonu pitagorejczyków (o których pisałem już w innej serii), który to częściowo przypominał tajne zakony lóż masońskich, powstających w Europie od końca XVII wieku. Pitagorejczycy, będący wyznawcami orfizmu i wtajemniczeni w misteria orfickie, uważali że ludzi powinno się dzielić  na wtajemniczonych i niewtajemniczonych. Tym pierwszym przyświecał bóg Dionizos - uosabiający prawdę ezoteryczną dostępną jedynie dla wybranych, zaś tym drugim bóg Apollo - jako gwarant stabilizacji życia społecznego. Apollon był uosobieniem wieszczbiarstwa i przepowiedni dostępnych dla ludu, jednak obaj bogowie byli jednym i tym samym bóstwem, podzielnym jedynie dlatego, aby odróżnić tych mądrzejszych, bardziej podatnych na "ewolucję ducha" i przez to uprzywilejowanych do pełnienia władzy, oraz resztę, która jeszcze tkwiła na poziomie "ewolucji ciała" i przez to przeznaczona była do roli tych, nad którymi się panowało. Pitagorejczycy wyznawali również wiarę w nieustanną powtarzalność wszechrzeczy (czyli innymi słowy: "rozpad - odrodzenie - rozwój - dekadencja - rozpad" itd., co też jest niezwykle trafnym spostrzeżeniem i można by powiedzieć: "Wszystko zmierza ku śmierci", gdyby jednak słowa te nie były tak obłudne, gdyż śmierć naprawdę nie istnieje, więc właściwe słowa powinny brzmieć: "Wszystko zmierza ku Życiu", które to przechodzi przez różne etapy duchowego i materialnego rozwoju). Rzymianie jednak niewiele wówczas z tego mogli zrozumieć, a gdy na kilka lat przed spodziewanym "końcem świata" odkryto tajne zgromadzenie, które miało nieco arystokratyczny charakter i które uznano za niebezpieczne dla republikańskiego ustroju Rzymu - wówczas zaczęły się prawdziwe represje.




Szkoła pitagorejska została założona przez Pitagorasa z Samos w italskim Krotonie w 529 r. p.n.e. Po buncie mieszkańców - wymierzonym w rosnący w siłę ruch pitagorejski i spaleniu Świątyni Muz (wraz z kilkudziesięcioma pitagorejczykami) ok. 500 r. p.n.e. uczniowie Pitagorasa przenieśli się do doryckiego Tarentu, gdzie powstała kolejna orficko-pitagorejska "loża". Po zdobyciu Tarentu przez Rzym w 272 r. p.n.e. (początkiem tego konfliktu była owa "gówniana afera" z 282 r. p.n.e., gdy przedstawiciele senatu zostali upokorzeni przez mieszkańców Tarentu, a jeden z nich publicznie oddał kał i podtarł się fałdą togi Rzymianina, który miał wówczas rzec: "Zmyjesz to własną krwią". Wojna z miastem - które wsparł król Epiru Pyrrus - trwała dziesięć lat i zakończyła się zniszczeniem tego greckiego grodu oraz wzięciem w niewolę jego mieszkańców), tak oto wielu pitagorejczyków znalazło się nad Tybrem, gdzie wkrótce założyli dość prężnie działającą szkołę (lożę). Pierwotnie, gdy na czele tego zgromadzenia stał wróżbita z Etrurii, ruch pitagorejski nie budził większego zakłopotania, gdyż uważano go za kolejny przejaw "orientalnych kultów", do których zdążono już się już w Rzymie nieco przyzwyczaić (szczególnie gdy w roku 213 p.n.e. tłumy kobiet, które utraciły mężów i synów na wojnie z Hannibalem, opanowały Kapitol i składały tam ofiary i odprawiały modły na wzór grecki - hellenistyczny - co wówczas jeszcze budziło niesmak wśród Rzymian, a Liwiusz pisał: "Taka religijna trwoga przeważnie obcokrajowego pochodzenia opanowała Rzym, że mogło się zdawać, iż albo ludzie, albo bogowie nagle stali się innymi. Już nie tylko po kryjomu i między ścianami domostw usuwano obrzędy rzymskie, nie, nawet publicznie, na forum, na Kapitolu zjawiały się rzesze kobiet, składających ofiary i wznoszących modły nie według ojczystych obyczajów"). Poza tym modły były odprawiane jawnie, w biały dzień, więc nie budziło to żadnego podejrzenia. Problemy zaczęły się z chwilą śmierci owego "ofiarnika i wróżbity" ("sacrificulus et vates"), i gdy jego miejsce zajęła teraz kapłanka, czyli kobieta - zaś Rzym nie był wówczas na to przygotowany (oczywiście kapłanki w Rzymie wówczas były - jak choćby westalki - a religijność kobiet miała swoją bogatą obrzędowość i rytuały - jak choćby wrześniowe procesje dziewic w czasie święta ku czci Junony Królowej, czy czerwcowe Westalia w czasie których kobiety urządzały procesje do świątyni Westy - jednak nigdy jeszcze nie zdarzyło się, aby dużym zgromadzeniem religijnym kierowała w Rzymie kobieta). Samo to budziło już spore podejrzenia, a przecież na tym wcale się nie skończyło.

Owa kapłanka zakonu pitagorejczyków (pochodząca z Kampanii - czyli z pewnością Greczynka) zmieniła teraz zasady odprawiania kultu z pory dziennej na nocną. To zaś zaczęło rodzić plotki, które potęgowały jedynie grozę ostatnich lat przed spodziewanym "końcem świata", a ludzie opowiadali sobie niestworzone historie, jakie ponoć odbywały się w świątyni pitagorejskiej. Mówiono o "szkaradnej rozpuście" (ponoć miano tam siłą deflorować dziewice, a sama kapłanka na ołtarzu Dionizosa oddawała się... kilkudziesięciu mężczyznom w ciągu jednej nocy, zaś posąg fallusa w stanie wzwodu miał być obecny podczas każdych odprawianych tam misteriów), mówiono również że fałszuje się tam dokumenty, oraz że składa krwawe ofiary z młodych kobiet (dziewic) i dzieci. Nic więc dziwnego, że taka opinia musiała budzić uzasadnione obawy i świadczyć dobitnie o upadku ludzkości oczekującej swego nieuchronnego kresu. Konsul (roku 186 p.n.e.) Spuriusz Postumiusz w swej mowie przed senatem, mówił więc o: "wzrastającym i rozszerzającym się złu", które: "zagraża istnieniu Republiki". Obawy budził również fakt, że misteryjny kult orficko-pitagorejski przyciągał do siebie szczególnie rzymską młodzież, która - jak uważano - idzie tam aby móc swobodnie uprawiać rozpustę (takie antyczne "dzieci-kwiaty" 😉). Być może jednak powodzenie ruchu brało się z zupełnie innej przyczyny, a mianowicie z potrzeby uznania i akceptacji (pitagorejczycy co prawda dzielili ludzkość na dwie kategorie - rządzących i przeznaczonych do wykonywania poleceń - ale jednocześnie głosili iż przez poznanie samego siebie można poznać "Wszechświat i Bogów" i że prawem życia jest nieustanna ewolucja. Poza tym w ruchu pitagorejskim nie było podziału na mężczyzn i kobiety, gdyż uważano - idąc za nauką Pitagorasa - że obie płcie są tak samo zdolne do rozwoju jak i do zastoju i obie podążają zarówno duchową drogą Dionizosa jak i cielesną ścieżką Apolla). Dlatego też Postumiusz twierdził że owi wyznawcy greckiego kultu: "umysłami ludzi (...) zawładnąwszy, do wszelakich popychają je nieprawości i występków". Postumiusz uzyskał więc zgodę senatu na podjęcie zdecydowanych kroków przeciwko nowemu zakonowi i rozpoczęły się okrutne prześladowania, jakich nigdy wcześniej Rzym jeszcze nie widział i jakich w przyszłości miał nie ujrzeć przez kolejne 250 lat, aż do czasu pierwszych prześladowań chrześcijan za rządów cesarza Nerona, z roku 64.




Dochodziło do dantejskich scen, gdy ludzi wywlekano na ulicę, okrutnie bito a nawet zabijano na miejscu. Rozbijano też figurki Dionizosa i Apolla, uważając je za świętokradcze oraz występujące przeciwko rzymskim obrzędom i obyczajom przodków (szczególnie aktywny był w tej kwestii Marek Porcjusz Katon). W samym Rzymie w wyniku paru tygodni prześladowań zginęło aż 3000 osób, zaś w całej Italii ta liczba była co najmniej dwa razy większa. Można sobie zatem wyobrazić skalę represji przedstawicieli jednego tylko kultu religijnego. Po zakończeniu owych prześladowań, ruch pitagorejski został całkowicie wytępiony i nie pojawił się już w takiej skali nigdy więcej ani w samym Rzymie ani też w Italii (choć w I wieku p.n.e. były próby jego reaktywacji). Nie był to jednak koniec wydarzeń które zajmowały Rzymian w ostatnich latach przed spodziewanym "końcem świata" i już wkrótce potem dały o sobie znać kolejne niepokoje, znamionujące okres nieuchronnego upadku - jak sądzili Rzymianie - całego państwa. W 185 r. p.n.e. w Apulii wybuchło powstanie niewolników (szybko jednak zostało stłumione), ale za to w Rzymie pojawiła się kolejna odsłona niedawnych prześladowań. Oto bowiem w posiadłości pewnego rzymskiego nobila, odnaleziono dwie trumny. Jedna, w której miały znajdować się szczątki zmarłego przed pięciuset lat rzymskiego króla - Numy Pompiliusza - była całkiem pusta. Druga zaś trumna zawierała pisma tego króla (jednak pergamin, na którym je spisano pojawił się długo po śmierci tego władcy, a poza tym pisma były w nienaruszonym stanie, co mogło dziwić nawet ówczesnych potomków Romulusa, jak to bowiem możliwe aby przez 500 lat papier nie uległ rozkładowi, zaś ciało - w tym kości - króla zmienić miały się w proch?). Zwojów łącznie było czternaście - 7 spisanych po łacinie i dotyczących prawa pontyfikalnego, 7 kolejnych zaś po grecku, mówiących o filozofii Pitagorasa. Sugerowało tym samym że król Numa Pompiliusz był... uczniem Pitagorasa na ponad sto lat przed narodzinami owego filozofa (dla Rzymian nie było to jednak wielkim problemem, liczyła się bowiem mitologiczna opowieść, a nie chronologiczna dokładność dat i postaci), zatem religia rzymska miała opierać się już u swych początków na pitagoreizmie.

Oczywiście nie można było obalić tego przekonania, bez wcześniejszego dokładnego zbadania autentyczności owych zwojów, które ponoć miały wyjść spod ręki samego króla Numy. Powołano więc kwestora Kwintusa Petyliusza, który miał orzec czy pisma są autentyczne czy nie i co należy z nimi dalej uczynić. Petyliusz oczywiście od razu stwierdził że to falsyfikaty i wszystkie je kazał publicznie spalić na Zgromadzeniu Ludowym, co też ostatecznie ucięło wszelkie plotki na ten temat. Ostatnim przejawem zbliżającego się "końca świata", było zaś objęcie w 184 r. p.n.e. stanowisk cenzorskich przez Lucjusza Waleriusza Flakkusa i oczywiście znanego piewcy starorzymskiej religii i moralności, wielkiego wroga hellenizacji Rzymu - Marka Porcjusza Katona. Zaczęła się polityka "walki ze zbytkiem", a w celu odrodzenia starorzymskiej moralności, czyli cnoty (virtus) i chwały (gloria), Katon nakazywał nawet niszczyć rury, doprowadzające wodę (w tym również ciepłą, jako że była podgrzewana) do willi majętnych nobilów i kazał im - zgodnie z obyczajem przodków - kąpać się w zimnej wodzie, jak na mężczyzn przystało (Rzymianie twierdzili bowiem że gorące kąpiele dobre są jedynie dla kobiet, zaś mężczyźni powinni zażywać jedynie kąpieli zimnych). Poza tym urządzono prawdziwą "rzeź" w senacie, skreślając ze składu senatorów wszystkich tych, którzy byli zwolennikami zarówno greckiej kultury jak i obyczajów. Katon też wielokrotnie przed senatem pomstował na szerzący się zbytek i zniewieściałość Rzymian, na ich umiłowanie pięknych strojów i grzmiał ostro, iż w taki oto sposób: "Widać chylenie się Rzeczpospolitej ku upadkowi po tym, że za pięknych chłopców płaci się więcej niż za pole, a za puszkę marynaty rybnej więcej niż za pachołka do wołów na roli". W tych warunkach wszyscy (głównie ludzie wykształceni i ewentualnie politycy, gdyż większość rzymskiego ludu i tak zajęta była swymi codziennymi sprawami) oczekiwali nadejścia zapowiadanego przez swą narodową wieszczkę - Sybillę - końca świata, który jednak jak na złość wcale nie chciał nadejść. 

Gdy więc przyszedł ów 183 r. p.n.e. okazało się że... nic się nie stało, słońce wstawało każdego dnia, by potem nocą pogrążyć świat w ciemnościach do kolejnego świtu, Tybr płynął niezmącony, nic szczególnego więc się nie wydarzyło tego roku. O przepraszam - miały miejsce wówczas trzy sławne zgony - jeden Hannibala (ścigany w Bitynii przez Rzymian, popełnił samobójstwo), drugi zaś jego zwycięzcy spod Zamy (202 r. p.n.e.) Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego (który zmarł spokojnie, we własnej willi), trzeci zaś Filopomena - sławnego wodza Achajczyków (nazywanego "następcą Aleksandra").  Był to wówczas jedyny widomy znak - oto odeszło z tego świata dwóch wielkich wodzów, którzy kształtowali rzeczywistość przez kolejne dekady i byli wzorem dla potomnych. W każdym razie w owym roku nie nastąpiła zagłada państwa i nie było też końca świata. Cóż się zatem stało i czy Sybilla mogła się pomylić? Ale jak to, to przecież ona nakazała Rzymianom sprowadzenie kultu Matki Idajskiej do Rzymu (205/204 r. p.n.e.) co miało dopomóc w zwyciężeniu Hannibala (wielu wierzyło iż sukces Scypiona był spowodowany działaniem Wielkiej Macierzy, czyli bogini Kybele, czyli właśnie Matki Idajskiej - jak nazywali ją Rzymianie. Podobnie dziś wielu powtarza bzdury o "cudzie nad Wisłą" z 1920 r. przypisując boską interwencję w powstrzymaniu sowieckiej inwazji na Europę i tym samym odbierając odwagę i bitność żołnierzowi polskiemu oraz strategiczny geniusz dowództwa, które ten sukces opracowało wręcz genialnie, co oznaczało iż tej bitwy po prostu przegrać nie mogliśmy w żadnym razie, a Sowieci byli wyśmienicie rozegrani, szczególnie na polu wywiadowczym, gdy ich tajne meldunki były czytane przez deszyfrantów niczym poranna gazeta. Stąd też doskonale wiedziano o uzbrojeniu, morale oraz stanie liczebnym przeciwnika. Wiedziano również o stanie liczebnym Grupy Mozyrskiej - która była najsłabszym ogniwem sowieckiego natarcia - tylko uważano że w tym przypadku dane są niespójne i obawiano się sowieckiej zasadzki. Nie było zasadzki, było zaś wielkie zwycięstwo, które ocaliło ówczesną Europę przed bolszewizmem).




Teraz zatem wieszczka miałaby się pomylić? Ta sama Sybilla, której przepowiednie były nazywane "sumieniem losów ludu rzymskiego"? To niemożliwe! Ktoś inny musiał popełnić błąd, ale nie ona. Mówiła co prawda o dziesięciu wiekach, dzielących upadek Troi od upadku Rzymu, ale przecież nie wyznaczyła ich długości (sto lat w odniesieniu do wieków przyjęli za cezurę sami Rzymianie, wychodząc z prostego założenia że jest to maksymalna granica ludzkiego życia). Zaczęto więc szukać odpowiedzi i w taki sposób odkurzono stare, etruskie teorie "wieków naturalnych", mówiących że życie ludzkie nie musi ograniczać się jedynie do stu lat, za to jego zakończenie poprzedzane jest przez cudowne zjawiska. To jednak nie wyjaśniało zagadki pomyłki wieszczki Sybilli, więc szukano dalej. Te poszukiwania zaprowadziły rzymskich dziejopisów ponownie do Egiptu, gdzie dowiedziano się ie wiek tak naprawdę liczy nie 100 a 110 lat. Nie wiadomo w jaki sposób natrafiono na tę teorię i jak przedostała się ona na rzymski grunt, wiadomo jednak że przyjęto ją i zaakceptowano natychmiast w całej pełni. Oznaczało to więc dużą zmianę w obliczeniach, a prawdziwą datą końca świata nie był już 183 r. p.n.e. tylko... 83 r. p.n.e. (licząc od wyznaczonej przez Eratostenesa daty zdobycia Troi w 1183 r. p.n.e.). W tej zmienionej sytuacji wiek sybillański liczył nie 100, a 110 lat więc dziesięć wieków wyznaczało właśnie datę roku 83 p.n.e. Tylko że nadal nie daje to nam odpowiedzi, dlaczego Oktawian August wyznaczył właśnie rok 17 p.n.e. jako jubileusz "Igrzysk Wieku". Ale na to pytanie odpowiem już w kolejnej części, gdy się też okaże, że kolejne daty wyznaczane w obrębie 110-letniego wieku, również nie przynosiły końca świata (choć było wówczas mnóstwo wydarzeń politycznych, w czasie których z pewnością dla wielu kończył się ich świat - jak choćby dla tych, którzy wpisani zostali na listy proskrypcyjne dyktatora Sulli po roku 83 p.n.e. i dla zysku byli perfidnie mordowani przez żądny łatwego zarobku motłoch).       


 



CDN.