Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 20 grudnia 2020

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CXLI

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI

SŁOWIANIE I CELTOWIE

 
 

 
 

PIERWSZE "EUROPEJSKIE"

CYWILIZACJE:

CELTOWIE

(CZASY EKSPANSJI)

(ok. 4 200 r. p.n.e. - ok. 100 r. p.n.e.)

Cz. II

 
 
 
"BRENNUS I JEGO ŁUPY"
(OBRAZ PAULA JOSEPHA JAMINA z 1893 r.)
W TLE WIDOCZNE JEST WZGÓRZE KAPITOLU, KTÓRE JAKO JEDYNE NIE ZOSTAŁO ZDOBYTE PRZEZ GALÓW 
w 390 r. p.n.e.
 
 

 
 
OPPIDIA
 
 
 Niewiele jest informacji w channelingach na temat pierwszych celtyckich siedzib w Europie, jednak można wywnioskować, że skoro weszli oni (ok. 2 500 r. p.n.e.) na tereny dzisiejszych południowych Niemiec, Austrii i Szwajcarii - to wówczas zaczęli tam zakładać swoje umocnione twierdze, zwane oppidiami. Nie wiadomo też dokładnie czy w tym okresie, czy też już po dalszej inwazji na ziemie dzisiejszej Francji (ok. 2 250 r. p.n.e.) dominujące znaczenie uzyskały największe ośrodki celtyckie, wzniesione pomiędzy Dunajem, Renem a Jeziorem Genewskim. Zapewne jednak nie stało się to w tym okresie migracji, tym bardziej że pierwsze celtyckie siedziby były ulokowane na ziemiach dzisiejszych Czech i Moraw (tereny te należały wówczas do Słowian i nie wiadomo czy Celtowie zdobyli je siłą, czy też osiedlili się tam ze względu na niewielką liczbę ludności słowiańskiej, zamieszkującej te ziemie. Z braku jakichkolwiek informacji o toczących się walkach, można przychylić się do tej drugiej hipotezy, ale i tej pierwszej nie należy do końca wykluczyć, gdyż żadne pisane źródła z tego okresu nie istnieją, zaś channelingi pomijają tak wiele istotnych spraw, że w zasadzie niczego nie należałoby wykluczać). Czasy ekspansji w kierunku ziem galijskich i Oceanu Atlantyckiego nie odpowiadają jeszcze powstaniu silnych organizacji, skupionych wokół istotnych warowni i musiało upłynąć dość dużo czasu (ponad tysiąc lat - czyli okres, jakby nie patrzeć, niezwykle długi), nim pojawiły się pierwsze takie ośrodki celtyckiej władzy nad zdominowanymi przez nich wcześniej ziemiami. Co ciekawe, celtycka dominacja i ich główne ośrodki w tym okresie, wciąż (pomimo opanowania Francji, Wysp Brytyjskich i północnej Italii) pozostawały na obszarach Szwajcarii, Austrii i południowych Niemiec.
 
Do największych ośrodków w tym czasie, bez wątpienia należało potężne oppidium w szwajcarskiej miejscowości zwanej dziś La Tene. Była to osada zbudowana pomiędzy Jeziorem Genewskim a Renem i osłaniana od zachodu górską barierą Alp. Władzę sprawowali tam wybieralni przez lud książęta, których znaczenie z biegiem dziesięcioleci zaczęło się zmieniać (czego dowodem są groby owych władców i to, co do nich wkładano). Pierwotnie bowiem, książę (zwany "eporedorix" - co znaczy "wódz jeźdżców"), był jednym z wielu mieszkańców osiadłego tam plemienia, a władza jego była głównie podporządkowana zapewnieniu stabilizacji pomiędzy ludźmi a bogami (Celtowie wierzyli że od czasu "Wielkiego Przymierza" o którym to nikt nie potrafił nic konkretnego powiedzieć, ludzie podzielili się z bogami władzą nad światem. Ci pierwsi otrzymali we władanie pola, jeziora i rzeki, zaś ci drudzy lasy, góry oraz wszystko to, co było pod ziemią) a to oznaczało np. polowania na dziki i inne zwierzęta w boskich gajach. Na to mógł się zdobyć jedynie wódz (wspierany przez "ludzi spod dębu" czyli druidów), który takie polowania organizował dla dobra plemienia i jego przetrwania. Stąd miecze z tego okresu (składane w książęcych grobach, a wykonane głównie z brązu) to broń przede wszystkim łowiecka lub reprezentacyjna. Z czasem jednak (szczególnie gdy na te ziemie zaczęła przenikać nowa broń wykonana z żelaza), charakter władzy książąt uległ zmianie. Przestali oni być już jedynie wybieranymi spośród mężczyzn plemienia przewodnikami swego ludu, a stali się udzielnymi królami, otoczonymi swoją gwardią przyboczną z której następnie wyrosła arystokracja rodowa. I wówczas ulega zmianie także i przeznaczenie broni składanej do książęcych grobów. Nie tylko że zaczynają dominować miecze i włócznie wykonane z żelaza, ale również zmienia się ich przeznaczenie - teraz jest o broń nie do polowań, a bezpośrednio przeznaczona do walki z innymi ludźmi. W VI wieku p.n.e. ośrodek La Tene nabiera takiego znaczenia, że inne oppidia ulokowane pomiędzy Dunajem a Renem - muszą uznać jego dominację (nie wiadomo tylko czy dominacja ta została wymuszona podbojem, czy też kontrolą dróg handlowych i swoistą presją ekonomiczną. Zapewne po części wystąpiło jedno i drugie zjawisko). W V wieku p.n.e. (gdy Ateny konkurują ze Spartą o dominację w greckim świecie i przewodzenie w antyperskiej koalicji, a Temistokles z Kleonem walczy o popularność wśród ateńskiego ludu, gdy w Rzymie spisane zostaje pierwsze prawo przez wyznaczoną komisję decemwirów, co nieco uspakaja konflikt plebejuszy z patrycjuszami) La Tene kontroluje już ogromne obszary ziemi, narzucając swą wolę takim oppidiom jak: Holzgerlingen, Trichtingen, Parsberg, Manching czy Heidelberg (nazwy oczywiście są współczesne). 
 
Dominacja La Tene jednak nagle kończy się ok. połowy V wieku p.n.e. i nie wiadomo co było tego powodem (można jednak przypuszczać, że jeśli doszło do gwałtownego upadku, to zapewne stało za tym inne celtyckie plemię, które zdobyło i zniszczyło gród La Tene, choć nie przetrwały żadne materialne ślady toczonych walk, ale też z drugiej strony trudno się temu dziwić, skoro osady były budowane w całości z drewna, więc ogień trawił je bardzo szybko, a późniejsze dzieje przykrywały te wydarzenia ogromną liczbą porosłych drzew, wzniesionych osad i poległych wojowników, których kości spoczywały na tych ziemiach od starożytności po współczesność). Wiadomo jednak że osada La Tene przestaje już wówczas sprawować swój dominujący wpływ na resztę wspomnianego wyżej obszaru, a jej miejsce zajmuje inne celtyckie oppidium, ulokowane w dolinie Neckaru, pomiędzy Stuttgartem a Heilbronn - Hohenasperg (można tam znaleźć z tego okresu bogato wyposażone grobowce lokalnych książąt wraz z kurhanem z Kleiaspergle). Nie wydaje się jednak aby osada ta potrafiła całkowicie przejąć wpływy La Tene, gdyż równie bogaty ośrodek istniał w tym samym okresie w dolinie Mozeli, nieopodal Koblencji (rejon Winningen). Konflikt pomiędzy tymi dwoma oppidiami zakończył się (z końcem V wieku p.n.e.) ostatecznie zwycięstwem grodu znad Mozeli, zaś to w dolinie Neckaru przestało istnieć. Dominacja tego ośrodka jednak nie sięga dalej niż do Alp na południu i do źródeł Dunaju na wschodzie, nie obejmuje już jednak rejonu Marny, gdzie istniało wówczas kilka niezależnych celtyckich grodów (jednak brak dominacji politycznej, z pewnością nie oznaczał utraty całkowitej kontroli nad tym terenem, gdyż gród z doliny Mozeli utrzymywał bardzo intensywne kontakty handlowe z miastami-państwami Etrusków, skąd sprowadzano luksusowe towary świata śródziemnomorskiego). Mimo to jednak, grupa oppidiów znad Marny była w konfrontacji z grodem w rejonie Koblencji, swoistym "ubogim krewnym" i pragnąc z nim handlować, musiała czymś się opłacać (np. otwarciem dla nich drogi handlowej w kierunku Sekwany, lub też płacić coraz bardziej pożądanym wśród Celtów towarem jakim byli niewolnicy). Bardziej na zachód (w dzisiejszej środkowej Francji) w V i IV wieku p.n.e. dominowało oppidium w rejonie Bourges zwane Awaricum, które zawarło i utrzymało liczne kontakty handlowe z Grekami z Massalii, Atenopolis i Nikai (w rejonie tego grodu znaleziono znaczną ilość greckich amfor i innych przedmiotów codziennego użytku). Do dużego znaczenia w V wieku p.n.e. doszedł ośrodek w Durrnbergu nieopodal Salzburga, w którego okolicy istniały bogate złoża soli. On również utrzymywał kontakty handlowe z Etruskami z doliny Padu i zachował niezależność również i w IV wieku p.n.e. Natomiast na wschodzie, istniał potężny gród Zavist (na południe od Pragi), który bogacił się na handlu bursztynem znad Bałtyku. 
 
Tak więc do V wieku p.n.e. ukształtowały się trzy główne kierunki celtyckiej dominacji handlowej: centralny kierunek, ulokowany pomiędzy Mozelą, Renem, Dunajem a Padem, zachodni z rejonu Bourges (Awaricum) - skupiony na handlu z Grekami z miast Galo-Grecji, oraz wschodni, skoncentrowany na handlu ze Słowianami, Etruskami i Grekami. W tym czasie powstały też główne celtyckie osady galijskich plemion z którymi to potem zmagać się będzie Juliusz Cezar podczas podboju Galii. Powstała więc Lutecja - siedziba plemienia Paryzjów (dzisiejszy Paryż), Durocortorum (Reims) siedziba plemienia Suessionów, Alezja - siedziba Mandubiów, Bibracte - gród Eduów, Awaricum (Bourges) - oppidium należące do plemienia Bituryngów, Kenabum (Orlean) - gród Karnutów, Limonum (Poitiers) - gród Limowinów, oraz Kondewinkum (Nantes) - siedziba plemienia Namnetów znad ujścia Loary do Atlantyku. Pozostałe celtyckie grody były wówczas mało znaczące (w tym Gergowia - stolica plemienia Arwernów, z którego to potem wywodzić się będzie wódz wielkiego galijskiego powstania przeciwko Rzymowi - Wercyngetoryks). Warto również powiedzieć jakie też w tym okresie dominowały plemiona na Wyspach Brytyjskich. Otóż bez wątpienia centrum i południe dzisiejszej Anglii kontrolowały plemiona z tzw: "grupy belgijskiej" czyli wywodzące się z terenów kontynentalnej Belgii. Byli to: Atrebaci - zasiedlający ziemie na południe od Tamizy, których głównym grodem było Atrebatum (Silchester), Belgowie zasiedlający Venta Belgarum (Winchester) i kontrolujący wyspę Wight, oraz najpotężniejsi Katuwellauni ze swą główną siedzibą w grodzie, zwanym potem przez Rzymian - Londinium (Londyn). To była najsilniejsza grupa trzech belgijskich plemion kontrolujących południową Anglię. Oprócz nich, były również plemiona galijskich Trynowantów z Camulodunum (Colchester), Kantów z Durovernum (Canterbury), dalej na północny-zachód miały swe siedziby plemiona Dobunów z Corinium (Cirencester), Silurów z Bravonium (Leintwardine), Kornowów z Viroconium (Wroxeter), na wschodzie zaś Icenów z Icenarum (St. Edmund), Koritan z Lindum (Lincoln), a na północy Paryzjów z Eburacum (York) i Brigantów z Namucium (Manchester) oraz Carwenków z Luguvalium (Carlisle). Celtyckie plemiona opanowały również Kaledonię (czyli Szkocję) i zasiedlały ją: Wotadinowie z Veluniate (Carriden), Selgowie, Dumnoni, Wenikonesowie, Dekantowie i jeszcze kilka innych celtyckich ludów.
 
 

 
Ok. 400 r. p.n.e. rozpoczął się okres wielkich migracji ludów celtyckich na południe, który to zakończył się spektakularnym zdobyciem Rzymu (390 r. p.n.e.) pod wodzą celtyckiego wodza z plemienia Senonów - Brennusa (gdy Cezar podbijał Galię ponad trzy wieki później, mówiono otwarcie że jest to zemsta za tamto zniszczenie Rzymu), zdobyciem etruskiej Pyrgi w 383 r. p.n.e., spustoszeniem Macedonii w 280 r. p.n.e. przez celtyckie plemiona pod wodzą Bolgiosa, najazdem na Grecję i spaleniem świętych Delf w 279 r. p.n.e., pod wodzą Brennusa (oczywiście innego niż ten, który sto lat wcześniej zdobył Rzym) i Achichoriusa (zrabowane stamtąd greckie kosztowności przeniesiono nastepnie do grodu w Tolosie (Tuluzie) stolicy plemienia Wolków Tektosagów, skąd w 106 r. p.n.e. zrabował je rzymski namiestnik Galii Narbońskiej - Kwintus Serwiliusz Cepion). Według legendy, po zrabowaniu zgromadzonych kosztowności ze świątyni Apollina w Delfach, sam bóg miał poprzysiąść zemstę najeźdźcom (oczywistym jest, że taki atak na największą bodajże świętość Greków, musiał spotkać się z jakimś wytłumaczeniem, gdyż w przeciwnym razie ludzie mogliby pomyśleć że bóg nie zapobiegł takiemu świętokradztwu, więc być może wcale go nie ma, a kapłani wyłudzają jedynie od ludzi pieniądze za swe usługi). Miała więc rozpętać się ogromna ulewa i pioruny zaczęły padać naokoło. Gdy obładowani łupami Celtowie wycofywali się na północ, Etolowie i Fokijczycy zaatakowali ich znienacka i sporą część zabili (zginął, przygnieciony głazem spadającym z obsadzonego przez Greków wąwozu, sam wódz Celtów - Brennus), nie udało się jednak Grekom odzyskać większości zrabowanych łupów, z którymi Galowie uciekli. Mimo to, na pamiątkę przegnania Celtów, co cztery lata (począwszy od 279 r. p.n.e.) organizowano w Delfach święto zwane Soteria (Zwycięstwo). Najtrwalszym zaś i najpoważniejszym efektem tych zbrojnych migracji, było osiedlenie się Celtów w Azji Mniejszej, do której to przedostali się przez Bosfor i Hellespont pod wodzą Leonoriosa i Lutoriosa. Trzy plemiona: Tolistobogów, Tektosagów i Trokmów w ciągu zaledwie trzech lat, od czasu przepłynięcia na swych tratwach Hellespontu (278 r. p.n.e.) a potem Bosforu (278/277 r. p.n.e.), zamienili północno-zachodnie ziemie Azji Mniejszej w prawdziwy "gorący kocioł". Gdy na przykład zdobyli Kyzikos (największe miasto północno-zachodniej Azji Mniejszej) po kilkumiesięcznym oblężeniu (276-275 r. p.n.e), wymordowali tam wszystkich kapłanów, zaś kapłanki Wielkiej Bogini zhańbili i zabrali ze sobą w niewolę. W Thyatirii natomiast wszystkich kapłanów spalili żywcem, a kapłanki powiesili na okolicznych drzewach (oczywiście nie wspominając o ludności tychże miast, która głównie była mordowana, lub też brana w niewolę). Płonęły również miasta Eolii i Ionii, aż wreszcie celtycki pochód zatrzymał w tzw.: "Bitwie Słoni" nad Hermusem w 275 r. p.n.e. - Antioch I z dynastii Seleucydów (który otrzymał następnie przydomek "Soter" czyli "Zwycięski").
 
Niestety, owe zwycięstwo nie zniszczyło celtyckich plemion, a jedynie zatrzymało ich ekspansję. Osiedlili się oni teraz na ziemi (na pograniczu z imperium Antiocha), jaką ofiarował im król Bitynii - Nikomedes I, a która to następnie otrzymała nazwę Galacja i przez następne cztery dekady stanowili postrach okolicznych mieszkańców oraz utrapienie władców rządzących tymi ziemiami, którzy woleli im zapłacić haracz i mieć spokój, niż nieustannie zmagać się z kolejnymi falami najazdów. Ostatecznie w 233 r. p.n.e. król Pergamonu - Attalos I w bitwie nad rzeką Kaikos ostatecznie rozgromił Celtów (co potem uwieczniono pomnikiem o nazwie "Umierający Gal"). Attalos pozwolił im dalej mieszkać w Galacji, jednak pod warunkiem że staną się oni teraz jego "sługami" i będą służyć w jego armii. Celtowie z radością przyjęli te warunki i stali się teraz armią najemników, a ponieważ inni władcy również pragnęli skorzystać z ich usług, przeto wynajmowali się tam, gdzie najlepiej im zapłacono. Byli dobrymi wojownikami, ale niestety również dość nieprzewidywalnymi, jako że nikogo i niczego tak bardzo się nie obawiali, jak tego że... niebo może spaść im na głowy i jeśli druidzi odradzali walkę, to było takiej siły aby Caltowie chwycili wówczas za broń (gdy zaś pewnego razu nastapiło zaćmienie Księżyca, Celtowie, którzy mieli dnia następnego walczyć w armii króla który ich wynajął, całkowicie stracili głowę i omal nie popadli w obłęd, krzycząc w niebogłosy że oto bogowie zrzucają im niebo na głowy. Nie było już z nich wówczas żadnego pożytku i trzeba było odesłać ich z powrotem wraz z rodzinami, gdyż obawiano się aby nie przeszli na stronę wroga).
 
 
W kolejnej cześci zajmę się omówieniem celtyckiej kultury i religii, oraz wyjaśnię dlaczego najbardziej na świecie Celtowie obawiali się tego, aby niebo nie spadło im na głowy
 
 
 
 
 
 
 CDN.
 

piątek, 18 grudnia 2020

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. VII

CZYLI CO SPOWODOWAŁO

ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA

ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?

 
 

PLANY I MARZENIA

Cz. VI

 
 

 
 

REWOLUCJA 1905 r.

CZYLI DZIEJE PEWNEJ MISTYFIKACJI 

Cz. I

 
 
 
 
 
"ZJEDNOCZONY W MODLITWIE Z MOIM NARODEM NABRAŁEM NOWYCH SIŁ DO SŁUŻENIA ROSJI, JEJ POMYŚLNOŚCI I CHWALE"
 
MIKOŁAJ II
W LIŚCIE DO GUBERNATORA MOSKWY 
PODCZAS WIELKANOCNYCH ODWIEDZIN DAWNEJ ROSYJSKIEJ STOLICY
(1900 r.)
 
 
 
 Car Mikołaj II który wstąpił na rosyjski tron dnia 1 listopada 1894 r., od samego początku swych rządów nie miał szczęścia ani w polityce, ani też w życiu prywatnym. Jego ojciec - Aleksander III pozostawił mu w miarę stabilny tron, wcześniej zdusiwszy prawie całą antycarską i pro-liberalną opozycję. Niestety, nowy car nie posiadał temperamentu i siły ojca, a bardziej przypominał swego dziada - Aleksandra II (zamordowanego w wyniku zamachu z 1881 r.), też będąc łagodny, bierny, dobroduszny i szaleńczo zakochany w swej niemieckiej żonie - Aleksandrze. Wstępując na tron stwierdził, że nie chce być tylko "Mikołajem II, ale i drugim Mikołajem" czyniąc tym samym aluzję do osoby swego pradziada Mikołaja I zwanego Pałkinem (notabene ów car uwielbiał zadawać kary cielesne i skazywać na nie również i żołnierzy swej gwardii. Zresztą trudno się dziwić, od młodości chowany był w poczuciu strachu i szacunku do rózgi, gdy jego ojciec car Paweł I - syn Katarzyny Wielkiej - zatrudnił do nauki carewiczów - Mikołaja i Michała, generała Lamzdorfa, któremu polecił aby nie szczędził młodzieńcom chłosty za najmniejsze przewinienia. Pewnego razu Lamzdorf chwycił małego Mikołaja za kołnierz i podniósłszy go do góry, uderzył jego głową o ścianę tak mocno, że chłopiec stracił przytomność. Paweł I pochwalił metody nauczyciela i przykazał aby odtąd codziennie notował w dzienniku ile razów wymierza jego synom. Taka edukacja bez wątpienia musiała wywrzeć wielki wpływ na psychikę Mikołaja, zwanego potem "Żandarmem Europy"). W rzeczywistości Mikołaj II nie miał nic, zarówno z okrucieństwa swego pradziada (którego elektryzującego wzroku obawiali się wszyscy dworacy), jak również nic z charyzmy swego ojca i ponoć na wieść o objęciu tronu... rozpłakał się, mówiąc: "Co ja teraz pocznę. Nie jestem przygotowany na to, by być carem. Nigdy nie chciałem nim być. Zupełnie nie znam się na rządzeniu". Tego samego zdania był Aleksander III, który na rok przed swoją śmiercią tak mówił o swym 25-letnim synu: "To zupełne dziecko. Jego poglądy są zupełnie dziecinne". Jedynie matka - caryca Maria Fiodorowna starała się wspierać Nikiego (jak zdrobniale zwano Mikołaja w rodzinie), choć tak naprawdę chyba bardziej zależało jej na tym, aby wciąż móc wywierać na synu swój przemożny wpływ. 
 
Wiarę w siebie budowała w Mikołaju głównie jego młoda żona, księżniczka heska - Wiktoria Alicja Hesse-Darmstadt (która po przejściu na prawosławie, zwana była Aleksandrą Fiodorowną), a w której ten był zakochany bez pamięci (w 1890 r. pisał: "Marzę o dniu, w którym poślubię Alix. Kocham ją od dłuższego czasu, ale jeszcze mocniej i głębiej od roku 1889, kiedy spędziła sześć zimowych tygodni w Petersburgu"). Niestety, rodzice byli przeciwni temu małżeństwu, gdyż ojciec Aleksandry był mało znaczącym niemieckim księciem, który nic nie ofiarował Rosji w kwestii sojuszy strategicznych. Szczególnie mocno przeciw temu związkowi oponowała caryca Maria, która miała ogromny wpływ na swego syna (innymi słowy młody Niki był po prostu maminsynkiem, całkiem uzależnionym od matczynej opinii), co powodowało, że następca tronu zaczął walczyć ze swym uczuciem do Alix (pisał np.: "Jestem na rozstaju dwóch dróg, ja chcę iść w jednym kierunku, mama chce, bym poszedł w drugim! Co z tego wyniknie?"). Więc aby odciągnąć syna od planów matrymonialnych z ową Niemką, car Aleksander podesłał mu młodą balerinę z Teatru Maryjskiego w Petersburgu, Polkę - Matyldę Krzesińską. Ta młoda, ładna dziewczyna co prawda zawróciła w głowie następcy tronu (w 1892 r. pisał np. tak: "Kocham Alix już od trzech lat i wciąż mam nadzieję, że pewnego dnia Bóg pozwoli mi się z nią ożenić (...) Ale od 1890 roku kocham K. z namiętnością. Dziwna rzecz ludzkie serce, bo jednocześnie nie przestaję myśleć o Alix. (...) można by dojść do wniosku, że jestem bardzo kochliwy. W pewnym sensie tak!"), jednak ich romans trwał zaledwie cztery lata i zakończył się wiosną 1894 r. 26 listopada tego roku nowy car Mikołaj II, poślubił Wiktorię Alicję, która teraz otrzymała koronacyjne imię Aleksandry (pewnym problemem, stojącym na przeszkodzie tego małżeństwa, była również niechęć Alix przed przejściem na prawosławie - co było konieczne dla małżonki cara. Mówiła ona iż żyje jako luteranka i jako luteranka chce umrzeć, a: "Wiara to nie para rękawiczek, którą się nakłada i ściąga". Ostatecznie jednak uległa presji swego otoczenia, rodziców, swej siostry - Elżbiety, a także cesarza Niemiec - Wilhelma II). Mikołaj postawił na swoim, ale nie oznaczało to wcale końca problemów w rodzinie, tym bardziej że caryca Maria traktowała synową wyniośle i nie zamierzała ustępować jej pola podczas uroczystości publicznych, ani też oddawać klejnotów przysługujących carycy (Gdy Alix skarżyła się Mikołajowi na takie traktowanie ze strony Marii, Mikołaj odpowiadał: "Porozmawiam o tym z mamą", niewiele jednak wskórał, a często miast porozmawiać, po prostu pytał się jej o radę, mówiąc żonie oficjalnie: "Zapytam o to mamę").
 
 

 
Aleksandra starała się dodać mężowi odwagi w sprawowaniu władzy bez udziału carycy-matki (pisała np.: "Najukochańszy (...) Nie popadaj w przygnębienie. Twoje "słoneczko" modli się za Ciebie (...) Bądź stanowczy (...). Nie dopuszczaj do tego, że inni zajmują Twoje miejsce i nie liczą się z Tobą. (...) Śmiało mów, co myślisz, i pilnuj, by nikt nie zapomniał, kim jesteś") nadaremnie - o wielu sprawach i tak decydowała "mama". Caryca-matka potrafiła być również okrutna w stosunku do swej synowej, co zostało udokumentowane podczas jednego z balów, organizowanych w połowie 1895 r. gdy caryca celowo zwracała się tylko do syna, całkowicie pomijając jego żonę, tak jakby jej tam wcale nie było (Alix wyszła wówczas z balu cała zapłakana, a to, jak Maria potraktowała Aleksandrę, zauważyła również księżniczka Ksenia Aleksandrowna - młodsza siostra Mikołaja, która potem zapisała w swych pamiętnikach: "Matka upokorzyła Alix. Zrobiła to celowo i z premedytacją (...) było to jej pierwsze spotkanie z dworem, matka zaś postarała się, aby wszyscy się z niej śmiali"). Gdy zaś przez prawie pół roku Aleksandra nie mogła zajść w ciążę, Maria oficjalnie pytała ją czy aby jest zdrowa (i czy może mieć dzieci) oraz sugerowała by obejrzał ją jej prywatny medyk. Zaś gdy (po czternastogodzinnym porodzie) na świat przyszła księżniczka Olga (listopad 1895 r.), caryca Maria stwierdziła bezceremonialnie: "Teraz dziewczynka, następny będzie chłopiec!" Maria nadzorowała również remont pomieszczeń Aleksandry, jak i pokoju swej wnuczki, księżniczki Olgi. Mimo tego, nieśmiała i skryta w sobie Aleksandra, z biegiem czasu zaczęła odzyskiwać nieco wigoru i stojąc u boku męża oraz wspierając go w jego zamierzeniach (a car był bardzo chwiejny i łatwo ulegał presji, szczególnie swej matki) i podkreślając że to on jest władcą i to on decyduje, a inni - w tym członkowie jego rodziny - powinni okazywać mu szacunek i posłuszeństwo (choć i tak szeptano na dworze iż: "Car rządzi Rosją, a jego matka rządzi carem"). Zresztą Alix musiała się mierzyć nie tylko z carycą-matką, ale i z innymi członkami carskiej rodziny, jak choćby z wielką księżną Marią Pawłową (żoną Włodzimierza Aleksandrowicza Romanowa - stryja Mikołaja II), która nie przepuściła żadnej okazji aby upokorzyć młodą carycę (namawiała nawet jej dwórki, by te wyrażały się o niej niepochlebnie i chwaliła je za to).

26 maja 1896 r. (w Rosji wówczas obowiązywał kalendarz juliański, co oznaczało że data ta była opóźniona o dwanaście dni w porównaniu z kalendarzem gregoriańskim, obowiązującym w reszcie Europy i większości świata. Ja tutaj podaję zaś jedynie daty liczone w kalendarzu gregoriańskim) miała miejsce uroczysta koronacja cesarskiej pary, po której to doszło do wielkiej tragedii na Placu Chodyńskim w Moskwie. Tutaj od razu należy wyjaśnić, że zarówno Aleksander III i caryca Maria, jak i Mikołaj II nie przepadali za atmosferą panującą w Petersburgu i kiedy tylko mogli, wyjeżdżali albo do pałacu w Gatczynie, albo do Moskwy na Kreml, albo też do Liwadii na Krym (szczególnie latem, gdzie rodzina carska spędzała beztroskie chwile w pałacu, w którym w lutym 1945 r. Stalin - nowy, czerwony car - przyjmował Churchilla i Roosevelta, omawiając powojenny podział świata na strefy wpływów), poza tym lubili też spędzać czas w Białowieży i w Spale. Gdy więc 24 maja 1896 r. para cesarska we wspaniałym orszaku wjechała do Moskwy, po raz kolejny Aleksandrę czekała niemiła przygoda, gdy lud niezbyt serdecznie wiwatował na cześć cara i carycy, zaś "niemal ogłuszająco" przywitał carycę Marię. Mimo to, uroczystość koronacyjna (25 maja) odbyła się z wielkim przepychem godnym władcy potężnego imperium, zaś tłumy Rosjan już od rana gromadziły się na Placu Czerwonym, chcąc ujrzeć na własne oczy koronację nowego cara (taka okazja mogła przecież już się nie powtórzyć w ciągu życia wielu spośród tam obecnych). Mikołaj jechał na koronację na koniu pomiędzy szpalerami swych dostojników, zaś Aleksandra siedziała w karecie ze swymi dwórkami. Koronacja przebiegała sprawnie, ale niektórzy dostrzegli, że z piersi cara zsunął się ciążki łańcuch św. Andrzeja - co dla wielu nie było pomyślną zapowiedzią przyszłości. Tragedia wydarzyła się już dnia następnego (26 maja), gdy tłum Rosjan stłoczony na Placu Chodyńskim i przepychający się do stołów z darmowym jedzeniem i piciem oraz drobnymi podarunkami od władcy (które to car był zobowiązany wystawić dla swego ludu podczas swej koronacji), zaczął się po prostu wzajemnie tratować. Tego dnia panował wielki upał, a zebrany tłum przez wiele godzin oczekiwał rozpoczęcia rozdawania upominków, gdy nagle skądś pało hasło: "Dają!" i tłum zaczął się przepychać w kierunku namiotów z darami. Każdy chciał być pierwszy, aby przy takiej ilości ludzi, nie wrócić do domu z pustymi rękami. Ludzie zaczęli więc się wzajemnie przepychać, część upadła na ziemię, inni mdleli w tłoku - efekt był taki że zadeptanych i zaduszonych zostało ponad tysiąc osób, a drugie tyle odniosło rany.
 
 

 
Była to tragedia, która wstrząsnęła całą Moskwą, a także przeraziła rodzinę carską. Caryca Maria pisała do swej matki Luizy w Danii (Maria Fiodorowna, nim została żoną Aleksandra III, była córką króla Danii - Chrystiana IX): "Ten straszny wypadek (...) przechodzi wszelkie wyobrażenie i całą wspaniałość i okazałość uroczystości okrył kirem! Pomyśl, jak wielu biednych, nieszczęśliwych ludzi zostało zmiażdżonych i śmiertelnie rannych"). Mimo to car, gdy dowiedział się o wypadku, nie zrezygnował z uczestnictwa w balu, organizowanym na cześć pary carskiej w posiadłości ambasadora Francji, zaś jeszcze tego samego dnia (po szybkim uprzątnięciu Chodynki z ciał i odwiezieniu rannych do szpitali) na Placu Chodyńskim car Mikołaj wraz z małżonką i dworem uczestniczył w uroczystości, na której orkiestra przygrywała pieśni na cześć szlachty rosyjskiej, niemieckiej, francuskiej, brytyjskiej i kilku innych europejskich narodów. To był jeden z najpoważniejszych skaz, jakie pojawiły się na wizerunku młodego władcy, tuż u świtu jego panowania. To właśnie wówczas, na balu we francuskiej ambasadzie, wśród rosyjskiego ludu zrodziło się przekonanie o nieczułości cara, który po tragedii na Chodynce, tańczył sobie w najlepsze kadryla w objęciach tej "zarozumiałej Niemki" - jak lud zwał Aleksandrę (Alix nie była ani dumna, ani zarozumiała, jednak jej zachowanie podczas oficjalnych uroczystości było bardzo onieśmielające, a czasem się czerwieniła na twarzy i choć była bardzo ładna, nie potrafiła błyszczeć tak jak caryca-matka, przez co uważano ją za odszczepieńca. Baronowa Sophie Buxhoeveden pisała w swych pamiętnikach iż Aleksandra: "Czuła się zupełnie zagubiona (...) Jej nieśmiałość uznawano za wyniosłość, zaś powściągliwość za zarozumiałość", w przeciwieństwie do carycy Marii, która - jak pisała Maria von Bock, córka Piotra Stołypina - jest: "Uprzejma, życzliwa, bezpretensjonalna w obejściu, była cesarzową w każdym calu, łącząc w sobie wrodzoną godność z taką dobrocią, że uwielbiał ją każdy, kto ją znał"). Aleksandra nie mogła już dłużej wytrzymać uwag i zniewag teściowej i poprosiła męża, aby wyprowadzili się z Pałacu Aniczkowskiego w Petersburgu (w którym byli pod ciągłym okiem carycy-matki) i przenieśli się do Pałacu Aleksandrowskiego w Carskim Siole. Im dalej od Petersburga i Marii, tym lepiej dla samopoczucia Alix, a widząc jak bardzo zależy na tym żonie, Mikołaj postanowił wreszcie wyprowadzić się "od mamy" i osiąść w "uroczym, drogim, kochanym miejscu" - jak potem nazywał Pałac Aleksandrowski (Gleb Botkin - syn nadwornego lekarza Mikołaja II pisał: "Carskie Sioło to był inny świat, zaczarowany kraj z baśni, gdzie niewiele ludzi miało prawo wstępu. (...) Dla monarchistów było ono swego rodzaju ziemskim rajem, siedzibą ziemskich bogów. Dla rewolucjonistów był to straszliwy pałac, gdzie żądni krwi tyrani wykuwali swe straszliwe, wrogie niewinnej ludności plany").
 
W 1897 r., jeszcze przed narodzinami księżniczki Tatiany w czerwcu tego roku) car wraz z żoną wyjechał na wypoczynek do Białowieży (potem wielokrotnie wracał w to miejsce, zaś puszczańska rezydencja była związana z najmilszymi wspomnieniami cesarskiej pary). Niestety, nieszczęście nie chciało opuścić Mikołaja i Aleksandry. Gdy bowiem w 1899 r. zorganizowano pierwszą rosyjską wystawę przemysłową, miasto Niżny Nowogród nawiedziło tak potworne gradobicie, że potem lud również zaczął postrzegać to, jako niepomyślny znak dla panowania Mikołaja i jego "zarozumiałej Niemki". A Mikołaj był tylko narzędziem tego systemu, starając się jednocześnie jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki i poświęcać czas temu, czego wcześniej tak bardzo nie lubił - sprawowaniu władzy. Alix utwierdzała męża w przekonaniu że cały lud go kocha (pewnego razu rzekła do jednej ze swych dam dworu: "Teraz możesz ujrzeć na własne oczy, jakimi tchórzami są ministrowie. Nieustannie straszą cara groźbą rewolucji, a tu proszę - sama widzisz - wystarczy, że się pokażemy, a już sercem są z nami"). Niestety, nie była to prawda. Rosyjski lud tak naprawdę nie znosił Aleksandry, nie lubili jej też carscy dworacy, a ona sama, zamknięta w swoim fiołkowym buduarze w Carskim Siole i starająca się mieć zawsze męża u swego boku, nie polepszała plotek i negatywnych opinii na swój temat. W kolejnych latach rodziły się następne córki pary cesarskiej (czerwiec 1899 r. księżniczka Maria i czerwiec 1901 r. księżniczka Anastazja), wciąż jednak brakowało syna - nastepcy tronu. Alix starała się z całych sił, gdyż wiedziała że w przypadku gdyby nie urodziła syna, wówczas tron po śmierci Mikołaja II objąłby jeden z jego młodszych braci - a rodzina Romanowów w XIX wieku niezwykle się rozmnożyła (co ciekawe, pierwsi Romanowowie z XVII wieku, stali przed groźbą wymarcia swego rodu) i bardzo pragnęła mieć syna. W tym czasie życie pary cesarskiej upływało na dworskich obowiązkach, małych i dużych przyjemnościach (car np. lubił samotne spacery z psami - co już jego ojciec uważał za dość dziwne i niepokojące zachowanie, a także fotografowanie - Mikołaj uwielbiał utrwalać rodzinę na kliszy aparatu fotograficznego, ukazując ich często w sytuacjach niezbyt dostojnych), na wakacyjnych podróżach na Krym, na miłych chwilach spędzonych na jachcie "Standard", oraz na obdarowywaniu się prezentami podczas świąt Wielkanocy czy Bożego Narodzenia (na Wielkanoc do tradycji należało iż dwie osoby z cesarskiej rodziny co roku zostawały obdarowane jajkami, sporządzonymi przez paryskiego jubilera Faberge'a, które bardzo szybko zyskały wielką,  międzynarodową sławę). Mikołaj lubił te chwile beztroski, odciągały go one bowiem od obowiązków rządzenia krajem, czego nie znosił, ale co starał się wykonywać najlepiej jak potrafił. Nie było to jednak łatwe, gdyż i tam ciągle piętrzył się problemy.
 
 

 
Car Mikołaj II w zasadzie stale był zdominowany, jak nie przez swoją matkę, to przez wpływy żony (która także chciała do pewnego stopnia sterować małżonkiem), a także przez inne silne osobowości ze swojej rodziny. Na przykład stryjeczny brat cara, wielki książę Aleksander (zwany "Sandro"), potężny mężczyzna, wbity w mundur wielkiego admirała, wyglądał niczym kolos w porównaniu do bardzo wyciszonego i spokojnego cara. Nie raz też dawał wyraz swej niechęci wobec planów Mikołaja, a wówczas potężną ręką uderzał w stół i bezceremonialnie zgłaszał sprzeciw. Inni krewni Nikiego - książęta Sergiusz i Włodzimierz (utrzymujący wiele oficjalnych kochanek i kryjący się z nimi za rządów surowego Aleksandra III, który nakazał rodzinie przykładne prowadzenie się i zapowiedział oficjalnie iż ma być "bez skandali!", zaś ci, którzy by nie posłuchali tego ostrzeżenia, mogli się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Niestety, młody Mikołaj nie  miał charyzmy swego ojca i nikt właściwie się go nie bał, przez co spokojnie już zaczęto uprawiać romanse, oddawać się hazardowi i innym gorszącym opinię publiczną Europy rozrywkom, a Niki niewiele mógł na to poradzić) również potrafili wywierać na Mikołaja swój wpływ. Carski system społeczny opierał się bowiem na ścisłej hierarchii (potem bolszewicy przejęli go i stworzyli taki sam system "czerwonej władzy" szczególnie widoczny podczas rządów Stalina). Na samym szczycie znajdował się car i jego rodzina oraz dwór, poniżej była szlachta w wojsku, administracji państwowej i Cerkwi, potem kupiectwo (mieszczaństwo) i na samym dole chłopstwo. Według pierwszego w dziejach Rosji spisu powszechnego ludności z 1897 r. w administracji publicznej było zatrudnionych aż 71 % arystokratów i szlachciców (teoretycznie drzwi do administracji państwowej były otwarte dla każdego poddanego cara, bez względu na jego pochodzenie, ale teoria jedno, a praktyka drugie i jeśli nawet znajdowali się tam synowie ludzi z gminu, to ich podstawowym obowiązkiem było ukończenie uniwersytetu lub innej szkoły wyższej i to z wyróżnieniem). Co prawda arystokracja narzekała, że od czasu poluzowania obciążeń nakłożonych chłopstwu (traktowanemu nie lepiej od niewolników) i po zniesieniu pańszczyzny w 1861 r. wielu z nich musiało zmienić swój dotychczasowy tryb życia (bardzo dobrze atmosferę panującą w sferach wyższych przedstawił w swej sztuce "Wiśniowy sad" z 1903 r. Antoni Czechow), to jednak i tak utrzymywali przemożny wpływ na praktycznie wszystkie aspekty życia politycznego i społecznego Rosji.
 
W armii zaś było jeszcze gorzej, gdyż należała ona do cara jak nic innego w Rosji (choć cała Rosja tak naprawdę była własnością cara). Cała rodzina była przesiąknięta duchem militaryzmu i nawet córki Mikołaja II należały do odpowiednich regimentów cesarskiej gwardii (każda z nich miała swoje mundury wojskowe). Armia jednak była bardzo żle wyposażona i wyszkolona (od roku 1855 stopniowo, lecz nieubłaganie spadały nakłady na wojsko, kosztem policji i administracji). Częstokroć żołnierze, aby się wyżywić, musieli sami uprawiać pola, łatać buty lub też najmować się do prac w fabrykach i na kopalniach w pobliżu swoich garnizonów. Poza tym wojsko często było używane do tłumienia buntów chłopskich i zamieszek w miastach, co też nie sprzyjało budowaniu żołnierskiego morale, gdyż większość żołnierzy to byli po prostu synowie chłopów, którzy musieli tłumić jakieś dalekie bunty chłopskie, sami zaś otrzymując wieści że w ich stronach inni wojacy są zmuszeni do strzelania do ich bliskich. Poza tym rosyjski żołnierz musiał być poddańczo wierny poleceniom swych przełożonych i przede wszystkim musiał opanować skomplikowaną tytulaturę i formy jakimi należało zwracać się do określonych oficerów. "Waszą Ekscelencją" tytuowano wszystkich generałów, majorów i feldmarszałków (w tym ostatnim przypadku, dodawano jeszcze zwrot "Wysoka Ekscelencjo"), zaś do pułkowników i oficerów poniżej tego stopnia, mówiono "Wasza Dostojność". Natomiast prości żołnierze nie mogli liczyć nawet na obowiązujący w rosyjskiej kulturze, uprzejmy zwrot "wy", gdyż oficerowie wołali do nich po prostu "ty" jak do psów, czy chłopów pańszczyżnianych - do których właśnie tak się kiedyś zwracano (natomiast w polskiej kulturze, słowo "wy" jest traktowane za protekcjonalne i nazbyt oficjalne, natomiast zwracanie się bezpośrednio po szarży lub imieniu - czyli na "ty" jest traktowane za znacznie pozytywniejsze). Poza tym rosyjski żołnierz musiał znosić nieustanne bicie (np. pięścią w twarz, uderzenia kolbą jak również ciągłą chłostę za najdrobniejsze przewinienia), a w tym przypadku niewiele się zmieniło od czasu reformy wojskowej Dymitra Milutina z 1874 r. wprowadzającej powszechną służbę wojskową dla wszystkich mężczyzn i skracającą okres jej trwania z 15 do 6 lat, oraz ograniczającą kary cielesne i wprowadzającą elementarne wykształcenie dla poborowych (gdyż ok. 80 % z nich to byli analfabeci). Bycie prostym żołnierzem w carskiej Rosji było prawdziwym utrapieniem, gdyż wojacy - nawet po służbie - nie mogli jeździć komunikacją miejską (jedynie pociągami i to w trzeciej klasie), nie mogli wchodzić do restauracji ani do teatrów, a w parkach miejskich ustawiano tablice: "Psom i żółnierzom wstęp wzbroniony" (nic dziwnego, że do poddającego się rosyjskiego sołdata, który prosił o darowanie mu życia, pewien polski żołnież z oddziału Karola Różyckiego w 1831 r. zapytał go: "A na co ci żyć, skoro ty Moskal?"). W Rosji nie istniał więc etos żółnierski, taki jak choćby w Niemczech, we Francji czy w międzywojennej Polsce, gdzie nawet prostym szeregowym idącym po ulicy, przechodnie kłaniali się, lekko pochylając głowy).
 
 

 
To wszystko i jeszcze więcej trosk oraz problemów, spadło na wątłe barki młodego Mikołaja, który starał się jak mógł dobrze wypełniać swoje obowiązki. Niestety, to było stosunkowo za mało, tym bardziej że zaczęły się też problemy w polityce międzynarodowej, które doprowadziły do wybuchu wojny z Japonią, a następnie Rewolucji 1905 r. O tym i o kolejnych perypetiach rodziny carskiej (związanych z narodzinami i chorobą syna - Aleksego, oraz wpływem jaki uzyskał na popadającą w coraz większy mistycyzm carycę Aleksandrę - ruski mnich i jasnowidz Grigorij Rasputin) opowiem już w kolejnej części.   





 
CDN.
  

wtorek, 15 grudnia 2020

NIEWOLNICE - Cz. XLIX

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁ SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 
 

 
 

HISTORIA DRUGA

TEHMINA

NIEWOLNICA Z PAKISTANU

Cz. XXVIII

 
 
 

 
 
 Lotnisko w Islamabadzie oszalało. Twarze, które w mej pamięci zawsze pozostawały poważne, teraz rozjaśniał uśmiech. Ludzie ruszyli w moim kierunku, lecz zatrzymali się w pewnej odległości z szacunkiem. Chciałam podziękować im za poparcie i uściskać ich, ale byli to sami mężczyźni, wyznawcy islamu, a zgodnie z jego tradycją kobieta nie może okazywać uczuć mężczyznom poza ojcem, bratem czy mężem. Próbowałam okazać im wdzięczność słowami, ale nie oddawały one w pełni tego, co czułam. Wkrótce znaleźliśmy się w samochodzie, który na czele zmotoryzowanej kawalkady ruszył znajomymi ulicami miasta. Wyczuwało się uroczystą atmosferę, kierowcy naciskali klaksony, a piesi wznosili okrzyki. Minęliśmy ruiny Centralnego Więzienia Rawalpindi, gdzie powieszono Bhutto. Generał Zia kazał je zburzyć niedługo przed swoją śmiercią, ponieważ czczono je jako świątynię męczeństwa. Przejechaliśmy obok siedziby dowództwa armii i widok czołgu przy bramie spowodował, że się uśmiechnęłam. W przeszłości ów czołg, który był symbolem dyktatury wojskowej w Pakistanie, przerażał mnie, dziś wydawał się pozbawiony swojej mocy, siła narodu zwyciężyła dyktat karabinów. Konwój skręcił w ulicę Adyala. Wzdłuż drogi stały, utrudniając nam przejazd, tysiące gapiów. Samochód wolno posuwał się w kierunku bramy więzienia. Ludzie zaglądali do wnętrza samochodu rozpłaszczając nosy na szybach. Jedni wznosili do góry dwa palce na znak zwycięstwa, inni wyrażali radość uderzając dłońmi w dach samochodu. To były te masy, o których rozmawiałam często z Mustafą, to ich los chcieliśmy zmienić. Nie tak dawno ci ludzie byli dla mnie abstrakcją, tematem rozmów salonowych, a teraz stali przede mną i ich poparcie się liczyło. Nie oni byli zależni od nas, to my zależeliśmy od nich. Gnębiona i uciskana przez wieki ludność Pakistanu zaczęła się podnosić, tak jak podnosiły się wzniecane przez nasz samochód obłoki kurzu. Obawiałam się opuścić szyby, podnosiłam jedynie rękę do czoła w tradycyjnym pozdrowieniu, a ludzie w odpowiedzi machali do mnie rękami. W obliczu tych tłumów, jakie nań nacierały, więzienie Adyala wydawało się małe i niegroźne. Otaczające je wysokie mury, które zawsze napawały mnie takim przerażeniem, nie wyglądały dzisiaj złowrogo. Zgromadzili się tu koledzy i przyjaciele Mustafy z całego Pakistanu. Wielu z nich cierpiało w więzieniach w znacznie gorszych warunkach niż Mustafa i w najcięższych chwilach marzyli o tej chwili. W miarę jak zbliżał się moment kulminacyjny, szaleństwo tłumu rosło. Grupy młodych ludzi tańczyły bhangra i luddie, najpopularniejsze tańce Pendżabu. Coraz głośniejsze stawały się odgłosy bębnów. Nagle pojawił się on! Z więzienia wyszedł obrońca uciskanych, odważny Lew Pendżabu i polityczny Mesjasz - Mustafa Khar.
 
Jednak moje myśli w tym tak ważnym momencie biegły gdzie indziej: niepokoiłam się o moją matkę i ojca. Moje małżeństwo wkraczało na drogę normalności, a ich w tym czasie rozpadało się. Martwiłam się również o współwięźniów Mustafy, którzy tracili swego obrońcę. Życie nie jest sprawiedliwe, stwierdziłam, i powróciłam myślami do Mustafy, który w przyszłości przyniesie im zmiany. Często stawiałam sobie pytanie, dlaczego żaden z wielu politycznych przywódców, którzy byli więzieni i na własne oczy widzieli, w jak nieludzkich warunkach przetrzymywani byli zwykli więźniowie, nie podjął potem tego problemu - nawet po dojściu do władzy. Mustafa obiecał jednak, że nie zapomni o nich. Zrobiono przejście w tłumie, bym mogła wraz z dziećmi wyjść z samochodu i dołączyć do Mustafy, który wznosił w górę ręce i dziękował za okazane mu poparcie. Dzieci mogły w końcu na własne oczy stwierdzić to, co im tak długo tłumaczyłam: ich ojciec nie był przestępcą, był bohaterem. Mustafa był symbolem nadziei, człowiekiem, który przeciwstawił się moralnemu upadkowi społeczeństwa, w którym niesprawiedliwość, korupcja, wyzysk słabszych oraz krańcowa nędza stały się codziennością. Cierpiał za swoich rodaków, przeżył wiele lat na wygnaniu oglądając obce zachody słońca, i nie ugiął się, nawet wtedy gdy go uwięziono. Podczas gdy wolno posuwaliśmy się w kierunku jeepa, starzy ludzie z pomarszczonymi twarzami przepychali się przez tłum, żeby pocałować jego rękę, dotknąć jego twarzy i zapłakać. Słowa były zbyteczne. Staliśmy w otwartym jeepie. Ludzie wyciągali ręce żeby dotknąć Mustafy, stali w każdym oknie i na każdym dachu, by choć z daleka na niego spojrzeć. Spadały na nas stamtąd i odurzały swoim zapachem płatki róż. Mustafa zwrócił się do mnie wyraźnie wzruszony:
 
- Tehmino, wiesz, że gdyby nie ty, nie byłoby mnie tutaj. 
 
Zatrzymaliśmy się przed siedzibą Narodowej Partii Ludowej w Rawalpindi, gdzie Mustafa przemówił do zgromadzonego na ulicy tłumu. Wzruszonym głosem przedstawił im w skrócie program i plany partii, które tak często dyskutowaliśmy podczas ostatnich dwóch lat. Gdy mówił, załamywał mu się głos, co wywoływało ogólne poruszenie i wciąż nowe wybuchy płaczu pośród słuchaczy. W czasie gdy Mustafa przemawiał, ja byłam zajęta rozdawaniem autografów. Młodzi chłopcy podawali mi skrawki papieru, zeszyty, a nawet banknoty rupii, bym złożyła na nich swój podpis. Nagle zdałam sobie sprawę, że zebrała się wokół mnie moja własna grupa zwolenników. Podziwiali mnie! Próbowałam im powiedzieć, by przestali rozmawiać, bo właśnie przemawia Mustafa, ale oni nie słuchali. W końcu ruszyliśmy w stronę Islamabadu i dotarliśmy do rezydencji jednego z politycznych sojuszników Mustafy, Siddiąua Butta, w której podczas ostatnich, burzliwych miesięcy mieściło się moje biuro. Tego wieczoru rozwieszono wokół domu mnóstwo lampionów. Oczekiwało nas tu znowu wielu ludzi, przybyła też następna grupa dziennikarzy. Mustafa wygłosił przemówienie, które miało dać nadzieję i satysfakcję oczekującemu na to tłumowi. Wiedział dobrze, że następnego dnia znajdzie się na pierwszych stronach wszystkich gazet. Tej nocy poszliśmy do łóżka wyczerpani, lecz w podniosłym nastroju.
 
 

 
Wczesnym rankiem ponownie ruszyliśmy w drogę. Naszym miejscem docelowym było miasto Lahore, do którego w normalnych warunkach można dotrzeć po pięciu godzinach jazdy, ale my musieliśmy zatrzymywać się po drodze jeszcze kilka razy. Dzieci nie chciały słyszeć o podróżowaniu oddzielnie samolotem, nawet mały Hamza chciał jechać z nami. Uległam ich prośbom, były przecież przyzwyczajone do życia w trudnych i niezwykłych warunkach. Władze sennego, małego miasteczka Gujjar Khan ogłosiły dzień wolny od pracy, a jego ulice zamieniły w trybunę dla Mustafy. Wszyscy znali go tu dobrze i uwielbiali, ale ich miłość nie była ślepa. Zebrani dobrze orientowali się w polityce i byli skłonni poprzeć Mustafę, pod warunkiem wszakże, że ten powróci do Partii Ludowej. Wszyscy wiedzieli, że partia Benazir stawała się największą siłą w Pakistanie. Ludność Gujjar Khan pragnęła zobaczyć Mustafę w Zgromadzeniu Narodowym, ale nie chciała, żeby przemawiał w imieniu jakiejś nic nie znaczącej partii, jako przeciwnik popularnej córki Bhutto. Witano nas plakatami głoszącymi poparcie dla Partii Ludowej, Benazir Bhutto i Lwa Pendżabu. Mężczyźni wskakiwali na maskę jeepa błagając Mustafę, by dołączył do Benazir. To samo było w Jhelum. Mustafa zdobył swoich słuchaczy wielkimi słowami, ale oni przekazali mu równie ważkie posłanie, powiedzieli mu jasno, że chcą, by Mustafa powrócił do stajni Bhutto. Było już ciemno, gdy nasza kawalkada dotarła do Gujranwala. Powitano nas tam bardzo serdecznie. Spóźniliśmy się na to spotkanie trzy i pół godziny, ale ci ludzie czekali na ten moment jedenaście lat. Mustafa musiał przebijać się przez rozszalałe morze swoich zwolenników, którzy przepychali się i potrącali tylko po to, by go dotknąć. Gdy w końcu dotarł na podwyższenie, z którego miał wygłosić przemówienie, tłum szalał z radości. W czasie gdy Mustafa wygłaszał swoje przemówienie, ja znowu zajmowałam się rozdawaniem autografów. Zdążyłam się już przyzwyczaić do tego nowego dla mnie zjawiska. 
 
Bardzo późnym wieczorem dotarliśmy po całym dniu drogi do Lahore, miasta, którym niegdyś władał Mustafa i które opowiedziało się za nim, gdy wystąpił przeciwko Bhutto. Byliśmy wykończeni, na moim białym ubraniu widniały czerwone plamy od spadających na nas przez cały dzień płatków róż, a twarze mieliśmy pokryte kurzem zmieszanym z potem. Gdy wjeżdżaliśmy do miasta, Mustafa płakał jak dziecko. Na głównym placu miasta wspięliśmy się na ciężarówkę. Zagrzmiały głośniki: to dziewczęta zaintonowały pieśń na powitanie Mustafy. Dookoła falowało morze transparentów, i gdy przeczytałam umieszczony na jednym z nich napis, zarumieniłam się. Ten napis głosił: GRATULACJE, LWICO UDAŁO Cl SIĘ UWOLNIĆ LWA. Zatrzymaliśmy się w świątyni Data Gunjh Buksh, świętego Sufi, który był także mistycznym poetą i który, według wierzeń mieszkańców, chronił Lahore. Czczony jest przez wszystkie wiary, a jego świątynia wznosi się majestatycznie w pobliżu starego koryta rzeki Ravi, nie opodal wjazdu do miasta. Tam odbywał się mityng i tam wszyscy obecni wykrzykiwali znane nam już wezwania: "Przyłącz się do Partii Ludowej. Zakończ niepokój, który rozdziera serca i umysły narodu". Zwolennicy Mustafy wznieśli ku radości zebranych olbrzymi jego portret, a inni umieścili obok, równie wielki, portret Benazir. Symbolika tego była oczywista. Fotoreporterzy nalegali, by Mustafa uniósł portret Benazir i, gdy to uczynił, rozległy się wiwaty. Wyczułam, że Mustafa był nieswój, tłum zmuszał go do zaakceptowania w roli swego przywódcy małej dziewczynki, która ciągle jeszcze nazywała go "wujkiem". Jego głos jednak zabrzmiał pojednawczo:
 
- Uczynię wszystko, co w mojej mocy, dla mojego narodu i moich zwolenników, którzy pozwolili mi przetrwać jako politykowi. Partia Ludowa to moja partia, działacze tej partii są moimi braćmi. Nie mam nic przeciwko partii ani jej działaczom, różnią mnie poglądy jedynie z przywództwem partii, ale te różnice można przezwyciężyć.
 
Tej nocy odbyliśmy pielgrzymkę do jeszcze jednego sanktuarium, jakim był dom mojej babki. Nie czuła się zbyt dobrze, ale gdy nas zobaczyła, rozjaśniła jej się twarz. Większość życia spędziła modląc się o moje szczęście, w ciągu ostatnich dwóch lat przepłakując niezliczone godziny błagała Allaha, by uwolnił Mustafę z więzienia i pozwolił mi prowadzić z nim normalne życie. Nareszcie byliśmy w domu. Mustafa był na wolności w swoim własnym kraju. Nic więcej nie miało znaczenia. Do wyborów pozostało tylko dwanaście dni i nie mieliśmy czasu do stracenia. 
 
Wczesnym rankiem udałam się razem z Mustafą do okręgu, w którym miał on stanąć do walki wyborczej z głównym komisarzem Pendżabu, Nawazem Sharifem. Przerażał mnie ogrom pracy, jaki nas czekał, była to okolica, po której niegdyś bezskutecznie krążyłam od domu do domu próbując uzyskać poparcie dla Mustafy. Teraz ci sami ludzie przyjmowali go zupełnie inaczej. Wiadomość o przyjeździe Mustafy rozeszła się błyskawicznie po okolicy i dookoła niego gromadziły się tłumy. Był w swoim żywiole i gawędził z wyborcami z taką swobodą, jakby nigdy nie było jedenastoletniej przerwy w jego kontaktach z nimi. Nie wywyższał się i nie utrzymywał dystansu, od razu stworzył atmosferę bezpośredniości. Nie musiał prosić ich o głosy, oni sami przychodzili do niego ofiarowując mu je, a on uściskiem dłoni potwierdzał tylko umowę. To tu Mustafa wypowiedział zdanie, które miało wkrótce stać się sławne, a mianowicie, że jest sługą Bhutto. Mustafa wiedział, że ten okręg pełen był zagorzałych zwolenników Partii Ludowej i że istniało niebezpieczeństwo, że głosy zostaną równo podzielone pomiędzy niego a kandydata Partii Ludowej, co przyczyniłoby się do uzyskania większości przez wspólnego wroga, Nawaza Sharifa, który w ten sposób dostałby się do Zgromadzenia Narodowego. Mustafa żywił nadzieję, że w wyniku jego wystąpień kandydat Partii Ludowej wycofa swą kandydaturę, lecz gdy ten z polecenia Benazir odmówił, zrobił to Mustafa. Powiedział mi, że odroczył jedynie w ten sposób swoją i tak nieuniknioną konfrontację z Sharifem. Mustafa miał do odwiedzenia także inne okręgi, więc wyruszyliśmy do Multanu, zahaczając po drodze o Muzaffargarh. Mieliśmy zamiar skoncentrować się na południowych okręgach Pendżabu. W Multanie siedziałam w czasie konferencji prasowej obok Mustafy i słyszałam, jak zapowiadał:
 
- Zmienię politykę tego kraju... Zamierzam z poparciem narodu uwolnić Pendżab od człowieka, który kupił go od generałów za pieniądze pochodzące z przekupstwa. 
 
Ściemniało się, gdy dotarliśmy do Muzaffargarh. Przy światłach latarni i pochodni tańczyły, klaskały i radowały się tysiące ludzi, którzy wylegli ze swych chat, by obnażyć przed nami, ukryte pod podartymi koszulami, swoje wielkie serca. Wiedziałam od razu, że były to te same zrozpaczone twarze, które patrzyły na mnie z moich obrazów. Poświęciłam tym ludziom swoje życie, to ci mężczyźni, kobiety i dzieci byli powodem mojego powrotu do Pakistanu, do Mustafy. Mustafa czuł się tu naprawdę u siebie. Wiele osób witał po imieniu. Byłam poruszona widząc, jak kobiety łamały tradycję i ściskały się z nim na powitanie. Mężczyźni nie mieli im tego za złe: Mustafa był dla każdego z nich ojcem, bratem i synem. Założyliśmy naszą kwaterę wyborczą w domu zmarłego brata Mustafy, Ghaziego, ale Mustafa był tak pewien zwycięstwa w tym okręgu, że nie organizowaliśmy tu tradycyjnej kampanii. Dokądkolwiek się udał, zewsząd zbiegali się do niego ludzie, żeby go zobaczyć, więc Mustafa zrezygnował z oficjalnych przemówień, odwiedzał natomiast w swoim okręgu wyborczym wszystkie, najbardziej nawet odległe wioski i prowadził z prostymi, uczciwymi ludźmi szczere rozmowy. Kandydowali w tym okręgu również trzej bracia Mustafy. Jego bezpośrednim przeciwnikiem był Murtaza, ale Rabbani i Arbi także z nim rywalizowali. Mustafa wysłał mnie w teren, żebym prowadziła przeciwko nim kampanię. Ludność wiejska witała mnie z taką samą radością jak Mustafę, byłam jego Lwicą i z tego powodu zasługiwałam na ich uwielbienie. Głównym motywem moich wystąpień była zdrada. Ligę Muzułmańską nazwałam wymysłem Zii i oświadczyłam zebranym, że trzej bracia Mustafy zdradzili swój naród, ponieważ przyłączyli się w 1985 roku do obozu wroga. Sprzymierzyć się z tymi, którzy więzili Mustafę! Mówiłam zasłuchanej widowni, że żaden z nich nie zdobył się na to, by regularnie odwiedzać Mustafę w więzieniu. To ja, kobieta, musiałam zostawić dom i walczyć o sprawę swojego męża. Oświadczyłam, że oddanie głosu na Ligę Muzułmańską oznaczałoby aprobatę reżimu, który rozdzielił Mustafę z jego ludem na ponad jedenaście lat.
 
 

 
W dniu wyborów nie było powodu do obaw. Ja wprawdzie oglądałam telewizję do późnego wieczoru, żeby zobaczyć wyniki, lecz Mustafa spał już wtedy spokojnie. Był pewien, że odniesie zwycięstwo przytłaczającą liczbą głosów i miał rację. Zdobył wszystkie miejsca, o które walczył zarówno w Zgromadzeniu Narodowym, jak i Lokalnym Parlamencie. Nawet służba Murtaza oddała na niego głosy. Mimo przygniatającego zwycięstwa Mustafy jako niezależnego kandydata, większość Pendżabu poparła w wyborach Ligę Muzułmańską, co zapewniło przeciwnikowi Mustafy z Lahore, Nawazowi Sharifowi, pozostanie nadal na stanowisku głównego komisarza. Partia Ludowa natomiast odniosła zwycięstwo w najdalej wysuniętej części Pendżabu oraz w prowincji Sindh, swoje miejsce utracił tam nawet Mustafa Jatoi. Oznaczało to, że rząd federalny będzie miał nowego premiera i zostanie nim córka bohaterskiego męczennika Pakistanu. Wybory sprawiły, że Benazir Bhutto stała się najbardziej wpływową osobą w Pakistanie. Dla wielu było to jakby symbolem zmartwychwstania Zulfikara Ali Bhutto. 
 
Nie kontaktowałam się z rodzicami po powrocie do Pakistanu. Nadal czułam piekący ból na wspomnienie, jak matka potraktowała w Londynie moje bezbronne dzieci. Teraz jednak, kiedy ona sama przeżywała głęboką tragedię, jaką było pojawienie się tej drugiej, próbowałam odsunąć od siebie te wspomnienia. Wiedziałam, że dla kobiety, która ponad wszystko ceniła pozory, była to życiowa klęska. Nie byłam w stanie zapomnieć, jak była bezlitosna wobec mnie w przeszłości, ale zdobyłam się w głębi serca na przebaczenie. Czułam, że coś mnie do niej ciągnie. Zdecydowaliśmy się odwiedzić moją rodzinę w Karaczi przed rozpoczęciem obrad Zgromadzenia Narodowego. Na lotnisko wyszły po nas Rubina i Adila z mężem Matloobem oraz dwojgiem dzieci Leeną i Mohamadem. Nie widziałam mojej młodszej siostry, odkąd wyszła za mąż. Matkę zastaliśmy w domu pogrążoną w rozpaczy. Po jej zwykłej wyniosłości i dumie nie pozostało śladu. Zakomunikowała nam najświeższą wiadomość: ojciec poślubił tamtą kobietę. Był to dla nas wszystkich szok. Mimo kłopotów, które nawiedzały naszą rodzinę, małżeństwo rodziców zawsze wydawało się opierać na mocnych podstawach. Teraz zdaliśmy sobie sprawę, że ukrywali po prostu przed nami swoje problemy, tak jak ukrywali przed światem nasze. Jak matce udawało się dominować nad ojcem, stanowiło dla mnie zawsze ogromną zagadkę. Przypominałam sobie mgliście z okresu dzieciństwa, jak ojciec wracał każdego dnia z pracy rozradowany i pełen życia. Mnie, małej dziewczynce, ubrany w staroświeckie garnitury i koszule w paski wydawał się wtedy bardzo ważny. Jednak gdy tylko przekraczał próg domu, tracił humor. Poważnym głosem opowiadał matce po angielsku w szczegółach, co robił tego dnia w pracy, jak gdyby szukał jej aprobaty. Jeśli zdobył się na żart, jej usta natychmiast się zaciskały. Ojciec był człowiekiem z natury pogodnym, ale w obecności matki i naszej zdawał się zmuszać do ścisłego kontrolowania uczuć. Podobnie jak my, musiał stosować się do jej zakazów: żadnych późnych powrotów do domu, żadnego picia. Jego krewni byli prostymi ludźmi i wszyscy ich uwielbialiśmy, ale moja matka uważała ich za nieokrzesanych. Zezwalała im jedynie na składanie w naszym domu krótkich, oficjalnych wizyt. 
 
Przez cały okres małżeństwa ojciec ją psuł. Nigdy niczego jej nie brakowało, ciężko zarobione przez ojca pieniądze wydawała lekką ręką nic mu nie dając w zamian. Niełatwo było patrzeć, jak ten wysoko postawiony urzędnik z pokorą znosi nieustanne zrzędzenie żony. Czasami słyszałam, jak rodzice kłócili się w nocy za zamkniętymi drzwiami, matka zawsze była agresywna, a ojciec ją przepraszał. Matka zachowywała się także apodyktycznie w stosunku do pracowników ojca, jeśli w domu zepsuła się lodówka lub klimatyzacja, matka natychmiast dzwoniła do biura żądając, by ktoś przyjechał i naprawił uszkodzenie. Pracowników wprawiało to w podobne osłupienie jak nas. Pewnego razu widziałam, jak pokojowy ojca, Amir Khan, przyniósł mu pepsi. Ojciec wypił napój jednym haustem i poprosił o następny. Gdy wyszedł na chwilę do garderoby, nie mogłam powstrzymać ciekawości i dotknęłam językiem szyjki butelki. Ze zdumieniem stwierdziłam, że to nie była pepsi. Wtedy wrócił i gdy zobaczył, jak próbuję, zwrócił się do mnie konspiracyjnym tonem: "Zaufam ci. Nie powiesz o tym matce". Oczywiście, że mógł mi zaufać, ale fakt, że taki silny i wpływowy mężczyzna musiał we własnym domu kryć się z piciem alkoholu, napełnił mnie smutkiem. Byłam przekonana, że pewnego dnia nie wytrzyma tego napięcia i dzień ów najwidoczniej właśnie nadszedł. Kiedy miałam okazję porozmawiać z ojcem, wyjaśnił mi powody swego odejścia. Poskarżył się, że matka tłamsiła jego osobowość, że życie z nią było dla niego nie kończącym się maskowaniem. Wyznał mi z uśmiechem, że jego nowa żona, Sabiha Hasan, akceptowała go takim, jakim był naprawdę.
 
- Nie muszę być tym Wielkim Człowiekiem, jakiego robiła ze mnie twoja matka - powiedział mi. - Nigdy nie byłem wielki. 
 
Z tego, co mówił, jasno rozumiałam, że przechodził kryzys związany z wiekiem, lecz uważałam za nierozsądne, że zdecydował się nagle na drugie małżeństwo, gdy wychował już dzieci i miał osiemnaścioro wnucząt. Wzięłam pod uwagę argumenty obydwojga i instynktownie przychylałam się na stronę matki. Mimo że to, co się stało, wydawało się dowodem boskiej sprawiedliwości, współczułam skrzywdzonej kobiecie. Matka miała nieco więcej szczęścia niż ja, ponieważ ta druga kobieta nie spowodowała, że utraciła całą swoją rodzinę, ale, podobnie jak to było w moim przypadku, zraniła jej miłość własną i naraziła na strach przed publicznym upokorzeniem. Czułam wielką pokusę, by rzucić to mojej matce prosto w twarz, ale uświadomiłam sobie, że mimo wszystko pragnęłam ją wesprzeć i pokazać jej różnicę między tym, co dobre, a tym, co złe. Ojciec nie chciał mnie nawet słuchać.
 
- Chcesz, bym spędził ostatnie swoje lata w kłamstwie, aby tylko zachować pozory - powiedział. - Nie jest tak, jak wy wszyscy myślicie, dopiero teraz moje życie ma dla mnie jakąś wartość. Wiesz, po raz pierwszy w ciągu sześćdziesięciu lat mego życia zrobiłem to, na co miałem ochotę.
 
 

 
Jedyną pozytywną rzeczą w tej bardzo przygnębiającej wizycie w Karaczi było moje spotkanie z Adilą. Odnalazłam w niej tę małą siostrzyczkę, o której zawsze marzyłam, żeby nią była. Adila potraktowała mnie bardzo miło, ciepło i powiedziała, że chciałaby być ze mną tak blisko jak Zarmina i Minoo. Krzywiła się na mój nowy styl ubierania się, nie mogła zrozumieć, dlaczego pozbyłam się moich "pięknych" strojów i nosiłam jedynie białą bawełnę i srebrną biżuterię. Nalegała, żebym robiła sobie makijaż, i pomalowała mi na czerwono paznokcie. W stosunku do Mustafy zachowywała się jak siostra, lecz trzymała się od niego na dystans. Z przyjemnością zauważyłam, że rodzina widziała teraz we mnie Tehminę Khar, kobietę, która stoczyła trudną, lecz uwieńczoną sukcesem walkę o uwolnienie swego męża. Imponowało im to, co osiągnęłam. Musieli także zauważyć zmianę w zachowaniu Mustafy, w obecności ich wszystkich nie szczędził mi dowodów uznania, szacunku i miłości. Zostawiliśmy moją rodzinę z jej problemami i powróciliśmy do Lahore. 
 
Mustafa po pierwszym swoim spotkaniu z głównym komisarzem, Nawazem Sharifem, podzielił się ze mną swoją opinią o nim:
 
- Był bardzo zdenerwowany moją obecnością. Obiecywał mi złote góry. Chcą, żebym poparł jego partię, gdyż obawiają się, że przyłączę się do Partii Ludowej. Ale co on może mi zaoferować? Jedyne stanowisko, którym byłbym zainteresowany, to jego własne i on o tym wie. 
 
W rzeczywistości jednak Mustafa skłaniał się ku partii Nawaza. Nie miał wiary w "małą dziewczynkę", która została premierem dzięki "sile swojego nazwiska". Śmiał się, gdy Benazir wygłaszała swoje pierwsze, transmitowane przez telewizję przemówienie i przepowiadał:
 
- Nie da sobie rady. Nie zdołała w najmniejszym stopniu wskrzesić w sobie uczucia dla nieżyjącego premiera. Straciła taką okazję!
 
Próbowałam walczyć z tkwiącym w nim oportunizmem. Sugerowałam, by odsunął się od obydwu partii. Radziłam mu, by zajął się aktualnymi problemami kraju, by wytykał wady panującego systemu i atakował szaleńcze zamierzenia obu partii. Wiadomo było, że obydwie partie zmierzają do starcia, i że Mustafa, jako niezależny polityk, znajdował się w idealnej sytuacji do odegrania pozytywnej roli. Powinien tylko mówić prawdę i przedstawić własne pomysły na zmiany w zupełnie już niesprawnym, skorumpowanym systemie, który pozostawili nam w spuściźnie po sobie Brytyjczycy. Wiedziałam, że przyniesie mu to jeszcze większą popularność i, co ważniejsze, wiarygodność. Uświadomiłam sobie jednak, ku mojemu ogromnemu rozczarowaniu, że Mustafa nie zamierzał być sumieniem narodu, on chciał władzy, i to chciał jej natychmiast. Mustafa musiał zwolnić jedno z dwóch miejsc, które zdobył w Zgromadzeniu Narodowym i zdecydował się zaproponować jako swojego kandydata w dodatkowych wyborach w Kot Addu Mustafę Jatoi. Byłam tym zaszokowana, ponieważ Jatoi był kandydatem IJI, a my wygraliśmy wybory właśnie dzięki temu, że potępialiśmy ten sojusz. Oznaczałoby to początek żmudnej walki, Jatoi bowiem pochodził z prowincji Sindh, a zatem w Pendżabie uważano go za obcego i Mustafa musiałby się bardzo starać, by nakłonić swoich ziomków do oddania głosów na swego przyjaciela. Kandydatura Jatoi wyraźnie świadczyła o tym, że Mustafa, w porozumieniu z szefami sojuszu, stosował taktykę wywierania presji, która miała na celu zniszczenie utworzonego przez Partię Ludową rządu. Czułam, że była to również riposta Mustafy na odtrącenie przez przywódców partii jego wyciągniętej do zgody ręki. Mustafa przekazywał im tym samym następujący sygnał: Jestem zdolny sprawić, by w Pendżabie wybrano przedstawiciela Sindh; wyślę go do Parlamentu jako alternatywę dla pani, pani Butto. 
 
Stopniowo zaczęłam dostrzegać, że Mustafa nie jest zadowolony ze mnie i mojego nowego wizerunku. Gdy reporterzy pytali go o moją przyszłość w polityce, jego twarz przybierała dziwny wyraz i zawsze znalazł jakiś sposób, by wymigać się od odpowiedzi. Nie stanowiłam  dla niego żadnego zagrożenia, wprost przeciwnie, byłam zadowolona, że mogę się wycofać, ale wydawało mi się, że on widział we mnie konkurentkę. Stało się to widoczne, gdy podczas pewnej konferencji prasowej jeden z zagranicznych dziennikarzy stwierdził żartem: "Pańska żona bardzo dobrze mówi. Jej konferencje prasowe są nawet bardziej interesujące niż pańskie, panie Khar". Jeśli można byłoby wypędzać ludzi wzrokiem, ów dziennikarz znalazłby się w pierwszym samolocie wylatującym z Pakistanu. W swoich wywiadach prasowych Mustafa konsekwentnie pomijał rolę, jaką odegrałam w przywróceniu mu wolności. Chciał, bym zniknęła z pamięci narodu. Nie byłam jedyną osobą, która to zauważyła, kilku działaczy partyjnych oraz dziennikarzy zauważyło, że najmniejsza wzmianka o mnie lub o moich osiągnięciach go irytowała. Postanowiłam ustąpić miejsca Mustafie i spokojnie wycofać się ze sceny politycznej. Zauważyłam jednak, że zaczyna słabnąć, że godzi się na kompromisy, chociaż wiedział, że byłam temu przeciwna. Dookoła niego kręciła się wciąż rosnąca liczba oportunistów, ludzi nieobecnych przez ostatnie trzynaście lat lub takich jak jego bracia, których w czasie licznych konferencji prasowych porównywał ze złymi braćmi Józefa. Kiedyś zajadle z nim walczyli, a teraz stali się nagle jego sojusznikami. Zwolnił wielu oddanych działaczy, wspierających mnie podczas kampanii o jego uwolnienie, takich jak Sajid, Choudry Hanif oraz wielu innych weteranów naszej długotrwałej walki, którzy wymieniali teraz ze mną smutne, znaczące spojrzenia. Zaczęliśmy wszyscy oddalać się od człowieka, na którego tak długo czekaliśmy.    


 
 
 
 
CDN.
 

niedziela, 13 grudnia 2020

MIEJSKIE LEGENDY, OPOWIADANIA I NIEZWYKŁOŚCI - Cz. IV

CZYLI MAŁO ZNANE TAJEMNICE

I AUTENTYCZNE WYDARZENIA,

KTÓRE OSNUWA AURA BAJKOWOŚCI

I NIEPRAWDOPODOBIEŃSTWA

 
 

 
 

I

SADYSTYCZNA HRABINA

KTÓRA BAŁA SIĘ LUSTER

Cz. IV

 
 
 
MADAME de CASTIGLIONE
(obraz z 1862 r.)
 

 
 
 
"NAJISTOTNIEJSZE TO UZNAĆ WYŻSZOŚĆ MĘŻA PO PROSTU DLATEGO, ŻE JEST MĘŻCZYZNĄ (...) ŻADNE SŁOWA NIE SĄ W STANIE WYRAZIĆ PODZIWU I SZACUNKU, JAKIE SAMA MYŚL O NIM POWINNA WYWOŁYWAĆ"
 
 
SARAH ELLIS
(W PORADNIKU DLA MŁODYCH KOBIET)
1842 r.
 
 
 
 Wirginia de Castiglione po rozstaniu z cesarzem Napoleonem III wyjechała i przez pewien czas osiadła w Italii, gdyż zakończenie związku z cesarzem było dla niej ogromnym wstrząsem psychicznym, a to dlatego, iż w ogóle nie brała nawet pod uwagę faktu, że cesarz (który zmieniał kobiety jak rękawiczki) może kiedykolwiek przestać ją kochać. Co prawda godziła się na to, iż nie jest jedyną nałożnicą Napoleona, ale jednocześnie zawsze podkreślała że jest jego osobistą metresą - dając tym samym do zrozumienia że tak naprawdę to jedynie ona jest tą pierwszą i naturalną wybranką. Po zakończeniu romansu (który notabene trwał zaledwie rok) Wirginia długo musiała do siebie dochodzić, gdyż sądziła że zarówno jej uroda jak i temperament (obyczajowy - gdzie potrafiła pokazywać się w sukniach z głębokimi dekoltami - jak i seksualny) nie pozwolą Napoleonowi kiedykolwiek z niej zrezygnować. Teraz zaś owe rozstanie tak silnie odbiło się na jej psychice, że stała się mizoandryczką (zaś z biegiem lat nienawiść do mężczyzn ustąpiła potęgującej obawie o utratę urody, dlatego też w swym domu kazała wyrzucić wszystkie lustra, aby nie musieć oglądać swej starzejącej się twarzy. Żyła samotnie, chodząc w czarnych sukniach i mieszkając tylko z jedną starą służącą, opłacaną z kurczących się oszczędności, które zgromadziła w latach swej młodości). Trzeba bowiem pamiętać że cesarz Napoleon III nie należał do ludzi, którzy zbytnio przywiązywali się do swych byłych kochanek. Coś na ten temat wiedziała choćby angielska śpiewaczka operowa i jednocześnie kobieta o szerokich ramionach (niektórzy twierdzili że miała posturę żołnierza cesarskiej gwardii szwajcarskiej) Eleonora Gordon. Gdy Ludwik Napoleon przebywał jeszcze w Wielkiej Brytanii była tam przez jakiś czas jego kochanką, która zapewniała go iż pomoże mu odzyskać władzę cesarską (nie wiadomo tylko w jaki sposób). Napoleonowi jednak szybko się znudziła, tym bardziej że on (idąc w ślady swego wielkiego stryja - z którym dzielił bodajże zaledwie jedynie tę cechę wspólną) nie znosił zbyt rozbudzonego damskiego libido. Kobieta była po to, aby to mężczyzna mógł zrzucić z siebie seksualne napięcie (Napoleon Wielki oddawał się miłostkom dopiero po wielogodzinnej pracy, zaś pewnego razu oczekiwała na niego w pałacu Tuileries młoda aktorka z Théâtre-Français i kamerdyner przypomniał Cesarzowi iż dziewczyna czeka na niego już od godziny, na co ten odparł: "No to co, każ jej się rozebrać i położyć do łóżka, wkrótce  dołączę", ale gdy po kolejnej godzinie spędzonej samotnie w łóżku Cesarz nie przyszedł, kamerdyner ponownie dał mu znak, że dziewczyna leży tam i czeka na niego, na co ten rzekł: "Każ jej iść do domu, dziś już z niczym nie zdążę" 😉). 
 
Dlatego też Ludwik Napoleon po kilku wieczorach spędzonych z Eleonorą Gordon, szybko zakończył tę znajomość i pod pozorem wyjazdu, uciekł z jej ramion (pewnego wieczoru - według rosyjskiego historyka Andrieja Neymana - miała nawet dokonać na nim prawdziwego gwałtu, rzucając go na sofę i przygniatając swym ciałem). Tak więc gdy pani Gordon przybyła do Paryża po objęciu władzy cesarskiej przez Napoleona III, starając się odnowić dawną znajomość i uzyskać jakieś finansowe zabezpieczenie, cesarz nawet się z nią nie spotkał i odesłał z pałacu (potem wyznaczył jej skromną jednorazową zapomogę i nakazał opuścić Paryż). Takich przypadków było znacznie więcej, jako że Napoleon III uważał, że nic nie zawdzięcza żadnej z kobiet, nawet owej sławnej Harriet Howard - która dość długo utrzymywała swój wpływ na cesarza i która mocno go wspierała (przede wszystkim finansowo, jako że praktykując wcześniej profesję luksusowej damy do towarzystwa, zbiła na tym niezły kapitał, a Napoleonowi wówczas bardzo potrzebne były pieniądze) w planach odzyskania tronu Francji (licząc zapewne na to, że może wystąpić u jego boku, jako żona). Cesarz kupił jej kamienicę przy Rue du Ciraue, oraz ofiarował apartament w pałacu Saint-Cloud, jednak gdy ta zaczęła nalegać na małżeństwo, Napoleon odmówił (Harriet Howard urodziła się na wsi, jako córka szewca, byłby to więc mezalians). Ostatecznie cesarz postanowił się jej pozbyć i wysłał ją do Anglii (pisałem już o tym) w 1853 r., a w tym czasie ogłosił swoje zaręczyny z hiszpańską arystokratką (której rodzinne korzenie sięgały królów Kastylii z XIII wieku) Eugenią de Montijo, i jednocześnie polecił przeszukać dom panny Howard przy Rue du Ciraue w poszukiwaniu listów miłosnych które niegdyś do niej pisał. Jednak Harriet nie opuściła Francji (z powodu złej pogody przeprawa przez Kanał La Manche nie była możliwa przez kilkanaście dni) i dowiedziawszy się o oszustwie cesarza, oraz o przeszukaniu jej domu, napisała doń list, w którym wręcz żądała by Napoleon do niej przyjechał. Ten zjawił się osobiście i ofiarował swej kochance (w zamian za rezygnację z roli żony i zamknięcie ust, by nie prowokować skandali obyczajowych) sześć milionów franków (tym samym spłacił - mniej więcej - kwotę, którą ona wcześniej na niego wydała) i przyznał jej tytuł hrabiny von Beauregard oraz zamek o tej właśnie nazwie, uzgadniając że po ślubie z Eugenią, pozostanie z nią jedynie w "przyjacielskich stosunkach".
 
 

 
Co zaś się tyczy Wirginii de Castiglione, to po przyjeździe do Włoch zaczęła trudnić się prostytucją, jednak prawdziwą sławę zdobyła dopiero po swym powrocie do Francji (w 1861 r.), gdzie zamieszkała w Paryżu, w dzielnicy Passy. Cztery lata spędzone we Włoszech pozwoliły jej już zdobyć pewną renomę, a poza tym "sława" kochanki cesarza również robiła swoje i do jej apartamentów napływali chętni na miłosne igraszki. Jednak rozstanie z Napoleonem wciąż mocno tkwiło w Wirginii i gniew jaki czuła do niego, postanowiła następnie przenieść na innych mężczyzn. Postanowiła więc karać ich za winy cesarza, wymierzając razy i zmuszając do wykonywania jej upokarzających poleceń. Jednocześnie zdawała sobie dokładnie sprawę ze swego położenia, czyli takiego w którym ona tylko udaje "królową" a w rzeczywistości jest całkowicie uzależniona od pieniędzy, które owi mężczyźni jej przynosili. wiedziała też, że w takim układzie nie jest ważne to, co jej się podoba, ale to czy ona podoba się innym, a wówczas sprawa była jasna - to kobieta musiała podobać się mężczyźnie (nawet jako kandydatka na żonę), a nie na odwrót. Dlatego też swych klientów przyjmowała w negliżu (co oczywiście nie znaczy że była całkiem naga, wręcz przeciwnie), czyli w swoim toilette de boudoir (w szlafroku), powoli i skrupulatnie odsłaniając im swoją nagość (ponoć nosiła też odmienny strój dla każdego kochanka). Jednocześnie jej praktyki, to był czysty sadyzm graniczący wręcz z nienawiścią do wszystkich mężczyzn. Jej praktyki był dosyć okrutne (potrafiła nie tylko smagać swych "niewolników" batem lub kańczugą aż do krwi, ale również używała całej masy innych, okrutnych przyrządów, jak choćby: igły czy druciane szczotki, którymi pocierała ciała klientów). Ponoć była bardzo okrutna, jednak nikogo nie zabiła (a nie było to wcale takie oczywiste, o czym świadczą notatki komisarza policji Paryża z czasów Ludwika XIV - Nicolasa de la Mare, który pisał choćby tak w jednym ze swych raportów: "Byłem wezwany do umierającego bibliotekarza, którego dwie kobiety na jego życzenie chłostały miotełkami. A gdy już zużyły te dwie miotełki, rozpruły trzcinowy chodniczek i chłostały go nim. Zastałem bibliotekarza w straszliwym stanie: był prawie w agonii i cały we krwi" Ciekawe też czy tak je rozwścieczyły kary za nieterminowe oddawanie książek? 😂. W innym przypadku John Cleland - autor "Pamiętników Fanny Hill" żyjący w XVIII wieku, pisał: "Na ławce w parku leży kobieta, wystawiając nagi tyłek spod zadartej sukni. Między jej nogami stoi dobrze ubrany pan i chłoszcze ją biczem, aż na pośladkach pojawia się pierwsza struga krwi").
 
Tak wyglądały praktyki Wirginii de Castiglione, ale wiadomo też, że każdą taką "sesję" z klientami potem bardzo mocno przeżywała (fizycznie i emocjonalnie) i przez kolejne trzy dni leżała w łóżku w osłabieniu. Zarabiała jednak na tym ogromne pieniądze (znacznie większe niż za klasyczny seks), tak że bardzo szybko zaczęła prowadzić ponownie dość wystawny tryb życia (jednocześnie napędzając sobie kolejnych klientów do swych "sesji"). Mężczyźni wręcz ustawiali się w kolejce do jej drzwi, tylu było chętnych na bicie tyłka przez byłą kochanicę cesarza. Niektórzy z tych mężczyzn podczas jednej nocy zostawiali u niej całe majątki (np. markiz Herford za jedną noc, ofiarował jej milion franków - w tamtych czasach suma wręcz niebotyczna), więc bez wątpienia był popyt, tylko gorzej z podażą, gdyż niewiele było wówczas takich miejsc w Paryżu (i nie tylko tam), w których mężczyźni decydujący o losach świata, mogli się poczuć niczym słudzy czy niewolnicy. Stąd też brała się popularność salonu madame de Castiglione. Najwidoczniej w ludzkiej naturze drzemie potrzeba dążenia do równowagi (choć może nie w każdym człowieku jednakowo) i gdy jest ona zbytnio zachwiana, wówczas pojawiają się takie właśnie pragnienia oraz chęci ich realizacji, jednak należy się też zastanowić czy nie ma trochę racji w tym, co twierdził Ryszard von Krafft-Ebing, który pisał że: "Spotyka się dużo ludzi, którym dla pobudzenia zmysłów jest potrzebna flagellacja. Bez wątpienia są to chorzy, patologiczni osobnicy" (niestety, ja również zaliczam się poniekąd to tego grona miłośników flagellacji, gdyż uważam że nic tak nie poprawia pożycia i nie buduje więzi, jak porządne lanie kobiecego tyłeczka 😋. Nie będę też się rozwodził nad tym, czy to jest chore, czy nie - być może do pewnego stopnia tak, ale wszystko zależy też od wzajemnego zaufania, skali oraz natężenia "wydawanych" klapsów). Tak mijały lata, a wraz z nimi rosła "sława" Wirginii de Castiglione, jedyną zaś relikwią którą naprawdę czciła, była owa podarta koszula nocna, w którą się przyodziała, gdy wraz z cesarzem przebywali w Compiegne i nocą popłynęli łódką na drugi brzeg rzeki Oise (podczas gdy w tym samym czasie cesarzowa Eugenia oczekiwała na męża na oficjalnym balu). Tę koszulę pokazywała publicznie i traktowała jako żywą relikwię, deklarując jednocześnie, iż pragnie być w niej pochowana.
 
 
PRZYKŁAD PRAWDZIWEGO MASOCHIZMU
ZAWSZE BAWI MNIE TEN FRAGMENT "AKADEMII POLICYJNEJ"
MINA TACKLEBERRY'EGO BEZCENNA
 

 
W 1870 r. wybuchła wojna francusko-pruska i cesarz Napoleon III skapitulował wraz ze swą 100 tysięczną armią pod Sedanem (1 września 1870 - znamienna data) i dostał się do pruskiej niewoli (podczas tych walk głupota gen. Wimpffena była przeogromna, szczególnie gdy na ostatnią chwilę pozmieniał rozważne - choć też nie wiadomo czy skuteczne - plany gen. Ducrot'a przebicia się do Mezieres i to tylko po to, aby postawić na swoim. Zresztą atmosfera panująca wówczas we francuskim sztabie generalnym pod Sedanem, była tak "toksyczna" - że posłużę się modnym obecnie słowem - iż tam aż prosiło się o klęskę) i madame de Castiglione po raz ostatni użyła swych wielkich wpływów (co też świadczy o jej popularności) ocalając Paryż przed wkroczeniem doń armii pruskiej (po prostu poprosiła kanclerza Bismarcka o oszczędzenie Francji tego upokorzenia, a Bismarck przychylił się do jej prośby. Odmówił natomiast prośbie cesarzowej Eugenii, która chciała dołączyć do swego męża, będącego w niewoli. Zresztą ta kobieta, przez lata zdradzana, teraz była przykładem poświęcenia i oddania, starając się dołączyć do męża, a gdy to okazało się niemożliwe, pocieszając go listami, np. takimi: "Nasze cierpienia i nasze nadzieje leżą nad głową małego Ludwika. Im bardziej ponura przyszłość, tym mocniej odczuwamy potrzebę wspierania się jedno o drugie". Napoleon przyznawał jej rację i ponoć całował listy które mu przysyłała, jednak młody książę - Ludwik Eugeniusz Napoleon (IV) nie okazał się nadzieją dla swych rodziców i dynastii Bonaparte, gdyż zginął w młodym wieku 23 lat w 1879 r., w Afryce Południowej, podczas walk Brytyjczyków z Zulusami, przebity włócznią jakiegoś czarnoskórego wojownika, który to położył kres nadziejom tak świetnie rozpoczętej przed osiemdziesięcioma laty napoleońskiej baśni). 
 
Po roku 1871 znaczenie madame de Castiglione spadło, a jej popularność znacznie zmniejszyła się w dobie Republiki. Nadal jeszcze prowadziła swój salon, ale z biegiem lat miała coraz mniej klientów i chętnych do zadawania im bólu. Co prawda zdobyła (i odłożyła) spory majątek, jednak bez wsparcia życzliwych jej osób, szybko by go utraciła. Dlatego też, to ona teraz chodziła po prośbie do swych dawnych "niewolników", starając się uzyskać od nich jakieś fundusze. I tutaj dochodzimy do pewnej konkluzji, bowiem ani Paryż (który ocaliła przez wkroczeniem obcej armii okupacyjnej) ani też ludzie, którzy przez lata wystawali u klamki jej salonu, teraz - gdy utraciła swe wpływy i zaczęła tracić młodość oraz urodę - nie kwapili się by jej pomóc. Markiz Hertford - który niegdyś zapłacił milion franków tylko za to, aby wysmagała go batem w swym salonie, teraz nie chciał jej widzieć i nie wpuścił nawet za próg swego apartamentu. Jedynie dzięki nielicznym dawnym klientom, mogła przestać pracować jako prostytutka (co oczywiście było jak najbardziej naturalne, gdyż z biegiem lat i tak musiałaby porzucić ten zawód). Przeprowadziła się jednak do małego mieszkania przy Placu Vendome 26 i żyła tam - unikając ludzkich spojrzeń - za zasuniętymi, czarnymi firankami, w towarzystwie jednej tylko służącej, nosząc czarne suknie i pielęgnując swą podartą "koszulę z Compiegne", która przywodziła jej z pewnością pamięć radosnych chwil jakie spędziła u boku cesarza w czasie ich krótkiego romansu. Ze swego domu wychodziła tylko wieczorem lub w nocy, aby unikać ludzi i ich spojrzeń i nie musieć z nimi rozmawiać (zapewne zraziła się do ludzi, gdyż oczekiwała że oni widzą w niej ową "królową", którą była, gdy biła ich batem po plecach lub pośladkach, zaś w rzeczywistości była dla nich po prostu tylko jedną z wielu - choć bardziej ekskluzywnych - prostytutek. I ta myśl z pewnością odsuwała ją od ludzi). Pozbyła się też wszystkich luster, które stały się wręcz jej obsesją. Miała obsesję upływającego czasu i rosnących zmarszczek na twarzy, wolała więc zachować w pamięci obraz młodej dziewczyny, która w objęciach cesarza Francji poczuła się wyjątkowo, a potem spadła w przepaść i musiała zarabiać na życie w upokarzający sposób (choć jej samej wówczas wydawało się to atrakcyjne). Zmarła w 1899 r. w Paryżu w wieku 62 lat. Dziś praktycznie jest zapomniana, nawet jeśli idzie o kochanki Napoleona III (musiałem przewinąć się przez dziesiątki jego nałożnic, nim udało mi się dotrzeć do postaci Wirginii de Castiglione - kobiety, która swym życiem stworzyła prawdziwą legendę).      
 
 
 
 
 
 
 CDN.