Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 20 maja 2021

JAK ŻYĆ MORALNIE I DOSTATNIO - Cz. III

CZYLI ANTYCZNE PORADY JAK ZDOBYĆ

FINANSOWĄ NIEZALEŻNOŚĆ I ŻYĆ W

ZGODZIE Z WŁASNYM SUMIENIEM



OPOWIEŚĆ DRUGA:

STAROŻYTNY RZYM




LIST SENEKI DO LUCYLIUSZA
(I wiek)






"CZY NIEWOLNIK TO TEŻ CZŁOWIEK?"


 "Z radością dowiedziałem się od tych, którzy przybywają od ciebie, że po przyjacielsku współżyjesz ze swoimi niewolnikami. Bardzo to przystoi twej roztropności i twemu wykształceniu. "Są to niewolnicy". Owszem, lecz i ludzie. "Są to niewolnicy". Owszem, lecz i współtowarzysze. "Są to niewolnicy". Owszem, lecz i pokorni przyjaciele. "Są to niewolnicy". Owszem, lecz także współuczestnicy niewoli, jeśli zważysz, że los ma tę samą moc nad niewolnikami i panami. Toteż śmieję się z tych, którzy za poniżenie mają obiadowanie razem ze swym niewolnikiem. Bo dlaczegoż mamy tak sądzić? Chyba tylko dlatego, że najbardziej tyrański zwyczaj otoczył biesiadującego pana całym tłumem stojących niewolników. Zjada ów pan więcej, niż może pomieścić, i z olbrzymim łakomstwem przeładowuje swój rozepchany żołądek, który odwykł już nawet od zwyczajnych powinności żołądka, przeładowuje, by z większym wysiłkiem, niż wtłoczył - wszystko z powrotem zwymiotować. A tymczasem nieszczęsnym jego niewolnikom nie wolno poruszyć wargami nawet po to, by coś powiedzieć. Rózga ucisza wszelkie szmery, przy czym spod kary chłosty nie są wyjęte nawet nieumyślnie wydane dźwięki, jak kaszel, kichnięcie i czkawka. Przerwanie ciszy jakimkolwiek odezwaniem się okupuje się wielkim cierpieniem. Całą noc przestoją nieraz głodni i niemi. Tak się już dzieje, że ci, którym nie wolno mówić w obecności pana, mówią potem wiele o panu, ci natomiast, którzy mogli rozmawiać nie tylko w obecności panów, ale i z samymi panami, którym ust nie zaszywano, gotowi byli dać za pana gardło, skierować na własną głowę grożące mu niebezpieczeństwo: na biesiadach głośno mówili, lecz na torturach zachowywali milczenie.

A potem przywodzi się w dodatku będące dowodem tej samej niewyrozumiałości przysłowie: tylu wrogów, ilu niewolników. Nie mamy w nich wrogów, sami ich takimi czynimy. Pomijam w tej chwili inne okrutne i nieludzkie nasze postępki, to, że obchodzimy się z nimi doprawdy nie jak z ludźmi, lecz jak ze zwierzętami roboczymi. Oto gdy układamy się do ucztowania, jeden z nich wyciera plwociny, drugi, leżąc pod łożem pana, zbiera wszystko, co pozostawiają pijani. Inny tnie wciąż kosztowne ptactwo: prowadząc wprawną rękę zręcznymi pociągnięciami przez pierś i kuper, wykrawa kąski. Nieszczęsny, który żyje tylko po to, by pięknie dzielić tuczony drób! Chyba że człowiek, który tej umiejętności gwoli rozkoszy uczy, jest nieszczęśliwszy od tego, który zmuszony jest jej się nauczyć. Jeszcze inny, przystrojony na podobieństwo niewiasty sługa, który podaje wino, musi walczyć ze swoim wiekiem: nie może wydobyć się z pacholęctwa, bo ciągną go wstecz, i choć ma już żołnierską postawę, gładki wskutek zeskrobania albo dokładnego wyskubania zarostu, czuwa przez całą noc, którą dzieli pomiędzy opijanie się i rozpustę swojego pana, przy czym w sypialni jest mężczyzną, a w czasie biesiady chłopięciem. Jeszcze inny, któremu powierzona jest ocena współbiesiadników, wystaje nieszczęśliwy i wypatruje, czyje pochlebstwo i nieumiarkowanie bądź w obżarstwie, bądź w sprośności mowy pozwala zaprosić go na dzień jutrzejszy. Dodaj tu jeszcze przygotowujących zakąski, którzy dokładnie znają podniebienie pańskie, którzy wiedzą, jakiej przystawki smak go podnieci, jakiej sam widok sprawi mu przyjemność, jakiej nowość może pobudzić apetyt nawet u cierpiącego na nudności, jaka wywoła w nim odrazę przez sam przesyt oraz na jaką dnia tego miałby ochotę. Pan nie znosi biesiadowania wespół z nimi i ma za ujmę dla swojej godności przystępowanie do stołu razem ze swoim niewolnikiem. O, strzeżcie go od tego bogowie! Lecz iluż może on mieć panów spośród niewolników!




Oto widziałem stojącego przed progiem Kallista dawnego jego właściciela. Ten, który zawiesił kiedyś na Kallista obwieszczenie sprzedaży, który wystawił go między najgorszymi niewolnikami, nie był teraz wpuszczany do domu, gdy wchodzili tam inni ludzie. Odwdzięczył mu się ów niewolnik wepchnięty niegdyś do pierwszej dekurii, na której wywoływacz próbuje zwykle swego głosu! Nawzajem go odtrącił i nie uznał za godnego swojego domu. Pan sprzedał Kallista, lecz jakże wiele sprzedał Kallistus swemu panu! Chcesz ty zważyć, że ten, którego zwiesz swym niewolnikiem, wziął początek z takiegoż jak ty nasienia, że korzysta z tego samego powietrza, że tak samo oddycha, tak samo żyje i tak samo umiera? Równie dobrze ty możesz go zobaczyć wolnym, jak on cię niewolnikiem. Po rozgromieniu Mariusza wielu ludzi najświetniejszego rodu, którzy wróżyli sobie, że przez służbę wojskową osiągną senatorską godność, zły los pognębił, czyniąc jednego pastuchem, a drugiego dozorcą nędznej chałupy. Gardź że teraz człowiekiem tego stanu, do którego sam możesz trafić właśnie wtedy, gdy odczuwasz wzgardę. Nie chcę się zapuszczać w tę ogromną dziedzinę i rozprawiać o wykorzystywaniu niewolników, w stosunku do których jesteśmy jak najbardziej wyniośli, okrutni i obelżywi. Jednakowoż główne me zalecenie wygląda następująco: żyj z niższym tak, jak chciałbyś, by wyższy żył z tobą. Ilekroć przyjdzie ci na myśl, jak wiele wolno ci w stosunku do twojego niewolnika, niechaj przyjdzie ci zarazem na myśl, że tyleż wolno twemu panu w stosunku do ciebie. "Ależ ja - powiesz na to - nie mam ponad sobą żadnego pana". Młody jesteś, może go będziesz miał. Czyż nie wiesz, w jakim wieku popadła w niewolę Hekuba, w jakim Krezus, w jakim matka Dariusza, w jakim Platon, w jakim Diogenes? Obchodź się więc z niewolnikiem łagodnie, nawet uprzejmie, przypuszczaj go i do rozmowy, i do rady, i do współżycia.

W tym miejscu zakrzyknie na mnie cała gromada wybrednisiów: "Nic bardziej poniżającego od tej rzeczy, nic haniebniejszego!". Otóż tych samych ludzi przydybię, jak całują po rękach cudzych niewolników. Czyż nie wiecie doprawdy, jak przodkowie nasi odwrócili wszelką nienawiść od panów oraz wszelkie pohańbienie od niewolników? Pana nazwali ojcem domowników, a niewolników swoimi domownikami, co w mimicznych sztukach teatralnych utrzymuje się do dnia dzisiejszego. Ustanowili dzień świąteczny nie po to, by wyłącznie w tym dniu panowie jadali z niewolnikami, lecz po to, by tak postępowali szczególnie tego dnia, pozwalali im też sprawować zaszczytne czynności, wymierzać sprawiedliwość i byli zdania, że dom jest malutką republiką. "Cóż tedy? Czy mam dopuszczać do swojego stołu wszystkich niewolników?" Tak samo jak wszystkich wolnych. Mylisz się, jeśli sądzisz, że niektórych odepchnę, ponieważ zajmują się brudnymi posługami, że odepchnę na przykład owego poganiacza mułów lub poganiacza wołów. Będę ich oceniał nie wedle posług, lecz wedle ich charakterów. Charakter każdy sam sobie kształtuje, zatrudnienia zaś wyznacza przypadek. Niech niektórzy obiadują z tobą, bo są już tego godni, a niektórzy, by stali się godni. Jeżeli bowiem wskutek obcowania z lichym otoczeniem jest w nich jeszcze coś niewolniczego, to współżycie z kimś szlachetniejszym otrząśnie ich z tego. Nie ma powodu, mój Lucyliuszu, żebyś szukał przyjaciela tylko na forum albo w kurii: jeśli dokładnie się rozejrzysz, znajdziesz go także w domu. Często dobry materiał leży nieużytecznie z braku biegłego rzemieślnika. Spróbuj więc i doświadcz. Tak jak nierozsądny jest ten, kto mając kupić konia nie ogląda samego zwierzęcia, lecz znajdujące się na nim siodło i uzdę, podobnież bardzo głupi jest ten, kto ocenia człowieka wedle szaty lub wedle stanu, który wszak również tylko otacza nas na kształt szaty.




"Jest niewolnikiem". Lecz może człowiekiem wolnego ducha. "Jest niewolnikiem". Czy może mu to szkodzić? Pokaż, kto nim nie jest. Oto jeden zostaje w niewoli swej chuci, drugi służy chciwości, trzeci próżności, a wszyscy są niewolnikami nadziei i strachu. Wymienię ci byłego konsula, wysługującego się podstarzałej niewieście, wymienię bogacza, który dał się opanować młodej służebnej, wskażę najznakomitszych młodzieńców niewolniczo nadskakujących aktorom mimicznym. Nie masz niewoli haniebniejszej niźli dobrowolna. Dlatego też nie daj się tym wybrednisiom odstraszyć, byś nie miał pokazywać się wesół swym niewolnikom i nie zaznaczać wyniośle swej wyższości: niech cię raczej szanują, niż się obawiają. Powie mi ktoś, że tym sposobem zachęcam niewolników do chwycenia za broń, a panów strącam z ich wyżyny, skoro rzekłem: niech raczej szanują pana, niż się boją. "Mają cię - zapyta następnie - szanować zupełnie tak, jak klienci, jak ci, którzy przychodzą cię pozdrowić?". Kto tak powie, zapomni, że panom nie będzie zbyt mało tego, co wystarcza bóstwu, któremu okazuje się szacunek i które zarazem się kocha. A miłość nie może się łączyć ze strachem. Moim zdaniem więc czynisz bardzo słusznie, że nie chcesz budzić lęku wśród swych niewolników, że stosujesz napomnienia słowne: batem karci się tylko stwory nieme. Nie wszystko, co nas razi, zaraz przynosi nam szkodę. Zbytek sprawia, że posuwamy się aż do wściekłości, przy czym wszystko, co nie odpowiada naszym życzeniom, wywołuje w nas gniew. Przybieramy usposobienie władców, bo również i oni, niepomni ani własnej mocy, ani słabości innych ludzi, tak się unoszą oraz tak się srożą, jakby zostali pokrzywdzeni, choć przecież wysokość stanowiska władców w zupełności ubezpiecza ich przed tego rodzaju niemiłymi doświadczeniami. I dobrze wiedzą oni o tym, ale szukają sposobności do szkodzenia i gorliwie starają się ją wykorzystać. Udają, że doznali krzywdy, aby ją wyrządzić komu innemu. Lecz nie chcę nudzić ciebie dalej. Albowiem zagrzewanie ciebie nie wydaje mi się potrzebne. Dobre obyczaje mają między innymi tę właściwość, że znajdują upodobanie same w sobie i tak trwają. Złośliwość zaś jest niestateczna: często się przemienia, chociaż nie w coś lepszego, a tylko w coś innego. 

Bądź zdrów"
 



CYCERON
(I wiek p.n.e.)






"RADOŚĆ I SMUTEK - CZYLI JAK TO Z NAMI JEST NA TYM ŚWIECIE?"



Cyceron został oskarżony o rozmyślne skazanie na śmierć (63 r. p.n.e.) bez wyroku sądowego członków sprzysiężenia Lucjusza Sergiusza Katyliny - wśród których byli Lentulus, Cetugus i wielu innych, o których stracenie Cyceron skwitował krótkim stwierdzeniem: "Stracili życie!". Sprawa ta ciągnęła się potem za Cyceronem a gdy (ze względu na konflikt swej żony - Terencji, która nienawidziła Klodii, siostry Publiusza Klodiusza Pulchera, za to że ta kiedyś chciała zostać żoną Cycerona) rozpalił się jego konflikt z Klodiuszem (który początkowo udawał swą przyjaźń, twierdząc że pragnie się z Cyceronem pojednać i że wszelkie intrygi był efektem nieporozumień lub knowań Terencji. Cyceron, szykujący się już na wojnę do Galii jako legat Juliusza Cezara, ostatecznie zrezygnował z tej wyprawy, ufając w zapewnienia Klodiusza - który zawsze wyrażał się o Cyceronie bardzo pochlebnie - i dopiero wówczas Klodiusz odkrył swoją prawdziwą twarz. Cyceron zraził do ciebie Cezara - który poczuł się dotknięty afrontem nagłej odmowy udziału w kampanii galijskiej, o którą wcześniej Cyceron sam się u niego starał - zaś Klodiusz oskarżył go o złamanie prawa, jakim było skazanie na śmierć bez sądu rzymskich obywateli. Cyceron starał się jeszcze zyskać poparcie Pompejusza - który jemu wcześniej wiele zawdzięczał w polityce, ale ten, będąc zięciem Cezara i wiedząc o niechętnych tego uczuciach wobec Cycerona, unikał go jak tylko mógł, dochodziło nawet do tego, że uciekał ze swojego domu oknem, gdy Cyceron wysyłał niewolnika lub sam przychodził pod jego drzwi. Wiedząc że jego kariera polityczna stoi pod znakiem zapytania i obawiając się konsekwencji swoich działań z czasów buntu  Katyliny, wdział Cyceron czarną, żałobną szatę, zapuścił brodę i tak chodził po mieście prosząc lud o łaskę. Klodiusz zaś, wraz ze swymi kompanami zachodził mu drogę i wyśmiewał się z niego a czasami też rzucał w niego kamieniami. Ostatecznie Lucjusz Lukullus poradził mu, aby opuścił Rzym i udał się na dobrowolne wygnanie. 

Tak też Cyceron uczynił w kwietniu 58 r. p.n.e. udając się na Sycylię, a w międzyczasie Klodiusz przeprowadził w senacie ustawę skazującą Cycerona na wygnanie i zakazującą udzielać mu jakiejkolwiek pomocy w promieniu 500 mil od Rzymu. Wówczas i pretor Sycylii - Gajusz Wergiliusz - prywatnie "przyjaciel" Cycerona - zabronił mu postawić stopę na tej wyspie. Cyceron udał się więc na Wschód, do Grecji. Cały jego majątek został skonfiskowany i spalony: willa w Formiach i w Tusculum, a także dom na Palatynie w Rzymie. Jego żona i córka nie zaznały biedy tylko dlatego, że Terencja miała własny dość duży majątek, gdzie też wraz z córką się przeniosła. Dopiero gdy buta Klodiusza zaczęła doskwierać innym politykom, a jego ludzie wszczynali burdy i atakowali nawet senatorów zmuszając ich do głosowania tak, jak sobie tego życzył Klodiusz, zmieniło się nastawienie ludu i polityków do Cycerona. Pompejusz ze swoimi weteranami wypędził terroryzujące Rzymian bandy Klodiusza z Forum Romanum - kładąc trupem wielu z nich - a na zgromadzeniu ludowym cofnięto wygnanie Cycerona i uznano konieczność odbudowy zniszczonych jego posiadłości na koszt państwa. Po szesnastu miesiącach wygnania Cyceron powrócił do portu w Brundyzjum - 5 sierpnia 57 r. p.n.e. W swym liście do Tytusa Pomponiusza Attyka, Cyceron daje upust swym emocjom, jakich doznał tam właśnie, gdy na jego powitanie na italskiej ziemi przybyła żona - Terencja i córka - Tullia. Szczególnie powitanie swej 22-letniej córki było wyjątkową radością, jaką odczuwał wówczas Cyceron i o czym pisał w swym liście do Attyka:





 "Przyjechałem do Brundisium w Nony sekstylskie. Tam mnie spotkała moja Tulliola w sam dzień swoich urodzin, który przypadkiem był także dniem urodzin kolonii brundyzyńskiej jako też i twojej sąsiadki Salutis (Cyceron zwracał się tutaj bezpośrednio do Attyka). A jaki był mój powrót, kto tego nie wie? Jak do mnie przy moim przybyciu Brundyzyńczycy niby prawicę całej Italii i samej mojej ojczyzny wyciągnęli, który to dzień był też dniem urodzin mojej ukochanej córki, ją wtedy po raz pierwszy zobaczy­łem po tak bolesnej tęsknocie i żałobie (...) Bogowie zaś tak jawnie w tych czasach przyszli nam z pomocą i ratunkiem, że prawie mogliśmy ich widzieć na własne oczy. Zostawiając bowiem na uboczu owe inne znaki, owe żagwie i łunę nieba na zachodzie, owe pioruny, trzęsienia ziemi i tak dalej, których zdarzyło się tyle za mego konsulatu, że zdawało się, bogowie przepowiadali nam to, co teraz nastąpiło, zostawiając na uboczu to wszystko, tego jednak, o czym mam teraz powiedzieć, ani pomijać, ani zapominać nie wolno".





Miłość Cycerona do córki była ogromna. Kochał ją tak bardzo, że gdy zmarła w wieku zaledwie 34 lat, jego świat filozofii i wyobrażeń, jakich był wierny całe życie, doprawdy się rozpadł. Był to czas, gdy Cyceron powrócił już do Rzymu po klęsce Pompejusza w wojnie domowej z Cezarem i po tym jak Cezar przebaczył jemu i wielu innym pompejańczykom. Smutek, żal, ale i nadzieja przebija z każdego jego listu, pisanego po roku 45 p.n.e. Cyceron, dotąd tak sceptyczny w stosunku do bogów (choć jak zachorował to kazał swej żonie, aby ta odprawiła za niego odpowiednie obrzędy religijne za zdrowie i pomyślność rodziny, gdyż w Rzymie takie sprawy leżały w domenie przynależnej kobietom i to one zwracały się z prośbami do bogów. Cyceron był co prawda sceptyczny co do wpływu bogów na życie ludzi, ale z domu rodzinnego w Arpinum wyniósł głębokie przeświadczenie że pewne obrzędy należy poczynić bez względu na wszystko. Tak został wychowany przez swoją matkę - Helwię i od swej żony domagał się wypełniania tych samych kobiecych obowiązków względem bogów, które wyniósł z rodzinnego domu) po śmierci swej córki przeszedł jakby odmianę i był gotów nawet ufundować świątynię za duszę i pamięć swej Tullioli. Pisał bowiem tak: "Dusze wszystkich są nieśmiertelne, a dusze dobrych są boskie (...) Już sama przyroda tak urządziła, że nie mamy nic milszego, nic droższego, nic równie godnego naszej troski i naszej miłości (...) nad nasze córki". Wcześniej polemizował a czasem nawet wyśmiewał się z tych, którzy upierali się nad twierdzeniem w istnienie bogów i ich wpływ na życie ludzi, lecz po śmierci Tulli sam twierdził jasno i zdecydowanie:


"Tullia żyje! Nie zginęła! Ona żyje w Niebie przyjęta w poczet bogów" 


Jego myśli w ostatnich latach życia upływały pod znakiem ufundowania świątyni ku pamięci jego córki, gdyż - jak pisał w "Prawach: "Za bogów niech mają i tych, którzy zawsze byli uważani za niebian, i tych również, których umieściły w niebie ich zasługi". W liście do Attyka deklarował chęć wyłożenia znacznych środków na budowę świątyni, pisząc: "Co do mnie, to już nie dbam o dochody i mogę być zadowolony skromnym dostatkiem. Czasami myślę o kupnie jakiegoś parku za Tybrem, i to z następującego powodu: nie znam drugiego miejsca, które by było tak licznie odwiedzane przez przechodniów. Ale gdzie, to zobaczymy, kiedy się spotkamy, warunkiem jest jednak, by świątynia została skończona jeszcze tego lata", w innym liście dodaje: "Nie trzeba mi już więcej ani srebra, ani szat, ani uroczych miejsc: tego jedynie trzeba (...) świątyni boskiej Tulii". W jeszcze innym liście pisze: "Chcę, żeby powstała świątynia, nie mogę porzucić tej myśli. Podobieństwa grobowca pragnę uniknąć (...) Mógłbym to osiągnąć, zbudowawszy ją przy samej willi, ale boję się zmiany właścicieli. Poza willą, gdziekolwiek bym ją zbudował, mógłbym, zdaje się, dopiąć swego celu, żeby potomni odnosili się do niej z czcią religijną. Musisz być pobłażliwy dla tej mojej - zgadzam się - niedorzecznej zachcianki". Wszystkie te listy pochodzą z 45 r. p.n.e., ale wówczas Cyceron - pomimo wielu prób - nie znalazł dogodnego miejsca pod budowę owej świątyni. Z początkiem 44 r. p.n.e. wreszcie udało mu się znaleźć dogodne miejsce, pisał do Attyka: "Pragnę jak najmocniej tej świątyni, jeżeli nie zobaczę jej (...) przynajmniej w budowie (...) to nie będę siebie uważał za wolnego od grzechu", oraz "Do tej budowli, której pragniemy, najwięcej się nadaje ten gaj, wiedziałem o nim, ale przedtem bywał mało uczęszczany, teraz zaś słyszę, że go zwiedzają bardzo często. Wolę go więc od wszelkich innych. W tej sprawie, na bogów bądź pobłażliwy dla mego nierozsądku".

Wkrótce jednak wydarzenia polityczne odciągnęły Cycerona od zaplanowanej budowy, gdyż 15 marca 44 r. p.n.e. w Teatrze Pompejusza (w którym wówczas obradował senat) zamordowany został Gajusz Juliusz Cezar, a Cyceron ponownie wciągnął się w polityczne rozgrywki, otwarcie popierając morderców Cezara - Brutusa i Kasjusza, przeciw Markowi Antoniuszowi i Gajuszowi Oktawianowi Cezarowi (tego pierwszego nienawidził, a tego drugiego obawiał się ambicji i żądzy dokończenia dzieła Cezara). 7 grudnia 43 r. p.n.e. Cyceron został zamordowany w wyniku proskrypcji wprowadzonych przez triumwirów, a jego ręce Marek Antoniusz kazał przybić do drzwi budynku senatu. Świątynia Tulii nigdy nie powstała (prace budowlane nawet się nie rozpoczęły), a dusza Cycerona połączyła się wreszcie z duszą jego ukochanej Tullioli.








CDN.
 

wtorek, 18 maja 2021

NIEWOLNICE - Cz. LIII

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI






HISTORIA DRUGA

TEHMINA

NIEWOLNICA Z PAKISTANU

Cz. XXXII






 Niestety zamieszanie, jakie tworzyli wokół mnie Mustafa wraz z moją rodziną, nie wpływało na mnie dobrze. Nie miałam jednak do kogo zwrócić się o pomoc, sama więc musiałam znaleźć w sobie dość siły, aby walczyć. W dniu Ashury (dziesiątego dnia tragedii w Karbali, gdy imam Husajn, wnuk Proroka, i jego rodzina zostali brutalnie zamordowani przez tyrana kalifa Yazida) zadzwoniłam do matki i powiedziałam jej:

- Chcę cię poinformować, że zostawiam moją walkę w rękach Boga. Islam nie nakazuje dzieciom kochać rodziców, którzy wyrządzają im krzywdę. Islam zwalcza niesprawiedliwość. Jeśli jesteś w porządku, wyjdziesz z tego oczyszczona, jeśli nie, powstanę z grobu, który dla mnie przygotowałaś. Przeklinam tych wszystkich, którzy mnie skrzywdzili i będę modliła się do Boga, by mnie pomścił, tak jak pomścił imama Husajna. 

Powiedziałam moim rodzicom, że nie chcę ich więcej znać. Potem zadzwoniłam do Mustafy.

- Umowa między tobą a moim ojcem jest nieważna - oświadczyłam mu. - Nie znam już pana Durrani, wyparłam się swojej rodziny. Wszystkie dotyczące mnie umowy, jakie z nim podpisałeś, zostają tym samym anulowane. 

Jeden z kuzynów wyjechał na miesiąc i udostępnił mi na ten czas mieszkanie, więc znów się przeprowadziłam. Rozpoczęłam moją tułaczkę, nie miałam ani telefonu, ani żadnego środka transportu. Shugufta, która była już kiedyś świadkiem intryg matki i Adili, gdy usłyszała, co się dzieje, porzuciła wszystko, wsiadła do pociągu i przyjechała do mnie i Hamzy. Gdy usłyszeliśmy dzwonek u drzwi, pobiegliśmy razem z Hamzą je otworzyć. Przez chwilę staliśmy wszyscy troje w milczeniu, po czym rzuciliśmy się sobie w ramiona i zaczęliśmy płakać. Hamza cieszył się z przyjazdu Shugufty, a ja pomyślałam, że czasami zawodzi własna rodzina, a na ratunek pośpiesza biedna służąca. Teść Zarminy, wuj Sadiaa, dowiedziawszy się o mojej sytuacji, przysłał mi dziesięć tysięcy rupii. Gdy otrzymałam te pieniądze, płakałam dziękując mu za współczucie jak żebraczka. Tymczasem doszły mnie słuchy, że Matloob przeklina mnie za to, że z mojego powodu jego niewinna żona miała kłopoty i że od czasu skandalu często miewa napady złości. Cała rodzina odsunęła się od niego twierdząc, że przynosi im wstyd. 

Matka była na mnie wściekła i reszta rodziny automatycznie zmuszona była podzielać jej uczucia. Byłam przemęczona, ale nie mogłam pozwolić sobie na odpoczynek, znajdowałam się w środku bitwy, którą toczyłam już od piętnastu lat, a być może nawet całe życie. Od rozwodu minęły dwa miesiące, gdy zawiadomiłam Mustafę poprzez wuja Sadiaa, żeby zwolnił mój dom w Lahore. Mustafa miał świadomość, że jego pozycja była teraz słaba i że mogłam anulować zawartą z udziałem mojego ojca umowę. Zaczął się więc ze mną targować. Powiedział, że odda mi dom w Lahore w zamian za nasz majątek w Anglii. Nauczyłam się wiele od Mustafy podczas wspólnie spędzonych lat i zdecydowałam się zagrać jego kartami. Podpisałam zobowiązanie, że przekażę nasze brytyjskie mienie, a ponieważ nie było czasu na poświadczenie dokumentu przez ambasadę brytyjską, a bez tego nie można było go złożyć w brytyjskim sądzie, zwróciłam się do wuja Sadiaa, by podpisał moje zobowiązanie jako świadek.

-  Unieważniła zobowiązanie ojca - podejrzliwie rzekł do niego Mustafa. - Nie będzie szanować twojego.

- Nie postawię Zarminy w kłopotliwej sytuacji, wiesz o tym dobrze - odrzekłam. - Gdybym nie była pewna, że będę mogła dotrzymać danego słowa, nie mieszałabym w to teściów Zarminy. 

Wuj Sadiąa obiecał Mustafie całkowite poparcie w razie, gdybym zmieniła zdanie:

- Tym razem ja jestem w to wmieszany - powiedział mu. - Nie pozwolę, by okryła mnie hańbą. 

Dopiero gdy gwarancję wuja Sadiąa potwierdzili podpisami również Zarmina i jej mąż Riaz, Mustafa w końcu uległ i wyraził zgodę. Przeprowadził się do naszego dużego domu nie opodal kanału, a ja miałam z powrotem swój... Kiedy przekroczyłam jego próg, zdałam sobie sprawę, jak bardzo kochałam ten nawiązujący do lokalnego folkloru wystrój. Dach nad głową dawał mi znów poczucie bezpieczeństwa. Wszyscy, Hamza, Zarmina, Shugufta i ja spoglądaliśmy na siebie w radosnym uniesieniu. Jednak mimo że Mustafa wyprowadził się z domu, wszyscy odczuwaliśmy w nim jego obecność. Tęskniłam za dai Ayeshą i pozostałymi dziećmi.




Trzymiesięczny okres oczekiwania, zwany idat, dobiegł końca i rozwód się uprawomocnił. Moje dzieci były ze swoim ojcem coraz bardziej nieszczęśliwe. Mustafa próbował je przekonać, że to ja byłam przyczyną rozpadu naszego małżeństwa i rodziny, że to ja wyrządziłam jemu, a zatem i im, krzywdę. Zatruwał mnie i dzieciom czas spędzany razem. Gdy dzieci odwiedzały mnie w domu, za bramą czekała ochrona, uniemożliwiająca wejście innym osobom. Cały czas była z nami jakaś służąca Mustafy, która potem składała mu sprawozdanie z treści naszych rozmów. Dzieci były wyraźnie udręczone i serce mi ściskało, że one nadal przebywały w więzieniu, z którego ja zdołałam się już uwolnić. Dzieci stanowiły mój łącznik z Mustafą. Rozpaczliwie chciałam pozbyć się jego nieustannego nadzoru, ale nie wiedziałam, jak to zrobić. Zostało mi niewiele pieniędzy, ale i te potrzebne mi były, żeby przeżyć. Shugufta pracowała u mnie przez wiele miesięcy bez wynagrodzenia, a gdy byłyśmy w prawdziwej potrzebie, pożyczała pieniądze od swych pracujących krewnych. Próbowałam przekonać Mustafę przez różnych znajomych, że dzieci potrzebują matki i że musimy spróbować zapewnić im bardziej normalne warunki. Wspominałam, że kilkoro dzieci z jego poprzednich małżeństw było nieprzystosowanych.

- Daj im szansę na lepsze życie - prosiłam. 

Mustafa był jednak nieugięty, stracił kontrolę nade mną, ale nie miał zamiaru zrezygnować z kontroli nad dziećmi. 

Zaniepokojony podejrzanym zachowaniem żony, Matloob założył podsłuch na swojej linii telefonicznej i nagrał godzinę rozmowy pomiędzy Adilą a Mustafą, której treść nie pozostawiała żadnych wątpliwości co do ich wzajemnych stosunków. Jeździł potem samochodem po Karaczi i płacząc przesłuchiwał kasety. Następnie poczekał na powrót naszej matki z Londynu i gdy wracali razem z nią i Adilą z lotniska, znów je włączył. Obydwie kobiety osłupiały. Potem z dowodami cudzołóstwa w ręku przybył do Lahore i zapoznał mnie oraz kilkoro innych krewnych z treścią kaset. W końcu miałam dowód, że byłam przy zdrowych zmysłach. Matloob był również feudalnym panem i zgodnie z przyjętym zwyczajem, by odzyskać honor, musiał popełnić zbrodnię w afekcie. Zdecydował się jednak na bardziej nowoczesne wyjście, założył pierwszą w historii Pakistanu sprawę w sądzie, w której jeden z wpływowych panów feudalnych oskarżył drugiego o cudzołóstwo. Wszyscy wiedzieli, że w naszym społeczeństwie związki pozamałżeńskie były na porządku dziennym, ale nikt nie odważył się dotychczas otwarcie o tym mówić. Rodzice odesłali Adilę do swojego domu w Londynie, by uniknąć rozgłosu i uchronić ją przed aresztowaniem! Niestety, Matloob wybrał zły czas. Zwolennicy Mustafy oświadczyli, że oskarżenie go było jedynie tanią i brudną próbą wyeliminowania Lwa Pendżabu z kampanii pod nazwą "łapać Nawaza". Publicznie zastanawiano się nad wysokością łapówki, jaką otrzymał Matloob od przeciwników politycznych Mustafy. Mustafa oświadczył prasie:

- Będę teraz walczył jak zraniony lew. Jestem bardziej niebezpieczny niż kiedykolwiek. 

Za tego rodzaju przestępstwo każdy sędzia wysłałby oskarżonego do więzienia, Mustafa zaś wyszedł za kaucją, co w Pakistanie równoznaczne jest uniewinnieniu. Został wyniesiony z sali sądowej jak bohater na ramionach wykrzykujących polityczne hasła członków i przywódców Partii Ludowej. Partia Ludowa wygrała wybory uzupełniające i zwycięstwo to całkowicie przypisywano Mustafie. Następnym posunięciem Mustafy miało być zrzeczenie się miejsca w Zgromadzeniu Narodowym i walka o wakujące miejsce w lokalnym zgromadzeniu, by w ten sposób "dostać Nawaza" w Pendżabie. Chciał zostać głównym komisarzem prowincji z ramienia rządzącej Partii Ludowej.

W przeciwieństwie do Mustafy ja czułam się wyrzucona poza nawias, zarówno na płaszczyźnie towarzyskiej, jak i politycznej. Ludzie, których kiedyś darzyłam szacunkiem, odwrócili się teraz do mnie plecami. Przerażenie mnie ogarniało, gdy uświadamiałam sobie, w jakiej sytuacji znajduje się kobieta po rozwodzie, zwłaszcza gdy jej były mąż jest ważną i wpływową osobą. Zaczęłam rozumieć, dlaczego kobiety nie mają odwagi odchodzić od mężów. W miarę upływu czasu coraz bardziej traciłam pewność siebie i poczucie własnej wartości. Często w nocy płakałam, w ciągu dnia jednak odnajdowałam nowe siły. Będąc u szczytu swojej kariery politycznej, gdy niemal jednogłośnie obwołano go jedynym kandydatem na stanowisko głównego komisarza, Mustafa niespodziewanie ogłosił swe siódme małżeństwo z dwudziestodwuletnią rozwódką, którą znał zaledwie od miesiąca, mając czelność powoływania na siedem małżeństw Proroka. Potrząsnęłam z niedowierzaniem głową, gdy mi obwieścił:

- Ona kocha mnie bardziej niż ty.




Zranił mnie tą swoją powierzchowną oceną, ponieważ ja kochałam go bez względu na to, jaki był, a ona przecież nawet go nie znała. Rozmyślałam nad jego politycznymi flirtami: opuścił Bhutto, schronił się na wygnaniu, układał się z generałami, paktował z indyjskim wywiadem, planował pokonanie sił zbrojnych własnego kraju, by potem się z nimi pogodzić, dąsał się na sukcesy Benazir. Jego kolejne posunięcia to nóż w plecy jego dotychczasowych sojuszników, a pokrywał to wszystko zręczną retoryką bez znaczenia oraz swoją charyzmą. To, co brano za inteligencję i intuicję, nie było niczym innym niż tylko sprytem i przebiegłością. Gdyby pozostał na wygnaniu czy w więzieniu i nie zrezygnował ze swoich zasad, być może nadal bym z nim była. Ale ja byłam świadkiem tego, jak na skróty dążył do władzy, i wiedziałam, że jego ideały służyły mu do tego, by zwieść naiwnych. Zaczynałam dochodzić do wniosku, że ten Mustafa Khar, którego broniłam, istniał jedynie w mojej wyobraźni. Stworzyłam go sobie, by pasował do moich ideałów.

Mustafa zaprosił mnie na lunch, żeby zastanowić się wraz ze mną nad wpływem, jaki jego nowe małżeństwo będzie miało na dzieci. Przejeżdżałam przez bramę jego luksusowej rezydencji, zajmującej ogromny teren w ekskluzywnej części miasta, i przypominałam sobie nasze marzenia o powrocie do tej siedziby. Kiedy przebywaliśmy na wygnaniu, dom skonfiskowało wojsko i doprowadziło do ruiny. Po wyjściu Mustafy z więzienia kazałam go odnowić. Przypomniałam sobie obietnicę, jaką sobie wzajemnie złożyliśmy, że będziemy mieszkać w naszym małym domu. Podobnie jak wiele innych, złamaliśmy ją. Mustafa był wolny i potężny, miał szesnaście osób służby. Odzyskał swój majątek, a jego pozycja polityczna była silniejsza niż kiedykolwiek. Był drugim pod względem znaczenia przywódcą Partii Ludowej. Ja natomiast straciłam wszystko, nawet swoje dzieci. Szłam długimi korytarzami mojego byłego domu i rozmyślałam nad tym, jak wiele mi zabrał. To była różnica między mężczyzną a kobietą. Gdy weszłam, rozmawiał właśnie z mężem Benazir, Asifem Zardarim. Powiedział mu jakiś dowcip i zaczął się śmiać. Po skończeniu rozmowy kazał podać lunch. W przerwie gawędziliśmy o polityce.

- Mustafa - zapytałam go - czy zdajesz sobie sprawę, że zabrałeś mi wszystko, co posiadałam, trzynaście lat życia, rodzinę, dzieci, moją młodość i wszystko, w co wierzyłam? Muszę zaczynać od początku. - Słuchał mnie z uwagę, a ja ciągnęłam dalej: - Nie wiem, co mam zrobić. Być może znajdę sobie jakieś zajęcie, zajmę się pracą społeczną. Nie chcę zmarnować tego, czego się nauczyłam i czego doświadczyłam. 

Mustafa przeciągnął się, wziął głęboki oddech i powiedział spokojnie i z lekką pogardą w głosie: 

- Tehmino, ty już nic nie znaczysz. Kiedyś byłaś Begum Tehminą Mustafą Khar, teraz jesteś jedynie Tehminą Durrani. Kiedy dzwonisz do ludzi, musisz przedstawiać się jako moja była żona. Nie masz własnej tożsamości. Nikt cię nie zna. Ludzie spotykają się z tobą, ponieważ masz coś interesującego do powiedzenia o mnie. Lecz wkrótce skończą ci się te historie i nie będziesz już miała nic do opowiadania. Wtedy stracisz wszystkich swoich tak zwanych przyjaciół. Znudzą się tobą. Kobiety zabronią ci przychodzić do ich domów, gdyż stanowisz zagrożenie dla ich małżeństw. Nawet jeśli wydaje ci się, że możesz zajmować się polityką, to robiąc to będziesz zmuszona godzinami czekać, aż przyjmie cię jakikolwiek urzędnik, ponieważ pozbyłaś się mojego nazwiska. 

Połykałam łzy udając, że jego przemowa nie robiła na mnie wrażenia. Na myśl przyszedł mi wiersz poety Ghaliba: "Twoje szyderstwa targają moją tożsamością, Nikt nie mówi o mnie z taką zuchwałością". Słowa Mustafy zraniły mi serce. 

Tego wieczoru, gdy zostałam w domu sama, zaczęłam analizować swoje życie i próbowałam określić, kim jestem. Nie jestem już panią Mustafową Khar, wyzbyto się mnie, wypluto jak przeżutą gumę. On zrobił wszystko co w jego mocy, by mnie zniszczyć, i prawie mu się to udało. Wiele osób radziło mi, żebym zachowała jego nazwisko, ponieważ pod nim byłam znana. Mnie oburzały jednak takie sugestie, nie chciałam opierać się na czymś, co zamiast mnie podeprzeć, przygniotło mnie. Ale jeśli nie byłam panią Mustafową Khar, to kim byłam? Tehmina Durrani, którą znałam z dzieciństwa, była mi obca, była zagubioną, małą dziewczynką, którą dawno przerosłam i której nie mogłam zrozumieć. Czy kryła się we mnie nowa Tehmina Durrani, starsza, smutniejsza, ale także mądrzejsza? Myśli miałam rozproszone, snułam domysły, że los musiał mieć jakiś cel, że tak mnie doświadczał. W naszym zamkniętym społeczeństwie uważa się za nieprzyzwoite, gdy kobieta ujawnia swoje intymne tajemnice, lecz czy milczenie nie byłoby większym grzechem? Milczenie kryje niesprawiedliwość, popiera zniewolenie i podsyca obłudę. Mustafa Khar i inni feudalni panowie na milczeniu zyskują. Muzułmańskie kobiety muszą nauczyć się głośno protestować przeciwko niesprawiedliwości, której są ofiarami. Dotychczasowa polityka kraju nie rozwiązuje tego problemu. Panujący w Pakistanie ustrój społeczny służy dalszemu oszukiwaniu tych, którzy już są wykorzystywani. Uświadomiłam sobie, że największą przysługą, jaką mogę wyświadczyć mojemu krajowi i narodowi, jest unieść tę zasłonę. Zdecydowałam, że nie zmarnuję trzynastu lat swojego życia. Zdecydowałam, że pierwsza rzucę kamień w panującą obłudę. Zdecydowałam, że napiszę tę książkę i przerwę nią tradycyjne milczenie.




Matloobowi nie udało się postawić Mustafy przed sądem. Zrobił więc to, co na jego miejscu zrobiłby każdy inny feudał, to znaczy wrócił do swojego dawnego życia. Poleciał do Londynu, pogodził się z Adilą i zaprzeczał, jakoby istniały jakieś taśmy. Moi rodzice wybaczyli mu. Zarówno oni, jak Adila uznali, że powrót Matlooba stanowi dowód jej niewinności. Matka zdobyła się w końcu na odwagę i wyznała nam, swoim dzieciom, że ojciec był uzależniony od alkoholu. Przyznała, że to był powód ścisłej kontroli, jaką nad nim sprawowała. Musiała być surowa i bezwzględna, żeby uchronić go przed samozniszczeniem. Jeśli to prawda, to mogliśmy zrozumieć, że poświęciła się, by ratować honor rodziny. Jednak cena, jaką zapłaciła, była zbyt wysoka, gdy mój ojciec odszedł do innej, miała sześćdziesiąt lat i było już o wiele za późno, by móc coś naprawić. Ojciec utrzymuje teraz dwa domy w Karaczi i próbuje równo dzielić czas pomiędzy obie żony. Tak właśnie nakazuje Koran.

 Członkowie Partii Ludowej byli oburzeni, że Mustafa zamiast skupić się na akcji "dostać Nawaza", żenił się. Jego polityczna gwiazda zbladła i Mustafa na jakiś czas zniknął z życia publicznego. Szóstego sierpnia 1990 roku protegowany Zii, prezydent Ghulam Isaak Khan, rozwiązał rząd Benazir Bhutto i Mustafa Jatoi został zaprzysiężony jako tymczasowy premier Pakistanu. Ze smutkiem oglądałam telewizyjną relację o upadku demokracji w wyniku cywilnego zamachu stanu. Gdy kamera przesuwała się wolno po twarzach członków gabinetu i zatrzymała się na jednej z nich, zamarłam. Mustafa Khar został zaprzysiężony w rządzie federalnym jako minister do spraw wody i energii. Tym razem wsadził nóż w plecy Partii Ludowej i ponownie wykonał salto w stronę Jatoi i IJI. Mustafa zatelefonował do mnie później i udzielił mi reprymendy.

- Nie gratulowałaś mi, Tehmino.

- Mustafa - odparłam - jeśli o to tylko ci chodziło, to dlaczego od razu nie zdecydowałeś się na ugodę z generałem Zią? Dziewięć lat na wygnaniu i dwa spędzone w więzieniu to chyba zbyt wysoka cena jak na takie głupie i nic nie znaczące stanowisko w tymczasowym rządzie. Straciłeś najważniejszą rzecz, jaką w życiu osiągnąłeś, możliwość pracy dla Partii Ludowej. Straciłeś poparcie i wiarygodność. Trzeba ci raczej  złożyć kondolencje, właśnie nastąpiła twoja polityczna śmierć. 

Rozpoczął się proces jego rozpadu. Mustafa popełniał jeden błąd polityczny za drugim. Nowe wybory umożliwiły mu powrót do Parlamentu, ale zamiast Jatoi premierem został jego wróg Nawaz Sharif. Za rok Mustafa Jatoi i Mustafa Khar znów byli w tłumie tych, którzy przyłączyli się do prowadzącej długi pochód do Islamabadu Benazir, by obalić rząd i "dostać Nawaza". 

Kiedy przyszedł na świat kolejny syn Mustafy, zdecydowałam się na następny akt odwagi. Zwołałam konferencję prasową i oświadczyłam na niej, że Mustafa jest nieodpowiedzialnym ojcem, niezdolnym do wychowywania samotnie, bez matki, czworga dzieci. Powiedziałam, że podejmowałam próby negocjacji w sprawie zwrotu moich dzieci, ale starałam się nie nadawać sprawie rozgłosu, co pozwoliło Mustafie wykorzystać panujące prawo dżungli. Obecnie zdecydowałam się na konfrontację i byłam przygotowana na stoczenie publicznej walki o prawo do opieki nad moimi dziećmi. Zresztą faktycznie się nimi opiekowałam. Zamknęłam dzieci u siebie w domu, zaryglowałam bramę, odesłałam ochronę i zadzwoniłam do Mustafy.

- Jeśli jeszcze raz zakłócisz nasz spokój - ostrzegłam go - będę z tobą walczyć do końca życia. Powinieneś już wiedzieć, że nigdy się nie poddaję i walczę o to, w co wierzę, do końca. - Słuchał w milczeniu, a ja ciągnęłam dalej: - Ta walka będzie bardzo nierówna, ponieważ ja jestem gotowa umrzeć, a ty rozpaczliwie pragniesz żyć. 

Mustafa wycofał się z pola bitwy. Nie mieliśmy od niego wiadomości przez pół roku, kiedy to zatelefonował i bez sprzeciwu zgodził się na pozostawienie mi dzieci z prawem do ich odwiedzania. Dzieci zachowały serdeczne stosunki z ojcem. Mustafa ma teraz dwóch małych synków. Opiekuje się nimi nadal biedna dai Ayesha, której zabronił nas odwiedzać. Nie dotrzymałam zobowiązania, jakie podjęłam w obecności wuja Sadiaa, ale zrozumiał on, jak ciężko mi było wychowywać dzieci bez pomocy i bez żadnych stałych dochodów. Gdy mój doradca prawny z Londynu zaproponował Mustafie ugodę, ten nie miał innego wyboru i bez sprzeciwu przepisał na moje nazwisko mieszkanie w Londynie, w zamian za co ja przepisałam na niego naszą wiejską posiadłość. Moja najstarsza córka Tanya skończyła w Ameryce szkołę średnią i powróciła do Pakistanu. Nareszcie mogłam przywitać ją w moim własnym domu. Zamieszkała z nami i czuliśmy, jak gdyby nigdy nas nie opuszczała. Ma zdolności artystyczne i chciałaby studiować grafikę. Naseeba chce poświęcić się polityce. Zamierza kandydować w wyborach do Parlamentu z okręgu Mustafy, aby dotrzymać obietnic, które kiedyś złożył ludności Kot Addu jej ojciec. Nisha mówi, że chce studiować prawo karne, żeby pomagać biednym. Ali, "mój mały feudał", wykazuje ogromne zainteresowanie matematyką i "strzelaniem". Hamza jest dzieckiem delikatnym i niewiele pamięta z okresu, gdy mieszkał z Mustafą. Cała piątka stanowi moje prawdziwe oparcie w walce, którą toczę. Nuscie i J.J., razem ze swoimi dziećmi Nadią i O.J., często nas odwiedzają. Stali się członkami naszej rodziny i pomagają nam w wykreowaniu w naszym zacofanym społeczeństwie nowego rodzaju domu. Są moją najsilniejszą podporą. Shugufta nauczyła się prowadzić samochód i jest dla nas także prawie jak członek rodziny. 

Książka została po raz pierwszy wydana w Pakistanie w roku 1990. Początkowo jej recenzje były bardzo krytyczne. Wielu uważało, że jest to skandalizująca tandeta i że napisałam ją dla  rozgłosu. Inni nazwali ją nieprzyzwoitą i pornograficzną. Jednakże nikt w Pakistanie nie wątpił w jej prawdziwość. Niektórzy recenzenci spekulowali, że przyjęłam łapówkę od politycznego rywala Mustafy, Nawaza Sharifa. W kraju, gdzie handluje się wszystkim, nawet lojalnością w stosunku do parlamentu, trudno kogokolwiek obwiniać, że w to uwierzył. Mój ojciec wysłał do prasy pisemne oświadczenie, że się mnie wypiera i wydziedzicza mnie. Zabronił mi używać swojego nazwiska. W odpowiedzi na jego oświadczenie ja też oświadczyłam prasie, że przyjmuję wydziedziczenie mnie jako naturalny wynik niekonwencjonalnego zachowania i że taka izolacja jest powodem milczenia kobiet w naszym społeczeństwie. Odmówiłam jednak odstąpienia od swojego nazwiska. Od tamtej pory nie rozmawiałam ani nie widziałam się więcej z rodzicami. Z mojego życia zniknęła większość mojej rodziny. Jedynymi osobami, które nie zawiodły mnie w nieszczęściu, były moje dwie siostry Zarmina i Minoo, ich mężowie Riaz i Ali, oraz moja kuzynka Bina z mężem Aslamem Quraishi.

Po opublikowaniu tej książki skierowano przeciwko mnie do sądu dwie sprawy. W jednej z nich oskarżono mnie o zdradę stanu za pomoc, jakiej udzieliłam Mustafie w jego kontaktach z agentami indyjskiego wywiadu. Sprawa ta wywołała wiele dyskusji, ale nie pociągnęła za sobą żadnych działań. Nie byłam nawet przesłuchiwana przez badającą sprawę komisję rządową, a Mustafa, którego udział w tym był bardziej znaczący niż mój, nadal zasiada w Parlamencie. W drugiej sprawie oskarżano mnie o cudzołóstwo. Według obrządku Hadood jest to przestępstwo karane śmiercią przez ukamienowanie, ale jak dotąd nikt nie odważył się pierwszy rzucić we mnie kamieniem. Krytyka stopniowo ucichła i moją historię zaczęto odbierać tak, jak ja ją widziałam, a mianowicie jako próbę spojrzenia na zamęt, jaki panuje w życiu społecznym i politycznym naszego kraju. Nadal pozostałam zjawiskiem kuriozalnym, ale zaakceptowano mnie. Na moje imię powołują się w Pakistanie powszechnie feudalni mężowie, mówiąc do swych żon, gdy te się buntują: "Nie próbuj być Tehminą". Gdy rozeszła się wiadomość, że "Mój pan i władca" zostanie wydany za granicą, zadzwonił do mnie Mustafa. Był wściekły, próbował się jednak kontrolować i zapytał:

- Co to za bzdury z tą książką? 

Nie mogłam się powstrzymać, by nie przypomnieć mu naszej rozmowy podczas lunchu, kiedy to stwierdził, że straciłam własną tożsamość i że zawsze będę musiała przedstawiać się jako była żona Mustafy Khara. Powiedziałam mu:

- Mustafo, wkrótce ty będziesz znany w całym świecie jedynie jako były mąż Tehminy Durrani.






CDN.
 

poniedziałek, 17 maja 2021

WIELKA HISTORIA SEKSU - Cz. XI

OD CZASÓW STAROŻYTNYCH

PO NAM WSPÓŁCZESNE



ANTYCZNA GRECJA, MACEDONIA

i EPOKA HELLENISTYCZNA

(ok. 800 r. p.n.e. - ok. 146 r. p.n.e.)

Cz. IV






KULT WIELKICH BOGIŃ

Cz. IV






KULT MEGALE METER I MISTERIA ATTISA
Cz. II



 Kult bogini Kybele i jej kochanka Attisa nie był zbyt popularny w Grecji, a to ze względu na jego hermafrodyczny charakter (według mitu, o którym pisałem w poprzedniej części, bogini Kybele pierwotnie zrodziła się z czarnego kamienia - na którego to spadły krople nasienia Zeusa - jako potwór Agdystis posiadający kobiece piersi i męskie narządy rodne. Bogowie jednak odcięli Agdystis męskie przyrodzenie i przemienili go w kobietę). Poza tym kult Kybele i Attisa opierał się na odwróceniu naturalnego porządku społecznego, chociażby w kwestii ubioru. Bogini Kybele (Wielka Macierz, czy też Macierz Idejska - jak ją zwali Rzymianie) zachowała cząstkę swojej dawnej, męskiej tożsamości, nosząc ubrania przynależne mężczyznom. To ona nosiła zbroję, hełm i włócznię, natomiast jej kochanek - Attis (po odcięciu sobie przyrodzenia - o czym też już poprzednio pisałem) przywdziewał stroje przynależne dla kobiet. Grekom taki kult nie przypadał do gustu, dlatego też główne świątynie bogini Kybele ulokowane były poza Grecją właściwą (w Pessynuncie i w Pergamonie w Azji Mniejszej). Grecy mieli też bardzo negatywny stosunek do obojniactwa i uważali je za karę boską lub zapowiedź nadejścia ciężkich czasów. Jeśli rodziło się dziecko, które miało jednocześnie męskie i żeńskie cechy płciowe, było (za zgodą władz miejskich) najczęściej zabijane (wrzucane w koszu do wody, lub też ciskane do rozpadliny w ziemi, a w niektórych przypadkach nawet palone, jak podaje żyjący w II wieku naszej ery - Flegon z Tralleis, który opisuje publiczne spalenie takiego dziecka wraz z jego matką, gdyż nie chciała ona go opuścić). Jeśli ta przypadłość zaś nie została zauważona dość wcześnie, rodzice starali się wychowywać swoje dziecko albo jak chłopca albo też jak dziewczynkę (najczęściej zaś wybierano pierwszą możliwość, gdyż tak było łatwiej ukryć ową przypadłość). Jednak zdarzało się, że ktoś wychowany jako mężczyzna, nagle ujawniał się jako kobieta i np. wychodził za mąż. Było to jednak bardzo niebezpieczne postępowanie, gdyż kogoś takiego z reguły skazywano na śmierć przez spalenie.

Grecy nie akceptowali hermafrodytyzmu, podobnie jak nie akceptowali przywdziewania ubrań przynależnych jednej płci, przez przedstawicieli płci przeciwnej. Dlatego też przebieranie się mężczyzn za kobiety było powszechnie uważane za upokarzające, a każdy kto przywdziewał niewieście stroje, był postrzegany w najlepszym przypadku za głupca, godnego jedynie wyśmiania. Równie godne wyśmiania były dla Greków te kobiety, które w jakikolwiek sposób próbowały upodobnić się do mężczyzn. Dlaczego bowiem Grecy pokładali się ze śmiechu w teatrach, oglądając sztuki Arystofanesa: "Lizystratę" (wystawioną po raz pierwszy na Lenajach w Atenach w 411 r. p.n.e.) czy "Tesmoforie" (wystawione również w 411 r. p.n.e. na Djonizjach). Odpowiedź na to pytanie jest prosta, ponieważ kobiety tam przedstawione nabierały cech męskich, co już samo w sobie było powodem do śmiechu (szczególnie dla Ateńczyków). Rozbawić mogło również samo ukazanie środka, jakimi kobiety zdobyły sobie władzę, a mianowicie "strajku miłosnego" czyli odmowie spółkowania z mężami, jeśli ci nie zawrą pokoju i nie wrócą do domów. Greków tak skonstruowana sztuka musiała rzeczywiście bawić do rozpuku, jako że greckie kobiety niewiele miały do powiedzenia pod tym względem (a Atenki były wręcz zmuszane do abstynencji seksualnej i zamykane przez mężów w swych pokojach - gynecejonach. Większość z nich marzyła więc o tym, aby mąż ponownie wziął je w ramiona, miast organizować sympozjony w towarzystwie lubieżnych heter, a myśl o "strajku miłosnym" była im z pewnością bardzo odległa). Oczywiście zdarzały się wyjątki od tej reguły, ale ze względu na swój lokalny i bardzo symboliczny charakter, nie mogą być w żaden sposób uważane za jakąkolwiek formę innego sposobu działania Greków. Mam tutaj oczywiście na myśli obywateli miasta Argos na Peloponezie, którzy w święto o nazwie Hybristika, zamieniali się ze sobą rolami. Mężczyźni przywdziewali kobiece suknie, zaś kobiety ubierały się po męsku (na pamiątkę mitu o dawnych mieszkankach Argos, które odstraszyły nacierającego wroga, przywdziewając zbroje, podczas gdy przerażeni mężczyźni zamierzali się poddać). W czasie tego święta, kobiety mogły robić wszystko to, co powszechnie czynili mężczyźni, zaś ci musieli oddawać się kobiecym obowiązkom. Ale gdy święto się kończyło, wszystko szybko powracało do porządku dziennego. Bardzo podobnie było też na kreteńskiej Gortynie, gdzie co prawda kobiety nie przywdziewały męskich ubrań, ale za to miały (prawie) równe prawa z mężczyznami. Również Spartanie byli postrzegani jako wielcy pantoflarze i wyśmiewani przez Ateńczyków jako ci, którymi: "władają kobiety". Biedne Atenki nie miały tyle szczęścia i choć żyły w najbardziej demokratycznym kraju Grecji, w którym (od IV wieku p.n.e.) nawet modlono się do bogini Demokrati, one same żyły jak w najgorszej tyranii, niczym współczesne muzułmanki w kraju talibów.




Rzymianie też nie byli zwolennikami obojniactwa i także dopuszczali się mordowania osób mających jednocześnie męskie i żeńskie cechy płciowe, ale oni czynili to znacznie rzadziej niż Grecy. Co się zaś tyczy przebierania się mężczyzn za kobiety, to również było to całkowicie nieakceptowalne i choć Rzymianki miały o wiele więcej praw, niż Greczynki, to jednak ich mężowie patrzyli na tę swobodę przez palce dopóty, dopóki kobiety nie wtrącały się do polityki i do typowo męskich zajęć. Jeśli zaś postępowały inaczej to były z reguły pacyfikowane, choć ich argumenty ostatecznie brano pod uwagę (sławetny bunt kobiet ze 195 r. p.n.e. przeciwko ustawie Oppiusza z 215 r. p.n.e. zabraniającej kobietom noszenia kolorowych sukni, posiadania przy sobie dużej ilości "gotówki" czyli ówczesnych sesterców, oraz powożenia rydwanem w granicach miasta, a także w styczniu 42 r. p.n.e. gdy triumwirowie - Marek Antoniusz, Gajusz Juliusz Cezar Oktawian i Marek Emiliusz Lepidus przepchnęli przez senat ustawę, nakładającą nowe podatki również na wszystkie rzymskie kobiety. Wówczas matrony się zbuntowały i pod przewodem niejakiej Hortensji, głośno protestowały na Forum Romanum, krzycząc: "Kto nie ma praw politycznych, nie płaci podatków", a Hortensja podburzała inne kobiety, mówiąc: "Na cele waszej wojny płacić nie chcemy i nie będziemy panowie". Kobiet zebrało się wówczas tak dużo, że straż miejska była bezradna i dopiero wejście weteranów Antoniusza i Oktawiana, którzy wyłapywali poszczególne panie i wyprowadzali je, zaczęło kruszyć ich jedność. Ale pisk podniósł się tak straszny, że na pomoc swoim żonom ruszyli mężczyźni, co spowodowało że żołnierze cofnęli się. Senat zaś zmienił prawo, obarczając podatkiem tylko najbogatsze matrony, co też skutecznie rozbiło kobiecą solidarność). Przebieranie się mężczyzn w kobiece szaty, było uważane przez Rzymian za równoznaczne z pohańbieniem i odebraniem praw politycznych. Grecy uważali za szczególnie upokarzający seks oralny, który wykonywały hetery lub niewolnicy, Rzymianie zaś za upokarzający uważali seks analny, a ponieważ w obu tych czynnościach kobiety pełniły rolę bierną, przeto uważano je za pozbawione godności. I takim właśnie był w oczach Rzymian ten mężczyzna, który z własnej woli godził się przywdziewać kobiecy ubiór.

Warto tutaj jeszcze przytoczyć historię niejakiego Sporusa, czyli chłopca, którego Neron wziął sobie za kochanka i chciał z niego uczynić kobietę. Neron sprowadził do siebie Sporusa po tym, jak w 65 r. będąc pijanym pozbawił życia swą żonę - Sabinę Poppeę (kopiąc ją w brzuch, gdy była w ciąży z drugim dzieckiem). Poppeę Neron odebrał swemu przyjacielowi - Markowi Salwiuszowi Ottonowi, jego samego zsyłając na "honorowe wygnanie" do Luzytanii (dzisiejsza Portugalia), gdzie miał objąć namiestnictwo. Cesarz poślubił Poppeę w 62 r., gdy rozwiódł się ze swą pierwszą żoną - Oktawią (córką cesarza Klaudiusza) zsyłając ją na wygnanie na wyspę Pandaterię, gdzie też wkrótce potem została zamordowana. Poppea urodziła pierwsze dziecko już w 63 r., ale córka - Klaudia zmarła cztery miesiące po urodzeniu. Senat (by ułagodzić rozpacz Nerona po stracie córki) zaliczył ją wówczas w poczet bogów i kazał wznieść dla niej świątynię oraz wyznaczył do niej kapłana, jako Boskiej Klaudii Auguście. Prawdopodobnie to właśnie Sabina Poppea (jako prozelitka - czyli miłośniczka judaizmu) skierowała oskarżenie Nerona za pożar Rzymu, który miał miejsce w dniach 19-28 lipca 64 r., tylko przeciw samym chrześcijanom - jako niebezpiecznej sekty, chroniąc jednocześnie Żydów (swoje poparcie dla judaizmu okazała po raz pierwszy w 61 r., gdy do Rzymu przybyło poselstwo arcykapłana Świątyni Jerozolimskiej - Izmaela). W 65 r. Neron, w przypływie złości (będąc pod wpływem alkoholu), kopnął w brzuch swą brzemienną żonę, co spowodowało że zmarła ona tracąc również dziecko. Zrozpaczony Neron nakazał ogłosić żałobę publiczną i tak bardzo przeżywał stratę, aż ktoś (być może był to właśnie prefekt pretorianów - Ofoniusz Tygellinus) podsunął mu młodego niewolnika o imieniu Sporus, który ponoć bardzo przypominał zmarłą Augustę. Cesarzowi chłopiec bardzo się spodobał i uczynił z niego swego kochanka. Ale ponieważ przeszkadzała mu jego płeć, postanowił zamienić go w kobietę. Polecił niejakiej Kalwii Kryspinilli (która uchodziła wówczas za luksusową burdelmamę) zadbać o jego stroje, kosmetyki i zachowanie. Sporus miał się teraz ubierać i zachowywać jak kobieta, ale nawet to nie wystarczało Neronowi i ostatecznie nakazał chłopca wykastrować. Był on obecny u boku cesarza, gdy do Rzymu przybył król Armenii - Tirydates I (66 r.), aby złożyć hołd i otrzymać koronę z rąk rzymskiego władcy. A gdy Neron postanowił udać się do Grecji (66/67 r.) Sporus towarzyszył mu w podróży i jak dotarli na miejsce, Neron oficjalnie się z nim ożenił (rolę ojca "panny młodej" odgrywał Gajusz Ofoniusz Tygellinus).




A gdy przeciw Neronowi zbuntowali się: namiestnik Galii Lugduńskiej - Gajusz Juliusz Windeks, namiestnik Hiszpanii Tarrakońskiej - Serwiusz Sulpicjusz Galba, oraz namiestnik Luzytanii - Marek Salwiusz Otto (68 r.), dni Nerona zostały policzone. Sporus (jako jego żona) pozostał przy Neronie do końca, czyli do chwili gdy ten popełnił samobójstwo (9 czerwca 68 r.). Los wykastrowanego chłopca nie okazał się jednak potem wcale lepszy, gdyż przypadł on w "spadku" po cesarzu nowemu prefektowi pretorianów - Gajuszowi Nymfidiuszowi Sabinusowi. Ten również traktował Sporusa jak kobietę i także zwał go Poppeą (ponoć niegdyś się w niej podkochiwał). Sabinus zginął jednak jeszcze w 68 r. z rozkazu nowego cesarza - Serwiusza Sulpicjusza Galby, a po jego zamordowaniu (15 stycznia 69 r.) przypadł on w udziale kolejnemu imperatorowi - Ottonowi. On także uczynił ze Sporusa swoją żonę i również zwał go Poppeą. Gdy Otton popełnił samobójstwo po przegranej bitwie pod Bedriakum (16 kwietnia 69 r.), nowy władca - Aulus Witeliusz już nie zamierzał przygarniać do siebie Sporusa, lecz wymyślił dla niego znacznie bardziej okrutną i upokarzającą rolę. Chłopiec miał wystąpić w teatrze w roli dziewicy, która zostaje porwana i zgwałcona. Nie mogąc przeżyć takiego upokorzenia, Sporus odebrał sobie życie. Witeliusz wkrótce potem również został pokonany w drugiej bitwie pod Bedriakum (październik 69 r.) i zamordowany w Rzymie (grudzień 69 r.), a rządy objął przybyły z Syrii i Egiptu - Tytus Flawiusz Wespazjan. Tak zakończył się "Rok Czterech Cesarzy" i tak też zakończyło się nieszczęsne życie niejakiego Sporusa. To tyle, jeśli chodzi o stosunek Rzymian do mężczyzn (czy też chłopców) przebierających się za kobiety.

Wracając jednak do obrzędów ku czci bogini Kybele i Attisa, to w Grecji organizowano je w miesiącu lipcu (hekatombajon). Dwunastego dnia tego miesiąca obchodzono bowiem uroczyście święto ukończenia żniw ku czci Kronosa i jego małżonki Rei (którą też często zastępowano Kybele). Kronia - były wesołym, radosnym świętem równości, zarówno kobiet i mężczyzn, jak i panów oraz niewolników. Wydawano wówczas w wielu rodzinach ucztę, na którą zapraszano także niewolników, uznając ich tym samym za takich samych domowników jak ludzie wolni. Święto kończyło się złożeniem krwawej ofiary ze zwierząt (najczęściej królików, owiec lub ptactwa) zwanej - synojkia (szesnastego dnia miesiąca) i w ten sposób Kronia dobiegała końca. Jednak najbardziej popularne był obchody święta ku czci Kybele i Attisa w samym Rzymie w okresie cesarstwa. Obchodzono je (od lat 40-ych I wieku naszej ery) w dniach 15-28 marca. Co prawda kult Kybele nie był zbyt popularny wśród Rzymian, a jej kapłanami mogli być jedynie obcokrajowcy, to jednak włączano do tego kultu kilka elementów religii samych Rzymian. Otóż, już pierwszego dnia (15 marca) rzymskie bractwo trzcinowe przynosiło do świątyni bogini świeżo ścięte trzciny (na pamiątkę odnalezienia Attisa przez Kybele wśród trzcin na brzegu rzeki Sangarios). Siedem dni później następowało złożenie Attisa do grobu (po tym, jak w opętańczym szale pozbawił się męskości i zmarł z wykrwawienia), w postaci ściętego pnia jodły, który owijano bandażami (jak mumię) i przytwierdzano tam wizerunek Attisa. 24 marca, w "dzień krwi" ("dies sanguinis") nowi kapłani bogini Kybele, odurzywszy się wcześniej jakimś narkotykiem (był to zapewne wywar przyrządzony z jakichś ziół), który dawał im znieczulenie, tańczyli w orgiastycznym szale, tnąc sobie nożami ręce i nogi, a ostatecznie pozbawiali się swojego przyrodzenia, ofiarowując je następnie na ołtarzu Kybele. Kastracja była przez nich uważana za "wyrwanie zła u samych korzeni" i osiągnięcie doskonałości, poprzez zbliżenie się do żeńskiej formy istnienia. Nic dziwnego że wśród Rzymian te praktyki budziły obrzydzenie, ale zapewne były masowo oglądane przez gawiedź, jako że nic tak nie przyciąga publiczności jak seks i przemoc - a w tym przypadku mieli oni zapewnione jedno i drugie, choć może w nieco innej wersji.




Cała noc, z 24 na 25 marca przebiegała pod znakiem lamentów z powodu śmierci Attisa, ale za to ranek przeradzał się w powszechny wybuch radości, gdy kapłan Kybele oznajmiał ludziom że Attis zmartwychwstał (ponoć jego słowa brzmiały: "Odwagi, mystowie [ofiarnicy - czyli ci, którzy złożyli na ołtarzu bogini swoje przyrodzenia], bóg jest ocalony, dla was także nadejdzie wybawienie z cierpień"). Tego dnia (zwanego "dniem radości" - "dies hilaria") padano sobie w objęcia i radowano się odrodzeniem boga w nowym wcieleniu i w nowej roli (jako mężczyzny bez penisa przebranego w kobiecą suknię) i dlatego też sami kapłani bogini Kybele nosili kobiece stroje. 27 marca wyjmowano posąg Matki Idajskiej ze świątyni i w uroczystej procesji podążano ku rzece (Tyber), gdzie dokonywano rytualnego obmycia bogini. Zaś 28 marca ci, spośród kapłanów, którzy kilka dni wcześniej dokonali samookaleczenia, zostawali teraz oficjalnie przyjęci do zgromadzenia, a odbywało się to poprzez oblanie ich krwią złożonego w ofierze byka lub barana. Spożywali oni rytualny posiłek złożony z chleba i wina (po kilkudniowym okresie postu) i przechodzili "pod baldachim" (czyli do świętego miejsca gdzie znajdował się ołtarz bogini). Tak też święto dobiegało końca, a nowi kapłani stawali się członkami zgromadzenia Kybele i Attisa, które odtąd określało ich byt do końca ich życia. Co ciekawe, zwolennikami tego  kultu byli szczególnie dwaj ostatni cesarze z rodu Antoninów - Marek Aureliusz i jego syn Kommodus, którzy widzieli w tym możliwość powstrzymania chrześcijaństwa zdobywającego coraz większe poparcie szczególnie w niższych i średnich warstwach rzymskiego społeczeństwa. To tyle, jeśli chodzi o kult Wielkiej Macierzy. W kolejnej części przejdę do innej wielkiej bogini (kojarzącej się z seksem i seksualnością) do egipskiej Izydy, która swą popularność zyskała także i w Rzymie.
 





CDN.

czwartek, 13 maja 2021

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XXV

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY

DO ABDUL HAMIDA II






SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XIV






MATKA

SERAJ POD RZĄDAMI AYSE HAFSY

(1520 - 1534)

Cz. XIII




KAMPANIA "DWÓCH IRAKÓW"
Cz. III



 Gdy latem 1501 r. natchniony mistycznie Esma'il ze swą prawie 10 000 armią oddanych mu kyzyłbaszów, rozbił w bitwie pod Nachdżawanem 30 tys. siły szacha Ak Kojunlu - Alwanda bin Uzun Hasana, droga do Tebrizu stanęła przed nim otworem. Wkraczał tam, jako "powiernik Allaha", pełen pasji przekształcenia całego obszaru w "Państwo Sprawiedliwych Imamów", żądając od mieszkających tam ludzi bezwzględnego podporządkowania się szyickim kanonom wiary, a co za tym idzie, wypowiadania w meczetach podczas modłów, imion wszystkich dwunastu "bezgrzesznych imamów", oraz uznania siebie za kontynuatora dzieła ostatniego, 12-go imama - Mahdiego, jako reprezentanta Allaha na Ziemi. Esma'il miał wówczas zaledwie 14 lat, był więc jeszcze chłopcem, a mimo to pełen był pasji religijnego odnowienia kraju i oczekiwania na powtórne przyjście 12-go imama. Jednak w otoczenie jego doradców (owej siedmioosobowej rady - czyli tych kyzyłbaszów, którzy z narażeniem życia ukrywali i chronili młodego szejka) zaczęła wkradać się niepewność, jako że zdawali oni sobie doskonale sprawę, że jakieś 2/3 mieszkańców Tebrizu i okolic to są sunnici i pojawiała się obawa, czy uznają oni za swojego władcę młodzieńca, który wręcz wymusza na nich szyicki kanon wiary. Ale te wszystkie argumenty nie trafiały do Esma'ila. Uznał on bowiem siebie za posłańca Boga, któremu nie straszne są żadne przeszkody aby zrealizować swój cel. Stwierdził wręcz otwarcie, że nie boi się niczego, gdyż za nim stoi Allah i 12-u "bezgrzesznych imamów". A gdy sunnicka (wówczas dominująca) część Tebrizu, otwarcie zaprotestowała przeciwko narzucaniu im szyizmu, młody szach (po zajęciu miasta w lecie 1501 r. Esma'il został ogłoszony szachem) uzbrojony w miecz i w otoczeniu wiernych sobie kyzyłbaszów - którzy również dzierżyli w rękach miecze i kindżały - stanął naprzeciw ludu i otwarcie stwierdził że kto się nie podporządkuje jego poleceniom, zostanie zabity a jego dom spalony, gdyż przez niego przemawia sam Allah, wówczas ten tłum, który tam stanowił zdecydowaną większość, ustąpił. Ludzie przestraszyli się przede wszystkim niespotykanej determinacji młodzieńca, który otwarcie twierdził że jest "ustami" oraz "ręką" Boga. I w ten oto sposób wszyscy mieszkańcy Tebrizu stali się szyitami.

Jednak zemsta szacha Esma'ila na wrogach jego rodziny jeszcze nie dobiegła końca. Pomimo opanowania Tebrizu i zwycięstwa nad szachem Alwandem, młody władca wciąż kontrolował jedynie niewielki fragment kraju Persów (przekładając to na współczesne granice, były to ziemie północno-zachodniego Iranu i większa część Armenii), na południu zaś dalej władał syn sułtana Jakuba - Morad bin Uzun Hasan. Pałając chęcią zemsty za krzywdy, jakie Szirwan-szachowie i Ak Kojunlu zgotowali jemu i jego przodkom, zdawał sobie jednocześnie sprawę, że jego własne siły są znacznie mniej liczne, od zastępów Morada, dlatego też zaproponował mu układ, na mocy którego władza nad Farsem (czyli dzisiejszym Irakiem) syna sułtana Jakuba miała teraz pochodzić z nadania Esma'ila, jako "bożego powiernika". Oczywiście Morad tę propozycję odrzucił i zebrał 70 000 żołnierzy z którymi wyruszył przeciwko 12 000 armii młodego szacha. Do bitwy doszło w pobliżu Hamadanu, latem 1503 r. i zakończyła się ona druzgocącym zwycięstwem wojsk Esma'ila. Okazało się, że przewaga liczebna nie wystarczy aby odnieść zwycięstwo, tym bardziej, że żołnierze Morada zostali wzięci do wojska "na szybko" z poboru i nie mieli wielkiej motywacji w ugruntowaniu władzy swego pana, a myśleli raczej o tym, aby przeżyć lub uciec. Inaczej rzecz się miała w sfanatyzowanych i gotowych do poświęceń oddziałach szacha Esma'ila, gdzie kyzyłbasze - natchnieni głęboką wiarą swego mistrza - wiedzieli że jeśli zginą to pójdą prosto do Nieba, gdzie prócz Allaha i Mahometa, spotkają też 12 "bezgrzesznych" wraz z samym Mahdim. Z takim nastawieniem swego wroga, Morad nie miał żadnych szans na zwycięstwo, a jego klęska spowodowała, że utracił on władzę nad wszystkimi swymi ziemiami zachodnimi, a także nad całym Astrabadem (północno-wschodnie tereny Iranu leżące nad Morzem Kaspijskim), którego namiestnik zadeklarował swą lojalność wobec Esma'ila. Samemu Moradowi udało się uciec do Bagdadu (skąd potem znów musiał uchodzić do Syrii, rządzonej przez egipskich Mameluków i tak tułał się przez kolejne dwanaście lat, aż wreszcie w 1515 r. dopadli go w Dijar Bakir siepacze Esma'ila i odcięli mu głowę). Droga na południe stała teraz przed młodym władcą otworem, ale tutaj, w kraju Mazanderan (centralny Iran nad Morzem Kaspijskim) zderzył się z rosnącą potęgą emira - Husajna Kija Czelawiego, który po klęsce Morada, wybił się na niezależność, a jego władza sięgała prawie pod granice Teheranu. Co ciekawe, emir Husajn był szyitą, a mimo to nie zamierzał podporządkowywać się pod rozkazy "posłańca Allaha" i wystąpił przeciw niemu zbrojnie. Poniósł jednak klęskę (1504 r.) i został pokazowo zamknięty przez Esmai'la w żelaznej klatce, którą obwożono po miastach, by jeszcze bardziej upokorzyć byłego emira. Nie mogąc znieść tej zniewagi, popełnił on samobójstwo, a jego ciało kyzyłbasze spalili na głównym placu Isfahanu i (za zgodą Esma'ila)... zjedli (ku przestrodze innym).
 
 

 
Po zdobyciu Jazdu, już w 1504 r. Esma'il (w wieku 17 lat) stał się panem większości ziem współczesnego Iranu. Kolejne lata zajęło mu umacnianie granicy na wschodzie i na zachodzie (w 1507 r. rozgromił Kurdów atakujących ze wschodu i zdobył Dijar Bakir na zachodzie, co spowodowało że podszedł bezpośrednio pod granice Imperium Osmańskiego). Mimo to Morad wciąż władał na resztkach dawnego imperium Ak Kojonlu i było tylko kwestią czasu, kiedy Esma'il skieruje się przeciwko niemu. Stało się tak w 1508 r. gdy triumfalnie wkroczył do Bagdadu, dawnej stolicy arabskiego świata (sułtan Morad zbiegł wówczas do Aleppo, gdzie też znalazł kilkuletni azyl). Podbój całego Iraku trwał jednak do 1509 r. W następnym roku szach Esma'il opanował Szirwan (Azerbejdżan), skąd przewiózł zwłoki swego ojca - Hejdara, do mauzoleum w Ardebilu. Wówczas to wszedł również w konflikt, z rosnącym w siłę władcą kraju o nazwie Mawarannahr (Tadżykistan i południowy Uzbekistan), który zaczął napierać na Chorasan, będący pod władzą rodu Timurydów i spychał ich na Południe, ku Morzu Arabskiemu. Esma'il wysłał oficjalny protest do władcy Mawarannahru - Mohammeda Szejbani-chana, ale nie przyniósł on żadnych rezultatów (Szejbani-chan odpowiedział posłom Esma'ila, że powinien on wrócić do zakonnego trybu życia swoich przodków i zaprzestać zajmować się polityką). Tak rozpoczęła się wojna, która znalazła swój finał w bitwie pod twierdzą Marwan, gdzie Szejbani-chan poległ a jego wojsko poszło w rozsypkę (1510 r.). Do 1511 r. Safawidzki władca opanował cały Chorasan i stał się panem ogromnego terytorium, obejmującego ziemie starożytnych Medów. Tak oto w ciągu dziesięciu lat swych rządów, utworzył Esma'il ogromne imperium, a nieskończona parada zwycięstw i osobistych sukcesów tego władcy (trwająca realnie od 1499 r.), mogła rzeczywiście dowodzić jego wyjątkowej pozycji wśród prawowiernych i szczególnego uznania Allaha dla jego poczynań. Cieszył się on również ogromnym poparciem wśród muzułmanów w Anatolii, która to jednak wchodziła w skład Imperium Osmańskiego. Sułtan Bajazyd II co prawda przez wzgląd na dawne poparcie jego przodków dla Zakonu derwiszów-kyzyłbaszów, patrzył na to przez palce, ale na dłuższą metę nie mógł on tolerować poparcia, jakie jego właśni poddani przejawiali wobec obcego władcy. W 1511 r. wybuchło nawet na Półwyspie Teke (dawna Licja) szyickie powstanie zwolenników Esma'ila, sprawa okazała się więc bardzo poważna. Gdy zaś synowie Bajazyda rzucili się sobie do gardeł, rozpoczynając wojnę o władzę (1512 r.), szach Esma'il wsparł wówczas księcia Ahmeda przeciw Selimowi, a gdy ten pierwszy został pokonany i zabity, swoje poparcie przerzucił Esma'il na trzeciego brata - Morada, który jednak również przegrał batalię o władzę i musiał ratować się ucieczką.

Było oczywiste że nowy sułtan - Selim I Groźny, nie będzie tak przychylny dla swych szyickich poddanych, a już w szczególności przychylny nie będzie Esma'ilowi. Było też oczywiste że konflikt pomiędzy tymi dwoma władcami i imperiami, wybuchnie wkrótce z całą siłą, tym bardziej, że po pokonaniu i zabiciu Szejbani-chana, Esma'il wysłał jego głowę do Konstantynopola, jako... podarek dla nowego sułtana. Selim wpadł w gniew, który w pierwszej chwili wyładował na szyitach w swoim kraju, nakazując im porzucić wiarę w imamów i przyjąć sunnę, a ponieważ ci odmówili, dokonał prawdziwej eksterminacji, mordując ponad 40 000 swoich szyickich poddanych (tym zaś, którzy przeżyli eksterminację, kazał wypalać na czole specjalne piętno, świadczące o ich odstępstwie od oficjalnej wiary i dające przyzwolenie na ich upokarzanie). Tysiące prześladowanych w ten sposób szyitów, swe modlitwy i nadzieje kierowali w stronę Ardebilu i Isfahanu - czyli siedzib "niezwyciężonego powiernika Allaha". Liczyli na to, że zwycięski władca wkroczy do Anatolii i wyzwoli ich spod władzy sunnitów z Konstantynopola. I rzeczywiście, wiosną 1514 r. wybuchła wymodlona przez anatolijskich szyitów wojna, która od samego początku nosiła znamiona "wojny świętej". Dla Esma'ila wyprawa do Anatolii była oczywistą koniecznością zadbania o wiernych swego Zakonu, których dobry mistrz nie mógł porzucić na pastwę losu, natomiast dla Turków wojna z Persami była wojną religijną, gdyż wiarę szyitów uważali oni za zwykłe bluźnierstwo wobec Allaha i Mahometa, a co za tym idzie, byli oni uważani w ich oczach za gorszych od chrześcijan, wyznawców judaizmu czy nawet od pogan, jako że otwarcie pluli (w ich oczywiście przeświadczeniu) na całą wiarę, daną muzułmanom przez Mahometa. Obie strony spotkały się 23 sierpnia 1514 r. na polach Czałdyranu w północno-zachodnim Iranie. Siły osmańskie liczyły prawie 100 tys. żołnierzy i ponad 200 armat. Natomiast wojsko Esma'ila składało się z 40 tys. żołnierzy, którzy mieli do dyspozycji zaledwie... cztery działa (były to jedyne armaty, jakimi w swoim państwie dysponował Esma'il, który zresztą bardziej liczył na fanatyzm i poświęcenie swoich kyzyłbaszów, niż na skuteczność ognia artyleryjskiego czy broni palnej). Ta ponad dwukrotna przewaga Turków, nie budziła w szachu większych obaw, gdyż uważał on siebie za naczynie w ręku Boga, a to oznaczało, że nie mógł przegrać, gdyż wszystko co czynił, było zgodne z Wolą Bożą. Tym bardziej, że już wcześniej wielokrotnie stawał do walki ze znacznie liczniejszym przeciwnikiem i zawsze wygrywał, dlaczego więc teraz miałoby być inaczej? Szach zlekceważył też rady swoich doświadczonych oficerów, którzy namawiali go do szybkiego, wyprzedzającego uderzenia na siły osmańskie, celem wzniecenia strachu w szeregach wroga i przerwania ich szyków. Esma'il odmówił, twierdząc że byłoby to niehonorowe, zabronił również strzelania do wroga ze swych czterech armat, gdyż uważał "chowanie się za armatami" za przejaw tchórzostwa. Wierzył że jest wysłannikiem Boga, więc zwycięstwo samo przyjdzie, wystarczy tylko mocno wierzyć i dzielnie walczyć.
 
 

 
I rzeczywiście, gdy bitwa się rozpoczęła, szarża perskiej jazdy pod osobistym dowództwem Esma'ila spowodowała cofnięcie się wojsk tureckich, a nawet wybuch paniki w ich szeregach (która to jednak szybko została opanowana). Wyglądało na to, że zwycięstwo szach ma już w kieszeni, tym bardziej że w starciach z fanatycznymi kyzyłbaszami, nawet równie oddani sułtanowi janczarowie nie byli w stanie się równać. I wtedy Turcy wycelowali w Persów swoje armaty. To była masakra, w bitwie zginęło kilkadziesiąt tysięcy wojowników kyzyłbaszów (choć straty Turków też były duże), co spowodowało pospieszny odwrót wojsk Esma'ila w kierunku Tebrizu. We wrześniu 1514 r. do tego miasta wkroczył zwycięski Selim, ale dalszy marsz na Isfahan nie był możliwy ze względów na duże braki w zaopatrzeniu oraz znaczną liczbę rannych. Selim musiał więc się wycofać z Tebryzu, zatrzymał sobie jednak Dijar Bakir i skierował się teraz na Południe, ku egipskim Mamelukom. Bitwa pod Czałdyranem była jednak głównie przegraną samego szacha, gdyż godziła we wszystkie podstawy jego władzy. On, uznawany dotąd powszechnie za niezwyciężonego "bożego pomazańca", żywego reprezentanta Allaha na Ziemi, poniósł klęskę w "świętej wojnie" i to klęskę tak dotkliwą. Czym teraz miał wytłumaczyć swoją władzę i swoje panowanie, skoro Bóg się od niego odwrócił? Nic dziwnego że po bitwie szach wycofał się z aktywnego udziału w polityce, poświęcając teraz czas na rozrywki, które wcześniej uważał za niegodne dobrego muzułmanina - wino, hazard i seks (z tym że jego harem był nieliczny, jako że Esma'il posiadał odmienne preferencje seksualne i wolał "towarzystwo" młodych chłopców, od kobiet i dziewcząt). Upijał się teraz do nieprzytomności z żalu i przygnębienia, popadając w coraz większą depresję. Realna władza spoczęła zaś w rękach namiestnika Esma'ila - Mirzy Szacha Husajna Esfahaniego, który jednak nie był dobrze przyjmowany przez turkmeńskich kyzyłbaszów, ze względu na swoje pochodzenie. Był bowiem Persem, którzy to dla Turkmenów byli co najwyżej "ludźmi pióra", ale już nie miecza, przeto długo nie mógł zdobyć uznania wśród członków Zakonu derwiszów, choć i tak na swoim stanowisku utrzymał się stosunkowo długo, bo aż przez dziewięć lat (do 1523 r.). Turkmeni uważali się bowiem za "najodważniejszych" i "najwierniejszych" członków Zakonu, przeto domagali się dla siebie specjalnego traktowania i wpływu na politykę. Minowanie namiestnikiem szacha rodowitego Persa, było w ich mniemaniu policzkiem wymierzonym w ich poświęcenie dla Zakonu oraz samego duchowego mistrza.
 
 

 
Szach Esma'il zmarł w maju 1524 r., w wieku 36 lat. W chwili śmierci był już wrakiem człowieka i w żaden sposób nie przypominał pełnego wiary i wigoru młodzieńca z pierwszych lat swych rządów. Teraz był alkoholikiem, którego często znajdowano nieprzytomnego, leżącego we własnych rzygowinach. A do takiego załamania, doprowadziła go jedna tylko bitwa, czy też raczej nowoczesna broń Renesansu, jaką były armaty (oraz broń palna), które to odmieniły losy toczonych wojen. Kolejnym mistrzem Zakonu derwiszów i szachem Persów (czy też raczej "kraju kyzyłbaszów" - jak powszechnie wówczas mawiano o państwie szacha Esma'ila), został 10-letni syn poprzedniego władcy - Tahmasp I, który przez pierwszą dekadę swego panowania, był jedynie marionetką w rękach ambitnych kyzyłbaskich wodzów, którzy teraz już nie widzieli w nim ani przywódcy politycznego, ani tym bardziej mistrza duchowego, a jedynie bezradne dziecko, zdane na ich łaskę i niełaskę. W tym samym zaś czasie na zachodzie urosło Persom potężne Imperium Osmańskie, w którym to panował teraz Sulejman Wspaniały, dążący do rozszerzenia granic swej potęgi nie tylko na chrześcijańską Europę, ale również na ziemie należące do szyitów i kyzyłbaskich członków Zakonu derwiszów. A ukoronowaniem wizji dominacji Sulejmana i sunnitów na tych ziemiach, miało być teraz opanowanie Bagdadu. 






CDN.