Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 24 sierpnia 2021

MIEJSKIE LEGENDY, OPOWIADANIA I NIEZWYKŁOŚCI - Cz. XII

CZYLI MAŁO ZNANE TAJEMNICE

I AUTENTYCZNE WYDARZENIA,

KTÓRE OSNUWA AURA BAJKOWOŚCI

I NIEPRAWDOPODOBIEŃSTWA

 



 

II

CZY LUKRECJA BORGIA

SYPIAŁA ZE SWYM OJCEM I BRAĆMI?

Cz. VIII

 





 
 MEDIOLAN SFORZÓW
Cz. VII
 

  
 Ród Sforzów założony został przez niejakiego Muzzio Attendolo z miejscowości Cotignola (nieopodal Rawenny) w Romanii, który po raz pierwszy dał się poznać w wieku lat szesnastu, gdy w 1385 r. na ziemie jego rodziny najechali żołnierze kondotiera Boldrina de Panicale (pozostającego pod rozkazami Alberico de Barbiano, walczącego po stronie papieża Urbana VI z Bolonią). Wówczas to młody Muzzio - uzbrojony jedynie w rydel (czyli łopatę o spiczastym ostrzu) - zbliżył się do żołnierzy i hardo zapytał ich, dlaczego najechali jego ziemie. Gdy zaś tamci wybuchli śmiechem, Muzzio uniósł do góry swój rydel, dając jednocześnie znak, że nikogo z nich dalej nie przepuści, a to jeszcze bardziej spotęgowało w nich wesołość. Wreszcie zainteresowany humorem swych żołnierzy, do Muzzia podszedł sam Boldrin - sławny kondotier, który wyjaśnił chłopcu, że zatrzymał się tutaj wraz ze swymi żołnierzami na odpoczynek, ale jednocześnie był zdumiony jego odwagą i hardością. Muzzio wówczas rzekł, że wziął ich za drabów rodu Passolinich, z którymi jego rodzina miała konflikt i których - jak sam stwierdził - poprzysiągł wytępić, co znów rozbawiło żołnierzy Boldrina. Dowódca jednak - zauroczony jego odwagą - zabrał go do swego namiotu i zaproponował dołączenie do jego armii, roztaczając przed nim wizję wielkiej sławy, bogatych łupów i pięknych kobiet. Tej samej nocy Muzzio dołączył do wojsk Boldrina de Panicale (przydzielono go do oddziału Scorruccia da Spoleto), jadąc na skradzionym swemu ojcu koniu i mając pod ręką zawiniątko z prowiantem, oraz zardzewiały rożen jako broń. Tak rozpoczęła się jego kariera kondotiera, a jednocześnie początek rodu Sforzów, bowiem ów przydomek otrzymał on właśnie z uwagi na niespotykaną odwagę i strach, jaki wzbudzał u wrogów.

W 1389 r. Muzzio Attendolo powrócił do swej rodzinnej miejscowości, lecz jego celem nie było objęcie gospodarstwa po ojcu, a usamodzielnienie się i założenie własnej kompanii. Dobrze bowiem wiedział, że prostemu żołnierzowi, pod rozkazami kapitanów przypadają w udziale jedynie ochłapy i że aby osiągnąć coś więcej, musi się usamodzielnić. W Cotignoli zwerbował więc siedmiu młodzieńców, roztaczając przed nimi - jak wcześniej uczynił to Boldrin - wizję wielkich bogactw i sławy. Owi młodzieńcy jednak w całości należeli do rodziny Muzzia i albo byli jego braćmi (jak Bartolo i Francesco "Beccaletti") albo też kuzynami (Lorenzo, Michele, Foschino, Bosio i Santoparente dei Peracini). Trochę to trwało, zanim ostatecznie skompletowali oni broń, zbroje i konie, potrzebne każdemu kondotierowi do marszu oraz walki, a gdy już im się to udało, wyruszyli w drogę, aby dołączyć do sił Alberica de Barbiano. Szybko też zyskali sobie też wątpliwą sławę najbardziej okrutnych i bezlitosnych żołdaków, jakich tylko można było spotkać wśród najemnych wojsk, którymi wówczas posługiwali się władcy italskich państewek. Znani byli pod nazwą "Ósemki z Cotinoli" i budzili przerażenie nie tylko swych wrogów, ale przede wszystkim ludności miejscowej, która najbardziej była narażona na żołnierskie gwałty i rekwizycje. Muzzio pełnił tam nieoficjalną rolę przywódcy całej grupy i jednocześnie był z nich najbardziej okrutny oraz skory do wszelkich zwad, kłótni i bijatyk. Sprzeciwiał się nawet rozkazom samego Alberica, za co ten (w przypływie humoru) nadł mu właśnie przydomek "Sforza" - co znaczy "Potężny". Około 1398 r. Muzzio wraz z kompanami, zgromadziwszy wokół siebie oddział 1000 jeźdźców oraz 400 piechurów, opuścił Alberica i założył swoją własną "bandę", proponując jednocześnie swe usługi miastu Perugia, zaatakowanemu właśnie przez wojowniczych signorii z Mediolanu, na czele którego stał ród Viscontich.

Warto też na moment zająć się tym rodem, jako że to właśnie jego następcami będą w Mediolanie Sforzowie (a konkretnie syn i następca Muzzio Attendolo - Francesco I [Franciszek] Sforza). Otóż objęcie władzy w Mediolanie przez ród Viscontich i wprowadzenie signorii (dziedzicznego panowania), odbyło się kosztem istnienia dotychczasowej republiki (czyli komun miejskich), jaka w Mediolanie została wprowadzona w roku 1097 (w tym bowiem roku wzmiankowani są tam pierwsi konsulowie - czyli rajcy miejscy), w okresie tzw.: "gorączki krucjatowej" jaka wówczas ruszała do Ziemi Świętej, w celu uwolnienia Grobu Świętego z rąk Saracenów. Wcześniej miasta niewiele znaczyły, gdyż po upadku Zachodniego Imperium Rzymskiego - 476 r. - straciły swą dominującą pozycję polityczną, gospodarczą i osadniczą, a stały się co najwyżej siedzibami lokalnego władcy lub biskupa - choć pałace królewskie z reguły znajdowały się poza obszarem miejskim, stąd taka popularność wznoszenia na prowincji wszelakich zamków). Władza hrabiów Mediolanu ustąpiła więc miejsca władzy komun miejskich, którym najczęściej przewodzili wielcy feudałowie (capitanei) mający poparcie lokalnego biskupa. Do nich doszli również zajmujący się handlem kupcy miejscy (negotiatores) wsparci przez rycerstwo (milites lub vavassores - czyli wasali). Na końcu zaś był lud (populus). Zarząd miejski dzielił się na dwie rady: wielką (złożoną głównie z feudałów i wasali), oraz małą (ludową - często liczącą nawet kilka tysięcy ludzi). W ten sposób samoczynnie powstawały też najróżniejsze frakcje polityczne, nad których pogodzeniem czuwał niejaki podesta (potestas), który nie tyle był przywódcą, co arbitrem miejskim (nie posiadał realnej władzy politycznej). Cały czas bowiem trwały konflikty pomiędzy arystokracją a ludem i różne oblicza przybierały poszczególne włoskie komuny miejskie: był takie w których niepodzielnie rządzili feudałowie, takie, w których lud wymusił dopuszczenie go do współrządów, oraz takie, gdzie lud wygnał arystokrację z miasta (w Perugii miało to miejsce aż trzykrotnie w okresie średniowiecza), w Mediolanie odbywało się to na zasadzie wzajemnego "ucierania" się interesów i choć miastu przewodzili feudałowie, to jednak lud miał również - poprzez "mniejszą radę" wpływ na podejmowane przez nich decyzje.




Symbolem Mediolanu były trzy rzeczy. Po pierwsze symboliczne klucze do miasta, po drugie wóz bojowy ("carroccio" - stąd późniejsza nazwa karocy, karety) użyty po raz pierwszy już w 1039 r., oraz sztandar z wizerunkiem św. Ambrożego - patrona miasta. Kult świętych patronów był niezwykle ważny, gdyż symbolizował niezależność danego ośrodka i możliwość rządzenia się po swojemu, dlatego też uroczyste procesje ku czci świętego, były naturalnym widokiem i stanowiły miejski krajobraz ówczesnych włoskich (i nie tylko włoskich) miast. Znaczenie komun miejskich uległo jednak znacznemu osłabieniu, gdy lud zaczął zdobywać coraz większe wpływy i gdy w jego imieniu zaczęli występować ambitni panowie (signiori), którzy szybko objęli dziedziczną władzę w miastach. W Mediolanie taką władzę najpierw przejęła rodzina della Torre (od 1197 r.), należąca do stronnictwa Gwelfów (sprzymierzeńców papiestwa i rodu Welfów), a następnie ród Visconti, którego pierwszym przedstawicielem w roku 1277, był Otton – arcybiskup Mediolanu (od 1262 r.) i przedstawiciel stronnictwa Gibelinów (zwolenników władzy cesarskiej, nazwa wzięta od zamku rodu Hohenstaufów – Waiblingen). Mediolan już wówczas był silnym imperium handlowym, pośredniczącym pomiędzy Genuą, a krajami leżącymi na północ od Alp, mający silnie rozbudowany przemysł tekstylny i metalurgiczny (szczególnie sukiennictwo było tutaj dominujące), a także rolnictwo (rozbudowa kanałów, wprowadzanie nowych upraw).

Władzę Viscontich ugruntował bratanek Ottona – Mateusz I (Matteo), który objął rządy po śmierci wuja w 1295 r. i otrzymał od króla rzymskiego (niemieckiego) Henryka VII, tytuł cesarskiego wikariusza (1311 r.), ale wcześniej, już w 1302 r. utracił władzę, gdy miasto zajął jego przeciwnik - Guido della Torre, który przy pomocy takich miast jak: Pawia, Cremona, Piacenza, Lodi, Novara, Crema, Monferrato i Vercelli zdołał przejąć władzę. Przy wsparciu Henryka VII w 1311 r. Mateusz powrócił do Mediolanu i wkrótce potem podporządkował sobie Pawię i Cremonę, zaś z innych miast (Como, Novara, Vercelli, Bergamo, Brescia i Lodi) przy pomocy Crangrande della Scala, zorganizował silny sojusz gibeliński. Ponieważ zaś popadł w konflikt z papieżem Janem XXII, ten oskarżył go o nekromancję (przywoływanie duchów zmarłych) i obłożył ekskomuniką w 1322 r. Ponieważ taki krok miał doniosłe znaczenie polityczne i w zasadzie wykluczał panującego (objętego klątwą) nie tylko z grona chrześcijańskich władców, ale również z grona zbawionych, a to oznaczało, że każdy poddany mógł bez obaw wypowiedzieć takiemu księciu posłuszeństwo, dlatego też Mateusz (w wieku 72 lat) przekazał całą władzę swemu synowi – Galeazzo I (maj 1322 r.), a sam wycofał się z życia politycznego i zmarł wkrótce potem (czerwiec). Poważne znaczenie zyskał Mediolan za panowania drugiego syna Matteo – arcybiskupa Jana (Giovanniego) Visconti (1349-1354), gdy państwo to obejmowało liczne miasta poza Lombardią, aż po Asti oraz Parmę i Bolonię. W 1353 r. Jan uzyskał również signiorię w Genui (którą utracono w 1356 r.).




W 1354 r. państwo zostało podzielone pomiędzy bratanków Jana, czym dodatkowo je osłabiono, a wówczas doszło do wielu buntów w podległych Mediolanowi miastach Piemontu i dopiero gdy w 1385 r. pełnię władzy w swych rękach uchwycił Gian Galeazzo Visconti, kraj znów zaczął odzyskiwać swe znaczenie. Jego priorytetem stało się przede wszystkim ulżenie ludowi we wszelkich obciążeniach fiskalnych i jako pierwszy wprowadził obniżkę podatków, czym zyskał sobie wielu zwolenników. Kontynuował też ekspansję zbrojną na inne miasta i na początku lat 90-tych XIV wieku, opanował Weronę (wypędzając stamtąd signorię Scaglierów) oraz Padwę. Zaatakował też Bolonię i Florencję. Po zawarciu pokoju (1392 r.) musiał co prawda oddać Padwę rodowi Carraresi, ale resztę zdobyczy zatrzymał i dodatkowo zabezpieczył niezależność Sieny od Florencji. W 1395 r. zaś, otrzymał od króla rzymskiego (niemieckiego) - Wacława IV Luksemburskiego, tytuł książęcy. W ciągu następnych lat, toczył nowe wojny z Francją, kantonami szwajcarskimi, Florencją, Padwą i Mantuą. W 1401 r. Opanował Bolonię, czym otoczył Florencję i wówczas stał się najpotężniejszym księciem Italii, co znacznie rozbudziło jego apetyty – myślał już bowiem o koronie królewskiej zjednoczonych Włoch. Niestety, plany te pokrzyżowała śmierć – padł on bowiem ofiarą zarazy i zmarł 3 września 1402 r. Jego następcy nie odnieśli już takich sukcesów, a państwo Gian Galeazza rozpadło się zaraz po jego śmierci.

Właśnie w jednej z takich wojen po stronie Perugii, przeciw armii Mediolanu, walki toczył Muzzio Attendolo Sforza, który dzielnie bronił tego miasta (za co uzyskał nawet obywatelstwo Perugii). Ale to mu nie wystarczyło, pragnął bowiem sławy i potęgi, którego nie mogła mu zapewnić mała Perugia, dlatego też, gdy tylko uzyskał dobrze płatną ofertę ze strony Florencji, pozostawił Perugię własnemu losowi i przeniósł się do stolicy Toskanii, gdzie też zakochał się w pewnej dziewczynie z San Miniano – Lucji Terzani. Z tego związku, w lipcu 1401 r. przyszedł na świat syn o imieniu Francesco, a następnie córki: Eliza (1402 r.) i Antonia (1404 r.), syn Alberico (1403 r.), Leon (1406 r.), Giovanni (1407 r.), Gregorio (1409 r.) i córka Ursula (1411 r.). Muzzio co prawda bardzo kochał Lucię (która była piękna i łagodna – zupełne przeciwieństwo jego samego), ale jednocześnie zdawał sobie dobrze sprawę, że jest też biedna, a to zupełnie wykluczało małżeństwo. Gdy więc zarysowała się okazja poślubienia Antoni dei Salimbeni – wdowy po władcy Cortony, która w posagu wniosła twierdzę Chiussi, Muzzio nie zastanawiał się ani chwili. Pożegnał płaczącą Lucję i wyjechał do nowej wybranki, którą poślubił w 1409 r. (Lucję zaś wydał za mąż, za swego przyjaciela – Marca Foglianiego z Parmy, gdzie też z dziećmi się przeniosła i gdzie od czasu do czasu ją odwiedzał). Z tego związku na świat przyszedł syn – Bosio, urodzony w 1410 r. Antonia jednak wkrótce potem zmarła (1411 r.) a Muzzio wyjechał na Południe, na wezwanie królowej Neapolu – Joanny II, której to został kondotierem i kochankiem. Tam popadł w konflikt z innym kochankiem królowej i jej faworytem – Pandolfellim Alopo, który, w obawie o swą pozycję, uknuł spisek i oskarżył Muzzia o próbę obalenia monarchini. Został więc Muzzi wtrącony do lochu w Castel dell'Ovo (więzieniu dla plebsu) z niechybnym wyrokiem śmierci.




Ale Muzzio Attendolo Sforza nie był człowiekiem, który łatwo się poddawał i po paru tygodniach spędzonych w celi, postanowił zawrzeć układ z Pandolfem, ofiarowując mu w zamian za swą wolność, własne usługi kondotiera, dzięki którym - jak twierdził Muzzi - Pandolfelli sam zasiądzie na tronie. Było to wielkie wyróżnienie w stosunku do człowieka, który pochodził z gminu i który awansował tylko i wyłącznie dzięki protekcji królowej Joanny, ale Pandolfelli nie był przekonany do tego pomysłu. Ostatecznie Muzzio zaproponował, że poślubi jego siostrę - Katarzynę Alopo. Tak też się stało, w czerwcu 1413 r. Muzzio poślubił Katarzynę i tym samym został szwagrem Pandolfa Alopo. Nowa żona wniosła mu w posagu aż pięć zamków w Kalabrii. Muzzio spłodził z nią troje dzieci (dwóch synów - Leonarda w 1415 r. i Pietra w 1417 r., oraz córkę która zmarła wraz z matką zaraz po urodzeniu w 1418 r.). Po śmierci Katarzyny, ambitny kondotier ożenił się po raz trzeci (1419 r.), a jego wybranką była teraz Maria, córka księcia Sessy - Giacomo da Marzano i wdowa po Ludwiku II Andegaweńskim i po hrabim di Celano. Nowa małżonka co prawda nie odznaczała się urodą, ale czegóż się nie robi dla pieniędzy, wniosła mu bowiem w posagu rozległe tereny w prowincji Terra di Lavorno. Z tego związku narodziło się dwóch synów - Bartolomeo (1420 r.) i Carlo (1423 r.). Oczywiście związek małżeński wcale nie spowodował, że Muzzio zaprzestał swych miłostek, szczególnie gdy małżonka nie grzeszyła urodą. Ów kondotier nie należał też do ludzi, którzy zbyt często widywali swoje dzieci, raczej starał się je umieszczać w bezpiecznych i w miarę wygodnych środowiskach, ale sam prawie w ogóle ich nie odwiedzał. Jednak Franciszka - swego pierworodnego (choć bękarta) przeznaczył na swego następcę i gdy tylko chłopiec skończył dwunasty rok życia, ojciec wezwał go do siebie z Neapolu i zapowiedział, że od tej chwili syn musi stać się mężczyzną. Roztoczył przed nim oczywiście wizję sławy oraz bogactw, zapowiadając że będzie znacznie sławniejszy i potężniejszy niż on sam, gdyż zaczyna z lepszej niż on pozycji. Zapowiedział mu jednak, że musi służyć możnym panom jako kondotier i oddał go na służbę swym weteranom (1413 r.). Od tej chwili chłopiec żył w obozach wojskowych i uczył się sztuki wojennej. W 1417 r.  Franciszek Sforza wziął udział - u boku ojca - w swej pierwszej kampanii wojennej i szybko też zaczął przypominać Muzzia. Walczył dzielnie i odważnie, a jednocześnie odznaczał się gwałtownością zarówno w boju, jak i w miłości. Zdeflorował wiele wieśniaczek, które zaraz potem porzucał. Tę radę również wpoił mu ojciec, mówiąc, że zarówno miłość jak i przyjemność jest naturalną rzeczą dla mężczyzny i jeśli ma ochotę, może brać sobie jaką chce kobietę - gdyż te służą tylko przyjemności. Ale - dodawał Muzzio - małżeństwo to zupełnie co innego, tutaj już należy myśleć o przyszłości - czyli powiększaniu własnego majątku i znaczenia.

I tak też się stało, gdy w 1418 r. Franciszek został zmuszony do poślubienia kobiety, której nie tylko nie kochał, ale która była mu obca lub nawet odpychająca. Miała jednak tę zaletę, iż była córką księcia Rossano i hrabiego Altomonte, a zwała się ona - Polisseną Ruffo. Dzięki temu małżeństwu Franciszek stał się możnym panem wielu włości. Wkrótce potem ojciec znów zabrał go na wojnę (1419 r.), a gdy wrócił z wyprawy przeciw królowej Neapolu - Joannie II, jego małżonka powiła na świat córkę (1420 r.) lecz w wyniku powikłań porodowych wkrótce potem zmarła. O córce też niewiele wiadomo, czyli musiała umrzeć wraz z matką. Taka sytuacja spowodowała niechęć dotychczasowych poddanych Polisseny, którzy nie godzili się, aby teraz panował nad nimi Franciszek Sforza i w trzy miesiące po śmierci swej dobrodziejki, wzniecili bunt. Muzzio nie pozostawił syna samemu sobie i wysłał mu do stłumienia buntu 1200 swych żołnierzy, przy których pomocy Franciszek krwawo rozprawił się z buntownikami i zmusił ich do posłuszeństwa. Muzzio Attendolo Sforza zginął wkrótce potem w styczniu 1424 r., ratując z wody swego tonącego giermka, a ponieważ był w ciężkiej kolczudze, bardzo szybko szedł pod wodę i nikt nie zdążył udzielić mu pomocy. Śmierć ojca - choć była tragedią, tym bardziej że zginął on w taki sposób a nie z mieczem w ręku - otworzyła jednak przed Franciszkiem nowe możliwości, z których ten ambitny młodzian szybko i ochoczo skorzystał.          
  



  
CDN. 
  

niedziela, 22 sierpnia 2021

WIELKA TRWOGA - Cz. I

CZYLI WOJNY GRECKO-PERSKIE,

WIDZIANE OCZYMA 

NIE TYLKO ZWYCIĘSKICH

ATEŃCZYKÓW I SPARTAN, 

LECZ GŁÓWNIE MIESZKAŃCÓW

ZAGROŻONYCH PRZEZ

PERSÓW GRECKICH WYSP I MIAST




 
 Miałem dziś zająć się tematem Afganistanu i tego, w jaki sposób "udało się" ewakuować stamtąd zagrożone zemstą Talibów osoby, ale uznałem że jednak nie ma sensu pisać o czymś, co jest publicznie wertowane przez wszystkie możliwe media, od tych mainstreamowych po społecznościowe. Warto jednak stwierdzić, że blamaż Ameryki jest totalny, a klęska, jaką ponieśli oni w Afganistanie, jest nieporównanie większa (mam tu na myśli przede wszystkim efekt psychologiczny - który jest niezwykle istotny w polityce międzynarodowej), od tej, jakiej doznali w Wietnamie. Co prawda z Afganistanu zawsze wycofywały się (a tak naprawdę uciekały) nawet największe potęgi świata, jak Wielka Brytania czy Związek Sowiecki, ale różnica jest taka, że tamto wycofywanie się następowało stopniowo i w zwartych kolumnach, wraz z ewakuacją zagrożonej ludności (współpracującej z owymi najeźdźcami), jak również z całym sprzętem wojskowym. Natomiast w tym przypadku mamy do czynienia z ucieczką, i to ucieczką paniczną. Amerykanie nie tylko pozostawili ludność Afganistanu na łaskę i niełaskę nowych pasztuńskich panów (przypominających bardziej pasterzy kóz niż regularną armię), ale również własnych informatorów i - co już totalnie zakrawa na komedię - swoich własnych obywateli. Dziś ani Biały Dom, ani Pentagon nie mają pojęcia (i publicznie o tym mówią) ilu jeszcze Amerykanów pozostało w Afganistanie. Poza tym armia afgańska (finansowana przez USA) liczyła 300 tys. żołnierzy, uzbrojonych w najnowocześniejszy sprzęt wojskowy, w tym śmigłowce bojowe Blackhawk, samoloty, noktowizory, drony, karabiny szturmowe (w tym również i nasze Beryle, ofiarowane Afgańczykom przez Wojsko Polskie), ponad 800 czołgów i artylerię. To wszystko, w ciągu kilku dni wpadło w ręce "pasterzy kóz", którzy zeszli w gór i łącznie liczyli nie więcej, jak jakieś 70-80 tys. ludzi. Armia afgańska - tak ochoczo finansowana przez Amerykanów - przestała istnieć w ciągu kilku dni, a Amerykanie po prostu stamtąd uciekli, pozostawiając cały sprzęt i ludzi - w tym własnych obywateli. Jak to nazwać, jeśli nie totalną klęską? tym bardziej że przeskok cywilizacyjny Talibów, po opanowaniu pozostawionego przez Amerykanów i afgańską armię sprzętu, jest taki, jak pomiędzy średniowiecznym łucznikiem, a współczesnym żołnierzem, uzbrojonym w najnowocześniejszy sprzęt. Co ciekawe - cały ten sprzęt Amerykanie ofiarowali Afgańczykom ZA DARMO! I to tym samym Afgańczykom, którzy poddali się w ciągu kilku godzin, gdy okazało się że Amerykanie uciekają z Afganistanu. Poddali się pasztuńskim pasterzom kóz, zbieraninie młodych mężczyzn, którzy często nie potrafią nawet czytać i pisać. Jak to więc skomentować?

A tymczasem Polacy, którzy zawsze byli najbliższymi przyjaciółmi Stanów Zjednoczonych, bo u nas zawsze postrzegano ten kraj, jako taką większą Polskę - kraj wolności i demokracji, gdzie można zrealizować własne marzenia (trochę to infantylne, aczkolwiek tak właśnie było, zresztą Polacy aktywnie wspierali powstanie USA, nie tylko walcząc w Wojnie o Niepodległość tego kraju z lat 1775-1781/83, ale przede wszystkim doprowadzili do tego, że angielskie kolonie w Nowym Świecie w ogóle przetrwały. Mam tutaj na myśli kolonię Jamestown, o której to profesor Luis B. Wright powiedział kiedyś: "Jeśli Jamestown by upadło, Hiszpania i Francja ostatecznie podzieliłyby całą Amerykę Północną pomiędzy siebie i nigdy nie powstałyby Stany Zjednoczone", zaś prezydent USA Gerald Ford w 1973 r. stwierdził: "Pomysłowość i kwalifikacje, jakie zaprezentowali ci polscy imigranci napawają wszystkich Amerykanów polskiego pochodzenia wielką dumą. Te właśnie cechy uczyniły Amerykę wielkim krajem. Przybycie pierwszych Polaków do Ameryki jest ważne z wielu powodów - ponieważ (...) praca tych pierwszych imigrantów miała zasadnicze znaczenie dla przetrwania kolonii Jamestown"), a mimo to, Polacy byli i wciąż są uważani przez amerykańskich polityków za coś w kształcie kamienia u nogi. Administracja kryptokomunisty - Franklina Delano Roosevelta, zdradziła nas zarówno w Teheranie (1943 r.) w Jałcie (1945 r.), jak i w Poczdamie (tu akurat była już administracja Trumana), oddając nas w ręce Sowietów na śmierć i poniewierkę. A dziś też nie jest lepiej. Dziś za taki sam sprzęt, jaki Afgańczycy otrzymali za darmo, tylko po to by oddać go w ręce wrogich Ameryce Talibów, Polska musi płacić ogromne pieniądze. I to jest dla Amerykanów ok? Inna sprawa - w naszych założeniach (szczególnie od chwili objęcia władzy przez Donalda Trumpa, ale również i za poprzednich prezydentów) była nadzieja, że USA, opierając się na Polsce i innych krajach Międzymorza, stworzą silny ośrodek, który skutecznie będzie mógł w przyszłości opierać się zarówno imperialnym planom Moskwy, jak i Berlina. Ale niestety, w koncepcji Amerykanów wsparcie dla Polski miało polegać tylko na tym, abyśmy jako państwo nie zostali wchłonięci przez Rosję, ale już w żadnym razie nie na tym, aby stworzyć tu jakieś silne centrum Środkowoeuropejskie, takie jak chociażby powstało w Turcji (Amerykanie zmodernizowali armię turecką w taki sposób, że jest ona dziś jedna z największych i najlepszych na świecie). A już od chwili, gdy w Białym Domu zasiadł Biden, to wydaje mi się, że we wzajemnych relacjach Amerykanie w ogóle się pogubili. Biden - poprzez swoich przedstawicieli - zaczął m.in. mamrotać coś o umiejscowieniu siedziby Trójmorza w... Berlinie, na co trudno nawet odpowiedzieć (ja nie wiedziałem czy mam się śmiać, czy płakać, bowiem mamy tu do czynienia - w najlepszym przypadku - z poważnym zaburzeniem psychicznym prezydenta USA). Biden po prostu stwierdził że oddaje całą Europę Środkową w ręce potomków nazistów i dzięki temu Europa (w tym oczywiście ta Środkowo-Wschodnia) dozna prawdziwego szczęścia i wieczystej radości. A wygląda to dokładnie tak, jakby wpuścić lisa do kurnika po to, aby bronił kur. Czyś to nie zakrawa o szaleństwo?

I to w zasadzie tyle, co miałem do powiedzenia, bo nie ma sensu się bardziej pastwić nad tą administracją, która jasno daje do zrozumienia, że Amerykanie mogą być w tym momencie zarówno upokarzani (a to już się dzieje) jak i bezkarnie zabijani, bo US Army po prostu ucieka, zostawiając ich na pastwę losu, tak jak wcześniej pozostawili swych polskich sojuszników w czasie II Wojny Światowej. Ale cóż, skoro tej administracji i tym wojskowym bardziej zależy na tworzeniu "helikopterów lgbt" i pilnowaniu jaki procent kobiet służy w armii, niż o zadbaniu o własnych obywateli, to ja już nie mam więcej pytań i nie oczekuję żadnych odpowiedzi. Na koniec powiem jeszcze jedno: nie ma znaczenia jak dobrze jesteś uzbrojony i jak liczna jest armia, którą dysponujesz. Może pokonać cię i rozbić garstka słabo uzbrojonych pasterzy kóz, jeśli ci pasterze wiedzą o co walczą i są zdeterminowani do ataku. Zwycięstwa bowiem nie daje nowoczesny sprzęt, samoloty i drony - one jedynie pomagają uzyskać je szybciej, niż normalnie - natomiast zwycięstwo ZAWSZE rodzi się w głowie. Przeciwnik może przegrać sto, dwieście, trzysta razy, ale jeśli będzie konsekwentnie ponawiał ataki, to nie ma na tym świecie takiej siły, aby nie odniósł ostatecznego zwycięstwa. Możesz być dobrze uzbrojony i wyszkolony, ale jeśli nie masz ducha do walki, to już przegrałeś - bo twój przeciwnik (nawet jeśli jest to zbieranina chłopców z kałachami w rękach) jest zdeterminowany i wie o co walczy. A pan Biden teraz zapewne zajmie się projektowaniem nowego "helikoptera lgbt" tym razem może z jakąś lesbijską parą? A potem niech zdejmie z masztu flagę USA i na to miejsce zawiesi tęczową, przynajmniej będzie wiadomo że do priorytetów jego administracji należy przede wszystkim "wspieranie społeczności lgbt", a w razie potrzeby ucieczka z pola walki, bo przecież ochrona swoich obywateli i wsparcie dane sojusznikom nie ma dla dziadzia Bidena żadnego znaczenia. Zresztą kogo dziś już obchodzi Afganistan? W 1939 r. też nikt z Zachodu nie chciał "umierać za Gdańsk" konsekwencje tego dobrze znamy. Konsekwencje amerykańskiej ucieczki z Afganistanu, też już można przewidzieć.

        



 


TO TYLE - PRZEJDŹMY TERAZ DO TEMATU:






Ο φόβος των Περσών



 A może używając bliższego nam zapisu fonetycznego w formie łacińskiej, można by stwierdzić: "Metus Persae", co w wolnym tłumaczeniu oznacza po prostu "strach przed Persami". Bo to właśnie uczucie dominowało wśród Greków zarówno zasiedlających jońskie i eolskie wybrzeża Azji Mniejszej, jak i potem tych z głębi kontynentu, z Grecji Właściwej, która przez dziesięciolecia musiała zmagać się zbrojnie z tym potężnym, wschodnim kolosem, jakże różnym od owych greckich polis, które nigdy (lub prawie nigdy) nie zaznały nad sobą żadnego pana. A był to strach prawdziwy, strach, który można porównać tylko z tym, co działo się w Rzymie, gdy Italię ze swoim wojskiem przemierzał Hannibal. Bowiem ów "Metus Punicus" był zjawiskiem społecznym w Italii i wpływał na postępowanie Rzymian jeszcze długo, nim Kartagina przestała już stanowić dla Miasta-Wilczycy realne niebezpieczeństwo, i tak samo było ze strachem przed Persami, który częstokroć po prostu paraliżował Greków do jakiegokolwiek działania. Dziś lubimy przytaczać takie bitwy jak: Maraton, Termopile, Plateje czy Salaminę - jako przykłady zwycięstwa greckiego oręża nad sztuką wojenną Medów i Persów, ale to mimo wszystko były jedynie bitwy obronne, bitwy, które pomogły ocalić niepodległość greckich polis, ale w żadnym razie nie zmniejszały ciągłego zagrożenia nową perską inwazją i dopiero podbój tego wschodniego imperium przez Aleksandra Wielkiego, pozwolił Grekom odetchnąć pełną piersią, gdy nie musieli już zamykać się w swoich rodzinnych miastach a cały perski, babiloński i egipski świat, stanął teraz przed nimi otworem, otwierając drogę nowej, tym razem wschodniej kolonizacji. Ale sam fakt, że podbój Persji był jedynym aspektem, który realnie mógł zjednoczyć Greków i że przywitali oni wyprawę (najpierw projektowaną Filipa II, a następnie jego syna - Aleksandra) z ogromnym entuzjazmem, świadczy dobitnie, że nawet Persja osłabiona, która nie była już wówczas realnie zdolna do podboju Grecji, rodziła wciąż ukryte obawy przed niebezpieczeństwem, przekazywanym wśród Hellenów z pokolenia na pokolenie. Bowiem Persja - nawet słaba - wciąż była potęgą, o której sile i ogromie przekonywali się Grecy służący w armiach perskich władców, książąt i satrapów (np. marsz 10 000 Greków  z lat 401 - 399 r. p. n.e., był tego dobitnym przykładem).

Jednak panuje też powszechnie (wśród historyków) przekonanie, że Persja była zupełnie innym imperium, nijak nie podobnym do wojowniczych Asyryjczyków (którzy dokonywali przesiedleń ludności nie tylko miastami, ale i całymi plemionami) czy Babilończyków (na których koncie było zniszczenie i przesiedlenie do Babilonu mieszkańców Jerozolimy w 587 r. p.n.e. czy mieszkańców Tyru w 573 r. p.n.e.). Rzeczywiście, to prawda - Persowie postępowali z podbitymi ludami nieco inaczej (np. przyjmowali ich wierzenia, żenili się z miejscowymi kobietami, starali się też wtopić w miejscowy krajobraz i zostać wzięci za tzw.: "swojaków"), ale należy też pamiętać, że to tylko jedna strona ich oblicza. Druga, wcale dużo nie różniła się od tego, co wcześniej wyczyniali Asyryjczycy i Babilończycy, a to oznacza że w grę wchodziły nie tylko przesiedlenia ludności, ale również okrutne ich traktowanie (np. kastrowanie młodych chłopców i wysyłanie ich jako eunuchów do haremów władców Persji, a także porywanie młodych dziewcząt w roli nałożnic - co akurat należało do tej bardziej łagodnej formy postępowania, gdyż kobiety i dzieci w ogóle stanowiły łup i pełniły formę waluty wymiennej. Mężczyźni zaś z reguły - jako nieprzydatni, a nawet niebezpieczni - byli po prostu zabijani na miejscu). Bez uświadomienia sobie tego dualizmu w podejściu Persów, trudno nam dziś będzie pojąć, jak silna była obawa Greków przed perskim najazdem, wysiedleniem i gwałtami. Aby rozłożyć to na czynniki pierwsze, warto przytoczyć relacje poszczególnych greckich polis (najczęściej tych małoazjatyckich, z Jonii i Eolii), i pokazać jak tamtejsza ludność (w poszczególnych dekadach) reagowała na pojawienie się Persów w ich rodzinnych stronach. A ponieważ bezpośrednio zetknęli się Grecy z Persami już po upadku królestwa Lidii w latach 546-545 p.n.e., przeto te daty będą właśnie dla nas szczególnie istotne, jako symbol zrodzenia się owego strachu przed Persami, który przerwa ponad dwa stulecia (czyli dwa stulecia klasycznej historii Grecji, w czasie których pojawiła się demokratyczna forma rządów, a Grecy opanowali wschodni basem Morza Śródziemnego, całkowicie deklasując stamtąd swych fenickich konkurentów).




Nim jednak przejdę do konkretów (poszczególnych polis) warto przypomnieć, że twórcą potęgi Imperium Perskiego był Cyrus II, zwany Wielkim - syn i następca Kambizesa I z rodu Achemenidów (Hachamaniszija), który z kolei miał być synem Cyrusa I ("Cyrus Anszanita, syn Teispesa") i prawnukiem założyciela rodu - Achemenesa (Haszamanisza). Wszyscy ci władcy, począwszy do Cyrusa II, byli zależni od Medów, którym przewodzili wówczas waleczni królowie z rodu Dejokesa (twórcy państwa, który zjednoczył sześć medyjskich plemion w jeden lód i panował w latach 727-675 p.n.e.). Kraj Medów jednak, aż do 652 r. p.n.e. podlegał Asyrii, a do 624 r. p.n.e. Scytom. Niepodległość uzyskała Media (czyli kraj Manna) dopiero od wstąpienia na tron Kjaksaresa (624 r. p.n.e.), który miał być wnukiem Dejokesa. To właśnie on miał zadać ostateczny cios potędze Asyrii zdobywając w 614 r. p.n.e. Assur (miasto kultowe i najstarszy ośrodek boga Assura) i podchodząc pod Niniwę, która została zdobyta wspólnym wysiłkiem Medów i Babilończyków (Chaldejczyków) w sierpniu 612 r. p.n.e. Jakaż wówczas powstała radość w świecie Bliskiego Wschodu, jakże ludzie płakali ze szczęścia, widząc płonący pałac Szinszariszkuna, w którym spłonął on wraz ze swoim dworem i haremem. Oto odwieczny nienawistny wróg, który palił, gwałcił, przesiedlał całe plemiona i ludy - teraz wreszcie upadł pod gruzami swej stolicy. Zdobywcą Niniwy ze strony władców Babelu, był młody książę, syn i następca Nabopolasara - Nabuchodonozor. Co prawda resztki armii asyryjskiej starał się zjednoczyć pod Harranem następca Szinszariszkuna - Aszur-uballit II, licząc na wsparcie Egiptu faraona Nechona II (który uznał że osłabiona Asyria będzie dla niego znacznie lepszym sąsiadem, niż zwycięski Babilon i Medowie), ale wsparcie Egiptu nic Asyryjczykom nie dało (pozwoliło jedynie Egiptowi ponownie opanować Judeę i Syrię). Harran padł jeszcze w tym samym 610 r. p.n.e., zaś w bitwie pod Karkemisz (605 r. p.n.e.) książę Nabuchodonozor rozbił doszczętnie egipskie wojska i tym samym odzyskał całą Syrię.

Następcą Kjaksaresa na tronie w medyjskiej Ekbatanie, został jego syn - Astjages. To właśnie on wydał swą córkę - Mandane za "władcę Anszanu" - Kambizesa I, a z tego związku ok. 583 r. p.n.e. na świat przyszedł Cyrus II, który objął władzę po śmierci ojca w Pasargadach w 559 r. p.n.e. Przez pierwsze lata, podobnie jak ojciec, pozostawał wiernym sługą swego dziadka, ale w roku 553 p.n.e. zbuntował się i do 550 r. p.n.e. opanował całe królestwo Astjagesa, łącznie z Ekbataną. I tutaj właśnie ukazuje się przykład owej słynnej "perskiej wspaniałomyślności", gdy zwycięscy Persowie potraktowali Medów jak braci i włączyli ich do struktur nowobudowanego państwa - a przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz, gdzie za bardzo nie rozróżniano tych delikatnych przeciwieństw i traktowano całą wojnę z lat 553-550 p.n.e., jako wewnątrz-medyjski konflikt, a nie starcie dwóch obcych sobie ludów (zresztą Grecy bardzo długo, praktycznie do końca istnienia Imperium Perskiego, nazywali Persów - Medami). I rzeczywiście, Ekbatana stała się jedną ze stolic nowego imperium, a Medowie zostali dopuszczeni do dworu Cyrusa, jednak jeśli byśmy chcieli nieco bliżej przyjrzeć się całej sprawie, to ujrzelibyśmy że po zwycięstwie Persów na lud Medów nałożono kontrybucję i przez pierwsze dekady traktowano tę ziemię, jak ziemię podbitą. Poza tym Medowie różnili się od Persów nie tylko wyznawaną religią (bardzo silną pozycję mieli tam magowie - czyli kapłani tego ludu. Oddawali oni cześć bogu ognia - Atarowi, choć nie byli kapłanami kultu zoroastryjskiego. Oddawano też cześć boginiom wody - zwanymi Apy. Natomiast religia Persów była związana z nauką Zaratusztry, dlatego też Persów określa się jako "Społeczeństwo wyznawców Awesty"), jak również modą (Medowie nosili m.in. spodnie, których początkowo Persowie nie używali, dopiero z biegiem lat przyjęli do siebie tę nowinkę, a Grecy uważali ich przez to za zniewieściałych, gdyż - jak twierdzili - "prawdziwi mężczyźni nie noszą spodni" 😉). Były też różnice w sposobie zapisywania imion (np. imię Mitra, czyli w języku perskim - "Mi0ra") w ogóle nie występowało wśród Medów.

Po zajęciu Medii, skierował się teraz Cyrus ku zachodowi i wyruszył na lidyjskie państwo króla Krezusa. Wcześniej jeszcze (550 p.n.e.) opanował Elam (który poddał się bez walki), nadając Elamitom również te same prawa, jakimi cieszyli się Persowie i Medowie, a ich język był jednym z oficjalnych języków Imperium, a Suza, jedną z pięciu oficjalnych stolic nowego państwa. Poważniejsze zagrożenie dla Persji Cyrus widział jedynie w dwóch krajach - Nowochaldejskim królestwie Babilonii oraz w Lidii. Pierwsze państwo było silniejsze z potężniejszą gospodarką, ale bogatsza była Lidia, przeciw której to właśnie (po powrocie ze swojej wschodniej kampanii z lat 549-548 p.n.e., w wyniku której przyłączył do Persji Partię i Hyrkanię) wyruszył Cyrus w 547 r. p.n.e. Krezus z pewnością podejrzewał że może stać się celem ataku Persów, dlatego też postanowił wykonać wyprzedzające kroki obronne i z początkiem 547 r. p.n.e. wkroczył do Kapadocji (która wcześniej należała do Medii). Cyrus uznał to za wrogi akt wojenny i ruszył na przeciwnika. Stanął następnie z wojskiem w Arbeli, którą uczynił stolicą nowej perskiej satrapii - Atury (Asyrii) i wkroczył do Harranu (miasto to poddało się bez walki) odbierając go królowi Nabonidowi z Babilonu (którego żoną była córka Nabuchodonozora II - Nitokris), lecz ten nie zdecydował się na rozpoczęcie wojny (i to pomimo faktu, że w Harranie Nabonid z własnych środków ufundował świątynię boga Assura, wystawiając tym na szwank swoją opinię wśród kapłanów Marduka i babilońskiego ludu, wrogiego wszelkim odniesieniom do pobitej Asyrii). Wkrótce potem (maj 547 r. p.n.e.) Cyrus wkroczył do Cylicji (dawnej Kizzuwatny), której mieszkańcy sami złożyli mu hołd i uznali nad sobą jego rządy (w nagrodę Cyrus zostawił u władzy lokalnych królów - którzy odtąd zawsze nosili imię Syenessis, a Cylicja zyskała sporą autonomię wewnętrzną). Przez góry Taurus (a raczej przez "Wrota Cylicyjskie") armia Cyrusa wkroczyła następnie do Kapadocji, którą uczyniono nową satrapią (Katpatuka), a potem do Armenii (Armina).




Tutaj jednak drogę ze swym wojskiem zastąpił mu Krezus, który w okolicy Pterii wydał Cyrusowi bitwę. Nie miała ona jednak swego rozstrzygnięcia, ale Krezus popełnił błąd, wycofując się zaraz po bitwie do Sardes. Tym samym dał Cyrusowi okazję do twierdzenia iż to on jest zwycięzcą i ruszenia w dalszą pogoń do Lidii. Można jednak przypuszczać, że Krezus uznał, iż w pojedynkę nie będzie w stanie pokonać Persów i zaraz po przybyciu do swej stolicy, rozesłał gońców do Achmose z Egiptu, Nabonida z Babilonu i do Sparty, zwołując ich na wiosnę następnego roku pod Sardes (wcześniej zawarł z nimi układ o wzajemnej pomocy). Cyrus doskonale zdawał sobie sprawę, że nie może pozwolić na połączenie się tych sił i musi jeszcze w tym samym roku zakończyć wojnę w Lidii i to pomimo faktu, że właśnie zbliżała się zima (a wówczas przerywano działania wojenne aż do wiosny). Przeszedł więc Wyżynę Anatolijską i u źródeł Hyllosu (na wschód od Sardes) napotkał konnicę Krezusa gotową do walki. Ponieważ Lidyjczycy mieli świetne konie i doświadczenie w walkach z piechotą, postanowił użyć przeciwko nim podstępu, a mianowicie ustawił przed szeregiem swych żołnierzy wielbłądy - ściągnięte ze Wschodu, których to przeraźliwy odór wystraszył konie, a te zaczęły zrzucać jeźdźców ze swych grzbietów i uciekały w popłochu. Mimo to Lidyjczycy nie zamierzali się poddawać i bitwa trwała nadal, ale szybko dała o sobie znać przewaga liczebna Persów i Lidyjczycy musieli wycofać się do Sardes. Cyrus znów ogłosił się zwycięzcą i obległ teraz samo miasto, w którym król Krezus słał naglące wieści do swych sojuszników, błagając ich o szybkie przybycie. Nie zdążył jednak uzyskać odpowiedzi, bo po dwunastotygodniowym oblężeniu i wdarciu się Persów na mury sardyjskiego Akropolu (który ponoć był nie do zdobycia), miasto musiało skapitulować (grudzień 547 r. p.n.e.). W ten oto sposób państwo lidyjskie przestało istnieć, a skarby króla Krezusa (od którego to właśnie imienia wziął się synonim bogacza) trafiły do Cyrusa i zostały wywiezione do Suzy, zaś sam władca Lidii popełnił samobójstwo, każąc podpalić stos na którym siedział na tronie (potem zaczęły pojawiać się najróżniejsze historie, mówiące o tym, że Krezus jednak ocalał i że Cyrus zlitował się nad nim, a Apollo zesłał deszcz, który ugasił płonący stos - ale były one spowodowane kwestiami religijnymi i oddaniem dynastii Mermnadów - z której to wywodził się Krezus - w opiekę Apollinowi Delfickiemu. Bóg przecież nie mógł pozwolić, aby tak hojny darczyńca Świątyni, zginął w tak straszny sposób).

I teraz właśnie, już po upadku Lidii, Persowie po raz pierwszy zetknęli się w zachodnich rubieżach tego kraju, z Grekami. Ta pierwsza relacja, która zaowocowała w kolejnych dziesięcioleciach wielką trwogą przed perską inwazją i ostatecznie spaleniem Pałacu w Persepolis z rozkazu pijanego Aleksandra (którego ponoć namówiła do tego czynu hetera - Thais) w maju 330 r. p.n.e. Mimo to, pierwszy kontakt Greków i Persów wcale nie zapowiadał przyszłych krwawych walk o utrzymanie greckiej niezależności i był nawet dość przyjazny.    









CDN.

piątek, 20 sierpnia 2021

ZABAWNE SCENY Z POLSKICH FILMÓW - Cz. XVIII

KILKA ZABAWNYCH SCEN Z

POLSKICH FILMÓW I SERIALI

 
 
 Dziś miałem przejść do zupełnie innego tematu, znacznie poważniejszego (a nawet tragicznego) niż takie śmieszkowanie, ale uznałem że nie chcę sobie dziś psuć nastroju dlatego też pozwolę sobie (prawdopodobnie) zająć się nim jutro. A na myśli oczywiście mam to, co się obecnie dzieje w Afganistanie i ów "wspaniały blamaż" Ameryki, który ostatnio zupełnie przestał mnie dziwić (może jeszcze dziwi mnie pod tym względem, że Amerykanie robią z siebie pajaców, wybierając do władzy takie kukły, jak pan Biden, pani Harris i reszta tej przezabawnej kamaryli, zwanej umownie amerykańskim rządem, czy też amerykańską administracją rządową). Postaram się zająć się tym tematem w dniu jutrzejszym, ponieważ sytuacja naprawdę jest poważna, a w Afganistanie naprawdę umierają ludzie, zabijani przez współczesnych fanatyków religijnych spod znaku średniowiecznego fanatyka religijnego (o którym mógłbym sporo napisać i to zarówno tej wiedzy historycznej, która często jest mało dostępna w szkołach, jak również tej, która wiąże się z jego "objawieniami" - ale tym ostatnim zajmę się już w temacie "Historii Życia, Wszechświata, Wszelkiej Cywilizacji", jeśli oczywiście dobrnę wreszcie do tego okresu). Nie chcę też dzisiaj - mając w perspektywie mile spędzony dzień - psuć sobie humoru i dlatego postanowiłem jeszcze dzisiaj przejść do zabawnych fragmentów z "Ucha Prezesa", serialu komediowego, który dobitnie pokazuje to, czego nie widzimy na pierwszy rzut oka, a co stanowi powszechnie skrywaną tajemnicę, a brzmi ona następująco: "Rządzą nami błazny!" I to zarówno w Polsce, we Francji, w USA, w Wielkiej Brytanii, w zasadzie wszędzie, gdzie tylko można sięgnąć okiem - błazny i marionetki, sterowane zakulisowo przez wielki biznes, korporacje, a może nawet siły jeszcze potężniejsze, którym nie w smak istnienie cywilizacji, kultury, niepodległości państw i wolności obywatelskich. 
 
Uważam też, że każdy z nas może skutecznie doprowadzić do powstrzymania aplikowanych nam "szaleństw" politycznych, ideologicznych i społecznych, jeśli tylko będziemy trzymać się razem. Nie izolujmy się od ludzi, spotykajmy się, wymieniajmy poglądy i wspierajmy, bowiem najpotężniejszą siłą społeczeństw wcale nie są bunty i rewolucje - które można w taki, czy inny sposób spacyfikować. Najpotężniejszą bronią społeczeństw, której realnie obawiają się rządy i korporacje, jest... bierny opór, którego nie sposób realnie zdławić, bo jest on nieuchwytny dla władz. Jednym z elementów biernego oporu, jest również śmiech, który częstokroć stanowi dla władzy znacznie większy problem, niż realny opór czynny, bowiem nie ma nic gorszego niż władza, która staje się śmieszna. Tak się natomiast dzieje i w Polsce i w USA. Pan Biden skazując tysiące obywateli Afganistanu na pewną śmierć, jednocześnie chwali się publicznie mediom że "jego pupka jest już podtarta". Czy można zrobić z siebie większego błazna i ośmieszyć nie tylko swoją administrację, ale i swój kraj? Nie chcieli Trumpa, bo przeszkadzały im pewne jego wypowiedzi, to mają pana Bidena, który doszedł do władzy po podpaleniu kilku amerykańskich miast i sfałszowaniu wyborów. Cóż, tak realnie wygląda dziś demokracja, więc nie ma co się dziwić i jak mówił Pawlak w serialu "Sami Swoi": "Był czas przywyknąć przecie".
 
Dlatego też pozwolę sobie odłożyć na dalszy plan rzeczy poważne i przejść do tych poprawiających humor i relaksujących, czyli do zabawnych filmików. A ponieważ temat miał być polityczny, więc przejdźmy do polityczno-komediowego serialu "Ucho Prezesa" w wykonaniu Roberta Górskiego (w roli głównej) oraz Mikołaja Cieślaka i Izabeli Dąbrowskiej. Zapraszam:   
 
 
 
 

 
 
 

"UCHO PREZESA"

 
 
"MA PANI COŚ NA MORDZIE"
 
"JAKIEJ MORDZIE?"
 
"ZDRADZIECKIEJ!"
 
"CO PAN MÓWI, PANIE PREZESIE?!"
 
"O PRZEPRASZAM, PANI BASIU, PRZEPRASZAM, ZAMYŚLIŁEM SIĘ" 😂
 
 
 
 

 
 
 
 "JAKI HUMOR MA DZIŚ - EL COMANDANTE?"

"NIEWYSPANY, DO CZWARTEJ RANO RODEO W TELEWIZJI OGLĄDAŁ"

(...)

0:32 - "A KTO TO JEST, BO NIE WIDZĘ BE OKULARÓW?"

(...) "TEN PREZES NIBY, TELEWIZJI"

0:48 - "JAK PAN OCENIA SWOJĄ DOTYCHCZASOWĄ PRACĘ W TELEWIZJI? (...) BO MI TUTAJ PISZĄ, ŻE OGLĄDALNOŚĆ TELEWIZJI SPADA NA ŁEB NA SZYJĘ"

1:10 - "NIE SKĄD. TAKIE SĄ KOSZTY, JAK SIĘ TELEWIZJĘ ZAMIENIA W TUBĘ, A PO DRUGIE - ŹLE JĄ BADAJĄ ŁAJZY ZA PEJSATE PIENIĄDZE OPŁACANE" 😅
 
"CZYLI CO, CIEMNY LUD WSZYSTKO KUPI?"
 
 
 
 
 
 
0:15 - "MÓWIĄ ŻE TO PYCHA KROCZY PRZED UPADKIEM, ALE JA TO WIDZĘ ODWROTNIE" 
 
0:40 - "A PAN PREZYDENT DO NASZEGO TORUNIA COŚ NIE WPADA?"
 
"BO TU MAM ORKĘ, I JESZCZE W GÓRACH, NA NARTACH BYŁEM. NIE MA KIEDY" 😊
 
 

 
 
 
0:25 - "GDZIE TEN NISZCZYCIEL DEMOKRACJI, CO? MUSZĘ SIĘ Z NIM ROZMÓWIĆ"
 
"PANIE LECHU, PANA NIE POWINNO TU BYĆ!"
 
"NIECH PANI UWAŻA, TO LEGENDY JUBILATA SOLIDARNOŚCI PANI MÓWI. JA JAK CHCIAŁEM, TO DO KAŻDEGO GABINETU WESZŁEM. NA SIŁĘ MNIE WPYCHALI, BŁAGALI ŻEBYM WYSZEDŁ NA KOLANACH. 😅
 
 

 
 
 
"TO GDZIE JEDZIEMY, SZEFIE?"
 
"DO PAŁACU PREZYDENCKIEGO"
 
"PAMIĘTA PAN MOŻE NAZWĘ ULICY?" 😉
 
0:45 - "A WYJAŚNIŁY SIĘ TE WSZYSTKIE KOLIZJE, Z ANTONIM, Z BEATĄ, Z TĄ OPONĄ - KOT BYŁ WINIEN? JAK TO W OGÓLE BYŁO?"
 
"JESZCZE NIE, ŚLEDZTWO TRWAŁ"
 
0:55 - "MY CHCEMY REFORMOWAĆ SĄDY, PROKURATURĘ, A GŁUPIEGO WYPADKU NIE POTRAFIMY WYJAŚNIĆ" 
 
 

 
 
 
"TO JEST NASZ TRENER, PAN ADAM. DZIEŃ DOBRY"
 
0:15 - "NIE PRAWĄ RĘKĄ, BO JA SIĘ KIEDYŚ PRZYWITAŁEM PRAWĄ RĘKĄ I PRZEGRALIŚMY, Z ALBANIĄ. A BYLIŚMY FAWORYTEM. MOŻNA PRAWĄ RĘKĄ, ALE BEZ KCIUKA" 👍
 
1:25 - "MOŻE ZDJĘCIE Z PANEM PREZESEM?"
 
"PROSZĘ BARDZO... ŻEBY NIE ZAPESZYĆ, ROBIĘ ZDJĘCIA TYLKO TYŁEM" 😄
 
 

 
 
 
"ZNAM NIEMIECKI, BO W SZKOLE UCZYŁAM"
 
"TO ŚWIETNIE, BO PANI ANGELA NIE ZNA POLSKIEGO, A MNIE NIE WYPADA ABYM MÓWIŁ DO NIEJ PO NIEMIECKU - BO TU JEST POLSKA, A W POLSCE PO POLSKU SIĘ MÓWI"
 
1:15 - "CHCE HERBATY?"
 
1:30 - NEIN DANKE, IST NEIN NOTWENDIG" ("DZIĘKUJĘ, NIE TRZEBA")
 
"CO POWIEDZIAŁ?"
 
"NIE WIEM, PANI ZROBI, NAJWYŻEJ NIE WYPIJE" 😉
 
 

 
 
 
1:00 - "JUŻ MNIE NIE MA, NIE PRZESZKADZAM. NARZECZONA CZEKA, WIĘC NIE MA CO SIĘ DŁUGO ROZWODZIĆ" 😅
 
 

 
 
 
"JAREK, WIDZIAŁEM ŻE W SEJMIE NIE CIESZYŁEŚ SIĘ, GDY PRZEPCHNĘLIŚMY USTAWĘ O TYCH SĄDACH?"
 
"ALE GŁOSOWAŁEM ZA"
 
"ALE SIĘ NIE CIESZYŁEŚ"
 
"A USTAWA PRZECHODZI WIĘKSZOŚCIĄ TYCH, CO SIĘ NIE CIESZĄ, CZY TYCH, CO SĄ ZA?"
 
"A POTEM POPARŁEŚ WETO!"
 
"I ZNOWU SIĘ NIE CIESZYŁEM" 😄
 
 

 
 
 
"ZLIKWIDUJMY JESZCZE OGRANICZENIA PRĘDKOŚCI, BO JAK KTOŚ SZYBCIEJ DOJEDZIE DO DOMU, TO NIE BĘDZIE MIAŁ CZASU NA JAKIEŚ TAM WYPADKI" 😂
 
JANUSZ KORWIN-MIKKE
 
 
 
SERIALOWA POSTAĆ
 

 
 
 I ORYGINAŁ


 
 
  

środa, 18 sierpnia 2021

APOLONIUSZ - POGAŃSKI JEZUS - Cz. VIII

KIM BYŁ NAJBARDZIEJ TAJEMNICZY

"RÓWIEŚNIK" JEZUSA?

 
 



ŚWIĄTYNIE APOLONIUSZA z TYANY

Cz. III






  
 Po opuszczeniu cylicyjskiego Pafos, przybytku bogini Kyprydy (jak na Cyprze zwano Afrodytę) w drodze do Pergamonu, zatrzymał się Apoloniusz na jakiś czas również i w Efezie - starożytnym grodzie plemienia Jonów, założonym nieopodal wyspy Samos, nad rzeką Kayster, która wpada bezpośrednio do Morza Egejskiego. Nie wiadomo jaki był cel wizyty Apoloniusza w Efezie, ale należy przyjąć, że mogło chodzić po prostu o ujrzenie przesławnej Świątyni bogini Artemidy (boskiej siostry Apollina), zaliczanej już i w tamtym czasie do zupełnie niezwykłych budowli świątynnych (świątynia ta zaliczana jest współcześnie do Siedmiu Cudów Starożytnego Świata). Co prawda spłonęła ona prawie czterysta lat przed omawianym okresem (dokładnie w 356 r. p.n.e.), a ogień miał podłożyć miejscowy szewc imieniem Herostrates, który tak bardzo pragnął unieśmiertelnić swe imię, że gotów był dokonać takiego właśnie świętokradztwa. Co ciekawe, w roku, w którym Świątynia Artemidy (dzieła Chersifrona z Knossos) poszła z dymem, w odległej Pelli w Macedonii, przyszedł na świat późniejszy zdobywca Persji, którego imię stało się synonimem zwycięstwa dla wodzów tak starożytności, jak i średniowiecza - Aleksander Wielki. Gdy więc po latach pytano się kapłanów, gdzie była bogini Artemida, że przyzwoliła aby jej przybytek spłonął, ci odpowiadali: "Była w Pelli, stojąc u kołyski Aleksandra". Oczywiście Świątynia ta została odbudowana w latach 334 - 260 p.n.e. i w czasach Apoloniusza stała większa i piękniejsza niż wcześniej. Apoloniusz w tym czasie (ok. 27/28 r.) zdobył sobie już miano mędrca i filozofa (co dla antycznych było równoważne z kimś świętym) i wszędzie gdzie się pojawiał, gromadził tłumy ludzi, chętnych wysłuchać jego słów, a także tych, którzy pragnęli uzyskać poradę lekarską lub dowiedzieć się czegoś o przyszłości (bo tym również się zajmował). Zdarzało się więc, że ów "najbardziej tajemniczy "rówieśnik" Jezusa z Nazaretu" siadał u stóp Świątyni Artemidy (np. na schodach) i nauczał ludzi, chętnych usłyszeć jego opinię na daną kwestię - często dotyczącą zarówno spraw ludzkich, jak i relacji z bogami. Apoloniusz radził więc mieszkańcom Efezu, aby mniej czasu poświęcali hulankom i zabawom z jakich to słynęło ich miasto (aktorzy, tancerki, muzycy i oczywiście prostytutki), a więcej zajęli się budowaniem wzajemnych relacji, opartych na braterstwie i oddaniu. Początkowo nie podobało się to Efezjanom, gdy ganił "zniewieściałych łobuzów" oddających się lenistwu i hulankom, ale Apoloniusz akurat mało zwracał uwagę na swój własny image (czego dowodem będzie potem konflikt z kapłanami egipskimi i wspierającym go egipskim ludem w Aleksandrii, co do składania krwawych ofiar na ołtarzach bogów, co Apoloniusz konsekwentnie zwalczał), a bardziej na to, aby jego słowa dotarł do umysłów i serc ogółu. 

Nauczał on w Efezie nie tylko u stóp Świątyni "Pani Dzikich Gór" (jak zwano boginię Artemidę), ale również w miejscach nieco zacienionych, np. wśród pobliskich cyprysów, rosnących przy krużgankach miejskiej Agory. Mówił tam Efezjanom, aby wzajemnie się wspierali, bo wszyscy oni są dla siebie braćmi. Podawał przy tym przykład wróbli, które informują o tym, gdzie można znaleźć nieco ziarna. Apoloniusz zajmował się w Efezie również ochroną przed zarazą, która miała wówczas nawiedzić miasto. Ostatecznie wyruszył w dalszą drogę i dotarł do Smyrny, miasta leżącego dalej na północy, na drodze do Sardes - stolicy rzymskiej prowincji Azji, ale nim do tego przejdę, warto na moment zatrzymać się nad postacią bogini Artemidy, czyli tej "łowczyni" w której to Świątyni nauczał Apoloniusz z Tyany. Otóż, była ona całkowitym przeciwieństwem Afrodyty - bogini miłości, której Świątynię Apoloniusz zwiedził na Pafos. Można wręcz powiedzieć, że w greckiej mitologii te dwie boginie wzajemnie się zwalczały. Afrodyta była uosobieniem piękna i miłości (również tej zmysłowej), natomiast Artemida z wyboru pozostała dziewicą, rozmiłowaną w polowaniach, której nieodłącznym atrybutem był łuk i strzały, a ulubionymi zwierzętami lew i niedźwiedź. Była też zarówno łowczynią, jak i opiekunką dzikiej zwierzyny. Występowała pod kilkoma dodatkowymi imionami i dość często utożsamiano ją z Wielką Macierzą - frygijską Kybele, a także z Demeter czy Persefoną. Pod imieniem "Locheia" - czciły ją kobiety w Grecji, jako opiekunkę macierzyństwa i połogu, zaś pod imieniem "Kurotroios" - była patronką i nauczycielką chłopców (zapewne chodziło o strzelanie z łuku). To, iż sama bogini była ze swego wyboru dziewicą, nie oznaczało że nie była utożsamiana również i z orgiastycznymi zabawami i tańcami, a hasło: "Gdzież to nie tańczyła Afrodyta" - odnosiło się do dość swobodnych i epatujących cielesnością zabaw ku czci tej bogini, które były praktykowane właściwie w całej Grecji (choć początek swój wzięły one bodajże z miejscowości Alfes na Peloponezie, gdzie tańczono dla bogini w rytm muzyki, której to kulminacją było potem orgiastyczne spółkowanie tańczących). Mimo to Grecy postrzegali ją jako wielką przeciwniczkę miłości (homerycki "Hymn do Afrodyty" mówi otwarcie o bezsilności tej bogini wobec Artemidy, zaś Eurypides w "Hyppolytosie" wkłada w usta bogini otwartą nienawiść wobec Afrodyty i miłości).




W Smyrnie Apoloniusz wziął udział w pan-jońskich misteriach. Tam też od razu naraził się radzie miejskiej i wielu mieszkańcom, krytykując ściśle kastowy kształt ich porządków społecznych, mówiąc np.: "Nie możecie oczekiwać, że nawet wasi słudzy będą wam dobrze życzyć, gdyż po pierwsze - są sługami, a po drugie - większość z nich należy do kast przeciwnych waszym. Bo oni też, tak jak wy, mają swoje rodowody". Mimo to, gdy ofiarowano mu puchar pan-jońskich igrzysk, ten wziął go do ust i rzekł: "O bogowie, którzy jesteście patronami Jonów, pozwólcie tej pięknej kolonii cieszyć się bezpieczeństwem na morzu i aby żadna katastrofa nie spadła na nich na lądzie i aby Egeon - sprawca trzęsień ziemi, nigdy nie zburzył ich miasta". Radził też mieszkańcom, aby bardziej skupili się na wzajemnych relacjach między sobą, niż na upiększaniu miasta, gdyż jak twierdził dobrzy ludzie rzucają się w oczy częściej, niż najpiękniejsze posągi i miejskie portyki, a sława ich opromienia nie tylko miasto z którego pochodzą, ale też oddziałuje na innych. Porównał Smyrnę do pięknego posągu Zeusa Olimpijskiego - dzieła Fidiasza, który rzeczywiście cieszył oczy swą wspaniałością, ale ludzi, którzy ów posąg odwiedzali, porównał Apoloniusz do Zeusa homeryckiego, występującego pod wieloma postaciami, a który jest tworem znacznie wspanialszym niżli ten Olimpijski, wykonany z kości słoniowej. Tego pierwszego ujrzeć bowiem można tylko będąc na ziemi, ale ten drugi napełnia swą obecnością wszystkich również w niebie. Nim opuścił Smyrnę, powrócił jeszcze na krótko do Efezu - poproszony o to przez mieszkańców tego grodu, gdyż w mieście nagle wybuchła zaraza. Powstrzymał jej rozprzestrzenianie się i dalej ruszył na północ, w stronę Pergamonu, owych "Nowych Aten" - jak miasto to zwano już od czasów Attalosa I (III wiek p.n.e.). Było ono również poświęcone bogu zdrowia i medycyny Asklepiosowi (o którym to pisałem już w poprzednich częściach).

Wspaniale rozbudowane przez kolejnych władców hellenistycznych, nieco podupadło od czasu, gdy stało się stolicą rzymskiej prowincji Azji (133 r. p.n.e.). Kilka rzeczy zostało zniwelowanych architektonicznie, np. ów sławny Ołtarz Pergamoński (zwany potem przez chrześcijan: "Ołtarzem szatana"), został bowiem wkomponowany w nowy system umocnień miejskich (tzw.: "mur bizantyjski" - choć w czasach Apoloniusza praktycznie już nie używany). Mimo to, miasto samo w sobie było imponujące. Położone na wzniesieniu (na wysokości 335 m. nad poziomem morza), nieopodal rzeki Kaikos, zaledwie 30 km. od brzegów Morza Egejskiego, skąd padał przepiękny widok na dolinę Selinusu, miasto to wciąż było jednym z najpiękniejszych ośrodków miejskich w Anatolii. W czasach Apoloniusza, dzieliło się na trzy części. Stare Miasto (zachodnia dzielnica), w którym było najwięcej śladów dawnej, greckiej przeszłości, łącznie z Pałacem królewskim (przebudowanym i przeznaczonym na siedzibę rzymskiego namiestnika prowincji Azji), wielkim Teatrem, stojącym tuż przy murze odgradzającym dzielnicę, oraz świątynią Ateny otoczoną stoą i Wielkim Ołtarzem poświęconym Zeusowi ("Ołtarz szatana"), a także Górną Agorą - zwaną też pergamońskim akropolem i sławną na cały helleński świat Biblioteką, ustępującą tylko w ilości woluminów tej w Aleksandrii (Pergamon w III i II wieku p.n.e. stał się prawdziwą "mekką" filozofów, artystów, naukowców i rzemieślników. To tutaj działał założyciel szkoły filozoficznej - Krates z Mallos, jak również Epigonos czy Antygon z Karystosu, a w czasach późniejszych również i sławny lekarz Galen. To tutaj wynaleziono bardzo popularny w starożytności materiał do pisania, zwany potocznie pergaminem. W tejże dzielnicy działała też słynna szkoła rzeźbiarska). Była to najstarsza i reprezentacyjna dzielnica miasta, choć w czasach rzymskich wcale już nie najpiękniejsza, rozłożona na 4 (częściowo sztucznych) tarasach. Pomiędzy Starym a Nowym Miastem - zaprojektowanym i zbudowanym przez Eumenesa II, (władcę Pergamonu w latach 197-159 p.n.e.), leżała Dzielnica Środkowa, gdzie było dużo domów mieszkalnych i gdzie znajdowała się Świątynia Demeter, Świątynia Hery, oraz Basilei i Asklepiosa, a także Gimnazjon (rozłożony na trzech tarasach, jako że miasto wzniesiono na wzgórzu, choć nie na górze, która piętrzyła się wysoko nad miastem - było to dość dobrze zaprojektowane miasto pod względem obrony, gdyż ewentualny wróg musiałby atakować na wzgórze, mając jednocześnie przeszkodę w postaci niedalekiej stromej góry, która uniemożliwiała skuteczne rozstawienie machin i wzniesienie konstrukcji oblężniczych). Dzielnica Południowa zaś, zwana Nowym Miastem, była w dużej mierze dzielnicą handlową. Znajdowała się tam Agora Południowa (będąca miejskim centrum wymiany handlowej). Były tam też duże perystylowe domostwa, należące zapewne do arystokracji miejskiej i majętnych przedsiębiorców. Tuż za murami miejskimi w czasach rzymskich powstała czwarta dzielnica miejska, zwana "rzymską". Znajdowała się tam Świątynia Serapisa i główne sanktuarium Asklepiosa (Eskulapa), umiejscowione tuż koło świętego źródła, które w tym czasie znalazło się już w granicach "dzielnicy rzymskiej". W czasach Apoloniusza, były tam dobudowane termy i urządzenia kąpielowe, gdzie można było doświadczyć leczniczej działalności tamtejszych wód.




W Świątyni Asklepiosa, słynącej także z uzdrawiania ludzi podczas snu, Apoloniusz wyjaśniał, jak należy przygotować się do snu, aby uzyskać odpowiedni ku temu efekt medyczny. Długo jednak nie zabawił tam miejsca i wkrótce potem wyjechał dalej na północ, do Troady, aby ujrzeć na własne oczy ruiny dawnej Troi. Tam, w towarzystwie swych zwolenników i przyjaciół dumał nad tradycjami przeszłości i grobem "dumnych Achajów". Złożył tam też kilka bezkrwawych ofiar (głównie kwiaty i coś co przypominało obwarzanek lub placek do zjedzenia). Następnie Apoloniusz odesłał swych przyjaciół na statek, a sam stwierdził, że musi spędzić noc na kopcu Achillesa, przed czym jego druhowie starali się go odwieść, twierdząc że mieszkańcy okolicznych wiosek mawiają, że nocą w tym miejscu zjawia się duch Achillesa, i że jest równie straszny, jakim był za życia. Apoloniusz rzekł jednak, że dobrze zna Achillesa i lubi jego towarzystwo i aby się o niego nie martwili. Tak też się stało, towarzysze Apoloniusza wrócili na statek i tam przeczekali noc, a o świcie dołączył do nich Apoloniusz i wyruszyli w dalszą podróż morzem, płynąc w kierunku Metymny na Lesbos, gdzie ponoć miał się znajdować grób Palamedesa - jednego z uczestników Wojny Trojańskiej, a jednocześnie jej nieszczęsnej ofiary, jako że Palamedes został ukamienowany przez Achajów za sprawą sfałszowanego przez Odysa pisma od króla Priama, który miał mu proponować złoto w zamian za zdradę. Odyseusz zemścił się tym samym na Palamedesie, za to, iż ten wcześniej wyciągnął go z Itaki na wojnę z Troją. Odys próbował wówczas symulować szaleństwo i zaprzągł do pługa konia z wołem, a ziemię posypywał solą. Ale Palamedes nie dał się nabrać i poprosił by na ziemi położył się syn Odysa - mały Telemach, a ojciec - widząc to - nie był w stanie uśmiercić syna swym zaprzęgiem i sprawa się wydała. Śmierć Palamedesa pomścił zaś jego ojciec - władca Eubei Nauplion, ustawiając ognie sygnałowe dla powracającej z wojny okrętów Achajów w taki sposób, że okręty te w dużej liczbie powpadały na skały i zatonęły. Grecy wierzyli, że to właśnie Palamedes był wynalazcą latarni morskiej, gry w kości i kilku innych, pożytecznych rzeczy - łącznie z wieloma literami alfabetu. Potem jeszcze Sofokles napisał również (data niestety nieznana) zaginioną dziś tragedię pt.: "Palamedes i Odys obłąkany", zaś Gorgiasz z Leontinoj ułożył w V wieku p.n.e. "Mowę obrończą Palamedesa".

Apoloniusz wraz z towarzyszami odnalazł w Metymnie zaniedbany grób Palamedesa (a raczej kapliczkę ustawioną ku jego czci, w tym czasie już nie istniejącą, poza niewielkim i zarośniętym trawą napisem: "Boskiemu Palamedesowi"). Oczyścił wraz z przyjaciółmi ten teren, mówiąc: "Okażmy nasz szacunek, o Grecy, dla tak dobrego człowieka, któremu zawdzięczamy całą naszą mądrość, oddajmy hołd doskonałości tego, którego tak niesprawiedliwie zabito", po czym wznieśli oni w tym miejscu kapliczkę ku czci bogini rozdroży - Enodii. Następnie udano się do sanktuarium Orfeusza, również mieszczącym się na Lesbos (a kim był Orfeusz - pisałem już w innych tematach). Teraz skierowano się już bezpośrednio ku Atenom, a płynąc tam w porze jesiennej - gdzie morze z reguły było dość niespokojne - wielu miało obawy co do bezpiecznego dotarcia do celu, ale tym razem na morzu panował całkowity spokój i towarzysze Apoloniusza uznali, że działo się tak właśnie dlatego, że to on był na pokładzie. Miało to miejsce w roku 29 naszej ery. W tym też czasie, zgrzybiały już cesarz Tyberiusz oddawał się na Kapri swym bezeceństwom, coraz bardziej izolując się od obywateli. W Rzymie zaś zmarła tego roku matka cesarza i żona Augusta - Liwia Druzilla, przeżywszy 86 lat, zaś Agrypina Starsza - wdowa po zmarłym (19 r.) Germaniku, została wygnana - decyzją wszechwładnego Sejana, prefekta pretorianów - na wyspę Pandaterię, gdzie zmarła w październiku 33 roku zagłodzona na śmierć (lub też odmawiająca przyjęcia pokarmów). Równocześnie na Poncję zesłano jej najstarszego syna - Klaudiusza Nerona (gdzie zmarł w 30 r.), głównego przeciwnika Sejana do objęcia władzy imperatorskiej po starym Tyberiuszu. W Rzymie zaś uwięziono jego brata - Klaudiusza Druzusa, którego - już na polecenie Tyberiusza po upadku Sejana - zagłodzono w lochu na śmierć w 33 r. (z głodu zjadał słomę, którą była wyłożona podłoga jego celi, póki mu jej całkiem nie zabrakło). Pozostał jeszcze najmłodszy syn z krwi Germanika i Agrypiny (czyli z rodu Liwii i Augusta) - Gajusz Juliusz Cezar zwany potocznie Kaligulą, który doczekał śmierci Tyberiusza i objął władzę, ale lata spędzone na Kapri musiały odcisnąć duży wpływ na jego psychice, co spowodowało potęgujące się szaleństwo (np. zabił swą siostrę - Julię Druzyllę, której wmówił że jest boginią i że on, jako bóg, odbierze poród - była bowiem z nim w ciąży - w taki sam sposób, jak Zeus odebrał poród z brzucha Hery, przecinając ją wpół i wyjmując z niego dziecię. Gdy wreszcie dotarło do niego co uczynił, był już cały w krwi konającej siostry), było ono połączone z wzrastającą schizofrenią paranoidalną tego człowieka. Tak więc działo się w sercu Imperium - w Rzymie, gdy Apoloniusz zdążał do Aten, gdzie spędzić miał kilka kolejnych lat. 

Warto też dodać, że w dalekiej Palestynie w tym samym czasie (marzec 29 r.) Jezus z Nazaretu miał wykarmić 5 000 ludzi na drodze z Kafarneum do Jerozolimy (zebranych, by słuchać Jego nauk) zaledwie pięcioma bochenkami chleba i dwoma rybami, które rozmnożył łamiąc je w rękach, podając dalej i modląc się do Boga. Potem było oczyszczenie świątyni Jerozolimskiej (dokonane już w roku 30, tuż przed Ostatnią Wieczerzą, aresztowaniem i śmiercią Jezusa na krzyżu w kwietniu 30 r., a następnie Jego Zmartwychwstaniem. Należy jednak pamiętać - o czym pisałem już wcześniej -  że ciało Chrystusa które zmartwychwstało, nie było tym samym, w którym Jezus cierpiał i zmarł na krzyżu). Nauki Jezusa z Nazaretu zostały brutalnie przerwane, gdyż taki właśnie był cel owej "bożej misji", natomiast działalność Apoloniusza z Tyany trwała dalej i rozwijała się jeszcze bardzo długo.  






CDN.