Łączna liczba wyświetleń

piątek, 22 października 2021

WOJNA 39 - Cz. VI

NA PODSTAWIE RELACJI RZĄDOWYCH,

INSTRUKCJI I ARTYKUŁÓW PRASOWYCH

DZIEŃ PO DNIU

od 5 stycznia do 27 grudnia 1939 r.

 
 

NIECHCIANY SOJUSZ

CZYLI RELACJE POLSKO-NIEMIECKIE

(1934-1939)

Cz. III


 



 
 ZBLIŻENIE POLSKO-SOWIECKIE
(1932)
Cz. II
 
 
 
"CAŁY DZIEŃ SPĘDZIŁEM W SAMOCHODZIE GŁÓWNIE PRZY 14-ej LEWOSKRZYDŁOWEJ DYWIZJI. (...) GDY WSZYSTKIE JUŻ DYWIZJE PRZEBIEGŁY PO DOBRYCH TRZYDZIEŚCI KILKA KILOMETRÓW KU PÓŁNOCY, GŁÓWNĄ ZAGADKĄ BYŁA TAJEMNICA tzw.: MOZYRSKIEJ GRUPY. WŁAŚCIWIE NIE BYŁO JEJ WCALE, OPRÓCZ 57 DYWIZJI. WYDAWAŁO MI SIĘ ŻE ŚNIĘ"
 
 
ZE WSPOMNIEŃ NACZELNEGO WODZA - JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO
(po rozpoczęciu ataku oskrzydlającego bolszewików pod Warszawą)
16 sierpnia 1920 r.
 
 
 
"Dzień 16-go sierpnia zapowiadał się źle. Od rana była mgła. Chodniki, jezdnia zwilgotniałe. "Jeżeli mgła pójdzie w górę, może być pochmurno, a nawet deszcz padać". Tego właśnie obawiał się Muklewicz, gdyż przygotowywał drugą, większą jeszcze od wczorajszej manifestację, i bardziej od tamtej ważną. Manifestację czynu jak ją nazywał w myślach. Otrzymał bowiem w nocy tajne instrukcje z Moskwy, aby się przygotować do proklamowania "Litwy Radzieckiej". Po wzięciu Warszawy nie stało już nic temu na przeszkodzie. Instrukcja brzmiała, że druga spontaniczna manifestacja radości, z powodu rozgromienia "jaśnie panów polskich", ma się samorzutnie przeistoczyć w akt obalenia "kliki kowieńskich agentów niemieckiego imperializmu". Powinien jednak czekać sygnału z Moskwy. Mgła nie poszła w górę, opadła. Dzień robił się słoneczny. Przygotowania do manifestacji ukończono, ale - sygnał z Moskwy nie nadchodził... Nie podobna było odwołać. Pochody już się rozpoczęły, wypadły jednak tym razem blado. Ludzie byli zmęczeni. Całość wyglądała, jak powtórzenie dnia wczorajszego, i dlatego pozbawione świeżości. Tym bardziej, iż żadne nowe szczegóły ze zdobytej Warszawy nie nadeszły. Moskwa zaś milczała. A nazajutrz, 17-go sierpnia, jak piorun z jasnego nieba!... Wintowt po wyjściu z domu miał takie dziwne wrażenie, jakoby twarze mijanych przechodniów zmieniły wyraz. Ponieważ pił znowu poprzedniej nocy, przypisał to swemu stanowi wewnętrznemu, po prostu niewyspaniu. Minął dwie ulice, i znowu zdało mu się, że jest coś w oczach przechodniów... Zanim się otrząsnął z tej halucynacji, spotkał "naczwoso", zupełnie przypadkowo, gdyż się z nim uprzednio nie umawiał. "Wraca z nocnej hulanki" pomyślał. Ale Walentyn był trzeźwy jak nigdy, i bez żadnych wstępów, ściskając mu dłoń, mruknął na powitanie. - Coś, jakby źle pod Warszawą... Zdaje się, że przedwcześnie manifestowaliśmy... Wintowt jeszcze nic nie jadł tego ranka. Pić mu się chciało okropnie, paliło pragnienie po alkoholu. Był rozdrażniony. - Słuchaj! - wybuchnął. - Znudziły mi się twoje kpiny. Ty w końcu po której stronie jesteś?! - Po stronie żydowskiego intelektualizmu, - odpowiedział niby żartem, ale tonem również podrażnionym. - Nie wydzieraj się. Ciszej. Otrzymałem niespodziewaną wiadomość, że masy polskiej kawalerii przerwały się na Mławę i poszły na Augustów w tył naszego frontu. Lada chwila będziemy wiedzieli, czy to prawda czy plotka".

"Wintowt pojął, że Wolsof mówi poważnie. Poszli milcząc w kierunku Placu Katedralnego. Napisy na murach domów, odezwy, czerwone flagi, wszystko to jeszcze było na swoim miejscu. Ale twarze przechodniów, ani chybi inne. To nie przywidzenie. Szli prędko, nie rozmawiali po drodze. Czasem ktoś się za nimi obejrzał. Na rogu św. Jerskiej Wolsof zatrzymał się przed kioskiem by kupić "Prawdę" moskiewską. Przychodziła z kilkudniowym opóźnieniem, ale przywykł ją czytać codziennie. "Prawdy" nie było. - Jestem po stronie obiektywnej oceny zdarzeń. Nawet w epoce rewolucji światowej. - To już był wyraźny docinek, czy zaczepka, ale Wintowt tym razem zmilczał. W byłym klubie Szlacheckim, siedzibie Rewwojensowietu, zastali niespodziewanie bardzo dużo osób. Prawie wszystkich miejscowych politruków, komisarzy Czeka. Bułacel, wyprostowany, co chwila obciągał na sobie kurtkę mundurową. Czekano na Muklewicza, który podobno uzyskał połączenie z Moskwą. Na razie dowiedzieli się, że pierwsze alarmujące wiadomości o rzekomym przerwaniu się kawalerii polskiej na Mławę, nie odpowiadają prawdzie. Natomiast, istotnie, coś miało zajść pod Warszawą... Co mianowicie, nikt dokładnie nie wiedział. - Zapewne jakieś kontruderzenie wroga - powiedział Gielbach. W drzwiach ukazał się Muklewicz. Nastała cisza. Zrobiono mu przejście do stołu pod oknem. Muklewicz, nie witając się z nikim, blady, podszedł do stołu, oparł o niego oburącz i powiódł po zebranych nie widzącym wzrokiem. - Do wszystkich towarzyszy: Proponuję zachować jak najdalej posunięty spokój i dyscyplinę. Rozkazy z dowództwa frontu są w drodze. - Skłonił głowę, i wyszedł nie patrząc na nikogo. Cisza trwała. - Rozejść się na stanowiska - skomenderował Bułacel, z jakimś gulgotem w gardle". (...)

"Panika wybuchła naraz. 21-go sierpnia ani towarzysz Muklewicz, ani jego Rewkom, ani Rewwojensowiet nie miał już żadnej władzy. Nikt nie respektował rozkazów i zarządzeń rozklejanych obficie po mieście. Wkrótce większość członków Komitetu Wileńskiego rozbiegła się, każdy na własną rękę. Kto tylko mógł usiłował prześcignąć innych w biegu na dworzec kolejowy. (...) Miejscowi komuniści i ci spośród mieszkańców, którzy się zbytnio zaangażowali politycznie, bądź w inny sposób wyeksponowali po stronie rewolucji, przemykali teraz chodnikiem z ręcznym bagażem, z jakimś drewnianym kuferkiem, walizeczką, usiłując nie zwracać na siebie uwagi. Sprzed koszar Ignatowskich zwiały samorzutnie warty czekistów, i pułk oberwanych i bosych żołnierzy, który w tych dniach wysłany być miał pod Warszawę (pod projektowanym imieniem "pułku proletariatu wileńskiego") wyważył bramy, i runął, jak spieniona rzeka ulicą Trocką, Zawalną, lub skracając drogę do dworca, poprzez zaułki getta. -"Mać... mać... i mać!" łopotało nad nimi jednym głosem jak sztandar bojowy, zanim nie przeszli. - Ze wszystkich stron dołączały się inne grupki żołnierzy, ozdrowieńcy ze szpitali, taboryci bez broni, czerwonoarmiści bez przydziału, zwyczajni maruderzy, łaziki. Wielu było jeszcze takich, którzy ciągnęli na sobie, bądź wieźli swoje i nagrabione mienie w nadziei uratowania własności prywatnej, powodując zatory, zwiększając zamieszanie, przeklinani przez tych, którzy ratowali tylko własną skórę. Zaczął się wielki szturm do pociągów. Ani czterograniaste bagnety wart strzegących dobra wojskowego, ani pojedyncze strzały czekistów oddane w powietrze, nie były w stanie opanować sytuacji. Deptano po rozrzuconych aktach wypadłych ze złamanych skrzyń, wyrzucano precz cudze rzeczy, walcząc o każde okno w wagonie, zdobywano każde schodki, bufory, miejsce na dachu". 

"- Do Połocka! Do Połocka! - Dawaaaj! - Towarzysze! To wagon sztabowy! - próbował perswadować drobny, w okularach, z naszywkami politruka. - Bij ich, ja ich znam! - Won stąd! - Podskoczył drugi, wysoki politruk w rozerwanej bluzie, z pianą na ustach. - Tu czwartej armii... - Zatoczył się pchnięty w pierś. - Ja tobie dam armię! Ty, taka twoja mać! - Zerwano mu pistolet z pasa, zanim zdążył po niego sięgnąć. - Ziomkowie! Droga na Połock przecięta! - Łżeeesz! Sukinsyn! - Na bagnety szpiega! - Do pieca maszynistę, jeśli nie da pary! Ktoś rozpuścił pogłoskę o krwawej rzezi bolszewików, jaką Polacy sprawili w rzekomo już zdobytym Białymstoku... Chaos się potęgował. Po prostu nie do wiary, ale tak było: Jeszcze setki kilometrów oddalony był front, a już na samą wieść o porażce rozpadała się w drzazgi łamanych skrzyń kancelaryjnych, rozsypywała szkłem okien wagonowych, uciekała deptając po tłumie w panice, Wszechświatowa Rewolucja Komunistyczna! - Oto ona, sławetna teoria o solidarności klas upośledzonych! Oto ona, na klasycznym przykładzie mas zbuntowanych przeciwko uprzywilejowanym posiadaczom miejsc w wagonie. Trwała nie dłużej, aż się samemu to miejsce zdobyło, by zmienić front i spychać ze schodów niedawnych towarzyszy niedoli! Dopiero teraz okazało się, że na torach za stacją od dawna stoją pociągi sanitarne. Ranni i chorzy od 48-miu godzin nie otrzymują ani jadła ani napoju. Wobec zupełnego zatarasowania przejazdów nie można było tych pociągów przepuścić dalej, czy chociażby wprowadzić na dworzec. Personel częściowo się rozbiegł, pozostawiając rannych ich losowi. Wagony nie uprzątane, stały na upale w smrodzie ekskrementów, oblepione rojami much". - Oto fragment "Lewej Wolnej" Józefa Mackiewicza, opowiadającej o ewakuacji Armii Czerwonej z Wilna.

 

JAK MAWIAŁ CESARZ NAPOLEON WIELKI:
"PO BITWIE NIE MA JUŻ WROGÓW - WSZYSCY JESTEŚMY LUDŹMI"
TO PRAWDA, ALE ŻEBY MOŻNA BYŁO UJRZEĆ W TYCH SOWIECKICH JEŃCACH LUDZI, NAJPIERW NALEŻAŁO ODEBRAĆ IM BROŃ



 
Tak oto w upalnym sierpniowym słońcu, wśród rojów much i innego robactwa, w smrodzie ekskrementów, zdychała pierwsza próba zaprowadzenia komunistycznej rewolucji na Zachód i jednocześnie uczynienia z Polski (i innych krajów naszego regionu) sowieckich republik poddanych Moskwie. Nim jednak do tego doszło, bolszewicy pewni byli swego zwycięstwa i polscy delegaci na rozmowy pokojowe w Baranowiczach - odcięci od świata zewnętrznego - byli namawiani do jak najszybszego podpisania warunków pokoju, narzuconego Polsce przez Sowiety: w sprawie granic (na Linii Curzona), całkowitego rozbrojenia i przekazania Armii Czerwonej broni oraz amunicji ze wszystkich magazynów, redukcji armii do 50 tys. żołnierzy i 10 tys. kadry oficerskiej, powołania milicji ludowej (złożonej z komunistów) i kontroli głównych linii kolejowych wychodzących z Polski na Zachód. Odcięta w baranowickich lasach delegacja polska, pod przewodnictwem Władysława Wróblewskiego, nie mogąc skontaktować się z własnym rządem i będąc informowaną o sowieckich zwycięstwach na froncie, a przez to silnie naciskaną na szybkie podpisanie traktatu pokojowego, nie widząc w takich warunkach możliwości skutecznej realizacji swych zadań, zmuszona została do zerwania rozmów - dnia 2 sierpnia 1920 r. i powrotu do Warszawy, przy której zacieśniał się już pas bolszewickich armii, a hasła "Dajosz Warszawu!" były wówczas wszechobecne i znajdowały się nie tylko na plakatach, ale również na murach domów i na pociągach. Sowieci byli tak pewni zwycięstwa, że całkowicie zbagatelizowali plan polskiej kontrofensywy, jaka miała uderzyć znad rzeki Wieprz, a plan taki wpadł im w ręce (13 sierpnia), znaleziony przy poległym dzień wcześniej pod Dubienką w okolicy Chałma, dowódcy ochotniczego pułku piechoty im. Stefana Batorego - majorze Wacławie Drohojowskim. Był tam kompletny plan ataku, wraz z mapką ukazującą kierunki działań, ale naczelny dowódca Armii Czerwonej - Michaił Tuchaczewski i jego sztab wojenny uznali ten plan za nieprawdziwy, świadomie sfałszowany i podrzucony stronie sowieckiej. Plan jednak był prawdziwy.

6 sierpnia w Londynie, premier Wielkiej Brytanii - David Lioyd George całkowicie zgodził się na "pokojowe" żądania delegacji sowieckiej pod przewodnictwem Lwa Kamieniewa i Leonida Krasina, stając się pełnym wyrazicielem imperialnych (czy też wszechświatowych) interesów Kremla. Tej podległości Lioyd'a George'a dziwił się nawet sam brytyjski feldmarszałek Henry Wilson (który notabene nie przepadał za Polakami i pozwalał sobie w oficjalnych spotkaniach z delegacją francuską na takie teksty: "Z mojego punktu widzenia jest nieistotne, czy to bolszewicy, czy Niemcy zajmą Polskę, ponieważ ja chcę, żeby Rosja i Niemcy zetknęły się i żeby w ten sposób zapewnić między nimi trwałe tarcia i nie przyjaźń. Nigdy nie wierzyłem w to, żeby Polska była w stanie utrzymać się między tymi dwoma wielkimi krajami", a także twierdził, że w ogóle nie warto przejmować się losem tych: "przeklętych, małych państw"). Nawet on uważał jednak, że wchodzenie Sowietom w tyłek przez brytyjskiego premiera jest co najmniej obrzydliwe (zapisał pod datą 6 sierpnia 1920 r.: "Byłem przerażony sposobem, w jaki L.G. mówił o Francuzach i odnosił się do nich przed tymi bandziorami (Kamieniewem i Krasinem). A także tym niemal służalczym nastawieniem, z jakim zabiegał o rosyjskie interesy i był wrogi wobec Polaków. (...) Cały ton L.G. szokował mnie w najwyższym stopniu. (...) Było dla mnie całkiem jasne, że wszyscy trzej zakładali, i że L.G. zaaprobował, okupację Warszawy przez bolszewików"). Dzień wcześniej (5 sierpnia) Kamieniew przedstawił brytyjskiemu premierowi warunki, na mocy których sowiecka Rosja byłaby skłonna zawrzeć pokój z Polską, a były to te same warunki, które wcześniej Sowieci przekazali polskiej delegacji w Baranowiczach i na które Polacy nie wyrazili zgody (gdyż ich przyjęcie równałoby się nie tylko kapitulacji, ale i całkowitej sowietyzacji Polski). Mimo to David Lioyd George polecił brytyjskiemu przedstawicielowi w Warszawie, aby ten zakomunikował polskiemu rządowi, że jeżeli warunki te nie zostaną przyjęte, to wówczas Wielka Brytania nie będzie mogła udzielić Polsce dalszej pomocy.

Lioyd George był pod dużym wpływem swego sekretarza - barona Maurice Hankey'a - prawdziwego autora wytycznych Linii Curzona - który wyjeżdżając z Warszawy 31 lipca, tak pisał do swego pryncypała: "Jeżeli Rosja Sowiecka będzie kontynuować ofensywę, nasze wysiłki zmierzające do ocalenia Polski zapewne spełzną na niczym. Musimy zrobić wszystko co w naszej mocy, by uzyskać dla niej przyzwoite warunki, musimy uznać, że spotkał ją los, który sama sobie wybrała, wbrew naszym ostrzeżeniom i musimy poprawić warunki z Niemcami, a przez Niemcy z Rosją; musimy unikać zobowiązań militarnych w Europie i skupić się na handlu zamorskim". A jeszcze wcześniej pisał: "Uważam że lepiej by było zostawić Polaków, żeby cierpieli za swoją głupotę, aniżeli ich ratować, czynić taki wysiłek, który może okazać się wyłącznie nieskuteczny". Pod wpływem brytyjskich nacisków, rozmowy polsko-sowieckie zostały wznowione i 14 sierpnia wysłana została polska delegacja do Mińska (posłowie mieli się zgodzić na warunki przyjęte w Spa, czyli na Linię Curzona, ale odrzucić żądanie rozbrojenia, zakupu broni, oraz sowieckiej kontroli nad polskimi liniami kolejowymi, mimo to, przede wszystkim miano zaproponować kształt przyszłej polsko-sowieckiej granicy na linii byłych okopów niemieckich z czasów I Wojny Światowej, czyli od jeziora Narocz przez Baranowicze i Pińsk do Łucka). Trzy dni trwało, nim delegacja polska dotarła na miejsce (po drodze Sowieci wymyślali wciąż nowe komplikacje). Już podczas pierwszego spotkania obu delegacji - 17 sierpnia - przewodniczący grupy sowieckiej - Karl Christianowicz Daniszewski, obarczył Polskę odpowiedzialnością za wybuch wojny, jednak dodał też, że strona rosyjska uznaje "niezależność i suwerenność Państwa Polskiego w jego granicach narodowych". Drugie spotkanie delegacji miało miejsce 19 sierpnia. Przez ten cały czas - podobnie jak to było w Baranowiczach - delegacja polska była całkowicie odcięta od wiadomości z kraju i z frontu. Nie wiedząc co się dzieje, była jednocześnie poddawana presji co do szybkiego podpisania pokoju na warunkach takich samych, jak "zaproponowane" w Baranowiczach i w Londynie. Mimo to delegacja polska żądała uznania przez stronę sowiecką suwerenności i niepodległości Polski, granic "niezbędnych do jej gospodarczego rozwoju" i niemieszania się w wewnętrzne sprawy jednego państwa przez państwo drugie. Nie uzyskano wówczas kompromisu, choć strona sowiecka mocno naciskała na szybkie zawarcie pokoju (delegacja rosyjska wiedziała już wówczas o rozmiarach sowieckiej klęski pod Warszawą i cofaniu się wojsk Tuchaczewskiego do linii Niemna).




Przed trzecim spotkaniem - które odbyło się 23 sierpnia - Polakom udało się odnaleźć radio i wysłuchać komunikatu Sztabu Generalnego Wojska Polskiego o pogromie Sowietów pod Warszawą. Mocno podbudowało to delegatów, którzy natychmiast odrzucili wszystkie sowieckie "propozycje pokojowe". Na czwartym spotkaniu, w dniu 25 sierpnia, przewodniczący polskiej delegacji - Jan Dąbski zażądał przeniesienia dalszych rozmów na teren neutralny - do Rygi, stolicy Łotwy. Delegacja sowiecka nie wyraziła sprzeciwu, a wręcz przeciwnie, z każdym kolejnym dniem jej stanowisko stawało się bardziej elastyczne i ugodowe. Jednocześnie starali się Rosjanie zmobilizować do działania Brytyjczyków i 30 sierpnia Lew Kamieniew domagał się od Lioyd'a George'a wymuszenia na Polsce jak najszybszego zawarcia pokoju. Ostatnie spotkanie delegacji polsko-sowieckiej w Mińsku nastąpiło 2 września 1920 r., a dalsze rozmowy miał już być prowadzone w Rydze. Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej było dużym zaskoczeniem w Europie, najbardziej negatywnie zostało przyjęte w Niemczech, gdzie spodziewano się szybkiego upadku Warszawy, a to umożliwiłoby (według planu szefa Niemieckiego Sztabu Generalnego, który po podpisaniu przez Niemcy Traktatu Wersalskiego - 28 czerwca 1919 r., został zamieniony na Ogólny Urząd Wojskowy, czyli Allgemeiner Truppenamt - generała majora Hansa von Seeckt) aneksję polskich ziem zachodnich (Pomorza i Wielkopolski) pod hasłami: "uchronienia ich przed zalewem bolszewickim" (swoją drogą 17 września 1939 r., Sowieci zdradziecko zaatakowali walczącą z Niemcami Polskę pod podobnymi hasłami: "ocalenia mieszkańców Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi przed niemiecką okupacją"). Zdziwienie było widoczne również i w Londynie, gdzie od dawna uważano, że Polski ocalić się już nie da i starano się jak najszybciej zawrzeć pokój, aby uniemożliwić Armii Czerwonej wejście do Niemiec, bo to (według Lioyd'a George'a i jego akolitów) położyłoby kres wszelkim rozmowom pokojowym. Hankey pisał po sierpniowym zwycięstwie Wojska Polskiego w Bitwie Warszawskiej do brytyjskiego posła w Warszawie - Horace Rumbold'a, iż nie wierzył że Polacy będą w stanie zwyciężyć, a także dodał: "ale z tak emocjonalnymi ludźmi jak Polacy, wszystko jest możliwe" (podobnie myślał wówczas Winston Churchill, który po polskim zwycięstwie dopisał do wcześniejszych swych słów o rychłej zagładzie Polski: "Nieaktualne"). 

Wkrótce też w Londynie zaczęto sobie gratulować "ocalenia" Polski (lord d'Abernon np. pogratulował Lioyd'owi George'owi "ocalenia Polski i Europy"). Twierdzono też, że Polacy nie byliby w stanie odnieść zwycięstwa, gdyby nie Aliancka Misja Wojskowa, a głównie oficerowie brytyjscy, którzy wymogli na Polakach skuteczną obronę (w rzeczywistości pomoc aliancka była niezauważalna, co prawda Francuzi wysłali do Polski wcześniej 60 tys. karabinów i 13 milionów sztuk amunicji, ale realnie nie mieli żadnego wkładu ani w dowodzenie oddziałami, ani też w podejmowanie decyzji. Gdy gen. Maxime Weygand - szef francuskiej misji wojskowej w Polsce, zjawił się w Warszawie, spodziewając się hołdów i powierzenia mu dowództwa nad wojskiem, witający go Józef Piłsudski zapytał: "Ile mi pan przyprowadził dywizji?". Potem sam Weygand stwierdził oficjalnie - już po powrocie do Paryża w rozmowie z prasą - że zwycięstwo było dziełem polskiego Sztabu Generalnego, a w szczególności Naczelnego Wodza - Józefa Piłsudskiego, zaś w swych wspomnieniach, wydanych w kilka lat później, napisał: "Zwycięstwo osiągnięte zostało dzięki strategicznemu geniuszowi jednego człowieka i dzięki przeprowadzeniu przez niego akcji tak niebezpiecznej, że wymagała nie tylko talentu, ale i bohaterstwa (...) W ciągu trzech dni, które Marszałek Piłsudski spędził wśród wojsk czterech armii - zelektryzował je. Przelał z własnej duszy w dusze walczących - ufność i wolę pokonania wszelkich przeszkód. Pod żadnym innym dowódcą, Wojsko Polskie nie dokonałoby, z tym uniesieniem zażartym - tej ofensywy, rozwalając siły czterech armii sowieckich, które dopiero co miały się za zwycięzców". Jako ciekawostkę nadmienię jeszcze, że w swoich latach starczych, gdy Weygand popadł już w widoczną demencję, to wówczas wracał właśnie do czasów Bitwy Warszawskiej i wydawało mu się, że... to on był jej autorem. Co się zaś tyczy Brytyjczyków, to niektórzy oficerowie domagali się powierzenia im dowodzenia nad Wojskiem Polskim, na co Piłsudski odpowiedział że nie ma takiej możliwości, gdyż ze względu na barierę językową - żołnierze nie rozumieliby wydawanych im rozkazów. Brytyjczycy wówczas się obrazili i stwierdzili że przecież oficerowie brytyjscy dowodzą na całym świecie, nawet Egipcie i w Sudanie i wszędzie ich rozumieją, na co Piłsudski odparł: "proszę pamiętać, że jesteśmy w Polsce, a nie w Sudanie"). Realna i wręcz zbawcza pomoc przyszła tylko z jednej strony - od Węgrów. Gdyby bowiem ich załadowane amunicją skrzynie z napisem "Dary żywnościowe" nie dotarły 12 sierpnia na dworzec kolejowy w Skierniewicach, żołnierze pod Warszawą i nad Wieprzem nie mieliby po prostu czym strzelać, bowiem w zniszczonej działaniami wojennymi (I Wojny i Wojny polsko-bolszewickiej) Polsce, nie było wówczas żadnych fabryk broni ani amunicji i wszystko trzeba było kupować na Zachodzie. Węgrzy ofiarowali nam więcej, niż wszyscy inni razem wzięci, bowiem... całą amunicję przeznaczoną dla własnego wojska (62 miliony sztuk).




Na Zachodzie nie chciano uwierzyć (nie tylko zresztą tam - to co w owych kluczowych dniach lipca i sierpnia 1920 r. wyczyniała polska prawica - Narodowa Demokracja, nawet nie nadaje się do zacytowania, bo to przypomina po prostu... jawną zdradę - dlatego to pominę) że zwycięstwo jest dziełem Piłsudskiego. Uważano go bowiem za ignoranta, awanturnika, nieudacznika, podejrzanego lewicowca, zdradliwego sojusznika sprzyjającego Niemcom (Legiony Polskie 1914-1917 r., były przecież tworzone pod auspicjami sprzymierzonych z Niemcami Austro-Węgier). Poza tym - co najważniejsze - Piłsudski nigdy nie skończył żadnej wojskowej szkoły i nie miał teoretycznej wiedzy wojskowej. To prawda, ale Piłsudski był zahartowanym w walkach z caratem rewolucjonistą polskim (nie mylić z tym całym "internacjonalistycznym tałatajstwem" spod znaku sierpa i młota). Poza tym I Wojna Światowa - gdy był Komendantem Legionów Polskich (i bezpośrednim dowódcą I Brygady Legionów) wyrobiła w nim wiedzę praktyczną w dowodzeniu i kierowaniu wojskiem. Poza tym miał dużo szczęścia i choć wiele razy w swym życiu ponosił klęski (także osobiste) to z reguły potrafił je przemieniać w zwycięstwa, i tak też się stało z Bitwą Warszawską (której autorem planu pierwotnie był gen. Tadeusz Rozwadowski, ale Marszałek wniósł do niego kilka kluczowych zmian jeszcze przed samą ofensywą), jak również potem w Bitwie Niemeńskiej, do której doszło już we wrześniu 1920 r. W międzyczasie rozpoczęły się polsko-sowieckie rozmowy pokojowe w Rydze (jeszcze w styczniu 1921 r. ukazał się na łamach satyrycznego czasopisma "Mucha", taki oto obrazek, jak przedstawiciele delegacji polskiej i sowieckiej siedzą przy jednym stole w roku 2021. Wszędzie są pajęczyny, oni mają długie brody i mocno się postarzeli przez te sto lat, a podpis pod rysunkiem jest taki: "Wiceminister Dąbski - Kiedyśmy już po latach stu wszystko omówili, kochany panie Joffe, to może byśmy w przyszłym tygodniu przystąpili do zredagowania wstępu do polsko-sowieckiego traktatu pokojowego"). I rzeczywiście rozmowy pokojowe w Rydze toczył się długo i były niezwykle żmudne.   




 
CDN. 
  

wtorek, 19 października 2021

WIELKA TRWOGA - Cz. IV

CZYLI WOJNY GRECKO-PERSKIE,

WIDZIANE OCZYMA

NIE TYLKO ZWYCIĘSKICH

ATEŃCZYKÓW I SPARTAN,

LECZ GŁÓWNIE MIESZKAŃCÓW

ZAGROŻONYCH PRZEZ

PERSÓW GRECKICH WYSP I MIAST

 



 

Ο φόβος των Περσών 

Cz. IV







MIĘDZYWOJNIE 

(545 - 499 p.n.e.) 

Cz. I 




CYRUS WIELKI
CZYLI OD EUROPY PO INDIE


 
 Wkrótce po zwycięstwie nad Krezusem lidyjskim i ujarzmieniu małoazjatyckich polis z Jonii i Eolii (545/544 r. p.n.e.) po zajęciu Karii i przyjęciu kapitulacji miasta Knidos w Dorydzie - 544 r. p.n.e. (tej wyspiarskiej, a nie tej kontynentalnej - zamkniętej pomiędzy górami Fokidy, Lokrydy, Etolii i Oetei), które to miasto podjęło się szaleńczej próby przetrwania, tworząc przekop, mający uniemożliwić Persom zbliżenie się do Knidos, ale ponieważ wyrocznia Apollina w Delfach (zasilana notorycznie perskim złotem) idąc w ślady sanktuarium Apolla w Didymach (Branchidów), zakazała im dalszego przekopu i poleciła poddać się Persom - tak właśnie uczynili mieszkańcy owego polis. Najeźdźcy musieli ujarzmić jeszcze plemię Pedasejczyków zebranych na górze Lide (543 r. p.n.e.) oraz lud Termilów w Licji (był to lud, który sześćset lat wcześniej brał udział w inwazji "Ludów Morza" na Anatolię, Syrię i Egipt i zapewne miał... słowiańskie korzenie. Dlaczego tak uważam? Ponieważ ich język i kultura znacznie różniły się od języka i kultur ludów sąsiednich) uważanych za niezwyciężonych (nie mógł ich ujarzmić ani Krezus, ani też Grecy, którzy starali się zakładać na licyjskim wybrzeżu swoje kolonie - choć większość z nich została zniszczona, a przetrwała tam tylko jedna kolonia - Faselis, wspomagana przez mieszkańców, leżącej nieopodal wyspy Megiste, oraz Rodos, choć i oni przetrwali tylko dlatego, że opłacali się Termilom). Wobec przewagi liczebnej perskich wojsk Harpagosa (satrapy Sardes) zamknęli się Termilowie w swym głównym mieście - Arnna (przez Greków zwanego Xantos) i tam walczyli dopóty, dopóki nie zabrakło im żywności i wody, a gdy tak się stało, zamknęli swe żony i dzieci w miejskiej twierdzy którą podpalili, a sami dokonali ostatniego, brawurowego i samobójczego wypadu - ginąc w walce z bronią w ręku. Miało to miejsce ok. 542/541 r. p.n.e. i od tej chwili greckie, małoazjatyckie miasta znad Morza Egejskiego całkowicie uległy już perskiej dominacji.

Kolejne lata upływały spokojnie, a skoro tylko greckie polis uznały nad sobą hegemonię Króla Królów, nie musiały obawiać się ani zwiększenia corocznych danin, ani bezpośredniego wtrącania się Persów w lokalną i wewnętrzną politykę miast, ani też żadnych innych nie doznały obostrzeń - a wręcz przeciwnie. Ci wszyscy, którzy dobrowolnie podporządkowali się Cyrusowi - "królowi Anszanu i całego Świata" - mogli liczyć na wiele udogodnień, głównie związanych z handlem, co dla wielu Greków miało istotne znaczenie, tym bardziej że jako poddani perskiego władcy otrzymali oni teraz możliwość prowadzenia handlu na całym, olbrzymim obszarze jego wciąż rozrastającego się imperium. Bowiem Cyrus wkrótce po zdobyciu Lidii (547/546 p.n.e.), wyprawił się na Wschód, aby podporządkować swej władzy tamtejsze krainy. W latach 545-540 p.n.e. perski władca przyłączył do swego imperium kolejno: Hyrkanię (satrapia Warkana - urodzajna ziemia leżąca na południe od Morza Hyrkańskiego, czyli dzisiejszego Morza Kaspijskiego) oraz Partię (satrapia Partawa - kraina głównie wyżynna. Obiema tymi ziemiami władał krewniak Cyrusa - Hystaspes, syn Arsamesa, który zgodził się w pokojowy sposób przejść pod władzę Persów, w zamian za pozostawienie mu dotychczasowej władzy jako satrapy). Następnie Cyrus wkroczył do krainy zwanej Aria (którą zamienił w satrapię o nazwie Haraiwa) zajmując jej stolicę - Artokoanę. Potem ruszył na południe, do Drangiany (satrapia Zaranka), która poddała mu się całkowicie, a mieszkańcy tej krainy nawet dostarczyli perskiemu wojsku żywności, za co zostali zwolnieni od wszelkich danin i zaliczeni w poczet tzw.: "królewskich dobroczyńców". Wzdłuż rzeki Etymander, skierował się teraz Cyrus do Arachozji (satrapia Haurawatisz). Były to wszystko krainy słabo zaludnione, z reguły wyżynne lub pustynne i oparte na prymitywnej gospodarce. Cyrus spędził trochę czasu w oazach Arii i Arachozji, po czym skierował się na Północ, za Amu-darię (ówcześnie rzeka ta nosiła nazwę - Oxus) do Sogdiany (satrapia Sugudu) której władca w swej stolicy - Marakandzie (mieście pełnym ogrodów i sadów) osobiście złożył mu hołd. Król chciał iść dalej, choć nie było mostów na rzece Syr-daria (wówczas rzeka ta nosiła nazwę - Jaksartes), a na Północy mieszkał półkoczowniczy lud wojowniczych Masagetów. Ale te przeszkody nie zatrzymały Cyrusa, przepłynął rzekę (wraz ze swymi żołnierzami) na nadmuchanych świńskich skórach i dotarł do oazy Chiwa, gdzie mieszkali najbardziej wojowniczy spośród Masagetów - Chorasmiowie, pobił ich i całą krainę przyłączył do swego imperium. Zanim stamtąd wyjechał, określił jeszcze określić wysokość daniny, którą odtąd mieli płacić Charasimowie, a także zapoznać ich z techniką nawadniania pól, aby wydrzeć pustyni część ziemi, oraz kazał zbudować na granicy rzeki Jaksartes pięć twierdz - dla trzymania Masagetów w poddaństwie (były to m.in.: Gaza i Kyra). W drodze powrotnej zajął oazę Margusz i ustanowił nową satrapię w krainie zwanej Baktria (satrapia Bachtrisz). Jej głównym miastem była Zariaspa - jedno z najważniejszych centrów kultowych medyjskich magów (Aleksander Wielki, przerażony tym, jak magowie postępują z umierającymi i zmarłymi, wynosząc ich ciała na pustynię i czekając aż sępy objedzą je do kości - często jeszcze na żywca -  zakazał tego typu praktyk).




Po powrocie do Pasargadów, Cyrus szykował się już na nową wojnę, tym razem jego celem była Babilonia, która od śmierci ostatniego wielkiego władcy tej krainy - Nabuchodonozora II w 562 r. p.n.e., przeżywała okres załamania, i to zarówno gospodarczego, jak i politycznego a nawet społecznego. Już syn i następca Nabuchodonozora - Amel-marduk został obalony w kilkanaście miesięcy po swym wstąpieniu na tron (560 r. p.n.e.) za to iż: "nie szanował praw i prawdy". Do władzy doszedł teraz tartan armii babilońskiej - Nergal-szarucura, który jednocześnie był właścicielem rozległych połaci ziem w królestwie. Otoczył się on sobie podobnymi, którzy łupili podatkami jak tylko mogli chłopów pracujących na roli. Z tak uzyskanych pieniędzy Nergal-szarucura rozbudowywał i upiększał Babilon. W ostatnim roku swego panowania (557/556 p.n.e.) wyprawił się zbrojnie do Anatolii, aby wspomóc mieszkańców dawnej Kizzuwatny (konkretnie kraju Kue w Cylicji) w ich walce z Krezusem lidyjskim. Do konfliktów ekonomicznych i społecznych (w 550 r. p.n.e. w żyznej dotąd Babilonii po raz pierwszy od niepamiętnych czasów pojawił się głód) doszły również konflikty plemienne (dziś powiedzielibyśmy narodowościowe) pomiędzy dwoma głównymi ludami, zamieszkującymi ówczesną Babilonię - Chaldejczykami i Aramejczykami. Jedni i drudzy uważali się za predystynowanych do władzy, przy czym pozycję dominującą mieli raczej Chaldejczycy (szczególnie opierając się na kaście kapłańskiej boga Marduka), ale i Aramejczycy również mieli możliwości zdobycia władzy. I tak właśnie stało się w 556 r. p.n.e., gdy tron Babilonu zdobył Aramejczyk z pochodzenia - Nabonid (Nabuna'id). Poślubił on (zapewne córkę Nabuchodonozora II) - Nitokris, aby uprawdopodobnić swoje prawa do tronu, ale nie posiadał poparcia wpływowych kapłanów Marduka, gdyż sam pozostawał wyznawcą boga Sina (bóg Księżyca), którego to kapłanką była w Harranie (skąd pochodził) jego matka, a rodzina mieszkała w tym mieście jeszcze od czasów asyryjskich. Co prawda Nabonid przykładał dużo propagandowego pietyzmu do wszystkich publicznych świąt babilońskich, łącznie z najważniejszym świętem Nowego Roku (podczas którego Marduk dawał władcy swoje błogosławieństwo na kolejny rok sprawowania rządów nad miastem w jego imieniu). Jednak sam fakt, iż był wyznawcą Sina, a poza tym zezwolił na czczenie również bóstw astralnych (Szamasza, Sina i Isztar) powodował jego konflikt z klerem Marduka - który nie tolerował żadnej konkurencji. Ok. 550 r. p.n.e. gdy wybuchła klęska głodu, Nabonid postanowił opuścić Babilon i osiąść w swej samotni w oazie Tema na Pustyni Arabskiej. Władzę w kraju powierzył zaś synowi - Belszarucurowi (Baltazarowi - zapewne temu samemu, który jest wymieniony w Biblii, gdy podczas przyjęcia na ścianie jego pałacu pojawiły się napisy, umieszczone tam przez "boską rękę", te napisy to: "Mene, Tekel, Fares" ["Policzono, Zważono, Podzielono"] mające być zapowiedzią upadku królestwa).

Ciągły konflikt z kapłanami Marduka powodował, że sytuacja wewnętrzna w kraju była bardzo napięta, a jeśli doliczyć do tego wzrost znaczenia lokalnych wielmożów to sprawa zaczynała się nieco komplikować. Co prawda Baltazar (i Nabonid) wciąż dysponowali silną armią, w tym elitarnym korpusem królewskim (na których potem Persowie wzorować będą swój korpus "Nieśmiertelnych") zwanych "Walecznymi". Ale nagromadzenie konfliktów wewnętrznych (np. zapiaszczenie portu w Ur, co też spowodowało upadek handlu przez Zatokę Perską, a tym samym znaczne zubożenie mieszkańców kraju) sprzyjało interwencji zewnętrznej - egipskiej, medyjskiej oraz perskiej. Egipcjanie mieli z Babilończykami na pieńku już od dość dawna (w 568 r. p.n.e. faraon Chnumibre Amazis Sineith - lub po prostu Amazis II - odparł babilońską inwazję na Deltę), ale teraz stosunki te układały się zgodnie. Medowie zaś zostali pokonani i podbici przez Persów, zatem jedyne realne niebezpieczeństwo groziło Babilonii od strony ambitnego zdobywcy "Wschodu i Zachodu" - Cyrusa Wielkiego. Ok. 540 r. p.n.e. po prawie dziesięciu latach spędzonych w oazie Tema, do Babilonu powrócił Nabonid. Był to już okres poważnego kryzysu w relacjach z Persami, którzy jeszcze w 546 r. p.n.e. zajęli strategiczny, północny punkt obrony Babilonii - Suzę (na tamtejszym akropolu stacjonowały wojska babilońskie pod wodzą niejakiego Gobryasa - mianowanego naczelnikiem Elamu, jeszcze przez Nabuchodonozora II. Jednak potęgujący się konflikt religijny - za czasów Baltazara na krótko ograniczono kapłanom Marduka pewne przywileje, licząc na to, że pragnąc je odzyskać, kler Babilonu będzie musiał ugiąć się przed królem. Efekt był jednak wprost przeciwny i to lud miasta, podpuszczany przez kapłanów, wymusił na królu ustępstwa, a zapewne to właśnie ta porażka Baltazara zmusiła Nabonida do ratowania pozycji korony i powrotu na tron po dziesięciu latach nieobecności) miał wpływ również i na żołnierzy stacjonujących w Suzie. Gdy więc Cyrus złożył Gobryasowi propozycję uczynienia go satrapą Elamu, ten przyjął propozycję z radością i przeszedł ze swoimi żołnierzami na stronę Persów (trzeba bowiem pamiętać, że propaganda perska skutecznie przedstawiała Cyrusa jako przyjaciela i obrońcę kleru Marduka). Jeszcze w tym samym roku, w czerwcu (546 r. p.n.e.) wojska Gobryasa wkroczyły do Akadu i w Uruk obległy lojalnego wobec Baltazara zarządcę tej ziemi, po czym nie niepokojone, wycofały się do Suzy.

Po swym powrocie do Babilonu, nakazał Nabonid sprowadzić do miasta posągi bogów z wielu miast (których utraty wierności się obawiał). Chciał w ten sposób zmusić miasta do uległości, oraz pozbawić tamtejszych kapłanów "boskiej siły" emanującej z owych posągów (wierzono bowiem że każdy posąg jest żywą emanacją bóstwa i może sprowadzać zarówno zwycięstwo jak i klęskę). Skutek tego czynu był jednak odwrotny od zamierzonego - ograbione z bóstw miasta, wzywały teraz Cyrusa by je pomścił, zaś mieszkańcom Babilonu ten krok również się nie spodobał i wielu z nich (np. Żydzi, sprowadzeni tutaj pięćdziesiąt lat wcześniej po zniszczeniu Jerozolimy przez Nabuchodonozora II w 587 r. p.n.e. - tzw.: "Niewola Babilońska") głośno modliło się o obalenie Nabonida i przybycie Cyrusa. Ten chciał interweniować już jesienią i zimą 540 r. p.n.e., ale uniemożliwiły mu to duże opady śniegu, który zasypał przełęcze. Było więc oczywiste, że wiosną wojna wybuchnie już na całego. I tak też się stało, gdy z nastaniem nowego (539 r. p.n.e. - oczywiście kalendarz babiloński opierał się na zupełnie innych datach) Cyrus ruszył w drogę - od razu otworzyły przed nim swe bramy, ograbione z posągów bóstw miasta: Esznunak, Zamban, Me Turnu oraz Der. Jeszcze w marcu pewny siebie Nabonid, kazał sprowadzić posągi bogów z Uruk, Maradda, Zamama, Kisz, Ninlil i Hursaghalama - ufając, że zgromadzone w Babilonie bóstwa, same odeprą perską inwazję. 4 kwietnia 539 r. p.n.e. - w dzień babilońskiego Nowego Roku, zorganizował Nabonid wielkie uroczystości ku czci Marduka, mające być świadectwem uznania boga wobec jego osoby. Nie szczędził więc mieszkańcom Babilonu (szczególnie zaś żołnierzom) wina oraz jadła, aby mogli radować się z uznania Nabonida przez Marduka za jedynego i legalnego władcę. Mogłoby się wydawać, że działania Nabonida są jałowe, zdane na niepowodzenie, a armia perska wkrótce stanie u wrót Babelu, ale okazało się że... nie. Stary król miał dobry zmysł polityczno-propagandowy i wiedział że odpowiednia otoczka, inscenizacja oraz atmosfera - będą mu służyć. Okazało się bowiem że Cyrus wstrzymał swój marsz, gdy tylko kapłani Marduka nie wyrazili sprzeciwu i potwierdzili "uznanie", jakie do Nabonida kierował Marduk. Uskrzydlony tym sukcesem, postanowił Nabonid dalej brnąć w politykę ściągania kolejnych "bogów" do miasta i jeszcze w sierpniu 539 r. p.n.e. kazał sprowadzić kolejne posągi do Esangili (ponoć była to świątynia wszystkich bogów, a niektórzy historycy upatrują w tej piramidalnej konstrukcji biblijną "Wieżę Babel"), ale to było wszystko, na co mógł jeszcze sobie pozwolić.




We wrześniu 539 r. p.n.e., kapłani miast: Borsipy, Sippar i Kutu jawnie już odmówili Nabonidowi wysłania posągów swych bogów do Babilonu, a powszechne oburzenie spowodowała zmiana nakrycia głowy boga Szamasza (bóg Słońca) - zalecona przez Nabonida - w nowo odbudowanej po pożarze świątyni w Sippar (to właśnie wówczas miał powstać mit o ręce piszącej na ścianie, który przetrwał w Biblii). Teraz kapłani już otwarcie wzywali Cyrusa na ratunek, nazywając go "obrońcą bogów". z końcem września 539 r. p.n.e. armia perska wkroczyła do Babilonii. Nabonid wysłał przeciw Persom swoje wojska, pod dowództwem Baltazara, ale ten został rozbity w bitwie pod Opis nad Tygrysem. Nie widomo co spowodowało klęskę Babilończyków? czy lepsze wyszkolenie i taktyka Persów, czy może zdrada oddziałów dowodzonych przez Baltazara. Pewnym wszakże jest, że Persowie to starcie wygrali i 11 października bez walki poddało im się potężne miasto Sippar, a już 13 października Gobryas (dowodzący armią perską) zajął Babilon, z którego Nabonid zbiegł (wkrótce potem jednak powrócił do miasta i został schwytany - jego dalsze losy są nieznane, choć istnieje pogłoska iż Cyrus mianował go z końcem 538 lub początkiem 537 r. p.n.e. - zarządcą Babilonii - co raczej wydaje się mało prawdopodobne). Król Królów wkroczył do zdobytego miasta (które też poddało się bez walki) 29 października 539 r. p.n.e. Drogę usłano mu gałązkami wawrzynu, a on sam kazał sporządzić odezwę do mieszkańców (wydrukowano ją na glinianym cylindrze tylko w języku akadyjskim, z pominięciem perskiego, co było bardzo rzadko spotykane w oficjalnej królewskiej administracji) w której obiecywał, iż będzie stał na straży wiary mieszkańców zdobytego Babilonu i że sam uważa się za władcę oraz mieszkańca tego kraju - tak jakby był nim z urodzenia, a nie z podboju. Edykt zapewniał też, że odtąd wszyscy Babilończycy są równoprawnymi poddanymi imperium na równi z Persami i Medami (co ciekawe - to oświadczenie nie zostało sporządzone w innych językach, a także nie wykuto go w rytej inskrypcji na twardym materiale, takim jak skała, kamienna stela czy metalowa lub srebrna tabliczka, tylko na glinianym cylindrze, który łatwo mógł ulec zniszczeniu - choć los akurat postarał się o to, aby przetrwał).

Satrapą Babirus (Babilonii) mianowany został Gobryas (który to pełnił tę funkcję przez kilka miesięcy, aż do wiosny 538 r. p.n.e.). Jego wojska ("tarcze Gutium") otoczyły Esangilę chroniąc kapłanów - zgodnie z poleceniem Cyrusa. Był to jawny symbol nastania nowych czasów - czy też raczej powrotu starych, dobrych czasów z lat panowania Nabuchodonozora II, którego rządy pamiętało jeszcze wielu mieszkańców Babilonu. Jednak już po nowym roku, Cyrus mianował kolejnym satrapą tej krainy, swego syna - księcia Kambyzesa. Co ciekawe - pomimo całej propagandowej otoczki (łącznie z przekazaniem przez Marduka władzy nad miastem w ręce Kambyzesa, jak to miało miejsce z poprzednimi władcami) ojciec powierzył synowi jedynie władzę nad samym miastem i północną częścią kraju (Asyrią), natomiast nie dał mu pełnej władzy, co mogłoby świadczyć o tym, iż być może obawiał się synowskiej ambicji, a nawet próby pokuszenia się zbyt wcześnie o tron Persji (być może miało to związek z nie do końca wyjaśnioną kwestią zabójstwa Bardij - najstarszego syna Cyrusa, którego ten zapewne przeznaczył do rządów. Nie wiadomo jednak jak zginął Bardija i kto maczał palce w jego śmierci. Wiadomo jednak że mag Gaumata obalił i prawdopodobnie zabił Kambyzesa w marcu 522 r. p.n.e., twierdząc iż jest jego starszym bratem - Bardiją, który uniknął śmierci i powrócił zająć należne mu miejsce. Gaumatę/Bardiję zabił zaś - gdy ten oddawał się właśnie namiętnościom w objęciach swej nałożnicy - we wrześniu 522 r. p.n.e. w twierdzy Sikajawautisz w Medii - wraz ze swymi sześcioma towarzyszami: Onofasem, Idernesem, Norondabatesem, Mardoniuszem, Barissesem i Artafarnesem, którzy potem byli założycielami sześciu największych rodów Persji - kolejny władca Dariusz I Wielki. Późniejsza propaganda zwycięskiego Dariusza, uczyniła z Gaumaty/Bardiji symbol wszelkiego zła, co zawarte jest choćby w królewskiej inskrypcji: "On kłamał narodowi tak: "Jestem Bardija, syn Cyrusa, brat Kambyzesa". (...) Mag Gaumata odebrał Kambyzesowi Persję i Medię i inne kraje i zagarnął dla siebie. (...) Naród bał się go... on zabił wielu ludzi, którzy znali wcześniej Bardiję. (...) On tak okłamał ludzi (...) Świątynie ognia, które zburzył mag Gaumata ja odbudowałem. Ludziom zwróciłem pastwiska, stada i niewolników razem z gospodarstwami, które odebrał im mag Gaumata. (...) Ahura-Mazda okazał mi pomoc. (...) Pozbawiłem go królestwa. Dzięki Ahura-Mazdzie stałem się królem, Ahura-Mazda dał mi królestwo" itd). Ale to była dopiero pieśń przyszłości, na razie bowiem - przez dziewięć miesięcy - satrapą Babilonu pozostawał książę Kambyzes, a potem ojciec odebrał mu tę władzę i zmusił do powrotu do Suzy. 

A tymczasem w miastach i na egejskich wyspach Hellady, w latach 40-tych i 30-tych VI wieku p.n.e. nastąpiła zasadnicza zmiana w podejściu do Persów. Zmiana ta opierać się będzie na zgodnej współpracy wielu greckich tyranów z perskimi satrapami Sardes, dającej możliwość wytyczenia nawet przyszłego sojuszu Persji i greckich miast-państw. Ta cała "idylla" (nie zawsze bezkrwawa) trwała przez cały okres międzywojnia, aż do wybuchu w 499 r. p.n.e. powstania Jonów pod wodzą Arystagorasa.




 
CDN. 
   

niedziela, 17 października 2021

POWRÓT DO JEDWABNEGO

 WERSJA ANGLOJĘZYCZNA

 
 
Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią iż gdy tylko ukaże się anglojęzyczna wersja filmu Wojciecha Sumlińskiego pt.: "Powrót do Jedwabnego", to umieszczę na blogu link do niego i tak właśnie czynię. Film można zarówno obejrzeć na stronie sumlinski.pl jak i na cda.pl
 
 
 
OTO LINK DO FILMU:
 
 
 
 
 
TYLKO PRAWDA JEST CIEKAWA!!!
 
 

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XLVII

PONOWNE ODRODZENIE POPRZEZ

POZNANIE SAMEGO SIEBIE

Cz. XVI

 



 
RELACJA KATARZYNY W CZASIE
TERAPII HIPNOTERAPEUTYCZNEJ
 
 
 
 W kilka dni po swoich trzecich urodzinach moja córeczka Amy podbiegła do mnie, objęła za kolana i spojrzała w górę mówiąc:

- Tatusiu, kocham ciebie od czterdziestu tysięcy lat.

Popatrzyłem na jej małą twarzyczkę i byłem bardzo, bardzo szczęśliwy. 

W kilka dni później obudziłem się w nocy z głębokiego snu. Całkiem przytomny ujrzałem twarz Katarzyny, kilkakrotnie większą niż w rzeczywistości. Wyglądała na przerażoną, jak gdyby potrzebowała mojej pomocy. Spojrzałem na zegarek, była 3:36 nad ranem. Nie obudził mnie żaden hałas z zewnątrz, Carole spała mocno obok mnie. Doszedłem do wniosku, że to nic ważnego, i za- snąłem znowu. Około 3:30 tego samego dnia nad ranem Katarzyna obudziła się w panice, ponieważ miała jakiś koszmarny sen. Była spocona, serce jej mocno biło. Postanowiła zrelaksować się przez medytację, wyobrażając sobie, że ją hipnotyzuję w moim gabinecie. Widziała moją twarz, słyszała mój głos i po chwili zasnęła. Katarzyna stawała się coraz bardziej wrażliwa, to samo działo się ze mną. Przypomniałem sobie, jak moi profesorowie na psychiatrii mówili o reakcjach transferencji i kontrtransferencji zachodzących podczas kontaktów terapeutycznych. Transferencja to przekaz uczuć pacjenta, jego myśli i pragnień do terapeuty, który reprezentuje kogoś z przeszłości pacjenta. Kontrtransferencja jest czymś odwrotnym, mianowicie podświadomą emocjonalną reakcją terapeuty wobec pacjenta. Ale o 3:30 nie było tego rodzaju komunikacji. Był to kontakt telepatyczny na fali poza normalnymi kanałami. W jakiś sposób hipnoza udrożniła ten kanał. A może to grupa różnych duchów - Mistrzów czy opiekunów - była odpowiedzialna za powstanie tej nowej fali? Wcale bym się tym nie zdziwił.

Podczas następnego seansu Katarzyna szybko osiągnęła głęboki poziom hipnozy. I od razu była zaniepokojona.

- Widzę wielką chmurę... boję się jej - szybko oddychała.

- Czy jest tam nadal?

- Nie wiem. Nadeszła i szybko zniknęła... coś wysoko na górze.

Nadal była przerażona, nadal ciężko oddychała. Obawiałem się, że widzi wybuch bomby atomowej. Czyżby zajrzała w przyszłość?

- Czy widzisz tę górę? Czy kształtem przypomina bombę atomową?

- Nie wiem.

- Dlaczego tak ciebie przeraża?

- To stało się całkiem nagle. Ja tam byłam... pełno dymu... bardzo dużo dymu. To jest wielkie. Wybuchło daleko. Och...

- Jesteś bezpieczna. Czy możesz się do tego zbliżyć?

- Ja nie chcę się do tego zbliżyć! - odparła ostro, rzadko kiedy była tak oporna.

- Dlaczego tak się tego boisz? - spytałem znowu.

- Mnie się zdaje, że to są jakieś chemikalia czy coś w tym rodzaju. Trudno oddychać w pobliżu tego - z trudem łapała oddech.

- Czy to coś w rodzaju gazu? Czy pochodzi z samej góry... jak z wulkanu?

- Chyba tak. Przypomina wielki grzyb. Podobny jest do niego... jest biały.

- Ale to nie jest bomba? To nie jest bomba atomowa ani nic takiego?

Milczała i po chwili znowu zaczęła mówić:

- To jest wul... coś w rodzaju wulkanu. Budzi przerażenie. Trudno oddychać. W powietrzu jest pył. Nie chcę tam być.

Po pewnym czasie zaczęła oddychać głęboko i nawet pocić się, jak zwykle podczas hipnozy.

- Teraz łatwiej ci oddychać?

- Tak.

- To dobrze. Co teraz widzisz?

- Nic... Widzę naszyjnik, naszyjnik na czyjejś szyi. Niebieski... nie, srebrny i wisi na nim błękitny kamień, a pod tym kamieniem są mniejsze kamienie.

- Czy coś się znajduje na tym niebieskim kamieniu?

- Nie. Ale można widzieć przez niego. Ta pani ma czarne włosy i niebieski kapelusz... z wielkim piórem, jej suknia jest z aksamitu.

- Czy wiesz, kim jest ta pani?

- Nie.

- Czy jesteś tam, czy to ty jesteś tą panią?

- Nie wiem.

- Ale widzisz ją?

- Tak. Nie jestem tą panią.

- Ile ma lat?

- Około czterdziestu. Ale wygląda na starszą.

- Czy ona coś robi?

- Nie. Po prostu stoi przy jakby umywalni, na której widzę flakon z perfumami. Ten flakon jest biały i są na nim zielone kwiaty. Widzę też szczotkę i grzebień ze srebrnymi rączkami.

Podziwiałem jej spostrzegawczość.

- Czy to jest w jej pokoju, czy też w sklepie?

- W jej pokoju. Stoi tu łóżko... z czterema kolumnami, brązowe. Na umywalni stoi dzbanek.

- Dzbanek?

- Tak. W tym pokoju nie ma żadnych obrazów. Są tylko śmieszne ciemne zasłony.

- Czy jest ktoś inny jeszcze?

- Nie.

- W jakim stosunku do ciebie pozostaje ta pani?

- Służę jej.

Znowu była służącą.

- Od dawna u niej służysz?

- Nie... od kilku miesięcy.

- Czy podoba cię się ten naszyjnik?

- Tak. Jest bardzo elegancki.

- Czy kiedykolwiek nosiłaś naszyjnik?

- Nie.

Z powodu jej krótkich odpowiedzi, musiałem tak pokierować rozmową, żeby zdobyć jakieś zasadnicze informacje. Przypomniało mi to rozmowy z moim kilkunastoletnim synem.

- Ile lat masz teraz?

- Trzynaście, może czternaście...

Była mniej więcej w tym samym wieku co on.

- Dlaczego opuściłaś swoją rodzinę?

- Nie opuściłam ich - poprawiła mnie. - Ja tylko tutaj pracuję.

- Ach, tak. Czy po pracy wracasz do swojej rodziny?

- Tak.

Jej lakoniczne odpowiedzi bardzo ograniczały teren moich dociekań.

- Czy twoja rodzina mieszka blisko?

- Dość blisko... Jesteśmy bardzo biedni. Musimy pracować... służyć.

- Czy znasz nazwisko tej pani?

- Belinda.

- Czy ona dobrze cię traktuje?

- Tak.

- Cieszę się z tego. Czy ciężko pracujesz?

- To nie jest praca specjalnie męcząca.

Przeprowadzanie wywiadu z nastolatkami nigdy nie było łatwe, nawet jeśli to dotyczyło dawnego wcielenia. Całe szczęście, że miałem dość dużą wprawę.

- Dobrze. Czy widzisz ją nadal?

- Nie.

- Gdzie jesteś teraz?

- W innym pokoju. Jest tu stół przykryty czarnym materiałem, obszytym frędzlą. Tutaj pachnie ziołami... i mocnymi perfumami.

- Czy to wszystko należy do twojej pani? Czy ona używa dużo perfum?

- Nie, to jest inny pokój. Jestem w innym pokoju.

- Czyj to jest pokój?

- Należy do jakiejś ciemnej pani.

- W jakim sensie ciemnej? Czy widzisz ją?

- Głowę ma obwiązaną - szepnęła Katarzyna. - Kilkoma szalami. Jest stara i pomarszczona.

- Jaki jest twój stosunek do niej?

- Przyszłam zobaczyć się z nią.

- W jakim celu?

- Żeby mi postawiła karty.

Intuicyjnie wiedziałem, że przyszła do wróżki, która zapewne stawiała kabałę kartami tarota. Jakaż w tym była ironia. Oto Katarzyna i ja braliśmy udział w niezwykłej duchowej przygodzie, przenosząc się w różne wcielenia i wymiary, a mimo to ona jakieś dwieście lat temu poszła do wróżki, żeby się dowiedzieć, co ją czeka w przyszłości. Wiedziałem, że Katarzyna nigdy nie była u wróżki w swym obecnym życiu i nic nie wiedziała o kartach tarota ani o przepowiedniach przyszłości, ponieważ zawsze ją to przerażało.

- Czy ona przepowiada przyszłość?

- Ona widzi różne rzeczy.

- Czy masz dla niej jakieś pytanie? Co chcesz zobaczyć? Czego się chcesz dowiedzieć?

- O pewnym mężczyźnie... za którego może wyjdę za mąż.

- Co ona mówi, kiedy kładzie karty?

- Karta z... jakby tyczkami. Tyczki i kwiaty... tyczki, włócznie i jakaś linia. Na innej karcie jest kielich, kubek... Widzę kartę z mężczyzną albo chłopcem niosącym tarczę. Ona mówi, że wyjdę za mąż, ale nie za tego człowieka... Nic więcej nie widzę.

- Czy widzisz tę panią?

- Widzę jakieś monety.

- Czy jesteś nadal z nią, a może to jest jakieś inne miejsce?

- Jestem z nią.

- Jak wyglądają te monety?

- Są złote. Ich brzegi nie są gładkie. Kanciaste. Na jednej stronie widać koronę.

- Zobacz, czy na tych monetach wybita jest data. Coś, co możesz przeczytać... litery.

- Jakieś obce liczby - odparła. - X-y oraz duże I.

- Czy wiesz, jaki to rok?

- Tysiąc siedemset... któryś. Nie wiem który.

Znowu zamilkła.

- Dlaczego ta wróżka jest dla ciebie taka ważna?

- Nie wiem.

- Czy jej przepowiednia się sprawdziła?

- ... Ona właśnie odeszła - szepnęła Katarzyna. - Skończyło się. Nie wiem.

- Czy coś widzisz teraz?

- Nie.

- Nic nie widzisz? 

Byłem zdumiony. Gdzież ona była.




- Czy znasz swoje imię w tym wcieleniu? - spytałem mając nadzieję, że wreszcie uchwycę nić tego życia sprzed dwustu lat.

- Odeszłam stamtąd.

Opuściła tamto wcielenie i odpoczywała. Teraz potrafiła to robić sama. Nie potrzebowała przeżyć śmierci, żeby odpoczywać. Czekaliśmy przez kilka minut. To jej życie nie było specjalnie ciekawe. Zapamiętała tylko jakieś wnętrza i ciekawą wizytę u wróżki.

- Czy coś teraz widzisz? - spytałem znowu.

- Nie - wyszeptała.

- Odpoczywasz?

- Tak... Klejnoty w różnych kolorach...

- Klejnoty? 

- Tak. To są właściwie światła, ale wyglądają jak klejnoty.

- Co jeszcze? - spytałem.

- Ja właśnie... - urwała i po chwili jej szept stał się wyraźny i głośny: - Jest wiele słów i myśli, które wokół krążą... Dotyczą koegzystencji i harmonii... równowagi rzeczy.

Od razu wiedziałem, że Mistrzowie są w pobliżu.

- Chciałbym dowiedzieć się więcej o tych rzeczach - poprosiłem ją. - Mów dalej.

- Teraz to są tylko słowa - odparła.

- Koegzystencja i harmonia - przypomniałem jej. 

Odpowiedziała mi głosem Mistrza-poety. Byłem bardzo przejęty, że znowu go słyszę.

- Tak - odparł. - Wszystko musi być w równowadze. Natura opiera się na równowadze. Zwierzęta żyją w harmonii. Ludzie się tego nie nauczyli. Nadal niszczą siebie nawzajem. Nie ma ani harmonii, ani planu, w tym, co robią. W naturze jest całkiem inaczej. Natura jest zróżnicowana. Natura to życie i energia... i odradzanie się. A ludzie tylko niszczą. Niszczą naturę. Niszczą innych ludzi. Wreszcie zniszczą samych siebie. 

Bardzo ponura była to przepowiednia. Zważywszy na ustawiczny chaos i zamęt na świecie miałem nadzieję, że to nie spełni się tak szybko.

- Kiedy to nastąpi? - spytałem.

- Wcześniej niż oni myślą. Natura przeżyje. Rośliny przeżyją. Ale my nie.

- Czy możemy coś zrobić, żeby nie dopuścić do tego zniszczenia?

- Nie. Wszystko musi być zrównoważone...

- Czy to zniszczenie nastąpi za naszego życia? Czy możemy nie dopuścić do niego?

- To się nie zdarzy za naszego życia. My będziemy na innej płaszczyźnie, w innym wymiarze, kiedy to się stanie, ale będziemy tego świadkami.

- Czy nie ma możliwości nauczenia rodzaju ludzkiego?

Szukałem jakiegoś wyjścia, jakiejś możliwości ratunku.

- To się dokona na innym poziomie. Na podstawie tego będziemy się uczyć. 

Próbowałem spojrzeć na to z jaśniejszej strony:

- A więc nasze dusze gdzie indziej będą się rozwijać?

- Tak. Nie będziemy dłużej... tutaj. Ale będziemy tego świadkami.

- Chciałbym uczyć ludzi, ale nie wiem, jak do nich dotrzeć - powiedziałem. - Czy jest jakiś sposób, czy też muszą się oni sami tego nauczyć?

- Nie możesz dotrzeć do każdego. Po to, żeby powstrzymać zagładę, trzeba dotrzeć do każdego człowieka, a tego nie zdołasz uczynić. Tego procesu nie można zatrzymać. Oni się nauczą. Kiedy zrobią postępy, nauczą się. Zapanuje pokój, ale nie tu, nie w tym wymiarze.

- Wreszcie będzie pokój?

- Tak. Na innym poziomie.

- To wydaje się tak bardzo odległe - poskarżyłem się. - Ludzie są teraz tacy mali.... chciwi, pragnący władzy, chorobliwie ambitni. Zapominają o miłości, wzajemnym zrozumieniu i wiedzy. Tyle trzeba się jeszcze nauczyć.

- Tak.

- Czy mogę coś napisać, żeby pomóc tym ludziom? Czy jest jakiś sposób?

- Ty znasz ten sposób. Nie musimy ci tego mówić. Zresztą my wszyscy osiągniemy ten poziom, oni również. Wszyscy jesteśmy tacy sami. Nikt nie jest większy od swego sąsiada. A to są wszystko po prostu lekcje... i kary - zakończył.

Ta lekcja była bardzo głęboka i potrzebny mi był czas, żeby ją przetrawić. Katarzyna umilkła. Czekaliśmy, ona odpoczywała, a ja zamyśliłem się pochłonięty dramatycznymi proroctwami. Wreszcie przerwała ciszę:

- Klejnoty zniknęły... - wyszeptała. - Zniknęły. Światła... zniknęły.

- Głosy także? Słowa?

- Tak. Nic nie widzę.

Kiedy przestała mówić, głowa jej zaczęła się kiwać z boku na bok.

- Duch... patrzy.

- Na ciebie?

- Tak.

- Czy poznajesz tego ducha?

- Nie jestem pewna... to może być Edward.

Edward zmarł w zeszłym roku. Był naprawdę wszechobecny. Zawsze przy niej.

- Jak ten duch wygląda?

- Jak... jak białe... po prostu światło. Nie ma twarzy takiej, jaką myśmy znali, ale ja wiem, że to on.

- Czy on chce z tobą nawiązać kontakt?

- Nie, on tylko patrzy.

- Czy słucha tego, co ja mówię?

- Tak - szepnęła. - Ale teraz odszedł. Chciał tylko sprawdzić, czy ja się dobrze czuję.



TAKI WŁAŚNIE OBRAZEK MIAŁEM W DZIECIŃSTWIE 
NA ŚCIANIE PRZY SWOIM ŁÓŻKU, A BABCIA UCZYŁA MNIE WIERSZYKA:

"ANIELE BOŻY STRÓŻU MÓJ
TY ZAWSZE PRZY MNIE STÓJ,
RANO, WE DNIE, WIECZÓR, W NOCY
BĄDŹ MI ZAWSZE KU POMOCY,
STRZEŻ DUSZY CIAŁA MEGO
AŻ DO ŻYWOTA WIECZNEGO"




Pomyślałem o tak popularnym aniele stróżu. Z pewnością Edward w roli kochającego, często obecnego ducha, który nad nią czuwa, żeby sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku, prawie spełniał taką anielską rolę. Przecież Katarzyna mówiła o duchach opiekuńczych. Ciekaw byłem, ile z naszych dziecięcych "mitów" zakorzeniło się w ledwie pamiętanej przeszłości. Ciekaw też byłem, jaka jest hierarchia duchów, który z nich staje się opiekunem, a który Mistrzem, a który tylko się uczy. Gradacja musi być oparta na mądrości i wiedzy, a ostatecznym celem jest upodobnienie się do Boga, zbliżenie, a może nawet jakieś zjednoczenie się z Nim. Był to cel, który mistycy wieki całe opisywali w ekstatycznych słowach. Oni mieli przedsmak takiej boskiej jedności. Nam to ukazywali tacy pośrednicy jak Katarzyna, nie mający osobistego doświadczenia, ale za to niezwykły talent. Edward odszedł, a Katarzyna zamilkła. Twarz miała spokojną i radosną. Jakież wspaniałe zdolności posiadała: spojrzenia poza życie i śmierć, rozmawiania z "bogami" i przekazywania ich mądrości. Spożywaliśmy z Drzewa Wiedzy, już nie zakazanego. Ciekaw byłem, ile jeszcze jabłek zostało.

Minette, matka mojej żony, Carole, umierała na raka, który z piersi przerzucił się na kości i wątrobę. Choroba trwała ponad cztery lata i chemioterapia już nie mogła zatrzymać tego procesu. Była ona dzielną kobietą, która ze stoicyzmem znosiła cierpienie i słabość. Stan jej się niestety pogarszał, a ja wiedziałem, że śmierć zbliża się nieubłaganie. Seanse z Katarzyną cały czas się odbywały, a ja opowiadałem Minette o moich doświadczeniach i niezwykłych odkryciach z tym związanych. Byłem raczej zdziwiony, że ona, tak rzeczowa kobieta interesu, słuchała tego niezwykle uważnie i chciała wiedzieć jak najwięcej. Dałem jej więc odpowiednie książki, które wprost pochłaniała. Zorganizowała dla nas trojga kurs kabały, mistycznych pism żydowskich sprzed setek lat. A choć reinkarnacja oraz fazy między wcieleniami są podstawą literatury kabalistycznej, współcześni Żydzi nie mają o tym pojęcia. W miarę jak ciało Minette było coraz słabsze, jej duch stawał się coraz mocniejszy. Zmniejszył się też strach przed śmiercią, ponieważ czekała na ponowne spotkanie z ukochanym mężem, Benem. Uwierzyła w nieśmiertelność duszy, i to pomogło jej znosić cierpienie. Na razie pragnęła żyć, gdyż marzyła o tym żeby zobaczyć swoją następną wnuczkę, pierwsze dziecko córki Donny. Podczas jednego z zabiegów w szpitalu spotkała Katarzynę i bardzo się zaprzyjaźniły. Szczerość i uczciwość Katarzyny sprawiły, że Minette uwierzyła w istnienie przyszłego życia.

Na tydzień przed śmiercią Minette została przyjęta na oddział onkologiczny naszego szpitala. Carole i ja spędzaliśmy z nią dużo czasu rozmawiając o życiu i śmierci, i o tym, co nas po niej czeka. Minette, kobieta o wielkiej godności, postanowiła umrzeć w szpitalu, gdzie miała zapewnioną dobrą opiekę pielęgniarską. Donna, jej mąż i sześciotygodniowa córeczka też ją odwiedzili, spędzając z nią dużo czasu. Prawie stale byliśmy przy niej. Pewnego wieczoru o godzinie szóstej, wkrótce po powrocie ze szpitala do domu, nagle oboje z Carole poczuliśmy, że natychmiast musimy tam wracać. Następne sześć, siedem godzin byliśmy pod wpływem transcendentalnej duchowej energii. Choć Minette trudno było oddychać, nie miała już bólów. Rozmawialiśmy o tym, że wkrótce znajdzie się w stanie pośrednim, że ujrzy promienne światło i jasną postać. W milczeniu dokonała przeglądu swego życia, starając się przypomnieć wszystkie jego negatywy, jakby wiedziała, że nie może odejść, dopóki tego nie zrobi. Czekała na określoną porę nad ranem, czekała na to z coraz większą niecierpliwością. Minette była pierwszą osobą, którą w ten sposób prowadziłem do momentu umierania i przez śmierć. Była wzmocniona na duchu, a całe to przeżycie łagodziło nasz ból. Przekonałem się, że moje umiejętności leczenia pacjentów znacznie wzrosły, nie tylko w dziedzinie fobii i lęków, ale zwłaszcza przygotowania do śmierci i umierania, cierpienia i obaw z tym związanych. Wiedziałem intuicyjnie, co jest złe i jak pokierować terapią. Potrafiłem przekazać moim pacjentom uczucie spokoju i nadziei. Po śmierci Minette wiele osób, które wiedziały, że wkrótce umrą albo niedawno przeżyły śmierć kogoś bliskiego, zwracało się do mnie o pomoc. Wiele z nich nie było jeszcze dostatecznie przygotowanych, by im powiedzieć o Katarzynie lub zapoznać z literaturą dotyczącą życia po śmierci. Ale nawet jeśli nie posiadali tej specyficznej wiedzy, czułem, że mogę wiele dla nich zrobić. Ton głosu, serdeczne zrozumienie całego procesu oraz ich obaw i uczuć, spojrzenie, dotknięcie ręką, słowo - wszystko to w pewnym momencie mogło do nich przeniknąć, poruszyć strunę nadziei, ożywić zapomnianą duchowość, świadomość wspólnoty człowieczej. A dla tych, którzy gotowi byli przyjąć coś więcej, podsunięcie odpowiedniej książki, relacja o przeżyciach Katarzyny oraz innych ludzi były jak otwarcie okna na świeży powiew. W tych, którzy byli gotowi, wstępowała nowa duchowa energia, rozwijała się ich intuicja. Jestem całkowicie przekonany, że musieli być ludźmi o szerokich horyzontach. 

Tak jak potrzebna jest praca naukowa, żeby udokumentować przeżycia z okresu umierania i śmierci, jakie były udziałem Katarzyny, równie potrzebna na tym polu jest praca eksperymentalna. Terapeuci powinni rozważyć możliwość istnienia życia po śmierci i umieścić to w swoim programie doradczym. Nie muszą stosować regresji hipnotycznej, ale powinni mieć otwarte umysły, dzielić się swą wiedzą z pacjentami i nie lekceważyć ich przeżyć. Ludzie żyją teraz w nieustannym strachu o swoje życie. AIDS (Covid-19), zagłada nuklearna, terroryzm, choroby oraz inne katastrofy grożą nam codziennie. Wielu nastolatków nie wierzy, że dożyje dwudziestego roku życia. Jest to okropne nastawienie, odzwierciedlające wielkie stresy, jakie przeżywa nasze społeczeństwo. Reakcja Minette na przesłanie Katarzyny była niezwykła. Wzmocniła ją duchowo i mimo wielkiego cierpienia fizycznego i upadku cielesnego ożyła w niej nadzieją. Ale to, czego się dowiedziała, jest dla nas wszystkich, nie tylko dla umierających. I dla nas także istnieje nadzieja. Potrzeba nam więcej klinicystów i naukowców, którzy pisaliby i mówili o ludziach takich jak Katarzyna, żeby potwierdzić i szerzyć zdobytą przez nią wiedzę. W niej zawarta jest odpowiedź: jesteśmy nieśmiertelni. Zawsze będziemy razem.   







 CDN.
  

piątek, 15 października 2021

ZLEWACZENIE!

 KRÓTKI KOMENTARZ NA PODSTAWIE

REKLAMY POBORU DO WOJSKA

 
 
 
 
 Przyznać się muszę, że początkowo nie wierzyłem w to, co widziałem, oglądając reklamy poboru do armii trzech największych państw świata - Chin, Rosji i USA. O ile bowiem dwa wcześniejsze filmy nie budzą większego zdziwienia, o tyle Amerykanie zaprezentowali ewentualnym kandydatom do służby wojskowej w US Army... bajeczkę! I nawet nie chodzi o to, że jest to rysunkowa bajka zrobiona po najmniejszej linii oporu, ale o jej treść, gdyż owa reklama jest skierowana z pewnością nie do mężczyzn (i całe szczęście, bowiem po obejrzeniu tego krótkiego filmiku reklamowego, ostatnie co przyszłoby mi do głowy, to wstąpić do takiej armii). Warto obejrzeć te reklamy i zastanowić się co (w przypadku Amerykanów) poszło nie tak? Już pomijając fakt, iż film jest skierowany bezpośrednio do kobiet (jeszcze nie widziałem żeby kobiety kiedykolwiek w historii wygrały jakąkolwiek wojnę, ale może jestem zwykłym seksistą, więc z pewnością to moja wina że ni w ząb nie rozumiem całej tej femino-bolszewii 😕) , ale ten film jest przede wszystkim skierowany do homoseksualistów, a raczej do... lesbijek - bo to lesbijki są jego głównymi bohaterami (a raczej córka lesbijek, czyli "cudowne dziecko dwóch pedałów" - jak o Ryszardzie Szurkowskim rzekł kiedyś na wizji Bohdan Tomaszewski).

I może w tym wszystkim też nie byłoby niczego złego (w końcu jedną z najlepszych armii świata, był tzw.: "Święty Tebański Zastęp" złożony w 100 % z homoseksualistów, który wsławił się chociażby w bitwach pod Tegyrą - 375 r. p.n.e., Leuktrami - 371 r. p.n.e., podczas wyzwalania Messeni z rąk Spartan w 369 r. p.n.e. i w bitwie pod Mantineją - 362 r. p.n.e. Ostatecznie został rozbity przez Macedończyków Filipa II i jego syna Aleksandra Macedońskiego w bitwie pod Cheroneją w 338 r. p.n.e.), ale znów tematyka nie jest skierowana do mężczyzn, lecz do kobiet. Były oczywiście w historii pewne zbrojne formacje "amazonek", ale bez przesady. To bowiem, co zostało pokazane w tej krótkiej bajeczce, to kolejna odsłona femino-bolszewizmu zatruwającego umysły milionów Amerykanów (a szczególnie Amerykanek - które naprawdę myślą, że są same w stanie przenosić góry). Rzeczywistość jednak weryfikuje taką propagandę w sposób niezwykle prosty - wystarczy bowiem że choćby przez tydzień nie było prądu, gazu, ciepłej wody, internetu - co wówczas zrobiłyby te wszystkie feministki, które lubią się lansować na tak silne i niezależne (silne i niezależne w męskim świecie, który [m.in.] dla nich stworzyli i który [m.in.] dla nich utrzymują swą pracą właśnie mężczyźni). Świat, w którym doszłoby do upadku cywilizacji (choćby nawet przez tydzień) i powszechnej anarchii, byłby światem w którym żadna kobieta nie ostałaby się bez pomocy jakiegoś mężczyzny. Bowiem świat pozbawiony ram cywilizacyjnych (i kulturowych), jest światem drapieżników, światem siły, odporności i męstwa - a w tych akurat kategoriach kobiety w żaden sposób nie są w stanie sprostać mężczyznom, choćby nie wiem jak by się starały (najsilniejsza kobieta zawsze będzie porównywana zaledwie do zwykłego faceta).
 
 

 
Podobnie jest w kwestii edukacji. Dziś feministki głoszą z radością, że na uczelniach studiuje znacznie więcej kobiet, niż mężczyzn (statystycznie jakieś 65 a nawet 70 % kobiet). Wszystko ok., ale nikt nie mówi skąd to się bierze. A tak w ogóle to dziś wykształcenie nie zawsze idzie w parze z dobrą pracą i zarobkami - a tutaj cały czas dominują mężczyźni, gdyż kobiety z reguły wybierają takie zawody, które są gorzej płatne. A mimo to feministki są niezwykle dumne z faktu z dominacji kobiet na uczelniach wyższych i żadna nawet nie zastanowi się że ten proces tak naprawdę łatwo odwrócić, tylko trzeba zmienić politykę. Dziś bowiem uniwersytety i wszelkie inne uczelnie wyższe są totalnie sfeminizowane. Dla kobiet organizowane są specjalne kursy (np. akcja: "dziewczyny na politechniki" czy inne temu podobne). Z reguły uczelnie organizują albo kursy dla wszystkich (mężczyzn i kobiet) albo jedynie dla kobiet, faceci zaś są traktowani tam jak zło konieczne. A teraz zastanówmy się, gdyby wrócić do modelu edukacji jeszcze z XIX wieku, lub z pierwszych dziesięcioleci wieku XX - jestem więcej niż pewien że te statystyki uległyby natychmiastowej zmianie na korzyść mężczyzn. Gdyby przywrócić taki męskie zasady, jak konkurencyjność (zarówno w nauce jak i w sporcie), odpowiedzialność, pielęgnowanie typowo męskich wzorców braterstwa i wierności (wyznawanym zasadom, ojczyźnie, rodzinie) to nie ma siły, aby dość znaczny procent kobiet się nie wykruszył. Dlaczego? Dlatego że kobiety inaczej myślą i nie przepadają za takimi wyżej wymienionymi cnotami, nie odnajdują się w tym, nie czują tego, one są nastawione raczej na koncyliację a nie konfrontację i to by spowodowało znaczną zmianę w owych rankingach względem płci.
 
Bowiem kobiety nie są stworzone do walki i konkurencji (jak to próbują na nich wymusić feministki i wszelkiego typu macherzy od public relation, dla których target żeński stanowi bardzo pożądaną i liczną grupę klientów i pracowników). Najważniejszym celem i zadaniem kobiety jest przecież macierzyństwo i w tym potrafią się one doskonale sprawdzać, ale wszechobecna propaganda femino-bolszewicka sprawia, że zaczynają uważać (wbrew swej naturze) za normalne takie kwestie jak np. aborcja, jak poświęcenie urodzenia i wychowania dzieci na rzecz kariery (i piesków, kotków oraz innych nieludzkich zwierząt, jak mawia pani europosłanka Sylwia Spurek 😵). Kobieta może się realizować w wielu dziedzinach życia, ale podstawą zawsze będzie macierzyństwo i opieka nad dziećmi, a nie walka i konfrontacja. Przeto amerykański spot reklamowy (mający namawiać młodych ludzi do wstępowania do armii) jest czysto ideologiczny, prostacki (adresowany bardziej do dzieci niż dorosłych), wynaturzony (skupiony na mniejszościach seksualnych jakby to miało jakiekolwiek znaczenie) i po prostu głupi.  
Jest to bowiem zwykła kpina nie tylko ze zdrowego rozsądku, ale i z poczucia patriotyzmu oraz chluby bycia Amerykaninem i w porównaniu z tym, co zaprezentowały Chiny oraz Rosja - amerykańska reklama jest policzkiem wymierzonym amerykańskim żołnierzom, weteranom i tym wszystkim, którzy w przeszłości walczyli o wolność i niepodległość Stanów Zjednoczonych Ameryki. Przy takiej armii (złożonej z kobiet i homoseksualistów) Chiny i Rosja przejadą po Was jak walec i nawet tego nie zauważą. Ale to już pytanie do samych Amerykanów, jak długo pozwolą opluwać swoją historię i swoje dziedzictwo, poddając się tępej ideologii?
 
 




A OTO WSPOMNIANE FILMIKI REKLAMOWE NAMAWIAJĄCE DO WSTĘPOWANIA DO ARMII:
CHIN - ROSJI I USA


CZY TYLKO MNIE WYDAJE SIĘ, ŻE JEDEN Z TYCH SPOTÓW 
ZUPEŁNIE NIE PASUJE DO CAŁEJ RESZTY?