Łączna liczba wyświetleń

środa, 16 listopada 2022

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! Cz. XIII

CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA

KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO

 

 CZĘŚĆ PIERWSZA

WOJNA OBRONNA

(18 września 1939)

 
 
 

 
 
POCAŁUNEK NAJEŹDŹCÓW
(Żołnierz Wehrmachtu całuje czerwonoarmistkę)
WRZESIEŃ 1939
 

 
 
 SPOTKANIE NIEMIECKICH I SOWIECKICH BOJCÓW
WRZESIEŃ 1939
 

 
 
CZERWONOARMIEJCY GDZIEŚ NA WSCHODZIE POLSKI
WRZESIEŃ 1939
 

 
 
POWITANIE SOWIECKICH WOJSK 
(przez żydowską i ukraińską ludność polskich Kresów)
WRZESIEŃ 1939
 


 
BRZEŚĆ NAD BUGIEM
(Powitanie sowieckich i niemieckich najeźdźców)
WRZESIEŃ 1939




ROZBRAJANIE WZIĘTYCH DO NIEWOLI ŻOŁNIERZY WOJSKA POLSKIEGO
WRZESIEŃ 1939




BRZEŚĆ NAD BUGIEM
(Gen. Heinz Guderian i sowiecki komisarz Borowienski ustalają wspólną linię demarkacyjną, przewidzianą na mocy tajnego protokołu paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939)
WRZESIEŃ 1939
 

 
 
 Nad ranem 18 września 1939 r. o godz. 0.30 w nocy Naczelne Dowództwo Wehrmachtu (OKW) wydaje rozkaz podległym sobie jednostkom, by ziemie polskie - ustalone w pakcie Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 r. - mające zostać przekazane Sowietom, "oczyścić z Polaków". Hitler tym samym - kosztem życia własnych żołnierzy - sprawia podarek Stalinowi, w podzięce za sowiecką inwazję na Polskę (której Niemcy wyczekiwali z ogromnym niepokojem i nadzieją na szybkie zakończenie walk na Wschodzie, niem rozpocznie się kampania na Zachodzie).
 
Jeszcze 17 września Sztab Naczelnego Wodza przenosi się z Kołomyi do Kosowa, oddalonego o niespełna dziesięć kilometrów od rumuńskiej granicy.
 
 Sowieci tymczasem rozrzucali tego typu ulotki:
 
"Rzołnierze Armii Polskiej!
Pańsko-burżuazyjny Rząd Polski wciągnowszy Was w awanturystyczną wojnę, pozornie przewaliło się. Ono okazało się bezsilnym rządzić krajem i zorganizować obronu. Ministrzy i gienierałowie, schwycili nagrabiono im złoto, tchórzliwie uciekli, pozostawiając armię i cały lud Polski na wolę losu (...) W te ciężkie dni dla Was potężny Związek Radziecki wyciąga Wam ręce braterskiej pomocy. Nie przeciwcie się Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. Wasze przeciwienie bez kożyści i przerzeczono na całą zgubę. My idziemy do Was nie jako zdobywcy, a jako wasi bracia po klasu, jako wasi wyzwoleńcy od ucisku obszarników i kapitalistów (...) Rzucajcie broń! Przechodżcie na stronę Armii Czerwonej. Wam zabezpieczona swoboda i szczęśliwe życie".
 
Odezwa dowódcy Frontu Białoruskiego, komandarma 2 rangi Michaiła Kowalowa
(Te sowieckie cymbały nie znały nawet dobrze polskiej składni, ortografii i interpunkcji).
 
W obliczy beznadziejności położenia i realnej bezcelowości dalszej walki (mimo że opór wciąż trwał), 18 września o godz. 4:00 rano granicę polsko-rumuńską pod Czerniowcami przekroczyły najwyższe polskie władze państwowe: prezydent Ignacy Mościcki, premier Felicjan Sławoj-Składkowski, minister spraw zagranicznych Józef Beck oraz inne osobistości. Polskie władze zwolniły rząd rumuński z konieczności wypowiedzenia wojny Sowietom (do czego zobowiązywał ich układ sojuszniczy z 1921 r.), w zamian za swobodne przejście polskiego wojska i polskich władz przez terytorium Rumunii ku Morzu Czarnemu a następnie drogą morską do Francji. Tutaj rozpoczyna się intryga - do której jeszcze powrócę - a która miała na celu doprowadzenie do upadku rządu i... sojuszu z Sowietami.
 
Wciąż obowiązywał rozkaz Naczelnego Wodza kierowania się w kierunku granicy z Rumunią lub Węgrami, jednocześnie w sytuacji próby okrążenia lub rozbrojenia oddziałów przez Sowietów, należało podjąć z nimi walkę i cofać się na południowy-wschód (np. rozkaz płk. Stanisława Kopańskiego, wydany w imieniu szefa Sztabu Głównego, brzmiał: "Oddziały z bronią, które jeszcze nie odpłynęły, mają pozostać w terenie i zwracają się twarzą na wschód i walczą"). Co do oddziałów na Odcinku "Południe" wszystko było jasne i proste (generałowie: Kazimierz Fabrycy, Maksymilian Milan-Kamski, Aleksander Łuczyński, Gustaw Paszkiewicz czy Stefan Dembiński wraz ze swymi oddziałami przeszli granicę rumuńską), gorzej było z wojskami na Odcinkach "Środek" i "Północ", gdyż w pierwszym przypadku wycofywanie się mogło zostać odcięte przez siły sowieckie, a w drugim można było przejść tylko na Litwę lub na Łotwę (w tym drugim przypadku tylko niewielka i oddalona daleko na północy część oddziałów), Litwie zaś nie ufano (do 31 marca 1938 r. Litwa nie utrzymywała z Polską żadnych stosunków, ani dyplomatycznych, ani gospodarczych, ani nawet telefonicznych czy pocztowych, była to prawdziwa "dzika granica" przez prawie dwadzieścia lat - od zajęcia Wilna przez oddziały gen. Żeligowskiego - 9 października 1920 r. Przywrócenie stosunków dyplomatycznych nastąpiło dopiero po wydaniu Litwie ultimatum - 17 marca 1938 r. z żądaniem przywrócenia normalnych kontaktów międzypaństwowych pomiędzy Polską a Litwą, a owe ultimatum związane było ze śmiercią jednego z żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza - 24-letniego szeregowego Stanisława Serafina, zastrzelonego 11 marca 1938 r. przez litewskich policjantów, próbujących osłonić przerzucanych do Polski agentów).
 
Naczelny Wódz marszałek Edward Rydz-Śmigły nie przekroczył granicy wraz z rządem, zamierzał bowiem przedostać się do Lwowa i tam stanąć na czele obrony miasta - dając tym samym wojsku, sojusznikom i światu jasny sygnał: Polska zdradziecko napadnięta przez hitlerowskie Niemcy i Związek Sowiecki, wciąż się broni, wciąż walczy Warszawa, walczy Modlin, walczy Lwów, Grodno, walczy Hel, wciąż znad Bzury przebijają się polskie oddziały ku Warszawie. Było oczywiste że w tych warunkach dalej wojny na polskiej ziemi prowadzić się nie da, dlatego też czym prędzej należało wyprowadzić wojska przez granicę do państw sojuszniczych (czyli głównie do Francji) i wraz z aliantami zachodnimi dalej kontynuować walkę aż do pełnego zwycięstwa i wyzwolenia całości ziem polskich spod niemieckiej i sowieckiej okupacji. Dlatego też początkowo Naczelny Wódz nie zamierzał opuszczać kraju, jednak przekonany przez Becka o wynegocjowaniu umowy z Rumunami, co do bezpiecznego przejścia polskich władz i wojska na Zachód, postanowił ostatecznie również przekroczyć granicę rumuńską. Tak powstał mit ucieczki władz i zdrady walczącego narodu przez legionowe elity, które przecież wywalczył tę Polskę i poświęciły Jej swoje młode życie, krew i marzenia. Jak wielką, kardynalną bzdurą był zarzut ucieczki, zdrady i porzucenia wojska przez Naczelnego Wodza, niech zaświadczy opinia zmarłego już prof. Wieczorkiewicza, który pisał: "Trzeba być człowiekiem zupełnie nie znającym historii Polski, aby widzieć w niej (ucieczce) coś złego. To samo zrobił w 1809 i później w 1813 książę Józef Poniatowski, a w 1831 naczelny wódz powstania listopadowego. Gdy walka militarna nie ma szans, trzeba opuścić kraj i próbować kontynuować ją gdzie indziej. (...) Mam tylko jedno zastrzeżenie do naczelnego wodza, który się wahał, co ma zrobić. Wracać do okupowanej Warszawy i walczyć do końca czy też, na co namawiali go wszyscy, wyjechać. Chociaż opuścił kraj później niż Mościcki i rząd, to powinien był to zrobić jeszcze później. Proponowano mu, i to genialne, żeby przekroczył granicę z karabinem w ręku, ostrzeliwując się symbolicznie nadciągającym oddziałom sowieckim. Byłby to piękny czyn i myślę, że wtedy nikt nie mógłby mieć do niego nawet cienia pretensji".
 
A ci wszyscy krytykanci na sowieckim żołdzie (Stalin przecież marzył o złapaniu Mościckiego, Becka a przede wszystkim Rydz-Śmigłego), ci świętojebliwi patryoci z Komitetu Obrony Demokracji Frontu Morges, ci kapitulanci, widzący w Sowietach nadzieję na dalszą walkę z Niemcami, oraz ci, którzy dziś krytykują takie postawy z punktu widzenia wyboru przez Polskę "złych sojuszy" - chciałbym się zapytać, co oni wszyscy by uczynili w sytuacji kompletnej klęski i załamania się wszystkich możliwości obrony (to znaczy dalsza walka oznaczała tylko możliwość honorowej śmierci na polu bitwy). Jakie postawy i jakich sojuszników by nam doradzali, bo odpowiedź wydaje mi się dosyć oczywista, ale daruję sobie dalsze wyzłośliwianie się. Poza tym, przecież to samo uczynił gen. Władysław Anders z polskim Rządem po klęsce Francji w czerwcu 1940 r. Też "uciekł" do Wielkiej Brytanii. I co? On nie jest za to krytykowany? A co uczynili rządzący w innych krajach? Z Norwegii "uciekł" król Haakon IV wraz z rządem, z Jugosławii król Piotr II, z Holandii królowa Wilhelmina, z Grecji król Jerzy II. Jedynie w Belgii pozostał król Leopold III i Niemcy zrobili go swoją marionetką. Rząd francuski "uciekł" z Paryża w 1940 r. z zamiarem przedostania się do Algierii i dalszej kontynuacji wojny (szybo jednak plan ten został porzucony), z Filipin zaś również "uciekł" przez Japończykami Ostatni Bóg Wojny - gen. Douglas MacArthur (prezydent Roosevelt osobiście wydał mu rozkaz ewakuacji). Wszyscy oni stali się w swoich krajach bohaterami narodowymi, byli cenieni i uważani za światłych przywódców i strategów. Problem jednak z naszą historią jest taki, że myśmy nie mieli możliwości powrócić do kraju po wojnie. Powojenna Polska była bowiem już sowiecką satelitą i zarządzana była przez jawnych i niejawnych agentów Moskwy. Ot, cała popularność mitu "wrześniowej ucieczki".
 
Przejdźmy zatem teraz do działań wojennych. Otóż, granicę państwa na Odcinku "Północ" osłaniały trzy pułki Korpusu Ochrony Pogranicza: Głębokie, Wilejka i Baranowicze. Pułk KOP Głębokie składał się z dwóch baonów: Łużki i Podwiśle; szczególnie ten pierwszy stawił zażarty opór, zginęła połowa żołnierzy baonu a druga połowa dostała się do sowieckiej niewoli (i została natychmiast rozstrzelana). Bohaterstwem wykazała się też 1 kompania Małaszki (wchodząca w skład KOP Głębokie) która broniła miasteczka Dzisna nad graniczną rzeką Dźwiną. Wojska sowieckie przeprowadził tam przez Dźwinę (służąc jako przewodnik) młody Żyd o nazwisku Szulman (syn właściciela sklepu bławatnego w mieście), a do walki przeciw wkraczającym Sowietom dołączyli policjanci i uczniowie miejskiego gimnazjum. Walka była jednak krótka, gdyż przewaga Sowietów była bezdyskusyjna. Większość została zabita a nieliczni trafili do niewoli. Część baonu KOP Podwiśle przedostało się na granicę łotewską (na Litwę ich nie wpuszczono), tam podpułkownik Jan Światkowski wygłosił krótkie przemówienie tymi oto słowy: "Idziemy dalej walczyć do Francji, kto chce - może wracać do domu". Część żołnierzy zdjęła mundury, część cywilów je założyła; wystawiono też czujki aby Sowieci nie odcięli im drogi odwrotu i przygotowywano się do przekroczenia granicy (nastąpi to w nocy z 20 na 21 września). Pułk KOP Wilejka składał się z trzech Baonów: Budsław, Krasne, Iwieniec oraz szwadron kawalerii.  Tutaj również podjęto zażarte walki obronne, ale po odcięciu central telefonicznych i magazynów, wycofano się (przy sporych stratach) w kierunku zachodnim. Ostatecznie tylko drobnej części Baonu Budsław udało się przedostać na Litwę, Baon Krasne został rozbity przez Sowietów pod wieczór i w nocy z 18 na 19 września pod Oszmianą. Szwadron kawalerii Iwiniec zdołał w całości przedostać się na Litwę. Podobnie było z Pułkiem KOP Baranowicze, który został rozproszony do 19 września (ci oficerowie, którzy dostali się do sowieckiej niewoli i nie zostali zastrzeleni od razu, potem znaleźli się na liście ofiar katyńskich).
 
Wilno od 17 września rozpoczęło przygotowania do obrony. W mieście znajdował się Ośrodek Zapasowy 1 Dywizji Piechoty Legionów, dołączało też wiele baonów KOP znad granicy litewskiej. W sumie było kilkanaście tysięcy wojska oraz tysiące zgłaszających się ochotników (w tym wielu osadników wojskowych - np. z osady Feliksowo w powiecie oszmiańskim, przybył płk. Stanisław Rybicki  - dwukrotny kawaler krzyża Orderu Virtuti Militari za walki z bolszewikami w 1919 i 1920 r.; niestety, problemem było uzbrojenie - które w większości zostało wysłane na front niemiecki. Ostatecznie w sytuacji braku broni i amunicji dla zgłaszających się ochotników, postanowiono zrezygnować z obrony miasta (choć w kierunku Wilna zmierzał gen. Wacław Przezdziecki z paroma pułkami kawalerii, dyonem pancernym Podlaskiej Brygady Kawalerii i pewną liczną dział przeciwlotniczych). 18 września postanowiono ostatecznie (po rozmowie juzowej płk. Okulicza-Kozaryna z załamanym psychicznie gen. Józefem Olszyną-Wilczyńskim) że miasto bronione nie będzie (przy czym Olszyna-Wilczyński nie wydał takiego rozkazu, a zalecał Okuliczowi-Kozarynowi jedynie takową "radę", a brzmiała ona: "A więc namyślcie się i rozstrzygnijcie w swoim sumieniu". Notabene, taką samą "radę" miał Olszyna-Wilczyński dla Przezdzieckiego w rozmowie telefonicznej, ale ten nie posłuchał go i pomaszerował - gdy już było wiadome że Wilno się nie borni - na Grodno). Płk. Okulicz-Kozarym wydał rozkaz, że Polska nie jest w stanie wojny z Sowietami (poważnie, a to niby dlaczego? Bo co, wojna nie została wypowiedziana? A czy Hitler atakując 1 września wypowiedział nam wojnę? Strona zaatakowana nie ma potrzeby wypowiadać wojny agresorowi, o czym pan pułkownik pewnie zapomniał), nic dziwnego, że większość oficerów (ppłk. Pawlik, ppłk, Grad-Soniński i ppłk. Obtułowicz) otwarcie stwierdzili że to zdrada i opuścili lokal dowództwa. Szybko też, przed budynkiem Rejonowej Komendy Uzupełnień zebrał się tłum ochotników, jasno dających do zrozumienia co sądzą o rozkazie kapitulacji. Powszechnie krzyczano "zdrada!", były też przypadki samobójstw wśród oficerów. W takiej sytuacji  wymieniony wyżej płk. Rybicki (któremu wcześniej oferowano dowództwo obrony Wilna, na zasadzie zamachu, po aresztowaniu Okulicza-Kozaryna; ten jednak odmówił) parę godzin po wydaniu owego rozkazu, wygłosił przemówienie przez radio, że oto doszło do niesamowitego wprost odwrócenia losów wojny, że w Niemczech wybuchła rewolucja, Hitler, Ribbentrop i Goebbels zostali aresztowani i przebywają teraz w więzieniu, że Niemcom wojnę wypowiedziały Stany Zjednoczone, Włochy i parę innych państw, oraz że Sowieci - na wieść o tym wszystkim - zatrzymali się. 
 
Po dotarciu tej nieprawdziwej (i w dużej mierze służącej jedynie podbudowie ducha bojowego) informacji do Okulicza-Kozaryna, ten nakazał wstrzymanie zarządzeń odwrotowych (ku granicy litewskiej) do godz. 18:00. O 17:10 jednak dotarła wiadomość od dowódcy południowego odcinka obrony miasta, że czołgi sowieckie są pod miastem i pytaniem - co robić?  Okulicz-Kozaryn po dziesięciu minutach zwłoki, oświadczył: "Strzelać!". Niestety, rozkaz ten przyszedł za późno i sowieckie czołgi minęły już pierwszą linię piechoty, co oznaczało że podjęto walkę dopiero odwodami, a te były nieliczne. W tym czasie płk. Okulicz-Kozaryn wydał rozkaz wysłania jednego z oficerów (dobrze mówiących po rosyjsku) do sowieckiego dowódcy czołgów, z zapytaniem "czego chcą?" (zapewne przyjechali na herbatkę, to przecież oczywiste 😨), a o 17:30 wydał ostateczny rozkaz odwrotu z miasta. Podpułkownik Podwysocki pojechał z rozkazem zapytać się Sowietów "czego chcą", ale daleko nie dojechał, bo został ostrzelany i musiał zawrócić, natomiast Okulicz-Kozaryn opuścił lokal Dowództwa i wyjechał w Wilna. O 18:30 do Dowództwa zadzwonił poseł polski na Litwie - Franciszek Charwat, domagając się, aby miasto nie padło bez walki, nie było już jednak osoby decyzyjnej. Co prawda ppłk. Podwysocki o 19:45 nakazał wstrzymanie odwrotu, ale nie miało to już żadnego znaczenia, jako że większa część sztabu Dowództwa wyjechała wraz z wojskiem a duża część łączności została zdemontowana. W takich warunkach o godz. 20:30 ponownie nakazano wymarsz ku Litwie (płk. Rybicki zapisał w swym sprawozdaniu: "Zmylone - oszukane miasto, świecznik polskiej kultury na północy został porzucony, wydany na łup moskiewskiej dziczy"). Oczywiście nie znaczy to, że walk pod Wilnem nie było, jednak były to walki nieskoordynowane, nieco chaotyczne. Np. na ulicy Beliny zmuszono do wycofania cały sowiecki baon czołgów po zniszczeniu jednego sowieckiego czołgu. Na Ostrobramskiej do walki weszła bateria dział przeciwlotniczych (o godz. 23:00 wycofała się z miasta). Do walk dochodziło w okolicach cmentarza na Rossie, a także przed mauzoleum z sercem Marszałka Piłsudskiego (gdzie walczyli grupa harcerzy).
 
O świcie 18 września wobec zdecydowanej przewagi wroga, cofnęły się nad wschodniej granicy Bataliony Korpusu Ochrony Pogranicza - Kleck i Ludwikowo. Posuwały się w kierunku zachodnim na Łuniniec. Podobnie rzecz ma się z Batalionem Sienkiewicze, zaś Batalion Dawidgródek wycofuje się do Stolina. W Nowogródku, po otrzymaniu telefonu z informacją o sowieckiej agresji, wojewoda nowogrodzki - płk. w stanie spoczynku Adam Sokołowski (do 1935 r. szef gabinetu Marszałka Piłsudskiego w Ministerstwie Spraw Wojskowych), wykonał telefony do podległych mu starostów. A tak to opisuje on sam w swym pamiętniku: "Kolejno połączyłem się telefonicznie z trzecim nadgranicznym starostą Weze w Wołżynie. Ponieważ on objął to stanowisko dość niedawno, nie zdążyłem go dostatecznie poznać, więc nieco się obawiałem, czy w tak krytycznej sytuacji wytrzyma nerwowo i nie straci głowy. Zameldował mi się szybko przy telefonie i świadomie rozpocząłem z nim rozmowę w tonie, jakby nie zaszło nic szczególnego: "Dzień dobry, Panie Starosto, co u Pana słychać?" Na to mi odpowiedział z pełną energią w głosie: "Wszystko w porządku, Panie Wojewodo". Na to ja: "Cieszę się z tego bardzo, a przede wszystkim z tego, że słyszę Pana w dobrej formie. A teraz proszę mnie uważnie słuchać. Sowiety przekroczyły naszą granicę w powiatach nieświeskim i stołpeckim dziś o świcie. Niewątpliwie przekroczyły one i Pańską granicę. Proszę natychmiast nawiązać łączność z Wołmą i Iwieńcem, do których to miejscowości zapewne już wkroczyli, albo wkraczają właśnie, i o wyniku proszę mi szybko zameldować. Jednocześnie proszę przygotować ewakuację urzędów i policji do Wilna". Wojewoda Sokołowski opuścił Nowogródek jeszcze przed południem 17 września 1939 r. "nie chcąc wpaść w ręce wojsk sowieckich" - jak pisał i pojechał po swą żonę i dwu synów do powiatu święciańskiego na Wileńszczyźnie, skąd (choć żona - Anna nalegała na przekroczenie granicy łotewskiej) pojechali do Święcian. Starosta nowogródzki Adam Milewicz wraz z żoną Anną też planowali wyjechać na Litwę, ale ostatecznie pani Anna zrezygnowała z ewakuacji z Wilna, odstępując miejsca w samochodzie dwóm prokuratorom z Nowogródka. Samochód ten zresztą był tak załadowany, że ludzie nie tylko siedzieli ściśnięci wewnątrz, ale jeszcze stali na stopniach. Tak dojechano i przekroczono granicę litewską (po latach pani starościna Anna Milewiczowa pisała z satysfakcją, że owi młodzi ludzie (Jerzy Dietrich i Aleksander Stambrowski), którym odstąpiła miejsca w samochodzie, potem znaleźli się w Polskim Wojsku na Zachodzie i przeżyli.
 
A teraz, jak widział wkraczających do Polski Sowietów, dziennikarza "Czerwonego Sztandaru" (organu lwowskich komunistów) Emil Szirer, który spotkał ich na trasie wiodącej do Kowla. Tak to spotkanie opisał w "Czerwonym Sztandarze" z 5 grudnia 1939 r.: "Pierwszy raz spotkałem radzieckich ludzi na kowelskiej szosie. Wyszliśmy im naprzeciw parę kilometrów. Stali przy swoich tankach i samochodach ciężarowych, ubrani w długie szynele czerwonoarmistów - poważni, spokojni, uśmiechnięci. Ten młody chłopak, wsparty o karabin, jeszcze na wiosnę w swojej rodzinnej wsi nad Dnieprem orał traktorem obszar kołchozowej roli. Wczoraj kołchoźnik, dziś czerwonoarmista. (...) Wmieszałem się w zbrojny i przyjazny tłum. Przyszliśmy dużą grupą powitać ich proletariackim słowem na progu miasta. - Przynosimy wan oręż i pokój - mówi do grupy chłopców podkowelskich czerwonoarmista. - Czas towarzysze, chwycić za oręż i tak jak my - mocno go w rękach dzierżyć". (...) - Nasz kraj - mówi inny, z jasnym puszkiem na wardze - rządzi się wielką Stalinowską Konstytucją. Stalinowska Konstytucja to kodeks radzieckiej moralności i socjalistycznej etyki". Ów Emil Szirer - jeśli jego historia nie została specjalnie wymyślona i jest prawdziwa - zapewne miał duże szczęście, gdyż w normalnej sytuacji po spotkaniu "polskiego komunisty" przez czerwonoarmistów, czekałaby go kula w łeb; a to z tego powodu, że Stalin po prostu wydał wyrok na "polskich komunistów" jak i na całe państwo i naród polski. Polacy mieli zniknąć jako naród a Polska jako państwo i w tym świecie nie przewidziano miejsca nawet dla "polskich komunistów" (których Stalin podejrzewał o działalność szpiegowską). Nic dziwnego że Komunistyczną Partię Polski moskiewski Komintern rozwiązał już w 1938 r. Był to wstęp do całkowitej likwidacji państwa, narodu i wszelkich oznak polskości (nawet tych skomuszałych). Dopiero w 1940 r. Stalin zaczął powoli zmieniać swoją politykę w tej mierze. Przejawem tego było przyjęcie na Kremlu (pod koniec stycznia 1940 r.) Wandę Wasilewską (córkę Leona Wasilewskiego, jednego z najbliższych współpracowników Józefa Piłsudskiego). Po tym spotkaniu Wasilewska uzyskała nieformalną pozycję pełnomocnika Stalina do spraw polskich, zaraz też została przyjęta do partii bolszewickiej i "wybrana" deputowaną do Rady Najwyższej Związku Sowieckiego. Wasilewską Stalin obdarzał niemal bezgranicznym zaufaniem, co powodowało, że jej pozycja znacznie wzrosła - była bowiem fanatyczną wręcz zwolenniczką państwa sowieckiego.
 
A teraz relacja Stanisława Stommy - redaktora naczelnego "Kuriera Wileńskiego": "W niedzielę 17 września rano, gdy przybyłem do swego gabinetu w "Kurierze Wileńskim", dyżurny redaktor słuchał radia, które nadawało wiadomość, że Armia Czerwona przekroczyła polską granicę i szybko posuwa się naprzód. Zrozumiałem od razu cały sens tej wiadomości: był to koniec realnego państwa polskiego. A czym stawaliśmy się my, obywatele tego państwa? Mieliśmy się stać poddanymi, niewolnikami Hitlera lub Stalina. Wejście pod ich władzę musiałoby się wiązać z rezygnacją z wszelkiej duchowej niezależności. Jeszcze królowie pruscy albo carowie z dynastii Romanowych rozumieli przynajmniej słowo "tolerancja". Teraz było ono kategorycznie wykreślone ze słownika państw totalitarnych, ośmieszone jako wyraz burżuazyjnej dekadenci. Zostawało niewolnictwo w najdokładniejszym tego wyrazu zrozumieniu. Od razu rankiem 17 września zdecydowałem się, że ja w Wilnie okupowanym przez Sowiety nie zostanę. Nie miałem najmniejszych zlodzeń, czym będzie okupacja sowiecka. Pod panowaniem hitlerowskich Niemiec można by może przetrwać biernie, podporządkowując się milcząco narzuconej władzy, ale w Sowietach wymagano powszechnej mobilizacji politycznej "obywateli". Zresztą, miałem na koncie kilka artykułów antykomunistycznych i rozumiałem, co to znaczy. Zgłosiłem się do mojego przyjaciela Antoniego Golubiewa, który myślał podobnie jak ja, i zaproponowałem: idźmy piechotą na Litwę".
 
Wciąż trwa obrona Helu i Kępy Oksywskiej i mimo ataku artylerii, dział pancernika Schleswig-Holstein oraz licznych łodzi torpedowych i trałowców, polskie Wybrzeże ciąż walczy, dając jasny sygnał mamy prawo do Bałtyku, to morze jest też nasze (w szkole podstawowej w Gdyni [w wieku siedmiu lat, czyli był to rok szkolny 1988-89] uczyłem się pieśni: "Morze, nasze Morze, będziem ciebie wiernie strzec, wiernie strzec. Mamy rozkaz cię utrzymać, albo na dnie, na dnie twoim lec. Albo na dnie, z honorem - lec!").
 
 

 
 Kończy się bitwa nad Bzurą (określana przez nazistowską propagandę jako "największa bitwa wszechczasów"). Resztki polskich Armii Poznań i Pomorze usiłują się przedrzeć do Warszawy i Modlina. Najbliżej stolicy jest Grupa Operacyjna Kawalerii gen. Romana Abrahama, która (pomimo ciężkich walk) wciąż prezentuje znaczną siłę bojową. Łącznie w stolicy znajduje się 180 tys. żołnierzy (duża część z nich jednak jest ranna lub niezdolna do walki). Niemcy tymczasem nacierają na Łomianki i przerywają łączność Warszawy z twierdzą Modlin.

Pułkownik Porwit - dowódca zachodniego odcinka Obrony Warszawy, inicjuje na przedpolu akcje dywersyjne i nękające - co noc wysyła pluton ułanów ze 144 Pułku Piechoty, na zwiad terenu pomiędzy własną linią obrony a oddziałami przebijającymi się ku Warszawie z Puszczy Kampinowskiej (gen. Kutrzeba prosił bowiem gen. Józefa Rómmla - dowódcę Obrony Warszawy o wsparcie i "podanie ręki" jego wojskom, idącym ku Warszawie, Rómmel jednak niczego nie uczynił o co potem Kutrzeba miał do niego żal. Porwit zaś - nie zgadzając się ze stanowiskiem dowódcy obrony miasta, działał bardziej na własną rękę). Podobnie czyni major Zborowski, formując Specjalny Oddział Szturmowy, operujący na zachodnim przedpolu obrony miasta i likwidujący grupy wysyłanych niemieckich patroli i szpic. Do walki włącza się też dywersja, czyli żołnierze ubrani po cywilnemu, którzy przenikają na niemieckie pozycje i niszczą tabory, zabijają kanonierów przy działach i prowadzą wywiad (Niemcy bardzo się bali owych "partizanen" i strzelali do każdego, kto się pojawił w ich polu widzenia, szczególnie nocą. Dowództwo stwierdzało w raporcie przesłanym do Berlina, że wielu żołnierzy ma tak rozstrojone nerwy, że gotowi są strzelać nawet do swoich, biorąc ich za "polskich partyzantów").

Grupa Operacyjna gen. Franciszka Kleeberga odparła niemieckie uderzenie na Kobryń i skierowała się w kierunku Kowla. W Lasach Janowskich wciąż walczy - na czele dywizji Armii Małopolska - gen. Kazimierz Sosnkowski, próbując przebić się do Lwowa. Armia Frontu Środkowego (gen. Piskora) również usiłuje przedrzeć się do Lwowa, tocząc ciężkie boje pod Tomaszowem Lubelskim. 

A tymczasem po przekroczeniu granicy polsko-rumuńskiej Rząd polski i Naczelny Wódz i wszelkie oddziały wojskowe (w tym 100 samolotów bojowych) zostaje internowanych przez władze rumuńskie (polskie zaś Łosie i Karasie Rumuni włączają do swoich sił powietrznych - sprawdzą się potem w czasie wojny ze Związkiem Sowieckim po 22 czerwca 1941 r.).

A tymczasem Anglicy i Francuzi pozostają bierni - pewnie liczą że wojna ich ominie. 😏
      
 

 
 
PS: Moskiewscy bandyci wystrzelili rakiety które spadły na polską ziemię i zabiły dwie osoby w powiecie hrubieszowskim. Cóż, "matuszka Rassija" - bandycki kraj, który nie ma już prawa dłużej istnieć w takiej formie - szykuje się właśnie do galopującego rozpadu. 
 
 

 
A tymczasem - tak jak pisałem kilkanaście dni wcześniej, Ukraina zajęła Chersoń. A następny będzie Krym, Zaporoże, i Donbas i "operacja specjalna" skończy się totalną kompromitacją tych żałosnych zbrodniarzy u władz ruskiego miru.                  
 
  
 
 

 
CDN.
  

sobota, 12 listopada 2022

MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI - 2022

TEGOROCZNE ŚWIĘTO 104 ROCZNICY

ODZYSKANIA PRZEZ 

POLSKĘ NIEPODLEGŁOŚCI,

OBCHODZONE W CIENIU 

ROSYJSKIEJ AGRESJI NA UKRAINĘ,

NIEMIECKICH PLANÓW STWORZENIA 

IV RZESZY (EUROPEJSKIEJ) 

I INNYCH ZAGROŻEŃ

 
 
 OD RAZU PRAGNĘ ZAZNACZYĆ, ŻE W TYM ROKU NIESTETY NIE BYŁO MNIE NA MARSZU NIEPODLEGŁOŚCI W WARSZAWIE, DLATEGO TEŻ INFORMACJE O NIM CZERPIĘ TYLKO I WYŁĄCZNIE Z MEDIÓW SPOŁECZNOŚCIOWYCH I KANAŁÓW TELEWIZJI INTERNETOWEJ. PRZYJRZYJMY SIĘ ZATEM TEMU, JAK W ROKU ROSYJSKIEJ MILITARNEJ AGRESJI NA UKRAINĘ PRZEBIEGAŁY OBCHODY POLSKIEGO ŚWIĘTA NIEPODLEGŁOŚCI?
 
 
 
NA POCZĄTEK - ABY WPROWADZIĆ W KONTEKST ODZYSKANIA PRZEZ POLSKĘ NIEPODLEGŁOŚCI W LISTOPADZIE 1918 r. - WARTO POSŁUCHAĆ KILKU PIEŚNI NA CZEŚĆ NAJWIĘKSZEGO (CHOĆ OCZYWIŚCIE NIE JEDYNEGO) OJCA OWEJ NIEPODLEGŁOŚCI, CZYLI MARSZAŁKA JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO
  
 

 
 
TWÓRCY POLSKIEJ NIEPODLEGŁOŚCI
(OD LEWEJ DO PRAWEJ):
 
IGNACY JAN PADEREWSKI 
ROMAN DMOWSKI
JÓZEF PIŁSUDSKI 
WINCENTY WITOS 
IGNACY DASZYŃSKI
 
 
 

 
 
ŻYCZENIA Z OKAZJI NASZEGO ŚWIĘTA NIEPODLEGŁOŚCI, ZŁOŻONE PRZEZ PREZYDENTA UKRAINY WOŁODYMYRA ŻEŁENSKIEGO:
 
 
"Kochana Polsko, Twoja odzyskana Niepodległość ma dziś 104 lata i moje 104 słowa dla Ciebie.
Ukraina i Polska razem! Jesteś naszą Siostrą.
Różnie bywało między nami, ale jesteśmy krewnymi, jesteśmy wolni.
Gdy nasza odzyskana Niepodległość miała 30 lat - Polska była obok.
Pamiętam nasze wspólne szczęście, radowaliśmy się razem.
Kiedy znów spotkaliśmy się ze starym, wspólnym wrogiem, Polska obok.
Ukraińcy zawsze to będą pamiętali, będą pamiętać jak nas przyjmowali, 
jak nam pomagają Wasze ludzie - nasi sojusznicy.
Wasz kraj - nasza Siostra!
Wasza przyjaźń na zawsze, Nasza przyjaźń na zawsze, Nasza miłość na zawsze!
Razem będziemy zwycięzcami!"
 
 

 
 
ŻYCZENIA AMBASADORA UKRAINY W POLSCE - WASYLA ZWARYCZA I HYMN POLSKI, ODŚPIEWANY PRZEZ UKRAIŃSKIE DZIECI, KTÓRE W NASZYM KRAJU ZNALAZŁY BEZPIECZNĄ PRZYSTAŃ PRZED MOSKIEWSKIMI KULAMI I BOMBAMI
 
 
"...PRZEJDZIEM WISŁĘ, PRZJEDZIM WARTĘ, BĘDZIEM POLAKAMI,
DAŁ NAM PRZYKŁAD BONAPARTE JAK ZWYCIĘŻAĆ MAMY..."
 
 

 
 
A TERAZ OBCHODY ŚWIĘTA NIEPODLEGŁOŚCI W POLSKICH MIASTACH:
 
 
GDYNIA
(CZYLI MIASTO, GDZIE GDY TYLKO POZWALAJĄ MI NA TO OBOWIĄZKI, UCIEKAM ABY TROCHĘ ODPOCZĄĆ NAD POLSKIM MORZEM, CHOĆ W TYM ROKU NIESTETY NIE UDAŁO MI SIĘ TAM WYJECHAĆ)
 
 
 
 
 
WROCŁAW
 
 

 
MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI WE WROCŁAWIU
 
 
 
 
 
KRAKÓW
 
 

 
 
SULEJÓWEK
MIASTO POD WARSZAWĄ, GDZIE ZNAJDOWAŁ SIĘ "MILUSIN" - DWOREK MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO
 
 

 


 
WARSZAWA
MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI
 
 
 
 

 
 
  

OBCHODY ŚWIĘTA NIEPODLEGŁOŚCI 
Z UDZIAŁEM PREZYDENTA IGNACEGO MOŚCICKIEGO
FRYSZTAT
(1938)
 



I WSPÓŁCZEŚNIE
WARSZAWA
(2022)
 


 
 
 A TUTAJ MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI POKAZANY W CAŁOŚCI
 
 

 
 
 
 
 DZIĘKUJĘ
 
 

piątek, 11 listopada 2022

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CLXII

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI

SŁOWIANIE I CELTOWIE

 



PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE

SŁOWIANIE

(CYWILIZACJA FILISTYŃSKA)

(ok. 1200 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)

Cz. VII


 




FILISTEA
CZASY EKSPANSJI
(ok. 1100 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)
Cz. VI
 





MIASTA JUDEI 




 
GIBEON
 
 Miasto Gibeon (Gibea) położone w środkowej Palestynie (na północny-zachód od Jerozolimy), było pierwszą stolicą "zjednoczonego" Izraela (nazwę tę objąłem w cudzysłów, ponieważ w czasach Saula owo zjednoczenie obejmowało realnie tylko dwa plemiona: Beniamina i Efraima, choć potem sprzyjały mu też niektóre osady izraelskie na południu, jak również te, należące do plemienia Manassesa na północy i w Gilead za Jordanem). Miasto to zostało wybrane na siedzibę przez pierwszego króla Izraela - Saula (archeolodzy odkopali w tym mieście niewielką czworoboczną cytadelę - która pierwotnie była budowlą filistyńską, ale została odrestaurowana na kształt hebrajski i jest uznawana za królewską rezydencję Saula), choć (co ważne) nie było to miasto judzkie, ani też w większości zasiedlone przez Hebrajczyków, wręcz przeciwnie. Gibeon to była bardzo silna (posiadająca imponujące fortyfikacje i wyrafinowany system pozyskiwania wody, a także - jak twierdzi Księga Samuela: 1 Sm. 10,5 i 1 Sm. 13,3 - stacjonował tam silny filistyński oddział wojskowy) filistyńska twierdza w środkowej Palestynie; ale, ponieważ obrana została na stolicę Izraela przez Saula (który bez wątpienia był tam "gościem" lokalnego filistyńskiego władcy czy namiestnika miasta), przeto nie wymieniłem Gibeonu jako miasta filistyńskiego w poprzedniej części. Gibeonici jednak bez wątpienia nie byli w żaden sposób spokrewnieni rasowo z Hebrajczykami ("Gibeonici nie pochodzą z synów izraelskich, ale z pozostałości po Amorejczykach" jak zapisano w Księdze Samuela: 2 Sm. 21,2), choć istniała w mieście pewna hebrajska społeczność, zlokalizowana wokół "rezydencji" Saula. Nie wiadomo dokładnie od kogo (z miast-państw Pentapolis) zależny był Gibeon? Być może od żadnego z miast Filistei, a przemawia za tym fakt, iż Gibeonici panowali dodatkowo nad mniejszymi miastami: Kefirą, Beerot i Kiriat-Jearim (wszystkie leżące na zachód od miasta, na drodze do Ekronu i Gat). Wydaje się jednak, że z czasem miasto i jego mieszkańcy ulegli stopniowej hebraizacji (warto też dodać, że Gibeon mocno związany był z tradycją religijną i polityczną Izraela. To tam przecież znajdowała się Arka Przymierza, nim ostatecznie przeniesiono ją do Jerozolimy, tam król Dawid wzniósł sanktuarium Jahwe, tam właśnie Bóg ukazać się miał we śnie Salomonowi, gdy ten poprosił go o mądrość, tam też doszło do buntu Szeby, do walk Abnera i Beniamitów z wiernym Dawidowi Joabem z Judy, tam wbici zostali na pal potomkowie Saula, tam też narodzić miał się prorok Hananiasz, syn Azura - bez wątpienia więc po 925 r. p.n.e. - a być może nawet wcześniej - cały obszar zasiedlony przez Gibeonitów stał się częścią terytorium rodu Beniamina).



KIRIAT-JEARIM

 Miasto podległe Gibeonitom, ale... wydaje się, że to właśnie tutaj nastąpiło najwcześniejsze zasiedlenie przez ludność hebrajską (to tylko moja hipoteza, gdyż stwierdzenie proroka Jeremiasza, iż jest to rodzinne miasto proroka Uriasza niewiele realnie wnosi, tym bardziej, że Uriasz działał w czasach panowania króla Jojakima, czyli w ostatnich dekadach VII wieku p.n.e. a więc w czasach, gdy tereny te były już w większości shebraizowane), i to jeszcze najprawdopodobniej w okresie panowania króla Saula, a już z pewnością w epoce rządów Dawida i Salomona.





HEBRON
(KIRIAT ARBA) 

 Kolejne wielkie hebrajskie miasto Judy, które... nie było zasiedlone przez Hebrajczyków. Jest to swoisty paradoks, ale tak właśnie należy to traktować, gdyż miasto pierwotnie zasiedlone było przez lud Kelabitów i Anakitów (Filistynów) - którzy zostali potem włączeni w obręb plemienia Judy (choć wielokrotnie sami Hebrajczycy podkreślali ich odrębność). Żyjący tu Anakici znani byli ze swego dużego wzrostu (stąd Hebrajczycy nazywali ich Nefilim - czyli olbrzymi. "Widzieliśmy też tam olbrzymów, synów Anaka, z rodu olbrzymów, i wydaliśmy się sobie w porównaniu z nimi jak szarańcza, i takimi też byliśmy w ich oczach" Lb 13,33). Prawdopodobnie jednak Hebron został zdobyty przez Izraelitów jeszcze w czasach króla Saula lub Dawida, gdyż w Księdze Barucha zapisane jest: "Tam urodzili się olbrzymi, sławni od początku, wielcy, biegli w walce. Ale nie tych wybrał Bóg, ani im nie dał drogi do mądrości. Zginęli dlatego, że mądrości nie mieli, zginęli z powodu swej nierozwagi" (Ba 3,26-28), a w przypowieści Ezechiela pojawia się takie stwierdzenie: "Tam jest Assur i cały jego lud dokoła jego grobu, wszyscy pobici, sami tacy, co padli od miecza. Ich groby urządzono w najgłębszym dole otchłani (...) którzy dawniej szerzyli postrach w krainie żyjących" (Ez 32, 22-24). Problem polega tylko na tym, że nie wiadomo dokładnie czy do takiego podboju nie doszło znacznie później, np. już po inwazji faraona Szeszonka z 925 r. p.n.e. Co prawda Hebron był "miastem dawidowym" i również zasiedlony był przez ludność hebrajską (która prawdopodobnie była w mniejszości), ale - podobnie jak Saul w Gibeonie, tak Dawid w Hebronie ogłoszony został królem Izraela. Tu też znajdowało się wzniesione przez niego sanktuarium Jahwe. Czy więc miasto to zdobyto w czasach króla Dawida? I tu znów pojawia się problem, gdyż kolejna stolica zjednoczonego Izraela wydaje się że nie została opanowana militarnie ("Potem pytał Dawid Pana: Czy mam ruszyć do któregoś z miast judzkich? A Pan mu odpowiedział: Ruszaj! I pytał jeszcze Dawid: Dokąd mam ruszyć? A On odrzekł: Do Hebronu. I ruszył Dawid wraz z obiema swymi żonami (...) również ludzi, którzy byli przy nim, sprowadził Dawid, i to wszystkich z rodzinami. I osiedlili się w osadach wokół Hebronu. Wtedy przyszli mężowie z Judy i namaścili tam Dawida na króla nad plemieniem Judy" - 2 Sm. 2,1-4). Istnieje pewne wyjaśnienie tego problemu (choć to również jedynie hipoteza), a mianowicie takie, że Dawid (jak wcześniej Saul w Gibea) był po prostu klientem jednego z filistyńskich władców, którzy umożliwili mu osiedlenie się z jego ludźmi w okolicach Hebronu (prawdopodobnie był to władca miasta Gat, lub król Ziklag z Szafeli, ale ten drugi był znów klientem władców Gat, więc być może działało to na zasadzie pewnej hierarchicznej kontroli, jak w średniowieczu rycerz przysięgał wierność księciu lub królowi, ale sam miał pod sobą giermka i stał wyżej od mieszczan i chłopów). W każdym razie Hebron był drugą stolicą zjednoczonego Izraela i siedzibą króla Dawida (tam też urodził się jego syn - Absalom). 
  


FRAGMENT JEROZOLIMY Z CZASÓW KRÓLA DAWIDA I SALOMONA


 
JEROZOLIMA
(JEBUS) 
 
Miasto to, pierwotnie zasiedlone miało być przez plemię Jebuzytów (stwierdzam że "miało być" ponieważ nigdzie indziej, poza Starym Testamentem nazwa ta nie występuje; wydaje się więc, że albo była to jakaś autochtoniczna ludność kananejska, albo też... lud ten po prostu został wymyślony na potrzeby opowieści o królu Dawidzie i zdobyciu miasta, które wcześniej z Izraelitami nie miało nic wspólnego). Jeśli rzeczywiście lud ten istniał, to z pewnością był on obcy dla "Narodu Wybranego" ("Twoje pochodzenie i twój ród wywodzi się z ziemi kananejskiej. Twoim ojcem był Amorejczyk, a twoją matką Chetytka" - Księga Ezechiela 16,3. W Księdze Sędziów zaś zapisane jest, iż Jerozolima czyli Jebus, jest miastem obcym "gdzie nie ma synów izraelskich" - Sdz. 19,12). Można jednak przyjąć, że miasto to rzeczywiście nie było związane z Hebrajczykami (swoją drogą Stary Testament próbuje nam jednocześnie wmówić, że zbieranina okolicznych ludów kananejskich i tych, które wcześniej powędrowały do Egiptu i tam popadły w niewolę - to ludność obca, napływowa, to ludność, której Jahwe dał w posiadanie nową ziemię - "Ziemię Obiecaną" czyli właśnie Palestynę. Natomiast lud Filistynów Biblia przedstawia jako... autochtonów, czyli mieszkających na tej ziemi już od wieków, podczas gdy - jeśli oprzemy się na przekazach historycznych - jest zupełnie na odwrót. Ludnością zdecydowanie obcą i o innej kulturze [choć, co bardzo ważne - bardzo szybko się asymilowali z pierwotną ludnością kananejską, tak, iż drugie, trzecie pokolenie po podboju było praktycznie całkowicie zasymilowane, a jednocześnie wytworzyła się swoista filistyńsko-kananejska nowa kultura] są Filistyni, przybyli tu w czasie migracji i podboju tzw.: "Ludów Morza", podczas gdy Hebrajczycy [Habiru] to lud autochtoniczny - choć złożony z mieszkańców różnych obszarów Palestyny, którzy w pewnym momencie powędrowali do Egiptu - bo tam wydawało im się, były warunki do lepszego życia. Jedyne, czym można to usprawiedliwiać, to fakt, iż kolejne pokolenia, które już narodziły się w Egipcie - i tam zostały zniewolone - nie pamiętały Palestyny, ziemi swych ojców). 

Za kananejskim jednak pochodzeniem Jerozolimy, przemawia choćby fakt niehebrajskich imion władców tego miasta, jak choćby króla Abdi-Hepa noszącego huryckie imię. Nazwa miasta Jebus wzięła się od nazwy plemienia Jebuzytów, którzy mieli tam panować, ale... nie była to wcale pierwotna nazwa Jerozolimy. Pierwotną nazwą (zapisaną w egipskiej księdze "Tekstów Złorzeczeń" z czasów Średniego Państwa) byłby więc Uru Szalim. Jeden z władców tego miasta - Abdi-Hepa napisał list do faraona Amenhotepa III (połowa XIV wieku p.n.e. czyli okres amarneński) i stąd właśnie wiadomo jaką pierwotną nazwę nosiła Jerozolima. W czasach panowania króla Adoni-Sedeka (w tradycji hebrajskiej zwany jest Malchizedekiem), Jerozolima zawarła sojusz z Hebronem, Jarmut, Lakisz i Eglonem - czyli miastami Filistei i Szefeli. Była więc w tym okresie (XI-X wiek p.n.e.) dość dużym, liczącym się ośrodkiem, skoro stworzyła wokół siebie taką sieć połączeń (a jak wiadomo, za ówczesnymi sojuszami szły w parze ożenki dzieci władcy), niewielu bowiem byłoby chętnych do zawierania sojuszu z miastem słabym i nieustannie potrzebującym ochrony (w myśl zasady: jeśli chcesz sojuszu i pomocy od innych krajów, sam musisz być dla nich potencjalnym wsparciem).

Jebus (czy też, jak kto woli - Uru Szalim) zdobyte miało zostać przez Izraelitów pod wodzą Dawida ok. 1000 r. p.n.e. Ale tutaj znów pojawia się pewien problem, a mianowicie okazuje się, że Dawid już wcześniej był w Jerozolimie, a nawet zaniósł tam odciętą na równinie Azeka głowę pokonanego Goliata i złożył ją w tamtejszej... świątyni Jahwe. Czyżby więc w przed-hebrajskiej Jerozolimie było miejsce kultowe Izraelitów, gdzie mogli oddawać cześć swemu bogu? Na to wygląda (być może tak było i w innych dużych miastach kananejskich, które bezpośrednio graniczyły z plemionami Izraela). W każdym razie, Dawid ostatecznie zjawił się zbrojnie (po śmierci króla Saula) pod murami Jerozolimy, która to zatrzasnęła przed nim swe bramy (ale wcześniej mógł wejść w jej mury, więc albo zapragnął zdominować mieszkańców miasta - choć, co bardzo ważne: nie wybić ich; albo też mieszkańcy odmówili Hebrajczykom wstępu do tamtejszej świątyni Jahwe - o czym nie ma śladu w źródłach biblijnych). Jebuzyci zwrócić się mieli do Dawida takimi oto słowy: "Nie wejdziesz tutaj, lecz ślepi i kulawi cię przepędzą" (2 Sm. 5,6), co było jawną pogardą obrońców, wyrażoną w stosunku do Dawida i jego ludzi, którzy pragnęli opanować dobrze ufortyfikowane miasto, jakim był Jebus (stąd stwierdzenie że nawet ślepi i kulawi go przepędzą). "W tym dniu Dawid powiedział: Kto pokona Jebuzejczyków i przedrze się przez kanał, i pobije ślepych i kulawych, których nienawidzi dusza Dawida; dlatego mówi się: Ślepy i kulawy nie wejdzie do świątyni" (2 Sm. 5,8). Doszło więc do walki, a Izraelici wykazali się przy tym szczególnym męstwem (np. niejaki Abiszaj, brat Joaba, syn Serui, który położyć miał aż trzystu wojowników Jebuzytów - co bez wątpienia jest propagandową bajeczką, mającą pokazać determinację i zapał "Narodu Wybranego" w zdobywaniu ich późniejszej stolicy), choć z drugiej strony, sam przekaz mówiący o wielu ofiarach (po stronie wroga oczywiście) i odwadze Izraelitów, nie do końca musi się zgadzać z rzeczywistością, jako że Dawid w zdobycznej Jerozolimie, nie tylko nikogo nie ukarał ale... nie wypędził stąd Jebuzytów ("Lecz Jebuzytów, mieszkających w Jerozolimie, nie mogli synowie Judy wypędzić i Jebuzyjczycy mieszkają z synami Judy w Jerozolimie do dnia dzisiejszego" - Joz 15,63). Dlaczego nie mogli ich wypędzić, skoro (według spisanej w formie militarnej propagandy Księgi Jozuego) Hebrajczycy postępowali okrutnie nawet z tymi mieszkańcami miast, którzy się przed nimi chowali i którzy uciekali, dlaczego więc teraz oszczędzili tych, którzy się przeciwko nim bronili? Odpowiedź wydaje się oczywista, nie doszło do żadnej krwawej walki (zapewne Dawid nie miał tylu wojowników, aby próbować zdobyć dobrze ufortyfikowane miasto) i ostatecznie doszło do kompromisu, na mocy którego, Dawid i jego ludzie mogli powrócić do Jerozolimy, ale miasto nadal było w rękach Jebuzytów.

Walce o Jerozolimę przeczy również fakt, iż Dawid zakupił w tym mieście działkę od niejakiego Arawny (na tym miejscu potem stanęła Pierwsza Świątynia Jerozolimska), choć wydaje się, że zakup miał miejsce już po osiedleniu się Izraelitów w Jerozolimie (świadczy o tym fakt, iż Arawna chciał Dawidowi tę ziemię przekazać w darze, ale ten się uparł, że za nią zapłaci. Gdyby to było przed zbrojnym wejściem Dawida do Jerozolimy i uznaniu tam go za króla zarówno przez Izraelitów jak i Jebuzytów, to Arawna nie byłby taki skory do przekazania mu ziemi za friko). Zajęcie Jerozolimy, było jednak krokiem, który natchnął twórców Starego Testamentu do takich oto stwierdzeń: "Widząc to Aszkelon ulęknie się, Gaza okropnie zadrży, również Ekron, gdyż zawiódł się w swej nadziei. Zniknie król z Gazy, Aszkelon nie ostoi się, w Aszdodzie osiądą mieszańcy, wytępię pychę Filistynów. Gdy potem krwawe mięso ich ofiar wyrwę z ich ust, a ohydne ich bałwochwalcze potrawy spomiędzy ich zębów, wtedy i on zachowany zostanie dla naszego Boga, będzie uchodził za plemię w Judei, a Ekron stanie się takim, jak niegdyś Jebuzejczycy" (Za 9,5-7). Należy tutaj dodać, że już w czasach króla Salomona (czyli syna Dawida) Jebuzyjczycy stali się ludnością drugiej kategorii (zapewne było to związane z dość dużym przyrostem ludności żydowskiej w mieście), a Salomon zaciągnął ich nawet do robót przy budowie Świątyni Jerozolimskiej, co świadczy o szybko postępującej hebraizacji miasta (opanowano je więc nie tyle zbrojnie, co demograficznie, już w drugim i trzecim pokoleniu).



NOB      

 Miasto to (znajdujące się w bezpośredniej bliskości Jerozolimy) przynależne było (tak jak i Jerozolima) do plemienia Beniamina (choć Jerozolima była przedmiotem sporu między rodami Beniamina i Judy, ale ostatecznie zwyciężyła tradycja, lokująca narodziny Beniamina - syna Jakuba i brata Józefa - na południe od Jerozolimy, w Ramat Rachel). Mieściło się tam sanktuarium jahwistyczne, a według Biblii król Saul zgładzić tam miał kapłana Ahimeleka (który udzielił pomocy zbiegłemu od Saula Dawidowi) wraz z całą jego rodziną (rzezi uniknął tylko jeden, jedyny syn Ahimeleka - Ebiatar). Nie wiadomo jednak czy postać Abimeleka jest prawdziwa (Abimeleków w czasach Saula i Dawida wymienionych w Starym Testamencie było kilku i niekoniecznie wszyscy z nich byli Hebrajczykami (jak choćby wojownik Dawida - Abimelek Hetyta). Jednak miasto Nob bardzo szybko (po zajęciu przez Izraelitów Jerozolimy) przyćmione zostało przez blask swej większej siostrzycy. 




CDN.
  

środa, 9 listopada 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LXIV

ŻYCIE PO ŚMIERCI -

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

  

 
 

VI

MEDIA I SEANSE 

Cz. I

 
 
 

 
  
 CECHY OSÓB MEDIALNYCH
 
 
 Doświadczenia z dziedziny parapsychologii lub magii mają tylko wówczas szanse powodzenia, jeżeli w zespole osób eksperymentujących znajduje się przynajmniej jedna osoba sensytywna. Dobry astrolog stwierdzi to w kilka minut, stawiając kolejno wszystkim zebranym indywidualny horoskop, ale ponieważ w dobie dzisiejszej w naszym kraju astrologów z prawdziwego zdarzenia nie ma, musimy sobie poradzić w inny sposób. Pytamy więc nasze potencjalne medium jak sypia, czy przez całą noc leży spokojnie, czy też się we śnie rzuca. Osoby o skłonnościach medialnych miewają sen niespokojny, często cierpią na niczym nieuzasadnioną bezsenność. Nie jest to wskazówka absolutnie pewna, lecz badającemu daje już dużo do myślenia. Niespokojne sny mogą być spowodowane także innymi przyczynami, ale punkt zaczepienia do dalszych badań już zdobyliśmy. Następne pytanie powinno brzmieć: Czy ewentualne medium samorzutnie odkrywa się w nocy? Czy kołdra leży zawsze rankiem na tapczanie, a nie na dywanie? Obsuwanie się kołdry może być wywołane niepokojem, o czym śpiący może w ogóle nie wiedzieć. Wiele osób sensytywnych woli spać na przykład twarzą do ściany, a więc i na to należy zwrócić baczną uwagę. Chodzi w tym przypadku o przemieszczenie się aury, o czym będę mówił szerzej w innym miejscu. Dawniej, w wiekach średnich, kościoły budowano według pewnych prawideł magicznych, tak że ołtarz zawsze był po stronie wschodniej, a wejście do świątyni po stronie zachodniej. Dłuższe przebywanie osoby sensytywnej w kościele plecami do wyjścia, czyli do zachodu, może wpływać na nią ujemnie. Zdarza się więc, że osoby o kwalifikacjach medialnych często mdleją w trakcie nabożeństwa. Wiele osób sensytywnych woli zasypiać na prawym boku. Należy je o to zapytać i odpowiedź zanotować. 
 
Osoby o zdolnościach medialnych nie tylko, że nie lubią spać z kimś w jednym łóżku, lecz odczuwają to wręcz jako udrękę. Nawet łóżka małżeńskie, stojące obok siebie, przeszkadzają osobie sensytywnej w spokojnym śnie. Dlaczego? Ponieważ wówczas następuje mieszanie się własnej aury z cudzą, co wpływa szkodliwie na stan zdrowia i samopoczucie osoby o kwalifikacjach medialnych. Osoby sensytywne często rozmawiają lub gadają do siebie przez sen. Natomiast człowiek "normalny", kiedy śpi - milczy. Żadna z osób o skłonnościach medialnych nie lubi tłoku. Nie ma tu znaczenia, o jaki tłok chodzi: w kościele, teatrze, kawiarni, a nawet na przyjęciu lub zabawie karnawałowej. W takich przypadkach osoba o skłonnościach medialnych nawet pod błahym pozorem stara się usunąć z towarzystwa. Będzie tu chodziło o zbiorowiska większe. Kilka osób w otoczeniu, szczególnie gdy chodzi o osoby sympatyczne, działa nań nawet pobudzająco i ożywiająco. Na ulicy, osoby idące za osobą medialną działają na nią ujemnie. Osoby medialne nie lubią jazdy konnej, podawania innym ludziom ręki, a już szczególnie ściskania i potrząsania dłonią. Przy pracy w biurach sensytywni wolą siedzieć lewym bokiem do ściany. W każdym razie w tej pozycji czują się lepiej i przyjemniej im się pracuje. Jeżeli siedzi obok siebie szereg osób na ławce w: parku, kościele, szkole, kinie, na akademii, osoby sensytywne instynktownie wybiorą zawsze miejsce skrajne, ponieważ promieniowania aury z dwóch sąsiednich stron osoba medialna wprost nie znosi. Wąskie korytarze, szczeliny, sztolnie, szyby i w ogóle wszystko, co ciasne, działa na osobę medialną deprymująco. Tak samo małe pokoiki, piwnice, ciasne samochody, powozy... 
 
Nieprzyjemnie odczuwa osoba sensytywna obecność żelaznego piecyka w pokoju, nie zdając sobie nawet sprawy z tego dlaczego. Wystarczy ją jednak spytać, co woli bardziej i kiedy się czuje lepiej. Osoby sensytywne nie lubią mieć w lewej ręce lub na lewej ręce przedmiotów miedzianych, srebrnych i mosiężnych. Wystarczy więc dać osobie medialnej taki przedmiot do ręki lewej, a ta natychmiast przełoży go do prawej. Osoby sensytywne w ogóle nie lubią metali, a szczególnie miedzi. Reklamowanie więc miedzi jako metalu skutecznie odprowadzającego jakieś prądy z organizmu i działającego dodatnio na samopoczucie człowieka jest wymysłem sklepikarzy. Zresztą, osoby sensytywne nie lubią brać do ręki nawet żelazka do prasowania, nosić pierścionków, biżuterii metalowej, nie lubią posługiwać się nawet metalowymi długopisami czy prętami do robienia swetrów.
Nieprzyjemne wrażenie sprawia osobie sensytywnej dłuższe wpatrywanie się w lustro, szczególnie, jeżeli to będzie lustro stare, pokryte związkami rtęci, a nie srebrem, jak lustra nowoczesne. Każda osoba sensytywna nic znosi panicznie w nocy kwiatów w swym pokoju, nawet i wówczas, gdyby to były przyjemnie pachnące rośliny doniczkowe. Kiedy nadchodzi pełnia Księżyca sensytywni śpią źle, chociaż na dworze żadnego ujemnego oddziaływania ziemskiego satelity nie odczuwają. Sensytywni nie lubią przegrzanej atmosfery w pokojach. Punkt ten jest jednak sporny. W krajach tropikalnych na przykład, gdzie upał jest sprawą dnia powszedniego, osobom medialnym on nie przeszkadza. Osoby sensytywne instynktownie nie lubią jadać tłusto. Także nie lubią one ostrych potraw. Wolą potrawy z niewielką ilością cukru. Lubią natomiast to, co kwaśne, a także: chrzan, rzodkiew, pomarańcze. Jeżeli chodzi o ilość, nie spotyka się tu żarłoków. Jadają stosunkowo mało, nie przykładając szczególnej wagi do wykwintności posiłku. Nie lubią potraw gorących, wolą zjeść obiad nawet niezbyt ciepły. Ryby są także przez te osoby potrawą bardzo lubianą. 
 
Tak zwany kamienny spokój, posągowość, są u osób sensytywnych nie do pomyślenia. Są oni ruchliwi i żywi. Nie mają w sobie wewnętrznego spokoju. Nie mogą także utrzymać przy sobie w spokoju rąk. Ich ruchy bywają często bezcelowe, niczym nie uzasadnione, nerwowe. Nie znoszą niczego co ich uciska, a więc ciasnych kołnierzyków, ciasnawych butów, zbyt mocno zapiętych pasków, niedopasowanych rękawiczek. Większość sensytywnych osób lubi wysuwać w nocy nogi spod kołdry, oczywiście, kiedy w pokoju jest względnie ciepło. U osób medialnych często spotyka się, jako dolegliwość, brak czucia w palcach, co niejednokrotnie przenosi się nawet na całą rękę. Dla kobiet sensytywnych swoistą udręką jest czesanie się. Dlatego też wiele z nich woli nosić krótkie włosy. Czesanie wywołuje bowiem bóle głowy. Także nakładanie pończoch jest nieprzyjemne, jak również mycie rąk i ramion długimi pociągnięciami dłoni. Mycie samych dłoni nie ma znaczenia, nie jest niemiłe. Wszelkie ruchy wirowe, wahadłowe podczas przejażdżki łodzią, na karuzeli, w tańcu itp. są dla osób sensytywnych nie do zniesienia. Nawet nie lubią na to patrzeć. One to, jako pierwsze, zapadają na morską chorobę. Także denerwuje je wszelki bezustanny, monotonny ruch, jak ruchy koła, wahadła zegara, bębnienie palcami po blacie stołu, chodzenie osób w małym pokoju, tu i tam. Irytuje je też wszelka jednostajność, nawet otoczenia lub krajobrazu. Ciekawa jest reakcja osób sensytywnych na barwy. Nic lubią one na przykład barwy żółtej, natomiast przyjemnie odczuwają barwę niebieską. (Reakcja na barwy to jedna z najbardziej charakterystycznych cech właściwych osobom medialnym). Na pewien stopień medialności osoby, mogą wskazywać także takie objawy, jak: niczym nieuzasadnione bóle głowy spowodowane drobnym podnieceniem, bóle żołądka niby bez powodu oraz różne stany kurczowe. Także jednostronne migreny są podejrzane. 
 
Można spotkać osoby, które wręcz wyczuwają czyjąś chorobę. Po prostu "widzą", że ktoś jest niezdrów, chociaż pacjent sam nie odczuwa żadnych dolegliwości. Niektóre osoby o kwalifikacjach medialnych wyczuwają zmianę pogody. Nie mam tu na myśli strzykania w kolanach u osób w podeszłym wieku. One po prostu "wiedzą", że niebawem nadejdzie jakaś atmosferyczna zmiana. I to także jest jednym z objawów sensytywnej wrażliwości. Innym przejawem sensytywności jest pewna wzmożona receptywność, coś, co moglibyśmy nawet nazwać przeciwieństwem gruboskórności lub braku nerwowej reakcji. I tak na przykład, na wystrzał z pistoletu w pobliżu, inaczej zareaguje człowiek normalny, a inaczej osoba sensytywna. Jedną z cech osób medialnych, oczywiście nie zawsze spotykanych, jest łatwość odpowiadania rymami, mówienie skrótami myślowymi, posługiwanie się w rozmowie zdaniami niepełnymi. Osoby sensytywne natychmiast i wręcz doskonale wyczuwają osoby sympatyczne, życzliwe im. Wszelkiego rodzaju komedianctwo, udawanie, maskowanie się, chybia celu w kontaktach z osobą sensytywną. Ta ostatnia bowiem z miejsca wyczuwa z kim ma do czynienia. Nie da się więc oszukać, okłamać lub zwieść. Pobudliwość, subtelność, delikatność uczuć to cechy właściwe dla osób sensytywnych. Zmienność humoru, nastroju, labilność, wszystko to składa się na wiodącą charakterystykę osobowości medialnej. Sprawą badacza jest natomiast bystra obserwacja i różniczkowanie opisanych wyżej cech. Człowiek "normalny", zacierając ręce, nie odczuwa nic szczególnego. Osoba sensytywna ma wrażenie, że tylko lewa ręka robi się cieplejsza od zacierania. Czuje także lekkie mrowie w lewej dłoni. Jest to prosta i niezawodna próba, którą każdy może sam ze sobą przeprowadzić bez pomocy osób postronnych. Składanie rąk do modlitwy osoby medialne odczuwają jako czynność nieprzyjemną. Nie lubią także zaciskania dłoni w pięść. Składanie rąk czubkami palców jest przyjemne tylko w pierwszych chwilach doświadczenia. Uczucie to jednak szybko przemija.
 
 

 
Osoby sensytywne nie mogą się przez dłuższą chwilę podpierać rękami, opierając je o biodra. To samo dotyczy opierania głowy o ręce. Także zakładanie rąk odczuwają nieprzyjemnie, podobnie jak opieranie stóp jedna o drugą lub zakładanie nóg. Sposobów sprawdzenia czyjejś sensytywności za pomocą tzw. pociągnięć magnetycznych jest mnóstwo. Są one jednak nieco bardziej skomplikowane. Wybierzmy więc tylko takie, które są najprostsze i wykonalne przez każdego. Jeżeli przy osobie sensytywnej usiądzie osoba sympatyczna i z nią psychicznie harmonizująca, posiedzi tak przez kilkanaście minut, a potem nagle wstanie i odejdzie, to osoba sensytywna psychicznie odczuje to jako jakieś przykre rozstanie się. Innym mało znanym sprawdzianem jest powinowactwo do kierunków świata. W tym celu, posługując się kompasem, ustawiamy w pokoju cztery fotele, kolejno plecami na wschód, zachód, południe i północ. Sprawdzanemu każemy kolejno siadać w fotelach i powiedzieć, w którym czuje się najlepiej. Osoba sensytywna wręcz z odrazą usiądzie w fotelu ustawionym tyłem do kierunku zachodniego. Najlepiej czuć się będzie w fotelu, gdzie za swoimi plecami będzie miała północ. Dlatego też w starych kościołach - o czym już wspomniałem - gdzie wejście jest od strony zachodniej, a ołtarz od strony wschodniej, osoby sensytywne, stojąc twarzą do ołtarza, a tyłem do wejścia - zachodu, czują się bardzo źle. Jeżeli się zdarzy, że w kościele ktoś zemdleje, to będzie to z pewnością osoba wybitnie sensytywna. Do cech ogólnych, na które zwracamy niewiele uwagi, należą wszelkiego rodzaju reakcje uczuciowe na impulsy nieraz nawet błahe. 
 
Tam, gdzie osoba niesensytywna będzie zachowywała obojętny spokój, jak kapitan statku pasażerskiego podczas gwałtownej burzy na morzu, tam sensytywny osobnik będzie reagował przewrażliwieniem, przerażeniem, zdenerwowaniem, podnieceniem, a nawet niepoczytalnymi (pozornie) odruchami. Przeciętnemu człowiekowi pochodzenie owocu, który ma spożyć, jest obojętne, byle był świeży i czysty. Natomiast osoby sensytywne stanowczo bardziej wolą wiśnię lub truskawkę osobiście zerwaną niż zakupionego w sklepie warzywnym banana. Każdy przedmiot wydziela pewne promieniowanie, lecz nie dla każdego jest ono widoczne. Badania w tym kierunku są bardzo proste. Wprowadza się medium do ciemni fotograficznej lub dowolnego pomieszczenia, gdzie panują całkowite ciemności. Po pewnym czasie, kiedy medium przyzwyczai oczy do braku oświetlenia, będzie widzieć aurę różnych przedmiotów. Nieraz takie przyzwyczajanie się może trwać do godziny czasu. Ważne jest, aby nawet najmniejszy promyk światła nie przedostawał się do naszego pomieszczenia z zewnątrz. To daje się stwierdzić dopiero po jakimś czasie, gdy oczy przyzwyczają się do ciemności. Osoby bardzo sensytywne aurę przedmiotów widzą już po pięciu minutach. Wybitne media widzą na przykład ludzką aurę nawet przy świetle dziennym. Po większej liczbie doświadczeń, czyli tzw. praktyce i zaznajomieniu się ze znaczeniem barw aury, potrafią one na podstawie barwy ustalić, czy i na co dana osoba choruje, w jakim jest nastroju psychicznym, jakie są jej tendencje psychiczne, a także na przykład, czy pacjent ma zainteresowania parapsychiczne, seksualne; w jakim jest nastroju w chwili badania itp. 
 
Na temat koloru emanowanej aury u człowieka i jej interpretacji istnieje bogata literatura. Najprostszym sposobem stwierdzenia medialności, zastosowanym na początku naszego wieku przez doktora Juliana Ochorowicza, było wykorzystanie w tym kierunku igły kompasu. Osoba silnie medialna, względnie jak kto woli - sensytywna - z łatwością potrafi odchylić igłę magnetyczną, zbliżając do niej wskazujący palec. Znany niemiecki parapsycholog, doktor F. Quade, miał też własny sposób sprawdzenia czyjejś medialności. Jak mówił, należy w tym celu zbliżyć palce swojej ręki do palców osoby badanej, na odległość mniej więcej pięciu milimetrów. Aby uniknąć drgań, osoba badana kładzie swą rękę grzbietem na kolano badającego. Osoby sensytywne poczują niebawem w palcach lekkie mrowienie. Próbę należy przeprowadzić przy świetle przyćmionym, nigdy w świetle słonecznym. U osób bardziej sensytywnych mrowienie sięga w okolicę dłoni, a nawet dochodzi do łokcia. Im bardziej jest ktoś sensytywny, tym bardziej nadaje się do doświadczeń spirytystycznych, medialnych i parapsychicznych, o czym będzie mowa dalej.
 
Na zakończenie rozdziału podaję już kompletny tekst testu na medialność osoby badanej.
 
  1. Jak osoba sypia: spokojnie czy niespokojnie? Czy się odkrywa podczas snu, nieświadomie zrzucając kołdrę na podłogę? 
  2. Czy może spokojnie spać z kimś obcym razem w jednym łóżku? 
  3. Czy w dużym towarzystwie lub innym skupisku ludzi czuje się dobrze i swobodnie? 
  4. Czy chętnie poda komuś prawą dłoń i czy miewa przy tym uczucie nieprzyjemne? 
  5. Czy jest jej obojętne, w której ręce trzyma monety srebrne lub miedziane? 
  6. Czy odczuwa nieprzyjemne wrażenie, stojąc przed starym, pokrytym rtęcią lustrem?
  7. Jeżeli oprze ręce o betonową ścianę, czy czuje, że każda z rąk wyczuwa inną temperaturę powierzchni?
  8. Czy toleruje w nocy kwiaty w swej sypialni, nawet wówczas, gdy przyjemnie pachną?
  9. Czy lubi jadać rzeczy tłuste? - Słodkie? - Kwaśne? 
  10. Czy mówi przez sen? 
  11. Jakie wrażenie na niej wywołują barwy? - Który kolor woli: żółty czy niebieski? 
 
Są to pytania zasadnicze. Mogą one wykazać pewne odchylenia u różnych osób, spowodowane określonymi przyzwyczajeniami. Lecz tendencja powinna zostać zdecydowanie zarysowana.
 
 

 
 CDN.