Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 18 lipca 2023

DEMETRIUSZ, PYRRUS, ARATOS... - Cz. VIII

CZYLI, PRAWDZIWI "CELEBRYCI" 
EPOKI HELLENISTYCZNEJ





I

DEMETRIUSZ POLIORKETES

(337-283 r. p.n.e.)

Cz. VIII




WSPÓLNE MACEDOŃSKO-PERSKIE ZAŚLUBINY w SUZIE
(324 r. p.n.e.)



 Eumenesa i satrapę Persydy Peukestasa wiele że sobą różniło. Pierwszy był Grekiem, człowiekiem wykształconym i elokwentnym, kronikarzem Aleksandra Wielkiego, a do tego szalenie inteligentnym i potrafiącym przekuć na swoją korzyść niepewne wyroki losu - człowiekiem. Drugi co prawda był Macedończykiem, jednak jako satrapa Persydy ubierał się i stroił na modłę perską, do tego był człowiekiem dość ograniczonym, kłótliwym i żądnym władzy (co akurat tyczyło się właściwie wszystkich bohaterów owych wydarzeń). Były jednak rzeczy wspólne, które ich łączyły. Do nich należał chociażby szacunek dla kultury i religii pokonanych Persów. Peukestas nie mógł co prawda postępować inaczej jako satrapa Persydy, gdyż w tym kraju macedoński korpus którym jemu był podległy, znajdował się w mniejszości, dlatego też aby zdobyć poparcie Persów musiał on postępować jak perski wielmoża, jak wicekról, albo nawet król; dlatego jeszcze Aleksander Wielki zezwolił mu na przywdzianie perskiej szaty. Ale i Eumenes wykazywał daleko posuniętą tolerancję wobec Persów i był kontynuatorem idei króla Aleksandra, stworzenia (co najmniej dwunarodowego) imperium grecko-macedońsko-persko-medyjskiego, w którym te oto ludy byłyby dominujące. Poza tym Eumenes od 324 r. p.n.e był żonaty z Artonis, córką perskiego wielmoży Artabazosa i przyjaciółką Barsine - kochanki Aleksandra Wielkiego. To małżeństwo było bardzo szczęśliwe a obaj małżonkowie zapewne darzyli się szczerą miłością (poza tym oczywiście że Eumenes - jak przystało na rasowego macedończyka które liznął nieco Orientu - utrzymywał jednocześnie szereg konkubin w swoim nieoficjalnym, ale jednak haremie). Bardzo się oni więcej różnili od takiego choćby Antygona Jednookiego, który miał w pogardzie wszystko co perskie i pod tym względem bliżej mu było do niejakiego Kraterosa - zwolennika macedońskiej tradycji, poległego jeszcze w 321 r. p.n.e. z ręki samego Eumensa w bitwie w Azji Mniejszej (o czym już pisałem).

Przybycie jednak Eumenesa do Suzy i sojusz z Peukestesem nie był jednak łatwy, gdyż Persyda, Media, Suzjana i okoliczne satrapie były w tym czasie (318 r. p.n.e.) w stanie wojny i tutaj również wrzało, choć oczywiście nie był to główny front zmagań o władzę najwyższą. Tam bowiem, gdzie w grę wchodzą niezaspokojone ludzkie ambicje, tam, gdzie można zdobyć więcej pieniędzy niż posiada się ich do tej pory, tam, gdzie można uzyskać większą władzę niż do tej pory, tam z reguły dochodzi do konfrontacji, walki i rozlewu krwi, i tak też było właśnie na tych ziemiach przed przybyciem na nie Eumensa z Kardii. Tutaj jednak zaczęło się kotłować nieco później, bowiem dopiero z objęciem satrapii Medii przez niejakiego Peithona (321 r p.n.e.), który praktycznie od razu przystąpił do podporządkowywania sobie sąsiednich satrapii. Gdy w 318 r. p.n.e. najechał on, podbił i podporządkował sobie Partię - satrapię należącą do Filipa (którego Peithon zabił), przerażeni tym faktem sąsiedni satrapowie połączyli swe siły i wybrawszy na wodza Peukestasa, wyruszyli przeciwko Medii. Tam doszło do bitwy, która zakończyła się zwycięstwem koalicjantów i ucieczką Peithona do Babilonu, do tamtejszego satrapy Seleukosa, którego ten natychmiast poprosił o pomoc. Teraz więc sytuacja była znów dosyć klarowna: Eumenes, Peukestas i okoliczni satrapowie, stali po stronie regenta Poliperchona, królowej-matki Olimpias i królów: Aleksandra IV oraz szalonego Filipa III Arridajosa, natomiast Seleukos i Peithon opowiedzieli się po stronie Antygona oraz walczącego na Peloponezie Kassandra. W zbliżającej się walce o władzę nad całą Azją, Eumenes potrzebował jednak dużego wsparcia ze strony okolicznych satrapii, gdyż pozbawiony był kontaktu z Macedonią i wsparcia ze strony regenta Poliperchona (który zresztą w Grecji sam miał poważne kłopoty, walcząc z Kassandrem). Na tych terenach najsilniejszą i najliczniejszą grupą narodowa byli Irańczycy (Persowie, Medowie, Baktrowie, Sogdiańczycy), dlatego też polityka zarówno Eumenesa jak i Peukestasa musiała być pro-perska nie tylko w słowach, ale ich czynach.

O tym, ile może kosztować nieliczenie się z lokalnymi zwyczajami i kulturą oraz religią oczywiście, przekonał się niedawno (pisząc "niedawno" mam oczywiście na myśli okres o którym opowiadam), satrapa Baktrii i Sogdiany - Stasanor, który pragnąc zwalczyć dotychczasowe tradycje baktryjskie, o mało nie stracił głowy. W tym przypadku chodziło akurat o zwalczenie nieludzkiej praktyki porzucania starców na pustkowiu i pozostawiania ich na pożarcie przez wilki, psy i sępy. Stasanor uznał że takie praktyki są zbyt barbarzyńskie i nie można ich tolerować. Zapomniał jednak że nie jest w Grecji, ani w Azji Mniejszej (skąd pochodził), zaś w religii zaratusztriańskiej starców można było zostawić na pustkowiu i pozwolić zwierzętom na zjedzenie ich, gdyż był to gest łaski i zgodny był z wolą wielkiego boga - Ahura Mazdy. Próba więc położenia kresu tym praktykom doprowadziła do buntu Baktrów, zamknięcia Stasanora w jego pałacu i próby podpalenia, dopiero wówczas satrapa Baktrii i Sogdiany cofnął swój zakaz. Tam bowiem, gdzie Macedończycy i Grecy byli w mniejszości, tam musieli podporządkować się zwyczajom i prawom lokalnych ludów irańskich. Początkowo zresztą (tuż po śmierci Aleksandra Wielkiego w 323 r. p.n.e.) Persów wśród satrapów ziem dawnego Imperium Achemenidów - było trzech. Byli to: Atropates - satrapa Medii Atropatene (od którego to imienia wzięła się nazwa całej prowincji, wcześniej znanej jako Media Mniejsza), Fratafernes - satrapa Partii i Hyrkanii oraz Oksiartes w Paropamisos. Po Tripadejsos (321 r. p.n.e) sytuacja nieco uległa zmianie i Persom pozostał jedynie Oksiartes, ale mimo wszystko wcale nie oznaczało to, że ich sytuacja uległa pogorszeniu. Wręcz przeciwnie, większość macedońskich satrapów była żonata z kobietami z Persji i innych ludów irańskich, zaś peukestas - satrapa Persydy, choć Macedończyk, to jednak nie tylko ubierał się po persku i medyjsku (strój medyjski różnił się od perskiego choćby tym, że Medowie nosili spodnie, które potem również zaczęli nosić Persowie. Grecy zaś - jeszcze przed Aleksandrem - robili sobie z nich żarty, mówiąc że Medowie i Persowie nie są mężczyznami bo noszą spodnie, czyli stroje które są bliższe kobiecym sukniom, mężczyźni zaś - według Greków - nosili krótkie tuniki które wyglądały na spódniczki 🤭) ale Peukestas zapuścił również brodę i zachowywał jak człowiek kultury oraz wiary irańskiej. Publicznie modlił się do Ahura Mazdy, rozpalał święty ogień i uczestniczył w świętach ku czci byłych perskich królów (były to tzw.: modlitwy faravashi). Ale prócz Peukestasa byli i inni, jak choćby Stasanor - satrapa Baktrii i Sogdiany czy Stasandros - satrapa Arei i Drangiany (ci dwaj ostatni byli Grekami z Azji Mniejszej, więc dobrze znali kulturę Persów i poza pewnym incydentem do którego doprowadził Stasanor - a o którym była mowa wyżej - ich panowanie nad poszczególnymi satrapiami przebiegało pomyślnie, gdyż respektowali oni wolę ludów tam żyjących).




Eumenes - po załagodzeniu konfliktu, jaki wybuchł pomiędzy Peukestasem (niezwykle drażliwym na punkcie własnego ego i dość kłótliwym człowiekiem), a wodzem Srebrnych Tarcz - Antygenesem o przewodnictwo (czyli o to, kto ma komu wydawać polecenia, bowiem Peukestas twierdził, że jako Macedończyk i satrapa perskiej prowincji to on powinien wydawać polecenia wojsku Eumensa, zaś Antygenes stwierdził, że Srebrne Tarcze nikogo innego prócz niego nie posłuchają, a poza tym przysięgli oni wierność królom - których przedstawicielem jest właśnie Eumenes. Eumenes początkowo do tych kłótni się nie wtrącał, przysłuchując się im z coraz większym przerażeniem, gdyż zdawał sobie sprawę że jest to słabość jego wojska, które może zostać wykorzystane przez Antygona aby ich jeszcze bardziej poróżnić. I wtedy wpadł na kolejny niesamowity pomysł - który to już raz jego niesamowita inteligencja ponownie ocaliła mu skórę? Początkowo więc stwierdził że we śnie znów ukazał mu się król Aleksander który zażądał jedności armii, a ponieważ skłóceni wodzowie nie chcieli tym razem dać wiary w jego senne przepowiednie, Eumenes dodał, że król polecił mu stworzyć radę wojenną przy swoim tronie, którą on - dzięki swej boskiej mądrości będzie kierował, a w skład tej rady mieli oczywiście wejść obaj wodzowie którym odtąd nie wolno było się spierać bowiem tron był uświęcony mocą zarówno bogów olimpijskich jak i perskich, a przede wszystkim boską mocą samego Aleksandra jeśli więc doszłoby do kłótni, oznaczałoby to podważenie woli samego boga i ten, który by ową kłótnię rozpoczął, mógłby zostać oskarżony o bezbożność i stracony z woli samego boskiego króla. Oczywiście do zgody pomiędzy obaj wodzami nie doszło, ale żaden z nich już teraz nie odważył się wszczynać kłótni, ani też próbować żądać dla siebie władzy zwierzchniej nad armią, którą przecież prowadził sam bóg. Zresztą podczas narad wojennych Eumenes komplementował raz to Peukestasa, a raz Antygenesa. Ten pierwszy cieszył się sławą bohatera, gdyż podczas kampanii indyjskiej w roku 326 p.n.e. ocalił życie samemu Aleksandrowi Wielkiemu, dlatego też często Eumenes twierdził, iż to jemu właśnie powinno się powierzyć najwyższe dowództwo armii. Z drugiej strony Antygenes dowodził Srebrnymi Tarczami, czyli elitarną formacją macedońskiej piechoty, która była niezwykle potrzebna Eumenesowi w zbliżającej się w walce o wszystko z Antygonem Jednookim, dlatego też musiał umiejętnie lawirować pomiędzy wybujałymi ambicjami obu wodzów, a ponieważ odznaczał się nieprzeciętną inteligencją, to mu się to udawało).

Po wysłaniu listów do satrapów sąsiednich prowincji (o których pisałem w poprzedniej części), wielu z nich zgłosiło się w Suzie na wezwanie Eumensa. Tlepolemos - satrapa Karmanii (często mylony z Polemonem, czego przykład dał już Diodor, który się po prostu pomylił a inni historycy nie sprawdzając przepisywali od niego w ciemno. A przecież Tlepolemos był satrapą Karmanii jeszcze przed śmiercią Aleksandra Wielkiego, a potem zarówno w Babilonie jak i w Tripadejsos potwierdzono jego władzę) przyprowadził on ze sobą 1500 żołnierzy piechoty i 700 jazdy. Sibiritos z Arachozji (nie jest wymieniony na liście z Tripadejsos ale satrapą był bez wątpienia, już któryś raz mi się jego imię przewija) dostarczył 1000 piechoty i 610 jazdy. Oksiartes z Paropamisos (ojciec Roksany - małżonki Aleksandra Wielkiego i matki króla-niemowlęcia Aleksandra IV) przysłał 1200 pieszych i 400 konnych. Stasanor z Baktrii i Stasandros z Drangiany łącznie przywiedli 1500 piechoty i 1000 jazdy. Eudamos - satrapa prowincji indyjskiej - przyprowadził ze sobą 500 jazdy, 300 żołnierzy piechoty i 120 słoni bojowych (które to przejął po wziętym do niewoli przez Aleksandra władcy Indii królu Porodzie, a którego zamordował w 323 r. p.n.e.). Do tego Peukestas dysponował 3000 macedońskich falangitów, 10 000 perskich łuczników i procarzy, 600 greckich i trackich jeźdźców oraz 400 jeźdźców perskich. Łącznie więc siły sprzymierzonych liczyły ponad 22 700 żołnierzy plus 15 000 piechoty i 3300 jazdy, jakie wiódł ze sobą Eumenes, stanowiło pokaźną siłę militarną. Eumenes poza tym pobrał ze skarbca królewskiego - który również znajdował się w Suzie - znaczne pieniądze (rozkazem królów tylko on miał prawo pobierać pieniądze z tego skarbca) i rozdał je pomiędzy swoich żołnierzy oraz inne kontyngenty Macedończyków (z pominięciem jednak wojowników innych narodowości, których wynagradzać mieli satrapowie nimi dowodzący). Największą sumę, bo aż 200 talentów przekazał Eudamosowi za to tylko, iż ten przeprowadził słonie bojowe - czyli prawdziwą siłę pancerną starożytności, bez których wojska Eumenesa byłyby znacznie słabsze (tym bardziej że Antygon także prowadził ze sobą słonie bojowe).




Antygon tymczasem zaniepokojony wydarzeniami mającymi miejsce w Macedonii, wyruszył czym prędzej na Wschód, aby rozbić siły Eumensa oraz zbuntowanych satrapów i rozciągnąć swoją władzę na te ziemie, by następnie skierować się przeciwko samemu regentowi Poliperchonowi. O walkach toczonych w Grecji (głównie na Peloponezie, ale również w Attyce) teraz nie będę opowiadał, gdyż będzie to temat dotyczący drugiego naszego bohatera, czyli Pyrrusa z Epiru, którego ojcem był Ajakides - król epirockiego plemienia Molossów. Ponieważ jednak wydarzenia dziejące się w samej Macedonii wpłynęły na stanowisko Antygona - ojca naszego bohatera Demetriusza Poliorketesa, zatem warto a nawet należy je teraz przedstawić. Mianowicie z powodu nieudanego oblężenia Megalopolis (o czym jak wspomniałem, będę jeszcze pisał), Poliperchon stracił szacunek wśród Macedończyków i stał się przedmiotem lekceważenia (nic zaś nie jest tak zabójcze dla polityka, jak śmiech i kpiny z jego osoby). Cała Grecja odpadła od niego i poparła Kasandra (nawet wierne mu dotąd Ateny - za sprawą niejakiego Demetriusza z Faleronu - przystąpiły do rozmów z Kassandrem i ostatecznie zawarto porozumienie 317 r. p.n.e.) na mocy którego Ateńczycy zachowali swoje miasto i terytorium pod swymi rządami. Mogli również zatrzymać całą swą flotę i dotychczasowe zasoby, pod warunkiem jednak że odtąd mieliby stać się przyjaciółmi i sojusznikami Kassandra. Twierdza Munichia w Pireusie pozostałaby na razie pod kontrolą wojsk Kassandra, ale tylko do czasu zakończenia "wojny przeciwko królom" - jak eufemistycznie obie strony nazywały konflikt, w którym przede wszystkim liczyły się ich własne ambicje. Ustrojem Aten pozostanie jak dotąd oligarchia (system ten został narzucony Ateńczykom po przegranej wojnie lamińskiej w 322 r p.n.e. w wyniku której musieli rozwiązać swoją demokrację i powierzyć rządy w swoim mieście i kraju najbogatszym spośród obywateli), czyli rządy będą sprawować ci, którzy posiadają co najmniej dziesięć min majątku (mniej więcej jedna mina to jakieś 100 drachm, a jedna drachma to jakieś sześć oboli, zaś wynagrodzenie ateńskiego robotnika w tym czasie nie przekraczało trzech do pięciu drachm na miesiąc, a chleb kosztował 1-2 obole, dobre buty 4-6 itd.). Strażnikiem miasta mianowany został zaś sam Demeteriusz z Faleronu (który w latach 322-318 p.n.e. był przywódcą miejskich oligarchów, czyli tak naprawdę władał miastem. Potem został wypędzony i w 317 r. p.n.e. powrócił wraz z Kassandrem). Był on filozofem (uczniem Arystotelesa i Teofrasta), mówcą i politykiem, oraz oczywiście majętnym człowiekiem (aby uprawiać filozofię trzeba było bowiem, by ktoś inny - najczęściej niewolnik - podawał ci strawę, prał twoje ubranie, sprzątał twoje domostwo i czyścił twój wychodek; czyli aby jeden człowiek mógł zajmować się myśleniem i kontemplowaniem rzeczywistości, potrzebne było aby kilku ludzi w pocie czoła zapewniło mu komfort potrzebny do tego, by móc zajmować się rozważaniami natury filozoficzno-moralnej, a nie zastanawiać się jak tutaj zdobyć kromkę chleba, żeby przeżyć kolejny dzień. Tak więc, mówiąc o filozofach zawsze należy mieć z tyłu głowy świadomość, że byli to ludzie, którzy w większości nie pracowali i których utrzymywali inni ludzie, bez których pracy owi filozofowie najprawdopodobniej pomarliby z głodu. Kto więc był tutaj od kogo bardziej zależny? bo według mnie odpowiedź okazuje się oczywista). Zostanie on obalony dopiero 10 lat później (w 307 r. p.n.e.) właśnie przez Demetriusza Poliorketesa (należy jednak uczciwie powiedzieć że owe dziesięć lat rządów Demetriusza z Faleronu, to był okres rozkwitu gospodarczego dla Aten i znacznego polepszenia doli najbiedniejszych Ateńczyków).




Pozycja Poliperchona jako regenta choć znacznie osłabła, to była i tak wystarczająco silna, aby ten zdołał sprzymierzyć się z Ajakidesem z Epiru (na którego dworze przebywała Olimpias, która przecież też wywodziła się z plemienia Molossów z Epiru). Ten sojusz był bardzo nie na rękę Eurydyce - młodej królowej, małżonce Filipa III Arridajosa, która zamierzała pozbyć się Poliperchona i rządzić państwem jako regentka w imieniu swego umysłowo chorego męża. W tym celu zaczęła pozyskiwać lojalność najbardziej wpływowych Macedończyków, obsypując ich różnego rodzaju podarkami i starając się przeciągnąć ich na swoją stronę. Niestety Poliperchon (wsparty dodatkowo posiłkami Ajakidesa) zdołał nie tylko sprowadzić do Pelli Olimpias, ale też osadził ją na tronie królewskim, wraz z jej wnukiem 6-letnim Aleksandrem IV (317 r. p.n.e.). W tym czasie Eurydyka przebywała w Eiua - mieście leżącym w kraju iliryjskich Dessaretów (wówczas cały ten kraj wchodził w skład królestwa Macedonii), gdzie zbierała armię, śląc list za listem do Kassandra z prośbą o natychmiastową pomoc. Nim jednak do tego doszło, przeciwko niej ruszył Poliperchon ze swoimi wojskami i gdy obie armie spotkały się pod Eiua - oczekując rozkazu do walki, do bitwy ostatecznie nie doszło. Powodem tego był fakt, że wojsko nie zamierzało ginąć za sprawę ambicji kobiety, młodej Eurydyki i jeśli już mieliby wybierać, to woleli stanąć po stronie Olimpias, matki Aleksandra Wielkiego - który stał się przecież bogiem. I tak też się stało, armia Eurydyki po prostu przeszła na stronę Poliperchona bez walki. Król Filip III dostał się do niewoli wraz z całym swym dworem, jednak królowej Eurydyce udało się uciec dzięki pomocy niejakiego Poliklesa (jednego z jej doradców) i dotarła aż do Amfipolis (miasto to leżało na dawnej granicy pomiędzy Macedonią a Tracją nad Morzem Egejskim), z zamiarem przedostania się na Peloponez i połączenia z Kassandrem - tam jednak została uwięziona. Schwytaną królową przewieziono do Pelli, gdzie ona i jej małżonek - Filip III Arridajos mieli doświadczyć na własnej skórze szlachetności i łaskawości Olimpias.




Stara królowa bowiem wtrąciła ich do lochu, gdzie też zaczęła się nad nimi znęcać (zresztą Olimpias była słynna ze swego okrucieństwa. To przecież ona - po śmierci swego męża Filipa II, do której się zresztą przyczyniła - kazała natychmiast zamordować jego kolejna młodą małżonkę, a ich niedawno narodzone dziecko osobiście wrzuciła do pieca. Miało to miejsce w roku 336 p.n.e. prawie dwadzieścia lat przed omawianymi wydarzeniami). Kazała więc ich oboje zamurować w ciasnej celi, w której nie można było się nawet położyć, a jedzenie podawano byłej parze królewskiej - tylko w ilościach wystarczających do przeżycia - przez mały otwór w murze. Jednak po kilku dniach takich prześladowań, Macedończycy zaczęli żałować byłej królowej i jej małżonka - który co prawda był niezrównoważony psychicznie, ale panował jako król. Wówczas to dotarło do Olimpias, że sympatia ludu może teraz obrócić się przeciwko niej samej i aby do tego nie dopuścić, kazała rozgłosić wszem i wobec że oto przyniosła oboje więźniów do nowych cel, oddzielnych i znacznie większych, wygodniejszych. Uczyniła to jednak nie po to aby poprawić ich położenie, tylko po to aby już ostatecznie się ich pozbyć, by nie stanowili zagrożenia dla niej samej w przyszłości. Najpierw więc w swej celi zasztyletowany został przez wynajętych Traków sam Filip III Arridajos - który panował przez sześć lat i cztery miesiące (ale nigdy nie rządził osobiście). Co się zaś tyczy Eurydyki, to olimpias postanowiła dać jej wybór rodzaju śmierci. Dziewczyna bowiem wcześniej twierdziła, że to ona powinna być królową, gdyż jako małżonka Filipa ma do tego większe prawo niż Olimpias jako matka byłego króla i babka króla-dziecka. Olimpias wysłała jej miecz, sznur i truciznę - polecając aby wybrała jak zamierza umrzeć. Eurydyka poprosiła przed śmiercią aby mogła jeszcze ujrzeć ciało swego małżonka. Zezwolono jej na to, a ciało Filipa III leżało we krwi w jego celi. Rozebrała go, obmyła, ubrała ponownie w szaty, po czym wróciła do swojej celi i przywołując bogów, poprosiła ich aby w przyszłości taki sam los spotkał Olimpias, po czym powiesiła się na swojej przepasce (było późne lato 317 r. p.n.e.). Ponoć Gdy Olimpias się o tym dowiedziała, wpadła w furię i chciała wyrzucić ciała swych wrogów by nakarmić nimi psy. Jednak szybko jej to wyperswadowano, mówiąc, że nie godzi się tak traktować królów - nawet jeśli byli wrogami - bo wówczas ktoś inny może w ten sam sposób potraktować królewski majestat Olimpias (jej śmierć będzie równie okrutna, ale na razie jeszcze sobie pożyje).

Królowa matka zaczęła więc mścić się na wszystkich, którzy dotąd należeli do orszaku Filipa III i Eurydyki. Wybrała też stu najznamienitszych spośród przyjaciół Kassandra i wszystkich kazała zamordować (w tym owego Nikanora - brata Kassandra i zwycięzcę bitwy morskiej pod Byzantion z 318 r. p.n.e. o której pisałem w poprzedniej części. Należy jednak tutaj od razu powiedzieć że o ile śmierć Filipa III i Eurydyki wprawiła Kassandra w smutek i zamierzał on zorganizować uroczysty ich pogrzeb w Ajgaj - mieście, w którym chowano zmarłych królów Macedonii z rodu Argeadów - o tyle śmierć Nikanora spłynęła po nim jak po przysłowiowej kaczce. Wydaje się wręcz że Kassander celowo wysłał Nikanora na śmierć do Pelli, a nawet że samemu zamierzał pozbawić swego brata życia. Dlaczego tak miałoby być? Cóż, wydaje się że powodem tego stanu rzeczy był charakter Nikanora, który był niezwykle butnym i pysznym człowiekiem, uważał też że to on mógłby poprowadzić dalej dzieło ich ojca - Antypatra, a nie jego starszy brat Kassander. Po zwycięstwie zaś pod bryzantią uznał się za lepszego wodza od swego brata i wielokrotnie mu to wypominał, co doprowadziło do tego iż Kassander wysłał go z pewną misją do Pelli. Potem okazało się że była to misja bez powrotu. Olimpias jednak nie wchodziła w takie detale jak osobista niechęć pomiędzy braćmi, mordowała wszystkich których uważała za swoich wrogów. Kazała też zniszczyć i zbezcześcić grób Jolaosa - najmłodszego syna Antypatra i brata Kassandra, którego podejrzewała o otrucie swego syna Aleksander Wielkiego (Jolaos był podczaszym Aleksandra, czyli podawał mu wino i inne napoje podczas uczt). Krwawe prześladowania Olimpias spotkały się z powszechną niechęcią Macedończyków, którzy coraz częściej przypominali sobie ostatnie słowa Antypatra - aby nigdy nie pozostawiać władzy w rękach kobiety, bo dojdzie do katastrofy i państwo upadnie. Te słowa były coraz głośniejsze i coraz lepiej słyszalne. Ostatecznie doszły również do uszu samej Olimpias, która dotąd liczyła na miłość swych poddanych - chociażby ze względu na pamięć o Aleksandrze. Teraz nowe słowa były zapowiedzią wydarzeń, które miały zrzucić Olimpias z tronu. 




A tymczasem Antygon Jednooki wkroczył do Mezopotamii i skierował swe wojska w stronę Suzjany, gdzie stacjonował Eumenes ze swoimi sprzymierzeńcami.


CDN.
 

czwartek, 13 lipca 2023

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XLIII

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXXII







ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI
ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XVI


   



GDZIE TRZECH SIĘ BIJE... - CZYLI WOJNA NA ZACHODZIE


 Gdy przygotowywania do inwazji na Francję dobiegały już końca, cesarz Karol V opuścił Madryt dnia 1 marca 1543 r. i skierował się do Brukseli. Aż do Alcalá de Henares towarzyszyć miał mu w podróży syn - książę Filip i tam się pożegnali. Następnie Karol przechodząc przez Guadalajarę, Sigüenzę, Medinaceli, Calatayud i La Almunię, 15 marca był już w Saragossie gdzie zatrzymał się na pięć dni. Następnie przez Bragę, Lleidę dotarł do sanktuarium w Montserrat, gdzie spędził noc w świątyni przed tamtejszym świętym obrazem. 10 kwietnia cesarski orszak wkroczył do Barcelony, gdzie Karol zamierzał dopilnować przygotowań zbierającej się tam floty wojennej, mającej zaatakować Francję od południa (od zachodu zaś uderzyć miała flota kantabryjska, która również była przygotowywana m.in. w Oviedo). Wszystko miało być przygotowane i zapięte na ostatni guzik, ponieważ cesarz wiązał z tą kampanią ogromne nadzieje, tym bardziej że stawało się jasne, iż król Francji wszedł ponownie w sojusz sułtanem Sulejmanem, a do Prowansji wysłana została flota Hayreddina Barbarossy (o czym pisałem dwa tematy wcześniej). Karol V od lutego 1543 r. miał również zawarty sojusz z królem Anglii Henrykiem VIII, a wspólna inwazja na Francję obu armii planowana była na czerwiec roku następnego. W Barcelonie spędził cesarz dwadzieścia dni, doglądając przygotowań do inwazji, przyjmując posłów obcych państw i odpoczywając (np. przechadzał się po plaży w słomkowym kapeluszu). 30 kwietnia przy sprzyjających wiatrach podniesiono wreszcie żagle na 140 okrętach i opuszczono port w Barcelonie kierując się w stronę Genui.

Niestety, pogoda szybko się zmieniła - najpierw rozpętała się burza, co zmusiło admirała Andrea Dorię do skierowania się do zatoczki Palamos w celu ocalenia okrętów przed ewentualnym zatopieniem, potem zaś wiatr zmienił kierunek i flota znów nie mogła wypłynąć w morze czekając na odpowiedni moment. To właśnie tam, w Palamos - czekając bezczynnie - cesarz miał napisać owe słynne instrukcje dla swego syna don Felipe (o których pisałem w poprzednich częściach). Bez wątpienia w tych dniach Karola V nachodzą pesymistyczne myśli. Jak będzie wyglądało jego królestwo? co pozostawi swemu synowi i czy wszystkie domeny, które on odziedziczył przekaże również Filipowi? Kastylia nie ma już pieniędzy na kolejne wyposażenie wojska, Aragończycy deklarują że również brakuje im środków, w Niderlandach siostra cesarza - Maria, pisze do niego listy, prosząc o szybkie wsparcie przed ciągłymi najazdami Francuzów, którzy palą i niszczą belgijską ziemię. Jaka więc przyszłość czeka owo hiszpańskie imperium, pierwsze takie imperium w dziejach świata, nad którym nigdy nie zachodzi słońce. Bez wątpienia dla Karola przyszłością państwa i jego nadzieją jest syn - książę Filip, młody zdolny ale i leniwy, nie zawsze chętnie przekładający się do swoich przyszłych obowiązków. Cesarz co prawda pozostawił przy przy boku syna najlepszych swoich ministrów: Zunigę, Albę, Tawerę, Cobosa, ale czy to wystarczy? Czy ich rady będą wystarczająco dobre aby przysłużyć się księciu i przyszłości państwa? a poza tym, czy sam Filip nie stanie się marionetką w ich rękach, w rękach ludzi żądnych władzy, zaszczytów i nadań? Takie myśli bez wątpienia zarówno w Barcelonie jak i w Palamos trapiły cesarza Karola, czego dowodem są chociażby owe rady, które spisał dla swojego syna. 

Cesarz też bardzo obawiał się gniewu Boga, bo przecież klęska algierska sprzed kilku lat była ewidentnym ostrzeżeniem, że Bóg nie jest zadowolony z postępowania króla i jego poddanych. Karol więc szukał powodów i przykładów boskiego niezadowolenia i konkludował, że być może postępowanie Hiszpanów w Nowym Świecie, brutalne traktowanie Indian mogło nie spodobać się Bogu i dlatego przyniósł im klęskę w Algierze. Nic więc dziwnego że cesarz starał się ulżyć i poprawić położenie Indian (o czym jeszcze napiszę), ale jednocześnie mocno krytykował tych wszystkich kapłanów, którzy zbytnio sprzeciwiali się nadużyciom (pewnego razu podczas spotkania z dominikanami którzy głośno protestowali przeciw brutalnemu traktowaniu Indian i zmuszaniu ich do ciężkiej pracy ponad siły, biciu i zabijaniu (w ramach polityki encomiendas), słuchając tych wszystkich skarg w pewnym momencie - a był to rok 1539 - cesarz krzyknął w ich stronę: "Czcigodni braciszkowie, zamknijcie się wreszcie!"). Widać było że cesarz Karol V jest już zmęczony, zmęczony długim panowaniem, zmęczony wojnami które musiał toczyć, zmęczony wreszcie ogromem nieszczęść jakie spadały na jego poddanych i te wszystkie ludy nad którymi panował. To było zbyt wiele na jeden umysł i jedno serce aby to wszystko ogarnąć i aby postępować zgodnie nie tylko z własnym sumieniem, ale również z wolą Boga, która była przecież podstawą i celem każdego chrześcijańskiego władcy.


Konkwistador Francisco Valesquez de Coronado dociera do Wielkiego Kanionu 
(1540-1542)



Pogoda zmieniła się dopiero kilka dni później i wreszcie wyruszono w stronę Italii. Flota płynęła jednak niebezpiecznie blisko francuskich wybrzeży, co mogło się skończyć ewentualnym atakiem ze strony Francuzów, ale Andrea Doria i na to był gotowy. 25 maja 1543 r. cesarz dociera wreszcie do Genui,  przyjaznej Republiki, skąd zamierzae poprowadzić dalsze działania wojenne.  Nim to jednak nastąpiło, w Genui przybyło do cesarza poselstwo od papieża Pawła III, który proponował Karolowi interes, wiedząc iż bardzo potrzebuje pieniędzy proponował mu sprzedaż księstwa Mediolanu za 2 miliony dukatów. Papież uznał że jest to właściwa propozycja, gdyż zarówno pomoże on finansowo cesarzowi, ale jednocześnie aby nie narażać się królowi Francji - przejmie od tego Mediolan (na którym również zależało Francuzom). Karol był zaskoczony tą propozycją, bo co prawda potrzebował pieniędzy, ale jednocześnie nie chciał tracić Mediolanu o który od lat toczył krwawe boje z królem Franciszkiem Walezjuszem. Poprosił więc o czas do namysłu aby skonsultować mógł się ze swoimi doradcami i rodzeństwem (w tym z siostrą Marią z Niderlandów). Propozycja papieża była niezwykle kusząca, proponował on bowiem aż 2 miliony dukatów czyli sumę, która wystarczyłaby nie tylko na pokrycie kosztów wojny, ale zapewne i na kilka innych spraw, które były tak szalenie niezbędne w krajach królestwa Hiszpanii. Mało tego, papież zgodził się również pozostawić twierdze Mediolanu w rękach hiszpańskich, co było kolejnym powodem dla którego warto było przystać na tę propozycję. Skarb był bowiem pusty, a minister finansów - Cobos, wręcz błagał cesarza aby przyjął propozycję papieża. Karol napisał jednak najpierw list do syna prosząc go o radę. Don Felipe początkowo jednak był niechętny tej propozycji, tym bardziej że miał w przyszłości objąć tytuł księcia Mediolanu, jednak na mówiony przez Cobosa - ostatecznie wyraził zgodę. 

Nim jednak odpowiedź przyszła do Genui, cesarz spotkał się w Bussetto z papieżem Pawłem III. Tam się okazało że obaj politycy (bo jednak papieża również należy określić jako polityka, tym bardziej w tamtych czasach), nie potrafią się ze sobą porozumieć, zbyt wiele bowiem jedna i druga strona zaczęła okazywać wzajemnej niechęci. Cesarz Karol miał bowiem pretensje do papieża, że ten zwołując sobór powszechny zaprosił nań również króla Franciszka, który przecież sprzymierzył się z Saracenami, z tureckim belzebubem Sulejmanem. Papież zaś nie mógł darować Karolowi sojuszu z królem Anglii Henrykiem VIII, który stworzył w swoim kraju własną religię i prześladował tam katolików. Ostatecznie więc nie doszło do porozumienia i z zakupu Mediolanu nic nie wyszło. Rozczarowany i zniesmaczony polityką papieża, skierował się teraz cesarz do Kremony (choć początkowo planował wizytę w Mediolanie). Następnie przeszedł przez Trydent, Bolzano i przekroczył przełęcz Brenner w Alpach. 9 lipca ze wspaniałą oprawą wszedł do Innsbruku, gdzie powitał go król Niemiec (a właściwie król Rzymian), jego rodzony brat - Ferdynand Habsburg. Tam poznał też liczne potomstwo swego brata (które ujrzał po raz pierwszy w życiu), poza najstarszą córką Ferdynanda - Elżbietą, która 6 maja 1543 r. została małżonką króla Polski i wielkiego księcia Litwy - Zygmunta II Augusta i koronowana w katedrze wawelskiej na królową i wielką księżnę.




Temu mariażowi starała się zapobiec - lub przynajmniej je odroczyć - królowa Bona Sforza, matka Zygmunta Augusta, która nienawidziła Habsburgów i Hohenzollernów (małżeństwo Zygmunta z Elżbietą było uzgodnione już w 1530 r., gdy przyszły pan młody miał zaledwie dziesięć lat a panna młoda cztery). Młoda Elżbieta Habsburżanka nie czuła się w Krakowie dobrze, widziała bowiem że w koło ma wiele niechętnych (a nawet wrogich jej) osób i tak naprawdę jedyne wsparcie miała w osobie starego już króla Zygmunta I Jagiellończyka, ten jednak miał już 76 lat i często chorował. Młoda Elżbieta była kobietą delikatną, cichą, posłuszną i nieśmiałą, a jednak nie spodobała się Zygmuntowi Augustowi, który tylko aby nie robić przykrości swemu ojcu w jego ostatnich latach życia zgodził się na to małżeństwo. Po koronacji Elżbieta siedziała na tronie obok swego męża w koronie na głowie i w rozpuszczonych włosach, ale król Zygmunt I, widząc że korona jej ciąży, posyłał do niej co jakiś czas Zygmunta Herbersteina z propozycją, aby zdjęła ją jeśli jej niewygodnie, ona jednak postanowiła pozostać w koronie do końca uroczystości. Elżbieta zapewne chciała pokazać że wytrzyma wszystko i chciała być zaakceptowana przez nową rodzinę, tym bardziej że widok teściowej o gniewnym wyrazie twarzy raczej mógł ją przerażać. Po uroczystości (w czasie której spadł rzęsisty deszcz, co też postrzegano jako negatywną zapowiedź przyszłości tego małżeństwa), młoda para otrzymała wiele prezentów, jedynie królowa Bona niczego nie ofiarowała swej synowej i dopiero 13 maja, tydzień po uroczystości wysłała jej pierwszy prezent - niezbyt wyszukany i niezbyt drogi naszyjnik. Zygmunt August co prawda podczas wesela bawił się dobrze, ale unikał jak mógł swej małżonki, zaś podczas nocy poślubnej nie odwiedził jej komnaty. 

Zygmunt był też mocno uzależniony od matki, o czym donosił w liście do Ferdynanda wysłany wraz z Elżbietą do Krakowa poseł cesarski - Jan Marsupin, pisząc: "Dobry Boże. Mówić ze starym królem jest to samo, co nie mówić z nikim. Król nie ma własnej woli, tak jest na wędzidle trzymany. Wszystko ma w ręku swoim królowa Bona. Bona jedna całym państwem rządzi, wszystkim rozkazy daje. Młody król nic nie mówi, niczego słuchać nie chce i do żadnych spraw mieszać się nie śmie, tak boi się królowej Bony, matki swojej. A ja wierzę prawie, że ten młody król jest pod wpływem czarów matki, albowiem codziennie do niej chodzi, od pierwszej nocy po dziś dzień". Tak naprawdę więc w ogóle nie wiadomo czy i kiedy doszło do pierwszej nocy poślubnej między młodą parą, król Zygmunt August bowiem jak tylko mógł unikał Elżbiety, a między jednym a drugim ich spotkaniem niekiedy mijało aż 40 dni. Elżbieta spędzała więc dni samotnie, tylko w otoczeniu nielicznych dam dworu które były jej przydzielone i które mówiły po niemiecku, bowiem ona sama nie znała języka polskiego. Jadała samotnie, sypiała samotnie i żyła samotnie, nikt bowiem nie ośmielił się odwiedzić jej komnaty aby nie narazić się na gniew królowej matki. Marsupin dodawał: "Boże mój! Ona taka młoda jeszcze, taka nieśmiała. Mówić nie ma odwagi, drży na widok Bony i ledwie śmie na nią spojrzeć". Wreszcie sam Marsupin - pod wpływem nieszczęścia Elżbiety - postanowił w jakiś sposób wpłynąć na królową Bonę, lecz najpierw musiał postarać się o audiencję u niej. Pierwsza próba okazała się nieskuteczna, królowa odesłała go mówiąc że jest zbyt zapracowana, druga również. Dopiero za trzecim razem królowa zgodziła się go przyjąć o późnej porze po godzinie 16:00 na parę minut, ale tego dnia znów przesunęła godzinę i Marsupin w obawie aby po raz trzeci spotkanie to nie zostało odwołane, prawie cały dzień spędził w oczekiwaniu pod jej komnatą. Gdy wreszcie go przyjęła (7 lipca 1543 r.), pożalił się, dlaczego młody król nie sypia ze swoją małżonką, dlaczego z nią nie jada i jej nie odwiedza. Prosił również Bonę aby wpłynęła na syna, gdyż on czyni wszystko to, co ona mu każe. Stwierdził również na zakończenie że Elżbieta jest ukochaną córką Ferdynanda - króla Rzymian, brata cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Karola V i nie godzi się z nią tak postępować. Bona, słysząc jego słowa, odegrała przed Marsupinem teatrzyk, rozpłakała się, twierdząc iż on ocenia ją niesprawiedliwie, a wreszcie oskarżyła go o próbę zorganizowania rebelii przeciwko niej i poleciła mu opuścić jej komnatę, twierdząc że nie życzy sobie więcej go widzieć (należy też dodać, że w czasie tej rozmowy była obecna totalnie zawstydzona i zapewne upokorzona Elżbieta, która nie odezwała się nawet słowem). Los Marsupina był już przypieczętowany, Bona bowiem postanowiła pozbyć się go z Krakowa.


Zygmunt I Jagiellończyk i Bona Sforza
(1537 r.)



Szybko więc przekonała swego męża króla Zygmunta I by napisał list do Ferdynanda Habsburga, by ten odwołał swego - jak zapisano w liście - "podejrzanego sekretarza" (list z 30 czerwca 1543 r.). Ponieważ jednak na odwołaniu zależało tylko królowej, a król miał to - że tak powiem - głęboko gdzieś i tylko początkowo uległ jej woli, do odwołania nie doszło, co tylko wprawiło Bonę w jeszcze większą furię i niechęć do samej Elżbiety. Doszło do tego, że młoda dziewczyna bała się opuścić swoje komnaty, aby tylko nie musieć pokazywać się swojej teściowej - której panicznie się bała. Bona zaczęła publicznie upokarzać swą synową, a do swego męża mówiła np.: "Boże, ja tu posag przyniosłam i skarb pieniężny, a ta nic nie przyniosła, a jednak wszyscy jesteście mi wrogami". Synowi zaś, gdy ten prosił ją o pieniądze na swoje wydatki (w tym na kochanki) mówiła: "Idź i zapłać z posagu swojej żony", co tylko doprowadzało go do rozpaczy. Takie zachowanie mimo wszystko (bo Zygmunt I z reguły starał się ulegać swej małżonce) budziło jego głębokie niezadowolenie i gniew. Czasem też dochodziło do poważnych kłótni w czasie których stary król mówił do Bony: "Milcz, głupia, tyś mi nic nie przyniosła (...). Coś przyniosła, masz na sobie. Jam nigdy ani szeląga twojego nie widział" (o tej kłótni pisał Marsupin 16 sierpnia 1543 r.). Mimo to król szybko ulegał, wystarczyło żeby Bona się rozpłakała a Zygmunt mówił: "Rób, jak chcesz, idź i rozkaż jak rozumiesz". Królowa więc z jednej strony dążyła do unieważnienia małżeństwa, z drugiej zaś strony doprowadzała Elżbietę do rozstroju nerwowego, starając się na każdym kroku pokazać jej że nie nadaje się na królową. Zabroniła jej na przykład posiadania własnego dworu, odesłała jej kucharzy i odtąd posiłki dla Elżbiety przygotowywano w kuchni Bony (to znaczy Bona podzieliła swoją kuchnię na dwie części, przyznając Elżbiecie niewielką część swych zasobów) a ta już wtedy słynna była ze swych włoskich umiejętności "włoską robotą" nazywano umiejętność trucia i podtruwania ludzi). Nic więc dziwnego że Elżbieta drżała przed każdym kęsem podawanych i potraw, obawiając się że to może być jej ostatni. Była to celowa psychologiczna zagrywka mająca psychicznie zniszczyć Elżbietę, a Bona była mistrzynią manipulacji i potajemnych knowań (po co bowiem miała ją truć? wystarczyło tylko aby tamta obawiała się otrucia, to było znacznie gorsze uczucie niż gdyby ją rzeczywiście otruła).

Mimo tej całej działalności królowej Bony, dążącej do wyeliminowania Elżbiety i unieważnienia tego małżeństwa, okazało się że jednak coraz bardziej nowa, młoda królowa zaczyna budzić sympatię dworzan, którzy co prawda jeszcze nie okazywali jej tego werbalnie z obawy przed gniewem samej królowej matki, ale jednak pewnymi gestami dawali jej do zrozumienia, że jej współczują. Największe wsparcie miała Elżbieta w osobie samego Zygmunta I, który zapraszał ją do siebie i wysłuchiwał co miała do powiedzenia (oczywiście Elżbieta wiedziała że nie może sobie pozwolić na jakąkolwiek krytykę Bony, choć bardzo by zapewne tego pragnęła). Skarżyła się więc i jedynie na to, że pozbawiono ją jej kucharza i że pragnęłaby mieć własną kuchnię. Miała też przy sobie zaledwie cztery dwórki - trzy Niemki i jedną Czeszkę. Wkrótce potem wybuchła też afera parmezanowa związana zarówno z Elżbietą jak i z Bona. Młoda królowa bowiem zapragnęła pewnego razu zjeść kawałek sera parmezańskiego, a ponieważ w jej części kuchni wyznaczonej przez Bonę nie było parmezanu, poprosiła o przygotowanie go kucharza Bony. Gdy wiadomość o tym dotarła do starej królowej, ta wpadła w furię, ukarała swego kucharza, gdyż zakazała podawać czegokolwiek Elżbiecie ze swojej kuchni. Ale na tym nie poprzestała o czym nie omieszkał w swym liście napisać Marsupin (a wkrótce potem aferę parmezanową poznała całą Europa). Bona zwołała bowiem radę królewską złożoną z senatorów i biskupów i starała się dowieść kto stał za przekazaniem kawałka sera Elżbiecie. Oskarżała Marsupina i w nim widziała główne zło które natychmiast należy usunąć. Oczywiście rada królewska stanęła po jej stronie, domagając się odnalezienia i ukarania owego "zbrodniarza". Sam Marsupin przestraszył się i pisał: "Bałem się, że nakaże mnie wyrzucić jak zgniłą rybę", dodawał jednak: "To są babskie fochy (...), babskie głupstwa wyrabia". I choć czasem nazywał ją szaloną w swych listach, to jednak obawiał się jej, czego wyraz dawał chociażby w stwierdzeniu, iż wielka flota, jaką Barbarossa skierował na Włochy (lato 1543 r.) płynie tam właśnie dlatego, że Bona doszła do porozumienia z Sulejmanem - co oczywiście było nieprawdą.

Nie były to jedyne plotki jakie docierały na inne dwory Europy, innym było choćby podejrzenie iż młody Zygmunt August, aby wzbudzić do siebie pożądanie do Elżbiety, kazał jej nocami biegać nago po korytarzach Wawelu 🤭. Nie jest pewne czy jest to plotka, czy być może rzeczywiście coś takiego mogło mieć miejsce, tym bardziej że pewna Włoszka z orszaku jego matki - Diana di Cordona miała podpowiedzieć Zygmuntowi Augustowi że taki właśnie sposób może pomóc we wzmocnieniu seksualnych podmiot u mężczyzny. Elżbieta miała jednak poważny defekt, gdyż cierpiała na epilepsję co tym bardziej odrzucało Zygmunta od niej. Na epilepsję cierpiała również trzecia żona Zygmunta Augusta rodzona siostra Elżbiety - Katarzyna Habsburg (którą poślubił dziesięć lat później w 1553 r.), która dodatkowo go oszukiwała twierdząc że zaszła w ciążę, a tak naprawdę nosiła poduszki na brzuchu, aż wreszcie pewnego razu król odkrył jej sekret i zerwał z nią jakikolwiek stosunki, zostawiając ją samą na Wawelu.




A wracając do Karola piątego i losów wojny hiszpańsko-francusko-angielskiej...


CDN.

niedziela, 9 lipca 2023

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. XXIX

NIM JESZCZE 
NAD KONSTANTYNOPOLEM
ZAŁOPOTAŁ ZIELONY
SZTANDAR MAHOMETA





III

RZYMIANKA Z WYBORU

(W TROSCE O SYNA)

Cz. III







KRÓL KRÓLÓW
Cz. III


 Gdy w 18 r. na tronie Armenii Germanik (bratanek cesarza Tyberiusza) posadził niejakiego Zenona z Pontu (który przyjął imię Artaksjasa), a w roku 19 Rzym zawarł z Partami traktat pokojowy - pomiędzy oboma mocarstwami zapanował ponad 15-letni okres spokoju i wytchnienia od walk. Jednak Artaksjas zmarł w roku 34, a wówczas władca Partów - Artaban (Artabanos) II (wywodzący się z bocznej linii dynastii Arsacydów), postanowił zawładnąć tą krainą i wprowadzić na tamtejszy tron swego syna Arsakesa (co jednak było jawnym złamaniem zawartego z Rzymem porozumienia i przenosiło Armenię w strefę wpływów partyjskich). Cesarz Tyberiusz (który co prawda od 27 r. przebywał stale na Capri, gdzie wypoczywał i oddawał się najbardziej lubieżnym praktykom seksualnym) nie zamierzał pozostawać jednak biernym i postanowił zdecydowanie odpowiedzieć na ten akt agresji. W Syrii stacjonowały wówczas trzy legiony pod wodzą namiestnika Lucjusza Witeliusza (ojca późniejszego kilkumiesięcznego cesarza Aulusa Witeliusza, który panował zaledwie osiem miesięcy w roku 69). Tyberiusz polecił mu zorganizować większą koalicję ludów i państw, które mogłyby wyprzeć Partów z Armenii. Witeliusz przystąpił do dzieła i w szybkim czasie pozyskał Albanów i Iberów kaukaskich, a ci ostatni sprowadzili z Zakaukazu stepowy lud Alanów. Przerażeni zbliżającą się inwazją Ormianie, otruli księcia Arsakesa, a książę Iberów (brat króla Farasmenesa) - Mitrydates, nie miał większych trudności z zajęciem stolicy Armenii - Artaksaty, zaś Tyberiusz właśnie jego ogłosił nowym księciem (34 r.).

Jednocześnie Tyberiusz wysłał do Syrii przebywających w Rzymie od prawie 45 lat, dwóch synów Wononesa (syna króla Partów Fraatesa IV) - Fraatesa i Tirydatesa, aby sprowokować wybuch wojny domowej w Partii lub przynajmniej zmusić Artabanosa do obrony własnego kraju. Siłami Partów dowodził w polu Orodes (drugi syn króla Artabanosa II), któremu udało się nawet pozyskać jako sojuszników kilka plemion sarmackich, których siedziby leżały na północ od Kaukazu w rejonie dzisiejszego Kubania i dalej na północ. Sojusznicy ci jednak nie okazali się pomocni, jako że nie zostali przepuszczeni przez Iberów i Albanów przez przełęcze kaukaskie i zawrócili do swoich siedzib. Orodes zaś wkrótce potem zginął w przegranej bitwie z Farasmenesem i jego bratem Mitrydatesem w Armenii (35 r.). Po utracie Armenii i z jej przyczyny śmierci dwóch swych synów, król Artabanos wpadł w gniew i rozpacz, postanowił więc ze swym wojskiem ponownie najechać Armenię. Wówczas jednak przyszła do niego wiadomość od namiestnika Syrii Lucjusza Witeliusza, który zagroził, że w przypadku zbrojnej interwencji Partów na Armenię, Rzymianie włączą się do wojny i zaatakują królestwo Partów. Odpowiedź jaką udzielił Artabanos rzymskiemu posłowi była krótko mówiąc mało dyplomatyczna, co automatycznie doprowadziło do wybuchu zbrojnego konfliktu pomiędzy Rzymem a Partami. Rzymianie mieli jednak przewagę propagandową, gdyż w ich obozie znajdowali się obaj synowie Wononesa, czyli ostatni z pierwotnej linii Arsacydów, których wsparli wpływowi przedstawiciele partyjskich klanów. Ród Suren, niechętny Artabanosowi i jego niepewnemu pochodzeniu (jak twierdzono ponoć wcale nie był Arsacydą, co jednak nie wydaje się być prawdą) przywiózł ze sobą insygnia królewskie z czasów Fraatesa IV (których Artabanos II nie posiadał). Poza tym w obozie Tirydatesa i Fraatesa znajdowali się inni wpływowi partyjscy wielmoże, jak Ornospades (opiekun książąt, Part, posiadający również obywatelstwo rzymskie) czy Sinnakes ze swym wojskiem. Wszyscy oni przysięgli swą wierność synom Wononesa.




Gdy miasta Nikeforion, Antemusia, Halus i Artemita złożyły mu przysięgę wierności, postanowił książę Tirydates wykonać dywersję na tyłach sił Artabanosa. Ów książę, który Partem był tylko z urodzenia, ale który nigdy jeszcze nie widział rodzinnego kraju, gdyż całe swe dotychczasowe życie spędził w Rzymie, wychowywany jak rzymski obywatel - ruszył teraz zbrojnie przez Mezopotamię w celu odzyskania korony, która oficjalnie należała do jego ojca (Wonones jednak nigdy królem Partów nie został, a był jedynie pretendentem do tronu) i dziada. Prawie bez walki zdobył miasto Seleukeję nad Tygrysem i zmusił do kapitulacji załogę tamtejszej twierdzy, w której to znajdował się skarbiec Artabanosa i jego harem (36 r.). Zdobywszy to miasto opanował również leżący po drugiej stronie rzeki Ktezyfont - czyli zimowa stolicę Partów, gdzie też - mając insygnia koronne - postanowił się koronować. To wszystko razem wzięte zmusiło Artabanosa do szybkiej kontrakcji, gdyż utrata skarbu i kobiet z jego haremu była hańbą (nic więc dziwnego że władcy partyjscy, którzy wiedzieli że mogą utracić harem, decydowali się na zabicie wszystkich swych żon i konkubin, aby tylko nie wpadły one w ręce wroga), która mogła zakończyć się jego upadkiem i śmiercią. Królewska koronacja Tirydatesa przeciągała się, gdyż czekano jeszcze na dwóch ważnych satrapów: Fraatesa z Suzjany i Hierona. W tym czasie zaś Artabanos przekonał do siebie klany nomadów, część partyjskiej arystokracji i dzięki temu zdołał wzmocnić swoje wojsko, przez najemne oddziały walczące za pieniądze (które wysłali wspierający go wielmoże). Zaskoczony tempem ofensywy Artabanosa, Tirydates musiał czym prędzej uciekać z Ktezyfontu i Seleukii i ponownie udać się do Syrii pod skrzydła namiestnika Witeliusza, zaś Artabanos ponownie odzyskał swój skarbiec, harem i władzę nad krajem (36 r.).

Nadal jednak ciążyło nad nim niebezpieczeństwo ponownego użycia przez Rzymian Tirydatesa (czy też jego brata Fraatesa) w celu doprowadzenia do kolejnej wojny domowej w królestwie Partów. Dlatego też Artabanos postanowił zakończyć ten konflikt i powrócić ponownie do pokojowego współistnienia obu mocarstw. Wiosną 37 r. doszło więc do spotkania króla Partów z namiestnikiem Syrii Lucjuszem Witeliuszem na wyspie na środku Eufratu, czego efektem było podpisanie nowego traktatu pokojowego, w którym Armenia pozostawała w strefie wpływów Rzymu, w zamian za co Rzymianie mieli nie wtrącać się w wewnętrzne sprawy partyjskiej monarchii. Po podpisaniu tego porozumienia, wyprawiono tam bankiet mający przypieczętować wspólny pokój i zgodę. Aby uzyskać ów spokój wewnętrzny, Artabanos był w stanie zrezygnować nie tylko z dotychczas uprawianej polityki mocarstwowej, która opierała się na żądaniu zwrotu ziem, którymi niegdyś władali Achemenidzi (czyli całej Syrii, Palestyny Azji Mniejszej, Egiptu, oraz Tracji i część wysp na Morzu Egejskim), ale również wysłał do Rzymu w charakterze zakładnika swego syna Dariusza (i kilku innych wielmożów). Jednocześnie w kraju ukarał śmiercią tych wszystkich, których zdołał pochwycić, inni zaś (jak Abdagases Suren czy Ornospades) musieli ponownie uciekać do Syrii a stamtąd do Rzymu. Jednocześnie Artabanos nagradzał tych, którzy pozostali przy nim w dniach próby (szczególnie zaś Izatesa II, satrapy Medii Adiabene, która to prowincja uzyskała znaczną niezależność. Jako ciekawostkę warto też dodać że Izates przyjął judaizm i kraina ta stała się również bezpieczną przystanią dla Żydów, m.in. tych uchodzących z rozpadającej się Neharadei, czyli królestwa braci Anilaia i Asinaia - o których pisałem w poprzedniej części).

Kolejne lata to okres spokoju w stosunkach rzymsko-partyjskich, ale w samej Partii było wówczas gorąco, gdyż po śmierci Artabanosa II (39 r.), do walki o władzę rzucili się jego synowie, niczym wygłodniałe wilczęta przy trupie wilczycy. Najmłodszy z rodzonych synów Artabanosa pozostałych przy życiu (Dariusz wciąż przebywał w Rzymie) - Wardanes, uznał że to właśnie jemu należy się tron, ale pojawił się konkurent w osobie niejakiego Gotarzesa - przybranego syna zmarłego króla (wiadomo jest że Artabanos adoptował co najmniej dwóch chłopców). Wardanes (panując jako Wardanes I), zdołał przyjąć większość kraju z Ktezyfontem i Babilonem, natomiast Gotarzes uzyskał wsparcie na wschodzie królestwa. Tak więc sobie panowali, jeden na zachodzie i w centrum kraju, drugi na wschodnich rubieżach, a jeszcze dodatkowo problem nastręczona Seleukos, która od 36 r. pozostawała w stanie buntu przeciwko rodowi Artabanosa. W roku 40 po nieudanej próbie zdobycia owego miasta, Wardanes II utracił poparcie partyjskich wielmożów i został zmuszony do wycofania się do Medii Atropatene, a Ktezyfont zajął Gotarzes, który koronował się jako Gotarzes II. Wardanes jednak nie dał za wygraną, jeszcze tego samego roku zebrawszy posiłki uderzył na Babilon (który zajął bez walki) i obległ Seleukię. Zaskoczony tym szybkim manewrem Gotarzes uciekł z Ktezyfontu ponownie na wschód do Hyrkanii (40/41 r.). Tymczasem w Rzymie zamordowany został (panujący od marca 37 r.) cesarz Gajusz Kaligula. Pretorianie zaś zza kotary pałacu Tyberiusza na Palatynie wyciągnęli przerażonego jego wuja. Jąkającego się 50-letniego epileptyka - Tyberiusza Klaudiusza Nerona Germanika, zwanego potocznie Klaudiuszem. To on teraz (styczeń 41 r.) został nowym panem Imperium Romanum.




Z nieznanych bliżej powodów nowy cesarz postanowił złamać traktat zawarty w 37 r. i usunąć panującego w Armenii od pięciu lat Orodesa (jednego z synów Artabanosa II), wspieranego przez satrapę Demonaksa i osadzić na tamtejszym tronie iberyjskiego księcia Mitrydatesa (42 r.). I tak też się stało. Zrazu jednak nie wywarło to na dwóch toczących wojnę domową braciach większego wrażenia i obaj przygotowywali się do ostatecznej orężnej bitwy, która miała zadecydować o przyszłości kraju (a raczej o przeszłości ich samych). Zebrawszy armie i swych sojuszników, obaj królowie spotkali się na równinach Baktrii (dzisiejszy Turkiestan afgański). Wszystko już było gotowe do bitwy, ale do niej nie dochodziło. Wreszcie obaj bracia wyjechali sobie konno naprzeciw i tam, rozmawiając w cztery oczy (choć zapewne mając przy sobie również jakąś ochronę) zawarli porozumienie, rezygnując z walki. Podzielili kraj między siebie, twierdząc że obaj będą zgodnie panowali, i tak Wardanes zajął zachód i centrum kraju, zaś Gotarzes wschód (czyli nic się nie zmieniło jak dotychczas, z tą jedną różnicą że od tej pory było to usankcjonowane przez obu braci). Co ich zmusiło do takiego kroku? Właśnie zajęcie Armenii przez Rzymian i wypędzenie stamtąd Orodesa, obawiali się bowiem że teraz Klaudiusz może ponownie wykorzystać któregoś z ich dalekich krewnych przebywających w Rzymie i zdobyć poparcie partyjskich arystokratów, w celu pozbawienia ich obu tronu (a ród Suren i rod Karin - najbardziej niechętne wobec potomków Artabanosa, od dawna już szukały możliwości ponownego wypowiedzenia posłuszeństwa synom znienawidzonego króla, którego uważali za uzurpatora). Po zawarciu tego braterskiego układu, Wardanes jako ten silniejszy z braci (posiadający więcej ziem) przystąpił do konsolidacji swego królestwa. Na początek ponownie odległ Seleukię i zmusił miasto do kapitulacji. Następnie objechał wszystkie swoje satrapie, ściągając wojska pod nową wojnę z Rzymem o Armenię. Niestety, w tym właśnie czasie dotarła do niego wiadomość że gdy on ruszy na Rzymian, Gotarzes zamierza uderzyć na niego od tyłu i zająć Ktezyfont, Seleukię, Babilon i inne miasta.

Wardanes był wiernym wyznawcą Mitry. Wierzył że ten bóg osobiście zsyła na niego pomyślność i siłę, dlatego też oddawał mu cześć, budując świątynie oraz składając ofiary na jego ołtarzach (ofiary z pary białych koni nisajskich). Silna była też na jego dworze pozycja kapłanów zaratusztriańskich (magów). Tak więc Wardanes wyznając wiarę w Ahura Mazdę (źródło prawdy, siły i wszelkiego dobra), a przede wszystkim z owego Mitrę - perskiego Herkulesa, pogromcę byków i zbawiciela ludzkości (w III wieku w Imperium Rzymskim mitraizm będzie bardzo popularną religią, szczególnie wśród żołnierzy garnizonów nadgranicznych. Dojdzie też do bardzo ciężkich i krwawych walk pomiędzy mitraistami a chrześcijanami i wzajemnych ataków, połączonych z paleniem mitreów i kościołów oraz przybijaniem kapłanów do krzyży lub też wrzucaniem ich do ognia, czyli świętego symbolu Mitry, a szczególnie jego ojca Ahura Mazdy). Wardanes zatem brzydził się oszustwem, kłamstwem i podstępem, starając się jak najbardziej przypodobać swemu bogu. Dlatego też informacja o przygotowywanej zdradzie Gotarzesa wprawiła go w potworny gniew, gdyż nagle musiał zmienić kierunek swego ataku. A okazja do zaatakowania Rzymu była jak najbardziej właściwa, tym bardziej że cesarz Klaudiusz był daleko, bardzo daleko, bo właśnie podbijał Brytanię (43 r.) dokonując pierwszej od prawie stu lat (od czasów Juliusza Cezara) rzymskiej inwazji na tę wyspę. Tym razem jednak Rzymianie mieli pozostać w Brytanii nie na rok, nie na dwa, a przez następne 364 lata). Sytuacja była więc niezwykle dogodna, a Gotarzes popsuł ten moment ataku i zmusił Wardanesa do skierowania jego armii na wschód, przeciwko bratu.


LĄDOWANIE RZYMIAN W BRYTANII
(43 r.)



Tak więc gdy Klaudiusz był w Brytanii (a w tym czasie jego małżonka - Messalina urządziła w Rzymie konkurs z najlepszą tamtejszą prostytutką która z kobiet przyjmie więcej mężczyzn i... Messalina wygrała), Wardanes ruszył na wschód przeciwko Gotarzesowi (43 r.).




CDN.

czwartek, 6 lipca 2023

ŚMIECH TO ZDROWIE - Cz. V

 ZABAWY NASZYCH 'BRACI MNIEJSZYCH'



DZIŚ ZAPRASZAM NA KILKA ZABAWNYCH HISTORYJEK OBRAZKOWYCH KTÓRYCH GŁÓWNYMI BOHATERAMI SĄ ZWIERZĘTA. ZATEM DO DZIEŁA:



MAGIK




AKROBATA




"WILKI? JA ICH CAŁĄ ZGRAJĘ POZABIJAM I POKRAJĘ!"




ZDERZENIE Z MEWĄ... LODOWĄ?




"ILE RAZY K...A MAM POWTARZAĆ? RYBY MAJĄ BYĆ LEKKO SCHŁODZONE, A NIE W TEMPERATURZE POKOJOWEJ!"




NOWA PRACA?!




TO NIE ZDROWO JAK MASZ W SOBIE ZA DUŻO ŻELAZA 




"MÓWIŁEM CI GIENIA, ŻE TEN POMYSŁ Z WYPADEM NA ŻAGLE TO STRZAŁ W DZIESIĄTKĘ"




NIE MA TO JAK LODZIK O PORANKU 




"A JAK IM MÓWIŁEM ŻE UMIEM CHODZIĆ PO ŚCIANIE JAK SPIDERMAN, TO MI BARANY NIE WIERZYŁY"







wtorek, 4 lipca 2023

FRANCE...!!!

 L'ÉLÉGANCE FRANÇAISE



 Zapraszam na filmową podróż do Francji, która w ciągu ostatnich dni stała się - jak zresztą często w swojej historii - ostoją demokracji, praworządności, wolności słowa, równości braterstwa itd. itp. A tak na poważnie to ponownie widać że galijski kogut obdarty z piór, nabijany jest właśnie na rożen i wkrótce zostanie zjedzony przez ludzi, którzy ponoć mienią się być synami francuskiej ziemi - kilku z nich postaram się dziś pokazać, aby udowodnić jak pięknie się zasymilowali i jak bardzo powielają francuskie ideały: Wolności, Równości i Braterstwa.
Smacznego 🤭


NA POCZĄTEK MAŁE WPROWADZENIE DO TEMATU, CZYLI



ATAK NA BABCIĘ I WNUCZKĘ W BORDEAUX SPRZED TRZECH TYGODNI




KOLEJNY "ZINTEGROWANY" ATAKUJE LUDZI NA PLACU ZABAW W ANNECY










TO NIE TOCZĄCA WOJNĘ UKRAINA. TO FRANCJA PO NIEDAWNYCH ZAMIESZKACH "ZINTEGROWANYCH"




























Warto tutaj podkreślić, że jedna z francuskich kobiet stwierdziła ostatnio na Twitterze (gdy na ulicę wyszli kibice nacjonaliści, czyli najgorszy sort według wszelkiego typu lewaków) że teraz wreszcie dziewczyny będą mogły spokojnie wyjść na ulicę. Ciekawe prawda?!


I to byłoby w zasadzie na tyle. Po siedmiu nocach rozruchów straty są przeogromne, lekko liczone na ponad miliard euro strat. Atakowano też własność drobnych francuskich przedsiębiorców, których firmy zostały napadnięte, spalone lub rozkradzione. Poza tym spalono ponad 6000 samochodów, zaatakowano ponad 100 lokalnych merostw (nie licząc oczywiście strat w budynkach takich jak szkoły, szpitale etc. etc. Samych szkół zniszczono 246 z czego 60 poważnie). W podparyskim Hay-les-Roses "zintegrowani" zaatakowali dom tamtejszego mera - Vincenta Jeanbrun'a, podczas ucieczki ranna została jego żona i jedno z dzieci (natomiast on sam w parę godzin później w jednej z telewizji stwierdził że "miłością pokonamy tę nienawiść", a ponoć był z Ligii Narodowej. Czyli w zasadzie Nihil Novi Sub Sole). Także w podziemnym parkingu w Saint-Denis (gasząc tamtejszy pożar zapruszony przez "zintegrowanych") zmarł na atak serca 24-letni francuski strażak Dorian Damelincourt jest to bodajże jedyna najsmutniejsza wiadomość z całego tego wydarzenia, jakim był bunt przedmieść "zintegrowanych Francuzów" (bo przecież wszyscy oni w większości urodzili się we Francji, prawdopodobnie trzecie pokolenie imigrantów z Afryki, które pięknie się zintegrowało z francuską kulturą, francuskim społeczeństwem i francuskim państwem co widać słychać i coraz bardziej czuć). Powstała też publiczna zrzutka dla rodziny zmarłego strażaka która miała zamknąć się w kwocie 50 000 euro, a obecnie przekroczyła już sumę półtora miliona euro i nadal rośnie (lewacy oczywiście mają ból dupy z tą zbiórką, nazywając ją "faszystowską" - jak zwykle zresztą - i żądając jej wstrzymania, jak na razie bezskutecznie, ale to Francja - kraj prorosyjskich lewaków i prorosyjskich prawaków o mentalności lewicowej, więc wszystko jest możliwe).




Z innych ciekawostek warto odnotować że prezydent Francji Emmanuel makaron Macron w czasie największych rozruchów wybrał się ze swoją babcią do teatru. Szkoda że tak słabo, mogli jeszcze wpaść do kina i przy okazji do ZOO 😉




Ogólnie można podsumować że przyjęcie w postaci zamieszek "zintegrowanych" ponownie się udało. Było mnóstwo zabawy, obrabowano mnóstwo sklepów, rozpalono mnóstwo ognisk - także można powiedzieć że impreza się udała. Władze są zadowolone, lewacy jak zwykle twierdzą że wszystko jest winą francuskiego faszyzmu i brutalności policji, a francuskie społeczeństwo jak spało, tak śpi i prawdopodobnie już się nie obudzi, kończąc jak ten galijski kurak nabity na rożen. W tej sytuacji można im już tylko kibicować, krzycząc jeszcze Vive La France, albo może już Allahu Akbar.