Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
DZIŚ CHCIAŁBYM ZAPREZENTOWAĆ PRZEPIĘKNE ZDJĘCIA Z OKRESU MIĘDZYWOJENNEGO I Z II WOJNY ŚWIATOWEJ, POKOLOROWANE PRZEZ MIKOŁAJA KACZMARKA. ZAPRASZAM:
MARIAN HEMAR (dramaturg, satyryk, autor tekstów piosenek)
i JAN KIEPURA (śpiewak koncertowy, aktor)
WARSZAWA
1933
SAMOCHODOWY RAJD KOBIET
WARSZAWA
1936
KRYSTYNA ANKWICZ-SZYJKOWSKA
(aktorka, przy swoim samochodzie)
KRAKÓW
1938
11 LISTOPADA 1927
ŚWIĘTO NIEPODLEGŁOŚCI
WARSZAWA
EUGENIUSZ BODO i SAMBO
(aktor ze swoim psem)
EUGENIUSZ BODO
(zamordowany przez Sowietów w łagrze - 7 października 1943 r. Zdjęcie więzienne)
JADWIGA BIEŃKO
(miss Polonia USA z wizytą w Polsce)
WARSZAWA
(OGRÓD SASKI)
Czerwiec/Lipiec 1939
JÓZEF PIŁSUDSKI
(Zdjęcie legionowe z czasów I Wojny Światowej)
JÓZEF PIŁSUDSKI
WILNO
1930
POSTÓJ TAKSÓWEK
KRAKÓW
1931
POSTÓJ DOROŻEK
POZNAŃ
(ul. Ratuszowa)
ok. 1920
JÓZEF PIŁSUDSKI Z CÓRKĄ
1931
WOJCIECH KOSSAK
(malarz w swojej pracowni w trakcie malowania Orląt Lwowskich)
1926
GDZIEŚ NA POLESIU
ok. 1932
gen. MICHAŁ KARASZEWICZ-TOKARZEWSKI
(Dowódca Armii Krajowej i współtwórca Polskiego Państwa Podziemnego. Zdjęcie z początku lat 30-tych)
JÓZEFA DRZEWOWSKA
(Modląca się w czasie bombardowania Warszawy przez Niemców we wrześniu 1939)
ZYGMUNT AKSJENOW
(We wrześniu 1939 r jego dom rodzinny został zbombardowany a jemu udało się cudem uratować, ocalił jeszcze swojego kanarka)
"Bądźcie bezlitośni, bądźcie brutalni… Obecnie tylko na wschodzie umieściłem oddziały SS Totenkopf, dając im rozkaz nieugiętego i bezlitosnego zabijania kobiet i dzieci polskiego pochodzenia i polskiej mowy, bo tylko tą drogą zdobyć możemy potrzebną nam przestrzeń życiową"
ADOLF HITLER
WRZESIEŃ 1939
(bez komentarza)
WRZESIEŃ 1939
(ta dziewczynka wyszła na chwilę do koleżanki, gdy wróciła, jej rodzinnego domu już nie było a wszyscy członkowie rodziny zginęli. Został jej tylko piesek)
JULIEN BRYAN
(Amerykański fotoreporter pociesza 12-letnią KAZIĘ MIKĘ, rozpaczającą nad ciałem jej siostry, która zginęła w wyniku bombardowania)
WARSZAWA
Wrzesień 1939
(Oboje spotkali się ponownie w 1958 r.)
BYDGOSZCZ
(Grupa polskich nauczycieli tuż przed egzekucją, na pierwszym planie Władysław Biliński. Wszyscy zginęli strzałem w głowę wykonanym przez niemieckich morderców)
Wrzesień 1939
JADWIGA PIŁSUDSKA
(Porucznik pilot Wojska Polskiego, tutaj w Wielkiej Brytanii w służbie RAF)
lata 40-te
porucznik pilot ANTONI GŁOWACKI
(as myśliwski II Wojny Światowej w ciągu jednego dnia - 24 sierpnia 1940 r. zestrzelił 5 niemieckich samolotów, przez cały okres Bitwy o Anglię nikt nie pobił tego rekordu)
Dziś miałem napisać zupełnie co innego, temat miał być łagodny, radosny i miły dla oka. Miałem bowiem zaprezentować przepiękne zdjęcia z czasów przedwojennych i II Wojny Światowej, pokolorowane i uwspółcześnione (również przy użyciu sztucznej inteligencji). Niestety jednak muszę ten temat opóźnić, ponieważ popełniłem wysłuchania wypowiedzi pewnej pani dziennikarki (przynajmniej ta pani uważa się za dziennikarkę), na temat ostatnich wydarzeń w kraju związanych z wyborem marszałka sejmu itd. itp. Tak naprawdę temat bez znaczenia i doprawdy bym się tym nie zajmował, gdyby nie jeden mały szczegół, a tym szczegółem mianowicie jest... nieprawdopodobne wręcz odklejenie się ludzi pokroju tej pani od rzeczywistości.
Mam tu oczywiście na myśli youtubowy kanał niejakiej Elizy Michalik, walczącej o "demokrację" i "praworządność" wojowniczki z obozu tzw. jebaćpisów. Od jakiegoś czasu mam taką masochistyczną potrzebę wsłuchiwania się w głos ludzi, co do których intencji politycznych nie mam zbyt wielkich złudzeń, ale którym inteligencji nigdy nie odmawiałem. Aż do dziś. Po wysłuchaniu bowiem tego co ma do powiedzenia owa dziennikarka, tak naprawdę do końca nie wiem nawet jak to skomentować, bo jedyne co rzuca mi się od razu na myśl, to jest totalna i całkowita odklejka, totalne odklejenie się tych ludzi od rzeczywistości w której żyje ogromna większość społeczeństwa - żeby nie powiedzieć narodu polskiego. Co prawda przez większość czasu które ona poświęca swoim wywodom (choć sama twierdzi, że to, czego nie da się powiedzieć jasno i krótko, nie warte jest wypowiedzenia) to jest taki słowotok bez większego ładu i składu, w którym oczywiście mnóstwo jest frazesów, mnóstwo zachwytów nad ludźmi, których się jeszcze do niedawna krytykowało (przykładem chociażby Szymon Hołownia) i tego typu niewiele znaczących i niewiele wnoszących do życia politycznego, a wypowiadanych z siłą karabinu maszynowego liter, składających się słowa. I w zasadzie na tym można by było zakończyć, a ja nie musiałbym zajmować czas szanownym Czytelnikom tego bloga takimi wpisami, gdyby nie jedna rzecz.
Nim dobrnąłem do końca całego tego wideobloga (czy tam jak ona to nazywa) od razu stwierdziłem, słuchając jej narzekań że strona opozycyjna ma problem ze znalezieniem jednoczących i mobilizujących tę stronę dat, że ta bojowniczka o "wolność demokrację" będzie chciała użyć - jako nowego święta mobilizującego stronę opozycyjną - właśnie 15 października, czyli datę ostatnich wyborów parlamentarnych. Powiedziałem to w żartach, zdając sobie doskonale sprawę że nikt nie jest na tyle głupi aby coś takiego powiedział otwarcie, a ponieważ mam szacunek dla każdego człowieka (każdego, bez wyjątku) i cenię również inteligencję ludzi z którymi głęboko się nie zgadzam, tak więc sądziłem że są pewne granice śmieszności których nie można przekroczyć. Jednak się pomyliłem i wysłuchawszy końcowej części jej wypowiedzi przecierałem uszy ze zdumienia, gdyż nie wierzyłem że to rzeczywiście się zdarzyło, że osoba (bo inaczej tej pani nie nazwę) stwierdziła, iż nowym świętem opozycji tzw. "demokratycznej", powinien być 15 października. 😧
Najbardziej mnie bowiem w tym wszystkim zastanawia ta pewność wypowiadana przez osobę, że dzień 15 października jest dniem jakiegoś nowego otwarcia, czegoś co już nie zostanie nigdy zmienione i będzie trwało (w nieskończoność zapewne). Przecież ta pani zajmuje się komentowaniem życia politycznego już jakiś czas i ona wypowiada słowa, które bez cienia żenady klasyfikują ją jako osobę co najmniej nielogiczną (żeby nie użyć bardziej dosadnych sformułowań). Przecież cóż takiego się stało owego 15 października 2023 r. podczas tych wyborów parlamentarnych? Platforma Obywatelska - którą bez wątpienia ta pani wspiera i popiera - przegrała trzecie wybory z rzędu, natomiast otrzymała możliwość stworzenia niepewnego i bardzo słabego rządu tylko i wyłącznie z tego powodu iż duża część Polaków zagłosowała na trzecią opcję, czyli Trzecią Drogę (PSL i Hołownię), a te partie weszły z Platformą w koalicję (notabene nie wiadomo jak długo ona potrwa, ja nie przewiduję dłużej niż pół roku). I co wtedy, jeśli rząd Prawa i Sprawiedliwości ponownie (w bardzo szybkim czasie) wróci do władzy? co wtedy z owym świętem się stanie? To są pytania bardzo ważne, ponieważ wydaje mi się że osoba wypowiedziała te słowa w ogóle nie zastanawiając się nad tym, że Platforma kolejne wybory z pewnością również przegra. Dlatego podejrzewam że ona powiedziała to na serio, kierując się zasadami praworządności i demokracji (bo jak wiadomo, zasady te są podstawowymi wartościami wśród wszystkich zwolenników jebaćpisów) czyli rozliczeniem pisowców i ewentualną (choć bardzo pożądaną przez to środowisko) delegalizacją Prawa i Sprawiedliwości w taki sposób, aby ten "pisowski rak" już więcej się nie pojawił i wtedy święto 15 października może być świętowane do oporu, bo nie będzie konkurencji politycznej, czyli wybory będą jak w Rosji (tam też przecież nie startuje tylko jedna putinowska partia - Jedna Rosja, tylko cały szereg innych, mniejszych, koncesjonowanych partyjek).
I to są te właśnie ideały demokracji, wolności słowa i praworządności, które przez ostatnie 8 lat były nieodzownym elementem środowiska najpierw KOD-u, a potem wszystkich innych, którzy przyjęli umowną nazwę jebaćpisów. Ta osoba więc wypowiada te słowa bez cienia żenady, kierując się przede wszystkim nieodpartą chęcią jakiejś zemsty (nie wiadomo za co, zresztą ona wcześniej przyznaje że oni przez 8 lat żyli jakby w matrixie, jakby w takim amoku, w takiej atmosferze samonakręcających się oparów absurdu w którym PiS jawił się jako niekończące się zło, a oni samych siebie określali mianem rycerzy wolności, próbujących wreszcie tego smoka pisowskiego pokonać. Dla mnie osobiście to jest zadanie dla psychologa albo nawet dla psychiatry i niestety zdaję sobie sprawę że duża część twardego elektoratu Platformy Obywatelskiej żyje w czymś, co przypomina - lub też przypominało - opary jakiegoś trującego powietrza, które oni musieli przez 8 lat wdychać. To jest przerażające, jeżeli się uświadomi, że ci ludzie to w większości są ludzie odnoszący sukcesy, ludzie inteligentni, z którymi na każde inne tematy można porozmawiać w sposób normalny, natomiast jak się schodzi na tematy polityczne to jest tragedia. To jest tak, jakbyśmy rozmawiali z ludźmi totalnie odklejonymi, albo nawet gorzej, z ludźmi z którymi nie czujemy kompletnie żadnych wspólnych fundamentów - a to już jest niebezpieczne).
Przyznam się szczerze że naprawdę nie wyobrażałem sobie iż nie tylko ta osoba uzna dzień 15 października za erzac czegoś, w rodzaju święta nowej jedności ludu opozycyjnego, ale że zacznie wypowiadać tak haniebne słowa, które jednocześnie powodują że ja z tą panią (choć mówimy jednym językiem, żyjemy w jednym kraju i oboje jesteśmy Polakami), ja z tą panią nie czuję żadnych wspólnych cech, żadnych jednoczących fundamentów, żadnych wspólnych wartości, bowiem już sam fakt bzdury która ona wypowiedziała zanim stwierdziła, iż 15 październik powinien być dniem jednoczenia się opozycji, czyli że należy zlikwidować 11 listopada jako dzień Święta Niepodległości bo to jest święto faszystów i że Warszawa tego dnia płonie 😱, to przyznam się szczerze nie wiem co powiedzieć... 🧐 po prostu odebrało mi mowę 🤐. Oczywiście wiadomo że ta pani sobie co najwyżej może zlikwidować swój własny kanał na YouTubie, a nie Święto Niepodległości, ale nie o to chodzi. Już same słowa które wypowiedziała świadczą o tym, że ona nie czuje zupełnie żadnych wspólnych wartości z całą rzeszą polskiego społeczeństwa, z polskim narodem, który tak ochoczo pragnie pouczać w kwestii demokracji i praworządności, sama stawiając się jako guru tych wartości.
To jednak pokazuje przede wszystkim jak tamta strona jest miałka, jak bardzo odklejona i jak bardzo nieprzygotowana do zmieniających się czasów. A czasy się zmieniają, idą ciężkie wojenne lata i do tego musimy się przygotować jako silne, uzbrojone po zęby i zjednoczone wewnętrznie oraz gospodarczo stabilne społeczeństwo i kraj. Nie potrzeba nam tutaj piątej kolumny, nie potrzeba nam tutaj nowej targowicy, bo my pamiętamy starą (choć przyznam się szczerze, że w porównaniu z tamtą to ta dzisiejsza jest jeszcze bardziej odklejona i jeszcze bardziej głupia, gdyż stara targowica - jakkolwiek by o niej nie powiedzieć - nie pragnęła rozbiorów Polski, a w swej głupocie chciała tylko utrzymania tego, żeby było tak jak było, czyli złotej wolności, której patronką i opiekunką miała być caryca Rosji Katarzyna II. Ci ludzie nie chcieli rozbiorów, chcieli tylko utrzymania swoich przywilejów, zniesienia Konstytucji 3 Maja i powrotu do czasów które minęły. Jednocześnie wypowiadali przy tym tak bzdurne teorie iż nie ma sensu się zbroić, bo nieuzbrojonego i słabego nikt nie będzie atakował, bo nikt się go nie będzie bał - i rzeczywiście, nikt nas nie atakował, po prostu nas podzielili).
Dzisiejsza targowica zaś otwarcie mówi o czymś co można nazwać federalizacją Polski (na zasadzie rozbicia dzielnicowego), podziałem Polski na wschód-zachód (bo i takie pomysły były) czy peanami na temat zaborców. I teraz powiedzcie mi proszę, jak ja mam z tymi ludźmi budować wspólną przyszłość mojej ojczyzny? Gdzie tu są punkty wspólne? Ja oczywiście bardzo bym chciał i nigdy nie zamierzałbym, ani też nie próbowałbym odbierać im poczucia polskości, ale takimi wypowiedziami oni automatycznie nie tylko się eliminują ze wspólnoty narodowej, ale wręcz zapisują się do targowicy, do współczesnej piątej kolumny, której zadaniem ma być zniszczenie naszego kraju i totalne wynarodowienie ("naród, naród, naród...", pamiętacie Kochani tą wypowiedź panienki w TVN? To niestety jest kwintesencja myślenia tych ludzi).
Jest jeszcze jedna rzecz która szczególnie rzuciła mi się w oczy, a mianowicie fakt, że ci ludzie nie mają żadnych korzeni - nie tylko tych wspólnych zresztą Polaków, ale nawet we własnym środowisku nie mają wspólnych świąt, wspólnych dat które byłyby podstawą dla mobilizowania ich zwolenników. 4 czerwiec czy 1 maj (wstąpienie Polski do Unii Europejskiej) są tak żałosne i mdłe, że nie sposób nawet tego komentować, dlatego też tak usilnie szukają jakichś zastępczych erzatzów, czegoś co dałoby się przykleić choć na chwilę, żeby na tym jeszcze przez chwilę pojechać. 11 Listopada nie, 3 Maja nie, 1 Sierpnia nie, 15 Sierpnia nie, więc co? Na jakich fundamentach chcecie tutaj zbudować nową generalną gubernię? Musicie coś wymyślić bo tak dalej się nie da. Ale ja wierzę w panią i w pani środowisko, jesteście tak łatwi do przejrzenia, że czyta się was jak otwartą księgę i doprawdy nie trzeba ku temu wiele wysiłku.
NA TAKIE TOKSYCZNE TREŚCI SĄ TEŻ I ODTRUTKI, JAK CHOĆBY TA:
Wcześniej pisałem już że odrodzona po 1918 r. Polska była prawdziwym wrzodem dla Sowietów, którzy postawili sobie za najważniejszy cel nie tylko eksport komunizmu na Zachód Europy, ale przede wszystkim zniszczenie Polski, która była dla nich swoistą barierą i jednocześnie bramą wiodącą na ów Zachód. Nic zatem dziwnego gdy w maju 1945 r. po zdobyciu Berlina i zajęciu połowy Niemiec, sowiecka generalicja składała hołdy pochwalne Stalinowi, twierdząc, że to właśnie pod jego przywództwem Rosja sowiecka dokonała nieprawdopodobnego czynu rozbijając i zdobywając Niemcy. Uznali to jednocześnie za największe i najważniejsze wydarzenie w dziejach państwa sowieckiego. Stalin wysłuchał tych aktów uwielbienia, a następnie rzekł: "Towarzysze, naszą największą zdobyczą nie są wcale Niemcy, a Polska!". I rzeczywiście, przez całe lata 20-te i 30-te Związek Sowiecki przygotowywał się przede wszystkim do wojny z Polską. To była podstawa i najważniejszy cel przetrwania komunizmu - zniszczenie państwa polskiego jako zapory broniącej "zgniłego kapitalistycznego zachodu" (a jak wiadomo komunizm, aby mógł przetrwać, musiał nieustannie zdobywać kolejne ziemie nieustannie pozyskiwać kolejnego nosiciela, bowiem był niczym pasożyt, który zamknięty tylko w jednym organizmie nie był w stanie przetrwać i ostatecznie obumierał. Dlatego też celem komunizmu była nieustanna ekspansja na cały świat). Zatem fakt, iż Sowieci traktowali Polskę jako swego głównego i największego wroga, nie podlega żadnej dyskusji (zresztą w miejsce komunistycznej idei internacjonalizmu wchodziła jeszcze stara ruska idea imperializmu i ekspansji terytorialnej, którą dzisiaj Putin realizuje chociażby na Ukrainie, a słowami swego przydupasa Miedwiediewa, informuje świat, iż jedyną możliwą relacją, jaką Rosja pragnie mieć z Polską - którą traktuje jako ponownie jednego z ważniejszych wrogów - jest relacja taka, jaką Związek Sowiecki miał w stosunku do Polski Ludowej z lat 1944-1989. W innym przypadku - jak twierdzi - musi dojść do konfrontacji pomiędzy tymi dwoma krajami, czyli wypisz wymaluj jak przed II Wojną Światową).
Warto tutaj jednak dodać, że nie tylko dla Związku Sowieckiego Polska była jednym z najważniejszych przeciwników. Kolejnym takim państwem, który za cel swego honoru - a wręcz nawet przetrwania - uznał eliminację odrodzonego państwa polskiego, były Niemcy. Co prawda w planach niemieckich z czasów I Wojny Światowej stało powstanie buforowych państewek, odgradzających potężne Niemcy od Rosji, w skład których wchodziła: Polska, Ukraina, Białoruś, Litwa i reszta państw bałtyckich (zwanych Liwonią). Ale był to ponownie plan na zasadzie pasożyt-ofiara, czyli Wielkie Niemcy wysysające wszystko co najlepsze, łącznie z zasobami i siłą roboczą z kontrolowanych przez siebie terenów, w zamian pozostawiający prawo do przetrwania przynajmniej kultury narodowej w formie teoretycznie niezależnych, a faktycznie całkowicie sterowanych z Berlina państewek (czy też raczej księstw i królestw, bo w większości miały to być twory państwowe rządzone przez książąt - oczywiście książąt z niemieckich rodów). Plan owej Mitteleuropy, opracowanej w 1915 r. w książce autorstwa Friedricha Naumanna - pod tym samym tytułem, był więc jasno sprecyzowany (choć oczywiście pewne szczegóły zapewne należało jeszcze dopracować). Dlatego też pierwszym krokiem ku temu było (przynajmniej oficjalne) uznanie przez Niemcy niepodległości państw wcześniej zajętych przez Imperium Rosyjskie, i tak też się stało w przypadku Polski, dnia 5 listopada 1916 r. w tzw. "Akcie Dwóch Cesarzy" Wilhelma II i Franciszka Józefa I, powołujących do życia państwo polskie. Oczywiście był to twór o bliżej nieokreślonych granicach, jak również niesuwerenny, gdyż użyto sformułowania państwo "samodzielne" a nie "niepodległe", mimo to był to i tak dosyć odważny akt ze strony Państw Centralnych, choć głównym celem jego wydania było przede wszystkim pozyskanie polskiego rekruta w wojnie, w której oba państwa coraz bardziej się wykrwawiały. Ale nawet samo wydanie tego aktu spotkało się z bardzo negatywnym przyjęciem Rosji, gdyż podważało dotychczasową politykę mocarstw zaborczych (bez względu na to czy te państwa były ze sobą w sojuszach, czy też toczyły wojny), co do której wszystkie trzy zaborcze monarchie stały na gruncie traktatów rozbiorowych i nie odradzania państwa polskiego - w żadnej formie, w przyszłości. Pod tym względem Niemcy i Austro-Węgry się wyłamały (uczyniły to z konieczności, ale zawsze), mimo to Akt 5 listopada nie spowodował masowego wstępowania Polaków do armii Państw Centralnych.
Kilka tygodni temu miałem na dawnym Twitterze (obecnie X) ciekawą wymianę zdań z pewnym niemieckim profesorem, na temat tego, jaki wkład wnieśli Niemcy w odbudowę Polski w czasie I Wojny Światowej. Początkowo - gdy zasugerowałem że tylko i wyłącznie klęska wszystkich państw zaborczych, czyli carskiej Rosji, Austro-Węgier i kajzerowskich Niemiec dawała Polsce realną niepodległość, on wyjechał właśnie z Aktem 5 listopada, twierdząc że to przecież Niemcy dały nam niepodległość i że pod niemieckimi skrzydłami i po niemieckim zwycięstwie w tej wojnie, Polska mogła przetrwać i się rozwijać. Gdy stwierdziłem że byłoby to trwanie na zasadzie pasożyt-ofiara, to najwidoczniej... chyba się obraził 🤭. Owszem, deklaracja z 5 listopada 1916 r. była pewnym krokiem na drodze do odzyskania niepodległości przez Polskę, ale realnie nie dawała nam nic, poza mglistymi zapowiedziami, że Niemcy w przyszłości uznają państwo polskie. To było jednak za mało, bowiem Polacy nie walczyli o to, żeby stworzyć sobie formalne struktury bytu państwowego i być tym samym zarządzani z zewnątrz, lecz o pełną i całkowitą Niepodległość i Wolność, gdzie byliby wolnymi ludźmi, a nie niewolnikami takiego czy innego cesarza. Wolność ta i pragnienie Niepodległości była kształtowana i wzbudzana w pokoleniach kolejnych Polaków przede wszystkim przez Kościół Katolicki, ale również przez różne organizacje społeczne, kółka samokształceniowe, organizacje ludowe, narodowe, jak i tradycję i literaturę która kształtowała postawy patriotyczne i rodziła pragnienie za dawnymi czasami wielkiej chwały, w której to Polacy sami byli dla siebie panami. W której to Polacy sami, jako wolni ludzie wybierali sobie królów, a nie musieli padać na twarz przed jakimś cesarzem czy carem i gdy to u nas zdecydowano kto zasiądzie na tronie w Moskwie, w Wiedniu i w Berlinie.
"BYLIŚMY NIEWOLNIKAMI TRZECH CESARZY. ALE MY MAMY W DUPIE CESARZY, JESTEŚMY WOLNYMI LUDŹMI!"
Niemcy bowiem nie rozumieli (a może nie chcieli zrozumieć) że mają do czynienia z narodem, który nie tylko umiłował swoją wolność ponad wszystko, ale również z narodem który ma tradycje mocarstwa (choć nigdy nie był kolonizatorem - co też warto podkreślić - bo nasza kolonizacja Wschodu i polonizacja Wschodu nie przebiegała na zasadzie przymusu czy też mordów, tylko kooptacji, przyjmowania przez tamtejsze ludy polskiego stylu życia, polskiego języka i polskich wartości, jako czegoś lepszego od dotychczasowego życia które wiedli i na tym właśnie polegała polonizacja Wschodu. Przecież Piłsudski też nie był etnicznym Polakiem, urodził się na Litwie i był Litwinem, zresztą sam sobie mówił, że jest "Starym Litwinem", ale jemu do litewskości było tak daleko, jak mnie do Niemiec - chociaż mam korzenie niemieckie).
Dlatego też Naród polski nie zaakceptowałby żadnej formy podległości komukolwiek, czy to Rosji czy Niemcom (choć część elit czasem godziła się na takie zgniłe kompromisy, jak choćby generalicja - a przynajmniej duża jej część w czasie Powstania Listopadowego 1830-1831). Oczywiście nie należało zakładać że wszystkie ziemie zagrabione nam w trakcie rozbiorów wrócą do nas po zakończeniu I Wojny Światowej, ale przynajmniej na Wschodzie spodziewano się odtworzyć dawną Rzeczpospolitą w przywróconej Unii tamtejszych Narodów z Polakami. Co się zaś tyczy ziem na Zachodzie, czyli Śląska, Pomorza i Wielkopolski - będących pod władzą Niemiec (czy też Prus), to nawet sam Piłsudski twierdził w 1917 i 1918 r. że o te ziemie będą musiały bić się kolejne pokolenia za jakieś 25-30 lat, gdyż najprawdopodobniej nie uda się ich odzyskać po tej wojnie. Udało się jednak, po klęsce Niemiec i Austro-Węgier, rozpadzie Monarchii Habsburgów i wybuchu rewolucji bolszewickiej w Rosji powstały niezwykle dogodne warunki do odrodzenia Polski i Polacy z tych warunków skorzystali - choć przetrwanie Polski było wówczas prawie niemożliwe. W takich warunkach odzyskanie wolności nie było wcale trudne, bo oprócz Polski powstawało szereg innych państw, czy to w Europie Środkowo-Wschodniej, czy na Kaukazie czy też w Azji. Problemem było utrzymanie się przy owej niepodległości, co było widoczne już w kolejnych miesiącach 1919 i 1920 r., gdy owe odrodzone kraje zaczęły padać jeden po drugim. Przetrwały nieliczne państwa, (najczęściej te niezagrożone zbrojnie, jak Czechosłowacja, Rumunia czy Węgry - mocno okrojone terytorialnie). Udało się jednak niepodległość utrzymać w walkach kilku innym krajom, jak Łotwie, Estonii czy Finlandii, ale walki na tych odcinkach były toczone niewielkimi siłami i Armia Czerwona (czy też oddziały białych generałów carskich których szeregi szybko zaczęły topnąć) toczące ze sobą wojnę domową, nie były w stanie wówczas rzucić większych sił na te odcinki. Tam jednak przeciwnikiem był przede wszystkim wróg rosyjski (czy też bolszewicki), natomiast zagrożenie niemieckie było niewielkie lub tylko symboliczne. Inaczej było z Polską.
Otoczona zewsząd wrogami (tylko nie mieliśmy spornych spraw z Rumunią i Łotwą), realnie nie miała prawa się utrzymać. Walki z bolszewikami zaczęły się już w lutym 1919 r choć były również nieliczne i pozwoliło to wojsku polskiemu na głęboką penetrację wschodu także do grudnia 1919 r zajęto ogromne połacie na wschodzie za rzeką Berezyną i za Prutem. Oczywiście nieustannie toczono walki, ale nie powodowały one jeszcze takiego zaangażowania sowieckiego jak w roku 1920. Tę ekspansję traktowano na Zachodzie (szczególnie w Londynie, ale momentami również i w Waszyngtonie), na zasadzie "polskiego imperializmu", a szczególnie aktywny w zwalczaniu owych przejawów polskiej dominacji był brytyjski premier David Lioyd George. Na Zachodzie jednak nie rozumiano polskiej specyfiki i przykładano do tego co się tam dzieje własne kalki pojęciowe - ekspansji i dominacji, podczas gdy realnie była to obrona przed spodziewanym i jakże prawdopodobnym uderzeniem Rosji (jakiej by ona nie była, czy to Czerwona czy Biała), ponownie na Zachód, na polską ziemię, dlatego też należało stworzyć ogromny teren, na którym zatrzymano by postęp czy to Armii Czerwonej czy też wojsk Denikina. A poza tym tam gdzie pojawiło się Wojsko Polskie, tam była realna szansa do odrodzenia niepodległych państw, czy to Ukrainy, czy Litwy, czy Krajów Bałtyckich czy również Finlandii -bo od zwycięstwa Polaków zależała przyszłość również i tego kraju. Wielokrotnie mówił o tym Piłsudski i to nie na zasadzie takiej, że słowa te wypowiadał w formie propagandy, On realnie w to wierzył. On realnie wierzył w odrodzenie tamtych krajów i stworzenie z nimi wspólnej Unii z Polską, ale nie na zasadzie takiej jak proponowali Niemcy, czyli jednego centrum i szeregu małych, drenowanych ekonomicznie, ludnościowo i kontrolowanych politycznie oraz militarnie państewek - istniejących tylko i wyłącznie dla zaspokajania potrzeb Wielkiej Rzeszy, ale na zasadzie wzajemnej kooptacji, przy oczywiście uznaniu zasady Primus Inter Pares, bowiem nie może być w takim sojuszu całkowitej dowolności, gdyż od razu by się rozpadł. To była właśnie ta polska specyfika której do dzisiaj nie pojmują Moskale, twierdząc w swojej propagandzie że my czytamy na zajęcie dawnych polskich ziem na Wschodzie (czyli na dzisiejszej zachodniej Ukrainie), że my chcemy je odzyskać i dążymy do tego samego co oni na wschodzie czyli do podziału lub zdominowania Ukrainy. Pytanie tylko brzmi po co mielibyśmy to robić? Naszym celem jest bowiem przede wszystkim zapewnienie naszym obywatelom bezpieczeństwa i wygodnego życia dla przyszłych pokoleń (oczywiście z ciągłą świadomością ci vis pacem para bellum, bo gdy jest zbyt dobrze i wygodnie to kolejne pokolenia zamieniają się w ciapciaków 😏) a ekspansja i wojna automatycznie eliminuje te plany. Moskale jednak - podobnie jak to się działo na Zachodzie w latach 1919-20 - przykładają do nas swoją kalkę myślową, zupełnie nie biorąc pod uwagę całej specyfiki kulturowej społeczeństwa, które jest mega pacyfistyczne, a jednocześnie gotowe jest w każdej chwili (przynajmniej duża większość naszego narodu) stanąć w obronie własnego kraju. Owszem wschodnie ziemie pozostają w naszej tradycji i pamięci, ale nie oznacza to, że teraz chcielibyśmy napaść na te kraje i odebrać im zbrojnie tamte ziemie. Wręcz przeciwnie, my w dalszym ciągu chcemy odrodzić dawną Unię na zasadzie Równych i Wolnych Narodów, bo to był klucz do naszej wielkości (naszej czyli wszystkich państw leżących w Europie Środkowo-Wschodniej).
Celem więc bolszewizmu - jak również rosyjskiego imperializmu - była ekspansja, a przynajmniej odzyskanie terenów jakie posiadali przed 1914 r. Ale istnienie odrodzonego państwa polskiego było nie na rękę również Niemcom, którzy już w lutym 1919 r. (zaraz po zwycięstwie Powstania Wielkopolskiego - grudzień 1918 - luty 1919), zaczęli przygotowywać plany nie tylko zbrojnej inwazji na Wielkopolskę, utrzymania Pomorza i Śląska, ale również ataku na Warszawę i eliminacji odradzającej się Polski. Plany te (tworzone pod okiem gen. Ludendorffa) były bardzo zaawansowane, gdy w końcu marca lub na początku kwietnia zostały porzucone ze względu na niechęć do takiej wojny polityków niemieckich (szczególnie socjalistów). Niemiecki Sztab Generalny zdawał sobie sprawę, że co prawda na Zachodzie z Francją, Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi nie są już w stanie dalej walczyć, ale to nie oznacza że nie mogą pokusić się o zachowanie swoich terenów wschodnich i tym samym wykończenie Polski. Generalicję i żołnierze byli więc gotowi do tej wojny, bez względu na poparcie niemieckich polityków czy niemieckiego rządu (a nawet wbrew ich poleceniom). Dlatego też plany tej wojny nie zostały wcale zarzucone, a wręcz przeciwnie, nabrały jeszcze większej intensywności, tak że w maju i czerwcu 1919 r. stworzono dwa duże fronty: Północny (liczący jakiś 120 tys żołnierzy) i Południowy (ok. 95 tys żołnierzy). Było też bardzo wielu ochotników do wojny z Polską (szczególnie z terenów Pomorza, z rejonu Szczecina i Kołobrzegu) którzy zgłaszali się do Armii. Wojna na Zachodzie stała się więcej niż pewna i 22 maja 1919 polski Sztab Generalny polecił opracować plan wojny z Niemcami (należy pamiętać, że w tym czasie większość wojsk polskich była zaangażowana na Wschodzie i taka wojna na dwa fronty musiała się skończyć dla nas katastrofą). W tym momencie dużą pomoc okazali nam Francuzi, a gen. Maxime Weygand został wyznaczony dowódcą Wojska Polskiego na wypadek wybuchu tego konfliktu. Francuscy generałowie w Polsce opracowali również plany tej wojny, ale były to plany tak defensywne, że zostały odrzucone przez polskie dowództwo i zastąpione nowymi - ofensywnymi (jak już kiedyś pisałem, od początku tworzenia Wojska Polskiego zawsze dominowała tam zasada szybkiej wojny manewrowej, ofensywnej, a nie obronnej).
Do tej wojny nie doszło, ponieważ 28 czerwca 1919 r. w Wersalu zwycięskie mocarstwa I Wojny Światowej podpisały traktat pokojowy z Niemcami i plany wojny z Polską stały się automatycznie nierealne. Odłożono je na dwadzieścia lat. Potem zaś była pełnoskalowa wojna z Sowietami i zwycięstwo w dwóch wielkich bitwach, nad Wisłą (Sierpień 1920 -dzięki genialnemu manewrowi naczelnego wodza - Józefa Piłsudskiego uderzenia znad Wieprza na tylne siły Sowietów stojące pod Warszawą, notabene ten sam manewr zastosował 30 lat później w Korei "Ostatni Bóg Wojny" gen. Douglas MacArthur w czasie desantu pod Inczon. Zresztą MacArthur - który odwiedził Polskę w 1932 r. o czym też już kiedyś pisałem, uważał Piłsudskiego za największego wodza w historii świata od czasów Napoleona) i nad Niemnem (wrzesień 1920).
Odrodzona w ten sposób Polska była dumą całego narodu i oddychano wizją owego cudu wolności, cudu, który realnie nie mógł się zdarzyć, bo było tyle przeszkód nie do pokonania, że nie sposób było to sobie wyobrazić że jednak się udało. Po 123 latach zaborów wreszcie przyszły czasy wolności i to było jak cudowny sen z którego nikt nie chciał się wybudzić. Jednak trzeba też pamiętać że ten nasz cud, o którym tak myśleliśmy i tak pragnęliśmy go utrzymać, dla Niemców i dla Moskali był upokorzeniem, był świadomością ich klęski i upadku dawnej mocarstwowej pozycji. Odrodzona Polska nie była bowiem - jak pragnęli Niemcy - państwem buforowym i od nich zależnym, a wręcz przeciwnie, była najsilniejszym państwem jakie odzyskało niepodległość po 1918 r. najbardziej stabilnym politycznie, prężnym gospodarczo i najsilniejszym militarnie. Niepodległość była nie tylko celem samym w sobie, ale była żywą ideą która miała być przekazywana kolejnym pokoleniom w spadku - tak samo jak Chrystus który ukrzyżowany i złożony do grobu, po trzech dniach Zmartwychwstał i wstąpił do Niebios - tak również postrzegano ten cud Niepodległości, który nie mógł się wydarzyć, biorąc pod uwagę wszelkie przeszkody jakie stały wówczas temu naprzeciw. Ale nie tylko Niepodległość była celem, również stworzenie mocarstwowego państwa, które może rywalizować z wielkimi tego świata nie tylko w Europie, ale wręcz na całym globie. Temu celowi właśnie służyło pragnienie pozyskania kolonii i stworzenia takiej polskich baz na innych kontynentach i ziemiach, ale nie na zasadzie ich podboju, tylko zakupu lub ewentualnie pozyskania danych terenów spośród już tam żyjących ludów czy też ziem bezludnych które można było zasiedlić kolonizacją z Polski. A takich ziem nie brakowało ani w Afryce, ani w Ameryce Południowej, szczególnie ten drugi kierunek był bardzo pożądany. Już bowiem w czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów, posiadali Polacy kolonie na Karaibach, chociaż oficjalnie nie były to kolonie polskie gdyż należały do lennika Rzeczypospolitej - księcia kurlandzkiego, ale Murzyni również znajdowali swoje miejsce w naszym kraju chociaż było ich niewielu i jeśli już, to głównie przebywali na magnackich dworach. Zresztą słowom "Murzyn" w języku polskim nie odnosi się bezpośrednio do czarnoskórego mieszkańca Afryki subsaharyjskiej, a do Maura, który również nie był do końca biały, ale też nie był czarny. Słowo to jednak przetrwało w naszym języku i stało się również podstawą opisywania wszelkich czarnoskórych osób. Zdarzało się też że Murzyni byli przyjmowani w poczet szlachty
i mogli nosić szablę przy boku, a nawet zostawali starostami wsi - jak czarnoskóry Aleksander Dynis. Tak bowiem działała Polska tolerancja i tam gdzie w całej Europie czarnoskórych postrzegano jako niewolników lub jako osoby gorsze, często upośledzone (jeszcze w XIX wieku przecież były teorie że Murzyni pochodzą od małp, na co czyniono pomiary ich czaszek i przeciwstawiano je czaszkom ludzi białych). W Rzeczpospolitej zaś - choć jeśli tutaj trafiali Murzyni, to głównie jako słudzy na dworach szlacheckich i magnackich, a jednak byli traktowani nie tylko jako ludzie, lecz wielokrotnie dochodzili do takiej pozycji, jakiej nie byli w stanie osiągnąć żyjący i urodzony na tej ziemi polscy chłopi i byli przyjmowani w poczet szlachtę, czyli "Panów Braci". Rzeczpospolita zresztą zawsze była ewenementem na tle Europy ze swą tolerancją religijną, wolnością słowa i obyczajów.
Tak więc odrodzona Rzeczpospolita była silnym państwem. Mieliśmy czwartą najsilniejszą armię Europy i siódmą na świecie, mieliśmy własny przemysł zbrojeniowy (czego na przykład nie można powiedzieć o Czechach, którzy odziedziczone po Austro-Węgrach fabryki potem sprzedali głównie kapitałowi francuskiemu). Stworzono sieć Państwowych Zakładów: Lotniczych, Inżynieryjnych, Optycznych, Telekomunikacyjnych etc. s produkowany tam sprzęt był bardzo wysokiej jakości (m.in. w 1938 r. na międzynarodowych pokazach lotniczych sprzętu lotniczego w Belgradzie, polskie bombowce PZL-Łoś zdobyły pierwsze miejsce, a myśliwce PZL-Żbik trzecie). Polski karabin przeciwpancerny "Urugwaj", był bodajże najlepszym ówczesnym karabinem przeciwpancernym na świecie, polskie czołgi jako pierwsze były wyposażone w obrotowe wieżyczki strzelnicze polskiej produkcji, Polska zaś była jednym z nielicznych państw na świecie zdolnych do skonstruowania i wyprodukowania wielosilnikowych samolotów. Związek Sowiecki już ok. 1938 r. posiadał dwa razy więcej czołgów i samolotów niż wszystkie państwa świata razem wzięte, ale ich realna przydatność bojowa była niewielka i w ogromnej większości sprzęt ten był niebezpieczny bardziej dla załogi niż dla przeciwnika (przykładem tego niech będzie fakt, że we wrześniu 1939 r. przeciwko jednej tylko Wołkowyskiej Brygadzie Kawalerii Sowieci rzucili aż dwie swoje armie, mające razem dwudziestokrotną przewagę i pomimo ataków czołgów i samolotów, nie udało się Sowietom powstrzymać marszu Polaków i zostali zmuszeni do odwrotu). Biorąc pod uwagę tę ogromną przewagę liczebną Sowietów, w Wojsku Polskim już w 1936 r. opracowano program takiej rozbudowy lotnictwa, której zadaniem w przypadku konfliktu z Sowietami byłoby zniszczenie wszystkich sowieckich linii komunikacyjnych wiodących przez Dniepr i Dźwinę, ten program zamierzano ukończyć w 1942 r. (W przypadku ataku niemieckiego plan ten był nieco inny i polegał raczej na kierunkowej operacji południowej lub północnej na wybrane cele). Rozpoczęto produkcję samolotów Łoś, Żbik i nowej serii myśliwców PZL-50 Jastrząb, ale już w 1939 r. Niemcy, po w prowadzeniu do produkcji silnika Daimler-Benz 601 zamieniającego samoloty Messerschmitt 109 w prawdziwe maszynki do niszczenia, spowodowali że ich lotnictwo stało się lepsze od polskiego). Mimo to nigdy w swojej historii (może wykluczając czasy średniowiecza, szczególnie XV wiek i częściowo wiek XVII, ale tylko pierwszą połowę czy też wybrane dekady), Wojsko Polskie nie było silniejsze, niż było w latach 30-tych. Pod względem broni pancernej byliśmy szóstą potęgą na świecie, pod względem ilości lotnictwa również szóstą, ale w Europie.
Mimo to szczególnie niemiecka, sowiecka ale również i włoska propaganda przedstawiała naszą armię jako złożoną głównie z kawalerii, a starcia jako ataki kawalerzystów z szablami na czołgi. I owszem, chociażby pod Krojantami doszło do ataku pułku ułanów na niemiecki korpus pancerny, jaki był efekt tego starcia? Polacy zmusili Niemców do ucieczki. W jaki sposób? szablami na czołgi? Nie! Za pomocą nowoczesnego uzbrojenia którym dysponowali kawalerzyści, a polegało to na ostrzeliwaniu czołgów z karabinów (w tym również z karabinu przeciwpancernego Ur, o którym wcześniej wspomniałem), natomiast konie służyły tylko do szybszego przemieszczania się jednostek. Tak samo było w bitwie pod Mokrą, gdzie niemiecka dywizja pancerna straciła kilkadziesiąt czołgów w starciu z polską brygadą kawalerii. W jaki sposób miałaby stracić te czołgi, szablami? Oczywiście że nie, ale dla dziennikarzy którzy słyszeli o starciu brygady kawalerii z dywizją pancerną takie właśnie pojawiały się wyobrażenia (podbudowywane zresztą niemiecką i potem sowiecką propagandą), bo nie mogli sobie uświadomić jaka była w ogóle taktyka polskiej kawalerii w starciu z dywizjami pancernymi i niewyobrażali sobie że kawalerzyści mogą zwyciężyć w takich walkach. A był to jeden tylko z przykładów polskich zwycięstw odniesionych we wrześniu 1939 r. zaś jednym z takich zwycięstw było całkowite zlikwidowanie zmotoryzowanego Pułku SS Germania o którym to zamierzam opowiedzieć.
PS. NA TYM FILMIKU DOKŁADNIE WIDAĆ ŻE DZISIEJSZA ROSJA POSTĘPUJE TAK SAMO, A WRĘCZ IDENTYCZNIE, JAK POSTĘPOWAŁ ZWIĄZEK SOWIECKI W LATACH 20-tych i 30-tych UBIEGŁEGO STULECIA
TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI SŁOWIANIE I CELTOWIE
PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. VIII
FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. VIII
RECHABICI
(841 - 753 r. p.n.e.)
Cz. I
Po upadku rodu Omrydów i zamordowaniu króla Jorama (oraz wszystkich jego braci i stronników), nowym władcą został przywódca tej rebeli, dotychczasowy wódz armii Północnego Królestwa - Jehu ("Y-a-u-a"). Nie działał on jednak sam i tak jak pisałem w poprzedniej części, ogromnej pomocy udzielili mu kapłani Świątyni Jerozolimskiej z Południowego Królestwa. Owa pomoc jednak polegała na tym, że kapłani jerozolimscy użyli w tej walce z rodem Omrydów i wspieranymi przez nich kapłanami kananejskich, fenickich i syryjskich kultów, radykalnej jahwistycznej sekty zwanej - Rechabitami. Sekta ta istniała ponoć jeszcze w czasach Mojżesza i potem w Zjednoczonym Królestwie, ale jej realny i niezwykle radykalny kształt (wraz z samą nazwą) nadał dopiero - po rozpadzie państwa na dwie części - niejaki Rechab Kenita, który stał się przywódcą tego zgromadzenia ok. 900 r. p.n.e. Rechabici wywodzili się głównie z leżących na granicy, na rubieżach ziem Izraela i Judy i wiedli koczowniczy tryb życia, który uważali za najlepszy i najmilszy bogu Jahwe. Krytykowali za to nie tylko osiedlanie się Izraelitów w miastach, ale nawet zajmowanie się pracą na roli, bowiem Mojżesz nic na ten temat nie mówił, a za jego czasów Izraelici wiedli najbardziej zgodny z wolą Jahwe tryb życia, czyli koczownicze przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Ich sekta rosła przez dekady, szczególnie gdy szeregi Rechabitów zasilone zostały ubogimi i bezrolnymi ludźmi, którzy albo nie załapali się na własny skrawek ziemi, który przejęli ludzie zamożniejsi lub majętniejsi (co również krytykowali Rechabici, jako że w czasach Mojżesza miało nie być tak wielkich podziałów społecznych i wszyscy mieli być równi - również pod względem posiadanego majątku), albo też ich gospodarstwa zostały zniszczone wynikiem suszy (która to plaga szczególnie w czasach Achab i Ochozjasza dość często, bo nawet co kilka lat nawiedzała Izrael). To zaś rodziło bunt i niechęć, szczególnie w stosunku do rodziny królewskiej jako czcicieli Baala, kananejskiego bóstwa burzy, życiodajnego deszczu, a co za tym idzie również bogatych plonów.
Skoro Baal, któremu kult (m.in) oddawali Omrydzi, nie był w stanie sprostać zadaniu zapobiegania suszą, to znaczy że nie był prawdziwym Bogiem i to właśnie Jahwe - tak pomijany przez władców Północnego Królestwa, przynajmniej według propagandy jaką głosili Rechabici - mógł być ich jedynym wybawieniem. Ogromne wsparcie udzielił Rechabitom prorok Eliasz (który zapewne sam należał do ich zgromadzenia). Nie wiadomo skąd dokładnie on się wywodził, ponoć przybył z Tiszbe w Gileadzie (krainie leżącej na wschód od Jordanu, na obrzeżach pustyni). Według tego co można przeczytać w Starym Testamencie, prorok Eliasz został posłany przez Jahwe do króla Achaba i jego żony Jezebel, aby poinformować ich że Bóg jest bardzo niezadowolony z tego co dzieje się w ich królestwie i wkrótce kraj zostanie dotknięty klęską suszy, ponieważ oni odwrócili się od prawdziwego Boga i czczą bożków, takich jak Baal czy Aszera. Następnie, w obawie przed zemstą króla, Eliasz schronił się po wschodniej stronie Jordanu, nad potokiem Kerit, gdzie pokarm przynosiły mu kruki. Potem przeniósł się do Sarepty w Fenicji gdzie zamieszkał w domu pewnej wdowy, która karmiła go ze swych skąpych zapasów. W podzięce za to, wymodlił u Boga wskrzeszenie jej zmarłego synka, a następnie powrócił na dwór Achaba - w trzecim roku trwającej suszy - i wyzwał na pojedynek wszystkich kapłanów Baala i Aszery (a było ich 450 i 400), utrzymywanych przez królową Jezebel. Gdy oni prosili swe bóstwa o znaki i gdy te znaki nie następowały, Eliasz oskarżył ich o kłamstwo i czczenie drewnianych czy też kamiennych bóstw których nie ma, bo istnieje tylko jeden bóg Jahwe.
Problem oddawania czci religijnej postaciom przedstawionym czy to na obrazach, czy w formie posągów/pomników, był problemem znacznie poważniejszym i trwającym długo chociażby w samym chrześcijaństwie a także i w islamie. W islamie co prawda szybko ten problem rozwiązano, zabraniając wszelkich przedstawień Mahometa czy Allaha - co oznaczało również że nie wolno było się modlić do postaci malowanych czy też wyrzeźbionych, natomiast w chrześcijaństwie, tutaj rzecz miało się zupełnie inaczej. Ponieważ chrześcijaństwo wyrosło w społeczeństwach które wcześniej wyznawały politeizm grecko-rzymskiego świata, gdzie postaci bogów i bohaterów były symbolami ich chwały, przeto zyskujące znaczenie chrześcijaństwo zastępowało tamtych bogów wizerunkami Jezusa, Matki Bożej, ewentualnie samego Boga, a z pewnością świętych. Przez dłuższy czas wizerunki te nie były krytykowane, choć we wczesnym chrześcijaństwie wręcz podkreślano odmienność wyznawców wiary Chrystusowej do czcicieli bożków (zamierzam jeszcze opisać życie pierwszych chrześcijan zarówno w samym Rzymie, jak i w prowincjach wschodnich i częściowo również zachodnich - głównie Galii i Afryki, choć tam chrześcijaństwo było w I i II wieku dość nieliczne i rozproszone. Od IV wieku, gdy chrześcijaństwo zaczęło najpierw przewodzić a potem całkowicie zdominowało ziemie Imperium Rzymskiego, kult obrazów stawał się coraz bardziej powszechny i był akceptowany, podobnie jak szereg świąt pogańskich, które zostały przejęte jako święta chrześcijańskie - przykładem niech będzie chociaż 25 grudnia, święto Sol Invictus {Niezwyciężonego Słońca}, które zostało przyjęte jako dzień narodzin Jezusa Chrystusa (ustanowił je zaś w grudniu 274 r. cesarz Aurelian, po swym powrocie z kampanii w Galii, gdy ponownie zjednoczył całe Imperium, niszcząc niezależne rzymsko-arabsko-syryjskie królestwo Zenobii {272-273} i rzymsko-galo-brytańskie państwo ostatniego władcy tego tworu - Tetrikusa {274}).
Szczególnie popularny kult obrazów był w VI i VII wieku, lecz gdy urodzony w Germanikei w północnej Syrii, niejaki Leon (Leon Zawodowiec 😂) został - w wyniku zamachu stanu - cesarzem wschodniorzymskim (717 r.), kult obrazów wydał mu się nie tylko dziwny, ale wręcz bałwochwalczy. Urodzony bowiem na granicy wpływów rzymskich i arabskich, przyzwyczajony był raczej do tradycji islamskiej, gdzie nie czczono kultu świętych czy proroków umieszczając ich na obrazach lub pomnikach. Dlatego też gdy w 726 r. nakazał usunąć wizerunek Chrystusa, umieszczony przed bramą główna do pałacu cesarskiego w Konstantynopolu, wybuchła nieprawdopodobna wrzawa która zakończyła się tragedią. Lud stolicy bowiem, pragnąc zaprotestować przeciwko temu świętokradztwu i uniemożliwić robotnikom wykonanie zadania, napadł na nich i ich pozabijał. Był to początek konfliktu trapiacego Greków (zwanych też wschodnimi Rzymianami) przez kolejne dekady, a poziom tego oporu zaskoczył samego Leona III. Mimo to nakazał on w 730 r. usunąć wszelkie wizerunki Jezusa, Maryi i świętych z wszystkich kościołów Imperium Wschodniego (godząc się jedynie na pozostawienie wizerunku krzyża, i to też w formie dwóch skrzyżowanych ze sobą linii), argumentując to faktem że nie należy czcić drewna i kamienia. Stary i zniedołężniały patriarcha Germanus (liczący sobie wówczas prawie 100 lat), nie miał ani sił, ani ochoty toczyć z cesarzem wojen o ikony, choć sam był zwolennikiem kultu ikon, poprosił więc w owym 730 r. o zwolnienie go z piastowanego urzędu i tak też się stało. Na jego miejsce cesarz mianował człowieka, o którym miał pewność że będzie wspierał jego politykę religijną - Anastazjusza. Jednocześnie starał się przekonać do swoich planów papieża Grzegorza II, a potem Grzegorza III (pontyfikat od lutego 731 r.), Ale obaj oni ostro krytykowali jego pomysły, odpowiadając mu w listach m.in. tak: "Piszesz do nas, że czcimy drewno i kamień i że tym samym popełniamy świętokradztwo. To ja odpowiadam ci, Cesarzu, że wcale tak nie jest, i to Ty jesteś w błędzie. To co nazywasz bałwochwalstwem, kamieniem i drewnem, może takowym jest gdy spojrzysz na to po raz pierwszy, ale jeśli w głębisz się bardziej, to ujrzysz w tych drewnianych i kamiennych postaciach istotę naszego Pana (...). Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie oddawał czci drewnu czy kamieniom, bo to rzeczywiście byłoby bałwochwalstwem, ale jeśli Ty, Cesarzu, dostrzegasz jedynie kamień i drewno, to nie my, a Ty jesteś bałwochwalcą, nie potrafisz bowiem dostrzec w tych przedmiotach istoty naszego Pana".
Konflikt trwał długo. Szczególnie intensywny był za czasów syna i następcy Leona III - Konstantyna V Posrańca (panował od 741 r. Ten negatywny przydomek nadali mu jego wrogowie - zwolennicy kultu ikon - twierdząc, że już jako niemowlę podczas swojego chrztu wypróżnił się do kadzi z wodą święconą). Ten bowiem prowadził szczególnie rygorystyczną politykę religijną, zakazując wszelkich wizerunków (wyjątkiem był krzyż) i ostro egzekwując owe prawo (zmuszał np. opornych kapłanów do posłuszeństwa torturami oraz publicznym upokorzeniem, jak choćby przymusowymi małżeństwami na arenie Hippodromu w Konstantynopolu, gdzie żeniono ze sobą na siłę mnichów i mniszki). W 754 r. zwołał nawet synod w Hieri, gdzie wymusił na kapłanach całkowity zakaz ikon w kościołach (potem ten synod uznano za nie ekumeniczny, gdyż zabrakło na nim przedstawiciela chociaż jednej diecezji: Antiochia, Jerozolima i Aleksandria znajdowały się pod panowaniem Arabów, w Konstantynopolu też był wówczas wakat, a papież nie zamierzał przyjeżdżać z Rzymu aby wspierać świętokradczą politykę cesarza. Po śmierci Konstantyna V (775 r.) jego syn Leon IV nieco złagodził dotychczasowe okrutne prawo swego ojca odnośnie obrazów, ale nie zniósł zakazu kultu ikon. Poślubił zaś Irenę z Aten, która była ikonofilką i która musiała to ukrywać. Gdy pewnego razu znalazł dwie ikony ukryte pod jej poduszką, surowo ukarał wszystkich którzy byli z tym związani, a jej samej zabronił wstępu do swojej sypialni. Leon IV zmarł jednak już w 780 r. (prawdopodobnie na gruźlicę) a jego syn i następca Konstantyn VI miał dopiero 9 lat, a regencję w jego imieniu objęła matka - Irena. Była to kobieta o niepohamowanej ambicji i żądzy władzy i nie chciała rezygnować z regencji nawet wówczas, gdy Konstantyn VI osiągnął wiek męski. Gdy zaś zaczął się dopominać i zmuszać matkę do oddania mu pełni władzy, kazała go oślepić i wtrącić do lochu, a sama koronowała się na cesarzową rzymską (pierwszy taki przypadek w historii) w 797 r. To właśnie owa koronacja dała pretekst zarówno Karolowi wielkiemu władającemu wówczas Imperium Franków na zachodzie jak i papieżowi Leonowi III aby uznać że realnie nie ma już cesarza na Wschodzie, gdyż władzę sprawuje tam kobieta, która nie może być cesarzem (warto tutaj od razu się odnieść do kwestii jak do tej sprawy podchodzili Rzymianie. Nigdy w historii Imperium Rzymskiego do władzy nie doszła żadna kobieta, ponieważ władza cesarska dla Rzymian była władzą nie tyle królewską co władzą imperatorską, czyli rządy musiał sprawować dowódca armii, a tym oczywiście zawsze był mężczyzna - żołnierze nie zaakceptowaliby kobiety). Dlatego też 25 grudnia 800 r. Karol Wielki został koronowany w Rzymie na pierwszego po upadku Zachodniego Cesarstwa w 476 r cesarza Zachodu. Irena doprowadziła jednak do zakończenia polityki ikonoklazmu i powrotu ikon do kościołów.
Wracając zaś do proroka Eliasza, tak jak jest zapisane w Starym Testamencie, gdy kapłani Baala i Aszery nie uzyskali znaku swoich bogów, Eliasz kazał ich wyprowadzić nad potok Kiszon i tam stracić. Królowa Jezebel zapowiedziała mu jednak że on sam zginie tak, jak jej kapłani i w obawie przed jej zemstą uciekł Eliasz na pustynię. Tam miał szereg różnych cudownych zdarzeń o których nie ma sensu opowiadać, dlatego też skupię się na tym, co według mnie jest faktem historycznym. A takowym bez wątpienia jest występująca co kilka lat w Królestwie Północnym susza, która doprowadziła do tego, że dotychczasowe chroniczne bóstwa kananejskie (szczególnie Baal) traciły swych wyznawców. I w to miejsce wchodzili zarówno prorocy, tacy jak Eliasz czy jego uczeń i następca Elizeusz (Eliasz ponoć miał zostać cudownie za życia zabrany do Nieba na boskim rydwanie), jak również radykalni wyznawcy jahwistyczni, tacy jak już wówczas bardzo nieliczni Nazirejczycy (do których należał chociażby sędzia Samson, o którym pisałem we wcześniejszych częściach tego tematu), czy właśnie Rechabici (szczególnie gdy po śmierci Rechaba jego miejsce zajął syn zmarłego - Jonadab). Gdy władzę nad Rechabitami objął Jonadab, ten niezwykle radykalny i energiczny człowiek, wypowiedział on wojnę religijną rodowi Omrydów i przy wsparciu proroka Elizeusza doprowadził właśnie do przekonania wodza armii Północnego Królestwa - Jehu, do dokonania owego zamachu stanu i zamordowania króla Jorama oraz wszystkich członków jego rodu. Nie wiadomo jednak czym kierował się Jehu, bo nie wydaje się aby był on fanatykiem religijnym, takim jak Elizeusz czy sekta Rechabitów. Prawdopodobnie oprócz samej chęci zdobycia tronu, motywowała go również zmiana polityki Izraela i zerwanie z dotychczasową koalicją 12 królestw zawartą pod Karkar w roku 853 p.n.e., której głównym trzonem były królestwa Izraela i Aramu ze stolicą w Damaszku. Jehu bowiem doszedł do wniosku że jest to jedyna szansa ocalić Królestwo Północy, ponieważ potęga władców asyryjskich jest zbyt duża aby ponownie się z nimi ścierać w polu.
Tak więc gdy w 841 r. po.n.e. również niejaki Hazel z Damaszku ("syn niczyi" - którym to terminem określano albo niewolników albo sługi) zamordował króla Aramu Ben-Hadada II, to właśnie Elizeusz namaścił go na nowego władcę Aramejczyków. Wytworzyła się więc w owym 841 r. po.n.e. sytuacja dosyć niezwykła, a polegała ona na upadku dotychczasowej polityki antyasyryjskiej i jednocześnie dominacji jahwistycznej sekty, która od tej pory narzucała swą wolę królom zarówno na Południu jak i na Północy dawnego Izraela z czasów Dawida i Salomona. Teoretycznie Rechabici byli podporządkowani arcykapłanowi Świątyni Jerozolimskiej, ale to tylko teoria. Realnie byli całkowicie niezależni i to oni - szczególnie na Północy - wybierali odtąd królów i to oni narzucali im politykę. Co prawda Jehu był jeszcze na tyle silny, że zdołał się przed tym obronić (co prawda nie całkowicie, ale jednak sekta Rechabitów wówczas jeszcze nie dominowała na jego dworze) lecz już jego następcy mieli mniej zdolności, siły i konsekwencji by się przeciwstawić rządom fanatyków religijnych, dla których dużą zbrodnią był sam fakt zamieszkiwania w miastach i porzucenia koczowniczego trybu życia. Natomiast prorok Elizeusz (podobnie jak Eliasz) złożył śluby nazireatu (co znaczy że był kosmaty, długowłosy jak sędzia Samson. O Eliaszu np. mawiano "Człowiek w płaszczu z sierści", czyli człowiek o tak długich włosach, że przykrywały one jego płaszcz) i był on jeszcze bardziej fanatycznym wyznawcą Jahwe, jakiego mentor Eliasz (Eliasz bowiem zakładał że istnieją również inni bogowie, z tym że Jahwe jest największym i najsilniejszym z nich, Elizeusz zaś w ogóle nie uznawał innych bóstw i kazał zabijać i niszczyć wszystkich, którzy nie podzielali jego wiary). Szybko też doszło między nim a nowym królem Jehu do pierwszych konfliktów i Elizeusz zapewne pożałował że doprowadził do owej zmiany i obalił Jorama. Jehu (i jego polityka) był też krytykowany przez Rechabitów, ale bez wątpienia doprowadził on do ocalenia królestwa Izraela przed inwazją Asyryjczyków.
Zebrawszy bowiem stutysięczną armię, Salmanasar III wyruszył w 841 r p.n.e. - w imieniu swego Boga Assura - na wojnę śmiertelną o podbój Damaszku i całego Lewantu. Nowy król Aramu - Hazael nie mógł już liczyć na pomoc Izraela, gdyż koalicja 12 królestw rozpadła się. Wystawił jednak armię którą posiadał (nie znamy jej liczebności) i pod górą Senir zagrodził Salmanasarowi marsz na Damaszek. Doszło wówczas do krwawej bitwy, ale rydwany asyryjskie zdołały przerwać mur obrony Aramejczyków i armia Hazaela rzuciła się do ucieczki. Pod Senir poległo co najmniej 20 000 wojowników damasceńskich, a drugie tyle dostało się do niewoli. W każdym razie droga do Damaszku stała teraz otworem, chociaż Hazaelowi udało się uciec z pola bitwy i dostać do miasta, które już wcześniej przygotowane było na długą obronę. Mury Damaszku były ogromne i solidne, a samo miasto należało do największych w tamtym czasie, mimo to Asyryjczycy otoczyli je i przystąpili do ataku, budując wieże oblężnicze i próbując wykopać tunel pod murem. Pomimo podejmowanych wysiłków wszystkie owe akcje kończyły się niepowodzeniem, bowiem mieszkańcy Damaszku doskonale wiedzieli o co walczą. Jeśli miasto padnie, wszyscy zapłacą za to życiem lub ewentualnie niewolą i nie będzie łaski dla nikogo, bo taką politykę uprawiali Asyryjczycy. Ostatecznie udało się obrońcom zmusić Salmanasara do zaprzestania kolejnych ataków i wycofania się spod miasta, w zamian mieszkańcy musieli zapłacić mu daninę w postaci złota, srebra wszelkich kosztowności i niewolników (Salmanasarowi szczególnie zależało na niewolnikach, tak potrzebnych do pracy na roli i do budowy nowych pałaców i świątyń). Ocalili własne życie i miasto tak naprawdę niewielkim kosztem (nie licząc oczywiście tych, którzy polegli w bitwie pod Senir i w czasie samego oblężenia Damaszku). Salmanasar nie był zadowolony, ale nie miał wyjścia, jego kolejne ataki kończyły się ogromnymi stratami i nie było sensu ich kontynuować. Mimo to wieźć o wielkim zwycięstwie pod Senir bardzo szybko rozniosła się po całym Lewancie i królowie Izraela oraz z Sydonu i Tyru zjawili się przed Salmanasarem z licznym orszakiem darów, padli przed nim na twarz i prosili, aby zechciał je przyjąć i nie najeżdżał ich ziem. Ten wyraził zgodę i uznając te kraje za podległe swej władzy i płacące daninę, ruszył w drogę powrotną do Kalchu.
Jednak sława zwycięskiego salmanasara dotarła nawet nad Nil i faraon Hedżcheperre Takelot II (praprawnuk zwycięskiego Szeszonka, który w 925 r. najechał Filisteę i Izrael) wysłał mu również w darze na znak przyjaźni dromadery, hipopotamy, strusie i lamparty (w tym czasie w królestwie faraonów ponownie źle się działo, a rozkwit z czasów Szeszonka dawno minął). Po złożeniu hołdu lennego, król Jehu powrócił do Samarii i mógł przystąpić do konsolidacji swojej władzy i odbudowy zniszczonego w czasie rebeli (jego rebeli) królestwa Izraela.
CDN.
PS. Niestety nie było mnie na tegorocznym marszu Niepodległości nad czym bardzo boleję. Mam nadzieję że w kolejnym roku już nie zawiodę 👍
A oto jak przebiegał tegoroczny Marsz Niepodległości