Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
CZYLI TAKIE BĘDĄ RZECZPOSPOLITE, JAKIE ICH MŁODZIEŻY CHOWANIE
Teraz na szybko (aczkolwiek dzisiaj jeszcze będzie jeden temat), o współczesnej młodzieży chowaniu, czyli czego uczą polskie szkoły, a raczej czego uczy się w nich młodzież, na przykładzie kolejnego filmiku z kanału "Matura to bzdura". W zasadzie mój komentarz jest zbędny I wystarczy tylko tego posłuchać, zastanawiam się tylko nad jednym - ci ludzie albo już mają albo będą mieli prawa wyborcze, zaś człowiek który nie ma pojęcia gdzie leży jego własny kraj jest jakby pustą kartą do zapisania, gdzie można na wkładać wszystko, co się tylko chce (czego próbkę mamy też na obecnym "Campusie Polska Przyszłości" organizowanym przez Rafała Trzaskowskiego {czy też Czaskoskiego, jak pamiętamy - "Krakowskie "czy" pokolenia"},a finansowanym m.in. przez... niemiecką rządową fundację im. Konrada Adenauera. Przyznam się szczerze przeraża mnie to co widzę, choć oczywiście na pierwszy rzut oka wydaje się śmieszne. Zapraszam zatem.
GDZIE NA MAPIE EUROPY LEŻY POLSKA?
A NAJBARDZIEJ ROZŚMIESZYŁ MNIE GOŚCIU, KTÓRY STWIERDZIŁ "TO NIE TA MAPA". MAPĘ MU PODMIENILI? 🤭😂
ALBO CO ODDZIELA EUROPĘ OD AMERYKI?... DRUGA AMERYKA?! 🧐😄
Ponieważ już obracamy się w sferze absurdów, to na końcu dodam jeszcze mały sucharek, a mianowicie mężczyzna z plemienia Czipków z Ameryki Południowej, to - "cipek" a kobieta... 🥴😄
CZYLI BROSZURA WYDANA W 1938 ROKU POD EGIDĄ "POLITYKI"
Postanowiłem powrócić do tej nieco już zapomnianej serii, też wydaje mi się że obecne czasy bardzo potrzebują podobnych idei i to ponad podziałami politycznymi. Ja już chyba kiedyś o tym pisałem, ale mogę raz jeszcze powtórzyć, że dla mnie nie liczą się żadne partyjne przepychanki, nie interesują mnie poszczególne polityczne partie, nie interesują mnie też poszczególni politycy (których uważam za największych szkodników, nierobów i karierowiczów) a jedyne co mnie interesuje to program budowy silnej, mocarstwowej Rzeczpospolitej przyszłości, program który musi być programem ponadpartyjnym i ponad ideologicznym, musi być programem który zjednoczy wszystkich, pragnących dobra dla nas dziś tu żyjących i dla przyszłych pokoleń Polaków/Rzeczpospolitan. To jest moje jedyne polityczne credo, mój program polityczny i cel (oczywiście "polityczny" w cudzysłowie, jako że nie jestem politykiem, ale moje wybory dokonywane są właśnie pod wpływem wyżej wymienionej analizy celów poszczególnych partii). Położenie Polski jest bowiem kluczowe w Europie (kiedyś już pisałem że my jesteśmy Italią z przed wybuchu I Wojny Punickiej i wszystkie drogi prowadzą... do nas), dlatego też od wieków toczy się spór o ten jeden kluczowy element: kto będzie kontrolował nasze ziemie, czy będziemy to my, czy też ktoś inny.
Pierwsze plany rozbiorowe Królestwa Polskiego pojawiły się bowiem jeszcze w średniowieczu (XIV wiek) choć były one archaiczne, bo i rzeczywistość była archaiczna, a Europa wówczas składała się z szeregu wielu księstw i królestw, tak więc (wówczas) jeszcze nie było to możliwe aby realnie na dłużej zapanować nad tym obszarem (swoją drogą w czasach rozbicia dzielnicowego, czyli od 1138, a w zasadzie to od 1157 czyli od hańby krzyszkowskiej Bolesława IV Kędzierzawego po interwencji zbrojnej cesarza Fryderyka I Barbarossy, czy też powrotu Mieszka III Starego do dzielnicy poznańskiej w 1181 r. - co realnie stworzyło dwuwładzę w państwie rządzonym dotąd z Krakowa {pomimo rozbicia dzielnicowego} przez jego młodszego brata Kazimierza II Sprawiedliwego, który to przejął władzę od Mieszka w wyniku zamachu stanu w roku 1177, i aż do koronacji Władysława I (a tak naprawdę IV - po Laskonogim, Wygnańcu i Pobożnym) Łokietka, czyli do 1320 r. kraj rozpadał się na szereg coraz mniejszych dzielnic i regionów, rządzonych przez coraz więcej lokalnych książąt z rodu Piastów, a niektórzy z nich - tak jak na Śląsku i na Pomorzu - germanizowali się bardzo szybko {w 1181 r. książęta zachodniopomorscy z rodu Piastów złożyli hołd lenny cesarzowi Fryderykowi I Barbarossie i kraj ten powoli acz nieuchronnie wpadał w orbitę wpływów niemieckich}. Wtedy nie istniał realnie taki podmiot jak Królestwo Polskie. Postępowała też germanizacja połączona oczywiście z kolonizacją ludności niemieckiej, wspieraną przez cesarzy i margrabiów. Ok 1100 r. zasięg języka niemieckiego dochodził do Magdeburga, rzeki Łaby i Sali. Ok. 1200 r. obejmował już tereny połowy Niemiec wschodnich, do wschodniej granicy dzisiejszego Berlina. Ok. 1250 r. niemieccy koloniści przekroczyli Odrę i kolonizowali Dolny Śląsk, oraz dużą część Górnego Śląska. Ok. 1300 r. zasięg mowy niemieckiej sięgał już dzisiejszej zachodniej części Pomorza - gdzieś tak do Koszalina, cały Śląsk Górny i Dolny, oraz Prusy - gdzie ziemie zdobywał niemiecki Zakon Krzyżacki. Natomiast ok. roku 1400 zasięg ten objął całe Pomorze, Prusy, oraz ziemie w południowej Polsce na południe od Krakowa. Oczywiście obszar ten nie był stały, gdyż przecinał go pas mowy polskiej, biegnący od Wielkopolski do Pomorza Gdańskiego, a pozostałe ziemie - takie jak Wielkopolska, Małopolska, Mazowsze były już poza obszarem osadnictwa niemieckiego - oczywiście z niewielkimi wyjątkami. Niemiecka akcja kolonizacyjna wyczerpała się już w połowie XIV wieku, co było powodem niewystarczającej liczby ludności w samej Rzeszy, epidemii {Czarna Śmierć} oraz - co najważniejsze, zjednoczenia ziem Korony Polskiej).
Od czasów Kazimierza III Wielkiego i potem Władysława II (V) Jagiełły, to właśnie Polska zaczyna rosnąć w siłę, a Niemcy słabną, rozpadając się na szereg mniejszych księstw, hrabstw, palatynatów i biskupstw, oraz Wolnych Miast Rzeszy. Nie ma więc realnie kto przeprowadzić rozbiorów, bo na Wschodzie jest wielkie państwo litewskie, zjednoczone z Polską Unią (czy to personalną czy potem realną). Ale plany rozbiorowe powracają już w wieku XVII, szczególnie w czasie potopu szwedzkiego. Wówczas zarówno Szwecja, jak i Siedmiogród, jak Prusy Książęce oraz lokalni zdrajcy w postaci książąt Bogusława i Janusza Radziwiłłów, pragną podzielić ten polski tort pomiędzy siebie, ale są na to za słabi. Rzeczpospolita nieposiadająca wojska, jest w stanie wypędzić tych wszystkich najeźdźców oraz wypchnąć Moskwę, która zajęła ziemię praktycznie aż po Wisłę. W dwóch wielkich bitwach z samego tylko roku 1660 pod Cudnowem i Połonką-Basią wojsko moskiewskie realnie przestaje istnieć. Ale z czasem postępująca w Rzeczpospolitej anarchii polityczna (związana utrzymaniem liberum veto), doprowadza do takiego osłabienia kraju, że obce wojska wchodzą sobie w XVIII wieku na nasze ziemie jak w masło, nie napotykając żadnego oporu, bo wojska nie ma wcale, są tylko prywatne poczty magnackie (czyli pojawia się drugie rozbicie dzielnicowe - bo tak je należy nazywać). Ale zobaczcie Kochani, Rzeczpospolita trwa, nikt jej nie rozbiera (chociaż jest "chorym człowiekiem Europy"), nikt nie zajmuje naszych ziem, dlaczego? Odpowiedź jest banalnie prosta: ponieważ kto inny kontrolował realnie sprawy w naszym kraju, czy to Moskwa, czy Berlin, czy Wiedeń, czy Paryż - każdy, kto przekupił choć jednego posła na Sejmie i ten podniósł weto, wszelkie projekty reform administracji wojska, finansów etc. (a było ich naprawdę dużo, szczególnie w czasach Augusta III Sasa) natychmiast upadały. To ciekawe, poseł który podniósł veto nie musiał nawet precyzować co mu się w danej ustawie nie podoba, po prostu powiedział "nie pozwalam" i koniec, wielomiesięczna praca nad wprowadzeniem danej reformy szła do kosza. Oczywiście zdawano sobie doskonale sprawę, że taki poseł powinien natychmiast opuścić pole sejmowe (niektórzy nawet dawali takie wytyczne tym, których przekupywali np. Francuzi), gdyż w kolejnych dniach do takiego posła ustawiały się z reguły kolejki braci szlacheckiej, która to starała się przekonać go do wycofania veta. Czy to prośbą (czy płaczem nad umiłowaną Ojczyzną), czy też groźbą, a niekiedy nawet i przekupieniem takiego posła (czyli zapłaceniem mu więcej, niż pobrał wcześniej) starano się zmienić jego decyzję. I było to bardzo niebezpieczne dla tych, którzy przekupili takiego fircyka, bo ten mógł przecież ulec namowom. W każdym razie, ponieważ wystarczył tylko jeden poseł który krzyknął "veto" w dana ustawa przepadała, i realnie kraj na poziomie centralnym nie miał władzy, gdyż władza była zanarchizowana i całkowicie niewydolna (zobaczcie że teraz robią dokładnie to samo w kwestii podważania instytucji państwa polskiego, które decydują o np w wyborach. Te głupie hasełka o "Trybunale Przyłębskiej" czy hasła w stylu "neosędziowie" są dokładnie tym samym, czym było liberum veto w XVIII wieku dokładnie podważaniem instytucji państwa polskiego na poziomie centralnym. A jak państwo nie funkcjonuje na poziomie centralnym, to kto zarządza danym państwem?). Skoro państwo nie funkcjonowało, Sejmy zbierały się tylko po to, żeby za chwilę posłowie mieli rozjechać się z powrotem do domów, nie można było podjąć żadnej decyzji czy to o wzmocnieniu wojska, czy też o reformie fiskalnej. Oczywiście takie decyzje podejmowano wówczas na sejmikach wojewódzkich i ziemskich, gdyż tam veto nie obowiązywało, tylko że to były decyzje danych prowincji a nie całego kraju, i tym samym mieliśmy powrót do średniowiecznego rozbicia dzielnicowego.
Na poziomie zaś krajowym i międzynarodowym decydowały ościenne potęgi do których posłowie zwracali się (w swej bezdennej głupocie) aby ci spali ich w walce o "Złotą Wolność Szlachecką" (dzisiaj to się nazywa "obrona demokracji" czy coś takiego?). Szczególną protektorką Złotej Wolności miała być caryca Rosji Katarzyna II
(Której portret wisiał w gmachu sejmowym). I tak Rzeczpospolita gniła sobie przez kolejne lata i dekady, a kto inny decydował o naszej polityce i kontrolował nasze ziemie. Ale - i tutaj dochodzimy do cloud całej sytuacji - kiedy wreszcie otrząsnęliśmy się z tego zabójczego marazmu (niczym Theoden - król Rohanu we Władcy Pierścieni) gdy Sejm Wielki z lat 1788-1792 uchwalił wiele ustaw, w tym pierwszą w Europie i drugą na świecie konstytucję, zwaną Konstytucją 3 Maja, gdy Polacy wreszcie wrócili do życia i zaczęli odzyskiwać władzę nie tylko nad własnym terytorium, ale ponownie stanowić realne zagrożenie w polityce zagranicznej, natychmiast ościenne mocarstwa musiały interweniować. Caryca Katarzyna doskonale zdawała sobie sprawę że podbój Rzeczpospolitej przez Rosję będzie bardzo trudny, a wręcz niemożliwy. Gdyby to jednak nawet się udało, to Polacy będą stanowili tak wielką kość niezgody w Imperium, że musi ono wcześniej czy później się rozpaść, dlatego też Rosja nie mogła zająć wszystkich ziem Rzeczypospolitej sama (choć wcześniej kontrolowała Polskę politycznie). Ale podzielić ten tort na trzy części - dlaczego nie. Każdy dostanie swoje, więc nie będzie zazdrosny o zbytnie wzmocnienie Rosji i tak też się stało. Rosja, Prusy i Austria w trzech rozbiorach z lat 1772, 1793 i 1795 doprowadziły do rozdarcia demokratycznej Rzeczpospolitej i jej eliminacji z mapy Europy. Paradoksalnie najwięcej ze skały na tym Prusy, gdyż ziemie polskie które pochłonęły, stały się potem kośćcem ich państwa. Dlatego też Bismarck doskonale zdawał sobie sprawę że jakiekolwiek ustępstwa wobec Polaków mogą wcześniej czy później doprowadzić do ich autonomii w państwie prusko-niemieckim, a ostatecznie do przyłączenia tych terytoriów z powrotem do odrodzonego państwa polskiego. Dlatego też wbrew niektórym niemieckim piękno-duchom, domagającym się niepodległości Polski (szczególnie popularne były to hasła w Niemczech w pierwszej połowie XIX wieku), on wiedział że Prusy urosły (pożywiły się) na Polsce i jeśli Polska się odrodzi to Prusy znikną (miał rację? Chyba miał bo dziś Polska istnieje, a Prusy... nie).
Odrodzona Ojczyzna po czterech latach krwawej I Wojny Światowej, powstała w listopadzie roku 1918, a następnie wywalczywszy sobie byt niepodległy w zwycięskiej wojnie z bolszewikami w sierpniu i wrześniu roku 1920, pojawiwszy się ponownie na mapie świata, wróciła do swych planów odzyskania politycznego wpływu nie tylko na swoje własne ziemie (wydarte jej wcześniej przez zaborców), ale również na okoliczne tereny, ziem tak zwanego Międzymorza - czyli dawnych terenów Rzeczypospolitej, idących od Morza Bałtyckiego po Bałkany i Morze Czarne. Jakiś czas temu rozmawiałem na X z pewnym niemieckim historykiem (doktorem bodajże). Od razu też dało się zauważyć że facet wspiera AFD, jako że miał na swym profilu różnego typu wrzutki (choć nie bezpośrednio toczące tej partii). W każdym razie, on mi przytoczył wypowiedź brytyjskiego historyka Hugh's Setona-Watsona na temat Polski i jej klasy politycznej w okresie międzywojennym, a brzmiała ona następująco: "Prawdziwy cel polskiej klasy rządzącej był daleki od nacjonalizmu, gdyż był imperialistyczny i obejmował dominację Polski nad dużymi populacjami obcego pochodzenia. Cel ten nigdy nie został dostatecznie zrozumiany w Europie Zachodniej". Próbowałem mu wytłumaczyć, że te "populacje obcego pochodzenia" wcześniej, w czasach wielkiej Rzeczypospolitej były jednym narodem politycznym, a elity państw Ukrainy i Białorusi, jak również Litwy i częściowo Łotwy, w ogromnej mierze były całkowicie spolonizowane i to nie na siłę (jak czyniono to na polskim narodzie w czasach zaborów w XIX wieku), tylko dobrowolnie, gdyż bycie Polakiem oznaczało wejście do elitarnego grona Wolnych Ludzi, co było bardzo ważne w czasach, gdy kontrolę sprawowali królowie, cesarze i gdy to oni decydowali wolności osobistej i wolności sumienia milionów ludzi. Niemcy polonizowali się na potęgę (moja rodzina od strony ojca jest tego dobitnym przykładem). Dlatego też powrót na ziemie gdzie niegdyś bycie Polakiem było powodem do dumy i gdzie sięgał również język polski (aż po rogatki Moskwy) nie było żadnym imperializmem, było odebraniem tego, co zostało nam wcześniej w sposób bandycki skradzione. Ten niemiecki historyk przekonywał mnie również że to ja jestem "polskim imperialistą", bo nie potrafię docenić faktu, że to przecież Niemcy jeszcze w czasie I Wojny Światowej odrodziły państwo polskie, aktem 5 listopada 1916 r. A w kij dmuchał takie odrodzenie. Stworzenie marionetkowego, podporządkowanego Niemcom państewka nie nazwałbym żadnym odrodzeniem. Odrodzenie nadeszło dopiero wówczas, gdy wszystkie trzy czarne orły, wszystkie trzy mocarstwa zaborcze Rosja, Prusy i Austria rozpadły się w jednej chwili w listopadzie roku 1918, a Biały polski Orzeł zerwał kajdany i wzniósł się pod niebo aby ponownie móc oddychać pełną piersią. Z punktu widzenia Niemiec (a w zasadzie z punktu widzenia Prus, bo wyczułem że facet ma typowo pruskie myślenie), odebranie tych ziem (szczególnie Pomorza i Śląska) to był atak na spoistość państwa niemieckiego, czyli powiedział dokładnie to samo, co mówił Bismarck, iż odrodzona Polska doprowadzi Prusy do upadku - to go właśnie bolało i dlatego stwierdził że Polska prowadziła politykę imperialistyczną.
Owszem, w niektórych aspektach była ona może imperialistyczna (jak choćby w kwestii kolonii zamorskich), ale nie można ze sobą porównywać imperializmu polskiego i niemieckiego, bo to są dwie zupełnie inne kwestie. Tak samo jak nie można porównywać ze sobą nacjonalizmu polskiego z niemieckim, bo ten drugi jest niestety morderczy i nie ma żadnych pozytywnych tradycji - ŻADNYCH. kierując się więc tym rozumowaniem niemieccy lewacy myślą, że tak samo jest z nacjonalizmem polskim. Otóż nie, ale nie zamierzam teraz w to brnąć (tym bardziej że sam żadnym nacjonalistą nigdy nie byłem i nie będę). W każdym razie w okresie międzywojennym Polska wróciła na swoje miejsce i choć trwało to tylko 20 lat osiągnięcia Rzeczpospolitej w tym okresie były niesamowite (chociażby w kwestii transportu nasze luxtorpedy były tak szybkie, jak dzisiaj pociągi japońskie, czy francuskie). Aby więc przyhamować nasz rozwój już nie można było wrócić do liberum veto bo tego już nie było, więc co trzeba było zrobić? Sprzymierzyć się z Moskwą i ponownie przejąć nasze ziemie we wrześniu i październiku roku 1939, tym razem w krwawej wojnie. I tak to się toczy, jak nie pałką go to kijem, a jak nie kijem to marchewką, wszystko idzie bowiem o kontrolę nad naszym terenem, ponieważ my leżymy w takim miejscu w Europie, że to jest prawdziwa żyła złota. Teraz, gdy wojna na Ukrainie powoli dobiega końca, nasze ziemie będą kluczowe w kwestii tzw odbudowy Ukrainy i przez nasze ziemie będą przechodzić transporty na Zachód, Północ i Południe (jak to wcześniej bywało w historii). Na koniec tylko się zapytam (ale jest to pytanie retoryczne) czy zdajemy sobie sprawę dlaczego nagle PKP Cargo ma zbankrutować? Czy konotacje z XVIII wiekiem nie są aż tak silne, że aż przebijają skalę. I dalej zapytam, czy dalsze utrzymywanie tego szkodliwego już rządu służy naszemu bezpieczeństwu i naszej przyszłości? Każdy powinien sam odpowiedzieć na to pytanie w swoim sercu i sumieniu.
PS: PRZEPRASZAM ZA TAK DŁUGI WPIS INICJUJĄCY ODRODZENIE TEJ SERI. POSTARAM SIĘ W KOLEJNYCH CZĘŚCIACH JUŻ NIE PODEJMOWAĆ TAKICH WSTĘPNIAKÓW, A PRZEJŚĆ BEZPOŚREDNIO DO TEMATU.
TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI SŁOWIANIE I CELTOWIE
PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POD SKRZYDŁAMI ASYRII - UPADEK IZRAELA)
(ok. 738 r. p.n.e. - ok. 635 r. p.n.e.)
Cz. VII
FILISTEA
PONOWNIE ODRODZENIE
(738 r. p.n.e. - ok. 635 r. p.n.e.)
Cz. VII
DEWARIM
(738 r. p.n.e. - 586 r. p.n.e.)
Cz. IX
Od chwili wstąpienia na tron Sargona II (listopad grudzień 722 r. p.n.e.) musiał on toczyć walki zarówno na Wschodzie jak i na Zachodzie. Kampania zachodnia skończyła się porażką w bitwie pod Der (720 r. p.n.e.) w której to elamicki władca - Humbannikasz, zatrzymał wojska Sargona zmierzające na Babilon, gdzie w marcu 721 r. p.n.e. władzę przejął ambitny Chaldejczyk o imieniu Mardukpaliddina II (pisałem o tym w poprzednich częściach). Porażka pod Der i bunty na Zachodzie (szczególnie w Syrii i Palestynie), zmusiły Sargona do czasowego wstrzymania ponownego ataku na Babilon, chociaż oczywiście stan wojny pomiędzy oboma królestwami utrzymywał się przez całą dekadę od bitwy pod Der, z tym że nie dochodziło do walk. Na Zachodzie zaś (również w 720 r p.n.e.) Sargon rozbił w bitwie na równinie Karkar połączone armie miast Hamy i Gazy wspierane przez egipskie rydwany bojowe dowodzone przez generała Sibu. Juda oczywiście pozostała z zhołdowana, podobnie jak miasta Filistei (szczególnie Ekron bardzo dobrze wychodził na asyryjskiej dominacji, budując swoją potęgę u boku asyryjskiej). Wydawało się więc że teraz sytuacja wraca do normy, ale było to błędne założenie. Nie wszystkie miasta syryjskie zostały bowiem opanowane, a szczególnie problematyczna była kwestia miasta Karkemisz - potężnej twierdzy leżącej nad Eufratem, której władca dodatkowo sprzymierzył się z królem Musków (frygijskie plemię żyjące w południowo-wschodniej Anatolii) - Mitą (Midasem?). Sargon zdobył Karkemisz dopiero w roku 717 p.n.e. (władcę tego miasta obdarto ze skóry, podobnie jak wcześniej uczyniono to z władcą miasta Hamy). Acheperre Osorkon IV - ostatni władca XXII Dynastii z Bubastis w Egipcie, wciąż jednak snuł mocarstwowe plany opanowania Palestyny, a bramą do tego celu miała być Gaza. Filistyński król tego miasta Hanon największe zagrożenie (wbrew innym królom miast-państw Filistei) upatrywał właśnie w Asyrii, a nie w Egipcie i starał się o wsparcie faraona Osorkona w kolejnej próbie buntu przeciwko władcom Assuru. Klęska roku 720, podczas której generał Sibu "uciekał samotnie, niczym pasterz, któremu odebrano stada", niczego go nie nauczyła, pragnął więc powtórki z rozrywki. W 716 r. p.n.e. Osorkon IV osobiście przybył wesprzeć Gazę przeciwko Asyrii. Doszło do bitwy pod Rapichu, która zakończyła się sromotną klęską Egipcjan (według relacji asyryjskiej egipski król haniebnie uciekł, pozostawiając na placu boju władcę Gazy na niewolę, tortury i śmierć). Król Hanon wyjątkowo (po raz drugi już) został oszczędzony przez Sargona i zmuszony jedynie do płacenia daniny.
Czyżby odtąd zakończył się w Syrii i Palestynie okres buntów i zamieszek? Otóż nie! Ale wkrótce potem (715 r. p.n.e.) zmarł (panujący od szesnastu lat) król Judy Achaz. Opuszczony tron przejął teraz po nim jego syn Ezechiasz, który od razu odnowił zależność lenną z Asyrią, wysyłając na dwór Sargona II bogate dary. Po zwycięstwie pod Karkar i Rapichu, po zdobyciu wielu syro-palestyńskich miast (w tym Samarii, co skutkowało likwidacją północnego Królestwa Izraela), każdy władca Judy musiał liczyć się z "Panami z Kalchu". Ezechiasz zdając sobie sprawę z fatalnego położenia swego królestwa, otoczonego od północy potężną Asyrią, od zachodu rosnącą w siłę Filisteą, od wschodu (za Morzem Araby czyli Morzem Słonym) wrogimi Judzie królestwami Moabu i Edomu (również zależnymi od Asyryjczyków), a od południa, poprzez pustynię Negeb z Egiptem. Najpierw potrzebne były zakrojone na szeroką skalę reformy wewnętrzne w Judzie, aby w ogóle można było myśleć o jakiejkolwiek możliwości zrzucenia poddaństwa Asyrii. I takie reformy Ezechiasz zapoczątkował, a wspierał go w tym prorok Izajasz (chociaż był on przeciwny występowaniu przeciwko Asyrii z pomocą Egiptu, jako że zapewne o Egipcjanach miał takie samo zdanie, jakie miał Sargon, a mianowicie: "Oto teraz powierzyłeś się Egiptowi, temu kijowi trzcinowemu nadłamanemu, na którym, gdy się ktoś oprze, wbije się w dłoń jego i ją przebije. Takim jest faraon, król Egiptu, dla wszystkich którzy na nim polegają" Czwarta Księga Królewska XVIII. 21). Ale Ezechiasz przez pierwsze lata swego panowania nie myślał jeszcze o sojuszu z Egiptem i wystąpieniu przeciwko Asyrii - jeszcze. Sytuacja w Syro-Palestynie została (przynajmniej na razie) uspokojona. Bunty stłumiono, a autorytet władców z Kalchu nie ucierpiał. Problem jednak stanowiły krainy wschodnie, szczególnie Babilonia, którą wciąż władał chaldejski uzurpator - Mardukpaliddina. Poza tym niebezpiecznie robiło się też na Północy, w kraju Urartyjczyków, leżącym nad jeziorem Van. W roku 716 p.n.e. zmarł Humbannikasz - władca Elamu, który pobił Asyryjczyków pod Der. Tron objął teraz jego siostrzeniec - Szutruknahhunte, ale wydawało się że nie jest to władca, który może zagrozić Asyryjczykom w ponownym opanowaniu Babilonu, należało więc najpierw spacyfikować Północ. Król Urartu - Rusa I syn i następca Sardura Wielkiego), od dawna już klecił sojusz militarny z trzema plemionami medyjskimi, mającymi zagrozić Asyrii od północy i od północnego-wschodu. Sojusz ten był dodatkowo wzmocniony układamy handlowymi, gdyż karawany idące z ziem Elamu (czyli dzisiejszego Iranu), biegły właśnie wzdłuż wokół jeziora Urmia, a dalej do Tuszpy nad jeziorem Van (czyli do kraju Urartu), następnie zaś prosto do Trapezuntu (założonego wedle przekazu antycznych w roku 757 p.n.e.) a potem dalej do Grecji (a nawet co ciekawe wyroby urartyjskie znaleziono nawet w Italii, w kraju Etrusków). Sojusz ten miał więc umocnić się z chwilą zniszczenia państwa asyryjskiego.
Sargon II pragnął uszczknąć dla siebie również część z tego intratnego handlu karawanowego (który prawdopodobnie biegł również do Chin, choć to wydaje się mało prawdopodobne) i postanowił ostatecznie rozprawić się z Urartu. Na drodze do kraju króla Rusy, między jeziorem Urmia na północnym-zachodzie, a plemionami Medów na południowym wschodzie, leżała kraina Minni (Mannejczyków), lenników Asyrii. Z początkiem roku 721 p.n.e. w kraju tym wybuchły zamieszki (podsycane zresztą przez króla Rusę), a mające na celu wyrwanie się spod wpływów Sargona i przejście pod "opiekę" Urartu. Sargon jednak interweniował szybko i stłumił tamtejszą rebelię. Dwa lata później (719 r. p.n.e.) Rusa już otwarcie wkroczył zbrojnie do Minni, ale Sargon ponownie zareagował i wyparł stamtąd urartyjskie wojska, mianując władcą kraju Mannejczyków niejakiego Ullusunu. W 717 r. p.n.e. Rusa ponownie wkroczył do tego kraju, wyparł zeń Ullusunu i ogłosił się władcą kraju Mannejczyków, ale wkrótce potem Sargon ponownie odzyskał ten kraj i znów zainstalował tam Ullusunu. Ciągłe walki nadgraniczne o kraj Manni spowodowały, że w Kalchu ostatecznie zapadła decyzja o ostatecznym rozwiązaniu kwestii urartyjskiej, czyli po prostu likwidacji tego państwa. Sargon rozumował w ten sposób, jeżeli upadnie kraj Ararat (czyli właśnie Urartu), cały handel idący do Iranu (i dalej?) będzie teraz przechodził przez Asyrię, co spowoduje że to właśnie kupcy asyryjscy będą się bogacić na towarach wysyłanych na Morze Czarne. Nie wziął on jednak pod uwagę pewnego ważnego aspektu, a mianowicie likwidacja Urartu doprowadziłaby do otwarcia drogi dla plemion idących z Kaukazu, które nie napotykając teraz żadnej bariery (a taką był kraj Ararat), atakowali by Asyryjczyków od północy (i tak też się później stanie). Cóż względy handlowe i tzw. "bieżączka" zwyciężyły, Sargon uznał że Urartu stanowi zagrożenie i należy je usunąć. Przygotowując tę inwazję władca z Kalchu wysłał na północ swych informatorów (również kupców), którzy słali raporty jak najlepiej zaatakować Tuszpę, oraz kiedy i gdzie uderzyć. Latem 714 r. p.n.e. wielka machina ruszyła (relacja z tej wyprawy jestem dosyć dobrze znana, ze względu na spisanie jej na inskrypcji dziękczynnej do boga Assura). Otóż targon najpierw wkroczył do prowincji Zamua, skąd pomaszerował do Minni, aby połączyć się ze swym lennikiem Ullusunu. Następnie zaatakował sprzymierzony z Urartu kraj Zikirtu, zdobywając tam główne twierdze i nie napotykając większego oporu (jako że król Zykirtu - Metatti wyruszył ze swą armią aby połączyć się z Rusą i obsadzić przełęcze), a następnie skierował się bezpośrednio na kraj Urartu. Dowiedziawszy się że siły Rusy bronią pewnego przesmyku, postanowił obejść ich z boku, ale trudna kampania w górskich warunkach spowodowała, że jego wojsko zaczęło się buntować. Nie mogę liczyć na większość wojska, Sargon musiał polegać jedynie na swej gwardii przybocznej i wybranych żołnierzach-ochotnikach, dzięki którym obszedł górskie przełęcze (te nie obsadzone) zaszedł wojska urartyjskie od tyłu i wywołał panikę wśród oddziałów Rusy. Teraz do walki wkroczyły główne siły asyryjskie, które zadały klęskę Urartyjczykom i ich sojusznikom.
Część wojsk wyprowadzono z tej rzezi, ale większość rzuciła się do panicznej ucieczki i zginęła (jak nie od miecza, to z głodu, lub spadła w przepaść na przełęczach górskich). Król Rusa opuścił swą stolicę i schronił się w górach na północy, gdzie zmarł (jak twierdzą niektórzy historycy) ze zgryzoty za utratą swej armii, jeszcze w tym samym 714 r. p.n.e.). Sargon jednak nie odważył się zaatakować dobrze bronionej, górskiej stolicy Urartyjczyków - Tuszpy i ruszył na północ, wszędzie zdobywając pokłon i uznanie lokalnych książąt (jedynie niejaki Urzanu, władający urartyjskim miastem-państwem Musasir, leżącym na Zachodzie, wśród gór i gęstych lasów, odmówił uznania Sargona za swego suzerena). Po odmowie poddania się księcia miasta Musasir (notabene było to święte miasto Urartyjczyków, centrum ich narodowego Boga Chaldi), postanowił dać nauczkę Urzanu, chodź zdawał sobie jednocześnie sprawę że jego wojsko jest wymęczone trudną górską kampanią, a poza tym takie wojsko szybko zostałoby wykryte i miasto przygotowałoby się do obrony. Posłał więc główną swą armię do kraju, natomiast sam (z zaledwie 1 000 jeźdźców) ruszył na Musasir. Urzanu w ogóle nie spodziewał się ataku, całkowicie ufając zarówno w zapory terenowe (góry i lasy), jak i w zmęczenie Asyryjczyków. Mało tego, w tym właśnie czasie trwało święto religijne ku czci Chaldi, w którym ów bóg powoływał nowego władcę (zapewne miał nim być właśnie Urzanu). Całe miasto brało więc udział w uroczystości religijnej i nie zajmowano się ochroną murów, co spowodowało że Sargon praktycznie bez oporu wjechał do miasta, bardzo szybko jego jeźdźcy poradzili sobie z tamtejszym wojskiem i tym samym Sargon II stał się panem Musasir (a także boga Chaldi i jego boskiej małżonki). Mieszkańcy zostali deportowani jako niewolnicy do Kalchu, tam też wywieziono skrzynie pełne drogocennych metali i wyrobów z brązu. Tym samym rok 714 p.n.e. był rokiem katastrofy dla Urartyjczyków, państwo praktycznie przestało funkcjonować, administracja rozpadła się, wojska nie było, króla nie było, były tylko poszczególne miasta (takie jak Tuszpa) które nie zostały zajęte, ale większość z nich i tak musiała uznać zwierzchność Sargona. Tym samym król ten uzyskał wszystko to, co sobie zaplanował przed ową kampanią. Sukces był więc ogromny, zdobyto nie tylko setki tysięcy niewolników, ale różne skarby, dzieła wykonane przez urartyjskich rzemieślników (bardzo cenione zarówno w Elamie, jak i na ziemiach Anatolii) a sargon tym samym zdobył sobie również przydomek "Wielki" (choć raczej nie jest on używany, aby nie mylić go z innym Sargonem, władcą Akadu, który też nosił ten przydomek).
Mając teraz taką wiedzę i świadomość asyryjskich zwycięstw, doprawdy nie wiadomo co podkusiło króla Judy Ezechiasza, aby zacząć organizować anty-asyryjską koalicję, która wybuchła z pełną mocą w roku 712 p.n.e. Co prawda to nie Ezechiasz był głównym autorem owej koalicji, gdyż był nim Azuri - władca miasta Aszdod w Filistei, który prócz Judy wciągnął do tej koalicji również Moab i Edom, zapewniwszy sobie również wsparcie Egiptu. Ale jak doszło co do czego i Sargon II z całą swą armią ruszył na Aszdod, zdobył je, a króla Azeriego wbił na pal na miejskim rynku, wszystkie kraje owej koalicji (w tym Juda) natychmiast ukorzyły się przed Sargonem wysyłając mu dary, niewolników i przysięgi wierność. Egipt zaś nie zareagował, nie wysłał wsparcia, tym bardziej że król Osorkon IV zmarł właśnie w tymże 712 roku p.n.e. (a w tym czasie trwał już nubijski podbój Egiptu, którzy położyli kres libijskiemu rozbiciu dzielnicowemu - do czego jeszcze zapewne powrócę w kolejnych tematach. W każdym razie może gdzieś zrobię przerwę w tych wschodnich klimatach i przyniosę się na Zachód, do Italii, aby podjąć się zagadnienia skąd w ogóle wzięła się tam cywilizacja etruska i dlaczego miała ona wiele wspólnego ze Słowianami). Prorok Izajasz przestrzegał od tej pory króla Ezechiasza, aby nigdy nie wierzył już w żadne sojusze z Egiptem i zaklinał go, by z tym krajem nie zawierał przymierzy, bo to nie tylko dla niego samego, ale dla całego ludu Judy skończy się tragicznie, gdyż Asyryjczycy są "biczem Bożym" w rękach Jahwe (według Izajasza) i dopóki Naród Wybrany nie wróci do przykazań mojżeszowych, dopóty będzie w ten sposób karany, a jeśli się nie opamięta, to wówczas zginie. Ezechiasz na razie wziął sobie te rady do serca (lecz wkrótce ponownie je złamie, co właśnie zakończy się katastrofą dla Judy) i rozpoczął wielkie prace budowlane w samej Jerozolimie (zbudował np. tunel prowadzący od źródła Gihon do sadzawki Siloe, aby zapewnić stolicy wodę nawet na wypadek długiego oblężenia). Na południu przesunął granicę aż po samą pustynię Negew, budując tam liczne forty i umacniając te już istniejące. Zapełnił magazyny zbożem, winem, oliwą oraz wprowadził tam zwierzęta hodowlane, które miały stać się pokarmem dla walczących w przypadku wojny (uczynił też pewne prace w Świątyni Jerozolimskiej). Oczywiście idąc za radami Izajasza nie zamierzał Ezechiasza buntować się przeciwko Asyryjczykom, gdyż prorok twierdził że "Naród Boży" ulegający pokusom i nie proszący Jahwe o przebaczenie (Izajasz uczynił z przebaczenia bardzo ważną część swych nauk moralnych i religijnych) zdany będzie na zagładę. Natomiast Sargon uznał że po tych wszystkich zwycięstwach odniesionych na Zachodzie i Północy, przyszedł czas na ostateczną rozprawę z Babilończykami i Elamitami (Irańczykami) tym bardziej że prosili go o to liczni kupcy z Babilonu, których interes podupadł w czasie gdy królem tego miasta został Chaldejczyk o imieniu Mardukpaliddina i tęsknym okiem wypatrywali asyryjskiej odsieczy, co równałoby się zmiany ich ekonomicznego położenia.
CZYLI SENTENCJE I AFORYZMY OD STAROŻYTNOŚCI PO WSPÓŁCZESNOŚĆ
Dziś aforyzmy wygłaszane przez... byłych niewolników
EPIKTET
Urodził się ok. 50 roku naszej ery we Frygii, w mieście Hierapolis (należącym wówczas do rzymskiej prowincji Azji), jako syn niewolników i sam los ten odziedziczył. Został następnie kupiony przez Epafrodyta (sekretarza i wyzwoleńca cesarza Nerona), a imię "Epiktet" ("epiktetos") oznaczało właśnie "kupiony". Został wyzwolony wkrótce po śmierci Nerona w roku 68. Będąc jeszcze niewolnikiem (za zgodą swego pana) zgłębiał filozofię stoicką u Muzoniusza Rufusa. Potem przebywał i nauczał w Rzymie aż do roku 93 (notabene, w tymże roku Domicjanowi został przedstawiony Apoloniusz z Tyany - bohater innej serii tematycznej którą rozpocząłem, a którego ja sam zwę kimś w rodzaju pogańskiego Chrystusa. Wcześniej Apoloniusz przebywał już w Rzymie u cesarzy Wespazjana i Tytusa, natomiast w roku 93 miał on prawie lat 90, więc był już starcem), w którym to cesarz Domicjan wygnał wszystkich filozofów z Italii, wówczas Epiktet przeniósł się do Nikopolu w Epirze, gdzie również nauczał wielu uczniów. Jednym z nich był późniejszy historyk Arian, który dzięki swym zapiskom (pisanym na bieżąco z wykładów Epikteta), wydał następnie dwie księgi. Pierwszą były "Rozmowy", a drugą "Podręcznik moralności" dzięki którym wiemy czego nauczał Epiktet, a dzieła te wywarły silny wpływ na filozofię Marka Aureliusza - bohatera poprzedniej części tej serii. Filozofia Epikteta skupiała się głównie na moralności, chociaż on sam nie odrzucał ani logiki, ani też innych aspektów filozofii. Zmarł ok. roku 135 p.n.e. w czasie gdy Rzym przeżywał swój najwspanialszy okres, gdy kultura grecko-rzymska była uważana za jedyną ostoję przed barbarzyństwem, a cywilizacja rzymska wydawała się być nieśmiertelną.
"Droga do szczęścia jest tylko jedna, przestać zamartwiać się rzeczami, na które nie mamy wpływu"
"Jeśli chcesz być dobrym człowiekiem, musisz sam uważać się za złego"
"Jeśli chcesz żeby ludzie mówili o tobie dobre rzeczy, sam nie mów źle o innych"
"Opanuj swoje pasje - albo one opanują Ciebie"
"Natura dała ludziom jeden język i dwoje uszu, abyśmy częściej słuchali innych, niż sami mówili"
"Los jest mrocznym więzieniem dla ciała i złem dla duszy. Kto jest wolny w ciele, a nie w duszy, jest niewolnikiem, a ten, kto jest związany fizycznie, a wolny duchowo, jest naprawdę wolny"
"Nie ma nikogo, kto kochając pieniądze, przyjemności i sławę, kocha jednocześnie ludzi. Kocha ich jedynie ten, kto kocha cnotę"
"Jeśli zostaniemy zaproszeni na obiad, jemy to, co nam podają. Tymczasem w życiu żądamy od bogów tego, czego nie mogą nam dać, a poza tym wciąż żądając od nich tego, nie dostrzegamy że i tak już wiele nam dali"
"Ludzie którzy są dumni z tego, co nie jest w naszej mocy, są zabawni. Jeden mówi: "Jestem lepszy od ciebie, mam dużo ziemi, a ty umierasz z głodu". "Jestem byłem konsulem" - mówi drugi. "Jestem prokuratorem" - usłyszysz od trzeciego. "Mam kręcone włosy" - mówi czwarta. Tymczasem koń nie powie do konia: "Jestem lepszy od ciebie, bo mam dużo paszy, mnóstwo owsa, moja uzda jest ze złotym nacięciem, moja derka jest kolorowa", tylko: "Jestem lepszy od ciebie, bo jestem szybszy". Ogólnie rzecz biorąc każde zwierzę jest lepsze lub gorsze wyłącznie według swoich zalet lub wad. Czy naprawdę tylko ludzie nie cenią wartości moralnych? Czy naprawdę powinniśmy zwracać uwagę tylko na ubiór, włosy i pochodzenie?"
"Zadaj sobie pytanie czego chcesz: bogactwa czy szczęścia? Jeśli jest bogactwo, wiedz, że nie jest ono ani dobre, ani nie jest w twoich rękach. Jeśli szczęście istnieje, upewnij się, że jest ono dobre i jest twojej mocy, gdyż los daje nam okazję na bycie szczęśliwym tylko przez chwilę, lecz to od nas samych zależy jak długo ta chwila potrwa"
"Jeśli zobaczysz żmiję, jadowitego węża lub skorpiona w pudełku z biżuterią z kości słoniowej lub złota, nie będziesz ich kochał i nie będziesz chciał ich mieć, a zaczniesz na nie patrzeć z obrzydzeniem, jak na jadowite zwierzęta. Tak więc, gdy spotykasz bogatych ludzi, hojnie obdarzonych przez los, ale okrutnych i złośliwych, nie raduj się ich pięknym wyglądem, ale gardź nimi za ich wady"
"Kiedy jesteś na kolacji pamiętaj, leczysz dwóch gości - ciało i duszę. To, co dasz swojemu ciału, wkrótce stracisz, ale to, co dasz swojej duszy, pozostanie z Tobą na zawsze"
"Spójrz na osobę, z którą rozmawiasz z trzech punktów widzenia. Uważaj ją albo za lepszą od siebie pod względem rozwoju umysłowego, albo za gorszą, lub równą tobie. Jeśli jest mądrzejsza, słuchaj jej i bądź posłuszny; jeśli jest głupsza, sam jej doradź; a jeśli dorównuje ci inteligencją, zgódź się z nią. Mając to na uwadze, nigdy nie przyzwyczaisz się do kłótni"
Prawda zwycięża sama, opinia zwycięża dzięki innym, zatem lepiej zgodzić się z prawdą i porzucić fałszywą opinię, niż zgodziwszy się z fałszywą opinią, dać się pokonać prawdzie"
"Lepiej żyć z jedną osobą o wysokiej duszy, być spokojnym i niezależnym, niż prowadzić nędzne życie w towarzystwie wielu"
"Czego nie życzysz sobie, nie życz innym. Jeśli nie pragniesz być niewolnikiem, nie zamieniaj też i innych w niewolę. A skoro nie możesz obejść się bez usług niewolników, to sam też jesteś niewolnikiem"
"Kiedy zapytano właściciela statku Lampidasa, jak to jest zdobyć bogactwo, odpowiedział: "Wielkie bogactwo jest łatwe, ale małe pieniądze są trudne do zdobycia"
"Kiedy Pittakus zapytał milczącego przy stole Solona dlaczego się nie odzywa - czy to dlatego, że nie znalazł tematu do rozmowy, czy też z głupoty. Otrzymał odpowiedź: "Żaden głupiec nie może milczeć przy stole"
"Nie dekoruj ścian swego domu marmurem eubejskim czy spartańskim - udekoruj serca swych współobywateli i ich władców owocami greckiego oświecenia. Bowiem to nie kamienie i drewno stanowią fundament państwa, lecz umysły jego obywateli"
"Aby Słońce wzeszło, nie potrzeba do tego ani modlitw ani zaklęć. Nie oczekuj więc że oklaski i pochwały okażą się dobre, abyś czynił dobre uczynki. Czyń dobre uczynki dobrowolnie i bez inspiracji, a będziesz kochany jak słońce"
"Podobnie jak statek nie stoi sam na kotwicy, tak i życie nie opiera się jedynie na nadziei"
"Lepsza jest śmierć, niż haniebne życie"
"Pyrron powiedział że nie ma różnicy pomiędzy życiem a śmiercią, a zapytany dlaczego nie chciał umrzeć, odpowiedział: "Ponieważ życie i śmierć to to samo"
"Czego nie należy robić, tego nie rób nawet w myślach"
"Unikaj przyjaźni złych ludzi i wrogości dobrych ludzi. W chwili nieszczęścia poznasz przyjaciela, a wroga zdemaskujesz"
"Czy mądrym jest ten, kto rozmawia z wieloma filozofami? A czy bogatym staje się ten, kto przystaje z bogaczami?
"Szczęście, podobnie jak jesienne owoce należy zbierać na czas"
EZOP
Starożytny grecki bajkopisarz, ojciec gatunku baśniowego. Bez niego nie byłoby ani bajek la Fontaine, ani Krasickiego. Jego twórczość została rozpropagowana (i zyskała ogromną sławę) dzięki rzymskiemu bajkopisarzowi Fedrusowi. Ezop żył w VI wieku p.n.e. na Samos i również był niewolnikiem a potem wyzwoleńcem. Fizycznie był po prostu brzydki, jego twarz pokrywała liczne blizny, a na plecach nosił sporej wielkości garb, jednak miał w sobie dar opowiadania najróżniejszych historii i gdy tylko wchodził do karczem, ludzie gromadzili się wokół niego, aby posłuchać kolejnej opowieści. Ezop należał do Ksantosa - filozofa z Samos, ale wielokrotnie pozwalał sobie na kąśliwe uwagi wobec swego pana, jego małżonki i wielu innych osób, wcześniej jednak był niewolnikiem we Frygii (gdzie też narodził się poprzedni nasz bohater Epiktet). Jego poprzedni pan wysyłał go do ciężkich prac rolnych, a ten, który nadzorował niewolników pracujących na roli, widząc kalectwo Ezopa naśmiewał się z niego i często zlecał mu najgorsze prace. Ezop w milczeniu znosił swój los, aż pewnego razu w tamte rejony zapuściło się dwóch zdrożonych kapłanów bogini Artemidy z Efezu. Ten poczęstował ich chlebem i dał im wody, za co mu podziękowali, gdyż od wielu dni byli w drodze i nic nie jedli, a żegnając się poprosili Artemidę aby dała Ezopowi szczęście. Mijały dni, a Ezop wciąż znosił swój ciężki los niewolnika na roli, widząc jak karbowy traktuje resztę niewolników. Pewnego dnia jednak, gdy tamten pobił innego niewolnika, Ezop powiedział że poskarży się panu, iż odbierając siły i zdrowie temu niewolnikowi, jednocześnie umniejsza dochody swego właściciela. Karbowy się przeraził i pierwszy doniósł właścicielowi aby czym prędzej sprzedał Ezopa, choćby nawet za połowę ceny. Właściciel wyraził na to zgodę i kazał karbowemu aby sprzedał go handlarzowi niewolników na rynku. Handlarz niewolników nie widział sensu kupować niepełnosprawnego niewolnika, ale ostatecznie karbowy przekonał go i za jedynie 3 obole Ezop zmienił właściciela. Handlarz niewolników wystawił go na rynku wraz z innymi, których również zamierzał sprzedać z zyskiem.
Zjawił się tam filozof Ksantos i podchodząc do jednego z młodzieńców (którzy stali obok Ezopa), zapytał go: "Co umiesz robić?". "Wszystko!" - odparł młodzieniec. Podszedł teraz do Ezopa i zadał mu to samo pytanie, na co ten odrzekł: "Nic!" Zdziwiony Ksantos zapytał: "Jak to nic?", na co Ezop odparł, wskazując na młodzieńca: "Ten oto odebrał mi wszystko, dlatego mnie już nic nie zostało". Ksantosowi spodobała się ta wypowiedź i nabył Ezopa za 60 oboli, ale w drodze do domu zapytał go: "Co ja właściwie z ciebie będę miał?", "stracha na wróble" - odparł Ezop. Ksantos miał żonę, która była niezwykle wykwintną, lecz zjadliwą kobietą i co chwila odgrażała się swemu mężowi że rozwiedzie się z nim i zabierze posag który wniosła do tego małżeństwa. Ezopa również powitała bardzo nieprzyjemnie, dlatego też postanowił ją ukarać. Przyszedł jednak czas że Ksantos postanowił opuścić Frygię i przenieść się do ojczyzny swej żony - do Jonii. Niewolnicy oczywiście musieli zająć się przenoszeniem dobytku, a Ezop jako nowo nabyty, miał prawo wyboru tego, co chce nieść. Wszyscy sądzili że wybierze najlżejszy pakunek, ale on sięgnął po kosz z owocami, który był dosyć ciężki. Inni niewolnicy śmiali się z niego i nazywali go głupcem, ale Ksantos stwierdził że Ezop nie jest głupcem, tylko jest gorliwym niewolnikiem i polecił reszcie aby brali z niego przykład. Ezop jednak nie był ani głupcem, ani gorliwcem, po prostu inteligentnie podszedł do sprawy. Wziął ze sobą kosz pełen owoców, zdając sobie sprawę, że owocy z tego kosza będzie ubywać wraz z podróżą i tak też się stało, ostatecznie więc niósł pusty kosz, śmiejąc się teraz z reszty niewolników. Na Samos żyło się Ezopowi wygodnie i dobrze, a czas upływał mu od przyjęcia do przyjęcia, gdyż Ksantos i jego żona często gościli u siebie znajomych i przyjaciół. Pewnego razu gdy goście zostawili pełny gościniec (czyli po prostu podarki dla pana domu), Ksantos polecił Ezopowi aby zaniósł gościniec jego małżonce, dodając "Oddaj to mojej najwierniejszej". Ezop uznał że oto przyszedł czas zemsty na zrzędliwej żonie Ksantosa i przynosząc podarunki rzekł: "Pani, twój mąż polecił mi oddać te dary jego najwierniejszej", po czym wysypał je przed leżącą u stóp kobiety suką. Żona Ksantosa obraziła się i stwierdziła że wraca do domu rodziców. Kazała też małżonkowi przygotować swój posag, a ten przerażony (gdyż nie dysponował takimi pieniędzmi) skarcił Ezopa że nie uczynił tak, jak mu przykazał. Ezop odparł jednak, że zrobił dokładnie to, jak co polecił mu Ksantos, dodając że jego małżonka nie jest jego najwierniejszą, skoro przy każdej błahostce grozi że go zostawi i odbierze swój posag. Ksantos jednak wciąż był zły, gdyż jego małżonka rzeczywiście się wyprowadziła i polecił on Ezopowi aby sprowadził ją teraz z powrotem. Ten odrzekł: "Jutro twoja żona wróci do ciebie!", a nazajutrz udał się na rynek, gdzie zakupił ryb, owoców i mięsiwa i z tym wszystkim przechodził koło domu rodziców kobiety. Na ich zapytanie po co niesie owe smakołyki, odparł: "Mój pan urządza wesele". Gdy usłyszała to żona Ksantosa, natychmiast pobiegła do jego domu, żądając wyjaśnienia dla kogo organizuje to wesele. "Dla ciebie kochanie" - odparł Ksantos. Potem odprawiono uroczystą ucztę z okazji powrotu żony Ksantosa do domu, a Ezop również wziął w niej udział. Stosunek małżonki znacznie też się zmienił, gdy zobaczyła jak bardzo zależy Ksantosowi na niej, a ten uradowany obiecał Ezopowi wolność, ale szybko o tym zapomniał.
Niedługo potem wydarzyło się pewne zjawisko, które bardzo zaniepokoiło obywateli Samos, a mianowicie orzeł porwał pieczęć państwową, a następnie wypuścił ją ze swych szponów i spadła ona pod nogi niewolnika. Nikt nie wiedział co ta wróżba miałaby znaczyć, posłano więc po Ksantosa, który jako filozof i mędrzec powinien odgadnąć co bogowie chcieli przekazać tym aktem. Ten jednak stwierdził że już dawno przestał zajmować się wrożbiarstwem, ale ma u siebie w domu niewolnika, który potrafi przewidzieć zamiary bogów i kazał posłać właśnie po Ezopa. Ten odrzekł że wyjaśni wszystkim tu zebranym sens owej przepowiedni, pod jednym wszakże warunkiem - pragnie wolności, gdyż, jak stwierdził, nie może być tak, aby nie wolnik był mądrzejszy od swego pana. Ksantos jednak nie chciał wyzwolić Ezopa, choć potęgowały się do koła głosy "wyzwól go!" i dopiero gdy prytan (najwyższy urzędnik publiczny na Samos) zagroził że sam wyzwoli Ezopa mocą państwa, Ksantos wreszcie zgodził się i obdarzył wolnością swego niewolnika. Teraz, będąc już jednym z obywateli Samos, Ezop stwierdził że orzeł jest symbolem króla, gdyż królowie noszą właśnie wizerunek orła na swych sztandarach. "Współobywatele! Potężny wschodni król zawładnie naszą wolnością obywatelską i popadniemy w niewolę" - rzekł Ezop do zgromadzonych. Jakiś czas potem na Samos przybyli posłowie od króla Lidii - Krezusa, z żądaniem "aby wzorem mieszkańców Miletu, sąsiadów waszych" również Samos płaciła mu daninę, w przeciwnym razie niech wyspiarze gotują się na wojnę z nim. Prytan znów zebrał obywateli i nie wiedząc co czynić, zapytano Ezopa, czy lepsza jest droga wolności - grożąca wojną, czy droga niewoli - ale gwarantująca bezpieczeństwo. Ten odrzekł: "Współobywatele! Ja sam byłem niewolnikiem i powiem wam, że droga wolności uciążliwsza jest z razu i stroma, ale im dalej, tym lżejsza się okazuje. Droga niewoli przeciwnie z początku bywa gładka i przyjemna, ale im dalej tym ciernista i cięższa się okazuje" (to prawda, tak samo było w czasie zaborów. Początkowo było wszystko ładnie, pięknie i choć oczywiście zaborcy już od początku wprowadzali swoje własne prawa w rozdartej na trzy części Rzeczpospolitej, to jednak nie było wynaradawiania, nie było germanizowania na siłę czy rusyfikacji - to wszystko pojawiło się dopiero z czasem, w kolejnych latach i dekadach, aż ostatecznie w tak zwanym "Priwislinije" nie wolno było nawet na ulicy mówić po polsku. Podobnie było w zaborze pruskim, gdzie język polski był skrupulatnie rugowany z wszelkich miejsc i urzędów. A droga wolności? No cóż, Wojna o Niepodległość, Wojna z bolszewikami, ciężkie przyprawy - prawda, mnóstwo krwi i trudów, ale udało się! Odzyskaliśmy Niepodległą, mieliśmy naszego Orła Białego i nasze dzieci nie musiały uczyć się w szkole parszywej mowy rosyjskiej czy niemieckiej na siłę, mogliśmy żyć tak, jak nam się podobało i budować naszą siłą i potęgę tak, jak na to zasługiwaliśmy. Czyli ta chwila trudu była balsamem dla przyszłych pokoleń).
Tak więc mieszkańcy Samos postanowili się bronić, a Ezop jeszcze wielokrotnie udzielał im rady. Zawsze jednak czynił to nie bezpośrednio, tylko w postaci jakiejś bajki lub przepowiedni. Gdy król Krezus dowiedział się że na Samos obywateli podburzył niejaki Ezop, wysłał ponownie swych posłów na wyspę, z propozycją iż znacznie obniży im daninę, jeśli tylko wydadzą mu Ezopa. Mieszkańcy zebrali się więc na naradę i wiele było takich głosów, aby wydać Ezopa by ocalić pokój i jednocześnie nie narazić się na niewolę. Ezop wówczas rzekł do nich: "Niegdyś wilki toczyły wojnę z owcami. Owce wiele wycierpiały na tej wojnie, ale toczyły ją z powodzeniem, gdyż pomagały im psy -owczarki, które bacznie śledziły wilki i nie dopuszczały ich do owiec. Wtedy wilki zaoferowały owcom pokój, pod warunkiem że wydadzą im owczarki. Owce w swej głupocie wydały wilkom owczarki, a te je rozszarpały. Następnie wydały owcom kolejną wojnę i ci nie mając już obrońców, również ulegli wilkom i skończyli jako ich obiad". Obywatele Samos postanowili że nie wydadzą Ezopa Lidyjczykom, ale ten (aby nie prowokować króla i nie zachęcać go do wojennych planów) postanowił sam z własnej woli udać się do Sardes. Gdy przybył na dwór Krezusa, ten zamierzał go skazać na śmierć, ale wcześniej Ezop uprosił króla, by ten pozwolił mu opowiedzieć jedną bajkę. Ezop rzekł więc: "Rolnik zbierał szarańczę, która oblepiła jego pole i zamierzał wrzucić ją w ogień. Wtem, z roju szarańczy dobył się głos konika polnego - "Ulituj się człowieku, ja kłosom nie sprawiam szkody, ja żyję rosą niebieską i rozweselam swą pieśnią przechodniów podczas letniego upału". Rolnik postanowił oszczędzić konika polnego i od tej pory miał codzienny koncert pod swymi oknami, gdyż konik polny w ten sposób odwdzięczał się swemu dobroczyńcy. Krezus - słysząc tę opowiastkę - również postanowił darować życie Ezopowi, twierdząc że los obdarzając go tak szpetnym obliczem, już wystarczająco go ukarał. Powiedział nawet że Ezopa nagrodzi i ten miał prawo do jednego życzenia. Ezop upadł przed królem na kolana i poprosił go o pokój dla Samos. Krezus się zgodził, a Ezop wrócił na wyspę, informując obywateli że nie grozi im już ani wojna ani niewola ze strony Lidyjczyków. "Wy obdarzyliście mnie wolnością, więc i ja przynoszę wam wolność" - miał rzec Ezop. Obywatele ogłosili Ezopa swym wybawicielem i przyznali mu najróżniejsze zaszczyty, ale ten ich nie przyjął. Podziękował wszystkim i wyruszył w podróż po Helladzie, Tracji, Egipcie, Babilonii i kilku innych krajach - ale to już jest opowieść na zupełnie inny temat. Warto tutaj tylko jeszcze nadmienić, że Ezop zginął będąc zrzuconym z urwiska (być może kiedyś jeszcze o tym opowiem). A wracając do sentencji tego oto człowieka, to brzmiały one następująco:
"Nie wstydź się zdobywać wiedzy nawet będąc starym. Lepiej bowiem uczyć się późno niż wcale"
"Osła można rozpoznać nawet w skórze lwa po jego krzyku"
"Prawdziwego przyjaciela poznaje się w nieszczęściu"
"Jeśli ktoś ma szczęście, nie zazdrość mu, ale raduj się razem z nim, a jego szczęście będzie twoje"
HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW OD MEHMEDA II ZDOBYWCY DO ABDUL HAMIDA II
SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO
Cz. XXXV
ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI
ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XIX
GDZIE TRZECH SIĘ BIJE... - CZYLI WOJNA NA ZACHODZIE
Cz. IV
Do Nowego Roku 1544 r. cesarz Karol V zdobył już (na północnym odcinku frontu) francuskie twierdze: Saint-Dizier, Épernay Château-Tierry, a lekka kawaleria cesarska znalazła się na przedmieściach Meaux, nieopodal Paryża. Oczywiście celem tej kampanii było zdobycie stolicy Francji i tego właśnie pragnął cesarz, Karol, ale ze względu na nadejście zimy, kampania na razie utknęła w martwym punkcie. Jednak armii cesarskiej (liczącej 40 000 żołnierzy, z czego Hiszpanów było tam jakieś 7 000), zaczęło poważnie brakować prowiantu, a przede wszystkim cesarzowi ogromnie brakowało pieniędzy. Wiosną 1544 r. (zgodnie z traktatem hiszpańsko-angielskim z 31 grudnia 1543 r.) połączone armie cesarska i angielska miały ruszyć na Paryż. Jednak wcześniej zarówno cesarz musiał złagodzić wzburzone nastroje w swojej armii, jak również król Henryk VIII musiał najpierw rozprawić się ze Szkocją, która planowała uderzenie na Anglię w chwili, gdy ten przeprawi się przez Kanał La Manche do Francji. Od 22 czerwca 1543 r. Anglia była w stanie wojny z Hiszpanią, zaś od 20 grudnia również ze Szkocją i teraz znalazła się jakby w potrzasku. Zastój na froncie północnym (jak również włoskim w Piemoncie, oraz pirenejskim) spowodował że Francuzi zaczęli gromadzić swoją armię na wybrzeżu Kanału La Manche, tak jakby szykując się do inwazji na Anglię. Papież Paweł III od dawna namawiał króla Franciszka do inwazji na heretycką Anglię, ale król Franciszek realnie nie zamierzał przeprowadzać inwazji, tym bardziej że nie był do tego przygotowany, jak również obawiał się ataku cesarza z północnego-zachodu na Paryż.
Mimo to świadomość inwazji francuskiej na Wyspę podziałała niezwykle mobilizująco na Anglików. Każdy angielski szlachcic miał za zadanie zmobilizować w danym hrabstwie określoną liczbę ludzi pod broń, ale z tym nie było żadnych kłopotów, gdyż ludzie sami się zgłaszali (mieszkańcy hrabstwa Norfolk wręcz prosili króla: "Najjaśniejszy panie, jeśli Francuzi nadejdą, na miłość boską, postaw nas między nimi a morzem, byśmy każdego mogli zabić, nim zdąży ponownie uciec na swój statek!" - i takie były nastroje w całej Anglii). Ludzie w Anglii chętniej płacą podatki (chociaż te znacznie poszły w górę), a wielu ochotników godzi się walczyć nawet bez żołdu, byle tylko móc zabić Francuza. Co prawda Franciszek w hawrze zgromadził 300 okrętów (ogromna większość z nich to statki transportowe do przewozu żołnierzy i tylko 25 galer wojennych). W Portsmouth Henryk VIII szykuje na powitanie Francuzów 80 okrętów wojennych, a poza tym na morzu jest już 60 okrętów korsarskich, gotowych do atakowania Francuzów gdy tylko ci pojawią się w polu widzenia, oraz połączenia się z flotą królewską jeśli zajdzie taka potrzeba. Cała Europa z zapartym tchem przygląda się przygotowaniom angielskiego Dawida do konfrontacji z francuskim Goliatem, ale atak nie następuje. Tymczasem wiosną 1544 r. król Henryk VIII wysyła swego szwagra Edwarda Seymour'a, hrabiego Hertford z wojskiem do Szkocji, aby spacyfikować ewentualny atak z tej strony. Ten z początkiem maja wkracza do Leith i Edynburga, a następnie pisze w liście do króla, że ten może spokojnie przeprawić się do Francji, gdyż ze strony Szkocji "nic już nam nie grozi".
A tymczasem niepowodzenia francuskie na froncie północnym w wojnie z cesarzem, bez wątpienia miały swoje źródło na królewskim dworze w Paryżu. Jeszcze wówczas nikt o tym nie wiedział, ale wkrótce okazało się, że powodem tych jakże łatwych zwycięstw Karola V była po prostu... zdrada, i to nie byle kogo, bowiem samej głównej metresy króla Franciszka, czyli jasnowłosej piękności Anny de Pisseleu d'Heilly, księżnej d'Étampes. To właśnie ludzie z jej otoczenia dostarczali potajemnie informacje wysłannikom cesarza. Uczyniła to ona z jednego tylko powodu, chęci pogrążenia następcy tronu, delfina Henryka tylko dlatego, że nienawidziła jego kochanki Diany de Poitiers i nie chciała aby tamta triumfowała. Tymczasem na froncie włoskim (11 kwietnia 1544 r.) dowodzący tamtejszą armią francuską - Franciszek de Burbon, pokonał armię hiszpańską dowodzoną przez Alfonsa d'Avalos pod Cérisoles. Zwycięstwo to niewiele jednak zmieniło, gdyż obie armie poniosły w niej znaczne straty i Francuzi nie byli zdolni do ponownego oblężenia Carignano, a poza tym wkrótce potem znaczną część tych sił skierowano na front północny, jeszcze bardziej osłabiając wojska francuskie w Piemoncie. Jednak zwycięstwo pod Cérisoles uświadomiło Francuzom że nie są w stanie pertraktować z cesarzem w kwestii zawarcia pokoju dopóty, dopóki na ich terytorium pozostają Maurowie, czyli turecka flota pod wodzą kapudan paszy Hizir Reisa Barbarossy. Turkom oczywiście w ogóle nie śpieszyło się opuszczać Tulonu (gdzie przebywali), tym bardziej że Francuzi dostarczali im prowiant, zaopatrzenie i wszystko czego potrzebowali, a oni nie musieli nawet walczyć. To wszystko bardzo nadwyrężało królewski skarbiec i Francuzi szukali pretekstu aby jak najszybciej pozbyć się uciążliwego "sojusznika" ze swego kraju, ale jak wspomniałem wyżej, nie było to wcale takie proste.
Najprostszym i najskuteczniejszym więc sposobem na pozbycie się Barbarossy było po prostu... zapłacić mu za to, żeby odpłynął i tak też się stało, wysłannik króla Franciszka I przybył do Tulonu i ofiarował wielkiemu admirałowi tureckiej floty (oraz jego ludziom) 800 000 złotych dukatów, które 34 ludzi ładowało do białych i szkarłatnych sukien przez trzy dni i trzy noce. Dodatkowo Francuzi uwolnili 400 muzułmanów (którzy przebywali jako więźniowie na ich galerach) i 23 maja 1544 r. (po roku czasu) flota Barbarossy opuściła Tulon kierując się do Konstantynopola. Wraz z nimi odpłynął tam również na jednym ze swych pięciu okrętów baron de la Garde, czyli kapitan Polin, aby zdać relację sułtanowi z przeprowadzonej kampanii (chodziło też o to, aby relacja Barbarossa nie była jedyną, jaką wysłucha "wielki Turek"). W ciągu kolejnych miesięcy Turcy spustoszyli takie miejscowości jak Procidę, Ischię, Pozzuoli, Policastro, Lipari, Porto Ercole i Talamone, wszędzie biorąc licznych jeńców (szczególnie młode kobiety, które Barbarossa chciał osobiście wręczyć sułtanowi jako jego osobisty podarunek, aby nieco złagodzić jego gniew za niezbyt udaną kampanię). Gdy flota ta minęła Cieśninę Mesyńską, kapitan Polin uzyskał zgodę Barbarossy na to, aby mógł nieco szybciej popłynąć do Konstantynopola, jeszcze przed dotarciem całej ekspedycji. I tak też się stało, przybył on na dwór sułtana Sulejmana, przedstawił mu swoją wersję wydarzeń, po czym opuścił Konstantynopol nim Barbarossa zdążył tam dopłynąć. Kapudan pasza sądził, że Sulejman będzie z niego niezadowolony, bowiem nie tak miała przebiegać cała kampania przeciwko "hiszpańskiemu Cezarowi", ale jego obawy były bezpodstawne. Sułtan powitał go w Konstantynopolu jak zwycięzcę (Sulejman zresztą był zbyt inteligentny aby zrażać sobie tak dobrego admirała, tym bardziej że zdawał sobie sprawę z faktu, że niepowodzenie tej kampanii wynikało w ogromnej mierze z niewywiązania się Franciszka z zawartej wcześniej umowy i nie udzielenia Barbarossie odpowiedniego wsparcia).
A tymczasem 25 maja inny "Lew Północy" Henryk VIII rozpoczął przeprawę przez Kanał La Manche do Francji z armią liczącą prawie 20 000 żołnierzy (przeprawa ta potrwa do 8 czerwca). Wkrótce potem Hiszpanie rozpoczynają kolejny atak na froncie włoskim i w bitwie pod Seravalle (4 czerwca) pokonują Francuzów. Znów rozpoczyna się seria francuskich porażek na frontach, ale aby dobić Franciszka i zdobyć Paryż, cesarz potrzebuje pieniędzy i nieustannie śle listy do swego syna (obecnie regenta królestwa Hiszpanii) don Felipe, aby przysłał kolejne sumy. 17-letni chłopak (który 12 listopada 1543 r. poślubił córkę króla Portugalii Jana III - domę Marię Manuelę) dwoi się i troi aby uzyskać od kortezów Kastylii i Aragonii pieniądze dla ojca, ale poza tym pierwszym królestwem, Aragonia odmawia kolejnych dotacji, motywując to różnymi względami natury wewnętrznej). Swoją drogą w tym mniej więcej czasie (lato 1544), książę Filip urządził turniej rycerski na wyspie, na rzece Pisuerga w pobliżu Valladolid, który o mało co nie kosztował go utratę życia. Mianowicie doń Felipe w pięknej zbroi, wraz ze swymi towarzyszami (również przyodzianymi w rycerskie zbroje), wyruszył na wyspę na małym stateczku, ale nagle okazało się że statek tonie (pod wpływem ich ciężaru). Co prawda wyłowiono wszystkich niedoszłych uczestników turnieju i raz jeszcze próbowano przeprawić się przez rzekę, ale statek ponownie zaczął tonąć i ostatecznie cały turniej odwołano.
Oprócz kwestii związanych z nieustannym pozyskiwaniem pieniędzy na potrzeby wojenne, młody hiszpański regent musiał uporać się również z buntem kolonistów w Nowym Świecie (głównie w Meksyku i w Peru), którzy otwarcie zaprotestowali przeciwko wprowadzonej w Nowej Hiszpanii w 1542 r. polityce zakazującej praktykowania encomiendas (czyli polityki eksploatacji ludności indiańskiej, która miała ideologiczną podbudowę twierdzącą że Indianie są na wpół zwierzętami i nie mają duszy, dlatego też nie przysługują im ludzkie prawa). Zniesienie tej polityki (wraz z dołączoną do "Nowych Praw" encykliką papieską "Sublimus Dei" z 1537 r. głoszącą że Indianie są ludźmi takimi jak Europejczycy i że również mają prawo do wolności i własności) wywołał pierwszy (po zniszczeniu państwa Azteków i zdobyciu Tenochtitlanu przez Hérnana Korteza w sierpniu 1521 r.) bunt ludności hiszpańskiej. W "Nowych Prawach" 1542 r. było zapisane że encomiendas ma zostać zniesione po śmierci tych kolonistów, za życia których został on wydany, ale spotkało się to z takim oporem (w Peru doszło nawet do rozlewu krwi, w Meksyku zaś odbyło się to nieco łagodniej), że w 1545 r. cesarz Karol V musiał uchylić Nowe Prawa. Bunt oczywiście spowodowany był tym, że polityka encomiendas przynosiła ogromne zyski kolonistom hiszpańskim, a cierpienie Indian było nieprawdopodobnie wielkie, traktowano ich wręcz gorzej jak niewolników w starożytnym Rzymie, oddzielano od siebie mężczyzn kobiety i pozwalano im się spotykać tylko w określone dni w roku (aby mogli spłodzić nowych niewolników), większość z nich zaś pracowała w fatalnych warunkach, powodujących bardzo szybką utratę zdrowia i życia. Ale cóż, najłatwiej czerpie się zyski z wyzysku innych (niestety to prawda że ten świat zbudowany został w większości na gównie, a historia naszych cywilizacji, to nie jest historia pracy i bogacenia się własnym wysiłkiem, lecz historia najazdów, rabunków, gwałtów i... ludobójstwa. I to tyczy się praktycznie wszystkich cywilizacji na Ziemi - z drobnymi wyjątkami o których teraz nie ma sensu mówić).
A tymczasem w innej części Europy, pewna część magnatów również dążyła do wypowiedzenia wojny Imperium Osmańskiemu. W styczniu 1544 r. w Piotrkowie zebrał się Sejm. Obradował on w atmosferze grozy przed najazdem osmańskim, podsycanym częściowo przez stronnictwo wojenne, na którego czele stał hetman wielki koronny - Jan Amor Tarnowski. Posłowie od Ferdynanda Habsburga (brata cesarza Karola V, który rezydował w Wiedniu) obiecywali wsparcie Czech, Moraw i Śląska w przypadku podjęcia przez Rzeczpospolitą krucjaty antytureckiej. Stronnictwo królowej Bony Sforzy wystąpiło z projektem zamiany przez Izabelę Jagiellonkę (córkę Zygmunta I i Bony) Siedmiogrodu na księstwa opolskie, raciborskie i głogowskie na Śląsku (Ferdynand jednak nie przystał otwarcie na tę propozycję, choć jednocześnie jej nie odrzucił). Na tym Sejmie król Zygmunt przedstawił obszerny projekt reformy wojskowo-skarbowej, polegający na równomiernym obciążeniu finansowym wszystkich stanów (w tym również stanu duchownego), po to, aby wystawić stałą 6 000 armię do obrony granic. Szlachta co prawda otwarcie nie odrzuciła tego projektu (gdyż jak wspomniałem wyżej panowała atmosfera strachu przed najazdem Sulejmana), ale zapowiedziała że podatek ten zostanie wprowadzony dopiero wówczas, gdy przeciwko Polsce "sam cesarz turecki ruszy", a na to się nie zanosiło. Decyzję w tej sprawie odłożono do następnego sejmu (czyli najdalej na dwa lata), natomiast zmobilizowano pospolite ruszenie. Sejm ten zajął się też kwestią psucia monety i zakazał wywozu srebra z Polski.
Warto też dodać już na marginesie, że kilka miesięcy wcześniej, jeszcze w roku 1543 ukazało się - co prawda w Norymberdze - dzieło Mikołaja Kopernika "O obrotach sfer niebieskich" {"De revolutionibus orbium coelestium"}, wykazujące że to nie słońce i gwiazdy krążą wokół Ziemi (jak twierdził chociażby Klaudiusz Ptolemeusz), ale wręcz odwrotnie, Ziemia i inne planety krążą wokół Słońca. Stąd potem utrwaliło się powiedzenie o Koperniku: "Wstrzymał słońce ruszył ziemię..." i na złość Niemcom, którzy twierdzili że był on Niemcem, a nie Polakiem, dodawano "...polskie wydało go plemię". Notabene mało kto wie, ale tym który przywrócił Kopernika Polakom był nie kto inny, ale właśnie sam Cesarz Napoleon Bonaparte, który otwarcie nazywał go Polakiem. Oczywiście Kopernik był pochodzenia niemieckiego, ale... był to Niemiec całkowicie spolonizowany, poddany króla polskiego, uczestnik wojny z Krzyżakami w latach 1519-1521, jego niemieckość jest tak naprawdę symboliczna. Poza tym w owym 1543 r. ukazała się drukiem sławna: "Krótka rozprawa pomiędzy trzema osobami, Panem, Wójtem a Plebanem" Mikołaja Reja, będąca z satyrą na ówczesne niedowład życia publicznego, krytykujący duchowieństwo i biorący w obronę chłopów. W każdym razie wojna z osmanami nie wybuchała, co spowodowało że partia wojenna Tarnowskiego w kolejnych latach musiała przeprowadzić prowokację, aby taką wojnę na osmanach wymusić, ale nim do tego doszło król Henryk VIII przygotowywał się właśnie do oblężenia francuskiej twierdzy Boulogne.
W tym też czasie konflikt Hurrem i księcia Mustafy wszedł na wyższy poziom konfrontacji. Mało tego, okazało się że nie tylko ich frakcja zaczęła ze sobą konkurować. Trzecią (a drugą powstałą sułtańskim Haremie) była frakcja, na czele której stanęła córka Hurrem i Sulejmana - Mihrimah, wraz ze swym mężem Rustemem Paszą. Ale o tym opowiem w kolejnej części.
PS: DZIŚ ŚWIĘTO WOJSKA POLSKIEGO, CZYLI ZWYCIĘSTWA NAD BOLSZEWIKAMI W ROKU 1920. OBY UDAŁO NAM SIĘ POWSTRZYMAĆ WSPÓŁCZESNYCH BOLSZEWIKÓW, KTÓRZY SZYKUJĄ NAM TOTALNY KOŁCHOZ EUROPEJSKI, PODOBNY DO TEGO, JAKIEGO DOŚWIADCZYLI INDIANIE W NOWYM ŚWIECIE. I NAPRAWDĘ WCALE NIE ŻARTUJĘ.
CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI
POWSTANIE i WOJNA
Cz. IX
WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI
Poselstwo na którego czele stał wojewoda poznański Krzysztof Opaliński i biskup warmiński Wacław Leszczyński, wyruszyło z Warszawy po księżniczkę mantuańską 10 sierpnia 1645 r. a uroczysty wjazd do Paryża miał miejsce 29 października tego roku (ten wjazd przypominał wjazd Jerzego Ossolińskiego do Rzymu z 27 listopada 1633 r. gdy konie celowo gubiły złote podkowy, które następnie zbierali Rzymianie. Tym razem złotych podków nie było, ale Paryżanie podziwiali kontusze, żupany, delie, skrzydła husarskie i broń wysadzaną szlachetnymi kamieniami oraz 260 przepięknych koni z orszaku Opalińskiego). Maria Gonzaga żyła wówczas w okresie ustawicznej euforii, ciesząc się że nie tylko zostanie królową, ale wręcz że podwójną królową, gdyż Wazowie nosili przecież także tytułu królów Szwecji (oczywiście tytuł ten był jedynie symboliczny, gdyż Szwecja miała swoich monarchów, ale jednak taki tytuł był istotny i często stawał się powodem wojen). Nim odbył się ślub per procura, jeszcze wojewoda pomorski Gerard Denhoff chciał wszystko dokładnie uzgodnić, to znaczy ustalić wysokość posagu płaconego przez francuski dwór (w wysokości 600 000 lirów), dodatkowego 1 500 000 lirów tytułem zrzeczenia się praw do posiadłości włoskich, oraz środków uzyskanych ze sprzedaży francuskich majętności Marii Gonzagi. Jednocześnie przeprowadzono też zmianę imienia przyszłej królowej, gdyż imię Maria wówczas nie było używane w Polsce, gdyż prawo do niego miała tylko Matka Boska, dlatego też księżniczka mantuańska zwała się odtąd Ludwiką Marią. Ona sama zaś była bardzo zadowolona i nic nie mogło ugasić w niej tej radości, nawet gdy mówiono jej, że 50-letni Władysław IV jest dość gruby (czasy młodości, gdy był przystojnym mężczyzną o nieco hiszpańskiej urodzie dawno minęły), na co ona odpowiadała że to są detale, jeśli jest się panującym. Zaczęła też kompletować swój przyszły dwór, ale tutaj napotkała małe problemy. Odmówił bowiem wyjazdu wraz z nią, jej dotychczasowy doradca opat Marolles (potem jednak utrzymywał intensywną korespondencję listową z Ludwiką Marią). Dobrał jej jednak spowiednika w osobie księdza Franciszka de Fleury (który był jansenistą i z tego powodu miał później nieprzyjemności w Polsce, straszono go nawet że będzie musiał opuścić Rzeczpospolitą, ale do tego nie doszło). Był to też jedyny człowiek spośród wszystkich członków jej dworu, który już wcześniej odwiedził Warszawę. Swym doradcą Ludwika mianowała zaś pana des Noyers (był to człowiek niezwykle wykształcony osobiste przyjaciel Pascala), pozostawił on dosyć ciekawe pamiętniki z Polski. Skarbnikiem królowej zaś został Kacper de Tende. Poza tym Ludwika Maria wzięła ze sobą kilku medyków i aptekarzy (gdyż często zapadała na zdrowiu), a także szereg młodych i ładnych, choć ubogich szlachcianek francuskich, które liczyły na dobry ożenek w Polsce (nazywano je w Rzeczpospolitej "ładne pyszczki bez posagu").
Ślub per procura odbył się 5 listopada w kaplicy Pałacu Królewskiego w Luwrze (choć początkowo strona polska nalegała aby uroczystość ta odbyła się w Katedrze Notre-Dame, gdyż Ludwika Maria miała korzystać z praw przysługujących królewnom francuskim, ale Mazarin stwierdził, że jeśli ślubu udzielać ma biskup warmiński, to uroczystość nie może odbyć się w Notre-Dame gdyż tam specjalne przywileje ma tylko biskup Paryża i jeśli do tego dojdzie cała uroczystość może być nieważna. Przerażona tym faktem Ludwika Maria nalegała więc na zmianę miejsca zaślubin i wybrano właśnie kaplicę w Palais Royal w Luwrze). Do ślubu Ludwika Maria ubrana była w przepiękną czarną suknię (bowiem biel podczas zaślubin zaczęto używać dopiero od XIX wieku, a stało się to po ślubie królowej Wielkiej Brytanii - Wiktorii z księciem Albertem 10 lutego 1840 r. w czasie którego ona była w pięknej białej sukni, i od tej pory panny młode również przystrajały się w biel). Chciała również włożyć na głowę stworzoną przez siebie koronę z pereł i diamentów, ale królowa Anna Austriaczka stwierdziła, że prawo do korony będzie miała Ludwika Maria dopiero po ślubie, a nie przed jego zawarciem. Na uroczystości zaślubin obecni byli wszyscy książęta krwi, łącznie z bratem króla Ludwika XIII oraz wujem obecnie panującego 7-letniego Ludwika XIV - Gastonem, który niegdyś był zafascynowany Marią ale ją zostawił, teraz stał niżej od niej. Niektórzy sądzili że ten dzień był jej triumfem nad niedawnym kochankiem, który porzucił ją dla korony, której ostatecznie nie uzyskał, a ona tak. Zaraz po tej uroczystości Ludwika Maria (w koronie z pereł i diamentów) odwiedziła chorą już swą protektorkę (dzięki której całe to małżeństwo w ogóle doszło do skutku) madame de Rambouillet. Ta ponoć nie mogła się nadziwić, że piękna dziewczyna w koronie na głowie, jest tą samą, którą jeszcze do niedawna musiała pocieszać, gdy ta zlękniona przyszła do niej w czasie egzekucji Cinq-Mars'a. Kolejne dni zaś upłynęły jej na hołdach, jakie składali jej książęta krwi w Pałacu Królewskim (łącznie z samym Gastonem). W drogę do Warszawy ruszyli 27 listopada 1645 r. a król Ludwik XIV wraz ze swą matką Anną Austriaczką odprowadził ją do rogatek Paryża, a Wielki Kondeusz (o którym pisałem w poprzedniej części i z którym ona wychowywała się od młodości) towarzyszył jej orszakowi do Saint-Denis. Ponieważ jednak między Francją a Hiszpanią toczyła się wojna, zawarto wówczas jednodniowy rozejm aby królewski orszak mógł przejechać, jednak w tym czasie odprawiono również uroczystą ucztę, w której wzięli udział oficerowie i żołnierze obu walczących stron, a Ludwika Maria uczestniczyła w nim swojej lektyce (to były czasy prawda, tutaj walczymy, ale jak przychodzi co do czego godzimy się i przynajmniej przez jeden dzień wspólnie pijemy i świętujemy. Wyobrażacie to sobie w czasie II Wojny Światowej - niemożliwe i niewykonalne).
WŁADYSŁAW IV POD KONIEC ŻYCIA
Następnie w Brukseli wjeżdżającą Ludwikę Marię witało 300 salw armatnich, w Oldenburgu tamtejszy książę wydał na jej cześć kolejną ucztę. W czasie swej podróży przyszła królowa Polski starała się jak najdokładniej zgłębić charakter i zachowanie swego przyszłego męża. Uczyła się pierwszych słów po polsku (ale to właśnie w języku włoskim obaj małżonkowie mieli się porozumiewać), dowiedziała się że Władysław IV ma przyjaciółkę pannę von Eckemberg i chciała się z nią zaprzyjaźnić. Początkowo król planował ożenek w Gdańsku i właśnie tam wszystko było przygotowywane do tej uroczystości, ale nagle okazało się że król zaniemógł (katar i gorączka jaka go złożyła z nóg, uniemożliwiła podróż do Gdańska, dlatego też uroczystości zaślubin miały odbyć się teraz w Warszawie). Orszak Ludwiki Marii 8 lutego 1646 r. przekroczył granicę Rzeczypospolitej i nieświadom zmiany planów kierował się do Gdańska. W tym mieście (do którego wyjechała 11 lutego) królowa została wspaniale powitana przez rajców miejskich i tam też oczekiwała na przyjazd króla, ten jednak nie nadjeżdżał i ona wybrała się na zwiedzanie okolicy. Dopiero w Sopocie spotkał ją młodszy brat Władysława, królewicz Karol Ferdynand z grupą senatorów i poinformował o zmianie królewskich planów (wiadomo też że z Oliwy Ludwika Maria wysłała list do Mazariniego, w którym nie mogła się nachwalić swego przyszłego królestwa, opisując bogactwo kościoła klasztornego i dodając: "ten kraj jest nad podziw piękny"). Przez 9 dni jakie spędziła królowa w Gdańsku, był to czas nieustannych uczt, koncertów królewskiej kapeli i innych uroczystości artystycznych. Gdy więc 20 lutego orszak ruszył w dalszą drogę do Warszawy, królowa była coraz bardziej poddenerwowana spotkaniem z przyszłym mężem (a także wiadomościami jakie napłynęły z Francji, że jej bratanek przybył z Włoch i nałożył sekwestr na wszystko to, co tam zostawiła). W Falentach powitał ją prymas Maciej Łubieński, a 10 marca 1646 r. nastąpił wjazd królowej do Warszawy. Król (który w tym czasie doszedł już do zdrowia), obserwował wjazd orszaku swej małżonki z wieży zamkowej Pałacu Królewskiego. Gdy ujrzał niebieską kartę Ludwiki Marii, kazał się nieść w lektyce do kolegiaty św. Jana i tam właśnie doszło do pierwszego spotkania młodej pary. Ludwika Maria upadła mężowi do stóp, lecz ten... nie kazał jej wstać. Okazało się że rzeczywistość znacznie rozmijała się z pięknem, jakie ujrzał on w przesłanym wcześniej obrazie, na którym namalowano ludwikę Marię. Ludwika Maria nie była co prawda gruba, ale miała znacznie więcej ciała niż na owym portrecie i Władysław IV miał odezwać się z przekąsem do francuskiego posła de Brégy - który wcześniej bardzo zachwalał Mantuankę: "To jest ta piękność, o której tyle opowiadaliście mi cudów?" Ślubu udzielił nuncjusz papieski de Torres, a następnie cały orszak udał się na ucztę weselną. Władysław IV miał wówczas 51 lat, Ludwika Maria 35 - obaj siedzieli na uczycie pod baldachimem na 4-stopniowym podwyższeniu (notabene doszło wówczas do gorszącej sceny kłótni pomiędzy Francuzami z orszaku królowej o miejsce przy stole, ale to było wówczas normalne, wspomniana wcześniej wizyta posłów moskiewskich z marca 1650 r. również spotkała się z kłótnią pomiędzy odbierającymi ich dostojnikami polskimi, o to który pierwszy będzie siedział po której stronie).
Małżeństwo jednak nie zostało dopełnione pierwszego dnia (król był bowiem za słaby żeby chodzić i był cały czas noszony, albo w lektyce albo na krześle). Król Władysław nie odwiedził łoża swej małżonki również w ciągu kolejnych dni. Trzeciego dnia (według zwyczaju) nowej królowej składali wizytę jej poddani (oczywiście magnateria, szlachta dworska i posłowie obcych dworów), przynosząc dary, których wartość wyniosła łącznie 400 000 talarów (natomiast poseł francuski de Brégy, który miał jej ofiarować w imieniu Ludwika XIV brylantowe kolczyki, ostatecznie wycofał podarek, motywując to tym, że król Francji i tak się wystarczająco wykosztował na jej małżeństwo). Żadnego prezentu nie przyniósł też poseł Republiki Wenecji (co spotkało się z powszechną krytyką). W kolejnych dniach król był raczej oschły w stosunku do swej małżonki (chciał nawet odprawić część jej dworu). Doszło do tego, że Krzysztof Opaliński napisał do pana des Brégy aby monarchini zaczęła śmielej pieścić małżonka: "Ponieważ król, nasz pan miłościwy jest cokolwiek lubieżny" (nie były to już jednak czasy renesansu, gdzie powszechnie dyskutowano na temat seksapilu monarchów i ich kolejnych seksualnych podbojów, w tym okresie pozamałżeńskie związki były raczej pomijane albo zawoalowywane, ale Władysław IV rzeczywiście miał dosyć duże libido, tylko że wiek, tusza oraz choroby nieco nadwyrężyły jego możliwości). Sypialnia króla, mieszcząca się w północno-wschodnim narożniku Zamku Królewskiego z widokiem na Wisłę, liczyła sobie siedem komnat (co nie było wcale dużo). Dziś Zamek Królewski wygląda zupełnie inaczej niż w epoce Wazów, gdyż przebudowa w wieku XVIII znacznie go zmieniła, poza tym zniszczenia jakich doświadczył w czasie II Wojny Światowej spowodowały że wszystko trzeba było odbudowywać od nowa (Zamek Królewski został zniszczony przez Niemców po zakończeniu Powstania Warszawskiego w październiku 1944 r. a odbudowywany dopiero od roku 1972), dziś więc trudno jest sobie wyobrazić tamtejsze komnaty. Zapewne jednak na ścianach wisiały arrasy (w których lubował się zarówno Zygmunt II August jak i Władysław IV), a także obrazy znanego wówczas malarza Tomasza Dolabelli. Obok komnat króla znajdowała się łazienka z bieżącą wodą, która budziła podziw współczesnych. Królowa zaś miała swe komnaty na drugim piętrze Zamku Królewskiego po przeciwnej stronie komnat króla.
APARTAMENTY ZAMKU KRÓLEWSKIEGO W WARSZAWE
(Odtworzone po roku 1972)
SALA TRONOWA
SYPIALNIA KRÓLA
ZAMEK KRÓLEWSKI W ROKU 1945
(Część niemieckiej misji cywilizacyjnej na Wschodzie, jak oni to nazywali)
ZAMEK KRÓLEWSKI DZIŚ
Dopiero 7 kwietnia (czyli prawie miesiąc po ślubie), król po raz pierwszy odwiedził swą małżonkę w sypialni. Ale kolejne odwiedziny były już coraz rzadsze, tym bardziej że król coraz częściej niedomagał na zdrowiu, a królowa - nie chcąc go niepokoić - również nie odwiedzała go w czasie choroby, co było bardzo źle widziane na dworze. Tym bardziej że król przyjmował w swych komnatach nie tylko ochmistrzynię swego syna (zrodzonego z poprzedniego małżeństwa z Cecylią Renatą, królewicza Zygmunta Kazimierza urodzonego 1 kwietnia 1640 r.) Rozynę von Eckemberg, ale również dworzanie przyprowadzali mu na noc pewną Ormiankę (Ludwika Maria skarżyła się potem że król jest "bardzo nierówny", co miało być nawiązaniem do jego miłostek). Mimo to udało się królowej doprowadzić do oddalenia z dworu faworyty, czyli panny von Eckemberg (która mieszkała piętro wyżej nad komnatami Ludwiki Marii) i wydania jej za mąż za księcia Michała Czartoryskiego (24 czerwca 1646 r.). Aby jednak zbliżyć się do małżonka, królowa zaczęła podzielać jego pasje, np. wspólnie oglądali przedstawienia teatralne, albo też długie godziny grali ze sobą w taroka. Ludwika Maria zaczęła też coraz częściej osobiście dbać o zdrowie małżonka, co doprowadziło nie tylko do zmiany jego stosunku do niej, ale nawet dworzanie zauważyli, że w sytuacjach w których zwykł rozkazywać poprzedniej żonie Cecylii Renacie (np. wzywając ją do siebie) to Ludwikę Marię co najwyżej prosił aby doń przyszła. Poza tym Władysław przestał nosić hiszpański order Złotego Runa (ofiarowany mu przez hiszpańskich Habsburgów), a zaczął nosić francuski order Świętego Ducha. Małżonkowie rozmawiali ze sobą po włosku, gdyż królowa nie nauczyła się mówić po polsku, ale jak pisywała w listach do Mazariniego, król często wyśmiewał jej włoski akcent, mimo iż jej ród pochodził z Italii. Ale pozyskanie małżonka nie było jedynym celem królowej, która chciała uzyskać akceptację poddanych i zdobyć jakieś wpływy w swojej nowej ojczyźnie. Musiała też pozyskać przecież senatorów i szlachtę, co starała się usilnie czynić (swoją pobożnością i pacyfistycznymi poglądami które bardzo podobały się szlachcie, zawsze niechętnej do wszczynania jakichkolwiek wojen napastniczych, to jednak znów nie podobało się królowi, który usilnie dążył do wielkiej wojny z Imperium Osmańskim - o czym pisałem już w temacie "Władysław IV i plany wielkiej wojny z Imperium Osmańskim"). Król dążył do wojny z Osmanami i w tym celu potrzebował pieniędzy, dużo pieniędzy na które w żadnym razie nie chciała zgodzić się szlachta. Starał się więc o pożyczkę u swej małżonki, a ta jednak wzbraniała się przed tym pomysłem, nie wierząc że król będzie w stanie pożyczkę ową spłacić (pierwsze targi o te pieniądze rozpoczęły się 20 maja 1646 r.). Ostatecznie 16 września spisano umowę, na mocy której Władysław pożyczał od żony na okres 4 lat - 660 000 zł polskich, które miały być asekurowane na jego klejnotach i precjozac (procenty, czyli ponad 46 000 zł rocznie, Władysław gwarantował małżonce na dochodach z portów gdańskiego i elbląskiego oraz księstw opolskiego i raciborskiego). Notabene nigdy nie spłacił tej pożyczki i w chwili swej śmierci - 20 Maja 1648 r. - jego dług u Ludwiki Marii wynosił 818 521 zł polskich. Sejm który się zebrał w październiku 1646 r. ostatecznie przekreślił wojenne plany króla (co zapewne odbiło się też na jego zdrowiu).
LUDWIKA MARIA GONZAGA
Wcześniej, bo 15 czerwca 1646 r. na Wawelu w Krakowie odbyła się uroczysta koronacja królowej Ludwiki Marii. W pięknym orszaku para królewska przybyła z Warszawy (król jechał konno, królowa w karocy). Obrzędu dokonał prymas Maciej Łubieński, będąc w otoczeniu nuncjusza papieskiego i kilku biskupów. Obecni byli również posłowie Francji i Wenecji. Po koronacji zaś odbyła się uroczysta uczta, połączona z pokazem fajerwerków. Ciągły niepokój Ludwiki Marii wiązał się jednak z nawracającymi problemami zdrowotnymi jej męża, co powodowało że w listach do Paryża coraz częściej pisała iż musi liczyć się z jego rychłą śmiercią. Król co prawda miał dwóch przyrodnich braci: Jana Kazimierza i Karola Ferdynanda, a także sześcioletniego synka - Zygmunta Kazimierza. Chłopiec był niezwykle udanym dzieckiem, bardzo inteligentnym, szybko zdobywającym wiedzę, bardzo szybko nauczył się mówić po polsku i po niemiecku, a w wieku pięciu lat równie sprawnie posługiwał się łaciną. Był bardzo podobny do swego ojca, a Ludwika Maria również starała się nawiązać z nim dobre relacje. Z Karolem Ferdynandem Ludwika Maria miała bardzo rzadkie kontakty, można rzec oficjalne, natomiast Jan Kazimierz (którego ona poznała jeszcze we Francji i zaprosiła go do Pałacu Nevers) przebywał wówczas we Włoszech. Opiekunem syna król wyznaczył swego najmłodszego brata Karola Ferdynanda, ale 23 grudnia 1646 r. tuż przed Bożym Narodzeniem w Warszawie zjawił się Jan Kazimierz (choć brat listownie radził mu aby nie wracał) który wówczas miał już kapelusz kardynalski chociaż nie nie odbył jeszcze święceń kapłańskich. Wdał się on w gorszące spory z Karolem Ferdynandem o dobra żywieckie które odziedziczyli po matce. Wraz z jego powrotem Ludwika Maria zbliżyła się do Jana Kazimierza, a on (jak pisał sekretarz królewicza) "nie mógł się jej oprzeć". Ewidentnie królowa widziała w Janie Kazimierzu swego przyszłego męża, na wypadek śmierci Władysława. Pozycja Jana Kazimierza (i paradoksalnie samej królowej Ludwiki Marii) znacznie wzrosła, po śmierci królewicza Zygmunta Kazimierza który zmarł po krótkiej chorobie 9 stycznia 1647 r. Król (który bardzo przeżył śmierć syna, pisał bowiem w liście do brata gdy ten zachorował: "Jedyny mój syneczek jest słabowity i lękać się należy o jego życie") - teraz właśnie w swym bracie widział następcę tronu, dlatego też polecił mu zrzec się kapelusza kardynalskiego i ożenić z jedną z arcyksiężniczek. W tym momencie Ludwika Maria uznała, że to właśnie jej czas i to ona będzie żoną Jana Kazimierza po śmierci Władysława IV i tak też się stało.